'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
30 sierpnia, 591 WR
Poranny śpiew ptaków, ażurowe mgły od lasu, słońce skapujące zza gór plamami ciepła. Rześkość stawiająca na sztorc włoski na skórze, ale bez przeszywającego chłodu, otulająca przyjemnie jak zimny kompres na zmęczone członki. Błogość poranka mogłaby przyćmić wspomnienie wczorajszych wydarzeń i pamięć o zbrodni, jaka spadła na Pogorzel.
Mogłaby, ale śpiący twardo Vuk nie dawał zapomnieć. Kai został przy nim, ale zaczął już zbierać się do drogi, szykując śniadanie i wrzątek. Pozostali, a przynajmniej Lara, Seweryn i Migdał byli na nogach już od jakiegoś czasu. Medyk przypomniał przed nocą o Grumwidowych losach, więc cała trójka wybrała się, by poszukać jego obozowiska.
Szukania nie było dużo, bo na zachód od wioski rzeczywiście trafiła się niewielka, piaszczysta polanka pod skałą, gdzie widać było resztki paleniska. I potwierdzenie tego, o czym traper opowiadał.
Na miejscu było pełno krwi. Zeszchłej, ale jednak. Jucha musiała lać się tutaj szeroko i widać, że nie z jednej rany, ale z dziesiątek większych i mniejszych rozbryzgnięć. Dawno wsiąkła już w piasek, ale ślady pozostały.
Palenisko z prostych kamieni było w nieładzie – kamyki rozrzucone jakby rozkopane na wszystkie strony, a garnek (który się znalazł) leżał w pokrzywach kawałek od obozu. Na ziemi leżała rozdarta i poplamiona krwią koszula (ot, prosty biały kubrak na kogoś przeciętnej chłopskiej budowy – znaczy takiej, gdzie krzepa jest, ale nie nadmiernie wysokiej, jak mogłoby pasować do tajemniczego dryblasa z opowieści Grumwida). O, zresztą po przejrzeniu okolicznych zarośli i rozgarnięciu piachu znalazło się więcej rzeczy.
W ogólnym nieładzie leżało trochę drobnych monet, kość do gry, srebrny ząb (ale nie szło dojść, czy akurat teraz wybity czy może robiący za walutę), kościany grzebyk, chochla, podarty kawałek lnianej torby i unurzany w zeschłej posoce zębaty nóż. Nóż był do krojenia pieczywa, albo mięsa, ale nie pierwszej młodości. Widać, że ktoś ewidentnie używał go z werwą, ale narzędzie nie było bronią zabójcy czy rzeźnika.
Ślady wokół obozowiska, gdy przyszło szukać, kto gdzie się zapodział, sugerowały ucieczkę albo pogoń w kierunku wioski, ale potem skręcały na południe. Ciężko było porachować, ile osób było dokładnie, ale najpewniej trzy albo cztery. W pewnym momencie widać było większą krwawą plamę i pękniętą gałąź dębu, która zwisała nisko, a na którą ktoś zapewne z impetem opadł. Wpadając, albo będąc rzuconym.
Ślady dalej rozbiegały się w różne strony. Tu były już ślady kopyt, a dalej rozbitych z impetem krzewów przez które musiało lecieć spłoszone i ranne zwierzę. Zapewne rumak, który wyratował Grumwida z obozowej opresji. Koni było jednak więcej.
Ktoś pokrwawiony ruszył na południe, ku jeziorku, które miejscowi zwali po swojemu Cudnym. Tak przynajmniej mówił Migdał. Dojść jednak nad taflę tego zbiornika (które nazwę zawdzięczało byciu miejscem schadzek młodzieży, zażywającej tam romantyczności) zajęłoby im chwilę, a czas gonił.
- Wygląda na to, że stary mówił prawdę... No, tyle o ile. – Skrzywił się tropiciel. - On bieżał na wschód, ktoś za nim, a ktoś tam na południe szedł... Ale mamy czas badać to teraz?
Seweryn i Lara spojrzeli po sobie, ważąc w myślach priorytety wyprawy. Był ciągle wczesny ranek, pewnie na zegarowych ustrojstwach wybijałaby szósta czy może siódma. Ale którą nić warto by ciągnąć pierwszą: tę z Pogorzeli, starszą, ale wiążącą losy całej wioski, czy tę tu, nowszą i krwawą?
-
Lara Quatermain (Alex Tyler)
Poranek otulał Larę jasnością, która bardziej drażniła, niż koiła. Ptaki, ten niestrudzony chór życia, śpiewały, jakby nie znały ostatnich wydarzeń, jakby tragedia Pogorzeli była tylko snem. A przecież jeszcze pachniało nią w powietrzu – żelazem psiej krwi i rozpaczą, która osiadała w piersi niczym pył. W takim świetle nawet krople rosy na trawie zdawały się przeźroczystymi łzami, których ziemia nie zdążyła otrzeć.
Obozowisko Grumwida nie wyglądało na miejsce, które mogłoby zachować tajemnicę. Krew mówiła głośniej niż słowa trapera. Quatermain patrzyła na piach, w którym czerwone ślady uparcie trwały, jakby ziemia odmówiła przyjęcia takiej ofiary. Każdy rozbryzg, każda chaotyczna smuga zdawała się obrazem gwałtu zadanego ciału i światu. Koszula, kubrak byle jakiego chłopa – nic niezwykłego, a jednak zabrudzona posoką wydawała się relikwią. Nóż, zwykłe narzędzie kuchenne, ociekał już tylko historią przemocy. Ślady przemawiały do niej bardziej niż ktokolwiek z towarzyszy; widziała je oczami badaczki, ale i sercem kobiety, która już za wiele razy oglądała granicę, na której życie ustępuje miejsca śmierci.
Zastanowiła się, ile osób naprawdę tu było. Trzy, może cztery — w takich sytuacjach liczby zawsze są bezlitosne w swej niepewności. Zgięta gałąź dębu wyglądała na stygmat czyjejś klęski, na znak, że nawet drzewa uczestniczą w tragediach ludzi. A potem ślady — koni, ludzi, krwi. Obraz pościgu, ucieczki, szarpaniny. Gdzieś w tym chaosie kryła się prawda, ale zapalona archeolożka wiedziała, że czas jest najokrutniejszym przeciwnikiem badacza: pozwala spojrzeć na trop, ale już niekoniecznie podążyć za nim.
Kiedy Seweryn zwrócił na nią spojrzenie, wyczuła w nim echo własnych wahań. Kierunki rozchodziły się jak nici losu, a każde zerwanie mogło kosztować więcej niż tylko jedną opowieść. Pogorzel — starsza rana, ale większa, obejmująca całą wioskę. Ślady Grumwida — świeże, pulsujące jeszcze krwią. Słońce wschodziło coraz wyżej, a ona miała wrażenie, że wybór, który przyjdzie im teraz podjąć, będzie jak nacięcie skalpela: jeden ruch, który zdecyduje, co zostanie odcięte, a co ocaleje.
— Nie, panie Migdale — oznajmiła ze swoim charakterystycznym akcentem i nienaganną dykcją. — Lepiej wracajmy.
Grumwida zdołała już ocalić, a dla losu mieszkańców Pogorzeli każda chwila mogła być na wagę mitralu.
-
Świat stał na tragediach ludzkich. Stał, albo leżał, zwał jak zwał. Ci bliżsi filozofii połowy szklanek takich, a takich, powiedzieliby, że urobiony był jak przekładaniec z dobrych chwil i nieszczęść. Różniliby się pewnie w podejściu do receptury, inaczej miarkując ile jest czego, a czego. Poza posępnymi szczególnie jednostkami, mało kto jednak szedłby w zaparte, że ino samo złe jest, a życie to nieustanny kierat.
Zasada była wszędzie ta sama, ale optyka gdzieniegdzie jednak inna. W Drusdygg, co śmiałkowie z krain dalekich poznawali, życie tragedią było nakrapiane wyjątkowo gęsto. Fakt, że los pchnął ich w sam środek zdarzeń tak, że nie mogli skupiać się na błogości krajobrazu z perspektywy werandy, ale w ostatnie dwa dni naprawdę serwowano im niemal samo gorzkie.
Teraz choćby, stali wobec rozdroża dwóch nieszczęść i choć tliła się nadzieja (mikra i zwiewna), że może za Grumwidową nicią zostało do uratowania jeszcze jakieś życie, to muszą zarzucić ją, by mierzyć się z większą tragedią. Nieszczęściem większej skali, mnożonym w dwójnasób, a przez to może z większą szansą, by wydobyć zeń kogoś na wierzch.
Lara zobaczyła, co miała zobaczyć, a co swoje zobaczył też Seweryn. Czas im było w drogę, więc bez zwłoki zostawili obozowe pobojowisko za sobą i na nowo stanęli w wybudzonej, acz ponurej pustką Pogorzeli. Kai i reszta śniadali właśnie, zapraszając przybyłych do ogniskowego posilenia. Marius, wierny specyficznym smakom, opiekał sobie na ogniu wczorajszą koninę, ale reszta korzystała z lokalnych bogactw, nie żałując sobie twarogów, serów, miodów i parodniowego chleba.
- Trzeba ustalić zaraz, co i jak dalej – zaczął Migdał, przegryzając swoje porcje w pośpiechu. - Do Roscoe się wypuścić po psy, a i do Wrót dać znać, cośmy znaleźli.
- Jest-li na to czas? – rzekł twardo Randal. - Trzeba iść za tropem póki świeży, nie rozdrabniać się.
Lara myślała tak samo i w duchu podziękowała paladynowi, że wyszedł naprzeciw łowcy z takim dictum. Wiedziała, że Migdał ma wiele słuszności w ściąganiu psów tropiących i wsparcia, ale nici tropu nie można było wypuszczać z rąk. Wiedziała też, że sama nie odpuści, choćby inni rozeszli się na wszystkie świata strony i znaleźli sto i jeden mądrzejszych i bezpieczniejszych sposobów, by odpowiedzieć na to wyzwanie. Ale w chłodnej ocenie szacowała, że to z Migdałem mają najlepsze szanse, by odnaleźć porwanych, choć nie wiedziała jak to wypowiedzieć, by pogodzić wszystkie strony.
- No dobrze... – żachnął się tropiciel. - Ale jak zostaniemy z niczym, to... To spadnie na nas. Wy... Wy może sobie tego nie bierzecie tak do siebie, panie Randal, ale to będzie moja odpowiedzialność.
- Będzie moja – przeciął wątpliwość rycerz. - Ja tak zdecydowałem, a wy posłuchaliście rozkazu. Występuję tu teraz jako Paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości, a was powołuję do wspomożenia w śledztwie.
- No... – pokiwał głową Migdał, a z nim pokiwali głowami pozostali, którzy dotąd tkwili w wątpliwościach. - No skoro tak, to tak.
- Tak trzeba zrobić – stwierdził krótko Randal. - Jakby ktoś miał to potem podważać, biorę to na siebie.
Seweryn, Marius, Lara i Kai nic nie odpowiedzieli na władczy ton paladyna, w gruncie rzeczy zadowoleni, że rycerz odegrał swą rolę, by nastawić rzecz na właściwe tory.
- Podzielmy tylko może jeszcze obowiązki, bo wszyscy... – Bard wskazał lekko głową na niemrawo podgryzającego chleb Vuka. - Za tropem nie pójdziemy. Niedaleko ta inna wioska, Łoh bodaj, tak?
- Tak. Kawałek, za wzgórzami, ale niedaleko – potwierdził Migdał. - Zróbmy tak... Pan Kai... Pojedziesz pan z Sylvem i Ulefem do Łohu, zawieziecie chłopca. Sylv zna drogę, to pójdzie raz-dwa.
- Dobrze – zgodził się bard, wyczekując jaki jest dalszy plan.
- Ulef, ty polecisz dalej, dać znać do Roscoe. Czy nam tu pójdzie czy nie, wiedzieć muszą.
- Słusznie – pochwaliła Lara, której zależało by o sprawę zadbać prawdziwie pieczołowicie.
- Grebo, ty za to leć do Wrót, do pana starosty – ciągnął Migdał. - Niech też przyślą ludzi, by tę wioskę upilnować, bo inaczej zlezie się tu ścierwojadów i wilków w try miga. Powiedz wszystko, co zaszło i leć.
- Zaszątzasz tak pan, panie Claude, to i co dla mnie zostanie? – wtrącił Wincent, który widać poczuł się pominięty.
- Ty zostaniesz tu na miejscu, Win – zakończył przydziały Migdał, którego imię wyszło wreszcie na wierzch w rozmowie. - Reszta pójdzie za tropem, ale żeby potem pan Kai mógł z Sylvem dołączyć, to przed południem ustawmy popas w tych ruinach, co są na wzgórzach za wioską. Cofniemy się tam od tropu wyczekać jak będzie trzeba, ale do południa nie dalej. Zatem nie mitrężyć, a prędko!
- Pospieszymy się – rzucił krótko Kai, łypiąc smutno na chłopca, który miał przejść w kolejne ręce, nie znając co niesie mu przyszłość i który dom będzie mu domem na stałe, a który przystankiem w tułaczce.
- Zbierajmy się zatem i w drogę. – Randal wszedł z powrotem w generalskie buty. - Wincent, pochowasz nieboszczyka? Był jaki był, ale na trochę ziemi nad sobą chyba zasłużył.
Kusznik kiwnął głową, że pewnie, że czemu nie. Skoro i tak miał siedzieć na miejscu, to choćby i dla zabicia czasu może sobie pokopać.
Ptasie trele – swej roli nieświadome – wygrywały wzmożeniem równą godzinę siódmą. Natura wzmagała śpiew ptactwa, przykrywając beczenie i meczenie trzody przyjemniejszymi melodiami, zastępującymi dźwięki ludzkiej obecności, którą z Pogorzeli brutalnie wyrwano.
I znów, kolejne jednostki odrywały się od osady, ustępując miejsca przyrodzie. Niektórzy odchodzili z nadzieją, że uda się jeszcze przywrócić osadzie życie i jej mieszkańcy są do odratowania. Inni odjeżdżali bez takiej nadziei, nie odwracając się za pustymi chałupami.
Niektórzy odchodzili nieświadomi, że Pogorzeli – jakie to losy nie byłyby jej pisane – więcej już nie zobaczą.
Kai i Sylv
Cała tropicielska załoga – zarówno ci sprawniejsi w tropieniu, jak i ci nadrabiający werwą – ruszyła po śladach, które Migdał i Lara wydobyli z leśnego rozgardiaszu wieczór wcześniej. Trop, jak to bywało w żywym ekosystemie, zanikał, dotknięty ruchami natury, która nie zamierała na noc.
Szczęśliwie samo wspomnienie ubiegłego zmierzchu było tak wyraźne, że oboje poszukiwacze na razie szli po śladach jak po sznurze. Zatrzymali się dopiero zdrowy kawałek od wioski, gdzie las prześwitem odsłaniał szaro-żółte pagórki między Pogorzelą a Łohem.
Krótki zjazd z trasy, by ocenić okolicę ze wzgórza, gdzie stały ruiny chatki pustelnika (przywołanego już wcześniej przy ogniskowych gawędach Leśnego, który wrósł w lokalny panteon świętych) dał przyjemny widok na Drusdygg.
Na zachód zbocza wznosiły się przez las, piętrząc się koronami zieleni, aż w pewnym momencie wystrzelały ponad nie ostre skalne wypustki Pieców. Czarno-szare, niby rzeczywiście okopcone w zgodzie z nazwą. Korony Pieców zamykały dolinę od zachodu, południa i wschodu, na północy dając obietnicę ulgi niższymi spiętrzeniami spłowiałych kopców.
Miejsce nie było najwyższe i nie szło stąd zobaczyć żadnej ludzkiej osady prócz Pogorzeli, ale otwierało się na przestwór pastwisk między nią a Wrzosinami. Spokojna, pulsująca zielona pustka. Można było mieć pewność, że nic nie nadejdzie przynajmniej z tamtej strony.
Z drugiej otwierała się niecka sąsiedniej dolinki, gdzie za pagórkami leżał Łoh. Tam wartkim nurtem spływała rzeczka, za którą zaczynały się już żyźniejsze ziemie, zdatne do uprawy i służenia ludziom. Spływ kończył bieg pod kamienną wieżą, stróżującą nad okolicą. Ktoś musiał mieć tam dobry widok tak na północne łany, kaktusowe, spiczaste pagórki, sam Łoh, pewnie Pogorzel, a może i co więcej.
- Tam w dół wam droga – wygłosił oczywistość Migdał. - Nie mitrężcie i tu się niebawem widzimy.
