Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 411 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez
    #44

    Seweryn na audiencji

    Rumiana twarz Rodryka przechodziła przez opowieść Seweryna różnobarwnie, prawdziwie podatna na emocje przedstawianej historii. Starosta wiercił się na fotelu naprzeciwko medyka, a to klaszcząc w dłonie, a to kiwając głową z niedowierzaniem, a to wznosząc ręce do nieba. Salina miał w sobie sporo południowej ekspresji – tak mówiło się w wiosce już wcześniej, wspominając, że jak szef się śmieje to całym sobą, a jak ryczy wściekły to też się nie miarkuje. Zagniewanym póki co cyrulik go nie widział (i do śmiechu też ostatnio mu nie było), ale emocji Rodryk w sobie nie ściskał aż brzuch rozboli. Dawał im ujście.

    Zdrowo, pomyślał Seweryn. Jak ktoś za dużo dusi w sobie, to potem odbija się na jelitach.

    Medyk też starał się – mimo lekkiej nerwowości – wypaść w rozmowie naturalnie. Czuł, że dobrze mu wychodziło. Zadowolony z raportu o polepszającym się stanie zdrowia górników, Salina klepnął go nawet w ramię jak kamrata, całkiem ścinając szefowski dystans.

    - A kapliczkę Pelorowi to i sam postawię! A co! – Starosta plasnął potężną dłonią o kolano. - To masz pan, panie Drachenwulf, Sewerynie drogi, jak-jak w banku. Załatwimy i będzie piękna kapliczka, duma na całe Wrota!

    - Dziękuję, dziękuję bardzo – Cyrulik uśmiechnął się skromnie i schylił głowę. - Na chwałę Jaśniejącego wszystko... Dobrze, że ludzie będą mieć gdzie się pomodlić, dziękować za łaski.

    - A pewnie, pewnie – zgodził się Salina. - I cóżeś tam jeszcze mówił, mój drogi, drogi panie?

    - Jakbym mógł jeszcze jakoś pomóc – a ja zawsze chętnie pomogę... – Seweryn był obrazem bożego sługi, grzeczny i oddany. - To za pomoc jakoś... Docenieniem będzie dla mnie mej medycyny wsparcie. Żebym mógł lepiej leczyć. Mam na razie mały taki lazarecik, namiocik... Ale chciałbym szerzej pomagać, bardziej. Więcej.

    - O, zbożnie, zbożnie. Takich tu ludzi trzeba, takich trzeba – Starosta zebrał się z fotela z lekkim stęknięciem. Masywny, choć poruszał się sprawnie, swoje jednak ważył i kolana musiały to czuć. - Chodźmy, za powodzenie tej twojej, panie Sewerynie, medycyny i pomocy... Wypijemy może kieliszeczek. Mam tu rocznik dobry, domowych butli trochę wziąłem, skosztujemy.

    Medyk uśmiechnął się bez słowa, płynąc po sali za swoim gospodarzem.

    - Zapraszam, zapraszam. – Starosta wyjął z magazynku za biurkiem portiera butelkę i rozlał odrobinę po kielichach. - Zaczekamy tutaj na kompanów pana, poleciłem też ich tu przyprowadzić jak już skończą. Pewnie będą niebawem, nie widzę inaczej. O... O, tymczasem za tę medycynę, za jej powodzenie i za pańskie wypijmy!

    Cyrulik zbliżył naczynie do ust, pociągając nieduży łyk. Wino było niezłe – dość cierpkie, ale soczyste i orzeźwiające, głęboko owocowe.

    - Bardzo dobre – podziękował medyk, spijając kolejne krople.

    Salina był ekspresyjny: dość serdeczny, może trochę narwany, emocjonalny. Dobrze sprawdzał się jako rozmówca. Pokazywał, że słucha tak uwagą, jak i gestykulacją, angażował się całym sobą. Seweryn obserwował go nieśmiało, ciekawy tego człowieka. Może faktycznie miał południowy temperament i łatwo się zapalał... Ale Drachenwulf w paru momentach nabrał wątpliwości.

    Rejestrował wszystko bardzo dokładnie i często potem analizował różne obrazy, mieląc w głowie przeżyte scenki. Niekiedy jeszcze na bieżąco, wracając do tekstów czy wymian ledwie sprzed chwili. I w tym swoim próbowaniu się ze zrozumieniem ludzi i świata emocji, Seweryn zaczął zastanawiać się, czy aby pan Rodryk nie nazbyt umiejętnie wpasowuje się reakcjami w to, co akurat idealnie by pasowało. W to, czego rozmówca by oczekiwał.

    Może tak się zdawało, bo Drachenwulf nie należał do lwów salonowych i ktoś obyty i towarzyski mógł go po prostu zaskoczyć tym jak łatwo być naturalnym. A mogło być też i tak, że Salina – człowiek przecież otrzaskany w polityce – nauczył się grać i jednak nie był do końca szczery w swojej jowialnej fasadzie.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz
      napisał ostatnio edytowany przez
      #45

      Lara (Alex)

      text alternatywny

      Kiedy Kai przywołał wszystkich machnięciem ręki, przede wszystkim skupiając uwagę na Larze, dziewczyna migiem oderwała czarne spojrzenie od stropu i pospieszyła w jego kierunku. Wielce ciekawa natury jego znaleziska. Wpół drogi zmroziło ją, gdy półelf z okrzykiem bólu wypuścił z dłoni przedmiot i padł na brudną posadzkę. W rezultacie czego ruszyła biegiem, po chwili stając nad nim.

      — Poparzyło? — zdziwiła się medyczka, słysząc wyjaśnienie barda.

      Następnie wnikliwie obejrzała jego dłoń fachowym okiem, nie znajdując na niej choćby najmniejszych oznak poparzenia, czy nawet śladów elektrycznego porażenia. Podobnie osobliwe wydało jej się natychmiastowe ustanie bodźca bólowego po ustaniu kontaktu z przedmiotem. W efekcie zaczęła podejrzewać działanie jakiejś dziwnej magii, ciężko bowiem było, by Kai momentalnie wytworzył aż taką awersję do nieznanego mu przedmiotu, by odczuwać efekty somatyczne. W ramach testu postanowiła sama podnieść obiekt, zawierzając rękawiczkom i kawałkom materiału. W konsekwencji czego ze zdumieniem (i bólem) odkryła, że mimo to efekt zetknięcia z przedmiotem był identyczny, jak w przypadku towarzysza.

      Quatermain dokładnie obejrzała tajemniczy bloczek. Nie wydzielał ciepła ani zimna, nie skrzył się, nie przyciągał ani nie odtrącał, w ogóle nie wykazywał żadnych szczególnych fizycznych właściwości. Badając jego wygląd, doszła do luźnego wniosku, że naniesiony nań symbol to jakiś symbol rodowy, religijny lub znak jakiejś organizacji pochodzącej z Imperium Suelskiego, raczej nie motyw zdobniczy ani graficzna sygnatura twórcy. Więcej nie udało jej się wywnioskować, chociaż obracała przedmiotem za pomocą nożyka do listów, za każdym razem mierząc się z porażającym bólem. Choć nurtowało ją, dlaczego akurat taki bodziec towarzyszy jego dotykaniu, również za pośrednictwem innych przedmiotów.

      Bazując na tych skromnych informacjach, jakie zdołała dotąd zebrać, Lara doszła do wniosku, że szkieletowy rezydent komnaty w pancerzu oznaczonym takim samym wizerunkiem drzewa cedrowego powinien być istotą, która jest w stanie bezpiecznie operować przedmiotem. Wiele bowiem wskazywało na to, że bloczek stanowi klucz do ukrytego pod płaskorzeźbą z poprzedniego pomieszczenia, a martwego mężczyznę łączy z nimi jakiś związek. W następstwie tego rozumowania okularnica z czystej grzeczności przeprosiła szkielet, po czym dokonała zbezczeszczenia jego zwłok, zabierając kościaną rękę zamkniętą w zardzewiałej kolczej rękawicy. Następnie, po krótkiej chwili wahania towarzyszącej każdej przełomowej chwili, niezwykle ostrożnie zacisnęła jej palce wokół klucza i wyraźnie zadowolona z powodzenia operacji podniosła rękę do góry. „Udało się!” aż cisnęło jej się na usta. Wniosek był poprawny, ponieważ ból nie wystąpił na żadnym z etapów. Teraz tylko musiała jakoś donieść przedmiot do wnęki w płaskorzeźbie, trzymając go wątłą szkieletową ręką. I tu właśnie tkwił problem. Nawet przy jej wyjątkowej zręczności było to nie lada wyzwanie, a nie była to nawet największa przeszkoda. Tę stanowiły upływające wieki, które osłabiły pancerz i szkielet, czyniąc je niebywale delikatnymi. O czym Lara doskonale wiedziała. Dlatego gdy ciężar walcowatego obiektu po kilku krokach sprawił, że rozleciały się na kawałki, wydała z siebie jedynie ciche westchnięcie zawodu.

      Po tej porażce zaczęła myśleć nad lepszym i wygodniejszym rozwiązaniem. Przyjrzała się dokładniej napierśnikowi szkieletu przez polerowane szkiełka. Szybko dochodząc do wniosku, że dałoby radę go założyć. I może to nadałoby noszącemu prawa do dzierżenia klucza. Właściwie gotowa była od razu zdjąć górę ubrania i założyć pancerz szkieletu, gdy nagle uzmysłowiła sobie, że przecież nie jest sama w pomieszczeniu. Dworska obyczajność nie pozwoliłaby jej tak zwyczajnie odsłonić sporych fragmentów nagiego ciała przed trójką obcych mężczyzn, dlatego poprosiła Kaia, by ją zastąpił. Na co półelf niechętnie przystał. Niestety eksperyment okazał się fiaskiem, za co Quatermain go mocno przeprosiła. Tym samym wróciła do punktu wyjścia. Lecz nie zamierzała się poddawać. Kolejnym jej pomysłem było zastosowanie lusterka na metalowej rączce – które nosiła w swoim zestawie narzędzi do rozbrajania pułapek – jako wzmocnienia drugiej kościanej ręki. Przymocowana do żelaznego trzonka ręka jednak wytrzymała niewiele dłużej, niż ta pierwsza. Nie stłumiło to jednak zapału czarnookiej blondynki. Kolejny raz przepraszając właściciela szkieletu, porwała jego czaszkę, zamierzając użyć szczęk do przeniesienia klucza. Lecz nawet przy manualnych zdolnościach, jakimi odznaczała się córka wybitnych archeologów, nie było to proste zadanie. W efekcie cały proces kosztował ją kilka, nieraz bolesnych, potknięć i omsknięć. Ale ostatecznie się udało. Bloczek z drzewiastym motywem wylądował we wnęce, a Lara odetchnęła z wyraźną ulgą.

      — Odsuńcie się, proszę — ostrzegła dobrodusznie towarzyszy. — W razie gdyby nastąpiło coś niespodziewanego, lepiej byście nie stali w pobliżu.

      Następnie przeszła do z dawna wyczekiwanej czynności, z mieszaniną obawy i ekscytacji naciskając płytę. Na jej szczęście nic podejrzanego ani groźnego się nie stało. Ukryty pod płaskorzeźbą sejf otworzył się gładko, odsłaniając lukę w ścianie. W skrytce panował zdumiewający porządek i czystość. Na widok jej zawartości pokryte cieniem powieki blondynki uniosły się na całą wysokość, a czarne oczy rozbłysły w zachwycie. Bacząc na zanieczyszczenia pozostałe na białym materiale swych rękawiczek, zaczęła ostrożnie wydobywać zawartość sejfu.

      Najmniej uwagi Quatermain poświęciła sakiewce z suelskimi drachmami i kasetce z miękkim obiciem, w której znajdowało się sześć oszlifowanych kamieni szlachetnych. Po krótkich oględzinach odłożyła je na bok, domyślając się, że wkrótce padną łupem co bardziej przedsiębiorczych z jej kompanów. W dużo większym stopniu zainteresowały ją za to: oznaczona dobrze znanym drzewnym symbolem Księga dóbr i inwestycji Towarzystwa Wschodniej Ekspansji, złota obrączka z grawerunkiem wewnątrz „Ildraen – na zawsze”, tubusy z listami wierzytelnymi dla banków i wekslami (uwierzytelniały one Ildraena Sigroza do poboru bardzo wysokich sum w drachmach z szeregu instytucji), perłowa gemma z kobietą o ułożonych wysoko, ufryzowanych włosach i pogodnej twarzy, berło z kości słoniowej ze złotą gałką w kształcie brylantu oraz dwa małe posążki psów wykonane z kości słoniowej, podobne do figur szachowych i oznaczone runami, jedna suelskim, „A”, druga suelskim „D”.

      Lara zamierzała dogłębnie zapoznać się z każdym z tych przedmiotów, swe badania rozpoczęła zaś od kamei z wizerunkiem nieznanej kobiety. Ciekawiło ją czy przedstawia jakąś znaną personę lub bóstwo, a może kogoś szczególnie ważnego dla samego właściciela skrytki, którym zdawał się być niejaki Ildraen Sigroz. Niewykluczone, że była to jego przyszła narzeczona. Lecz medyczka wolała wpierw wykluczyć inne wersje.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz
        napisał ostatnio edytowany przez
        #46

        Seweryn (Rewik)

        text alternatywny

        Stało się tedy, iże Drachenwulf mógł nie być szczerym w pełni podczas tej ich rozmowy toczonej u Rodryka Saliny. Rzec trzeba, iż nie było to z chytrości jego ni podstępu, jeno raczej sprawa serca i duszy, co to nieraz człeka w omyłkę wtrącić mogą. Seweryn założył, iż istnieje pewna niechęć między mospanem Saliną, a szacowną panią Wyllą van Coen, a więc w trakcie rozmowy zdystansował się celowo od spółki Wulberga-Salztona. Wierzył, że Salina jako przyjaciel mógł okazać się dlań przydatny, a to wszystko odbiłoby się oczywiście pozytywnie na tutejszej, wiejskiej gawiedzi. Mógłby bowiem swoje lecznicze sztuki lepiej praktykować.

        Poczuwał się w obowiązku (pro publico bono) by nie utracić przychylności, jaką od onego ekspresyjnego człowieczka otrzymał, lub mógł otrzymać w dniach, które jeszcze nadejdą. Badał go, niby pacjenta, popijając rozkoszne wino, które był łaskaw mu nalać i choć w długich rozmowach się nie lubował, poczynił wysiłek jej podtrzymania. Z onego wysiłku był content i sam uśmiechał się nawet szczerze. Nauczył się już, że był to odruch przez ludzi pożądany, nawet jeśli, w tym przypadku, nie był to wygląd nadobny. A nie był taki, bowiem czerwony trunek zabarwił usta cyrulika, bardziej niźli jego własna krew w nich płynąca, czyniąc uśmiech ów upiornym.

        Pogawędka trwała. Salina był gawędziarzem zacnym, a Seweryn – słuchaczem uważnym. Kiedy z tematów różnych na uczone rozmowa się zwróciła, Seweryn o swoich studium opowiedział zdawkowo. Tedy Salina znanym zwyczajem chętnie o swoich prawniczych naukach zaczął opowiadać. Seweryn usłuchał grzecznie, lecz zaraz potem szybko temat inszy poruszył, kierując się na pewniejsze tereny. Poruszył zagadnienie interesujące ich oboje od samego początku. Temat, od którego wszystko się zaczęło i do którego wszystko dążyło.

        — Do wioski, co to zaginęła wraczając, czyżby idzie tu o morowe powietrze, zarazę jakowąś, czy sprawa jest bardziej osnową tajemnicy przykryta? — zapytał, wyraźnie zagadnieniem przejęty.

        Rodryk zafrasował się na to wspomnienie, a jego czoło przez moment przypominało linie, na których muzyk mógłby zapisać nie byle jakie dzieło.

        — Ach! Co za historia, Sewerynie, zgaduję: pani Wylla o tym powiadała. — machnął ręką, niby lekceważąco — Pewnikiem i tak wyjdzie prędzej czy później, a was miałem i tak wtajemniczyć — miał na myśli rzecz jasna resztę grupy, z którą Seweryn był na Ścieżkę Slerotina wstąpił — Czemu by nie teraz, a jakże... Wrzosiny, pomnij tę nazwę, bo od niej wszystek się zaczęło...

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez Panicz
          #47

          Na Ścieżce

          Otwarcie opieczętowanego herbowym drzewem cedrowym skarbczyka wywołało w rzuconych na Ścieżkę awanturnikach wybuch radości. Mieli to! Mieli swój pierwszy sukces!

          Sukces z kategorii tych materialnie mierzalnych, bo samo przeżycie pajęczych przygód wcześniej było już zwycięstwem, które górniczych zakapiorów ominęło. Naturalnie każdy cieszył się inaczej i po swojemu, a właściwie to – choć zebrani wokół i jakoś tak zdrużynowani – także trochę z czegoś innego.

          Lara... W takich chwilach trochę Lara, która z zachwytem ganiała się po ogrodach gradsulskiej biblioteki, roztrącając przechodniów w pogoni do pierwszeństwa w odkryciu skarbów, które skrywała baza za krzakiem głogu, a trochę doktor Quatermain, która zmęczonymi, ale szeroko otwartymi w podziwie oczami przepływała nocami w lektorium po kolejnych rycinach starożytnych artefaktów z umarłych królestw... Lara cieszyła się na obcowanie z wehikułem czasu, który wykopała ze skarbca, myśląc o znaleziskach tak naukowo, jak i czysto po ludzku. Z dreszczem ciekawości przed wglądem w przeszłość, jak przy niecierpliwym przewracaniu kartek powieści czytanej przy wątłym świetle świeczki, kiedy rodzice posnęli.

          Pani doktor wybrała ze skarbczyka wszystko prócz monet i kamieni szlachetnych, decydując się zostawić te najcenniejsze ochłapy dla spragnionych grosza kompanów.

          Sir Grimley ucieszył się nimi po swojemu. Wydobył je z wnętrza luki, upewniając się, że w środku nie zostało nic więcej. Bez słowa, zdecydowanie i bez ceremonii, zebrał znaleziska i przeniósł na rozbity głaz pośrodku komnaty, który mógł sprawdzić się jako blat. Rozsypał wszystko, co było do rozsypania i teraz dopiero uśmiechnął się, czując wobec bogactwa jak schodzi z niego stres, zmęczenie i cień śmierci, w który o mało co nie zapadł się parę minut temu.

          - Podzielmy się po równo – zaproponował rycerz, ale nim jeszcze usłyszał odpowiedź, poprawił się. - Mnie cholerstwo perfidne prawie co położyło, to i byście dzielili na trzy sobie...

          - Wyżyłem - przydarzyło się znów – westchnął nie przerywając. - Ale to dzięki Wam, więc Wasza kolejność pierwsza. Dzielcie jak chcecie.

          Na to ucieszył się tak Randal, jak i Kai, ale i ci obaj różnie, bo i im nie szło już o napchanie sakiewek. Paladyn zadowolony był po paladyńsku. Z tego, że wszyscy wyżyli, że zdołał wcześniej realnie pomóc i postawić na nogi umierającego w potrzebie. A teraz, choć to wiedział on sam tylko i te siły, które wgląd miały w jego duszę, ucieszył się zwłaszcza słysząc Grimleya takim, o jakim słyszał kiedyś. I takim, jakim słyszał go rzadko odkąd się poznali.

          Wiedział, że stary paladyn – choć zbity ze słusznej ścieżki, życiowo pogubiony i wytarty jak ściera do podłogi, którą podłogi te czasem wycierał w knajpie, gdzie robił za wykidajłę (ale i za sprzątacza, gdy akurat było potrzeba), kiedy los ich zetknął – ma w sobie honor i dobro, o którym kiedyś było głośno. I chociaż cynizm codzienności mocno je zakopał, niekiedy wychodziły na światło dzienne. Jak teraz.

          - Ja już swoje zebrałem. Na misję wystarczy. – Bronson klepnął się po mieszku, gdzie wcześniej zapakował figurkę i monety (kordzik wcześniej schował już przezornie do cholewy). - Nie ma co się w niczym zapędzać... Kai, Ty możesz wziąć, jeśli pani doktor nie chce.

          Bard uśmiechnął się, rozkładając ręce w geście bezbronności, jakby musiał wymawiać się babci od wciskanej wnuczkowi monety, która najbardziej przydałaby się jej samej. Choć skojarzenia życiowo nie zaznał, to rozbawiło go wchodząc żywym obrazem pod powieki i pakując się akurat do tej sytuacji.

