1 października, 591 WR
Jesień w Drusdygg, szczególnie w tej wczesnej, złotej odmianie, była naprawdę przyjemna. Nieznośne upały, które znęcały się nad i tak wiecznie wyschniętą ziemią Doliny, zelżały, a halny znad Pieców wziął spóźniony urlop. Suchość ciągle dawała się we znaki, trzeszcząc zeschniętymi gałązkami krzewów, które obumierały wokół Wrót, ale wrzesień upuścił im nieco z nieba, dając nadzieję. Te, które leżały dalej od rosnącej osady, czy właściwie już miasteczka, mogły skorzystać. Te bliżej, susza czy deszcz, i tak żegnały się już z Doliną, wyniszczone wylewanymi nieczystościami, obsikiwane i wydeptywane przez tych idących kawałek dalej za większą potrzebą.
Zeschnięte, krzewiaste zakola wokół Wrót były do przeoczenia. Nikt nigdy nie poświęcił im więcej uwagi, niż ciekawscy spod oberży, wyglądający jak słabnące gałęzie krzewów bujają się w rytm miłości porwanych przez wieczór kochanków. Z kolejnymi tygodniami osłona dla kolejnych gnanych żądzami ciała była coraz skromniejsza, więc obserwatorzy wzrastali w liczbie.
Ta skromna zmiana w krajobrazie nie była jedyna, ale wątła wobec ogromu zmian, które działy się na widoku i tam, gdzie spadały spojrzenia przybyszów, przepadała bez echa. Wiele zmieniało się niezauważenie, gdy uwagę skupiały rzeczy doniosłe i ważne. Istnienie Wrzosin, które jeszcze parę miesięcy temu były domem dla kilkunastu rodzin, kwestionował już sam krajobraz.
Niektórzy pamiętali, że to mieszkańcy Wrzosin pierwsi przyjęli osadników we Wrotach i pomagali im w pierwszych pracach na Ścieżce. Wielu pamiętało też historię zniknięcia wieśniaków, ale większość traktowała już Wrzosiny tylko jako miejsce pod szaber, skąd zgarniano drewno i cegły dla nowych konstrukcji. Były za blisko by przetrwać i ślad po nich został tylko w wydeptanych ścieżkach, cieniach fundamentów i osamotnionej studni pośrodku – teraz już – niczego.
Może coś jeszcze z nich zostało, albo mogło o nich przypomnieć, jeśli natrafić ręką na kozikowe rycie w drewnie czy donioślejsze zdobienie wyglądające czasem z drewnianych bali, które stanęły wokół Wrót palisadą. Palisada nie była jeszcze pełna, ale wzrosła od wschodu i południa, rzucając cień Wrzosin na piaski pod samą Ścieżką. Potrzeba bezpieczeństwa szybko znalazła w miasteczku wielu głosicieli i władza nie miała wyboru, trzeba było działać i stawiać ostrokół.
Duży, jeśli nie powiedzieć, że główny udział w tym przedsięwzięciu miał Marius Utopiec, rzucony z dala od oceanu kapłan bogini Osprem. Chłopak nie przypisywał sobie powstania miasteczkowej bariery za zasługę, bo i swego udziału nie był nawet świadomy. A przynajmniej nie tego, że był wśród podających sobie alarmujące plotki głosem, który rozbrzmiał największym echem.
Jego sensacyjna opowieść o walce z ettinem, czarodziejskich goblinach, które naginały umysły, podziemnych krasnoludach, które ruszyły by zniewolić ludzi powierzchni i straszydłach z ciemności, które coś zjednoczyło, by polowały w Dolinie na ofiary dla mrocznych bogów... Późniejsze próby zmitygowania niektórych aspektów historii niewiele dały, bo rozpowiadane wieczorami pogłoski rosły od słowa do słowa, jak to cienie i historie potrafią rosnąć przy wieczornym ogniu.
