Przejdź do treści

Rozgrywka

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem rozgrywka-d20@forum.rolltelling.pl

  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami

    Przeniesiony
    32
    2
    4 Głosy
    32 Posty
    1k Wyświetlenia
    SantorineS
    Podróż niebostatkiem Thalamer powitał z wdzięcznością. Choć specjalizacją najemnego maga był pewien plan związany z wojną i aspektem bitew, Thal wolał za każdym razem rzeźniczą robotę zostawiać Varokowi, samemu hołdując bardziej praktykom godnym uczonego. Oczywiście, nie oznaczało to, że Thal nie lubił rozlewać krwi. Problem z krwią polegał na tym, że brudziła ona rękawiczki, nie mówiąc już o innych płynach pochodzenia naturalnego, które trudno doprać można było na tkaninach wszelakich. Posoka bowiem, kiedy przestawała być świeża, pozostawiała brązowe plamy na białych elementach surduta. – Martwy sobowtór ani chybi należał do Pięciu Twarzy – rzekł Thalamer do swych towarzyszy, skubiąc końcówkę wąsa. – Skoro był jeden, ciekaw jestem, ilu więcej Alestairów może biegać po ulicach Miasta Wież. Spodziewałbym się, wielu. Ten tutaj, uważacie, drodzy koledzy, może okazać się co najmniej przydatny. Powinniśmy z czasem zabezpieczyć ciało i, hm, zorientować się być może co interesujących, stricte akademickich metod sprawdzenia pamięci mózgu tudzież podobnych jemu enwironów. I, uważacie, rzecz, która wydaje mi się niebezpieczna… Tamte łachudry, zbiry i osoby pospolitego gminu. Zdawało mi się, że jeden z nich miał znamię Domu Tarkanan. Ach, niedobrze, niedobrze… Ale przynajmniej nie mieli ciała. Może być i tak, że zaczną węszyć. Hmm… I co owe szakale mogły zrabować. Thal tylko mógł podejrzewać, co dla osobników tego rodzaju mogło oznaczać ciało spadające z wyższych poziomów miasta. – Węszę kłopoty, które z tego wynikną – uśmiech Thala stał się nieco kwaśny, kiedy zastanawiał się nad konsekwencjami tego wszystkiego. ~ Thalamer bywał, czasem, w Centralnym Menthis. Rzadko wszakże. Choć akcent z Cyre, jego własny, brzmiał w jego uszach miło i znajomo, przypominał mu także o tym, co stało się z jego własnym krajem nie tak dawno temu. Daleko mu było także od klimatów zwykłych w tym miejscu sybarytów, których zamiłowanie sztuki często przeradzało się w entuzjazm do alchemicznego narkotyku zwanego Smoczą Krwią. Thal zaś nie ufał środkom zmieniającym umysł i ciało, poza nielicznymi, które warzyli jego przyjaciele. Thalamer jednak doceniał jednak jedzenie i, oczywiście, kobiety, w tawernie Gwiezdny Smok. [image: MVPsfF3.png] Do Wieży Kashik zachadzał rzadko. Ponoć atrium jakieś, być może? Dobre dla dekadencji w Centralnym Menthis! Zapach tytoniu jednak sprawił, że Thalamer miał ochotę na zapalenie jednej z cygaretek Alestaira. Może w jego gabinecie zostaną jakieś, z łutem szczęścia, wcale nie oszabrowane przez nikogo? Wolno, spodziewając się niebezpieczeństwa, Varok i Thalamer szli do lokalu Alestaira. Thalamer rzucił cicho do Varoka: – Hejże, stary, może zostaniesz na zewnątrz i przypilnujesz, żeby nieproszone persony nie wchodziły? Varok zwrócił swoje stalowe oblicze na Thalamera. – Co? – Jak przyjdzie ktoś, to nie przepuszczaj. Thal nie omieszkał uczynić też uwagi co do wyczyszczonej tabliczki: – Hmm. Dziwna rzecz, tablica wyczyszczona na połysk… – rzekł mag, który spodziewał się, że będzie tak samo przyprószona kurzem, jak płaszcz Alestaira. – Czyżby ktoś wypolerował tablicę, żeby wiadomo było, żebyśmy przyszli tutaj? Miejmy się na baczności… Thalamer, węsząc potencjalną zasadzkę, z początku został na zewnątrz. Zainteresował się nagle zamkiem, na który rzucił zaklęcie wykrycia magii. Zastanawiał się, czy zamek był w jakiś sposób naruszony lub też czy też nosił na sobie sygnatury jakiegoś rodzaju zaklęcia, które mogło go otworzyć. Pojedyncza lampa oświetlała drżącym światłem otoczenie, jednak Thal nadal miał dziwne przeczucie, że być może mógł być to jakiś wybieg. Spojrzał: czy były tutaj ślady walki? Czy na lampie były wgniecenia? I, cóż, na wszystkie diabły robiło tutaj ramię golema? Thal nie przypominał sobie, żeby Alestair kiedykolwiek miał do czynienia cokolwiek z konstruktami. Wreszcie, na samym końcu, rzucił okiem na mapę ze sznurkami - typowy Aleistar, pomyślał z przekąsem Thalamer. Czy naprawdę szukanie Scrimshawa wymagało pompy tego rodzaju, znaczy się, szpilek połączonych sznurkiem. Mag ugryzł się w język, by nie wygłosić kąśliwej uwagi.
  • Wątek drużynowy

    drużyna
    2
    3
    0 Głosy
    2 Posty
    45 Wyświetlenia
    Janusz PodziemiJ
    Witajcie w Stubramiu Podróżnik wracający z starożytnej ziemi Rzekł do mnie: Nóg olbrzymich z głazu dwoje sterczy Wśród puszczy bez tułowia. W pobliżu za niemi Tonie w piasku strzaskana twarz. Jej wzrok szyderczy, Zacięte usta, wyraz zimnego rozkazu Świadczą, iż rzeźbiarz dobrze na tej bryle głazu Odtworzył skryte żądze, co, choć w poniewierce, Przetrwały rękę mistrza i mocarza serce. A na podstawie napis dochował się cało: «Ja jestem Ozymandias, król królów. Mocarze! Patrzcie na moje dzieła i przed moją chwałą Gińcie z rozpaczy!» Więcej nic już nie zostało… Gdzie stąpić, gruz bezkształtny oczom się ukaże I piaski bielejące w pustyni obszarze. — "Ozymandias", Percy Bysshe Shelley (tłum. Adam Asnyk) [image: 1788894865599-902a2735-93d5-4964-ae65-6d952c9e4d7b-image.jpeg] Trzewik mierzy metr dwadzieścia w kapeluszu, ma siedemdziesiąt kilka lat i kosz z wikliny. W koszu spoczywają: ser w trzech odmianach, krakersy solone, mydło o woni, której żaden zielarz nie przypisał dotąd do konkretnego kwiatu, ręcznik oraz bukłak wody. Zawsze to samo. Od pięćdziesięciu lat to samo, bo, jak lubi powtarzać, przez pięćdziesiąt lat nikt nie wymyślił rzeczy, która uspokajałaby przybysza z obcego świata lepiej niż ten zestaw. Dziś Trzewik będzie miał ręce pełne roboty. Zaczyna wysoko, od Czarnych Urwisk, zbocza przeżartego katakumbami, w których miasto składa swoich zmarłych od tak dawna, że rachuba straciła sens. Trzewik nie lubi tam chodzić. Dzisiaj jednak w bocznej komorze pełnej kurzu i zatartych imion pewien nieczynny od stuleci portal rozżarzył się i wypuścił z siebie kogoś, kto siedział potem na posadzce przez trzy godziny, próbując przypomnieć sobie własne imię i nie dochodząc dalej niż do pierwszej głoski. Tak to zwykle wygląda. Portali jest w mieście kilkadziesiąt, jeśli nie więcej. Kamiennych, spiżowych, wrośniętych w mury, stojących samotnie pośrodku placu, a jeden tak wielki, że wieże sięgają mu ledwie do połowy przęsła. Wszystkie były niegdyś wrotami do innych światów i wszystkie postawił jeden władca. Tak... Tysiące lat temu miastem władał tyran, którego imperium sięgało przez portale dalej niż przez jakikolwiek trakt. Wygrano z nim wojnę i… wymazano go. Imię, twarz, pieczęć, każdy zapis, każdą wzmiankę w każdej kronice. Została pusta forma, w którą nie pasuje żadne słowo; został tytuł używany dziś przy dzieciach jak straszak - Bezimienny Król - oraz kilkadziesiąt jego bram, rozstawionych po placach, na których dzieci grają teraz w berka. Jednak kilkoro mieszkańców w tym mieście uważa, że wymazanie kogoś z historii to nie to samo co zabicie go. Niektórzy z nich nawet twierdzą, że mają na to dowody. Nikt nad portalami nie panuje. Prawie wszystkie od wieków śpią i lepiej, żeby spały; mieszkańcy mimo to zostawiają pod nimi kwiaty, monety i drobne prośby, na wypadek gdyby ktoś po drugiej stronie na to liczył. Raz na jakiś czas któryś budzi się bez ostrzeżenia i bez powodu, i ktoś przez niego wychodzi. Oszołomiony, z dziurą w pamięci dokładnie tam, gdzie było poprzednie życie. Mówi się, że istnieją klucze, którymi da się otworzyć łuk celowo i świadomie. Na prywatnych aukcjach magicznych przedmiotów ceny takich kluczy osiągają niewyobrażalne poziomy. Bractwo Ostiariuszy czeka na przybyszów z serem i mydłem, ponieważ dekady doświadczenia dowodzą, że ser i mydło działają skuteczniej niż halabarda. Trzewik przyjmował już w tym mieście istoty, których cień padał w złą stronę, i istoty, które trzeba było przez pierwszy tydzień karmić łyżeczką, i pewnego diabła o siedmiu imionach, z których pamiętał ostatnie i nie był z niego zadowolony. Ten diabeł prowadzi dziś jadłodajnię przy trzeciej bramie i piecze wyśmienite ciasto. A kiedy ser nie wystarcza, w gotowości stoi Zakon Janusowy - z halabardami i w wypolerowanych zbrojach barwy starego złota. Trzewik schodzi w miasto. Mija plac, na którym herold odczytuje poranne obwieszczenia, dorzucając do nich komentarze, za które kiedyś oberwie. W Stubramiu nie ma żadnych prawdziwych szlachciców, żadnych koron, herbów i innych takich błyskotek jak w starych królestwach z legend. Demokracja! Tu każdy obywatel jest podobno równy. Podobno. Bo spróbujcie wejść na zgromadzenie i przegadać starego rajcę, którego ród od trzech pokoleń siedzi blisko Kolegium Pontyfików. Albo mistrza gildii, który jednym skinieniem potrafi sprawić, że pół targu nagle przestaje z tobą handlować. Poszczególne stronnictwa mają tu wiele do powiedzenia, a ich strefy wpływów są różne. Między innymi, Zakon Janusowy egzekwuje prawo, a Bractwo Ostiariuszy opiekuje się portalami i przybyszami. Elementów tej układanki jest znacznie więcej i układ ten działa, choć Trzewik pamięta czasy, kiedy działał lepiej... Drugiego przybysza Trzewik zabiera z Podmiasta - miasta pod miastem, oświetlanego coraz mniejszą liczbą magicznych lamp z czasów, których już nikt nie pamięta. Prawo obowiązuje tam mniej więcej tak, jak obowiązuje wszędzie, gdzie nie zagląda Zakon Janusowy. Kto rządzi Podmiastem? Odpowiedź zależy od ulicy i tego, kogo się pyta. Działa tam przynajmniej kilka gildii złodziejskich; ile dokładnie, na górze nie wie nikt. Mają swoje barwy, swój język, swoje dzielnice i układy, których warunków nigdy nie spisano, ale wszystkie ponoć wywodzą się od Autolykosa, legendarnego złodzieja, stąd też określane są zbiorowo Autolykotami. Mieszkaniec z powierzchni widzi w Podmieście chaos. Ktoś stamtąd widzi mapę: kto komu płaci, kto komu wisi, kogo wolno zaczepić, a przy kim spuszcza się wzrok i idzie dalej bez pytania. Tej mapy nie da się kupić ani wyczytać. Można ją poznać wyłącznie od środka i zajmuje to lata. Trzewik schodzi tam bez broni i nikt go nie zaczepia. Niziołek z koszem sera jest w Podmieście czymś w rodzaju nieszkodliwej pogody. Trzeciego przybysza znajduje przy studni, tam gdzie zawsze. Ten akurat nie przyszedł żadnym łukiem - urodził się trzy ulice stąd, zna w tym mieście każdy zaułek i wie, których trzech zaułków nie ma na żadnym planie. Zna też Trzewika, bo Trzewika zna całe miasto, i rozumie, że jeśli niziołek zjawia się z koszem, to znaczy, że będzie robota, i że będzie dziwna. Jednak tak jak jego rodzice, nie pamięta nic ze świata, z którego pochodzi. Jedynie pojedyncze obrazy czy wrażenia, chyba że zdążył już je sprzedać Leteańczykom - wyciągają wspomnienia z głowy, zamykają w szklanej fiolce i sprzedają dalej. Chcesz zapomnieć coś, co cię dręczy? Płacisz. Chcesz poczuć jak to jest widzieć inny świat, żyć cudzym życiem przez chwilę? Też płacisz, tylko więcej. Prowadzi to kobieta, Melinoe, która przyszła przez portal jak połowa tego miasta, tylko że zamiast szukać swojej przeszłości, postanowiła zbierać cudze. Czwartą czy czwartego przybysza Trzewik ma na końcu trasy, przy bramie zachodniej. Stamtąd przychodzi się z zewnątrz, a zewnątrz jest w tej opowieści osobnym rozdziałem. Trakty poza miastem nie są bezpieczne. Karawany chodzą zbrojno albo nie chodzą wcale, a im dalej od bram, tym mniej kogokolwiek obchodzi, że w mieście obowiązuje prawo. O tym, co leży dalej niż tydzień drogi, mieszkaniec Stubramia wie tyle, co o dnie morza: że jest, że jest ogromne i że wracają stamtąd nieliczni. A jeśli wracają, opowiadają o spieczonej, zepsutej magią Bezimiennego Króla krainie ruin i grobowców, po której chodzą rzeczy mające apetyt, ale nie mające nazwy, oraz bandy mające nazwy aż nadto konkretne. Trzewik prowadzi całą czwórkę pod wodospad. Woda spada tam z lodowców, przelewa się przez dłonie trzech kamiennych olbrzymek, ogrzewa się w ich palcach - nikt nie wie, jakim sposobem - i wpada do publicznych łaźni, gdzie miasto od tysiąca lat moczy nogi i załatwia interesy. Podobno ta woda leczy. Trzewik w to nie wierzy, ale wysyła tam każdego, bo każdy wychodzi z niej spokojniejszy, a spokojny przybysz to przybysz, którego nie trzeba nikomu tłumaczyć... [image: 1788897098412-5dba3055-b783-430d-9523-8383a7068833-image.jpeg] Późny październik w Stubramiu poznaje się po świetle. Przez pół roku słońce stało wysoko i wypłukiwało miastu kolory; teraz idzie nisko, wzdłuż ulic zamiast nad nimi, i wszystko, na co pada, wygląda na cenniejsze niż jest. Mur ma barwę miodu, a kurz w powietrzu świeci. Ostatnie karawany zeszły z traktu przed tygodniem i nikt już nie targuje się dla przyjemności. Sól, olej, mąka, węgiel drzewny, wełna: każdy liczy w głowie, ile dni jeszcze zostało. Kto ma dług, spłaca go teraz albo przyznaje się, że nie spłaci. Kto ma coś do załatwienia po drugiej stronie gór, załatwia to w tym tygodniu, bo za miesiąc przełęcz zamknie się na cztery miesiące i nie obchodzi jej, jak pilna jest sprawa. Handlarze wodą zaczynają się uśmiechać. Wodospad Trzech Sióstr o tej porze roku zaczyna milczeć. W maju słychać go z połowy miasta i w łaźniach trzeba mówić podniesionym głosem; teraz woda przechodzi przez kamienne palce trzema cienkimi strużkami i szeleści, zamiast huczeć. Basen jest ciepły jak zawsze, ale wody mniej, i widać w nim dno. Odsłania to rzeczy, których przez większość roku nie ma. Stopnie schodzące pod wodę i prowadzące donikąd. Wąskie wejście u podstawy środkowej siostry, którego przez osiem miesięcy w roku dosłownie nie da się zobaczyć. Woda w miejskich rynsztokach płynie leniwie i przejrzyście, bo w górze nie zostało już prawie nic do stopienia. Mieszkańcy z dolnych dzielnic mówią, że w tym roku dostali jej mniej niż zwykle, a z górnych mówią, że to nieprawda, i tak co roku. Nad ranem dachy są mokre od rosy i pierwszy raz od wiosny nikt na nich nie śpi. Poduszki zniesiono na dół, kilimy wywietrzono, a na płaskich dachach zostały tylko sznury z suszącymi się złotymi jabłkami z Parku Hesperyd i