Przejdź do treści

Rozgrywka

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem rozgrywka-d20@forum.rolltelling.pl

4 Tematy 265 Posty

Dnia 18.04.26 w godzinach południowo-wieczornych planowana jest dłuższa przerwa techniczna. Będziemy instalować panel sesji oraz organizować już istniejące sesje. Szczegóły.

  • [Path 2ed] Runa cienie

    pathfinder 2 golarion
    37
    1 Głosy
    37 Posty
    528 Wyświetlenia
    R
    Elphi nie dziwiła się reakcji Liwi na ich opowieści w końcu gdyby nie przytrafiły się jej samej to zapewne też miała by problem by uznać je za prawdziwe lub nie wyolbrzymione. Przyjemna atmosfera jednak szybko wyparowała nagłym przybyciem latającego młyna o którym tyle słyszały, w całym zamieszaniu tylko spytała. -Kto powrócił ? Sytuacją zdawała się poważna przynajmniej do momentu aż nie odnalazły Karendis i Karin w jednoznacznej sytuacji. -Chyba powinnyśmy się były tego spodziewać. Choć czasem jestem pod wrażeniem jak szybko udaje się jej to udaje, zwłaszcza z niektórymi jej tekstami. - Skomentowała całą sytuację.
  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

    38
    4 Głosy
    38 Posty
    918 Wyświetlenia
    PaniczP
    Mephitis nazwę swą biorą od trujących wyziewów, które większość z ich gatunków nieustannie roznosi, ziejąc nimi gdzie popadnie dla własnej uciechy i na szkodę wszech istot. Stworzenia są to złośliwe i niecne, skore do szkodzenia i krzywdzenia, jeśli tylko je to zabawia. Choć dają się spętać magią i przymusić do służby, to stanowią sługi krnąbrne i mało pojętne w nauce. Płochliwe i choleryczne, nie radzą sobie wobec bardziej złożonych zadań, skore oszukać mistrza, jeśli tylko oszczędzi im to wysiłku. Bynajmniej jednak nie są całkiem głupie i to nie tylko w pojęciu zwierzęcego sprytu, którego im nie brak. Mają inteligencję przeciętną, przewyższającą niekiedy zacofane chłopstwo Keolandii, ale nie robią z niej właściwego użytku, co pośrednio może wypływać z ich zaburzonej percepcji czasu.   Mephitis zdają się funkcjonować we wszelkości swych zachowań, ruchów i myśli w swoistym przyspieszeniu, rzadko zdolne skupić się na czymś na dłużej. Najpewniej jest to odbiciem ich krótkiego żywota, w którym za jedyny cel stawiają sobie doraźne zaspokajanie potrzeb, gromadząc przyjemności nim niewielka klepsydra ich czasu przesypie się dla nich.   Mówią językami odpowiednimi dla sfery żywiołów, która je zrodziła, ale wszystkie rozumieją żywiołaczą lingua oeridea, jaką stanowi mowa prymordialna. Ich wokabularz jest ubogi, za to pełno w nim onomatopei i ogólnego hałasu.   Czarodziejom, którzy chcą w służbie Sztuki eksperymentować na stworzeniach, które mają rozwinięte struktury umysły i przez to nadają się do praktyki ars fascinationis, mefity poleca się jako tani i plastyczny materiał prac. Ostrzega się jednak o ostrożności przy skupianiu ich w większej liczbie i nadmiernym zużyciu – przy śmierci eksplodują, co przy dużej kolonii może prowadzić do reakcji łańcuchowej. Zaleca się odpowiednie wzmocnienie konstrukcji, w których są przetrzymywane, by uniknąć ich uszkodzenia przy niekontrolowanych wybuchach   Mistrz Zielonej Wieży, Sztuka Magiczna w Codziennej Praktyce. Rozwiązania i Porady (Przede Wszystkim) Utylitarne Zaklęcia szkoły uroków miały właśnie szybki test praktyczny. Morwen skupiła wiedźmi wzrok na aurach mefitów, chuchnęła, dmuchnęła i złoty pył spadł na skłębione skupisko dymiących stworków. Liczyła pewnie, że mgiełka otuli całą skrzydlatą rodzinę, ale ich stałe trzepotanie i wzloty z miejsca na miejsce dały czarowi odpór. Jeden tylko, ten rozpiany wcześniej w ostrzeżeniu wobec reszty, dał się pochwycić urokiem i opadł na ziemię jak liść strącony nagłym podmuchem. Zasnął, ale to nie wystraszyło pozostałych. Może gdyby zaklęcie położyło większą liczbę, reszta potworków zaczęłaby zmykać. Teraz jednak, skonfrontowane z drużyną poprzez coś więcej niż okruszki od Ballo, poirytowały się i zaczęły gniewnie bzyczeć. Górnicy zerkali niepewnie w stronę dymiących, świszczących diabelstw i widać było, że nie czytali Mistrza Zielonej Wieży, bo czuli wobec stworów pokaźny respekt. Z pierwszej łapanki jednak tu nie przyszli, co najdobitniej chciał pokazać Szwar. Zwykle małomówny, ale pierwszy do mordobicia, uznawał, że w obawie i niepewności należy ostro skonfrontować się z jej źródłem. Metoda co do zasady warta uwagi, ale wymagająca elastycznego stosowania. Tym razem chłop nie oglądał się na niuanse i podpunkty i pognał z rykiem naprzód, przeskakując przez ławkę, wymijając Mariusa i biorąc dziki zamach kilofem na zlatującego do okruszków mefita. Trafił mocno, waląc latacza po gargulcowym nosie aż świst poszedł, a w ślad za tym wrząca jucha i wściekły jazgot potworka. Hazar krzyknął coś z tyłu poirytowany zachowaniem narwańca, ale nie mógł już nic zaradzić. Rąbnięty mefit wciągnął powietrze jakby miał