Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
U bram raju
PaniczP
Panicz jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
BrilchanB
Brilchan jako
Marius Utopiec
MikeM
Mike jako
Randal Bronson
TomaszKT
TomaszK jako
Ballo Białe Serce
Pan ElfP
Pan Elf jako
Morwen
RewikR
Rewik jako
Seweryn Drachenwulf
eToE
eTo jako
Hazar Baraz-Felak

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
77 Posty 8 Uczestników 1.9k Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz jako Mistrz Gry
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #65

    Eksploratorzy Ścieżki wreszcie mieli spokojną chwilę, by nachłonąć się jej uroków. Oświetlany falującymi jęzorami pochodni lazaret nie robił może takiego wrażenia, jak główna hala czy przedsionek, gdzie skala i majestat przytłaczały, ale dla otwartych umysłów był kopalnią wrażeń.

    Seweryn i Lara z podziwem i ciekawością przypatrywali się zapomnianym rozwiązaniom medycyny – rozerwanym przez czas i gubiącym znaczenie, ale ciągle praktycznym i zmuszającym do pokory wobec własnej niewiedzy. Dla Lary każdy krok na Ścieżce był przeżyciem sam w sobie, więc kiedy dwie życiowe pasje zbiegały się w jedną, jak tu, gdzie archeologia wchodziła w wymiar medyczny, zachwyt był nie do ukrycia. Młoda pani doktor zwykle trzymała rezon i mimo pogodnego usposobienia, zwykle nie dawała po sobie poznać głębokich emocji. Tu jednak rozanieliła się zupełnie i widać było, że oczy jej płoną, czyniąc jej jasne lica jeszcze jaśniejszymi od wewnętrznego blasku spełnienia i radości.

    Eutalo i doktor Quolleb sami też nie stronili od zachwytów, choć w ich wypadku miały one wymiar raczej mruczany, gdy obaj odczytywali reliefy na ścianach, studiowali pudełka po lekach i przeglądali rebusy zatartych przez czas kart pacjentów. Radość obu przeszła z pomruków w jawne, ekspresyjne i pełnozdaniowe zachwyty, gdy pod zmarniałym, skórzanym pudłem robiącym za ochronę od kurzu, znaleziono skromną biblioteczkę z paroma księgami.

    Woluminy zainteresowały wielu, ale tym łasym na magię, nadzieje odebrała doktor Quatermain.

    – To klasyki, ale bardzo powszechne. "Chorób i dewiacyi opisanie" w trzech tomach, zbiorowa praca ze schyłku Imperium. Jest sporo kopii, które dotarły za Piece jeszcze przed zagładą Suelii.

    – Jest i inny klasyk. – Doktor Quolleb nałożył na dłonie skórzane, pachnące świeżością rękawiczki. – "Magia w służbie życia" Siostry Yallindy. Wiele przepisań okrążyło już świat, ale oryginalnych edycji zachowało się pewnie tylko kilka.

    – To jest coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej... – Lara złożyła oręż na posłaniu jednego ze szpitalnych łóżek i z bliska, jakby pochylała się nad dziecięciem, wodziła wzrokiem po każdym detalu obwoluty ostatniej z ksiąg. – "Anestetyka operacyjna w praktyce"... Och Lydio, co za znalezisko!

    Seweryn chłonął nazwy ksiąg jak religijne hymny, upragniony wiedzy, którą skrywały. Zżymał się na nieznajomość języka dającego takie możliwości, ale nie gasił ducha. W pościgu za doskonaleniem był gotów nauczyć się choćby i meficiego świergotu czy bulgotania Mariusa, więc jak będzie trzeba, da sobie radę i z antycznym suelskim.

    Wiedział, że starożytnym księgom należy się wyjątkowa opieka i szacunek, więc dał historykom je zabezpieczyć, a sam zrobił staranny obchód sali. Razem z Ballo spotkali się przy ostatnim niesprawdzonym jeszcze posłaniu i obaj zdziwili się, kiedy ściągnięcie płachty z łóżka odsłoniło jedynego w lazarecie trupa.

    – Nie pomogła i dawna magia. – Mnich szybko zlustrował leżący szkielet, znajdując źródła jego szkieletowości. – Spójrz jak potężnie oberwał. Kości żeber pogruchotane, nawet miednica naruszona. Ciekawe skąd taki uraz...

    – Z polowania – stwierdził bez cienia wątpliwości Seweryn. Złamania pasowały do starcia ze zwierzem, ale mogły być i czym innym. To torba z rzeczami pacjenta złożona na szafce obok dawała medykowi tę pewność. – Myśliwy. Spójrz...

    Drachenwulf wydobył z brązowej haftowanej torby niedużą myśliwską kuszę z misternym odgórnym naciągiem i celownikiem, długi – posrebrzany i pordzewiały – nóż do oprawiania mięsa i dwie srebrne kulawki w kształcie głów dzika.

    – To pewnie dzik go tak urządził – skonstatował cyrulik. – Ale ciekawe, że leży tu jako jedyny... Reszta stanowisk wygląda na w miarę ułożone... Nikt chyba nie uciekał stąd na ostatni moment, zanim rozpętało seię piekło. A on...

    – Albo nie dożył i nie mieli już kiedy go zgarnąć, gdy sami się stąd zbierali... – Ballo podłapał wątek Seweryna i czuł, że rozumie do czego zmierza medykus. – Albo odeszli i umierał tu już sam. Bez nikogo.

    – A propos sam czy z kimś... - Randal syknął głośno i pokazał całej grupie palcem na ustach, żeby ściszyła rozmowy. – Słyszycie? Ktoś się zbliża.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • MikeM Niedostępny
      MikeM Niedostępny
      Mike jako Randal Bronson
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #66

      Paladyn dobył ostrożnie broni, by zgrzytem ostrza nie zaradzić się przybyszowi lub przybyszom.
      Gestem dał znać tym co blisko drzwi stali, by odsunęli się od nich. Sam stanął niedaleko wejścia z tarczą i mieczem w pogotowiu.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz jako Mistrz Gry
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #67

        Chmura kurzu i pyłu wzbiła się nad wydeptany plac rozładunkowy, otaczając miotającego się mefita naturalną osłoną. Wiszący wysoko nad nim kamraci hałasowali coś po swojemu, ni to w mowie, ni to w ptasim jazgocie. Może obawiali się zlecieć w zasięg kusz i łuków. Może liczyli, że kompan jakoś wykaraska się z tarapatów. Może skreślili go już, przekonani, że zestrzelony na ziemię nie ma szans.

        Mefici obłok wydłużał cień góry, kołysząc się na wietrze. Widzieli jak łysy biegnie do dymiącego niebożęcia, a za nim kolejni, zamieniający kusze na drągi i dyszle od wozów. Diablik w dole próbował wzlecieć w ostatnim desperackim podskoku, ale zawisł nisko nad ziemią i opadł w piach.

        Łysol zamachnął się sękatą pałą, ale stwór miał jeszcze dla niego niespodziankę. Żrący ukrop buchnął po rękach i twarzy zbrojnego. Odwagę przypłacił bólem, który zgiął go do ziemi i wyrwał mu z gardła jęk, który aż zatrząsł doliną. Jęk, a później syczący stek przekleństw.

        – Łapajta go! – ryknął Kurze zwany Kudłaczem, ale o siatkach i sznurach nikt nie pomyślał. Chłopy sięgnęły po oręż do okładania i tłuczenia. Mefit odskakiwał pokracznie od powalonego wąsacza, który tarzał się w piachu, ale nie miał gdzie umknąć. Uderzenia spadły na niego serią.

        Żelazny pachołek rozbił mu czaszkę jak gliniany dzbanek, drewniana laga przybiła ciało do ziemi, potłukła żebra, złamała kości. Ktoś wskoczył na gasnącego stworka oboma nogami, spadając na cherlaka ciężarem prawie dwóch cetnarów.

        Wrzask. Pisk. Jazgot. Nietoperzy obłok na niebie zaszumiał i zadymił, zaczynając wirować wokół niewidocznego punktu niby karuzela. Mefity rozpędziły się i runęły w dół, spluwając z góry żrącą, smolistą wydzieliną. Ale ich hałas nie był najgłośniejszy.

        Skupieni wokół ubijanego mefita poczuli jak powietrze pod nimi na raz robi się niebezpiecznie gorące i suche, ale tylko ci stojący dalej, którym nie dane bylo posmakować obijania stworka zdołali uskoczyć. Trójka zebranych najbliżej poczuła pęd, gorąco, nieludzki huk, a po wszystkim, po tych zbitych w sekwencję chaosu ułamkach sekund, rwący ból.

        Mefit wybuchnął, tak jak przewidywała Morwen i jej książka, rozerwany pośmiertną eksplozją, która poniosła ciepłą krew, lepkie szczątki i bulgoczącą czarną maź na kilkadziesiąt stóp wokół.