          Artysta też ucieszył się ze zdobyczy. Jego cieszyło piękno samych znalezisk, ich wartość niematerialna i spisane w nich historie, które Lara potrafiła odcyfrować i wydobyć na powierzchnię w języku faktów. Niby inaczej, ale na pewien sposób podobnie do tego, jak on wydobywał w nutach skryte w sobie historie i emocje. Był ciekaw świata i palił się poznawać go więcej, więc cieszył się na myśl, że pani doktor przedstawi, jaka opowieść stała za cedrowym skarbcem, który stał się scenerią ich własnej historii.

          Ale było coś jeszcze. Pewien impuls, który odczuwał w życiu rzadko, ale jeśli już go trafiał, to zwykle był nie do pomylenia z niczym. Poczuł to przyglądając się przez ramię kobiety figurkom psów wyrytym w kości. Coś co jako dźwięk byłoby pogłosem, ale tu przeszło przed oczami. Powidokiem, załamaniem, chwilową falą niejasności, która zostawiała na wzroku minimalny, a po sekundzie zapomniany już w kształcie ślad. Wrażenie było tak ulotne i efemeryczne, że gdyby odczuł je po raz pierwszy, drugi czy dziesiąty, wziąłby je pewnie za nic. Powidok właśnie, zawrót głowy... Albo i nie zarejestrowałby go w ogóle. Ale znał już to odczucie. Sanjar pomógł mu je oswoić.

          I choć nigdy w tak wątłej i mglistej materii nie można było mieć pewności, Kai przypuszczał, że obie figurki przenika magia. I tym też, połechtany swoją wyjątkowością, cieszył się razem, i obok innych.

          Inni zaś, pochłonięci sobą i światem wokół, nie zauważyli chwilowej autohipnozy barda. Lara pospiesznie przeglądała swoje znaleziska, chłonąc literki i cyferki sprzed wieków. Dokumenty nie skrywały na pierwszy rzut oka żadnej tajemnicy, ani nie wydobywały wiedzy, która zmieniałaby jej sposób patrzenia na przeszłość. Język był w większości suchy i formalny, trudny w zrozumieniu, ale trudnością komunikacyjną, a nie ezoteryczną. Małym, a cieszącym znaleziskiem było odkrycie, że Towarzystwo Wschodniej Ekspansji, które pieczętowało się cedrem rosnącym często po tej stronie doliny (przynajmniej kiedyś), odpowiadało w przeszłości za placówki i faktorie handlowe po tej stronie Pieców, ale też budowane osiedla i poważniejsze plany. Ta organizacja utrzymywała kontakty z flańskimi i oeridyjskimi mieszkańcami tego obszaru, rozwijając z nimi wymianę dóbr i ogólnie trzymając ich w ryzach, by nie mącili Suelom w okolicy w ich własnych planach.

          Gemma nie dała się jednoznacznie rozszyfrować, ale pani doktor zadowoliła się (na ten moment) wysoką pewnością, co do charakteru ozdoby. Choć kamień niewątpliwie idealizował przedstawioną postać, sugerując może, że ma naturę religijną (a Suelowie byli znani z przedstawiania swoich bogów i bogiń w takiej formie, zwłaszcza patronki magii i śmierci Wee Jas), to drobne detale prowadziły jednak w innym kierunku. Kobieta miała wyrytą na szyi kolię o fikuśnym kształcie, który pasował raczej do przedmiotu osobistego i pamiątki niż czegoś z portfolio boskich symboli. Zdarte ślady liter po drugiej stronie, gdzie dało się odczytać odpowiednik wspólnego 'L' i 'u', a dalej 'S' mogły podpowiadać, że przedmiot był podpisany jako należący do kogoś, albo przedstawiający daną osobę. Lara pozostała na ten moment w przypuszczeniu, że mogła to być wybranka Ildraena Sigroza, której obrączka spoczywałaby obok. Suelowie, o czym kiedyś czytała, nosili jako ozdoby przedstawienia swoich drugich połówek (acz mógł to być też upominek czy pamiątka po zmarłej).

          Grimley przysiadł nad rozłożonymi dobrami, przeliczając ile dokładnie znaleźli. Wyglądało na to, że monet było równo pięćdziesiąt, a kamieni – mieniących się zalotnie w świetle lichtarzy – sześć.

          - Nie chcecie tego?

          - I tak będzie problem, żeby wynieść. – Kai wzruszył ramionami. - Przed wejściem będą obszukiwać i tam się nie certolą.

          - Mhm – chrząknął w odpowiedzi Algernon i zaczął przesypywać monety z sakiewki do własnego mieszka. Przy kamykach zadumał się chwilę i postanowił, że je bardziej byłoby szkoda stracić. Sięgnął po nieodłączną manierkę z brandy przy boku i pociągnął łyczek.

          A potem zaczął łykać po kolei każdy z kamieni, popijając je obficie haustami z biodrówki.

          - Bez obawy – rzucił i czknął. - Namyślicie się, to będą jeszcze jutro do odbioru jak coś.

          Tego Randal nie zobaczył, ani nie usłyszał – a gdyby słyszał, to sam nie wiedziałby, jakby na to zareagował. Czy kiwając z uznaniem głową na szelmowski spryt starego, czy raczej przewracając oczami. Nie usłyszał zaś, ani nie zobaczył, bo wypuścił się jeszcze raz z powrotem za barierę gruzowiska, obchodząc kryjówkę ubitej pajęczycy.

          Choć nie był chciwcem, to był człowiekiem wysoce praktycznym, bo wychodził z założenia, że ktoś po prostu musi. I jeśli on nie będzie, to zwykle potem wszyscy pluć sobie będą w brodę, że sami o tym, czy owym nie pomyśleli, to i owo pominęli, a tego i tamtego nie dopilnowali.

          Założenie w tym wypadku prędko okazało się słuszne, bo choć większość komnaty była ogołocona, to udało mu się przy przewaleniu skrzyń wyzbierać z niej jeszcze kilkanaście złotych drachm. Ale w głąb sali nie zapuścił się dla pieniądza, a raczej zerkać za czymś, co mogłoby przydać się 'wyższym ideom'. Choć może nie do końca czuł to, co reprezentuje doktor Quatermain, to w czasie tego krótkiego, a intensywnego pobytu na Ścieżce zdążył zrozumieć, że dziewczyna tak jak on, kieruje się w życiu swoistą misją i daleko jej do bezideowych padalców, których pełno było w Czarnych Wrotach. Czy to upijających się w karczmie, czy liczących zyski na abakusach w gabinetach kompanii.

          - To może Ci się chyba przydać, co? – Paladyn wychynął zza gruzów z niewielką, skórzaną książeczką w ręce. Znajda była wbita w złote metalowe ramy i może dzięki temu nieźle zachowała formę tam, gdzie pozostałe księgi uległy wilgoci i rozkładowi. - Było między resztą tych pism i wszystkiego na biurku...

          Lara spojrzała znad okularów zdziwiona i podziękowała skinieniem głowy, na razie skoncentrowana na tym, by nie uszkodzić przyniesionej książeczki. Czas trochę księgę sponiewierał, ale była solidna i po lekkim rozwarciu udało się rozczytać trochę literek. Kobieta wzięła ją w pierwszej chwili za modlitewnik, albo psałterz, ale po chwili zmieniła zdanie na pamiętnik czy dziennik. Bogato zdobione inicjały na wewnętrznej stronie pasowałyby do Ildreana Sigroza... Ale dalsze karty, choć wypełnione starosuelskim alfabetem, układały się już w słowa bez ładu i składu, łamiące podstawowe zasady konstrukcji wyrazów.

          - Chodźcie może – zawołał Kai, który zaczął korbą opuszczać kratę, którą wcześniej sforsowali. - Na zewnętrz będzie do tego lepsze światło, a ja słyszałem znów jakiś szmer tam zza gruzów... I wiemy już, że lepiej z takimi szmerami sprawdzać się zza bezpiecznej bariery.

          Seweryn na audiencji

          Starosta siedział w fotelu w sposób naprzemienny: luźno-relaksacyjnie i w napięciu-na skraju mebla. W zależności od tego, o czym akurat opowiadał i jaki temat miał miejsce, bądź to stopniowo-powoli zanurzał się w głąb skórzanej tapicerki, bądź to wznosił z niej, ściągając nogi i wspierając się dłońmi na oparciach, o które zaczynał postukiwać palcami.

          Kiedy od kwestii ogólnych przeszli do Wrzosin, zaczął powoli się wynurzać, pochylając naprzód i mocniej łypiąc na Seweryna, jakby chciał go w coś wtajemniczyć. Ba, istotnie wtajemniczał, bo choć każda rozmowa ze swej natury była wtajemniczeniem w pewien obszar, tak tu dotykano spraw, które ciągle były niewyjaśnione i gryzły sumienie starosty. Ale mimo całego ruchu i pochylenia, Salina nie mówił szeptem, ani nie zdobywał się półsłówkami na pozory tajemnicy, ale kontynuował tonem jak wcześniej, nie zmieniając tempa rozmowy.

          - Ścieżka, jak wiadomo, jasna sprawa, jest starsza niż nasza umiłowana Wolna Liga. – Rodryk wzniósł palce prawej ręki w błogosławieństwie. - Ale o jej istnieniu nie wiedzieliśmy praktycznie do tego roku. Były jakieś zapiski, jakieś studia, uczone księgi. Naukowcy o czymś wiedzieli, coś tam głosili, swoje krążyło w starych podaniach, ale nic, nic-nic czym by ktoś żył. Nic konkretnego i żadnych śladów.

          Wyglądało na to, że Rodryk historię rzeczywiście chciał zacząć naprawdę od początku.

          - Chłopi czasem, ale z rzadka-rzadka, coś tam znajdowali. Coś tam znajdowali, jakieś ruiny, śmieci, szmelc. Ślady, że coś było tu wcześniej, kiedyś. – Salina zaczął powoli luzować i zjeżdżać w tył. - Ale nic konkretnego, żaden konkret. Zmieniło się dopiero tego roku. Odkrył to, tak by wypadało, niejaki kapitan Malcolm Grotte. Oficer armii keolandzkiej, już w rezerwie, kawalerzysta i spec od walk podjazdowych.

          Seweryn grzecznie pokiwał głową na znak, że słucha i że ciekaw, co za historia z kapitanem.

          - Stojąc w prawdzie przed bogami poznamy jak było, bo teraz to tego już nie sposób dociec. Najlepszy pewniak to jednak ten kapitan... Zjechał tu z różnymi takimi... Ale trzeba mu przyznać, dał pierwszą iskrę do rozwoju naszej osady. – Starosta też pokiwał głową jak Seweryn. On jednak jakby komuś-gdzieś, może Grottemu w uznaniu zasług. - Zginął po jakimś czasie, zabity przez któregoś z tych swoich rozbójników, którzy mieli udawać wojsko. Z nich też już niewielu zostało, bo żarli się między sobą i taki koniec ekscesów, taki koniec.

          - Jeden żyje jeszcze we Wrotach – podjął Salina, jakby niepomny że od pierwotnego wątku odbił już w kolejny meander. - Salm się nazywa. Salm Burgo. Miał więcej rozumu niż reszta i otworzył biznes. Sprzedaje sprzęt dla poszukiwaczy. Kilofy, latarnie, szpadle, sita, liny... No wiesz pan, panie Sewerynie, wszystko, co w takowej misyi nam tu potrzebne. Różnie tam liczy, niektórzy zastawiają się tam u niego, mowa, że czasem bardziej to lombard niż sklep, ale podatki płaci. Podatki płaci, problemu z nim nie ma, to i chyba dobrze. Z korzyścią, ostatecznie-na koniec, dla społeczności wychodzi, myślę sobie.

          Seweryn i tym razem pokiwał głową, na znak, że i on myśli podobnie.

          - Ale do rzeczy, do Wrzosin... Wrzosiny to mała wioseczka tu była. Głównie pasterze. Niemal sami pasterze tutaj, rolników prawie brak, bo ziemia wokół surowa-jałowa. – Rodryk rozłożył ręce. Co zrobić? - Chłopi stamtąd pomagali tu przy budowie i oporządzaniu całości pod Wrota, nim jeszcze nasza społeczność Wrotami została nazwana. Dorabiali sobie, pomagali i u Grottego, i potem, niektórym spółkom, które się nazjeżdżały, a nie miały jeszcze dość robotników, by popchnąć wszystko do przodu. Zjawiali się zwykle rano, czasem od razu do zamówionej roboty, a czasem szukać-łazić, czy aby komuś nie będą potrzebni i coś niecoś nie wpadnie.

          Dorobić, szczególnie na przednówku czy wczesną wiosną (nawet jeśli klimat sprzyjał), zawsze było warto.

          - Ale pewnego dnia się nie zjawili. Nikt. – Salina zrobił specjalną pauzę, przedłużoną nalewaniem porcji wina do kielichów. - Mnie tu jeszcze wtedy nie było i ludzie rządzili się generalnie jak chcieli. Po trapersku, po dzikiemu. Cywilizacja, choć nazjeżdżało się już paru ekspertów z daleka, by szacować, co ze Ścieżki przyjdzie wyskrobać i sprzedać, to była skromna... Ale w końcu chłopami z tych Wrzosin się zainteresowano. Daleko to nie było, a jak na drugi dzień nie przyszli, to w końcu poszła tam jakaś wycieczka, zobaczyć, co to się stało, dlaczego chłopów nie ma...

          - Słyszałem, że nikogo nie znaleźli? – Upewniał się medyk. - Nikogo? To prawda?

          - Nikogo – potwierdził Salina. - Za to... No szukali tam ich trochę, ale nikogo nie znaleźli. Cała wioska przepadła. Wiedzieliśmy, że trzeba coś zrobić... Że ktoś musi tu o bezpieczeństwo zadbać i niedługo potem przyjechaliśmy tutaj, wprowadzić trochę porządku, zadbać o jakiś ład, prawda.

          - Święta prawda – przytaknął grzecznie Seweryn. W odpowiedzi starosta zaczął opisywać jak to całe powołanie go do tego zadania wyglądało od strony formalnej i że cieszy go wzniosłość powierzonej misji, bo to o dobro Ligi idzie i że to bogactwo tutaj to bogactwo narodu, a nie dla kupców do rozgrabiania, ale medyk nie słuchał tak uważnie, bo korciło go zapytać o plotkę, którą usłyszał kilka dni temu.

          - A panie starosto... Czy to prawda, że ci chłopi z Wrzosin... Że to im się ta ziemia tutaj należała? – Zdecydował się w końcu Seweryn. - Bo tak gadali w karczmie... Że może to ich wszystko być powinno, że niektórym to nie w smak mogło być...

          Rodryk rozłożył ręce i wydął usta.

          - Plotki krążą już tutaj tak rozliczne, że jest i pięć różnych wersji, gdzie każda każdej przeczy... Nie, panie Sewerynie, chłopi nie mieli tu prawa do ziemi. Do wioski przypisane były łany na północ od niej, na pastwiska. Tu pod samymi górami nie było żadnej przynależności. Tyle tym samym, co do okręgu, co do prowincji. – Salina odpowiedział konkretnie, ale na tym nie poprzestał. - Ale rozumiem, o co pan pytasz. Czy to gobliny zrobiły, czy może ktoś chciał się chłopów pozbyć, zabrać im ziemię... Że może ją odkupiono i potem się ich pozbyto, aby nie mogli juź umów renegocjować? Albo, że w ogóle, co by nikt z Wrzosin nie pozostał, a ziemia została dla tych, którzy pierwsi położą tu do niej po nich roszczenia na bazie podjętych inwestycji...

          - Ludzie to różnie gadają – wycofał się Seweryn. - Moja domena to ars medicina, a o reszcie wiem tylko tyle, co się człowiek od ludzi dowie... To i pomyślałem, że najlepiej będzie u pana spytać.

          - I słusznie, dobrze – ucieszył się Rodryk. - Kto pyta, prawda, jak to powiedzenie mówi, nie błądzi. Różnie to gadają... Ale z prawnego punktu widzenia ani Wrzosiny nie miały praw do tych ziem, na których stoją Czarne Wrota, czy do obszaru u wejścia na Ścieżkę, ani nikt nie próbował przedstawiać żadnych umów posiadania terenów tutaj na bazie zakupu, dziedziczenia czy w innej formie... Wiemy tyle, że stała się straszna tragedia i cała wioska zniknęła. Nie udało się ustalić do końca, co tam się stało, ale fakty pokazują, że nikt tutaj nie mógł na tym zyskać. No nie z prawnego punktu widzenia...

          Salina westchnął ciężko i przejechał ręką po twarzy.

          - Nie mogę niczego wykluczyć, będę z panem szczery, panie Sewerynie, bo chcę abyście nam tu w tych sprawach niejasnych pomogli nieco, dali świeżego swojego spojrzenia trochę... To i jak mówię: niczego wykluczyć nie mogę. Sprawę zbadaliśmy, ale na miejsce dotarliśmy już dobrze ponad dwa tygodnie po tym zniknięciu, więc nic na świeżo, nic na świeżo. – Starosta minę miał jakby przepraszającą. - Ale jak na moje... Biorąc pod uwagę, że teraz zdarzyło się to w nowej wiosce, w Pogorzeli... No to pewnie gobliny. Gobliny, orki czy inne łupieżcze plemię, bo niby co?

          - To na północ stąd? – zapytał medyk, który słyszał coś wcześniej o przywołanej teraz wiosce.

          - Północny zachód, parę staj stąd. Wioska głównie drwalska. Posłani tam po drewno ludzie donieśli, że nikogo nie ma, pusto, wszystko zostawione tak jak było... – Rodryk westchnął ciężko, aż siedzący o dobrych parę kroków dalej medyk poczuł to westchnienie na sobie. - To było wczoraj, więc teraz sprawa bardziej na świeżo. Będziecie mogli lepiej ocenić, zbadać niż my wtedy. Poślemy z wami kogoś, ale nie chcemy, żeby to było tylko nasze szukanie. Że zamiatamy pod dywan, nie przykładamy się, że nam nie zalezy... O nie-nie-nie-nie-nie! Co to, to nie! Chcemy! Chcemy to wyjaśnić i już nie dopuścić, żeby znowu takie coś się stało – czy to orki, czy gobliny, czy gnolle-trolle, czy rozbójnicy, czy jakie tam jeszcze inne plagi i klątwy ta biedna ziemia nosi...

          Wracając ze Ścieżki

          Uszy Kai rzeczywiście miał spore (od podpitych obwiesi szukających ujścia dla żółci słyszał czasem, że wielkie jak zając), ale wyobraźnię jeszcze większą. Nie sposób dojść, co tym razem było źródłem szmerów z głębin, ale nie było już w kompanii nikogo, kto chciałby sprawdzać.

          Zostawiając legowisko pajęczycy za sobą, wszyscy rozejrzeli się jeszcze uważnie po komnacie, gdzie przeszło im przelać pierwszą krew na wspólnym szlaku Ścieżki. Półelf sięgnął ponownie do mechanizmu i ściągnął kratę w dół, z pomocą obu paladynów raz-dwa doprowadzając rzecz do szczęśliwego końca. Droga dla wszystkich szmerów i syków, jakie miałyby ochotę wyleźć z ciemności była zamknięta, a marmurowy bloczek spoczął bezpiecznie pod obluzowaną ścienną płytką w następnym pomieszczeniu, skryty przez barda od pobieżnych spojrzeń.

          Czując spływającą z nich adrenalinę, poobijani i spoceni, ale przyjemnie pobudzeni, ruszyli powoli z powrotem na powierzchnię. Wyszli tak jak wcześniej, czarnym korytarzem granitowych płytek, który otwierał się obszerniejszym przedsionkiem na komnaty, skąd wracali (i na spore gruzowiska po drodze, uporządkowane przez górników tylko częściowo).

          Zrujnowana ścieżka nie była długa, ale kiedy teraz na spokojnie jej się przyjrzeć, mieć musiała kiedyś szereg zabezpieczeń w postaci krat po drodze. Od czasu do czasu trafiały się płytkie wnęki, ale nie wyglądało na to, żeby któraś gdziekolwiek prowadziła. Górskie tąpnięcia obeszły się z tym obszarem surowo, ale na pocieszenie, w swej magazynowo-skarbcowej roli już pierwotnie musiał być skromniejszy od innych przestrzeni.