- Mówiłeś, że dziadka tam masz, Vuk? – zagaił chłopca bard.
- Dziadko – pokręcił głową młody. - Jemu tak mówią, ale to żaden dziadek. No... Nie mój na pewno.
- To dobry człek, choć... Osobliwy nieco – potwierdził tropiciel. - Powodzenia chłopcze. Ducha nie gaś.
Kai nie dał już chłopakowi odpowiedzieć, choć nieszczególnie spodziewał się, żeby Vuk miał ochotę na podziękowania i pożegnania. Szkoda było czasu na puste gesty ludzi, którzy nie wiedzieli nawet jak mają zachować się wobec sieroty (albo i nie sieroty, choć myśli w głowach kłębiły się czarne, oj czarne), skrępowani własną niepewnością.
Bard zaciął konia i z Vukiem przed sobą pognali zboczem w dół, dając chłopakowi nałapać się powietrza i adrenaliny, gdy szusowali między pojedynczymi dębiakami. Sylv, ostrożniejszy, może w naturze swej nieco nawet osowiały, dojechał za duetem dopiero po chwili, chwytając jeszcze widok śmiejącego się chłopca, który zmazywał z twarzy rozbryzgi błota.
Do wioski był jeszcze kawałek, ale widząc ile radochy sprawia Vukowi szybka jazda, obaj jeźdźcy nie żałowali koni. Zajechali w środek osady osaczeni niepewnymi spojrzeniami, mimo że opowiedzieli się przed wjazdem, kto nadchodzi. Parę kobiet pieliło coś w przydomowych ogródkach, ale wyjść naprzeciw obcym pokusiło się tylko trzech młokosów z cepami, którzy widać wzięli sobie za punkt honoru bronić wioski pod nieobecność starszych. Niepewna hardość gówniarzy nie przeszła testu, bo Sylv zagaił miejscowych z ichnim akcentem i dał znak, by puścić Vuka między spoglądającą niepewnie dzieciarnię.
Napięcie i obawa zeszły jak dziecięcy foch po obietnicy cukierka. Kai – oglądany przez wszystkich z zaciekawieniem, a dzięki sympatii chłopca w tym zaciekawieniu postrzegany jakoś cieplej – znalazł szybko drogę do porozumienia z lokalną dziatwą i kobietami.
Dziadko był tym razem na spacerze dla zdrowotności, więc półelf nie miał wyjścia i musiał powierzyć opiekę nad chłopakiem do jego powrotu Alfirze, która rekordowym w wiosce potomstwem potwierdzała pedgagiczne predyspozycje. A przynajmniej na tyle, na ile wiejskiemu chłopakowi było trzeba. Dostał jeść, ciuch na dupę i uśmiech do tego, więc wcale nie mało.
I już-już Kai myślał, że ruszy po szybkim bywaj, niepewny czy aby się nie roztkliwi, gdyby miał misiować się z Vukiem, ale chłopiec rzucił się na niego jak kuna. I nie puszczał. Bardowski czar i wymowa działały cuda gdzie indziej, ale teraz nie było łatwo.
Trzeba było naprawdę nadejścia Dziadka i solennych zapewnień, że muzyk wróci tu jeszcze z dobrymi dla chłopca wiadomościami (o bogowie, czy to było już kłamstwo i czy godzi się?), aby okowy puściły.
- Jak tylko coś wiedzieć będziemy, zjedziemy dać ci znać – zapewnił bard. - Bądź tu...
Kai zastanowił się chwilę, bo co niby chciał mu powiedzieć? Żeby był grzeczny? Ha, dobre sobie!
- Jedz-jedz na zdrowie i baw-baw się tu z dzieciakami – zanucił wesoło Kai. - A zobaczysz, czas zleci, wieści... Wieści nadejdą.
Sylv – już na koniu – spojrzał na towarzysza wymownie, dając mu znać, że teraz albo nigdy, chodu, bo zaraz znów wpadnie w pułapkę. Półelf skoczył niezręcznie, ale dał radę jakoś wkolebać się na rumaka przed podśmiewającą się publiką nadrabiając miną... I jak pędem zjechał, tak zaciął konia i teraz, zostawiając Vuka, Dziadka, Łoh i całą odnogę tej historii za sobą.
Nie było jeszcze dziesiątej, kiedy wszyscy wybawcy Pogorzeli powołani na trop spotkali się w ruinach chaty i razem już, skupieni na ścieżce, ruszyli... W pogoń? Na ratunek? Z odwetem?
A może na swoją zgubę?
Ruszyli. Na razie po prostu ruszyli. W głąb lasu, na zachód, pnąc się wśród liści ku górom.
-
Seweryn (Rewik)
Seweryn modlił się o poranku, kiedy pozostała dwójka zebrała się by na Grumwidowe miejsce podejść. Czynił to w sposób nienaganny, jak przykładne dziecko, z odpowiednią starannością, gorliwością i twarzą zwróconą w stronę wschodzącego słońca. Ktoś uszczypliwy, dodałby zapewne także, że i z kompletnym brakiem zrozumienia. Nie trwało długo, aż wstał z klęczek, unosząc nieco swe szerokie szaty i dołączył do Migdała i Lary, widząc, że chcą już ruszać.
Polanka pod skałami, ugościła ich widokami, świadczącymi o brutalności, a nawet i o bitewnym rozgardiaszu. Seweryn milkliwy był. Nie tylko dzisiaj. Za to uważny, ale w swej uważności trochę nerwowy. Wzrok rzucał na różne strony, przeskakując z jednego miejsca, na drugie w sposób zachłanny i nienasycony.
Dopiero ząb znaleziony w pokrzywach jego wzrok zogniskował na dłużej. Nie omieszkał też skorzystać z okazji i przywłaszczyć go sobie.
— Jak już wrócimy z pewnością przyda się w mojej pracy, do czegoś więcej jak za walutę — wytłumaczył z niepewnym uśmiechem, dlaczego to on powinien go zabrać. Ząb spoczął w kieszonce na piersi. Seweryn starannie zapiął guziczek, coby nie wypadł.
Nie znaleźli czegoś szczególnie istotnego, ale przynajmniej potwierdzili sobie zdarzenia przytoczone przez Grumwida, a kiedy czas nadszedł, by oględziny zakończyć i zdecydować co dalej, Seweryn zgodził się z decyzją doktor Quatermain, choć z początku zdało się, że nie do końca na temat zaczął mówić.
— Były tam, w wiosce rzeczy, których banda w lesie schowana nie zostawiłaby. Konfitury, bogactwa różne jadalne i niejadalne. Za to ludzie, dorośli – kobiety i mężowie, a i nieletni, nawet niemowlęcia, jeśli takie tu na świat niedawno przyszły, zniknęli. Nie wygląda by chodziło o konkretną grupę, a przez to trudno odgadnąć cel ich, tych porywaczy. Ale... albo jadła mają pod dostatkiem, albo na śmierć ich wiodą, tedy spieszyć się nam trzeba. Trzeba nam prędko pobieżyć za tropem, jak pa-pani doktor mówi.

Śniadanie zjedli, rozprawiając jakie jeszcze kroki poczynić dalej i w efekcie każdy pewne kroki poczynił. Jedni pewnie ruszyli do Loh, inni za tropem, jeszcze inni, być może z ulgą, acz też pewnie do Wrót. Seweryn jednakże jeszcze nim podróżny plecak na garb zarzucił, na odchodne do Wincentego się zbliżył i nieboszczka Vresh'a.
— Jeszcze raz sprawdzić nie zaszkodzi, bo i czemu nie, a może się trafi — zagaił do Wincentego, który kompletnie nie wiedział o co mu chodzi. Seweryn rozchylił usta nieboszczyka, oglądając jego uzębienie, coś powiedział do siebie, lecz niezrozumiałego, a to co zobaczył zachował dla siebie.
-
Kai (Aro)
— Ja znam — oznajmiła Lara, odpowiadając błyskawicznie na sugestywne spojrzenie półelfa. — Ale nie dlatego, że jestem Suelką.
— W tych stronach, i wielu innych, to doprawdy wielki atut, dr Quatermain — półelf odparł z uśmiechem, przeciągając palcami po strunach nim odstawił lutnię na bok. — To dobrze. To spróbujmy raz jeszcze, tym razem po suelsku!
Próby po suelsku jednak zakończyły się tak samo, jak jego wcześniejsze. Nawet zejście w starsze formy współczesnych języków okazało się być równie trafne, co Kai przyjął zaledwie skinieniem głowy, tylko lekko zawiedziony. Pomimo że nie spodziewał się bowiem wielkiego sukcesu, to niemożność identyfikacji choćby języka porywaczy Pogorzeli nadal przyniosła mu frustrację. Pomysł na jeszcze jedną próbę wpadł mu do głowy, lecz zdusił go prędzej niż przyszedł mu na myśl. O ile bowiem inscenizacja tragedii Pogorzeli, by odtworzyć mniej lub bardziej wiernie warunki w których Vuk słyszał tajemnicze komendy, pasowała do jego artystycznej duszy, o tyle niosła ze sobą dwa problemy. Raz, że byłaby przesadnym działaniem o małej korzyści. Dwa (co ważniejsze), że nie miał serca by ponownie zamknąć chłopaka w piwniczce i widział to jako zbędne okrucieństwo, nawet gdyby wyraził na to zgodę.
W zamian, wraz z innymi, artysta ruszył przeszukiwać opustoszałą wioskę w poszukiwaniu... Cóż, właściwie sam nie był pewien czego. Odnalezione wcześniej ślady były wszak najbardziej obiecującym tropem. Lepszego nie znaleźli. Jedynie resztki krwi, opuszczone domostwa i, znalezisko najciekawsze acz ostatecznie niepowiązane z zagadką, księgę w chacie sołtysa. W której przewijało się imię kapłanki Bereniki. Służka Atroi bywała tutaj, jak się okazało, częstym gościem i Kai zrazu stwierdził, że warto byłoby ją odwiedzić w jej kapliczce (o ile tam się znajdowała, a nie odwiedzała akurat sioła w okolicy). Nie po to jednak by wypytać ją o Pogorzel, a powierzyć Vuka jej opiece, jeśli jego rodzina miała nigdy się nie znaleźć. Bądź znaleźć nieżywa. Była to jednak pozycja dalsza w nader luźnym planie działania Kaia. Wcześniej już podpytany chłopiec zdradził wszak, że w Łoh mieszkał “dziadko”, który mógłby zająć się nim na krótki okres. Ta wioska była im o wiele bliżej i, jeśli odnaleziony trop miał utrzymać swój kierunek, mogła okazać się właściwie po drodze. Zatem to tam Kai planował odstawić Vuka.
Powrót w ciepły okrąg światła rzucanego przez ognisko zwiastował prawdziwy już początek noclegu i możliwość potrzebnego odpoczynku. Długo nie trzeba było czekać, nim słowa zaczęły wypełniać nocną ciszę.
— Gru-mwid mawiał... — zaczął powtórnie Seweryn, bo pierwszy raz, nikt nie zasłyszał — ...mawiał, że nocleg niedaleko Pogorzeli urządzili, gdy z emporium do Czarnych Wrót podążali. W głowę zachodzę, dlaczego nie zaszli do samej wioski, jeno tuż niedaleko obozowisko rozbili. Acz o drzewoskałę mogło się rozchodzić... Noc po ataku to miejsce miało, wedle tego com podliczył... o ile dawka substantiae duża nie była. Zmie...erzam do tego, że miejsce to może biec w tym samym kierunku co trop przez was odnaleziony iże dwa te wydarzenia, a przedziwne one, zdają się, mogą powiązane być. Czy wedle słów Grumwida podążając miejsce to zdołacie odnaleźć? — upewnił się, pytając drużynowy zwiad.
— Emporium? Em-po-rium? — Kai zaśmiał się przyjaźnie na słowa cyrulika. — Wyście emporium z prawdziwego zdarzenia chyba nigdy nie widzieli, panie Sewerynie. Emporia to są w Loftwick, Niole Dra, Gradsulu! A nie, tu, o, na tym...
Półelf ugryzł się w język, zakasłał po aktorsku.
— ...tym urokliwym skrawku prowincji Wolnej Ligi, prawdziwie przepięknym okazie rustykalizmu — dokończył kpiarsko. — Bez urazy dla naszych dzielnych towarzyszy, lokalnych dygnitarzy i soli tej ziemi!
Przepił przy tym w stronę Migdała i spółki, wznosząc zrabowaną z którejś spiżarki butelkę wiśniówki. Minęło ładnych parę chwil, nim półelf wymienił trunek na swą lutnię i przeciągnął palcami po strunach. Nie zaczął jednak znowu śpiewać, a mówić. Adresując wszystkich i nikogo jednako, poddając się patologicznie artystycznej potrzebie wypełnienia ciszy.
— Ten skałodrzew, coście znaleźli przy Grumwidzie... Ta nowa mieszanka... Słyszałem już powiastki o niej — westchnął wieloznacznie. — Powiadają, że zza granicy to idzie, od Książąt. Że niby Szkarłatni używają tych substancji jako stymulantów dla swych wojów. Dodają do tego jakieś roślinki czy inne ziółka z Amedio... Amedio to ta dżungla, parna kraina na południu, za Lazurowym! Duszna, gorąca, podobno intensywnie zielona i kolorowa!
Kai powiódł brązowym spojrzeniem po towarzyszach, wykładając geografię. Zupełnie przypadkiem faworyzując przy tym chłopów, którym przydzielono ich w Czarnych Wrotach.
— No, i wieść niesie, że ta mieszanka to nie tylko mocno uderza w czerep, ale i wyostrza zmysły. Dodaje sił i wzmacnia odporność! I to tak, że człek po tym nietykalny. O, i libido też! Libido też pobudza, że ho-ho, proszę uważać i nie schylać się niepotrzebnie, by uniknąć... niezręczności…
Półelf zaśmiał się z własnych słów. Śliwkowa brandy puszczona w obieg prędko uderzała do głowy przyzwyczajonej do gradsulskich win i już wcześniej zaprawionej wiśniówką.
— Eee, ale to pewnikiem nie ta sama mieszanka. Jeno marna imitacja — zawyrokował, przybierając poważny wyraz. — Bo że miałaby inspirować kanibalizm, to nie słyszałem. Bez ochyby komuś zamarzyły się po prostu zyski i próbuje replikować, mieszając tam bogowie wiedzą co. Nie byłby pierwszym. A takie replikacje to rzadko kiedy kończą się dobrze. Ooo tak, o tym to mam wiele historii! Był w Bissel taki jeden gnom, co fortunę zbił na swej wersji fajkowego ziela. Wołano to cudo "całuskiem Boccoba", heh. Bo podobno jak się wzięło jego dech, to widziało się emocjonalne aury ludzi. I że podobnież biły w rytm serc. I przepływ magii też się widziało, jak magik jakowyś, i gwiazdy do człeka śpiewały. Gnom, wiecie, on sam nigdy nie zdradził, z czym mieszał te zioła, ale mówiono że z jakimś kwiatkiem z Doliny Maga. Do tego rozumnym, ha! No, ale mniejsza co on tam właściwie dodawał. Jakby nie było, trafił się taki jeden nieszczęśnik co bardzo polubił tego "całusa", a jeszcze bardziej te halucynacje, bo dawały mu ucieczkę przed smutnym życiem. Tak się chłop uzależnił, że pewnego razu nawdychał się za wiele i, PRZYSIĘGAM!, łeb mu wybuchł od środka tęczowymi kolorami. Tęczowymi! No i po tym, to wiecie, ta fortuna gnoma, wszystkie zyski...
Artysta gwizdnął przeciągle, gestem imitując równię pochyłą. Tudzież lot nurkujący.
— Z kolei w Gradsulu... — kontynuował, nie przejawiając rychłego zamiaru wstrzymania się od słowotoku. — W Gradsulu był niegdyś kryzys gzów. Zważcie, jakiemuś szlachetce zamarzyła się kariera winiarza. Nieszczęśliwie jednak nie miał za miedziaka talentu ni wiedzy na temat tej wspaniałej i chwalebnej sztuki. Ale szczęśliwie miał koneksje. I owe koneksje sprowadzały mu... hm, jakby to ująć... "trasami o wątpliwej legalności"...
— Przemycały mu — ktoś wtrącił parsknięcie.