        Ranni obrońcy Ścieżki gramolili się z ziemi, dysząc i klnąc. Dwaj byli boleśnie poparzeni, ale oberwali 'płytko', ledwie po fragmentach odkrytej skóry. Trzeci, chłop wielki jak tur, wił się wśród pyłu, rycząc niby dziki zwierz. Przy morderczym skoku wystawił się na wybuch, który epicentrum miał w okolicach jego krocza.

        Meficia zemsta spadała teraz z góry seriami bombardowań, ale zbrojni pochowali się przed wyziewami stworków pod wozami. Żywiołakom brakowało celności, a niektórym odwagi, by zlecieć dość nisko i wymierzyć, bo paru strażników – w tym poparzony wcześniej łysol od drożdżówki – złapało za łuki i szyło byle szybciej za dymiącymi diabłami.

        – Łapać je... - Kudłacz zreflektował się, że pomysł był głupkowato niepraktyczny i szybko poprawił. – Gonić je, przegonić! Byle z dala od wioski!

        Tu sierżant mówił już bardziej z sensem, bo diabliki rzeczywiście były żądne zemsty za śmierć druha, ale i tchórzliwe, stroniły od bezpośredniej konfrontacji, więc za nowy kierunek obrały zabudowania Czarnych Wrót. Na początku wzbiły się wysoko, uciekając przed pościgiem strzał, ale potem zniżyły lot nad dachy i klepiska pośród budynków. Jazgotały, wyły i czasem – widać ograniczone w swej mocy – pluły na to, co akurat przelatywało pod spodem.

        Strażnicza brać ruszyła za ulatującymi rozbójnikami, strzelając chyba bardziej dla postrachu niż realnej próby ustrzelenia czegokolwiek. Pogoń miała sens, gdy goniony uciekał, a tutaj porządek póki co działał. Mefity nie czmychnęły za górę, ani na wschodnie wydmy, rozbijając się po wiosce chaotycznym korowodem, ale korowodem, który starał się trzymać jak najdalej od pościgu.

        Gdzie zaś kota nie ma, myszy harcują. Wzbierający za barierkami broniącymi wejścia na Ścieżkę tłumek obserwatorów w końcu doczekał swojej chwili. Byli w nim różni ludzie. Tacy, którzy lubią patrzeć, ciekawić się i gadać. Byli tacy, którzy sami nie garną się do akcji, ale dać im tylko otuchy rykiem tłumu i lichą prowokacją, a pomkną i w przepaść. A byli i ci – sprawcy historii i nieszczęść – którzy działali, kiedy tylko się dało. Albo i czasem, gdy nie wolno i nie można.

        Ci nie martwili się, co będzie potem.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • eToE Niedostępny
          eToE Niedostępny
          eTo jako Hazar Baraz-Felak
          napisał(a) ostatnio edytowany przez eTo
          #68

          Hazar słysząc ostrzeżenie nie próżnował tylko brał się do roboty.
          - Szwar… - rzekł półtonem aby zwrócić na siebie uwagę problematycznego górnika. Jednocześnie głownię młota położył na swoim drugim ramieniu tak aby mieć dłoń na tyle blisko brody żeby położyć palec wskazujący na ustach. Pokazując górnikowi gestem aby był cicho i się pilnował patrzył mu jednocześnie prosto w oczy.
          Następnie spokojnie, aby wydawać jak najmniej dźwięków, wziął przykład z paladyna przemieszczając się w dogodne miejsce do obrony, zasłonił się tarczą będąc w defensywnej postawie i gotowości do dalszego działania w miarę potrzeb.

          "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
          "- You can't let them run around inside of dead people!

          • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz jako Mistrz Gry
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
            #69

            Mefity mknęły ponad miasteczkiem, wściekle napędzając własną wściekłość, która spadała na oprawców ich współbrata żrącymi charchami. Merkuryjne ze swej natury, nie potrafiły jednak trwać długo w żadnym stanie. Wzburzenie czy rozkosz, każde uniesienie przechodziło przez nie falą gwałtowną, wysoką i niedługo później nieodróżnialną w niepamięci od innych.

            Pęd, gwizd w uszach i zabawa. Wolność, nareszcie i znów. Niebo inne niż wcześniej, ale ciągle błękitne. Nie w dole, nie z boków, ale przynajmniej w górze, rozciągnięte wysoko, ogrzewające i oświetlające wszystko świetlistym krążkiem ponad. Skrzydła trzepotały, stado frunęło w jedności, świat pachniał kurzem i nieznaną słodyczą. Zabudowania malały, a błękit rósł.

            ***

            Pędzili i nie było mowy o ciszy. Nie krzyczeli, nie dodawali sobie animuszu rykiem, ani nie gadali. Korytarze Ścieżki niosły jednak kroki zmiennym echem, raz wznosząc tupot butów do scenicznego staccato, raz zniżając do opóźnionego pomruku. Biegli i biegli inaczej niż reszta.

            Przebyli barierę, która wcześniej stała niewzruszona na wszelkie inżynieryjne czy górnicze starania. Odsunięta magią, otwierała półmrok z wątłymi pochodniami na nowy obraz. Ogromny, przestronny hall, gdzie światło jaśniało jak w balowej sali.

            Wpadli na miejsce z bronią w ręku, wyglądając zagrożenia, którego czekali. Czy fruwające diabelstwa uszły ekspedycji czy ekspedycja padła ich łupem? Przetrwali i teraz trio szło im w sukurs, czy przyjdzie im zbierać zwłoki do wytaszczenia w piach Doliny?

            Pęd zwolnił, dech zelżał, a nawleczona na właściwą ścieżkę wątpliwość ułożyła się w zrozumienie. Randal i Hazar czekali daleko na przedzie, a przy nich, szykując fuzję na przybycie nieznanego, szykowała się znana im doktor Lara. Im bliżej byli, tym lepiej dostrzegali i kojarzyli kolejne twarze zdobywców Ścieżki.

            ***

            — Ha! – Ballo pokręcił głową na nadejście przybyszów, uspokojony rezultatem. Czuł jak przez wszystkich wokół przepływają emocje i czytał zmiany na twarzach, zawsze na swój sposób zaciekawiony barwnością ludzkiej ekspresji i plastycznością ludzkiego ducha, gdy nie mógł skryć się pod rolą. – Narobiliście nam stracha!

            Varlund, ten najwyższy, idący na czele trójki, odmachał im z daleka, ale nie odpowiedział. Drugi, masywny i ścięto na krótko aż świeciła mu glaca, coś chciał odkrzyknąć, ale sierżant pokazał mu palcem na ustach, żeby się ściszył.

            Varlund był przezorny i nie przypadkiem sierżantował oddziałom we Wrotach. Znał zasady pola bitwy i znał zasady podchodów. Niejedną przeżył wycieczkę, niejeden podchód i niejedną zasadzkę, którą sam stawiał. Mimo dekad na karku, wzrok miał dobry i szybko reagował na to, co wymagało reakcji. Zachwyty nad ogromem hali i jej kunsztem zostawiał sobie na potem. Majaczące w oddali złoto i kryształy – czym były i czy były naprawdę (bo zwykł w swym wąsatym podejściu w nic nie dowierzać, dopóki w garści nie leży) – zostawiał na dalekie później.

            Teraz szare, okrążone zmarszczkami, ale dalej żywo krające przestrzeń oczy żołnierza szybko złowiły potencjalne zagrożenie. Żywe zbroje poruszyły się na wejście nowych aktorów, ale poruszyły tylko na moment. Jakby tknął je drobny impuls, który przeszedł bokiem i nie miał siły tchnąć w nie już więcej życia. Albo jakby pancerze zaczaiły się drapieżnie. Jak któreś z tych morskich gatunków, gdzie wcześniejsze mignięcie, łowiecki falstart, mogło być ledwie muśnięciem fali czy czymś w podobie, a teraz nie sposób dojść, co i czy cokolwiek wokół się poruszyło. Nim poruszy się znowu, by uderzyć, gdy ofiara będzie blisko.

            Ale Varlund nie był łatwą ofiarą. A pod jego przewodnictwem, nie mogli być ani Grebo, ani Bolvar. Obaj znani reszcie wycieczki, weterani poprzedniego wypadu na Ścieżkę, gdzie drużynie przyszło ściąć się z kościogryzami. Ten pierwszy nie raz dzielił już plac boju z Randalem i pozostałymi, a drugi – wyratowany przez Seweryna, choć metody ratunku (skryte za tajemnicą lekarską) mogły być dla wielu kontrowersyjne – miał wobec grupy osobisty dług wdzięczności. Mieli służyć ekspedycji wsparciem, ale poinstruowani przez doktora Quolleba zostali z tyłu.

            Mefici wylot z czeluści Ścieżki był bodźcem, którego nie mogli zlekceważyć i kiedy reszta strażników warujących pod wejściem rzuciła się strzelać do diablików, oni na komendę Varlunda, ruszyli w głąb korytarzy. Teraz na miejscu, już obok kompanów, ominąwszy podejrzane zbroje z daleka, zbrojni złączyli się w jeden oddział.