          Na przykład od marmurowej, biało-czarnej komnatki, gdzie wypluł ich korytarz, podtrzymywanej czterema pokaźnymi kolumnami z szarego marmuru i paroma grubymi, dębowymi stemplami, które skromnie wspomagały starsze, pożyłkowane pęknięciami kamienne koleżanki. Z tej sali były cztery wyjścia – oprócz tego, którym wracali, para metalowych, rzeźbionych morsko-leśną geometrią drzwi po przeciwległych stronach i dalsza droga do zakątka z fontanną.

          Zarówno Lara, jak i Kai słyszeli w wiosce o tym miejscu. Okrągła kolumnada w centrum sali imitowała leśną polanę, a pośrodku pyszniła się fontanna z rzeźbami. Przynajmniej kiedyś. Plotkarze wspominali, że piękne to było miejsce, że ślicznie tam było jak w katedrze. Niektórzy dodawali, że teraz to-to już nie to samo, ale jakoś nikt słowem nie skrytykował grabieżców, którzy złupili dziedziniec, wynosząc rzeźby, skuwając płytki i zostawiając niemalże gołe ściany. Widać niejeden w miasteczku pozwolił sobie coś uszczknąć ze starożytnej polany, estetykę stawiając jednak niżej niż pełny garnek, który należał się za wydłubane kamyki czy poskuwaną, drobną sztukaterię.

          Kai skubnął Larę w rękaw, odciągając ją od smutnego świdrowania oczami po suficie. Wolała patrzeć tam, gdzie zachował się jeszcze pierwotny układ całości, mnogością odcieni zielonej ceramiki płytek imitując baldachim leśnego gąszczu. Na zrujnowane piękno komnaty wokół nie chciała patrzeć.

          - Lara – szepnął chłopak. - Te figurki, które znaleźliśmy... Dałabyś na nie rzucić jeszcze okiem zanim wyjdziemy? Zaraz tam pewnie będą nas przeszukiwać...

          - Pewnie. – Kobieta rozsupłała worek, gdzie delikatnie zawinęła znaleziska w kawałki jedwabiu. - Tylko proszę ostrożnie. To nie lada rzecz. Historia zmaterializowana.

          - No właśnie... Okruchy czasu, wgląd w starożytność, prawda? I tak myślę sobie, kiedy na nie patrzę... – Bard ostrożnie oglądał psie figurki, dotykając ich lekko opuszkami palców, wodząc po runach, rzeźbieniach i nierównościach wykonania. - Może dobrze, aby obejrzał je tutejszy mistrz magii? Ten cały Wedryk, podobno na swoim polu uznana figura.

          Lara spojrzała na półelfa spod okularów z błyskiem w oku, ledwo co kryjąc uśmiech.

          - A czy to ekspert od archeologii starosuelskiej? Hmm, nie słyszałam o nim, ale też wiem, że pochodzi dość daleko z północy, aż z Bissel. Myślisz, że ma lepsze kompetencje, aby ocenić historyczną i materialną wartość tych przedmiotów?

          Muzyk chciał przewrócić oczami, ale powstrzymał się od teatrzyku, trochę rozbawiony reakcją pani doktor, a trochę poirytowany przyparciem do muru. Powiedzieć, nie powiedzieć?

          - Nie o to chodzi, Lara – odpowiedział po cichu. - Myślę po prostu, że są magiczne...

          - I to tak ni z tego, ni z owego? Czysta intuicja? – Dziewczyna uśmiechnęła się. - Takie figurki mogły być przecież dziecięcymi zabawkami... Suelowie bywali bardzo sentymentalni. Mogły stanowić figurki z jakiejś gry, z jakiegoś wariantu suelskich szachów. Mogły być też eleganckimi przyciskami do papieru. A w końcu same, kość słoniowa i piękna robota, stanowią przecież wartościowe dobro. Dlaczego figurki są magiczne, a obrączka nie?

          Kai spojrzał na nią, zdobywając się na ciepłe, estradowe spojrzenie dla zjednywania publiki, choć w środku wił się jak piskorz, niechętny by wyłożyć kawę na ławę. Myśli przebiegały szybko, kotłowały się jak wygrywane na rympał akordy.

          Hmm... Nie odpuszcza, ale może w tym wszystkim ma rację, pomyślał muzyk. Nie, dobrze, słusznie... Ten cały Wedryk, tak, jak to dostanie to już z rąk nie wypuści. Ależ naiwnie założyłem, ha...

          - Co to za uśmiech? – Badaczka badawczo pochyliła się nad półelfem, lekko podnosząc okulary. - Powiesz mi skąd to przekonanie, że przedmiot jest magiczny? Czy będziemy mnożyć tu jeszcze tajemnice, jakby mało ich bylo na samej Ścieżce?

          Kai westchnął lekko i ostatecznie skapitulował.

          - Znam się nieco na magii, przyznaję – szepnął. - Nie oddawajmy może do Wedryka, ale jakbyś dała je mi na jakiś czas, trochę je przebadać... Tak po mojemu.

          - Ha! – Lara uśmiechnęła się tryumfalnie, zadowolona, że jej przekonania co do Kaia powoli się potwierdzają. - Tego nie mogę zrobić. To artefakty o wartości przede wszystkim historycznej, niezależnie czy magiczne czy nie. Ale zgoda, kiedy będę je mieć w swojej pieczy, będziesz mógł im się przyjrzeć i przebadać je... Po swojemu.

          - Zgoda. – Ucieszył się Kai i już chciał wyciągnąć do badaczki dłoń w filuternym geście przybicia spóły, kiedy dialog obojga przerwały jakieś hałasy u wyjścia na zewnątrz. A konkretniej hałasy awanturne i Grimleyowe.

          - Gdzie z tymi łapami? – Stary paladyn planował spacer na powierzchnię bez zatrzymywania się, chcąc minąć ustawionych na granicy wokół drewnianych barierek strażników, jakby nigdy nic. Nie dało rady. Grupa sześciu byczych karków w barwach Westburn stanowiła twardą barykadę.

          - Prosfsę sę zatsymasz – Lider oddziału był łysy, miał dawno złamany, ale źle zrośnięty nos i przez ten nos, nosowo, zaciągał. - Profsę do kontfoli. To tylko rfutynofo.

          - Do jakiej kontroli, chmyzie? – Rozeźlił się Grimley i prawie podskoczył, czując jak wpakowany pod pazuchę złoty lichtarz zaczyna niebezpiecznie zjeżdżać w dół. - Wiesz, kim ja jestem?

          - Jesteśmy rycerzami Zakonu Karzącej Ręki Sprawiedliwości Naszego Pana Heironeousa – wtrącił się Randal, który nadszedł z tyłu spokojnym krokiem. - Proszę nie stawać nam na drodze.

          - No! – rzucił Algernon i ruszył twardo naprzód, ale łysy i drugi, również łysy, ale z króciutkiego ogolenia, a nie odzywającej się genetyki, zablokowali mu drogę.

          - Pfan pfejdzie – zgodził się dowódca, który pewnie musiał służyć gdzieś, gdzie tacy jak Randal wydawali rozkazy i miał wpojone, by ich słów nie negować. - Ale pfan... Pfan stanje.

          Algernon takiej charyzmy już nie miał. Wyglądał może i groźnie, ale bardziej jak zbir, jeśli już rycerz, to raubritter nachodzący na podróżnych w zasadzce, a nie paladyn z krwi i kości.

          - A poszedł won! – Spróbował desperacko Grimley i szarpnął się, próbując minąć bysiorów, ale obu łysym przyszedł w sukurs jeszcze jeden, ten wysoko podgalany i z rudym wąsem. Szarpanie nie mogło skończyć się dobrze...

          Rycerz poczuł jak związane pod ciuchami dobra, które próbował przemycić luzują się i lichtarz wysuwa się spod koszuli... A ze spodni wypadają mu związane wcześniej – widać nie dość solidnie - złote łyżki.

          - Szkurw... – Grimley fuknął wściekle i przygotował się na bitkę, próbując wytrząsnąć z nogawki resztkę blokujących ruchy sztućców. Nie dali mu nawet szansy. Ucapili go już nie we trzech, a w czterech, patrząc tylko, czy aby Randal, ani nikt z pary, która szła na końcu nie będzie kombinować. Tych dwóch w odwodzie naszykowało kusze, na razie jeszcze nie celując w nikogo, ale szybkim mechanizmem zaciągając już bełty na wszelki wypadek.

          - Spokój!!!

          Głos, który nadszedł od wioski zadudnił jak dzwon. Głęboki, dźwięczny i zimny. Wspaniale teatralny, pomyslał Kai.

          Na scenę, długim, marszowym krokiem wszedł siwy, wysoki mężczyzna w szmelcowanym napierśniku i wojskowych ciuchach. Twarz miał jak ciętą z granitu, a spojrzenie równie surowe. Jeśli nie wzbudziłby posłuchu samą postawą, to wzbudzić musiał rangą. Owain Graft, lokalny szeryf.

          - Róbcie swoje – zakomenderował do zbrojnych. - Panie Grimley, będzie pan jeszcze utrudniać? Wszyscy – zdaje się – są tutaj w pracy, więc zróbmy, co każdy musi i miejmy to z głowy.

          - Grut, Diago, obszukajcie proszę pana Kaia. – Siwy wskazał na barda, który stał jeszcze za barierkami. Może nie wiedział, że Randala ominęła kontrola, a może sam też patrzył na stan rycerski z szacunkiem. Grunt, że Bronson nie musiał rozstawać się ze swoimi znaleziskami i w duchu odetchnął lekko, bo nie w smak mu było przechodzić takie obszukanie, jakie serwowali teraz kurwiącemu Grimleyowi, który usidlony, został do cna przetrzepany i nie zachował nawet sakiewki z monetami (ta miała być dla niego do zwrotu po sprawdzeniu, które należą do niego, a które wyniósł ze Ścieżki).

          Półelf, skonfrontowany z przeszukaniem przez eksadrę chamów, zrobił kwaśną minę, ale świadom, że niczego nie wynosi i nie chcąc już robić sobie pod górkę, kooperował grzecznie. Pod okiem Grafta poszło to raz-dwa i nikt nawet nie zaglądał mu specjalnie do kieszeni, ani sakiewki. Widać uznali, że Grimley zgarnął już wszystko, co się dało.

          - Pani, pani doktor, niepokoić tutaj nie będziemy, ale zakładam, że już u pana starosty podzieli się pani tym, co znalazła. – Owain skinął Larze głową i uśmiechnął się sucho. - Nie znam się na pani specjalności i na charakterze pani roli w tym przedsięwzięciu, więc może po prostu nie będę nic już sugerować, ani imputować... Ale poproszę panią po prostu, aby zechciała mi towarzyszyć do rezydencji pana Saliny.

          - I panów także zapraszam – dodał, już z mniejszą kurtuazją. - Teraz, pójdźmy proszę.

          Ku pewnemu zdziwieniu niektórych, zaproszenie objęło też Grimleya, który oskubany ze zdobyczy (winszował sobie tylko połknięcia kamieni, te były jego!), sapał strasznie i spojrzeniem, jakim powiódł po sprawdzających go ochroniarzach obiecywał im śmierć z możliwością powtórki. Tak jednak reszta grupy, jak i on, nie zamierzali już nic kombinować i zwyczajnie poszli za Graftem, odprowadzeni do Saliny, gdzie czekał już na nich nie tylko starosta, ale i Seweryn.

          I znów wszyscy razem

          Salinę zastali we wspólnej sali rezydencji, gdzie obsługiwano petentów – teraz pustej, poza samym Rodrykiem i Sewerynem, usadzonymi wygodnie z winkiem i w rozmownym nastroju. Starosta na widok gości poszerzył się od razu – tak w uśmiechu, jak i wyciągając ręce na strony w widocznym powitaniu (dowodząc, że zmieszczą go nie wszystkie futryny). Zaprosił bohaterów do gabinetu, niecierpliwy ciągu dalszego historii, której snucie rozpoczął wcześniej medyk.

          - Siadajcie, siadajcie, drodzy moi państwo, siadajcie. – Rodryk pokazał im gestem na wolne meble, które w osobach paru foteli i niewielkiej kanapki pod ścianą służyły wizytom oficjalnym. – Pan Seweryn zaczął mi tu już to wszystko referować, o górnikach, świętej pamięci, ale i o tym, którego się udało uratować, o pająkach, o skarbach, o tym wszystkim.

          Goście, pozostawieni sam na sam z panem Saliną, rozparli się wygodnie na obitych skórą meblach, chwytając w dłonie kielichy z przednim – przednim, zaiste – winem i teraz prawdziwie poczuli, że mogą zluzować mięśnie i odsapnąć.

          - Mówcie proszę, jak było, opowiedzcie wszystko. – Salina uśmiechnął się jak nauczyciel, którego pupile zdobywają nagrodę w szkolnym konkursie. – Pochwalcie się, cóżeście zbadali, co żeście zobaczyli-odkryli.

          I co było dalej?

          Salina był w swym uszanowaniu wysiłków i powinszowaniu sukcesów bardzo południowy, ekspresjonując się wyosce, niekiedy wznosząc rękę w geście sukecsu, niekiedy dzieląc się soczystym achem, a czasem będąc na cienkiej granicy od soczystego cmoknięcia zachwytu. Wieści o tych, których nie udało się uratować przyjął z ponurą miną, spuszczonymi na chwilę oczami i niedowierzającym kiwaniem głowy starszego brata.

          Po zdanym sprawozdaniu pozostawił sobie trochę przestrzeni na oddech i pytania, ale kiedy parę minut później poczuł, że atmosfera zaczyna osiadać i wszystko i wszyscy osiadają w fotelach coraz głębiej, poderwał gości do nowego tematu.

          Znali to już – temat Wrzosin był pytlowany w plotkach od kilku miesięcy i stanowił bolączkę dla wielu przybyszów. Choć Seweryn nie dalej niż kilka minut wcześniej rozpytywał o to znów, zmierzając do aktualnego problemu znikniętej Pogorzeli, teraz razem z resztą wysłuchał relacji Saliny ponownie, będąc pod wrażeniem jak umiejętnie – niemalże kopiując – starosta jest w stanie przekazać te same treści nowemu odbiorcy nie roniąc niczego z istotnych detali. Zaprawdę, starosta byłby świetny w grze w głuchego posłańca.

          - Panie starosto, proszę przyjąć wyrazy szczerego współczucia... Ale może jeszcze w temacie mieszkańców nie wszystko stracone? – odezwała się pierwsza Lara. - Tylko... Pan wybaczy, ale czy my aby jesteśmy dobrymi osobami, by zajmować się tym tematem? Jestem, owszem, doktorką medycyny, ale z tego, co zrozumiałam, to nie ma tam rannych do opatrzenia. W zakresie mojej specjalizacji archeologicznej też się chyba Pogorzeli nie przydam. Ja nie myślę tu stronić od pomocy, ale czy aby nie lepsi byliby jacyś tropiciele, jakaś grupa poszukiwawcza?

          - O, pani doktor, proszę mówić swobodnie, proszę się nie krępować przed prawdą i – prawda – konkretem! – Salina uśmiechnął się pogodnie, sugerując, że samo pytanie o zasadność ich obecności w tej misji go nie razi. - Dlatego tu państwa, szanowni-drodzy, zebraliśmy, bo chcemy skorzystać tak z waszych talentów i umiejętności precyzyjnych-specjalnych, jak i przede wszystkim sięgnąć po wasze umysły... Umysły światłe, hartowane, prawda, na różne sposoby i różnymi ścieżkami życia, ale światłe i bystre. Zdolne pominąć to, co czasem łowczy – nasz pan Curze, zdolny też na swój sposób – czy jego ludzie, mogliby pominąć. Patrząc, no, prościej powiedzmy.

          - Miło być docenioną, ale sam pan rozumie, że nie jest to obszar... – Lara spojrzała po kompanach. - Mówię w swoim imieniu oczywiście... Nie jest to obszar mojej ekspertyzy.

          - Sprawą będziemy zajmować się wnikliwie i badać, więc tu też proszę nie czuć na sobie, ma się rozumieć, brzemienia odpowiedzialności za los mieszkańców... Ów na mnie jako na przedstawicielu władzy w regionie spoczywa – formalnie, rzecz jasna, to przyjmując. – Rodryk wzniósł ręce, jakby wszystkich formalnie rozgrzeszał. - Tak jednak jak polegam i polegać chcę na moich, to znaczy Lidze naszej powołanych, podwładnych, tak i chcę polegać na dobrej woli wszystkich stron, które budują to nasze wspólne przedsięwzięcie... Na pani Wylli na przykład, która wielmożnych państwa mi tutaj, z racji na wasze talenty... Talenty śledcze, medyczne, wojskowe, na uważność co do detalu i sprawność, rzekłbym, nieprzynależną ludziom poślednim, zwykłym uogólniać i podążać za innymi, a zamiast tego jednak szczególną, intelektualnie wyzwoloną z – że tak sobie powiem – zamknięcia w granicach wyłącznie... Chłopskiego rozumu.

          Lara uśmiechnęła się niepewnie, nieco skonfundowana tyradą starosty. Niezbity z pantałyku był za to Grimley.

          - Dobrze, dobrze, panie starosto – zapewnił ochoczo. - Pojedziemy, załatwimy. Kiedy trzeba ruszyć? Dziś-jutro?

          - Prawdę mówiąc, szczerze mówiąc, to im szybciej, tym naturalnie lepiej. Ale nie jest to też taki kawał, co by państwo ruszyć nie mogli i za godzinkę-dwie, jak trochę odsapniecie, przygotujecie sobie, co tam potrzebne... – uspokoił Salina. - Dogadamy zaraz to z grupą, z ludźmi odpowiednimi, konie przygotujemy. To się proszę nie frasować. Ale pana, sir Algernonie, to prosiłbym jednak o odpoczynek dłużej, bo widzę – nie zobaczyć trudno – że mocno się ta batalia na panu odcisnęła.

          - Phi – prychnął Grimley. - Nie takie batalie mnie przyciskały.

          - Tedy dobrze mieć pana po swojej stronie, sir. Ale jak mówię, jak mówię – odpoczynek koniecznym jest. I pewny jestem, choć tu akurat moja ekspertyza może być podważona, że państwo medycy, pani doktor i pan Seweryn zgodzą się z moim zaleceniem. – Rodryk mówił niby tak jak do tej pory, a jednak coś w głosie stwardniało, ze zdań oznajmująco-konwersujących przechodząc w wyłącznie oznajmujące. - Poproszę teraz państwa o powierzenie mi znalezisk ze Ścieżki, które zostaną tu odpowiednio skatalogowane. Naturalnie, przedmioty będą dla pani doktor do późniejszego wglądu i analizy naukowej, choć jako dziedzictwo tych ziemi pozostają własnością obywateli Wolnej Ligi, ma się rozumieć.

          Ma się rozumieć, prychnął w duchu Randal, jak na reprezentanta surowej ścieżki prawa zawsze dziwnie sceptyczny wobec władzy, kiedy przychodziło jej brać się do dóbr i bogactw.

          - Gdyby mogli stawić się potem państwo u budynku stajni na tyłach, w godzinie końca zmiany popołudniowej robotników, mieć powinniśmy wszystko naszykowane – dodał Salina, wracając do tematu wyprawy do Pogorzeli. - Jeśli naturalnie chcą państwo, to woli państwa pozostawiam, wspomóc interes rzeczy-naszej-pospolitej, angażując się w zbadanie sprawy, którąśmy omawiali.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez
            #48

            Lara Quatermain (Alex Tyler)

            Korzystając w rozsądniej mierze z posiadanego czasu, Lara poddała głębszej analizie wszystkie przedmioty z oznaczonego cedrowym drzewem sejfu. Księga i tubusy, choć niewątpliwie historycznie wartościowe, okazały się zawierać dokładnie to, czego się spodziewała po ich pobieżnym przejrzeniu. Tylko więcej. Nie było więc w nich nic, co zmieniłoby w diametralny jej sposób postrzegania starożytnych. Z kolei dłuższa inspekcja gemmy zdawała się potwierdzać jej przypuszczenie, że przedstawia ona wybrankę Ildreana Sigroza, choć absolutnej pewności co do tego nie miała.

