Tura 52 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; piekarnia Alberta
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)
Duivel i Thiemo
- O bogowie, chudy! - Albert aż podskoczyl gdy elf niespodziewanie zdjął kaptur i zdradził swoje nieludzkie pochodzenie. Ale wydawało się, że to chwilowe zaskoczenie. Skoro Duivel zachowywał się spokojnie no i przyprowadził go znajomy piekarza, to w końcu się uspokoił i mogli wrócić do rozmowy o sytuacji w mieście. A ta była dla gospodarza mętna. Chociaż z racji tego, że był na miejscu to i tak był w niej lepiej zorientowany niż dwójka przybyszy.
- No tak, pochowalimy się. Strach wychodzić na ulicę. Nie wiadomo na kogo się trafi. Teraz wojsko tu rządzi. Na każdego krzyczą i wyganiają. Czasem jak kogoś złapią to trzepią. Mówią, że szpiegów, sabotażystów i zdrajców szukają. Zwłaszcza jak ktoś młody i z bronią. To od razu jest podejrzany. I nasi też im pomagają. Mówią, że pomagają wojsku szukać buntowników i rabusiów. Ja tam nie wiem. Od jednych i drugich można pałą w brzuch dostać. Dlatego wolę siedzieć w domu. Moi sąsiedzi także. - Pokręcił głową i widać było, że obawia się tej całej ruchawki. Liczył zapewne, że pozostając w domu, zmniejszy ryzyko spotkania przykrych konsekwencji.
- Najgorsze, że przejęli magazyny zboża. Mówią, że tylko dla wojska, że to zasób wojenny. A bez zboża nie ma mąki. A bez mąki nie ma co piec w piekarni. Bez piekarni nie ma chleba. A bez chleba jest głód i bieda. I to nie tylko w mojej piekarni tak jest. Mnie to już mąki zostało tylko na własne potrzeby. Trochę się wymieniam z sąsiadami za mleko, wino albo ser. Ale dla ludzi już nie piekę. Nie mam z czego. - Znów popadł w przygnębienie, jakby już widział swój marny koniec. Urwał kawałek chleba, zamoczył w rozwodnionym winie i zaczął przeżuwać. Nagle jakby sobie o czymś przypomniał.
- Ale nie wszyscy piekarze tak mają! Słyszałem, że Hempe działa w najlepsze. Mówią, że zapłacił za licencję i dlatego może kupować zboże w magazynie. Teraz jak nigdzie nie ma nigdzie chleba to cała okolica u niego kupuje. A on podniósł ceny aby odzyskać tą licencję. Podobno jak któregoś piekarza stać to myśli aby też wykupić tą licencję. Bo jak podniosą ceny chleba to i tak sobie w końcu odbiją. Też może bym kupił ale mnie nie stać. - Na chwilę się ożywił gdy opowiedział o tej branżowej ciekawostce z magazynem zboża. Zdawał się, żałować, że nie stać go na wykup licencji na to zboże.
- Biednemu to wiatr zawsze w oczy. Niedługo na wodę ze studni nałożą podatek. - Thiemo westchnął współczująco. - Te magazyny zbożowe i piekarnia Hempe jest bliżej niż Żelazna. Do Żelaznej to pewnie byśma się spóźnili na obiad. Chyba, że te Hochlandczyki to tak marne kucharze, że kuraka nawet nie potrafią zrobić. - Uśmiechnął się krzywo jakby sam był w rozterce gdzie dalej iść.
- Na Żelaznej to uważaj. - Albert odezwał się ponownie. - To bliżej centrum miasta. A ruchawka najbardziej jest właśnie tam. Ci najemnicy zatrzymali się na Marktplatz. I tam się to wszystko zaczęło. Podobno splądorwali magazyny Osipowa. A tam byli ci uchodźcy z Kisleva. I nasi ze wschodu też. Białe gołębice ich przyprowadziły i w ratuszu prosiły o miejsce. I im przydzielono właśnie u Osipowa, bo ostatnio puste stały. I nawet ich ci barbarzyńcy splądrowali. Biada, nam biada. Tylko się modlić do bogów o zmiłowanie. - Piekarz ostrzegł kolegę, że odwiedziny u brata mogą być dość ryzykowne. Thiemo potraktował to poważnie i pokiwał głową.