Niedługo później, gdy oddział wysłany na poszukiwanie chłopów z Pogorzeli wrócił z niczym (za to bez swego przywódcy), czarne, napompowane strachem i gorzałką wieści rozleciały się po okolicy mącąc w głowach nie gorzej od czarodziejskich goblinów. Górnicy nie chcieli zapuszczać się głębiej, drwale ruszać w las bez obstawy, a wszyscy coraz częściej przebąkiwali, że za marny grosz nie warto tu karku nadstawiać i albo ktoś coś z tym zrobi, albo ich przygoda tutaj dobiegnie końca.
Palisada i zapewnienia o wzmocnieniu straży były tańsze niż podwyżki, więc miasteczko wkrótce zaczęło obrastać palami z resztek Wrzosin i rzednących szybciutko pobliskich lasków. Po solidniejsze drewno trzeba było zapuszczać się wyżej w góry, więc nie opłacało się go marnować na takie byle co i lepszy materiał szedł na kolejne budynki tej czy innej spółki i ich ekspozytur.
W ramach jednak troski o losy społeczności Wrót, którego ostrokół był wybitnym wyrazem, zainwestowano też w zdrowie. Higiena miała się średnio na jeża, ale wykopanie kolejnych dwóch studni zapewniało przynajmniej wszystkim gwarant stałego dostępu do wody. Dobroczynność starosty Saliny wyraziła się też w inny sposób, z czego skorzystał Seweryn.
Cyrulik, który przyjmował pracowników swej Kompanii Lazurowej nieodpłatnie, dbając by inwentarz pracodawcy był w dobrym stanie, miał dotąd za swe miejsce rezydowania sporawy namiot polowy. Decyzją Saliny, który tak chciał wyrazić Sewerynowi wdzięczność za zratowanie życia dwóch górników (którym, niech wiedzą potomni, pomagał też Randal i Lara), medyk dostał dla swej służby drewniany lazaret.
Budynek nie był większy niż szpitalik Żelaznej Kompanii, ale był już stałą, porządną konstrukcją. Taki wrost w głąb ziemi i poczucie stałości cieszyło Seweryna bardziej niż jakikolwiek wzrost wszerz czy wzwyż. Miał swoje miejsce, gdzie mógł leczyć potrzebujących... I sprawdzać, jakie to nowe metody ars medicinae pomagają najskuteczniej.
W głównej sali miał przestrzeń na osiem łóżek, skromny, zamykany na kłódkę magazynek na leki, salę operacyjną za drzwiami i skromniutki gabinecik za kotarą. Wszystko czego było trzeba ambitnej duszy, by rozwijać troskę o bliźniego wedle najnowszych metod. No, może ograniczonych budżetem i środkami, ale nieskrępowanych niczym więcej.
Seweryn obił wełną wnętrze sali operacyjnej, by wygłuszyć dźwięki, które mogłyby niepokoić pacjentów i zadbał dla siebie o mentalny komfort niezbędny przy podejmowaniu się lekarskich wyzwań, jakich świat nie znał. Odkąd Nowalijka wspomagała go w bieżącej opiece nad prostszymi przypadkami, medyk mógł poświęcić się studiowaniu tych bardziej złożonych. To, czego doświadczył przez ostatnie dwa miesiące w Drusdygg jasno pokazało mu, że niewiele jeszcze widział i zaostrzyło apetyt na... Pomaganie.
Kapliczka, którą postawił Pelorowi – również pod auspicjami wspierającego inicjatywę Saliny – dawała oparcie w porannych modłach, gdy Seweryn rozważał słuszność kolejnych planowanych kuracji. I którym pacjentom najlepiej posłużą.
Inwestycja w zdrowie społeczności nie była tylko maskowaniem problemów, które zrodziła tragedia Pogorzeli, ale i realną koniecznością wobec rozrostu Wrót. Kolejni przybysze ściągali przez Kocioł, przynosząc wieści z wielkiego świata i budując w samotnym Drusdygg niezdrowe przeświadczenie, że oczy wszystkich skupiają się właśnie na nim. Jedni przybywali z wielkimi nadziejami i dziurami w kieszeniach, inni zjeżdżali dla realizacji planów ludzi większych od siebie. Wszystkich zżerała ambicja, która potrafiła trawić człowieka nie gorzej niż febra czy cholera.
