
Sneider wysłuchał uwag swoich najemnych pomocników. Zrazu widać było, że kontent był z ich kompetencji, lecz nie zamierzał nikomu za to dziękować. Stał przy martwym koniu, cierpliwie czekając, aż skończą swoje oględziny. Wiatr poruszał połami jego odzienia. Śnieg osiadał mu na rondzie, na rękawach i na rękojeści miecza. Nie zwracał jednak na niego uwagi, a właściwie sprawiał wrażenie, jakby mróz był tylko kolejną niedogodnością, którą należało odnotować i zignorować. Na słowa Tomasimo o raporcie spojrzał na niziołka ostro, z karcącą iskierką gniewu w oczach.
– Nie prosiłem was o komentarz, Herr Ashfield – powiedział. – Nasz przepatrywacz sporządzał raport na użytek Lenkster. Miał zrelacjonować problemy na szlaku, który właśnie przemierzamy. Zawarł w nim coś, czego nie powinien i, jak rzekłem, dobrze, że nie trafiło to do nieodpowiednich person. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że zarzucacie mi kłamstwo, Herr Ashfield. Nie nawykłem puszczać takich afrontów mimo uszu. Radzę spętać swój język, bym nie pogłębił tego wrażenia bardziej. Jeśli uznam, że treść tego skrawka pergaminu lub innego jest wam potrzebna do zachowania życia, dowiecie się.
Uderzył palcem w poły płaszcza, pod którymi zniknął fragment pergaminu. To ucinało temat. Gdy Pieter wspomniał o mapie, Sneider odwrócił ku niemu głowę. Spojrzał najpierw na tubę, potem na przepatrywacza, a dopiero później na zasypany trakt i las, który stał wokół nich cierpliwie, cicho, bez cienia pośpiechu.
– Nie zgubcie jej – oznajmił w końcu. – Po zakończeniu misji ją skonfiskuję. W Lenkster pewnie się ucieszą, że nie trzeba kopiować nowej. To żmudne zajęcie.
Potem przeniósł wzrok na znak wycięty w korze drzewa. Podszedł bliżej, stanął przed pniem i przyjrzał się nacięciom. Nie dotykał ich. Po prostu patrzył, jakby w kilku krótkich kreskach próbował odczytać charakter człowieka, który je zostawił. Znak był prosty, ale odnosiło się wrażenie, że ma przed czymś ostrzegać, albo taką wersję wykoncypował sobie Łowca przez wzgląd na scenerie, która ich otaczała.
– Znak łowców, bez wątpienia – rzekł wreszcie. – Na moje to ostrzeżenie, choć tylko zgaduję.
Ostatnie zdanie zabrzmiało sucho, ale uczciwie. Łowca chyba nie miał w zwyczaju przypisywać sobie umiejętności lub znamion wiedzy, których nie posiadał. Było to trochę pocieszające. Ktoś inny z podobnymi uprawieniami mógłby pomyśleć, że ma licencje na wszelką prawdę.
Przypatrzył się gwizdkowi, który odnalazł Tomasimo. Obrócił go w palcach, przyjrzał się otworom, pożółkłej kości i prostym nacięciom po nożu.
– Mógł być Ulmanna, choć nie widziałem, by go używał. Zdolniejsi przepatrywacze używają podobnych drobiazgów do koni, które poddano tresurze, by rozumiały sygnały. Niech ci służy – rzucił zdawkowo do niziołka.
Gdy Heinrich poinformował ich o guślarskich amuletach, twarz Łowcy zmieniła się wyraźniej. Podszedł we wskazane miejsce, tylko kilka kroków poza linię traktu, tak by zobaczyć zawieszone między drzewami drobiazgi. Patyczki związane brudnym sznurkiem. Kostki. Ciernie. Mała ptasia czaszka, która obracała się lekko na wietrze, jakby martwy kruk próbował nadal wyglądać jednym pustym oczodołem między gałęzie. Łowca długo nic nie mówił. Spojrzał na Heinricha. W jego oczach pojawiło się coś, co mogło być wyrazem aprobaty, choć jak zwykle szafował nią oszczędnie.
– Dobrze, żeście to zauważyli. Spalimy to przed pójściem dalej. I tak zaczyna powoli się ćmić, więc pójdziemy dalej z pochodnią – zarządził, choć można było dyskutować, czy poruszanie się w ten sposób nie uczyni ich bardziej widocznymi. Z drugiej strony wejście po ciemku w niedźwiedzie sidła mogło się okazać dalece bardziej przykrą niespodzianką, a ogień odstrasza zwierzęta, więc ostatecznie podróż z pochodnią wygrała. Później wrócił na trakt i spojrzał na truchło konia. Gdy padła propozycja brania mięsa, skrzywił się ledwie dostrzegalnie.
