Rozdział I - Jak zostać trepem?
[image: 1791214304211-42b06c34-773b-49c8-a76c-574ba346a962-image.jpeg]
Muzyka!
Dzień poboru, pierwszy tydzień czasu orki, 2520 KI.
Poranek w Dassel był tego ranka osobiliwie nieprzyjazny. Było mglisto, ciemnawo, a co więcej, w nocy miał miejsce naprawdę paskudny przymrozek. Większość przyszłych żołnierzy - rekrutów, którym z wieczora Litzblick oznajmił, iż wojsko "ich bierze", spało we współnej izbie karczmy, za symboliczną opłatą w pensach, pokrytą z resztą przez Litzblicka. Opłatę fortową zebrał od wszystkich jeszcze wczoraj.
Dwie złote korony. Z jednej strony, dla biednego, choć dumnego "Wielkiego Księstwa Ostlandu" mogło się to wydawać majątkiem. Z drugiej - przeżyć miesiąc na żołnierskim wikcie za 2 złote korony, było to o wiele taniej, aniżeli miesiąc w zajeździe. Stąd, niektórym mogło się wydawać kuszącym, aby pójść na ten układ, a potem zwyczajnie odpuścić sobie złożenie przysięgi i odejść z fortu.
Fortowy skryba nie był w Dassel sam. Wraz z nim, do Dassel przybył krasnolud o dość postępnej aparycji, oraz dwóch żołnierzy z pobliskiego fortu o nazwie Strielfort, mieszczącego się pomiędzy miejscowościami Hasselhund, Dassel i Smallhof. Niemalże na granicy owianego złą, ale i zasłużoną sławą Lasu Cieni.
Tego Lasu Cieni, skrywającego w sobie zwierzoludzi, zielonoskórych, ogromne pająki potrafiące dorastać do kilku metrów wysokości, których odwłok jest wielkości Człowieka. Plotki głoszą, iż ponoć co bardziej szaleni zielonoskórzy, ujeżdżają je, niby konie.
Litzblick i krasnolud siedli na wozie, natomiast żołnierze jechali przodu, po bokach wozu. Najpewniej wieźli do fortu jakieś zapasy. Rekrutom natomiast polecono podążać za wozem. Szczęśliwie, nie wymagano od nich ruchu w równej kolumnie, bo raz, że maszerować jeszcze nie umieli, dwa, że deszcze wczesnej wiosny nie oszczędzały gościńca. Pomimo przymrozku, trakt był ubłocony, miejscami nawet grząski i upstrzony kałużami. Dało się zeń odczytać, niczym z karty w Wolfenburskim wyszynku, tropy z ostatnich 24 godzin - koła wozów, końskie kopyta, ślady butów, oraz tropy zwierzyny, zazwyczaj przekraczającej gościniec w poprzek.
Litzblick i żołnierze poprowadzili rekrutów prosto gościńcem, za Dassel, przez Smallhof, aby następnie skręcić za wsią głębiej w las, gdzie droga była bardziej ubłocona i zaczęła się lekko piąć w górę. tu i ówdzie dało się dostrzec ślady wycinki, jakby Smallhof i pobliski fort dosłownie rozpychały się w lesie.
-Już niebawem ujrzycie Strielfort, świeżynki. Ostatnie chwile w cywilu. - zakpił jeden z żołnierzy, z drwiną w głosie, niezbyt zachęcającą do bliższego zapoznania się.
Co bystrzejsze oczy, jeżeli skierowane były na towarzyszy w byciu rekrutem, mogły dostrzec iż jeden z nich, gdy tylko kolumna zaczęła przechodzić przez Smallhof, naciągnął połę zielonego płaszcza podróżnego na głowę i przyspieszył kroku, starając się ukryć pomiędzy rekrutami. dopiero po wyjściu ze wsi, zdjął kaptur i zwolnił kroku.