Karawana agentów z Żelaznej Kompanii dotarła tego samego dnia, co większa jeszcze grupa z dalekiego Aerdu, wiedziona przez bladego Edelberta Kesslera. Wylla van Coen nie traciła rezonu wobec wzmocnień konkurencji, każdego niemal dnia kombinując nad wzmocnieniem pozycji własnej Kompanii. Co jakiś czas ktoś zasilał szeregi keolandzkiej spółki, nie dając żadnemu z graczy wysunąć się na prowadzenie.
Przybycia nowych zwykle przechodziły bez echa. Na prostych robotników czy nawet speców i majstrów nikt nie zwracał uwagi. Przyjeżdżali zrobić swoje i nie szukali tu draki. Na krzywo patrzących obdartusów gotowych dźgać skały kilofem, albo zadźgać kogo im się wskaże, też zwykle nie zwracano uwagi. Dla własnego zdrowia, albo samego znudzenia zabijacką manierą.
Trafiali się jednak nowi, których miasteczko musiało skomentować. Eutelo Isebrand nie wywołał zalewu toastów w żadnej z (dwóch) lokalnych oberży, ale ci, którzy parali się biznesem wiedzieli kim jest. Wiedzieli, albo chcieli wiedzieć. Wylla nie kryła, że alians Kompanii z rodem Isebrandów jest dla spółki atutem i trzymanie obecności Eutela w tajemnicy nie miało sensu. Dla plebsu był jednym z wielu dobrze ubranych paniczyków, którzy dawali rozkazy brygadzistom i gwarantowali, że pieniądz spływa z góry na dół. Tak jak potrzeba. Dla tych, którzy się liczyli, był już konkretną postacią do rozgryzienia. Dla nich miał imię, nazwisko, rolę i profesję. Dla nich mógł być sojusznikiem, wrogiem i celem.
Morwen zjawiła się w Dolinie sama, jakby wyszła wprost z lasu, omijając obóz przejściowy w Kotle i wszystkie utarte szlaki. Z początku nikt jej tu nie znał, ale zwracała na siebie uwagę. Miala coś w sposobie, w jaki się poruszała i mówiła, co elektryzowało słuchaczy. Szynkarz, kuchcik, stolarz, który postawił jej drinka czy sklepikarz, u którego kupowała szpargały – wszyscy, którzy wchodzili z nią w rozmowę musieli ją zapamiętać. Niejeden wracał pamięcią do spotkania i nie mógł sobie nawet przypomnieć, co mówił, ale dalej czuł, jakby jej oczy świeciły dla niego.
Czarodziejka nie afiszowała się ze swą mocą, ale i bez tego mogła narobić sobie problemów. Samotna kobieta w takim miejscu... Samotny ktokolwiek, jeśli nie miał solidnych pleców, wiele tu ryzykował. Gryps, że dziewczyna jest pod opieką Kompanii i zainteresowanie Kaia oszczędziło jej paru niedobrych spotkań.
We Wrotach można było mieć pecha nie tylko z konkurencją, czy podpitymi górnikami, którym przyszło na awantury. Straż, której przewodził Owain Graft, szukała tylko okazji, by dobrać się do tych poza opieką możnych. Sam Graft nie pochwalał prześladowania, ani męczenia nieboraków, których można było bezkarnie złupić, ale już na patrolach Kurta Curzego, zwanego Kudłaczem, zatrzymania podejrzanych miewały burzliwy przebieg. Wymuszenia od tych, którzy próbowali w Drusdygg szczęścia na własną rękę zdarzały się coraz częściej.
Ballo Białe Serce również przybył do Wrót sam i nie mógł na początku liczyć na wpływowych protektorów. Mógłby się obawiać, czy ktoś nie ostrzy sobie na niego zębów, bo jego wjazd do miasteczka śledził niemal każdy, kto akurat był w pobliżu. Wjazd czy raczej wejście, bo przybysz wkroczył między zabudowania pieszo, idąc nie wiadomo skąd i jak długo.