            A co do drogocennego berła... Jego długi na niecały łokieć kształt wykonany był z kości słoniowej i świetnie spolerowany na rozlicznych fasetkach, które rozwijały się w imitacji kwietnej łodygi, odbijającej na bok drobnymi, spłaszczonymi jak kopuła kolumny w pilastrze gałązkami. U podstawy trzonka była przestrzeń idealnie wyważona dla dłoni, gładka i bez zdobień. Całość wieńczyła złota gałka w kształcie brylantu, lekko wytarta i poobijana. Na niektórych z fasetek można było dostrzec splecione wspólnie runy inicjałów „ID”, ale poza tym rzecz nie nosiła śladów suelskiego pisma. Lara przeczuwała, że nie należała ona do przedmiotów codziennego użytku, ale nie pasowała też do artefaktów o religijnej bądź ceremonialnej naturze, jakie by kojarzyła. Długość i forma sugerowały za to, że berło mogło być dodatkiem do odświętnego odzienia, jakiego czasem w suelskim imperium dopełniały różdżki czy buzdygany, ale intuicja podpowiadała, że mógł być to przedmiot o rzadszym i bardziej praktycznym zastosowaniu. Nierównomierne zużycie całego kształtu – przy doskonałym zachowaniu poniżej gałki i uszkodzeniach na tejże – mogło wskazywać, że złotą kopułą uderzano, ryto nią, albo może gdzieś ją wciskano.

            Okularnica postanowiła zaopiekować się całą zawartością sejfu, prócz kamieni szlachetnych i złota. Te z braku innych chętnych przejął starszy z wojowników, Algernon, choć gotów był podzielić się nimi z resztą i to po równo, argumentując, że zawdzięczał im życie. Niemniej Quatermain podtrzymała swą decyzję. Wszak nie przybyła do doliny Drusdygg, by się wzbogacić. Chodziło jej tylko o ekscytujące przygody podczas odkrywania tajemnic przeszłości.

            Zanim grupa postanowiła opuścić Ścieżkę Slerotina, drugi z wojowników, Randal, wykazał się wyjątkową intuicją, w ostatniej chwili odszukując kolejne archeologiczne znalezisko, które następnie przekazał Larze. Była to niewielka, skórzana książeczka w złotej ramie, wyglądającą na pamiętnik lub dziennik. Bogato zdobione inicjały na wewnętrznej stronie sugerowały, że właścicielem był Ildrean Sigroz. Dalsze karty wypełnione były starosuelskim alfabetem, lecz nakreślone tam litery układały się jedynie w słowa bez ładu i składu, łamiące podstawowe zasady konstrukcji wyrazów. Fascynatka archeologii domniemywała, że właściwa treść została zakodowana przy użyciu jakiegoś szyfru. Zarazem liczyła, że później uda jej się go złamać. Jako że prywatny dziennik stanowił dla niej potencjalnie bardziej interesującą lekturę, niż wcześniej przejrzane papiery biznesowe. Wszak bez wątpienia stanowił prawdziwy zapis antycznej prozy życia swego właściciela, tak bardzo przez nią pożądanej, a nie surowe rejestry z obrotu pieniędzmi i towarami.

            text alternatywny

            Opuszczając Ścieżkę Slerotina Lara Quatermain miała więcej czasu na obejrzenie mijanych korytarzy i komnat, niż kiedy kierował nią wymuszony pośpiech. Niemniej widoki te wywołały w niej głównie uczucie głębokiego żalu, spowodowanego tym, że nie miała możliwości ujrzeć ich w pierwotnej postaci, zanim zostały bezlitośnie rozebrane i rozkradzione.

            Zamieniwszy w drodze powrotnej słowo z Kaiem, jasnoblond doktorka jeszcze bardziej upewniła się w swym podejrzeniu, że nie był on byle cyrkowym nożownikiem, ani przypadkowym poetą, lecz znanym z podań i legend bardem. Artystą, którego wyjątkowa sztuka potrafiła wpływać na materię rzeczywistości niczym skomplikowane zaklęcia magów. Właściwie krótka rozmowa z bardem na temat znalezionych figurek uzmysłowiła czarnookiej awanturniczce, że muszą posiadać one magiczną naturę. Niemniej Lara nie zamierzała pokazywać ich lokalnemu czarodziejowi Wedrykowi, wiele bowiem wskazywało, że nigdy więcej by ich już nie ujrzała. Nawet Kaiowi nie zamierzała oddawać ich na własność, jedynie udzieliła mu pozwolenia na swobodne ich badanie. Ostatecznie każda z figurek wylądowała głęboko w jej dekolcie, gdzie miała nadzieję, że żaden mężczyzna sprawdzać się nie poważy.

            Na szczęście obyło się bez krępującego przeszukania, co wielce ucieszyło medyczkę, tym bardziej że w jej przypadku przy tego typu procedurach jakimś cudem zawsze trafiało się nader sporo nadgorliwych „służbistów”. Tym razem, stojącym u wejścia mężczyznom, wystarczyło jedynie jej poręczenie, że o wszystkich zabranych dobrach poinformuje starostę i da się do niego zaprowadzić. Tak też obiecała, wygodnie przemilczając dobrze schowane pod ubraniem berło i psie figurki.

            text alternatywny

            Lara Quatermain nie była osobą, która lubiła formalistyczne i żmudne procedury, czy w ogóle rozmowy w tonie urzędowym lub biznesowym. Tak samo nie lubiła opowiadania o swoich przygodach osobom, które nie dzieliły szczerze jej pasji. Pozwoliła więc mówić Kaiowi. Sama wtrącała tylko fakty, szczególnie te natury medycznej i archeologicznej, których nie widziała powodu pomijać, lub których Salina zdawał się nie usłyszeć z ust cyrulika, którego to postrzegała nieco podejrzliwie od chwili jego nagłej ucieczki z pajęczym truchłem. W każdym razie nikomu nie dodawała, ani nie ujmowała zasług. No, może odrobinę odjęła sobie, ale to z racji pewnego bagatelizowania swych osiągnięć. Zwłaszcza gdy wchodziły na pole jej przekonań. Wszak ratowanie czyjegoś życia było jej obowiązkiem, a nie jakimś wybitnym osiągnięciem. Sprytny i przezorny Kai na szczęście nie zdradził, że znaleźli i ukryli klucz do kraty, ani tego, że przywłaszczyła sobie berło i figurki. Nie, żeby posądzała go o coś takiego, sprawiał bowiem w jej oczach wrażenie porządnego chłopaka. Na szczęście jednak nie porządnego w odcieniu głupio-uczciwym. Choć zatajenie obecności nasyconych magią posążków wydawało się jak najbardziej w jego interesie.

            text alternatywny

            Zgodnie ze złożoną obietnicą Quatermain okazała i pokrótce opisała staroście wszystkie wyniesione przedmioty, których nie ukryła. Przy tej okazji pokusiła się o poruszenie nurtującej ją kwestii, a może raczej wyrażenie pewnej obawy.

            — Tuszę, że owo dziedzictwo ziem niniejszych, pozostające własnością obywateli Wolnej Ligi, zasili zbiory muzealne, by mogli się nimi do woli cieszyć. Wszak niedopuszczalnym byłoby, gdyby jakimś sposobem omyłkowo znalazły się w rękach prywatnych, a przez to zamkniętych kolekcjach co zamożniejszych z kolekcjonerów.

            W kwestii udania się do Pogorzeli to zgodziła się niechętnie, za nic nie mogąc wytrącić staroście argumentu z ręki. Wprawdzie nie miała nic przeciwko udzielaniu pomocy ludziom, ale wolała zajmować się tym, po co właściwie przybyła do Czarnych Wrót. Czyli Ścieżką Slerotina.

            — Jeśli zostawili ślady, to je znajdę — oznajmiła. — Pomocy mi w tym nie trzeba. Kilka tygodni spędzonych samotnie na bezludnej tropikalnej wyspie bez żadnego prowiantu potrafi wiele nauczyć na temat znajdowania śladów.

            Blondynce odpowiadało, że tym razem nie musieli ruszać od razu. Aż ją nosiło, by posiedzieć nad znalezionym przez Randala dziennikiem. O psich figurkach nie wspominając. Wolała się też lepiej przygotować, niż poprzednio.

            Przed wyjściem przyszło wszystkim pożegnać się Grimleyem, któremu Salina zalecił obowiązkowy odpoczynek. Lara nie widziała powodu się sprzeciwiać, bo choć w dużej mierze poskładała go do kupy po ataku wielkiego pająka, to odpoczynek po takim szoku dla organizmu był jak najbardziej wskazany. Co do samego procesu pożegnalnego to czarnooka uczona uczyniła to mniej formalnie, niż to wypadało młodej damie z szanowanego greyhawskiego rodu, obejmując po koleżeńsku wojaka.

            text alternatywny

            Cały wolny czas przed wyjazdem do Pogorzeli Quatermain spędziła w swoim wynajętym pokoju w „Czarnym Diamencie”. Po przygotowaniu swojego ekwipunku do drogi, szybko zabrała się do studiowania dziennika Ildreana Sigroza. W trakcie notowała na swoim papierze wszelkie potencjalne zależności, pokrewieństwa i odpowiedniości w czytanych wyrazach. Próbując rozgryźć ich prawdziwy sens. W pewnym momencie zrobiła sobie krótką przerwę i zeszła na dół, do szynkwasu, by poprosić o obiad, którym jednak zamierzała posilić się na górze. W trakcie oczekiwania na jedzenie rzuciła jej się w uszy pewna plotka.

            Ścieżka Slerotina to jednak jest śmieszna nazwa dla takiej konstrukcji... Przecież to cały podziemny trakt czy pałac! Wielka rzecz! Ciągnie się to podobno głęboko pod górami, ma iść niby aż na drugą stronę Pieców. Żeby to działało, żeby się tam nie podusić, porobione były szyby doprowadzające powietrze do środka. Wiem, że teraz natrafili tam w środku na jakąś przeszkodę i próbują obejść to bokiem, kombinują jakoś, ale... Może trzeba iść w góry i spróbować zejść w dół? Spróbować znaleźć jakiś szyb i dostać się na Ścieżkę tamtędy?

            Po usłyszeniu tej wypowiedzi fascynatka archeologii uniosła znacząco brwi. Co prawda nie wiedziała, czy naprawdę coś zablokowało Ścieżkę, ale widziała jakieś szyby podczas swojego krótkiego pobytu. Co się zaś tyczyło przekonania, o możliwości przejścia na drugą stronę gór, to pokrywało się z większością legend i podań, ale wcale nie musiało być prawdziwe. Co skonstatowawszy, zabrała swój przygotowany posiłek i udała się na górę. Wolała nie mitrężyć przed odjazdem.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez
              #49

              Kai (Aro)

              Uprzednio upewniwszy się, że nic nie czyhało w ukryciu po drugiej stronie zruszonego gruzowiska, Kai prześlizgnął się względnie zręcznie przez przeszkodę. Pacnął obutymi w sandały stopami o posadzkę, chwiejnie ześlizgując się od razu w przysiad, gdy ruch zruszył jeden z kamiennych kawałków, który potoczył się wgłąb komnatki. Hałas jednak nie obudził do życia kolejnego zagrożenia i półelf podniósł się do pionu, w duchu oddychając z ulgą. Korzystając z okazji, że znajdował się chwilowo poza polem widzenia swych towarzyszy, rozjaśnił sobie nieco sytuację, prostym zaklęciem odpalając tak pochodnię, jak i tuzin świec, ostających się upływowi czasu. Proste, kuglarska sztuczka rozwiała ciemność pomieszczenia i rzuciła światło na jego stan, co, zazwyczaj mile widziane w innych miejscach, tutaj jednak wzbudził w Kaiu grymas odrazy. Oblepione pajęczynami leże, rzecz oczywista, godziło w zmysł estetyczny artysty, lecz to szkielet zasiadły za biurkiem wzbudzał w nim najwięcej niepokoju. Mógłby przysiąc, że puste oczodoły śledziły jego ruchy niewidzącym spojrzeniem zza grobu i wzdrygał się przez co i rusz, gdy tylko jego spojrzenie zjeżdżało w tamtą stronę. Inspekcja komnaty wespół z resztą przyniosła im nowe znaleziska, z których najbardziej interesującym półelfa był bloczek mogący być kluczem do odnalezionego wcześniej sejfu. Pech jednak chciał, że nie szło go tak łatwo zgarnąć.

              — A żeby cię...! — syknął, potrząsając dłonią.

              W pierwszej chwili spodziewał się dostrzec ślady oparzeń na smukłej dłoni, lecz jedno tylko nań zerknięcie zdradziło, że próżno było szukać takowych. Nawet samo palące uczucie przeminęło tak szybko, jak tylko odskoczył od odnalezionego klucza. Nie było ono też jakową dziwaczną reakcją tylko jego umysłu, co potwierdziła podobna reakcja doktor Quatermain, gdy spróbowała sięgnąć po zalegające w pajęczynie znalezisko. Kai, choć zdolny był do splatania garści zaklęć i podporządkowywania rzeczywistości swej woli w ograniczony sposób, nie wyznawał się na teorii magicznej i owe arkana pozostawały dlań niezgłębioną tajemnicą. Nie trzeba było jednak wykształcenia w ars magica, by domniemywać cóż takiego właśnie zaszło. Przycupnięty w bezpiecznej odeń odległości półelf świdrował bloczek spojrzeniem, próbując wykoncypować sposób obejścia iluzorycznego zabezpieczenia, w czym wyprzedziła go doktor Quatermain. Wywołując swym działaniem kolejny grymas na jego obliczu - wykorzystanie szkieletu bowiem, choć nader skuteczne, było dlań makabrycznym widokiem. Wstrząsany dreszczami jednak asekurował jak mógł swą towarzyszkę w powrocie do płaskorzeźby. Wzdrygnął się tylko, gdy kościana ręka odmówiła posłuszeństwa i klucz poszybował ku posadzce. Nie zdoławszy w porę opanować bezwiednego odruchu, nakazującego próbę złapania lecącego obiektu, Kai ponownie odskoczył z przekleństwem na ustach, machając dłonią potraktowaną kolejnym widmowym wrażeniem oparzenia. Przy drugiej ręce splótł już dłonie za plecami, by przypadkiem nie powtórzyć owego błędu. A gdy Lara uciekła się do użycia szczęki, gdy kończyny zawiodły, artysta nagle stał się bezbrzeżnie zainteresowany pajęczynowym baldachimem rozciągniętym na sklepieniu.

              — Odsuńcie się, proszę — ostrzegła dobrodusznie towarzyszy. — W razie gdyby nastąpiło coś niespodziewanego, lepiej byście nie stali w pobliżu.

              Kai nie potrzebował specjalnej zachęty, by usłuchać słów doktor Quatermain, gdy już stanęli przed sejfem. Wycofał się naprędce trzema przesadnie wydłużonymi krokami w tył i napiął niczym struna, wstrzymując oddech. Otwarcie skrytki nie pobudziło jednak do życia jakiegokolwiek nowego zabezpieczenia i jej zawartość stanęła przed nimi otworem. Kai przypatrywał się przedmiotom przechodzącym przez dłonie Lary ponad jej ramieniem, większość z nich zaszczycając co najwyżej przelotnym zainteresowaniem. Tylko figurki jakichś psów, pokryte dziwnymi i nieznanymi mu bliżej runami, pobudziły jego ciekawość. Bynajmniej nie kunsztownym wykonaniem - acz i tego nie mógłby odmówić ich twórcy - a znajomym mu uczuciem, które zawsze wymykało się próbom dokładnej identyfikacji. Pewien był tylko jednego - statuetki były w jakiś sposób, mniej lub bardziej, zaklęte. W oka mgnienie stały się zatem jedynym znaleziskiem, które miał naprawdę wielką ochotę wynieść ze Ścieżki.

              Dlatego też wstrzymał doktor, gdy tylko paladyni opuścili salę-dziedziniec, budzącą w nim smutek swym stanem. W rozgrabionej komnacie zamienił z nią parę cichych słów, nieustępliwością Lary zmuszony do wyjawienia jej swych magicznych talentów. Niechętnie, bo niechętnie - był zbyt dobrze świadom tego, jak większość ludzi postrzegała magię - acz było to w zasadzie jedynie głęboko zakorzenionym odruchem. Wątpił bowiem, by przyjazna uczona miała wykazać się powszechną ignorancją i zacząć szykować dlań stos. Osiągnięte zeń porozumienie przyjął ze szczerym zadowoleniem i jeszcze szczerszym uśmiechem, podekscytowany prospektem badań nad fascynującymi go posążkami.

              Prędko wypartą poprzez zajście u wyjścia, acz i nawet pełne napięcia chwile nie były w stanie zupełnie zburzyć jego dobrego nastroju.

              text alternatywny

              Ponowna audiencja u Rodryka Saliny, starosty Czarnych Wrót, nadszarpnęła nieco bardziej pogodę ducha półelfa. W dużej mierze poprzez niepokojącą opowieść o wydarzeniach w Pogorzeli i Wrzosinach, acz i nieco wcześniej przez to, że to na niego zrzucono obowiązek sprawozdania i nie było mu dane raczyć się w spokoju winem. Nader przednim, jak się okazało gdy tylko zmoczył nim usta, by zwilżyć gardło. Jak świat długi i szeroki wszelakie stanowiska wiązały się nierozłącznie z szeregiem różnych benefitów, lecz fakt, że starosta miał w swych zapasach trunek tak dobrego sortu, który mógłby być serwowany na stołach wielmożów, pobudzał cień podejrzliwości w żywej wyobraźni Kaia. Tudzież był jeno świadectwem, jak wielkie były bogactwa spoczywając na Ścieżce - na tyle, że nawet "skromny" zarządca był w stanie sporo zeń uszczknąć. Jakby to jednak nie było, półelf odepchnął od siebie te myśli, oddając się raportowaniu Salinie wydarzeń w podziemiach.

              Nie będąc pewnym, jak wiele zdążył mu wyjawić obecny już w gabinecie Seweryn, Kai ograniczył się zaledwie do ogólników. Rzecz jasna ubarwionych kwieciście, gdyż nie mógł sobie odmówić tejże przyjemności dania upustu artystycznym ciągotom. Przemawiał zatem ciut zbyt długo i rozciągle, jak na formalne spotkanie z pracodawcą, czyniąc chwilami teatralne pauzy, by zbudować nieco suspensu i unieść obracany w palcach kielich do ust. Przed Saliną zataił naprawdę niewiele, jedynie fakt ukrycia przez doktor Quartermain paru artefaktów - nie tyle przemilczając tą kwestię, co po prostu zwodząc słuchacza retorycznymi figurami; mówiąc mu wiele, a tak naprawdę nie powiedziawszy nic konkretnego. Kai odetchnął głęboko, gdy sprawozdanie dobiegło końca i mógł wreszcie zająć się osuszaniem naczynka w dłoni. Gdyby nie znajomość konwenansów i kultura osobista, zapewne byłby sięgnął po karafkę w ramach dolewki, acz powstrzymał się od tego. Reagował oszczędnie na dalsze wymiany zdań, uśmieszek na twarzy, kwitnący na słowa doktor Quatermain o znaleziskach zasilających zbiory muzealne, kryjąc za nagłym przymusem podrapania się po policzku.

              Dyrektywę - ukrytą pod płaszczem sugestii czy też prośby - stawienia się na tyłach stajni za parę godzin przyjął ze skinieniem głowy i lekko kpiarskim salutem. Los opuszczonych wiosek nie był mu zupełnie obojętny, a tajemnica zniknięcia bez śladu silnie pobudzała jego ciekawość. Nie na tyle, by zapomniał o Ścieżce, lecz wystarczająco by nie krzywił się na to zadanie, mocno poboczne względem głównego celu jego pobytu w Drusdygg.

              text alternatywny

              Ciężko byłoby powiedzieć, że Kai spożytkował dwie godziny dane mu przed wyprawą do Pogorzeli. Blisko trzy kwadranse pierwszej spędził bowiem w zaciszu siedziby Lazurowej Kompanii, mocząc się w wannie i doprowadzając do porządku po krótkiej, acz intensywnej, wycieczce w podziemia. Wymyty i wypachniony poświęcił zaledwie parę chwil na doprowadzenie zarówno oręża, jak i odzienia do czystości, wysługując się przy tym prostym zaklęciem. Nie musiał nawet specjalnie pakować czegokolwiek na podróż - wodoodporna, solidna torba spoczywała w kącie pokoju, przezornie zapakowana o poranku, nim jeszcze stawił się u Saliny. Kai zatem pozostały mu czas przeznaczył na, krótko mówiąc, lenistwo - wczesny obiad, obowiązkowo z winem, oraz spacer po Wrotach. Równie obowiązkowo, przy tym drugim, strzygł też długimi uszami. Dwa tygodnie w miasteczku pozwoliły mu na dosyć dokładne wybadanie, co w trawie piszczało, acz pod tym względem wyznawał pogląd, że nigdy za wiele.