zaraz dmuchać świeczki i dmuchnął faktycznie, ale dymiącą falą żrącego popiołu, jakby wysypywał na głowy rozgrzane węgla z głębi kominka. Szwar jęknął i zakrył twarz, a powietrze przeszedł charakterystyczny swąd palonej skóry. Górnik przyjął na siebie większość parującego wyziewu mefita, ale zionięcie – jak na tak liche stworzenie – rozniosło się dużo dalej gorącym stożkiem, który sięgnął aż po stojących wyraźnie dalej Morwen, Larę i Eutalo. Opar owionął też Mariusa i Ballo – ten pierwszy poczuł gryzienie w nozdrzach i pieczenie oczu, które odruchowo zacisnął, co sił. Mnich zasłonił twarz potężną łapą i nawet nie poczuł bólu, a jedynie lekko parzące mrowienie, jak przy wyławianiu czegoś na szybko z wrzątku. Morwen, Lara i Eutalo mieli dość przestrzeni, by osłonić ślepia, więc jedynymi, którzy krzywili się i przecierali oczy byli Marius i Szwar, choć prawdziwy ból dotknął tylko krewkiego górnika. Randal przetarł skrawione czoło i rozejrzał się po sytuacji. Widział parzący podmuch mefita, widział jak Mavir biegnie w stronę kompanii, a Ballo próbuje udobruchać mefity rzucając im jedzenie. Z początku były głodne i ciekawskie, ale teraz zjeżyły się na drużynę, choć mnich – tak pewnie przez swoją potężną sylwetkę, jak i rzuconą stworkom jałmużnę – wypracował sobie neutralny status i był przez nie omijany. Zamiast tego dwa rzuciły się na Szwara, machając pazurami jak rozeźlone koty. Jeden zdawał się w tym śmiesznie nieporadny i chyba niewiele zrobił przykulonemu górnikowi, ale drugi dziabnął go już poważnie aż pawiment zalał się krwią. Randal nie palił się do rozbijania diablich stworków, choć może to i byłoby po paladyńsku, ale do roboty zmusiła konieczność. Rycerz wyskoczył naprzód, by odegnać żywiołaki od oślepionego górnika i ciął tego, który już wcześniej oberwał, rozdzierając mu kawał skrzydła. Rana nie była śmiertelna, ani nawet dość mocna, by przygwoździć wijącego się lotnika. Spojrzenie w tył pokazało, że chyba trzeba będzie bić mocniej, bo mefity rozzuchwaliły się i dwa podleciały bliżej wyjścia. Jeden był w zasadzie obok Braga, ale zwolnił w ostatniej chwili przed atakiem i górnik zdążył odskoczyć. Drugi zaczaił się na doktora Quolleba, który nie potrzebował większej zachęty i podjął kierunek ewakuacyjny. Eutalo spróbował strzelić w natręta, który przegonił historyka, ale chybił o spory dystans. Swojej szansy nie zmarnował za to Seweryn, który ze swoją misterną kuszynką, reagował na wydarzenia, jakby każde kolejne prowadziło do pułapki, którą zawczasu nastawił. Mefici atak na dotkora sporo kosztował żywiołaka, bo posłany precyzyjnie pocisk trafił prosto w środek jego skrzaciego ciałka, zraszając płytki dymiącą juchą. Stwór zajazgotał i chyba stracił serce do psot. Ten, który zamachnął się na Brago też chyba stracił rezon, bo górnik odwinął mu się potężnie, waląc kilofem, jakby rozbijał skałę. Mefit nie dał się rozbić na szczapy, ale przeorana łapa musiała naprawdę go boleć, bo trafiony zagwizdał wściekle aż z uszu poszła mu para. Wulbar biegł już kompanowi na pomoc, gotów poprawić z drugiej strony, a Elbir cofał się niepewnie, wodząc wzrokiem za Hazarem i czekając, co zdecyduje krasnolud. Mefity, które dotąd były rozleciane w dalekich zakątkach hali, teraz zlatywały bliżej wydarzeń, ale przestrzeń była ogromna, więc nawet na nietoperzych skrzydłach nie dało się dolecieć z jednego końca na drugi tak raz-dwa. Lara miała strzelbę w pogotowiu i mogła swym bystrym okiem złowić diabliki w locie niczym kaczki, ale to nie zgrywało się z jej podejściem do sięgania po oręż. Nie lubiła zabijać, a już absolutnie wystrzegała się tego, gdy nie było całkiem pewności, czy aby wróg na pewno jest wrogiem i na ile może być zabójczy... Przy rozumnych istotach, które nie wykazały w pierwszych odruchach jednoznacznej agresji, doktor Quatermain miała skrępowane ręce. Nie chciała na razie sięgać ani po kule, ani po bułat, licząc że mefity może uda się odstraszyć, albo przegonić. Zastanawiała się, czy aby najlepszego efektu, by usadzić lataczy na tyłkach nie zrobi niesiony echem strzał z jej fuzji... Z drugiej strony wiedziała, że usłyszą go wszyscy, którzy (jeszcze) żyli na Ścieżce, a tego rozgłosu nie chciała. – Häipykää täältä! – krzyknęła w końcu, przekonana, że może stwory znają starosuelski, skoro znalazły się w ruinach imperium. – Lähde nyt ja elä tai jää ja kuole! Jej wezwanie, by chochliki wyniosły się gdzie pieprz rośnie i postawiona im groźba pewnikiem zadziałałyby świetnie, gdyby tylko mefity cokolwiek tu zrozumiały. Suelski był im jednak kompletnie obcy, więc wokalizacje Lary znaczyły dla nich tyle samo, co charknięcia i warknięcia pozostałych. Marius słyszał, że potworki nic z tego nie rozumieją i ogólnie zdają się zupełnie skonfundowane, niepewne kim są ludzie, których napotkali i własnej roli w tym miejscu. Gwizdy, świsty, piski, jazgoty, plumkania