Mimo głębokiej uwagi, jaką sobie zgotował, nikt się jednak Balla nie uczepił. Ani na początku, ani nawet później, kiedy pod wieczór zasiadł w gospodzie, gdzie o tej porze emocje zwyczajowo buzowały już u szukających ostoi w kieliszku. Mówiono o nim i pokazywano go sobie nawet palcami, ale nikt nie zdecydował się na zaczepkę.
Mnich wystawał głową o parę cali ponad najwyższych dryblasów na miejscu, a zbudowany był jak tur. Nie dziwota, że nie znalazł się koń, który mógłby go przewieźć, bo pewnie pod jego ładunkiem zastękałby i niejeden wóz. Ballo był ogromny i ten ogrom nie był zredukowany tylko do szerokich pleców, czy potężnych mięśni. Białe Serce po prostu stawiał na masę.
Był wielki i gruby, sylwetką kojarząc się z dobrze wzdętym niedźwiedziem. Tkany, jedwabny pas opinał prostą szarą tunikę narzuconą na masywne cielsko, skrywając wydatny brzuch i niewątpliwie potężne mięśnie, które napinały rękawy przy najdrobniejszych ruchach. Konopny wór, który niósł na ramieniu ważył tyle, że gdy Ballo zrzucił go na stołek, aby przysiąść do posiłku, drewno trzasnęło pod ciężarem i uszczupliło siedziane zasoby "Górniczej Doli".
Szeptacze po kątach spodziewali się, że ładunek olbrzyma to jakieś groźne żelastwo... I nie byli dalecy od prawdy, choć pierwotne przeznaczenie niespodzianki miało wyłącznie pokrzepiać serca. Ballo samym zewnętrzem budował sobie reputację trzymającą problemy na dystans i dotąd tylko nieliczni we Wrotach mieli okazję poznać go naprawdę.
A naprawdę Ballo był człowiekiem gołębiego serca i całkowitego oddania wierze. Przybył do Drusdygg jako wysłannik kościołów Rao i Zodala, oferując w ich imieniu wsparcie, jakiego tylko na miejscu będzie potrzeba. Jakiego tylko będzie trzeba, bo Białe Serce nie był tylko potężnym wojownikiem gotowym sprać po pysku wszelkie orcze maszkarony, które zagroziłyby bezbronnym. Przede wszystkim był masażystą i zielarzem, który potrafił czynić cuda korzystając z tradycyjnej medycyny.
Reprezentanci Kompanii Lazurowej uznali, że wpływowy w regionie Westburn kler Rao może stanowić istotne wsparcie ich interesów. Doinwestowali przytułek prowadzony przez zgromadzenie Ballo, a on miał przyjrzeć się ich działaniom na miejscu (dla samej tylko formalności) i rychło zaraportować, że operacja Wylli van Coen zasługuje na wsparcie kościelnych struktur. Mnich nie należał do takich, którzy obijali się, gdy trafiało się coś do zrobienia, więc jego rola fasadowego łącznika z kościołem szybko przeszła w faktyczne zaangażowanie w sprawy na miejscu – od służby bojowej przy ochronie na Ścieżce po zielarską w lazarecie cyrulika Drachenwulfa.
Hazar Baraz-Felak także nie narzekał na niesnaski z lokalną łobuzerią. Dotąd mieszkał niedaleko od wioski, w zbudowanych dla górników prostych barakach koło uruchomionej na nowo sztolni i czasem zachodził do "Górniczej Doli". Zwykle przychodził sam, ale nie narobił sobie siatki znajomości.
Wszyscy kojarzyli czarnego krasnoluda, jak go niekiedy nazywano za plecami. Puszczone w obieg plotki o szarych krasnoludach (które w miasteczkowej mowie szybko stały się czarne, nocne, mroczne, górskie i diabelskie – każde z mian było dla jednych tylko podkręceniem ich groźności, a dla innych właściwą nazwą i nikogo nie obchodziło, jak się to-to naprawdę zwało) nie zrobiły mu renomy. Mimo wszystko, Hazar uniknął konfrontacji z zakapiorami, którzy w zenicie paniki wokół zniknięcia Pogorzeli zaczęli szczuć na krasnoludy.