              Kai stawił się pod stajnią, pogodę ducha objawiając wesołymi gwizdami, gotów wzbogacić podróż o dzielenie się lokalnymi nowinami i plotkami.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz
                napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                #50

                Randal (Mike)

                Randal nie wdawał się w dysputy. Była robota do zrobienia. Trzeba było rozwiązać zagadkę i zapobiec kolejnym zniknięciom, więc raz dwa się zakrzątnął. Spakował sprzęt i żywność i był gotów do drogi. Zdobyte fanty zabrał ze sobą. Planował je ukryć na najbliższym postoju.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Niedostępny
                  PaniczP Niedostępny
                  Panicz
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #51

                  Seweryn Drachenwulf (Rewik)

                  Zdawało się, że na Ścieżce wcale nie było tak wielce osobliwych rzeczy, jak pierwej mu się w myślach roiło. Znalezione przedmioty prezentowane Salinie owszem swój ciekawy starożytny charakter posiadały i wyobraźnię pobudzały, ale... nie było to nic, co by równać się mogło z barwnemi opowieściami kmieci. A tych mimowolnie nawet, usłyszał wiele, jako że ludzie swe trwogi przed curatio lubili przerabiać w gadulstwo.

                  — Dołożę starań wszelkich, aby cierpiących ku ich domom własnych na czas odprawić. Jeśli tylko temu podołam, poddaję się woli waszej i żegnam uniżenie.

                  Seweryn, jako że wymówkę miał niezgorszą, a i tego co było mu przeznaczone nasłuchał się już wcześniej, posiadłość starosty opuścił jako pierwszy. Snuły się jeszcze dalsze opowieści, lecz ustalenia o ponownym spotkaniu były już powzięte, w tym miejsce i czas początku podróży do wsi Pogorzeli. Drachenwulf opuścił przybytek zadowolony z siebie, wierząc że nić porozumienia z Saliną był złapał, a szlak na drodze do jego prywatnej lecznicy, w całej okolicy cenionej, został choć trochę przetarty. Po owym pożegnaniu oddalił się pośpiesznie do lazaretu, gdzie, zmożonych mężczyzn minioną walką z trucizną, przygotował do oddania w ręce rodziny i gdzie czas jakiś jeszcze przyjmował ludzi w potrzebie.

                  text alternatywny

                  Czas jakiś później widziano Seweryna kuśtykającego w stronę kamiennej konstrukcji, z dala wzniesionej. Ściany budowli tej wykonane były jakby z naturalnego nieobrobionego kamienia, a jednak kształt posiadały, świadczący o ludzkim kunszcie. Szczególnie niezwykle wyglądała owa architektoniczna skała, gdy słońce skrzyło się na skrystalizowanych bryłach, jakiegoś wtopionego weń minerału.

                  Do środka nie było dane mu wejść, choć pragnął tego wielce. Czarownik Wedryk Weld zamienił jednakże z nim więcej niż kilka słów, przechadzając się wokół konstrukcji. Lecz o czym tak rozprawiali - tego, niech mi bogowie świadkiem będą, nie wiem.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #52

                    Co działo się u Lary?

                    Pasja była w życiu Lary jedną z głównych sił, lokując się gdzieś niedaleko za grawitacją i będąc od niej tylko niedużo mniej niechybną. Wiadomym było, że złapany bakcyl będzie pannę Quatermain trawił na okrągło, więc wytrwanie na pogadance ze starostą, kiedy można byłoby już zagłębić się w świat enigmatycznych starożytności było prawdziwym wyzwaniem. Ale udało się.

                    Lara siedziała teraz w swojej izbie na górze „Diamentu”, z drzwiami zamkniętymi na klucz, zdobyczami rozłożonymi na pościelonym łóżku w otoczeniu badawczych utensyliów w postaci lup, miarek, dłut i pędzelków oraz całej masy papierków i rycinek do etykietowania znalezisk. Siedziała i przekrzywiała zaciśnięte w dziubek usta z jednej strony na drugą, zamyślona spoglądając w okno na nagrzane słońcem pagórki. Wracała jeszcze do tego, co usłyszała od Saliny.

                    - Pani Doktor, co ja mogę powiedzieć! - Rozkładał ręce starosta. – Muzea… Muzea, chociaż to jest, zaprawdę, piękny i wspaniały koncept, nie wszędzie są tak popularne jak – sam przyjemności być nie miałem, słyszałem jeno – w wielkim mieście Greyhawk. W wielu miejscach na świecie historia tychże miejsc, a tak-tak, spleciona jest z historią królewską czy historią wielkich rodów, które tam żyją…

                    Salina uśmiechnął się i energicznym kiwnięciem głowy rozmył wątpliwości, co do tego, że i tu byłoby tak samo.

                    - U nas nie ma lepszych i gorszych, nie ma tu szlachty, ani króla… Toteż część znalezisk, owszem, wystawiona gdzieś będzie na widok wspólny, aby uczyć i cieszyć oko kunsztem… Ale niekiedy największą korzyścią dla obywateli jest, by zadbać o ich zdrowie i bezpieczeństwo. – Rodryk otworzył dłonie na świat i na obywateli. – Temu zaś służyć mogą profity z kontrolowanej, w pełni skatalogowanej i określonej prawnymi obostrzeniami dystrybucji niektórych ze znalezisk. Pozostawienie tego poza obszarem kontroli podmiotu nieskoncentrowanego na zysku… Innymi słowy, nas tutaj, jako reprezentacji obywateli Ligi… Pozostawienie tego poza nami – choćby w gestii spółek jak ta panów Wulberga i Salztona czy sławetna Kompania Lazurowa, firm uczciwych i niewątpliwie honorowych – jest wystawieniem tychże wszystkich dóbr i znalezisk na dyktat czystego zysku.

                    Lara wstrzymała się przed przewróceniem oczami, ale minę miała chyba nieco skwaśniałą.

                    - Mówię z panią, pani doktor, w głębokiej szczerości, bo cenię sobie, cenię sobie, a tak-tak, ludzi nauki i ludzi oddanych czemuś więcej niźli tylko pogoń za pieniądzem. Nawet jeśli - okoliczności różne bywają - dysponentem naszych talentów jest podmiot, który ma zysk jako swą podstawową misję. – Salina uśmiechnął się przepraszająco, by złagodzić szpilę, którą wbijał. – Dlatego proszę mi zawierzyć, współpraca z nami, czyli Ligą jako reprezentacją obywateli tego kraju, najlepiej przysłuży się… O, tak bym to ujął – tak wzniosłej idei cywilizacji, jak i poprawie życia społeczności, która obecny czas splotła z historią… Którą wydobywamy, z pani doktor nieocenioną pomocą, na wierzch.

                    - Cenię pana głęboką szczerość panie starosto. I dziękuję za nią. – Lara skinęła lekko głową. – Pozostaję też w nadziei, że przy pana zamiłowaniu dla nauki będzie pan łaskaw korzystać z mojej pomocy przy decyzjach dotyczących dóbr historycznych ze Ścieżki… Abyśmy mieli pewność, że najlepiej posłużą one tak idei, jak i społeczności.

                    Tak, dobrze mu powiedziała, to prawda. Dziewczyna uśmiechnęła się do świeżego wspomnienia i dopiła wodę z glinianego kubka, wstając od biurka i zostawiając rozłożone na sienniku znaleziska za sobą. Przystanęła w pół kroku, przymknęła okiennice i zabrała najcenniejsze fanty ze sobą (chowając je tam, gdzie – nieproszony – dżentelmen nie zagląda), a resztę delikatnie okryła pledem, by nie rzucały się w oczy. Nikt wprawdzie nie miał prawa wleźć do jej komnaty – zamek w drzwiach był porządny, a pani doktor nigdy nie zapominała, by upewnić się, że dobrze zamknęła drzwi za sobą.

                    Na dole, w ciepłym, przytłumionym popołudniowym gwarze czuła się całkiem dobrze, ale ledwo co opuściła swoje poletko, a już zaczynała do niego tęsknić. Mieliła w głowie obrazy i myśli, które nazbierały się w mnogości w czasie wstępnych analiz archeologicznych artefaktów na górze.

                    Na pierwszy ogień poszedł dziennik, który przyniósł jej Randal. Wypełniały go starosuelskie, pociągłe litery, pisane ręką wprawnego w kaligrafii mężczyzny. Ildraen Sigroz, niewątpliwie poważna szycha w Towarzystwie Wschodniej Ekspansji, był człowiekiem kupiecko porządnym i poukładanym, acz niepozbawionym finezji. Jego pismo było eleganckie, często rozciągające literki w kwieciste formy, z falującymi szeryfami i nierzadko różnym nieco, w zależności od połączenia z sąsiadami, przedstawieniem tych samych liter.

                    Dla Lary niemal z miejsca stało się jasne, że dziennik pisany jest szyfrem. Z początku zakładała może, że słowa były pisane w jakimś innym, nieznanym jej języku, choć z wykorzystaniem alfabetu suelskiego, ale nie znała języka, który zbijałby samogłoski i spółgłoski w tak pozbawione ładu i składu zestawienia. Co więcej, po pobieżnym przeglądnięciu książeczki, zauważyła, że w środku mało było powtarzających się ‘słów’, co mogłoby nakierować na jakikolwiek język – nawet któryś z tych, gdzie logika wymykała się lingwistom, jak przy otchłannym czy piekielnym (co prawda, nie znała tych języków, ale w swej pasji mola książkowego czytała o ich specyfice, więc kojarzyła, że potrafią kompletnie burzyć porządek syntaksy… Słowa jednak jak najbardziej miały i to również wiele powszechnych, więc jeśli to byłby któryś z tych języków, to stałe zwroty powinny się tu pojawiać). Nie, to musiał być szyfr…

                    Ewentualnie iluzja czy jakaś czarodziejska sztuczka burząca porządek zapisu dla wszystkich niepowołanych oczu. Właściwie… Po doświadczeniu z kluczem i czaszką mogła się już spodziewać, że Ildraen nie lubił dzielić się swoimi rzeczami z innymi.

                    Pani doktor rozglądała się za kluczem do szyfru, w nadziei, że nie jest to rzeczywiście magiczna bariera nie do przebycia. Zmieniała szyk literek, szukała podobieństw i rachowała liczbę znaków czy zgłosek w wierszach czy na stronie. Próbowała prostej matematyki, przestawiając litery w różnych ciągach i kolejnościach, ale nie doszła do żadnego konkretu, który uznałaby za nieprzypadkowy. Świadoma ograniczonego czasu, zdecydowała, że spróbuje na razie porebusować i rozrzuci litery pierwszej linijki, kombinując z ułożeniem z nich jakichś sensownych konstrukcji. Nie szło to łatwo, ale włączając do zabawy kolejną linijkę, w której kończyło się zdanie (to było jasne, żeby szukać w obrębie zamkniętego zdania, ale też zdania nie były klasycznie pooznaczane kropką na końcu!), udało jej się odczytać kawałek pierwszej strony…

                    Tę przestrzeń mam tu dla siebie – dla ciszy, dla asysty myślenia [to brzmiało jakoś dziwnie, ale w końcu język był archaiczny i tłumaczenie zawsze trochę gubiło sens], dla powtórzenia sobie swoich słów [tu też dziwna konstrukcja, ale zrozumiała, więc to musiało być to]. Opieka nad wschodnią rubieżą Traktu jest ciekawa w egzotyce, jaką nadają ludy [chyba chodziło o egzotykę, jaką tej misji nadawał kontakt z ludami Flaanaess] jednak wolałbym być w domu

                    Lara uśmiechnęła się szeroko zapisując na kawałku pergaminu swój odczyt odszyfrowanej treści dziennika. Odłożyła pióro do kałamarza i zamknęła książeczkę, dumna z pierwszego kroku na drodze przez życie Ildraena. Na razie robiła to po omacku i w świadomości, że w ten sposób niemożliwe będzie odcyfrowanie całego pamiętnika, ale wierzyła, że z każdym kolejnym odczytanym zdaniem będzie w stanie dostrzec prawidłowości tekstu, które nakierują ją na klucz do odkrycia porządku całości.

                    Pamiętnik zdecydowanie pochłonął ją najbardziej, choć analizowała też pozostałe zdobyczne artefakty. Psie figurki były eleganckiej roboty, ale poza literami na spodzie nie przenosiły żadnej treści – rycia i runy na nich były raczej zdobieniami i wyglądały na pracę snycerską dla upstrzenia całości, a nie formę kodowania czegokolwiek. Berło z kolei, choć niezwykle kunsztowne, nie przywoływało u Lary skojarzeń z żadnym konkretnym artefaktem, który powtarzałby się w zbiorach, więc uznała, że musiała być to jakaś forma robiona na zamówienie. Być może jednorazowy motyw, albo coś o małej skali – może przynależne Towarzystwu Wschodniej Ekspansji w tym tylko regionie, albo krótkim okresie?

                    Pozostałe znaleziska – głównie w pisanej formie i głównie dokumenty biznesowe – cieszyły, ale i trochę rozczarowywały. Z jednej strony, po łatwym odczytaniu przez biegłą w starosuelskim badaczkę, traciły wiele z nimbu tajemniczości, który skrywał pozostałe przedmioty… Ale z drugiej tym właśnie radowały – możliwością przywrócenia czegoś sprzed wieków!

                    Rozbiegana myślami Lara złapała się na tym, że słyszy już popołudniowy dzwon na koniec szychty robotników i przyspieszyła ruchy, szykując co należało i gotując się do drogi. Tym razem też miała już wyjść, ale wróciła się jeszcze, by znieść na dół naczynia po obiedzie, nie chcąc zostawiać w pokoju bałaganu… I nie chcąc dawać nikomu motywu, by niepowołany odwiedzał jej izbę.

                    Tak jak dziś sama przypadkiem usłyszała plotę o szybach wiodących na Ścieżkę – przewidzianą raczej nie dla jej uszu – tak wiedziała też, że wieści o wizycie jej i jej towarzyszy we wnętrzu góry również szybko rozejdą się tam, gdzie nie trzeba. I lepiej dmuchać na zimne, nie zostawiając cennych przedmiotów bez opieki. Bo takich, którzy chętnie liznęliby bogactw Ścieżki, ale nie mieli odwagi na nią wchodzić było sporo. Zaś odwagi, by odebrać to, co znaleźli inni już im nie brakowało…

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz
                      napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                      #53

                      Co pochłaniało Randala?

                      Randal nie lubił gadać po próżnicy, a że definicję konkretu miał wyśrubowaną i znaną dobrze tylko sobie, to dla wielu zdawało się, że w ogóle nie lubi za bardzo gadać. Nie była to do końca prawda, ale żeby wejść w bliską komitywę z rycerzem faktycznie trzeba było grać na podobnych nutach, co on. Albo akurat być mu potrzebnym do realizacji uświęconych paladyńskością zadań.

                      W ostatnich paru dniach Randalowi zdarzyło się czasem rozwiązać język, ale więcej pracy wywiadowczej robił jednak uszami niż ozorem, robiąc za podatnego, potakującego słuchacza. Ale i to czasem. Gdy czuł, że to akurat zbliżyć może go do lepszego poznania planszy, na której toczy się wielka rozgrywka wokół Ścieżki.

                      Teraz też nie miał zamiaru niepotrzebnie paplać. Ani ze starostą, który postawił sprawę jasno, ani z kompanami, z którymi miał przecież spędzić trochę czasu w siodle, więc okazja i tak się trafi, ani z nikim innym. Choć lekko umęczony, nie czuł się nawet specjalnie głodny, więc nie planował nawet zamawiać niczego przy szynkwasie i liczył, że zamiast tego wyciągnie może nogi gdzieś na słonku.

                      Ale po drodze, kiedy zebrał już całe swoje manatki, do stolika w ogólnej izbie przywołał go Grimley. Stary rycerz nie marnował czasu i – podkurwiony ostatnimi zajściami pod Ścieżką – leciał od razu z całym gąsiorem gorzałki. Dobrze, że w swoim smutno-wściekłym piciu zaopatrzył się przynajmniej w coś tłustego do zakąski.

                      - Siadaj, młody, siadaj – zaprosił stary. – Napijemy się. I pogadamy.

                      - Jechać mi trzeba niebawem – spróbował się wykręcić Bronson. – Tobie nie trzeba też?

                      - Ta, do Kotła. – Algernon odsunął nogą krzesło, pokazując koledze by siadał. – Z misją.

                      - No właśnie. To nie musisz się jakoś oporządzić też? Wyszykować nieco?

                      - Nie – rzucił stary. – Szykuję się właśnie. Siadaj, nie mitręż jak się spieszysz.

                      Randal westchnął, ale Grimley powstał do niego, położył mu łapę na ramieniu i mocno, acz ciągle po koleżeńsku, osadził go na krześle. Bronson wzruszył ramionami i uśmiechnął się krzywo, przerzucając spojrzenie wysoko ponad salą.

                      - Dobrze, że Cię tu spotkałem, wiesz? – Stary rozlał gorzałkę po kubkach. Miał dwa. Może na niego czekał? – Pij.

                      Młodszy rycerz chlupnął bez gadania, nie wdając się w niepotrzebne dysputy, czekając na sedno.

                      - Możesz wiedzieć-możesz nie wiedzieć… Ale pewnie wiesz. Wiesz, że kiedyś też byłem taki jak Ty. – Grimley uśmiechnął się pożółkłym uzębieniem. – Też byłem taki, jaki powinienem być. Jakim chciałem być… I jakim chciałbym być.

                      Randal przejechał palcami po brzegach kubka, trochę jakby nieuważny na słowa starszego paladyna, jakby celowo puszczając je mimo uszu i nie chcą ich słyszeć. Może raziło go to porównanie. A może smuciło, że pojawia się w formie takiego wyznania. Słabnącego, jakby głosem zza sceny, spoza wydarzeń.

                      - Robimy swoje i robimy to po swojemu, nie? I sami wiemy najlepiej, co mamy robić. – Algernon wyjrzał z góry, czy Randal osuszył kubek jak należy i wydał się zadowolony z efektu. – Ale nawet jak chcemy dobrze, nawet jak chcemy najlepiej… Jak bierzemy się za bary z czymś, co ewidentnie złe i pokraczne… Co jest robotą dla paladyna… To potrafimy się zagubić. Pomylić środki do celu… Pomylić motywację z uczuciem… Albo zapomnieć, że nie robimy tego dla siebie. Żeby dobrze wypaść przed sobą. Uch, twardo!

                      Grimley udał, że napina mięśnie, zaśmiał się i nalał kolejną porcję.

                      - Widziałem – powiedział cicho stary. – Widziałem, że też brałeś. I dobrze. Ja cię nie oceniam. Wiem, że z pochwał i pieśni się nie wyżyje, laudacją się nie najesz. Ale pamiętaj…

                      Rycerz uśmiechnął się smutno i obrócił kubkiem w dłoni.

                      - Od złodziejskiego dziada, którego chamy skopałyby po nerkach i rzuciły na śmietnik, rozpowiadając że włazi w ciemność jako rycerz, a wyłazi chowając fanty po kieszeniach jak złodziejaszek dzieli Cię… – Grimley łyknął i zaśmiał się. – Może stół? Może przypadek, że akurat trafił się drugi taki, na którego padło? A może parę lat jeszcze?

                      - Grimley, nie miej do mnie pretensji, że wpadłeś – syknął Randal. – Obładowałeś się jak stragan na odpust, to dostałeś za swoje. Nie ma co się załamywać. Masz robotę. Jutro też wstanie słońce.

                      Stary skinął na Bronsona, aby dopił swoją kolejkę, ale ten siedział niewzruszony.

                      - Kpię sobie, chłopcze, nie wzniecaj ognia. Cenię Ciebie i dlatego to mówię.

                      - Dzięki zatem za rady – odrzekł sucho Randal. – Nie wzniecam się, sir i nie mamy zwady.

                      - Mówię to, bo znam Twoją ścieżkę… Bo wiem jak to jest, kroczyć samemu i wymierzać sprawiedliwość wedle sumienia. Biorąc to, co los daje i nie przebierając w środkach, kiedy można pomóc sprawie. Albo ludziom. – Grimley pokiwał głową i chapnął ogórka z tacki w momencie zastanowienia. – Ale zdarza się w tym wszystkim - zęby zaciśnięte, oczy wytężone, sokół w locie - że się człowiek zapomni… Że zapomni o sobie. O tym, co wokół.