            — Jesteście, widzę, cali. Dobrze, dobrze. – Sierżant uśmiechnął się półgębkiem do Bronsona, ale pytającym okiem powiódł za Mariusem, którego kojarzył już jako niezłego szaławiłę. Kapłan też był jednak, na razie, w jednym kawałku. – Co to żeście tu znaleźli? To co wyleciało, te diabły, to od was?

            — Mefity – wyjaśniła Morwen. – Coś je tu wezwało i wyrwały się na zewnątrz.

            Czarownica mówiła oględnie, słabiej znając żołnierza, niepewna czy warto zdradzać mu całość historii. Dogadali się ze stworkami czy nie dogadali, dla zewnętrznego świata było tajemnicą. I mogło nią pozostać, jeśli tylko języki nie będą paplać.

            — Więcej tu tego? – dopytał zbrojny. – Bo rozleciało się to-to po wiosce, chłopy poleciały gonić, strzelać. Może na wejściu trza by jakąś sieć założyć albo co… Kto wie, co tu jeszcze może wyleźć, jakiego tu zwierzyńca Starzy nie skryli…

            - Na razie powinien być spokój – zaraportował Randal. – Poradzą tam sobie z tymi mefitami?

            - Ta, co sobie by mieli nie poradzić – uspokoił Varlund. – Bałem się, że to-to ogniem zieje, ale nie… Pluje jakim kwasem czy czym, ale dachu nie zapali. Zresztą, pewno te mefiti już spierdolili, bo chyba uciec bardziej chciały niż polować. Zresztą, duże chłopy na robocie, wiedzą jaki ryzyk jest.

            - Ano – potwierdził Bolo, który – raz już prawie ubity - obecnością na Ścieżce dowodził, że wchodzący tutaj (jak i służący wokół), odwagi muszą mieć obfitość.

            ***

            - Goń cholerę! – krzyczał łucznik w biegu, chowając się za winklem drewniaka, gdzie składowano narzędzia. – Walić jeszcze!

            Łysy był żwawy i miał dobre oko, więc mimo rosnącego dystansu do diablików, utrafił jeszcze jednego, prując mu kawałek skrzydła. W całym tym popłochu i pogoni, ktoś jeszcze chyba trafił drugiego, a może i dziabnęli trzeciego. Dziabnęli, skubnęli, ale żaden smołopluj nie spadł już na ziemię i bombardująca Wrota chmura była już coraz dalej, nad wydmami na wschodzie.

            Żołnierz i paru druhów wokół wypadli za skraj wioski, odprowadzając zagrożenie wzrokiem. Stwory narobiły rabanu i poraniły parę osób, ale chyba nikogo nie zabiły. Krzyki z tyłu sugerowały, że bez ofiar się jednak nie obeszło, bo były to te z kategorii bolesnych, a nie jedynie zbolałych na straty w postaci dziur w dachu czy porwanego prania.

            Zbrojni cofnęli się, ale część tych z tyłu już tutaj była, pomagając paru rannym i ogarniając panikę tłumu. Na twardo i zdecydowanie, jeśli panika nazbyt się rozpychała. Na miejscu był już brat Karl, który opatrywał poszkodowanych i zawiadywał pomocą, a służba od Żelaznych przysłała własnych medyków.

            - Kto został pod Ścieżką? – syknął Owain Graft, który zjawił się na miejscu nie wiadomo skąd i kiedy. – Migiem tam!

            Szeryf zakomenderował oddział i na raz stróżować u wejścia byli gotowi wszyscy, ale dowódca szybko posortował ludzi spojrzeniem, oddzielając kto ma zostać, a kto ruszać. Kudłacz i paru innych ruszyli w górę, zostawiając dochodzącą do siebie wioskę w dobrych rękach.

            ***

            - Chodźmy dalej, Sewerynie. – Lara machnęła na kolegę po fachu, samemu niechętnie opuszczając pomieszczenie lazaretu, gdzie było tyle do oglądania i oceny. – Czekają już.

            Medyk był łasy na księgi z suelskiej biblioteki, ale na koniec przeglądu sali znalazł coś jeszcze. Stację w skrajnym rogu, gdzie szykowano utensylia i medykamenty, dopełniało stanowisko odkażania i anestezji. W marmurowym kaflu wstawionym w ściennej wnęce, miały swoje stałe miejsce dwie misy czy czarki. Konstrukcja była stała, ale gdyby tak… Kafel z wgłębieniami podobnymi kropielnicom pewnie dałoby radę wydobyć…

            Wcześniejsza szybka ocena Morwen, potwierdzona przez zachwycającego się kuriozum Eutalo, mówiła o magicznej naturze medycznego aspersorium. Jedna misa była pełna czystego alkoholu, a druga skroplonego eteru. Już sam fakt, że ten drugi kołysał się w czarce bez wieka i pozostawał stabilny – mimo nie dni, a wieków za sobą – dowodził, że jest tu niezwykłość.

            Gryzący zapach alkoholu i słodkawa woń eteru przenikały się, ale nie wzbierały. Seweryn i Lara bezbłędnie rozpoznali aromaty już wcześniej, mając się na baczności, jednak i tym razem magia wzięła fizyczne niebezpieczeństwa w karby. Jak działała? Czy obie misy były zmrożone w jakimś pozaczasowym stadium, które zachowało zasoby, czy może działało jeszcze coś więcej, utrzymując w nich stały, nieskończony i wiecznie odnawialny chemiczny rezerwuar obu cieczy?

            - Oho, znów kogoś słychać – ocenił Randal. Najpierw usłyszeli jego słowa, ale niedługo potem usłyszeli dudnienie butów. Nie trzech, nie czterech. Musiało być ich więcej.

            * * *

            Gnali, a gnali tym pędem szansy i rabunku, który pewnie niemniejszy jest od tego zasilanego grozą i walką o życie. To zresztą też była, w pewnym rozumieniu, walka o życie. O lepsze życie.

            Kto nie musiał kraść, aby przeżyć, bić się o chleb, albo odpychać słabszych, by samemu się najeść, nie oceniał tak łatwo. Albo i oceniał. Wspólnota doświadczeń jednych otwierała, a innych przeciwnie, impregnowała na empatię, uświadamiając, że wokół wielu jest twardych i bezwzględnych, zostawiając litość i wątpliwość głupcom.

            Teraz wprawdzie nie walczyli o chleb i przeżycie. Bili się o lepsze życie. O pełniejsze życie. O bogactwo. Spełnienie. Zamożność. To po to przyjechali w te strony. Naobiecywano im tak wiele, że realia musiały rozczarować nawet tych, którzy trafili dobrze. A przynajmniej tych, którzy tu byli.

            Ci byli łasi na szansę. Ci mieli wieczny niedosyt. Przedsiębiorczą żyłkę. Smak na przygodę. Awanturniczego ducha. Sprzeciw wobec losu. Bunt wobec władzy. Dziką zachłanność. Zwierzęcy głód. Lata wyrzeczeń. Wrodzoną chciwość. Pragnienie zmiany. Wszystkie powyższe.

            Opuszczenie posterunku przez strażników zrodziło szansę, jakiej zlepiona okolicznością grupa nie mogła przepuścić. Większość się znała, pijąc razem, albo kojarząc się przynajmniej z Górniczej Doli. Byli tu robotnicy i obozowe ciury. Byli górnicy. Była miasteczkowa swołocz w postaci zbirów, ciągnących do okazji jak sępy. Była nawet jedna z dziewczyn z zamtuza, która stwierdziła, że skoro jest na wolnym, to i ona skorzysta. Był kuchenny z Górnika i woźnica z Kotła.

            Na końcu zaś, za wszystkimi, biegła jeszcze jedna postać, która odróżniała się od reszty nader wydatnie. Tak pewnie fizycznie, jak i motywacjami swojego biegu.

            Biegli jednak i hałasowali. Ci na przedzie, weseli i niesieni szansą. Wiedzieli, że muszą gnać. Wiedzieli, że może się udać lub nie. Że mogą coś tu buchnąć, albo nie. Że może zbiorą razy od zbrojnych na wylocie, a może zdążą czmychnąć. Że wywalczą sobie drogę – naiwni – na zewnątrz. Albo nawet dadzą się obić i obszukać, ale zawsze coś się przemyci. Ci, którzy znali więzienie i biedę mieli swoje metody.

            A jeden kamień… Jeden lśniący kamień czy złoty kawałek mógł odmieniać losy całych rodzin.

            ***

            - Co do chuja… - Varlund kuszę miał już w razie czego naszykowaną, uczony życiem, że lepiej mieć niż nie, ale ataku się nie spodziewał. Nadejścia stada rozpędzonych zadymiarzy też nie.

            - O nie! – jęknęła Lara, widząc już co się święci.