Wielu odstraszyłby sam jego wygląd – potężna, zbita sylwetka gladiatora i paskudny, poznaczony bliznami i starymi poparzeniami ryjec do straszenia dzieci. W dobie grozy, która napędzała ludzi do złego, Hazar uniknął jednak kłopotów dzięki wstawiennictwu Owaina Grafta, który napomniał podpitych prowokatorów, że ten krasnolud jest pod jego opieką i pracuje jako specjalista na etacie Kompanii Lazurowej. Jeśli chcecie zachować swoje fuchy, to lepiej zostawcie go w spokoju, interweniował z chłodną głową.
Poza tym jednym wieczorem, gdy strach rozpuścił w miasteczku rozsądek, Hazar nie miał już choćby śladu kłopotów. Pracował na Ścieżce jako nadzorca górników czyszczących boczne korytarze, czasem z samej nudy biorąc się za kilof, by pokazać im, co to porządna robota. Wylla van Coen, która była kluczową personą w jego organizacji, czasem zapraszała go do siebie, by wysłuchać eksperckiego sprawozdania z pierwszej ręki. Hazar nie należał do wylewnych, ale dobra płaca, szacunek jaki mu wreszcie przyznano i dostęp do Ścieżki, o którym sam marzył, motywowały by czasem ugryźć się w język i opowiedzieć, co trzeba.
W tym podejściu do sprawy nie był tak daleko od sir Randala Bronsona, jak obaj mogliby sądzić. Randal, paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości, aktualnie zatrudniony przez Kompanię jako śledczy i oficer do spraw bezpieczeństwa, także nie lubił gadać po próżnicy i preferował działanie ponad okrągłe zdania.
Dał tego jasny dowód, kiedy wraz z Kaiem i doktor Larą Quatermain ruszył na odsiecz porwanym wieśniakom z Pogorzeli, gdy reszta drużyna wybrała powrót. Jego odwaga (czy by prawdziwie istniała czy nie) była w oczach plebsu gwarantowana przez noszoną profesję i rycerską manierę, ale plotki sprzed paru tygodni jeszcze roznieciły junacki wizerunek. Niejeden teraz chciał postawić kolejkę bohaterowi, choć Bronson spojrzeniem trzymał większość na dystans. Niejedna też (a może i niejeden) wodziła za nim wzrokiem pożądliwym i ponętnym, łaknąc by zalec u boku takiego męża.
Randal, ma się rozumieć, trzymał paladyński rygor i nie pozwalał sobie na żywot niebieskiego ptaka. Rozumiał teraz, co mógł czuć sir Grimley, gdy mu słodzono i kadzono. Przypominał sobie słowa starego rycerza sprzed prawie miesiąca, gdy widzieli się po raz ostatni i hamował dumę, gdy nadto wzbierała, kusząc do sięgnięcia w świecie po to, co mu się należało.
Grimleya nie widział od jego odesłania przez przełożonych do Kotła, ale brat zakonny dał o sobie jeszcze znać, gdy jakiś czas później do Bronsona dotarła opakowana w zwoje płótna przesyłka. Rycerz w środku znalazł szyszki i śmieci, więc w pierwszej chwili uznał to za szmonces ze strony jakiegoś wioskowego cwaniaczka... Dopiero dokładne wymłócenie zawiniątka ujawniło jego sekret.
Algernon musiał zaszyć zgarnięte ze Ścieżki klejnoty gdzieś głęboko w zakamarkach szmaty, by nie wpadły w lepkie łapska kuriera, który – widać to było na pierwszy rzut oka – rozsupłał tobołek już wcześniej. Teraz wyniesione poza Ścieżkę kamienie – które przeszły długą drogę, w tym przez wewnętrzne ścieżki Grimleya – były w posiadaniu Randala.
Paladyn patrzył jak światło igra na ściętych kształtnie rubinach i dumał.