Przejdź do treści

Rozgrywka

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem rozgrywka-d20@forum.rolltelling.pl

  • The Haunting of Harrowstone

    15
    3 Głosy
    15 Posty
    463 Wyświetlenia
    PaniczP
    Warczące na grobowy pochód stado rozpierzchło się, pogonione nadludzkim głosem kapłana. Przyjemnie było patrzeć, jak ci szubrawcy karleją, cofają się, jak uchodzi z nich gniew, a w ucieczce chcą osłonić się od zwierzecęgo lęku pozorami kultury. Wymówką, pomyłką, niedomówieniem. Przemyśleniem sprawy. Pokracznym ukłonem zapowiadającym zejście ze sceny. Vald chłonął to wszystko żarłocznie, przebiegając spojrzeniem po każdym, kto stanął barykadą na ostatniej drodze Profesora. Zapamiętywał twarze, ruchy i szczegóły, jakby miał odmalować każdy detal na obrazie. Gibsa praktycznie rozrysował sobie na planszy notując, jak prowadzi kończyny, jak odgina się w tył przy wzburzeniu, jak gestykuluje dłońmi i bardziej obciąża lewą nogę przy ruchu. Obserwował każdy z ruchomych punktów, dopóki nie zniknęły w cmentarnej szarości. W końcu uwolniony z napięcia, wypuścił cicho powietrze i z szacunkiem schylił głowę przed krasnoludem. Pochód mógł trwać i poniesiona na nowo trumna dopłynęła kresu drogi. Vald odstąpił od niej powoli, delikatny i należycie stonowany w ruchach. W środku czuł złość i wzbierającą żółć. Złość na bydlaków, którzy znieważyli jego przyjaciela i złość na siebie. Że nie mógł teraz skupić się na deszczowej kontemplacji śmierci, na słowach Kendry, na wspomnieniach i odpowiednio posępnym spojrzeniu przy sypaniu ziemi na trumnę. Że zamiast uspokoić myśli i wzrok, cały czas wypatrywał zagrożenia i szukał śladów Gibsowego stada. Że nie ma kontroli, jakiej od siebie wymaga. Że miota się pod emocją, zamiast dostojnie smutnieć i dać Kendrze pokrzepienie jakimś pięknym wspomnieniem o Profesorze. A nieboszczykowi, w zgodzie z tą nekromancją, którą prawdziwie się parał – historią – przedłużyć życie przez pamięć. Dobrą mową czy epitafium zapadając w głowy tych, którzy dzisiaj szli dalej. Zły na siebie, pokornie skłonił się nad trumną, sypiąc garść ziemi i odszedł w tłum. Ulżyło mu dopiero, kiedy grabarze ubili ziemię na mogile. Goście zaczęli znikać w deszczu, wzmagając ciszę i pewność, że historia Profesora dobiegła końca. – Tyle o ile, Profesorze. – Pomyślał, na krótkie mgnienie uśmiechając się pod nosem. Petros Lorrimor był człowiekiem nietuzinkowym. O ile nie lubił zadęcia i pompy, o tyle nie zwykł też traktować rzeczy, które dla innych były ważne czy święte lekko. Nawet, jeśli sam uznawał je za banialuki. Choć wielu dał się poznać jako poważny i oficjalny, nie stronił od groteski i miał poczucie humoru, które brało na rogi sprawy, jakie niektórzy obchodzili z nabożnym lękiem. Jakkolwiek Profesor współczułby każdemu znajomemu pogrążonemu w żałobie i składał wymowne kondolencje, zawsze dostojnie dojrzały w obliczu śmierci, tak Vald był przekonany, że w swoim odejściu na pewno widziałby przestrzeń na coś więcej niż lamenty. Pewnie zawczasu nie spodziewałby się, że może to być miejsce na tajemnicę i śledztwo, ale ucieszyłby się. Tak przynajmniej sądził jego dawny student, gdy znalazł się już w domu mentora, znów blisko jego pogodnego ducha, a dalej od tych, którzy chcieli go podeptać. Myśli uspokoiły się, a wspomnienia na widok tysiąca ksiąg, których znajome grzbiety Vald widział w szkolnej bibliotece chyba wieki temu zaczęły grzać. – Szanowne Panie. – Vald złożył lekki, dzielony na trzy ukłon, w stronę Kendry, niziołki i tajemniczej zakonnicy. – Szanowni Panowie. – Wielki to zaszczyt być pod jednym dachem z ludźmi, których Profesor nazywał przyjaciółmi. – Na bladą twarz wpłynął skromny uśmiech. – Jestem Vald Bendic. Przed wieloma laty byłem studentem Profesora. Jednym z wielu, pewnikiem nie wśród jego najwybitniejszych uczniów. Ale Profesor, tak oddany samemu nauczaniu, jak i nauce – co przy uczonym jego formatu mówi niemało – zawsze miał czas i serce dla studentów, których porwały jego pasje. – Zaszczepił we mnie zamiłowanie do historii i kultury tych ziem. Choć studiowałem prawo i przez parę lat to był mój zawód... – Vald niemal prychnął na odległość i dziwność wspomnienia, które przez lata stanowiło o jego osobie. – To od wielu lat żyję zupełnie inaczej. Na co dzień z dala od liter i ludzi. Jako myśliwy, można powiedzieć. – Profesor był przez te ostatnie dekady moim głosem ze świata i – powiem to z dumą, bo sam tak mnie nazywał – przyjacielem. Korespondowaliśmy, kiedy tylko się dało, co może nie było relacją tak bliską i częstą, jaka może była zaszczytem tu obecnych, ale dla mnie niezwykle cenną. – Jestem – Panie, Panowie – do waszych, jako przyjaciół Profesora, usług. Przede wszystkim zaś. – Vald symbolicznie podniósł się na ten fragment przemowy. – Pani, Pani Kendro. Ostatnie listy od Pani Ojca wzbudziły już mój niepokój, więc jeśli jest coś w jego śmierci, co można wyjaśnić, nie pozostawię tego nierozstrzygniętym. Dopytania pozostałych jasno stanowiły o tym, że oni też nie chcieli zostawiać sieroty wśród wątpliwości i nie opuszczą sprawy wypadku bez wyjaśnienia. Vald pociągnął łyk wina, pokrzepiony oddaniem przyjaciół Profesora. Tym, że wliczał się w ich grono i że nie stał sam wobec sprawy. To, że grono stanowili krasnolud, niziołka i zielonooki czarownik, a on tylko – dawny żak, którego życie rzuciło w dzicz – był zwykłym człowiekiem, nie odbierało śmiałości. Przeciwnie, pasowało do Profesora i jego historii, w której to co z ksiąg, splatało się z tym, co za miedzą.
  • [Path 2ed] Runa cienie

    pathfinder 2 golarion
    97
    1 Głosy
    97 Posty
    4k Wyświetlenia
    R
    Elphira rozumiała zaniepokojenie Karendis sytuacja była dość osobliwa, szkoda że Koniecświacki nie raczył wspomnieć o tym wcześniej. No ale raczej nie było jak się wycofać zwłaszcza że -Jak funkcjonuje ? Chyba u wszystkich jest podobnie z życiem w związku bez ślubu ? Jak jest u elfów ? Czy pytasz o Ustalav ? To chyba zależy od hrabstwa no i zawsze znajdą się obrońcy moralności i przyzwoitości którzy będą kręcić nosem. - Odparła na pytanie Eleril która wyraźnie zainteresowała się tematem. ~***~ Elphira zastanawiała się czy Stadnicki podejmuje tak wszystkich swoich gości czy tylko tych na których chce wywrzeć odpowiednie wrażenie. Ubiór służby był dość “specyficzny” w sensie odkrywał więcej ciała niż zakrywał, nie była pewna czy był to gust gospodarza na codzień czy jego pomysł na tą okazję. Podobnie nie była pewna co myśleć o szkielecie, czy była to norma czy też jego córka próbowała się popisać przed gośćmi. -Glosicielkę ładu ? To dość osobliwy tytuł, zastanawiam się jakie historie pan słyszał o mojej osobie. niestety sama w sumie nie wiem wiele o panu.
  • Loch Szalonego Maga