            - Stać! – ryknął Randal. – Stać, to rozkaz!

            Tych paru najszybszych nie stanęło. Jeden raptem. Kuchcik z Górnika, Birgo. Ten trochę się wystraszył, tak ogromu komnaty, jak i wojskowej komendy. Może niepotrzebnie tu lazł? Co go, do jasnej cholery, podkusiło by biec tu za tymi zbójami?

            Ale reszta nie zwolniła. Zbiegli po schodach i przesadzili skokiem nad rozwalonymi ławami, skrzyniami i wypluwką Wielkiego Dechu, która przyniosła mefity, gruz i kawałki metalu.

            Jeden, chudy, żylasty i wytatuowany knypek bez lewej dłoni, przystanął wcześniej niż tamci, zgarniając z ziemi jakąś błyszczącą blaszkę czy monetę. Syknął zaraz na własną głupotę, zły na porzekadło o wróblu w garści.

            Na chuj mu wróbel, jak reszta pruła dalej, a tam świecił się cały wózek z jakimi diamentami czy czym tam?

            - Älkää hyökätkö! – krzyknęła Lara. Krzyknęła dość głośno, ale widać… Nie dość? Czy może zbroje miały jednak przestrzeń na własną interpretację poleceń?

            Złoty emaliowany pancerz skoczył jak pstrąg, wyciskając ze swego skrępowania ile się dało. Starczyło. Więzy miały dać obejść zbroję z daleka, a nie obwiązać ją niby bandaże mumię, więc Rurik nie miał szczęścia.

            Złota sylwetka wypadła na niego szczupakiem, zwalając wieloletniego pensjonariusza zakładów karnych Wolnej Ligi, a obecnie pomocnika murarza, raz a porządnie na glebę. Zbroja ścięła biegacza mocno, padając z hukiem, ale skrępowana tylko metalem, a nie tchem czy tętnem, nie potrzebowała dochodzić do siebie. Poprawiła od razu. Ciosy żelaznych rękawic były zabójcze.

            - Na Kurella! – jęknął Dibruk, który był najbliżej kolegi od kieliszka. – Norebo, broń mnie!

            Biedak zbladł jak papier i aż pociemniało mu w oczach, gdy żywy manekin poderwał się w jego kierunku, smagając po łydce wyciągniętą do granic konstrukcji dłonią. Etatowy cieśla, a w wielu przerwach od zawodu zapalony karciarz i szuler, potknął się i przerażony poszurał tyłkiem po ziemi, oddalając się od pancerza.

            Pancerz był ciągle na uwięzi, ale rozochocony rozbiciem czaszki Rurika na miazgę, wyrywał się teraz naprzód jak wściekły pies na łańcuchu. Pozostałe zbroje, które dotąd jeszcze nie miały zdobyczy w zasięgu, także zabrały się do siłowania z niewolą, prąc ku swobodzie.

            Jedna, może mocniejsza duchem, a może słabiej skrępowana, zerwała się z ziemi i ciągle w okowach, zaczęła doskakiwać bliżej środka sali z całym ciężarem ciągnionej za sobą kamiennej ławy. Ci słabszego ducha, którzy widzieli, co zaszło, skręcili daleko w bok. Na lewo, aż na skraj hali.

            Kilku szybszych i nawykłych do śmierci, biegło już dalej. Tym marzyło się napchanie kierman suelskim złotem. Zbroje biły nie inaczej niż buławy strażników, gdy złapać człeka na kradzieży. Ryzyko zawodowe. Żyje się raz.

            Kilku wolniejszych, ostrożniejszych czy po prostu ostatnich na liście uczestników wyścigu po wszystko stało teraz na tarasie nad salą, z bezpieczeństwa schodów lustrując sytuację w komnacie. Widzieli, że młoda, jasnowłosa dziewczyna z przeciwnego krańca biegnie w ich stronę, wykrzykując coś dziwacznego. Zbroje podskoczyły na jej słowa jak zaklęte melodią kobry, ale nie stężały od razu, jak zwykle to bywa, gdy zaklinacz hipnotyzuje gada. Zwolniły, ale jakby niepewne.

            Tylko jedna osoba na tarasie, przybyła za innymi, oglądała scenę z odmiennej perspektywy. Nie walcz lub uciekaj i nie rabuj i ratuj się kto może, ale ciekawości. Obserwatorki i potencjalnej uczestniczki, która nie szuka dla siebie szybkiej odmiany tu i teraz. Nie.

            Jest tą, która przynosi zmianę.

            Porządek inicjatywy:
            Seweryn - 19
            Hazar - 19
            Bolvar - 17
            Lara - 16
            Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16
            Grebo - 15
            Eutalo - 11
            Marius - 11
            Nowa - 11
            Zbroja #3 - 11
            Przybysze (grupka z przodu) - 9
            Ballo - 10
            Złota zbroja - 9
            Dr Quolleb - 6
            Varlund - 4
            Randal - 3
            Morwen - 3
            Przybysze (grupka z tyłu) - 2
            Skoczna zbroja z ławą - 2

            Mapa

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            🆒
            1
            • eToE Niedostępny
              eToE Niedostępny
              eTo jako Hazar Baraz-Felak
              napisał(a) ostatnio edytowany przez eTo
              #70

              Postacie jakie pojawiły się na ścieżce nieco zaskoczyły krasnoluda. Nie spodziewał się on bowiem szabrowników szturmujących wejście do głębszej części ścieżki. Czyżby szabrownicy zakradli się na ścieżkę po cichu? Albo może weszli na nią siłą? Na wielkich wojowników nie wyglądali, ich (potencjalna) przywódczyni także na mordercę niby nie wyglądała, ale grupę złodziei zorganizowała i na ścieżkę wprowadziła... niby tak agresywni nie byli, ale kto ich tam wie. Za plecami ich mieć nie chciał dlatego zamierzał spróbować zabezpieczyć z powrotem wejście. Ruszył wiec w stronę schodów zamierzając spacyfikować szabrowników ze schodów... przy czym mogło się okazać jaką przywódczynią jest postać trzymająca się na tyłach kradnącej ferajny.
              - Uwaga na zbroje i z powrotem pod wejście! Brać jeńców albo lać jak stawią opór! - wydał polecenia swoim podwładnym ruszając w stronę schodów. Zastanawiał się trochę ile oporu będą mieli górnicy pod jego komendą przy próbie spacyfikowania złodziei... jakby nie było niektórzy z nich mogli się znać i lubić... ale tak czy inaczej wejście i plecy zabezpieczyć trzeba było.
              Kiedy podszedł bliżej złodziei odłożył młot głownią na ziemi, aby móc go szybko podnieść. Prawie jednocześnie zaczął mówić coś po krasnoludzku. Spojrzenie skierował na przywódczynię złodziei kiedy oczy Hazara lekko zajaśniały czerwonym blaskiem podczas gdy dłonią wykonywał odpowiednie gesty zakończone wystawieniem wolnej ręki w stronę osoby potencjalnie dowodzącej nowo przybyłym złodziejom rzucając na nią czar Hex.
              - NA GLEBE JAK WAM ŻYCIE MIŁE ALBO JA WAS NA NIĄ SPROWADZE!!! - wrzasnął ostatnie ostrzeżenie przed wzięciem się do roboty przy zgnojeniu złodziei do posłuszeństwa. Co prawda zamierzał spróbować bić w kolana aby ich bardziej okaleczyć niż zabić... ale kiedy z powrotem brał do ręki młot uśmiechnął się bardzo zadziornie jednym kątem ust gdyż przez myśl mu przeszło, że ten młotek mógłby mu się nieco omsknąć i przypadkiem kogoś zabić.

              "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
              "- You can't let them run around inside of dead people!

              • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz jako Mistrz Gry
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                #71

                Ścieżka, choć zapewne mimo wieków zamknięcia nie całkiem martwa, nawykła do ciszy. Jeśli cokolwiek przeszywało powietrze korytarzy i komnat, dla ludzkich uszu musiało być niemal niewyczuwalnym. Lub zupełnie niewyczuwalnym. Kapanie wody, lekki świst powietrza przy wichurach na zewnątrz, przesypywanie się ziaren piasku w spękaniach i szczelinach.

                A może nawet jakieś ślady życia? Pajęcze snucie sieci i przebieranie chitynowych odnóży? Resztki wyplutego przez Wielki Dech kościogryza sugerowały, że nawet za wewnętrzne wrota wkradła się żywa materia. Jeśli nawet jednak tu była, to chyba też egzystowała w ciszy. W szumach, sykach i prześlizgach. Nienawykła do buzującego życia, które echo przepastnych hal niosło jak na koncercie.

                Teraz zaś zrobiło się głośno w dwójnasób. Skaczące jak poparzone węgorze, żywe zbroje dudniły niemożliwie. Waliły sobą o kafle posadzki jakby grały na perkusji, ciągnąc przy tym łańcuchy, a w przypadku tej szczególnej zrywnej uciekinierki, tarabaniąc po marmurze kamienną ławą.