ci, którzy nie mają noclegu gdzie indziej. Zmierzch przychodzi teraz wcześnie i bez uprzedzenia. O tej porze na schodach schodzących ku dolnej ulicy pachnie dymem i tłuszczem, a bezpańskie psy chodzą pod wiatr, żeby dojść do źródła zapachu. *** Do Orthosa i Porthosa się schodzi. Solne Schody prowadzą z Sześciu Dłoni, dzielnicy przyrośniętej do wodospadu Trzech Sióstr, w dół ku Stukramiu, nazwanemu tak przez kogoś, kto uznał, że skoro miasto ma sto bram, to targ może mieć sto kramów, i miasto ten dowcip przyjęło na stałe. Karczma stoi w połowie tych schodów, wciśnięta w zbocze tak, że drzwi frontowe wychodzą na jedną ulicę, a okna kuchni na drugą, o piętro niżej, i sąsiedzi z dołu od lat toczą przegraną wojnę o to, żeby ich nie otwierano. Szyld karczmy jest jeden. Kucharz też jest jeden. Imiona zaś dwa. Głowy również dwie. Ettin ma cztery metry i nie mieści się w żadnym pomieszczeniu przeznaczonym dla gości, więc wiele lat temu wybito strop nad kuchnią. Dzięki temu Orthos i Porthos stoją na dole przy palenisku, a ich głowy są dokładnie na wysokości sali jadalnej i lady, przy której siedzą stali bywalcy. Zamawia się przez ladę, w dół. Po tygodniu każdy wie, że mięso zamawia się u Orthosa, a sosy i wszystko, co słodkie, u Porthosa, i że pomylenie tych dwóch spraw kosztuje kwadrans życia, bo bracia będą to przy tobie prostować od początku. [image: 1788891527558-13a81753-c387-49a2-bedd-70a989c862cc-image.jpeg] Karta dań jest spisana w dwóch kolumnach, dwoma charakterami pisma. Żeberka sowoniedźwiedzie. Ogon ankhega w occie, na zimno. Języki wilcze w maśle. Galareta z sześcianu, o której Porthos mówi bez pytania, że gotowana przez trzy dni traci właściwości żrące i jest bezpieczna dla większości smakoszy. Jedyne, co jest w tej karczmie święte, to że nazwa dania nie kłamie: jeśli napisano, z czego jest, to jest z tego. W mieście, w którym połowa jadłodajni sprzedaje po prostu „mięso", uchodzi to za zbytek. Orthos i Porthos ponoć polegają na całym zastępie awanturników, aby zdobyć składniki do egzotycznych potraw. Sala dzieli się sama, bez niczyjej pomocy, na cztery miejsca, i po tym, gdzie ktoś usiadł, można poznać, po co przyszedł. Przy ladzie siedzą ci, którzy przychodzą tu codziennie. Stołki są tam wytarte do jasnego drewna, jest najcieplej w całej karczmie i słychać wszystko, co dzieje się na dole w kuchni, łącznie z rzeczami, których ani Orthos, ani Porthos nie chciał powiedzieć głośno. Miejsca przy ladzie się nie rezerwuje. Się je ma albo nie. Sala z paleniskiem to trzy długie stoły, przy których siada się tam, gdzie akurat jest luka, i je z sąsiadem z tej samej michy, jeśli sąsiad nie ma nic przeciwko. Tu jest głośno, tu się kłócą, tu ktoś zawsze komuś coś tłumaczy zbyt cierpliwym tonem. Pod ścianą naprzeciw wiszą trzy kotary z ciężkich derek, każda na własnym drągu, każda zasłaniająca wnękę z jednym stołem. Za kotarę dopłaca się dwa srebrne i nikt nie pyta, po co. Na koniec jest ganek: wąska galeryjka nad dolną ulicą, na wysokości okien kuchni, gdzie stoi jedna ławka i beczka po soli. Jest tam zimno, ciągnie dymem i zapachem gotowania prosto z okna, i nic się za to nie płaci. Siadają tam ci, którzy nie chcą siedzieć w środku, i ci, których w środku wolą nie widzieć. Wieczór jest zwyczajny, czyli pełny. Przy ladzie trzech orczych poganiaczy, którzy zeszli z traktu trzy dni temu i wciąż mają kurz Zamurza na butach. Nie rozmawiają, bo najstarsza z nich właśnie zasnęła nad miską i nikt nie ma serca jej budzić. Po sali chodzi kenku i przyjmuje zamówienia w ten sposób, że powtarza je w dół do kuchni dokładnie twoim głosem, z twoim wahaniem i twoim kaszlnięciem w środku zdania. Przy trzecim stole diablica z notesem — zasłania go przedramieniem, ilekroć ktoś przechodzi, i tłumaczy coś cierpliwie ogromnemu, wyraźnie młodemu strachunowi w czystej tunice. Na ganku, na beczce po soli, siedzi rogaty chłopak, którego nikt tu nie zapraszał i nikt jeszcze nie wygonił. Środkowa kotara jest zaciągnięta. Spod niej widać tylko krawędź stołu, kufel, którego nikt nie tknął, i przedramię: szare, żylaste, pokryte tatuażem — pismem, którego nikt w tej sali nie umie przeczytać, a które w świetle paleniska wygląda, jakby się tliło. Raz na jakiś czas z wnęki wychodzi ktoś inny, kiwa głową i wychodzi z karczmy. Wytatuowany duergar zostaje. Na dole, w kuchni, coś idzie nie po kolei. Porthos ma minę, jakiej u niego nie widuje się przy pracy, a Orthos przelicza coś na palcach po raz trzeci. — Sześćset czterdzieści funtów — mówi Porthos w górę, do nikogo i do wszystkich naraz. — Sześćset czterdzieści! I to nie żaden ochłap, tylko z boku, spod samego karku, gdzie ziarno przechodzi w mięso. Do Nowego Roku będę z tego robił rzeczy, o których wy nawet nie wiecie, że są możliwe. — Zapłaciliśmy za to jak za lampę z Podmiasta, co jeszcze świeci — dodaje Orthos. — Zapłaciliśmy uczciwie i nie psuj mi wieczoru. — Wół biesiadny — orczy poganiacz tłumaczy sąsiadowi od stołu, który najwyraźniej zapytał. — My na niego mówimy “uczciwiec”, ale w tym fachu mówi się też “biesiadnik”, “żywiciel”... Nie, nie stado. Jeden. Wielki jak ta karczma razem ze zboczem. Chodzi po pustkowiu i nigdy nie staje, ani w dzień, ani w nocy, więc się za nim idzie i tyle: przez cały sezon idziesz za wołem, śpisz przy nim, pijesz z niego, a za nim rośnie trawa tam, gdzie od stu lat nie rosło nic. Ma twarz. Prawie ludzką. Odcinasz mu z boku i on się nawet nie ogląda, bo jemu to odrasta w dwa dni, a czuje, jakbyś go podrapał tam, gdzie sam nie sięga. Do tego trzeba przywyknąć. Ja przywykłem dopiero w trzecim sezonie. — To po co wam broń? — pyta ten sam głos. — Nie na niego. Na tych, co idą za nami. — Poganiacz nabiera z miski i mówi resztę już ciszej. — Wyszliśmy ze Stubramia w czworo, wróciliśmy we trójkę. Sala nie milknie, bo sala nigdy nie milknie, ale przy ladzie robi się o jeden ton ciszej. — Nie, to nie były ani potwory, ani nomadzi. Yasba, jeden z nas, poszedł po serce. Bo z boku to jest mięso i tyle, a serce jest warte jak trzy sezony. Tylko że po serce się wchodzi do środka, tunelem wyciosanym w żywej tkance uczciwca, który sam się za tobą zasklepia, jak przestaniesz go trzymać otwartym. Trzymaliśmy. Zabrakło jednego uderzenia serca. — To znaczy… wyjęliście go? — To znaczy, że nie. Rana się zeszła jak nic. Bez śladu. — Poganiacz wzrusza ramionami z czymś, co u kogoś mniej zmęczonego byłoby złością. — I ten wół biesiadny poszedł dalej, bo on nigdy nie staje. Idzie sobie teraz gdzieś po pustkowiu, ma już pewnie nieżywego Yasbę w środku i pewnie nawet o tym nie wie. Nikt tam nikogo nie zabił. Tak to trzeba mówić i tak powiem jego siostrze. Zresztą, jest cień szansy, że Yasba wciąż żyje, uwięziony w żywicielu... Porthos przez chwilę nie mówi nic, co przy jego naturze jest formą żałoby. — Zapiszę go na karcie — mruczy w końcu. — Nie jego, tylko wołu. „Pieczeń z wołu biesiadnego, sezon jesienny, od Yasby". Jak ktoś zapyta, to mu odpowiem, kto to był. U mnie nazwa dania nie kłamie. — I zaraz, bo cisza mu ciąży: — Tylko że ja teraz mam sześćset funtów mięsa, a piwnicę może na trzysta. Musimy pogłębić piwnicę. Zima idzie, mięsa jest więcej, mięso musi mieć chłód, chłód jest niżej. Proste. — Nie jest proste — mówi Orthos równie stentorowym tonem. — Nie jest proste — zgadza się Porthos. — Przeklęte szczury! Dwie ekipy budowlane, i za każdym razem to samo. Wychodzą ze ściany, którą rozbieramy. Nie uciekają. Wiecie, że szczur ucieka od światła? Te siedzą i patrzą, a żeby tylko! — Przegryzły obręcz beczki — dodaje Orthos. — Żelazną. Ci robotnicy… ledwo uszli! — Tego akurat nie musisz mówić przy jedzeniu. Przy ladzie najmłodszy z poganiaczy budzi śpiącą łokciem, bo zaczęła mówić przez sen. Nie w orczym i nie we wspólnym. W niczym, co ktokolwiek przy ladzie potrafiłby nazwać. Ona siada prosto i przez chwilę nie wie, gdzie jest. — Każdej nocy to samo — mówi cicho, do nikogo konkretnego. — W Podmieście cała ulica tak ma. Bez wyjątku. Wszystkim się śni, że schodzisz i schodzisz, i wiesz, że schodzisz do własnego mieszkania, tylko schodów jest za dużo. A na dole jest światło, fioletowe. I ktoś tam czeka, i wita cię po imieniu. Tylko że to nie jest twoje imię, a ty i tak się odzywasz. — I co mówi? — pyta ktoś od stołu. — Nie wiem. Rano nie pamiętam. — Poganiaczka szuka słów dłużej, niż wygląda na kogoś, kto ich w ogóle szuka. — I nie chodzi o to, że się zapomina. We śnie się wie, kto to jest. Wie się to na pewno, tak jak się wie, że własna matka to własna matka. A jak się człowiek obudzi, to nie ma czego zapominać. Puste miejsce w głowie i tyle. Moja siostra przestała już opowiadać, bo mówi, że jak opowie, to następnej nocy schodów jest więcej. — Idźcie z tym do Trzech Sióstr. — Byliśmy. Kapłan powiedział, że to wilgoć i grzyby Podmiasta. — To nie wilgoć, to nie grzyby, to ta Wieża — mówi trzeci z nich, ten z irokezem, i wskazuje kciukiem w podłogę. — Tydzień temu zaświeciła. Stoi w ruinie od zawsze, nikt tam nie chodzi, bo po co, a teraz bije z niej słup światła prosto w Klosz pod sklepieniem. Fioletowe światło! Klosz jest ciemny, odkąd ktokolwiek pamięta, bo magia wygasła. Starzy mówili, że kiedyś robił nam dzień i noc, i nikt im nie wierzył. Teraz się pali i ludzie u nas na dole przestali gasić lampy na noc, chociaż lampy nic nie pomagają, bo to nie o ciemność chodzi. — Weszła tam banda Pogromców św. Jerzego. Nowi rekruci, to miała być ich próba — dodaje ktoś od stołu. — Sześcioro. Trzy dni temu. — I? — I nic. To znaczy: nadal sześcioro, nadal tam. Bez wieści. Kobieta prycha w kubek. Palce ma spięte błoną do drugiego stawu. — Fioletowo świeci, woła po imieniu, którego nie ma, a wy się zastanawiacie, kto to. Ja bym się nie zastanawiała… — Nie w mojej karczmie, Wercha — mówi Porthos z dołu, nie odwracając głowy znad rondla. — Straszcie sobie dzieci na ulicy, ja mam pełną salę i ludzie mi jedzą. — Ja tylko mówię, co słyszę. — A ja tylko mówię, czego u siebie nie chcę słyszeć! Dwa stoły dalej diablica stuka ołówkiem w notes. — Nie. Jeszcze raz, bo pan mnie nie słucha. Wynająć — owszem, dziś, choćby jutro. Kupić — nie. Otworzyć warsztat pod własnym szyldem — nie. Wpisać się do cechu rzemieślniczego — też nie, bo cech przyjmuje wyłącznie obywateli, a pan obywatelem nie jest i nie będzie przez siedem lat. — Siedem? — Strachun ma głos zaskakująco cichy jak na swoje wymiary. — Ale ja tu już mieszkam dwa lata! — Mieszka pan. To co innego niż jest pan stąd. Siedem lat pogłównego, płaconego co kwartał, bez ani jednej zaległości, dwóch poręczycieli z obywateli i wpis w rejestrze u kwestora. I stawiennictwo, oczywiście. Jak Zakon Janusowy zadmie, staje pan pod bramą z tym, co ma pan pod ręką, i broni pan Stubramia jak swego domu, mimo że miasto nie pozwoliło panu kupić w nim ani jednej cegły. — Zapisuje coś. — Mówi się „siedem lat albo jedna wojna". Wojną idzie szybciej i o wiele więcej osób w ten sposób zostało obywatelami, niż to wynika z podatków. Radzę jednak podatki. — A ten mój list bramny...? — List bramny to jest kwit, że pan przyszedł łukiem i że Bractwo Ostiariuszy pana widziało. Ma pan dzięki niemu prawo tu być i prawo do wody. To naprawdę wiele w dzisiejszych czasach. Wystarczy wyjrzeć za mur Stubramia, żeby to zrozumieć. Przy palenisku starsza kobieta z błoniastymi palcami i w fartuchu łaziebnej dolewa sobie z cudzego dzbanka i mówi to, co mówi od trzech dni każdemu, kto nie zdążył odejść. — Wercha mówi, a wy słuchajcie. Trzydzieści dwa lata robię przy basenie i takiej niskiej wody nie widziałam. Dno widać jak na dłoni. A pod środkową siostrą jest wejście. Nie szpara, nie dziura, wejście: framuga, próg, dwa stopnie w dół i ciemno. Stało tam zawsze, tylko pod wodą. — I zostanie pod wodą — odzywa się chłopak w za dużej kamizelce, siedzący prosto. Chorąży Zakonu Janusowego po służbie: cywilna kamizelka, regulaminowe buty, wygolona potylica i na niej druga twarz, na razie zaszyta kreskami zamiast oczu i ust. Otworzą mu ją na wiosnę, przy ślubowaniu. Do tego czasu chodzi po mieście z tyłem głowy, który śpi. — Zamurowywano to dwa razy. Pozycja czterysta jedenaście i czterysta dwanaście, rejestr robót podwodnych — recytuje bez zająknięcia, jak ktoś, komu kazano się tego nauczyć, zanim dostał halabardę. — I nikt nie pyta, dlaczego mur nie wytrzymał. — Nikt nie pyta, bo od pytania do wchodzenia jest jeden kieliszek laakówki — mówi chorąży. — Woda wróci w marcu. Do marca niech tam siedzi, co siedzi. — Do marca — powtarza Wercha z satysfakcją kogoś, kto właśnie usłyszał, ile ma czasu. Mówi to nie do chorążego, tylko do wytatuowanej twarzy na jego potylicy, bo tak się w tym mieście robi, dając do zrozumienia zakonnikowi, że te słowa nie są przeznaczone do oficjalnego rejestru. Spod środkowej kotary nikt się nie odzywa ani razu. *** Drzwi otwierają się na tyle, na ile trzeba niziołkowi, i wchodzi Trzewik: metr dwadzieścia, kosz z wikliny, płaszcz zwilgotniały na ramionach, bo na górnej ulicy widocznie mży. Stali bywalcy przy ladzie podnoszą wzrok i opuszczają go z powrotem. Podchodzi do was. — Witajcie. Mam nadzieję, że od naszego ostatniego spotkania zdążyliście już znaleźć swój kąt w Stubramiu — mówi, stawiając kosz na ławie. — Przyniosłem ser. Pamiętacie jego smak, kiedy tu trafiliście? Częstujcie się. Potem powiem wam, w co was wpakuję. W tej kolejności, bo w odwrotnej połowa z was odeszłaby przed serem. Zdejmuje kapelusz, kładzie go na kolanie i dopiero teraz przygląda się wam po kolei, jednemu po drugim, bez pośpiechu. — Nie znacie się. Ale ja miałem okazję poznać każde z was choć trochę i chciałem, żebyście poznali się nawzajem, bo intuicja mi podpowiada, że dobrze na tym wyjdziecie. Zwykle mam rację. Zwykle, nie zawsze. (OOC: W pierwszej kolejce poproszę Was o przedstawienie postaci. Jak wyglądają, jak się zachowują, co robią akurat w tej karczmie, jak reagują na otoczenie, a w szczególności na znajomego niziołka z koszem? Nie musicie się jeszcze ze sobą dogadywać ani nic ustalać, wystarczy, że każde z Was pokaże się reszcie. Trzewik powie, w co Was wpakuje, dopiero gdy skompletujemy drużynę, więc pierwsza kolejka spokojnie może potrwać, a wątek ruszy dalej z pełnym składem.)