i wizgi to była przedziwna kakofonia, bliska wyjącemu w mroźny dzień wichrowi, który wpada w zakamarek zagrać na czym popadnie. Wiatr niczego jednak nie mówił, nawet jeśli zawodził i tylko zdawało się, że niesie prawdziwe słowa, tak jak ślimacza muszla szumiała morsko, ale nie niosła odgłosów morza. Ale... Czy... Czy na pewno? Marius znów miał wrażenie, że słyszy coś w parujących gwizdach mefitów... Coś jakby wyseplenione, syczące i świszczące słowa... Słowa języka, który znał. - Tak! – Ucieszył się kapłan, kiedy udało mu się w końcu skoncentrować na tyle, by z nieustannej, meficiej kakofonii wyłuskać dźwięki, które przypominały słowa. Tak, to były słowa. Nie miał teraz już wątpliwości. Mefity syczały swoim dymnym, powietrznym dialektem, ale część dźwięków dawała się zidentyfikować. Język prymordialny, albo mowa żywiołów... Mało kto spośród śmiertelników władał językiem, który niósł się szeroko przez Plany, ale burzliwa historia Utopca dała mu ten przywilej. - Wróg... Uciekać?! Pyszne! Pluć-pluć ich! Duży! Rura bić, rura! Marius wytężał uszy i słuchał, nie zawsze składając kawałki w sens, ale z każdą chwilą radząc sobie w tym coraz lepiej. Sprawy nie ułatwiało, że co jeden mefit, to inny komunikat, a specyfika wokalna czyniła głos każdego stworka absolutnie unikalnym... Ale jeśli on w miarę je rozumiał, to może i one zrozumiałyby jego wodnisty, szumiący morsko prymordialny? Spoiler [image: 6381191-5922c64a-384d-11f1-ab01-3e9ada567499] Spoiler Kolejność zdarzeń: Grosz (górnik) – 21 (rusza bliżej wyjścia) Mefit Dymu #6 – 20 (pieje; komunikuje się z resztą po swojemu; zostaje uśpiony) Morwen – 19 (usypia mefita #6) Szwar (górnik) – 19 – atakuje Mefita #5; najpierw lekko ranny w ataku, później ciężej (jest bliski upadku) Hazar – 19 (defensywa) Mefit Dymu #5 – raniony poważnie przez Szwara i Randala, ale nie na skraju śmierci Mavir (górnik) – 18 (biegnie bliżej reszty) Randal – 17 (trafia mocno mefita #5) Mefit Dymu #10 – 17 (pudło w Szwara) Ballo – 16 (karmi mefity) Mefit Dymu #1 – 16 (atak na Brago – pudło; Brago odpowiada mocnym atakiem) Mefit Dymu #8 – 12 (atak na dr. Quolleba – pudło) Eutalo – 12 (pudło) Seweryn – 11 (trafienie krytyczne – mocne uderzenie w mefita #8, który jednak nie jest jeszcze półmartwy) Mefit Dymu #9 – 11 (ruch w stronę skupiska ludzi) Doktor Quolleb – 8 (kierunek: wyjście) Brago (górnik) – 7 (atakuje mefita #1 i mocno trafia) Lara – 5 (próbuje odstraszyć mefity w starosuelskim) Wulbar (górnik) – 5 (rusza pomóc Brago) Mefit Dymu #2 – 4 (rusza bliżej) Mefit Dymu #3 – 4 (rusza bliżej) Mefit Dymu #7 – 4 (rusza bliżej) Elbir (górnik) – 3 (defensywa) Marius - 2 (?)
  • [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

    pathfinder 18+ golarion
    152
    2 Głosy
    152 Posty
    327 Wyświetlenia
    ZellZ
    Viktor i Kaylie nocą w pokoju w Dworze Niski pomruk w gardle Viktora składał się w galtiańskie kołysanki. Nie były do końca poprawne… akcent wciąż trochę się nie zgadzał, czasem odmiana, a słowa wciąż znał w znacznej mierze tylko dlatego, że się specyficznie ich wyczuł… ale brzmiała w nich opieka, gdy tak leżał obok Kaylie i głaskał ją czule, czekając aż zaśnie. Kaylie natomiast wtulała się niczym dziecko spragnione opieki rodzica, jakiej było pozbawione. Czuła się bezpiecznie, czuła się kochana. - Czy twoja mama też cię tak często usypiała? - zapytała bardzo rozmarzonym głosem. - Yhym… - przytaknął - NIe pamiętam już tych momentów. Bardziej jako koncept. Niejasny obraz w pamięci… ale pamiętam uczucie jakie we mnie budziło pamiętanie tego. - Mnie usypiały nianie. - kontynuowała - Czy inne służące. Nie miałam jednej osoby w rezydencji, bo i sama nie byłam. A mama miała inne rzeczy na głowie. Później byłam za duża. - Nie wymieniłbym się z tobą. Nianie coś ci śpiewały? - Tak... Ale w sumie nie pamiętam co dokładnie. Przynajmniej śpiewały jak bardzo malutka byłam. Tak sądzę... - Cóż… to zapamiętasz przynajmniej te… * ♪ À la claire fontaine. M’en allant promener… ♪* Kaylie słuchała z przymkniętymi oczami, sycąc się prostą kołysanką. Mocniej wtuliła twarz w ramię Khala i z prawdziwą delikatnością oraz radością w głosie wyszeptała: - Byłbyś wspaniałym ojcem... - Może tak… najpewniej wcale nie. To wymaga trochę więcej niż talentu do lingwistyki… śpij Kryszyno. Napracowałaś się dziś. - Przecież dopiero zaczęłam, żadna praca... - broniła się. - Powiedziałem: śpij. Skończyłaś na dziś. Kobieta jeszcze łasiła się do Khala, ale jednocześnie układała spokojniej i zamykała oczy. - Będziesz jak się obudzę, nie porzucisz mnie, jak będę spała? - zapytała w sposób, jaki jest z jakiegoś powodu ważny dla kobiet chociaż przecież nie zapewnia, że ich partner ich nie oszuka... tylko jest to jakieś uspokojenie dla nich? - Będę tutaj - przytaknął i pocałował ją nad brwiami. - A teraz już koniec gadania. * ♪ À la claire