<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" version="2.0"><channel><title><![CDATA[Gormalesh Pluskwą zwany]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto">Blaszek jest dwieście czterdzieści.</p>
<p dir="auto">Wiszą w stróżówce przy Bramie Cedrowej, na haczykach wbitych w dębową ramę, szesnaście rzędów po piętnaście. Każda wielkości paznokcia kciuka, mosiężna, wytarta do połysku przez cudze palce, z wybitym numerem. Kto wchodzi do Parku Hesperyd, dostaje jedną. Kto wychodzi, oddaje. O zachodzie rama ma być pełna i dopiero wtedy przekręca się klucz do bramy.</p>
<p dir="auto">Bram było kiedyś kilka. Pozostałe zamurowano tak dawno, że po trzech poznaje się już tylko wnęki w murze, a po czwartej nic. Do parku wchodzi się i z parku wychodzi jednym otworem i to jest jedyny powód, dla którego rachunek blaszek w ogóle ma sens.</p>
<p dir="auto">Rama pełna, brama zamknięta. Tak się to tutaj mówi i tak to stoi w instrukcji, której nikt tu nie czytał, bo każdemu czyta się ją na głos przy przyjęciu, raz, i uważa się to za wystarczające.</p>
<p dir="auto">W Stubramiu za porządek na ulicy nie płaci miasto. Płaci dzielnica. To jest pierwsza rzecz, którą trzeba zrozumieć, i nikt jej nowemu nie tłumaczy, bo wszyscy uważają, że to oczywiste. Hesperydy stać. Hesperydy mają astynomów w mundurach koloru zieleni, blaszki liczone dwa razy dziennie i stróżówkę z piecem, w której zimą naprawdę jest ciepło. W innych dzielnicach jest różnie. Na przykład w Kurzawie, tam na zachodzie, gdzie wiatr nanosi pył i mur się sypie, ma co najwyżej trzech pijaków i dzwon na alarm. Stukramie, wielki targ w dole, ma ciche porozumienie z gildiami złodziei z Podmiasta i wszyscy udają, że go nie ma.</p>
<p dir="auto">Astynom. Tak się nazywa to stanowisko. Słowo jest stare i znaczy mniej więcej „ten od porządku". Tydzień służby, tydzień wolnego - czy to na odpoczynek, czy bardziej awanturnicze życie. Żołd wypłaca skarbnik dzielnicy, w srebrze, bez opóźnień. Robota jest nudna. Nuda jest Pluskwie znajoma, i to nie jest ta znajomość, która przychodzi po trzech miesiącach stania w bramie. Jest starsza. Gdzieś już się tak stało, coś już się tak liczyło i tak samo nic się nie działo, i wtedy też było dobrze.</p>
<p dir="auto">Pluskwa celował wyżej.</p>
<p dir="auto">Podwoje to dzielnica koszar. Najczystsza w mieście i najmniej lubiana, jedno wynika z drugiego. Stacjonują tam prawdziwi rycerze w zbrojach barwy starego złota, a starsi z nich mają dwie twarze: jedną z przodu i jedną z tyłu głowy, obie takie same i tak samo żywe. Zakon Janusowy. Pilnują portali, przez które się do tego miasta wchodzi, i tych nielicznych, przez które da się wyjść.</p>
<p dir="auto">Pluskwie nie odmówiono. Przyjął go skryba, wysłuchał, zajrzał do rejestru. Potem wyjaśnił uprzejmie i bez pośpiechu, że do Zakonu przyjmuje się wybrańców lub obywateli, a obywatelem zostaje się po siedmiu latach pogłównego płaconego co kwartał, bez ani jednej zaległości, przy dwóch poręczycielach. Albo po jednej wojnie, jeśli się ją przeżyje. Powiedział, żeby przyszedł, kiedy termin minie, i to nie było kłamstwo. Nie padło ani jedno słowo o goblinach. Nie musiało.</p>
