<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" version="2.0"><channel><title><![CDATA[Sezon 2.2]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto">Zima  zaczęła się od przymrozków i zniszczenia pobliskiej enklawy Anarchistów. Ann nie znała żadnego z nich. Po prawdzie nie wiedziała nic o sąsiednich społecznościach Kainitów, poza nowojorską oczywiście. Enklawa została zaatakowana przez draugri, wampiry których umysły zostały przejęte przez Bestię. Stwory te, jak się okazało, powstały z dawnej społeczności potężnych Nosferatu, która została zniszczona podczas wypadku w kopalni. Szczegółów tej tragedii Ann nie znała, za to dowiedziała się na własnej skórze jak niebezpieczne potrafią być te kreatury. I jak ich pojawienie wywołało poruszenie zarówno wśród społeczności Stillwater jak i w samym Nowym Jorku. Na tyle poważne to były wieści, że zaowocowały spotkaniem Primogenów i Księcia na zebraniu. Nawet jeśli ono było teoretycznie nieformalne. Ann miała zaszczyt uczestniczyć w tym zebraniu i poznać oblicza tych którzy władają Nowym Jorkiem. A przynajmniej tych, którym się wydaje że nim władają. Gdzieś poza wampirami czaiły się inne siły. Tajemnicza Technokracja, wedle znajomych magów, władająca miastem i światem… organizacja o której tylko słyszała dotąd i choć miała krótką okazję zapoznać się z jej siepaczami, to nie odczuwała ich mrocznego cienia na swoich plecach. W przeciwieństwie do Loży, której macki przenikały wampirze klany. W przeciwieństwie do Loży dla której to upadek Cyrila był jedynie nieudanym eksperymentem.<br />
I co więcej, Ann zyskała okazję by im się odpłacić pięknym za nadobne. Bo czymże innym było okradzenie siedziby ich poprzedniego mistrza tuż pod ich nosami?<br />
Ostatnią zagadką która objawiła się tej zimy był Pentex. Fundusz inwestycyjny stojący za kopalnią z którą to wojowały miejscowe wilkołaki. Organizacja bardzo potężna i równie bardzo tajemnicza. I bardzo groźna. Przy jej, ponoć szalonych, planach wszelkie konflikty jakie toczyły wokół Stillwater i w Nowym Jorku wydawały się… trywialne. I pomyśleć że Pentex był tylko organizacją zwykłych śmiertelników skupionych wokół szalonego kultu.</p>
<p dir="auto" style="text-align:center"><img src="https://i.ibb.co/rFj3PHm/rozesnow.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom.<br />
Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią.<br />
-Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.-<br />
Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.-<br />
Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.-<br />
Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.-<br />
Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.-</p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/topic/273/sezon-2.2</link><generator>RSS for Node</generator><lastBuildDate>Tue, 26 May 2026 08:09:44 GMT</lastBuildDate><atom:link href="https://forum.rolltelling.pl/topic/273.rss" rel="self" type="application/rss+xml"/><pubDate>Tue, 03 Feb 2026 19:24:09 GMT</pubDate><ttl>60</ttl><item><title><![CDATA[Reply to Sezon 2.2 on Wed, 20 May 2026 19:28:34 GMT]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto">Kolejna noc. Kolejna pobudka w piwnicy domu Willa. Ann czuła ekscytację. Wszak tyle miało się dziś stać. Miał się zjawić Raze z jej nowym nauczycielem. Wampir który leżał u Garry’ego powinien już dojść do siebie. A przynajmniej być już w stanie odpowiedzieć na pytania. No i jeszcze randka z magiem po północy. Magyiczna randka na której odkryje prawdę o sobie. Ann była tego pewna, mimo wczorajszych prób Vincenta utemperowania jej entuzjazmu. Na razie należało wstać i się przygotować na tę noc i zadecydować na co poświęci się czas. Bowiem na wszystko nocy nie starczy.</p>
<p dir="auto" style="text-align:center"><img src="https://i.ibb.co/rFj3PHm/rozesnow.png" alt="" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Wiliam oczywiście i już wstał i w kuchni bazgrał coś na serwetce. Zapewne jakiś kolejny wiersz. Ann niejasno kojarzyła, że coś tam od czasu do czasu przebąkiwał o wydaniu kolejnego tomiku wierszy. Detal który łatwo potrafił umknąć, bo Toreador na szczęście nie chwalił się kolejnymi poezjami. Ale kto wie co będzie w przyszłości?<br />
Oby nie wieczorki literackie. Telefon w kieszeni caitiffki zadrżał.Wyciągnęła go na wierzch.<br />
SMS od Raze’a.<br />
“Przyjeżdżamy. Przygotuj się.”</p>
<p dir="auto" style="text-align:center"><img src="https://i.ibb.co/rFj3PHm/rozesnow.png" alt="" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Gangrel zjawił się piętnaście minut później. Jego samochód podjechał powoli. Wampir wysiadł pierwszy. Nowy mentor Ann, chwilę później. Opatulony ciężką czarną kurtką mężczyzna był niski i nieco krępy. Ostre rysy twarzy, wątły zarost i przypominające szparki oczy.</p>
<p dir="auto" style="text-align:center"><img src="https://i.ibb.co/h19Zh5zq/Jun-Chen.png" alt="" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Jun Chen czuł się jednak niewątpliwie nieswojo w obcym środowisku będąc wszak daleko od znajomych ulic miasta. Tu nic nie było znajomego. Ściana lasu pośród której kryły się zagrożenia takie jak wilki i niedźwiedzie. I potwory znacznie gorsze od nich, ale tego wiedzieć nie musiał. Obaj mężczyźni ruszyli ku chatce, która mogła się kojarzyć mężczyźnie z horrorami ala “Dom w głębi lasu”  i rzeczywiście skrywała w swych pokojach nadnaturalnych drapieżników.</p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/post/7404</link><guid isPermaLink="true">https://forum.rolltelling.pl/post/7404</guid><dc:creator><![CDATA[Abishai]]></dc:creator><pubDate>Wed, 20 May 2026 19:28:34 GMT</pubDate></item><item><title><![CDATA[Reply to Sezon 2.2 on Fri, 15 May 2026 15:20:12 GMT]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto" style="text-align:center"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<h1 style="text-align:center"><a class="anchor-offset" name="magia-i-magya"></a>Magia i Magya</h1>
<p dir="auto" style="text-align:center"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Wampirzyca z niechęcią ciężko uniosła się na posłaniu by usiąść na nim. Czytała po raz kolejny i kolejny treść SMSa. Raze... Raze... Skąd ona znała to imię? Skąd?<br />
<em>Mokra ziemia zakrywa powoli oczy</em><br />
To wróg?<br />
<em>Ziemia mokra od krwi...</em><br />
Sojusznik... Raze...</p>
<p dir="auto">Powoli wybrała numer osoby jaka wysłała wiadomość.<br />
-Hej!- odezwał się znajomy głos Raze’a.- Zainteresowana nadal machaniem nożem jak zawodowiec? Bo mam kogoś kto może cię nauczyć. Odpłatnie, acz… William obiecał pokryć koszty, więc w zasadzie darmo dla ciebie.<br />
- Serio? - Ann nagle musiała się rozbudzić na te słowa - Opowiadaj o co chodzi!<br />
-Facet nazywa się Jun Chen… albo Junior. Zależy kogo spytasz. Jest bardzo dobry w machaniu scyzorykami. I zgodził się pokazać ci parę sztuczek, za odpowiednią cenę. Will się zgodził na jego stawkę.- wyjaśnił Raze.<br />
- Brzmi świetnie! Rozumiem, że gdzieś w Nowym Jorku?<br />
-Raczej przywiozę go do ciebie. Ponoć ostatnio i tak za często bywasz w mieście.- odparł żartobliwie Raze.<br />
- Ktoś doniósł na mnie, co? - prychnęła żartobliwie - Akurat lepiej byś dostawę tu zrobił, bo akurat wczoraj poświęciłam swoje auto w walce z Sabatowcami.<br />
-Serio? To wy tam na wsi w Sabat autami rzucacie?- zapytał żartobliwie Raze.<br />
- Głównie nasz Książę. Ja tylko autem przyszpiliłam takiego do drzewa i spłonął.<br />
-Słodko.- skwitował tę wypowiedź Raze.- Tak czy siak, wpadnę z nim jutro w nocy do willi Williama. I… pamiętaj, że Junior jest nieuświadomiony. Nie dawaj mu podejrzeń do tego, że jesteś czymś więcej niż kapryśną siostrzyczką Willa.<br />
- Och. - zdziwienie było słyszalne w jej głosie - Ciepłego przyciągniesz? Skąd ty go masz?<br />
-Popytałem wśród znajomych. - rzekł wesoło Gangrel.- Pewnie się domyślasz, że wśród wampirów sztuka walki nożem nie jest popularna.<br />
- Dobrze, że ostrzegłeś. To też będzie trzeba przypilnować by do lodówki nie zaglądał. - zastanowiła się - Lub przypadkiem do mojego pokoju. Sztuki nie zrozumie.<br />
-To nie jest facet, którego dziewczyna powinna sprowadzać do swojego pokoju.- zaśmiał się Raze.- To gangster.<br />
- Mam udawać głupiutką siostrzyczkę? Czy pokazywać jakiekolwiek umiejętności?<br />
- Nie musisz, po prostu nie pokazuj swojej nadnaturalnej natury.- przypomniał jej Raze.<br />
- Jasne, jasne... Camarilla potrafi zabijać całą zabawę, nie? - zażartowała.<br />
- Może być jeszcze użyteczny w przyszłości…- odparł wampir i zapytał.- To co Sabat szukał u was? Tych opętanych Bestią Nosferatu?<br />
- Nie wiem. Oni dość często nas odwiedzają. Może się stęsknili? - Ann nie wiedziała czy Joshua by chciał, aby powiedziała więcej.<br />
- Może…- Raze nie wydawał się przekonany jej odpowiedzią. Ale nie drążył dalej. - Muszę kończyć, do jutra Ann.<br />
- Do jutra! - pożegnała się z nim i zakończyła rozmowę.<br />
- Do jutra. Nie rozwalcie tam Róży do mojego przybycia. Fajna to knajpka.- dodał na pożegnanie Gangrel.</p>
<p dir="auto">Ann przeciągnęła się i poprawiła ubranie. Bycie martwym oszczędzało wielu nieprzyjemności ciała, jak potu po spaniu w ubraniu. Ruszyła pomiędzy ciałami zaćpanych hippisów na poszukiwanie Garry'ego. To był zaiste wielki labirynt ciał zghulowanych ćpunów.<br />
Trochę jej zajęło znalezienie Gangrela. Niby posiadłość była podobnej wielkości co mieszkanie Willa, ale… może… jednak była większa? Na pewno była artystycznie przerabiania/demolowana przez wyznawców “mistrza”. Dziwne że Garry się na to godził. W końcu nie pasowało to do natury jego klanu… ten artystyczny nieład pasował bardziej do Toreadorów i Malkavian. W każdym razie układ pomieszczeń różnił się od domu Blake’a więc trochę musiała lawirować między pomieszczeniami, nim dotarła do Garry’ego po jego posiłku.<br />
Dlatego też wampir uśmiechnął się szeroko mówiąc. - Aaaaannn… cooo taaam… Jak ci się spało?<br />
- Nie najgorzej. Zjadłeś z jakiegoś wyznawcy? - zapytała rozbawiona - Bo wyraźnie był trochę "doprawiony" twój posiłek.<br />
- Nas nie dotyczą uboczne skutki prochów. Jeden z plusów bycia nieumarłym. Polecam. - odparł  Garry. - Co noc dobry humor.<br />
- A co z naszym gościem z dnia wczorajszego? - zapytała wprost - Bo jestem bardzo ciekawa kto to.<br />
- Jest karmiony… i jest z nim lepiej. Ale jeszcze nie nadaje się do przesłuchania.- ocenił Garry  i sięgnął do kieszeni.- Ale mam coś dla ciebie. Jego prawo jazdy.<br />
Ann chętnie wzięła prawo jazdy zaciekawiona kto zacz.  Christian Jorgen, bladolicy białowłosy. Wampir… “krzyczało” zdjęcie. Pozer zapewne. Prawo jazdy wystawiono w Albany, ale adres zamieszkania był w White Plains.<br />
- Ciekawe... Nadię zaprzęgnę do sprawdzenia tego prawa jazdy.<br />
- Ok. Jest twoje. Nic innego ciekawego przy nim nie znaleźliśmy. - wzruszył ramionami Garry.- Ciuchy miał markowe. Żadnego bubla z przeceny.<br />
- Dzięki.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Ann zadzwoniła do Nadii wciąż trzymając przed oczami upaprane w krwi prawo jazdy.<br />
-Hej. Jak wam wczoraj poszło?- Nadia zaczęła od pytania.- Dużo musiałaś regenerować?<br />
- Ja? Nic. Ja nie ucierpiałam. - powiedziała dumnie - Ten jeden nawiał, jakiegoś mamy co go gonili, teraz się regeneruje. Musiałam na chamów sabatników poświęcić auto.<br />
- Niech ci to nie wejdzie w nawyk. Z tego co wiem, zdołałaś już całkiem sporo samochodów uszkodzić odkąd przybyłaś do Stillwater.- rzekła żartobliwie Nadia.<br />
- Wolę uszkodzić nawet wszystkie samochody w Stillwater, niż dać własną skórę na wykarbowanie.<br />
- To rozsądne podejście do sytuacji. Przypuszczam jednak że nie dzwonisz, by wyprosić ode mnie kluczyki do któregoś z moich wozów? Wątpię byś też tęskniła za mną. To uczucie wyparowało dawno wraz z moją krwią.- odparła Tremere.<br />
- Ciągle cię lubię, choć nie tak szaleńczo, kochana. Czyżbyś żałowała sama, że nie zjawiam się tak często? Masz słabostkę do mnie? - zapytała przymilnie.<br />
- Nie mam słabostki. Absolutnie. - obruszyła się deczko Nadia. Trochę zbyt intensywnie jak na kogoś obojętnego. - Niemniej jeśli już dzwonisz do jakiegoś maga będąc w romantycznym nastroju, to… jest to ów śmiertelnik co wynajmuje jedną z chatek Willa?<br />
Ann uśmiechnęła się krzywo z rozbawieniem. No tak, Nadia była silna.<br />
- Nie dzwonię do ciebie w romantycznym nastroju, nieważne jak byś chciała. - zaśmiała się - Dzwonię, bo chciałabym byś sprawdziła prawo jazdy wampira, jakiego Sabat gonił i u nas się rozbił. Mamy go na razie u Garry'ego, ale nie może gadać jeszcze, leczy się.<br />
