Maksymilian wsunął latarkę pod pachę, zwalniając sobie obie dłonie, i chwycił oburącz za stalowy łom. Wsunął płaską, zakrzywioną końcówkę narzędzia w ciasną szczelinę między uchem kłódki a masywnym skoblem. Zaprał się ciężkim butem o metalową framugę drzwi, wziął krótki wdech i przeniósł cały ciężar swojego ciała na ramię dźwigni.
Mechanizm stawił początkowo twardy opór, a w ciemnym, dudniącym echem korytarzu rozległ się nieprzyjemny, narastający zgrzyt naprężanego metalu. Kruk zacisnął zęby, poprawił chwyt i naparł z całej siły, wkładając w to ruch całego tułowia. Z głośnym, suchym trzaskiem pękającego jarzma, kłódka ustępuje, a drzwi stanęły otworem
— Droga wolna — rzucił szeptem, wsuwając łom z powrotem za pas i wyciągając latarkę. — Trzymajcie się blisko ścian i patrzcie pod nogi. Od teraz pełna cisza.
Powoli, ostrożnie, weszli na teren parkingu, spodziewając się kłopotów.
Ale o dziwo, wydawało się, że kłopotów, tak dla odmiany, nie ma.
[image: 1791744299513-fe27c9a2-3aff-4fd9-8988-db084a3785db-image.jpeg]
Przed nimi rozpościerał się, kiepsko, bo kiepsko, ale oświetlony podziemny parking Darpolu. Spora część miejsc była pusta. Oświetlenie stanowiły blade świetlówki, które skupiały się głównie wzdłóż "dróg". Miejsca parkingowe były słabo oświetlone. Samochody były w różnym rozstrzale, od rozklekotanego Tico, przez Passerati z legendarnym 1.9 TDI pod maską, na najnowszych luksusowych limach od Mercedesa i BWM kończąc. Budka ochrony stała pusta, a w niej kluczyki. Samotne. Proszące, by ktoś chwycił breloczek i... powiedzmy, redystrybuował prawo własności samochodu na samego siebie.
-Nie podoba mi się. Idzie zbyt prosto. - mruknął Zieliński. Jak to paranoik.
Przemykali przez parking, kryjąc się w cieniu, nie pewni, czy, i jakie kłody rzuci im pod nogi los dzisiejszego wieczoru. Wreszcie dotarli do bramy wjazdowej. W tym momencie dogoniła ich Wójcik.
-Zamknęłam drzwi. Nikt mnie nie śledził. - mruknęła.
Informatyk odmruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi i wyciągnął tablet. Przez chwilę monitorował system kamer, a następnie sprawdził godzinę.
-Objazd zrobili o 22. Jest 22:30. Mamy półtorej godziny, żeby się zmyć. Przy głównym wejściu stoją dwie suky i trzy radiowozy, więc pewnie koło 12-15 policjantów. Wygląda na to, że nie są zbyt czujni. - mruknął.
Teraz, albo nigdy. Michał wyciągnął pilot do bramy i nacisnął przycisk. Brama powoli i na szczęście cicho, otworzyła się, ukazując wolność. Kilka chwil później cała gromada zobaczyła nocne niebo usiane gwiazdami i światła lamp ulicznych. Świeże powietrze jeszcze nigdy nie smakowało tak, jak tego wieczoru. Powiew wiatru na twarzy orzeźwiał i kusił... Gdzieś w oddali wyły syreny.
-Zmywajmy się stąd. Moje mieszkanie jest na Służewcu, na Gotarda.- Powiedział Zieliński.
Paranoik poprowadził ich - cóż, chodnikiem, biorąc pod uwagę niezbyt dopasowane do biegu czy przełaju buty Wrońskiej.
Już 2 minuty później w panice kryli się za pobliskim przystankiem autobusowym, kiedy przed ulicę na sygnale przejechały 2 radiowozy, 1 wóz straży pożarnej i karetka. Wycie syren to wzmagało się, to odpuszczało. Kolejne minuty marszu na Służewiec dawały im wgląd w to, w jak wielkim chaosie pogrążona jest Warszawa. Gdzieś w oddali dymiło się i błyskały płomienie w jakimś budynku ogarniętym pożarem. Przynajmniej 2 razy nie zdążyli się schować, ale radiowóz na sygnale jedynie ich minął, olewając kompletnie grupę szwędającą się po nocy mimo godziny policyjnej. Mieli ważniejsze sprawy niż szóstka spacerowiczów.
Bez większych problemów, dotarli do starego bloku mieszkalnego, na równie starym osiedlu. Prawdziwa spuścizna PRLu. Dopiero kiedy wszyscy weszli do środka, do mieszkania na 4 piętrze, a Zielinski zasunął za sobą trzy zamki antywłamaniowe, łańcuch, oraz mosiężny skobel, odetchnął z ulgą i wyglądało na to, że się przynajmniej odrobinę odprężył.
W mieszkaniu była łazienka, kuchnia, przedpokój, oraz trzy małe pokoje. Nie było tego dużo, ani specjalnie przestronne, ale przynajmniej własne, oraz w miarę bezpieczne.
-Rozgośćcie się. Nie miałem kiedy posprzątać, bo byłem w pracy. - zażartował gospodarz.
[image: 1791748733131-474c7e9f-7a02-4359-9c48-7813e8792ae0-image.jpeg]
Poza faktem, że czuć było lekką stęchliznę, a pudełko po kebabie na stole w salonie zaczęło już śmierdzieć, było tu dość przytulnie. No może z wyjątkiem map, notatek i wycinków prasowych na ścianie. Maski przeciwgazowej na regale z książkami. Było też wiele innych elementów nie pasujących do typowego mieszkania, ale stare blokowisko miało ogromną przewagę nad nowoczesnym apartamentem - brak zaawansowanej elektroniki i możliwości zdalnego odcięcia. Pozostało im położyć się spać. I być może zjeść wcześniej jakąś konserwę.
Zielinski miał trochę zapasów, ale były obliczone na jedną osobę. Tak czy siak, wszystkie problemy musiały poczekać do rana.