Wreszcie przed kolumną zamajaczył Strielfort - którego głównym celem było chyba pilnowanie okolicznych siół oraz walka z samym lasem, jakby to on był głównym wrogiem Ostlandu, nie zaś siły chaosu, zielonoskórych, najeźdźców z norski mogących przedrzeć się przez Nordland, czy jakiekolwiek grabieżcze wyprawy z Kislevu.
Twierdza miała kształt czworoboku o niemałej powierzchni, położonej na płaskim wzgórzu. Dwie wystawne baszty z drewnianym dachem i podmurowanymi okiennicami do strzelania z broni dystansowych. Mur wysoki na kilkanaście łokci z ciosanych bloków skalnych. Duży plac ćwiczebny pokryty żółtym, sypkim kruszywem znajdował się pod prawym skrzydłem fortu. Kilku żołnierzy z wieży obserwacyjnej dostrzegło wyjście kolumny zza lasu. Po chwili rekruci zobaczyli jak potężne wrota otwierają się na boki czekając na ich przybycie. Wszystko wyglądało na względnie nowe. Drewno świeżo malowane, mury nie pokryły warstwy kurzu i pyłu. Nawet mundury ostlandzkich żołnierzy pomimo bieli nie straciły swojej barwy. W bramie stało kolejnych dwóch żołnierzy obserwujących poczynania rekrutów, jednak nikt ich nie zatrzymał. Bryczka Litzblicka nawet trochę nie zwolniła.
-no w końcu, kurwa. Dupa mnie już boli od tego siedzenia.- sapnął głośno krasnolud.
-Zatrzymaj się przed stajnią.- odparł skryba.
-rozkaz, Panie Komendancie. - odrzekł z kpiną w głosie woźnica.
Dziedziniec fortu był naprawdę pokaźny. Większą część stanowiło pole namiotowe mieszczące kilkadziesiąt osób co najmniej. Wokół każdego namiotu wydrążony mały drenaż przykryty drobnymi kamyczkami. I to właśnie na polu namiotowym tkwiło życie fortu. Żołnierze Strielfortu zajmowali się różnymi rzeczami. Kilku rozmawiało w kółku, jeden się golił sztyletem bez koszuli, kilkanaście ćwiczyło na sporym brukowanym placu fechtunek. Trepy mające przerwę widząc rekrutów, zaczęły radośnie krzyczeć:
-Świeże mięso! Świeże mięso przyjechało!
-No co wy tu robicie panienki?! Wojaczki się zachciało, co?
-Wróble! koty! kaczuszki!
-O w morde. Patrz, nawet jakieś kobity są. Olga będzie miała z kim plotkować!
Zaczęli machać w stronę rekrutów i w sumie trudno było orzec jaka jest intencja okrzyków, gwizdów... Bryczka zatrzymała się przed stajnią. Leopold zszedł z niej i podszedł do "świeżego mięsa".
-Rekruci! Za mną!- krzyknął. Nie był jednak przekonujący, zupełnie jakby żargon wojskowy był dlań obcy.
Gdy krasnolud manewrował wóżkiem, aby wechać do stajni, rekruci prowadzeni przez litzblicka ruszyli dalej. Minęli brukowany plac i kolejne zabudowania po prawej stronie. Żołnierze na placu przerwali trening, aby zobaczyć całą tę grupę. Wkrótce cała ta wycieczka dotarła przed pokaźny blok mieszkalny, zaczynający się od jednego skrzydła, a kończący na przeciwległej ścianie muru. Po prawej stronie był też mały prtzesmyk, uliczka zakończona żołnierskimi latrynami.
Wreszcie Litzblick nakazał rekrutom zatrzymać się przed mężczyzną, który akurat podszedł. Krótko ostrzyżony, że srogim spojrzeniem. Twarz sprawiała wrażenie, jakby widział już wszystko, co świat ma do zaoferowania, a każdy kolejny poranek stanowił jedynie marnotractwo jego czasu.