                Powstrzymujące nadbiegający tłumek okrzyki czy dziwaczne komendy Lary były przy tym jak kołysanka. Nie mogły przebić się nad dziki stukot, ale już prawdziwie organiczne przerażenie i ból potrafiły. Rurik nie zdołał wypaść wysoko na pięcolinii, ubity szybko i sprawnie. Jego jęk był krótki, opasany rozmaślonym bulgotem rozbijanej tkanki. Pobożne zawezwanie Norebo wypadło już wyżej i mocniej.

                Przerażony krzyk trójki, która uciekła byle dalej od zbroi, był jednak dotąd chyba najmocniejszym z żywych głosów. Nie przebił rozgardiaszu mefitów, ale był blisko. Wcześniejszy huk wylotu powietrza niosącego gruz i odłamki był chyba nie do pobicia, ale kaszlał sucho, bez tej dźwięczącej w uszach soczystości głosu z żywych gardzieli.

                Seweryn, znany z szybkiego refleksu, ruszył do działania pierwszy. Tyle, że wartkiej akcji sam nie planował – pakujący się w tarapaty robotnicy i obszczymurki nie byli jego odpowiedzialnością. Postąpił naprzód, gotów by w razie czego udzielić pomocy komu będzie należało, ale nie wskakiwał między zbroje a nieproszonych gości.

                Hazar wyszedł z innego założenia. Motłoch wdzierający się na Ścieżkę to było zagrożenie. To było zagrożenie dla niego, jego ludzi i całej ekipy. To było też zagrożenie dla interesu Kompanii i samej Ścieżki, którą do tej pory dostatecznie już obłupano ze zdobień i bogactw.

                Wojownik ruszył pędem w stronę wejścia, komendą zbierając część górników za sobą. Słyszał, że niektórzy walą za nim, ale nie odwracał się. Wzrok miał już na młodej, ustrojonej nietypowo dziewczynie, która wkroczyła na Ścieżkę ostatnia. Nie mógł jej dosięgnąć, a czuł, że nie pasuje ona do tej śmierdzącej hałastry, która ruszyła na żer. Z jej pewnością w ruchach i dziwnym mechanizmem przed sobą, sprawiała wrażenie kogoś wybitnie nieprzypadkowego. Kogoś, kto mógł być nietuzinkowym zagrożeniem. Inaczej niż drąca się, biegnąca na rympał obszarpana zbieranina.

                Hazar zmrużył oczy, upuścił na moment młot i pchnął dłonią naprzód, jakby miał złapać dziewczynę za kołnierz. Była kawał drogi od niego, ale oboje poczuli jak zimny prąd przecina powietrze między nimi, niknącą falą mierzwiąc przestrzeń po drodze. Zimno opadło na jej młode ciało nieznanym, starczym odczuciem słabości. Odczucie niby trupia ręka przejeżdżająca po plecach zmroziło krew i postawiło włosy na głowie. Nie było tam bólu, ale zimno pozostawało pod skórą.

                Krasnolud obrał sobie kobietę za główny cel, ale po drodze była tłuszcza do rozgonienia.

                – NA GLEBĘ JAK WAM ŻYCIE MIŁE, ALBO JA WAS NA NIĄ SPROWADZĘ! - wrzasnął i miał w sercu nadzieję, że szubrawcy nie posłuchają. Że będą się stawiać. Uśmiechnął się paskudnie szykując uderzenie na najbliższą dwójkę. Kątem oka zobaczył, że dobiegli już do niego Szwar i Mavir, asekurując od obu stron i osaczając przybyszów przy jednych schodach. Reszta górników chyba ociągała się, bo w ich krokach nie słyszało się takiej werwy jak u tej dwójki.

                Ten przydybany syknął wściekle i spakował coś, co zwędził do kieszeni. Nie dadzą mu tego zabrać, choćby go okładali. Wiedział, że nie ma szans. Z jedną dłonią i niższy od obu górników o głowę, nieco tylko przewyższający krasnoluda, nie planował się bić. Szykował się do spierdolki, ale gdyby go już dopadli, gdyby mieli... Nie odda! Nie odda, co ma znaleźne!

                Kuchcik na schodach za nim chyba nie pozostawiał sobie miejsca na wątpliwość i na wypad Hazara i jego przybocznych receptę miał w postaci szybkiego odwrotu. Potknął się na schodach i na razie zbierał się niezdarnie, ale i u niego nie można było liczyć na opór.

                Dalej za plecami, u drzwi lazaretu, ścierały się różne podejścia. Lara, Bolvar i Grebo pognali naprzód, ale rozdzielili kroki.

                - Älkää hyökätkö!  - krzyknęła raz jeszcze z bliska badaczka, nie dając szansy na pomyłkę, ani niedosłyszenie. Dobrze wiedziała, że zbroje wychwytują jej komendy z daleka, a wcześniejsze doświadczenia sugerowały i telepatię. Wiedziała też jednak, że potrafią być oporne i krnąbrne... Albo może działały według innych zasad niż sądziła?

                Grebo był obok niej i nim jeszcze przebrzmiały suelskie słowa dziewczyny, szarpnął przewróconego na ziemię faceta, na którego zasadzała się zbroja, wyrzucając go poza jej zasięg. Szlachetnie, choć tym razem rozkaz doktor Quatermain zadziałał z całą mocą i złoty pancerz osiadł na ziemi, tak jak poderwał się nagle do rozedrganych ataków, tak teraz nagle stężały.

                Zdawało się, że Bolvar też rusza naprzód – czy to pomagać, czy walić włamywaczy po łbach – ale wyhamował w biegu, wyłapując z tłumu Seweryna. Był mu coś winien, więc zamiast ryzykować na darmo, wolał zostać krok z tyłu i mieć baczenie na swojego dobroczyńcę.

                Eutalo wahał się, co uczynić, choć już dobrą chwilę temu połapał się w sytuacji i był gotów by działać. Czterech obdartusów zbliżało się do załadowanego kryształami wagonika... Isebrand podejrzewał, że kryształy to po prostu barwiony domieszkami minerałów kwarc, który sprawdzał się w magicznym przewodnictwie, ale miał lichą wartość rynkową...

                Lichą czy nie, Ścieżka skrywała gigantyczną wartość dla cywilizacji i nie było można dopuścić, by dalej ją rozkradano. Mężczyzna widział już zamieszki w rodzimej Rel Astrze i uznał, że pobłażliwość wobec motłochu tylko go rozzuchwala, potęgując ludzkie zezwierzęcenie.

                – Wynocha stąd! - warknął głośno i palnął z kuszy w dryblasa w murarskim kitlu, który był najbliżej. Celował by trafić... Ale nie celował by zabić. A przynajmniej tak sobie to tłumaczył.

                Jak było, pozostać miało między nim a bogami, ale murarz Mitram z Koziego Wierchu dostał w bok, a bełt przeszedł przez żebra z trzaskiem i wyfrunął dalej, robiąc w ciele osiłka grubą rozpierduchę. Pierwsza ofiara na koncie drużyny wsiąkała w Ścieżkę.

                Biegnący za nim wystraszyli się, ale jeszcze nie zwolnili. Może jeszcze liczyli, że zdążą? Ci dalej, po drugiej stronie hali, uciekający przed zmartwiałymi teraz zbrojami stali niepewnie i ważyli gdzie uchodzić. Wątpliwości odebrał im ciężki szur za plecami i głośny ropuszy skrzek dochodzący z komnaty na lewo od schodów. Głośny, ale nie głośny jak przy żabiej kolonii dającej majowy koncert. Głośny jak przy jednej dużej, ale to bardzo dużej ropuszej mordzie, która skrzeczy.

                Porządek inicjatywy:
                Seweryn - 19
                Hazar - 19
                Bolvar - 17
                Lara - 16
                Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16
                Grebo - 15
                Eutalo - 11
                JESTEŚMY TUTAJ (zakładam, że w przypadku Mariusa/Nowej możemy uznać, że pierwszy działa ten, kto pierwszy napisze ;))
                Marius - 11
                Nowa - 11
                Zbroja #3 - 11 [w tej rundzie nie działa]
                Przybysze (grupka z przodu) - 9
                Ballo - 10
                Złota zbroja - 9 [w tej rundzie nie działa]
                Dr Quolleb - 6
                Varlund - 4
                Randal - 3
                Morwen - 3
                Przybysze (grupka z tyłu) - 2
                Skoczna zbroja z ławą - 2 [w tej rundzie nie działa]

                Mapa

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • TomaszKT Niedostępny
                  TomaszKT Niedostępny
                  TomaszK jako Ballo Białe Serce
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #72

                  Ballo zmarszczył brwi widząc tłuszczę. I wyobrażając sobie co może z tego wyniknąć. Połamane kości, cierpienie, śmierć nawet.