  • Notturno-09-REM

    solo retrospekcja
    3
    1
    2 Głosy
    3 Posty
    42 Wyświetlenia
    Janusz PodziemiJ
    [image: 1789327425502-31081712-03b4-4ac9-8fab-13045186769b-image.jpeg] Do jedenastu wilgotnych stopni są stąd dwie drogi. Krótsza prowadzi przewiązką za dawną garbarnią i Notturno nigdy nie przeszedł jej od końca do końca, więc formalnie nie istnieje. Dłuższa wspina się aleją pod studnię i wraca. Notturno idzie dłuższą, bo tylko ta jest policzona. Podziemna Aleja Tysiąca Dłoni sprawia wrażenie szczeliny między dwiema ścianami, do której ktoś przez kilkaset lat dobudowywał miasto, aż zabrakło miejsca, a potem dobudowywał dalej, tylko do góry. Dolne łokcie każdego domu to kamień starszy niż wszystko powyżej: bloki dopasowane bez zaprawy tak ściśle, że nie wciśnie się między nie ostrza. Otwory na drzwi wycięto w nich później i widać gdzie, bo krawędzie są poszarpane, a reszta nie. Wyżej idzie już cegła, glina, deska i blacha, a jeszcze wyżej nie idzie nic poza rusztowaniem. Piętra wiszą na belkach wbitych w skałę, pomosty łączą jedną stronę z drugą, drabiny prowadzą do drzwi, pod którymi nie ma nic. Ktoś mieszka w koszu podwieszonym pod mostem i wciąga do siebie wiadro na sznurze. Nad kramami rozpięte są płótna. Nie ma tu deszczu. Płótna są mokre od tego, co kapie ze sklepienia, a to nie zawsze jest woda. Światło dają lampy z czasów, których nikt nie pamięta. Wiszą na łańcuchach bez systemu: jedna nad wejściem oznakowanym czerwonym graffiti, cztery obok siebie nad niczym, potem dwadzieścia kroków ciemności. Naprawić ich się nie da. Można je tylko zdejmować i przenosić bliżej ulic, na których jeszcze komuś zależy, i ilekroć któraś gaśnie, zamieszkane miasto kurczy się o kawałek. Poniżej albo obok Podmiasta są Cysterny, jeszcze niżej są Zapadliska, których nikt już nie nazywa się dzielnicą. To po prostu podziemia, w których miasto kiedyś było. Niebezpieczne podziemia. Na ścianach znaki. Kreda, czerwona glina, sadza. Trójkąt w kółku. Sierp. Gwiazdka o sześciu ramionach, przekreślona. Część oznacza, komu się płaci i za co, część ostrzega przed czymś konkretnym, a część nie znaczy już nic, bo ten, kto je stawiał, dawno nie żyje. Nikt ich jednak nie zmywa, bo nie wiadomo, które są które. Przy kramie stary człowiek o zbyt długim nosie waży coś na szalkach aptekarskich, a kupujący ma na sobie kapelusz z opadającym rondem, rogi wychodzące spod ronda i dziób. Środkiem ulicy idzie ktoś wysoki, szary i chudy do granic konstrukcyjnej możliwości, boso, i wszyscy ustępują mu z drogi. Pod ścianą, podparta z trzech stron belkami, stoi kamienna twarz wielkości wozu. Wygrzebano ją z gruzu jakieś czterdzieści lat temu i zostawiono, bo nie przeszłaby żadną z tutejszych uliczek. Oczy ma puste. Ktoś postawił jej u podbródka miskę. W misce leży trochę miedziaków i ząb. Nikt nie mówi, kto to wszystko zbudował. Mówi się „stare", albo „sprzed Króla", albo nie mówi się wcale, bo jedna z nazw, które przychodzą do głowy, jest przy bramach Stubramia zakazana i ludzie nauczyli się nie zaczynać jej wymawiać. Zostały za to proporcje. Łuki za szerokie i za wysokie. Nisze wykute cztery metry nad brukiem, do których nie prowadzą żadne schody, bo ten, kto z nich korzystał, schodów nie potrzebował. Aleja wspina się do miejsca, gdzie sklepienie się otwiera. Szyb idzie stąd prosto w górę, przez całą grubość skały, i na samej górze za dnia można dojrzeć słońce. W południe światło schodzi nim jak coś gęstego, zawiesza się w kurzu i kładzie na mokrym bruku białą plamę, w którą wchodzą dzieci, bo to jedyne miejsce w Podmieście, gdzie coś grzeje. Teraz jest po niej tylko mokry kamień, jaśniejszy od reszty bruku, i nikt na nim nie stoi. Ścianami szybu sączy się woda, całą wysokość, cienkimi pasmami, i rozbija się o kamień z dźwiękiem, który słychać z połowy alei. Kiedy gaśnie słup dziennego światła, dźwięk zostaje sam i wtedy słychać, jak bardzo jest głośny. Wchodzi się w obręb studni wyłożony w bruku innym kamieniem, odrywa stopy od ziemi i leci w górę, pod wodę. Wychodzi się w Stukramiu, przy kramie z solą, przemoczony. Działa też w drugą stronę. Nikt nie wie, dlaczego. Nikt nie wie, kto to zbudował ani czy w ogóle zbudował to jako studnię, a nie jako coś innego, co przy okazji unosi. Mieszkańcy przed wejściem dotykają dłonią muru. Robią tak wszyscy i nikt nie umie powiedzieć, po co. Notturno stoi z boku i patrzy, jak mężczyzna z siatką pełną czegoś zawiniętego w płótno odrywa stopy i idzie w górę. Wiosną doliczał w takich razach do dziewiętnastu. Dziś dochodzi do dwudziestu pięciu. To już nie jest szum pomiarowy. Notturno zawraca i schodzi aleją w dół. Po drodze coś się nie zgadza, choć nie od razu wiadomo co. Okiennice zamykane wcześniej, niż zamyka je ktoś, kto chce jeszcze tego dnia zarobić. Kram zwinięty z towarem w środku, byle jak, na węzeł. Dwóch mężczyzn przy wylocie zaułka nie robi nic, a stanie i nierobienie niczego jest w Podmieście zajęciem pełnoetatowym. Kobieta zmywa coś ze ściany szmatą i wiadrem, a spod szmaty i tak wychodzi kreda. Sklep Kirriwima jest w piwnicy. Jedenaście wilgotnych stopni, ściek po prawej, na dole sień poniżej poziomu ulicy, w której zbiera się muł z przesiąku. Nad wejściem blaszany szyld bez napisu, z wytłoczoną spiralą. Kirriwim nie widział powodu, żeby pisać cokolwiek dla kogoś, kto i tak nie umie czytać, ani dla kogoś, kto i tak wie. Nad drzwiami, po lewej, tkwi w kamieniu mosiężny uchwyt na lampę. Jest w nim pusto. Drzwi są zabite deskami. Gwoździe różne, jeden zgięty i zabity na płasko, bo komuś skończyły się proste i nie chciało mu się iść po nowe. Deska z lewej trzyma się na dwóch, z czego jeden nie wszedł w futrynę, tylko obok. (OOC: Zatrzymałem odpowiedź przed drzwiami, bo nie byłem pewien, co zamierzasz zdziałać. Co robisz?)
  • [Path 2ed] Runa cienie

    pathfinder 2 golarion
    88
    1 Głosy
    88 Posty
    3k Wyświetlenia
    slann22S
    Fechmistrzyni się zarumieniła słysząc słowa Elphiry, ale po chwili dodała. - To chyba podpada pod Empatię… Ja nigdy nie skończyłam że będę do czegoś takiego zdolna… Bardzo podoba mi się jednak, że będziemy razem na weselu… Kupimy chyba sobie kiecki… I we czworo potańczymy… - pocałowała każdą dziewczynę z osobna, a potem przytulone zasnęły. Obudziły się ę przed świtem. *- Wstajemy, czy może pierw poranna “przekąska.”? - zapytała ramiel.
  • Ystyriaeth

    solo retrospekcja
    11
    1
    1 Głosy
    11 Posty
    82 Wyświetlenia
    Janusz PodziemiJ
    — Nie pierwszy raz — mówi Trzewik. — Ani nie setny. Bractwo Ostiariuszy. Tak się nazywamy, chociaż większość mówi po prostu „ci od sera". Pięćdziesiąt lat u nich jestem. Nie jestem żadnym starszym ani przełożonym, żebyś nie myślał. Jestem jednym z wielu, tylko starszym od większości. Przekłada kosz na drugie ramię. — Ludzie myślą, że jesteśmy od noszenia mydła. Prawda jest taka, że jesteśmy uczonymi. Mamy dom przy Wielkim Przęśle, o tam. — Nie ogląda się, tylko podnosi rękę i wskazuje ponad dachy, gdzieś w prawo, gdzie nad całym miastem stoi łuk tak wielki, że dwie wieże sięgają mu ledwie do połowy przęsła. — Jak się kiedyś zgubisz, szukaj tego. Widać go zewsząd. Patrzysz w tamtą stronę dłużej, niż zamierzałeś. Bo ten łuk ma złe wymiary, tak samo jak schody miały złe wymiary, tylko w drugą stronę. Nikt nie stawia bramy takiej wysokości dla kogoś, kto przez nią przechodzi. Pod tym przęsłem zmieściłby się rynek. Zmieściłaby się wieża, położona na boku. Zmieściłoby się coś, co nie dotyka ziemi. I zanim zdążysz o tym pomyśleć, nie oczy, a coś niżej, w brzuchu, jakiś odruch, który wie, ile trzeba zostawić zapasu nad czymś i pod czymś, i który właśnie stwierdził, że zapas jest odpowiedni. Że przejdzie. Że przechodziło. Nie ma do tego obrazu. Nie ma kształtu, nazwy, wspomnienia żadnej rzeczy, która by tamtędy leciała. Jest tylko wrażenie, że stoisz przed czymś, co widziałeś już z drugiej strony, i nieprzyjemna pewność, że patrzyłeś wtedy nie z dołu. Trzewik idzie dalej i mówi coś o księgach. — U nas w środku stoi z czterdzieści ksiąg pomiarowych, każda grubsza od ciebie, i siedzą nad nimi mędrcy, którzy nie widzieli słońca od tygodni. Portale tętnią magią. Nie słychać tego, nie widać, ale da się zmierzyć. Jak jeden zaczyna się budzić, to nawet i pół roku wcześniej wiemy, że coś się szykuje, a na dzień czy dwa przed, który to i mniej więcej kiedy. Idzie dalej. — Przy tobie pomiar wyszedł źle. Mieliśmy kilka godzin różnicy i obraliśmy zły poziom Czarnych Urwisk. Szukaliśmy cię dwie kondygnacje niżej, bo ktoś policzył głębokość od poziomu ulicy zamiast od poziomu komory. Tak się liczy od czterystu lat i nikt tego przez czterysta lat nie sprawdził. Masz szczęście. Naprawdę masz. Przybysze, którzy wychodzą sami, trafiają czasem tam, gdzie nikt na nich nie czeka, a nie wszędzie w tym mieście jest tak przyjemnie, jak tutaj. Ty wygrzebałeś się w górę i wpadłeś na kogoś, kto dał ci wody. Tak to się kończy raz na dziesięć razy. Ulica wspina się i kończy bramą, która nie ma wrót, tylko dwa słupy i belkę u góry. Za nią jest plac. — Stukramie — mówi Trzewik. — Ktoś kiedyś policzył kramy, wyszło mu sto i uznał, że to zabawne, bo miasto ma sto bram. Nie wyszło mu sto. Nazwa została. [image: 1789302129341-b6811974-97c4-43e6-99ec-c96ac6fc0af7-image.jpeg] Plac zajmuje tyle, co całe podnóże Miechów, jest nierówny, wybrukowany w czterech różnych epokach i pochyły, bo zbudowano go na zboczu i nikt nie chciał go równać. Wszystko na nim stoi lekko przekrzywione. Wozy klinuje się kamieniami. Kramy są jeden przy drugim, bez porządku, bez podziału na branże. Obok siebie: nasiona w kopczykach, szkło do lamp, mięso w soli, pióra, klatki z czymś żywym, zwoje sznura, ostrza bez rękojeści, rękojeści bez ostrzy, wiadro pełne kluczy. Zwykłych kluczy do zwykłych drzwi, sprzedawanych na wagę. Trzy stragany dalej ktoś sprzedaje ziemię w woreczkach. Hałas jest inny niż w kuźniach. Tam był rytmiczny. Tu jest jednostajny i nie ma dna. — Tu kupisz wszystko, co wolno kupić — mówi Trzewik. — To jest ważne, tak jak powiedziałem, bo to nie to samo, co „wszystko". Reszta też jest do kupienia w tym mieście i wie o tym każdy, łącznie z Zakonem. Tylko że tamte miejsca, ciemne miejsca, nie mają placów ani szyldów. Jak trafisz tam przez przypadek, to lepiej się czym prędzej wynosić. W północnym rogu placu stoi budynek szerszy niż wyższy, z szyldem, którego nie umiesz przeczytać, bo namalowano go w dwóch różnych pismach, jedno pod drugim, tą samą ręką. W drzwiach, a drzwi są dwa razy wyższe niż w Miechach, stoi coś, co musi się schylić, żeby wyjść. Dwie głowy. Jedno ciało. Nie dwie twarze na jednej głowie, jak u Kardusa. Dwie osobne głowy na dwóch osobnych szyjach, wyrastające z barków szerokich jak wóz. Lewa wynosi beczkę i stawia ją przy ścianie. Prawa w tym samym czasie kłóci się przez ramię z kimś w środku, a kiedy lewa kładzie beczkę krzywo, prawa przerywa kłótnię w połowie słowa i warczy w bok: — Krzywo. — Nie krzywo. — Krzywo, Orthos. — Twoja ręka też trzyma, Porthosie. Lewa poprawia beczkę. Obie głowy wracają do swoich zajęć. — Ich karczma — mówi Trzewik. — Jak zaczną się kłócić o rachunek, to się lepiej nie wtrącaj. Zwalnia i patrzy w stronę drzwi dłużej, niż patrzył na cokolwiek innego. — I zapamiętaj sobie to miejsce, bo to jest pierwszy adres dla kogoś, kto nie ma pieniędzy. Oni gotują rzeczy, których składniki nie rosną w tym mieście ani nigdzie w promieniu tygodnia drogi. Wiszą u nich na ścianie karteczki: czego im teraz brakuje, ile płacą i jak ma być świeże. Wielu przybyszy w tym mieście zaczynało od takiej karteczki. Po drugiej stronie placu mur się urywa i widać przez wyrwę coś, co jest starsze niż wszystko wokół. Amfiteatr. Owalny, wkopany w zbocze, z kamiennymi ławami schodzącymi w dół pierścieniami. Górne rzędy są wyszczerbione i zarośnięte; dolne wyślizgane do połysku przez siedzenia. Na dole trwa walka. Dwóch na piasku, w skórzanych kaftanach, z bronią owiniętą płótnem. Wyższy uderza z góry, drugi przyjmuje to na przedramię i wchodzi do środka. Źle, za wysoko, z opuszczonym łokciem. Widzisz, jak skończy się to trzy ruchy wcześniej, niż się kończy. Piasek, brawa, obaj wstają. Ktoś podaje im wodę. Nikt nie ginie. Nikt nawet nie krwawi. Na ławach siedzi może dwieście osób, w środku dnia, w tygodniu. — Teatr Szeptów — mówi Trzewik. — Wstęp wolny dla każdego, kto tu mieszka, a mieszkasz od dzisiaj. Wieczorem grają sztuki, w nocy śpiewają, po południu tłuką się na tępo. Jak będziesz się nudził, to tu przychodź. Pośrodku areny, wprost na piasku, stoi łuk. Mniejszy od tego nad dachami, ale nie mały, obłożony złotą blachą, która w kilku miejscach odeszła i widać pod nią kamień. Walczący omijają go. — A ten stoi tam dłużej niż teatr — mówi Trzewik. — Postawili ławy wokół niego. Raz na parę lat budzi się w środku przedstawienia i ktoś z niego wychodzi. Przy pełnej widowni, w świetle, w połowie trzeciego aktu. Zwalnia. — Widziałem to cztery razy. Za każdym razem widzowie klaszczą, bo myślą, że to część sztuki. A biedak stoi na piasku, nie wie, gdzie jest, i pierwsze, co słyszy w nowym świecie, to dwieście osób bijących mu brawo. — Wzrusza ramionami. — Dwóch naszych siedzi tam w pierwszym rzędzie na każdym przedstawieniu. Na wszelki wypadek. Też mają kosz. Za placem ulica znowu idzie w górę i coś się zmienia, chociaż z początku trudno powiedzieć co. Powietrze robi się wilgotne. Pierwszy raz od przybycia. — Zakon Janusowy też stoi przy portalach — mówi Trzewik nieco głośniej niż przedtem. — Mają rację, że stoją. Przez te bramy przychodzą różne rzeczy. Kiedyś, jeszcze przed moim czasem, przez jeden łuk wyszło coś, co zabiło czternaście osób, zanim dobiegli. Od tamtej pory chodzą zawsze i chodzą zbrojnie. Bruk jest ciemniejszy, jakby przed chwilą padało, choć nie padało. — Dzielą się na dwie części. Kluzjusze pilnują łuków, przez które się tu wchodzi. Patulcjusze pilnują tych, przez które się stąd wychodzi, a takich jest bardzo niewiele i nie pytaj mnie dzisiaj, ile. Kardus jest kluzjuszem. Z góry dochodzi teraz dźwięk, którego wcześniej nie było. Niski, ciągły, bez rytmu. Odległy wodospad. — Różnimy się jedną rzeczą i to nie jest drobiazg. — Trzewik musi już podnieść głos. — Oni podchodzą do przybysza, żeby sprawdzić, czy jest bezpieczny. My podchodzimy, żeby przybysz poczuł się bezpiecznie. To brzmi jak to samo zdanie powiedziane dwa razy, ale to są dwa różne miasta i zależy, które podejdzie pierwsze! Ulica skręca. Wilgoć przestaje być wilgocią, a zaczyna być mgłą. — Pięćdziesiąt lat temu, jak zaczynałem, byli pierwsi zawsze! I mieliśmy więcej takich, co się nie przyjęli! Więcej się rzucało, więcej uciekało, więcej nie dożywało tygodnia! Dlatego mamy ten kosz! Ser i mydło działają lepiej niż halabarda i mam na to czterdzieści ksiąg rejestrów! Huk rośnie. Nie jest jeszcze głośny. Jest po prostu wszędzie. — ...i dlatego przy tobie stali dziesięć kroków z tyłu, a nie z przodu! O to się kłóciliśmy dwadzieścia lat! Dziesięć kroków! Mgła siada na twarzy. Smak świeżej wody w powietrzu. Ciało reaguje na to wcześniej niż głowa, bo popękane usta dopiero teraz zaczynają boleć. — ...a najgorsze jest to, że przy łukach czeka jeszcze ktoś trzeci! — krzyczy Trzewik, a przynajmniej tak ci się wydaje. — ...nie noszą barw i nie... ! Reszta słów ginie. Odwraca się, widzi twoją twarz i macha ręką. Gest, który znaczy: potem. Wskazuje w górę, gdzie ulica się kończy. Jesteście coraz bliżej dzielnicy Sześciu Dłoni. Do wodospadu i łaźni już niedaleko.
  • Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka

    pathfinder 2e golarion
    61
    2 Głosy
    61 Posty
    1k Wyświetlenia
    SantorineS
    Kultyści wlewali się do komnaty czci Alocera. Pierwszy z nich przestąpił rozwarte drzwi i pułapkę Dorlivina, która została uprzednio rozbrojona. Człek dzierżył łuk, ale poniechał: z jego gardła dobyło się coś na rodzaj ryku pomieszanego z nieznanym słowem, zaś ze szponiastych dłoni wydobył się czarny promień ognia wycelowany w Kraghula. Trafnie! Kraghul poczuł ból, kiedy tylko cienisty ogień sięgnął jego piersi! Drugi z kultystów krzyknął: – Za Pana Piekieł! Jego łuk rozbłysnął przez oddech krwawą energią. Wybrał sobie na swój cel Zairę. Lśniąca strzała jednak tylko drasnęła elfkę, jednak, kiedy tylko grot utkwił w jej ramieniu, tamten zakreślił przed sobą symbol. Szara poświata tarczy zalśniła wokół kultysty. Spaczona magią zaklinaczka wydłużyła swe dłonie, które przez parę tchnień stały się nienaturalnie długie, niczym gałęzie. Jaithe zaśpiewała monotonnie słowa starego zaklęcia, a z jej pokracznie wydłużonych ramion eksplodowała chmara czarnych macek. Ustawieni w tunelu kultyści Alocera wrzasnęli niby jeden mąż, kiedy nawałnica cienistych macek uderzyła we wszystkich jednocześnie. Niektórzy poczęli krwawić. – Torag skręci wam karki, przeklęte diabły! – ryk krasnoluda dobył się z jego piersi. Dorlivin przypadł do pierwszego z kultystów Alocera i uderzył obuchem solidnie w łeb jednego z nich, aż tamten się cofnął. Czciciele Alocera nie pozostali mu dłużni. Kobieta o szpetnych rysach wydała z siebie parę gardłowych warknięć, które brzmiały zwierzęco. Zielony promień łuczniczki uderzył w krasnoluda, który cofnął się o pół kroku nad przepaść. – Cóż to!? – Dorlivin spojrzał na swą dłoń. Nagle, krasnolud począł poruszać się znacznie wolniej, jak gdyby postarzał się o parę dekad. W ostatniej jednak chwili zasłonił się, kiedy strzała syknęła w powietrzu. Kraghul potrząsnął swym kościanym fetyszem, który tym razem zalśnił złotą energią. Emanacja objęła jego samego i pozostałych: Dorlivina, Rathora, Zairę, Jaithe i Zakareth; w jakiś sposób zaklęcie orczego szamana nadawało gibkości i siły do uderzeń jego towarzyszy. – Czas, żebyście zobaczyli, czym jest PRAWDZIWA SIŁA TWIERDZY BELKZEN! – metal zbroi Rathora zabrzęczał po śliskiej posadzce jaskini. Ork wzniósł tarczę, wykrzykując jakieś przekleństwa i kpiny w stronę jedego z kultystów ukrytego w jaskini. Uderzył rękojeścią korbacza w tarczę i zamachnął się, jednak tamten uniknął głowy korbacza, który z łoskotem uderzył w skalną posadzkę. – Pfch, tchórzu – sapnął z pogardą Rathor. Kultysta, którego zwyzywał Rathor wcześniej krzyknął jakieś zaklęcie na niego. Zgniłozielony promień pomknął do orka, ten jednak odbił część swoją tarczą i zaparł się w sobie. Grot strzały odbił się od tarczy Rathora, który wrzasnął w odwecie: – To wszystko? Ha! Zakareth czuła się poirytowana tym, że teraz to będą musieli jeszcze walczyć z kultystami, ale przynajmniej szanowała i za to, że nie byli przywiązani do formy ciała. z którą przyszli na świat. Kapłanka Nyarlathotepa dała susa przed siebie, a jej kostur bojowy zapłonął ciemnoszarym ogniem. Pierwszy z zakapturzonych łowców zmitygował jednak cios! Zaira wzięła na swój cel najbardziej wysuniętego na wschód czciciela Alocera i wypuściła dwie strzały. Trafiła! Potężne uderzenie przebiło skórznię, a jej ofiara rzygnęła krwią i sapnęła ciężko. Jucha popłynęła z celnej rany ciurkiem, tworząc karmazynowe kałuże. Poważnie ranny kultysta wrzasnął przeciągle, nagle robiąc w tył zwrot. Przecisnął się obok swoich kamratów i zniknął w skalnym korytarzu, a każdy z jego śladów pozostawiał plamy krwi. – Wracajże! – wrzeszczał Rathor. – Jeszcze nie skończyłem ciebie zabijać, psi synu! Kolejny z kultystów jednak nie odpuszczał. Jego szponiasta dłoń zapłonęła pomarańczowym płomieniem, który skierował na Dorlivina. Krasnolud zwinął się i skulił. Niemalże udało mu się umknąć przed zabójczym promieniem! Wraża energia zasyczała w przestrzeni, osmalając jego ramię, zaś ten skrzywił się z bólu. Zaklinaczka przesadziła drewniany ołtarz ku czci Piekielnego Księcia, zaś jej dłonie zapłonęły po raz kolejny czarnym płomieniem. Tym razem głos Jaithe zawibrował potężniej, odbijając się echem po zimnych ścianach jaskini. Dorlivin, Rathor i Zakareth ledwo uniknęli nawałnicy duchowych macek, które zawarły się wokół kultystów. Potężne zaklęcie sprawiło, że od strony diabolistów wyrwały się wrzaski nagłej paniki. Rany, nagle pękające na skórzniach trysnęły fontannami juchy. Zaklęcie Jaithe całkowicie zmasakrowało kultystów! Dorlivin przypadł do kolejnego z zakapturzonych, waląc swym młotem na lewo i prawo. Krasnolud jednak widocznie słaniał się na nogach: jego siła została wyssana przez widmowe zaklęcie! Szpetna łuczniczka zlokalizowana z tyłu tunelu nagle spojrzała, jak wygląda sytuacja i pomknęła za jej towarzyszem. Kolejny przeciwnik zrejterował. Kraghul dotknął swego kościanego fetyszu, a złota emanacja eksplodowała z jego wnętrza. Zaklęcie dotknęło wszystkich. Szaman spojrzał dłużej na jednego z kultystów, próbując przypomnieć sobie cokolwiek o istotach, które przed nim stały, jednak… Nic. Może to był ferwor walki? Kraghul nie potrafił powiedzieć nic więcej ponad to, że był to jakiś rodzaj diabelskiego odmieńca. Na koniec, szaman zakreślił nad soba tarczę. Orczy wojownik ryknął przeciągle. Łańcuch korbacza zaświszczał złowrogo w powietrzu, zaś kolczasta kula wylądowała prosto na twarzy zakapturzonego diabolisty. Łeb eksplodował na podobieństwo dojrzałego jabłka przeszytego przez bełt kuszy, zaś bezgłowy korpus upadł, jak ścięty konar, rozbryzgując kałuże krwi i mózgu. Kiedy tylko odłamki czaszki jego towarzysza śmignęły obok jego ucha, ostatni z kultystów, który był na miejscu spojrzał wokół siebie. Był sam! Człowiek zrobił natychmiast w tył zwrot i począł biec szparko w stronę wyjścia. Kroki uciekających kultystów oddalały się coraz bardziej i bardziej, podczas gdy karmazynowa plama zabitego diabolisty szybko przemieniała się w pokaźną kałużę krwi. – To mają być jego pomagierzy? – Rathor warknął. – Przypominam sobie, że bastard Auldegrund był twardszy niż to, co jest. Ork począł kaszleć maniakalnie, nagle zmożony swoją chorobą. Dorlivin zakasał młot za pas, zaś zaklęcia rzucone przez podróżników poczęły tracić swą moc: fetysz Kraghula stracił swój poblask, a krasnolud zacisnął swoją dłoń w kułak parę razy. – Wszak odzyskuję siły! – rzekł Dorlivin hardo. – Mmm. Zdaje mi się, że rzeczy jeszcze nie koniec. Stary drab próbuje wybadać teren, coś takiego… – Oby – Rathor przestał kaszleć i splunął krwią za siebie. – Auldegrund może myśleć, że pokonał Rathora raz, ale Rathor powraca, żeby wbić mu w łeb, że zemsta orków z Belkzen nierychliwa, ale zawsze dosięga. Orczy wojownik zabębnił korbaczem o swoją tarczę. A wtedy… Usłyszeli znowu róg myśliwski. Długi, zawodzący dźwięk przetoczył się raz przez korytarze Lwiej Loży, wibrując ponuro i zwiastując nadejście Auldegrunda. Usłyszeli donośny, tubalny głos, którego skrzeczący timbre miał w sobie coś nieludzkiego: – Mój łów nie zakończy się tutaj! Chodźcie żesz do mnie i stańcie do walki, a zarżnę was jak kundle! Rathor i Dorlivin spojrzeli po sobie. – To on – rzekł Rathor z ponurą determinacją.
  • Loch Szalonego Maga

    2
    0 Głosy
    2 Posty
    49 Wyświetlenia
    Dust MephitD
    8 Eleint 1492 DR Późne popołudnie. Nad całym Waterdeep zbierają się gęste chmury, a wiatr dmie coraz mocniej. Bohaterowie, chcąc schronić się przed zbliżającą się ulewą, otwierają ciężkie drewniane drzwi karczmy Ziejący Portal. U progu wita Ich zapach pieczonego mięsa, zgiełk przekrzykujących się bywalców, obijanych kufli i... przenikliwe spojrzenie karczmarza. Gęste skupisko ludzi, stojących na środku sali, przerzedza się na moment. Jeszcze przed chwilą musieli obserwować jakieś widowisko. Dopiero teraz można dostrzec to, wokół czego się zebrali. Szeroki na niemal czterdzieści stóp krąg, z ciasno przylegających do siebie kamieni- kompletnie nie pasujących do reszty otoczenia. Nie jest jednak zbyt wysoki, może na jedną stopę, nie więcej. Z jego środka, zieje bezdenna pustka i coś, co budzi lekki niepokój. Jakby najgłębsze instynkty alarmowały o bliskości czegoś bardzo niebezpiecznego. Nasi bohaterowie nie znają się jeszcze. Dziwnym zrządzeniem losu, każdy z nich zasiada przy ladzie zamawiając coś dla siebie i zastanawiając się co począć dalej. Na ulicach Waterdeep mogliby stanowić niecodzienny widok. Tutaj jednak- w miejscu do którego zmierzali przybysze z całego Wybrzeża Mieczy, a nawet z innych sfer, by odnaleźć skarby Podgórza- wydawali się pasować. Klasyczny początek nieprawdaż? Czwórka podróżników napotyka na siebie w karczmie. Choć motywacje każdego z nich są różne, to każdy obrał już kierunek- Loch Szalonego Maga. Po rozmowie, do której włącza się również Durnan- właściciel karczmy, decydują się wspólnie przemierzać Podgórę. Kris'sh- łowca o niecodziennym hobby, związanym z kuchnią opartą na potworach, poszukuje wyschniętego serca w szkatułce na zlecenie pewnego tajemniczego kupca. Stockfish- firbolg o olbrzymiej posturze, potrzebuje sadzonki magicznego cynamonowego drzewa, które pomoże uratować jego klan. Motywy drowiego kapłana Zaka z domu Oblodra i Alanis- charyzmatycznej bardki o szerokich kontaktach, pozostają jednak tajemnicą, choć bardka twierdzi, że poszukuje w Podgórzu chwały i inspiracji do swojej twórczości. W karczmie spotykają również Esvale Rosznar, która chce aby odszukali w lochu jej brata, oraz Mattrima Merega chcącego spłacić swój dług względem Cal'al Claddani w Skullport. W niedługim czasie grupa, z pomocą Durnana schodzi na dół. Już na początku ich wędrówki, drogę zastępuje im tarczowy strażnik. Porusza się dziwnie, machając przy tym rękami jakby próbował rzucić na nich zaklęcie. Awanturnicy nie czekają aż skończy- biorę los w swoje ręce i pokonują strażnika, a pod jego hełmem odnajdują dziwną maskę z brązu. Pierwsza komnata, którą odkrywają ozdobiona jest demonicznymi płaskorzeźbami. Za jedną z nich odnajdują ukryte przejście do zalanego pomieszczenia. Tam jednak zostają zaatakowani przez ożywiony szlam. Widząc, że nie czeka ich tutaj nic dobrego, decydują się ruszyć na zachód- do obszernej komnaty wspartej przez kolumny. Nie wiedzą jdnak jeszcze że tam czyha na nich kolejne niebezpieczeństwo. Choć drowie oczy Zaka dostrzegają przez ułamek sekundy jakiś ruch między kolumnami, to komnata jest jedynym przejściem do dalszej części lochu. "Ani kroku dalej!" Krzyczy do nich kobiecy głos. "Wkroczyliście do mojej domeny. Za przejście zapłacicie złotem, albo... krwią." Właścicielka głosu wygląda na wampira, a wśród kolumn ukrywa się cały oddział kuszników. Oczekuje też od drużyny myta za przejście. W toku napiętej rozmowy, z ust Alanis pada tajemnicze imię "Nester", którym próbuje zagrozić kobiecie. Nasi bohaterowie nie traktują bandytki poważnie i dochodzi do walki. Choć bandyci zdają się mieć na początku przewagę i straszliwe, pozszywane ze zwłok monstrum na swoich usługach, to grupie udaje się ich pokonać. W przypływie desperacji przywódczyni bandytów woła na pomoc kogoś o imieniu Uktarl. Posiłki jednak nie nadchodzą i żądna krwi bandytka ginie z rąk tych, którym chciała krew upuścić. Alanis zaś wyjaśnia towarzyszom, że Nester, to jeden z "podwładnych" Halastera. Nastaje cisza. Część postanawia sprawdzić zwłoki, Stockfish jednak decyduje się uprzątnąć schody, które w trakcie walki zostały uszkodzone. Po chwili, ich zajęcia przerywa jednak niecodzienny widok - pojawia się oko zawieszone w powietrzu, które przygląda się naszym bohaterom. W końcu odzywa się głosem, który zdaje się dochodzić z każdej strony. No no... brałem was za zwykłych wandali, a widzę, że zabieracie się za porządki. Dobrze... bardzo dobrze... I grzecznie z waszej strony! Żebyście nie myśleli, że Halaster Czarna Szata nie potrafi tego docenić, dostaniecie ode mnie wskazówkę. Głos podający się za Szalonego Maga zdradza im, by podążali drogą wskazaną przez maskę. Na końcu drogi mają poznać odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Znów zapada cisza, a lewitujące oko znika równie szybko jak się pojawiło. Po wszystkim, drużyna decyduje, że dość już wrażeń i czas wracać do Ziejącego Portalu. Kiedy docierają do dna studni, ktoś już jednak na nich czeka. Kolejna grupa zakapturzonych ludzi z kuszami. Jej przywódca, okazuje się wspomnianym przez bandytkę Uktarlem. Mimo przewagi liczebnej i osłabienia bohaterów nie wydaje się jednak skory do walki. Zamiast tego wyjawia im swoją historię, w toku której wychodzi na jaw, że bandyci, to w rzeczywistości trupa aktorska skazana na zesłanie do Podgóry za zbrodnie, których dopuściła się Harria- kobieta ściągająca tutaj myto. Dzięki Uktarlowi, bohaterowie dowiadują się również o gildii Xanathara. Aktor sugeruje, że gildia nie puści ich na kolejny poziom. Proponuje jednak, że wspólnymi siłami mogą się tam przebić. Drużyna nie ma jednak pewności co do tego planu. Obawiając się zadarcia z gildią, postanawiają przespać się z pomysłem i przemyśleć go na spokojnie w karczmie. Żegnają się więc z Uktarlem i wracają do Ziejącego Portalu, w którym napotykają Obayę Uday- kobietę z Wysp Chult, która skupuje magiczne przedmioty. Po przygodach na dole są jednak zmęczeni. Udają się więc do swoich pokoi. W nocy, z pokoju Zaka dobiegają dziwne odgłosy w języku, który brzmi gardłowo i bardzo nienaturalnie. Nazajutrz drow zachowuje się jednak, jakby nic się nie stało.
