Przejdź do treści
  • Rekrutacje do sesji RPG.

    35 1k
    35 Tematy
    1k Posty
    GreKG
    @Ketharian napisał w [ALIEN] Krzyk Pustki (rekrutacja): i który będzie latał na transponderze albo amerykańskim albo UPP): Bardziej by mi pasowało gdyby jednak Siergiej był uciekinierem z UPP i żeby latali pod transponderem amerykańskim. Ale jak będzie transponder UPP to też looz.
  • Sesje RPG wszystkich edycji systemu Warhammer oraz osadzone w jego uniwersum.

    17 2k
    17 Tematy
    2k Posty
    PiołunP
    [image: SnU6WFT.jpeg] Sneider wysłuchał uwag swoich najemnych pomocników. Zrazu widać było, że kontent był z ich kompetencji, lecz nie zamierzał nikomu za to dziękować. Stał przy martwym koniu, cierpliwie czekając, aż skończą swoje oględziny. Wiatr poruszał połami jego odzienia. Śnieg osiadał mu na rondzie, na rękawach i na rękojeści miecza. Nie zwracał jednak na niego uwagi, a właściwie sprawiał wrażenie, jakby mróz był tylko kolejną niedogodnością, którą należało odnotować i zignorować. Na słowa Tomasimo o raporcie spojrzał na niziołka ostro, z karcącą iskierką gniewu w oczach. – Nie prosiłem was o komentarz, Herr Ashfield – powiedział. – Nasz przepatrywacz sporządzał raport na użytek Lenkster. Miał zrelacjonować problemy na szlaku, który właśnie przemierzamy. Zawarł w nim coś, czego nie powinien i, jak rzekłem, dobrze, że nie trafiło to do nieodpowiednich person. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że zarzucacie mi kłamstwo, Herr Ashfield. Nie nawykłem puszczać takich afrontów mimo uszu. Radzę spętać swój język, bym nie pogłębił tego wrażenia bardziej. Jeśli uznam, że treść tego skrawka pergaminu lub innego jest wam potrzebna do zachowania życia, dowiecie się. Uderzył palcem w poły płaszcza, pod którymi zniknął fragment pergaminu. To ucinało temat. Gdy Pieter wspomniał o mapie, Sneider odwrócił ku niemu głowę. Spojrzał najpierw na tubę, potem na przepatrywacza, a dopiero później na zasypany trakt i las, który stał wokół nich cierpliwie, cicho, bez cienia pośpiechu. – Nie zgubcie jej – oznajmił w końcu. – Po zakończeniu misji ją skonfiskuję. W Lenkster pewnie się ucieszą, że nie trzeba kopiować nowej. To żmudne zajęcie. Potem przeniósł wzrok na znak wycięty w korze drzewa. Podszedł bliżej, stanął przed pniem i przyjrzał się nacięciom. Nie dotykał ich. Po prostu patrzył, jakby w kilku krótkich kreskach próbował odczytać charakter człowieka, który je zostawił. Znak był prosty, ale odnosiło się wrażenie, że ma przed czymś ostrzegać, albo taką wersję wykoncypował sobie Łowca przez wzgląd na scenerie, która ich otaczała. – Znak łowców, bez wątpienia – rzekł wreszcie. – Na moje to ostrzeżenie, choć tylko zgaduję. Ostatnie zdanie zabrzmiało sucho, ale uczciwie. Łowca chyba nie miał w zwyczaju przypisywać sobie umiejętności lub znamion wiedzy, których nie posiadał. Było to trochę pocieszające. Ktoś inny z podobnymi uprawieniami mógłby pomyśleć, że ma licencje na wszelką prawdę. Przypatrzył się gwizdkowi, który odnalazł Tomasimo. Obrócił go w palcach, przyjrzał się otworom, pożółkłej kości i prostym nacięciom po nożu. – Mógł być Ulmanna, choć nie widziałem, by go używał. Zdolniejsi przepatrywacze używają podobnych drobiazgów do koni, które poddano tresurze, by rozumiały sygnały. Niech ci służy – rzucił zdawkowo do niziołka. Gdy Heinrich poinformował ich o guślarskich amuletach, twarz Łowcy zmieniła się wyraźniej. Podszedł we wskazane miejsce, tylko kilka kroków poza linię traktu, tak by zobaczyć zawieszone między drzewami drobiazgi. Patyczki związane brudnym sznurkiem. Kostki. Ciernie. Mała ptasia czaszka, która obracała się lekko na wietrze, jakby martwy kruk próbował nadal wyglądać jednym pustym oczodołem między gałęzie. Łowca długo nic nie mówił. Spojrzał na Heinricha. W jego oczach pojawiło się coś, co mogło być wyrazem aprobaty, choć jak zwykle szafował nią oszczędnie. – Dobrze, żeście to zauważyli. Spalimy to przed pójściem dalej. I tak zaczyna powoli się ćmić, więc pójdziemy dalej z pochodnią – zarządził, choć można było dyskutować, czy poruszanie się w ten sposób nie uczyni ich bardziej widocznymi. Z drugiej strony wejście po ciemku w niedźwiedzie sidła mogło się okazać dalece bardziej przykrą niespodzianką, a ogień odstrasza zwierzęta, więc ostatecznie podróż z pochodnią wygrała. Później wrócił na trakt i spojrzał na truchło konia. Gdy padła propozycja brania mięsa, skrzywił się ledwie dostrzegalnie. – Nie. Powiedział to spokojnie, bez cienia wahania. – Nie będziemy brali mięsa z konia, który padł po starciu ze zwierzoludźmi, leżał nocą przy lesie, nie został porządnie ruszony przez wilki, a obok którego wiszą guślarskie śmieci. Nie bądźcie głupcami. Zwierzęta musiały wyczuć spaczenie w posoce i zostawiły truchło. Po prawdzie radziłbym wam dobrze oczyścić ręce. Skaza jest podstępna. Czasem sam kontakt ze skażoną krwią starcza. Widywałem już takie przypadki – przestrzegł ich po tym, jak właściwie kończyli przewracać konia na bok. Z premedytacją pozwolił im działać. Patrzył bez entuzjazmu na wysiłek, z jakim ciało martwego zwierzęcia odrywało się od zmarzniętej brei. Mięso puściło w końcu z głuchym, mokrym odgłosem, a z drugiej strony ukazały się rozorane juki, stwardniała skóra, przymarznięte pasy i rzeczy zbyt zniszczone, by wzbudzić większą radość. Heinrich wydobył strzemiona, wędzidło, sprzączkę, dłuższy rzemień i czaprak w stanie dalekim od przyzwoitości. Sneider nie protestował. – To możecie zabrać – rzekł. – Ale nie grzebcie w tym dłużej, jeśli macie szacunek do swojej świętej duszy. Jeszcze raz spojrzał na znak wycięty w drzewie, na amulety wiszące dalej między pniami, na śnieg, który zaczynał przykrywać końskie oko. – Ruszamy. Nie zapytał, czy są gotowi. Pewnie miał to głęboko gdzieś. W głosie miał ten sam surowy ton co poprzedniego wieczora. Tylko teraz pod spodem pobrzmiewało coś jeszcze. Niepokój. Bardzo dobrze zakopany, ale jednak obecny. Pieter złożył mapę i zabezpieczył tubę. Tomasimo schował gwizdek, jeśli go zatrzymał. Heinrich przytroczył do siebie wydobyte resztki końskiego rzędu. Moriz przez cały czas miał baczenie na las, choć nic nie zapowiadało, by było to teraz potrzebne. Wziął sobie jednak wyjątkowo do serca ciężar tego zadania, co spotykało się co jakiś czas z