    3
    0 Głosy
    3 Posty
    99 Wyświetlenia
    Dust MephitD
    9 Eleint 1492 DR Kolejny dzień zaczyna się spokojnie- od uporządkowania i sprzedania tego, co awanturnicy znaleźli i złupili wczoraj w Podgórze, aby nie taszczyć stalowych płyt, które Zak planuje użyć jako surowiec do nowej zbroi, Stockfisch prosi Durnana o możliwość zdeponowania ich w karczmie. Durnan przystaje na propozycję za drobna opłatą. Alanis, oswaja się z nowo zdobytym i dość niecodziennym magicznym artefaktem- wampirzymi zębami, które pozwalają na karmienie się siłami witalnymi swoich ofiar. A Kris'sh z kolei daje Zakowi do zrozumienia, że domyśla się pochodzenia ukrytego pod maską drowa. Przy śniadaniu, wywiązuje się krótka rozmowa na temat wiary, bogów i patronów, po którym drużyna decyduje się na ponowne zejść do lochu. Na dole, Zak ujawnia swoje oblicze, a w sali z kolumnami bohaterowie natrafiają na kolejną nowość- ogromny szkielet stworzenia przypominajacego węża. Nieopodal szkieletu stoi niedźwieżuk. Zdaje się spokojnie na nich czekać. Wywiązuje się rozmowa, z której wychodzi, że strachun należy do gildii Xanathara. Bezemoconalnym tonem wyjawia on drużynie, że intencje Uktarla nie są czyste i ma on zamiar ich wykorzystać i zdradzić, kiedy tylko nadaży się okazja. Proponuje jednak nawiązanie współpracy z gildią. W zamian za pozbycie się Ukratla i jego świty, drużyna będzie mogła przejść na drugi poziom pod kuratelą gildii. Strachun zostawia drużynę z ograniczonym czasem na decyzję i pozbycie się kwestii upadłych aktorów. Zanim przybywa Uktarl, bohaterowie postanawiają zbadać pomieszczenie ukryte za sekretnym przejściem w kształcie płaskorzeźby. Tam odnajdują odciętą orczą dłoń, oraz świecący bladym światłem miecz wbity w zbroję z kości. Od miecza firbolg wyczuł aurę magii zaklinania i przywołania. Zak z łatwością wyciąga go z kości. Kiedy chce jednak schować miecz do pochwy, okazuje się, że ten przylgnął do dłoni Zaka, a kapłan zostaje skazany przez jakiś czas na wędrówkę z przeklętym mieczem. Kiedy dróżyna cofa się do komnaty z płaskorzeźbami, niemal wpada na Uktarla i jego świtę. Wśród aktorów, dostrzegają też nowe twarzę. Młoda kobieta i starszy łysiejący mężczyzna, przedstawiają się jako Timea i Marrden. Proszą awanturników o pomoc w odbiciu ojca Timei, którego porwała gildia Xanathara. Uktarl proponuje nawet połączenie sił. Drużyna nie chce jednak zadzierać z gildią i nie decyduje się na pomoc. Zawiedziona Timea odchodzi wraz ze swoim stryjem, a drużyna zaczyna negocjowanie warunków odejścia aktorów z Podgóry. Uktarl wyjawia, że nie mogą opuścić lochu od tak przez karczmę i grozi im za to śmierć. Zdradza jednak też, że zna inne wyjście, które chronione jest przez trzy żarłoczne mantykory. Lider aktorów proponuje, że odejdą, jeżeli drużyna oczyści im drogę z potworów. Bohterowie przystają na to rozwiązanie, a Uktarl zdradza im drogę do legowiska mantykor. Po drodze do leża potworów grupa eksploruje kilka komnat- salę z posągami Waterdeviańskich szlachciców, gdzie odnajdują magiczny kostur, pokoje popleczników Harii, w której wpadają na dwójkę goblińskich dezerterów i odnajdują dziennik jednego z aktorów. Dalej odkrywają też salę tronową ze szczątkami wiwerny. Aż w końcu, trafiają do długiej sali z dwoma rzędami posągów, która kończy się wielkimi drzwiami zabezpieczonymi świecoącym glifem. Glif okazuje się związany z niezwykle starą i nieprzewidywalną magią, a kiedy firbolg przełamuje go, cudem udaje mu się uniknać śmierci przez spopielenie ekstremalnie wysoką temperaturą. W końcu trafiaja do leża mantykor. – Świeże mięso! – Zadrwił z oddali głos, kiedy tylko przechodzą prze próg komnaty. – Śmierdzi drowem, nie przepadam – odpowiada drugi głos – odór wilgoci i pleśni maskowany perfumerią. Ale zaradzimy. Zaradzimy! Dzięki swoim drowim zmysłom, Zak szybko dostrzega gadatliwe stwory. Trzy mantykory stoją wysoko na półkach nad trzema przejściami, podobnymi do tych które właśnie minął. Nie wyglądają na przyjaźnie nastawione i zdecydowanie gotują się do ataku. Walka trwa długo, a podczas jej trwania łowca traci przytomność, będąc blisko śmierci. Na domiar złego, w jej trakcie, drużynę atakuje jeszcze trolica będąca służką potworów, które pewne siebie, drwią sobie z drużyny. Powoli jednak, przewaga odwraca się na korzyść bohaterów, aż w końcu mantykory padają martwe na ziemię. Ciężko ranna i osłabiona drużyna, postanawia jednak nie kusić więcej losu i natychmiast wraca się do Ziejącego Portalu zregenerować mocno nadwątlone siły.
  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami

    Przeniesiony
    38
    2
    4 Głosy
    38 Posty
    1k Wyświetlenia
    SindarinS
    Thalamer Jeśli wyczyszczenie tabliczki było celowym zabiegiem zwracającym uwagę, to efekt był pełnym sukcesem. Od jakiegoś czasu czyszczono ją regularnie, a sądząc po braku smug, używano pewnie magii czyszczącej. Zarówno ona, jak i zamek nie emanowały żadnymi pozostałościami aur magicznych, co w przypadku tego drugiego było akurat znaczące. Alestair z pewnością miał solidne magiczne zabezpieczenia przed ewentualnym włamem do biura – prywatność była dla niego znacznie ważniejsza niż ładna tabliczka koło drzwi. Wyglądało więc na to, że ktokolwiek się tu włamał, rozbroił je z dużą wprawą, a następnie z podobną wprawą poradził sobie z samym zamkiem, na którym nie było widać żadnego śladu po brutalnych próbach wyłamania. Dodatkowe poszukiwania przyniosły efekty – w opróżnionej szufladzie biurka wciąż znajdowało się ozdobne puzderko, które zapamiętał z ostatniej wizyty u detektywa, kiedy świętowali zakończenie zlecenia. Otwierając je, poczuł wspaniały zapach aiundańskiego tytoniu z delikatną domieszką liści lodret. Większość cygaretek zniknęła, ale ocalało ich przynajmniej kilkanaście. Borin Pierwsza teoria o tym, czego tu szukano, szybko upadła przy dłuższej analizie. Intruzi, a sądząc po śladach, kierunku przesuwania mebli i trajektorii przedmiotów zrzucanych z biurka musiało być ich trzech, przyszli tu w konkretnym celu, a nie tylko by zrobić bałagan. Ewidentnie czegoś szukali, chociaż prawdopodobnie nie mieli stuprocentowej pewności, gdzie to coś się znajduje. Poturbowania makabrycznego trofeum dokonano na sam koniec, przed opuszczeniem biura – była to jedyna bezsprzecznie bezcelowa rzecz, jaką zrobili włamywacze. Wsłuchanie się w głosy miasta potwierdziło te nowe przypuszczenia. Niecałą godzinę po tym, jak Alestair opuścił biuro (zapewne udając się na kolację), do środka wparowały trzy zamaskowane osoby – dwoje o ludzkich wymiarach, jedna znacznie niższa. Sama tabliczka? Alestair zaczął dbać o jej czystość jakieś 3-4 miesiące temu. Bekhesh Możliwość przeczytania stron tekstu w mgnieniu oka była niezastąpiona – jednak zdobycie informacji nie było tożsame z jej skatalogowaniem i przyswojeniem wiedzy. W biurze rozrzucono setki kartek pochodzących z akt kilkudziesięciu spraw, które z początku zdawały się być kompletnym chaosem, od którego pękała głowa. Na szczęście Alestair znakował strony według jakiegoś pokręconego systemu, którego zrozumienie było i tak dla Bekhesha znacznie łatwiejsze niż zgadywanie, co jest kontynuacją czego – zadanie tym trudniejsze, że włamywacze zabrali ze sobą sporą część dokumentów i wszystkie pozostałe akta były niekompletne. Dobrych kilkanaście minut później hobgoblin miał przed sobą kilka równiutkich stert posegregowanych akt, a jego głowa aż huczała od informacji. Udało mu się podzielić je na kilka grup: sprawy cywilne, zlecenia od Domów, sprawy kryminalne, zarówno oficjalne i nieoficjalne, a także akta ważnych zdaniem śledczego osób. Ta ostatnia, zawierająca oczywiście notatki na temat wszystkich obecnych teraz w biurze, została najbardziej ogołocona. Niemal tak samo, jak jeszcze jedna sterta, wydzielona przez Bekhesha na samym początku: akta spraw związanych z uciekinierami z feralnego transportu. Z tych zostało naprawdę niewiele: Spoiler Scrimshaw – Zapiski na temat używanego sprzętu: wytwarzane i umagiczniane na zamówienie strzały z czarnodrzewu (na marginesie dopisek „Mendyrian?”) oraz zjadliwe mieszanki trucizn (wielu dostawców w Trybach). Ustalenia odnośnie potencjalnych kryjówek, wskazujące na przynajmniej tuzin różnych lokacji rozsianych po Sharn. Notatka sugerująca skontaktowanie się z kalashtar Quelltrai w celu skorzystania z jej pomocy przy prowokacji. Taklinn Soldorak – Lista towarów, które szmuglowali do Sharn. Niespójne, szalone wręcz relacje ofiar Taklinn, którym udało się przeżyć eksperymenty, a które obecnie przebywają w Domu Leczenie Kurali w Clifftop. Relacja wskazuje lokalizację pełnego potworności laboratorium we Wrotach Khybera. Na marginesie dopisane „powinno się to wypalić, ale nie chcę tam wracać”. Gersi ir’Cannith – Miejsca, w których pracowała: Eston, Cannith Wschód, Whitehearth, Stalownia Przemysłowa w Popiołach. Fragment stenogramu z przesłuchania, podczas którego przekonuje, że musiała zrobić co zrobiła, by powstrzymać kolejny Dzień Żałoby, a zbrojnokuci po „operacji” są na pewno szczęśliwsi, bez trosk. Mange – Cała strona niedokończonych rozważań na temat tego, czy jest jedynie lykanem, czy pełnoprawnym wilkołakiem. Kalendarium faz księżyców zestawione z relacjami świadków – wyniki niekonkluzywne. Lista kilkunastu nazwisk jego kapitanów z dopiskami o statusie – siedmiu siedzi, pięciu nie żyje, czterech zniknęło podczas obławy. Wampir z Northedge – Szkice przedstawiające wzory skaryfikacji. Notatka z rozmowy z Lanem Hazalem – mężem jednej z ofiar, który jest pewien, że nie ma tu żadnych wątków religijnych, a jedynie jakiś kompletny szaleniec (w kontrze do głośnych powiązań z Krwią Vol). Adres opuszczonej willi w Northedge, której używał jako kryjówki. Taer Badanie aur okazało się mało owocne. Poza wiecznolampą brakowało tu żadnych aur magicznych – co samo w sobie było nietypowe, gdyż Alestair zwykle miał pod ręką przynajmniej kilka magicznych gadżetów. Przynajmniej miał pewność, że nie zostawiono tu żadnych pułapek, czujek czy pluskiew. Pozostałe auromantyczne badania również nie przyniosły efektów, więc trzeba było przerzucić się na zwyczajne metody. Gabinet był całkowicie zdewastowany, ale Taer miał silne przeczucie, że poza ewidentnym poszukiwaniem czegoś, chaos był tu celem samym w sobie. Jego uwagę zwróciła tablica: ktoś bardzo przyłożył się do zniszczenia jej, wykonując kilkanaście szybkich cięć prostym ostrzem, wzmocnionym najpewniej magią ognia. Zwyczajny lub alchemiczny ogień nie wchodził w grę - płomienie nie rozprzestrzeniały się zbyt daleko od linii cięcia, więc nie było mowy o celowym opalaniu lub rozbryzgach płonącego płynu. Gundrik i Żelo Znając Alestaira nieco bliżej niż pozostali, dwaj weterani wiedzieli, jak szukać czegoś, co naprawdę chciałby ukryć. Jak można było spodziewać się po paranoiku, którego plany mają własne plany, biuro miało przynajmniej kilka skrytek. Trzy pierwsze, w biurku i podeście pod golemiczną ręką były proste do znalezienia, co udało się włamywaczom – ale o to właśnie chodziło, wewnątrz z pewnością było zaledwie kilka pierdół, trochę monet, może jakieś nieważne (lub fałszywe) dokumenty. Ich zadaniem było zadowolić przeszukującego, ale jednocześnie wzbudzić podejrzliwość tych bystrzejszych: w końcu poszło aż za łatwo, więc musi tu być coś więcej. Tak też było: w ścianie nad framugą znajdowała się kolejna skrytka, wydrążona w kamieniu. Ta również została opróżniona, co z pewnością nasyciło ciekawość i chciwość włamywaczy. Takie było właśnie jej przeznaczenie: zniechęcić do dalszego przeszukiwania. Przecież w biurze nie byłoby kolejnej ukrytej przestrzeni, prawda? Ostatecznie, tak też było – piąta skrytka była tuż za oknem, pod zdejmowanym fragmentem parapetu. Wewnątrz znajdowała się jedynie niewielka karteczka zapełniona symbolami, literami i cyframi, ani chybi klucz do jakiegoś szyfru. Pół godziny później Bekhesh właśnie kończył katalogować sterty papieru, gdy z korytarza zaczęły dobiegać nowe hałasy. Głośny stukot metalu o kamień, następnie kilka głośnych okrzyków, poprzedzających cichszą wymianę zdań między Varokiem a kimś o bardzo władczym głosie. Kolejnym odgłosem były ciężkie kroki konstrukta i jego pełne irytacji słowa, gdy pojawił się w zasięgu wzroku: - Tutejsi stróże, niezbyt zadowoleni Gdy przekazał wiadomość, oparł się o ścianie, a w jego postawie widać było niezadowolenie. Minęła go trójka strażników miejskich, odzianych w przepisowe kolczugi i hełmy, z gizarmami zarzuconymi na ramię. Prowadził ich siwiejący, acz wciąż ciemnowłosy mężczyzna o bladej karnacji z dystynkcjami sierżanta widocznymi na poniszczonym prochowcu, zarzuconym niedbale na pancerz. Przez chwilę wodził przemęczonymi, podkrążonymi oczami po biurze Alestaira, zanim nie odezwał się nieco ochrypłym głosem: - Czy ktoś może mi łaskawie wyjaśnić, co właśnie odpierdala się na miejscu zbrodni? – zapytał, bardziej zniechęcony niż zdenerwowany. Borin, Taer i Żelo szybko połączyli niechlujną aparycję i radosne usposobienie z konkretnym nazwiskiem. Sierżant Baelen Cord, za plecami nazywany Prochem, był jednym z bardziej charakterystycznych przedstawicieli prawa z Menthis. Przeszedł szkolenie w specjalizującej się w arkanokryminalistyce Poczerniałej Księdze, ale powody, dla których wrócił z tej elitarnej jednostki do szlifowania krawężników, były obiektem plotek i niestworzonych historii. Miał reputację nieprzekupnego, upartego i swarliwego, ale skutecznego – z pewnością miał lepszą opinię wśród szeregowych strażników niż przełożonych, którzy często oddelegowywali go do paskudniejszych i ryzykownych spraw.
  • Jakub zwany Puchatym

    jakub
    12
    1
    1 Głosy
    12 Posty
    204 Wyświetlenia
    Dust MephitD
    Przez moment Jakub milczy. Przypatruje się Galatei zastanawiając się, czy jej ciekawość jest jedyną motywacją, by sprawdzić, co jest za kolejnym zakrętem tunelu. A może jest coś, o czym nie mówi? – Powinnaś zadbać o te ręce – zmienia na chwilę temat, jakby liczył, że odciągnie jej uwagę od dołu, który naprawdę mógł prowadzić do kretowiska – Jak będzie się za długo goić, to może jakie zakażenie się wdać. Może jakiś znachor z maścią znajdzie się w Stubramiu, albo o bandażu trza będzie pomyśleć. Puchaty odwraca wzrok w stronę Kubłów. Zapada chwila ciszy. Liczy, że może chociaż jednego z nich kojarzy bliżej. Przygląda się też, czy mają przy sobie broń w razie konieczności. W końcu wzdycha wiedząc, że znów ulega namowom Galatei. Woli jednak zejść z nią i grupą Kubłów teraz, niż dowiedzieć się za jakiś czas, że czeladniczka postanowiła zejść tam sama i nie wróciła. – Ech, no dobra. Pogadam z nimi, ale potem powiesz mi, co cię tak ciągnie do tych korytarzy. Zgoda? – odpowiada zmiennokształtnej, po czym spokojnym krokiem podchodzi bliżej nocnej straży. – Dobry panowie! Widzieliście tą dziurę? – Jakub wskazuje kciukiem za plecy – Z roboty właśnie wracałem z przyjaciółką. Jakieś ślady tam zobaczyliśmy. Ktoś tam na pewno złaził i tera zastanawiamy się, czy czego sobie nie zrobił. Nie chcielibyście nam pomóc sprawdzić?
  • Ystyriaeth