  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

    105
    4 Głosy
    105 Posty
    3k Wyświetlenia
    PaniczP
    Marius dryfował. Lekki, z czystą głową i białymi barankami nad sobą, dawał się unosić toni. Nie poruszał członkami. Nie machał choćby dłonią. Leżał, a fale podnosiły go same. Miarowo, jakby to babcia kołysała go delikatnie na bujanym fotelu. Umysł miał pusty i cichy. Nie myślał. Nikt mu nie towarzyszył. Był sam w słodkim bezwładzie. Nie słyszał nawet głosu... – Cholera. Jednak pomyślał. Jestestwo dobiło się uwagi gdzieś na skraju świadomości, zajrzało przez lufcik. A potem było już tylko trudniej i tylko gorzej. Głos na razie nie wrócił. Głos Mistrza. Ale Marius już o nim myślał. Już... Spodziewał się zaraz go usłyszeć. Wyglądał go. Oczekiwał. Nie z pragnieniem. Nie z poczuciem braku czy niepokojem. Mechanicznie. Mechanicznie czy naturalnie, zwał jak zwał, ale z wrażeniem niepełności świata, w którym brakowało podstawowych składników. Jakby ująć część liter z alfabetu i zacząć dukać to samo bez ładu i składu, albo wyjąć z palety któryś z podstawowych kolorów i nazywać cze... Mhm, ten, hmm, nie ten zielony, nie-niebieski. Jak żółty, ale inny. Nie, nie, inny-inny zupełnie. Wiesz, o którym mówię! Mariusowi brakowało głosu dzwoniącego pod czaszką i z samym tylko swoim wewnętrznym narratorem, czuł się dziwnie. Jak człowiek zaskoczony echem we własnym domu, gdy remont wypchnie mu meble na korytarz. To był ten stan docelowy? Ciekawe, że tego już nie pamiętał. Ale długo braku znosić nie musiał. Nie był już sam. *** – Obudził się – Hazar uważnie lustrował wracającego do siebie kapłana. Utopiec chciał coś odparsknąć, ale bandaż zdusił słowa. Na machnięcie rękami też nie było przestrzeni. Zero miejsca na protest i bunt Mariusa objawił się w skrępowanym, półleżącym pląsie. Kapłan nie rozumiał, o co chodzi – dlaczego jest związany i zakneblowany. Ale twarze wokół znał. Znał i nie spodziewał się nigdy oglądać ich z dołu, z perspektywy więźnia. – Spokojnie – miękko szepnęła Morwen. – Nic ci nie grozi. Musieliśmy cię związać, bo... Pamiętasz? Młodzik patrzył na czarownicę, jakby na bieżąco zliczał coś i składał do kupy. Jakby wyostrzał rozbitą mozaikę w ludzki kształt. Trwało to krótką chwilę, ale w końcu skinął jej głową na potwierdzenie. Tak, tak, wiedział, pamiętał. – W takim razie sam rozumiesz – wytłumaczyła się magiczka. – Przestraszyłeś nas. Oczy kapłana przebiegały od osoby do osoby, rejestrując wszystko, co wyrażały znajome twarze. Utopiec przetoczył się na ziemi i przysiadł z pomocą Randala, dziękując skinieniem. Powiódł wzrokiem po reszcie, a oczy miał przepraszające i smutne. – Takie miejsce... Może źle wpływać na niektórych – włączył się milczący od dłuższego czasu doktor Quolleb. – Odpocząć i wzmocnić się będzie rozwagą. Panie Hazar? – Ta? - Krasnolud czuł bicie mocy spod każdego kafla Ścieżki. Kusiła go. Ale wiedział też, że z otiakami mieli kupę szczęścia i następny taki hazard mógł być dla nich ostatnim. Domyślał się, czego może chcieć stary. – Zabezpieczy pan otwarte korytarze? Wtedy cofniemy się do obozu... – Badacz widział, jak po jego słowach twarze górników zajaśniały nadzieją. – Odsapniemy trochę. Hazar się nie sprzeciwiał. Zebrał pomagierów i na początek zastawili wejście przed sobą ciężkimi ławami. Machnął na resztę, by zmajstrowali solidniejszą dokładkę. Górnicy ruszyli stawiać do pionu wywrócone wagoniki i ściągać na wózkach ciężkie, rozrzucone po hallu belki. Wojownik nie zwykł siedzieć na tyłku, gdy inni pracowali, ale Morwen zatrzymała go na miejscu. Odeszli na bok z Ballo, Randalem i Larą. Zmarnowany Marius siedział teraz na ławie na środku sali, posadzony przez Bolvara i uspokajany przez cedzącego coś powoli Quolleba. Zbroje – jeszcze przed chwilą żądne krwi golemy – stały teraz w rządku w rogu komnaty i kołysały się miarowo. – Wrócił do siebie – powiedziała cicho czarownica. – I dlatego teraz poczułam to wyraźnie. Ktoś mu towarzyszy. Jest... Jakby w środku? – To kapłan – Ballo nie miał pojęcia, co to za heca z Mariusem, ale nie chciał by kogokolwiek sądzono bez choćby krztyny wątpliwości przy ocenie. – Jego bogini pewnie jest przy nim. – Przed chwilą na pewno nie była – żachnął się Randal. – Władowałby się w ciemno w nieznane i tyle by było z boskości. Hazar słuchał i mechanicznie kiwał głową, podpierając się młotem. Nie miał takiej pewności jak Morwen, ale wolał dmuchać na zimne. W robocie nie było miejsca na wariatów. – Możesz doprecyzować swoją ocenę? - Lara poczekała na pauzę. – Chodzi mi o rodzaj tej obecności, jeśli potrafisz to zdiagnozować. Nawet tu, w samym Drusdygg, natrafiliśmy na różne przypadki manipulacji umysłem. Może mogą mieć związek. Czarodziejka rozłożyła ręce i zaczęła gestykulować, szukając odpowiedniego słowa, by opisać przeczucie, które miała. Przeczucie, nie pewność. – Nasz kompan, Kai... Znasz go zresztą. – Lara skorzystała z okazji, by wprowadzić kontekst. – Miesiąc temu natrafiliśmy w lesie za Pogorzelą na gobliny. Sam Marius tłumaczył potem, że był wśród nich przypadek rzadkiego mutanta, który potrafił manipulować umysłami. Kai przez pewien czas zachowywał się wtedy kompletnie irracjonalnie... Czy inaczej – racjonalnie, acz nieświadomie realizował rozkazy goblinów, które chciały wciągnąć nas w pułapkę. Sam zachował świadomość i pamięć wydarzeń, ale bez późniejszej możliwości wyjaśnienia swojego zachowania. Mówił, że w tamtym czasie nie miał cienia wątpliwości, że postępuje właściwie. – Pamiętasz, że długo – i z bliska – przyglądał się tamtemu trupowi? - przypomniał Randal. – Nie wiem – zabezpieczyła się Morwen. – Nie wiem, czy to może mieć związek. Może? Pewne... No, prawie pewne, że siedzi w nim coś jeszcze, czego być nie powinno. Czarownica pomyślała o mistrzu Wedryku, który mógłby to rozstrzygnąć ponad wszelką wątpliwość. Dziewczyna myślała o czarodzieju z szacunkiem i głęboką obawą, nieskora, żeby się do niego zbliżać, albo wywoływać wilka z lasu choćby wspomnieniem. Może starczy tu kapłan? – Jak siedzi, to pewnie widzi i słyszy, co mówimy i robimy. Nie ma co... – Randal podrapał się po obolałych plecach. – Wynośmy się stąd i jego wynośmy. Może to on – nie mówię, że specjalnie – wywołał z cienia te mackostwory? *** Pytań było wiele, ale Morwen nie czuła się na siłach odpowiadać na gdybania. Nie wiedziała, a nie chciała kłamać. Paladyn miał jednak rację – jeśli ktoś kontrolował Mariusa – znał wszystkie ich kroki. Trzeba było się przegrupować, przetasować karty i spróbować jeszcze raz. Prowizoryczne bariery zastawiły wejścia do korytarzy odchodzących z hallu, a kompania nie traciła czasu, by sprawdzać ich solidność. Na wyjściu, dla pewności, przywiązano jeszcze ożywione zbroje do kolumn schodowych i ruszono do światła. Rażące słońce na twarzach cieszyło jak pierwsza trawa po zimie. Tłum strażników patrzył na mrużących oczy badaczy Ścieżki z podziwem i niepokojem. Wracali żywi i na własnych nogach, choć jednego ze swoich wlekli jak podróżny tobołek. Jednego dnia i jednego popołudnia wpłynęli na losy osady na tyle sposobów, że na rozrysowanie wszystkich scenariuszy wyobraźni nie starczyłoby nawet drobiazgowej i skrupulatnej Larze. Teraz mieli odpocząć i basta. Paru osiłków poklepało ich po plecach, gdy przechodzili między nimi, a ktoś z przodu klaskał. Najwyższym dowodem uznania strażniczej braci był jednak fakt, że nikt nawet nie próbował ich obszukać. Ach, gdyby tylko wcześniej skorzystali z okazji! Szpaler gwardzistów kończył się przy ustawionych w zaporę wozach. Tam, oddzieleni od wioski już tylko suchą przestrzenią, zdobywcy Ścieżki byli wystawieni na wzrok i ocenę mieszkańców. I tam czekali na nich ich mocodawczyni – Wylla van Coen oraz rozpromieniony, patronujący wyprawie arcymag Wedryk Weld. – Brawo, brawo. Doprawdy, czuję się, jakbym był tam z Wami! – Czarodziej uśmiechnął się sfinksem. – Ale zawsze mało mi przyjemności słuchania opowieści z pierwszej ręki, więc doczekać się nie mogę posłuchania. – Pewnie nie jest mistrz sam w tym pragnieniu – włączyła się płynnie Wylla. – Dobrostan moich pracowników wymaga jednak, żeby najpierw przeszli ocenę zdrowotną i odpoczęli psychicznie. Pozwolisz zatem, Wedryku, że nim priorytet przejmie poznawanie prawdy, zadbamy o bezpieczeństwo każdego z naszych kolegów. Pogodne spojrzenia i ciepłe uśmiechy starły się w serdecznym zwarciu. – Pan doktor Quolleb, naturalnie, nie jest zobowiązany do spełniania reguł naszej organizacji. Zachęcam jednak i pana, panie doktorze, aby w pierwszej kolejności zadbać o siebie. Wiedza i Prawda, tak utęsknione, pozwolą na siebie zaczekać. Troska o pracowników była naprawdę wyświechtanym frazesem i brzmiała zabawnie, wyciągnięta na pierwszy plan gry pozorów między Wyllą a Wedrykiem. Kompania Lazurowa broniła swoich interesów wszelkimi możliwymi sposobami, a stawką w tym momencie było pierwszeństwo informacji. Nie szło wyłącznie o władzę i poczucie tryumfu. Znaleziska Ścieżki miały wymierną wartość finansową nie tylko w formie wywleczonych spod ziemi złotych sztabek i czarodziejskich artefaktów. Kto wiedział pierwszy, wyprzedzał konkurentów w inwestycjach, planach i decyzjach. Kto wiedział pierwszy, nadawał ton narracji o Ścieżce i tych, którzy ją kształtowali. Kto wiedział pierwszy... Mógł zdecydować, co przydarzyło się Mariusowi, co czeka go dalej i jak wpłynie to na codzienność Czarnych Wrót. – Bezpieczeństwo przede wszystkim – uśmiechnął się Randal. – Sam mistrz rozumie. Paladyn poklepał Mariusa po plecach i pociągnął go ze sobą w stronę budynku Kompanii. Reszta ruszyła za nim. Czuli, że dokonali lepszego wyboru. Ale wyboru, który nie pozostanie bez konsekwencji. KONIEC CDN
  • [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

    pathfinder 18+ golarion
    157
    2 Głosy
    157 Posty
    3k Wyświetlenia
    ArveeA
    Przeddzień procesu Ahaira chylił się już ku końcowi. Słońce powoli poczęło zachodzić za horyzontem, a życie miasta cichło... a przynajmniej to praworządne życie. Dlatego zapracowany prawnik i kapłan diabła pewno nie spodziewał się, że cisza w świątynnej kancelarii zostanie przerwana, gdy rozległo się delikatne pukanie do uchylonych drzwi, a pukający nie zakłócał nawet tej ciszy swym chodem. Viktor uniósł spojrzenie znad kodeksu karnego Evercrest wespół z wężykiem zwiniętym na jego masywnym biurku. - Kaylie! - zawołał uradowany - Wchodź, wchodź. Rozgość się, tylko daj mi – proszę – dokończyć akapit, nim mi myśli uciekną… Zaprosił ją słowem oraz gestem i wcisnął znów nos w papier. Kaylie wsunęła się przez drzwi niosąc w obydwu rękach zakrytą tacę. Poruszała się powoli i uważnie podchodząc do biurka Khala. Ubrana była w czarno-czerwony strój, jaki od kochanka otrzymała i najwyraźniej bardzo jej przypadł do gustu. Wężyk uniósł brew, w geście stricte nienaturalnym dla generalnej populacji tych gadów, ale nie sprawiającym problemu jego diabelskiej wersji… Syknął znacząco w kierunku Viktora zwracając jego uwagę, co kapłan objawił niemal lustrzanie powtarzając uniesienie brwi i posyłając chowańcowi pytające spojrzenie. Turkusowy wężyk gestem ogona wskazał na Kaylie i dopiero wtedy Viktor rzeczywiście na nią spojrzał. - Oh… - stęknął i zamrugał dwa razy, odrzucając myśl, że pod pokrywką tacy skryta może być czyjaś głowa… zamknął księgę, zostawiając w niej zakładkę i odsunął na bok, poświęcając kobiecie całą swoją uwagę. Kaylie położyła dużą tacę na biurku przed Khalem. - Założyłam, że będziesz potrzebował Apéro Dînatoire. - powiedziała i uniosła pokrywkę. I oczom kapłana ukazała się wielość wytwornych serów i wędlin, małe tartaletki z boczkiem, mini szaszłyki na wykałaczkach z pieczonymi klopsikami. - I wsparcia przed nadchodzącym spotkaniem ojca Filii. Viktor gwizdnął przeciągle. Od półtorej dnia zjadł tylko talerz kanapeczek… technicznie nie musiał jeść, z powodu magicznego pierścienia… ale tworzyło to pewien dyskomfort. I niski grom grający mu w brzuchu dał o tym znać światu. Nie skomentował z początku nic o Aegonie, a sięgnął po szaszłyczek i z zadowoleniem powoli go przeżuł przed połknięciem. - Dziękuję. Przyda się… ale to później. Co porabiałaś? Drugi dzień już się jakoś omijamy… wiem, wiem… głównie to ja się zatrzasnąłem w biurze… pytanie jednak pozostaje bez zmian. - Starałam się... znaleźć coś sobie. Czytałam romanse. Siedziałam w bibliotece z nimi... Do najemników chodziłam. Piłam tu czy tam. Nie chciałam zawracać głowy. “Tu czy tam” – pomyślał Viktor – “Mówimy o niecałych dwóch dniach!” Postanowił, że musi coś zrobić. Powziąć… pewne środki zaradcze. - Coś ciebie trapiło? - zapytał z łagodnością. - Nic takiego. Typowe moje rzeczy. - powiedziała wymijająco - Jedz, bo jeszcze wino czeka. - powiedziała pokazując butelkę jakiej wcześniej nie było widać. - La damme Myamtharsar. Czy próbuje mnie pani poderwać? - zapytał biorąc kolejne kęsy. - Bo jeśli tak, to myśli la damme w dobrym kierunku. Kaylie uśmiechnęła się lekko. - To czy ja muszę podrywać? - A czy potrzeba jest tutaj konieczna? - Przyszłam, aby cię wesprzeć, bo rozumiem, że to będzie ciężkie dla ciebie. Nie chciałam cię samego z tym zostawiać. - powiedziała szczerze. Spojrzenie Viktora spoważniało. - Oby więcej takich ciężkich momentów mnie spotkało. To będzie ważny moment. Ważniejszy niż jutrzejszy proces. - przytaknął. - Sądzę, że zaiste spotka. - wzięła mały widelczyk z tacy i nabiła nań jeden z serów nim przesunęła go do ust Khala. - Bez ciebie byłoby to trudniejsze… - szepnął, przyjmując łakoć. Kobieta powoli karmiła prawnika i nawet nie wiadomo skąd wzięły się na biurku kryształowe kieliszki przy butelce drogiego, galtiańskiego białego wina. - Pojawię się jako publika na rozprawie. Nie zostawię cię. - obiecała - Nim zacznie się będę obok, jeżeli chcesz. - Heh… na rozprawie chciałbym abyś była, ale to jedynie moja próżność. Muszę jedynie się upewnić, że jakiś lokalny dziw mnie nie zegnie. - Mogłabym jako twój ochroniarz być. Jesteś głównym kapłanem Azazela w końcu. - I jednym z wyznaczników mojej osoby, poza piorunującym urokiem osobistym, jest niezmierzona arogancja. Mają mnie widzieć pewnym, zdecydowanym i nieustraszonym. Bądź na sali, proszę… ale jako widz. Jeśli chcesz to i na świadka ciebie wezmę, ale jakbyś ochoty nie miała to świadków mam dość. Aczkolwiek obrona może ciebie wezwać. - Niech i tak będzie... - zgodziła się na jego warunki, choć z lekkim smutkiem, czując się mniej potrzebna w takiej sytuacji. Z drugiej strony wiedziała, że to ma być jego moment, który w końcu doprowadzi do oczyszczenia emocjonalnego, choć gdzieś głęboko kisiło się uczucie bycia niepotrzebnym w tej scenie. - No już, już… nie róbmy takiej miny. Będziesz