[image: 1791218935318-sier%C5%BCant-ben-otiksohn.png]
-Sierżancie Otiksohn, przyprowadziłem nowych rekrutów. - Oznajmił Litzblick.
-Właśnie widzę, że ukradliście jakiemuś biednemu chłopu w okolicach Dassel wszystkie kury. Nikogo lepszego nie było? Z resztą, nieważne. Zaprowadzić ich do Otika, wie co ma robić.
-Tak jest! Za mną rekruci! -
Litzblick ponownie zatrzymał rekrutów kawałek dalej, przed magazynem i zapukał do drzwi. Otworzył rudowłosy mężczyzna. Rudy, nieogolony, sprawiający wrażenie, jakby ktoś nasrał mu do racji żywnościowej. Z resztą, bardzo szybko jego wygląd okazał się oddawać jego charrakter.
[image: 1791219138604-otik-bauer.png]
-Kwatermistrz Otik Beuer się wami zajmie. A ja muszę wracać do swoich obowiązków. Może się jeszcze spotkamy. Powodzenia. - Stwierdził Litzblick.
Beuer zaczął bez ceremoniału:
-No panienki, w kolejkę i zapraszam do mnie pierwszego skazańca. Ruchy, ruchy, chciałbym skończyć przed zimą! No, pierwsza panienka do mnie! - jeden z rekrutów podszedł nieśmiało, a Otik już trzymał sznur mierniczy i zaczął nim obracać w różne strony, mierząc rekruta wzdłuż i wszerz.
-Rozmiar średni. Czekajcie. - Zniknął w magazynie i po chwili wrócił z ubraniem kiepskiej jakości, cholewami, tabardem i peleryną. Wyglądało to jak stary żołnierski mundur, który został ledwie wyprany (kiedyś i być może). Liczne dziury i przyszyte łaty poddawały w wątpliwość, czy dumny żołnierz wdziałby taki ubiór, nawet nie mając wyboru. Ten strój widział już ewidentnie lepsze dni. Ale rekruci, nie byli dumnymi żołnierzami.
-Trzymaj. To twój ubiór. Dbasz jak o własne, bo to własność Księcia - Elektora. Jak stracisz lub zniszczysz to świecisz dupą przed fortem, paradujesz goły, jasne? Następny! -
Umundurowanie rekrutów zajęło niemalże godzinę. I pod sam koniec tego przybył kolejny mężczyzna, w kaftanie kolczym i z mieczem przy boku. On dla odmiany - w porównaniu z Otiksohnem i Beuerem, sprawiał wrażenie jakby był dobrym wujkiem z wojska. Założył ręce za plecy.
[image: 1791219622448-sier%C5%BCant-otto-russel.png]
-Rekruci. Jestem Sierżant Otto Russel. Sierżant Ben Otiksohn już mi powiedział, że Litzblick znalazł zagubione sieroty w rowie pod Dassel i postanowił je zabrać do naszego fortu. Więc teraz mnie posłuchajcie. Dla was, ja jestem pierwszy po Sigmarze, jasne? Zajmuje się rekrutami i ich szkoleniem. Wszystkie sprawy załatwiacie ze mną. Nie przychodzimy do mnie wypłakać mi się w ramię ani narzekać na dowcipy i odzywki żołnierzy z fortu. Każdy kto będzie marnował mój czas, szybko sobie przypomni, że nie należy go marnować, waląc okrążenia dookoła fortu. Mam zaledwie miesiąc, żeby zrobić z was, przestraszonych sierotek, zahartowanych ostlandzkich żołnierzy. Dlatego od jutra czeka was ciężka praca, a każdy z was, komu się wydaje, że w życiu pracował ciężko, dopiero teraz pozna znaczenie słowa "praca". Jeżeli ktoś myślał, że sobie tutaj spędzi czas orki za pół darmo bumelując, jutro zobaczy, jak bardzo się pomylił. Dzisiaj macie jeszcze dzień wolny, ale już podlegacie pod regulamin fortu. Pyskówki do wyższych stopniem czy bójki między wami będą surowo karane. Jadać będziecie tam, w kantynie, ale DOPIERO kiedy ostatni regularny żołnierz opuści kantynę. Brama Strielfortu jest otwarta i kto nie podoła szkoleniu, może w każdej chwili odejść. Łaskawie zapomnimy o marnowaniu naszego czasu. Opłata fortowa za szkolenie jest bezzwrotna. Wolę żeby słabeusze odpadli teraz, zamiast dezerterować po zaprzysiężeniu, bo wojskowy kodeks ostlandu mówi jasno, że dezerter może się...potknąć. Wpadając do własnego grobu. A teraz, za mną rekruci. Pokażę wam gdzie będziecie spać. Możecie się rozgościć. -
Sierżant zaprowadził rekrutów na pole namiotowe, gdzie znajdowały się "beczki" - namioty, obliczone na 6 osób. Dlaczego akurat tyle? To jeszcze nie było wiadome.