<p dir="auto">To i tak lepiej niż inne alternatywy. Jedna z nich nazywa się Ekskubitorzy, ale tak mówią o nich tylko urzędnicy. Na ulicy mówi się: Kubły. Nocna straż, opróżnianie szamb, walka z ogniem. Przyjmują wyłącznie tych bez obywatelstwa, siedem lat służby daje obywatelstwo i to jest trzecia droga obok podatków i wojny. Gaszą pożary. Wyciągają ludzi ze studni. Nad ranem zbierają z bruku to, co zostało po nocy. Wywożą trupy.</p>
<p dir="auto">Astynom w Parku Hesperyd brzmiał zdecydowanie lepiej. Nie ma pożarów. Nie ma szamb. Śpi się nocą. Trupy? Zdarzają się.</p>
<p dir="auto">Praca wygląda tak. O świcie otwiera się Bramę Cedrową i wiesza tabliczkę z zakazami, których jest cztery: nie śmiecić, nie nocować, nie rozpalać ognia, nie wchodzić w dzicz bez druida. Potem stoi się i rozdaje blaszki. Numer pierwszy idzie do starej kobiety z krasnoludzkiej rodziny, która przychodzi codziennie i codziennie mówi to samo o suszy. Potem idą dzieci, potem mamki z dziećmi cudzymi, potem dwóch młodych, którzy przychodzą osobno i wychodzą razem, i myślą, że nikt tego nie zauważył. W południe przychodzą czeladnicy z Miechów, którym kazano narysować liść. Po południu starcy, psy, ktoś z lutnią i bez talentu. Raz w tygodniu przychodzi coś, co nie ma nazwy w żadnym znanym mu języku i chodzi wyłącznie po lewej stronie alei.</p>
<p dir="auto">Nikt nikogo o nic nie pyta. Diabelstwo, niziołek, coś z trzema parami rąk, człowiek, elf, goblin... w tym mieście to nie jest temat. Połowa mieszkańców przyszła tu przez portale z odległych światów, druga połowa urodziła się z takich, co przyszli (często w wyniku naprawdę egzotycznych krzyżówek), i niewielu pamięta, skąd. Rozmawia się o pogodzie i o cenie mąki. Pluskwa rozumie ich wszystkich. Wspólny, krasnoludzki, elfi, jeszcze dwa, i nie pamięta, żeby się któregokolwiek uczył. Języków nie wynosi się z nauki, tylko z sąsiedztwa: z targu, z podwórka, ze stania obok kogoś przez lata. Ktoś stał obok niego przez lata. Nie pamięta kto.</p>
<p dir="auto" style="text-align:center"><img src="/assets/uploads/files/1789490338830-a2cc6249-bcd0-482c-87f7-9585fdc39781-image.jpeg" alt="a2cc6249-bcd0-482c-87f7-9585fdc39781-image.jpeg" class=" img-fluid img-markdown" /></p>
<p dir="auto">Park jest wielki i zielony, co w tej krainie jest rzadkością, jeśli wierzyć w opowieści tych żyjących na Zamurzu lub wracających stamtąd do miasta. Zielony nie znaczy jednak uporządkowany. Drzewa są tu starsze niż miasto albo przynajmniej tak wyglądają: pnie, których dwóch ludzi nie obejmie, korzenie wyłażące z ziemi grubymi pętlami, a pod nimi jamy, w których mieszka to, co zdążyło wejść pierwsze i utrzymać legowisko. Z konarów zwisają brody porostów. Między kamieniami rośnie paproć. Woda schodzi kaskadami po omszałym kamieniu i zbiera się w strumieniach na tyle wąskich, że da się je przekroczyć, i na tyle głębokich, że nie da się ich przebrnąć. Kwiaty kwitną tu wtedy, kiedy chcą, a nie wtedy, kiedy powinny.</p>
<p dir="auto">Ścieżki wyłożono płaskim kamieniem tak, żeby wyglądały, jakby leżały tu od zawsze. Kaskady schodzą po kamieniach, które ktoś dawno temu ustawił pod właściwym kątem. Mchowi wolno rosnąć wszędzie poza ścieżką. Drzewo, które padnie, zostawia się tam, gdzie padło, chyba że padło w poprzek alei. Dopiero kiedy się to zrozumie, widać, ile pracy kosztuje park, który udaje, że nikt go nigdy nie urządzał.</p>