— "Trasami o wątpliwej legalności" — Kai powtórzył z uporem — sprowadzały mu kawałki gwiazdokrzewu z Celene. To ciut myląca nazwa, bo to żaden tam krzaczek. Bardziej karłowate drzewko. Albo przerośnięty krzew. No, ale ładne podobno, bo srebrzyste i migoczące w świetle księżyców. Widziałem ja kiedyś iluzję takowego w Niole Dra. No, i on te kawałki spopielał, a popioły dodawał do wina. Zagęszczały je nieco i barwiły na srebro, jakby żywe srebro! Magiczny był to trunek, oj bardzo. Potężny afrodyzjak i halucynogen. Na salonach zrobił furorę, zamtuzy gotowe były bić się o choćby kroplę tego cudu, a starzy możni wykupowali na potęgę, bo i impotencję leczył! Rzecz jednak w tym, że ten gwiazdokrzew to świętość w Celene. Powiada się, że pierwsze nasienie to był dar od samych Tel'Seldarine. Więc jak elfy złapały tych... khem, "przewoźników"... co szlachetce dostarczali jego kawałki, to oni wszystko wyśpiewali i zrobił się wielki skandal. Celene poselstwo do Gradsulu wysłało, a jak tam im odmówiono, to do Niole Dra, na królewski dwór. Nie, by tam więcej szczęścia znaleźli. Wzięli więc sprawy w swoje ręce, najęli ludzi i posłali ich do szlachetki z nową dostawą. Tylko że do tej partii to dodali larwy czy jaja gzów jakowychś. Mówiono, że zaklętych, "jak to elfy mają w zwyczaju", pffft!
Kai na chwilę przybrał wyraz obrazy na twarzy, jakby obruszony w imieniu elfów i własnej, elfickiej połowy.
— No i jak się domyślacie, to ten nowy rocznik jak zaczął być sprzedawany, to zaczęło się... W ludziach zalęgały się... I później z nich... Ughhh, nie, nie mogę! Zbyt obrzydliwe! — pokręcił gwałtownie głową, zaciskając powieki. — Sami sobie dokończcie!
Aktor pozieleniał na twarzy, jakby miał za chwilę zwrócić kolację w trzaskające ognisko. Błogosławiona cisza nie trwała jednak długo. Gdy tylko opanował obrzydzenie, znowu się odezwał.
— A w Rel Astrze...! Ooo, w Rel Astrze to dopiero cuda i dziwy się dzieją. Nie dalej jak pięć lat temu...
Historie Kaia o używkach wszelakich i jak dziwne czy obrzydliwe rzeczy zwykło się doń dodawać ciągnęły się doprawdy długo. Z czasem nieco wolniej, acz nie mniej chaotycznie, w mocniej przeciąganych nutach zaczynających zwiastować wiśniowo-śliwkowy bełkot. Ostatecznie jednak, ku niemalże powszechnej uldze, półelf poddał się zmęczeniu i górę wzięły opiekuńcze instynkty. Pożegnawszy towarzyszy przesadnie teatralnym ukłonem, ujął drzemiącego już Vuka i zniknął z nim w chacie zawczasu przygotowanej na nocleg.

— Radosny Olidammaro, zlitujże się nad biednym, cierpiącym artystą… EUGH, nigdy więcej… Nigdy, przenigdy…!
Typowe jęki, stękania i żałości towarzyszyły Kaiowi o poranku, gdy efekty zeszłonocnego, radosnego mieszania wiśni i śliwek w formie płynno-alkoholowej uderzyły w niego całą mocą. Samo zebranie się z posłania było dlań wyzwaniem godnym bohaterów z legend. Być może dlatego, gdy już wyłonił się na zewnątrz, w oślepiający blask porannego słońca, początkowo wziął ciało nieopodal za złudzenie. Wpatrywał się weń przez długie chwile, zamarły z koszulą na wpół wciągniętą na śniady tors, powoli mrugając oczami, jakby nie wierząc w to, co widziały. Dopiero gdy przywdział odzienie i przetarł powieki paroma ślimaczymi ruchami, a trup nie zniknął w międzyczasie, przyjął do wiadomości jego faktyczne istnienie. Co tylko zwarzyło jego już i tak marny nastrój.
— Ugh, zostawić was tylko samych i zrazu znajdujecie trupa! — wyrzucił w stronę Randala i zbrojnych kręcących w pobliżu. — Skąd żeście go właśc… Nie, nie chcę wiedzieć. Jeszcze nie. Muszę się wpierw porządnie obudzić. Wrócę niebawem.
Machnąwszy wieloznacznie dłonią, półelf oddalił się na stronę, by w spokoju i ciszy oddać się porannym ablucjom. W nadziei na rychłą poprawę nastroju, która ostatecznie okazała się być płonną. I chociaż czuł, jakby czaszkę rozpłatywano mu toporem, i nie można było mówić, by był rozbudzony bardziej niż minuty wcześniej, nie zwlekał z prośbą o sprawozdanie dotyczące trupa. Podobnie jak o zapytanie, gdzie znajdowała się reszta ich towarzyszy. Odpowiedzi przyjął zdawkowymi pomrukami i mrugnięciami oczu. Kiwanie głową było dlań bowiem nadal zbyt bolesne.
Wisielec okazał się być, w oparciu o diagnozę dr Quatermain i Seweryna oraz domniemany czas zgonu, zupełnie niepowiązany z tragedią Pogorzeli, a losową ofiarą nie tak losowej zbrodni. Vresh, tudzież Wrash, czy jakkolwiek miał właściwie na imię, nawet pośmiertnie był określony przez zbrojnych Migdała jako oszust i okrutnik, zatem jego grono przyjaciół za życia było nader wybrakowane. O ile nie zupełnie nieistniejące. Co innego grono tych, którzy życzyć mogli mu jak najgorzej. Kai jednak nie bawił tychże myśli długo. Odgłos ruchu z chaty, gdzie Vuk najwyraźniej właśnie przebudzał się, zmotywował go do działania. Sycząc przy nagłym ruchu, zerwał obrus czy prześcieradło smętnie bujające się na sznurze pod pobliskim domostwem i czym prędzej zarzucił je na trupa wisielca. Rychło w czas, gdyż młodziak właśnie zjawił się w progu.
— Ach, Vuk! Piękny mamy dziś poranek, nieprawdaż? — półelf powitał go wylewnie, z szerokim uśmiechem. — Gdybyś zapytał się mnie, cóż takiego czyni poranek pięknym, to odparłbym: “brak wiedzy o tym, co tak naprawdę się dzieje”. Czego z całego serca szczerze ci dzisiaj życzę!
Przesuwając się przy tym tak, jakby jego kunia sylwetka miała w jakikolwiek znaczący sposób ukryć osłonięte naprędce zwłoki przed młodzieńczą ciekawością jedynego potwierdzonego ocaleńca w Pogorzeli. Bądź z nadzieją, że chłopak nie dostrzeże w tym nic podejrzanego, humanoidalny garb pod obrusem biorąc po prostu za bardzo nietypową ludową instalację artystyczną.

— Kai…?
Vuk nieśmiało przerwał ciszę zapadłą przed chatą, gdzie czekali na powrót reszty kompanów. Zerknął przy tym niepewnie w stronę Kaia, który szykował mu talerz ze śniadaniem. Lub mini-ucztą, biorąc pod uwagę jego kopiatość.
— Słucham cię uważnie, mój młody przyjacielu.
— A te twoje historie, te wczoraj… — młodziak zająknął się na chwilę. — To one tak, no… To prawdziwe takie?
— Nie inaczej — półelf odparł. Kąciki jego ust zadrgały, jakby aprobując pytanie.
— Bo brzmiały letko nieprawdziwie. Ale podobały mi się! Były dobre. Naprawdę dobre!
Szelmowski uśmiech wykwitł już w pełni na twarzy Kaia, a iskry zatańczyły w jego oczach. Wręczył Vukowi przyszykowany dlań talerz z jedzeniem, nim odparł.
— Ach, widzisz, to dlatego że ja — wypiął dumnie pierś — nigdy nie pozwalam faktom stanąć na drodze dobrej historii!

Śniadanie trwało już w pełni, gdy reszta ich towarzyszy powróciła ze zwiadu i wizyty w obozowisku Grumwida. Kai, który w tak zwanym międzyczasie wyrychtował jeszcze pakunek z paroma rzeczami dla Vuka, zebranymi z jego domu, przywitał towarzystwo radosnym machnięciem i szczerym uśmiechem, nadal jednak wyblakłym przez męczące go skutki zeszłonocnej libacji. Z plecami wspartymi o płotek i wyciągnięty w komfortowej pozie w sprawozdaniu i deliberacjach na temat następnych udzielał się zdawkowo, bardziej skupiony na notowaniu czegoś w dzienniczku obitym prostą, barwioną na żółć skórą. Można było odnieść wręcz wrażenie, że wcale nie interesowały go słowa kompanów. Nic jednak bardziej mylnego. Półelf słuchał ich nader uważnie, korzystając zwyczajnie z podzielnej uwagi.
Słuchał i powierzał ich słowa stronicom, dołączając nowe fakty do “Czarnych Wrót, Doliny Drusdygg i Tajemnic Ścieżki Slerotina”, jak roboczo zatytułował skromną kronikę ich dotychczasowych losów. No, “kronika” było słowem na wyrost. Nie szło tu jednak bynajmniej o skalę, zawartość czy dokładność zapisków – o nie, co to, to nie! – a ich formę. Notatnik był bowiem kolekcją mogącą uchodzić za apogeum artystycznego nieładu, złożoną z rymów różnej jakości, strof, stanz, zwrotek, didaskaliów i nawet mniej lub bardziej udanych, przerysowanych szkiców. Był niczym pisany szyfrem metafor bez sensownego klucza, zrozumiałym tylko i wyłącznie dla Kaia.
Jedna jeno rzecz podczas rozmowy przykuła uwagę półelfa. Tak gwałtownie, że poderwał głowę znad notatnika.
- Zaszątzasz tak pan, panie Claude, to i co dla mnie zostanie? – wtrącił Wincent, który widać poczuł się pominięty.
— ...”Claude”!? — wyrwało się aktorowi.
Kai wnet zakasłał niezręcznie na to drobne, mimowolne faux pas, lecz nawet nie starał się zamaskować swego zdziwienia na poznanie prawdziwego imienia Migdała. Otaksował go przy tym spojrzeniem i wydał z siebie ciche “huh”, nim przewrócił stronę w tył w notatniku i naskrobał coś prędko nad szkicem czegoś, co podejrzanie przypominało zantropomorfizowany orzech z łukiem. Po czym zatrzasnął dzienniczek, gdyż planowanie dobiegło końca i nadszedł czas, by ruszyć w drogę.
— Swoją drogą, panie Migdale, vel Claude…
”Nie, nie Claude, zdecydowanie nie Claude, nawet w ustach źle leży,” zawyrokował w duchu.
— Nie ma potrzeby mi panować. Na “pana”, jak zwykło się mówić, to trza mieć wygląd, nazwisko i złoto. A ja nie mam nawet dostatecznie ludzkiej krwi — uśmiechnął się zawadiacko, po przyjacielsku klepnął tropiciela w ramię. — Kai w zupełności zatem wystarczy, druhu.

Pozostawiwszy resztę kompanii i wzgórze za plecami, galopując w letnim słońcu, wszelkie zmartwienia i niepokoje zostały tymczasowo zapomniane, a samopoczucie Kaia w żwawym tempie szybować na zwyczajowe wyżyny. Śmiech Vuka posadzonego w siodle przed nim, niezdławiony nijak wiatrem, pozwalał też łatwiej koncentrować się na dobrej myśli że – jakimkolwiek finał tajemnicy Pogorzeli by się nie okazał – młodziak był żyw i zdrów. Przynajmniej na ciele, lecz czas leczył wszak wszelkie rany i nawet wspomnienia nie były w stanie oprzeć się entropii. Półelf zatem czerpał przyjemność z jazdy szaleńczej tylko dla samej radości, unikając nisko zawieszonych gałęzi, z chustą wokół szyi trzepoczącą niczym kawaleryjski proporzec i łomotem kopyt płoszącym stworzonka w mijanych zaroślach. Nic nie mogło jednak wiecznie trwać. Gdy tylko zabudowania wioski Łoh wyłoniły się przed ich oczami, nastał nieuchronny moment powrotu do rzeczywistości.
Półelf był zbyt świadom tego, jak gościnność wobec nieludzi, Baklunów i Flanów zwykła się zbyt często objawiać w miejscach takich jak to. Mimowolnie napiął się niczym struna na widok trojga młokosów z cepami, którzy wyszli im na powitanie, czując na sobie podejrzliwe spojrzenia zewsząd. Nie bez powodu miejsce przewodnie przed wjazdem do Łoh odstąpił Sylvowi i pozwolił mu mówić, nie wtrącając choćby słówka. Znajomy akcent zbrojnego prędko zapewnił im otwarcie niezbędne do nawiązania dalszej rozmowy, a obecność Vuka – jak i jej zdawkowo-lakoniczne wyjaśnienia – złagodziła początkową podejrzliwość i zapoczątkowała przychylność. A nawet gościnność, pomimo że była ograniczona do samego ocaleńca, którego Alfira potraktowała prawie że jak swojego – nakarmiła owsianką i kazała przebrać w czysty odziewek, podebrany od któregoś z jej licznego potomstwa.
Gdyby nie kompulsja (tudzież instynkt opiekuńczy), by tego rozdziału wątku Vuka dopilnować do właściwego końca, aktor zapewne nie kłopotałby się z czekaniem na powrót Dziadka ze spaceru (“Ha, spacer dla zdrowia! Czyżbyśmy trafili na żarliwego wyznawcę Korda?”). Chociaż mogłoby mu to nie być dane, biorąc pod uwagę jak prędko otoczyli go miejscowi, łaknący szczegółów o tym, co właściwie wydarzyło się w Pogorzeli. Chociaż Kai starał się jak mógł, by złagodzić powagę historii i nie wzbudzać zbędnej trwogi, to sam fakt zniknięcia ich sąsiadów wstrząsnął i rozdygotał miejscowych. Winą zrazu zaczęli obarczać wszystko co gnieździło się w okolicy bliższej lub dalszej. Od wszechobecnych band goblinów, przez chichoczące jak szalone gnolle (w lokalnym narzeczu nazywane też “hieniakami”, co było wyborną lingwistyczną ciekawostką dla Kaia), aż po olbrzymów. Nawet wycie jakiejś sfory zeszłej nocy, w obliczu zniknięcia Pogorzeli, jeden z chłopów zaczął przypisywać likantropom, a ktoś inny wieszczyć zaczął, że miało wnet być gorzej, niż w Sterich za ostatniej wojny.
— Łolbrzym bez ochyby! — wyrokował uparcie jeden z młokosów od cepów, bliski użycia argumentów siłowych do przeforsowania swojej racji. — Wszyscy słyszelim przecie ryki! Łolbrzym jak nic. Nie tak, półelfie? Gadojże czy łolbrzym, czy nie! Chyżo!
— Eeeee… — aktor zająknął się, niechętny wzbudzać panikę potwierdzeniem.
— A nie mówiłem! Łolbrzym!
— O Pelorze najjaśniejszy! O Heironeousie Niezwyciężony! Chrońta nas!
— Atroo, zmiłuj się!
— A co jak on tu nas nawiedzi? O bogowie, co wtedy!?
— Ooo, nie! Nie, nie, dobrzy ludzie, tym nie musicie się martwić! — Kai wzniósł dłonie i głos, przekrzykując trwożną litanię. — Ten olbrzym – (a właściwie to ettin, ale któż by się tam frasował precyzyjną kategoryzacją!) – już nikomu nie będzie uprzykrzać życia. No, chyba że mowa o uprzykrzaniu życia gniciem i smrodem, to wtedy tak. Bo myśmy, widzicie, rozwiązali ten gigantyczny problem zeszłego wieczoru. A było to tak…
Trwoga nie odeszła zupełnie, lecz zelżała znacznie, gdy Kai podzielił się z mieszkańcami Łoh opowieścią o batalii z dwugłowym ettinem. Rzecz jasna mającą niewiele wspólnego z faktycznym jej przebiegiem, a będąca wersją heroiczną, odpowiednio przesadną i żywo ubarwioną. Miejscowi nie usłyszeli zatem o podstępnie zastawionej lince-potykaczu, nękaniu stwora jak w wojnie podjazdowej czy nokaucie Mariusa, nieomal przerobionego na płaskorzeźbę. O nie, półelf w zamian dał im mężnych bohaterów stawiających czoła ettinowi w otwartym polu, majestatyczne salwy posyłane przez nienaruszalną linię strzelców oraz kapłana Osprem przewodzącego chwalebnej szarży z szantą na ustach.
Historia nie miała być wiarygodna.
Wystarczyło, że uspokajała i pokrzepiała.