miała swoją chwilę w czasie egzekucji - zachęcał ją serdecznie. - Rozmawiałam z Filią. - zmieniła temat nie chcąc wchodzić w poprzedni - Poprosiła mnie bym była jej druhną... Nie wiem czemu mnie wybrała, ale twierdzi, że nie ma innych. - kolejny łakoć powędrował do Khala - Więc przekonałam ją też, aby spróbowała wyperswadować Davionowi byś ty był jego drużbą. W końcu kto jak kto, ale ty zasługujesz bardziej niż ja. Viktor szybko przełknął. - Raz: gratulacje. Cieszę się, że wasza relacja tak postępuje. Dwa: Może to moje dramatyczne niezrozumienie lokalnych konwenansów... ale czy przyszły pan nie powinien osobiście o to pytać, łamane przez: prosić? - Pewnie tak, ale to ty zasługujesz bardziej niż ja, więc postanowiłam coś z tym zrobić. Viktor zdusił uśmiech, rodzący się w kąciku jego ust. - Zakładam, że chodzi o uratowanie tej porażki jaką było wezwanie Daviona do Absalomu.. jednak bycie czyimś świadkiem nie jest funkcją zasług, a bliskości. A ja z Davionem... znamy się. Wymienieliśmy pewnie koło trzystu słów. To nie brzmi jak "dość". Bardzo doceniam starania... poważnie. Szczerze... i masz serce w dobrym miejscu, co jest bardzo ważne, ale pozwólmy Davionowi samemu wybrać, dobrze? Uśmiech Kaylie zbladł. - Więc... Nie chcesz...? - Widzisz... Jesteś druhną Filii, bo ONA tak wolała. I chcecie mnie zrobić druhem Daviona, bo WY tak wolicie, a mnie to mile po ego by połechtało. Jeśli Davion będzie mnie chciał... sam z siebie, a nie w wyniku waszego nacisku... to się bardzo ucieszę. Ale potrzebuję to od niego usłyszeć, a nie od ciebie. Tymczasem mamy ważniejszy temat... Jestem w stanie zorganizować ci kilka metrów isgerskiego jedwabiu. Jak Lady Barabii dostanie go w swoje ręce i przyjdziesz w sukni z niego to drżyjcie narody. Ogarnąć ci go, czy już sama coś zorganizowałaś? Kaylie rzuciła się Khalowi na szyję. - Jesteś najlepszy... Samozadowolony uśmieszek wypełzł na usta Viktora, gdy obejmował galtainkę. - Żebyś wiedziała. Mam opcje dla antracytowej czerni, mandarynkowego, burgundu, purpurowego fioletu i pudrowego różu. Co do ciebie najbardziej przemawia? - Czy faceci w ogóle wiedzą co to za kolory? - zachichotała. - JA większość tych kolorów chyba rozróżniam. Antracyt i mandarynka są oczywiste. Burgund i purpurowy fiolet… nie wiem czy bym odróżnił od sąsiadujących kolorów, ale generalnie sobie wyobrażam. Pudrowy róż… to byłby taki blady, prawda? - Ja właśnie chcę burgund i fiolet! - zaśmiała się całując go w policzki. - No to ustalone. Dam znać mojemu kontaktowi w Pitax aby wysyłał. Powinno być w ciągu tygodnia do dwóch. Kaylie puściła kapłana by zacząć nalewać wina do kieliszków. - Zasługujesz na rozluźnienie przed procesem. Jesteś przygotowany bardziej niż ktokolwiek by był w tym mieście. - tym razem nie użyła sformułowania "wsi". - Niestety ta sprawa to tylko któryś krok dalszych planów. Aegon tam będzie. Muszę zrobić na nim wrażenie… ale niech będzie symboliczny kieliszek i przerwa krótka. Tak do półtorej godziny. Niestety zbyt dobrze wiem jak drobne niuanse potrafią zatopić sprawę. A nie musiałbym nawet przegrać sprawy, aby się ośmieszyć. Przyjął alkohol i z zadowoleniem sięgnął po kolejną kostkę sera, przyozdobioną oliwką na wykałaczce. - Co tam we Dworze? Lilia nie tęskni za bardzo? - zachichotał dudniąco. - Bardziej jest zadowolona, że nie zawracasz mi głowy. - mruknęła i sama prawie na raz wypiła całą zawartość kieliszka... po czym nalała sobie drugi - Nie byłam bez przerwy we Dworze. Viktor spojrzał gdzieś w przestrzeń, zataczając fale winem w kieliszku. - Jakoś zniosę jej antypatię. Szczególnie, że nie muszę już siedzieć we Dworze tak dużo. A ty jak się trzymasz? Coś na śledzionie ci siedzi? Kaylie spojrzała znad kieliszka. - Czemu tak sądzisz? Życie to życie. - Skoro tak mówisz… a Paimon się zachowuje? Czy znika i spędza noce w komnatach szlachetek? - Ja też znikam, pamiętasz? Biblioteka, samotne czytanie, samotne wyprawy po mieście, karczmy...Paimon pewnie robi swoje, cholerny bękart. - mruknęła pochłaniając kieliszek wina jednym haustem, aby nalać sobie kolejny. Viktor odchrząknął, jakby dopiero teraz myśl mu przyszła do głowy. - A tak swoją drogą… masz już jakieś idee na temat swojej sukni? Jak już będziesz miała te jedwabie. Myślisz o czymś dostojnym i ciężkim, czy raczej zwiewnym. Takim co faluje przy każdym kroku? Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce, wizualizując sobie coś. - Nie kryję, że purpura z burgundem mają w sobie coś królewskiego… - Królewskie, ale zwiewne. Aby do sylwetki pasowało, a nie ją ukrywało. - powiedziała po namyśle i przysunęła twarz do twarzy Khala - Może zainteresuję oczy innych. Galtianka wyraźnie miała nadzieję, że jej słowa wywołają zazdrość w Viktorze. Viktor półuśmiechnął się szelmowsko. - Oh. Absolutnie w to nie wątpię. Ten materiał co dotrze, ta suknia którą Barabii stworzy i ta kobieta która w niej będzie zdecydowanie przyciągnie niejedno spojrzenie. - Może w trakcie wesela z jakimś zniknę na boku. - kontynuowała. Półuśmiech Viktora zesztywniał nieco. Stał się nieszczery. - I dlaczego miałabyś to zrobić? - A czemu nie? Ty pewnie znikniesz z jakąś. - wzruszyła ramionami obserwując uważnie reakcję i oczekując prawdziwej emocji. - Wydaje ci się, że mam tak mało obycia dwornego by nie rozumieć, że to stawiałoby ciebie w złym świetle? - I tylko ta kwestia miałaby znaczenie dla ciebie? Uważasz, że dla mnie też? - To jest wystarczająca kwestia. Nie wezmę na bok żadnej kobiety na przyjęciu, na które z kimś przyszedłem. I nie wziąłbym na przyjęcie kogoś, kto coś takiego by zrobił mi. - Naprawdę nie widzisz żadnego innego powodu bym tego nie zrobiła? - naciskała. Viktor oparł się na krześle i upił swój pierwszy łyk wina. - Widzę inne powody, prawda… ale nie mam ochoty dawać tobie nowych pretekstów do umartwiania się. Wiesz jak się skończy jeśli dopuszczę ten temat. Wiesz jaki będzie finał tej rozmowy. - Nie zrobię tego, bo mi zależy na tobie, nie chcę ci sprawić cierpienia... - odparła szeptem, zasmucona, że to nie było jego pierwszą myślą. - Ughhh… - warknął rozdrażnienie Fisuś, przyjmując formę diablika dla jej wielkiej mocy wpychania ludziom w twarze palców - Ty. Nie przysługuje ci mina zbitego szczeniaka gdy SAMA ZACZĘŁAŚ TEMAT… - Fisuś! - warknął Viktor ganiąco, ale impowy palec zaraz znalazł się przed jego oczami. - NIE SKOŃCZYŁEM! Tobie z kolei, panie adwokacie, nie przysługuje udawanie, że wszystko jest w porządku, do stu zamarzniętych piekieł! Wiesz, że uwiera ją rotacja, a ty wiesz… - spojrzenie znów przeniosło się na Kaylie - …że on wie. Czort! Gówniarzeria z was! Fisuś się odmeldowuje - imp zasalutował, tyłem przekraczając próg biurka i w swobodnym spadku okrył się płaszczem niewidzialności i powiew wiatru opuścił biuro przez uchylone wciąż drzwi. Kaylie spojrzała na Khala zdziwiona. - Czy... Zrobiłam coś nie tak? Viktor przez kilka chwil zdawał się nie usłyszeć pytania. Wpatrywał się z kroplą irytacji w uchylone drzwi, czując jak chowaniec się oddalał. - Fisuś próbuje wymusić na nas rozmowę na którą nie jest czas. Rozumiem jego frustrację, ale ta jej manifestacja właśnie jest dziecinadą, o którą nas – nieco wulgarniej – oskarża. Porozmawiam z nim potem, a na razie udajmy, że tego wybuchu nie było. Dobrze? Wtedy Kaylie stanęła przed Khalem nachylając się nad nim. - Nie. - powiedziała pewnie. Viktor rozsiadł się wygodniej na krześle i upił swój drugi łyk wina. - Czy jesteś tego pewna? - ... boję się, ale... Trzeba... Musimy... - No to usiądź - niby-proponował, ale dwa jego palce już spoczęły na jej obojczyku i delikatnie ją odpychały - …i zacznij - polecił, gdy zwiększył się dystans między nimi. Viktor zobaczył jak strach pojawia się w oczach arkanistki. Zaczęła wyginać palce w stresie. - Ja... - przegryzła wargę - Czy...Pokochasz... Kiedyś... Viktor zastanawiał się kilka chwil, pozwalając bardzo niewielkiej ilości wewnętrznego niepokoju przedostać się na zewnątrz. - Zdefiniuj. - Czy... Będę tą jedyną... Czy... - głos jej się załamał. Viktor kilka razy otworzył i zamknął usta. Chwilę nawet rozważał opróżnienie kieliszka dla kurażu, ale… to byłby pusty gest. - Możesz być moją pierwszą. - ... pierwszą...? Viktor uniósł na nią zmęczony wzrok. - Kaylie. To nie jest tak, że w życiu są miejsca na osoby, jak krzesła przy stole. Pojawia się ktoś nowy i ktoś musi wyjść. Zakręcił kieliszkiem, wzburzając wirującą szkarłatną falę. - Jasne. Będę flirtował, będę sypiał z innymi. Jakbym coś innego powiedział, to w ogóle byś mi uwierzyła? Uśmiechnął się na moment autoironicznie. - Ale chyba nie rozumiesz jak drastycznie inną kategorią jest “jakaś kobieta”, czy “jagnię”... a moja “pierwsza”. Pierwsza spośród reszty. Ta do której naprawdę wracam myślami. Zamilkł na jeden oddech. - Większość jagniąt nic dla mnie nie znaczyło. Uśmiech… alkohol. Czasem nieprzyjemna samotność do zduszenia na dwie godziny przed świtem. Tyle. Następnego dnia ledwie pamiętam o czym rozmawialiśmy. Spojrzał jej prosto w oczy. - A potem jesteś ty. Ta która jest ważna. Bliska. Przy której nie gram żadnych gierek, ani taktyk. Którą faktycznie słucham i analizuję. Dla której sprowadzam egzotyczne jedwabie, aby sprawić radość, a nie koronki zwinąć do kolekcji. Lekko wzruszył ramionami i upił ostatni łyk wina. - Są takie romantyczne historie… dziewica oswajająca bestię, potwora, czy nieokrzesanego dzikusa. Tu jednak zabraknie trzeciego aktu… ale będzie to szczera historia. Zobaczył jak światło w jej oczach przygasa i zaczyna być jak za mgłą. Wzięła głęboki oddech próbując uspokoić swój głos nim prawie szeptem się odezwała usilnie chcąc ukryć drżenie. - Więc... To nie będzie miłość... Prawda? Viktor oparł łokieć o blat i przesunął kciukiem wzdłuż dolnej wargi, kupując sobie jeszcze te kilka sekund, aby zebrać odpowiednie słowa. - Jedyna szczera odpowiedź jest taka, że nie wiem. Tylko tyle mogę ci dać. Jego głos był spokojny. Zbyt spokojny. - Generalna grupa ludzi “takich jak ja” lubi mówić o miłości. Ja może trochę też, ale nigdy bezpośrednio. Nigdy… weryfikowalnie… ale tak tylko łatwiej budować wokół niej poezję. Dramat. Uczynić centrum niewypowiedzianego świata… ale to nie znaczy, że potrafimy ją przeżywać jak zdrowi emocjonalnie ludzie. Krótki i zupełnie niewesoły uśmiech przemknął mu po twarzy. - Ale nie jesteś mi obojętna. Nie jesteś jagnięciem. Jakbyś była to ta rozmowa trwałaby trzydzieści sekund i skończyła się uroczym niby-nie-kłamstwem. Odstawił pusty kieliszek na biurko. - Prawda jest taka, że jesteś pierwszą osobą, której pozwoliłem poznać Khala. Nie personę Viktora, którą stworzyłem. Bo nie chcę grać, nie chcę pozwalać Ci wyciągać błędnych wniosków z moich nie-kłamstw. Nie chcę stosować viktorowych technik, ani mieć ciebie owiniętej wokół palca. Westchnął cicho, opuszczając spojrzenie. - Może nie będzie to wielka miłość z ballad. Nie napisano by o tym romansu, który matki dawałyby córkom do czytania… ale to jest to co jestem w stanie wycisnąć ze swojego pokrzywionego serca… i jeśli to za mało… - rozłożył dłonie w niemocy - …to nie wiem co mogę ci jeszcze powiedzieć. Galtianka patrzyła martwo w swoje dłonie ciągle walcząc z tym poczuciem beznadziei i żalu zaciskającego gardło. Oddychała miarowo by zwalczyć gromadzące się emocje, które wylałyby się, jeżeli nie próbowałaby nad nimi zapanować. Wiedziała, że nie byłoby to dobre dla sytuacji czy dla żadnego z nich. - ...rozumiem i... Będę starała się być... lepsza. - wyszeptała wiedząc, że głos ją zawiedzie jeżeli wzmocni jego ton... czy będzie jak prawnik mówiła więcej. Viktor nie odpowiedział od razu. Dolał sobie wina, ale tylko po to aby czymś zająć dłonie i myśli. Bez faktycznej ochoty. Szkarłatna fala leniwie przemierzała brzegi kieliszka, gdy odwrócił wzrok od Kaylie… do witrażu za jego plecami, który wykonała dla niego kilka dni wcześniej. Czuł narastające zmęczenie. Nie gniew. Trochę rozczarowanie. I bezradność. Widział jak Kaylie próbuje się forsownie zmienić. Zmusić się do akceptacji tego kim Viktor jest… i chyba oboje widzieli, że to nie wychodzi i ta walka tylko rani. Marność, wszystko marność… i jej starania by być “lepszą” i jego, by ją uszczęśliwić, i jej mrzonki o księciach z bajki, i jego wywlekanie własnych słabości… szczególnie jego wywlekanie własnych słabości. Viktor – z głębokim zawodem – obserwował jak odrobina jego zaangażowania właśnie umierała. Bo jeśli to cierpienie miało z nimi być już zawsze… to jaki to miało sens? Wtedy kapłan poczuł ciężar głowy Kaylie na swoim ramieniu i zauważył, że kobieta przysunęła się bliżej. Milczenie wypełniało biuro zaburzane tylko ich prawie niesłyszalnymi oddechami. - Czuję się tak... bezpiecznie z tobą. - szepnęła - Tak spokojnie... Wtuliła policzkiem w szyję mężczyzny. - I nie chcę ciebie tracić... Viktor zamknął oczy. Sięgnął ręką, aby podrapać ją czule za uchem, gdy sam analizował… swoje własne emocje. Rezygnacja zdążyła już wywietrzeć, zastąpiona jakąś dziwną dumą i potrzebą chronienia jej… Czemu Kay tak mu w głowie mieszała?! - Jakoś damy radę… - głos miał cichy i czuły, gdy schylał się do niej, by złożyć długi pocałunek na jej głowie. - Nikt poza nami by nie dał... - szepnęła i zawahała się - Mogę dziś spać u ciebie? - Myślę, że jak się trochę ściśniemy to znajdzie się miejsce - odpowiedział z zabawną przekorą. Łoże było wielkie, że oboje mogliby spać jak rozgwiazdy ze swobodą. Arkanistka przytuliła się do niego. - Nie wiem jak ty ze mną w ogóle wytrzymujesz. Powinieneś już dawno mnie kopnąć i utrzymywać ze mną jedynie znajomość wymuszoną przez potrzeby wykonywania poleceń Azazela. - Nie szukam w Evercrest wygody i rzeczy łatwych. Ani zawodowo, ani – jak się okazało już na miejscu – osobiście. Jakbym chciał ciebie odsunąć… zrobiłbym to dawno temu. Na tyle szybko, że jeszcze byś uznała, że porządny ze mnie człowiek i ogóle to był przejaw szacunku, a nie ograniczanie trudności. Jesteśmy parą pokrzywionych ludzi. Na różne sposoby. I walczymy… wciąż o siebie walczymy… myślę, że to coś znaczy. - Chciałam wyjść na miasto, pójść do jakiejś speluny pić... Ale nie zrobię tego. Zostanę z tobą. Bo jest tu... Tak dobrze... Viktor ucałował ją nad brwiami. - Przychodź tu kiedy chcesz. Nie zawsze będę w stanie poświęcić ci uwagę, ale zawsze możesz być obok gdy pracuję… - Po prostu... Zajmie bym się przyzwyczaiła do sytuacji z innymi kobietami... - powiedziała szczerze - Myślałam, że nie będzie problemu. W końcu mój pierwszy miał inne jak nachodziła go ochota, na moich oczach nawet, a jak miałam z tym problem to powiedział, że nie zmieni nic i albo dam spokój, albo mam odejść. Nie obchodziło go które... - Zaopiekuję się tobą. Zatroszczę. Jeśli tylko