<p dir="auto">Woda schodzi tu kanałami z łaźni pod wodospadem, ciepława, i przez to trawa trzyma się dłużej, niż powinna o tej porze roku. W tym roku kanały stoją niżej niż zwykle. Widać w nich dno, kamienie i rzeczy, które ktoś kiedyś wrzucił.</p>
<p dir="auto">Alejki są grabione co drugi dzień. Grabią je ogrodnicy w szarym płótnie, powoli, rzędem, po trzech, i kiedy nad wodą stoi mgła, widać z daleka tylko sylwetki, które suną obok siebie w równym tempie i nie odzywają się do siebie ani słowem.</p>
<p dir="auto">Coś w żołądku Pluskwy na ten widok odzywa się wtedy wcześniej niż myśl. Za każdym razem. Nie ma do tego obrazu ani imienia, jest tylko to, co zostaje, kiedy wspomnienie usunąć, a odruch zostawić, i ten odruch mówi jedno: oko, ręka, strzała, cięciwa!</p>
<p dir="auto">Nie, to są jednak ogrodnicy. Wiadomo, że to ogrodnicy.</p>
<p dir="auto">Otwarta część parku kończy się grabowym żywopłotem. Przez pierwsze pół mili jest strzyżony do wysokości piersi i nie ma w nim nic niepokojącego. Potem przestaje być strzyżony. Robi się wyższy niż człowiek na koniu, wrasta w siebie, gałęzie skręcają się w dół zamiast w górę, pojawiają się ciernie długie jak palec i rosnące w złą stronę. Za żywopłotem stoją drzewa, których nikt nie sadził, i stoją zbyt gęsto. Nikt ich nie podcina, nikt spod nich nie sprząta i nikt nie wchodzi tam z grabiami.</p>
<p dir="auto">Tę część nazywa się Stumilowym Lasem. Powiadają, że ciągnie się sto mil w głąb, a park mierzy ledwie ułamek tego. Mówi się, że to już nie jest ta sama sfera. Mówi się różnie.</p>
<p dir="auto">Stumilowym Lasem rządzą druidzi. Nazywa się ich Ladonitami. Miasto nie ma nad nimi żadnej władzy, oni nad miastem żadnej nie chcą i taki układ trwa już długo. Astynom pilnuje, żeby nikt nie wszedł w ciernie. To wszystko, czego się od astynoma oczekuje, i to jest jedyny zakaz z czterech, przy którym nikt nigdy nie dyskutuje. W razie naruszeń tudzież kłopotów, przy ścieżce, w miejscu gdzie żywopłot się zmienia, stoi słupek z mosiężnym dzwonem. Uderza się trzy razy i czeka na nadejście druida. Z reguły ktoś przychodzi, czasem nie.</p>
<p dir="auto">Dziś jest zwyczajny dzień pod koniec zwyczajnego tygodnia służby.</p>
<p dir="auto">Słońce stoi nisko nad Czarnymi Urwiskami i podchodzi do krawędzi. Liście schodzą z grabów, żwir jest mokry od popołudniowego deszczu, który padał przez dwadzieścia oddechów i przestał. Ostatni spacerowicze wyszli kwadrans temu, oddając blaszki jeden po drugim, i stara krasnoludka powiedziała to samo, co mówi codziennie, o suszy:</p>
<p dir="auto">— Sucho. Za sucho. Mój dziadek mówił, że jak kanały pokazują dno, to potem leje trzy miesiące i wszyscy nagle nie pamiętają, że narzekali na suszę. Nie doczekam.</p>
<p dir="auto">Brakuje czterech. Sześćdziesiąt jeden. Sześćdziesiąt dwa. Sześćdziesiąt trzy. Sześćdziesiąt cztery. Numery schodzą z ramy po kolei, od pierwszego rzędu w dół, więc cztery kolejne znaczą cztery osoby, które weszły razem, jedna za drugą, bez przerwy pomiędzy.</p>