                  • Za mnie - rzucił szybko do czarodziejów, uczonych i reszty niebojowych, acz przydatnych osób. Odlożył na bok Brzemię i uderzył pięścią o posadzkę, gotując się by przejąć atak, o ile przyjdzie w ich stronę. Nie zamierzał nikogo zabijać, wystarczy że powstrzyma, przewróci, ostatecznie ogłuszy. W końcu to tylko zdesperowani ludzie.

                  Jestem heroldem świata snów ze słów
                  Niewinną zwidą w głębi waszych głów

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • RewikR Niedostępny
                    RewikR Niedostępny
                    Rewik jako Seweryn Drachenwulf
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #73

                    To co niemożebnie drogie i to co tajemne pospołu przyprawiało o mrowienie w dłoniach, chyba każdego, nawet prostego i skromnego przecież Seweryna.

                    Początkowe zamieszanie, nie zdawało mu się dlań groźne. Tłum rzucający się na ochłapy tego starożytnego świata, nie różnił się wcale od tłuszczy, rzucającej się po rozsypany towar, czy rozdarty mieszek z miedziakami w Loftwick. Seweryn miał pewien dar, do unikania bycia porwanym przez prąd wzbierającej ludzkiej rzeki, a jednocześnie wyłuskując sobie z niej w między czasie coś dla siebie.

                    Jego zdobycz miała być jednak mniej świecąca, niźli złoto czy metal i znacznie delikatniejsza. Jeszcze nim ktokolwiek rannym został, nerwowo rozglądał się wpierw za utensyliami zdolnymi przechować substancję aether, która wedle jego wiedzy miała różnorakie zastosowania, a marnowała się pływając w misie. Medyczne rzecz jasna w szczególności. Kątem oka złowił spojrzenie Bolvara, co zmusiło go, by rozeznać się w sytuacji raz jeszcze. Nieokiełznany chaos nabierał kształtów, a ludzie w swej bezmyślności narażali się na szkodę.

                    Seweryn skrzywił się, jako wąpierz na widok różanopalcej jutrzenki, gdy Rurik był, a potem już nie był i gdy Isebrand puścł tygiel, a bełt przeszył jakiegoś wieśniaka. Seweryn raz jeszcze skrzyżował swe kaprawe patrzałki z oczami Bolvara i gestem zaprosił go do kolejnej przygody życia. Cyrulik czmychnął w stronę murarza Mitrama, instynktownie obierając bezpieczną drogę, nieco okrężną, by dopaść do nieszczęśnika i razem z Bolvarem przenieść go, by rozpocząć swoista rekonstrukcję historyczną tego miejsca.
                    .

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz jako Mistrz Gry
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                      #74

                      Główny hall Ścieżki Slerotina pewnikiem musiał w swych latach świetności witać pokaźne przemarsze, ale takiej ludzkiej galopady nie widział już od milenniów. Najpierw jedni wchodzili w komnatę ostrożnie, by potem z hukiem i brzękiem powitać meficią burzę. Świsty i wrzaski, krótka cisza po odlocie i zaraz biegli następni. A potem kolejni, którzy byli już naprawdę głośni i nie dali magicznym zbrojom pospać.

                      Marius stąpał niepewnie za plecami kompanów, bynajmniej nie w przestrachu, ale skupiony na szumiącej mu pod czaszką myśli, którą próbował zdekodować. Wieść spoza świata nadchodziła tu w jakiś sposób zakłócona, jakby przytłumiona w odległej sali.

                      ~Nadchodzą problemy – Napłynęło mu w końcu do głowy, wybulgotane desperacko jak coś, co ledwo udało się wyrwać z kipieli. Utopiec słyszał to, co inni, ale teraz miał pewność, że słyszy podwójnie. Że ropusze gulgoty są w liczbie mnogiej, rwące się z niejednego, a dwóch gardzieli.

                      Kapłan poczłapał naprzód, ustawiając się obok szykującego zasłonę Ballo, niepewny co wylezie z ciemności, ale pewny problemów. Zbroje na razie uspokoiły się, osadzone na miejscu przez Larę, a odrapana hałastra bandziorków nie robiła na nim wrażenia. Magik szykował się na większy cel.

                      Dla stojącej dotąd na tarasie ponad komnatą Saskii, zagrożenie i potencjalne cele były teraz z każdej strony. Nie spodziewała się, że zaraz napatoczy się tu na jakieś potwory, ale podziemie to podziemie. Bardziej jednak obawiała się dwunogich zagrożeń, które dybały na wątłe żywoty walących tu pędem obdartusów. Wiedziała, że pakują się w kłopoty, ale nie spodziewała się, że ekipa wpuszczona na Ścieżkę będzie gotowa ich zatłuc.

                      Na temat tego jak Liga zarządzała bogactwem odkrytych podziemi, z których niewiele skapywało rodakom miała mocne i soczyste zdanie... Ale odkąd od paru dni gościła we Wrotach zachowywała je dla siebie. Bądź co bądź, aby dostać się na Ścieżkę, trzeba było kombinacji i układów. Próbowała załapać się na pokład Kompanii Lazurowej oferując usługi kapłańskie, ale u kupieckich bonzów była na cenzurowanym.

                      Lud cenił Trithereona, zwąc go Wyzwolicielem, ale szacunek możnych i wpływowych wobec bóstwa, które upodobało sobie rewolucyjne hasła wolności i sprawiedliwości dla wszystkich był bardziej powściągliwy. Saskia – z jej leczniczą magią na wagę złota – była oczywiście mile widziana. Ale to jej upodobanie do bratania się z gderającym plebsem... Musiała dowieść rozwagi nim można byłoby puścić ją na stateczne eksplorowanie Ścieżki na chwałę Ligi... I Kompanii.

                      Kiedy banda choleryków ruszyła w głębiny góry narwać bogactw dla siebie, kapłanka pognała za nimi, przekonana że przyjdzie jej ratować im dupska. Spodziewała się, że mogą napatoczyć się na jakieś pułapki, stwory i inne cholerstwa, ale jak niby miała przemówić do rozumu tej bandzie?

                      Mogła tylko pobiec z nimi i osłaniać ich od niebezpieczeństw i od strażniczych pał, których żołnierze Kudłacza nie szczędzili nieposłusznej gawiedzi. I już trafił jej się jeden taki pomagier władz. Krasnolud... Że też jemu przychodziło do łba stawać po stronie tłustych kupczyków!

                      W dodatku czarował... Poczuła skręcający trzewia chłód jego magii, ale nie zlękła się. Choć miała młode, ledwie dziewczęce lica i jasne warkocze, które nie dodawały jej powagi, twarz miała poznaczoną licznymi bliznami. Była już w niejednej bitwie i ulicznej rozprawie, a szaleńcza, młoda wiara dodawała jej odwagi.

                      Ale nie była tu by zabijać. Wiedziała, że ci ludzie przed nią to też ledwie trybiki w machinie, a ich krew jest równie czerwona jak krew tych, których przysięgała bronić.

                      – Zdurniałeś do reszty? - wydarła się dopadając prosto przed krasnoluda, gotowa na szeroki pawęż przyjąć cios jego broni. Jego, albo któregoś z górników po bokach. Ci mieli oskardy, ale mimo krzepy widać było, że nie są wojownikami. - Zostaw tych ludzi w spokoju! Nie słyszysz co się dzieje?

                      Kalekiego Dermiana z jedną dłonią i przygłuchego kuchcika Birgo miała już za sobą, zasłoniętych własnym, drobnym ciałem i większą niemal od własnej sylwetki tarczą z trójramienną runą pogoni. Była gotowa ich bronić, ale miała nadzieję, że krasnolud pójdzie po rozum do głowy i skupią się na gulgocie, który dobiegał z lewej.

                      Trzech narwańców na przedzie, mimo ustrzelenia Mitrama, dalej waliło naprzód. Szczególnie zdziczały był Gamir zwany Jenotem. Ileż ten chłopak miał pary w nogach! Sadził przez komnatę jak struś, mijając wagonik z kryształami i biorąc kierunek na stare dobre złoto, którego kupkę wyhaczył.

                      Jego dwaj wolniejsi kompani skupili się na wcześniejszym ładunku. Jeden śniady obszarpaniec przykucnął gdzieś z tyłu, wyglądając to w jeden bok, to w drugi, czy nic mu nie grozi, ale drugi, starszy i wyższy, przykleił się do wagonika i pakował błyszczące kamienie do wora.

                      Mieli szczęście, że zbroje się uspokoiły, a poza narwanym strzelcem, nikt chyba nie palił się, by ich tłuc. Ogromny, wielki jak trzydrzwiowa szafa bysior, którego wyhaczyli w wiosce już wcześniej stał spokojnie. Ballo, tak o nim mówili. Gigant przykucnął nawet, defensywnie osłaniając swą paczkę i nie biorąc nikogo na cel.