– Nie.
Powiedział to spokojnie, bez cienia wahania.
– Nie będziemy brali mięsa z konia, który padł po starciu ze zwierzoludźmi, leżał nocą przy lesie, nie został porządnie ruszony przez wilki, a obok którego wiszą guślarskie śmieci. Nie bądźcie głupcami. Zwierzęta musiały wyczuć spaczenie w posoce i zostawiły truchło. Po prawdzie radziłbym wam dobrze oczyścić ręce. Skaza jest podstępna. Czasem sam kontakt ze skażoną krwią starcza. Widywałem już takie przypadki – przestrzegł ich po tym, jak właściwie kończyli przewracać konia na bok.
Z premedytacją pozwolił im działać. Patrzył bez entuzjazmu na wysiłek, z jakim ciało martwego zwierzęcia odrywało się od zmarzniętej brei. Mięso puściło w końcu z głuchym, mokrym odgłosem, a z drugiej strony ukazały się rozorane juki, stwardniała skóra, przymarznięte pasy i rzeczy zbyt zniszczone, by wzbudzić większą radość. Heinrich wydobył strzemiona, wędzidło, sprzączkę, dłuższy rzemień i czaprak w stanie dalekim od przyzwoitości. Sneider nie protestował.
– To możecie zabrać – rzekł. – Ale nie grzebcie w tym dłużej, jeśli macie szacunek do swojej świętej duszy.
Jeszcze raz spojrzał na znak wycięty w drzewie, na amulety wiszące dalej między pniami, na śnieg, który zaczynał przykrywać końskie oko.
– Ruszamy.
Nie zapytał, czy są gotowi. Pewnie miał to głęboko gdzieś. W głosie miał ten sam surowy ton co poprzedniego wieczora. Tylko teraz pod spodem pobrzmiewało coś jeszcze. Niepokój. Bardzo dobrze zakopany, ale jednak obecny.
Pieter złożył mapę i zabezpieczył tubę. Tomasimo schował gwizdek, jeśli go zatrzymał. Heinrich przytroczył do siebie wydobyte resztki końskiego rzędu. Moriz przez cały czas miał baczenie na las, choć nic nie zapowiadało, by było to teraz potrzebne. Wziął sobie jednak wyjątkowo do serca ciężar tego zadania, co spotykało się co jakiś czas z pomrukami ze strony Łowcy Czarownic. Ktoś obdarzony bujną wyobraźnią mógłby nawet stwierdzić, że słyszy w nich nutę zadowolenia.

Ruszyli dalej. Droga z każdą kolejną godziną robiła się gorsza. Każdy kolejny krok odbierał trochę więcej niż poprzedni. Śnieg leżał miejscami głęboko, z wierzchu zwarty i twardy, pod spodem zdradliwie sypki. Kto postawił stopę źle, zapadał się po łydkę albo kolano i musiał wydobywać nogę z cichym przekleństwem, które para zamieniała zaraz w biały obłok. Konie szły ostrożniej. Kuc Tomasimo parskał z urazą. Tyci natomiast poruszał się lepiej od ludzi, czasem wybiegając kawałek naprzód, czasem wracając do pana, raz po raz wkładając nos w śnieg. Zdawał się mieć niewyczerpywalne pokłady energii.

Las ciągnął się po obu stronach traktu, gęsty i ciemny mimo białych czap. Świerki uginały gałęzie od śniegu, nagie buki stały sztywno jak kolumny w opuszczonej świątyni, a martwe krzewy przy drodze sterczały spod zasp jak palce zmarłych, zagrzebanych płytko pod ziemią. Czasem z gałęzi osuwał się płat śniegu, spadał z cichym szmerem i sprawiał, że któryś z ludzi odruchowo spoglądał w tamtą stronę. Czasem gdzieś daleko stuknął dzięcioł albo pękła kora od mrozu. Poza tym było cicho.
Pieter prowadził, od czasu do czasu sięgając po mapę. Wyciągał ją tylko wtedy, gdy topografia terenu zaczynała płatać mu figle. Zaznaczone na niej punkty okazały się przydatne. Jeden z kamieni drogowych rzeczywiście tkwił pod śniegiem przy starym wykrocie, niewidoczny z traktu, ale po odgarnięciu bieli dało się wyczuć twardy grzbiet pod rękawicą. Dalej był zakręt przy pękniętym świerku, którego korona dawno temu musiała zostać rozłupana przez piorun. Potem wąski jar, przez który wiatr przepychał śnieg tak zaciekle, jakby chciał pokryć go w całości.