- No tak. Żelazna jest bliżej Makrplatz. Dobrze, że mówisz przyjacielu. - Teraz to i milicjant zmarkotniał gdy zdał sobie sprawę, że jego brat może mieszkać w bardziej niebezpiecznej okolicy, niż tu, przy samym pograniczu miasta.
- A wojsko to ja chudy nie wiem. Nie znam się. I nie chcę ich znać. Mam nadzieję, że nie przypomną sobie o małej, nędznej piekarni Alberta. A jeszcze czarostwo jakieś?! O bogowie uchowajcie! Zwierzoludzi nie, nie widziałem. Przeca oni po lasach się kłębią jak robactwo. Tego jeszcze brakowało aby u nas po ulicy biegały te dzikusy. Ale na szczęście oni nie umieją zdobywać murów to raczej tu nie mają jak wejść. - Na myśl o magii i kopytnych aż się przeżegnał do dobrych bogów. I wydawało się, że jednak nic takiego nie zauważył ani nie słyszał. W końcu powstał aby odprowadzić gości znów do tylnych drzwi. Nie był w stanie odpowiedzieć na wszystkie ich pytania. Ewidentnie nie znał się na wojsku i nie umiał rozpoznać kto tu walczy i z kim. Obawiał się ich, o siebie, swoją rodzinę i piekarnię. O władzach miasta nie miał zbyt dobrego mniemania. Spora część wojska jakie zwykle stacjnowało w mieście i okolicy, wyszło na wezwanie hrabiego jaki szykował się na wojnę. Ci to zostali to widać mieli spory problem aby opanować tą ruchawkę w mieście. Był zdania, epicentrum walk jest w centrum, w pobliżu Markplatz i ratusza. I dlatego tam od paru dni nie chodził. I większość sąsiadów z jakimi miał kontakt, postępowała tak samo. Więc dość słabo się orientował co tam się dzieje. W końcu Duivel ze starym milicjantem znów znaleźli się we dwóch na opuszczonej ulicy.
- Po mojemu to mogli oskubać i wypatrszyć te kuraki. Jak teraz wrócimy to i tak będziemy czekać aż się ugotują. - Starszy mężczyzna podrapał się po swojej siwej szczecinie na ogorzałym policzku. Wedle wyczucia czasu elfa, to wyglądało to podobnie. - Na Żelazną to byśmy szli tyle co teraz tutaj. To znaczy normalnie byśmy tyle szli. Teraz to nie wiem. Do tych magazynów zbożowych jest z połowa tego. Do Hempe też bo on blisko magazynów mieszka. - Aby czymś zająć ręce i myśli, zaczął sypać bagienne ziele na kawałek bibuły. I widać było, że ma w tym wprawę. Nie był jednak pewien co dalej powinni robić. Wracać do bramy, iść na Żelazną. Tam mieszkał jego brat i w pobliżu były magazyn Osipowa. Ale też było bliżej ogniska walk więc ryzyko rosło. Magazyny zbożowe i piekarnia Hempe, wydawały się być bliżej i przynajmniej Albert nie opisywał ich tak niebezpiecznie. Z drugiej strony jednak nie wychodził z domu więc też bazował na plotkach od sąsiadów. No i musieli jeszcze spakować bochen chleba jakim ich obdarował na pożegnanie.

link: https://i.imgur.com/n2TPz7W.jpeg
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)
Stefan i Wieslelowie
Stefan podczas rozmowy ze strażnikami, nie dostrzegł w ich zachowaniu nic nadzwyczajnego. Najpierw jak zauważyli trójkę, nadchodzących zbrojnych to zrobili się czujni. Co świadczyło, że mają zdrowo rozwinięty instynkt samozachowawczy. Z początku rozmowy wyglądali na podejrzliwych i zachowywali rezerwę do trójki rozmówców. A gdy ci nie zdradzali agresywnych zachowań to nieco się uspokoili. Ich zachowanie wydawało się więc Ostlandczykowi naturalne a i do ich słów nie miał się czego przyczepić. Nie nosili żadnych herbów ani barw ale to w milicji i lekkiej piechocie było powszechne. Gdyby mieli łuki zamiast halabard to nawet by się wpasowywali w bandę Kolesnikowa. I pewnie większości lekkozbrojnych z ich regimentu. Nie nosili czarno-białych barw Ostlandu ani wizerunku byczego łba. Ale na to zwykle mogli sobie pozwolić rycerze, zawodowi oficerowie, szlachta i oddziały na żołdzie miast i hrabiów. Więc to, że ci dwaj nie mieli żadnych barw tylko zwykłe przeszywalnice to jeszcze niczego nie dowodziło.