Dziadko okazał się być człowiekiem bardzo rzeczowym i odświeżająco bezpośrednim (nawet jeśli ciut obcesowym w tej bezpośredniości), wobec czego rozmowa z nim nie zajęła zbyt długo. Historię o Pogorzeli przyjął ze względnym spokojem, marszcząc się tylko smutnie na wspomnienie o piwniczce i że to w niej znaleźli Vuka, ratując go przed zostaniem przekąską ettina. Podpytany o wydarzenia i zagrożenia, jak jego sąsiedzi wcześniej, podzielił się też fragmentem lokalnej historii, starym jak świat zwyczajem ustnego przekazu przekazując opowieść własnego ojca nowemu pokoleniu. Kai, zawsze łasy na historie mniejsze i większe, przyjął to z wdzięcznością i podziękował mu ślicznie. Nawet pomimo tego, że Dziadko mówcą był słabym i historia o kapłanach Księgi, wypalających tutejsze cholerstwa magią, jakimś cudem w jego ustach wiała nudą.
Ostatecznie mężczyzna zgodził się też zaopiekować chłopcem i zadbać o jego bezpieczeństwo na najbliższy czas, co półelf również przyjął z uśmiechem. Wręczył mu przy tym tobołek z rzeczami zgarniętymi z vukowego domu, wyuczoną sztuczką prestidigitatora wciskając też dwie złote monety w splamioną dłoń. Szczęśliwie zdążył wymienić keolandzkie lwy na tutejsze wolne złote, inaczej stypendium mogło okazać się mało lub nic niewarte.
— To na jego potrzeby, przyjacielu — aktor podkreślił dobitnie. — Jakby czegoś wam było trza, albo jakieś kłopoty pojawiły, to poślijcie wiadomość do Czarnych Wrót, do Lazurowej Kompanii. Do mnie. Lub do Wylli van Coen, ale powołujcie się na mnie.
Dziadko mruknął tylko przytakująco w odpowiedzi.
— No, to niech Olidammara się do was uśmiecha! — bard pożegnał mężczyznę.
Pożegnanie z Vukiem nie poszło mu już tak łatwo. Nie chodziło bynajmniej o uczucia Kaia – wmawianie sobie, że była to jedyna racjonalna opcja i innego wyjścia nie było działało cuda – a fakt, że młodziak dopadł go i wczepił się weń jak kościogryz w sir Grimleya dzień wcześniej, w podziemnej komnacie. I nawet srebrny język półelfa, zapewnienia i obietnice powrotu, nie były w stanie złamać uporu chłopca, niewątpliwie potęgowanego świeżą traumą. Szczęśliwie Dziadko przyszedł mu w sukurs i, wyzwolony z zaskakującego silnego uścisku, półelf nie zwlekał z wskoczeniem w siodło.
— Zobaczymy się jeszcze — rzucił na pożegnanie, z wymuszonym uśmiechem. Czymże bowiem była jeszcze jedna obietnica, mogąca okazać się fałszywą nadzieją? — Do następnego, Vuk!
Po czym ściął konia i, nie czekając na Sylva, wystrzelił naprzód. Jak wicher przemknął między domostwami, furkocząc chustą, gotów czym prędzej zostawić Łoh daleko za plecami. Kai gnał przed siebie.
Tak, jakby chciał prześcignąć chęć obejrzenia się przez ramię.
-
Późny poranek, 30 sierpnia, 591 WR
Nieobecność Kaia szybko uleciała z pamięci tropiących. Mieli co robić. Za dnia, w dogodnym świetle i z wzniecieniem we krwi, poszukiwacze przeczesywali zarośla i wykroty, jakby liczyli znaleźć tam złote samorodki. Przetrząsali rowy i nory, zerkali w dziuple i kępy zielska, wykręcając na wszystkich zmysłach najwyższe osiągi. Do tego pocili się niemal od skupienia na detalu, robiąc mózgom prawdziwą ścieżkę zdrowia.
Zależało im. W końcu mieli nadzieję, że więcej jest takich Vuków, których da się jeszcze uratować. Poza tym zaś wzniosłym pragnieniem, po prostu dobrze im szło. Dobrze im szło i pod okiem Migdała, który teraz, w porannym świetle prawdziwie błyszczał, co chwila znajdowali kolejne skrawki prowadzące ich naprzód.
Zaiste, były to skrawki, bo forsowny marsz porywaczy prowadzony był sprawnie i miał w sobie coś z mylenia tropów. Zdarzało się, że wątłe linie naruszeń leśnego porządku, które w przymrużonych oczach coraz mocniej rysowały się grubym dłutem w twarde szlaki, znikały nagle. Znikały i bywało, że nagle las otaczał poszukiwaczy pustą już tylko przestrzenią zwykłości.
Wtedy rozglądali się desperacko, błądzili, cofali i krążyli, czując wzbierającą frustrację. Ale udawało się. Do tej pory jeszcze udawało się pójść dalej, wychwycić coś jeszcze, co ciągnęło wątek i po ciszy niezmąconego ludzkimi stopami mchu (czyżby?) na powrót trafić na Ślad.
W pewnym momencie Migdał zalecił przegrupowanie, by część drużyny cofnęła się w umówione miejsce zgarnąć pozostałych. On miał powoli drążyć naprzód. Zaangażowanie w zbożne dzieło ratowania wszystkim pasowało bardziej niż odbieranie spóźnionych, ale Marius i Randal zrobili co trzeba.
Choć Utopiec lepiej czuł się na otwartych przestrzeniach niż w leśnych gęstwinach, a paladyn lepiej tropił ofiary w miejskiej dżungli, to we dwóch dali radę łatwo znaleźć drogę w tę i z powrotem. Przy powrocie zresztą, już we czwórkę, mogli polegać na leśnej ekspertyzie Sylva. Choć facet wyglądał bardziej jak przerośnięty leprechaun (prócz brody!) niż człowiek dziczy, to wczoraj udowodnił już, że w tropieniu nie jest hobbystą.
- Jesteście – ucieszył się Claude vel Migdał, którego nowo odkryta natura niektórym jakoś nie zgrywała się z jego osobą. - Las się zmienia, przechodzi w iglak. Sosna, świerk. Są jeszcze buki, ale mniej liści będzie... I gleba inna.
- To lepiej-gorzej? – zapytał prosto z mostu Marius, który nie miał co udawać speca przy specu.
- Momentami bardziej piaszczyste tu zbocze, usypiska... To łatwiej – wyjaśnił przewodnik. - Ale nie wszędzie. Zresztą, zależy jak szli.
- Przekonamy się – zszedł na konkrety Randal. - Chcemy tu gdzieś przywiązać konie, będzie gdzie? Czy idziemy z nimi?
- Na razie pociągniemy tu jeszcze kawałek... Tam dalej będzie polanka, zepniemy je.
Zjednoczeni i wytężeni, tropiący trochę motali się w kółko, ale w końcu znaleźli czego szukali. Polankę – z czym akurat problemu nie było – i ślady, których szukali.
Jaśniejący nagrzanym piaskiem przesmyk między dwoma zagajnikami nosił liczne tropy. To było skrzyżowanie, zwierzęce rozdroże. Tu widzieli wilcze i jelenie ślady. Tędy chodziły sarny i borsuki, a Lara wypatrzyła też i rysia, który wybrał się na spacer z młodymi.
Co jednak ważniejsze, na skraju przesmyku (ach, łachudry, musieli zatem uważać, wiedzieli co robią!), odcisnęły się ślady ludzkie. Ślady części zagonionych w korowodzie, którzy zahaczyli o piasek, ale też paru zaganiających, którzy musieli podbiec od lewej by utrzymać szyk grupy.
Tropów było kilka, podobnych wielkością i mogących robić za ludzkie. Pewnikiem grupa była większa, a tu trafiło się tylko parę jednostek pilnujących jednej strony. Wszyscy mieli jednakie obuwie, niemal płaskie i bez bieżnika. Niedopasowane do górskich wędrówek, a jednak stąpające w równych odstępach, miękko i sprężyście.
- Mnożąc ich tu, wedle założeń, że każda część przemarszu byłaby obstawiona w co najmniej równym stopniu... – Lara zrobiła minę sugerującą, że rozmawiamy teraz wstępnie i na luzie, proszę nie brać tego jeszcze za dane naukowe – To mamy do czynienia z grupą co najmniej szesnastu porywaczy. Przyjęłabym jednak, niezależnie od ich sprawności, że przy całej wiosce byłoby ich pewnie bliżej dwudziestu.
- Zapewne tak, ale tropy są bardzo podobne... – zgodził się Migdał. - Ciężko oszacować tak dokładnie, bo wiele śladów po drodze... Śladów tych, co napadli, znaczy się... No, nie mają w sobie dużo, no, jakby to rzec... Charakteru?
- Unikalności – dopowiedział Seweryn, rozumiejąc co tropiciel ma na myśli.
- A właśnie. Często jak ktoś kroczy, to idzie po swojemu. Bardziej jedna noga, druga. Trochę włóczy, zaciąga, tempo zmienia – tłumaczył łowca. - A tu idą bardzo podobnie. Jak wojsko. O, szkolona banda, psia ich mać.
- Zjedźmy może tu przywiązać konie, co? – wtrącił się Sylv. - Szkoda, żeby który zadeptał co przypadkiem, a tu już możemy iść szerzej.
- Ciii! – Bardziej właściwie pokazał niż syknął Randal, ale w połączeniu z gestem palca i ekspresją na jego twarzy wszyscy usłyszeli paladyna jakby niemal zagwizdał z echem.
Rycerz wracał po cichu od strony polanki, gdzie mieli spiąć zwierzęta, wygnany w awangardę pierwotnymi potrzebami, których w pobliżu damy załatwiać się nie ważył.
Oddaleni o dobry kawałek, z rękoma na końskich chrapach i blisko ziemi, poszukiwacze przykulili się blisko siebie, by wysłuchać dokładniejszego raportu.
- Gobliny. Na polanie mają obóz. Gotują coś chyba – opisywał rycerz. - Czterech, pięciu było na pewno. Więcej nie widziałem. Cofnąłem się cicho, tyłem. Nie mogli mnie dostrzec.
- A jednak gobliny? – zdziwił się Sylv.
- Nie widziałem z nimi nikogo – wzruszył ramionami Randal. - Może przypadek, ale coś blisko tu jeden przypadek drugiego się trafia.
-
Kai (Aro)
♪ Bo mam ostrogi, co brzęczą-dźwięczą-brzęczą (Dźwięczą-brzęczą),
Gdy radośnie w siodle jadę w dal! (Dźwięczą-brzęczą)
I śpiewają "czyż wolność nie jest słodka?" (Dźwięczą-brzęczą)
I ta śpiewka prawdę w sobie ma! (Dźwięczą-brzęczą) ♪
Wioskę Łoh dawno już zostawili daleko za plecami. W sensie fizycznym. W sensie metaforycznym... już mniej. Kai miał z tym nie lada problem. Myśli bowiem uparcie powracały do Vuka i tego, co mogła przynieść mu przyszłość. Teraźniejszość oferowała im jedynie trop ku niewiadomej, nic ponad to, a los rodziny chłopaka i reszty mieszkańców Pogorzeli miał utrzymywać się w tajemnicy aż po kres tej ścieżki. Jedyne pocieszenie – marne, bo marne, acz nadal lepsze niż żadne – szło odnaleźć, paradoksalnie, w niepewności właśnie. Dopóty mógł sobie pozwolić na optymizm w kwestii zniknięcia wioski, dopóki natknęli się na twarde dowody to uniemożliwiające. Zupełnie tak, jak w przypadku "myślowego eksperymentu" – cokolwiek ten termin oznaczał, Kai nie był pewien – szalonego maga Zrodengera z Greyhawk, kot którego był jednocześnie żyw i martwy tak długo, jak skrzynia w której się znajdował pozostawała zamknięta. Czy coś w tym duchu. Aktor bowiem zupełnie nie rozumiał celu tegoż doświadczenia, gdy zasłyszał oń lata temu, wobec czego samą historię pamiętał mgliście. I po dziś dzień nie rozumiał, czy bardziej chodziło weń o kota, czy o skrzynię.
Dlatego też podczas jazdy powrotnej wyciszał myśli przyśpiewkami, dobierając radosne pozycje ze swojego obszernego repertuaru. Zarówno podczas podróży tylko z Sylvem, i później, gdy spotkali się z sir Randalem i Mariusem w wyznaczonych wcześniej ruinach. Kai zaprzestał śpiewów dopiero przy przegrupowaniu z resztą hanzy, gdy podążanie tropem porywaczy wymagało względnej ciszy i dyskrecji. I o ile półelf nie udzielał się przy śledzeniu śladów, doprawdy słabo wyznając się na takich sprawach i pozostawiając je w rękach fachowców, to nie zamilkł zupełnie. Naprawdę słabo bowiem znosił zupełną bezczynność, o ile nie towarzyszyły jej pokaźne zapasy wina i wygodne siedzisko (bądź inny mebel, najlepiej obity eleganckim pluszem i obłożony chmarą poduch). Zatem gdy obserwował poczynania tropicieli-przewodników, dłonie zajął pleceniem końskiej grzywy przed nosem w warkoczyki flańskim zwyczajem, a myśli – narracją rzeczonych poczynań. Półgłosem, acz niepozbawionym patosu godnego desek teatru.
"Klaudio Bystrooki, co ślad mrówki z siodła dostrzeże;
Tropiciel wprawny, od wierchów wysokich aż po nabrzeże;
Pogromców olbrzyma w knieje coraz wyższe wiedzie,
By porwanych ratować i ludzkiej zapobiec biedzie.""Hmmm, wymaga dalszych szlifów," ocenił w duchu. Nigdy nie przyznałby się do tego na głos, zwłaszcza przed innymi, lecz był samemu sobie najgorszym krytykiem.
"Choć panną się jawi dla męskiego oka;
To bynajmniej nie nimfa, a światła uczona!,
W wojaczce i tropieniu jednako wykształcona,
Tropy tuż za nim śledzi Laura Czworooka!"— Zbieżność osób, imion i wydarzeń całkowicie przypadkowa! — Kai obwieścił przy tym w pewnej chwili, sięgając po formułkę uwielbianą zwłaszcza przez co bardziej przewrotowych artystów, lubiących dzierżyć rymy wobec możnych i wpływowych. Takowa "wiarygodna zaprzeczalność" bywała im naprawdę efektywną egidą, choć nie zawsze zapobiegała procesom o zniesławienie.
Półelf z doprawdy wielkim trudem powstrzymał się od reakcji, gdy wygnany naprzód za potrzebą sir Randal powrócił i powiadomił o grupce goblinów obozujących na polance. A właściwie to wyrażenia takowej. W duchu bowiem parsknął z rozbawieniem.
"Jak to dobrze, że pojawiły się gobliny!," zachwycił się. "Teraz już będę mógł opowiadać tę historię bez wyrzutów sumienia, że brakuje weń obowiązkowego elementu!"
W istocie tak już się utarło wzdłuż i wszerz Flanaess, że te prymitywne humanoidy wręcz musiały pojawić się w każdej opowiadanej historii. Najczęściej pełniły jednak nader prostą rolę, redukowane były do puenty niskolotnych i mało wyszukanych żartów, bądź do szkodników pozbawionych instynktów samozachowawczych, o ambicji mięsa armatniego, samemu pchających się pod ostrza, co zakrawało po prostu na samobójstwo z dodatkowymi krokami. W nielicznych jeno opowieściach, snutych przez wprawnych gawędziarzy, nie były one lekceważone i były właściwie przedstawiane, jako przebiegłe humanoidy, nie głupsze od ludzi, mogące napsuć naprawdę wiele krwi. Prymitywność wszak, wbrew powszechnemu przesądowi, nie oznaczała skrajnej głupoty.
Kai, pomimo że świadom był tychże rzeczy i daleko mu było do bagatelizowania czego- i kogokolwiek, nie widział w grupie goblinów na polanie większego zagrożenia. Prędzej niewielką przeszkodę na ich drodze. Mieli w końcu dwa naprawdę spore atuty po swej stronie – element zaskoczenia i liczebność – a on sam w swym magicznym repertuarze kołysankę, która mogła znacząco przeważyć szalę na ich korzyść, jak nie całkowicie rozwiązać napotkany problem. O ile Olidammara miał się doń uśmiechnąć przy jej wykorzystaniu. Niechętny jednak obnosić się ze swym talentem Kai musiał zdać się na kreatywne podejście.