fontaine. M’en allant promener… ♪* - zanucił ponownie jedyną kołysankę, którą w-miarę potrafił, aby odprowadziła Kaylie do snu. Viktor i Azazel Blisko środka nocy Viktor przerwał pracę. Z Fisusiem zamknął węzły magiczne i zrobił miejsce. Nie komunikował się z chowańcem. Obaj wiedzieli, że to ten czas. Kartka papieru przed nim, pióro w ręce, kałamarz obok. Zaczął pisać. Z początku powoli i wciąż świadomie. Imiona wrogów swego Benefaktora, które znał… lecz drugiego nie skończył nim dłoń nie zaczęła pisać sama. Pióro przyspieszało w swoim tańcu po papierze. Piękny styl pisma nabierał nieśmiertelnej gracji, aż taniec pióra stał się niemal hipnotyzujący. Świadomość Viktora już nie była tylko we Dworze, ale na wpół dryfowała między planami. A Wielki Cień słuchał jego modlitwy i raportu. Słuchał i najwyraźneij był zadowolony, bo pokój kapłana wydawał się zanikać w oddali świadomości Viktora. Gdy otworzył oczy był… w innym miejscu niż te które kojarzył ze swych dotychczasowych wizji. Zniknęła znana mu sala sądowa Azazela, to miejsce było… inne… obce. Piekielny ogień ciągle palił jego plecy jednak kapłan nie czuł zagrożenia, to miejsce przepełnione było… nadzieją? Wizualnie nie był jeszcze pewien co widzi, miejsce wiło się niczym dym i mgła nie mogąc przyjąć jednego kształtu. Azazel stał u jego boku, diabeł zerkał co chwilę na swe dzieło. - Nie jest jeszcze gotowy, trochę zajmie zanim będę mógł przeprowadzić swoje działania. - wrócił uwagą do swego sługi - Więc, słyszę, że mamy postęp. - Tak, panie. Dotychczasowe małe kroczki wypracowały okoliczności do wielkiego skoku. Fasada świątyni już stoi i w dwa dni będzie ona wypełniona. Pierwsi wierni już zbiegają się w jej progi i będzie ich więcej. - Dobrze. - diabeł spojrzał jeszcze raz na swój projekt po czym machnął ręką, pojawiły się dwa siedziska, Azazel zasiadł przy jednym i wskazał na Viktorowi na drugie - Więc, opowiadaj o tej rozprawie, tej z alchemikiem. Rozumiem, że reprezentujesz ofiary. - Zgadza się - przytaknął, siadając na wskazanym miejscu - Sprawa prosta i klarowna. Rzesza świadków, dowody w postaci jego zapisków i jego pełna kooperacja. Spodziewam się, że przyzna się sam do winy. Są tylko dwa mankamenty i zdają się powiązane. Fakt, że jest on klonem oryginalnego Ahaira oraz ktoś naciska aby proces szybko został pchnięty w przód, więc spodziewam się, że ktoś wpływowy – postawiłbym duże pieniądze na Hiernonima Crawcolta, lub kogoś bezpośrednio z nim powiązanego – chce szybko ukręcić sprawie łeb nim Junior wypapla zbyt wiele. - Istota jego natury nie zmniejsza jego winy. - odparł diabeł - Możesz gdybać o tym czy został taki stworzony, czy nauczył się sam. Fakt pozostaje faktem, że jego działania są rezultatem jego decyzji. Jego wolnej woli. Co do grubszej polityki… polecałbym ci ją na razie pozostawić w spokoju. Zaczniesz mieszać się bardziej niż powinieneś i szybko skończysz na stryczku. - Azazel się zastanowił - Możemy zapewnić, że dusza tego Ahaira, nawet jeżeli to klon, spotka należyta kara… - Polityka, niestety, ma tendencje samodzielnie wchodzić z butami do życia. Tylko agresywniej jeśli się od niej wzrok odwraca. Ale definitywnie zamierzam grać zachowawczo i pozwolić Crawcoltowi zgnuśnieć w satysfakcji i błędnym poczuciu bezpieczeństwa, gdy będzie oglądał egzekucję alchemika. Jego kara jest mi ważniejsza niż ta należna Seniorowi. - Mi też bardziej chodzi o pokaz… - odparł diabeł z drobnym uśmiechem - Mojej osobistej interwencji w tej sprawie. I byłoby zastosowanie dla twojej towarzyszki. - Definitywnie coś takiego miałoby moc i napędziło zainteresowanie. Czy to jest plan w co mógłbym zostać wtajemniczony z wyprzedzeniem? - Rytualna egzekucja. - odparł diabeł - Nic krwawego, nic wbrew normom społecznym. Zwykła głośna modlitwa do mnie, dekapitacja. Reszta to, jak mówią, show biznes, sądzę, że Kaylie się nada. - Dam radę to zorganizować - zgodził się Viktor, z najdrobniejsza nutą nieufności. - Coś ci chodzi po głowie. - to nie było pytanie. - Wybacz, panie, - Viktor pochylił głowę w szacunku - ale próbuję zrozumieć twą wizję tego wydarzenia. W ramach “osobistej interwencji” spodziewałem się… więcej niż samej mojej modlitwy? I nie wiem czy nie zrozumiałem twojego planu, czy – zwyczajnie – nie zostałem jeszcze wprowadzony we wszystkie szczegóły. - Myślałem, że masz odrobinę pojęcia o teatralności. Jeżeli jednak wymagasz dokładnego opisu. Po tym jak głowa zostanie usunięty z ciała, na czole pojawi się mój symbol, oznaczający, że dusza złoczyńcy została oddana mnie do ukarania. Nie jest to oczywiście coś co mogę zrobić z każdym, bogowie trzymają dusze swoich sług przy piersi. Zważając jednak na sytuację, najpewniej odbędzie się bez obiekcji z zewnątrz. - Azazel zerknął na kapłana - Chyba nie sądziłeś, że osobiście się zjawię na egzekucji?