    ystyriaeth
    30
    1
    3 Głosy
    30 Posty
    548 Wyświetlenia
    NabuchodonozorN
    Najpierw mówi, że słudzy Sagi "przechowują" to co otrzymają, ale za chwilę opowiada dalej, jak Saga przekazuje wodę dalej do Morany. Dla Ystyrieaetha stało się jasne, że nie powinien zwierzyć się tej kobiecie dopóki nie dowie się więcej o tym miejscu. Początkowo sądził, że skoro jest ona sługą w monastyrze, to będzie uporządkowana, ale wykazała przed nim typowo niewieścią niekonsekwencję. Podobne myśli miał w odniesieniu do sformułowania którego użyła. "Przedstawiciele Twojego ludu". Co miała na myśli? Czyżby jednak ktoś przed nim korzystał z tego portalu? A może w innych światach także są monastyry podobne do jego własnego? Biblioteka. To miejsce gdzie musi się koniecznie znaleźć. Ystyriath praktycznie zignorował dwunożnego słonia. Nie był głodny, tamten nie był zbyt uprzejmy, a obowiązki kuchenne nie były dla niego niczym nowym. Opuszczając kuchnię zapytał jedynie: — A kiedy jest ten pierwszy śpiew?- oraz dodał- Eunoe wskaż mi proszę bibliotekę i powiedz co masz na myśli mówiąc, że przebywają tu osoby z mojego ludu? Nie słyszałem o nikim kto by przybył przede mną z mojego świata. Mnich musiał być cierpliwy. Dlatego on sam będzie cierpliwie badał pisma w bibliotece, nim podejmie działania. Musi jednak działać jak najszybciej.
  • Gormalesh Pluskwą zwany

    pluskwa
    20
    1
    3 Głosy
    20 Posty
    333 Wyświetlenia
    AgapeA
    Pluskwa trafił idealnie. Skrzela naprawdę był łasy na błyskotki niczym sroka. Nawet sprawdził guzik zębem, jakby spodziewał się, że jest ze złota. „Tam, gdzie zieloni nie chodzą” było frazą, która mocno się goblinowi nie podobała i którą słyszał nazbyt często. – Zieloni powinni chodzić wszędzie. Wtedy byłby w mieście porządek. – stwierdził z przekonaniem. – Będę – potwierdził krótko. Wiedział, o którą fontannę chodzi, ba, wiedział nawet, o którą dziurę. Faktycznie była tam za długo, na tyle długo, że uznawał ją za stały element topografii miasta, a nie coś, co czekało na naprawę. – Ty z moim masz 7. Do jutra. Zgłoszę tę dziurę dyżurnemu, to zaprawa znajdzie się jeszcze szybciej. – powiedział na odchodne, dając Skrzeli do zrozumienia, że i on mu się uważnie przygląda. Uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie jutrzejszą minę trytona, kiedy stawi się do roboty w ubraniu, przy którym nie ma ani jednego guzika. Ominął zabezpieczone już zapadlisko, idąc pod samą ścianą, i ruszył w swoją stronę. Poza zasięgiem wzroku Kubłów zdjął z głowy czapkę, otrzepał ją z pyłu, a potem za jej pomocą otrzepał resztę munduru na tyle, na ile się dało. Nie chciał wchodzić na posterunek, wyglądając bardziej jak młynarz niż astynom. Nie w pełni mu się to udało.
  • Notturno-09-REM

    notturno
    10
    1
    3 Głosy
    10 Posty
    422 Wyświetlenia
    Leszek DyskietkaL
    Notturno rzucił okiem na klepisko, które odwzajemniło się tym, co klepiska zwykle mają do powiedzenia, i machnął ręką w jego stronę, poświęcając mu dokładnie tyle, na ile w tym momencie zasługiwało. — Ślady stóp. Wiele osób, wiele par butów, trochę kurzu. Statystycznie w każdej piwnicy ktoś kiedyś chodził — mruknął do ściany. — Wrócę do tego, kiedy będę miał dane. Za ladą zatrzymał się przy półce ze słojami. Szkło w sprawnym wizjerze przesunęło się o stopień i złapało ostrość na pierwszym z brzegu. Stały równo, w tej samej kolejności co zawsze, a wiele z nich zwracało etykiety do muru. Kirriwim przestawiał je po każdym zamiataniu, ale żadnego nie odwrócił tyłem do sali, bo komuś, kto sprzedaje, nawet tak niechętnie jak on, zależy na tym, żeby kupujący widział, co kupuje. Ktoś obracał je jeden po drugim i każdy odstawiał na to samo miejsce, co przy takiej liczbie szkła musiało chwilę potrwać i wymagało ręki, która się nie spieszy. Notturno poprowadził palec nad rzędem, tuż nad szkłem, i zatrzymał go przy jednym z obróconych. Pęknięty wizjer pokazał mu ten słój dopiero wtedy, gdy palec już na nim stał. Pod blatem znalazł księgę. Otwarta, grzbietem do góry, pismo szerokie i pochyłe. Ćwiekowani, sierpy, kwoty na marginesach. Zamarł z dłonią nad okładką. W torbie miał czym pisać i nie miał na czym, choć listę wyposażenia sporządzał starannie, pozycja po pozycji, a papier, uznany za rzecz oczywistą, nie trafił na nią przed sznurkiem, krzesiwem i pochodniami. Rejestr testów dało się wyjąć w dwa ruchy, ale cudze informacje wpisane między wyniki prób zrobiłyby z niego coś, czym nigdy nie miał być. Na ścianie za jego plecami cień uniósł rękę i podrapał się po rondzie kapelusza. Notturno stał bez ruchu. Wzięcie cudzej rzeczy bez wpisu miało w jego słowniku nazwę, której wolałby nie widzieć obok własnego numeru seryjnego, i tej nazwy nie łagodziło to, że rzecz leżała otwarta i bez opieki w piwnicy, którą ktoś zabił deskami. Wzięcie z wpisem nazywało się depozytem, ale wpis wymagał kartki, a tej w torbie brakowało, więc powstał w pamięci: dzień osiemdziesiąty dziewiąty, wieczór, piwnica Kirriwima, manifest handlowy, jeden egzemplarz, otwarty, grzbietem do góry. Policzył kartki od tylnej okładki do tej, na której leżała, i zachował liczbę. — Księga zostaje objęta tymczasowym depozytem śledczym — oznajmił do półki z powagą, jakiej zwykle używa się wobec komisji. — Zwrot nastąpi po odnalezieniu właściciela. Lista zadań w jego głowie wydłużyła się o dwie pozycje. Pierwsza: księga wraca na to samo miejsce, w tym samym stanie, z kartkami ułożonymi tak, jak je zastał. Druga: papier, najlepiej dużo, taki, którego zdobycie nie wymagałoby tłumaczenia się komukolwiek, w ilości pozwalającej przepisać cudze rachunki bez ruszania oryginałów. Obiema dłońmi uniósł księgę spod blatu i spróbował wsunąć ją do torby z juchtu, nie zginając okładki i nie przesuwając stron. Zasłona wisiała w głębi, a płomień leżał w kubku na boku, w stronę, w którą w tej piwnicy nic nie miało prawa go ciągnąć, a przynajmniej nic, co figurowało w jego rejestrze. Notturno przyklęknął na odległość wyciągniętego ramienia i przez kilkanaście tyknięć w piersi patrzył, czy kąt się zmienia. Z końca sznurka oddarł włókno długości palca i trzymał je kolejno przy szparze w wieku, przy ścianie i nad podłogą, próbując ustalić, gdzie kierunek ciągu się zmienia. Pęknięty wizjer pokazywał mu włókno w położeniu sprzed chwili, więc czytał je z dwóch obrazów naraz i usiłował zaufać temu późniejszemu. Zdrapany prostokąt na wieku obejrzał z bliska. Cięcia noża biegły w poprzek słojów, a to, co tkwiło w szparze, miało barwę starej kości. Przyłożył opuszkę palca, żeby ocenić twardość, i spróbował odłupać tym, co u istot z mięsa byłoby paznokciem - ostrą, mosiężną krawędzią szpiczastego paliczka - kawałek wielkości ziarna soczewicy. Jeśli się udało, roztarł go między palcami i przysunął do wizjera, żeby ocenić ziarno w świetle ogarka. Zawór w nosie, który o dyskrecji miał własne zdanie, puścił cienką nitkę lawendowego dymu. Notturno zostawił ją tuż przy szparze i śledził, w którą stronę się rozchodzi. Zsunął dolny brzeg płachty z wieka na tyle, żeby odsłonić środek, i zapukał kostką w trzech miejscach, przy brzegu, pośrodku i obok zdrapanego prostokąta, nasłuchując różnicy. Potem ułożył na wieku obie dłonie, jedną na drugiej, i zaczął próbować dokładać ciężaru, centymetr po centymetrze, z oczami na płomieniu i barkiem gotowym do odskoku.
  • [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