pomrukami ze strony Łowcy Czarownic. Ktoś obdarzony bujną wyobraźnią mógłby nawet stwierdzić, że słyszy w nich nutę zadowolenia. [image: BsVqiZn.png] Ruszyli dalej. Droga z każdą kolejną godziną robiła się gorsza. Każdy kolejny krok odbierał trochę więcej niż poprzedni. Śnieg leżał miejscami głęboko, z wierzchu zwarty i twardy, pod spodem zdradliwie sypki. Kto postawił stopę źle, zapadał się po łydkę albo kolano i musiał wydobywać nogę z cichym przekleństwem, które para zamieniała zaraz w biały obłok. Konie szły ostrożniej. Kuc Tomasimo parskał z urazą. Tyci natomiast poruszał się lepiej od ludzi, czasem wybiegając kawałek naprzód, czasem wracając do pana, raz po raz wkładając nos w śnieg. Zdawał się mieć niewyczerpywalne pokłady energii. [image: FcYCqsb.jpeg] Las ciągnął się po obu stronach traktu, gęsty i ciemny mimo białych czap. Świerki uginały gałęzie od śniegu, nagie buki stały sztywno jak kolumny w opuszczonej świątyni, a martwe krzewy przy drodze sterczały spod zasp jak palce zmarłych, zagrzebanych płytko pod ziemią. Czasem z gałęzi osuwał się płat śniegu, spadał z cichym szmerem i sprawiał, że któryś z ludzi odruchowo spoglądał w tamtą stronę. Czasem gdzieś daleko stuknął dzięcioł albo pękła kora od mrozu. Poza tym było cicho. Pieter prowadził, od czasu do czasu sięgając po mapę. Wyciągał ją tylko wtedy, gdy topografia terenu zaczynała płatać mu figle. Zaznaczone na niej punkty okazały się przydatne. Jeden z kamieni drogowych rzeczywiście tkwił pod śniegiem przy starym wykrocie, niewidoczny z traktu, ale po odgarnięciu bieli dało się wyczuć twardy grzbiet pod rękawicą. Dalej był zakręt przy pękniętym świerku, którego korona dawno temu musiała zostać rozłupana przez piorun. Potem wąski jar, przez który wiatr przepychał śnieg tak zaciekle, jakby chciał pokryć go w całości. Mapa nie prowadziła ich jak po sznurku, ale pomagała. Potwierdzała to, co Pieter podejrzewał, prostowała to, czego nie był pewien, i parę razy oszczędziła im kluczenia, przez co spokojnie można stwierdzić, że oszczędzili godzinę albo dwie z trasy. Sneider szedł wraz z nimi w żelaznej ciszy, niemal jakby na trasie złożył śluby milczenia. Przez większą część dnia trzymał się z tyłu lub z boku, tak by widzieć i prowadzącego, i linię drzew. Nie wyglądał na zadowolonego z tego spaceru, a humor, jeśli w ogóle miał jakieś jego pokłady, zepsuł mu się od czasu odnalezienia guślarskich amuletów. Czerwona łuna pochodni jedynie nadawała jego rysom jeszcze bardziej paskudnych cieni. W ostatnich godzinach marszu, mimo iż był jeszcze dzień, światło słońca całkiem straciło swoją moc. Niebo nie pociemniało od razu, raczej wyblakło, jak stara szmata wyprana z koloru. Cienie pod drzewami zrobiły się dłuższe, ostrzejsze. Mróz nie zelżał, ale zmienił charakter. Rano szczypał i kąsał. Teraz zaczął pełznąć. Wchodził pod odzienie zdradziecko, ściskając w uścisku mięśnie, wsączając się do kości. Zmęczenie kładło się na barkach i udach. Naprawdę mieli już dość tej wędrówki na dzisiaj. Pieter w końcu zatrzymał się przy niskim skalnym występie, którego prawie nie było widać spod śniegu. Stał chwilę, patrzył na zarys zbocza, na drzewa rosnące w dziwnym półkolu i na ciemniejszą plamę między kamieniami. – Tu – powiedział. Pieczara nie była wielka. Bardziej rozpadlina w skale niż prawdziwa jaskinia, ale dawała to, czego potrzebowali. Dach nad głową, osłonę od północnego wiatru i dość miejsca, by ludzie oraz zwierzęta nie musieli spać jedni na drugich. Wejście było szerokie, półotwarte, częściowo przesłonięte zaspą i zwisającymi gałęziami. W środku pachniało zimnym kamieniem, starym dymem i wilgocią. Ktoś musiał korzystać z tego miejsca wcześniej, może drwale, może łowcy. Przy jednej ze ścian leżały czarne ślady dawnego ogniska, rozmazane i częściowo zasypane pyłem oraz zmarzniętym błotem. W głębi kamień opadał nisko, tworząc ciemny zakątek, gdzie dało się złożyć pakunki albo usiąść plecami do skały. Sneider wszedł do środka pierwszy tylko na tyle, by sprawdzić wzrokiem ciemność. Potem skinął głową. – Dobre miejsce. Znaczy się, dobre na tyle, na ile można oczekiwać od dziury w skale. [image: BsVqiZn.png] Rozłożyli obóz szybko, bez zbytecznego gadania. Dzień uciekał, a zmrok dławił ostatnie nikłe promienie słońca. Konie przywiązano bliżej wejścia, ale nie tak, by mogły w panice stratować ludzi. Rzemienie sprawdzono dwa razy. Zwierzęta dostały paszę z juków i trochę osłony od wiatru. Kuc Tomasimo wyglądał na urażonego warunkami, ale jadł, godząc się z okolicznościami. Tyci obszedł wejście pieczary, obwąchał kamienie, śnieg i ślady starych popiołów, po czym usiadł przy Tomasimo, czujny, z kufą zwróconą ku drzewom. Opał od Grubera okazał się wart więcej, niż karczmarz chciałby przyznać. Suche szczapy i łuczywo przyjęły iskrę po pewnej chwili dmuchania poprzetykanego przekleństwami. Ogień najpierw był mizerny, niski, złośliwy jak leniwy parobek, który robi tylko tyle, ile musi. Potem jednak podniósł się, złapał drewno i zaczął trzaskać cicho, rozświetlając kamienne ściany pomarańczowym blaskiem. Dym przeszkadzał delektować się ciepłem w pełni. Część szła ku wyjściu, część snuła się po sklepieniu, a cześć leciała prostu na jednego z nich na zmianę, gryzła w oczy lub dusiła krtań. Ktoś ustawił garnek z wodą przy ogniu. Ktoś inny wyjął racje. Twardy chleb, kawałki suszonego mięsa, trochę kaszy czy czegoś innego, co po podgrzaniu mogło udawać posiłek. Sneider wydobył z własnego pakunku zawiniątko z ziołami, które nie pachniały zbyt przyjemnie. – Dodajcie to do garnka – powiedział. – Ale nie za dużo. Raczej nie będzie wam smakować, ale doda nam trochę sił. Sigmar jeden wie, że będziemy jej potrzebować. Napar, kiedy w końcu naciągnął, miał barwę brudnej słomy i smak, który faktycznie trudno było przełknąć. Mimo wszystko spływał do żołądka i rozprowadzał ciepło po zmarzniętym ciele. Zresztą po całym dniu marszu nawet takie paskudztwo trzeba było wziąć za dobrą monetę. Warty ustalono bez większej kłótni. Nikt rozsądny nie zamierzał spać bez czuwania po tym, jak znaleźli zmaltretowanego konia. Wejście do pieczary pozostawało zbyt szerokie, by czuć się bezpiecznie, ale dość wąskie, by przynajmniej nie musieli spodziewać się niebezpieczeństwa ze wszystkich stron naraz. Ogień ustawiono