<p dir="auto">Cztery blaszki to cztery blaszki. Ktoś poszedł między drzewa i nie wyszedł. Zdanie jest urzędowe i powinno ważyć tyle, ile waży zapis w rejestrze. Dla Pluskwy waży więcej. Nie wiadomo dlaczego i nie ma do tego twarzy.</p>
<p dir="auto">Podobne sytuacje w Parku Hesperyd zdarzały się już wcześniej. Pluskwa pamięta zawstydzonych kochanków, którzy przespali noc pod drzewem i jest pewien, że mieli z tego więcej kłopotu niż przyjemności. Kto nie odda blaszki do zamknięcia, ten i tak kiedyś wyjdzie. Być może.</p>
<p dir="auto">A jeśli się nie zgłosi, to rama jest niepełna, a niepełna rama idzie do rejestru dzielnicy. Z rejestru dzielnicy rzeczy zaginione i osoby zaginione idą dalej, a wracają przesłuchania, niewygodne pytania i żołd obcięty za niedbalstwo. Powtórzy taki numer drugi czy trzeci raz, to Kubły już niemal pewne.</p>
<p dir="auto">Ciernie i słupek z dzwonem są pół mili stąd.</p>
<p dir="auto">Do zachodu została godzina, może mniej. Klucz od Bramy Cedrowej leży na stole w stróżówce. Rama jest niepełna.</p>
<p dir="auto">Pluskwa musiałby wytężyć głowę, żeby przypomnieć sobie, kto tak właściwie przepadł w parku. Co zrobić? Zawiadomić druidów? Rozejrzeć się po parku na własną rękę? A może udać, że nic się nie stało, zamknąć bramę i... czas na upragnione wolne?</p>
<p dir="auto">(<em>Narrator: Wspomniane "wytężenie" głowy to będzie test INT (Investigation) DC 10. 1d20-1 = 5-1 = 4. Niepowodzenie.</em>)</p>
<p dir="auto">Pluskwa zamyka oczy i cofa dzień.</p>
<p dir="auto">Przedpołudnie wraca kawałkami i żaden z nich nie jest twarzą. Deszcz, który padał dwadzieścia oddechów. Mokry kamień pod łukiem bramy. Ktoś stał tam, przeczekując.</p>
<p dir="auto">Ręka pamięta więcej niż głowa. Cztery razy ten sam ruch: zdjąć haczyk, podać, zdjąć haczyk, podać, jeden za drugim, bez przerwy pomiędzy, bo nikt między nimi nie wszedł. Blaszki schodziły z piątego rzędu.</p>
<p dir="auto">I był dźwięk. Podkute buty na mokrym bruku. Dźwięk, którego przy Bramie Cedrowej nie słychać za często, bo ćwieki nabija się na trakt, a nie na spacer. Do tego coś długiego stuknęło o kamień odrzwi, raz, i ktoś to podniósł wyżej. Coś było ciężkie. Ktoś się przywitał. Ktoś nie.</p>
<p dir="auto">Tyle.</p>
<p dir="auto">Nie ma liczby butów ani wzrostów. Nie ma rasy, nie ma płci, nie ma ani jednego słowa, które wtedy padło. Sześć godzin temu, trzy kroki od niego, w pełnym świetle... i został z tego stuk, ciężar i cztery takie same ruchy ręki.</p>
<p dir="auto">Pewne jest jedno. Kto idzie w Hesperydy popatrzeć na liście, nie zakłada ciężkich butów na trakt.</p>
<p dir="auto">Słońce dotknęło krawędzi Czarnych Urwisk. Cień przeszedł przez żwir i podniósł się na pnie. Do zachodu została godzina.</p>
<p dir="auto">Klucz leży na stole. Rama jest niepełna.</p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/topic/377/gormalesh-pluskwą-zwany</link><generator>RSS for Node</generator><lastBuildDate>Sun, 20 Sep 2026 15:23:48 GMT</lastBuildDate><atom:link href="https://forum.rolltelling.pl/topic/377.rss" rel="self" type="application/rss+xml"/><pubDate>Tue, 15 Sep 2026 16:20:25 GMT</pubDate><ttl>60</ttl><item><title><![CDATA[Reply to Gormalesh Pluskwą zwany on Sat, 19 Sep 2026 20:26:02 GMT]]></title><description><![CDATA[<p>