- Von Below? - Ten co miał więcej do powiedzenia spojrzał na kolegę. Ten przez chwilę przeszukiwał pamięć ale w końcu pokręcił głową.
- Służyłeś w Stirlandzie? Kawał drogi stąd. A nie masz stirlandzkieg akcentu, gadasz jak tutejszy. - Zaciekawił się ten drugi.
- Nie słyszałem o tym von Below. Ani tutaj ani po drodze. - Przyznał ten pierwszy. - To jesteś weteran? I chcesz się zaciągnąć? No to możesz pogadać z sierżantem. - Wydawało się, że uwierzyli słowom Stefana. I jego rozmówca lekko skinął głową w stronę w półotwartej bramy zajazdu. Zanim jednak Jeager mógł odpowiedzieć to do rozmowy wtrąciło się przybycie grupki zbrojnych. Było ich kilku, szli raźnym tempem od centrum miasta. A w środku szedł jakiś nieszczęśnik. Dwaj strażnicy dali znać trójce przybyszy aby ustąpili im drogi. A sami też czekali i patrzyli z ciekawością co się dzieje. A przybysze pozdrowili ich obu, sami też dostali podobne skinienie głowy. Na trójkę przybyszy ledwo spojrzeli i bez wahania przeszli przez bramę.
- Sierżancie! Mamy jednego! - Zawołał jeden z nich. Cała grupka zatrzymała się między bramą a frontek karczmy i chwilowo przykuła uwagę tych paru osób co było widać z zewnątrz. Wydawało się, że eskorta jeńca obserwuje kogoś kto nadchodzi. I rzeczywiście po chwili w pole widzenia wszedł jakiś zbrojny z brodą. Szarfa przez pierś wskazywała na dziesiętnika albo sierżanta.
- Co my tu mamy? - Podoficer w hełmie stanął przy jeńcu i wpatrywał się w niego intensywnie. Ten był wyraźnie przestraszony i nie wiedział gdzie wzrok podziać. A gdy mijał bramę to dało się zauważyć krwawe zacieki z ust i nosa, jakby w twarz dostał. Ubranie też miał sponiewierane.
- Szabrownik i prowokator. Rabował karczmę i organizował wiec na jakim podburzał ludność. - Wyrecytował sierżantowi dowódca patrolu. To ożywiło schwytanego jeńca.
- To nieprawda! Ja tylko… - Tyle zdążył powiedzieć nim pięść sierżanta brutalnie zdzieliła go w twarz, że aż się zatoczył.
- Milcz psie! Kto ci dał prawo głosu! Masz odpowiadać tylko na pytania! - wrzasnął na niego i zaraz uderzył go ponownie. Tym razem w brzuch. - Masz za spiskowanie! - A gdy mężczyzna się zgiął w pół, jeszcze raz uderzył go w głowę. - A to za szabrowanie! - Wysyczał z wściekłością gdy jeniec upadł na ziemię. - Zabrać to ścierwo na kwatery. Niech oficerowie go przesłuchają. Ale nie przejmuj się nędzniku. Wszyscy wiemy jak skończysz. - Uspokoił się na tyle aby wysyczeć ze złością do powalonego jeńca. Zaś żołierze z patrolu złapali za ramiona i powlekli w stronę głównego budynku kakrczmy. Sierżant jeszcze chwilę za nimi patrzył gdy w jego stronę krzyknął jeden ze strażników przy bramie.
- Sierżancie! Można prosić!? - Gdy podoficer to usłyszał odwrocił się w ich stronę. Po czym żwawym krokiem wyszedł przed bramę.