głębiej, tak by dawał światło i ciepło, ale nie wystawiał ich na widok z lasu. Pakunki ułożono pod ścianą. Kto był z nich mądrzejszy, złożył broń bliżej dłoni niż w zwyczajnych warunkach. Sneider ściągnął kapelusz tylko na chwilę, otrzepał go ze śniegu, po czym założył z powrotem. Zamierzał, zdaje się, spać na siedząco po tym, jak wszedł do śpiwora i zakrył się derką. Wyglądało na to, że nawet nocleg w pieczarze nie był dla niego wystarczającym powodem, by rozstać się z kapeluszem. Zmrok opadł wreszcie na las. Z początku tylko przyciemnił pnie, potem zgasił odległe przestrzenie między nimi, aż w końcu wszystko poza zasięgiem ognia stało się czarną ścianą poprzecinaną białymi smugami śniegu. Niebo za koronami drzew miało barwę zimnego ołowiu. Wiatr ucichł trochę. Ogień trzaskał. Konie przeżuwały niespokojnie paszę w obroku. Gdzieś w głębi pieczary kapała woda, drażniąc ucho jak głośno tykający zegar w nocy. Mieli właśnie ułożyć się do snu, kiedy czujny Moriz, pierwszy na warcie, zmrużył lekko oczy. Ciemne płótno nocnego krajobrazu się poruszyło. Jakimś cudem wyłowił ruch jakiegoś zwierzęcia. Tyci również odwrócił się w tamtą stronę. Nie zerwał się gwałtownie. Nie zaszczekał od razu. Podniósł łeb, przestał poruszać pyskiem i zastygł. Uszy stanęły mu wysoko. Potem z gardła wydobyło się niskie, ledwie słyszalne warczenie. Tomasimo znał swojego psa na tyle, by wiedzieć, że to nie był kaprys ani reakcja na spadający śnieg. – Mamy gości – mruknął Moriz głośniej. Wystarczająco głośno, by słowa przecięły obozową ciszę. Tyci wstał powoli, zjeżył sierść na karku i stanął przy Tomasimo. Teraz już warczał wyraźniej. Jasny zarys zębisk, który począł wyłaniać się ze zmroku, oraz odgłosy warczenia nie pozostawiały złudzeń. Zbliżała się do nich wataha wilków. Sneider odłożył kubek z naparem tak spokojnie, jakby spodziewał się tego od samego początku. Lewą ręką sięgnął po pistolet. Prawą po miecz. Metal wyszedł z pochwy z cichym, zimnym sykiem, który zapowiadał obietnicę krwi. – Broń do rąk – rzucił chrapliwie. Nie krzyknął. Właściwie powiedział to lodowato spokojnym głosem. Ten spokój dał im potrzebny czas. Każdy, kto jeszcze siedział, miał dość czasu, by wstać. Każdy, kto miał broń opartą o ścianę, mógł po nią sięgnąć. Każdy, kto chciał poprawić pas, odsunąć garnek, kopnąć pakunek spod nóg albo odciągnąć konie głębiej, miał na to kilka uderzeń serca. Wataha nie rzucała się jeszcze. Podchodziła mądrze. Drużyna mogła dokładnie ocenić stan drapieżników, ich liczbę i zważyć, ile mają szans, aby wyjść z tego żywi. [image: kwGALCw.jpeg] Pierwszy wilk wyłonił się zza zasłony nocy cicho niczym zjawa. Był chorobliwie chudy, z żebrami rysującymi się pod brudnoszarym futrem, lecz wcale nie wyglądał przez to na słabszego. Szedł nisko, z łbem opuszczonym, z mięśniami pracującymi pod skórą i ślepiami, w których drżał odbity blask ognia. Pysk miał ciemny od śliny, a z nozdrzy ulatywała para. Za nim pojawił się drugi. Potem trzeci. Zwierzęta nie wyskakiwały z lasu, nie rzucały się zrazu do gardła. Wychodziły powoli, cierpliwie, metodycznie zamykając krąg i osaczając ich. Po bokach, między krzakami i niskimi świerkami, przemykały kolejne kształty. Raz widoczne, raz ginące w czerni pni i bieli śniegu. Osiem. Może więcej, jeśli liczyć cienie, które dało się wyłowić w głębi drzew. Co do tych jednak nie było pewności. Osiem dało się wypatrzyć na pewno, gdy poruszyły się niemal jednocześnie, zamykając przed wejściem do pieczary szeroki, głodny półkrąg. Ten największy wyszedł ostatni. Był paskudny. Nie po prostu duży, choć był większy od reszty. Nie po prostu stary, choć futro na pysku miał miejscami siwe, posklejane i nierówne. Było w nim coś wypaczonego. Grzbiet miał wysoki, łapy cięższe, łeb szerszy. Ślepia połyskiwały lekko zielonkawym blaskiem, nie tak jak oczy zwykłego zwierzęcia odbijające ogień, lecz własną, plugawą łuną. Dochodziła od niego woń gnijącego ciała. Z pyska ciekła mu ślina. Gęsta, zielonkawa, ciągnąca się nitkami, które spadały na śnieg i zostawiały w nim ciemne plamki. Konie poczuły nienaturalne zagrożenie od razu. Jeden szarpnął rzemieniem, drugi cofnął się gwałtownie, parskając z paniką. Kuc Tomasimo rzucił łbem, siłując się z liną, do której go przywiązano. Tyci odpowiedział pełniejszym warczeniem, stając szerzej na łapach. Sneider uniósł pistolet, ale nie strzelił. Jeszcze nie. Lufa skierowała się ku największemu wilkowi, a miecz w prawej dłoni Łowcy opadł nisko, gotów do cięcia, jeśli któryś z mniejszych spróbuje skoczyć przez ogień albo obejść wejście bokiem. – Nie rozpraszać się – powiedział zimno. – Pilnować boków. Dużego zostawcie mnie, jeśli podejdzie. Wilki rozchodziły się półkolem. Dwa zostały naprzeciw wejścia, trzy przesuwały się w lewo, nisko przy śniegu, prawie bezgłośnie. Kolejne szły od prawej, korzystając z krzaków i nierówności terenu. Nie wyglądały, jakby bały się ognia tak, jak powinny. Może głód był silniejszy. Może ten większy wymógł na nich posłuszeństwo alfy. Ciszę, jaka nastąpiła, gdy dwie grupy mierzyły się wzrokiem, można było kroić nożem. Najgłośniejsze było ognisko, w którym rozbrzmiał trzask pękającego polana. Dym wylewał się siwym warkoczem ku wyjściu, rwał na chłodzie w brudne pasma i mieszał z nocą. Wolno, by nie wzbudzić nagłego ataku, wyciągnęli broń. Każdy z nich przyglądał się już swojemu wilkowi. Wzrok obiecywał spojrzeniem przemoc, jeśli zwierzę się nie wycofa, ale zwykła determinacja nie działała na te bestie. Ktoś przesunął stopą pakunek pod ścianę. Ktoś inny odciągnął łokciem koński łeb, gdy zwierzę szarpnęło się niespokojnie na uwięzi. Wataha podchodziła powoli. Nie cofała się. Nie wahała. Po prostu skracała dystans, cierpliwa i drapieżna, rozciągnięta przed wejściem do pieczary niczym szczęka wygłodniałego lasu. Wtedy największy z nich otworzył pysk szerzej. Z gardła wypłynął niski, mokry warkot, bardziej przypominający pracę chorego miecha niż głos jakiegokolwiek żywego zwierza. Zielonkawa ślina oderwała się od jego kłów, spadła ciężko na śnieg i zostawiła przy łapach ciemną, parującą plamę. Ruszyli jednocześnie. Walkę zainicjował huk wystrzału z pistoletu Sneidera. [image: v2o09Jb.jpeg]
  • Sesje systemów rodziny D20, to jest wszystkich edycji D&D, Pathfindera, D20 Modern i podobnych.