- Biedaczek.- odparła ironicznie wampirzyca.- A bardziej ofiara losu. To jak się ten pechowiec nazywa?<br />
Bezklanowa spojrzała na trzymane prawo jazdy i zaczęła wyczytywać z niego dane, czasem poprawiając się jak zbyt zamazane były litery.<br />
- Chcesz też numer?<br />
-Wszystko… hmm…Jorgen Christian. Nigdy o nim nie słyszałam. To znaczy, że to noname. Wampir nie mający większego znaczenia w Camarilli. Jeśli z niej się wywodzi. Równie dobrze mógłby to być Anarch, lub renegat Sabatu.- zamyśliła się Nadia.<br />
- Sprawdzisz kim oficjalnie ten Jorgen jest?<br />
- Tak. Żaden problem. Zajmie mi to tak z pół godzinki, może nieco dłużej.- oceniła Nadia.<br />
- Dzięki wielkie. Musimy w końcu znowu się spotkać osobiście. Jesteś po prostu zawsze zakopana w Stillwater. - powiedziała ze smutkiem.<br />
- A ty mieszkasz… gdzie? Bo chyba jeszcze nie przeprowadziłaś się do Nowego Jorku.- zapytała ironicznie Nadia.<br />
- Ostatnio często do Nowego Jorku jeżdżę. No i jakoś do ciebie nie zbaczam.<br />
- I jak ci się widzi to Wielkie Jabłko? Zakazany dla ciebie owoc?- zapytała żartobliwie Tremere.<br />
- O wiele lepiej niż w Stillwater. Lepiej się czuję otoczona tymi wszystkimi wielkimi budynkami, ludźmi, wydarzeniami…<br />
- Plebsem.- skwitowała Tremere. - Pytanie jak długo ta nostalgia by działała. Nowy Jork też potrafi się znudzić.<br />
- Och, nie przesadzaj. Tam przynajmniej zawsze coś się dzieje i można obejrzeć ten "plebs" w swoim naturalnym środowisku!<br />
- Mamy inne doświadczenia z tłuszczą. Moje są bardziej… nieprzyjemne.- przyznała Nadia.- Traumatyczne nawet. W teorii przynajmniej. Bo nie przejmuję się czymś tak trywialnym jak trauma.<br />
- Oczywiście, oczywiście. Niemniej zawsze by ci się przydał ktoś, kto odseparuje od nieprzyjemności przesuwania się obok takich, co nie?<br />
- Nazywam ich ghulami.- zaśmiała się Nadia.- Gdy byłam w Nowym Jorku, nie byłam już początkującą Kainitką. Miałam sługi i szofera.<br />
- Ja sugeruję, że może by się przydał ktoś jeszcze by pilnować cię... z każdej strony. - szepnęła drażniącym się z nią tonem.<br />
- Od tego miałam strachliwych uczniów innych Tremere.- stwierdziła ironicznie Nadia i dodała po chwili namysłu. - Hmm… ta cała sprawa dojdzie do uszu księcia. Tego z Nowego Jorku. I pewnie czeka nas kolejna wizyta ze strony ich Szeryfa.<br />
- Przetrwamy. Nie pierwszy ni ostatni raz za nami tęsknią... Ale nie sądziłam, że dałaś się tak uczniakom z każdej strony... Niegrzeczna panienka z ciebie.<br />
Teraz nie było wątpliwości, że Ann miała na myśli inny rodzaj osobistego pilnowania i odseparowania od nieprzyjemności.<br />
-Eehmm… Nie każdemu tylko seks w głowie. Niektórzy zdążyli zardzewieć, poza tym… większość Tremere była kiepska w łóżku i za życia.- odparła Kainitka sarkastycznie.<br />
- Więc ogarniesz sprawę? Dzięki, kochana. Nie wiem czemu mają do ciebie jakieś problemy, jesteś urocza.<br />
- Zabawna sprawa. Od dawna nikt tak mnie nie określał.- tymi słowami Tremere zakończyła rozmowę.<br />
Ann zaśmiała się pod nosem chowając komórkę. Pora było zobaczyć osobiście tego "Adonisa".</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">“Lazaret” w posiadłości Garry’ego był w piwnicy… i śmierdział kocim moczem. Bo i kotów kręciło się tu wiele. Wisiało tu że mnóstwo ziół podwieszanych z sufitu. Co Ann kojarzyło się z siedzibą wiedźmy. Zauważyła jakieś beczułki, oraz zapalone kadzidełka. I dwójkę wyznawców Gangrela w kącie zajmujących się kopulacją. Cóż… przynajmniej starali się być cicho. Wampirzyc jakoś nie kusiło sprawdzić jakiej płci jest para owych gołych zadków.<br />
Jej spojrzenie podążało do zawieszonych kroplówek z których krew spływała do ciała. Obecnie nagiego i pokiereszowanego. Twarz wampira przypominała piekielną układankę powoli zrastającej się na jej oczach. Obecnie miał tylko jedno oko i żuchwę w trzech częściach.<br />
Nad jego bezpieczeństwem czuwał spory kocur, wielkości sporego psa i niewątpliwie wzmocniony krwią pana tych włości. Przyglądał się podejrzliwie Ann, w przeciwieństwie do drugiego ludzkiego “strażnika”, który siedział półnagi… za to z obrzynem na kolanach.<br />
- Teraz to piękny nie jesteś. - odezwała się w kierunku pokiereszowanej masy mięsa - Choć już jakoś wyglądasz jak coś więcej niż kawałek wołowiny z rzeźni. - spojrzała na człowieka trzymającego obrzyna - Czy to jakaś niepisana zasada Garry'ego, abyście wszyscy nadzy chodzili?<br />
- Niiieee… ale ubrania to faszyzm krępujący ekspresję… matka natura stworzyła nas gołych.- wybełkotał strażnik.<br />
- I nie przeszkadza ci ta... kupa mięsa jakiej teraz pilnujesz?<br />
- Niee… czemu? Tu jest przyjemnie… - rzekł z uśmiechem mężczyzna patrząc na Ann zamglonym wzrokiem.- Lilly czasem przychodzi i przynosi porządnego jointa.<br />
- I wcale cię nie porusza stan tego... czegoś? Że wciąż... drga?<br />
- Nieee… wszystko jest ooook…- strażnik uśmiechnął się szeroko, niewątpliwie lekko naćpany. Po co w ogóle Garry go tu sprowadził? Przecież ten ćpun nie upilnowałby nieboszczyka. Odruchowo Ann spojrzała w kierunku bacznie obserwującego ją kota. No tak… to nie facet był tu strażnikiem, a zwierzak właśnie. Mężczyzna był zmyłką.<br />
Dziewczyna podeszła powoli bliżej tej kupy mięsa by się jej przyjrzeć. Ostrożnie stawiała kroki by nie przejść poza granicę jaką ustawił pazurzasty obrońca tego miejsca. Chciała zobaczyć czy wampir jakkolwiek zareaguje, choć ruchem oka, na jej przybliżenie się, oraz ogarnąć czy masakryczne obrażenia jakich doznał pochodzą na pewno tylko z traumatycznego wypadku drogowego.<br />
Przez chwilę wydawało się, że jego oko śledziło ją… ale równie dobrze mogła to być jej wyobraźnia podsycana pobożnymi życzeniami. Nie poruszył się wcale… zresztą nie miał czym. Jego kończyny były w tej chwili jedną miazgą oplecioną bandażami.<br />
- Użyteczny kawał mięsa, nie ma co... - westchnęła Ann.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Wampirzyca opuściła lazaret wybierając numer do Williama. Nie miała opcji samej się stąd ruszyć…<br />
- Hej. Jak tam ci się spało u Garry’ego?- zapytał na powitanie Toreador.<br />
- Przeżyłam te nagie tyłki jego zaćpanego kultu. - mruknęła - Ale jestem uziemiona teraz.<br />
- Coś mi się obiło o uszy. Przyjechać po ciebie?- zapytał Toreador. Zanim jednak Ann odpowiedziała posłyszała odgłos wjeżdżającego na posesję pojazdu policyjnego.<br />
- Chyba właśnie Joshua zajechał. Najwyżej od niego wysępię podwózkę.<br />
- Mogę wpaść.- zaoferował William.<br />
- Jeżeli przy okazji skręcimy do Nadii... Stęskniła się za mną, cholera jedna.<br />
- Ok. Będę za pół godziny… może być?- zapytał Toreador, podczas gdy Ann przekonywała się, że ma rację. To rzeczywiście Joshua przyjeżdżał.<br />
- Świetnie, to idę naszego władcę przywitać, pa! - po tych słowach rozłączyła się i szybko poszła przywitać Joshuę.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Wampir właśnie rozmawiał z którymś wyznawców Garry’ego. Musiał oczywiście przy tym poradzić sobie z faktem, że ów mężczyzna nie miał pełnego kontaktu z rzeczywistością i gadał w sposób typowy dla Malkavian.<br />
Ann podeszła do Szeryfa i wzięła go pod rękę.<br />
- Josh! Jak to miło, że do tego community zawitałeś! - spróbowała mu dać opcję ucieczki od naćpanego wyznawcy.<br />
- Przyszedłem sprawdzić co z wczorajszą ofiarą, czy się do czegoś nadaje. Chciałem wiedzieć co Sabat odstawia w mojej domenie.- wyjaśnił szeryf.<br />
- Wydaje mi się, że wodził okiem za mną jak się pojawiłam, ale wciąż to kupa mięsa i kośćca. Mogę cię zaprowadzić byś sam zobaczył ten obrazek co by jakiś Tzimisce miał na stole.<br />
- Nie. To nie będzie potrzebne. Wodził za tobą… wzrokiem? To dobry znak.- ocenił Kainita.<br />
- Na razie ma tylko jedno oko, ale mam wrażenie, że za mną podążało spojrzeniem. Jest na krwi w kroplówkach i powoli składa się... Przyznam, że to jakiś niezły osobnik musiał być. Młodsi raczej tak by z tego nie wyszli. Zadzwoniłam do Nadii by sprawdziła jego prawo jazdy jakie Garry znalazł przy nim.<br />
- Nawet stary wampir po takim łomocie może się złożyć nie do końca poprawnie. I nie mówię tu o ciele… tylko umyśle. On nie jest tak trwały jak nasze cielesne powłoki.- zastanowił się głośno Joshua. - Miejmy nadzieję, że nie stanie się po tym honorowym Malkavem. Mam do niego sporo pytań.<br />
- A skąd pewność, że już wcześniej Malkavem nie był? - zażartowała - Niemniej wiemy, że Sabat to naprawdę musiał chcieć co zniszczyć do końca... tylko czemu nie był w stanie? Chyba że nie chciał tego zrobić szybko? Jak sądzisz?<br />
- Chyba że chciał go sprowadzić z powrotem. Psy gończe lubią poszarpać nieco zdobycz nim zaniosą ją z powrotem swoim panom.- wyjaśnił ponuro wampir.<br />
- Więc zgubili "chew toy". Tylko aż tutaj? Czy mogli mieć jakiś powód by tu gonić? Lub ofiara wiała w stronę ciebie, jako uciekiniera?<br />
- Moje powiązania z Sabatem zostały przecięte lata temu. Bardziej martwi mnie to, że to już drugi “uciekinier” w tych stronach. Nadal przecież gdzieś tu się kręci ten Tzimisce.- westchnął Joshua.- Może on coś wie.<br />
- Może Stillwater zostanie też przytułkiem dla uciekinierów z Sabatu? - wyszczerzyła się pokazując zęby.<br />
- Ciężko się tu ukrywać przed Sabatem. To mała mieścina. Nawet ten nasz “sojusznik” nie chowa się w mieście tylko w zapomnianych szybach i tunelach górniczych.- odparł szeryf.<br />
- No to przynajmniej będą ci uciekinierzy jednocześnie ochroną przed Sabatem. Taka milicja Stillwater.<br />
- Nie liczyłbym na to… - odparł Kainita kręcąc głową.- Gdy sam urwałem się z Sabatu, byłem równie słaby jak ty po przebudzeniu.<br />
- Ale mamy tu też innych, więc ilością ich ubijemy!<br />
- Akurat przewaga liczebna to atut Sabatu.- stwierdził Joshua i spytał.- Tooo… nie ma sensu teraz odwiedzać ocalonego?<br />
- Raczej nie, choć zawsze warto spróbować docenić jego stan jako sztukę nowoczesną z dziedziny chirurgii lub przynajmniej byś na darmo tu nie zajechał. Może na twój widok nagle się poskłada?<br />
- Daruję sobie artystyczną medycynę Garry’ego.- Brujah obrócił się kierując ku pojazdowi policyjnemu.<br />
- Czemu w sumie Clyde’a do tego nie zaprzągnąłeś? Ma jakieś doświadczenie medyczne, nie? - zawołała za Szeryfem.<br />
- Znaczy do składania do kupy zwłok?- zamyślił się Joshua i przesunął dłonią po okolicy.- Jeszcze się nie domyśliłaś? Zgadnij co się stało, gdy ostatni raz Clyde zatrzymał się u Garry’ego?<br />
- Uhm... Skorzystał z jego naćpanego haremu?<br />
- Balował przez trzy noce… zapominając o wszystkich obowiązkach i swoim “życiu”. - potwierdził jej przypuszczenia.<br />
- Niech mu już opadnie chętka pośmiertna. - parsknęła z irytacją.<br />
- Zaczyna już mieć problemy z potencją, więc jest nadzieja. - odparł żartem Joshua i poprawiwszy kapelusz kowbojski na głowie.- A ty co dziś planujesz na tę noc? Zabalować u Garry’ego?<br />
- Nie, nie, już za długo byłam tu uwiązana z tymi gołymi tyłkami wszędzie. Willy po mnie ma przyjechać i do Nadii po drodze zajedziemy. Stęskniła się za mną. - wyszczerzyła się - A do tego może Tremere do mnie zadzwoni z informacjami jakie mogła zdobyć o naszej kupce mięsa z jego prawa jazdy.<br />
- Jeśli to prawda… to znalazłaś drogę do jej serduszka. Epickie osiągnięcie. - zaśmiał się Joshua i wyjaśnił.- Nadia za nikim nie tęskni. Na pewno za nikim z Nowego Jorku, a i tutaj…<br />
zawsze miałem wrażenie, że resztę swoich kamratów w Stilwater ledwo toleruje.<br />
- A może to nie tylko jej problem, ale także kamratów? Ego na pewno przeszkadza, co też zmuszono mnie schować... Bezklanowiec nie może go mieć przy klanowych w takim Nowym Jorku. Nadia jest ciężka i nie każdy się do niej przebije. Nie każdy też wytrzyma jej ataki złości i irytacji. Przebywanie blisko niej to głaskanie ognia. - wzruszyła ramionami - Ale da się przetrwać.<br />
- Co kto lubi. Ja tu nie jestem niańką dla niedopasowanych tylko Księciem i szeryfem. Nie mam cierpliwości do podwładnych.- rzekł Kainita wsiadając do auta. - Zresztą to nie ona sprawia mi kłopoty.<br />
- A kto najbardziej? Larry? - zapytała jeszcze.<br />
- Larry wygrywa o kilka długości przed Lukrecją.- przyznał jej rację.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Wkrótce pojawiło się znajome auto, a za kierownicą siedział jej opiekuńczy Toreador. Zatrzymał się bokiem tuż przed Ann, potem rzekł szarmancko.<br />
-Twój powóz czeka madame.<br />
Ann z radością podeszła do samochodu i weszła do środka wypowiadając francuską formułkę podziękowania za przysługę.<br />
- Jak ci było beze mnie? Wytuliłeś mojego ghula?<br />
- Rozmawialiśmy… trochę…-  wymamrotał Blake, a Ann byłaby pewna, że gdyby był żywy, to by się zarumienił. Po czym zmienił temat.- A jak ci się podobała gościnność Garry’ego?<br />