* - Oh, nie. Zbyt niskie progi, to bez dwóch zdań. Twój symbol jest wystarczający i rzeczywiście osobisty. Wypełnia lukę logiczną, która powodowała mój dysonans poznawczy. Czy… mógłbym zasugerować praktyczne zastosowanie dla jego duszy? - Nie wykorzystam jej do umagicznienia ci broni… to zbyt demoniczne na moje gusta. - To bym sam mógł zrobić… mniej-więcej. Chciałbym go… wypożyczyć z Twej domeny. Za jakiś czas, na kilka krótkich dekad. Znajdę artificera, który zbuduje mu odpowiednie ciało. Gdy kara już go odpowiednio zmiękczy. Będzie pracował na moje polecenie i twoją korzyść. Kościół, prędzej czy później, zyska wrogów. Choćby agentów Księcia Ciemności, gdy ten zorientuje się, że idzie nam lepiej niż oczekiwał. Wtedy każda przewaga się przyda. Włącznie z niewolnym alchemikiem. Diabeł się zastanowił. - Rozważałem podobny system. Chociaż bardziej tutaj. Metoda dla idiotów, którzy zasłużyli na piekło, aby odkupić swe czyny ciężką pracą. Wysyłanie ich z powrotem na Golarion… ech, Pharasma będzie mi suszyć głowę o to, a wy będziecie pewnie mieli kłopot z jej wyznawcami. Nie martwiłbym się o Asmodeusa… jeszcze. Pierwszy uważa, że ciągle ma mnie w garści. - Hmmm… nawet w pełni mej arogancji nie przypisuję sobie możliwości zrozumienia niuansów boskich spraw… oświeć mnie jednak, panie… jeśli raczysz. Idea o której mówisz jest więcej-niż-zasadna. Nie mówimy tu o tworzeniu nieumarłych, ale tymczasowym opuszczeniu zaświatów. Procederem praktycznie niewiele różniącym się od klasycznych wskrzeszeń, o które kler Matki Dusz nie ma pretensji, a i sam czasem stosuje w regularności nie rzadszej niż inni kapłani. Pretensje o coś takiego wydają się… trącić hipokryzją? - Viktorze, klasycznym wskrzeszeniem nie będziesz miał nad nim kontroli. Wierzę w twój talent do urabiania sobie ludzi, ale czy jesteś pewny, i to całkowicie, że Ahair z własnej woli będzie chciał odkupić swe winy? Czy on w ogóle uważa swoje czyny za coś godnego potępienia? - Proszę o korektę, jeżeli się mylę, ale… Matka Dusz nie ma dogmatów przeciw kontroli, ani przymusom. Jej przykazania nie poruszają wolnej woli, ani odkupienia win. Jedynie nieuniknioność ostatecznego… - Viktor zatrzymał się w odpowiedzi, z twarzy patrona wyczytując, że popełnił jakiś błąd. - Nie to miałem na myśli. - diabeł westchnął - Wskrzesisz go. Jak przekonasz go, aby ci pomógł? Nie zaprzeczam ci umiejętności w tej sztuce, ale nawet ona ma swoje limity. - Zapewnieniem, że jedynie moja wola trzyma go przed powrotem na dół. Nie wierzę, by śmiertelne metody korekty mogły na niego wpłynąć, ale tam na pewno znajdą się sposoby kary, do których za nic w świecie nie będzie chciał wrócić. To plus z pół tuzina zabezpieczeń w samym ciele, które zostanie dla niego zbudowane. Diabeł się uśmiechnął. - To lepiej. - obejrzał się za nich w oddali było widać płomienie piekła - Więc jak sądzisz… tydzień wśród moich… współpracowników? - Mam kontakt z Ligą Techniczną. Można im wiele zarzucić, ale jeśli chodzi o budowanie ciała-więzienia dla duszy to na Golarionie raczej nie będzie lepszych. Jednak nie sądzę, aby zajęło to mniej niż miesiąc, więc będzie miał czas się ukisić w swoich sokach. - Czy on nie jest częścią Ligi? - Wiemy, że Senior jest w Lidze. Niekoniecznie Junior. Szczegóły i tak nie będą ich obchodziły, a pieniądze lub przysługi które będę im za to winny. Ale to mój problem, aby to zorganizować w sposób nienaruszający potrzeb Kościoła. Diabeł kiwnął głową. - Nie będę się mieszał, wiem, że jest to po części związane z twoją prywatną sprawą w tym mieście i trzymam cię za słowo, że nie sprawisz, aby stanęło to na drodze twojej powinności wobec mnie. - Diabeł spojrzał z powrotem w kierunku swego przyszłego dzieła - Miesiąc w Piekle powinien dać mu do myślenia. Czy masz do mnie jeszcze jakąś sprawę? - Jedną, jeśli się da. Czy jest możliwe otoczenie mojego biura w świątyni polem antydywinacyjnym? Częstość ich występowania w Evercrest każe mi sądzić, że są ku temu jakieś korzystne warunki… Mam metody obrony przed szpiegami, przed wrogami, przed cwaniakami i naciągaczami, a nawet przed przyjaciółmi, ale na dywinacje nie mam żadnej realnej kontry. A jednak sprawy kościoła i kancelarii powinny pozostać prywatne. - Naprawdę potrzebujesz mnie do tego? - Diabeł uniósł brew - Mogę dać ci przedmiot, który umieści teren w promieniu dziesięciu metrów w bańce przeciw wieszczeniu. Lub mogę cię nauczyć rytuału, aby osiągnąć ten sam efekt. Rytuał trzeba będzie powtarzać oczywiście, ale przedmiot można ukraść. - Rytuał, panie, jeśli mogę prosić. - Rytuał nie jest skomplikowany, ale jest czasochłonny. Będziesz potrzebował ołowiu, soli i odrobinę krwi… - trochę zajęło, aby diabeł wytłumaczył wszystkie niuanse przedmiotów i ich konieczności, ale po kilku minutach Viktor miał gotowy rytuał - Następnie będziesz musiał spędzić trzy godziny na modlitwie o ochronę, powtarzaj to raz na tydzień, aby utrzymać efekt.