    pathfinder 18+ golarion
    158
    2 Głosy
    158 Posty
    5k Wyświetlenia
    SeachS
    Victor Goodmann, Kaylie Sunfall Kolejny dzień przywitał Evercrest. Słońce wznosiło się powoli nad horyzontem, jakby samo nie było pewne, czy chciało być świadkiem tego co się stanie. Życie wydawało się zaczynać jak zawsze, chleb studził się w piekarni, ludzie zaczęli rozstawiać stragany na targu. Wszystko się zmieniło kiedy boczne drzwi Popielnego Dworu wypuściły orszak Straży Miejskie z Filią Blackfyre na czele. Pomiędzy czterema strażnikami, na wozie, powoli toczyła się klatka z potworem, który przyniósł cierpienie temu miastu i okolicom. Ahair Davros, szalony alchemik siedział spokojnie na środku klatki, przyglądając się mieszkańcom. Orszak nie musiał nawoływać mieszkańców. Wieść rozniosła się szybciej od dźwięku końskich kopyt. Najpierw pojedyncze twarze pojawiły się w oknach. Potem kolejne. Kupcy porzucali rozstawianie straganów, piekarze wychodzili przed swoje warsztaty z rękami wciąż obsypanymi mąką, a przechodnie zatrzymywali się pośrodku ulicy, by spojrzeć na klatkę. Szepty i pomruki wypełniały ulice gdy tylko wkroczył na nie orszak. "Morderca" i "Potwór" były powtarzane w każdej konwersacji. Im bliżej klatka podjeżdżała, tym bardziej tłum gęstniał. Nie wszyscy jednak mieli odwagę patrzeć. Mężczyzna stojący przed zakładem krawieckim pobladł, gdy rozpoznał twarz alchemika. Bez słowa wbiegł do środka i z hukiem zatrzasnął drzwi. Chwilę później okiennice zostały zamknięte jedna po drugiej. Jakby całe domy próbowały udawać, że nikogo w nich nie ma. W innym miejscu młoda matka szarpnęła dwójkę dzieci za ręce. - Do środka. Natychmiast. - Ale mamo... - Powiedziałam do środka! Drzwi zamknęły się, a chwilę później zasunięto rygiel. Niektórzy odwracali wzrok. Inni klękali i szeptali modlitwy. Kilku starszych mieszkańców wykonywało znak ochronny, jakby sama obecność Davrosa mogła sprowadzić na nich nieszczęście. Byli jednak i tacy, których strach dawno ustąpił miejsca nienawiści. - Morderca! Pierwsze zgniłe jabłko uderzyło w metalowe pręty klatki, rozpryskując brunatną papkę. Zaraz potem poleciało drugie. I trzecie. Ktoś cisnął zgniłą kapustą. Inny starym bochenkiem chleba. - Powinieneś zdechnąć tam, gdzie cię znaleźli! - Powiesić go! Strażnicy odruchowo zacieśnili szyk wokół wozu. Kilku mieszkańców próbowało podejść bliżej, lecz zostali odepchnięci kolbami włóczni. Mimo wrzasków, mimo gradu obelg i gnijących warzyw, Ahair Davros pozostawał niewzruszony. Siedział ze skrzyżowanymi nogami pośrodku klatki, obserwując mieszkańców z niemal dziecięcą ciekawością. Jego spojrzenie przesuwało się z twarzy na twarz, jakby próbował przypomnieć sobie, gdzie już ich widział. Na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Uśmiech człowieka, który patrzy na wynik eksperymentu i z satysfakcją stwierdza, że rezultat okazał się dokładnie taki, jak przewidywał. Był niewielką, dwupiętrową konstrukcją z jasnego, starannie obrobionego kamienia. Czas pozostawił na jego murach ślady w postaci delikatnych pęknięć i ciemniejszych plam, lecz budynek wciąż wyglądał solidnie. Nad szerokim wejściem znajdował się trójkątny fronton wsparty na dwóch prostych kolumnach, a w jego centrum wyrzeźbiono wagę — symbol prawa, którego szale od lat pozostawały nieruchome. Wąskie okna na piętrze otaczały kamienne obramowania ozdobione skromnymi ornamentami. Nad drzwiami wisiał herb Evercrest, wykuty w kamieniu i niemal całkowicie pozbawiony koloru przez lata deszczu i słońca. Nie był to pałac. Nie musiał nim być. Miał wyglądać jak miejsce, w którym zapadają decyzje. Gdy wóz wjechał na plac, rozmowy zaczęły stopniowo cichnąć. Mieszkańcy rozstąpili się przed strażnikami, pozostawiając pośrodku wąskie przejście. Niektórzy nadal rzucali w Davrosa pełne nienawiści spojrzenia. Inni spuszczali wzrok, gdy tylko jego oczy przesuwały się w ich stronę. Filia Blackfyre uniosła dłoń. - Stać. Orszak zatrzymał się przed szerokimi kamiennymi schodami prowadzącymi do sądu. Przez chwilę słychać było tylko stukot końskich kopyt i cichy gwar setek ludzi. Davros podniósł wzrok. Przed nim stał budynek, który przez całe pokolenia był dla mieszkańców symbolem sprawiedliwości. Dzisiaj miał stać się miejscem jego sądu. Za plecami alchemika tłum milczał. Po raz pierwszy od chwili opuszczenia Popielnego Dworu nikt nie krzyczał. Wszyscy czekali. Budynek sądu stał na końcu placu, nieco wyżej niż otaczające go kamienice. Prowadziły do niego szerokie schody z jasnego kamienia, starte przez dziesiątki lat kroków mieszkańców. Na ich krawędziach widoczne były drobne wyszczerbienia, a pomiędzy płytami miejscami wyrastały cienkie źdźbła trawy. Sam sąd miał dwa piętra i prostą, niemal surową bryłę. Zbudowano go z jasnego kamienia, którego powierzchnia przez lata przybrała ciepły, szarawy odcień. Nie był szczególnie wysoki ani imponujący, ale jego szerokie mury i masywne fundamenty sprawiały, że wyglądał tak, jakby mógł stać tutaj jeszcze przez kolejne stulecia. W przeciwieństwie do prostych budynków stojących wokół placu, tutaj zadbano o szczegóły. Nad głównym wejściem znajdował się trójkątny fronton wsparty na dwóch kamiennych kolumnach. W jego centrum wyrzeźbiono wagę — prostą, pozbawioną ozdobników, z obiema szalami znajdującymi się na tej samej wysokości. Poniżej, nad samymi drzwiami, umieszczono herb Evercrest. Ciężkie drzwi wykonano z ciemnego drewna, niemal czarnego od starości i wielokrotnego olejowania. Ich powierzchnię pokrywały subtelne rzeźbienia przedstawiające splecione gałązki dębu. Metalowe okucia były masywne, lecz starannie wykonane, a pośrodku każdych drzwi znajdowała się niewielka mosiężna plakieta z symbolem wagi. Wąskie okna na piętrach miały kamienne obramowania. W kilku z nich można było dostrzec delikatne, kolorowe fragmenty szkła — nie na tyle liczne, by tworzyć prawdziwe witraże, ale wystarczające, by w słoneczne dni rzucać na posadzki niewielkie plamy czerwieni, błękitu i złota. Budynek nie był ozdobny dla samej ozdoby. Wszystko miało tutaj przypominać o porządku. O prawie. O tym, że niezależnie od tego, kim jesteś, prędzej czy później możesz stanąć po tej stronie drzwi. Po przekroczeniu progu uderzała przede wszystkim cisza. Wnętrze sądu było znacznie bardziej przestronne, niż można było przypuszczać po jego wyglądzie z zewnątrz. Główny hol zajmował niemal całą szerokość budynku. Posadzka wykonana była z dużych płyt jasnego kamienia, wypolerowanych przez lata chodzenia. Po obu stronach ciągnęły się drewniane ławy, przeznaczone dla mieszkańców oczekujących na rozprawy. Ściany pokrywała ciemna, drewniana boazeria sięgająca mniej więcej wysokości ramion. Powyżej niej kamień pozostawiono niemal całkowicie odkryty. Na ścianach wisiały herby kolejnych namiestników i sędziów Evercrest, niektóre świeższe, inne wyblakłe i popękane ze starości. Pomiędzy nimi znajdowały się niewielkie tablice z wygrawerowanymi sentencjami dotyczącymi prawa. Niektóre były proste. „Prawo nie zna gniewu.” Inne brzmiały bardziej jak ostrzeżenia. „Każdy czyn ma swoją cenę.” Na końcu holu znajdowały się szerokie schody prowadzące na wyższe piętra. Ich poręcze wykonano z ciemnego drewna, a każdy słupek ozdobiono niewielką rzeźbą przedstawiającą wagę. Po lewej stronie mieściły się drzwi prowadzące do niewielkich pomieszczeń administracyjnych. Kancelarii, archiwum i gabinetów urzędników. Po prawej znajdowała się większa sala rozpraw. Jej drzwi były cięższe od pozostałych. Wykonano je z tego samego ciemnego drewna co główne wejście, lecz pozbawiono niemal wszystkich zdobień. Jedynym elementem była niewielka, mosiężna waga umieszczona na wysokości oczu. Sala rozpraw była sercem budynku. Wysokie okna wpuszczały do środka blade światło, które padało na długie rzędy drewnianych ław. Podłoga była wykonana z ciemnego drewna, podobnie jak większość wyposażenia. W powietrzu unosił się zapach starego drewna, wosku i pergaminu. Na samym końcu sali znajdowało się podwyższenie. Pośrodku stało ciężkie, szerokie biurko sędziego wykonane z ciemnego dębu. Za nim, na kamiennej ścianie, wyrzeźbiono największy w całym budynku symbol wagi. Po obu jego stronach wisiały herby Evercrest oraz lokalnej władzy. Przed podwyższeniem ustawiono dwa proste stoły. Jeden dla oskarżyciela. Drugi dla obrony. Pomiędzy nimi pozostawiono pustą przestrzeń. Miejsce dla oskarżonego. Nie było tu krat. Nie było łańcuchów. Nie było potrzeby. Sama sala wystarczała, żeby człowiek poczuł ciężar sytuacji. Każdy dźwięk odbijał się od kamiennych ścian. Każde przesunięcie krzesła, każdy krok, każde odchrząknięcie natychmiast zwracało uwagę całej sali. A dzisiaj ławy miały wypełnić się mieszkańcami Evercrest. Niektórzy przyszli zobaczyć sprawiedliwość. Inni zemstę. Jeszcze inni chcieli po prostu zobaczyć człowieka, którego nazwisko przez ostatnie miesiące szeptano po domach. Gdy drzwi sali rozpraw otworzyły się szeroko, gwar zgromadzonych mieszkańców ucichł. Wszyscy spojrzeli w stronę wejścia. Za ciężkimi drzwiami czekała sala, która przez lata widziała kradzieże, bójki, spory sąsiedzkie i poważniejsze zbrodnie. Miejsce, w którym ważyły się losy ludzi, choć większość wyroków dotyczyła rzeczy znacznie mniejszych niż ta, która miała wydarzyć się dzisiaj. Tym razem nie chodziło o złodzieja. Nie chodziło o miejscowego awanturnika. Przed sądem miał stanąć człowiek, którego czyny naznaczyły całe Evercrest. A gdy Ahair Davros przekroczył próg, ciężkie drzwi zamknęły się za nim z głuchym hukiem. Jakby sam budynek właśnie odciął go od świata. Baltizar Harpeness Droga na południe stawała się coraz węższa. Najpierw zniknęły pola. Potem pojedyncze gospodarstwa i niewielkie zagajniki przy drodze. W końcu nawet ślady ludzkiej obecności zaczęły zanikać. Koła wozu coraz częściej wpadały w koleiny, a wysuszone gałęzie smagały jego boki. Po obu stronach drogi rosły stare, poskręcane drzewa, których korony niemal całkowicie zasłaniały niebo. Nikt nie zauważył, kiedy ucichły ptaki. Po prostu któregoś razu jeden z członków drużyny przestał słyszeć ich śpiew i dopiero po chwili zorientował się, że od dłuższego czasu nie słychać niczego poza skrzypieniem wozu. Nawet wiatr ucichł. Liście na drzewach pozostawały nieruchome. Wszyscy przez jakiś czas byli cicho. W końcu Ofun uniósł dłoń w jakiś kierunku. - Tam. Między drzewami pojawiły się pierwsze dachy. Wioska była niewielka. Kilkanaście, może dwadzieścia budynków stało po obu stronach głównej drogi prowadzącej do małego placu. Charakterystyczne, zaokrąglone dachy i niewielkie drzwi zdradzały ich gnomie pochodzenie. Większość domów była w ruinie. Jeden zawalił się niemal całkowicie. Przez wyrwaną ścianę widać było wnętrze pokoju. Przewrócony stół leżał pod ścianą, obok niego stały dwa małe krzesła. Na drugim nie było już dachu. Wysokie chwasty wyrosły przez podłogę i sięgały niemal okien. Z kolejnego zwisał drewniany szyld. Poruszał się powoli na jednym zardzewiałym zawiasie. Nie było na nim żadnego napisu. Tylko wyblakła żaba w cylindrze. Wóz wjechał między pierwsze zabudowania. Konie zwolniły. Jeden z nich prychnął i szarpnął uprzężą. Ofun spojrzał na zwierzę, delikatnie klepiąc je uspokajająco po zadzie. - Spokojnie. Koń nie ruszył. Przez kilka sekund stał nieruchomo, wpatrując się w jeden z domów. Dom wyglądał tak samo jak wszystkie pozostałe. Puste okna, popękane ściany, drzwi lekko uchylone. Nic nadzwyczajnego. Ofun ociągnął za lejce. Tym razem koń ruszył. Wioska była cicha. Nie cicha jak las. Cicha jak pomieszczenie, w którym wszyscy nagle przestali mówić. Po drodze mijali kolejne domy. Drzwi jednych były otwarte na oścież. Inne pozostawały zamknięte. W kilku brakowało całych ścian. W jednym z okien wciąż wisiały zasłony. Były brudne i poszarzałe, ale nie wyglądały na podarte. Na sznurku rozciągniętym pomiędzy dwoma budynkami wisiały małe, dziecięce ubrania. Materiał był wyblakły. Niektóre rzeczy niemal rozpadały się od samego ciężaru. Jedna z nich kołysała się lekko. Reszta pozostawała nieruchoma. Wóz zatrzymał się na środku placu. Fontanna stała pośrodku niewielkiego, popękanego kręgu kamieni. Nie działała od dawna. Jej misa była pełna ciemnej wody. Ktoś mógłby przysiąc, że przed chwilą zobaczył na jej powierzchni krąg. Jeden. Potem drugi. Woda znów stała się nieruchoma. Jor i Ori zeszli z wozu, włos zjeżył się na karkach wojowników Przez chwilę patrzyli na fontannę, potem na domy. Inarion jeszcze raz zerknął na mapę Baltizara. -Jesteśmy na miejscu - powiedział. Nikt mu nie odpowiedział. Gdzieś za jednym z budynków rozległo się ciche skrzypnięcie. Jak otwierane drzwi. Wszyscy odruchowo spojrzeli w tamtą stronę. Drzwi żadnego z domów się nie poruszały. Po chwili ktoś zauważył coś jeszcze. Na parapecie jednego z okien leżała mała porcelanowa figurka. Gnom. Uśmiechnięty. Z jedną ręką uniesioną w geście powitania. Kurz pokrywał wszystko dookoła. Parapet, szybę, ściany. Figurka była czysta. Ofun chrząknął. - Nie rozdzielajcie się. Tym razem powiedział to ciszej. Wiatr wciąż nie wiał. A mimo to gdzieś nad ich głowami poruszyła się drewniana tabliczka. Raz. Drugi. Trzeci. Na jej powierzchni, spod warstwy brudu, można było dostrzec wyryte słowa. „WITAMY W…” Reszta była zdarta. Albo odgryziona.
  • Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka

    pathfinder 2e golarion
    66
    2 Głosy
    66 Posty
    2k Wyświetlenia
    SantorineS
    Sześciu podróżników - Rathor, Dorlivin, Zaira, Kraghul, Jaithe i Zakareth przestąpiło próg Lwiej Loży po raz ostatni. Mroźna noc była oświetlana jasno przez księżyc, którego blada poświata iluminowała srebrne szczyty Obłędnych Gór, zatrzymując się dopiero na ścianie czarnego lasu. Zdawało się być złym omenem pozostać w domu myśliwskim rodu Ponurorytu, szczególnie teraz, po zobaczeniu szalejących płomieni i szponów, które zawlokły Auldegrunda przed oblicze jego pana. Szóstka poczęła zatem schodzić szparko ze wzniesienia, mając się na baczności. Paru z nich spojrzało jeszcze za siebie: rzecz dziwna, tam, daleko, w otwartych drzwiach Loży, zapaliło się jeszcze parę płomieni, a czarny dym z bramy wejściowej rzygał czarnymi chmurami w czyste niebo. Nie… Lepiej było nie zostawać. Szli zatem. Cisza w górach zdawała się być przerywana jeno wyciem wiatru i rytmicznym chrupaniem śniegu. Czasem jakiś kamień lub też kawałek lodu odłamał się i, wirując, wpadał w czeluść uskoku skalnego, wydając parę tykających dźwięków, które kończyły się głośniejszym trzaskiem. Kiedy indziej, jakiś kamień prysnął gdzieś ponad nimi, odbijając się echem. Wreszcie, jakieś pół godziny później, bór zgęstniał znacznie, zaś szlak począł wić się zygzakiem między półkami skalnymi. Był to ostatni moment, by spojrzeć na Lwią Lożę - z daleka wydawało się, że ogień, zamiast maleć, wewnątrz wydawał się rosnąć i… Cóż, czy zdawało się, że przy dźwierzach do wewnątrz stał ktoś? Jakiś zarys ciemnej, nienaturalnie wysokiej sylwetki zamajaczył przed kamiennymi licem. Lub też, może była to iluzja, którą dokonał dystans i góry? Lwia Loża zniknęła w gęstwinie drzew. ~ Wędrówka zaprowadziła sześciu do stóp Obłędnych Gór, choć podgórze ciągnęło się małymi pagórkami przez znaczny czas jeszcze. Po około pięciu godzinach nerwowej marszruty, gdzie każdy co pewien czas oglądał się za siebie, grupa znalazła mały, niepozorny gaj, który był naturalnie osłonięty przez formacje skalne od głównego traktu. Wewnątrz znajdowała się - o dziwo! - całkowicie pusta grota, która, choć w połowie zalana była mulistą wodą, zapewniała schronienie przed ustawicznym, kąsającym wiatrem. ~ Popas w zimnej grocie był niespokojnym czatowaniem, jako że rubieże Varisii znane były ze swego zwykłego niebezpieczeństwa od wszelakich istot, które tutaj bytowały. Pomimo tego, potrzeba było odpocząć nieco, aby podjąć dalszą podróż. Grota na szczęście okazała się być najzwyklejszym otworem w ziemi. Jej otwór wypadał na małą polanę, w której hulające wichry zdawały się wyprawiać najfantastyczniejsze zwroty, wzbijając czasem tumany śniegu, które, jak rój srebrnych iskier skrzesanych z lodowatego gruntu, zakręcały się w małe trąby powietrzne, by wreszcie upaść z powrotem na ziemię lub też zniknąć w mroku linii drzew. Wiatr nie sięgał jednak do jej ciemnego wnętrza. Gdyby nie te przeklęte kałuże, od których ciągnęły zimno i wilgoć, byłoby tutaj całkiem przytulnie. Podczas popasu Dorlivin nie odzywał się niemal wcale. Magiczny twór Auldegrunda wydawał się być w głębokim szoku - nie jednak z ponurego finału, który czekał starego diabolistę, a z tego, że Dorlivin przeżył to wszystko. Perspektywa rychłej śmierci towarzyszyła mu tak długo, że wydostania się z Lwiej Loży krasnolud nawet nie brał w rachubę. Zaira i Kraghul złapali raz mamroczącego do siebie Dorlivina, który stał na warcie. – I cóż… Teraz… Kim… Dokąd…? – szeptał Dorlivin do siebie, dla którego, na podobieństwo więźnia wypuszczonego z lochu, perspektywa wolności zdała się gorsza od więzienia. Rathor, przeciwnie. Kiedy tylko ork nieco wypoczął i pozwolił opatrzyć swoje rany, wydobył nie wiadomo skąd wielką flaszę miodu pitnego, choć i zainteresował się także whisky w rzeźbionej na podobieństwo głowy diabła flaszy, którą podróżnicy znaleźli w sanctum Auldegrunda. Począł z nich pociągać sążniście. Kiedy nie przeszkadzał mu jego srogi kaszel, ork snuł długie opowieści o swych przygodach w Belkzen. Rathor szczególnie rad był powracać pamięcią do swych tułaczek w okolicach Krwawych Równin i miasta Urgir. Ork z lubością przechwalał się swą siłą i ile bitek przeżył na ulicach miasta, choć gawęda często zbaczała też na temat jego tułaczek w okolicach starego zamku, ponoć zlokalizowanego na zachód od Urgir, którego nazwy ork nie znał, a gdzie Rathor i jego towarzysze ścierali się na śmierć i życie z plemionami Shoanti. ~ W grocie zabawili dłuższy czas, aż do ranka, żeby podjąć marsz raz jeszcze. Choć zimny miesiąc Neth trzymał swoimi mroźnymi szponami całą krainę, im niżej zeszli, tym bardziej szlak stawał się znośniejszy, zaś wicher malał na sile. Po paru dniach wreszcie, pod wieczór, zobaczyli światła lamp sioła, obok którego podróżowali wcześniej. Tam, zaopatrzywszy się odpowiednio i zapłaciwszy złotem znalezionym w Lwiej Loży, wypuścili się już na południe, prosto do Korvosy. [image: image.png] KONIEC
  • Ten temat został usunięty!