Już następnego dnia, tak jak zapowiedział sierżant Otto, poranna pobudka trąbką zewała wszystkich na nogi, niektórych przyprawiając o kołatanie serca. Sierżant wchodził do każdego namiotu, obwieszał kilka minut na ubranie "mundurów" poborowych i na placu ogłoszeń poinformował, jak będzie wyglądał ich kolejny dzień. A właściwie dni...tygodnie... i wreszcie cały cholerny miesiąc.
Kolejny dzień i znowu to samo. Pobudka, sierżant Russel wchodzący do namiotu, jak do siebie. Sprawdzał porządek. Kto nie był na czas gotów i ogarnięty, już miał przerąbane. A jeżeli znalazł puste butelki lub karty czy kości, wówczas było literalnie przesrane. Każde przewinienie kończyło się karnymi ćwiczeniami. Przynajmniej raz jednego wyjątkowo bezczelnego rekruta, który odważył się odpyskować, zakuto w dyby.
Po apelu na Triefpaltzu, zaczynał się znój dnia. Powtarzanie układów manewrowych, formacji, okrzyków formacyjnych, zwrotów bojowych. Sierżantem kierowała zdaje się bujna wyobraźnia - bieg z pełnym rynsztunkiem (drewnianym, bo poborowym się broni ostrej nie daje) i plecakiem pełnym kamieni, kilka kilometrów po wzgórzach wokół fortu. Czołganie się po piachu z towarzyszem na plecach. Wspinaczka przed przeszkody na czas. Podstawy fechtunku. Strzelanie do tarcz. Zapasy. Patrole po tracie. Jazda konno. Pływanie w cholernie zimnym strumieniu. Chodzenie po bagnie kawałek dalej w lesie. Sierżant dbał, żeby rekruci się nie nudzili. Zajęcia z podstaw prawa imperialnego i teorii o hierarchii w wojsku odbywały się w każdy trzeci dzień tygodnia (dzień targowy). Dopiero ósmy dzień (dzień świąteczny) mieli wolny. Wtedy można było sobie pozwolić na odrobinę luzu i rozmowy między rekrutami.
Stosunek żołnierzy względem rekrutów wcale się nie zmienił. Żarty to chleb powszedni, z którymi trzeba się pogodzić. Jednak nie wszystkim się to udało. 6 rekrutów wyłamało się już po pierwszym tygodniu ćwiczeń. Ponoć żałowali, że nie odeszli już pierwszego dnia. Dowódcy nie wyglądali na poruszonych tym faktem. Najwyraźniej spodziewali się takiego obrotu sprawy.
Minął miesiąc. Ciała i umysły się zahartowały. Granice możliwości się powiększyły. Dało się odczuć, że szkolenie nie było bezsensowne. Pozostało jedynie poczekać na zaprzysiężenie i wykorzystać możliwości, jakie dał Strielfort...