                      Jakże zatem mogli nie korzystać z okazji? Tym, co gulgocze będą przejmować się poźniej...

                      Doktor Quolleb chyba zaczął przejmować się już teraz, bo podreptał za jasnowłosą archeolożką, mrucząc Laro, Laro, jakby chciał ją zatrzymać. Varlund zbliżył się, by osłonić naukowca, ale stary był tu całkiem bezpieczny.

                      Zagrożenie było z drugiej strony.

                      Wypadło z ciemności machnięciami odnóży, które były jak błyski, raz na zewnątrz, raz z powrotem w mroku. Grube jak bukowe pniaki macki ruszały się przez cały czas w te i we wte, nadając wejściu stwora iście taneczny charakter. Najpierw zobaczyli oślizgłe, obrośnięte kolcami obuchy, a później na światło hallu wytoczyło się operujące nimi pokraczne, obłe cielsko. Potwór wyglądał jak wielki nadgniły ziemniak z ogromną ziejącą dziurą zębatej paszczy pośrodku.

                      Stojąc na słoniowatych, podkurczonych nogach, wydawał się niezgrabny, ale biada naiwnym!

                      Wim, obozowy majsterklepka i namolny naciągacz żebrający w Górniku o piwko, przekonał się pierwszy. Sękata macka grzmotnęła go przez plecy, gdy próbował uciekać, miażdżąc łopatki i rwąc pasy ciała chwytliwymi kolcami, które czepiały się jak rzepy. Waleria i Bort, którzy stali po bokach dosłownie padli ze zgrozy i to tylko uratowało ich przed podzieleniem losu kompana.

                      Seweryn spojrzał to na ustrzelonego przed sobą, to na świeżo trafionego Wima po drugiej stronie.

                      – Beznadziejne przypadki – szepnął do siebie, trochę rozczarowany, że masakra ciał jest tak absolutna... Nie dająca szans ani na wyratowanie, ani nawet na chwilowe potestowanie zgarniętego do fiolki eteru.

                      Porządek inicjatywy:
                      Seweryn - 19
                      Hazar - 19
                      Bolvar - 17
                      Lara - 16
                      Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16
                      Grebo - 15
                      Eutalo - 11
                      Marius - 11
                      Saskia - 11
                      Zbroja #3 - 11 [w tej rundzie nie działa]
                      Przybysze (grupka z przodu) - 9
                      Ballo - 10
                      Złota zbroja - 9 [w tej rundzie nie działa]
                      Dr Quolleb - 6
                      Varlund – 4
                      Bestia – 4
                      JESTEŚMY TUTAJ
                      Randal - 3
                      Morwen - 3
                      Przybysze (grupka z tyłu) - 2
                      Skoczna zbroja z ławą - 2 [w tej rundzie nie działa]

                      spoiler

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      2
                      • MikeM Niedostępny
                        MikeM Niedostępny
                        Mike jako Randal Bronson
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #75

                        Sytuacja zmieniała się błyskawicznie.

                        • Strzelcy, walić w to ohydztwo! Uruchomić zbroje, może go spowolnią.
                          Sam schował broń i sięgnął do plecaka po bańkę z naftą. Wetknął w otwór gruby konopy sznur i zaczął krzesać iskry. Za trzecim razem sznur zaczął płonąć, złapał bańkę z naftą i zrobiwszy kilka kroków w kierunku potwora ryknął:
                        • Odsunąć się!
                          Chwilę później bańka nafty pomknęła niczym miniaturowa kometa w kierunku potwora...
                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • eToE Niedostępny
                          eToE Niedostępny
                          eTo jako Hazar Baraz-Felak
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #76

                          Prawdopodobna przywódczyni postanowiła stanąć naprzeciw Krasnoluda blokując jego próbę zabezpieczenia sforsowanego wejścia. W umyśle krasnoluda oznaczało to, że ich osłaniała, czyli faktycznie im przewodziła. I na domiar wszystkiego jeszcze miała pretensje, że krasnolud nie słyszy jak złodzieje mają pełne prawo okradania bo im się to należy z samego faktu bycia żywym i istnienia. Wszak samo istnienie to wystarczający wysiłek, aby im się należało wszystko...
                          Co Liga zamierzała zrobić ze złodziejami to sprawa ligi, ale prawdopodobnie będzie im potrzeba kilku z nich do ukarania dla przykładu jaki los czeka rozkradających rozbójników. Dlatego krasnolud postanowił postarać się złapać przywódczynię żywą. Czyli w jej przypadku miała szczęście, że będzie starał się aby jego młot się nie omsknął. Hazar nie był z tego za szczęśliwy. Nie miał też czasu odpowiednio odpowiedzieć czy też wydać poleceń lub nawet zacząć działać kiedy na pole bitwy wkroczył nowy przeciwnik obwieszczając swoją obecność poprzez wymierzenie sprawiedliwości jednemu ze złodziei.
                          - Widze jak kradną na twoją komendę i dostają co im się należy! - odpowiedział obserwując jak potwór rozprawia się ze złodziejem.
                          - Wtył!Wtył!Wtył! Do zbroi, ostrożnie odwiązać je! - pośpiesznie wydwał kolejne komendy do swoich górników zamierzając wprowadzić w życie plan na jaki jednocześnie wpadł razem z Randalem. Zostawił więc złodziei póki co w spokoju. Szczególnie po tym jak przywódczyni złodziei wyglądała jakby bardziej chciała ruszyć na nowo przybyłego potwora osłaniać swoich ludzi niż kontynuować sprzeczki. Hazar ruszył więc w stronę najbliższej zbroi aby odwiązać krępujące ją więzy. Chyba, że któryś z jego podwładnych się za to zabierze, wtedy ustawi się tak aby osłaniać go tarczą oraz sobą żeby nie zbroja nie była w stanie uderzyć pracującego nad jej uwolnieniem człowieka. Jeśli jednak żaden z nich nie będzie zamierzał być ochotnikiem, to krasnolud nie zamierza się cackać w czekanie tylko sam weźmie się za robotę.
                          - Ej Lara! Poszczuj zbjore na piekliszcza!! - krzyknął pracując nad więzami jednocześnie mając nadzieję, że w tym czasie górnicy będący bliżej tej drugiej zbroi postanowią spróbować ją odwiązać aby ją też uwolnić mimo braku osłony krasnoluda.
                          Po uporaniu się z więzami zamierza podnieść odłożony do pracy młot oraz tarczę (jeśli ją też musiał odłożyć), odsunąć się nieco dając zbroi wolną drogę oraz wrócić do obronnej postawy aby osłaniać kolegów po górniczym fachu na wypadek jakby zbroja wzięła ich na cel zamiast potwora. W najgorszym przypadku zamierzał ustawić się za zbroją i używając tarczy pchać ją w stronę potwora.

                          "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
                          "- You can't let them run around inside of dead people!

                          • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz jako Mistrz Gry
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                            #77

                            Ballo siedział w kucki z rozmazaną twarzą i śladem po glucie na brodzie. Chciał zetrzeć smarka rękawem, ale bał się jeszcze bardziej sobie nabruździć i usmarować szatę. Siedział i mokre plamy na twarzy przypominały mu jeszcze o wyłapanej burze, ale opowieść Budraka przenosiła go już całkiem gdzie indziej.

                            Razem z Nimbo i Diną byli jeszcze niby w spiżarni, skąd zwinęli słoiki z dżemem, ale też nie byli tam sami. Wchodzili do środka po cichutku jak myszki... Ale brat Siomir ostrzegał, żeby nie wchodzić, uprzedzał, prawda? Weszli i weszli na własną NIE-odpowiedzialność, bo przecież mieli mówione? Czy słuchać nie wystarczyło, czy kwatermistrz nie mówił, że nie-nie i że kategorycznie nie wolno dzieciom, ani nikomu w ogóle poza oddelegowanymi wchodzić tam samowolnie?

                            Budrak opowiadał, co czeka na niegrzeczne dzieci w spiżarni i piwnicach pod klasztorem. Mówił, a gestykulował przy tym jakby prowadził trening sztuk walki, pomagając sobie oprawną w brązową skórę księgą niby orężem. Gestykulował jak w walce, a intonował teatralnie, odrywając pierwotne skrzyczenie dzieciaków coraz dalej od realiów wyżartego dżemu, a schodząc coraz głębiej w świat opowieści.

                            – Dzieci, które wyżerają jedzenie ze spiżarni... Zachłanne dzieci, które jedzą, to co jest dla wszystkich. Same, zamiast się dzielić, gdy innym brakuje... – Ballo, Nimbo i Dina mieli głowy nisko, ale pociągali już tylko nosem, bez łkania po złapaniu na gorącym uczynku. – O, po takie dzieci przychodzi Otiak. Otiak idzie cicho, sunie szybko, oślizgły, brudny, przemyka się jak wij albo stonoga, ale nogi ma wielkie jak słoń. Wysuwa się z mroku i chwyta. Zachłannie, natychmiast. Szybko i żarłocznie. Nie dzieli się, tylko pożera... Wyżera, wyjada, pochłania...