    13 644
    13 Tematy
    644 Posty
    slann22S
    Wiedźma przytulona do Piersi Grimm zaczęła kręcić głową, Chyba nieświadomie sprawiają że koszula był za dziewczyny się trochę rozchyliła i obydwie wysunęły Się na zewnątrz. [i]- A jak ona powie że nigdy nie będzie chciało być z kimś takim jak ja? Ona jest Królewskiego rodu i w ogóle! Jak wrócę do kraju to ona zasiądzie na tronie i tak dalej… [/i] [i] - Ale na pewno przydaje się piękna wiedźma doradczyni! [/i] - zachowała Ramiel
  • Sesje RPG systemów Świata Mroku, wszystkich edycji, w tym Chronicles of Darkness.

    14 339
    14 Tematy
    339 Posty
    GreKG
    [image: UiUdZHN.png] Michaił zesztywniał. Coś drgnęło mu pod okiem. — Z ciekawości? — powtórzył powoli, jakby smakował słowo i od razu chciał je wypluć. — Z ciekawości to ja ci zaraz brzuch rozpruję, dziewucho, żeby sprawdzić, co tam tak mądrze w środku gada. Pół kroku do stołu. Pochylił się nad nim gwałtowniej, niż zamierzał. W oczach pociemniało. Z gniewu? W nozdrza uderzył mu zapach mięsa, samogona i wilgotnego kamienia. — Ty myślisz, że to zabawa? — wychrypiał. — Że ja tu siedzę dla ciekawości? Dłoń sama zacisnęła mu się na brzegu stołu. Twardo. Jeszcze chwila i zawoła Dragosa. Kazać ją znowu przypiąć do ściany. Do żelaza. Tam było prościej. Człowiek wiedział, gdzie stoi. Już nawet nabrał powietrza. I zawahał się. Bo patrzyła. Nie jak skazaniec. Nie jak ktoś złamany. Ostrożnie. Jakby naprawdę czegoś szukała pod jego skórą. Jakby nie pytała dla kpiny. Durak. Powinien skończyć tę rozmowę. Zawołać strażników. Oddać ją z powrotem pod łańcuchy i mieć święty spokój. A jednak... coś go uwierało. Ta ciekawość. Durna. Nie na miejscu. Jak gwóźdź wbity pod paznokieć. Michaił osunął się ciężko z powrotem na zydel. Potarł twarz dłonią. — Oślepiony… — mruknął. Parsknął krótko. — Ty gadasz jak ktoś, kto nigdy głodu nie widział. Nigdy zimą drewna nie liczył. Nigdy nie patrzył, jak dziecko ci słabnie, bo nie ma czym pieca napalić. Spojrzał na nią spode łba. — Człowiek nie słucha dlatego, że chce. Człowiek słucha, bo świat go wcześniej nauczył, co się dzieje z tymi, co nie słuchają. Znów zerknął ku drzwiom. Jedno słowo. Dragos wszedłby i przykuł ją do ściany. Powinien to zrobić. A mimo to dalej siedział.
  • Sesje systemów nie posiadających własnych kategorii rozgrywające się w realiach fantasy.

    8 522
    8 Tematy
    522 Posty
    KetharianK
    Szanowni, jestem świadomy tego jak bardzo ten rozwydrzony przemądrzały płaz zdominował ostatnio bieg narracji w sesji, dlatego w poszanowaniu zasady spotlightu wykorzystam głęboką konsternację Rechotka, aby wycofać go za kurtynę do końca niniejszej sceny i oddać pałeczkę narracji przede wszystkim w ręce @kaworu , @miraaz oraz oczywiście @pan-elf ! Fabularnie ribbet znajduje się w głębokim transie, próbując za pomocą mistycznych mantr trzymać na wodzy swoje krwiożercze zwierzęce instynkty.
  • Dział na sesje systemów nie posiadających własnych kategorii rozgrywające się w światach przyszłości lub uniwersach doń nawiązujących, miejsce na Cyberpunk, Gwiezdne Wojny, światy postapokaliptyczne czy science fiction.

    9 606
    9 Tematy
    606 Posty
    KetharianK
    Szanowni, na bazie odpisów tej kolejki posunąłem do prozdu akcję w mieszkaniu, gdzie SlimWire zaczął w końcu odpowiadać na część pytań (ale wbrew poleceniom Brazil nie wznowił pracy w Sieci pod jej nadzorem, ewidentnie nie chce ułatwiać jej wejść w posiadanie danych szczególnie wrażliwych). Sieciarz potwierdził, że Switcha dopadli gangsterzy z Tren de Agua, którzy go po brutalnym sponiewieraniu gdzieś zabrali opuszczając mieszkanie od strony schodów przeciwpożarowych. Zegar tyka, musicie się sprężać, co dalej? Na dole na ulicy potrzebna mi jeszcze deklaracja @johnytrs w reakcji na polecenie Froga - czy Hartley wsiądzie do Aigo czy jednak pozostanie na swoim miejscu (ta wiedza jest mi potrzebna czysto hipotetycznie na wypadek, gdyby na dole zaczęła się jakaś grubsza zadyma i musiałbym mieć podgląd taktyczny na pozycje poszczególnych bohaterów). @grek , obyś nie miał racji, bo mnie naprawdę podoba się ta sesja i wolałbym jej jeszcze nie kończyć!
  • Sesje w pozostałych wydawanych systemach oraz autorskich.