- Bardzo.... - wyraźnie szukała odpowiedniego słowa - Wiejska? Wszyscy tu są zaćpani, masa golizny i niewiele myślenia w tych głowach. Ćpają, kopulują wszędzie, aż szok, że nie ma tu masy niemowlaków.<br />
- Jak się jakieś trafią. Załatwiamy im z Joshuą nowy dom. - wyjaśnił Toreador ruszając.- Dobrze że Garry utrzymuje swoich poddanych w stanie błogości. Dzięki temu nie zauważają wielu… symptomów naginania Maskarady jakie się u niego dzieją. Sekta to dobra przykrywka, zwłaszcza dla Ventrue czy Toreadorów.<br />
- Ventrue mają sekty?<br />
- Niektórzy mieli.- odparł William.- Lub mają? Nie wiem jak to jest obecnie w Nowym Jorku czy innych miejscach. Ventrue nie są tak charyzmatyczni jak mój klan i nie mają odpowiedniej Prezencji by olśniewać… niemniej wielu wśród nich urodziło się wrodzonym wdziękiem i w połączeniu z talentem do dominacji. Spójrz na Lukrecję… jest burdelmamą, lecz jej mały interes działa jak sprawna sekta.<br />
- Więc zajedziemy do Nadii, nie? - zapytała po chwili milczenia.<br />
- Pojedziemy. - zgodził się Kainita ruszając.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Dotarli na tyły biblioteki i zatrzymali się. William spojrzał na budynek.<br />
\ - Kiedyś… mieszkał tu Nosferatu. W podziemiach biblioteki.<br />
- I co się z nim stało? - zapytała.<br />
- Przeniósł się do kopalni, gdy jego klan tam się urządził. - wyjaśnił smutnym głosem William.<br />
- Więc możliwie, że go już spotkałam, nie?<br />
- Tak. To… niestety możliwe.- przyznał Toreador wysiadając.<br />
Ann wyskoczyła za nim i szybko dobiegła do dzwonka, by skontaktować  się z Nadią.<br />
- Kto tam?- usłyszała znajomy głos Tremere.<br />
- Widzisz przez te swoje kamery. - odpowiedziała Ann - Mówiłam ci, że wpadnę.<br />
- Mam tu mały kryzys. Nie mam czasu na gapienie się w kamery.- odparła Nadia otwierając drzwi.<br />
- Zaskakująco spokojna. - odezwała się do Williama i weszła do środka.<br />
- Pewnie skończyły się jej… wymówki by nie robić tego co jej zlecono.- zastanowił się Toreador podążając za nią.</p>
<p dir="auto">Mylił się. Gdy zeszli na dół zobaczyli.. chaos kilka przewróconych regałów, książki porozrzucane na prawo i lewo.  Charliego bawiącego się w stolarza amatora i sarkającą na niego bibliotekarkę.<br />
Ann weszła rozglądając się ciekawsko.<br />
- Remont! Jakiego koloru będą tapety?<br />
- Korniki.- odparła cierpko Nadia.- Całe kolonie korników. To moja wina, nie zwracałam uwagi na stan regałów. Nie zwracałam uwagi na książki…i… jeden z regałów pękł i powalił pozostałe.-<br />
- Jak gigantyczne domino. Szkoda, że nie nagrałem na komórkę. - zażartował Charlie i został spiorunowany… wzrokiem przez poirytowaną Tremere.<br />
- Byłoby zabawniej gdyby te regały na Nadię spadły i ją było trzeba wyciągać spod nich! -tym razem to Ann zachichotała - What you're doing step bro…<br />
- Emmm… stolarkę? Nadia nie wpuści tu śmiertelników, a jej ghulice nie mają pojęcia jak używać młotka.- wyjaśnił Charlie, a Nadia sarknęła w irytacji.- PRZYSZLIŚCIE  tu po coś, prawda?<br />
- Czekałam i czekałam na telefon, a nie zadzwoniłaś z efektami poszukiwań. - westchnęła z teatralnym bólem.<br />
- Byłam zajęta. Ale mam to co chciałaś. Christian Jorgen pracownik naukowy w filii uniwersytetu nowojorskiego w Albany oraz asystent na pół etatu w miejscowej galerii sztuki. - stwierdziła Nadia zerkając na ekran komputera. - Dwa mandaty za przekroczenie prędkości. Kilka pomniejszych artykułów z dziedziny medycyny, ale dotyczyło one… Casi… a Kazimira Funka. Polaczka który został pochowany w Albany. Raczej notatki biograficzne zlecone przez gazetę niż pełnoprawne artykuły o chemii. Specjalizował się w bowiem historii powszechnej i studiował historię sztuki. Mam jego adres w Albany i tablice rejestracyjne samochodu. Ooo… całkiem spora sumka na koncie.<br />
- To będzie można z niego kasę za przechowanie w Stillwater ściągnąć. A przy okazji pojawiłam się, abyś nie uznała, że porzuciłam w ogóle. - pokazała język Tremere.<br />
- Pracownik naukowy. Czyżby twój klan?- zapytał Toreador.<br />
- Możliwe, aczkolwiek… historia niekoniecznie wiąże się tylko z naszymi zainteresowaniami.- przyznała Nadia.<br />
- Możesz dowiedzieć się przez swój klan czy mają takie imię i nazwisko w rejestrach?- zapytał ponownie Wiliam.<br />
Nadia westchnęła głośno.- Mogę. W teorii. W praktyce… moi mnie nie lubią. Mogą celowo zwlekać z odpowiedzią. O ile są w stanie ustalić ten detal. Tak naprawdę tylko prominentni członkowie klanu są notowani. Nie narybek.<br />
- To może oficjalną drogą, przez Joshuę? - zasugerowała Ann.<br />
- To nic nie da. To wewnętrzne sprawy klanu.- odparła Nadia i wzruszyła ramionami.- Zresztą wątpię, by to był Tremere. Wygląda na Toreadora raczej… może Ventrue.<br />
- Czy w Albany przypadkiem nie rządzi książę z twojego klanu?- zapytał Nadię William.<br />
- Zdefiniuj… rządzi.- uśmiechnęła się ironicznie Nadia. - W Albany Camarilla jest słaba, a Anarchy liczne i wyszczekane. W dodatku miejscowa sfora tych buntowników przeniknięta jest nie tylko Sabatnikami ale i… kreaturami bardziej parszywymi. Lewakami i komunistami. Albany to burdel, w którym nikt nie rządzi. I tłuką się po ulicach. Chyba że coś się zmieniło odkąd opuściłam Nowy Jork, ale wątpię…<br />
- To co, Nadiuszka? Idziemy tam zrobić porządek? - wyszczerzyła się Ann zachęcająco.<br />
- Tam nie da się zrobić porządku bez armii…- wzruszyła ramionami Kainitka. - Mój klan próbował i cóż… brakuje tam “ludzi”. Jest nas tam po prostu za mało.<br />
- Więc będziecie tu odwalać stolarkę i tyle? Resztę nocy? - zapytała Ann.<br />
- Albany to wyprawa na kilka nocy podróży.- machnęła ręką Tremere. - Dwie o ile dobrze pamiętam.<br />
- Pytam serio. Co zamierzacie robić?<br />
- W kwestii Albany?- zapytał William retorycznie i wyjaśnił. - Nic. W kwestii naszego gościa… Nadia wyśle zapytanie, acz nie spodziewałbym się zbyt wiele po Nowym Jorku. Jutro już nasz gość nadawać się będzie do przesłuchania i wtedy dowiemy się prawdy.<br />
\ - Prawdopodobnie prawdy. - dodała Nadia sceptycznie. - Tak czy siak dziś już… może pomożecie Charliemu?<br />
- Czemu nie. Minęły lata odkąd praktykowałem stolarkę.- stwierdził dumnie poeta.<br />
- Jak i ty zakasasz rękawy! - odparła Caitiffka z szerokim uśmiechem.<br />
- Jestem arystokratką. Nie zajmuję się pracą manualną. - stwierdziła cierpko Nadia. Toreadorowi jakoś bycie rycerzem nie przeszkadzało w zabraniu się do pracy. I choć nie był profesjonalnym rzemieślnikiem, widać było że miał doświadczenie w tej robocie.<br />
- Kochana moja, pan rycerz nie marudzi. - wskazała na Williama - A nie chcemy teraz kłótni kto ma lepsze urodzenie, bo on na pewno starsze. Do tego... chyba chcesz szybko to ogarnąć jeszcze dzisiaj? Może choć magią pomóż, w pracach co by potrzebowały spawarek, wiertarek czy coś.<br />
- Nie jestem taką magiczką. - mruknęła Nadia i zamyśliła się patrząc na pracujące przy meblach wampiry.- Wiesz, co? Wydaje mi się, że tobie się nudzi bardziej niż jemu. Skocz więc do Lukrecji i przekaż jej informacje. Ona może wiedzieć więcej na temat tego co się dzieje w Albany. Może któreś z jej szpiegów przekazało jej soczyste ploteczki… Może nawet będzie wiedziała coś na temat tego Christiana. Inny trop…  - bardziej sarknęła niż westchnęła Tremere. - To ravnoska wiedźma i jej tarot. Jeśli jesteś zdesperowana.<br />
- A myślałam, że za mną tęskniłaś! - wykrzywiła usta w urazie - A mnie wyrzucasz precz? Nie godzi się, chamko! - spojrzała jakby bardzo zraniona.<br />
- Ja za nikim nie tęsknię. Jestem zimna jak głaz. - stwierdziła tak jakoś bez przekonania Tremere. - Poza tym nie chcesz im pomóc, a ja mam… robotę.<br />
Tą samą co zawsze zapewne. Rozkodowanie biblii za pomocą matematyki.<br />
- Neeeerd... - Ann przysunęła się bliżej Nadii - Niech ci będzie, to ja sobie idę, o! - i tym gestem "urażona" skierowała się do wyjścia.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Po przekroczeniu drzwi Róży znalazła się w znajomym sobie otoczeniu. Było tu parę miejscowych i paru podróżnych. Była Lukrecja za barem oraz… Vincent LaCroix rozkoszujący się trunkiem i skupiony na zgłębianiu starej księgi przy butelce markowego koniaku stojącej na jego stoliku. Lukrecji oczywiście nie było na parterze, oznaczało więc to że przesiaduje na piętrze. Zapewne w swoim gabinecie.<br />
Ann prawie automatycznie podeszła do Vincenta i oparła się rękoma na blacie jego stołu.<br />
- Co czytasz? - zapytała czując jak wewnętrznie merda ogonem na widok maga.<br />
- Concepts de thaumaturgie et de nature.-  rzekł mag pocierając podbródek. - Jean Paul Baularde. XIX wiek, Quebec. Możliwe że oryginał, prawdopodobnie jednak ówczesna kopia wykonana przez jego ucznia. Tom magiczny, ale dotyczący nowoczesnej magyi. Mniej konkretnych formuł, a więcej filozofii.<br />
- Brzmi fajnie... - powiedziała bez ironii w głosie - Cała jest w języku łacińskim?<br />
- Francuskim… starofrancuskim. Łacina wypada z użycia w okolicy romantyzmu bodajże. - wyjaśnił mag.<br />
- Mmm... - spojrzała w stronę schodów prowadzących do gabinetu Lukrecji - Będziesz jeszcze tutaj trochę, prawda?<br />
- Relaksuję się tutaj.- odparł Vincent z uśmiechem.<br />
- Świetnie! Muszę na razie pogadać z szefową przybytku, wrócę niedługo! - rzuciła i szybko ruszyła na piętro, w jakim Lucia miała swoją pustelnię.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Drzwi były zamknięte. Zawieszka na drzwiach oznajmiała wszystkim “NIE PRZESZKADZAĆ”, co mogło oznaczać, że Lukrecja oglądała serial.<br />
Ann przytuliła się uchem do drzwi i palcami lekko wybiła melodyjkę jednocześnie podśpiewując.<br />
- Luci, luciiii. Ploteeeeczki!<br />
-  Możesz wejść. - odparła łaskawie wampirzyca, a gdy Ann przekroczyła drzwi dodała. - I nie jestem żadna Luci. Tylko Lukrecja.<br />
Oczywiście żadnego serialu na laptopie nie było. Pewnie zdążyła go schować na pasku zadań.<br />
- A więc… kogo żeście wczoraj przytargali do Garry’ego? - zapytała Ventrue.<br />
- Lukrecja to takie pompatyczne... - odparła Ann zamykając drzwi - A Luci nosi za sobą pozytywne uczucie. - usiadła od razu na miejscu przed Lukrecją - A przytaszczyliśmy... kawał mięcha. Jeżeli myślałaś, że twoje obrażenia ostatnio były ciężkie... to się mylisz. Obrażenia tej osoby... ciągle nie ma jak się komunikować z nikim. Ma jedno oko, żuchwę w trzech częściach. I w sumie wygląda jak sztuka nowoczesna w wykonaniu Tzimisce. Ale ruszał okiem.<br />
- Jest wampirem. Nie żyje. Nas nie można zabić, a jedynie zniszczyć.- wzruszyła ramionami Lukrecja odchylając się do tyłu i wygodnie rozsiadając w fotelu. Uśpiła swój komputer dodając. - Pewnie wydobrzeje w parę nocy, jeśli będzie dobrze karmiony.<br />
- Jest podłączony do kroplówek z krwią i jeżeli nie ukradł nikomu prawa jazdy to znamy jego personalia! Możliwe, że to Tremere, bo pracownik naukowy z Albany.<br />
- Z Albany? Czy tam ich książę nie jest przypadkiem Tremere? I czy to przypadkiem nie jest parszywe miejsce dla Camarilli? - mruknęła do siebie Lukrecja próbując sobie przypomnieć szczegóły.<br />
- Jest... I masa Anarchów czy coś... wiesz więcej może?<br />
- Camarilla nie jest tam liczna ani silna. - stwierdziła po namyśle wampirzyca.- Anarchy tam są liczne i agresywne. I niechętne innym organizacjom. Po nocach giną tam Kainici nawet w czasie, gdy panuje rozejm. Albany to gorsza dziura niż Stillwater.<br />
- Ten uciekał przed Sabatem. Christian Jorgen było na prawie jazdy. Mówi ci coś?<br />
- Crist…ian… Jorg…en..- smakowała te słowa lekko przymykając oczy.- Hmm… nie… nie wydaje mi się, bym miała okazję go poznać. Pewnie chłopak na posyłki któregoś z klanów z Albany.<br />
- Może to jeden z tamtejszych Tremere... A w sumie twoi informatorzy ci nic o Albany nie mówili ostatnio? Po coś Sabatowcy konkretnie jego gonili go aż do naszego terenu.<br />
- Obawiam się, że to co dzieje się w domenie księcia, pozostaje w domenie księcia. Żaden władca nie przyzna się do problemów w swojej domenie, chyba że sytuacja go przerośnie.- wyjaśniła wampirzyca i dodała. - Moje źródełka są w Nowym Jorku i wiem o sytuacji z draugrami , ploteczki z ulicy i wieści o zabójcy ghuli na którego poluje Falconi i ruchawce u Giovanni. Albany… nikogo nie interesuje. Za daleko jest.<br />
- Szkoda, szkoda... - Ann zerknęła na zamkniętego laptopa Lukrecji - Co teraz oglądałaś?<br />
- Zajmowałam się pracą.- oburzyła się wampirzyca taką sugestią i dodała zmieniając temat.- Dam znać moim plotkarom w Wielkim Jabłku. Może coś się dowiedzą przy okazji o sytuacji w Albany. Nadia nie może? To w końcu sprawy jej klanu.<br />