                      Randal słuchał, ale nic nie mówił.

                      - Że ścinasz na rogach, że w dupie masz drobnostki, kiedy walisz do celu. Że jedziesz na fali i nie patrzysz co z Tobą, aż w pewnym momencie padasz na pysk, jak misja się skończy. I jesteś bezbronny… Bezbronny i słaby zanim zacznie się następna, zanim złapiesz coś o co walczysz. – Stary patrzył na druha w zamyśleniu. – Nie uczą do końca w zakonie jak żyć, co? Możesz być najtwardszym skurwysynem w mieście i iść przez bitwę jak kosa przez zboże, ale nic Cię tak czasem nie dojedzie jak codzienność. A my już jak spadamy, to z wysokiego konia, co? Rycerze! Rycerze Karzącej Ręki!

                      - Ciszej… – Randal zirytował się uniesieniem Grimleya, ale zaraz odpuścił. – Sir.

                      - Nie chcę Ci ględzić, młody. Ale swoje chciałem powiedzieć. Wiesz, nie spotkamy się już więcej. – Algernon uzupełnił kubek. – Tak czuję. To i musiałem… Bo masz w sobie to światło, i masz tę prawdę. Ale nie leć w tym wszystkim sam, bez spojrzenia z boku, bez oddechu. Może czasem trzeba bardziej powoli, bardziej według zasad, ale bez tych zgrzytów, które potem przychodzą w nocy… Albo przy kielichu, kiedy rozważasz czy zrobiłeś dobrze…

                      Randal zacisnął usta i kiwnął głową w zrozumieniu.

                      - I jeszcze jedno, ale to napijmy się. To zaraz. – Stary przypił do Bronsona i po kolejce pociągnął dalej, zbliżając się do niego, by nie usłyszeli postronni. – Te kamienie trafią do Ciebie. Zadbam o to. Jeśli nie dostaniesz ich tu przez parę dni, to wyrusz do Kotła. Jak nie tu, to tam będą na Ciebie czekały na pewno. Miejcie to tutaj jako Wasze zaplecze. Aby nie narażać się już bardziej. I nie dać się kusić… To już i tak jest na moim sumieniu. Tym się nie martw.

                      - Nie trzeba…

                      - Dobra, nie gadaj – Grimley skorzystał z nieuwagi młodego i znów napełnił naczynia. – Bierz ogórka i pijemy strzemiennego.

                      - Dobrej drogi, sir.

                      - No-no – podziękował Algernon, zagryzając ogórkiem. – Niech Cię Niezwyciężony prowadzi i ufaj zawsze Jego mądrości, kiedy rozdroże przed Tobą. Bywaj.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Niedostępny
                        PaniczP Niedostępny
                        Panicz
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #54

                        Co spotkało Kaia?

                        Kai był człowiekiem ludzkim, trzeba mu przyznać (i nic do tego nie miała jego półelfiość – mogła co najwyżej trochę przeszkodzić, rzadziej pomóc). Ludzkim jednak nie w tym sensie, że miłosiernym i łagodnym, choć pewnie było w nim i coś z tego, bo stronił zawsze od wszelkiej zatwardziałości i fanatyzmu, ale ludzkim w umiłowaniu dla ludzkiego otoczenia, bo choć szlak i podróż niezwykle sobie upodobał, to faktycznie wśród innych jednostek prawdziwie rozkwitał i wznosił się na szczyt talentów. Cóż, dobrze zatem wybrał, że poszedł ścieżką kultury.

                        W rozmowie z Rodrykiem poradził sobie śpiewająco (tym razem nie dosłownie, choć coś na podorędziu zawsze miał), niuansując co wymagało niuansu i waląc krótko i dosadnie, oszczędniej w treści, a mocniej w formie, choćby wzniesieniem tonu czy przyspieszeniem tempa, gdy trzeba było zdać fakty bez wchodzenia w szczegóły. Starosta słuchał zapamiętale, przerywając opowieść wybuchami teatralnego niedowierzania czy radości, będąc takim słuchaczem (czy też odgrywając takiego), jakiego Kai zawsze chciałby gościć na swoich występach.

                        Bard skrył uśmiech na słowa Lary o muzealnej opiece nad znaleziskami ze Ścieżki, uznając jej naiwność za słodką, przyjemnie świeżą i naiwną. Wiedział, że rezolutna dziewczyna jest bystra i twarda, ale mimo hartu na bezludnej wyspie, brak jej jeszcze było zrozumienia dla tych lepkich mechanizmów cywilizacji, które mielą się za fasadami wystaw i frontonami muzeów.

                        W tym wszystkim zaskoczyły go jednak najbardziej słowa Saliny, który odpowiedział niespodziewanie szczerze, a przynajmniej nie po linii najmniejszego oporu. Zamiast zbyć panią doktor potaknięciem, zgrabnym blefem, albo wymijającymi półsłówkami, postanowił przedstawić mniej lukrowany obraz całego procesu wokół Ścieżki. A że mniej lukrowany nie oznaczało wcale, że zaraz prawdziwy. Ale przynajmniej prawdziwszy. Co akurat u polityka budziło uznanie, bo świadczyło, że politykiem był uczciwszym niż średnia, albo niż średnia zdolniejszym.

                        Tak, Kai cenił sobie tak ludzi uczciwych, jak i zdolnych aktorów, więc wizyta u starosty pokrzepiła go nie tylko smacznym winem. Po robocie, bo za tę trzeba było uznać na równi tak tłuczenie wielkich pająków, jak i spowiedź przed urzędasem (grzmijcie bogowie, czy przyjdzie jeszcze po każdej przygodzie kasować bilecik?), przyszedł czas relaksu. Półelf oporządził się elegancko, wyszykował i wypachnił, a potem znów zanurzył w ludzki świat, czując się wśród mieszkańców Wrót jak ryba w wodzie.

                        Nie, żeby akurat Wrota uznawał za swoje miejsce na ziemi. Nie, choć jako artystyczna dusza nie mógł odmówić uroku granitowym skałom u stóp masywu Pieców, skrzącym się piaskom i piaskowcom w dolinie czy grzebieniowi sosen na szczytach, przepuszczającemu promienie o wschodzie i zachodzie jaśniejącymi nitkami. Kai czuł się dobrze, bo szybko zjednywał sobie innych i umiał z ich żywotów budować anturaż dla własnego. Toteż i teraz, spacerując, sporo zyskał.

                        Już w ostatnich dniach nałykał się plotek (jak pelikan płotek, dopowiedział sobie od razu), bawiąc się w wolnych chwilach w mentalne puzzle z wyłuskiwaniem prawdy z farmazonu. Próbował dociekać, kto jest źródłem wyłapanych pogłosek, jaki w nich stosunek bzdury do faktu i na ile zmutowały po drodze, zatracając pierwotny sens. Czasem rozważał też, niepewny, czy aby dana plotka narodziła się organicznie, czy może wypuścił ją ktoś, kto miał w tym interes. Ot, jak choćby przy tych o podtruwaniu w "Diamencie" czy ojczulku Karlu.

                        Teraz jednak napłynęły kolejne nowiny. Źródło było solidne, bo Nyssa Bagienniczka. Dziewczyna stała za rogiem magazynku, strugając coś w drewnianej desce, kiedy akurat napatoczył się jej nonszalancki spacerowicz.

                        - Ej, królewiczu!

                        - O, Nyssa! – ucieszył się Kai. - Co tam broisz, taka schowana?

                        - Kija na ciebie strugam, żeby ci w dupę wrazić!

                        - Ho-ho, wojskowy humorek! – zarechotał szyderczo bard. - Coś taka zła? Przecież ograłaś mnie ostatnio!

                        - I ogram znowu!

                        - No i... – Aktor przewrócił oczami. - No i pewnie ograsz. I co?

                        - Aaa, tak się droczę... – Nyssa splunęła w piach. - Bo zła jestem, wiesz.

                        - No, ale że co? Że na mnie?

                        - Nie-tam, no gdzie na ciebie? A tak... Tak po prostu. No na życie.

                        - Oho – zaciekawił się półelf. - No to mów. Mów, co się stało, bom ciekaw.

                        - Wojna i wojna. – Wzruszyła ramionami. - Wojna znowu.

                        - Nnnnno – zainteresował się Kai. - Ja wiem, wojna to zła rzecz, mi nie musisz powtarzać dwa razy. Ale żeby ciebie tak wojna przejęła? No, zdaje się, że dla ciebie to akurat nie pierwszyzna. Tak zwykle zarabiasz... Jeśli akurat nie ogrywasz mnie w karciochy.

                        - Ta – zgodziła się Nyssa. - Ale teraz, głupiam ja, kurwa, głupiam... Teraz, wyobraź sobie, siostrzyczka moja młodsza w moje ślady chciała pójść. Starszej siostry tropem. Dumna taka! I zaciągnęła się, zgłosiła do Szabel... A ich teraz rzucili na Monmurg!

                        - Szable... Tańczące Szable biorą udział w kampanii przeciw Bractwu? – Kai stwierdził, że zamiast od razu uspokajać dziewczynę, najpierw dopyta o ponadjednostkowe konkrety. Znał ją chwilę i ocenił, że nie obrazi się za takie ujęcie sprawy. Nie pomylił się.

                        - Ta – potwierdziła. - Wspomniałam ci, że Keole mają iść na Monmurg i chcą ściągnąć do akcji kogo się da... Jest wyłożona kasa, jest szeroki zaciąg. Szable też się trafiły... I moja siostrzyczka z nimi... Żesz, kurwa, mać!

                        - Może to tylko tak gadane... Na razie... – zaryzykował Kai. - Było już glośno o tym, że ma być ta kampania od jakiegoś czasu, a ciągle słychać tylko o jakichś potyczkach, nic wielkiego się nie dzieje.

                        - Ty znasz tam ludzi Kai... Znasz, prawda? – Łuczniczka schowała kozik, którym skrobała drewno. - Znasz tę Wyllę, znasz ludzi w Gradsulu...

                        - Nyssa, ja pierwsze słyszę teraz od ciebie o tej sytuacji – zasłonił się bard. - Mówiło się, że jak Bractwo trochę skruszeje wewnętrznie, to pewnie Keolandzcy zbiorą się i wyruszą... Ale nie wiem więcej niż to, co mi powiedziałaś.

                        - Słuchaj... – Nyssa uśmiechnęła się nieśmiale i smutno, zrzucając drewienko w piach. - Ale znasz ludzi, prawda? Ja wiem, że tu nie jesteś jako robol, ani nie jako najmita... Że mieszkasz tam w Kompanii, że z ważniakami masz izbę, znasz van Coen. Znasz ludzi w Kompanii, w Gradsulu.

                        - Mów jaśniej, Nyssa.

                        - Ty mógłbyś pomóc, nie? Ta moja Alya, siostra młodsza... Nie zwolnią jej z kontraktu, a za samowolę - głowa. – Dziewczyna podeszła bliżej. - Napisałbyś, poprosił... Znasz ludzi przecież, mógłbyś wykombinować co...

                        Kai wypuścił powietrze przez nos, spiął usta i pokiwał głową w niemym zrozumieniu sytuacji.

                        - Będę twoją dłużniczką, zobaczysz. Naprawdę, co trzeba będzie żeby zrobić – zrobię. Kai, słuchaj, naprawdę, co trzeba będzie, co będzie trzeba... – Najemniczka dziwnie wyglądała bez swojej zwyczajnej zaczepnej miny i lekko zadartego nosa, zmuszona prosić. - Pomóż mi z tym, żeby ją zwolnić, a wiesz... Nie pożałujesz, dług będziesz mieć u mnie wieczny.

                        - Spokojnie, Nyssa. – Bard położył jej dłoń na ramieniu. - Daj chwilę pomyśleć...

                        - Jakby ją tu chociaż ściągnąć... Nie dać jej tam zemrzeć... Głupia ja byłam, że chwaliłam się jaka to twarda babka jestem, o, to na wojence chłopów usiekłam, o, patrzcie no... – Nysssa spuściła głowę. - A teraz to mam i na moje będzie... O losie! Jak już musi się babrać w to, to niechże chociaż mam ją na oku, na pieczy, na siebie wezmę wszystko...

                        Kai trawił sytuację, na razie nie spiesząc się z odpowiedzią. Wziął wojowniczkę pod rękę i ruszył z nią spacerem w stronę 'Diamentu', gdzie planował posiłek.

                        - Pomożesz mi?

                        - Chcę pomóc...

                        - No to pomóż! – Nyssa złapała barda za ramiona i spojrzała swoimi kocimi oczami w jego brązowe ślepia. - Pomóż proszę... Pomożesz, dobra? Powiedz!

                        - Słuchaj... – Kai łypnął za ucieczką od deklaracji ku Grimleyowi, który akurat zmierzał gdzieś, lekko już zawiany. Stary paladyn zobaczył kolegę i machnął na niego. - Teraz muszę lecieć, ale popytam, popatrzę... I co będzie można zrobić, to zrobię... Dobra?

                        - Dobra!

                        - Ale nic obiecywać nie chcę, dobrze? – Bard odskoczył już od kobiety, korzystając z obecności rycerza jako skutecznej wymówki, by zostawić temat otwartym. - Nie wiem, tak naprawdę, co ja mogę... Ale co mogę, to zrobię!

                        - Zrób! – Dziewczyna pokiwała głową jakby pociągnięta na sprężynce. - Zrób proszę! Naprawdę nie pożałujesz!

                        Aktor kiwnął jej grzecznie głową, zasalutował i zbliżył się szybko do Grimleya, wchodząc w drobną wymianę zdań o niczym, która wyłączała go na razie z interakcji z resztą świata. Algernon uśmiechnął się kwaśno, świadomy swojej roli w całym teatrzyku i pociągnął chłopaka za sobą.

                        - Jak już bierzesz się do pomagania – zagaił rycerz. - To możesz zacząć ode mnie. Zostałem trochę, akurat, bez środków, a ty, zdaje się, nie narzekasz... Sakiewka dobrze brzęczy, nie?

                        - Potrzebujesz grosza?

                        - Aj tam, grosza... Postaw mi obiad... Sam też pewnie lazłeś zjeść – wyszczerzył się rycerz. - Obiad i cosik do tego. Wypiję za powodzenie waszej misji.

                        - Pewnie nie raz – uśmiechnął się Kai. - Żeby podbić skuteczność toastu?

                        - Dostaniecie moje błogosławieństwo – obiecał Grimley, wchodząc do karczmy. - Resztą się już nie kłopocz.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #55

                          Jakie były przypadki Seweryna?

                          Doświadczenie Seweryna, choć było doświadczeniem skupionym wokół ludzi – konkretniej pracy nad nimi (bardziej niż z nimi) – nieczęsto było doświadczeniem głęboko ludzkim. Medyk spotykał ludzi na co dzień i co dzień wchodził z nimi, chcąc-nie chcąc, w interakcje, ale nie mógł powiedzieć, by zwykle czuł się dzięki nim lepiej. By one go dopełniały, rozwijały czy spełniały. Były częścią pracy, której materiał stanowił człowiek, więc musiały występować.

                          Teraz jednak, w rozmowie z Saliną, Seweryn poczuł się naprawdę swobodnie. Może to atencja mu poświęcona, może wyjątkowość roli jako łącznika światów, zdającego raport z misji w nieznane, a może samo wino i wygodny fotel, sprawiły że medyk naprawdę się rozgadał i czuł się z tym dobrze. Starosta zaś był świetnym rozmówcą, uważnym i ekspresyjnym, ale przy tym kulturalnym, dającym gościowi przestrzeń, by się wykazać i zabłysnąć. Drachenwulf poczuł się doceniony.

                          Spotkanie opuścił z uśmiechem, obiecując sobie wiele po zapowiedzi wsparcia dla jego praktyki i Pelorowego kultu (choć konkret padł tylko w tym ostatnim przypadku). W lazarecie doglądnął procesu dochodzenia do siebie obu ukąszonych, notując z zadowoleniem, że obaj oddychają swobodnie, nie trawi ich gorączka, a zabezpieczona rana się nie paskudzi. Potrzebowali jeszcze trochę czasu na rekonwalescencję. Seweryn umył ręce, podwinął rękawy i wyszedł przed namiot, widząc że trafiło mu się jeszcze dwóch innych pacjentów, którzy cierpliwie czekali na przyjęcie.

                          Tu nie było potrzeba sięgania po zaawansowaną sztukę medyczną, której nabycie potwierdzał hołubiony przez Drachenwulfa dokument. Jeden z robotników skarżył się na ból zęba i niewiele poza tym mówił, dotknięty cierpieniem, więc pozostało ulżyć mu tylko. W ruch poszły obcęgi, a po ekstrakcji przepisana na uśmierzenie doloru makowa herbatka.

                          Drugi skarżył się na wrastający paznokieć – rzecz, która prawdziwego doktora mogłaby obrazić swą trywialnością, ale która dla cyrulików była chlebem powszednim. Seweryn zaś żył, by służyć bliźnim, więc nie wybrzydzał, ani nie brzydził się. Wdzięczny za pomoc stolarz, Leder, okazał się wartościowym pacjentem, bo choć groszem nie grzeszył, zaoferował pomoc innego rodzaju.

                          - Mistrzu, dziękuję, dziękuję ci bardzo!

                          Seweryn przyjął podziękowanie z pokorą, uśmiechając się lekko i pochylając głowę.

                          - Mistrzu... Ja wiem, że Ty samyś tu... Samyś, a ja mam bratanicę... Mądra dziewojka, bystra, do pracy się garnie... – Stolarz miął czapkę przed medykiem. - Na ziołach się wyznaje, bystra jest, mówię. Bystra dziewka jest.

                          Cyrulik pokiwał głową, nadal uśmiechnięty niepewnie, jakby nie wiedział, co jest od niego wymagane, ale dla pewności chciał pogratulować udanej bratanicy.

                          - Mistrzu, Nowalijka moja, teraz jest przy kuchni w 'Górniku', ale tu by ci mogła pomagać... – obiecywał Leder. - Chciałaby pomóc, nadałaby się. Robotna, umiejna... Co mistrz powie?

                          Seweryn wypuścił powietrze, jakby razem z nim uszła z niego niepewność, co do motywów rzemieślnika. To takie buty zatem!

                          - No to niech przyjdzie tu zaraz szybko, bo ja zbierać się muszę – zaproponował medyk. - Pogadamy chwilę. Ktoś do pomocy by się przydał, ale to nic obiecać nie mogę... Niech przyjdzie najpierw. Najpierw pogadać trzeba.

                          Z wizytą u Wedryka

                          Rozmowa, zaprawdę, zawładnęła dniem dzisiejszym u Seweryna i dawno już cyrulik tyle się nie nagadał, co owego burzliwego poniedziałku. Pani Wylla, sierżant Curze, potem pan starosta, pacjenci i owa Nowalijka, chętna pomagać bliźnim pod mistrzowskim okiem... A to nie był jeszcze koniec!

                          Drachenwulf miał sprawę do mistrza Welda, ale poza wszystkim był po prostu ciekaw jak wygląda siedziba magusa i co skrywa on sam. Wprawdzie widział go już wcześniej z daleka, a słyszało się też o nim różne plotki, ale dotąd nie miał okazji zamienić z nim ani słowa.

                          Cyrulik pokuśtykał rezolutnie ku rezydencji magika, wchodząc na nieduży, piaszczysty pagórek w którym osiadły, niby zrzucone z wysoka, pościnane dziwacznie kamienne bryły. Dom wyglądał trochę jak zlepek wielkich skalnych sopli, ale drzwi i okna jednak miał. Były wybite, albo wyryte jakimś dziwnym sposobem, jakby wywiercił je ogromny świder. Otwory okienne były zakryte od środka grubymi kotarami, ale wejścia broniły już całkiem klasyczne drzwi z kokosowego drewna z prostą, mosiężną kołatką. Medyk zastukał raz i drugi.

                          Nie musiał długo czekać. Drzwi otworzyły się za chwilę i Wedryk Weld wyszedł na zewnątrz, jak zawsze w mnogości kolorów. Czarodziej na oko był gdzieś po pięćdziesiątce, acz bardzo żywotnej i zdrowej. Twarz miał przystojną, ale nieco sfinksową, jakby wycofaną i cicho kpiącą, budzącą zainteresowanie, ale i pewien niepokój. Na łysawej, krótko przystrzyżonej czaszce (co Seweryn zobaczył przy wcześniejszej okazji), mag miał tym razem lekką, muślinową chustę w granacie, przewiązaną po piracku. Na sobie miał płaszcz, obszerny, ale zwiewny, jedwabny i cyjanowy w barwie, obejmujący sylwetkę od kolan do szyi, być może skrywający pod spodem tylko bieliznę, a być może nic nawet. Magią jednak, czy wrodzoną wprawą, Wedryk poruszał się tak, że odzienie w żadnym momencie nie groziło zsunięciem się poza założone limity.