    12 726
    12 Tematy
    726 Posty
    GurenG
    Cynthia po tym co dowiedziała się o Xanthach była zaskoczona zagrywką w tak otwarte karty. Czy to był jakiś żart? Czy Koresz jest miejscową plotkarą? Chociaż widząc Adriana i Filomenę Harvestów przechadzających się po sali, Smocza Jeźdzczyni uznała, że czemu by tak nie spełnić życzenia Koresz i pokazać światu trochę prawdy o Zacnym? *-Och, zależy od poprzeczki… Nie wiem czy zdążyliście rozmawiać z Harvestami. Adrian zanim ożenił się ze swoją obecną żoną, był mężem mojej młodszej siostry. Z żalu podjął się próby ze Smokiem. Tam poznał moją jeszcze młodszą siostrę Iris, która też została Smoczym Jeźdźcem. Zaginęła pół roku temu. Jestem w szoku jak szybko się pozbierał. Czyżby za bardzo się przyzwyczaił do tracenia bliskich? Jest urodzony pod tak nieszczęśliwą gwiazdą- jego 3 starsi bracia zginęli bolesną śmiercią I jeszcze nie widziałam Lorci od niedawna Berengara. To jeden z tych braci o których istnieniu mój ojciec mi nie powiedział. Dlatego nie mam o nim więcej historyjek niż, że dowiedziałam się o kolejnym dziecku z nieprawego łoża. Przejął majątek Berengerów po tym jak mój młodszy brat Theodor został oskarżony o herezję… Czy takie historie satysfakcjonują, szlachetna Koresz? O historie Ruggiero to już musicie pytać mojego męża. Zwłaszcza, że kochanie nie jestem pewna czy znam wszystkie szczegóły *- spojrzała na Enza Na początku Koresz przysłuchiwała się Opowieści Cynthii z niewielkim zainteresowaniem, ale gdy ta skończyła, Wydała krótki charkotliwy dźwięk, który był w jej wydaniu czymś w rodzaju ponurego śmiechu, a potem powiedziała w języku migowym, co przetłumaczył jej towarzysz. *- To bardzo ciekawa historia, A ja myślałam że mój stryj, który ożenił się z moją siostrą zapewniający mnie, że jak tylko będą mieć syna i on dorośnie to będzie idealnym mężem dla mnie… Oczywiście, jeśli to co mówisz jest prawdą, To oznacza że Smoczy Jeźdźcy nie są tak szlachetni jak się o nich mówi… Ale wtedy Czy powinnam tobie wierzyć? * Wtedy odezwał się Enzo - Moja babka miałabyś pierwotnie ofiarą za smoka, ale udało jej się go przekonać aby została jego Jeźdźcem! Jakiś czas potem tego, który jej to zrobił zrzuciła ze smoka… Potrafimy być szlachetni, ale też poślij, jedna kobieta o takim stanowisku Jak pani powinna być w stanie rozpoznać szczerość patrząc ludzkie oczy, a jeśli nie, to wszystko co co powiedziała moja żona jest szczerą prawdą, którą naprawdę łatwo potwierdzić. Cynthia pokiwała głową: -Szlachta też zgodnie z nazwą miała być “szlachetna”, a więc świecić jako przykład, czy być lepsza od tak zwanego “pospólstwa”. A sami dzielimy się tutaj historiami jak z tym różnie bywa. Funkcja i tytuł nie są gwarantami. W poza tym drodzy państwo, według legendy Ariyannę założyły bliźniacze siostry Ariya i Yanna. Jedna była alchemiczką, druga Smoczym Jeźdzcym, ale niektórzy opowiadają, że Ariya była czarownicą. Tak więc zastanawia mnie kwestia magiczności rodu Koreszów. Koresh Przechyliła głowę zanim powiedziała. - Niektórzy powiadają, że to pochodzenie człowieka zmienia recepcję jego czynów. To co dla zwykłego człowieka jest szaleństwem, gdy jesteś potężny i wpływowy staje się ekscentrycznością. Jeśli chodzi o magiczne umiejętności mojej rodziny… Nie kryjemy się z tym, wiecie Jaki jest w naszym kraju… Mój wuj jest zdolnym czarnoksiężnikiem… Jest naprawdę mistrzem jubilerstwa i posiada mnóstwo klejnotów które posłużyłyby do rzucania zaklęć, a także pracuje nad bronią zabić… istotę posiadającą swój klejnot. - Cynthia miała na końcu języka, że tak właściwie to o Ashgarcie wiedziała niewiele przed przyjazdem, a to co zobaczyła i usłyszała było słabym szkicem. Rycerka nawet się zastanawiała się jakim cudem Imperium z Zakonem zdecydowali się na przyłączenie prowincji o tak różnym podejściu do Smoków i magii? Jej misja dyplomatycznaz każdym dniem brzmiała coraz bardziej jak zdecydowanie o wojnie i podbiciu dla Zakonu, a znalezieniem kompromisu dla Ashgarthu. Owszem, mówiono, że Ruggiero-Berengar była salonową lwicą, tym która rozwinęła wymianę handlową Aroyanny na wyższy poziom, stworzyła pomost między Hematytem, a Ariyaną. Tak w gruncie rzeczy miała nieraz wrażenie, że udało się, bo wielce odpowiadało jej jak inna jest kultura Ariyanny- rycerstwo, równouprawnienie, większa otwartość, a Makedon jako Jarl nie mniej radośnie zrzucił na synową rozmawianie “z tymi nadętymi Hematytami”. A że sama nienawidziła tylu niepisanych reguł Hematytu na które była zmuszona się zgodzić, tak łatwo jej było sobie wyobrazić, że to samo mogło się zdarzyć w Ashgarcie. Moiże i wciąz było miejsce na kompromis i znalezienie nowych opcji? -Sama nie zgadzam się z wieloma zasadami z jakie były w Hematycie gdzie się urodziłam… Uważa się tam, że kobiety są jak klejnoty- piękne, trzymane w zamknięciu dla dobra otoczenia, częściej inni decydują o nich niż one same o sobie… Kiedy w Ariyannie mamy rycerki, nikt nie uważa, że to utrudnia rodzenia zdrowych dzieci. I skoro nie wiadomo kiedy Wieczny Wyłom wypluje Chimere lepiej grać z ludźmi w miarę otwarte karty. Możecie mieć pod tym względem rację. I nadal myślę, że jeszcze wiele mogę się dowiedzieć o Ashgarcie rzeczy jakich sobie nie wyobrażałam. Zakon przysłał nam jednego maga Coraxa, który przeszedł na stronę Zakonu i zobowiązał się używać magii dla celów Zakonu. Może warto by było pomyśleć o takiej formie kariery. Wspomogłoby się w ten sposób kiełkującą dyplomację Ashgarthu z resztą Imperium. Obstawiam, że mistrz Corax kręci się na przyjęciu. Koresz uśmiechnęła się smutno i powiedziała. *- U nas nadawanie kogoś klejnotem jest formą obrazy. To jakby powiedzieć mu że jest tylko narzędziem - cennym i użytecznym, lecz nadal tylko narzędziem. Często tak mówią do siebie małżonkowie z przymusu w opowieściach romantycznych, Zwłaszcza gdy za sobą nie przepadają. - Jej sługa tłumaczył jej słowa…Z Koresz wymienili razem spojrzenia, i Cynthia miała wrażenie, że obydwoje zdecydowani nie patrzą na ciebie jak zawsze jak na klejnoty. To ten, który wygląda jakby przepraszał, że żyje? Oboje Widzieliśmy go kilka razy, ale zawsze jest nerwowy w towarzystwie moim lub mojego Sługi, albo raczej kogokolwiek z mojej rodziny. -* Cynthia zanotowała w myślach te spojrzenia. Może ta wiedza będzie do wykorzystania? Może niekoniecznie w bolesny dla Koresz sposób. Ruggiero-Berengar mogłaby przysiąść, że czuje na sobie wzrok Enza obok. Tak, wzięli ślub dla wzajemnych korzyści,, chociaż czy kiedykolwiek było w tym chłodne “Jesteś dla mnie tylko narzędziem”? A obecnie skoro rozwód nie brzmiał im w smak… Ścisnęła dłoń męża w uspokajający sposób. -Opis by się zgadzał. Corax jest dosyć nerwowy, może ze względu na to jak jest postrzegana jego profesja w wielu prowincjach. Rozumiem, że w Ashgarcie nie mają tak ponurej sławy i otwarciej używa się magii przy… Przy jakich okazjach na przykład?
  • Miejsce dyskusji o RPG i systemach wszelakich.

    18 219
    18 Tematy
    219 Posty
    GladinG
    Wgrałem nową wersję mej ściągawki. Dodałem do niej m.in. listę zajęć, jakie pojawiły się w niektórych oficjalnych dodatkach (szukajcie pod: zajęcia, lista, strona 15.).
  • Informacje o konwentach, zlotach i innych wydarzeniach.

    17 50
    17 Tematy
    50 Posty
    DeklineD
    Tak tylko chciałem zagadać,chętnie pójdę do Gdańska w roli balkonika Zell. Albo zwyczajnie na kawiszczona.
  • Sprawy forum, techniczne, społeczne, jego organizacji oraz przyszłości.

    14 338
    14 Tematy
    338 Posty
    GladinG
    Odnośnie długości nazwy postaci, to na komórce, przy długiej nazwie, obcina ją i nie widać kto zacz.
  • Luźne rozmowy na tematy wszelakie.

    13 208
    13 Tematy
    208 Posty
    DhratlachD
    W Kolei jeszcze nadzieja się tli! Dobrze u was?
  • Miejsce na dzieła naszych użytkowników, czy to literackie, graficzne czy nawet muzykę i film. Zapraszamy do dzielenia się.

    8 69
    8 Tematy
    69 Posty
    NamiN
    [image: AbiqwOO.jpeg] [image: NzF0gbt.jpeg] Pomyślałam, że wrzucę jeszcze dwa zdjęcia, bo mi się podoba kolorystyka i kompozycja Co prawda na tym z chmurami (tak, chodziło o pogodę), załapał się pies mojego brata, który turla się w piachu XD ale no, tbh bardziej mi przeszkadza śmietnik na plaży, jaki zostawiają turyści Nie mniej jednak nie chciałam tego edytować. W pierwszym zdjęciu ogólnie uwielbiam chmury, wodę - i choć uwielbiam też moje psy, to nie postarały się z pozowaniem Ale jednakże i tak.
  • Oficjalny kanał Discord forum Rolltelling.

Patronat

https://forum.rolltelling.pl/assets/uploads/osf.jpg

Ostatnie posty

  • W Kolei jeszcze nadzieja się tli!

    Dobrze u was?

    czytaj więcej

  • text alternatywny

    Sneider wysłuchał uwag swoich najemnych pomocników. Zrazu widać było, że kontent był z ich kompetencji, lecz nie zamierzał nikomu za to dziękować. Stał przy martwym koniu, cierpliwie czekając, aż skończą swoje oględziny. Wiatr poruszał połami jego odzienia. Śnieg osiadał mu na rondzie, na rękawach i na rękojeści miecza. Nie zwracał jednak na niego uwagi, a właściwie sprawiał wrażenie, jakby mróz był tylko kolejną niedogodnością, którą należało odnotować i zignorować. Na słowa Tomasimo o raporcie spojrzał na niziołka ostro, z karcącą iskierką gniewu w oczach.