- Jesteśmy zamknięci, bardziej czy mniej, w Stillwater z różnych powodów. Nadiuszka jest po prostu bardzo nielubiana i chamy nie podzielą się szybko informacjami z nią.<br />
- Biedna egzekutorka Primogena. Aż jej współczuję.- odparła ironicznie Lukrecja i westchnęła. - Z drugiej strony znam Tremere. To sekta wewnątrz sekty, wewnątrz sekty. Tylko Giovanni są bardziej tajemniczy.<br />
- Ona jest ciężka w kontaktach, ale da się ją polubić. - stwierdziła Ann i uśmiechnęła się z rozbawieniem - Ciebie też, Luci.<br />
- Wiem wiem… droczę się z tobą. My wygnańcy i pechowcy musimy trzymać się razem na tym  zadupiu.- przyznała Lukrecja.<br />
- To nawet jeżeli teraz pracowałaś... To i tak pytam. Co ostatnio oglądasz? - zapytała najwyraźniej zaciekawiona.<br />
Ann… otworzyła prawdziwą puszkę Pandory. Bo Lukrecja rozgadała się na temat ulubionych seriali i minęły dwie godziny nim caitifka zdołała opuścić jej biuro.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Ann nie umęczyła się przez Lukrecję, może nawet jej to na dobre w relacjach z nią wyjdzie? Niemniej skakała po stopniach na dół, żeby zobaczyć czy mag ciągle tam siedzi.<br />
Vincent nadal tam siedział, a może nawet lekko przysypiał czekając na nią. A z pewnością już skończył czytać, bo księga leżała zamknięta na stoliku.<br />
Wampirzyca postarała się cicho podejść za nim i wyszeptać do niego:<br />
- Gdybym była kimś innym... to pocałowałabym cię w szyję.<br />
- Cieszę się więc, że panujesz nad swoim apetytem. - odparł żartobliwie mag i dodał w zamyśleniu.- Powinienem przewidzieć, że pochłoną was kobiece ploteczki.<br />
- Buduję dobre relacje z innymi. - uśmiechnęła się.<br />
- Dobre relacje bywają przydatne.- przyznał mag poprawiając okulary na nosie. - Nasi przyjaciele z loży, starają się naciskać na mnie, bym nawiązał przyjazne kontakty z miejscowymi futrzakami. Ponoć macie do nich dojście.<br />
- Mooożeee... - przedłużyła słowo - A co z naszą... wspólną... - ściszyła głos.<br />
- Jest pełna możliwości.- odparł enigmatycznie Vincent i potarł kark.- Chcesz kolejnej randki?<br />
- Jak mogłabym tobie odmówić? - oparła policzek na dłoni uśmiechając się jednocześnie przymilnie jak i w pewnym stopniu ironicznie.<br />
- Jutro? Tutaj?- zaproponował Vincent. - No chyba że nie masz czasu.<br />
- Wystroić się? - zapytała podekscytowana.<br />
- Podobno skasowałaś jakieś auto. Z pewnością masz ważniejsze sprawy na głowie niż ja.- odparł z uśmiechem Vincent.<br />
- Oj tam. Nie jestem nikim ważnym... Choć może jutro bym chciała sprawdzić co nowego się nam w mieście pojawiło. - zasępiła się - a jak wygląda możliwość... Z naszymi sprawkami z innymi twoimi znajomymi, hm? - powiedziała ciszej.<br />
- Na razie cisza z ich strony. Co nie znaczy że nic nie robią. Włam do satelity Technokracji to jednak wyzwanie, nawet dla maga. - wyjaśnił Vincent i zamyślił się. - A czemu sama nie spytasz? Wydają się być twoimi dobrymi znajomymi.<br />
- Dobrymi znajomymi bym nie nazwała, nie mamy takich kontaktów częstych. - wzruszyła ramionami - A co do jutra to pewnie będę wolna i tak w późniejszym czasie.<br />
- I tak intensywniejsze niż ja. - odparł mag spoglądając na Ann. - Na pewno później będziesz wolna? Ostatnio dużo się dzieje w okolicy.<br />
- Zapewne, zapewne. - uśmiechnęła się uroczo.<br />
- Ja… jak widzisz, się nieco tu nudzę. - odparł z uśmiechem mężczyzna. - Niewystarczająco co prawda, by wpakować się w to co Loża knuje.<br />
- Cóż... Rozumiem cię. - pokiwała głową - Więc…<br />
- Więc jak ci mija noc?- zapytał żartobliwie mag. - Dowiedziałaś się czegoś soczystego?<br />
- Powoli jak zwykle. - wzruszyła ramionami - Istnieję.<br />
- Powinnaś nauczyć się doceniać spokój i nudę. - doradził mag z uśmiechem.- Prędzej czy później się skończą. Jeśli już się nie skończyły?  Przynajmniej szpital nie robi nam kłopotów. Jego sfera wpływ jest nadal w granicach barier, które założyłem.<br />
- Niemniej gościa mamy. A raczej papkę, jaka próbuje się w kisiel stworzyć i później mięso. Gonili go Sabatowcy i miał wypadek samochodowy, skończył jak żarcie w puszce konserwy wgniecione sprężarką ciśnieniową. - dodała - A jeden z nich nawiał. Ten, co się przyglądał po prostu.<br />
- Nadzorca… pewnie już jest poza granicami waszej domeny z raportem dla swoich…- mag zamarł na moment wpatrując się w obszar tuż obok Ann. I pokręcił głową z dezaprobatą.- Wieża? Doprawdy? Bardzo plebejskie.-<br />
Spojrzał na wampirzycę.- Tarot wyciągnął się w odwróconą wieżę. Widzi zgubę w najbliższej… lub dalszej przyszłości. Mój awatar podchodzi dość elastycznie do koncepcji… czasu.<br />
Ann spojrzała bardzo zdziwiona i zerknęła tam, gdzie patrzył mag.<br />
- Jest coś przy mnie? - pomachała dłonią obok siebie - Czy mogę to dotknąć? Czy jest wrogie? - zapytała z leciutkim niepokojem. Nie lubiła nie widzieć możliwego zagrożenia.<br />
- Jest. Na innym… mentalnym planie egzystencji. Mój awatar. I nie. Nie masz z nim żadnej styczności. Nikt nie ma. Poza mną.- wyjaśnił mag.<br />
- Więc... To jakby twoje osobiste schorzenie psychiczne? Czy on w ogóle coś poza tym robi?<br />
- Wedle wszystkich wydumanych teorii jakie słyszałem, awatary są przewodnikami magów. Ich mentorami w drodze do oświecenia.- wyjaśnił z kwaśnym uśmiechem Vincent.- W praktyce są, jakby to ująć, kluczami w stacyjce samochodu. Bez awatara mag nie może czarować. Poza tym ich “mentorstwo” jest przeceniane. Są bardziej upierdliwy niż mądrzy. W dodatku mój uwielbia zagadki bardziej niż standardowy przedstawiciel. Bo “gada” zagadkami obrazkowymi.<br />
- I... Tremere ich nie mają, tak? Nadia coś o tym przebąkiwała... ale nie do końca rozumiem. Oni przecież używają zaklęć.<br />
- Oni używają magii krwi. Wygląda to zjawiskowo, ale jeśli chodzi o technikalia to niczym nie różni się od twoich sztuczek z cieniem.- wyjaśnił Vincent z ironicznym uśmieszkiem.- I co najważniejsze, magia krwi Tremere nie wymaga niczego poza byciem wampirem. Teoretycznie każdy Kainita może ją opanować, łącznie z tobą. Dlatego tak strzegą jej sekretów.<br />
- Naprawdę? Ja też bym mogła używać ich magii? To takie proste? - zapytała zdziwiona.<br />
- Tak. W teorii tak. - zgodził się z nią Vincent.- I dlatego tak zazdrośnie strzegą jej tajemnic.<br />
- Ja tam wolę moje cienie. Nie widziałam innego jaki by ich używał. Choć ponoć Książę Nowego Jorku może. - stwierdziła z jakąś dumą.<br />
- Jeśli zobaczysz, to uciekaj. Nie ma Lasombr wśród Camarilli, nie wiem czy są jakieś wśród Anarchów. Więc tylko Sabat tańczy wśród cieni. I chętnie ubije taką renegatkę jak ty. Dla przykładu. - wyjaśnił Vincent. - Nie daj się zwieść hasłom. Nieważne jak nazywa się organizacja, Starsi przewodzący jej zawsze dążą do pełnej kontroli nad resztą wampirów. To leży w waszej naturze bez względu na przynależność klanową.<br />
- Odszczepieńców Lasombra też nie ma? - zapytała zaciekawiona - Przecież są innych Klanów. I to nie tak jakbym uciekła z ich Klanu czy ukradła im te cienie. One... Po prostu były zawsze ze mną.<br />
- O żadnych nie słyszałem. Być może żywot mają krótszy od śmiertelników.- wzruszył ramionami mag i dodał cicho. - No… Kainici to nie system prawny Śpiących. Nie ma czegoś takiego jak okoliczności łagodzące. Wyrok i kara są bezlitosne, nawet jeśli niesprawiedliwe.<br />
- A czasami bardzo wymyślne. Książę metropolii jest znany z płodnego nimi umysłu.<br />
- Z tego co słyszałem to nie jest osoba z którą warto zadzierać. Lub którą można pokonać jeśli… prawdą jest to co nim opowiadają.- przyznał Vincent.<br />
- A co ty, jako mag, słyszałeś o nim?<br />
- Moje informacje są dość skąpe i mało wiarygodne. Większą wiedzę mam o Nowym Orleanie, czy Los Angeles. Niemniej… ponoć był już Kainitą w Rzymie za czasów upadku Kartaginy. Co oznacza dość niskie pokolenie. A zatem jest stary i potężny, jeśli to prawda. Co jednak tak potężny Kainita robi na takim zadupiu jakim są USA. Nie ma co udawać. Prestiż i potęga Camarilli jest skupiona w Europie.- zamyślił się Vincent.<br />
- Nie wiem czy temu dawać wiarę, czy nie... Więc po prostu z tym nie dyskutuję. Wolę nie ryzykować własnym istnieniem, bo postanowię zaprzeczać lub dam się wciągnąć w fałsz. Lepiej pozostać ostrożnie przytakującym oficjalnej wersji jednocześnie będąc otwartym na inne wersje. - Ann wzruszyła ramionami - Lepiej nie obserwować zbyt głośno.<br />
\ - Nie wiem nawet czy istnieje jakaś oficjalna wersja.- zaśmiał się cicho Vincent. - Pewnie, gdybyś zaczęła drążyć temat usłyszałabyś inne wersje. Ktoś taki jak Książę lubi mieszać różne legendy ze sobą, by ukryć za ich parawanem prawdę.<br />
Ann przysunęła krzesło bliżej Vincenta.<br />
- A czy ty... być umiał magią odkryć prawdę? - zapytała cicho.<br />
- To zależy od prawdy. - wzruszył ramionami mag i spojrzał na Ann. - Jeśli chodzi o Księcia. Nie próbowałbym.<br />
- A spojrzeć w przeszłość umiesz?<br />
- Czas to temat którego nie ruszałem.- przyznał wprost Vincent.- Poruszanie się umysłem po osi czasu bywa… kłopotliwe.<br />
- A kto mówi o Księciu? - machnęła ręką - Ja bym chciała wiedzieć kto mnie Stworzył.<br />
- Nie jestem stanie tego odkryć. Nawet gdybym uzyskał z twojej pamięci oblicze. O ile jest to możliwe… to przecież nie wiedziałbym do kogo te oblicze należy.- przyznał wprost mag. - Nie mam znajomości w Sabacie.<br />
- Ale może byś mógł wyciągnąć je z mojej pamięci, ono tam jest! - przekonywała - Nigdy nie mogę się na nim skupić by je przywołać, jest zamazane... Było ciemno, wśród drzew, w lesie, ale mogłam widzieć kto mnie mordował metodycznie, bez pośpiechu!<br />
Ann wyraźnie była zafiksowana na możliwość i musiało jej dramatycznie zależeć na pamięci, jaka jej się wysmykiwała między palcami. Patrzyła na maga z desperackim błaganiem.<br />
- Zobaczę co da się zrobić… jutro. Muszę wszystko przygotować. Przyjdź koło północy.- zgodził się Vincent.<br />
Radość rozświetliła od dawna martwe oczy Ann. Przysunęła się jeszcze bliżej by zarzucić ramiona na szyję Vincenta i silnie zacząć go przytulać.<br />
- Niczego ci nie obiecuję. - wydusił z siebie z trudem “tulony” mężczyzna. - Nie wiem czy coś z tego wyjdzie. Twój stan różni się od śmiertelnika.<br />
- Sama twoja chęć pomocy już wiele dla mnie znaczy! - Ann wyraźnie w rozradowaniu nie zobaczyła, że "utula" zbyt mocno śmiertelnika - Tyle razy obrazy wymykały mi się przez palce!<br />
- No.. no.. już wystarczy tego… ściskania.- odparł mężczyzna z wyraźnym trudem.<br />
Ann na raz puściła maga.<br />
- Przepraszam, przepraszam! Zapomniałam!<br />
- Nie przejmuj się tym.- mruknął Vincent poprawiając okulary. A potem sięgnął po papierosa i zapalił z niemal nabożnym skupieniem.- I nie rób sobie zbyt dużych nadziei. Jestem magiem, nie cudotwórcą.<br />
- Ale magia to chyba takie małe cuda, prawda?<br />
- To naginanie reguł rzeczywistości pod własny kaprys. Tyle że jak ze sprężyną, jest granica do jakiej można nagiąć rzeczywistość zanim ta pęknie.- odparł Vincent ćmiąc papierosa.- Poza tym, choć znam się co nieco na manipulowaniu umysłem to nigdy… nie próbowałem w nim grzebać i naprawdę mieszać. Ot, stosowałem subtelne sugestie pomagając sobie w dyplomatycznych zadaniach. Nic szczególnie inwazyjnego.<br />
- To ma choć pomóc mi zobaczyć to, co pewnie schowałam w umyśle. Bycie mordowanym nie jest zwykłym problemem dorastania. - jakby z przyzwyczajenia chwyciła szklankę z alkoholem stojącą przed Vincentem, ale zatrzymała się nim z niej upiła - No tak...<br />
Mag zobaczył, że gdy odstawiała szklankę szkło naczynia nie pokazało odbicia kobiety.<br />
- Niczego nie obiecuję. Nigdy nie byłem śledczym w mojej fundacji, więc nie mam doświadczenia w penetracji umysłów.- mag próbował ostudzić jej nadzieje.<br />
- A nawet tyle to więcej niż mogłabym mieć nadzieję. - stwierdziła uśmiechnięta - A czego byś w zamian oczekiwał? Wiadomo, nasze trwanie to jedno wielkie koło interesu i z wami musi być podobnie.<br />
- Nic mi nie przychodzi do głowy. W sumie będzie to miła odmiana, po doglądaniu pieczęci i przewidywaniu kiedy to się wszystko sypnie.- westchnął ponuro Vincent.<br />
- A zakładasz, że się sypnie w przeciągu stulecia?<br />
- Zakładam że może się sypnąć w każdej chwili. - przyznał mag, drapiąc się po podbródku. - Całe miejsce to ciągły konflikt dwóch przeciwstawnych sił i istnieje tylko dlatego, że są one w równowadze. Wystarczy jednak że szala się przechyli i wszystko sypnie się jak domek z kart.<br />
- Jakich sił? I co wtedy się stanie?<br />
- Entropii i Statyki. Na moje oko… centrum tego szpitala to zamrożona w czasie i przestrzeni eksplozja? Coś tragicznego emanuje ze środka. Nie jest to moje poletko, więc więcej w tym zgadywania niż… dowodów.- wyjaśnił Vincent.<br />