z tym jednym uda ci się pogodzić to zobaczysz, że nic nie stanie nam na drodze… - To dość... poniżające, jak kobieta nie umie utrzymać tylko przy sobie swojego partnera, rozumiesz? - zapytała ze smutkiem. - Roz-zumiem, że możesz to tak postrzegać - odpowiedział powoli - Mam na to odpowiedź. Nie jedną… ale nie mam wielkiej wiary, aby do ciebie przemówiły. Więc, niestety, zostaje mi ciebie prosić o uznanie tego za niezbywalną wadę mojego charakteru… i wkalkulowania tego w rachunek “za i przeciw”... - Jakie to byłyby odpowiedzi? - zapytała wtulona. - Prezentowałyby arogancję przekraczającą nawet moją codzienną manierę… Kaylie spojrzała bez zrozumienia. - Jaką arogancję? - Uhhh… - Viktor otworzył usta, ale zamknął je moment później. - Może w ten sposób… dlaczego, według ciebie, tak wiele kobiet godzi się dzielić ultra-potężnych mężczyzn? - Bo... Wiedzą, że nie zdołają go mieć inaczej? Lub myślą o sobie nisko? - Są takie co godzą się na to z niskiej samooceny, ale wykluczamy je z tej dyskusji. Wiele takich widziałem, co było piękne, nie-głupie i zdolne. Czemu ONE preferują tych ultra-potężnych dzielonych, od kogoś innego na wyłączność? - Desperacja? - Jeśli dokonują własnego wyboru, to czy można to nazwać desperacją? - Więc dlaczego? - Bo pół, czy ćwierć tego konkretnego mężczyzny to dla nich więcej niż inni w całości, albo nawet niż kilku “zwyklaków”. W małym palcu mam wiedzę, którą mędrcy ścigają całe życie. Jestem samoukiem, który rozpoczął naukę, gdy szlacheckie dzieci ją kończą i – pomimo potężnego klasizmu tamtego otoczenia – dotarłem do tytułu Trzeciego Pióra Cheliax. Jakbym miał ochotę to mógłbym dziś baronem być, bo nie raz a DWA razy mi oferowano odpowiednie małżeństwo. Długa jest lista moich umiejętności które uważam za “poboczne”, ale opanowałem je na poziomie przewyższającym przeciętnego profesjonalistę. Nawet z diabłem zawarłem pakt na moich własnych warunkach… zmierzam do tego, że niewielu jest takich trzech jak ja jeden. I “pół mnie”, to znacznie więcej niż mężczyźni z którymi kobiety radośnie wiążą swoje życie. Kaylie uśmiechnęła się prześmiewczo. - Przez swoją pychę pasowałbyś do kręgu Asmodeusza. Viktor wzruszył ramionami. - Ostrzegałem, że to będą wyżyny mojej arogancji… i wiem. Masz rację. Z Księciem Ciemności bardzo wiele mam nici porozumienia, ale w niuansach kryje się konflikt, który nie jest do obejścia dla mnie. Jak choćby niewolnictwo. - Ale to dopiero jedna z tych wielu odpowiedzi o jakich wspomniałeś. - przypomniała. - Poniżenie bierze się głównie z tego, że człowiek zaczyna patrzeć na siebie cudzymi oczami. Ukrywaj to przed światem jak trąd, to jako trędowata będziesz postrzegana. Noś to z dumą, jak order… a zaczną ci zazdrościć. Półuśmiech przyozdobił mu usta. - A znów pozwalając sobie na arogancję… poprzedni powód wciąż funkcjonuje, ale jak przydarzy im się poznać na moich zdolnościach, to będą tylko bardziej fantazjować o byciu tobą, która to masz mnie na zawołanie. Ja tu nie teoretyzuję. To wszystko są rzeczy faktycznie zaobserwowane w praktyce. - Dla ciebie wszystko wydaje się takie proste, Khal... - westchnęła - Bo to nie ty w sumie musisz się z tym mierzyć... I czy są jeszcze inne powody? Czy wszystkie opierają się na kwestii dumy? Viktor uśmiechnął się smutno. - Myślisz, że mnie to nie dotyka, bo nauczyłem się dobrze wyglądać po tej stronie problemu? Pokręcił lekko głową. - Kaylie. Wydaje się tobie, że to jest kwestia “wartości” osoby. Khaliemu udowodniono, że sam swojej wartości nigdy nie będzie miał. Że nigdy nie pozwolą mu zapomnieć, że narodził się jako szczur w rynsztoku i wdzięczny powinien być za samo to, że pozwalają mu istnieć w otoczeniu lepszych. Więc stworzył kogoś nowego. Człowieka godnego podziwu. Chcianego. Słuchanego. Takiego za którym ludzie pobiegli jak za wodzem. Zbyt błyskotliwego, zbyt użytecznego, zbyt fascynującego aby dało się go nie docenić. Znów zakręcił kieliszkiem, wpatrując się w rubinową falę. - Ty patrzysz na kobiety i widzisz w nich zagrożenie. Obelgę. Ja patrzę na całe swoje życie i widzę ciągłe upewnianie się, że nigdy nie będę już tym chłopcem, którego nie chciano tak bardzo, że go wygnano. Westchnął cicho. - Więc nie. To wszystko nie jest dla mnie “proste”. Po prostu moje lęki są ubrane w elegantsze falbanki niż twoje. - Mamy różne spojrzenie na własną wartość. - powiedziała ze smutkiem - Nie widzę w sobie niczego godnego zauważenia. Godnego podziwu. Istotnego. - położyła głowę na klacie prawnika jak na poduszce - Nieważne co mówisz. Ja nie widzę wartości w sobie. - A ja nie widze w Khalu. Zdecydowanie preferuję Viktora… jednak powiedz mi… jak rozumiesz frazę “godne zauważenia”? - Istotne! - uniosła głos - Coś, co jest ważne, wyróżniające! Coś sprawiającego, że jesteś dumny z siebie! Viktor nie odpowiedział werbalnie, ale wskazał palcem za swoje plecy i uniósł brew. - To dzięki magicznemu przedmiotowi od Ferna. - wzruszyła ramionami nie widząc w tym swojej zasługi. - Wiesz, że to zaklęcie nie tak działa. I witraż jest bardzo istotny dla mnie. Jest ważny dla świątyni i naszej misji. Wyróżnia mnie na tle i adwokatów i prawników. Wszystkie wymagania które określiłaś on spełnia. Czy może będziesz teraz dodawać kolejne ad hoc? - Za dużo mi chcesz na siłę przypisać. - mruknęła. Viktor odmruknął, nieco zadziornie, ale uśmiech złagodniał na jego twarzy. - Mam wrażenie, że przesuwasz granicę za każdym razem, gdy pojawia się coś, co mogłoby świadczyć o twojej wartości. Więc jakie kryterium musiałoby zostać spełnione, żebyś sama uznała własny wkład za istotny? - Coś, czego nie mógłaby po prostu zrobić inny osoba... Inny mag czy artysta. - powiedziała smutno. - Hmmm… czy kogoś – kogo znasz – określiłabyś “godnym zauważenia”? - Unikam ludzi w większości... Ale ty okazałeś się dla mnie godny zauważenia. - I uważasz, że osiągnąłem coś, czego nikt inny by nie był w stanie? - Osiągnąłeś mimo przeciwności. - I nikt nigdy nie osiągnął czegoś pomimo przeciwności losu? - Pewnie czasem się to zdarza… - Założę, że mówisz o specyficznej intensywności przeciwności które mnie spotkały, oraz skali mojego tryumfu, bo inaczej byłoby to regularnym wydarzeniem… wciąż. “Czasem się zdarza” zdaje się inwalidować twój wymóg “coś czego ktoś inny nie byłby w stanie po prostu zrobić”. - Bo to jest coś wymagające więcej niż losowego szczęścia. Musiał to być Khal z jego siłą i upartością lub inna osoba o podobnych cechach. - stwierdziła. Viktor kiwnął głową. - Widzisz? Znów przesunęłaś granicę… zaczęliśmy od “coś istotnego, ważnego i wyróżniającego się”. Gdy okazało się, że łapiesz się pod tą definicję okazała się ona niewystarczająca i doszliśmy do “czegoś, czego nikt inny nie potrafiłby zrobić”. Kiedy okazało się, że nawet Trzecie Pióro Cheliax nie jest w stanie spełnić tego kryterium zmieniłaś je na “coś wymagającego więcej niż szczęścia”. Spojrzał na nią ze spokojem. - Jakbym i to kryterium obalił – a podejrzewam, że znalazłbym sposób – zmieniłabyś je znowu. Bo nie szukasz definicji wartości. Szukasz definicji która pozwoli ci jej sobie odmówić. Jego uśmiech stał się smutny, gdy opuszczał wzrok znów do rubinowej fali. - I z każdą kolejną zmianą kryterium coraz bardziej odcinasz się od świata, ad hoc budując kolejne poziomy warunków, których nie stawiasz nikomu poza sobą, tworząc system gdzie wszyscy inni mogą być docenieni za ich wysiłki, osiągnięcia albo charakter… ale ty nie. Dla ciebie zawsze znajdzie się jeszcze jeden wyjątek ad hoc. - Po prostu nie widzisz tego co wcześniej widzieli inni. - fuknęła - Co widział mój nauczyciel, moja własna matka, mój ojczym. Nyer... - skuliła się w sobie na ostatnie słowo. Viktor czule pogłaskał Kaylie po policzku. - Jakbyśmy byli w sądzie. Bezstronny arbiter uznałby ich za wiarygodnych świadków? - Dlaczego miałby nie? - zapytała z prawdziwym zdziwieniem. - Czy uznałbyś, że było faktualne, gdy oceniano mnie za moje pochodzenie, a nie za zdolności? - Pokazałeś, że jesteś ponad to... - Czyli się mylili i ich opinie nie warte były powietrza, które marnowali gdy je wypowiadali. Tak? - pozwolił sobie na jad, wspominając początki swojej kariery. - ...tak... - odpowiedziała ostrożnie. - Więc tak samo nie warte tego powietrza były opinie dziadka, który oceniał ciebie przez pryzmat twojej krwi, a nie zdolności. Kaylie skrzywiła się. - Nienawidzę cię za twoje gierki słowne i wypaczanie moich myśli, byś mógł dowieść swoich racji. - Ad hominem. Dlaczego dziadek uważał ciebie za gorszą? - Bo... Jestem bardziej człowiekiem niż elfem... Nie rozumiem czemu tak go to bolało... - I czy to czymś się znacząco różni od uważania mnie za gorszego za bycie bardziej szczurem niż szlachcicem? - On jest wielkim bohaterem! Wielkim magiem! - Volg Cromwell alc Nathaniel był jednym z najwybitniejszych adwokatów Cheliax. Był Drugim Piórem póki nie przeszedł na emeryturę. Przez całą moją karierę powoływałem się na jego sprawy i cytowałem jego słowa. Do dziś również gardzę jego uprzedzeniami, które pozwoliły mu nazwać mnie “szczurem w todze”. Czy fakt jego wybitności uczynił jego uprzedzenia prawdziwymi? - Dla niego na pewno były. - odpowiedziała, a jej usta wygięły się w jakimś tłumionym śmiechu - Choć przyznam, że obraz szczura w todze to uroczy widok. - Absolutnie. Na oba twierdzenia. Nathaniel był całkowicie pewny swojej prawdy. Mogę mu wiele zarzucić, ale nieszczerość nie byłaby jedną z tych rzeczy. Błąd poznawczy… to co innego. Jednak zgodziłaś się już, że opinie ludzi takich jak on nie były warte tlenu, który wypowiedzenie ich zmarnowało. Czy fakt, że przybliżyłem ci konkretną osobę cokolwiek zmienia? - Sądzisz, że dzięki tym przykładom zmienię własne postrzeganie o sobie samej... ale to się nie stanie. Nie jestem dumna jak ty. Nie jestem z siebie zadowolona... - W sądzie bym zaprotestował, że świadek unika odpowiedzi na pytanie i próbuje zmienić temat przesłuchania… zauważyłaś, że ani razu nie powiedziałaś mi, że się mylę? Nie próbowałaś nawet wskazać błędu w moim rozumowaniu. Deklarujesz tylko, że nie zmienisz zdania… a ja nigdy nie odnosiłem się do twojej samooceny. Nie pytałem czy jesteś wartościowa. Jedynie czy osoby, które cię o tym przekonały, miały prawo ciebie osądzać. - Rozumiem do czego to ma prowadzić. - mruknęła - Bym powiedziała, że nie miały, więc ich zdanie nie miało siły, czyli mylę się i mam wartość. - fuknęła z irytacją. Viktor pół-uśmiechnął się. Nieco zbójecko, a nieco zarozumiale. - Nie. Ja nie powiedziałem “oni się mylili, więc jesteś wyjątkowa”. To byłby non sequitur. Udowadniam tylko, że oni nie byli bezstronnymi arbitrami twojej wartości. Mieli własne uprzedzenia, interesy i powody, aby ciebie widzieć, albo choćby przedstawiać w określony sposób. Nadal możesz wydać na siebie wyrok, jeśli taka twoja decyzja. Ale niech piekła, Kaylie, zamarzną… przynajmniej nie powołuj się na świadków, których umiarkowanie-kompetentna obrona rozbiłaby w mak w pierwszych pięciu minutach przesłuchania. - Jak wolisz. - wzruszyła ramionami - Irvys może być? - Irvys… co? - zapytał unosząc brew - Na świadka twojej nie-wartości? Mam ci pokazać czemu w sądzie jego opinia zostałaby uznana za nie-wiążącą? - Nie zostałaby! Czerwone Loże by to załatwiły! Viktor uniósł brew jeszcze wyżej. - Czerwona Loża mogłaby sprawić, że wygrałby proces. Oczywiście. Od tego są wpływy, pieniądze i dobrzy adwokaci. Wiesz jednak, kogo by wysłali? Mnie. Co czyni ten argument bardzo osobliwym, bo mówisz mi “Ty się mylisz, a on miał rację, bo TY byś to załatwił”. Ale nie rozmawiamy o tym czy Irvys mógłby wygrać, ale czy na uczciwym procesie jego słowa sprzed ośmiu lat mogłyby zostać uznane za dowód w twojej sprawie. I niedawne Trzecie Pióro Cheliax mówi ci, że w sytuacji ceteris paribus, że nie mogłoby. Tu oczekiwałbym jednak abyś mi uwierzyła, chyba, że przypisujesz sobie większe zrozumienie prawa i polityki Cheliax, niż moje. Hmmm? Kaylie spojrzała mu głęboko w oczy. - A jeżeli przypisuję? Hmm? Viktor uśmiechnął się zdradziecko. - To byłoby niezwykle interesujące, jakbyś faktycznie tak uważała. Jest tak? - zapytał jakby zapraszał ją do wejścia w jawną pułapkę. - "Szczur w todze" nie miałby szans z prawdziwą szlachtą na polu prawnym. Próbowali ci to już wytłumaczyć, ale ty uparcie nie chcesz zrozumieć. - powiedziała z przerysowanym nadęciem - Możesz być pieskiem szlachciców i dla nich sprawy wygrywać, ale to tyle. - podgryzała go. Viktor westchnął przeciągle, upił resztkę wina ze swego kielicha i spojrzał na Kaylie z jakimś zawodem. - Gratulacje. Udało ci się odebrać mi chęci do tej rozmowy. Zgaduję, że to dobry moment na zakończenie mojej przerwy. Masz jeszcze coś do omówienia, na szybko, zanim wrócę do konstruktywnej pracy? - zapytał, ale już się półobracał do biurka, a palce szukały zakładki pozostawionej w księdze. Jeżeli oczekiwać zobaczenia całkowitego niezrozumienia sytuacji w jakiej się znalazło to teraz mina Kaylie to wyrażała. Pochwyciła ona twarz prawnika jak już miał wrócić do lektury i z całkowitym zdziwieniem powiedziała: - Ale... O co chodzi? Zrobiłam coś nie tak? Viktor uchwycił jej dłonie i odsunął je od siebie, ale skupienie pozostało na niej, a niewróciło do księgi. - Nie jesteś chętna, albo zdolna faktycznie uczestniczyć w tej dyskusji. Pokręcił lekko głową. - Tylko zaczepki, redefinicja kryteriów, ad-hominem, a nawet zmiany zasad w trakcie rozmowy… jeszcze regularna odmowa odniesienia się do czegokolwiek co mówię i równoważniki retoryczne powtarzania w kółko “pomidor”. Nie masz ochoty prowadzić tej dyskusji i teraz ja też już nie mam. Nie wyganiam ciebie, nie musisz wychodzić, ale ja mam pracę do odrobienia. - Mamy inne oczekiwania do takiej rozmowy... - powiedziała cicho - I miałam nadzieję, że uda się poprawić jej ton wstawkami mniej poważnymi... Czy się myliłam? Czy one cię zabolały? Przecież wydajesz się ponad to. Viktor zmrużył oczy. - Ujmę to tak. Ty nie brałaś nawet udziału w tej “rozmowie”... a ja JESTEM ponad tą obelgą. Nie mam problemu ze “szczurem w todze”. On jest moją historią i noszę ją z dumą. Odchylił się nieco w krześle. - Problem mam w tym, że padła ona z twoich ust. Mogę to zaakceptować od moich przeciwników. Od ludzi którzy mnie nie znają. Od tych, którzy chcą mnie zranić. Najwyżej obrócę to w gniew i pogardę, a je w motywację by im pokazać. - Ale... Ale... - Kaylie wyglądała na szczerze wystraszoną, bo i tak się czuła. Ja nie chciałam cię obrazić... Chciałam tylko by to wyszło... Jak niewinna zaczepka... Przepraszam... Nie umiem socjalnie najwyraźniej... - Galtianka w tym momencie szczerze czuła się naprawdę zapędzona w róg przez drapieżnika, jakiemu stanęła na ogon. - Jeszcze tu jesteś i nie jesteś