    – Nie prosiłem was o komentarz, Herr Ashfield – powiedział. – Nasz przepatrywacz sporządzał raport na użytek Lenkster. Miał zrelacjonować problemy na szlaku, który właśnie przemierzamy. Zawarł w nim coś, czego nie powinien i, jak rzekłem, dobrze, że nie trafiło to do nieodpowiednich person. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że zarzucacie mi kłamstwo, Herr Ashfield. Nie nawykłem puszczać takich afrontów mimo uszu. Radzę spętać swój język, bym nie pogłębił tego wrażenia bardziej. Jeśli uznam, że treść tego skrawka pergaminu lub innego jest wam potrzebna do zachowania życia, dowiecie się.

    Uderzył palcem w poły płaszcza, pod którymi zniknął fragment pergaminu. To ucinało temat. Gdy Pieter wspomniał o mapie, Sneider odwrócił ku niemu głowę. Spojrzał najpierw na tubę, potem na przepatrywacza, a dopiero później na zasypany trakt i las, który stał wokół nich cierpliwie, cicho, bez cienia pośpiechu.
    – Nie zgubcie jej – oznajmił w końcu. – Po zakończeniu misji ją skonfiskuję. W Lenkster pewnie się ucieszą, że nie trzeba kopiować nowej. To żmudne zajęcie.

    Potem przeniósł wzrok na znak wycięty w korze drzewa. Podszedł bliżej, stanął przed pniem i przyjrzał się nacięciom. Nie dotykał ich. Po prostu patrzył, jakby w kilku krótkich kreskach próbował odczytać charakter człowieka, który je zostawił. Znak był prosty, ale odnosiło się wrażenie, że ma przed czymś ostrzegać, albo taką wersję wykoncypował sobie Łowca przez wzgląd na scenerie, która ich otaczała.
    – Znak łowców, bez wątpienia – rzekł wreszcie. – Na moje to ostrzeżenie, choć tylko zgaduję.
    Ostatnie zdanie zabrzmiało sucho, ale uczciwie. Łowca chyba nie miał w zwyczaju przypisywać sobie umiejętności lub znamion wiedzy, których nie posiadał. Było to trochę pocieszające. Ktoś inny z podobnymi uprawieniami mógłby pomyśleć, że ma licencje na wszelką prawdę.
    Przypatrzył się gwizdkowi, który odnalazł Tomasimo. Obrócił go w palcach, przyjrzał się otworom, pożółkłej kości i prostym nacięciom po nożu.
    – Mógł być Ulmanna, choć nie widziałem, by go używał. Zdolniejsi przepatrywacze używają podobnych drobiazgów do koni, które poddano tresurze, by rozumiały sygnały. Niech ci służy – rzucił zdawkowo do niziołka.

    Gdy Heinrich poinformował ich o guślarskich amuletach, twarz Łowcy zmieniła się wyraźniej. Podszedł we wskazane miejsce, tylko kilka kroków poza linię traktu, tak by zobaczyć zawieszone między drzewami drobiazgi. Patyczki związane brudnym sznurkiem. Kostki. Ciernie. Mała ptasia czaszka, która obracała się lekko na wietrze, jakby martwy kruk próbował nadal wyglądać jednym pustym oczodołem między gałęzie. Łowca długo nic nie mówił. Spojrzał na Heinricha. W jego oczach pojawiło się coś, co mogło być wyrazem aprobaty, choć jak zwykle szafował nią oszczędnie.

    – Dobrze, żeście to zauważyli. Spalimy to przed pójściem dalej. I tak zaczyna powoli się ćmić, więc pójdziemy dalej z pochodnią – zarządził, choć można było dyskutować, czy poruszanie się w ten sposób nie uczyni ich bardziej widocznymi. Z drugiej strony wejście po ciemku w niedźwiedzie sidła mogło się okazać dalece bardziej przykrą niespodzianką, a ogień odstrasza zwierzęta, więc ostatecznie podróż z pochodnią wygrała. Później wrócił na trakt i spojrzał na truchło konia. Gdy padła propozycja brania mięsa, skrzywił się ledwie dostrzegalnie.
    – Nie.
    Powiedział to spokojnie, bez cienia wahania.
    – Nie będziemy brali mięsa z konia, który padł po starciu ze zwierzoludźmi, leżał nocą przy lesie, nie został porządnie ruszony przez wilki, a obok którego wiszą guślarskie śmieci. Nie bądźcie głupcami. Zwierzęta musiały wyczuć spaczenie w posoce i zostawiły truchło. Po prawdzie radziłbym wam dobrze oczyścić ręce. Skaza jest podstępna. Czasem sam kontakt ze skażoną krwią starcza. Widywałem już takie przypadki – przestrzegł ich po tym, jak właściwie kończyli przewracać konia na bok.

    Z premedytacją pozwolił im działać. Patrzył bez entuzjazmu na wysiłek, z jakim ciało martwego zwierzęcia odrywało się od zmarzniętej brei. Mięso puściło w końcu z głuchym, mokrym odgłosem, a z drugiej strony ukazały się rozorane juki, stwardniała skóra, przymarznięte pasy i rzeczy zbyt zniszczone, by wzbudzić większą radość. Heinrich wydobył strzemiona, wędzidło, sprzączkę, dłuższy rzemień i czaprak w stanie dalekim od przyzwoitości. Sneider nie protestował.
    – To możecie zabrać – rzekł. – Ale nie grzebcie w tym dłużej, jeśli macie szacunek do swojej świętej duszy.
    Jeszcze raz spojrzał na znak wycięty w drzewie, na amulety wiszące dalej między pniami, na śnieg, który zaczynał przykrywać końskie oko.
    – Ruszamy.
    Nie zapytał, czy są gotowi. Pewnie miał to głęboko gdzieś. W głosie miał ten sam surowy ton co poprzedniego wieczora. Tylko teraz pod spodem pobrzmiewało coś jeszcze. Niepokój. Bardzo dobrze zakopany, ale jednak obecny.

    Pieter złożył mapę i zabezpieczył tubę. Tomasimo schował gwizdek, jeśli go zatrzymał. Heinrich przytroczył do siebie wydobyte resztki końskiego rzędu. Moriz przez cały czas miał baczenie na las, choć nic nie zapowiadało, by było to teraz potrzebne. Wziął sobie jednak wyjątkowo do serca ciężar tego zadania, co spotykało się co jakiś czas z pomrukami ze strony Łowcy Czarownic. Ktoś obdarzony bujną wyobraźnią mógłby nawet stwierdzić, że słyszy w nich nutę zadowolenia.

    text alternatywny

    Ruszyli dalej. Droga z każdą kolejną godziną robiła się gorsza. Każdy kolejny krok odbierał trochę więcej niż poprzedni. Śnieg leżał miejscami głęboko, z wierzchu zwarty i twardy, pod spodem zdradliwie sypki. Kto postawił stopę źle, zapadał się po łydkę albo kolano i musiał wydobywać nogę z cichym przekleństwem, które para zamieniała zaraz w biały obłok. Konie szły ostrożniej. Kuc Tomasimo parskał z urazą. Tyci natomiast poruszał się lepiej od ludzi, czasem wybiegając kawałek naprzód, czasem wracając do pana, raz po raz wkładając nos w śnieg. Zdawał się mieć niewyczerpywalne pokłady energii.

    text alternatywny

    Las ciągnął się po obu stronach traktu, gęsty i ciemny mimo białych czap. Świerki uginały gałęzie od śniegu, nagie buki stały sztywno jak kolumny w opuszczonej świątyni, a martwe krzewy przy drodze sterczały spod zasp jak palce zmarłych, zagrzebanych płytko pod ziemią. Czasem z gałęzi osuwał się płat śniegu, spadał z cichym szmerem i sprawiał, że któryś z ludzi odruchowo spoglądał w tamtą stronę. Czasem gdzieś daleko stuknął dzięcioł albo pękła kora od mrozu. Poza tym było cicho.