- Więc trzeba innych magów zaalarmować!<br />
- Ależ oni wiedzą o tym doskonale. - odparł Vincent ćmiąc papierosa.- Niestety dawno minęły dni naszej chwały. Wiara śpiących w magię nie jest już tak potężna jak kiedyś. I nikt nie chce ryzykować skóry, by rozwiązać problem który nie przyniesie mu zysku. To jak śmierdzące jajo… lepiej podrzucić je komuś innemu, niż samemu się nim zająć.<br />
- Ale jeżeli to niebezpieczne i może zagrażać poza Stillwater...<br />
- To jest niebezpieczne i może zagrażać… tak naprawdę trudno mi ocenić skalę zagrożenia. Poza tym, że pewnie jest duże. - przyznał Vincent. - Niemniej ani Fundacje, ani koterie wampirze, ani nawet stada wilkołaków nie są organizacjami charytatywnymi. A i mało który mag, wampir czy wilkołak jest chętny narażać swoje życie dla dobra ogółu. A likwidacja tego punktu zapalnego nie będzie ani łatwa, ani bezpieczna… i z pewnością nie przyniesie nikomu prestiżu.<br />
- Ale chyba jest opcja, że by się i na nich rozszerzyło, prawda?<br />
- Nie wiem. Wiem, że na razie jest pod kontrolą… jak ten sarkofag na elektrowni atomowej Ukrainie. Ten w Czarnobylu.- wzruszył ramionami Vincent drapiąc się po podbródku. - Po prostu… czasem się zastanawiam czy to moje pieczęcie trzymają wszystko w ryzach. Czy może robią za placebo.<br />
- A jak by wyglądało gdyby puściły? - zapytała z ciekawością.<br />
- Prawdopodobnie efekt rozszerzałby się na coraz większy obszar. Eksplodował lub implodował.- zaczął rozważać cicho mężczyzna. - Tak naprawdę to nie wiem. I szczerze powiedziawszy, żeby dowiedzieć musiał zaryzykować wejść do niego… i mieć na tyle szczęścia by się wydostać cały i zdrowy.<br />
- Powinni się inni tym zainteresować, chyba że magom nie zależy, aby ludzi w niewiedzy trzymać jak nam?<br />
- Czasami ignorancja bywa błogosławieństwem. Ostatnie czego nam potrzeba, to banda amatorów grzebiąca przy tym, na czym się nie znają. - stwierdził sarkastycznie Vincent. - Pół biedy jeśli się sami zabiją, gorzej jeśli wywołają jakąś reakcję łańcuchową w szpitalu. Coś, czego mógłbym nie być w stanie okiełznać.<br />
- Więc tym bardziej trzeba coś zrobić by nikt nieświadomy w to nie wlazł i nie wyrządził szkód, co się do Nowego Jorku aż rozszerzą!<br />
- Tylko w nocy szpital jest niebezpieczny. Za dnia można po nim łazić bez żadnego ryzyka.- wyjaśnił jej mag. I spytał patrząc jej wprost oczy.- A kto niby miałby coś zrobić? Ja? Ty? Ta grupka entuzjastycznych młodzików z salonu gier? A może Tremere. O nie… tylko nie Tremere. Wolałbym, że ci cosplayerzy Zakonu Hermesa nie mieszali się w to… w końcu mówimy tu o prawdziwym Paradoksie, wymagającym prawdziwej magyi a nie kuglarskich sztuczek.<br />
- Ale przecież w Nowym Jorku są magowie z tą... magyą. - silnie zaakcentowała słowa - Loża i ci inni. Jeżeli wyleje się przez twoje bariery to ich też może zaboleć.<br />
- Owszem… acz jesteś gotowa zaufać Loży? Twój mistrz zaufał i jak na tym wyszedł?- zapytał retorycznie Vincent.<br />
- Są też ci spoza Loży. - przypomniała - Co mamy z nimi akcję wywołać.<br />
- Technokracja przede wszystkim jest tam siłą równą Loży. A ci spoza Loży których znamy, to dobre dzieciaki i ich opiekunowie pewnie coś potrafią. Niemniej nie miej złudzeń. Likwidacja tego zagrożenia to coś może przerosnąć i mnie i mentorów tych dzieciaków. Poza tym… nie mam pieniędzy na taką akcję.- wzruszył ramionami Vincent.<br />
- Może moi by mieli fundusze.<br />
- “Moi”?- zapytał mag.<br />
- Wampiry. Jeżeli byliby skorzy, bo to w sumie zagrożenie i dla Stillwater. - szepnęła.<br />
- Taaaa… wampiry. Z tego co wiem o waszej rasie to hojność nie leży w waszej naturze. Ani poświęcenie.- odparł ironicznie mag.- Jesteś młoda i niedoświadczona i biedna. Toteż nie wiesz jakimi sknerami są stare wampiry. Poza tym…- westchnął smętnie.-... moja rodzima Fundacja nie należy do biednych czy słabych. Skoro więc nie zdecydowała się na coś więcej niż tylko opanowanie sytuacji w nadziei, że problem sam się rozwiąże, to oznacza że definitywne jego rozwiązanie jest bardzo kosztowne i bardzo ryzykowne.<br />
- Mówię o wampirach ze Stillwater. To będzie ich osobiście dotykać.<br />
- Nie mam zbyt wiele kontaktów w Nowym Jorku. Ale nic nie szkodzi popytać. - zastanowił się mag.- Aczkolwiek bym na wiele nie liczył. Ryzyko jest ogromne. Tego chyba nie da usunąć z zewnątrz. Trzeba wejść do środka w nocy.<br />
- Nie liczę. Jestem w końcu małym paproszkiem na tej szachownicy czy coś... - wzruszyła ramionami - To kiedy jutro następna randka? Gdzie mnie zabierzesz?<br />
- Nie wiem. Pomyślimy. Pewnie w Nowym Jorku. Pewnie odwiedzimy jakichś miejscowych magów przy okazji.- zastanowił się Vincent.<br />
- Niiiiby nie powinnaaaam... Ale jakby robię zadania dla Joshuy to się da wymigać, szczególnie jeżeli do magów się zajdzie. - powiedziała niewinnie.<br />
- Pojedziesz ze mną, więc traktuj to jako wymówkę. Poza tym, gdyby chcieli cię ukarać z tego powodu to już by to zrobili. - wzruszył ramionami mag. - Najwyraźniej nikomu na tym nie zależy.<br />
- Nie płaczę przecież. - uśmiechnęła się - Ciekawe czy rycerz skończył z półkami na książki dla Nadii, czy ona wciąż krzyczy na biedaków.<br />
- Rycerz?- zapytał zdziwiony mag.- Mówisz o twoim… Toreadorze?<br />
- Zgadłeś, dokładnie o nim! - pokiwała głową - Ten urokliwy młodzieniec pamięta czasy rycerstwa.<br />
- Wiem o tym. - przyznał Vincent.- Mam swoje kontakty wśród twojej rasy. Wiem co nieco o okolicznych wampirach.<br />
- To co wiesz o mnie? - uśmiechnęła się słodko kładąc brodę na dłoniach.<br />
- Podopieczna Tremere, którego zamknięto w “wieży” za konszachty z magami i wywołanie kryzysu. Jedna z tych zagubionych duszyczek, które zwykle lądują wśród anarchów lub w kanałach. Tobie udało się uniknąć obu tych możliwości. Jesteś wygodna dla wielu osób, bo teoretycznie poza ich systemem kastowym.- zaczął mówić LaCroix. - Wolnym elektronem, któremu można zlecić dowolne zlecenia. I… którego można usunąć bez robienia rwetesu w jednym z klanów, jeśli zajdzie taka potrzeba.<br />
- Takie to okrutne! - zachichotała.<br />
- Takie jest życie. Pod całym humanitarnym bełkotem o człowieczeństwie… jesteśmy drapieżnikami walczącymi o miejsce na szczycie piramidy.- odparł filozoficznie mag.<br />
- Czy magowie też mają Piramidę jak Tremere mają? - zapytała z ciekawością.<br />
- Zakon Hermesa ma… choć od czasu powstania Technokracji część praktyk zarzucono, a i hierarchia i więzi osłabły poza Europą. Bo w Europie stare zasady trzymają się mocno, a mistrzowie domów trzymają resztę za pysk. W Stanach jest nieco luźniej, członkowie zakonu są bardziej lojalni wobec fundacji niż wobec domów. Ja na przykład jestem członkiem Domu Fortunae, a wampiry Tremere były kiedyś jednym z domów Zakonu Hermesa. Domem Tremere. I Piramida krwiopijców wzorowana jest na starych tradycjach Zakonu.- wyjaśnił Vincent.- Natomiast inne Tradycje… tu już bywa różnie. Ale zdecydowanie nie są tak sztywne jak mój Zakon i Klan twojego mistrza.<br />
- Tradycje? To inne domy Hermesa?<br />
- Tradycje to nie to samo co Domy. Tradycje to konkretne koncepcje odmiennie podchodzą do samej magyi. Jak Verbena bawiąca się kociołkami niczym wiedźma, czy twoja znajoma hakerka… z pewnością Wirtualna Adeptka. -  zaciągnąwszy się papierosem mężczyzna dodał.- Domy to frakcje wewnątrz Zakonu Hermesa. Inne Tradycje są zbyt luźno zorganizowane by mieć wewnętrzne partie polityczne walczące o władzę. Mamy Dom Flambeau, Dom Janissary, Dom Fortunae, Dom Tytalus, Dom… nie pamiętam pozostałych. Są dla mnie przeznaczenia, bo nie mają przedstawicieli w Fundacji której członkiem jestem.<br />
- Więc... Tremere... byli domem, tak?<br />
- Bardzo samodzielnym… z tego co jest zapisane w tekstach.- przyznał Vincent. - Z ambitnym przywódcą, który wybrał dość drastyczny sposób na przedłużenie swojego życia. Wampiryzm. Nie będę zanudzał cię szczegółami, bo w zasadzie nie są nam znane. Te informacje są ukryte w archiwach tego klanu i w pamięci tych Kainitów którzy byli świadkami upadku tych magów i narodzenia się tych wampirów. Dla nas historia domu Tremere jest przestrogą przed nadmiernym zawierzeniem we własne możliwości i łamaniem zasad w imię własnego ego.<br />
- Tremere na pewno tego ego nie stracili. - zachichotała... jakby wampiry ogólnie go nie miały.<br />
- Nie wiem ile prawdziwych Tremere dotrwało do naszych czasów.- wzruszył ramionami Vincent. - A ile zostało dorekrutowanych ze zbuntowanych magów, byłych uczniów i każdego, kto w ich oczach miał potencjał. Wampiry mogą być i długowieczne, ale nie są nieśmiertelne… a Tremere mają więcej wrogów niż przyjaciół.<br />
- Są nieśmiertelni... tu chodzi o brak niezabijalności. - uśmiechnęła się trochę rozbawiona.<br />
- Nie znam żadnego prawdziwego Tremere. Żadnego z tamtych czasów, więc nie wiem jacy oni byli.- Vincent zgasił dopalającego się papierosa w popielniczce na stole. - Więc trudno mi wnioskować jacy byli. A są… “tajemniczy” w wyjątkowo dziecinny sposób.<br />
- Polubiłbyś Nadię gdybyś z nią dłużej poprzebywał.<br />
- Może… wygląda na to, że jest jeszcze dość młoda by pamiętać jak to jest być magiem. - odparł z uśmiechem Vincent.- Ale z czasem pewnie zapomni. Mimo atutu nieśmiertelności nie chciałbym być w jej sytuacji.<br />
- I inni Tremere jej w sumie nie lubią, a ona ich. - zachichotała - Ja ją lubię, choć złośnica. I jej magia jest... inna?<br />
- Nie wiem. - przyznał Vincent. - Tremere nie są wylewni jeśli chodzi o ich “magię” krwi.<br />
Mag gestami palców zaznaczył jak umownym jest tu termin “magia”.<br />
- Tremere głównie są znani z krzesania ognia z powietrza... ona robi coś... z urządzeniami elektrycznymi.<br />
- Elementarne sztuczki… wszystko to Siły. - stwierdził sceptycznym tonem mag.<br />
- Ona potrafi odblokować jakieś urządzenie po prostu magią!<br />
- A ty robisz sztuczki z cieniami, a William jest bardzo szybki, a Nosferatu są niewidzialne… moc krwi można wykorzystać na wiele sposobów. - Vincent jakoś nie wydawał się zafascynowany zdolnościami Nadii.<br />
- Czy wszyscy magowie są tak przeraźliwie nudni jak ty teraz? - Ann wydawała się zirytowana jego brakiem zainteresowania.<br />
- Jeśli chodzi o magię Tremere, to tak… większość z nas jest tak nudna. Bo Tremere nam nie imponują. - wyjaśnił Vincent i sięgnął po karty tasując je. - Ja nie potrafię krzesać ognia z powietrza, ani używać elektryczności, ani zamieniać wody w lód. Moja magyia może więc ci się wydawać nudna, bo mało widowiskowa. A prawda jest taka, że uważam ten obszar manipulowania rzeczywistością za… bardzo prostacki. Wolę bardziej subtelne podejście do tematu.<br />
- Ja po prostu jeszcze nie słyszałam o Tremere robiących taką magię jak ona.<br />
- To co uważa się za ich specjalizację to manipulacja krwią we własnym ciele  i w innych. To jest de facto podstawowa dziedzina ich mocy… inne są pochodnymi.- wyjaśnił Vincent i wyciągnął dwie karty. Położył je na stoliku… tuż przy bukiecie kwiatów. Przekręcając jedną z nich sprawiał, że natychmiast więdły. Przekręcając drugą… budził je do życia.<br />
- Czy ty odczyniasz nekromancję? - zapytała zaskoczona.<br />
- Nekromancja to… pusty termin.- machnął ręką Vincent.- Weźmy martwe ciało… możesz je “ożywić” siłami i sterować niczym marionetką, możesz przyzwać ducha… jakiegokolwiek ducha i po prostu opętać zwłoki. Niemniej jeśli cię interesują zombie to tam skąd pochodzę najczęściej zombie nie robi się z martwych tylko z żywych. Kapłani voodoo używają specjalnych toksyn, by pozbawić ofiarę wolnej woli i wprowadzić w pseudokatatoniczny stan. Jeśli zaś pytasz czy mogę zmienić wampira w żywą istotę to… nie. Nie potrafię. Nie znam nikogo, kto by potrafił.<br />
- Po prostu myślałam, że tylko Giovanni mogą być nekromantami... czy to znaczy, że według twoich standardów są magami?<br />
- Już ci przecież powiedziałem, czemu Tremere tak zaborczo strzegą swoich sekretów. To samo dotyczy Giovanni. Ich sztukę może opanować każdy wampir, teoretycznie przynajmniej. To wszystko jest we krwi. A wedle waszych legend ostatecznie ścieżka krwi prowadzi do jednego wspólnego przodka… Kaina. Tak więc cokolwiek umie jeden Kainita, drugi… teoretycznie może się nauczyć. Teoretycznie, bo nikt nie ma smykałki do wszystkiego. A co do… magów.  Tremere nie władają prawdziwą magyią, a Giovanni tym bardziej nie. - stwierdził ironicznie Vincent.<br />
- Ale umieją przyzwać duchy! To nie jest magia?<br />
- Są różne sposoby na obdarcie kota ze skóry.- wzruszył ramionami mag.- Jeśli każdy nadnaturalny efekt definiujesz jako magię to tak. To jest magia. Także i twoje sztuczki z cieniem, to też magia. Zadowolona?<br />