                          - O, pan Drachenwulf! – Czarodziej uśmiechnął się pod nosem. - Akurat myślałem o panu! Słyszałem, że był pan dziś na Ścieżce i zdołał sprawną operacją życie wyratować dwóm poszkodowanym. Winszuję, winszuję!

                          - Dziękuję... – Seweryn zastanawiał się przez chwilę jak ma się zwracać do maga, ale postawił na napuszony klasyk. - Mistrzu Weld.

                          - A przepraszam najmocniej, bo nie przedstawiono nas sobie, ani ja się nie przedstawiłem, a mówię o panu! – Czarodziej teatralnie pacnął się w czoło niby to roztrzepany, zwracając uwagę zestawem złotych pierścieni i bransolet na prawej ręce. - Mea culpa. Jestem Wedryk. Wedryk Weld. I proszę mi nie mistrzować. Pan nie musi. Pan sam w służbie nauki... I ludzi. Pan przyszedł rozmawiać... Po koleżeńsku, prawda?

                          Medyk zamarł ze słowami w gardle, czując jakby magik sam podsuwał mu myśli, które chwilę wcześniej pomyślał.

                          - Dziękuję mist... Panie Wedryku – skłonił się lekarz. - Jestem Seweryn Drachenwulf, do usług.

                          - I ja do pańskich, Sewerynie. I ja do pańskich – zapewnił Weld. - Ale jakie to mogłyby być usługi? Słyszałem, że w Pogorzeli jakieś zniknięcie miało miejsce... Jak wcześniej we Wrzosinach. I pan oraz pana koledzy mają ruszyć tam, wesprzeć inwestygację pana starosty w tym obszarze. Prawda-li to? W tym mogę może jakoś wspomóc?

                          - T-tak – zgodził się lekko zbity z pantałyku medyk. - Czy wie pan... Panie Wedryku... Co stało się we Wrzosinach? Coś, co mogłoby nam pomóc przy tej nowej sprawie?

                          Czarodziej wydął usta w smutnej minie i wzruszył ramionami.

                          - Niestety! – westchnął. - Poza tym, że wiem o obu przypadkach, nie angażowałem się w sprawę żadnego z nich... Mógłbym kombinować i opiniować w tym temacie, ale prawda jest taka, że nie interesowałem się tym właściwie, więc nie chcę budować interpretacji ad hoc i mącić zamiast rozjaśnić. Zatem – cóż! - nie pomogę zbytnio...

                          - Ale czy...

                          Wedryk uśmiechnął się surowo i przerwał natychmiast: - Nie-nie, zostawmy to proszę. To dla mnie żadna duma, że nie zająłem się tym tematem i nie pomogłem, ale miałem inne sprawy na głowie. Z kolei teraz wskakiwać w temat znienacka i analizować bez faktów... Sam pan jako człowiek nauki rozumie – nie godzi się.

                          - Rozumiem... Tak – zgodził się z wahaniem Seweryn.

                          - Cieszę się zatem! – rozchmurzył się Wedryk. - Zaprosiłbym pana do środka, panie Sewerynie, ale straszny bałagan... Na drugi raz musi pan wpaść do mnie z uprzedzeniem, to oprowadzę po bibliotece. Pan jest, rozumiem, bibliofilem?

                          Drachenwulf zdziwił się na takie słowa, znów mocno wybiegające poza to, czego spodziewał się usłyszeć i poza to, czym dzielił się z innymi...

                          - Gdybyś pan na tej Ścieżce... Albo gdziekolwiek indziej znalazł jakąś magię, coś interesującego. Przedmiot, księgę, zapiski nawet – może pan śmiało do mnie przynosić. Chętnie się przyjrzę. – Baklun zapewnił o chęciach nie tylko słowami, ale i solidnym klepnięciem po ramieniu. - Mam wprawdzie swoje upodobania i jest to magia przemiany zwana transmutacją... Ale człowiek uczy się całe życie i nie może zamykać się na wiedzę i mądrość płynącą także z innych stron, niż te najlepiej nam znane, prawda? Dobrze mieć swego konika... Ale kto stawia zawsze na tego samego konia, ten co?

                          - Hm?

                          - Ten w końcu przegrywa!

                          Seweryn uśmiechnął się nerwowo, znów czując jakby go prześwietlano.

                          - No! Wiem, że pan musi jechać niedługo, ale jak mówiłem – zapraszam do siebie po powrocie. – Czarodziej skłonił się. - Proszę wpadać, jak tylko cokolwiek się panu trafi, doradzę, pomogę... Znaleziska docenię. Odwdzieczę się...

                          Medyk przytaknął niepewnie, spoglądając z pagórka na miasteczko w dole.

                          ...Jak człowiek nauki, człowiekowi nauki – dodał magik. - Dogadamy się... I doczekać się już nie mogę na tę naszą przyszłą... Wymianę myśli.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                            #56

                            Komu w drogę, temu czas…

                            Mapa Doliny Drusdygg

                            Zetknięci losem, zlepieni w drużynę decyzją przełożonych i z chrztem bojowym za sobą, eksploratorzy Ścieżki w osobach Lary, Seweryna, Randala i Kaia, zaczynali powoli patrzeć na siebie nawzajem coraz bardziej… Jak na nieprzypadkowe facjaty, ale może-może, kto wie, towarzyszy na drodze do czegoś większego?

                            Och, to były luźne i zwiewne impresje, bo jednak oprócz dobrej woli i paru obrazów kompetencji wspólników w tym czym innym zakresie działania – czy to bitwie, leczeniu, kombinacjach czy gadce – wszyscy mieli też wobec kolegów pewne obawy i wątpliwości. I to nawet po zluzowaniu wielu niepokojów po ‘zsyłce’ najbardziej kłopotliwego Grimleya do Kotła.

                            Każdy musiał ocenić, czy i w jakim stopniu chce splątywać życie z pozostałymi najmitami Lazurowej Kompanii. Ot, choćby w tym, czy będzie dzielił się z nimi wiedzą i wiadomościami – tak z miasteczka, spoza, jak i z samej Ścieżki… Albo zwyczajniej – czy będzie chciał zaprzyjaźniać się i budować bliższą relację.

                            Wszyscy zjawili się przy stajniach w miarę o czasie, więc najbardziej punktualny Randal nie naczekał się długo. Stajenni przygotowali dla drużyny konie, ale nie objuczali ich specjalnie, planując, że obejdzie się bez biwakowania. To czego nie pożałowali, to woda, zebrana w kilku dużych, podróżnych bukłakach przytroczonych do siodeł w formie miękkich, nieprzepuszczalnych sakw.

                            Migdał, przewodnik ekspedycji, zapewnił, że woda, jedzenie i broń są kluczowe, a resztą nie trzeba się specjalnie zamartwiać. Gdyby noc dopadła ich w Pogorzeli, mogą przespać się w opuszczonych chatach, a droga nie jest ani specjalnie trudna, ani długa.

                            Randal wzruszył ramionami i załadował się na konia, upewniając się, że broń ma wygodnie pod ręką. Z siodła górował teraz nad resztą towarzystwa, uważnie wszystkich oglądając.

                            Do misji, poza ich czwórką, delegowano Migdała jako przewodnika oraz czterech strażników czy też żołnierzy, z których dobrze znali się tylko z Grebem (dobrze to może nadinterpretacja, ale fakt faktem, że przeżyli z nim Ścieżkową inicjację).

                            Dwaj strażnicy, Ulef i Sylv, byli braćmi, choć podobieństwo widać było tylko w ruchach, nie w kształtach. Jeden był wysoki i atletyczny, zarośnięty gęstą szczeciną niczym dzik, a drugi przysadzisty i z piwnym brzuchem, ogolony na gładko i rumiany. Składu dopełniał barczysty Wincent, który co i rusz sprawdzał mechanizm swojej kuszy – pewnie raczej po to, by pochwalić się eleganckim orężem, a nie strzelać czy straszyć.

                            Po króciutkim wstępie ze strony Migdała, cała paczka była gotowa do wyjazdu, ale na ostatniej prostej zjawił się jeszcze Kudłacz, prowadząc ze sobą młodego faceta, którego widzieli po raz pierwszy.

                            - Marius dołączy do was – rzucił oschle, jak to miał w swoim zwyczaju, Curze. – Nowy w mieście, ale od pani Wylli van Coen. Macie go wdrożyć.

                            Kompania Ścieżki spojrzała po sobie, jasno wyczytując, że chodziło o nich, a nie strażniczą brać, ani nawet Migdała.

                            - Nie traćmy dnia, państwo drogie – zakomenderował Migdał, przerywając niepewną ciszę. – Szkoda słońca, jedziemy. Pogadać będzie można po drodze.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #57

                              Skąd wziął się tu Marius Utopiec?

                              Mariusa ciągnęło do wody. Zawsze, od małego. Urodził się w Onnwalu, w Scant, dzieląc miejsce urodzenia ze słynnym w świecie czarodziejem Bigbym. Bardziej jednak niż śledzić plotki o kolejnych przygodach sławnego rodaka, Marius wolał słuchać o morskich wyprawach, pirackich skarbach, bitwach galer i karawel oraz o zapomnianych, skrytych hen w głębinie tajemnicach. Poza tym lubił po prostu pluskać się w morzu, a choć przydomek mógł mylić, pływak był z niego nie lada. Oddanie się w służbę Osprem, bogini żeglarzy i morskich podróży, pasowało zatem w tym całym porządku jak ryba do frytek.

                              I dziwnym tylko było teraz, spotkać kapłana Pani Fal tak daleko od morza. Ale! Mało to razy ludzie szukali fortuny z dala od tego, co im przynależne i bliskie? Jak świat światem, gdy głód przycisnął, emigranci nie znając obcej mowy i zwyczajów, szli przed siebie szukać nowego domu. A poszukiwacze przygód, ten szczególny gatunek niebieskich, wędrownych ptaków, zawsze miał pomysł, by wcisnąć się tam, gdzie nie trzeba (i czasem też tam, gdzie potrzeba).

                              Z Mariusem było niby podobnie, choć pierwszy raz dopiero tak długo przebywał z dala od szumu morza i mewich wrzasków. Bytował tu i tam, pływał na okrętach, kręcił się po portach i dokach, a w młodych latach pomagał nawet ojcu przy połowach na rybackiej łodzi. W Gradsulu, nadmorskiej perle Keolandii, był zatem jak najbardziej na miejscu. Przechadzał się alejkami wśród palm i platanów, chłonąc bryzę znad Lazuru, od morza ściągając inspirację do kolejnych kroków.

                              Do Kompanii zgłosił się niby przypadkiem, choć przypadki wśród takich postaci rzadko były całkowicie przypadkowe. Marius musiał wyczuć pismo nosem, bo kiedy trafił do biura spółki, prowadzili akurat zaciąg na specjalistów do operacji w Wolnej Lidze, w egzotycznie brzmiącej Dolinie Drusdygg. Tak, plotki krążyły już na wietrze i nie ominęły Utopca. Skarby, bogactwa, tajemnice. Pradawna Ścieżka Slerotina otwierała swoje podwoje przed śmiałkami ze wszech świata stron...

                              Rekurterowi ciężko było zrozumieć dlaczego kapłan morskiej bogini miałby chcieć pakować się na wyprawę, która ani z morzem, ani nawet z wodą nie miała nic wspólnego, ale już jego przełożony, któremu Marius zdecydował się pokazać w ramach podkręcenia CV nieco swych czarodziejskich sztuczek, zgodził się, że taki najmita to dla Kompanii będzie skarb. Było-nie było, czarowników czy tam kapłanów, nie siali, a każdy taki cudak stanowił istotną przewagę konkurencyjną w poważnym biznesie. Utopiec dostał swój angaż i po krótkim szkoleniu, podpisaniu paru dokumentów i zebraniu ekwipunku, był gotów wyruszyć z karawaną kierującą się na Czarne Wrota.

                              Nie byłby jednak sobą, gdyby nie naciskał w tym wszystkim, aby zrobić coś po swojemu, więc ostatecznie udało mu się trochę wymóc, trochę wyprosić, a trochę wyperswadować, aby mógł przetestować inną drogę dotarcia na miejsce, niż sprawdzony, ale znacznie dłuższy północny szlak przez Longspear. On wolał popłynąć morzem na południe, aż do Czerwonego Brzegu, gdzie miała bazę keolandzka flota i stamtąd ruszyć z wojskowymi barkami zaopatrzenia do Zachodniej Twierdzy w głębi Bagien Hool.

                              Biznes unikał Bagnisk, bo były terenem wysoce niestabilnym – dopiero niedawno odbite siłom Szkarłatnego Bractwa, które okupowały ziemie Morskich Książąt, ciągle roiły się od maruderów i renegatów z pokrwawionych armii. Te zaś – armie, znaczy się – były na mokradłach Hool jedynym właściwie w miarę bezpiecznym zgrupowaniem sił, którego stworzenia i siły mieszkające pod wodą i wśród zarośli nie ważyły się atakować. Samotni wędrowcy, łodzie patrolowe czy skracające sobie drogę karawany szybko wchodziły w trawienny obieg ekosystemu, który był tu wyjątkowo drapieżny. Rozbójnicy, rozpuszczone bandy wojenne, partyzanci spod Szakrłatnego Znaku, ale przede wszystkim plemiona dzikich bagiennych stworzeń i bestie, które czaiły się wśród grzęzawisk czyniły zapuszczanie się poniżej załomu rzeki na parę mil od Zachodniej Twierdzy szaleństwem.

                              Mimo tego, głosząc wszystkim, że prowadzony przez Osprem jest bezpieczny (a wraz z nim wszyscy wokół), póki jest na wodzie, Marius zdołał wynająć niewielką łódź rzeczną wraz z załogą, by ruszyć w górę Javan i pokazać, że krótsza trasa pomiędzy Gradsulem a Wolną Ligą jest możliwa. Jako kapłan i człowiek niepośledniej charyzmy, Utopiec namówił paru narwańców na drogę, którą sobie uroił. Same dobre słowa i obietnica boskiej protekcji wciąż mogłyby jednak nie starczyć, gdyby mężczyzna nie obiecał dzielnym współ-eksploratorom sowitej nagrody od Kompanii Lazurowej, kiedy zjadą wraz z nim do Czarnych Wrót.

                              Osprem chyba naprawdę musiała czuwać nad swoim sługą, bo to że stateczek dotarł do Newick, a załoga przetrwała w całości naprawdę zakrawało na cud. Napad ze strony dziwacznych, żabich stworów, które obrzuciły łódź dzirytami, zderzenie z brodzącym w bagnisku smokożółwiem (który w gniewie strzaskał prawą burtę) i wizyta na pokładzie ogromnego pytona, który zsunął się ze zwisających nisko gałęzi niemalże Mariusowi na głowę, dodały każdemu z załogantów po ładnych parę lat. Ale przeżyli. Grunt, że przeżyli. I przepłynęli bagnisty odcinek Javan wśród mokradeł Hool, dowodząc, że to możliwe.

                              Utopiec miał kluczową rolę w powodzeniu całej misji. Nie raz gromy boskiego gniewu Osprem, które miotał w niebezpieczeństwa na brzegach i za burtą odstraszały lgnące do łodzi tałatajstwo i nie raz udało mu się rozwiać gęstą, kłębiącą się mgłę, która zdawała się zmrażać łódź w miejscu i pozbawiać załogę nadziei na znalezienie dalszej drogi wśród morza tataraków i trzcin. Flisacy uznali, że Marius prawdziwie jest bożym wybrańcem i jeszcze przed dopłynięciem do celu składali mu już wyrazy dozgonnej wdzięczności.

                              Utopiec miał kluczową rolę w powodzeniu całej misji. Nie raz gromy boskiego gniewu Osprem, które miotał w niebezpieczeństwa na brzegach i za burtą odstraszały lgnące do łodzi tałatajstwo i nie raz udało mu się rozwiać gęstą, kłębiącą się mgłę, która zdawała się zmrażać łódź w miejscu i pozbawiać załogę nadziei na znalezienie dalszej drogi wśród morza tataraków i trzcin. Flisacy uznali, że Marius prawdziwie jest bożym wybrańcem i jeszcze przed dopłynięciem do celu składali mu już wyrazy dozgonnej wdzięczności.

                              Dobre sobie, mógł pomyśleć Marius, biorąc pod uwagę, że to przez niego i jego jątrzące w środku pragnienie podróży tą i tą właśnie drogą, ryzykowali życiem. Cóż, obeszło się bez ofiar, więc nie było co zgrywać fałszywej skromności. Utopiec czuł, że jest prowadzony przez Wyższe Siły, więc szacunek bliźnich, którym pomagał i chciał pomagać... Trochę mu się jednak, jakby nie patrzeć, należał - co nie?

                              Trójka z sześcioosobowej załogi zdecydowała się zostać w Newick i nie ciągnąć już dalej, pewna że nie dla nich lądowe życie. Marius, ze specjalnym listem żelaznym, który upoważniał jednostki Kompanii do wypłaty wynagrodzenia w czasie podróży, wypłacił flisakom skromniejszą, ale zadowalającą ich działkę i ruszył dalej na zachód z pozostałą trójką.

                              Irthak, Murg i Broga zwany Wydrą mieli sporo historii do opowiedzenia i szczęśliwie było do kogo gębę otworzyć w czasie dłużącej się, lądowej podróży. Można było słuchać ich gaworzenia o portowych dziewkach, rumowych zawodach i jakiej to kto ryby nie złapał, albo zwierza nie upolował, zamiast gryźć się, czy aby odbijanie na tę ścieżkę (i tę Ścieżkę) to był rozsądny pomysł.

                              text alternatywny

                              - Nieduże spóźnienie... Co – biorąc pod uwagę drogę, którą przyjąłeś – budzi podziw – Wylla van Coen powitała Mariusa ciepłym, solidnym uściskiem dłoni. - Jestem Wylla i wybacz, że od razu przeszłam na Ty, ale wierzę, że w takiej, koleżeńskiej, atmosferze powinniśmy tu działać.

                              - Marius – przedstawił się krótko kapłan. - Dziękuję za uznanie. Droga prosta nie była, ale... Ciekawa.

                              - Słyszałam, że miałeś już szansę na postój i odświeżenie się w Kotle po drodze. Jeśli zatem chciałbyś mi o niej opowiedzieć od razu – może natenczas w krótszej wersji - chętnie posłucham. – Kobieta gestem wskazała fotel, kiedy weszli do gabinetu. - Tobie też muszę zdać sprawę z paru rzeczy, bo koledzy z którymi przewidzieliśmy dla ciebie współpracę mają zaraz wyruszyć z misją i chciałabym szybko wdrożyć cię w czekające zadania i życie miasteczka wokół.

                              - Chętnie opowiem, a jeszcze chętniej posłucham – zgodził się Marius z kurtuazyjnym uśmiechem. - Im bliżej tego miejsca, tym głośniej o nim. Zdaję się nieustannie słyszeć o tej Ścieżce. Dzień i noc, dzień i noc. Dobrze będzie poznać zatem konkrety... Od konkretnej osoby.

                              - Przygotowanie to połowa sukcesu – Wylla odwzajemniła uśmiech. - Powiedz czego się napijesz i zacznij proszę mówić, a ja rozejrzę się za kubkami.

                              text alternatywny

                              Marius był wyszykowany do drogi, ale jako ten nowy, musiał zaliczyć spóźnienie, kiedy reszta wyruszała spod stajni. Miasteczko nie było duże, ale wskazówki jak dotrzeć tam, gdzie miał dotrzeć na początku go przerosły. Zabawne u człowieka, który żeglował i wędrował przez obszary, gdzie czasem nie sposób było nawet odgadnąć północnego kierunku.

                              Irthak, Wydra i Murg zostali na razie w Kotle, gdzie coraz mocniej selekcjonowano osoby, które mogły powędrować w głąb Doliny. Wypłacono im wynagrodzenie, ale – przynajmniej póki co – nie mogli podążyć za Mariusem. Teraz miał wędrować w nowej kompanii, a z tego co słyszał, diablo interesującej.