    1
    3
    0 Głosy
    1 Posty
    9 Wyświetlenia
  • Ten temat został usunięty!

    2
    0 Głosy
    2 Posty
    3 Wyświetlenia
  • Ten temat został usunięty!

    2
    3
    0 Głosy
    2 Posty
    66 Wyświetlenia
  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

    105
    4 Głosy
    105 Posty
    4k Wyświetlenia
    PaniczP
    Marius dryfował. Lekki, z czystą głową i białymi barankami nad sobą, dawał się unosić toni. Nie poruszał członkami. Nie machał choćby dłonią. Leżał, a fale podnosiły go same. Miarowo, jakby to babcia kołysała go delikatnie na bujanym fotelu. Umysł miał pusty i cichy. Nie myślał. Nikt mu nie towarzyszył. Był sam w słodkim bezwładzie. Nie słyszał nawet głosu... – Cholera. Jednak pomyślał. Jestestwo dobiło się uwagi gdzieś na skraju świadomości, zajrzało przez lufcik. A potem było już tylko trudniej i tylko gorzej. Głos na razie nie wrócił. Głos Mistrza. Ale Marius już o nim myślał. Już... Spodziewał się zaraz go usłyszeć. Wyglądał go. Oczekiwał. Nie z pragnieniem. Nie z poczuciem braku czy niepokojem. Mechanicznie. Mechanicznie czy naturalnie, zwał jak zwał, ale z wrażeniem niepełności świata, w którym brakowało podstawowych składników. Jakby ująć część liter z alfabetu i zacząć dukać to samo bez ładu i składu, albo wyjąć z palety któryś z podstawowych kolorów i nazywać cze... Mhm, ten, hmm, nie ten zielony, nie-niebieski. Jak żółty, ale inny. Nie, nie, inny-inny zupełnie. Wiesz, o którym mówię! Mariusowi brakowało głosu dzwoniącego pod czaszką i z samym tylko swoim wewnętrznym narratorem, czuł się dziwnie. Jak człowiek zaskoczony echem we własnym domu, gdy remont wypchnie mu meble na korytarz. To był ten stan docelowy? Ciekawe, że tego już nie pamiętał. Ale długo braku znosić nie musiał. Nie był już sam. *** – Obudził się – Hazar uważnie lustrował wracającego do siebie kapłana. Utopiec chciał coś odparsknąć, ale bandaż zdusił słowa. Na machnięcie rękami też nie było przestrzeni. Zero miejsca na protest i bunt Mariusa objawił się w skrępowanym, półleżącym pląsie. Kapłan nie rozumiał, o co chodzi – dlaczego jest związany i zakneblowany. Ale twarze wokół znał. Znał i nie spodziewał się nigdy oglądać ich z dołu, z perspektywy więźnia. – Spokojnie – miękko szepnęła Morwen. – Nic ci nie grozi. Musieliśmy cię związać, bo... Pamiętasz? Młodzik patrzył na czarownicę, jakby na bieżąco zliczał coś i składał do kupy. Jakby wyostrzał rozbitą mozaikę w ludzki kształt. Trwało to krótką chwilę, ale w końcu skinął jej głową na potwierdzenie. Tak, tak, wiedział, pamiętał. – W takim razie sam rozumiesz – wytłumaczyła się magiczka. – Przestraszyłeś nas. Oczy kapłana przebiegały od osoby do osoby, rejestrując wszystko, co wyrażały znajome twarze. Utopiec przetoczył się na ziemi i przysiadł z pomocą Randala, dziękując skinieniem. Powiódł wzrokiem po reszcie, a oczy miał przepraszające i smutne. – Takie miejsce... Może źle wpływać na niektórych – włączył się milczący od dłuższego czasu doktor Quolleb. – Odpocząć i wzmocnić się będzie rozwagą. Panie Hazar? – Ta? - Krasnolud czuł bicie mocy spod każdego kafla Ścieżki. Kusiła go. Ale wiedział też, że z otiakami mieli kupę szczęścia i następny taki hazard mógł być dla nich ostatnim. Domyślał się, czego może chcieć stary. – Zabezpieczy pan otwarte korytarze? Wtedy cofniemy się do obozu... – Badacz widział, jak po jego słowach twarze górników zajaśniały nadzieją. – Odsapniemy trochę. Hazar się nie sprzeciwiał. Zebrał pomagierów i na początek zastawili wejście przed sobą ciężkimi ławami. Machnął na resztę, by zmajstrowali solidniejszą dokładkę. Górnicy ruszyli stawiać do pionu wywrócone wagoniki i ściągać na wózkach ciężkie, rozrzucone po hallu belki. Wojownik nie zwykł siedzieć na tyłku, gdy inni pracowali, ale Morwen zatrzymała go na miejscu. Odeszli na bok z Ballo, Randalem i Larą. Zmarnowany Marius siedział teraz na ławie na środku sali, posadzony przez Bolvara i uspokajany przez cedzącego coś powoli Quolleba. Zbroje – jeszcze przed chwilą żądne krwi golemy – stały teraz w rządku w rogu komnaty i kołysały się miarowo. – Wrócił do siebie – powiedziała cicho czarownica. – I dlatego teraz poczułam to wyraźnie. Ktoś mu towarzyszy. Jest... Jakby w środku? – To kapłan – Ballo nie miał pojęcia, co to za heca z Mariusem, ale nie chciał by kogokolwiek sądzono bez choćby krztyny wątpliwości przy ocenie. – Jego bogini pewnie jest przy nim. – Przed chwilą na pewno nie była – żachnął się Randal. – Władowałby się w ciemno w nieznane i tyle by było z boskości. Hazar słuchał i mechanicznie kiwał głową, podpierając się młotem. Nie miał takiej pewności jak Morwen, ale wolał dmuchać na zimne. W robocie nie było miejsca na wariatów. – Możesz doprecyzować swoją ocenę? - Lara poczekała na pauzę. – Chodzi mi o rodzaj tej obecności, jeśli potrafisz to zdiagnozować. Nawet tu, w samym Drusdygg, natrafiliśmy na różne przypadki manipulacji umysłem. Może mogą mieć związek. Czarodziejka rozłożyła ręce i zaczęła gestykulować, szukając odpowiedniego słowa, by opisać przeczucie, które miała. Przeczucie, nie pewność. – Nasz kompan, Kai... Znasz go zresztą. – Lara skorzystała z okazji, by wprowadzić kontekst. – Miesiąc temu natrafiliśmy w lesie za Pogorzelą na gobliny. Sam Marius tłumaczył potem, że był wśród nich przypadek rzadkiego mutanta, który potrafił manipulować umysłami. Kai przez pewien czas zachowywał się wtedy kompletnie irracjonalnie... Czy inaczej – racjonalnie, acz nieświadomie realizował rozkazy goblinów, które chciały wciągnąć nas w pułapkę. Sam zachował świadomość i pamięć wydarzeń, ale bez późniejszej możliwości wyjaśnienia swojego zachowania. Mówił, że w tamtym czasie nie miał cienia wątpliwości, że postępuje właściwie. – Pamiętasz, że długo – i z bliska – przyglądał się tamtemu trupowi? - przypomniał Randal. – Nie wiem – zabezpieczyła się Morwen. – Nie wiem, czy to może mieć związek. Może? Pewne... No, prawie pewne, że siedzi w nim coś jeszcze, czego być nie powinno. Czarownica pomyślała o mistrzu Wedryku, który mógłby to rozstrzygnąć ponad wszelką wątpliwość. Dziewczyna myślała o czarodzieju z szacunkiem i głęboką obawą, nieskora, żeby się do niego zbliżać, albo wywoływać wilka z lasu choćby wspomnieniem. Może starczy tu kapłan? – Jak siedzi, to pewnie widzi i słyszy, co mówimy i robimy. Nie ma co... – Randal podrapał się po obolałych plecach. – Wynośmy się stąd i jego wynośmy. Może to on – nie mówię, że specjalnie – wywołał z cienia te mackostwory? *** Pytań było wiele, ale Morwen nie czuła się na siłach odpowiadać na gdybania. Nie wiedziała, a nie chciała kłamać. Paladyn miał jednak rację – jeśli ktoś kontrolował Mariusa – znał wszystkie ich kroki. Trzeba było się przegrupować, przetasować karty i spróbować jeszcze raz. Prowizoryczne bariery zastawiły wejścia do korytarzy odchodzących z hallu, a kompania nie traciła czasu, by sprawdzać ich solidność. Na wyjściu, dla pewności, przywiązano jeszcze ożywione zbroje do kolumn schodowych i ruszono do światła. Rażące słońce na twarzach cieszyło jak pierwsza trawa po zimie. Tłum strażników patrzył na mrużących oczy badaczy Ścieżki z podziwem i niepokojem. Wracali żywi i na własnych nogach, choć jednego ze swoich wlekli jak podróżny tobołek. Jednego dnia i jednego popołudnia wpłynęli na losy osady na tyle sposobów, że na rozrysowanie wszystkich scenariuszy wyobraźni nie starczyłoby nawet drobiazgowej i skrupulatnej Larze. Teraz mieli odpocząć i basta. Paru osiłków poklepało ich po plecach, gdy przechodzili między nimi, a ktoś z przodu klaskał. Najwyższym dowodem uznania strażniczej braci był jednak fakt, że nikt nawet nie próbował ich obszukać. Ach, gdyby tylko wcześniej skorzystali z okazji! Szpaler gwardzistów kończył się przy ustawionych w zaporę wozach. Tam, oddzieleni od wioski już tylko suchą przestrzenią, zdobywcy Ścieżki byli wystawieni na wzrok i ocenę mieszkańców. I tam czekali na nich ich mocodawczyni – Wylla van Coen oraz rozpromieniony, patronujący wyprawie arcymag Wedryk Weld. – Brawo, brawo. Doprawdy, czuję się, jakbym był tam z Wami! – Czarodziej uśmiechnął się sfinksem. – Ale zawsze mało mi przyjemności słuchania opowieści z pierwszej ręki, więc doczekać się nie mogę posłuchania. – Pewnie nie jest mistrz sam w tym pragnieniu – włączyła się płynnie Wylla. – Dobrostan moich pracowników wymaga jednak, żeby najpierw przeszli ocenę zdrowotną i odpoczęli psychicznie. Pozwolisz zatem, Wedryku, że nim priorytet przejmie poznawanie prawdy, zadbamy o bezpieczeństwo każdego z naszych kolegów. Pogodne spojrzenia i ciepłe uśmiechy starły się w serdecznym zwarciu. – Pan doktor Quolleb, naturalnie, nie jest zobowiązany do spełniania reguł naszej organizacji. Zachęcam jednak i pana, panie doktorze, aby w pierwszej kolejności zadbać o siebie. Wiedza i Prawda, tak utęsknione, pozwolą na siebie zaczekać. Troska o pracowników była naprawdę wyświechtanym frazesem i brzmiała zabawnie, wyciągnięta na pierwszy plan gry pozorów między Wyllą a Wedrykiem. Kompania Lazurowa broniła swoich interesów wszelkimi możliwymi sposobami, a stawką w tym momencie było pierwszeństwo informacji. Nie szło wyłącznie o władzę i poczucie tryumfu. Znaleziska Ścieżki miały wymierną wartość finansową nie tylko w formie wywleczonych spod ziemi złotych sztabek i czarodziejskich artefaktów. Kto wiedział pierwszy, wyprzedzał konkurentów w inwestycjach, planach i decyzjach. Kto wiedział pierwszy, nadawał ton narracji o Ścieżce i tych, którzy ją kształtowali. Kto wiedział pierwszy... Mógł zdecydować, co przydarzyło się Mariusowi, co czeka go dalej i jak wpłynie to na codzienność Czarnych Wrót. – Bezpieczeństwo przede wszystkim – uśmiechnął się Randal. – Sam mistrz rozumie. Paladyn poklepał Mariusa po plecach i pociągnął go ze sobą w stronę budynku Kompanii. Reszta ruszyła za nim. Czuli, że dokonali lepszego wyboru. Ale wyboru, który nie pozostanie bez konsekwencji. KONIEC CDN