- Nie, bo mówisz to tylko bym się odczepiła, a tak nie sądzisz. - burknęła - Nie wiem jak sama krew może coś takiego zrobić. - powiedziała pokazując jak tak naprawdę sama nie wie co i czemu umie robić.<br />
- Moja definicja magyi to naginanie rzeczywistości do moich potrzeb. Zmiana reguł, a nie dostosowanie się do nich jak robią to czarownicy. Tych możesz uznać za magów. Czarują dostosowując się do zasad i… są niebezpieczni dla siebie i otoczenia. - odparł Vincent ignorując fakt, że to nie czarownicy zmienili stary psychiatryk w “tykającą bombę”.<br />
- Jak niebezpieczni? Tak jak jest teraz zakład psychiatryczny?<br />
- Tam rządził infernalista… sądząc po tekstach raportów z archiwów. Możliwe nawet, że Nephandi. Możesz mi wierzyć, że przy takich przeciwnikach… my magowie ściągamy rękawiczki. I ryzyko paradoksu staje się wtedy racjonalną ceną za zniszczenie takiego gada. - wyjaśnił cicho Vincent zimnym tonem głosu.- Gdy spotkasz Nephandi… to albo zabij go szybko, albo uciekaj jeszcze szybciej. Trzeciej opcji nie ma.<br />
- A kto to jest Nephandi? - zapytała bez zrozumienia czemu tak się tym przejmuje.<br />
- Nephandi to magowie z wypaczonymi awatarami. - wyjaśnił Vincent i sięgnął po kolejnego papierosa.- Ich cel to deprawacja… wszystkiego. Są źli dla samego zła i bardzo potężni… tym bardziej, że nie krępują ich żadne więzy moralne, żaden rozsądek. Są… jak… Baali u wampirów. Tyle, że nie są legendą jak oni, tylko faktem.<br />
- Czczą Szatana? - zapytała zdziwiona.<br />
- Czczą, paktują i wiążą się z demonami i innymi demonicznymi bytami.  Szatan jest tylko jedną z dostępnych opcji. Przechodzą przez rodzaj bramy do piekieł podczas inicjacji i powracają odmienieni. - wyjaśnił Vincent przy okazji dedukując. - Przypuszczam, że czczą i paktują z tym, co spotkali za tym portalem do czeluści.<br />
- Po co to robią? Też dla nieśmiertelności?<br />
- Są źli dla samego zła. Spaczeni mentalnie. Żaden z nich nie jest nieśmiertelny. A przynajmniej nie słyszałem o takim przypadku. Torturują ludzi dla własnej przyjemności. Jest w nich trochę z Tzimisce, ale… z Tzimisce możesz negocjować i ich sadystyczne zapędy tych wampirów są… bardzo ludzkie niestety. Im Nephandi staje się potężniejszy tym mniej w nich człowieczeństwa.- wyjaśnił posępnie mag. - Przypuszczam, że nawet mitycznym Baali bliżej do wartości ludzkich niż potężnym Nephandi.<br />
- Czyli są źli od narodzin?<br />
- Niektórzy tak. Inni zostają przemienieni przez tych… pierwotnych.- przyznał Vincent. - Nie będę ci mieszał głowy terminologią i szczegółami, bo w zasadzie nie jestem specjalistą w tych kwestiach. Moja wiedza jest dość powierzchowna.<br />
- I jeden jest w szpitalu?<br />
- Jeden był w szpitalu. - przyznał Vincent i zamyślił się.- O szczegóły powinnaś zapytać kiedyś Williama lub Joshuę. Byli wtedy na miejscu. Z pewnością znają tamtą historię lepiej niż ja.<br />
- I była wtedy walka magów? - zapytała z ekscytacją.<br />
- Tak twierdzą raporty. Te nieliczne które mamy.- odparł mężczyzna zapalając papierosa.- Raporty oparte głównie na słowach świadków. Bo żaden mag nie wyszedł z tego szpitala żywy.<br />
- William i Joshua po prostu byli publiką?<br />
- Nie wiem…- wzruszył ramionami Vincent.- Jedyne co dostałem do przeczytania to parę suchych dokumentów, a  nie szczegółowych opowieści. Znam tylko ogólne fakty, a nie detale.<br />
- To na pewno Williama i Joshuę zapytam. - spojrzała w stronę wyjścia - Powinnam już chyba sprawdzić czy poganiaczce niewolników zrobili już remont i czy tylko na półkach się skończyło.<br />
- Ja też muszę już wracać. Potrzebuję snu.- przypomniał jej Vincent.<br />
- Ale jutro tu będziesz?<br />
- Mhmm…- potwierdził mag. - Będę tu.</p>
<p dir="auto" style="text-align:right"><img src="https://i.imgur.com/K83nHlA.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Idąc znów do biblioteki Ann zauważyła wychodzącego z niej Toreadora. Najwyraźniej, albo skończył naprawiać, albo znudziła mu się zabawa stolarza.<br />
- Willi! - Ann podbiegła do wampira - Jak stolarka?<br />
- Skończyliśmy. Miło było popracować fizycznie. Czuję że mam wenę. - rzekł wesoło mężczyzna.<br />
- To świetnie. Nadia dużo krzyczała?<br />
- Nie. Za to dużo klęła pod nosem.- wzruszył ramionami wampir.- Sama jest sobie winna. Powinna podchodzić do swoich obowiązków poważnie i dbać o swoje leże.<br />
- Mówiłeś jej to?<br />
- Cenię swoje gardło. I nie chciałbym jutrzejszej nocy spędzić na jego odrastaniu.- zażartował William.<br />
- Czy ty aby nie jesteś silniejszy od niej?<br />
- … prawdopodobnie silniejszy…- przyznał Toreador mimochodem.<br />
- Więc czego się jej boisz? - puknęła go łokciem w ramię.<br />
- Nie boję się. Acz rycerzowi nie wypada uderzyć damy. -  wytłumaczył William.<br />
- Nawet jak pierwsza zaatakuje?<br />
- Nawet wtedy. Zresztą takie drobne rany wypada mężnie znosić. Bądź co bądź trzeba nieźle się natrudzić, by naprawdę wyrządzić szkodą wampirowi. - wytłumaczył jej Toreador.<br />
- Przecież może też o dumę chodzić.<br />
- Duma jest… przereklamowana. - odparł cicho William.- Płaciłem jej cenę zbyt często, by jeszcze ją cenić.<br />
I ruszył do samochodu.- Noc już późna. Wracamy do domu?<br />
- Jak zawsze... Kiedyś mogłam chociaż siedzieć nocami aż do rana i nie przejmować się czasem...</p>
<p dir="auto" style="text-align:center"><img src="https://i.imgur.com/lUIJIjQ.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/post/7256</link><guid isPermaLink="true">https://forum.rolltelling.pl/post/7256</guid><dc:creator><![CDATA[Zell]]></dc:creator><pubDate>Fri, 15 May 2026 15:20:12 GMT</pubDate></item><item><title><![CDATA[Reply to Sezon 2.2 on Sun, 08 Feb 2026 19:14:55 GMT]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto">Koszmary… znajome uczucie zamknięciu w trumnie. Pogrzebania żywcem.<br />
Koszmary nawiedziły ją tego dnia z wyjątkową intensywnością. Dlatego chwilę po pobudce była zdezorientowana. I nie wiedziała gdzie się znajduje. Pokój bowiem był obcy… zaniedbana klitka przypominające nowojorskie nory dla narkomanów. Odrapane ściany, pokryte kilimami wyszywanymi w hipisowskie i buddyjskie znaki. Stare łóżko, skrzypiące i niewygodne. Koce na łóżku. Goły tyłek. Chrapanie. Okno zabite deskami i uszczelnione by nie wpuszczać światła. Zapach tanich kadzideł maskujący nutki marihuany, tytoniu i uryny.<br />
Jeż śpiący w najciemniejszym kącie. Stary brudny dywan na podłodze… Goły… tyłek.<br />
Klepnęła odruchowo. Poruszył się… bo należał do żywej osoby. Wczorajszego posiłku, chyba…<br />
No tak. Ann została w melinie Garry’ego na noc. Dlaczego? Wspomnienia z wczorajszej nocy powoli wracały. Wczoraj starła się z Sabatem. Cóż, bardziej to Larry i szeryf się starli, a ona głównie kibicowała i złomowała auto. Fajna zabawa.<br />
Ann przeciągnęła się przypominając, że wczoraj Larry przyniósł tu Kainitę. Co prawda Garry oceniał, że “Nowy” dojdzie do siebie w dwie noce to przecież mógł się mylić. Może już czuł się lepie…<br />
Komórka się odezwała. SMS.</p>
<pre><code>Hej. Musimy pogadać. Odezwij się jak najszybciej.
Raze.
</code></pre>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/post/2626</link><guid isPermaLink="true">https://forum.rolltelling.pl/post/2626</guid><dc:creator><![CDATA[Abishai]]></dc:creator><pubDate>Sun, 08 Feb 2026 19:14:55 GMT</pubDate></item><item><title><![CDATA[Reply to Sezon 2.2 on Tue, 03 Feb 2026 21:08:03 GMT]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto"><img src="https://i.imgur.com/rT1FjWB.png" alt="text alternatywny" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<h1><a class="anchor-offset" name="ann-paige"></a>Ann Paige</h1>
<h6><a class="anchor-offset" name="annabelle-baudelaire"></a>(Annabelle Baudelaire)</h6>
<p dir="auto">.</p>
<p dir="auto">Wampirzyca patrzyła zaskoczona.<br />
- To nie żart jakiś, prawda? - założyła ręce na piersi - Wy naprawdę chcecie, abym ogarnęła Larry'ego? Abym utrzymała go w miejscu, w jakim pewnie nie będzie chciał być? Dobrze rozumiem? Czy kołek będzie?<br />
- Lubi cię. Na swój sposób. Wykaż się manipulacją Lasombry. - rzekł żartobliwie William opierając dłonie o blat.- W ostateczności postrasz telefonem do szeryfa jak nie będzie grzeczny.<br />
- Też go lubię... - westchnęła - Spróbuję, spróbuję. Co on w ogóle zrobił? Zmasakrował budynek, zęby pokazał? I co mu grozi?<br />
- Lukrecja grozi mu rachunkami i obdarciem ze skóry. To na pewno.- zaśmiał się Blake. - Pobił się z nowojorskim Toreadorem i trzeba przyznać… mocno go sprał. Przy okazji obaj mogli nieco za bardzo odsłonić przed śmiertelnymi. Na szczęście sytuację udało się opanować na miejscu z pomocą sugestywnego użycia dyscyplin. Niemniej Larry wie, że stąpa po cienkim lodzie więc powinien wierzgać za bardzo.<br />
- Toreadora? Serio? - parsknęła śmiechem - Nie sądziłam, że taki macho was widzi za coś wartego sprania.<br />
- Pokłócili się przy stoliku. Zdaje się że Larry i ten goguś dobrze się znają. Nie znam szczegółów niestety.- machnął ręką William. - Problemu z tego nie będzie. Ów Kainita nie jest mi znany, więc pewnie nie ma szerokich pleców w Domenie Księcia.<br />
- Więc nikt nie spróbował dowiedzieć się czegoś więcej o tej drace?<br />
- To delikatna sprawa.- przyznał William.- I Larry i tamten nie chcą o tym mówić. Jedyne co wiem, to że pokłócili się w kwestii wspólnych interesów. A oboje wiemy, jakie interesy prowadzi Larry.<br />
- Gdyby nie randka z magiem to pewnie bym widziała akcję naocznie... Taka zabawa ominęła. - westchnęła teatralnie.<br />
- Rzadko jest okazja zobaczyć wkurzoną Lukrecję wymachującą Thompsonem i klnącą po włosku i w paru innych językach.- zaśmiał się William.<br />
- A ona jest urocza jak się złości. - zachichotała.<br />
- Niewątpliwie.- odparł William i uśmiechnął się.- Pociesz się tym, że Książę jutro zleci mi pilnowanie Larry’ego. Będziesz miała całą moją chatę dla siebie.<br />
- Czy on grzecznie w celi teraz siedzi?<br />
- Jeśli ma trochę oleju w głowie to tak.- przyznał Toreador.- A przypuszczam, że ma.<br />
- Bo ja za nim biegać nie mam zamiaru…<br />
- Jak go nie będzie na miejscu, dzwoń do szeryfa. - poradził jej William.</p>
<hr />
<p dir="auto">Ann już się przygotowywała na problemy jakie zastanie na posterunku. Jechała swoim samochodem wymieniając w myślach wszystkie tragiczne scenariusze jakie mogły ją spotkać... i starając się wymyślić wszystkie możliwości wyjścia z tej afery cało.<br />
Budynek posterunku policji w Stillwater był parterowy i długi. Jedno duże pudło z dwoma parkingami. Jeden do ogólnego użytku, drugi policyjny. Gdy Ann dojeżdżała zaczął padać śnieg prósząc delikatnie. Światła na posterunku i wokół niego się świeciły. Nie dostrzegła żadnych rozbitych okien czy rozwalonych samochodów. Dobry znak.<br />
Bezklanowa szybko zaparkowała i ruszyła do środka posterunku. Miała nadzieję, że jednak Brujah jest okiełznany. Nie była tak szalona, aby uważać, że dałaby mu radę w walce jeden na jeden i nie miała zamiaru tego sprawdzać... Najpierw musiała zapytać o niego i odnaleźć cele.<br />
Na razie trafiła na znudzonego policjanta w recepcji. Przyjrzał się jej podejrzliwie, pocierając kciukiem mały wąsik pod nosem. Wydawał się jej znajomy, ale… Ann nie miała pojęcia skąd. Nie przyglądała się szczególnie miejscowym śmiertelnikom.<br />
- W czym pomóc?- zapytał mężczyzna.<br />
- Szeryf na posterunku czy patrolu? - zapytała od razu.<br />
- Szeryf w domu, zastępca szeryfa na patrolu. Jak zawsze. On nie potrafi usiedzieć na miejscu.- wyjaśnił mężczyzna. No tak. Joshua nie był nominalnie szeryfem. Jego “żona” była. On był zastępcą.<br />
- Przyjechałam po znajomego jaki wczoraj narobił burdy w mieście i go zgarnęliście. - wyjaśniła nie próbując dalej ciągnąć tematu szeryfa - Jest już do odebrania? Larry Dukes.<br />
- Super. Baliśmy się, że zostanie dłużej. Zdjęłaś mi kamień z serca.- policjant odetchnął z ulgą. - Pierwsze drzwi na prawo i w dół. Cela nie jest zamknięta.<br />
- Grzeczny był czy robił problemy?<br />
- Na razie nie robił. Ale… - rzekł policjant. - Jak zacznie się nudzić.<br />
- To teraz moim kłopotem będzie... - westchnęła i poszła wedle wskazówek śmiertelnika. Och, Larry...</p>
<hr />
<p dir="auto">Za drzwiami były schody prowadzące do piwnicy, w której pewnie były specjalne cele. Bądź co bądź te na parterze były oświetlone. Schodząc po schodach Ann słyszała gwizdanie dochodzące z dołu.<br />
Ann skierowała się w stronę dźwięku nie próbując nawet ukryć odgłosu własnych kroków.<br />
Gwizdanie nie zostało przerwane, nawet gdy się pojawiła w polu widzenia. Larry siedział nonszalancko na pryczy w otwartej celu. Jedyne co świadczyło o wczorajszych wydarzeniach to jego poszarpane ubranie.<br />
- Co tam? Jak książę planuje dać mi po łapkach? - zapytał z uśmiechem.<br />
Ann weszła do celi i stanęła bliżej Larry'ego.<br />
- Przyszłam cię stąd zabrać, robimy oficjalną ucieczkę, co ty na to?<br />
- Jak dla mnie może być.- Kainita wstał i przeciągnął się, aż stawy zatrzeszczały. - Strasznie tu nudno. I ghule księcia chodzą przy mnie na paluszkach.<br />
- A czego się spodziewałeś? - pokręciła głową - Jesteś niestabilnym pojebem i musisz sobie z tego sprawę zdawać. I dziwisz się reakcjom ghuli?<br />
- Jestem wojownikiem. - odparł Brujah z uśmiechem.- Nie moja wina, że jestem częścią ginącego gatunku zastępowanego przez lalusiów.-<br />
Wyszedł z celi. - To co teraz, robimy rozwałkę aż do wyjścia z posterunku?<br />
- Nie tym razem. Konie puścisz innym razem, ogierze. - zażartowała - Zabieram cię do twojego warsztatu, gdzie masz szlaban przesiedzieć.<br />
- Areszt domowy? Dziecinada.- zamarudził ruszając przodem i w sumie zachowując się jak smarkacz który… dostał karę od rodziców. -  Lepsze to niż danie głowy pod topór.<br />
- Nie wiem czy to nie tylko tymczasowe, a on wymyśli coś później więcej. - zasugerowała zmierzając do swojego samochodu - Po co biłeś Torka? To żadne wyzwanie.<br />
- Bo się mu należało. Ten cyrk na złomowisku… to jego wina. To on spaprał sprawę.- odparł butnie Brujah ruszając za nią.<br />
- Jak to on? Co takiego zrobił? Kto to w ogóle?<br />
- Nie domyśliłaś się? On zajmuje się sprawami handlowymi. Siedzę tutaj, więc ktoś inny musi mi naganiać klientów i dogadywać interesy.- wzruszył ramionami Kainita. - Jest pośrednikiem między moją pustelnią a kryminalnym światkiem Nowego Jorku.<br />
- To co w sumie zrobił, że do tego do tego doprowadził?<br />
- Nie znam szczegółów, nie obchodzą mnie wymówki… tylko rezultaty. A tym rezultatem była strzelanina. Fajna zabawa, ale… niedobra dla interesów. Więc go trochę potarmosiłem za karę… byłoby lżej, gdyby się nie stawiał.- wzruszył ramionami Larry dochodząc do auta i zażartował.- To teraz kochanie do mnie czy do ciebie?<br />
- Do ciebie, skarbie. - wpuściła Larry'ego na fotel pasażera, sama wchodząc za kółko - Ale żałuję, że tego nie widziałam. Wkurzona Lukrecja z Thompsonem?<br />
- Jak na kogoś kto w Camarilli robił za księgową potrafi być straszna. Nie bardzo wierzę w jej średniowieczny rodowód, ale w to że za życia nie była potulnym dziewczęciem… - zaśmiał się Larry. -... tego jestem pewien. Gdybyśmy wtedy się spotkali, poleciałbym na taką laskę jak ona.<br />
- Ważne, że ją to bawi, ale serio aż tak straszna? Na pewno jest dość zabawna jak się złości! - zaśmiała się rozpalając silnik.<br />
- Lukrecja w jednym była szczera. Jest Włoszką aż do szpiku kości. I tak jak wszystkie Włoszki jest bardzo emocjonalna. A w chwilach gniewu szałem dorównuje Brujah.- zaśmiał się Larry.<br />
- Jak dla mnie jest po prostu nadętym, rozpieszczonym dzieciakiem. Nie widziałam jej personalnie w walce, więc w moim spojrzeniu płacze, jak złamie paznokieć!<br />
- Jest starsza od ciebie i ode mnie.- przypomniał jej Larry z uśmiechem.- I choć pozuje na wielką damę, to jest kobietą ulicy. Wiem to, bo i ja się wychowałem na ulicy. Lukrecja to twarda babka, wbrew pozorom.<br />
- Nie mów mi, że ty tak bardzo szanujesz wiek. - parsknęła kierując samochodem w stronę warsztatu Larry'ego - Kto jak kto, ale ty raczej nie stajesz na baczność przed starszym wampirem tylko z powodu jego metryki śmierci.<br />
- Mam swoją dumę. - zaśmiał się Larry i dodał. - Mogę stawiać się szeryfowi i każdemu innemu Kainicie, ale nie mam złudzeń. Stare wampiry są twarde. Wampiry które przetrwały to co ona… też. Inni spiskowcy nie żyją, ona zaś tak. Książę musiał mieć jakiś powód. I nie była to lit…-<br />
Jego wypowiedź przerwał dzwoniący telefon Ann.<br />
Łamiąc przepisy prawa drogowego Ann złapała za telefon by go odebrać, jedynie kątem oka patrząc na wyświetlony numer. Joshua.<br />
- Już go wiozę, już wiozę. - odezwała się jak zostało nawiązane połączenie.<br />
- To wieź na most, ten na którym się tłukliśmy z Tzimisce. Sabat wrócił. Przyda mi się pomoc. Teraz.- usłyszała w odpowiedzi.<br />
- Taaa jest! - Ann szybko wyłączyła telefon i nagle wykręciła samochodem - Jedziemy na rozróbę, Larry! Sabat wrócił! - zachichotała naciskając gaz.<br />
- Jak miło z ich strony. Masz jakąś spluwę dla siebie?- zapytał Larry uśmiechając się drapieżnie.<br />
- A ty masz? Bo ja tylko podstawową pukawkę.<br />
- Działo numer jeden i działo… numer dwa.- Larry dumnie uniósł ręce w górę napinając muskuły. - Więcej mi nie potrzeba.</p>
<hr />
<p dir="auto">Gdy Larry i Ann nadjechali, to mieli przed sobą scenę wypadku. Jeden samochód wbił się w drzewo, dwa inne zostały staranowane przez radiowóz. Pośrodku tego chaosu był Joshua unikając uzbrojonych w maczety mężczyzn wyjących jak dzikie zwierzęta i kilka sporych wilków. Byli szybcy… ale on był szybszy od nich i celnie strzelał z obrzyna rozrywając śrutem brzuch jednego z napastników.<br />
Ann nacisnęła gazu, aby z piskiem opon zatrzymać się przed walczącymi i otworzywszy drzwi krzyknąć wskazując na sabatnikow.<br />
- Bierz ich, Larry!<br />
Wampirowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wyskoczył z auta z triumfalnym rykiem i pognał na sabatników. Wilkowi który skoczył ku niemu urwał łeb nie zatrzymując się nawet.<br />
Ann niezbyt spieszyło się wejść w środek tej walki. Na pewno nie w sposób w jaki wskoczył Larry. Ponownie nacisnęła gaz i ruszyła na najbliższych sabatników z zamiarem staranowania ich.<br />
Wyminęła Brujaha, ale tylko dlatego że zwarł się w walce z dwoma przeciwnikami. Rozpędzona uderzyła w dwóch Sabatników. Jeden koziołkując odleciał do tyłu. Drugi z połamanymi nogami wbił się pazurami w maskę. Widziała jego twarz przed sobą, oczy gorejące wściekłością i szaleństwem. Ten tutaj oddał się szałowi Bestii.<br />
- Zwierzę... - mruknęła do siebie z odrazą wymalowaną na twarzy. Nagle zatrzymała samochód i szarpnęła jadąc do tyłu z nadzieją, że ten oszalały wampir spadnie z maski.<br />
Nie spadł, trzymał się mocno wbijając pazury w metal i wspinając się ku Ann za przednią szybą. Wampirzyca widziała jak z jego ust kapie krwawa jucha, ale w swoim szaleństwie Sabatnik nie przejmował się utratą cennej Vitae. Za sobą słyszała odgłosy śrutówki i triumfalne ryki Larry’ego. Jej sojusznicy jeszcze żyli.<br />
Ann nie zakładała, że jakaś dzicz z Sabatu zabiłaby tych dwóch Brujah. To byłoby nie do pomyślenia, tak naprawdę. Bardzo poniżające. Niemniej ten na jej masce zaczynał działać jej na nerwy... W takich momentach żałowała, że jej umiejętności nie są tak bojowo zabójcze, jak te Brujah czy Tremere.</p>
<p dir="auto">Znowu wcisnęła gaz do dechy i wykonała ruch, jaki byłby samobójstwem dla każdego żyjącego. Na tym pędzie otworzyła swoje drzwi i wyskoczyła poza samochód pozostawiając maszynę pędzącą bez kierowcy z rzepem na masce. Auto walnęło z wampirem o drzewa i zapaliło się. Zakleszczony na masce Kainita nie zdołał uciec z pożaru. Ann przetoczyła się po śniegu i rozejrzała się. Wilki były martwe. Larry urywał głowę kolejnemu wampirowi nie przejmując się tym, że pazury kolejnego przeciwnika zraniły jego tors. Brujah szalał z uśmiechem na twarzy, całkowicie poddając swoim instynktom. Joshua był bardziej metodyczny… ale nie mając już amunicji używał obrzyna jak maczugi.<br />
Ann… nie zwróciła ich uwagi, poza jednym. Tym którego zmieniła w latający kołowrotek. Podniósł się on już z ziemi i nie przejmując złamaną prawą ręką ruszył ku niej wyjąc upiornie niczym jakiś wilk? Ann zauważyła coś jeszcze, coś kryło się w cieniu drzewa. Jakaś sylwetka. Dostrzegła jej spojrzenie i znikła.<br />
Tu był ktoś jeszcze? Ann nie miała czasu nad tym myśleć za bardzo... Szczerze to nie miała ogólnie czasu. Brujah byli blisko, ale zajęci walką. Ona stanęła oko w oko z kimś, komu jeden na jeden w równej walce nie miała szans dać rady. Nie miała też szans uciec. Potrzebowała dać sobie trochę czasu z dala od wzroku wampira i spróbować się odsunąć z miejsca. Nie miała ani takich mocy jak jej dwaj towarzysze, ani broni jak miał Joshua, aby martwym robić krzywdę. Chociaż sekunda...<br />
Ann spróbowała utworzyć kawałek ciemności, jaki objąłby teren, gdzie znajdował się przeciwnik. Nie udusi się w nim, ale straci ją z oczu i będzie mogła się skryć.<br />
To się jej udało… aczkolwiek do jej uszu dotarła odpowiedź na jego dźwięki. Wycie wilków.<br />
Niemniej póki co, na obecną chwilę ów Sabatnik nie stanowił problemu.<br />
Bezklanowa pamiętała co robił Garry... i pewno wycie sabatnika miało podobny cel. Wołał wsparcie głuszy? Ann postanowiła zniknąć z oczu atakujących i okryć się otoczeniem roślinności. Pusta przestrzeń na moście nie wydawała się dobrym miejscem, nieważne co Larry by sądził…<br />
Wsparcie jakie przywołał wampir, nie było na szczęście szczególnie imponujące. Ot, sfora wilków. Te ruszyły ku wampirom, ale… nagle coś je wstrzymało. Inne wycie, głośne i groźniejsze…  ryk wilkołaka.<br />
Na to już tym bardziej Ann skryła się wtulona plecami w pień drzewa. Będzie ciekawie oglądać, na pewno nie być na drodze…<br />
Przyzwane wilki rozpierzchły się w panice. Niedobitki Sabatu przyglądały się z zaskoczeniem jak [url=https://i.pinimg.com/originals/c6/93/e6/c693e6e4b123de8f878775b4a1faff4a.jpg] szarżujący wilkołak[/url] gnał w kierunku rozróby. Skąd tu się wziął? Po co przybył? Po czyjej był stronie?<br />
Na pewno nie Sabatu. Wampir który wyrwał się w końcu z bąbla ciemności pierwszy natknął się na wilkołaka, by po chwili stracić obie ręce i głowę…. zmiażdżoną szczękami samozwańczego obrońcy głuszy. Wilkołak ruszył z rykiem na ostatnich członków Sabatu, a ci rzucili się do ucieczki.<br />
- Hej! To moi…- wrzasnął Larry, ale niewiele zdążył zrobić, gdy wilkołak dopadł i rozerwał pierwszego, a potem szybko zajął się drugim. - Skąd on się… ty…-<br />
Wskazał na szeryfa.- To twoja wina, prawda?-<br />
- Zadzwoniłem do Garry’ego… a Garry… do swoich futrzanych przyjaciół.- przyznał Joshua chwytając się za bok i dysząc ciężko. Sabat może i nie zdołał zabić żadnego z Brujah, ale z pewnością ich szpony zdołały ich mocno wykrwawić. Kto wie, jak dalej potoczyłaby się ta bitwa.<br />
- Jeden umknął... - odezwała się Ann zrzucając z siebie niewidzialność i idąc w stronę szeryfa - Ale on po prostu obserwował walkę, nie brał udziału.<br />
Szeryf pokręcił w zaprzeczeniu głową i podszedł do jednego z zabitych Kainitów, sięgnął do ucha wyjmując z niego słuchawkę.<br />
- Wprost przeciwnie. On kierował całym zajściem. Pewnie jakiś Lasombra, może Ventrue, ewentualnie Nosferatu. Tzimisce i Brujah mają za duże ego, by kierować bitwą z ukrycia.- wyjaśnił sarkastycznie rzucając przedmiot na ziemię.<br />
Wilkołak w swojej dzikiej formie podszedł do trójki wampirów mówiąc warkotliwie. - To chyba wszyscy… ostatnio… jest ich jakby więcej. Poza naszym terenem, ale blisko granicy. Więc… uważajcie na siebie. Mimo wszystko, wolimy was.<br />
Ann chciała już coś odpowiedzieć szeryfowi, gdy wilkołak zaczął warczeć... mówić do nich. Spojrzała na górującą nad nimi sylwetkę i uśmiechnęła się nerwowo.<br />
- Naprawdę doceniamy to. - odparła wyobrażając sobie siebie rozrywaną tymi szponami.<br />
- Sprawdźmy czego tu szukali.- zaproponował szeryf wskazując na jeden z rozbitych samochodów. - Ten pojazd ścigali.<br />
- Wiemy kto był w środku? - zapytała Ann.<br />
- Właściwie to nie wiemy. - odparł Joshua. - Nie zostałem powiadomiony o żadnej wizycie… z drugiej strony. Kierunek z którego jechał… hmm… tam są tylko osady anarchów.<br />
- Myślisz, że Sabat by na kogoś z nich polował czy to przypadkowe i uciekał w naszą stronę?<br />
- Myślę, że to wszystko wygląda…- ocenił szeryf podchodząc do wozu. -... podejrzanie. Daleko się zapuścili goniąc…<br />
Otworzył drzwi i przyjrzał się.- …tego Kainitę.<br />
- Skąd wiesz, że to Kainita? - zapytała patrząc do środka wozu.<br />
- Bo śmiertelnik nie przeżyłby tego wypadku.- stwierdził Joshua wyciągając z wozu białowłose zwłoki o zmasakrowanej twarzy, zmiażdżonej klatce piersiowej i połamanych nogach. Które to łypały jednym całym okiem i charczały plując ciemną krwią próbując coś powiedzieć.<br />
- Ma kły… wampir. Ok, bierzcie go do Garry’ego… niech o napo…- Joshua spojrzał na auto Ann, obecnie majestatycznie dymiące i strzelające płomieniami spod maski.- Cholera… Larry bierz truposza i biegnij z nim do Garry’ego.-<br />
- Spaliłem dużo krwi na tych…- zamarudził Brujah.<br />
- I spalisz jeszcze więcej. Bierz trupa i bierz się do roboty!- warknął szeryf rzucając trupa w ramiona Larry’ego. A ten… pognał błyskawicznie przez las.</p>