                <button class="btn btn-primary extended-markdown-spoiler" data-bs-toggle="collapse" data-bs-target="#spoiler11942" aria-expanded="false" aria-controls="spoiler11942">
                    Spoiler <i class="fa fa-eye"></i>
                </button>
                </p><div class="collapse" id="spoiler11942">
                    <div class="card card-body spoiler"><p dir="auto">WIS (Survival) DC 12 = 14+5 = sukces!</p></div>
                </div><p></p>
<p dir="auto">Czterech. Wygnieciona trawa trzyma cztery osobne pasy, a przy samym pniu ściółka jest ubita na kształt, na którym ktoś siedział. Przyszli być może przed południem i siedzieli tu dłużej, niż trwa odpoczynek. Na tyle długo, żeby rozłożyć koc, zjeść i się nie spieszyć. Jeden nosił buty z ćwiekami i to on chodził najwięcej: jego ślad wraca do pnia cztery czy pięć razy, jakby czegoś szukał albo coś przynosił.</p>
<p dir="auto">Nikt inny do nich nie doszedł. Mech od strony kanału jest nietknięty, mech od strony alejki zadeptany. Wszystko, co się tu wydarzyło, szło w jedną stronę. I nikt tą drogą nie wrócił. Źdźbła są położone w dół zbocza, wszystkie, bez jednego wyjątku.</p>
<p dir="auto">Odeszli w stronę wody i odeszli jakby nagle. Nikt nie zwijał obozu. Wstali i poszli, a rzeczy zostały tam, gdzie leżały.</p>
<p dir="auto">Pod pniem leży zwinięty koc i drugi, rozłożony na ściółce. Obok plecak, otwarty, z klapą zarzuconą na bok. W środku suchary i solone mięso na dwa dni, pusty bukłak, zawinięta w płótno lutnia z popękanym pudłem, i skórzany zwitek z narzędziami: przecinak, młotek, cienkie dłuto, zwój drutu. Osłona latarni leży obok, blaszana, poczerniała od środka. Zakłada się taką, żeby przeciąg nie zgasił płomienia i żeby światła nie było widać z boku. Koców się nie znosi sto kroków od alejki po to, żeby je tu zostawić. Mieli tu wrócić.</p>
<p dir="auto">Lina jest przywiązana do korzenia buka, węzłem zaciągniętym mocno i sprawdzonym. Ktoś obciążał ją całym ciężarem. Biegnie sześć kroków w dół zbocza i tam się kończy. Koniec nie jest cięty. Jest rozstrzępiony na wszystkie strony, włókno po włóknie, jak sznur przetarty o krawędź kamienia. Sześć kroków dalej zbocze się urywa i zaczyna się kanał.</p>
<p dir="auto">I tu jest rzecz, która nie daje mu spokoju bardziej niż urwana lina. Pluskwa zna to miejsce. Przechodził tędy dziesiątki razy, na obchodzie, bo obchód idzie wzdłuż kanału i nie ma jak go ominąć. Zna ten buk. Wie, że po deszczu zbocze się osuwa i że kiedyś trzeba będzie coś z tym zrobić. Pod nim nie ma nic. Nigdy nie było.</p>
<p dir="auto">Kanał w tym miejscu jest po prostu kanałem: kamieniste dno, brzeg zarośnięty, woda sięgająca do pasa, kiedy stoi normalnie. Nikt nigdy nie mówił mu, żeby na to zakole uważać. W czterech zakazach na tabliczce przy Bramie Cedrowej nie ma nic o kanale. W instrukcji, którą przeczytano mu na głos raz, też nie było. Stali bywalcy narzekają na muchy i na to, że ławek jest za mało, a nie na dziury w ziemi. Nikt też nigdy nie kazał mu tu zaglądać częściej niż gdzie indziej. Więc albo tamci czterej wiedzieli o czymś, o czym nie wie astynom tego parku, a to znaczy, że dowiedzieli się tego poza parkiem, od kogoś z miasta. Albo tego czegoś do niedawna po prostu nie było widać. I dopiero teraz, kucając nad rozstrzępionym końcem liny, Pluskwa przypomina sobie, co stara krasnoludka mówi codziennie przy oddawaniu blaszki. Że tak sucho nie było od lat. Że zbiorniki i cieki wodne pokazują dno.