- Co jest? - zapytał krótko i bez ceregieli. Obaj strażnicy wyprostowali się i widać było, że albo czują przed nim respekt albo się go obawiają.
- Ci trzej właśnie przyszli. Mówią, że chcieliby się zaciągnąć. - Ten w musztardowym kubraku, wskazał na Stefana i jego towarzyszy. Sierżant obrzucił ich uważnym spojrzeniem a i oni teraz mogli mu się przyjrzeć z bliska.

link: https://i.imgur.com/S95jOSc.jpeg
- Nowi rekruci? Chcecie się zaciągnąć do Siege Stern? My nie przyjmujemy byle kogo. Skąd jesteście i co umiecie? Gdzie wcześniej służyliście? - Podoficer nie bawił się w dyplomację tylko od razu chciał wiedzieć z kim ma do czynienia. Nieco teraz złagodniał ale wciąż promieniował tą złością i agresją jaką przed chwilą zaserwował schwytanemu jeńcowi.
Mecha 52
Pogadanki Stefana ze strażnikami przy bramie (OGŁ + Przekonywanie)
Stefan OGŁ 35
Przekonywanie II +10
Ranga 2 -25 (razem 35+10-25=20)
Strażnik OGŁ 35
Ranga 2 -25 (razem 35-25=10)
Czytanie emocji strażników: 50+20-10=60; rzut: https://orokos.com/roll/1078432 87; 60-87=-27 > ma.por = nic konkretnego nie może wyczytać
Oszukiwanie strażników: 50+20-10=60; rzut: https://orokos.com/roll/1078433 34; 60-34=26 > ma.suk = raczej nie mają większych zastrzeżeń do historyjki
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zakład balwierski
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)
Tobias i Beth
- O! Ile tego jest! I salcesnoy są i ozory… Kiełbasy… Dobrze, że tu trafiliśmy! - Beth myszkowała po skelepie tak samo jak przed chwilą ta dwójka jaka uznała ich wyższość i postanowiła się ulotnić. Właściwie trójka. Ta trzecia to chyba była dziewczyna albo jakiś młody chłopak. W ciemnej czapce i w biegu, trudno było poznać. Ale i tak cała trójka dała dyla, nie mając ochoty na konfrontację z dwójką łuczników. Teraz więc oni przejęli władzę nad sklepem i mogli przekonać się co jeszcze zostało. To był sklep mięsny i rzeźniczy. Było więc i surowe mięso i gotowe produkty. Te surowe zaczynało już być śliskie i zalatywał ostrzegawczy zapaszek. Chociaż pewnie większość mieszkańców miasta i wsi i tak by to wrzuciła do gara aby się nie zmarnowało. Zapeklowane mięso trzymało się lepiej. Tak samo jak podroby. Ale też był już dobry moment aby je zjeść. Jeszcze dzień, dwa, trzy i zacznie się tu masowy rozkład i smród. Najtrwalesze były weki z mięsem. Takie słoiki często podróżni kupowali na drogę bo się trudno psuły. Jeszcze trochę ich zostało. To właśnie spowodowało dylemat u czarnowłosej.
- Te kiełbasy i salcesony lepsze niż te słoiki. Trzeba zjeść zanim się nie zmarnują. Ale te słoiki są trwalsze. A nie wiadomo co z tego zostanie jak tu wrócimy z resztą. - Rzeczywiście na dwie osoby to mogli się nieźle obłowić w różne rodzaje mięsa i podrobów. Jeśli jednak by liczyć aby coś wziąć dla całego oddziału to się już robiło skromniej. Chociaż i tak byłoby to znacznie obfitszy łup niż ten kurak czy dwa, jakie ustrzelili na podwórku przy bramie. Tak czy siak, mieli co nieść a ta radość ze zdobyczy sprawiła, że towarzyszka Tobiasa, zwróciła uwagę na zakład balwierski dopiero gdy jej go wskazał.