Mapa nie prowadziła ich jak po sznurku, ale pomagała. Potwierdzała to, co Pieter podejrzewał, prostowała to, czego nie był pewien, i parę razy oszczędziła im kluczenia, przez co spokojnie można stwierdzić, że oszczędzili godzinę albo dwie z trasy. Sneider szedł wraz z nimi w żelaznej ciszy, niemal jakby na trasie złożył śluby milczenia. Przez większą część dnia trzymał się z tyłu lub z boku, tak by widzieć i prowadzącego, i linię drzew. Nie wyglądał na zadowolonego z tego spaceru, a humor, jeśli w ogóle miał jakieś jego pokłady, zepsuł mu się od czasu odnalezienia guślarskich amuletów. Czerwona łuna pochodni jedynie nadawała jego rysom jeszcze bardziej paskudnych cieni.
W ostatnich godzinach marszu, mimo iż był jeszcze dzień, światło słońca całkiem straciło swoją moc. Niebo nie pociemniało od razu, raczej wyblakło, jak stara szmata wyprana z koloru. Cienie pod drzewami zrobiły się dłuższe, ostrzejsze. Mróz nie zelżał, ale zmienił charakter. Rano szczypał i kąsał. Teraz zaczął pełznąć. Wchodził pod odzienie zdradziecko, ściskając w uścisku mięśnie, wsączając się do kości. Zmęczenie kładło się na barkach i udach. Naprawdę mieli już dość tej wędrówki na dzisiaj.
Pieter w końcu zatrzymał się przy niskim skalnym występie, którego prawie nie było widać spod śniegu. Stał chwilę, patrzył na zarys zbocza, na drzewa rosnące w dziwnym półkolu i na ciemniejszą plamę między kamieniami.
– Tu – powiedział.
Pieczara nie była wielka. Bardziej rozpadlina w skale niż prawdziwa jaskinia, ale dawała to, czego potrzebowali. Dach nad głową, osłonę od północnego wiatru i dość miejsca, by ludzie oraz zwierzęta nie musieli spać jedni na drugich. Wejście było szerokie, półotwarte, częściowo przesłonięte zaspą i zwisającymi gałęziami. W środku pachniało zimnym kamieniem, starym dymem i wilgocią. Ktoś musiał korzystać z tego miejsca wcześniej, może drwale, może łowcy. Przy jednej ze ścian leżały czarne ślady dawnego ogniska, rozmazane i częściowo zasypane pyłem oraz zmarzniętym błotem. W głębi kamień opadał nisko, tworząc ciemny zakątek, gdzie dało się złożyć pakunki albo usiąść plecami do skały.
Sneider wszedł do środka pierwszy tylko na tyle, by sprawdzić wzrokiem ciemność. Potem skinął głową.
– Dobre miejsce. Znaczy się, dobre na tyle, na ile można oczekiwać od dziury w skale.

Rozłożyli obóz szybko, bez zbytecznego gadania. Dzień uciekał, a zmrok dławił ostatnie nikłe promienie słońca. Konie przywiązano bliżej wejścia, ale nie tak, by mogły w panice stratować ludzi. Rzemienie sprawdzono dwa razy. Zwierzęta dostały paszę z juków i trochę osłony od wiatru. Kuc Tomasimo wyglądał na urażonego warunkami, ale jadł, godząc się z okolicznościami. Tyci obszedł wejście pieczary, obwąchał kamienie, śnieg i ślady starych popiołów, po czym usiadł przy Tomasimo, czujny, z kufą zwróconą ku drzewom.
Opał od Grubera okazał się wart więcej, niż karczmarz chciałby przyznać. Suche szczapy i łuczywo przyjęły iskrę po pewnej chwili dmuchania poprzetykanego przekleństwami. Ogień najpierw był mizerny, niski, złośliwy jak leniwy parobek, który robi tylko tyle, ile musi. Potem jednak podniósł się, złapał drewno i zaczął trzaskać cicho, rozświetlając kamienne ściany pomarańczowym blaskiem. Dym przeszkadzał delektować się ciepłem w pełni. Część szła ku wyjściu, część snuła się po sklepieniu, a cześć leciała prostu na jednego z nich na zmianę, gryzła w oczy lub dusiła krtań.