<p dir="auto">- Może to jakaś pułapka? - Ann odezwała się, gdy zniknął Larry - Lub po prostu jakaś ich zabawa w mordowanie się nawzajem.<br />
- Dowiemy się jutro.- przyznał Joshua. - Nawet jeśli napoimy go dzisiaj, przesłuchać będziemy mogli jutro.-<br />
Wilkołak podszedł do nich i rzekł. - To ja już… wracam do swoich.-<br />
Po czym odwrócił się i idąc zmieniał postać, opadł na cztery łapy coraz bardziej stając się nadnaturalnie dużym wilkiem. I w takiej postaci pognał na tereny swojego plemienia.</p>
<p dir="auto">Ann patrzyła za czmychającym lupinem.<br />
- Ty byłeś w Sabacie. Musisz mieć jakieś przypuszczenia bazując na doświadczeniu.<br />
- Dawno temu i nigdy nie dowodziłem. Byłem jak ci tutaj… - wskazał na zwłoki leżące dookoła nich. - Wykonywałem rozkazy.-<br />
Sięgnął po telefon i zaczął wystukiwać numer.- Jedno co wiem, to to że nie jesteśmy ważni. Celem Sabatu jest Nowy Jork, a nie jakaś mała mieścina na jego obrzeżach.</p>
<p dir="auto">Wampirzyca sama wzięła swoją komórkę i wybrała numer Nadii.<br />
- O co chodzi. Czego ode mnie chcesz?- Tremere odezwała się dość szybko, podobnie jak rozmówca szeryfa. Bo Joshua zaczął wydawać polecenia przez telefon. - Dwa wozy pomocy drogowej, z trzy karawany. Mamy tu mały karambol do uprzątnięcia.<br />
- Nie mam pewności czy byłabyś w stanie... - zaczęła niewinnie i schyliła się po rzuconą słuchawkę - Ale czy byłabyś w stanie zrobić swoją magię zlokalizować urządzenie, z jakim nawiązywało kontakt inne?<br />
- Nie wiem. O jakim urządzeniu mówimy? O jakiej sytuacji? W co znowu się wpakowałaś?- zapytała Nadia.<br />
- Czemu od razu mnie oskarżasz? Sabat był i pomagałam Księciowi i Larry'emu. - odparła z udawanym oburzeniem - Mam słuchawkę, do której ktoś nadawał sabatowcom.<br />
- Hmmm… czyli odbiornik?- chwila ciszy.- Pokaż przez kamerkę.<br />
Niedługo później przesłała obraz ze swojej taniej komóreczki.<br />
- W razie co mogę też zobaczyć czy nie ma więcej takich przy ubitych.<br />
- Nie potrzebuję obrazu… potrzebuję ten obiekt widzieć. Przystaw do kamerki i czekaj.- westchnęła Nadia, co też i Ann wykonała wedle poleceń, starając się jak najlepiej przedstawić obraz na kamerce.<br />
Po chwili coś zaiskrzyło w trzymanej przez Ann słuchawce.<br />
- Nic z tego… za prymitywne urządzenie. I nieaktywne. Sabat już go nie używa. Nic nie mogę zrobić. - przyznała z niechęcią Nadia.<br />
Caitiffka mruknęła niezadowolona.<br />
- Miałam nadzieję, że tak uda mi się odnaleźć szefa tej gromady, co nam czmychnął... No nic. I tak jesteś kochana.<br />
- Pewnie porzucił sprzęt. Ja bym to zrobiła na jego miejscu. - stwierdziła zamyślonym głosem Nadia. - Jutro go znajdziemy… może… a skoro już zadzwoniłaś, to już wiem co chciałaś zlokalizować. I jutro natrę ci uszy.<br />
- Jesteś niezastąpiona. - stwierdziła radośnie.<br />
- Oczywiście że tak. A ty nieroztropna. Spotkanie z czarnym wilkołakiem niczego cię nie nauczyło.- westchnęła w odpowiedzi Tremere.<br />
- To jutro pogadamy.<br />
- Do jutra. I uważajcie tam na siebie.- odparła Nadia.</p>
<p dir="auto">Szeryf zwrócił się do Ann.- To gdzie cię podwieźć?<br />
- Do Williama... choć będzie problem, jako że nie mam już samochodu. - westchnęła - Czy coś więcej grozi Larry'emu za imprezkę u Lukrecji?<br />
- To zależy od tego jak szerokie plecy ma Toreador którego pobił.- przyznał Joshua. - Nie ode mnie. Jeśli nie będzie nacisków z Nowego Jorku, to mały areszt domowy powinien dać naszemu Brujah ochłonąć. Zresztą po dzisiejszej akcji, będzie marudził o złagodzenie kary, a ja nie będę miał argumentów przeciw takiej decyzji.<br />
- I dobrze! - odparła zadowolona - Czy Lucii z Thompsonem naprawdę wygląda tak groźnie?<br />
- O tak. To twarda babka, wbrew pozorom.- zaśmiał się Kainita.<br />
- Przecież on nie bił jej miejsca, tylko Torka. Co takiego zrobił?<br />
- Zdemolowali cały bar… doszczętnie rozbili wszystko. Toreador nie dał się potulnie bić po gębie i trochę odgryzł. - odparł Joshua.<br />
- A ona taka biedna, że nie ma na naprawy i nie ma na pewno ubezpieczenia. - ironizowała.<br />
- Nawet jeśli biedna nie jest, to Róża jest jej oczkiem w głowie. - odparł Joshua. - Kocha swoją małą domenę bardziej niż swoje córki.<br />
- A ma całą jedną córkę. I czy Stwórcy zazwyczaj nie "kochają" swoich Dzieci?<br />
- Ma jedną wampirzą i kilka ghulic.- wyjaśnił Joshua i podrapał się po karku.- A to jak stwórcy podchodząc do potomków… eeemm… to zależy od klanu i osobistych zapatrywań. Jak się domyślasz Wllliam do swoich podchodzi bardzo… emocjonalnie. Ja bardziej praktycznie, a Lukrecja… jest gdzieś pośrodku. Tyle że nie potrafi okazywać swoich uczuć. Poza gniewem o różnych stężeniu. Wścieka się, irytuje, dąsa…- dodał żartobliwie.<br />
- Póki nie zobaczę jej siły będę ją widziała jako płaczliwą damulkę. - stwierdziła dumnie - Widziałam tylko jak zadziera noska i ma fochy, a walki jedynie efekt końcowy.<br />
- Nie mów że cię nie ostrzegałem. - mężczyzna ruszył w kierunku radiowozu. - Spodziewałem się, że twoja ciekawość popchnie cię do Garry’ego.-<br />
- Na piechotę za Larrym? - szła za Księciem.<br />
- No coś ty… podwiózłbym.- rzekł w odpowiedzi Joshua.<br />
Wampirzyca wyraźnie się rozpromieniła.<br />
- Więc na co czekamy? Zobaczmy co znaleźliśmy! Myślisz, że to jeden z nich? Zabawę odwalali czy jakaś podpucha?<br />
- Mówisz o tym wampirze, którego próbowali… zabić?- podchodząc do swojego wozu. - A bo ja wiem. To oczywiście możliwe. Nie wiem czemu mieliby go gonić przez nasz teren w tym celu. Równie dobrze może to być Anarch. Albo kolejny Ravnos.<br />
- A czy to takie rzadkie, by Sabatowcy byli tak jebnięci, aby na swoich polować? - zapytała podśmiewając się.<br />
- Na naszym terenie? Tak. To bardzo rzadkie.- przyznał wampir siadając za kółkiem wozu.- Jeśli już tu się zapuszczają to w postaci zdyscyplinowanych sfor, pod duchowym przewodnictwem Lasombr. Wiedzą, że tereny Camarilli to nie miejsce na spory.<br />
- Duchowym? - Ann wskoczyła na miejsce pasażera - No nie mów mi, że tam mają kółka różańcowe i byłeś w chórku.<br />
- Sabat nie bez powodu nazywany jest sektą. W ich mniemaniu to my jesteśmy głupcami, podczas gdy oni walczą z nadejściem apokalipsy. Czyli przybyciem naszych starych…- zaśmiał się Joshua ruszając. -... pierwszych w linii Kainitów. I nie ma tu miejsca na kółka różańcowe… to bardziej pseudoreligijne pranie mózgu i indoktrynacja.<br />
- Opowiedz mi więcej o Lasombrach. - naciskała z wielkim zainteresowaniem dziecka - Nie miałeś z nimi wiele kontaktów, ale musisz wiedzieć więcej.<br />
- Miałaś kiedyś taką koleżankę, która była przeciętnej urody… była też plotkarą i lubiła napuszczać inne dziewczyny na siebie nawzajem? - zapytał retorycznie Joshua. -To są właśnie Lasombra w pigułce. Intryganci działający w cieniu innych. Nigdy na świeczniku… od tego mają swoje “kukiełki”.<br />
Pokiwała głową ze zrozumieniem.<br />
- Jeżeli nigdy na świeczniku... to czemu są ważni w Sabacie? To się przeczy.<br />
- Ech dziewczyno… nie każdy jest Ventrue. Nie każdy potrzebuje do życia prestiżu. Lasombra to wampiry pragnące władzy. Im wystarczy, że ostatecznie oni o wszystkim decydują. Ustami podstawionych wodzów. Lasombra nie są królami, oni królom doradzają.- wyjaśnił Joshua.<br />
Milczała przez chwilę.<br />
- W sumie brzmi ciekawiej niż to co słodka Luci chce…<br />
- Lukrecja chce tylko wrócić na salony Nowego Jorku. Jej już nawet na władzy nie zależy. - zaśmiał się szeryf. - Tylko na przyjęciach. -</p>
<hr />
<p dir="auto">W zimie hippisowska komuna Gangrela była zdecydowanie spokojniejsza. No bo nie dało się urządzać dzikich narkotyczny orgii brodząc po kolana w śniegu. Niemniej po wejściu do środka chatki Ann poczuła charakterystyczne zapaszki i została rozebrana z wierzchniej odzieży przez półnagą india…indyj… ciemnoskórą niewiastę o egzotycznej urodzie i zamiłowaniu do koralików. Sądząc po spojrzeniu była na haju lub pijana, lub jedno i drugie.<br />
Ann uśmiechnęła się półgębkiem do naćpanej ghulicy... bo wątpliła, by Garry nie doprawiał dodatkowo narkotyków.<br />
- Gdzie jest Garruś?<br />
- Lord Garrykus… zajął się nowymi. Masterus Mięśniakus przytargał jakiegoś biedaka. I jest karmiony… zmarzł wielce… rogi mu urosły.- zachichotała kobieta nie do końca trzymając się rzeczywistości.- Lord Garrusus… siedzi w swojej loży.<br />
Caitiffka pokiwała głową z głębokim zrozumieniem.<br />
- Ty się pogrzej z innymi byś i ty nie zmarzła. - powiedziała i ruszyła ku... loży... Gangrela.</p>
<hr />
<p dir="auto">Im bliżej była tym bardziej do jej uszu wwiercała się kocia muzyka grana na jakimś.. strunowym instrumencie. Jak się okazało otoczony mgiełką narkotycznych oparów Garry niemiłosiernie brzdąkał na jakimś egzotycznym instrumencie z  grubsza przypominającym gitarę. Otoczony był przez grupkę fanów i fanek zbyt naćpanych by byli w stanie zorientować się jak brutalnie ich guru torturuje dobry gust muzyczny.<br />
Ann podeszła ku Gangrelowi w jakimś dość zwiewnym kroku tanecznym robiąc wokół niego kółka, aż zarzuciła mu ręce na szyję od tyłu.<br />
- Och, lordzie Garrrrrrusussss... - wymruczała podekscytowanym głosem młodej dziewczyny.<br />
- Hej… słyszałem, że mieliście sprzeczkę z Sabatem.- rzekł na powitanie Garry odrywając się od gry.<br />
- Noo. Nawet zabawnie było, choć mój samochód do kasacji. A jak ten co przyniósł Larry?<br />
- Jak ofiara wypadku. Człowiek by nie żył. Ten… w dwie noce na pewno poskłada się do kupy. Może szybciej. - ocenił Kainita.<br />
- Tak długo? - mruknęła niezadowolona - Nie można go na siłę napoić, aż do porzygu?<br />
- Nie ma w tej chwili twarzy. - odparł ze śmiechem Garry i wzruszył ramionami. - Trzeba odczekać, zresztą ta noc powoli się kończy więc długo do następnej czekać nie będziesz.<br />
- Larry jeszcze tu jest?<br />
- Tak… bieganie wyczerpuje siły. Zwłaszcza bieganie z taką prędkością. Spalił sporo krwi. Oczywiście napoił się… Linda i Cathy go napoiły, ale wiesz… - wzruszył ramionami wampir.- Larry ma słabą głową, a Linda i Cathy… nie.-<br />
- No nie mów, że ten wariat pić nie umie? - szczerze się zdziwiła.<br />
- Każdy ma swoje słabe strony… Larry najwyraźniej nie radził sobie z alkoholem za życia.- zaśmiał się Garry.<br />
-A gdzie ja mogę w takim razie spać?<br />
- Nie martw się. Mam mnóstwo specjalnie przygotowanych sypialni.- Gangrel wstał i ruszył ku Ann.- Chcesz jakąś przekąskę przed snem? Opowiadaj, jak wam poszła walka? Larry gadatliwy nie był.<br />
- Ja wykorzystałam siłę mojego auta, aby dać przejażdżkę i jednocześnie rollercoaster Sabatnikom. Nie wystawiałam się na zagrożenie, bo i po co? - zachichotała okrutnie.<br />
- Każdy walczy po swojemu.- odparł z uśmiechem Garry i dodał.- Mam nadzieję, że szkolenie Larry’ego coś ci dało. Że uczyniło cię twardą, bo cóż… śmiertelnicy źle znoszą przejażdżki na zderzaku, ale wampiry… są wystarczająco wytrzymałe.<br />
- Tego zapoznałam z ogniem płonącego samochodu.<br />
- Taka technika walki wymaga szybkiego wzbogacenia.- zaśmiał się Garry.- Samochody sporo kosztują.<br />
- Ten i tak mi poorał karoserię. Uparty nie chciał przestać wczepiać się w moje auto.<br />
- Pewnie Gangrel antitribu.- ocenił Kainita.- Niektórzy potrafią wysuwać porządne pazurki.<br />
- Jak teraz tak myślę to przypominało to zachowanie dzikiego kota uczepionego powierzchni, jaka go od zwierzyny oddziela. Nie mogłam go zrzucić za nic, więc po prostu zniszczyłam samochód z nim przypiętym do niego. - zastanowiła się - Obserwował całą walkę jeszcze jeden, ale się nie przyłączał, tylko zniknął między drzewami, jak się zorientował, że został zauważony. Ten jeden umknął jatce.<br />
- W Sabacie zawsze tak jest. Niby panuje tam większa równość niż u nas, a tak naprawdę są ci którzy manipulują i ci którzy są manipulowani. W Camarili przynajmniej wszyscy gramy w otwarte karty. No… cóż… w teorii. Ale przynajmniej porządek dziobania jest jasno określony.- zaśmiał się Garry.<br />
- Więc... Nie martwisz się, że taki Sabat ci zwierzaka ubije dla zabawy? Czy jednego z twoich hipisów?<br />
- Cóż…- zastanowił się wampir. - Umrą też z powodu chorób, starości, wypadków. Wieczna strata jest ceną za życie wieczne.<br />
- Więc... co z przekąską? I czy będzie doprawiona?<br />
- Niestety… tak. Ale za to może być ładna. Lub ładny.- zaproponował Garry.</p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/post/2432</link><guid isPermaLink="true">https://forum.rolltelling.pl/post/2432</guid><dc:creator><![CDATA[Zell]]></dc:creator><pubDate>Tue, 03 Feb 2026 21:08:03 GMT</pubDate></item></channel></rss>