    Pieter prowadził, od czasu do czasu sięgając po mapę. Wyciągał ją tylko wtedy, gdy topografia terenu zaczynała płatać mu figle. Zaznaczone na niej punkty okazały się przydatne. Jeden z kamieni drogowych rzeczywiście tkwił pod śniegiem przy starym wykrocie, niewidoczny z traktu, ale po odgarnięciu bieli dało się wyczuć twardy grzbiet pod rękawicą. Dalej był zakręt przy pękniętym świerku, którego korona dawno temu musiała zostać rozłupana przez piorun. Potem wąski jar, przez który wiatr przepychał śnieg tak zaciekle, jakby chciał pokryć go w całości.

    Mapa nie prowadziła ich jak po sznurku, ale pomagała. Potwierdzała to, co Pieter podejrzewał, prostowała to, czego nie był pewien, i parę razy oszczędziła im kluczenia, przez co spokojnie można stwierdzić, że oszczędzili godzinę albo dwie z trasy. Sneider szedł wraz z nimi w żelaznej ciszy, niemal jakby na trasie złożył śluby milczenia. Przez większą część dnia trzymał się z tyłu lub z boku, tak by widzieć i prowadzącego, i linię drzew. Nie wyglądał na zadowolonego z tego spaceru, a humor, jeśli w ogóle miał jakieś jego pokłady, zepsuł mu się od czasu odnalezienia guślarskich amuletów. Czerwona łuna pochodni jedynie nadawała jego rysom jeszcze bardziej paskudnych cieni.

    W ostatnich godzinach marszu, mimo iż był jeszcze dzień, światło słońca całkiem straciło swoją moc. Niebo nie pociemniało od razu, raczej wyblakło, jak stara szmata wyprana z koloru. Cienie pod drzewami zrobiły się dłuższe, ostrzejsze. Mróz nie zelżał, ale zmienił charakter. Rano szczypał i kąsał. Teraz zaczął pełznąć. Wchodził pod odzienie zdradziecko, ściskając w uścisku mięśnie, wsączając się do kości. Zmęczenie kładło się na barkach i udach. Naprawdę mieli już dość tej wędrówki na dzisiaj.

    Pieter w końcu zatrzymał się przy niskim skalnym występie, którego prawie nie było widać spod śniegu. Stał chwilę, patrzył na zarys zbocza, na drzewa rosnące w dziwnym półkolu i na ciemniejszą plamę między kamieniami.
    – Tu – powiedział.
    Pieczara nie była wielka. Bardziej rozpadlina w skale niż prawdziwa jaskinia, ale dawała to, czego potrzebowali. Dach nad głową, osłonę od północnego wiatru i dość miejsca, by ludzie oraz zwierzęta nie musieli spać jedni na drugich. Wejście było szerokie, półotwarte, częściowo przesłonięte zaspą i zwisającymi gałęziami. W środku pachniało zimnym kamieniem, starym dymem i wilgocią. Ktoś musiał korzystać z tego miejsca wcześniej, może drwale, może łowcy. Przy jednej ze ścian leżały czarne ślady dawnego ogniska, rozmazane i częściowo zasypane pyłem oraz zmarzniętym błotem. W głębi kamień opadał nisko, tworząc ciemny zakątek, gdzie dało się złożyć pakunki albo usiąść plecami do skały.
    Sneider wszedł do środka pierwszy tylko na tyle, by sprawdzić wzrokiem ciemność. Potem skinął głową.
    – Dobre miejsce. Znaczy się, dobre na tyle, na ile można oczekiwać od dziury w skale.

    text alternatywny

    Rozłożyli obóz szybko, bez zbytecznego gadania. Dzień uciekał, a zmrok dławił ostatnie nikłe promienie słońca. Konie przywiązano bliżej wejścia, ale nie tak, by mogły w panice stratować ludzi. Rzemienie sprawdzono dwa razy. Zwierzęta dostały paszę z juków i trochę osłony od wiatru. Kuc Tomasimo wyglądał na urażonego warunkami, ale jadł, godząc się z okolicznościami. Tyci obszedł wejście pieczary, obwąchał kamienie, śnieg i ślady starych popiołów, po czym usiadł przy Tomasimo, czujny, z kufą zwróconą ku drzewom.

    Opał od Grubera okazał się wart więcej, niż karczmarz chciałby przyznać. Suche szczapy i łuczywo przyjęły iskrę po pewnej chwili dmuchania poprzetykanego przekleństwami. Ogień najpierw był mizerny, niski, złośliwy jak leniwy parobek, który robi tylko tyle, ile musi. Potem jednak podniósł się, złapał drewno i zaczął trzaskać cicho, rozświetlając kamienne ściany pomarańczowym blaskiem. Dym przeszkadzał delektować się ciepłem w pełni. Część szła ku wyjściu, część snuła się po sklepieniu, a cześć leciała prostu na jednego z nich na zmianę, gryzła w oczy lub dusiła krtań.

    Ktoś ustawił garnek z wodą przy ogniu. Ktoś inny wyjął racje. Twardy chleb, kawałki suszonego mięsa, trochę kaszy czy czegoś innego, co po podgrzaniu mogło udawać posiłek. Sneider wydobył z własnego pakunku zawiniątko z ziołami, które nie pachniały zbyt przyjemnie.
    – Dodajcie to do garnka – powiedział. – Ale nie za dużo. Raczej nie będzie wam smakować, ale doda nam trochę sił. Sigmar jeden wie, że będziemy jej potrzebować.
    Napar, kiedy w końcu naciągnął, miał barwę brudnej słomy i smak, który faktycznie trudno było przełknąć. Mimo wszystko spływał do żołądka i rozprowadzał ciepło po zmarzniętym ciele. Zresztą po całym dniu marszu nawet takie paskudztwo trzeba było wziąć za dobrą monetę.

    Warty ustalono bez większej kłótni. Nikt rozsądny nie zamierzał spać bez czuwania po tym, jak znaleźli zmaltretowanego konia. Wejście do pieczary pozostawało zbyt szerokie, by czuć się bezpiecznie, ale dość wąskie, by przynajmniej nie musieli spodziewać się niebezpieczeństwa ze wszystkich stron naraz. Ogień ustawiono głębiej, tak by dawał światło i ciepło, ale nie wystawiał ich na widok z lasu. Pakunki ułożono pod ścianą. Kto był z nich mądrzejszy, złożył broń bliżej dłoni niż w zwyczajnych warunkach. Sneider ściągnął kapelusz tylko na chwilę, otrzepał go ze śniegu, po czym założył z powrotem. Zamierzał, zdaje się, spać na siedząco po tym, jak wszedł do śpiwora i zakrył się derką. Wyglądało na to, że nawet nocleg w pieczarze nie był dla niego wystarczającym powodem, by rozstać się z kapeluszem.

    Zmrok opadł wreszcie na las. Z początku tylko przyciemnił pnie, potem zgasił odległe przestrzenie między nimi, aż w końcu wszystko poza zasięgiem ognia stało się czarną ścianą poprzecinaną białymi smugami śniegu. Niebo za koronami drzew miało barwę zimnego ołowiu. Wiatr ucichł trochę. Ogień trzaskał. Konie przeżuwały niespokojnie paszę w obroku. Gdzieś w głębi pieczary kapała woda, drażniąc ucho jak głośno tykający zegar w nocy. Mieli właśnie ułożyć się do snu, kiedy czujny Moriz, pierwszy na warcie, zmrużył lekko oczy. Ciemne płótno nocnego krajobrazu się poruszyło. Jakimś cudem wyłowił ruch jakiegoś zwierzęcia. Tyci również odwrócił się w tamtą stronę. Nie zerwał się gwałtownie. Nie zaszczekał od razu. Podniósł łeb, przestał poruszać pyskiem i zastygł. Uszy stanęły mu wysoko. Potem z gardła wydobyło się niskie, ledwie słyszalne warczenie. Tomasimo znał swojego psa na tyle, by wiedzieć, że to nie był kaprys ani reakcja na spadający śnieg.
    – Mamy gości – mruknął Moriz głośniej. Wystarczająco głośno, by słowa przecięły obozową ciszę.
    Tyci wstał powoli, zjeżył sierść na karku i stanął przy Tomasimo. Teraz już warczał wyraźniej. Jasny zarys zębisk, który począł wyłaniać się ze zmroku, oraz odgłosy warczenia nie pozostawiały złudzeń. Zbliżała się do nich wataha wilków.