                            Ballo słyszał od starszych chłopaków, że w piwnicach pod klasztorem mieszka potwór, ale dotąd potwór nie miał imienia. A zatem Otiak? Teraz niby już miał, ale przez to nazwanie wcale a wcale nie zrobił się mniej straszny. Zrobił się bardziej prawdziwy, choć chłopiec nie dowierzał, że opat dopuściłby, żeby trzymać jakąś bestię w murach klasztoru.

                            – Otiak, który zwie się też Połykaczem, nie ma oczu – ale widzi. Nie ma uszu – ale słyszy. Ma tylko wielką, ogromną paszczę, w którą mackami wrzuca wszystko, co się po drodze trafi, ale najlepiej – dzieci. – Budrak zatrzymał się, aby sobie potaknąć, bo zrozumiał, że w tym momencie najlepiej odgadł apetyty Otiaka. – O tak, niegrzeczne dzieci chwyta macką mocną jak stalowy powróz i na nic się szarpać, ani rwać, zaraz wrzuca wszystkie w swoją ogromną, zębatą paszczę. O, a zębów... Zębów ma od groma i każdy długi jak sztylet... Jak ten nóż, którym brat Viggo oprawia króliki!

                            – Zodalu – pisnął cicho Nimbo.

                            – Tak, tak. Łapie znienacka i pakuje do gęby, a dzieci kończą w tym jego żołądku... Żywe jeszcze, bulgocząc tam jak w tyglu z zupą, rozpuszczając się na kawałki! - Mnich spojrzał po przestraszonych dzieciakach, dłużej skupiając się na Ballo, który zdawał się najmniej wstrząśnięty. Budrak zbliżył się do chłopca i otworzył przed nim księgę, którą wywijał, ukazując obrazek obłej, wyszczerzonej jak śmiejący się kościotrup maszkary. Młodzik dopiero uczył się literować, ale malunek miał zostać z nim na długo. – Chociaż jest wielki, to potrafi się skurczyć i przecisnąć wszędzie jak robak... Czasem wychodzi z dołu, z piwnic, przebierając mackami po ziemi. A czasem, kiedy w nocy prześlizgnie się przez szpary w ścianach... Wtedy potrafi... O Zodalu, o matko!

                            Dzieciaki podskoczyły jak rażone prądem, łapiąc się siebie i wyglądając za plecami nadchodzącego Otiaka. Budrak uśmiechnął się szelmowsko i teatralnie odetchnął z ulgą.

                            – Otiak lubi wyczekać aż dzieci najedzą się... Napasą. Dlatego sam czasem podsuwa im pomysły, aby się obżerały. Wysyła zaproszenie, aby nie słuchały brata Siomira, aby nie słuchały nikogo tylko jadły, żarły. O, macie takie myśli? Pojawiają się? – Mnich pokiwał głową, kiedy klocki zaczęły układać się w całość. – No właśnie, właśnie. Otiak pewnie już was sobie upatrzył. Pewnie czeka już, żeby mieć wyżerkę. A jeśli macie takie myśli, żeby się tu nachapać, żeby zakraść się po obiedzie, żeby samemu zjadać deser, nie dzielić się... Połykacz czai się tam gdzieś w mroku i przebiera już jęzorem i mackami, żeby złapać sobie takie tłuściutkie, obżarte słodyczami dzieciory!

                            – A jak już złapie... - Budrak zrobił smutną minę i na chwilę odłożył księgę na półkę, między przetwory w słojach i dzbanach. – Wtedy po wszystkim, nie ma żadnej nadziei. Tylko umiarkowanie! Tylko rozsądek i posłuszeństwo, nie słuchanie tych myśli, tego głodku, tego obżartucha w środku! Tylko tak można się zabezpieczyć, żeby Otiak nie ześliznął się na was w środku nocy... I cap!

                            Ballo wzdrygnął się na wspomnienie dziecięcych strachów, których gawędziarz Budrak nigdy mu nie oszczędzał. Stawiały wtedy włosy na sztorc, ale kto nie lubił ich słuchać? Może za młodu strach miał wielkie oczy, ale na pewno smakował lepiej niż razy trzcinową rózgą, przechodzące z wiekiem w surowsze baty.

                            Nie, Ballo nie wspominał źle Budraka i jego strachów. Budrak nigdy nie podniósł ręki na żadne dziecko. Straszył i opowiadał, wszędzie paradując z jakąś księgą, która robiła mu za rekwizyt.

                            Kiedy Białe Serce był już starszy – zanim jeszcze wybrał sobie to miano, ale kiedy dobrze odrósł już od ziemi i nauczył się czytać – sam sprawdzał, ile prawdy jest w bajkach starszego mnicha. Przy obowiązkach w skryptorium korzystał z okazji i szukał w księgach źródeł dla fantastycznych wynurzeń Budraka. Stąd tak żywo zapamiętał to, co teraz widzieli. Otiak. Tak go dla nich nazywał.

                            Ale w księdze, w oblazłym ze skóry Bestyaryuszu, potwora mianowano inaczej. Otyugh. Tak go pisali. Ale miał i inne nazwy: Połykacz, Wyżer, Śmieciożer czy Berbol. Ballo nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu go spotkać, ale oto był. Był prawdziwy i taki, jak go pisano.

                            Mówili, że mógł porozumiewać się telepatycznie i wysyłać do głowy obrazy, które kusiły widokiem jedzenia czy bogactw, jak słodki nektar znęcał do siebie owady. Zapach jednak nie znęcał, miał być odrażający i nie do zniesienia. Tak pisali, ale tych dwóch rzeczy tym razem Ballo nie uświadczył. Może byli jeszcze za daleko od stwora?

                            Mnich chciał ostrzec, żeby uważać na ukąszenia potwora, które niosły mnogość chorób, ale zaśmiał się w duchu na płonność takiej przestrogi. Przecież jeśli Otiak kogoś capnie, to po zawodach. Widać jakie to szczęki, jakie zęby.

                            Ballo zobaczył jak Morwen przemyka mu za plecy i uśmiechnął się półgębkiem. Znał własną siłę i wiedział na co go stać, ale jeżeli czarownica nie miała w zasobach jakiejś potężnej magii, która rozniesie Otiaka na strzępy, to mnisia zapora niewiele zdziała na napór bestii.

                            Hazar – niepewnie wspierany przez zdenerwowanych górników – rozbił okowy wiążące jedną ze zbroi, także licząc w starciu na magiczne wsparcie. Nie paliło mu się włazić samemu pod bulwiaste buławy macek, które łupały kości jak kafary. Lara krzyczała coś do niego, nie chciała chyba uwalniać pancerza, ale krasnolud i tak zrobił swoje.

                            Zbroja jednak, nawet popchnięta naprzód, pozostawała martwa. Czyżby sama nie paliła się do starcia z przeciwnikiem, który potrafi oddać? Wyglądało na to, że mało było odważnych, którzy dążyli do starcia z bestią.

                            Na ten moment jedynymi, którzy wzięli aktywnie stwora na cel były dwie kobiety. Lara i Saskia. Pani doktor również nie myślała, aby pochopnie ginąć w zwarciu z Połykaczem, ale nie mogła stać obojętnie, kiedy potwór mordował bezbronnych. Jej wierny arkebuz wziął otyugha na cel, jednak dystans wciąż był zbyt daleki dla tej nieprecyzyjnej broni, a stwór faktycznie zaskakująco szybki mimo swej masy… Po wystrzale został dudniący huk i smugi dymu, ale bestia była bez szwanku.

                            Kapłanka Trithereona miała więcej szczęścia niż rozumu, bo ciągle żyła po swojej szarży na Pożeracza. Na razie. Dopadła do stwora i waliła go buzdyganem po mackach, jakby szaleńczo obłupywała w sadzie jabłoń z owoców. Nie widać było efektu, ale ferwor dziewczyny chyba nieco wystraszył stwora, który cofnął swoje kończyny i ustawił się do niej frontem. Miała, co chciała.

                            Zadbała, by niedoszłe ofiary po bokach zdołały uciec, ale wystawiła się na surowy odwet potwora, który musiał niechybnie nadejść. A, póki co, niewielu paliło się, by jej pomóc.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0

                            Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                            Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                            Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                            Zarejestruj się Zaloguj się
                            Odpowiedz
                            • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                            Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                            • Najpierw najstarsze
                            • Najpierw najnowsze
                            • Najwięcej głosów


                            • Zaloguj się

                            • Nie masz konta? Zarejestruj się

                            • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                            Powered by NodeBB Contributors
                            • Pierwszy post
                              Ostatni post
                            0
                            • Kategorie
                            • Ostatnie
                            • Tagi
                            • Popularne
                            • Świat
                            • Użytkownicy
                            • Grupy
                            • Strona startowa