- O. Światło? To ktoś tam jest? - Teraz to i ją to zdziwiło. Co prawda był środek dnia ale jednak większość okiennic była pozamykana albo wyłamana. Więc w środku bez światła musiało być dość mroczno. A rzadko widywali aby gdzieś przez szczeliny prześwitywało światło. Na górnych piętrach to jeszcze bywały odsłonięte okna ale na poziomie gruntu regułą było, że okiennice były zamkniętę. Tak samo jak drzwi, chyba, że tak jak w tym mięsnym sklepie, ktoś je wyłamał i splądrował wnętrze.
- To blisko. Możemy zobaczyć. - Czarnowłosa Hochlandka, wydawała się zaciekawiona tym światłem. Podeszli te dwie, trzy kamienice jakie ich dzieliły od sklepu mięsnego. Niebiesko-białe-czerwone skośne pasy, mówiły, że to zakład balwierza. Zresztą przez wybite szyby widać było krzesła dla klientów i stoły gdzie wciąż było widać grzebienie, szczotki, nożyczki, pomady do ochrony i strojenia włosów. Tylko, że panował niezły kipisz. Nie widać było żadnego lustra ale to był drogi towar na jaki trudno było sobie pozwolić zwykłemu mieszczaninowi. Więc nic dziwnego, że ktoś się na nie połasił. Wyglądałoby to wszystko jak kolejny splądrowany sklep czy warsztat jaki minęli odkąd zanurzyli się w miasto. Ale przez otwarte drzwi wejściowe, w wewnętrznej ścianie, widać było kolejne. Też otwarte. Pewnie prowadziły gdzieś na zaplecze zakładu. Tam właśnie musiały płonąć te świece albo lampy.
- O! Zobacz jaka ładna szczotka do włosów! Nigdy nie miałam takiej. Myślisz, że srebrna? - Nagle Beth przez rozbite okno dostrzegła coś interesującego. Przy jednym z krzeseł, wśród chaosu bibelotów na podłodze, leżała zagubiona szczota. Jasna, nieco błyszcząca barwa i ozdobna rączka sugerowały, że faktycznie może być ze srebra. Czyli bardzo wątpliwe aby taką zwykłą dziewczynę było na nią stać. Nic dziwnego, że wpadła jej w oko.
Ale jak tak przez chwilę postali przed frontem kamienicy, to okazało się, że nie są tu sami. Tam na zapleczu musiał ktoś być. Słychać było ciche, równomierne kroki i jakieś ciche brzdąkanie. W pewnym momencie mignęła im tam jakaś kobieca sylwetka jaka niosła coś w dłoniach. Ale chyba ich nie zauważyła. Beth cicho sapnęła. I wpatrywała się to w stronę zaplecza to na tą szczotkę co ją tak kusiła. Hochlandka wyglądała jakby się wahała czy zaryzykować skok po tą szczątkę czy nie. Zanim się zdecydowała, znów pojawiła się ta kobieta. Tym razem jednak szła śmiało z zaplecza w ich stronę. Przeszła przez rozbebeszony zakład i wyszła na zewnątrz. Okazało się, że to jakaś młoda dziewczyna o przyzwoitej jak na mieszczkę sukni codziennej i zakasanych rękawach. Stanęła przed nimi i uśmiechnęła się sympatycznie do obojga.

link: https://i.imgur.com/K6uzNmt.jpeg
- Witam przyjaciele. Moja pani zaprasza was w gościnę i poczęstunek. Jest bardzo rada, że dotarliście tu bezpiecznie. - Dziewczyna wskazała gestem na wnętrze zakładu z jakiego właśnie wyszła. Miała nieco mokrych plam na koszuli i spódnicy jakby robiła pranie czy coś takiego. Zlatywał od niej przyjemny aromat kosmetyków, pary i zapachowych świec. Nie widać było aby miała jakąś broń i gdy skończyła ich zapraszać skromnie złożyła dłonie na podołku i czekała na reakcję gości. Beth wydawała się zaskoczona tym wszystkim i w końcu spojrzała na towarzysza co on na to wszystko powie. Poza tą jedną dziewczyną, cała reszta ulicy nadal wydawała się być pusta, cicha i bezludna. Odkąd wyszli z bramy to pewnie minęła z połowa czasu na te skubanie i gotowanie kuraków.