  • Gniew Burzy

    pathfinder spheres of power golarion
    38
    0 Głosy
    38 Posty
    165 Wyświetlenia
    ArveeA
    Cztery lata później Suchy ląd, nareszcie! Serce Próżności wypłynęło blisko tydzień temu z Portu Wolność na południe, tuż poza obecne granice Sargavy. Żegluga wzdłuż wybrzeża zwykle należała do wygodniejszych i szybszych sposobów transportu, ale tym razem tak nie było. W głębi Zatoki Desperacji od dłuższego czasu utrzymywały się ciemne chmury burzowe, co jakiś czas zbliżając się do lądu, przynosząc ze sobą sztormy i potężne wiatry. Kapitan Serca, stosunkowo młoda elfka o jasnej karnacji, była mało doświadczonym wilkiem morskim, ale załoga ją kochała i braki nadrabiała intelektem. Jednak nawet ona szybko doszła do wniosku, że najwyraźniej Gozreh wystawiało ją na jakąś próbę, bo od lat nie musiała zmagać się z tak nieprzychylną pogodą. Mimo tego i kilku groźniejszych incydentów w rodzaju uszkodzenia wyposażenia czy wypadnięcia jednego z goblińskich majtków za burtę, podróż upłynęła bez poważnych strat, co nie znaczy, że była komfortowa. Wielu nieprzyzwyczajonych do morskich wojaży pasażerów albo kryło się większość czasu w swoich kajutach, albo co i rusz biegało „podzielić się obiadem z rybami”, jak to ze śmiechem kwitowali marynarze. Szczególnie przodował w tym pan Menius, któremu te kilka dni męki pozwoliło zauważalnie stracić na wciąż jednak pokaźnej wadze. Na szczęście te męki dobiegały już końca - w oddali widać już było skromne zabudowania Pridon’s Hearth, usytuowanego w spokojnej delcie rzeki Korir. Zaref miał dosyć tego statku. Serce Próżności kapryśnie kołysało się na grzbietach fal. Podróż była męcząca. Wiatr wdzierał się w szpary pokładu, a słona woda nigdy nie pozwalała ubraniom do końca wyschnąć. Mimo to twarz miał jasną, spokojną i zdobył ją uśmiech. Włosy lekko rozwiane przez morską bryzę, a spojrzenie żywe i przenikliwe. Gdy statek zacumował w przystani Pridons Hearth opuścił Serce niemal bez pośpiechu. ZZ gracją i wdzięcznością przechodził obok ludzi, którzy z zaciekawieniem przyglądali się jego niebieskiej skórze i srebrnym źrenicom. Zaref rozglądał się po miasteczku, prowadząc swoje kroki… przed siebie. Po prostu przed siebie. Chłonąc atmosferę. Poznając. - Hmmm… - Stary Vitold. Jeden z najsędziwszych mieszkańców Pridons Hearth spędzał większość swoich dni na ocenianiu innych, bez krztyny wkładu własnego. Zapytany o znajomośc wielkiego diablęcia, latającego z równie wielkim toporem i maską na twarzy skrzywił się jakby młodzik zadał pytanie co najmniej tak głupie, że dające mu już szansy z tej głupoty wyrosnąć. - Jak ma na imię? - Hmmm? - Jak żeś jego dawny towarzysz, to będziesz wiedział jak ma na imię, prawda? - Ach… Wierzę, że wciąż posługuje się imieniem Zod. - Hmpf… To znajdziesz go pewnie w kuźni, na końcu tamtej ulicy. Zaref podziękował pięknie Vitoldowi i ruszył we wskazanym kierunku rozważając na ile mu się wydawało, a na ile… stary pryk go sprawdzał. A jeśli tak, to dlaczego? Wnioski nieco poszerzyły mu uśmiech na gębie. [image: TYulii.png] W otwartej kuźni panował przyjemny gwar. Zod z zaciętością uderzał młotem w czerwono-gorący metal. Para unosiła się leniwie nad ogniem, a w powietrzu unosił się zapach palonego węgla i koksu. Vera siedziała przy stoliku, dopracowując grafik patroli dla strażników kolonii, od czasu do czasu spoglądając na Zoda. - Wyrobisz się z zamówieniem Otisa? - Tylko jeśli Ignac da mi tym razem porządnej stali. Bez porządnej stali nie zrobię porządnych lemieszy. - Jeszcze jesteś na niego zły? - Vera… - odrobinę oburzył się tiefling - Jakby do straży dotarły do ciebie kruche miecze to byś szybko zapomniała? - Hmmm… powiedziałabym, że to coś trochę innego. Kruchy lemiesz nie oznacza martwego farmera, a kruchy miecz… Poza tym osobiście ciebie przepraszał! - Eh… no niech ci będzie. Zod spojrzał przez okno na panoramę Pridons Hearth. Dzieci biegały po ubitej ziemi, powoli zastępowanej prez bruk. Kilku mieszkańców dźwigało kosze z dostawami. Do przystani powoli wracały łodzie rybackie i nawet jakaś większa jednostka towarowa niedawno przybiła do portu. - A powiedz mi, Zod… jak twoje… chwilowe strachy? - zapytała troską, korzystając, że Berti – zodowy czeladnik – był na mieście po tą stal od Ignaca. Tiefling nie odpowiadał przez dłuższy czas, zastanawiając się. - W sumie… ostatni to był ten trzy miesiące temu… cztery? - To bardzo dobrze. A jak się czujesz wśród nas? Wciąż czujesz się przybyszem? - Nie… już nie. I wiesz co? Chyba rzeczywiście jestem tu szczęśliwy… jakby wszystko się wreszcie ułożyło. Vera uśmiechnęła się szeroko. - Nawet nie wiesz jak mi ciepło na sercu teraz, Zod… - uśmiech zrobił