Ktoś ustawił garnek z wodą przy ogniu. Ktoś inny wyjął racje. Twardy chleb, kawałki suszonego mięsa, trochę kaszy czy czegoś innego, co po podgrzaniu mogło udawać posiłek. Sneider wydobył z własnego pakunku zawiniątko z ziołami, które nie pachniały zbyt przyjemnie.
– Dodajcie to do garnka – powiedział. – Ale nie za dużo. Raczej nie będzie wam smakować, ale doda nam trochę sił. Sigmar jeden wie, że będziemy jej potrzebować.
Napar, kiedy w końcu naciągnął, miał barwę brudnej słomy i smak, który faktycznie trudno było przełknąć. Mimo wszystko spływał do żołądka i rozprowadzał ciepło po zmarzniętym ciele. Zresztą po całym dniu marszu nawet takie paskudztwo trzeba było wziąć za dobrą monetę.
Warty ustalono bez większej kłótni. Nikt rozsądny nie zamierzał spać bez czuwania po tym, jak znaleźli zmaltretowanego konia. Wejście do pieczary pozostawało zbyt szerokie, by czuć się bezpiecznie, ale dość wąskie, by przynajmniej nie musieli spodziewać się niebezpieczeństwa ze wszystkich stron naraz. Ogień ustawiono głębiej, tak by dawał światło i ciepło, ale nie wystawiał ich na widok z lasu. Pakunki ułożono pod ścianą. Kto był z nich mądrzejszy, złożył broń bliżej dłoni niż w zwyczajnych warunkach. Sneider ściągnął kapelusz tylko na chwilę, otrzepał go ze śniegu, po czym założył z powrotem. Zamierzał, zdaje się, spać na siedząco po tym, jak wszedł do śpiwora i zakrył się derką. Wyglądało na to, że nawet nocleg w pieczarze nie był dla niego wystarczającym powodem, by rozstać się z kapeluszem.
Zmrok opadł wreszcie na las. Z początku tylko przyciemnił pnie, potem zgasił odległe przestrzenie między nimi, aż w końcu wszystko poza zasięgiem ognia stało się czarną ścianą poprzecinaną białymi smugami śniegu. Niebo za koronami drzew miało barwę zimnego ołowiu. Wiatr ucichł trochę. Ogień trzaskał. Konie przeżuwały niespokojnie paszę w obroku. Gdzieś w głębi pieczary kapała woda, drażniąc ucho jak głośno tykający zegar w nocy. Mieli właśnie ułożyć się do snu, kiedy czujny Moriz, pierwszy na warcie, zmrużył lekko oczy. Ciemne płótno nocnego krajobrazu się poruszyło. Jakimś cudem wyłowił ruch jakiegoś zwierzęcia. Tyci również odwrócił się w tamtą stronę. Nie zerwał się gwałtownie. Nie zaszczekał od razu. Podniósł łeb, przestał poruszać pyskiem i zastygł. Uszy stanęły mu wysoko. Potem z gardła wydobyło się niskie, ledwie słyszalne warczenie. Tomasimo znał swojego psa na tyle, by wiedzieć, że to nie był kaprys ani reakcja na spadający śnieg.
– Mamy gości – mruknął Moriz głośniej. Wystarczająco głośno, by słowa przecięły obozową ciszę.
Tyci wstał powoli, zjeżył sierść na karku i stanął przy Tomasimo. Teraz już warczał wyraźniej. Jasny zarys zębisk, który począł wyłaniać się ze zmroku, oraz odgłosy warczenia nie pozostawiały złudzeń. Zbliżała się do nich wataha wilków.
Sneider odłożył kubek z naparem tak spokojnie, jakby spodziewał się tego od samego początku. Lewą ręką sięgnął po pistolet. Prawą po miecz. Metal wyszedł z pochwy z cichym, zimnym sykiem, który zapowiadał obietnicę krwi.
– Broń do rąk – rzucił chrapliwie.
Nie krzyknął. Właściwie powiedział to lodowato spokojnym głosem. Ten spokój dał im potrzebny czas. Każdy, kto jeszcze siedział, miał dość czasu, by wstać. Każdy, kto miał broń opartą o ścianę, mógł po nią sięgnąć. Każdy, kto chciał poprawić pas, odsunąć garnek, kopnąć pakunek spod nóg albo odciągnąć konie głębiej, miał na to kilka uderzeń serca. Wataha nie rzucała się jeszcze. Podchodziła mądrze. Drużyna mogła dokładnie ocenić stan drapieżników, ich liczbę i zważyć, ile mają szans, aby wyjść z tego żywi.