odprowadzana do wyjścia. To świadczy o tym, że zdaję sobie sprawę, że to była beztroska i swawola, a nie zła intencja. - Ale jesteś na mnie zirytowany... Prawda? Ja naprawdę... Nie chciałam ci zrobić przykrości... Nie wiedziałam jak udowodnić swoją rację i... Spanikowałam... - zaczęła wykręcać nerwowo palce - A przecież było tak dobrze... Tylko wiedziałam do czego chcesz doprowadzić... - zaczynała z nerwów plątać się w słowach. - Już próbowałaś dziś zgadywać moje motywacje. Nie trafiłaś wtedy. Nie sądzę, żebyś trafiała teraz. Wzruszył lekko ramionami. - Jestem rozdrażniony. To nie koniec świata. Za godzinę nie będzie po tym śladu. Westchnął cicho. - Nie przypisuję ci złych intencji. Widziałem, że to była próba humoru, ale zbyt wiele –nieprzyjemności– mnie spotkało w kontekście takich słów. Wciąż budzą one we mnie reakcje których nie lubię… Nie żartuj więcej w ten sposób, a nie będziemy mieli podobnych sytuacji. - Dobrze... - zgodziła się trwożnie - Więc... Ja już może wrócę do Dworu by ci nie przeszkadzać. - powiedziała ostrożnie. Osobiście wolała zostać z nim na noc, ale widziała, że znowu zawaliła i może to będzie coś, czego potrzebuje teraz Khal, a nie jej obecności, jaka będzie mu przypominać o tym "szczurze w todze". - Nie wyganiam ciebie - powtórzył swoje wcześniejsze słowa, odwracając się do księgi - Ale jeśli zostaniesz to będziesz musiała się zająć sobą sama. Podzielność uwagi to zdolność, która mi wciąż umyka. - Pójdę do twojego pokoju... - ciągle z trwogą wycofała z kancelarii... zabierając ze sobą butelkę wina. - Kaylie… - zawołał ją jeszcze, gdy otwierała drzwi na zawiasach tak dobrych, że niemal nie wydały one dźwięku - Rozdrażnienie to co innego niż złość. Nie chciałbym abyś je ze sobą pomyliła. Spojrzała za nim wystraszona uniesionym głosem i dopiero po chwili spokojniej już pokiwała głową nim wyszła z pomieszczenia zostawiając go samego. Komnata Viktora była zbudowana w sposób zadziwiająco powściągliwy, jak na niezmierzone przestworza jego samozwańczej arogancji. Drogie drewno, ciężkie tkaniny i kamienne ściany zdradzały jego zamożność, ale nic nie sprawiało wrażenia istnienia tylko dla efektu. Każdy element najpierw miał być użyteczny. Centralną pozycję zajmowało szerokie, masywne łoże z bardzo ciemnego dębu. Otaczały je ciężkie czerwone kotary, dające opcje prywatność. Po obu stronach stały nocne stoliki. Na jednym karafka z wodą i kielich, na drugim książki i kodeksy. Całą ścianę zajmowały regały, które – teraz skromnie dekorowane książkami – kiedyś miały się od nich uginać. Łatwo było sobie wyobrazić oprawione skórą tomy, traktat, kroniki, komentarze do kodeksów. Z drugiej strony księgi o filozofii, historii a na wyższych półkach literatura piękna. Z kolei najniższe półki rozmiarami dopasowane były dla zwojów i map. Naprzeciw stały szafy z ciemnego drewna. Półpuste w tym momencie, ale powoli wypełniające się kolejnymi dziełami wychodzącymi spod rąk Lady Barabii. Perfekcyjnie skrojone togi, reprezentacyjne płaszcze… koszule bogate i proste, ale zawsze z najdelikatniejszych materiałów. Jedno skrzydło, zamykane na klucz, pozostawało zagadką. W jednej ze ścian wstawione miał witrażowe okno, ale szkiełka w nim niosły w sobie tylko odrobinę barwy i pozostawały niemal przejrzyste…żebrowanie między nimi to była gruba stal, pełniące jednocześnie funkcję kraty, jakby jakiemuś niezbyt rozgarniętemu włamywaczowi bogactwa arcykapłana okazały się zbytnią pokusą… Pod tym oknem stał wygodny fotel, z niewielkim stolikiem i lampą oliwną. Przerzucony przez oparcie był ciepły i miły dla skóry koc, a na blacie otwarta księga. Pokój miał dwoje drzwi. Jedne prowadziły bezpośrednio do biura Viktora, dzięki czemu mógł przechodzić między pracą a prywatą bez wystawiania się na widok postronnych. Drugie otwierały się na korytarz łączący część świątynną gmachu z kancelaryjną. Układ był przemyślany. Gość, którego należało dyskretnie odprawić, mógł opuścić komnatę *tym drugim” wyjściem, zależnie od potrzeby. Kaylie weszła do pomieszczenia wciąż przybita interakcją, do jakiej tak naprawdę doprowadziła... a raczej jej rezultatem. Trzymała w garści za szyjkę butelkę białego wina i jak tylko opuściła kancelarię oraz zniknęła z oczy Viktora upiła mocny łyk z gwinta. Czuła się naprawdę fatalnie... a przecież to miało być tylko dla rozluźnienia atmosfery! Ona sama szczerze sądziła, że nazwanie szczurem w todze będzie zabawne! Może powinna powiedzieć "szczurek w todze"? "Myszka w todze"? Zakorkowała butelkę po pociągnięciu kolejnego łyka alkoholu i po prostu bez sił padła na łóżko chowając twarz w poduszkach. Leżący po drugiej stronie łóżka niewidzialny Fisuś długo się zastanawiał co zrobić. Zostać niewidzialnym i udawać, że go tu nie ma? Cichutko się ulotnić, korzystając z pozostawionego dla niego “tajnego wyjścia” w postaci tuneliku, którym tylko malutki wąż był w stanie przejść? Kay pozostawała w bezruchu. Jakby zasnęła, ale nie potrzeba było więzi empatycznej by widzieć, że była… w zasadzie co? Westchnął wewnętrznie i udał odkaszlnięcie, aby zwrócić na siebie uwagę. - Mam nadzieję, że solidnie zakorkowałaś to wino… Arkanistka nie uniosła głowy, nie spojrzała w stronę Fisusia, ale odezwała się przytłumionym poduszką głosem: - Mam zamiar wypić je do końca, a nie zlizywać z materaca. Fisuś milczał kilka chwil, gdy odrzucał opcję ciągnięcia tematu w obraźliwy sposób. - Rozmowa chyba poszła lepiej niż oczekiwałem, skoro jesteś tutaj, a nie w drodze do jakiejś speluny… - zagaił, ściągając z siebie płaszcz niewidzialności. - Poszła dobrze. - położyła twarz na policzku by patrzeć w stronę, z jakiej głos dochodził... a przynajmniej jej się tak wydawało - Po prostu... Później nastąpiłam na coś, na co nie powinnam. Fisuś mruknął w niezadowolonej konsternacji. - Nie powiedziałaś nic o Tisis, prawda? - Co? Nie, nie! - zaskoczona wystawiła ręce w obronnym geście. - W sumie to o “rozdrażnieniu, nie złości” nie brzmiało jakbyś na to nastąpiła. Chcesz o tym… pogadać? - zapytał niepewnie. - Słyszałeś jego słowa? - zdziwiła się. - Samiutką końcówkę, gdy drzwi były otwarte. Poza tym null. Vik się postarał aby ściany były wytłumione… - Och... - usiadła prosto ze skrzyżowanymi nogami i objęła się rękoma - Powiedział mi o tym, jak go Drugie Pióro traktowało przed emeryturą. Jak używało sformułowania "szczur w todze"... Chciałam rozluźnić atmosferę... Myślałam, że to zrobię mówiąc o szczurze w todze tak drażniąc się z nim, gdy już nie chciałam z nim wchodzić w dalszą dyskusję o wartości osobistej... Myliłam się. To go zirytowało i był zły na mnie. - “Rozdrażnienie, nie złość”. Tak ci powiedział. Więc nie był zły. Poza tym… dziwię się trochę. Nigdy mi się nie zdarzyło, ale to brzmi jak żart który i ja mógłbym powiedzieć. Cóż… wyciągnij wnioski i nie przejmuj się - wężyk wygiął się jakby wzruszał ramionami. - Ja osobiście sądziłam, że to zabawne określenie, ale wyraźnie on tego tak nie zobaczył... Może powinnam powiedzieć szczurek lub mysz w todze... - skuliła się w sobie. - Erm… nie wiem jak się do tego odnieść… nie słyszałem dyskusji. Ale mam pewne wątpliwości czy infantylizacja obelgi by zadziałała tak jak sobie wyobrażasz. Zdrobnieniami też go obrażano. - ... mogę cię przytulić...? - zapytała nagle. Wężowe ciało chowańca znów wykonało gest, którego niemagiczne węże nie są w stanie powtórzyć. Zamrugał. I zamknął oba oczka, gdy wyginał się, a rude futro najpierw wychynęło się spomiędzy łusek by zaraz je zupełnie przykryć. Wielki, rudy i majestatyczny kot podszedł do niej i pozwolił sobie upaść w nią plecami… Wtedy Kaylie praktycznie rzuciła się by go zacząć przytulać jak dziecięcego pluszaka... jednocześnie płacząc w jego futro, by tłumić dźwięk. Mamrotała o tym jak jej przykro, jak nie chciała, jak to miało być inaczej, jak sobie nie radziła w rozmowie... - Wiedziałam co chce przekazać i nie chciałam słuchać, nadal nie chce, bo się nie zgadzam, to było złe, nie chciałam go krzywdzić, nie miało być tak, to miał być żart, rozładowanie sytuacji... Co mam robić? Futro kota robiło się wilgotne. Fisuś, nieco wbrew sobie, pomrukiwał gdy tak smarkano mu w plecy i szarpano go, jak przytulankę. Był… skonsternowany. I nie wiedział co w ogóle odpowiedzieć. - Errrrr… nie odnosisz wrażenia… że mrrauu odrobinę… przesadzasz z reakcją? Vik nie wydaje się być na ciebie zły, ani nic… - Znowu zawaliłam... - wyłkała - A już było tak dobrze... Uspokoił się... Rozmówiliśmy się... - wytarła łzy o łepek kota - A ja znowu... Będzie udawał, że to nic... Uśmiechał się... A ja... Wiem co zrobiłam...! Kot tylko bardziej i bardziej marszczył pomarańczowe brwi. - Errr… chyba już wyszliśmy ponad ten nieudany żarcik, co nie? - On... Był zły, że nie wchodziłam w dyskurs... Nie jestem dobra socjalnie... Boję się z nim walczyć w dyskusji... - Hmmm… o czym tak “walczyliście”? Bo ciężko mi uwierzyć, aby dla niego to była walka… - Chodziło o moje samopostrzeganie i o opinie innych na mój temat... Chciał bym przyznała, że się mylili! Nie był zadowolony, że nie podejmowałam rękawicy i unikałam... - Uhh… cóż… a rzeczywiście MIELI rację? Po chwili namysłu Kaylie wzruszyła ramionami. - Byli ponad mną... - wymamrotała - To coś znaczy. - A… zrobiłaś coś by zaczęli tak o tobie myśleć? - Byłam... Poniżej ich oczekiwań. - I… ummm… co to były za oczekiwania? Jeśli chcesz o tym mówić! - Bym była... kimś innym... Fisuś milczał, dłuższy czas trawiąc co usłyszał. - Wiesz… zaczynam rozumieć czemu Vik tak się uparł… - Czemu? - zapytała wtulając twarz w futro kota. Znów dłuższa cisza. - Eehhhh… nie jestem pewny jak to powiedzieć. Myśl tańczy w mojej świadomości, ale nie chce się ubrać w słowa… Czy to rzeczywiście chodziło tylko o to kim byłaś? - Nie wiem o co innego mogło chodzić rodzinie i nauczycielowi... jak wszystkie zadania wykonywałam lepiej do reszty uczniów... a czasy w Cheliax... to tylko kwestia urodzenia i... statusu.... - Zgubiłaś mnie po drodze… co “czas w Cheliax”? To co tobie zrobiono to “kwestia urodzenia i statusu”? - To, co robił mi Thrune. - … … … Wybacz mi moją konsternację… czy ty mi mówisz, że bycie Myamtharsar jest wystarczającym powodem by uczciwe było trafić w ręce psychopaty? - Bycie Galtianką było powodem dla niego... i niewolnikiem. Fisuś zamilkł na dłuższą chwilę. Ogon kota uderzył raz o materac. - Kay... nie pytam, dlaczego on to zrobił. Pytam, czy ty naprawdę uważasz, że miał do tego prawo? Kaylie otworzyła usta i zamknęła ważąc słowa. - On... Gdyby nie miał... Nie robiłby tego... A miał... poprzez swoją pozycję i władzę... Tak przecież jest w Cheliax. Ci co mają władzę mogą robić co im się podoba... - Kaylie… wiem, że nie poruszam ustami gdy mówię, a z ruchu wibrysów i tak byś nic nie wyczytała, bo widzisz teraz tylko niezmierzoną chwałę blasku mego futra… ale wsłuchaj się teraz w moje słowa. Czy TY. Nie Cheliax, nie prawo, nie Thrune… UWAŻASZ. Nie sądzisz, nie zgadujesz, nie ekstrapoluejsz. Że miał MORALNE PRAWO. Nie możliwość. Nie moc. Nie… nie wiem… Więc… Czy TY uważasz, że miał moralne prawo do tego co robił? Arkanistka drżącymi dłońmi gładziła futro chowańca. Oddychała nerwowo zaciskając co chwila palce, wyraźnie walcząc by nie płakać. - ...nie miał... Był pot..worem... - ostatnie słowo prawie wypłakała. Fisuś obrócił się i objął ją swoją wielką kocią łapą, na tyle na ile pomarańczowy kot – nawet jeśli wielki jak na swój gatunek – był w stanie. - Był… - przytaknął jej cicho. - I… - zaczął niepewnie, nie wiedząc czy teraz w ogóle powinien - …i to nie była twoja wina - zacisnął zęby, spodziewając się wszelkiej możliwej gwałtownej reakcji. Galtianka po prostu skuliła się w sobie zakrywając głowę i zaczęła płakać z żałością i bólem, jaki mógł innego przyprawić o łzy, jeżeli choć trochę posiadałby empatii. Wciskała paznokcie w swoje policzki i chciała stać się mikroskopijna, zniknąć ze świata, przestać istnieć... - Jesteś wśród przyjaciół… - mruczał Fisuś, wciskając się pod jej dłonie, aby powstrzymać ją przed robieniem sobie krzywdy. Kątem oka widział otwierające się bezłośnie drzwi. Do środka zajrzał Viktor ze zmartwieniem na twarzy. Posłał chowańcowi pytające spojrzenie. Chłoną echa jego emocji. Fisuś chętnie je posyłał. Podkreślił je nieznacznym poruszeniem ucha i pokręcił łebkiem. Viktor zawahał się przez ułamek sekundy… i jeszcze dwa. Chciał wejść. Zainterweniować. Pomóc. Cokolwiek. Ale obaj wiedzieli, że chowaniec lepiej rozumie chwilową sytuację. Z niemal fizycznym bólem Viktor zamknął drzwi… równie cicho jak je otworzył. - To jest w porządku… - mówił chwilę później Fisuś - Nie musisz niczego tłumaczyć. Po prostu to wypłacz… - Jestem sła-a...ba... - łzy płynęły po jej policzkach - Nie umiem... być tak dobra... dla Khala jak powinnam... Zawsze coś... Jestem żałosna... Jestem nie taka... - rozkleiła się całkowicie. - Nie jesteś. Nie bardziej niż nasze wesołe duo… Zajęło nim Kaylie się uspokoiła i przestała płakać, choć nie wyglądała na szczęśliwą... Po prostu milczała patrząc w swoje dłonie. - Khal... - powiedziała w przestrzeń - Przepraszam... - objęła się rękoma czując teraz mała i słaba - Potrzebuję cię... Fisuś spiął się i zamarł. Potem spojrzał na drzwi. - Z-zawołać go? - zapytał niepewnie. - Pewnie jest zajęty... - Nie jest. - To jeżeli nie byłby to problem... - wymamrotała. Fisuś kiwnął głową… Viktor krążył po biurze, zwalczając wszystkie swoje instynkty. Ufanie innym nie było w repertuarze jego zachowań, a jednak Fisuś o to zaufanie prosił. Niewielu mogłoby na nie liczyć, ale sir Fistaszek… to było co innego. Drzwi się uchyliły i zza ich krawędzi wyjrzał diabelski impowy łepek. - Ona chce abyś przyszedł. Viktor zamrugał kilka razy i kiwnął głową. Kaylie siedziała tyłem, gdy adwokat diabła wszedł do pokoju. Nie zareagowała na niego, ale… widział napięcie w niej. I na moment wzmogło się ono i opadło, gdy zrobił pierwszy krok. Bez słowa usiadł za nią i objął rękoma. Kaylie powoli zamknęła oczy i przekręciła głowę by móc w ten sposób wtulić się w tors kochanka. - Zawsze muszę przeszkadzać. - wyszeptała. - Nie widzę tego tak. - Masz jutro wielki dzień, ważny. Może ważniejszy niż wiele poprzednich. - wtuliła twarz w jego podbródek. - Ważniejszych niż wiele i również od wielu mniej ważne… - przytaknął. - Masz zamiar dalej wkuwać te księgi? - Nie wiem. - To chociaż pobądź ze mną jak będę usypiała... - poprosiła - Może rozegnasz koszmary. - W porządku - zgodził się szeptem. Arkanistka zdjęła z siebie ubrania i wsunęła się pod pościel. Wyciągnęła dłoń i złożyła ją na policzku Khala, sama przysuwając pod głowę poduszkę. Patrzyła na niego z uczuciem, gdy kładł się obok niej. Wkrótce zamknęła oczy i pozwoliła się odprowadzić do snu.