</p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/post/11942</link><guid isPermaLink="true">https://forum.rolltelling.pl/post/11942</guid><dc:creator><![CDATA[Janusz Podziemi]]></dc:creator><pubDate>Sat, 19 Sep 2026 20:26:02 GMT</pubDate></item><item><title><![CDATA[Reply to Gormalesh Pluskwą zwany on Thu, 17 Sep 2026 06:55:05 GMT]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto" style="text-align:justify">Przeszukiwał park spokojnie, metodycznie, tak jak się to robić powinno. Co jakiś czas wołał zaginionych i nasłuchiwał odpowiedzi. Dość szybko zorientował się, że nie spodziewa się jej usłyszeć. Coś, być może intuicja, być może doświadczenie, mówiło mu, że nie odpowiedzą. Nie miał pojęcia, skąd się to wzięło, ale od początku zakładał, że przytrafiło się im coś złego, coś, co sami sprowokowali. Nie zastanawiał się nad tą myślą. Po prostu szukał, a miarą jego postępów były wydłużające się cienie. Nie przejmował się tym, że dzisiejsza dniówka może się przedłużyć. Lubił las i lubił ciemność. Na kolejne wołanie odpowiedziało tylko szemranie wody.</p>
<p dir="auto" style="text-align:justify">To nad strumieniem znalazł to, czego szukał. Ślad, wyraźny i świeży. Zmianę w znajomej przestrzeni. Nie musiał znać się na tropieniu, żeby go zinterpretować i zdecydować się za nim podążyć. Zszedł ze ścieżki, odruchowo przykucnął i przyjrzał się zgniecionym źdźbłom. Starał się odczytać, ile osób tędy przeszło, jak dawno, czy któraś z nich miała ćwiekowane buty i przede wszystkim, czy ktoś wrócił tą samą drogą. Już to kiedyś robił. Zadawał te same pytania i czytał odpowiedzi z podłoża tak jak urzędnik czyta je z dokumentów.</p>
<p dir="auto" style="text-align:justify">Podążał za śladem, ale nie szedł po nim. Poruszał się wolniej, żeby niczego nie przeoczyć. Nie poszli w stronę żywopłotu. Nie wiedział, czy się z tego cieszyć, czy nie. Gdyby weszli pomiędzy ciernie, stali by się problemem druida.</p>
<p dir="auto" style="text-align:justify">Chyba nie chcieli, żeby ktoś im przeszkadzał. Ta część parku nie należała do popularnych. Tam przy przewróconym buku. Koc, plecak, lina, osłona latarni. Leżały w absolutnej ciszy. Jakby wszystko, co żyje, wstrzymało oddech w napięciu, czekając na rozwiązanie zagadki. Pluskwa też się zatrzymał. Przez kilka sekund nasłuchiwał, patrzył nie skupiając się na rzeczach. Interesowała go cała scena. Starał się wyczytać z poruszonej ściółki, zdeptanego mchu i ułamanych gałązek, co tu się stało. Czy byli tu długo? Co robili? W którą stronę odeszli? Spotkali się tu z kimś? Dopiero potem podszedł bliżej, żeby przyjrzeć się detalom i porzuconym rzeczom. Do czego potrzebna im była lina? Czemu była urwana? Dlaczego wzięli ze sobą latarnię na spacer po parku za dnia. Co było w plecaku?</p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/post/11802</link><guid isPermaLink="true">https://forum.rolltelling.pl/post/11802</guid><dc:creator><![CDATA[Agape]]></dc:creator><pubDate>Thu, 17 Sep 2026 06:55:05 GMT</pubDate></item><item><title><![CDATA[Reply to Gormalesh Pluskwą zwany on Wed, 16 Sep 2026 19:58:08 GMT]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto">Obchód robi tak, jak się go robi. Altany, ławki, mostki. Zagląda pod krzaki, w których zwykle śpi ten, kto nie ma gdzie. Sprawdza jamy pod korzeniami, bo raz w jednej z nich siedziało dziecko i nie chciało wyjść.</p>