Pierwszy wilk wyłonił się zza zasłony nocy cicho niczym zjawa. Był chorobliwie chudy, z żebrami rysującymi się pod brudnoszarym futrem, lecz wcale nie wyglądał przez to na słabszego. Szedł nisko, z łbem opuszczonym, z mięśniami pracującymi pod skórą i ślepiami, w których drżał odbity blask ognia. Pysk miał ciemny od śliny, a z nozdrzy ulatywała para. Za nim pojawił się drugi. Potem trzeci. Zwierzęta nie wyskakiwały z lasu, nie rzucały się zrazu do gardła. Wychodziły powoli, cierpliwie, metodycznie zamykając krąg i osaczając ich. Po bokach, między krzakami i niskimi świerkami, przemykały kolejne kształty. Raz widoczne, raz ginące w czerni pni i bieli śniegu.
Osiem.
Może więcej, jeśli liczyć cienie, które dało się wyłowić w głębi drzew. Co do tych jednak nie było pewności. Osiem dało się wypatrzyć na pewno, gdy poruszyły się niemal jednocześnie, zamykając przed wejściem do pieczary szeroki, głodny półkrąg.
Ten największy wyszedł ostatni.
Był paskudny. Nie po prostu duży, choć był większy od reszty. Nie po prostu stary, choć futro na pysku miał miejscami siwe, posklejane i nierówne. Było w nim coś wypaczonego. Grzbiet miał wysoki, łapy cięższe, łeb szerszy. Ślepia połyskiwały lekko zielonkawym blaskiem, nie tak jak oczy zwykłego zwierzęcia odbijające ogień, lecz własną, plugawą łuną. Dochodziła od niego woń gnijącego ciała. Z pyska ciekła mu ślina. Gęsta, zielonkawa, ciągnąca się nitkami, które spadały na śnieg i zostawiały w nim ciemne plamki.
Konie poczuły nienaturalne zagrożenie od razu. Jeden szarpnął rzemieniem, drugi cofnął się gwałtownie, parskając z paniką. Kuc Tomasimo rzucił łbem, siłując się z liną, do której go przywiązano. Tyci odpowiedział pełniejszym warczeniem, stając szerzej na łapach.
Sneider uniósł pistolet, ale nie strzelił. Jeszcze nie. Lufa skierowała się ku największemu wilkowi, a miecz w prawej dłoni Łowcy opadł nisko, gotów do cięcia, jeśli któryś z mniejszych spróbuje skoczyć przez ogień albo obejść wejście bokiem.
– Nie rozpraszać się – powiedział zimno. – Pilnować boków. Dużego zostawcie mnie, jeśli podejdzie.
Wilki rozchodziły się półkolem. Dwa zostały naprzeciw wejścia, trzy przesuwały się w lewo, nisko przy śniegu, prawie bezgłośnie. Kolejne szły od prawej, korzystając z krzaków i nierówności terenu. Nie wyglądały, jakby bały się ognia tak, jak powinny. Może głód był silniejszy. Może ten większy wymógł na nich posłuszeństwo alfy.
Ciszę, jaka nastąpiła, gdy dwie grupy mierzyły się wzrokiem, można było kroić nożem. Najgłośniejsze było ognisko, w którym rozbrzmiał trzask pękającego polana. Dym wylewał się siwym warkoczem ku wyjściu, rwał na chłodzie w brudne pasma i mieszał z nocą. Wolno, by nie wzbudzić nagłego ataku, wyciągnęli broń. Każdy z nich przyglądał się już swojemu wilkowi. Wzrok obiecywał spojrzeniem przemoc, jeśli zwierzę się nie wycofa, ale zwykła determinacja nie działała na te bestie. Ktoś przesunął stopą pakunek pod ścianę. Ktoś inny odciągnął łokciem koński łeb, gdy zwierzę szarpnęło się niespokojnie na uwięzi.
Wataha podchodziła powoli. Nie cofała się. Nie wahała. Po prostu skracała dystans, cierpliwa i drapieżna, rozciągnięta przed wejściem do pieczary niczym szczęka wygłodniałego lasu. Wtedy największy z nich otworzył pysk szerzej. Z gardła wypłynął niski, mokry warkot, bardziej przypominający pracę chorego miecha niż głos jakiegokolwiek żywego zwierza. Zielonkawa ślina oderwała się od jego kłów, spadła ciężko na śnieg i zostawiła przy łapach ciemną, parującą plamę.
Ruszyli jednocześnie. Walkę zainicjował huk wystrzału z pistoletu Sneidera.