zadziorniejszy - No bo ile można ci powtarzać w kółko i w kółko, aby twój kapuściany łeb to wreszcie przyjął, co?! - Hej! Śmiech dwojga przyjaciół nie dał się przerwać nowoprzybyłą postacią. Nie krępowała się ona i pozwalała radości przebrzmieć w swoim własnym tempie, samej czerpiąc z niej przyjemność. Dopiero po dłuższej chwili Zod podniósł na nią wzrok i śmiech natychmiast zastygł mu w gardle. - Zod! - zawołał błękitnoskóry aasimar - Jak dobrze cię widzieć! Zod zastygł. Nerwowym ruchem poprawił maskę na twarzy. Gest który Vera nauczyła się już rozpoznawać. Zaciśnięte pięści były natomiast tak oczywiste, że nigdy, by nie musiała specjalnie się ich uczyć. - Zod… wszystko w porządku? - spytała wstając, z dłonią już na pałce przy pasie - Chcesz, żebym… - Nie… - wysyczał tiefling - Zostaw nas… chcę… sam z nim… Vera zmarszczyła brwi, ale po chwili kiwnęła głową i zebrała notatki. - I tak miałam iść do Valerego. Widzimy się potem. Na to odkiwnął jej głową Zod. Wiedział, że wcale nie planowała tego. Wiedział też, że Valery mieszkał tuż blisko. O-zasięg-głosu-blisko. - Uhuh… powiem szczerze… miałem nadzieję na trochę inne przywitanie… - Zaref… - szepnał Zod z jakąś trwogą, choć coś w nim sądziło, że powinien czuć ulgę. - Czyli mnie pamiętasz. To dobrze. Jak się trzymasz? Popytałem trochę o ciebie i nie powiem… bardzo mnie cieszyło to wszystko co słyszałem. - Daję radę… - odpowiedział mechanicznie. Bez ciepła w głosie. Uśmiech Zerefa zelżał. Życie w oczach zastąpiło ciepło i zrozumienie. - Wiesz po co tu jestem, prawda? - Prosz… nie… - głos miał był słaby. Jak skazańca. - Zod… Z mimiki Zarefa zniknęła wszelka radość. Zod nagle poczuł, że ta rozmowa będzie znacznie cięższa, niż się spodziewał w najczarniejszych scenariuszach. - Tak… trzeba… Valara powiedziała mi… - tłumaczył się, nagle pozbawiony swojej pewności. Zod oparł się ciężko na blacie, jakby nagle przygniótł go ciężar z którym nie miał jak sobie poradzić. - Zam-amknij drzwi… proszę… - Zod… - aasimar wykonał prośbę. - Zaref… czemu tu jesteś? - Przywrócić… ci pamięć…? - słowa pobrzmiewały niepewnością tak głęboką, że aż brzmiały jak pytanie. Aasimar spodziewał się wiele, ale nie, że poczuje się tu katem. - Dziękuję. Pamiętam już dosyć. Nie potrzeba nic więcej. Możesz to zostawić w spokoju. Cisza przedłużała się pozornie w nieskończoność, torturując ich obu swoją natarczywością. - Zaref słuchaj… ja nigdy… pamiętam co ci zrobiłem. - Daj spokój… - Nie. Nie “daj spokój”. Chcę… MUSZĘ ciebie przeprosić. Więc… przepraszam… proszę, wybacz mi co ci wtedy uczyniłem - Zod był wielki i groźny, ale w tym momencie zdawał się skurczony i słaby jak dziecko. - Pamiętasz… tamtą noc? - Pamiętam dość. Dość aby wiedzieć, że i przed nią przez trzy dni ciebie… ja cie-ciebie… - To nie była tw… - Co? Co “nie była”?! - Zod uderzył oboma pięściami w blat, w nagły uniesienie - “Nie moja wina” chcesz powiedzieć?! Oczywiście, że moja! Brałem w tym udział, bo chciałem! Nie zostałem zmuszony! Nie zostałem zmanipulowany! Nie cierpiałem wcale strasznych katuszy gdy… gdy-dy ciebie… Tiefling znów się skurczył w sobie po uderzeniu gniewu. Znów nastała cisza. Ta okropna… ciężka cisza. - Przepraszam - martwy głos Zoda zdawał się lepszą dla niej alternatywą - Ja… nie zawsze panuję nad gniewem. Przepraszam. - N-nie… nic się nie stało. Miałeś rację. Właśnie to chciałem powiedzieć, ale… to właśnie cały problem, prawda? Tiefling zagryzł zęby i kiwnął głową, tłumiąc złość, która znów chciała się wyrwać. - Ja nie chcę pamiętać. Nie chcę. Pamiętam już dość… ten rytuał. Przyzwanie sukkuba i pakt który zawarłem. - Zod… - Pamiętam, co rytuał ode mnie wymagał. Pamiętam, jak cię zamęczałem przez te dni. Pamiętam też, jak wbiłem topór w plecy mojemu mistrzowi, a on stał się ofiarą – tą, którą planował, abym był ja. - Zod. - Pamiętam jak mówiłem jej czego chcę… daj mi nie pamiętać co to było. - z każdym słowem Zod zdawał się maleć. - Wiem, że moja dusza należy do niej i po śmierci czeka mnie Otchłań. Pozwól mi nie pamiętać dla jakich dalszych krzywd to wszystko zrobiłem. Mam w sobie dosyć nienawiści. Mam dosyć bólu… ja chcę tylko aby on się wreszcie skończył… i przeżyć te moje pół wieku w ułudzie, że wszystko będzie dobrze. - Zod! - Zaref pogodził się wreszcie z tym, że tiefling go nie słucha i podszedł do niego. Uchwycił jego twarz i skierował spojrzenie w swoim kierunku, zmuszając go aby wreszcie go zauważył. - Nie zawarłeś z nią paktu! Tym razem cisza wcale nie była ciężka. - C-co? - Nie zawarłeś tego paktu! Sukkub oferowała ci zemstę, miłość, pieniądze, człowieczeństwo, a nawet wybaczenie win. Dawała ci wszystko, co tylko marzyłeś, ale w przebłysku cholernego geniuszu poprosiłeś