<p dir="auto">Woła. Za trzecim razem słyszy własny głos wracający znad wody, cieńszy, niż wyszedł. Nikt nie odpowiada. To jest pierwsza rzecz, która nie pasuje. Ludzie, którzy zagapili się w parku, odkrzykują. Zwykle z zażenowaniem, czasem z pretensją, ale odkrzykują. Cisza jest tylko wtedy, kiedy nikogo nie ma.</p>
<p dir="auto">Słońce jest już za pniami, kiedy dochodzi do zakola kanału, tam gdzie woda skręca i gdzie latem trzeba było pilnować, żeby dzieciaki się nie kąpały. Alejka idzie górą, wzdłuż brzegu. Żwir jest równy, zagrabiony przedwczoraj, wygładzony popołudniowym deszczem. Na długości czterech, pięciu kroków nie jest. Żwir jest rozgarnięty, rozrzucony w bok, i ktoś zszedł tędy z alei na trawę. Dziś, bo deszcz tego nie zdążył zamyć. Pluskwa nie musi umieć czytać śladów. Wystarczy, że wie, jak jego park wygląda, kiedy jest w porządku.</p>
<p dir="auto">Trawa poniżej jest wygnieciona szerokim pasem, jakby przeszło tamtędy kilka osób jedna za drugą. Pas prowadzi w dół, wzdłuż kanału. Nie w stronę żywopłotu, nie w stronę cierni. W głąb parku. W tę część, którą zna na pamięć i którą uważał za najnudniejsze pół mili w mieście.</p>
<p dir="auto">Sto kroków dalej leży stary buk, przewrócony dwie zimy temu i zostawiony tam, gdzie padł, bo nie padł w poprzek alei. Pod jego korzeniami ktoś się rozłożył. Zwinięty koc. Plecak oparty o pień, otwarty. Blaszana osłona latarni. Kawałek liny, jeszcze przywiązany do korzenia, ucięty albo urwany kilka stóp dalej. Nic z tego nie jest rzeczą, którą zabiera się na godzinę spaceru, i nic z tego nie jest rzeczą, którą się zostawia, jeśli się stąd odchodzi.</p>
<p dir="auto">Ptaków nie słychać. Nie przestały nagle śpiewać, tylko gdzieś po drodze, i Pluskwa nie umie powiedzieć, kiedy dokładnie.</p>
<p dir="auto">Słońce dotyka krawędzi Czarnych Urwisk górujących nad Stubramiem.</p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/post/11794</link><guid isPermaLink="true">https://forum.rolltelling.pl/post/11794</guid><dc:creator><![CDATA[Janusz Podziemi]]></dc:creator><pubDate>Wed, 16 Sep 2026 19:58:08 GMT</pubDate></item><item><title><![CDATA[Reply to Gormalesh Pluskwą zwany on Tue, 15 Sep 2026 20:13:11 GMT]]></title><description><![CDATA[<p dir="auto">Żył w tym pozbawionym wszelkiej logiki kłębowisku dziwadeł już prawie trzeci miesiąc. Nie było dnia, żeby coś go nie zaskoczyło, przestraszyło czy obrzydziło, często wszystko na raz. Przez pierwszy tydzień Trzewik przynosił mu ser i ogarniał miejsce do spania. Przez pierwszy tydzień miał nadzieję, że coś w jego pamięci zaskoczy i przypomni sobie, kim jest, skąd jest, jak się tu dostał i po co. Trzewik tłumaczył, że amnezja jest normalna, wszyscy ją mają. To jednak nie negowało tego parszywego uczucia, że czegoś mu brakuje, czegoś, co powinien mieć, bo należało do niego. Czasem miał wrażenie, że coś sobie przypomina, ale wspomnienia wyślizgiwały się w ciemną głębię niepamięci jak złapany ręką węgorz.</p>