- Gobliny. Na polanie mają obóz. Gotują coś chyba – opisywał Randal. - Czterech, pięciu było na pewno. Więcej nie widziałem. Cofnąłem się cicho, tyłem. Nie mogli mnie dostrzec.
- A jednak gobliny? – zdziwił się Sylv.
- Nie widziałem z nimi nikogo – wzruszył ramionami Randal. - Może przypadek, ale coś blisko tu jeden przypadek drugiego się trafia.
— Blisko, blisko, lecz nie takie już przypadki Flanaess widziało. Przecież ślady były ludzkie, tak? Niewykluczone jednak, że ta kompania porywaczy najęła gobliny, by pilnowały im tyłów. Acz mało prawdopodobne — zawyrokował Kai szeptem, wodząc spojrzeniem po kompanach. Odchrząknął, nim kontynuował. — Jak weźmiemy ich żywcem, to możemy zapytać, może któryś zna Wspólny. Mozna ich podejść, zerknąć co tam robią, nim zadziałamy. Poza tym, to nocne istoty, w dzień lubią sobie pospać, może złożą się zaraz do snu i będzie nam łatwiej.
Półelf nawet okiem nie mrugnął, łżąc jak z nut o rzekomej naturze goblinów.
— Albo, o!, wy tu przygotujcie sidła, ja się podkradnę i spróbuję ich tutaj ściągnąć — zaproponował alternatywę. — Potrafię imitować sokółkę keolandzką, to może być nasz sygnał!
-
Seweryn (Rewik)
— Ty z Lazurowej Kompanii, nie? To dzieje się teraz u was, nad tym Lazurowym Morzem, oj, Lazurowe... Czyli, że niebieskie, nie? No, to zaraz chyba się zrobi czerwone, spłynie krwią... Ale nie, nie – spokojnie! Mówię, że tam ci wasi leją Szkarłatnych i piratów teraz, walą aż się niesie przez bagna! Może wreszcie wyplenią tę szarańczę, tfu, kurewskie nasienie i będzie spokój... Ale to trzeba naprawdę, poważnie mówię, wygnieść ich wszystkich, wybić, wypalić. Aż morze szczerwienieje...
— Jak zarazę. — Seweryn pokiwał głową, bardziej chyba dla pozorów, jak w wyniku faktycznego zainteresowania, jego uwaga była skupiona na czymś innym, czymś co należało oczyścić, najlepiej ogniem przypalić.
— Ale łatwo to chyba nie będzie, bo chociaż tam się coś posypało Szkaradom w środku i bunty mają, to fanatycy to są straszni... Walczą jak szaleni i nigdy się nie poddają, a jeden może dziesięciu zabić sam... Mam nadzieję, że uda się ich tam zagonić i ubić raz na zawsze, ale boję się, że się rozlazą wszędzie i niektórzy i do nas trafią... A z nimi to jak z wężami normalnie... Wyciągasz nogi, łączka ładna, słoneczko, cisza i syk, ugryzie i nie ma człowieka. Tak i te, Szkarady jedne, jak węże w trawie. Ubijać mówię, ubijać twardo!
Szkapa pod zadem Seweryna miotała się czasem niespokojnie, zwłaszcza na początku, jakoby przypadkiem strącić jeźdźca zamierzała. Jeździec zaś odwzajemniał się szarpanymi ruchami i uderzeniami, które niejeden wprawny konny za przekroczenie dobrego smaku by poczytał. Zwierzę to z pewnością byłoby szczęśliwsze, nawet nosząc na grzbiecie Utopca.
Wlókł się za resztą, rozmyślając zapewne głównie o powinnościach zaniedbanych w Czarnych Wrotach. W jaki sposób owa wyprawa miała go ku celom jego przywieść? Przysługa bywała niewdzięczną kartą. Jednakże było coś w owych Pogorzelowych i przedtem Wrzosinowych zniknięciach intrygującego. Wydarzenia te, wnosząc po zbrukanym miejscu kultu, miały w sobie niemal na pewno zabarwienie religijne, a i charakteru rytualnego zapewne nie brakło - gdyż pojmani, w Seweryna mniemaniu, rolę ofiar pełnić mieli w bliżej nieznanym obrzędzie. Okultyzm zaś tego rodzaju fascynował, nawet jeśli burzył przy tym wszelkie granice tego co dobre i złe. Fascynował on i Seweryna, rzecz jasna w sposób naturalny i niewinny. Tak, owa tajemniczość wodziła za nos, obiecywała wiele jednocześnie nie mówiąc nic... a więc podążał dalej i dalej, przesuwając swoje kolejne granice.
Cyrulik zmrużył oczy, obserwując nadchodzacego Randala, który swym objawieniem wszelkie rozmowy w szepty zamienił, gdy o obecności goblinów obwieścił i wsłuchał innych.
— Czy to aby na pewno sprawa nasza? - zapytał medyk, bakałarz. — Któryś snadź ranny zostanie i marsz spowolni. Sprawdzić można, czy uciekiniera może jakiegoś na śniadanie nie szykują, lecz potem w drogę trza nam ruszać.
-
Lara (Alex Tyler)
Lara patrzyła na świat jak na mapę zasnutą skazami: tu rysa Pogorzeli, tam plama po Grumwidowym obozie — wszystko to dało się odczytać, jeśli podejść z czułym, lecz zimnym okiem. Dwie tragedie stały przed nimi jak rozwidlenie ścieżek: jedna — cienka i bardziej osobista, druga — szeroka, mnoga w ofiary. W sercu Quatermain zakwitła stara arytmetyka trudnych wyborów: czy warto zaryzykować istnienie niewielu, by zyskać szansę na uratowanie wielu? Wiedziała, że los nie daje rabatów na sentymenty. To nie był moment na sentymentalne cierpienia — była tu, by liczyć, mierzyć i działać. I tak też uczyniła.
W duchu podziękowała Randalowi, który za nią podciął filary Migdałowej argumentacji. Doceniła gest, który zdjął z jej pleców brzemię przekonywania. Claude miał rację co do psów i wsparcia — ale trop był jeszcze ciepły. Przypominał włókno, które trzeba trzymać palcami, nie puszczać, bo rozplącze się i przepadnie. Medyczka rozumiała to z profesorską chłodnością: każdy rozdział śledztwa to siatka decyzji, a ona nie zamierzała pozwolić, by czyjś dobry zamiar rozerwał nitkę, którą jeszcze mogli pociągnąć.
Kiedy odchodzili, zapachy porzucanego obozu przyklejały się do powietrza jak małe wspomnienia tego, co jeszcze można było uratować. W jej piersiach zamigotał gniew przeciwko tym, co zamieniają ludzkie losy w towar. Nie rzucała manifestów — działała. Empatia Lary nie była teatralna: była narzędziem, które napędzało jej działanie.
Na skraju przesmyku włączył się jej śledczy instynkt: detale, które inni przeoczyli, wyrastały przed nią wyraźne jak znaki na kamieniu. Ślady ludzkie przetykane śladami zwierzyny, równe w kroku, niemal bez indywidualnego „akcentu” — coś jak wojsko, albo dobrze wyszkolona banda. Quatermain, z matematyczną bezlitosnością, szacowała liczebność: konstelacja tropów mówiła o co najmniej szesnastu, może bliżej dwudziestu. Nie była to spekulacja z pozycji literackiej melancholii, lecz chłodny rachunek, który dawał planowi wagę i odpowiedzialność.
Gdy Randal wrócił z raportem o goblinach, strzelczyni przez chwilę ważyła możliwość, że ktoś wynajął te stworzenia jako tylną straż. Gobliny w dzień niedaleko wioski — to sygnał albo przypadkowej koniunktury, albo sprytnej zasłony. Można było spróbować wziąć ich żywcem i wyciągnąć obciążające informacje, można było też zastawić w spokoju. Lara lubiła opcje, które pozwalały żyć pytaniom: jeśli by ich nie zabili, może dowiedzieliby się czegoś, co rozplątałoby większą szaradę? W jej głowie zaczęły się układać przybliżone manewry, ciche i precyzyjne jak operacja chirurgiczna.
I tak przez chwilę stała, niespokojna dłoń blisko rękojeści bułatu — nie z powodu strachu, ale z powodu głodu skutku. Wiedziała, że wybór jednej drogi oznaczał poświęcenie innej. Znała wartość tej matematyki tragedii. Ale była też przekonana, że im więcej działań podejmą teraz — z rozmysłem i bez fanaberii — tym większa szansa, że choć część z tych rozszarpanych nici da się zszyć. Czarnooka blondynka spojrzała jeszcze raz na las, na tropy w piasku i na ludzi, którzy oddawali się dyskusji. W jej oczach odbijała się odpowiedzialność i drobna, ekscentryczna radość łowcy, który zyskał właśnie zagadkę do rozwiązania.
— Przyznam, że plan Kaia brzmi nieźle, ale nie wiem, czy mamy uzasadniony powód do agresji — przemówiła. — Sugerowałabym przeprowadzić szybki, ale i dokładniejszy zwiad. Sprawdzić, czy te istoty mogą być przydatne w rozwiązaniu naszej sprawy, albo czy ich likwidacja przyniesie jakikolwiek pożytek Dolinie Drusdygg. Miałam wiele do czynienia z kulturami prostymi i nie uważam, że same szorstkie obyczaje legitymizują prawo do zabijania.
-
Narady, co do zasadności zasadzki na gobliny trwały pewnie parę pacierzy (Marius mógłby potwierdzić, że takich Ospremowych to nawet i więcej, bo bogini lubiła konkret), ale też nie za długo. Ostatecznie półszeptem, w napięciu i skuleniu średnio się gadało. Szybko wyszlo też, że w drużynie więcej ostrożności i humanizmu niż można by się spodziewać (może ogółem więcej w tym miksie było tego pierwszego, acz doktor Lara miała odmienne proporcje od reszty).
Grunt, że na razie postanowiono zwiadować, a ewentualne interakcje z goblinami – spodziewane jako bicie i wleczenie – zostawiono sobie na nienamacalne może tak, może nie.
Migdał przyjął swój udział w wypadzie naprzód za oczywisty. Kai, skoro już sam zaproponował podkradnięcie do obozujących, wycofać się nie mógł i nie chciał, a Lara – jak to Lara – bladła jeszcze poniżej swej zwyczajowej bladości, jeśli dłużej nie dane jej było zażywać przygody i emocji. Szczęściem cała trójka wiedziała, co robi i umiała poruszać się cicho i z gracją.
Sokółka keolandzka pozostała umówionym sygnałem, a lekkostope trio ruszyło przed siebie. Uszy strzygły, oczy łypały, a nosy niuchały. Kocie kroki prowadziły ich zgrabnie, choć kiedy z piasku śródleśnego, naturalnego traktu zeszli na omszałe kępy bliżej polany, zrobiło się trudniej.
Mech, ma się rozumieć, wygłuszał kroki, ale poza sosnami i świerkami trafiały się tu też buki i brzozy, które przez ostatnie suchoty zrzuciły nieco listowia, tworząc szeleszczące mozaiki. Migdał manewrował między nimi jakby szedł z pamięci po własnej izbie, ale Lara i Kai mieli już więcej problemów i każdemu zdarzyło się parę razy zatrzeszczeć.
O ile jednak by ich usłyszeć trzeba by nieźle wytężyć uszu, albo przynajmniej być w pobliżu, o tyle goblinów w ogóle nie było słychać. Skradacze nie chcieli podchodzić zbyt blisko, ale musieli mieć przynajmniej nieco rozeznania w sytuacji. Duży zwalony pień dębu, który zdążył już nieco zbutwieć, obrosnąć mchem i paprociami tworzył doskonały przystanek przed wystawieniem się na czyjkolwiek widok.
Wyglądało jednak na to, że pokazać się, albo i nie pokazać, nie ma komu. Polana była pusta. Randal nie oszukiwał, na trawie rzeczywiście były ślady paleniska, a widać, że poruszone było niedawno. Wokół leżały też rozrzucone szmaty i kawałki drewna, a odłamki mówiły, że w ruchu wcześniej były też butle.
Wszyscy troje ponownie przykurczyli się za zasłoną, chłonąc z bliska woń grzybów i czując pod palcami chropowatość drewna przetykaną gąbką porostów. Nasłuchiwali. Nie mówili. Czekali.
Kai ze swym słuchem nie minął się z powołaniem jako muzyk. Umiał wychwycić delikatne nuty i dysonanse między nimi. I teraz ta czułość przydała się, bo kiedy pozostała dwójka trwała w ciszy z półprzymkniętymi oczami, on dał im znać gestem, że coś wychwycił.
Ktoś był poza polaną i zaszeleścił gdzieś w gąszczu. Gdzieś po drugiej stronie, w głębi i więcej niż raz. Nie jak mysz czy inna wiewiórka, pełniej. Cicho, na granicy słyszalności, a może i poza ludzką granicą, ale półelf był pewien. Ktoś, przynajmniej jeszcze przed chwilą, tam był.
-
Seweryn (Rewik)
Cyrulikowi kolejny już raz przyszło sięgnąć po ręczną kuszę "kruszynkę". Przygotował, co lepiej było przygotować teraz, niż później z goblinami dziurawiącymi go w międzyczasie na durszlak. Wyjął także nóż, który to miał zwyczaj nosić przy sobie. Uczynił to jakby dla przypomnienia jego obecności i ciężaru. Było to dość długie ostrze, jak na podręczny nożyk. Z zadziwiającą (jak na pobożnego i skromnego konowała) sprawnością pobawił się nim, to obracając w dłoni wokół osi wzdłużnej, to poprzecznej. Robił to raczej nieświadomie, odruchowo, bowiem uwagę skupił na lustrowaniu okolicy. Odszedł też naście kroków, starając się uszanować jednogłośnie zarządzoną ciszę, by i tam sobie popatrzeć. Raz czy dwa coś zwróciło jego uwagę na chwilę, lecz nie dość długą by uznać, że znalazł coś interesującego. Ale to pewnie i lepiej. Sokółki keolandzkiej póki co nie słyszał. Nie wiedział też za bardzo jak taka sokółka... no właśnie ćwierka, trela, gwiżdże, trzeszczy? Ale zdało mu się to zbędną wiedzą. Wystarczyło nasłuchiwać czegoś, czego wcześniej w tym lesie nie słyszał i co będzie brzmieć jak udawane gęganie, czy kwilenie. Drzewiej zwykle to wystarczało. Wtedy jak mniemał do reszty należałoby pobieżyć.
-
Przeciągłe, wysokie tirli-tirli sokółki keolandzkiej nie trafiało się w lasach zbyt często. Sokółka, jak i jej krewniaczka pustułka, wolała otwarte przestrzenie, gdzie mogła wisieć sobie wysoko pod słońcem i wypatrywać ofiar rozkołysana na podmuchach wiatru. W gęstwinach jej bystry wzrok był na nic. Co po nim, gdy konary i krzewiny zasłaniały widok.
A jednak dziś sokółka się odezwała. Odezwała i to w samym sercu lasu.
Kai nie spodziewał się sokółki, kiedy rozdzielał się z kompanami skręcając przy samej ziemi w lewo, wśród grzybów i paproci raczkując w cieniu ogromnego świerku. Lara też nie myślała jak wybrzmi umówiony sygnał, gdy dała cichego nura między paproć a głóg i potem jak myszka przeciskała się za obrośnięty akantem głaz.
Wiedziała, że może być gorąco już wcześniej, ale kiedy bard wytrzeszczył na nią ślepia i dał jej i Migdałowi niemy sygnał, że tam-tam jest ktoś-ktoś (choć gdyby tłumaczyła komunikat z kiwania i pokazywania na mówiony, pewnikiem ułożyłaby to w zdanie złożone), poczuła, że pot spływa jej po szyi, a serce podbija tempo. Lubiła adrenalinę, ale wiedziała też, że z czatowań i podchodów rzadko wszyscy wychodzili cało. A na pewno nie ci, którzy czatowali i podchodzili gorzej niż ci drudzy. Ona zaś słyszała kwiczoła, brzęczenie osy, dalszy świergot kosa i bicie własnego serca. Czatujących w zasadzce – jeśli ktoś był tam w ogóle – nie słyszała nic a nic.
Spojrzała niepewnie na Migdała, który prześliznął się do niej bezszelestnie i przypadł bliziutko aż się skuliła. Na moment, mimowolnie. Normalnym było, że musi być blisko. Kamień dawał jako taką osłonę dla jednej osoby, ale przy dwóch było już licho.
Wymienili spojrzenia. Nic. Nic a nic. Migdał wzniósł wysoko brwi nad bladymi, szarymi oczami. Nie, on też nic nie słyszał. Musieli podejść bliżej.