o coś, czego nie mogła dać. Poprosiłeś o moc, by samemu wybaczyć! Zod zastygł w bezruchu i szoku. Zaref cofnął się o pół kroku i odkaszlnął. - W tamtym momencie chciałeś już tylko przestać cierpieć. I gdzieś tam zrozumiałeś, że nienawiść którą miałeś w sobie, ten gniew i cały syf, przez który przeszedłeś ci to uniemożliwiał… że zawsze poprowadziły by ciebie one drogą destrukcji i samozniszczenia. I poprosiłeś o to. Ale tej jednej rzeczy ona ci dać nie mogła… za to zwróciłeś na siebie uwagę Valary… pamiętasz Valarę? Zod pokręcił powoli głową. - Potężna azata. Wyciągnęła ciebie stamtąd. Na łąkach Elizjum wysłuchała twojego życzenia. Pamiętasz je? Zod nie spieszył się i wyglądał jakby próbą miał się złamać zupełnie. Zaref dawał mu czas. Nie poganiał. - Daj… daj mi moc… b-by wybaczyć tym co mnie skrzywidzili… i… i tym… co nig-dy nie zasługiwali na… moją ni-nienawiść… - głos Zoda się łamał bardziej i bardziej z każdym słowem. Nie miał łez które mogłyby płynąć, ale ciężar na jego barkach pękał z każdym z nich. Nie skazał się na wieczne potępienie… była dla niego nadzieja… - Tak! I wtedy odpowiedziała? “Przede wszystkim ja wybaczę tobie. W imieniu Jasności. Wybaczam.” A teraz trudna część… powiedziała także… - To nie będzie łatwe. Z Zoda zeszło powietrze, jak wypompowane ciosem w brzuch. - Ale… - Pomogę ci. Nakieruję. A przede wszystkim to ja wybaczę tobie - azata kontynuowała - w imieniu Jasności. Wybaczam - to słowo… brzmiało nieludzko. Miało ono moc. Czuł to. Cała Łąka (a może całe Elizjum?) wybuchło w wiwacie a Zeref objął oniemiałego Zoda podskakując w miejscu, szczęśliwy jakby obejmował odzyskanego przyjaciela, a nie diablę co go niedawno porwało i torturowało. - W oczach Niebios jesteś teraz niewinny jak noworodek. Wszystko zostało ci wybaczone, ale nie sądź, że zostało zapomniane. Myśl o tym w ten sposób, że osobiście będę cię teraz doglądać i każde zło którego się dopuścisz po dwakroć będzie mnie koleć w oczy. - Ale… - zapytał Zod po nietrwałej uldze - ta nienawiść… ten ogień we mnie… błagam, nie potrafię z nimi. One mnie… Azata wstrzymała go gestem dłoni. - Nie mogę ci nic odebrać. Nie różniłoby się to od odebrania ci woli i zmienienia w posłusznego automatona. To mogła ci zaoferować Nierządnica, nie ja, ale też nie uratowałoby to twojej duszy. Ukryję twoje wspomnienia i przeszłość, zostawiając tylko to, czego potrzebujesz – na pewien czas. Twoje wspomnienia wrócą, wraz z nienawiścią i gniewem. Do tego czasu musisz zdobyć więcej Potrzebujesz wypełnić serce litością, łaską, miłością, dobrem… musisz otoczyć się przyjaciółmi którym ufać będziesz z całego swojego serca. Musisz pokochać świat, bo wszystkie twoje demony powrócą i będziesz je musiał wtedy pokonać. Gniew łagodnością. Podejrzliwość zaufaniem. Nienawiść miłością i Zło Dobrem… Własną przeszłość swoją przyszłością. Nie zostałeś jeszcze uratowany. Sam się musisz uratować. Czekają cię próby po dwakroć trudniejsze niż innych i wszystkim musisz sprostać. - Valara opowiadała mi co widzi… - mówił Zaref powoli i ostrożnie, gdy Zod drżał jakby miał zaraz się rozsypać. - Widziała twoją łagodność z Bashebą i z Song’o. Widziała twoje dobro gdy burza pierwszy raz uderzyła. Widziała jak ludzie ciebie pokochali i jak stałeś się częścią społeczności. - Ale wciąż nie kocham… i wciąż nienawidzę. Rozumiesz?! - Zod… - Pamiętam co mi zrobiono. Pamiętam co musiałem robić. Pamiętam agresję i przemoc. Pamiętam tortury i samotność. Pamiętam regułę “będziesz pierwszy lub martwy.” Wciąż to mam… nic nie pokonałem. Wciąż jestem tym samym potworem co kiedy zabijałem Marhi i Douga. Tłumacząc sobie, że… no “pierwszy lub martwy”. I wiesz co? Miałem rację. Wiem, że miałem rację! I nienawidzę tego, że wiem! Nie powinienem tego “wiedzieć”! - Zod… - I kusi… wciąż kusi… Ragdan, do stu czortów, on jest jak ja byłem. Wiem to. Ale nic jeszcze nie zrobił… I nie mogę nic udowodnić. - Zod ściszył swój głos do wściekłego syku - Nie mogę nic zrobić. Chciałbym go zabić w nocy. Choćby dziś… i pozwolić, by ciało zabrał odpływ. Jeśli tego nie zrobię ludzie zginął, prędzej czy później… Czy tak powinien myśleć ktoś z “tych dobrych”? Ktoś godny wybaczenia? Zaref nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł… objął Zoda ramionami i ścisnął go równo z siłą i ciepłem. - Wiem, że jesteś skonfliktowany. Wiem, że potrzebujesz pomocy. I po to tu jestem. Rozumiesz? Pozwól mi sobie pomóc… Kolejny mały kawałek ciężaru na barkach Zoda skruszył się. Tiefling nie wiedział co odpowiedzieć… wszystkie zarzuty i niemal cały gniew momentalnie wyparowały. Objął tieflinga, jak dawno nie widzianego przyjaciela i stęknął tylko. - Sam nie dam rady… - Nie jesteś już sam.