<p dir="auto">Wracały w nocy. W koszmarach, z których budził się z krzykiem, zlany zimnym potem, a jedyne, co pamiętał, to uścisk lodowatych dłoni. Smród. Krzyki. Jakieś powykręcane ciała i twarze. Po takiej nocy gospodarz nie chciał go na kolejną, i stary niziołek musiał szukać mu innego miejsca. Po tygodniu został sam. Musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, jakoś się w tym tyglu niesamowitości odnaleźć. Chodził więc i pytał. Gdzie się dało. Najpierw w zakonie Janusowym. Dlaczego tam? Nie miał pojęcia. Może szukał czegoś znajomego? Nie znalazł. Widok rycerzy z dwiema twarzami sprawił, że mimowolnie się wzdrygnął. Wcale, a wcale nie chciał tak skończyć. Zajęło mu to kilka dni, ale wreszcie dotarło do niego, że nie liczyło się, co robi, ale to, gdzie to robi.</p>
<p dir="auto">Plan wyglądał następująco: zacząć od najbogatszej dzielnicy, wypróbować wszystkie opcje; w razie porażki przenieść się do nieco biedniejszej i powtórzyć proces, aż do skutku. O dziwo, udało mu się niemal od razu. Został astynomem w Parku Hestperyd. Jasne zasady, robota tak prosta, że żelatynowy sześcian by ogarnął, ogrzewana stróżówka, porządny mundur i dziw nad dziwami: tydzień pracy i tydzień wolnego. Pluskwa był naprawdę wdzięczny. Od tamtego czasu przepracował pięć tygodni. Poznał park, jego kręte ścieżki i stare drzewa, poznał ogrodników i stałych bywalców. Zaczynał czuć się jak u siebie. Wiedział, komu czytać regulamin, a komu nie. Wiedział, gdzie pokierować czeladników w zależności od tego, jakie rośliny mieli narysować. Wiedział, kiedy spodziewać się powrotu zakochanej pary i starej krasnoludki. Starał się do gości zagadać, dowiedzieć się od nich mimochodem czegoś o nich i o mieście.</p>
<hr />
<p dir="auto">Spojrzał na tablicę z miedzianymi blaszkami połyskującymi w świetle zniżającego się słońca. Cztery osoby weszły razem i jeszcze nie wyszły. Do zamknięcia została niecała godzina. Teoretycznie mieli jeszcze czas. Intuicja podpowiadała mu jednak, że gdyby mieli wyjść, to już by to zrobili. Próbował sobie przypomnieć, komu dał te numerki, ale pamięć zawiodła go po raz kolejny. Może nad całym miastem wisiało jakieś parszywe zaklęcie blokujące wspomnienia? Pamiętał tylko podute buty i jakiś ciężar. Pluskwa potrząsnął głową. To, jak ta czwórka wyglądała, nie miało większego znaczenia. Ktokolwiek został w środku, musiał znaleźć się na zewnątrz. Poszedł ich szukać.</p>
<p dir="auto"><em>– Halo! Pora wychodzić. Zaraz zamykam bramę i spędzicie tu noc</em> – wołał, rozglądając się uważnie. Jeśli ich nie znajdzie, zadzwoni w dzwon; to była jego praca. Jednocześnie zastanawiał się, czemu nie postawili muru i furtki, oddzielającej Stumilowy Las od parku. Liczenie na to, że nikt tam nie będzie wchodził, bo nie wolno, było naiwne, żeby nie powiedzieć głupie.</p>
]]></description><link>https://forum.rolltelling.pl/post/11730</link><guid isPermaLink="true">https://forum.rolltelling.pl/post/11730</guid><dc:creator><![CDATA[Agape]]></dc:creator><pubDate>Tue, 15 Sep 2026 20:13:11 GMT</pubDate></item></channel></rss>