    Sneider odłożył kubek z naparem tak spokojnie, jakby spodziewał się tego od samego początku. Lewą ręką sięgnął po pistolet. Prawą po miecz. Metal wyszedł z pochwy z cichym, zimnym sykiem, który zapowiadał obietnicę krwi.
    – Broń do rąk – rzucił chrapliwie.
    Nie krzyknął. Właściwie powiedział to lodowato spokojnym głosem. Ten spokój dał im potrzebny czas. Każdy, kto jeszcze siedział, miał dość czasu, by wstać. Każdy, kto miał broń opartą o ścianę, mógł po nią sięgnąć. Każdy, kto chciał poprawić pas, odsunąć garnek, kopnąć pakunek spod nóg albo odciągnąć konie głębiej, miał na to kilka uderzeń serca. Wataha nie rzucała się jeszcze. Podchodziła mądrze. Drużyna mogła dokładnie ocenić stan drapieżników, ich liczbę i zważyć, ile mają szans, aby wyjść z tego żywi.

    text alternatywny

    Pierwszy wilk wyłonił się zza zasłony nocy cicho niczym zjawa. Był chorobliwie chudy, z żebrami rysującymi się pod brudnoszarym futrem, lecz wcale nie wyglądał przez to na słabszego. Szedł nisko, z łbem opuszczonym, z mięśniami pracującymi pod skórą i ślepiami, w których drżał odbity blask ognia. Pysk miał ciemny od śliny, a z nozdrzy ulatywała para. Za nim pojawił się drugi. Potem trzeci. Zwierzęta nie wyskakiwały z lasu, nie rzucały się zrazu do gardła. Wychodziły powoli, cierpliwie, metodycznie zamykając krąg i osaczając ich. Po bokach, między krzakami i niskimi świerkami, przemykały kolejne kształty. Raz widoczne, raz ginące w czerni pni i bieli śniegu.
    Osiem.
    Może więcej, jeśli liczyć cienie, które dało się wyłowić w głębi drzew. Co do tych jednak nie było pewności. Osiem dało się wypatrzyć na pewno, gdy poruszyły się niemal jednocześnie, zamykając przed wejściem do pieczary szeroki, głodny półkrąg.

    Ten największy wyszedł ostatni.
    Był paskudny. Nie po prostu duży, choć był większy od reszty. Nie po prostu stary, choć futro na pysku miał miejscami siwe, posklejane i nierówne. Było w nim coś wypaczonego. Grzbiet miał wysoki, łapy cięższe, łeb szerszy. Ślepia połyskiwały lekko zielonkawym blaskiem, nie tak jak oczy zwykłego zwierzęcia odbijające ogień, lecz własną, plugawą łuną. Dochodziła od niego woń gnijącego ciała. Z pyska ciekła mu ślina. Gęsta, zielonkawa, ciągnąca się nitkami, które spadały na śnieg i zostawiały w nim ciemne plamki.

    Konie poczuły nienaturalne zagrożenie od razu. Jeden szarpnął rzemieniem, drugi cofnął się gwałtownie, parskając z paniką. Kuc Tomasimo rzucił łbem, siłując się z liną, do której go przywiązano. Tyci odpowiedział pełniejszym warczeniem, stając szerzej na łapach.
    Sneider uniósł pistolet, ale nie strzelił. Jeszcze nie. Lufa skierowała się ku największemu wilkowi, a miecz w prawej dłoni Łowcy opadł nisko, gotów do cięcia, jeśli któryś z mniejszych spróbuje skoczyć przez ogień albo obejść wejście bokiem.
    – Nie rozpraszać się – powiedział zimno. – Pilnować boków. Dużego zostawcie mnie, jeśli podejdzie.
    Wilki rozchodziły się półkolem. Dwa zostały naprzeciw wejścia, trzy przesuwały się w lewo, nisko przy śniegu, prawie bezgłośnie. Kolejne szły od prawej, korzystając z krzaków i nierówności terenu. Nie wyglądały, jakby bały się ognia tak, jak powinny. Może głód był silniejszy. Może ten większy wymógł na nich posłuszeństwo alfy.

    Ciszę, jaka nastąpiła, gdy dwie grupy mierzyły się wzrokiem, można było kroić nożem. Najgłośniejsze było ognisko, w którym rozbrzmiał trzask pękającego polana. Dym wylewał się siwym warkoczem ku wyjściu, rwał na chłodzie w brudne pasma i mieszał z nocą. Wolno, by nie wzbudzić nagłego ataku, wyciągnęli broń. Każdy z nich przyglądał się już swojemu wilkowi. Wzrok obiecywał spojrzeniem przemoc, jeśli zwierzę się nie wycofa, ale zwykła determinacja nie działała na te bestie. Ktoś przesunął stopą pakunek pod ścianę. Ktoś inny odciągnął łokciem koński łeb, gdy zwierzę szarpnęło się niespokojnie na uwięzi.

    Wataha podchodziła powoli. Nie cofała się. Nie wahała. Po prostu skracała dystans, cierpliwa i drapieżna, rozciągnięta przed wejściem do pieczary niczym szczęka wygłodniałego lasu. Wtedy największy z nich otworzył pysk szerzej. Z gardła wypłynął niski, mokry warkot, bardziej przypominający pracę chorego miecha niż głos jakiegokolwiek żywego zwierza. Zielonkawa ślina oderwała się od jego kłów, spadła ciężko na śnieg i zostawiła przy łapach ciemną, parującą plamę.

    Ruszyli jednocześnie. Walkę zainicjował huk wystrzału z pistoletu Sneidera.

    text alternatywny

    czytaj więcej

  • @Ketharian napisał w [ALIEN] Krzyk Pustki (rekrutacja):

    i który będzie latał na transponderze albo amerykańskim albo UPP):

    Bardziej by mi pasowało gdyby jednak Siergiej był uciekinierem z UPP i żeby latali pod transponderem amerykańskim. Ale jak będzie transponder UPP to też looz.

    czytaj więcej

  • text alternatywny

    Ogłoszenia parafialne

    Korzystając z wolnej chwili chciałbym podsumować aktualny status rekrutacji.

    Lista osób na pokładzie statku (który na bazie Waszych dotychczasowych sugestii będzie albo kombajnem górniczym albo jednostką złomiarską i który będzie latał na transponderze albo amerykańskim albo UPP):

    @marrrt - kapitan (templatka officer, personalia jeszcze nieznane, ale nadesłany przez gracza awatar sugeruje, że to twardy skurczybyk);

    @grek - pierwszy oficer Siergiej Kalashnikov (templatka roughneck);

    @mareenk - Nadia Volkov, załogant (na templatce roughneck);

    @macabra78 - android medyczny Adam (na templatce medic);

    @piołun - Elias Crowe, oficer naukowy jednostki (templatka sciencist);

    @davy-knee jako Dave Knee, pasażer na templatce colony marshall;

    @cygan, William Biscuit, pasażer-archeolog (na templatce scientist);

    @arthur-fleck , Delilah le Fey jako przedstawicielka Lasalle Bionational (templatka corporate agent). Podejrzewam, że wybór tego gracza z pewnością kogoś śledzącego rekrutację zdumi, zaskoczy, a może nawet zaszokuje, dlatego chciałem podkreślić, że Arthur nigdy ze mną wcześniej nie grał i w ogóle nie znam gościa, więc dla potrzeb tej sesji ma status „świeżaka”;

    @jedrzej-gruszczynski , prawdziwy joker tej sesji, czyli elastyczny gracz, który czeka cierpliwie do końca rekrutacji, aby dopasować swoją postać do najbardziej potrzebnej roli w kształcie całej drużyny;

    oraz Rebirth, który uczestniczy w tym miesiącu w intensywnym służbowym projekcie i jeśli dołączy do nas w ostatnich dnia miesiąca, również będzie mógł wziąć udział w zabawie.

    czytaj więcej
Ostatnio zarejestrowani

Online

13

Online

120

Użytkownicy

191

Tematy

6.5k

Posty