Przekradli się w kuckach po suchym igliwiu, cicho jak jeże. Byli za niedużym świerczkiem. Migdał dał susa pierwszy. Lara nie wiedziała właściwie jak to zrobił – było nie było, wysoki facet – ale przesadził wąski prześwit od polany do następnej kępy paproci praktycznie nie wystawając ponad trawy.
Jej poszło gorzej, bo pod butem zachrzęścił kawałek muchomora, dodając swój mięsisty skrecz do leśnych odgłosów. Ale to była sekunda, a Lara była już dalej, w gąszczu bujnych paproci, gdzie cień zapadał na przypadłych do gleby jak zamkowa brama, odcinając twardo świat dookoła.
Nie słyszeli ani goblinów, ani skradającego się Kaia. Sam bard zresztą z początku też nic nie słyszał. Ani własnych ruchów, które składały się z leśnym podłożem jak idealnie dopasowane puzzle. Ani goblińskich. Wyłapał jednak coś na granicy zmysłu. Jeśli nawet nie ruch, to coś.
Przekradł się pod koroną niedawno zwalonej topoli, ciągle gęstej i kryjącej jak wieczorna szarówka. Stąd czuł już niemal ciepło od zgaszonego niedawno ognia i zapach mięsa. Coś było tu pieczone. Ale niedługo. Mocniej czuć było alkohol, który wylał się z przewróconego antałka zwalonego gdzieś w trawie. Słodkawy smród bimbru niósł się przez polanę ściągając owady.
Bard leżał w runie niby wąż w zasadzce, ale po chwili nasłuchiwania, kiedy znów nie wyłapał żadnego dźwięku, przesunął się naprzód, korzystając z osłony wyrwanego drzewa. Na końcu pnia był spory wykrot, gdzie planował przypaść, by wybadać ciąg dalszy.
Kai lubił spanie pod gołym niebem i leśne przechadzki, ale brudzenie się i szorowanie brzuchem wśród grzebiącego w ziemi robactwa było nieco dalej na skali życia w zgodzie z naturą niż jego granica komfortu.
Ale co było robić? Nie był tu sam. Ryzykował nie dla siebie. Grał drużynowo. Musiał iść. Szedł.
A w zasadzie czołgał się, wychodząc poza wykrot i między gęstwinę leszczyn i paproci.
To stamtąd dobiegł reszty pięknie imitowany trzebiot sokółki keolandzkiej. Stamtąd, choć skąd dokładnie wiedział tylko sam Kai, bo na razie był poza czyimkolwiek zasięgiem wzroku.
Ale zaraz pokazał się Larze i Migdałowi, zamajaczył z początku wyrastając nagle spośród paproci po drugiej stronie polany.
- Chodźcie tutaj, czysto – zawołał uspokojony, machając do kompanów ponad zielskiem. - Można przejść.
-
Kai (Aro)
Kompania Wolnych Artystów Sióstr Sarper, jego rodzina, składała się ze wszelkiej maści wyrzutków i jednostek spoza społecznych struktur rządzących Flanaess, czy to z własnego wyboru, czy to przez serie niefortunnych zdarzeń, czy też tylko i wyłącznie naturę. Nie oznaczało to bynajmniej, że Kai utożsamiał się w jakikolwiek sposób z goblinami, bądź czuł doń choćby nić sympatii. Wręcz przeciwnie. Współdzielona egzystencja na społecznych peryferiach nie oznaczała wszak wrodzonej przyjaźni. Trupa bywała przez lata zmuszona bronić się przed zakusami tych szkodników, nocnymi kradzieżami i napadami, gdy jej ścieżki przecinały się z obszarami ich bytowania. Z drugiej strony, nie oznaczało to też wrodzonej wrogości, lecz nawet zazwyczaj niechętny przemocy Kai był świadom, że gobliny najlepiej rozumiały i szanowały jeno siłę. A cuda dyplomacji pozostawały im obce. Nie zamierzał jednak forsować swej propozycji w obliczu mniej lub bardziej stanowczego sprzeciwu towarzyszy. Zwłaszcza, że proponowali sensowne alternatywy. Na które to przystał w milczeniu, unosząc jeno dłonie w geście defensywy i kapitulacji jednako.
Nawet jeśli obecność goblinów tutaj, na tropie porywaczy Pogorzeli, budziła uzasadnione podejrzenia. Do tego wioska Łoh znajdowała się ledwie parę lig stąd – zbyt blisko – i gdyby postanowiły ją napaść, troje młodych z cepami nie stanowiłoby dlań wystarczającego odstraszacza.
— Przyznam, że plan Kaia brzmi nieźle, ale nie wiem, czy mamy uzasadniony powód do agresji — przemówiła Lara. — Sugerowałabym przeprowadzić szybki, ale i dokładniejszy zwiad. Sprawdzić, czy te istoty mogą być przydatne w rozwiązaniu naszej sprawy, albo czy ich likwidacja przyniesie jakikolwiek pożytek Dolinie Drusdygg. Miałam wiele do czynienia z kulturami prostymi i nie uważam, że same szorstkie obyczaje legitymizują prawo do zabijania.
— Niekoniecznie miałem na myśli zabijanie, lecz bardziej... obijanie — sprostował Kai półszeptem, wydymając usta. — Te ichnie "szorstkie obyczaje" pchnęły je ku Iuzowi i starczy przypomnieć sobie, co one nawyrabiały w Pomarj podczas Wielkiej Wojny. Nie, bym pałał wielką miłością do tamtejszych barbarzyńskich plemion o jeszcze bardziej barbarzyńskich tradycjach, lecz...
Jakie słowa miały nadejść po tym "lecz" miało pozostać tajemnicą, gdy ktoś przerwał półelfowi wymownym chrząknięciem. Aktor zrazu powtórzył ten dźwięk, reflektując że nie był to ni czas, ni miejsce na rozgrzebywanie historycznych przewin goblińskiej rasy. Potrząsnął w zamian ciemną grzywą i, przełożywszy ręczną kuszę z siodła na szeroki pas podtrzymujący kolorowe szarawary, wręczył cugle swojej klaczy Sylvowi.
— Ale niechaj będzie, przyjrzyjmy się bliżej ich leśnej biesiadzie — oznajmił, dając znać że planował wziąć udział w zwiadzie.

Ostatnie lata spędzone w Gradsulu, pod patronatem Lorensa, strasznie rozleniwiły Kaia i przyzwyczaiły go do wygodnictwa, a odzwyczaiły od szeroko pojętej natury. Nawet rzadko kiedy brał udział w polowaniach poza miastem; tamtejsi możni zwykli bowiem preferować wylegiwanie się na rzecznych barkach, niż zapuszczanie choćby na rubieże Groźnej Kniei, by konno ścigać zwierzynę. Jak się jednak okazało, chudo-gibkie ciało artysty nader prędko przypominało sobie, jak należy stąpać w leśnym poszyciu, by zachować odpowiednią dozę dyskrecji. Nawet jeśli sandały były marnym obuwiem na spacery w dziczy. Odnalezienie polany wspomnianej przez sir Bronsona nie nastręczyło im trudności. Co innego dostrzeżenie goblinów, których nigdzie nie było. Pytaniem otwartym pozostawało, czy żółtoskóre pokurcze dosłyszały ich naradę lub podchody i obecnie zasadzały się na nich, czy może zwyczajnie znudziło im się obozowanie i postanowiły ruszyć dalej. Nie sposób było to stwierdzić. Podobnie jak określić naturę dźwięku złowionego przez wyczulone ucho śpiewaka. Kai nie zwlekał jednak z poinformowaniem doktor Quatermain i Migdała o rzeczonej nucie, ukrytej pod cichą leśną symfonią.
Rzecz jasna niewerbalnie, nie śmiał bowiem ryzykować choćby szeptu, nie będąc pewnym czy ktoś aby nie nasłuchiwał. Wiele profesji i zawodów wykształciło metody komunikacji na takie właśnie okazje i chociaż Kai wyznawał się tylko na znakach złodziejskich, nieznajomość sygnałów używanych przez myśliwych czy zwiadowców w niczym mu nie przeszkadzała. Wszak pewne gesty były uniwersalne. Machnięcie dłonią, by zwrócić na siebie uwagę Lary i Migdała. Wskazanie swoje spiczastego ucha i kierunku, by zasygnalizować że coś gdzieś usłyszał. Wzruszenie ramion i rozłożenie rąk, by zakomunikować że nie wiedział czym było rzeczone "coś". Szturchnięcie się w pierś, zatoczenie łuku dłonią i ruch dwoma palcami, przesadnie imitujący skradanie się, by oznajmić zamiar dalszego zwiadu. Wskazanie palcem Lary i Migdała, a w chwilę później uszu i oczu, by poprosić ich o czuwanie i asekurację.
I finalnie, kiwnięcie głową i przyłożenie palca do ust, nim poruszył się, by wprowadzić w życie kolejną część planu.
Czego prędko pożałował, gdy przyszło mu przemykać między wszędobylską roślinnością, wczepiającą się w odzienie i czołgać po ziemi, domenie robactwa. Brud nie był co prawda Kaiowi straszny, lecz szuranie ciałem po glebie burzyło starannie utrzymywany wizerunek artystycznego nieładu, brudząc go od stóp po szyję. Tak jak poprzedniego dnia krzywił się przy wycieraniu swoich noży o lniany materiał luźnej koszuli, tak teraz krzywił się na piach, pył i bogowie wiedzieli co jeszcze, jakie zbierał sunięciem przed siebie w marnej imitacji węża. Zatrzymał się na chwilę, gdy czuł już niemalże ciepło bijącego od ogniska i zapach pieczonego. Z wielkim trudem opanował przy tym chęć otrzepania się z nagromadzonego brudu, którego miało jeszcze przybyć więcej. Zmarszczył nos na intensywnie słodki zapach bimbru, unoszący się z przewróconego antałka, przełknął ślinę, gdy efekty zeszłonocnej mieszanki ponownie zaczęły dawać o sobie znać.
"Nie, na pewno nie zabrały się stąd," zawyrokował w duchu. "Nie zostawiłyby przecież gorzałki! Pewnikiem zasadzają się na nas!"
Krótką chwilę zajęło mu zebranie kurażu, by przemknąć dalej, ułożoną zawczasu ścieżką w stronę powalonej topoli, przypaść do wykrotu, by zbliżyć się jeszcze bardziej do źródła wcześniej dosłyszanego dźwięku. Podejrzanie osamotnionego. Kai nie bez powodu nie lubił ciszy. Zwłaszcza w lasach była w końcu najczęściej zwiastunem rychłego, niedostrzeżonego jeszcze zagrożenia.
Smukłe palce przezornie sięgnęły ku jednemu z ostrzy, skrytych w warstwach odzienia...

Ciszę najpierw przerwał imitowany śpiew jaskółki keolandzkiej spomiędzy drzew, sygnalizując... Kai nie był w zasadzie pewien co miał sygnalizować. Dopiero składając dłonie przy ustach uświadomił sobie, że właściwie to nie doprecyzowali znaczenia umówionego sygnału. Optymistycznie jednak założył, że towarzysze wezmą dźwięk za potwierdzenie braku jawnego zagrożenia i zaproszenie do dołączenia doń na polanie. Jak również że żadne z nich nie było zapalonym ornitologiem, bowiem sam nie był do końca pewien, jak właściwie keolandzka jaskółka brzmiała. Cóż poradzić, aktor lubił... "improwizować" wiedzę.
Ledwie imitowany ptasi śpiew zaczął przebrzmiewać, a Kai już wyłaniał się po drugiej stronie polany. Spomiędzy konarów obleczonych mchem, gęstych paproci i wszędobylskich zielsk. Pobrudzony skradaniem się wokół prześwitu, umorusany pyłem i z drzewnymi igłami wczepionymi w skórzaną kurtę oraz grzywę gęstych włosów. Mimo to z zadowoleniem na śniadej twarzy i uśmiechem na ustach. Radośnie zamachał dłonią w stronę Lary i Migdała – a dokładniej to w stronę, gdzie ich zostawił – nie zwlekając z deklaracją, że zagrożenia nie znalazł.
— Migdał, podejdź no do ognia, jako i ja podchodzę — przywołał tropiciela zachęcającym gestem dłoni. — Wy też, doktor Quatermain! Czysto, bezpiecznie, możecie badać obozowisko. No, chodźcie. Chyżo-prędko, nie marnujmy światła dziennego!
Oczekując na swych towarzyszy, półelf nie omieszkał przesunąć piwnym spojrzeniem wokół paleniska, by przyjrzeć się bliżej okolicy. Przykucnął też przy tym, przeciągnął palcami po ziemi, pociągnął parę razy nosem. Oczy odnalazły w końcu coś w trawie, spoczęły skupione na jednym miejscu.
— Ooo, będziecie chcieli to zobaczyć!
-
Marius (Brilchan)
- A po co my właściwie za tymi goblinami idziemy ? Jak raz we mnie się dobre serce obudziło to mało, żem nie zmarł gdyby nie dobry cyrulik i święty rycerz to już by mnie tu z wami nie było... Nikt nam wszak nie płaci za ratowanie sioła to może zostawmy tę sytuację i wróćmy na trasę robić to za co nam Kompania płaci ? Bo jak na razie to ratujemy ćpunów i dzieciaki po krzakach - wyraził swoje zdanie Marius wyraźnie zmęczony podchodami, którego naszły wątpliwości po którymś pacierzu dziękczynnym.
-
W lesie grały, co i rusz sójki, pliszki czy kosy, ale to sokółka keolandzka ściągała do siebie uszy wszystkich. To jej zaśpiew poruszył coś w duszach i krzakach, bo parę chwil później, krzaki rozstąpiły się. Rozstąpiły się i wychynęli z nich, zapewnieni przez Kaia o bezpiecznym przejściu, Lara i Migdał.
Ani doktor Quatermain, ani stąpający obok zwiadowca, nie słyszeli wcześniej goblińskich głosów, więc skoro nie słyszał ich teraz też półelf, który naostrzegał się ich wcześniej wzmożoną gestykulacją, to widać nie było ich już w pobliżu. Badaczka dziwiła się po prawdzie ciepłej, nader głośnej wylewności barda, który zapraszał ich do siebie jak kum kuma, ale trochę się już na nim poznała. Może bywał marudny i chimeryczny, ale pokazał też, że jak trzeba to i odważny, pomysłowy i mający głębokie rękawy asów.
Tego Migdał o nim nie wiedział, ale kiedy zobaczył, że Lara wkracza na miękki okrąg zieleni pośród drzew, dał susa za nią. Było nie było, grajek stał tam po drugiej stronie i gęgał swoje. Cały i zdrów, a goblinów ni widu, ni słychu. Musi zwęszyły wcześniej rycerza i chodu w góry, pomyślał tropiciel.
Miękka trawa pod stopami była przyjemną odmianą od piachu, igliwia i szelszczących liści. O ile same w sobie, chrzeszcząco-sypiące żywioły spod buta dawały dużo frajdy, gdy leniwie spacerowało się parkiem, gdy śnieg trzeszczał u podeszw zimową porą, albo kiedy nurzało się wśród opadłych gęsto kolorów jesieni... O tyle teraz dla odmiany miło było powitać coś, co samo naturalnie wygłuszało kroki i dawało stopom ulgę.
Poza tym polana była przyjemna. Ładna, porośnięta gęstą zielonością przebitą w wielu miejscach kolorem późnoletnich kwiatów i dość szeroka, by dobrze skąpać się w słońcu. Lara i Migdał widzieli po drugiej stronie szczątki jakichś naczyń i kawałki drewna. Przy dobrym niuchu dało się wyczuć słodkawy zapach rozlanego bimbru, a nad zaimprowizowanym marnie paleniskiem unosiły się drobiny ciepłego pyłu.
Ktoś zaczął tu chyba coś pichcić... Albo skończył już jakiś czas temu. Trawa była wydeptana pospiesznymi ruchami i widać, że posiłek nie dobiegł planowo końca. Lara i Migdał zbliżyli się dość, by zobaczyć, że są rzeczy, które podchodzą do gardła od razu, skręcają mdłością i aż cisną o odruch, by odwrócić głowę. W trawie, zaraz obok kubka po bimbrze, leżała lekko nadpieczona, ponadgryzana dziecięca noga.
Migdał skrzywił się, a jego śniada twarz zbladła lekko. Kai stał przed nimi, nieświadomy sceny, dalej uśmiechając się głupkowato. Zwiadowca spojrzał na Larę i chciał coś powiedzieć, albo i może szepnąć, ale słowo zagłuszył świst. Szelest listowia, syk, a potem świst.
Pierzasta strzała wyleciała spośród gałęzi gdzieś wysoko nad Kaiem i rąbnęła zwiadowcę w pierś aż zachwiał się i poczłapał do tyłu. Nie ustał jeszcze, gdy rąbnęła go druga, a zaraz potem trzecia. Migdał jęknął z bólu i zamachał rękami tracąc równowagę, gdy kolejne trzy strzały przeleciały gdzieś nad nim.
Ćwiekowana skórznia, którą nosił uratowała go od najgorszego uderzenia, które wbiło się w metalowy ćwiek rozrywając materiał i wybijając powietrze z płuc. Tropiciel zakołysał się, ale nie upadł. Ustał. Ustał, ale nie miał w planach zostawać w pionie.
Spojrzał na Larę w przelocie, ale ogłuszony i bez dechu nie próbował nawet nic mówić. Rzucił się z powrotem w krzaki, z których wyszli, szukając schronienia pośród paproci.
Lara została na środku polany sama. Kai stał parę metrów przed nią i wyglądał teraz, jakby połknął rozgrzany węgiel – cały czerwony, trzesący się i miotający w zdumieniu. Wyglądał, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z zamętu wokół i próbował jak najszybciej przetrawić informacje, których dojście do mózgu było na chwilę ścięte. Odkorkowany nagle kanał percepcji zakomunikował gulgotem i jękiem, nim jeszcze słowa wróciły do Kaia w całej mocy, żeby nie zbliżać się, bo czai się wróg.
Wróg zaś, poukrywany wśród gałęzi, a chyba i jeszcze w większej liczbie, szeleszczący teraz już ochoczo w krzakach poza polaną, dał o sobie znać w całej goblińskiej perfidności.
Inicjatywa:
Migdał 23 (raniony za 19; średnie rany)
Szczuj (Goblin) – 17
Drągal (G.) - 16
Szarpak (Goblin) – 15
Sziwi (G.) - 15
Lara – 13
Seweryn (poza polem walki – skrada się, nie słyszy na razie dźwięków batalii) – 12
Sylv – 11 (nie słyszy za bardzo co się dzieje – został przy koniach, więc nie podejmie akcji sam z siebie)
Piszczel (G.) - 11 [wkroczy do akcji w nast. rundzie; na razie nie atakował, zbliża się "z dalszych krzaków"]
Krug (G.) - 10
Urak (G.) - 9
Wirek (G.) - 9 [jak Piszczel powyżej]
Randal (poza polem walki – czeka w odwodzie, aby iść za Sewerynem [jeśli dobrze zrozumiałem]; słyszy jęki Migdała i jakieś poruszenie w oddali] - 9
Staruch (G.) - 7 (jak Piszczel powyżej)
Kai – 6 (w tej rundzie może już normalnie działać)
Brugo (G.) - 5
Marius – 2 (jeśli dobrze zrozumiałem – czeka w odwodzie i nie idzie z nikim (?); nie słyszy też co się dzieje) -
Runda druga na Polanie
Kto komu wchodził w zasadzkę, a kto na kogo się zasadzał było dla obserwatorów niejasnym. Pliszki, gile i makolągwy nie znały się w końcu na taktyce bojowej.
Jeśli pytać by uczestników, to tu obozy były dwa. Póki co.
W spojrzeniu goblinów, to pewnie one były tą szczwaną stroną, która miała dopaść zagubionych miękiszonów z doliny i do ludzkiego śniadania, dorzucić ludzki lunch. Patrząc jednak z innej perspektywy, kogoś kto znał już nieco skradające się trio, może to Lara, Migdał i Kai wtargnęli w leśny ostęp, by siać grozę i zniszczenie, a gobliny żyły dotąd po to tylko, by posłużyć bohaterom za rozgrzewkę dla mięśni?
Skrajności spojrzeń szybko przeszły radykalne zderzenie z rzeczywistością. Ostrzelany z paru stron Migdał zawdzięczał przetrwanie tyle refleksowi, co szczęściu. Jego desperacki skok przez paprocie zagwarantował mu ukrycie, ale gobliny nie strzelały, by odstraszyć. Strzelały, by zabić. Nie było cichej ucieczki. Zębate pokurcze chciały krwi.
Ale i Lara chciała teraz tego samego. Nie, nie należała do okrutnych, brutalnych czy krwiożerczych – mimo lawy w żyłach, panna Quatermain zwykle wybierała ścieżkę łagodności. Teraz jednak widziała, że w niebezpieczeństwie jest życie jej kompanów i jej.
Adrenalina zagrała jej sprawdzoną melodię, a ruchy przeszły na półświadomość. Dziewczyna nie panowała nad każdym swym krokiem, ani nie rejestrowała zmysłami każdego ruchu. Część rzeczy robiła bezwiednie, prowadzona impulsem.
Nie bacząc na grację przesadziła w paru susach barykadę ze zwalonego drzewa i dopadła cienistej gęstwiny, gdzie zieleń skrywała ją witkami niskich gałęzi. Nie wiedzieć nawet kiedy miała już odsypaną porcję prochu na strzał, a arkebuz opadł na gałąź przed nią równiutko, a niemal mimo woli. Kołysząca się gdzieś pod koroną niewielkiego buku goblińska sylwetka była na linii...
Rąbnęło i zahuczało aż echo zaniemówiło na chwilę, by przestraszone odpowiedzieć dudnieniem dopiero za moment. Strzał zahaczył pokurcza, bo i nie łatwo było go złowić pod osłoną gałęzi, ale tyle starczyło, by zwalić go z góry na ziemię. Rąbnięcie wyjącego z bólu zbójnika nie mogło równać się głośnością z palnięciem broni, jednak ziemia aż stęknęła po jego upadku.
On sam już więcej nie stękał, ani nawet nie przebierał nogami. Pierwszy trup i kolejne trofeum łowieckie pani doktor.
Choć huk był przerażający, a strzał nie pozostawiał wątpliwości, że strzelba dziewczyny to nie petarda, ani nakręcana zabawka, gobliny nie straciły rezonu. Część z uporem maniaka ostrzeliwała kryjącego się w zaroślach Migdała. Tropiciel skrył się głębiej i odpowiedział atakiem, ale miał strasznego pecha.
Akurat kiedy wystawił się na chwilę, by posłać strzałę w któregoś z łuczników z drugiej strony, sam trafił na cel snajpera. Szaropyski goblin, który krył się dotąd niedaleko Kaia, wyskoczył spod gałęzi i ruszył za bardem. W pół drogi przystanął jednak za osłoną ze zwalonych drzewek, wycelował i – do kroćset! - trafił paskudnie mimo dystansu, zrzucając Migdała z nóg, głębiej w osnowę paproci.
Kai przejąłby się losem kolegi, którego jęk sugerował solidne rąbnięcie, zapewne w brzuch, albo inne paskudnie bolesne miejsce, ale przejmować się trzeba było mieć czas. A on sam ledwo uszedł przed strzałą, którą posłał w niego jakiś dzikus z lewej. Bard spojrzał za nim, ale strzelec zaraz zniknął mu z oczu.
Norebo, bądź dzisiaj ze mną, pomyślał i zamiast dawać dyla w zarośla, zaryzykował. Nadal stojąc, ciągle w zasięgu wielu z rozstawionych po polanie rabusiów, Kai zaśpiewał.
Zaśpiewał nuty kołysanki, wznosząc głos na niesłyszane dotąd w puszczy rejestry. Choć kołysanka brzmiała znajomo Larze i Migdałowi, to równie znajomo brzmiała i skłębionym obok barda goblinom. Każdy pewnie powtórzyłby ją w słowach nuconych mu za dzieciaka. We własnym języku, we własnym akcencie, gwarze i rytmie.
Ale zaśpiew nie był zwykłym popisem. Wychodził poza język świata, wywracając jego powłokę na nice. Dowodem byli Brugo i Drągal (bo tak zwali się ci dwaj pechowcy), którzy mimo bitewnego zgiełku, przetarli nagle oczy i mgnienie tychże ciążących oczu później, leżeli na ziemi chrapiąc.
Kai uśmiechnął się kwaśno po ostatniej nucie – jak zawsze dumny z mocy, po którą dane mu było sięgać, ale rozczarowany, że czar nie posłał na poduszki całej czwórki goblinów, które były najbliżej.
Może ten jeden uśmiech to było dość nieuwagi, a może czego by bard nie robił i jak się nie starał, strzała z naprzeciwka i tak by go dosięgła. Stary, siwobrody goblin, który zjawił się na północnym skraju polany niejedno już widział i znał się na polowaniu. Celował w głowę i niewiele brakowało, a śpiewak skończyłby z wronią lotką wystającą z oczodołu.
Zamiast tego pocisk przeszedł obok, ale zahaczył muzyka o policzek i ucho, rozdzierając skórę i piekąc paskudnie. Adrenalina powinna stłumić ból, ale mimo tego twarz paliła jak żywym ogniem. Trucizna, pomyślał Kai i nie dając nikomu szans na poprawkę, dał drapaka za najbliższy świerk, chwytając się solidnej osłony.
Wychynął z niego tylko na moment, by zobaczyć goblina, który wcześniej trafił Migdała, zbliżającego się powoli, ale to wystarczyło. Nie dostał strzałą, toporkiem, ani sztyletem. Dostał spojrzeniem, które zwaliło się na bardowski umysł ciężarem zepchniętego ze schodów kredensu.
Kai znał już posmak tego umysłu, który namącił mu w głowie wcześniej nakazując wciągnąć kompanów w pułapkę. Szczwany, pewny siebie i dziwnie spokojny głos zostawiał ślad gdzieś na granicy świadomości, ale rozmywał się zaraz, zostawiając za sobą jedynie ból. Bard nie był pewny który z goblinów władał magią, ani czym była ta moc, ale rozgardiasz pod czaszką miał zaiste potężny.
Norebo, drogi mój, jesteś tam?, pomyślał, kuląc się z zimna, które przeszło go po ataku, odrętwiając członki. Przydałaby się z jedna szóstka na kościach.
Może tą szóstką mieli być kompani, którzy w oddali słyszeli wyraźnie wystrzał Lary i mogli przyjść w sukurs, a może rozwiązanie leżało po stronie samego Kaia. Ważne, by przeważyć szalę tej walki, póki było komu próbować.
Inicjatywa:
Migdał 23 (ciężko raniony za 31 - 19 w 1 rundzie; 12 w drugiej)
Szczuj (Goblin) – 17
Drągal (G.) - 16 (uśpiony przez Kaia)
Szarpak (Goblin) – 15
Lara – 13
Seweryn (poza polem walki – na skraju mapy) – 12
Sylv – 11 (orientuje się, co się dzieje, ale na razie nie ruszył jeszcze z akcją)
Piszczel (G.) - 11
Krug (G.) - 10
Urak (G.) - 9
Wirek (G.) - 9
Randal (poza polem walki – słyszał wystrzały, wnoszę że rusza za Sewerynem i zbliża się szybko) - 9
Staruch (G.) - 7
Kai – 6 (raniony fizycznie, a potem obrażenia psychiczne - 1/13 HP)
Brugo (G.) - 5 (uśpiony przez Kaia)
Marius – 2 (słyszał już wyraźnie wystrzał i wie, że ma miejsce jakaś walka - zostawiam do decyzji Gracza, co zrobi) -
Walka trwa...
Batalia na Leśnej Polanie, która być może dotąd nie była polaną żadną, ale przez wsiąkłą krew wojowników miała dorobić się dużych liter i własnego miana, szalała w pełni. Nikt w bliższej, a pewnie i dalszej okolicy nie mógł mieć już wątpliwości, że coś się dzieje. I to duże coś.
I nie dziwota, arkebuz Lary grał hucznie raz za razem. Strzelczyni nie pozwoliła sobie na oddech i pognała północną rubieżą polany, by zajść gobliny od tyłu. Walka na ukrywanie i kamuflaż toczyła się na całego, ale z dymiącą i dudniącą bronią nie łatwo było o kryjówkę.
Mimo tego akrobatyczny popis pani doktor, gdy pląsem w zaroślach zmyliła spojrzenia, pozwolił jej zaczaić się do kolejnego morderczego wystrzału. Huk, dym i kolejny trup. Rozbita kulą czaszka starego goblina zalała okolicę krwią, lejąc posoką niby z trąconego w nazbyt gwałtownym toaście kielicha.
Skupione wokół pokurcze wrzasnęły wściekle w swym nieludzkim, skrzekliwym narzeczu, ale – ku wielkiemu zdumieniu Lary (i niemałej uldze) – ich kontra nie wzięła kobiety na cel. Mimo posłanych jej złych spojrzeń, dzikusy skupiły się na ciągle czyhającym w paprociach Migdale i spróbowały ostrzelać jego, choć był dalej i lepiej ukryty.
Jeden z łuczników był bliski trafienia, które mogło rozłupać Migdała i odwrócić porządek walki, ale tropiciel – nawet skryty – starał się być w ruchu cały czas. Uniknął rozbijającej pniak obok strzały, a na pozostałe dwie, które przeleciały o dobrych parę stóp nad jego głową mógł sobie gwizdać.
Kai był w większych tarapatach, bo któryś ze strzelców posłał pocisk prosto w pień, za którym się chował. Bard mimo woli przesunął się na drugą stronę drzewa, kątem oka łypiąc w gęstwinę, gdzie ciągle czaiły się gotowe do ataku gobliny.
Dwa leżały uciemiężone snem, dwa padły martwe. Przewaga liczebna nadal jednak była po ich stronie, a Migdał i Kai byli bliżej tamtej strony niż dobrego zdrowia. Dudnienie podkutych butów Randala gdzieś z prawej strony niosło nadzieję… Oby tylko kompani biegali dość szybko!
Inicjatywa:
Migdał 23 (ciężko raniony za 31 - 19 w 1 rundzie; 12 w drugiej; w 3 nic)
Szczuj (Goblin) – 17
Drągal (G.) - 16 (uśpiony przez Kaia)
Szarpak (Goblin) – 15
Lara – 13
Seweryn (już dość blisko, już tuż-tuż) – 12
Sylv – 11 (Sylv rusza biegiem na pomoc)
Piszczel (G.) - 11
Krug (G.) - 10
Urak (G.) - 9
Wirek (G.) - 9
Randal (poza polem walki – słyszał wystrzały, wnoszę że rusza za Sewerynem i zbliża się szybko) - 9
Kai – 6 (raniony fizycznie, a potem obrażenia psychiczne - 1/13 HP)
Brugo (G.) - 5 (uśpiony przez Kaia)
Marius – 2 (z racji braku info od Brila, ale zakładając, że Marius kompanów w potrzebie by nie zostawił, słyszę go biegnącym) -
Lara Quatermain
Lara Quatermain nigdy nie ufała ciszy. Z jej doświadczenia im ciszej wokół, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś właśnie szykuje nóż, pazury albo strzałę. Kiedy więc skulona w paprociach nasłuchiwała, a jedynym dźwiękiem pozostawało bicie jej własnego serca i nieznośne oraz lepko-słodkie brzęczenie owadów, czuła jak jej ciało napina się samo, bez udziału woli.
Nauka nie uczyła, jak wytrzymywać w takiej chwili. Anatomia mówiła, że serce nie może tłuc jak oszalałe bez końca, a jednak tłukło. Archeologia przyzwyczaiła do ciszy wykopalisk, do rozgrzanej pustyni i czekania na odkrycie — ale ta cisza, leśna i oblepiona grozą, była innym rodzajem pustki. To cisza polująca. Tego nauczył ją Survival, w dużej mierze opanowany poprzez brutalną empirię, gdy jako rozbitek na wiele tygodni wylądowała na bezludnej wyspie.
Kiedy dostrzegła nadpieczoną nogę dziecka porzuconą w trawie jak byle ochłap, mdłości podniosły się jej w gardle szybciej, niż zdołała cokolwiek pomyśleć. Może i była medyczką, ale nadal pozostawała człowiekiem. Miała w sobie humanizm. Z tego samego powodu zawsze sądziła, że gobliny należy traktować nie jak zwierzynę łowną, ale jak przedstawicieli plemiennej kultury tradycyjno-nomadycznej — istoty rozumne, zdolne do własnych i odmiennych wyborów. Teraz jednak czuła tylko, że żołądek skręca się w supeł, a gniew rozgrzewa jej błękitną, zwykle zimną krew. Nie było w tym ani miejsca na antropologię, ani na uczone wywody. Była tylko zgroza i było obrzydzenie.
Zaraz potem strzały wbiły się w pierś Migdała jak pioruny. Lara nie pamiętała już, czy krzyknęła, czy od razu pobiegła. Jej ciało zadziałało szybciej niż rozum. Z gracją przeskoczyła zwalony pień, by moment później barkiem ocierać się o mech i korę, kiedy dłonie sypały proch na panewkę i ładowały arkebuz tak szybko, jakby ktoś inny nimi kierował. Nie była żołnierzem, nie szkolono jej na takie chwile, a jednak każda jej czynność była znajoma i natychmiastowa, jakby miała ją wdrukowaną głęboko pod skórą.
W końcu strzał wyrwał się z jej broni i wrył w las ogłuszającym hukiem, który zdusił ptasie głosy i w połączeniu z odrzutem wywołał w niej drżenie, sprawiając, że zadudniło jej w kościach. Blondynka zobaczyła, jak sylwetka goblina spada z gałęzi, zanim echo skończyło dudnić między pniami. Pierwsza krew. Pierwszy trup. Nie triumf, nie trofeum — tylko ciężar, który spadł w nią razem z tamtym ciałem.
Mimo hałasu gobliny nie zamilkły. Odpowiedziały deszczem strzał, sykiem w koronach i listowiu, wściekłym szelestem. Quatermain nie miała czasu, by odetchnąć ani się zawahać, latające pociski zmusiły ją do przyklęku. Kryła się w gęstwinie, drżąca i chłodna jak metal jej dwulufowego arkebuza, ale wewnątrz czuła już płonący obłęd adrenaliny. Każdy ruch był teraz półświadomy, jakby jej własny umysł cofnął się o krok, zostawiając ciału, by samo prowadziło walkę.
Skryte za okularami czarnookie spojrzenie z trudem odnalazło Kaia, który zamiast uciekać, śpiewał — głos niósł się przez polanę i łamał rzeczywistość jak szkło. Dwoje goblinów zapadło w sen, a Lara uświadomiła sobie dziwną, szarpaną wdzięczność: że w tej samej chwili, gdy ona zabija, ktoś obok potrafi usypiać. Śmierć i sen — dwie strony tej samej pieśni.
A potem strzała przecięła policzek barda, zaś Migdał skrył się w paprociach, ranny i dyszący, i Lara pojęła, że wkrótce może zostać sama na polanie. Sama, z bronią, z sercem dudniącym jak bęben wojenny, z wiedzą, że jej humanizm nie uratuje nikogo w chwili, gdy świat staje się pułapką.
Nie ufała ciszy. Tak, teraz wiedziała, że cisza wcale się nie skończyła — tylko zmieniła ton na świst, syk i huk. Stała w samym środku tej orkiestry i musiała zdecydować, czy pozwoli, by zagrała jej requiem, czy też dopisze własną nutę ognia i prochu.

Polana, ochrzczona krwią niczym herbowym atramentem, była dla pani doktor nie tylko sceną bitwy, ale żywym organizmem — pulsującym od huku, wrzasków i trzasku łamanych gałęzi. Widziała ją oczami medyka i archeolożki zarazem: jako pole, na którym historia pisała się w tej samej chwili, grotami strzał i ołowiem kul. Każdy jej krok, każdy huk arkebuza był wpisem do kroniki, której nikt nie miał jeszcze czasu spisywać, ale już czuła, że jest jej częścią.
Mimo rękawiczek palce paliły ją od żelaza i prochu, lecz adrenalina niosła dalej. Gdy sunęła zgrabnie północnym skrajem, wiedziała, że zdradza ją kłąb dymu za plecami, a jednak miała wrażenie, że ta właśnie gęstwina siarki i ognia była jej znakiem, jej sygnaturą. Gobliny podnosiły głosy, jakby prastary las wyrzucał z siebie chory bełkot, lecz nie patrzyły na nią — na razie. Może los, może ślepy przypadek, a może zwyczajny chaos potyczki sprawił, że ich spojrzenia kierowały się ku Migdałowi. Lara, schowana za krzakami, mogła na chwilę odetchnąć.
Drżące dłonie sięgnęły znów po ładunki. Ruchy miała nieco chaotyczne, ale powtarzała to, czego podczas safari uczyła się dniami: kurek, proch, patron, zablokowanie zamka. Nie zdążyła zastanowić się, co właściwie robi, bo sylwetka kolejnego celu osadziła jej się przed oczami. Ten goblin był stary, zgarbiony, z oczami matowymi jak kamienie rzeki, a jednak wciąż zbyt niebezpieczny, by zostawić go przy życiu.
Po oddaniu kolejnego strzału nie odwróciła wzroku od widoku krwi, która trysnęła spod roztrzaskanej czaszki. Spektakl był brutalny, ohydny, ale nie całkiem nieznajomy. Tkanka, kość, płyn ustrojowy, mięśnie: anatomia w ruchu, anatomia w rozpadzie. Znała te obrazy z sal wykładowych i z wykopalisk, gdzie szkielety leżały spokojne i martwe od stuleci, ale tu śmierć dopiero się wydarzała, kipiała jeszcze ciepłem. Ktoś inny by odwrócił wzrok. Ona nie chciała.
Dwa strzały, dwa trupy. A las wciąż żył, wciąż szeptał strzałami i sykiem wściekłych stworzeń. Śmierć nie uspokoiła niczego — była tylko początkiem dalszej furii. Świat wokół nie przestał być wrogi — wręcz przeciwnie, wydawało się, że drzewa szepczą teraz głośniej, a echo niesie jej czyny gdzieś dalej. Quatermain poczuła w gardle ciężar, jakby połknęła kamień. Pierwszy raz mógł być przypadkiem. Drugi był już wyborem. I tego wyboru nie dało się odwrócić.
Czuła narastające napięcie jak na smyczku skrzypiec — każdy kolejny strzał goblina mógł pęknąć melodię ich szans. Migdał, jakimś cudem wciąż jeszcze żywy, poruszał się z gracją tropiciela, ale greyhawkska strzelczyni widziała, jak blisko było do katastrofy: strzała roztrzaskująca pień tuż obok, kolejne dwa pociski syczące w powietrzu. A Kai, biedny Kai, nagle zmuszony do ruchu jak marionetka wypchnięta zza osłony — to wszystko pachniało klęską, niezależnie od jej odwagi i skuteczności, jeśli nikt nie przyjdzie pomoc.
I wtedy — ten dźwięk. Metaliczny, znajomy, dudniący rytm butów Randala, który przebił się przez chaos. Quatermain poczuła, jak coś w niej podnosi się do góry, jakby całe jej ciało stało się membraną bębna. Jeszcze chwila, a polana, ta świeżo nazwana, mogła zmienić miano z pola rzezi na pole zwycięstwa. Ale tylko, jeśli wszyscy utrzymają się jeszcze ten jeden oddech dłużej.
Była świadoma, że gra w wojnę i naukę jednocześnie. Każdy trup, każdy huk jej czarnoprochowca był materiałem dowodowym dla przyszłości. Zamierzała zebrać te obrazy jak artefakty, choćby w pamięci — bo doskonale wiedziała, że historia nie rodzi się tylko w świątyniach i na tronach, ale także w krzakach leśnej polany, gdzie odważna kobieta z arkebuzem mierzy prosto w goblina.
-
Krew nadal leje się wśród lasu...
Dowody odwagi w powszechnym ujęciu zwykle wiązały się z desperackimi szarżami, frontalnymi atakami, szalonymi skokami, albo innymi bitewnymi manewrami, którym zwykle towarzyszyły zacięte miny i dzikie krzyki. W ilustracji odwagi pewnie mało kto namalowałby szczupłego półelfiego sandalarza, który wychodzi na leśną polankę, aby wyśpiewać drzewom kołysankę.
A jednak, przyznaliby to wszyscy uczciwi ludzie odwagi, Kai miał tejże nieliche pokłady. Trzeba jej było sporo, żeby po oberwaniu strzałą, gdy wokół śmigały kolejne, a goblińskie wycia ścinały powietrze niegorzej niż wronie lotki, dalej próbować wyśpiewać sobie zwycięstwo.
Bard to zaś dokładnie robił – choć łeb bolał go jakby oklepywano go kijami na najcięższym kacu, wychylił się zza drzewa ponownie, by wbić głos w wysokie vibrato. I tym razem zawodzący zaśpiew zadziałał, a znajome melodie zgięły kolana dwóm szaroskórym karyplom.
Zamęt i skowyt tych, którzy ustali – mimo ich skrycia – pokazał, że morale zgięły się pod magią Kaia jak tatarak na wietrze. Migdał schwycił okazję, wychylił się na sekundę z napiętym łukiem i strzelił.
Zdążył już wcześniej pokazać się z dobrej strony przy tropieniu, ale teraz pokazał wreszcie od snajperskiej. Skryty za świerkową zasłoną goblin, który dybał w ataku na Larę, kwiknął pod pociskiem i przerażony zjechał po gałęziach na ziemię.
Miał więcej szczęścia niż zalegający obok nieboszczyk sprzed paru chwil, bo bardziej ześlizgnął się niż jednoznacznie zleciał z wysoka. Stękał teraz obolały, zaległy na kępie turzycy, ale musiał nie być jeszcze złamany do końca, bo zaciekłość w goblińskich przekleństwach, które rzucał mówiła, że ogień wciąż płonie.
To, że ostrzeliwane z hukiem i nokautowane pokurcze nie złamały się jeszcze, musiało mieć źródła poza ich wyjątkową zaciekłością czy apetytem na ludzinę. Po swojej stronie też mieli widać machera od czarowań i jego obecność dodawała im siły. Czy to za jego sprawą, czy przez idący od samej polany impuls, ale coś targnęlo nagle jednym z uśpionych niby napad epilepsji i czar prysł.
Zaraz potem dało się dostrzec jak jeden z kudłatych szaraków dobiega do miejsca, gdzie niedawno zaległ jego towarzysz i bez ceregieli, klepiąc na odlew, wyrywa następnego goblina z mrożącej drzemki.
Ten musiał mieć wyjątkowo płytki sen, bo wyskoczył zaraz z zarośli i jął mierzyć z łuku za celem, ale Migdał był już z powrotem w krzakach, więc uniknął pocisku. Obudzony też wolał go uniknąć, więc dostrzegając jakiś ruch w trawach od strony Lary, sam zaraz dał susa przypadając do osłony pniaka.
Ukrycia wcześniej szukał też Kai, który po ostatnim magicznym wyczynie przypadł do Matki Ziemi, licząc, że uniknie ostrzeliwania. Póki co miał rację, bo zniknął z pola widzenia najbliższych goblinów, ale słysząc gwałtowny tupot gdzieś od lewej, pożałował decyzji.
Goblin o szerokim, małpim pysku i drobnych, paciorkowatych oczach dobiegał do niego w pędzie, tym razem stawiając na walkę wręcz. Bard zobaczył w krótkich, żylastych łapach stwora dwa zakrwawione ostrza – ni to kordelasy, ni to maczety, ale bankowo narzędzia zbrodnicze i spragnione kontaktu z Kaiem.
Walka, w której każdy zdążył już przejechać się wizjami od triumfu ku beznadziei, znów była nierozstrzygnięta. Czas jednak nastał, by przemówiła Lara i jej dudniące narzędzie zguby.
Dziewczyna i tym razem zachowała zimną krew, choć pot na jej skroniach był zgrzany jak kamienie w saunie. Skoczyła, odmierzyła kroki jak w polonezie, wynurzyła się sypiąc proch pod kurek, palnęła nie wiadomo kiedy... I złożyła dopiero co powstałego ze snu pokurcza, zmieniając jego drzemkę na wieczne spoczywanie.
Jakby na sygnał wystrzału, spośród skrzydeł paproci wypłynął rozchwiany cień sunący w stronę przydybanego na ziemi Kaia. Bard, który w tych ułamkach dość już nałykał się strachu, przełknął ślinę i wierzgnął, próbując zebrać się z ziemi...
Bełt z gąszcza świsnął ścinając zieleń wokół i wydobywając ze skaczącego nad śpiewakiem goblina zwierzęcy jęk. Krew rozlała się na Kaia ciepłym strumieniem, a wściekłość wylała się z Szarpaka na zewnątrz w następującym ryku i skoku. Stwór przeskoczył barda młynkując ostrzami, ale cień spośród zieleni wpadł na niego jak zimowy podmuch.
Seweryn przeskoczył obok goblina, zostawiając go za sobą. Stopy zatupały tanecznie, gdy zmylony napastnik zawrócił, biorąc poprawkę na nowego przeciwnika. Najpierw zgrabnie, szybko, wyuczenie.
Ale następny krok zdrętwiał w pół ruchu, jakby żelazna żyłka ściągnęła mięśnie do tyłu. Szarpak zgiął się do przodu, zionął desperackim dechem, który zgęstniał nagle i zabulgotał. Łapy puściły broń, zwinęły się ku szyi, której tama puściła, rozlewając dookoła juchę z przeciętego precyzyjnie gardła. Goblin zwalił się z przerażeniem w szarych oczach, ale padając na Kaia, wierzgając jeszcze w ostatnim odruchu, nie widział już, ani nie czuł, co dzieje się wokół.
A działo się i kości losu zwalały się z jednej na drugą, miotane w te i we wte, niby pchła na psim ogonie. Śmierć Szarpaka ujęła goblinom ich najtęższego wojaka, ale w małym plemieniu duch jeszcze nie wygasł. Obolały, przeklinający jeszcze w swej plugawej mowie kurdupel, którego Migdał ustrzelił z drzewa, wychynął nagle w zasięgu wzroku Lary, przemykając wśród traw jak kuna.
Pani doktor mierzyła go badawczo znad okularów, cały czas w ruchu, z dymiącym arkebuzem, szykująca się na kolejną pozycję i na kolejny wystrzał. Ciekawe, że nie ruszyły na mnie wcześniej, pomyślała z goryczą. W spojrzeniu mieszała się obawa i rozdygotana kpina tych odważnych, którzy wiedzą, że dumniej jest wzruszyć ramionami wobec tego, co nieuniknione niż bawić się w błagania i pacierze. Wiedziała już, że nie zdąży, choć skoczyła jeszcze...
Strzał spośród traw uderzył w nią miękkim plaśnięciem i zgasił jej światło. Alabastrowa figurka damy padła na piach i igliwie, pokazując światu, że pod bladą skórą płynie krew jak każda inna. Gęsta, ciepła i szalenie spragniona wydostać się na zewnątrz.
Seweryn nie zauważył nawet upadku Lary, choć tryumfalny krzyk goblinów mógł podpowiadać, że ona albo Migdał oberwali lub zginęli. Nie sposób jednak było cokolwiek powiedzieć. Medyk sam kucnął znienacka, o moment za późno dostrzegając lecący ku niemu pocisk, tym razem gdzieś od lewej.
Miał szczęście, że goblin nie wymierzył dobrze, bo strzała zaświszczała tylko koło uszu i palnęła w pniak w tle. Gorzej, że kiedy przyszło wychynąć, by zobaczyć skąd nadeszło uderzenie, po strzelcu nie było ani śladu.
Randal, Sylv, a w oddali jeszcze Marius nadbiegali z odsieczą i przewaga Czarnych Wrót nad czarnymi Wronimi Skrzydłami robiła się wyraźna, ale każda ze stron wciąż miała jeszcze parę kart na ręku. W tym własne asy. Kai zbierał się teraz, by zagrać własne rozdanie.
Inicjatywa:
Migdał 23 (ciężko raniony za 31 - 19 w 1 rundzie; 12 w drugiej; w 3 nic / sam mocno trafia Kruga)
Szczuj (Goblin) – 17 (budzi Drągala)
Drągal (G.) - 16 (wstaje + nieudany atak)
Szarpak (Goblin) – 15 (zbliża się do Kaia, ale nie zdążył zaatakować w tej rundzie) <- zabity przez Seweryna
Lara – 13 (strzela, trafia, zabija Bruga) Znokautowana (-2 hp) przez Kruga
Seweryn (już dość blisko, już tuż-tuż) – 12 -> Zabił Szarpaka
Sylv – 11 (dobiegł na 'planszę')
Piszczel (G.) - 11 -> śpi
Krug (G.) - 10 (prone po strąceniu przez Migdała) -> wstaje i atakuje (skutecznie) Larę
Urak (G.) - 9 -> śpi
Wirek (G.) - 9 -> atakuje Seweryna, ale pudłuje, następnie udane Hide
Randal (jest już blisko) - 9
Kai – 6 (raniony fizycznie, a potem obrażenia psychiczne - 1/13 HP) - Twoja kolej!
Marius – 2 (z racji braku info od Brila, ale zakładając, że Marius kompanów w potrzebie by nie zostawił, słyszę go biegnącym)