                              Doktor Lara Quatermain była zwykle wymieniana jako pierwsza z paczki, co miało dowodzić, że jest postacią słynną w wielu kręgach. Marius akurat wcześniej o niej nie słyszał (jak i pewnie wielu prostych ludzi rzuconych w wir Drusdygg), ale plotki o osobach, które ktoś kogo znam znał ze słyszenia od kogoś znajomego miały swoisty pęd i większą siłę rażenia. Marius nie wiedział czego ma się spodziewać po słynnej medyczce i badaczce starożytności, której egzotyczne przygody stanowiły inspirację dla wielu dziewcząt i chłopców w greyhawskiej socjecie, ale liczył, że nudno nie będzie.

                              Randal Bronson też zjawił się w pogłoskach, które dotarły do Utopca gdzieś po drodze. Paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości. Rycerz Heironeousa. Jego zakon słynął z bezwględnego zwalczania wszelkich złoczyńców i kryminalistów, zyskując w stronach Mariusa miano Miażdżących Pięści (Sprawiedliwości, ma się rozumieć – acz nie każdy dopowiadał już całość formułki). Już na pierwszy rzut oka było widać, że Bronson to wojownik nie w kij dmuchał, ale ciężko na razie było oceniać, ile z famy jego Zakonu jest w samym rycerzu. Jego kolega, niejaki Grimley, podobnież również paladyn, został świeżo co odesłany do Kotła. Cóż, wszędzie zdarzały się przesunięcia na inny odcinek frontu, ale to pachniało Mariusowi degradacją i podpowiadało, że może rycerze Heironeousa nie zawsze są tacy nieskazitelni jak ich malują.

                              Seweryn Drachenwulf został mu przedstawiony jako zdolny medyk, który w swym lazarecie sprawuje opiekę nad potrzebującymi pacjentami lokalnej społeczności. Wspomniano mu pokrótce o wykształceniu w Loftwick i umiłowaniu do Pelora, z którym cyrulik się nie krył, więc Marius wyobraził go sobie jako jakiegoś lekko świętojebliwego ważniaka. Osprem nie miała nic do Pelora – była boginią morza i znała porządek świata, w którym musi być miejsce na słońce i księżyć, dzień i noc, morze i góry, no i całą resztę... Pelor był jednak bogiem łagodnym i dobrotliwym jak letnie popołudnie na piaszczystej plaży. Niezdolnym chyba pobudzić swoich wyznawców, by patrzyli na świat, jakim był naprawdę. Zmiennym – owszem, niekiedy pięknym i łagodnym, ale często niebezpiecznym i miotanym przez sztormy.

                              Był jeszcze Kai, któremu Wylla poświęciła sporo uwagi, choć Marius nie do końca zrozumiał dlaczego. Chłopak funkcjonował tu jako jakiś wysłannik i był chyba spowinowacony z kimś ważnym, albo miał inne chody... Może robił w tej grupie za szpicla, albo nadzorcę całości? Uwagi o artystycznej duszy i mnogości talentów Kaia osłodzały nieco percepcję tego człowieka, ale na razie Utopiec nie wiedział jeszcze co ma myśleć o tej postaci. Coś wewnątrz sprawiło, że poczuł ukłucie niepokoju na myśl o młodym półelfie, ale kiedy zobaczył go razem z innymi, chłopak wydał mu się sympatyczny i raczej niegroźny.

                              - Dzięki, panie Curze. – Marius skinął głową Kudłaczowi, wdzięczny za przedstawienie reszcie i poprowadzenie na właściwe miejsce.

                              Migdał, przewodnik grupy, który miał też w niej robić za tropiciela, nalegał na szybki wyjazd, ale Utopiec zdążył się już rozeznać, że droga nie będzie długa. Nie powinni zatem spieszyć się, co koń wyskoczy i trafi się okazja, by przyjrzeć się bliżej nowym kompanom. Poznać ich. I dać im się poznać.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Niedostępny
                                PaniczP Niedostępny
                                Panicz
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #58

                                Marius Utopiec (Brilchan)

                                text alternatywny

                                Wrażenia z podróży

                                Utopiec potrzebował wyróżnić się z tłumu chętnych, aby dołączyć do kompanii. Niektórzy rzekliby, że było to niepotrzebne ryzyko, lecz młodzian cieszył się z okazji do przetestowania swych nowo zdobytych umiejętności na żabo-ludach i bagiennych potworach, choć spotkanie ze Smokożółówiem mało nie przyprawiło go o apopleksje to udana ucieczka przed tym, stworem oraz utrzymanie morale wśród kilku żeglarzy, na których łódce podróżował, dodały mu nieco pewności siebie.

                                Powitanie drużyny

                                Marius zdawał się młodym facetem nie więcej niż dwudziestu paru wiosen, cerę miał bladą, ale widoczne mięśnie i wprawa, z jaką broń, egzotyczną w tych broń stronach trójząb świadczyły, że wybiera się raczej na pierwszą linię walki. Wniosek ten wspomagała skórzana zbroja z ćwiekami uformowanymi na kształt morskich zwierząt, zwisający z jego szyj święty symbol Osprem suelskiej bogini morskich podróży, statków i żeglarzy wyjaśniały morskie motywy w jego ubiorze.

                                - Powitać szanownego Państwa na imię mi Marius zwany Utopcem, gdyż za dziecka miałem wypadek w morzu, z którego wyratowali mnie kapłani, Morskiej Matki zaprzysiągłem się więc w jej służbę i przyobiecałem sobie zyskać na sile, tak więc w nowicjacie, skupiłem się na magii bojowej, ale jakom słyszał, są pośród waszmościów, zacni uzdrowiciele więc z przyjemnością wezmę na siebie ciosy przeciwników, którzy stanął na drodze Kompanii, a w zamian odpłacę magią oraz zębami mej broni - Uśmiechnął się promienie z lekkością młodego neofity, którego szkolono do zjednywania sobie ludzi.

                                - Domyślam się, że moja obecność z dala od morza czy nawet rzeki może wydawać się osobliwa. Wyjaśnienie jest jednak proste: Mam nadzieje zdobyć na tej misji fundusze, aby zbudować własny chram w Onnwal na chwałę Mojej Pani - Wyjaśnił, chcąc wyprzedzić naturalne w tej sytuacji pytanie.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz
                                  napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                  #59

                                  Co na drodze, co po drodze...

                                  Wycieczka pod sierpniowym niebem Drusdygg, nawet mimo zmęczenia członków czy ponurego celu na końcu drogi, zawsze wlewała w serce trochę ciepłego pokrzepienia. Owszem, większość dni była na tyle upalna, że trzeba było czaić się w cieniu i dobrze planować kroki, by nie skończyć z udarem na piaszczystej patelni, ale w umiarze, w zdrowym dawkowaniu, słońce południa Ligi czarowało jak nigdzie indziej.

                                  Dziś zaś, w odmianie od gorąca ostatnich dni, popołudnie osiadło nad Doliną w miodnym, temperaturowym optimum. Rozsądek nakazywał chronić się przed słońcem i w takie dni, bo nawet bez upału promienie potrafiły spiec na raczka, ale pora była naprawdę przyjemna i nie wymagała już od podróżnych strategicznego planowania zajęczych skoków od jednego wodopoju do drugiego czy od jednej cienistej osłony do kolejnej.

                                  Wiedzeni konną kawalkadą przez Migdała, człowieka stąd, myśliwego z Roscoe, który przez wiele lat polował w lasach u podnóża Pieców nim trafiła mu się fucha strażnika traktu do Westburn na obszarze od Szaregoboku, jeźdźcy nie skupiali się na drodze tak bardzo jak na sobie. Piaszczyste, zarośnięte rzadką makią pagórki zostawili za plecami i lekkim kłusem sadzili przez pylaste pustkowie przed Wrzosinami. Słyszeli już przed sobą lekki szum Zwrotki i trel trzciniaków buszujących w zaroślach na jej brzegach. Zabudowania wioseczki, parę biało-szarych chatynek, kilka drewnianych chałupek i drewniane ogrodzenia pastwisk mieli po lewej. Spojrzenia spadły na opuszczone sioło całą serią. Przewodnik jednak nie zaplanował postoju i co bardziej zamyśleni wędrowcy ocucili się dopiero widząc jak jego plecy na przedzie przechodzą w coraz mniejszą plamkę.

                                  Buty pod boki i konie spoźnialskich szybko nadrobiły stratę. Dużo zresztą nadganiać nie musiały, bo podróżni najbliżej tropiciela usłyszeli jego krótkie stać i zobaczyli dany ręką znak stopu jeszcze przed mostkiem przez Zwrotkę.

                                  Na drewnianej, szerokiej może ledwie na półtora wozu przeprawie, leżał koń. Zwierzę toczyło pianę, ale nie wierzgało już nawet, wchodząc w ostatni etap umierania. Było pokrwawione na bokach i na szyi, a gdzieś ponad zadem sterczała z niego długa strzała z czarną lotką.

                                  Przewodnik migiem wydobył łuk z sajdaka i wychylił się z konia, by rozejrzeć się szerzej, czy ktoś wokół nie kryje się w zasadzce. Rzeczka była płytka, ale na brzegach, w dole, sporo miała zarośli i bujnych traw, które lgnęły do życiodajnej wody. Dalej od mostku, tak w jedną, jak i drugą stronę, więcej było trzcin i grążeli, a na zachodzie ciek kończył swoją ścieżkę w mokradłach, które odcinały się od okolicy spiętrzoną w górę zielenią. Cisza. W trawach nadawały tylko trzciniaki i pokrzewki. Nikogo nie było słychać. Ani widać.

                                  Poza samotnym mężczyzną już po tej stronie mostu, skąd przybywali. Zwalonym na ziemię, pokrwawionym i z rozbitą głową, która miała całość jego siwej czupryny pozlepianą od juchy. Człowiek stękał coś pod nosem i czołgał się nieporadnie, ewidentnie mając problem z prawą nogą, która pewnie była złamana albo zwichnięta. W tym wszystkim czepliwie osłaniał się szerokim płaszczem, jedną ręką pomagając sobie w człapliwym przesuwaniu się po piasku, a drugą trzymając poły płaszcza tak, by przylegał wyraźnie do jego ciała.

                                  text alternatywny

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #60

                                    dr Lara Quatermain (Alex Tyler)

                                    Salina starał się być człekiem gładkim jak jedwab z Niebiańskiego Cesarstwa Shao Feng, a jednak czuło się, że gdzieś tam drapie niczym włosiennica. Niby prawił o dobru wspólnym, a jednak Lara czuła się jak wtedy, gdy po raz pierwszy trzymała w dłoniach zabytek i usłyszała z ust plenipotenta fundatora ekspedycji: „To zostanie w sejfie, panienko Quatermain, dla dobra firmy”. A kto niby decydował, czym było to dobro?

                                    Miała mu wierzyć, bo starał się sympatycznie mówić i rozkładał ręce niczym aktor na forum, prawiąc o cywilizacji? A może powinna, bo przynajmniej mówił, a nie tylko brał? Nie, nie wystarczało mówić. Zresztą, nie po to uczyła się przez całe życie starożytnych alfabetów, żeby ktoś inny, byle laik, decydował, które znalezisko „lepiej przysłuży się społeczności”. Kiedy ostatnio tłum szewców i pasterzy decydował, co zrobić z pieczęcią z Zindii datowaną na Epokę Chwały? Nie była głupia. Wiedziała, że nauka potrzebuje funduszy, a historia – polityki. Ale czy to znaczyło, że miała przyklaskiwać kolejnemu rozdawnictwu dziedzictwa, doprawionemu propagandą o „dobrze ludu”?

                                    Salinie wydawało się, że jest uczciwy. Tak myślał. I to w tym wszystkim było najtrudniejsze. A jednak… coś jej nie pasowało. Czy to źle, że nie chciała rzekomo dobroczynnego dochodu z ruin? Że wolała, żeby fragmenty przeszłości leżały zamknięte w chłodnym muzeum, gdzie nie będą wyprzedawane w kawałkach pod pozorem uzdrawiania kraju? Nie była pewna. Wiedziała tylko, że ten dziennik… ten szyfr… stanowi prawdę. A prawda nie znosi kompromisu. Kiedy ją znajdzie – nie będzie już miejsca na uśmiechy, ukłony i polityczne androny. „Będzie tylko ona. I ja”.

                                    text alternatywny

                                    Spóźniona Quatermain spojrzała badawczo na trójkę mających towarzyszyć jej najemników kompanii. Różnorodne umiejętności dobrze wróżyły. Ale równie dobrze mogliby być trupą teatralną – bo kompetencje to jedno, a lojalność? Lojalność nie wykwitała na polu namiotowym, tylko w ogniu i błocie. I to powoli. Lara była wobec nich profesjonalna, dworsko grzeczna, nawet nieco koleżeńska, ale pod spodem chłodna jak ranek na pustyni przed wschodem słońca. To nie tak, że nie ceniła towarzystwa – wręcz przeciwnie, ale najpierw musieli dowieść, że nie zginie przez ich głupotę, zanim pozwoli im nalać sobie herbaty.

                                    Co prawda pierwszy test zdali, ale nie decydował on o wyniku końcowym całego egzaminu. Medyczka starała się być ostrożna, bo przez swój nadmierny optymizm i zbytnie zaufanie już parę razy się zawiodła. A zsyłka Grimleya? Miała pewien sens. Rzeczywiście sprawiał wrażenie najbardziej niestabilnego elementu. No i go usunięto. Ale kim byli ci, co zostali? Lara analizowała ich z chłodną przenikliwością, jak lekarz oglądający pacjenta z objawami, ale jeszcze bez diagnozy. Czy naprawdę wystarczająco zdążyła ich poznać? Przeczucie sugerowało że tak, zwłaszcza w przypadku Kaia, ale rozum nadal nie był przekonany. Tyle że nie on tu ustalał zasady.

                                    Fascynatka archeologii wysłuchała zapewnień przewodnika wyprawy zwanego Migdałem. Woda, jedzenie i broń – słusznie. Ale ktoś tu zapomniał o opatrunkach, ziołach przeciwzakażeniowych lub przynajmniej spirytusie. Na szczęście miała to wszystko. A w razie czego potrafiła znaleźć dla nich substytuty w dziczy.

                                    Co do zbrojnej obstawy, to Greba już znała. Wincent zaś zdawał się nadmiernie chełpić swoją kuszą.

                                    — Wspaniale. Może i elegancki mechanizm, ale czy masz do tego naboje… i powód, by strzelać? — zapytała żartobliwie.

                                    Następnie spojrzała na braci Ulefa i Sylva. To musiał być jakiś lokalny folklor. Zawsze jeden niski, korpulentny i gładki jak operowy śpiewak, a drugi wysoki, zarośnięty i mocarny jak yeti. Ciekawiło ją, który z nich prędzej się potknie, i o co.

                                    Kiedy dokooptowano im nowego Lara natychmiast zesztywniała. Ale nie z lęku – o nie! – tylko z tego wewnętrznego napięcia, jakie ogarnia człowieka, gdy ma się do czynienia z czymś nieautoryzowanym, niesprawdzonym i narzuconym z góry. „Wysłannik pani van Coen? A więc ma jakieś plecy. Ale czy ma mózg?”, przeszło jej przez myśl „Wdrażanie go to nasza sprawa? Świetnie. Kolejne ryzyko powierzone bez konsultacji. Czyli standard”. Mimo to była grzeczna wobec Mariusa. Uprzejma. Nawet rzuciła mu delikatny uśmiech. Ale to był ten rodzaj uśmiechu, który mówi: „Zrobię ci opatrunek, kiedy stracisz nogę, ale nie miej złudzeń – zanim cię naprawdę polubię, musisz przejść przez ogień”.

                                    text alternatywny

                                    — Musimy stanąć! — rzuciła blondwłosa okularnica przepełnionym troską głosem, zanim jeszcze Migdał skończył unosić dłoń.

                                    Jej rumak zastrzygł uszami, a ona sama zsunęła się z siodła, szybko i sprawnie jak wojskowy zwiadowca, a nie szlachcianka z Greyhawk.

                                    — Zraniony koń. Krwawienie z boków i szyi, strzała... czarna lotka — mówiła bardziej do siebie niż do towarzyszy, przemykając ku mostkowi. — Ktoś z tutejszych, czy obcy? Dziki humanoid? A może... ktoś chce, żebyśmy tak myśleli?

                                    „Lubię przedstawienia, ale nie takie” pomyślała, zaciskając zęby. Skupiła spojrzenie czarnych oczu na trzcinach i mokradłach, przesuwając powoli głowę. Chciała udzielić pomocy rannemu, ale nie chciała się też głupio narażać. Głupio, czyli w jej stylu.

                                    A tu cisza. Tylko trzciniaki. Aż za cicho.

                                    — Konający koń. Ranny starzec. A może przynęta? — zadała pytanie bez oczekiwania odpowiedzi, jej myśli pobiegły już pięć kroków dalej. Ostrożnie kucnęła przy mężczyźnie, ściągnęła białą rękawiczkę i z rzadką w jej zawodzie czułością dotknęła jego szyi – puls był nieregularny, ale obecny. — Jestem doktor Lara Quatermain, słyszy mnie pan? Kto panu to zrobił? Jest pan sam?

                                    W tle szeleścił Migdał, wciąż z łukiem w gotowości, a Lara, nie zważając nań, zerknęła na drugi brzeg rzeki.

                                    — Trzeba zabezpieczyć teren. Ktoś go musiał go tu przeciągnąć – albo sam się doczołgał.

                                    Obróciła głowę w stronę towarzyszy. Jej spojrzenie było ostre jak słońce Suchych Stepów.

                                    — Nie jesteśmy tu przypadkiem. A co jeśli ktoś się nas spodziewał i obserwuje? Może to nie napaść, czy rabunek, tylko ostrzeżenie? Pytanie brzmi – przed czym?

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #61

                                      sir Randal Bronson (Mike)

                                      Randal skinął nowoprzybyłemu taksując go spojrzeniem. Co tam wypatrzył i do jakich wniosków doszedł, nie dało się odczytać z jego twarzy. Ale miał zasadę, że pierwsze wrażenie uznawał, za nic nie warte. Czas i uczynki pozwalały dopiero wyciągać wnioski.

                                      *

                                      Podczas krótkiego postoju, gdy musieli napoić konie oddalił się za "potrzebą". W to, że potrzeba była inna niż się spodziewano nikt nie wnikał. Znalazłszy charakterystyczny głaz zakopał pod nim sztylet i figurkę oraz stare monety. Wygładził ziemię, posypał igliwiem, a potem dla pewności jednak dodał potrzebę, którą udawał idąc w zarośla. Nie czuł co prawda pilnej potrzeby, ale żelazna wola wykuta w służbie sprawiedliwości pozwoliła mu na wykonanie zadania.

                                      *

                                      Widząc, że medyczka wbrew zdrowemu rozsądkowi idzie do rannego zanim udało się orzec czy to nie pułapka, zaklął i też zsiadł. Odczepił do siodła tarczę.

                                      - Osłaniajcie nas. - Rzucił do kompanów i ruszył za Larą. Przyklęknął koło medyczki osłaniając tarczą ją i siebie na tyle na ile się dało.

                                      - Kobieto, chwali się, że chcesz pomoc nieść, ale rób to z głową. Nikomu nie pomożesz jak ktoś ci bełt wrazi. - powiedział półgłosem - Ja ci nie mówię jak robić twoją robotę, ty daj mi robić moją. A jak cię ktoś ustrzeli to będą mi suszyć głowę. Osobiście też by mi było trochę przykro gdyby trza cię zakopać przy drodze.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Niedostępny
                                        PaniczP Niedostępny
                                        Panicz
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #62

                                        Lara (Alex)

                                        Lara oderwała na chwilę wzrok od pacjenta.

                                        — Śmierć zabierze mnie, gdy na to zasłuży — oświadczyła Randalowi z buńczucznym uśmiechem, a po chwili dodała: — Ale gdyby do tego doszło, upoważniam was do zrzucenia całej winy na mą osobę i pozostawienia ciała na pastwę losu.

                                        Następnie wróciła do badania rannego.

                                        — Niemniej, dziękuję za troskę — rzekła niedługo potem.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Niedostępny
                                          PaniczP Niedostępny
                                          Panicz
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #63

                                          Randal (Mike)

                                          - Już widzę jak nasi pryncypałowie skaczą z radości słysząc, żeś kazała swoje zwłoki porzucić przy drodze i że to twoja wina - odparł Randal z krzywym uśmiechem. - Pewnikiem, każą służbie z taczkami do skarbca biec i premię nam uszykować.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy