'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
Lara Quatermain (Alex Tyler)
Być może Lara Quatermain była zbyt młoda i za mało doświadczona zawodowo, by pogodzić się z nieraz ponurymi realiami wyuczonej profesji, a może zwyczajnie zbyt optymistyczna i dobroduszna, lecz za nic nie mogła sobie odpuścić gdy chodziło o ludzkie życie. Nie bacząc na to, że nie miała na podorędziu antytoksyny, a stan pacjenta zdiagnozowała jako bardzo ciężki, zanim w ogóle stwierdziła obecność jadu w jego ciele, zamierzała walczyć do samego końca. Nawet jeśli nie miało to większego sensu.
Już miała podrywać rannego z ziemi razem z jednym z ochroniarzy, gdy niespodziewanie zbliżył się ku nieszczęśnikowi jeden z zatrudnionych przez Wyllę van Coen zbrojnych. Pochylając się i nakładając dłonie na konającego, uczynił... coś, po czym nastąpił nadnaturalny rozbłysk światła i zapulsowało powietrze. Pacjent blondynki w odpowiedzi wyprężył się i momentalnie znieruchomiał, jakby nagle skonał. Rychło jednak zorientowała się, że wciąż żyje. A mimochodem rzucone słowo o cudzie ciałem się stało. Co prawda medycyna nie wyjaśniała takich przypadków, ale to, co było dla niej najważniejsze, było nad wyraz jasne. Jad tak jakby wyparował z ciała ofiary ugryzienia, a wszelkie objawy zatrucia natychmiast ustąpiły. Nie był to jednak koniec zmagań o życie mężczyzny. Nadal potrzebował pilnie znaleźć się w lecznicy.
— Panowie proszę, zabierzcie go szybko do szpitala — powiedziała.

Nim zdążono ewakuować rannego górnika, uruchomiony dotykiem antyczny mechanizm ujawnił wyryte w kamieniu przejście. Za nim zaś znajdowała się komnata przesycona znanymi Larze odorami. A także zagrożeniem, ujawnionym światłem latarni i pochodni. Dziewczyna miała już okazję walczyć z takimi istotami, choć nie tego konkretnego gatunku. Miała nawet tę wyjątkową nieprzyjemność kosztować ich mięsa, lata temu przymuszona surowymi wymogami przetrwania w tropikalnej dziczy. Zdejmując z pleców drżącymi z ekscytacji dłońmi dwulufowy arkebuz Quatermain skrzywiła jasne oblicze na widok porozrzucanych po wnętrzu ciał nieszczęśników, urządzonych tak przez łaknące żeru przerośnięte pajęczaki. Silną motywację do raptownego działania dziewczyna czerpała z faktu, że jeden z ujrzanych górników zdawał się być jeszcze żyw. Kiedy wyuczonymi, dokładnymi ruchami przeładowywała pionierską i zarazem eksperymentalną broń, drgnęła gwałtownie, usłyszawszy donośny krzyk zaatakowanego ochroniarza. Po odciągnięciu kurków, nasypaniu prochu na panewki i umieszczeniu patronów w tyle odryglowanych luf, zaryglowała zamek z powrotem i przygotowała się do oddania strzału. Licząc, że trafi, a wywołane w wyniku wystrzału huk i chmura dymu nie wystraszą jej towarzyszy. Aczkolwiek same agresywne zwierzęta jak najbardziej by mogły. Bądź co bądź, Lara już od pierwszych minut wizyty w Ścieżce Slerotina nie mogła narzekać na brak wrażeń. I to jej się właśnie bardzo podobało.
-
Kai (Aro)
"Raz, przyjaciele, jeszcze do wyłomu!"
William Shakespeare, "Król Henryk V"

Wycofawszy się prędkimi krokami za ciężkozbrojnych towarzyszy po oględzinach przejścia głębiej, Kai przestępował tylko w miejscu z nogi na nogę, w imię przezorności osadzając piwne spojrzenie na kamiennej płycie. Nie spodziewał się, by coś lub ktoś miałoby je otworzyć z drugiej strony - a przynajmniej oceniał takową możliwość na niezwykle niską - lecz pomagało mu to zwyczajnie w niespoglądaniu w stronę opatrywanego rannego. Przynajmniej do czasu, aż kątem oka nie wyłowił nagłego, nienaturalnego blasku sączącego się z mocarnej sylwetki sir Bronsona. Przy tym już okręcił głowę na prawo, po części wiedziony głęboko zakorzenionym, naturalnym instynktem, który wymuszał zwracanie uwagi na ruch i światło w polu wizji, acz w większości zwyczajną ciekawością. Nigdy nie było mu bowiem dane podziwiać ni z bliska, ni z daleka paladyńskich cudów, jakimi błogosławili ich ich boscy patroni. Z na wpół otwartymi ustami i oczami jak keolandzkie lwy, błyszczącymi też niby złoto podziwem, wpatrywał się zachłannie w całe magiczne wydarzenie i działanie rąk, które leczyły, skrzętnie zawierzając każdy detal sceny swej pamięci.
Chwila zachwytu jednak, jak to chwile miały w zwyczaju, była nader ulotna. Kolejny ruch przykuł uwagę Kaia, tym razem ze strony cyrulika Drachenwulfa. Za nic mając wcześniejsze syknięcie półelfa, przestrzegające go przed zbyt pochopnym otwarciem przejścia, mężczyzna z jakiegoś niezrozumiałego (i wielce nieroztropnego) powodu postanowił pchnąć płytkę, za którą ukryty był starożytny mechanizm operujący osobliwymi drzwiami. Być może kierowała nim wręcz patologiczna i krótkowzroczna chęć niesienia pomocy bliźnim bez względu na konsekwencje, być może zwykła brawura częściej spotykana u młodszych, być może mieszanka tychże dwóch - Kai nie zamierzał dociekać tej kwestii. Naburmuszył się tylko, zachmurzył, ostre rysy twarzy wyostrzyły się jeszcze mocniej, a tyczkowata sylwetka napięła jak struna. Półelf postąpił krok w tył i obrócił dobyty z fałdów odzienia lekki nóż w smukłych palcach, w duchu tylko konstatując, że przy narodzinach Seweryna Święty Cuthbert był najwyraźniej diablo zajęty i do tej pory cyrulik uchodził jego uwadze.
Zgrzytające szuranie i szurające zgrzyty rozbrzmiały w podziemnej komnacie po krótkiej chwili, gdy granitowa płyta ociężale powędrowała ku górze. Ścieżka głębiej stanęła otworem, ziejąc cienistym nieznanym i wionąc zatęchłym rozkładem, marszczącym nosy. Kai uważnie śledził ruch ponurego sir Grimleya, który - niczym odważny pionier z opowieści o egzotycznych krainach - pierwszy ruszył badać tę swoistą terra incognita, uprzednio rozpędzając mrok ciśniętą żagwią. Detale komnaty, choć dostrzeżone przez śledzącego rozwój wydarzeń półelfa, prędko jednak odeszły na doprawdy odległy plan, gdy zagrożenie powzięło w swe sidła zarówno starszego paladyna, jak i podążających zań śmiałków jednako. W tej niezbadanej, podziemnej rubieży - nie mniej groźnej od białych plam na mapach - rzeczone zagrożenie przyjęło jednak formę zgoła inną od kartograficznych smoków. Mniejszy rozmiar nadrabiającą liczniejszymi odnóżami i mnogimi paciorkowatymi oczami, a ognisty dech zastępującą równie straszliwym jadem.
"Pająki! Dlaczego to musiały być pająki!?", żachnął się w duchu Kai, przełykając ślinę nagle nabiegłą do ust na widok pajęczaków oblegających towarzyszy. Jakby tego było mało, dziwacznie wygięte humanoidalne sylwetki - źródło dosłyszanego przezeń wcześniej szurania - nie przejawiały wcale przyjaznych zamiarów, sunąc ku bojownikom. Zupełnie jakby jadowite ukąszenia zmieniły górników-nieszczęśników w marionetki na jedwabnych sznurkach. Półelf zadrżał na tą myśl. Niepewien jednak, czy takowa rzecz była możliwa, postanowił zapytać się później o to doktor Quater...
— NA OPASŁĄ RZYĆ IUZA, MOJE USZY!
Nagły huk od prawicy wydarł z gardła aktora bolesny krzyk, rozbrzmiewając i przetaczając się po podziemnej komnacie niczym kanonada armat. Kai odskoczył od uczonej jak oparzony, z dłońmi przyłożonymi do uszu, w które werżnął się natrętnie irytujący, przeciągły pisk. Mimowolnie kuląc się w miejscu, potrząsnął dziko głową i zakaszlał, gdy sięgnął go rozrzedzający się, siwawy dym. Skupił się jednak na rzeczach ważniejszych, niż słanie pretensji w kierunku pani doktor (wszak co się odwlecze, to nie uciecze), łypiąc spode łba na tęgą sylwetkę nadchodzącą od strony jakiejś kratownicy w granitowej ścianie. Półelf odetchnął głęboko, determinacja zalśniła stalowo w spojrzeniu.
— Hejże, towarzysze, nasz wróg musi być jakowymś wizjonerem strategii! — melodyjny tenor rozbrzmiał ponad rumor walki. Przyjemnie i dźwięcznie, tonem wyćwiczonym przez lata. Ciut tylko dziwacznym, jakby podszytym nieziemskim echem, rozbrzmiewającym parokroć w wielu rejestrach naraz. — Patrząc na te mozolne ruchy, planuje nas chyba zabić znudzeniem!
Vicious Mockery na Tęgiego Szuracza (?). Rzut obronny na WIS (DC 13), w przypadku porażki 1d4 obrażeń psychicznych i utrudnienie (disadvantage) do następnego ataku przed końcem jego następnej tury. W dalszych rundach, jeśli będą rozliczane w ramach posta MG, naprzemiennie będzie kpić i rzucać nożami.
-
Araneus ammorsus, zwany w mowie potocznej Kościogryzem, to jeden z najbardziej agresywnych gatunków pająków we wschodnim Oeriku. Występuje w Amedio, na Wyspach Olmskich oraz u podnóża południowych Piekielnych Piecy. Poluje, uderzając na ofiarę z wyskoku, zwykle z zasadzki. Dzięki potężnym odnóżom potrafi skakać nawet na ponad 20 stóp, wykorzystując impet, by przewrócić zdobycz, albo przygwoździć ją do ziemi. W przypadku mniejszych ofiar, przydusza je i zjada żywcem, wygryzając kawałki ciała dzięki potężnym, zębatym szczękoczułkom, które mają specyficzny kształt okrągłego, najeżonego kłami zacisku. Przy większych ofiarach, stara się wgryźć głęboko, by wpuścić do ciała jad, który działa bardzo szybko. W ciągu minuty – w przypadku ofiar wielkości człowieka - następuje porażenie ośrodków nerwowych, ograniczające zdolność ruchu, a w odstępie do 2-3 minut utrata kontroli nad ciałem i przytomności. Często jad powoduje śmierć w ciągu kilku-kilkunastu minut, ale zdarza się, że ofiara przeżywa i pozostaje w stuporze. Niezjedzone w pełni, martwe czy sparaliżowane zdobycze, bywają magazynowane na później i konsumowane w rozłożnym czasie.
Aranearum a. wykazują silny dymorfizm płciowy. Samice wyrastają znacznie bardziej, są brunatno-rude, mają nawet do 3 łokci w kłębie i rozpiętość odnóży do 6 łokci. Samice też jako jedyne mają zdolność snucia sieci. Samce są mniejsze – od wielkości kota domowego przy młodych osobnikach do średniego psa przy dorosłych.
Przy obserwacji Aranearum a. odnotowano dziwną prawidłowość w przypadku niezjedzonych ofiar, które nie zginęły od razu. Część upolowanych istot odzyskiwała zdolność poruszania się po 2-3 dobach od ugryzienia i wykazywała stosunkowo dużą agresję wobec innych stworzeń, jak i obiektów pozostających w ruchu (ale nie wobec samych pająków gatunku A. a.). Jednocześnie wykazano radykalne porażenie złożonych zdolności kognitywnych takich ofiar i niewrażliwość na bodźce bólowe.
Dwitram Wert, Bezkręgowce południowego Flanaess
O paskudztwo jakie, fuj... O szwagier! Skurwysyn jaki jebany, chce mię wskoczyć tu... Szwagieeer! Aaaaa!
Szmul zwany Sinym, Samo Życie=|
Heroizm pięknie sprawdzał się w pieśniach. Każdy, kto wkroczył do skrytej za kamiennym prztyczkiem komnaty, znał takie pieśni. Każdy (no, może nie Seweryn, ale on był szczególnym dzieckiem) nasłuchał się ich w dzieciństwie, albo dorastając. Czy to z rodzicami na występach w teatrze, czy to wystając na zapleczu za biesiadną, gdy grajkowie rżnęli szlagiery – słuchając jednym uchem, a drugim strzygąc czy nie idzie gospodarz i nie opierdoli, że ziemniaki jeszcze nie obrane, albo podłoga nie wymyta. Ba, trafił się nawet i Kai, który w życiu bywał w tych wszystkich rolach – a to słuchając ballad na salonach, a to wspinając się wystraszony, by coś podejrzeć i podsłuchać z zewnątrz, a to w końcu dając światu sztukę od siebie. Sam na scenie.
Musieli przyznać, ballady bohaterskie i historyjki o walkach z potworach jedno, a życie drugie. Potrafiło dotkliwie smagać, śmierdziało potworniej niż same potwory i w mgnieniu oka działo się w nim więcej niż szło pojąć, a wtedy to było już. Już po.
Dlatego działali szybko. Los splótł ich niby po omacku, zgarniając z różnych ścieżek, ale dobrał na raz nie takich, którzy by łatwo tracili zimną krew i certolili się, kiedy przychodziło do brudnej roboty. Zgoda, u każdego codzienność, która ich ulepiła równała się innym wyzwaniom, ale nikogo nie ominęły takie, gdzie trzeba było myśleć i działać w try miga, albo światełko zgaśnie. Toteż działali. W try miga i gwałtownie, pobudzeni adrenaliną, ale i nastraszeni obrzydliwością i agresją tej drapieżnej egzotyki, która trafiła się już pierwszego dnia na Ścieżce.
Nie mieli zresztą wyjścia. Długonogie, ciągle przebierające odnóżami pajęczaki były w ruchu bez przerwy, niemal mieniąc się w oczach. Ledwo co Seweryn odtrącił jednego dramatycznym zamachem oskarda, stwór zaraz wrócił znowu. Odbił się jak wańka-wstańka i znów był przy cyruliku, który robił, co mógł by nie narazić się na ukąszenie. Dramatyczne wymachy działały, ale małe bestie były cholernie szybkie i w końcu pająk przemknął się pod zamachem. Medyk też jednak refleks miał nie lada i jeszcze w tej chwili, czując jak żuwaczki kłapią przed nim, rzucił się do tyłu. Nie wyratował tylko koszuli, z której kościogryz urwał poważny kawałek, pewnikiem niezadowolony. Wypchany na moment, zwolnił w ruchach, a Drachenwulf gruszek w popiele nie zasypiał. Odbił się od ściany w impecie i walnął oskardem aż iskry poszły, rozdzierając włochate cielsko stwora i zdzierając karapaks w rozbryzgu posoki. Wizg, który wydał pająk był niemożliwy.
I równie niemożliwe zdawało się to, że potwór przetrwał uderzenie. Prymitywny instynkt drapieżcy był widać najsilniejszy i rozharatany pajęczak, kołysząc się okaleczony, dalej wyglądał okazji do skoku.
Niedobrze, pomyślał Grimley, który złowił kątem oka sytuację po lewej stronie. Ułamek i zlustrował zaraz i tę po prawej. Tam jeszcze gorzej. Bert, któremu dostały się dwa pająki odkopał wcześniej jednego, a w ryku odrazy i wściekłości zdążył strącić z siebie i drugiego, waląc go potężnie pałą przez owadzie ślepia aż kilka trysnęło na wierzch. Poderwał się tryumfalnie, chcąc dokończyć, co zaczął, ale najpierw wyrwany w górę wściekłym skokiem, równie nagle poczuł jak odcina mu powietrze. Spróbował zawyć, ale z ust wyrwał mu się tylko suchy świst, gdy wpompowana w ciało trucizna uderzyła w najważniejsze organy, zwalając nieprzytomnego na ziemię.
Paladyn chciał pomóc, to byłoby zaiste po paladyńsku, ale przed sobą miał dwa pajęczaki, które krążyły wokół, doskakując i odskakując, atakując i odbijając się od rycerza, który młócił młyńcami na lewo i prawo. Wiedział, że na tego przeciwnika dobrał kiepski oręż.
Szczęście w nieszczęściu, że żylasty górnik, który szurał od gruzowiska z lewej wybrał sobie za cel właśnie Algernona, rozczapierzając łapska i kuśtykając agresywnie. Na takiego przeciwnika potężny zweihander był jak znalazł i tutaj Grimley nie mógł skrewić. Odskoczył na krok, by osłonić się od pająków i zebrać na zamach i palnął-walnął, runął i rąbnął. Ciachnął tak, że zsiniałe ciało człowieka złamało się w pół jak herbatnik - nogi w jedną, góra w drugą. Impet poniósł rycerza naprzód, prosto na pająki. Jeden zdążył odskoczyć, chowając się między kufry, ale drugiego ostrze przeorało bezlitośnie, znacząc przestrzeń wokół cząstkami kościogryza. Przygnieciony uderzeniem, stwór ześlizgnął się w tył, niesiony pierwotnym instynktem, ale po kapiącej z niego posoce widać było, że niewiele zostało w nim już życia. W rozpołowionym górniku życia też być nie mogło, bo jakże po czymś takim? Mimo tego, góra rozrąbanego przebierała jeszcze łapami i terkotała na ziemi, kotłując się nieporadnie wśród śmieci i kokonów.
Lepiej, pomyślał Grimley. I rzeczywiście, dłuższe przymknięcie oczu, a sytuacja od razu się polepszyła i nie wyglądała już tak dramatycznie jak przed chwilą. No, może nie dla Berta, ale dla reszty lepiej.
Randal wypadł ciężko na wrogów, dudniąc podkutymi butami i tnąc szybkimi zygzakami od lewej do prawej. Ostre wejście wystarczylo by odegnać od Berta pająki, które chciały go dobić – zarówno tego wcześniej kopniętego i tego, którego zbrojny zdążył zdzielić obuchem, nim jad rozłożył go na łopatki. Dopaść paskud jednak się nie udało, rozhasane trzymały dystans, szczękając odnóżami wokół rycerza i sycząc.
Szkaradztw nie zdołała ubić nawet dr Quatermain, która do rozstrzygnięć przygotowała najgrubszy oręż. Wyuczonymi ruchami, jak mnich przebierający palcami po paciorkach różańca w pospiesznej modlitiwe, przygotowała starannie swój arkebuz mimo chaosu wokół i palnęła aż zatrzęsły się ściany. Kai zaklął wściekle, a w tyle ktoś krzyknął ze strachem, ale mimo huku i dymu, kościogryzy hulały dalej. Strzał chybił, uderzeniem zrywając wieko z jednej ze skrzyń w głębi komnaty.
Lara sama zaklęłaby chyba szpetnie, może i niepomna na maniery damy, ale nie było tak źle. Nie było, myślała. I miała rację – uratowała dziś już jedno życie. Razem z paladynem, może i głównie dzięki niemu, ale bez jej diagnozy chłopak pewnie by skonał. A tak, mimo chybionego strzału, wciąż pewnie wznosiła głowę do góry. Zakomenderowani przez nią 'panowie' – Hans i górnik, który przybiegł za nimi na miejsce – ochoczo poderwali z ziemi niedoszłą ofiarę kościogryzów i szybko zniknęli wszystkim z pola widzenia. Dwa razy nie trzeba było im powtarzać. Ba, wystarczyło by skinienie czy nawet przypadkowe kichnięcie (w tej chwili nabrali szczególnej umiejętności czytania znaków), by zaoferowali się z pomocą i mogli honorowo wycofać się z niebezpieczeństwa.
Pewnie nie usłyszeli już jak Kai w rozśpiewanej kpinie próbuje zatrzymać tęgiego, obrzmiałego człapacza, który szurał od kratownicy na środek sali. Grimley, który robił najwięcej zamętu i przebierał ogromnym ostrzem jak płatem wiatraka, był kusząco widoczny. Ruch, i to tak żywy, był dla byłego górnika najbardziej atrakcyjną zachętą. Ruch został zarejestrowany i szuracz runął na starego paladyna w swej pokraczności, chwytając go w nieuwadze, gdy motał się z pająkami i resztką drugiego górnika.
- Co do jasnej cholery?!, pomyślał bard, widząc, że jego wyzwiska w ogóle nie zrobiły wrażenia na człapiącym. Jasne, bydlak mógł być wyjątkowo gruboskórny, ale na magię, która nicowała rzucone słowa dość gruboskórnym być nie mógł. Czar nie zadziałał, więc nawet jeśli w niektórych szczególny zaśpiew Kaia zrodził wątpliwość, czy za kpiną nie stoi coś jeszcze, to wobec braku efektu podejrzenia wygasły. A Grimley dostał poważnie po łbie, raz-raz, uderzeniem z czaszki, kiedy wykpiony górnik spróbował go obalić i ugryźć.
Stary wyga potrafił sobie jednak radzić i z takimi typami. Zdzielił napastnika łokciem i poprawił z kopa, odpychając niebezpieczeństwo na moment, ale ani słowa, ani ciosy nie wpływały na agresję nabrzmiałego, sinego górnika. Sprawę rozwiązywały tylko drastyczne, potężne ciosy.
Taki właśnie, choć w pająka, a nie w byłego kolegę, wyszedł od Greba. Kiedy Hans dawno był już w drodze na zewnątrz, pokornie słuchając doktor Lary, Grebo wściekł się i zdusił w sobie strach i wątpliwość. Kiedy zobaczył jak Bert upada – Bert, z którym popijał piwo na warcie w Westburn, kiedy sierżant nie patrzył – gniew ścisnął go jak powróz. Mięśnie napięły się, oczy zmrużyły, a ruchy wyostrzyły. Grebo wpadł do komanty w trzech susach i zwalił na czmychającego kościogryza nieuchronnie jak grawitacja, waląc obuchem z taką siłą, że pająk został dosłownie przybity do ziemi.
Wściekły zbrojny powiódł wzrokiem po rozmytym w półcieniach pobojowisku, wyglądając gdzie skrył się następny drapieżnik. Jeden kościogryz, ten, którego wcześniej Bert zdążył odkopać, a Randal odegnać, przemykał się między kamieniami, czekając na dogodny moment do ataku. Drugi, mocno kapiący juchą, liczył na nieuwagę Seweryna, a dwa ostatnie, które przeżyły, sadziły się na Grimleya. Te miały łatwiej, bo paladyn musiał jeszcze opędzać się od dawnego gwarka, który mimo ślamazarności potrafił walić naprawdę mocno. Stary rycerz był w trudnym położeniu, ale czy nie w trudniejszym jeszcze był Bert, który zaczął już nagle drgać i jęczeć z wywróconymi oczami? A może w pierwszej kolejności trzeba było pomóc Urtakowi (bo tego można było poznać po butach z czubem, które jeszcze przed momentem podrygiwały skocznie)? Teraz już nie ruszał się nazbyt - może jeszcze drgnął czy coś? - ale jeszcze mgnienie temu kotłował się w konwulsjach pod wiekiem ogromnej skrzyni.
Wybory musiały być natychmiastowe. Na szczęście, chyba jednak to nie przypadek zebrał ich tutaj, bo różni czy nie, wszyscy bohaterowie tragedii na Ścieżce myśleli błyskawicznie. I wiedzieli już, co muszą zrobić w następnych krokach.
Porządek inicjatywy:
Pająk #5 (atakuje Seweryna; poważnie ranny)
Pająk #3 (atakuje Grimleya; jest na skraju śmierci)
Pająk #4 (atakuje Grimleya; bez obrażeń)
Grimley (11/15 PW; dostał tępe uderzenia w głowę)
Bert (krytyczna porażka w teście trucizny; umierający)
Randal (bez obrażeń)
Lara (bez obrażeń)
Tęgi szuracz (atakuje Grimleya; bez obrażeń)
Seweryn (bez obrażeń)
Kai (bez obrażeń)
Pająk #2 (atakuje Randala; średnio ranny)
Grebo (bez obrażeń)Poza walką:
Żylasty szuracz – szura sobie na ziemi i nikomu już nie zaszkodzi (no, a przynajmniej jeśli nie będziecie się schylać za blisko)
Pająk #1 (zabity przez Grebo)
Hans, Divrak i niesiony przez nich Bolo (ranny, wyleczony górnik) opuścili scenęDodatkowe informacje:
Kai i Seweryn gdzieś w swych żywotach spotkali się z informacjami o tym gatunku pająków – może Kai podsłuchał tego kiedyś przy ognisku, spotykając jakiegoś podróżnika z egzotycznych stron? Może Seweryn usłyszał od jakiegoś entuzjasty trucizn (i lekarstw), który napatoczył się w Anzelmowych kręgach o takim paskudnym, ale ciekawym stworzeniu jak kościogryz?Jakkolwiek to było (to po Waszej stronie) – macie tę wiedzę (oczywiście nie w takiej formie jak spisano), która jest na początku posta. Trafiły się krytyczne sukcesy
Reszta wie tyle, co widzi – egzotyczne, dziwaczne, agresywne i jadowite pająki (i niezdane testy )https://imgur.com/a/mWmS1bE
-
Seweryn (Rewik)
Haemolympha zwykła, inaczej niż krew u ludzi, obmywać narządy tej poczwary. Miast meandrować przez zawiłe kanaliki, żyły i tętnice, ściekała teraz po kościogryzie jak miód po naruszonym plastrze. Lepki soczek kapał na posadzkę przed Sewerynem, czyniąc ją niezwykle śliską i lepką zarazem. Cyrulik dyszał ciężko, intensywnością walki zmożon, ale też i w wyniku szansy którą dostrzegł po oderwaniu oskardem kawałka niby-skorupy, czy chityny.
Delikatne tkanki, nęciły by ponowić uderzenie. W założeniu uderzeniem z chirurgiczną precyzją, w praktyce jednak... zrobiło się trochę ciemniej, a potem jaśniej.
- Dupa nie skorupa - pomyśleć mógł, wyciągnąwszy oskard z odwłoka, mógł też pomyśleć, że może i lepiej że mama tego nie widzi. Byłaby dumna, to na pewno, ale też przerażona nie mniej jak on sam. Niewiele brakowało, by i Seweryn podskakiwał teraz w konwulsjach na ziemi, obok rozbitej lampy. Płomień zatańczył triumfalnie na rozlanej oliwie trawiąc ją coraz mocniej po tym jak pająk skoczył, a on poślizgnął się przy zamachu. Zamach był o zakończeniu szczęśliwym, bo ostrym w miękkim.
Poruszył w przód i w tył dwa razy, luzując oskard z odwłoka niby-pająka, wyminął niegroźne ognisko oliwne. Na szczęście, przez chwilę choć, nic go nie atakowało. Taktyka zdawała się być skuteczna. Postąpił na tyły wroga, okrążając kościogryzy atakujące paladyna o ponurym nazwisku. Miał zamiar dobrać im się do zada.
-
Randal (Mike)
Bronson widząc kątem oka, że Grimley popadł w tarapaty i jeszcze chwila, ale może paść pod przeważającymi siłami wroga zdecydował się wspomóc go w potrzebie. Wciąż trzymając tarczę między sobą, a pająkiem chlasnął mieczem przez plecy szuracza. Może to i nie po rycersku, ale szuracz coś mu się jawił nad wyraz bezbożnie. Miast leżeć jak przyzwoity trup na życie swych wybawców godził.
-
Lara (Alex Tyler)
Gdyby nie chodziło o ludzkie życie, Lara może nie przejęłaby się spudłowaniem. Tyle dobrego, że drugi ochroniarz i rycerz-cudotwórca zdołali odpędzić napastników od ciężko rannego. Toteż jej zamiar, tak czy inaczej, się ziścił. W danej sytuacji nie pozostawało jej więc nic innego, niż podjąć się medycznych czynności ratunkowych. Jako że ratowanie życia w jej przekonaniu było dużo ważniejsze, od jego odbierania. Miała pełną świadomość, że w głębi sali był też ciężko ranny górnik z uwięzionej grupy, ale ochroniarz był praktycznie pod ręką i w jego przypadku miała absolutną pewność, że jeszcze żyje i pilnie potrzebuje pomocy. Zarzuciła więc z powrotem na ramię swój dwulufowy arkebuz i z dobytym zestawem medyka doskoczyła do bliskiego śmierci Berta, żywiąc nadzieję, że szybka interwencja przynajmniej opóźni działanie krążącej w jego żyłach toksyny.
-
Ostatnie lata - a przez ostatnie należałoby rozumieć całkiem długie lata, bo Grimley miał wrażenie, że czas mu się ostatnio sprasował i funkcjonował w dwóch długich fazach: sprzed rozmytej, porozciąganej cezury, kiedy stawał się tym, kim być chciał i był oraz po niej, kiedy stawał się i stał tym, kim być nie chciał – ostatnie lata... Ostatnie lata były dla Grimleya niezbyt łaskawe.
Przykładny paladyn prestiżowego – równie groźnego, co podziwianego - Zakonu Karzącej Ręki Sprawiedliwości ze swej paladyńskości zatracił sporo. Sławę, urodę, pozycję – to zawsze przemija, machnąć (karzącą) ręką. Wewnętrzny kompas, który nieomylnie prowadził przez życiowe wyboje – to musiało być inaczej, czas zwalił na to ciężar lat, jak tu pamiętać? Może wcale nie był taki nieomylny, może nie ma czego żałować? Ambicję, dumę, honor?
Och, do stu tysięcy sukkubów, odczepilibyście się wreszcie? Natracił się tego i owego, a do tego zdecydowanie stracił cierpliwość. Ale przede wszystkim w ostatnich latach opuściło go szczęście. Fortuna, która kiedyś stale sprzyjała, jeśli teraz się uśmiechała, to tylko krzywo. Gdy tylko coś szło dobrze, kiedy się udawało, kiedy rodziła się jakaś szansa – zaraz musiało się spierdolić.
Grimley dawał się ostatnio życiu tarmosić, albo nawet i – bez zmiękczania - młócić jak cepem. Można by zaryzykować twierdzenie, że sam pakował się w tarapaty i do egzystencjalnego obijania szedł na ochotnika, ale to była tylko w połowie prawda. Czasem tak, ale czasem w tarapaty pakowali się inni wokół. I jemu przychodziło potem zbierać za nich cięgi. Niekiedy bo tak, bo faktycznie był tam, gdzie nie trzeba. A niekiedy, bo ciągle coś tam kotłowało się w środku i ciągnęło go w otchłań. Musiał tylko jeszcze odpowiedzieć sobie, czy to została w nim ta rycerska troska o innych, których osłaniał i za których zbierał razy, czy powoli szukał już po prostu ostatecznego wyjścia dla siebie. I żeby było to wyjście z twarzą.
Jeśli to ostatnie, to kiepsko trafił wychodząc w starciu przed szereg, bo po ostatnim wymachu, odsłonił się i pajęczak skoczył na niego, przejeżdżając mu przez pysk żuwaczką. Płytko, bo płytko, ale znacząc lico krwawiącym szlaczkiem. Szczęście, że gryzący w przelocie stwór nie zdołał wypuścić jadu. Ale szramę zostawił i Grimley znów obrywał.
Kompani szli mu w sukurs, odwagi bracie!
Seweryn w swoim tańcu z oskardem rozbił oliwną lampę, wzniecając w ciemnościach łapczywe płomienie. Rozbił też jednak na mięsiste szczapy grożącego rycerzowi pająka z prawej. Ten wyskok przypłacił dziabnięciem, kiedy w nogę urąbał go drugi – ciężko było się połapać, który jest gdzie, gdy ogień zaczął falować, mącąc wizję, a drapieżniki wpadły w szaleństwo.
Randal, zwolennik działania prosto i efektywnie, zaatakował górnika, który przed chwilą wypłacił drugiemu paladynowi uderzenia czacha w czachę i teraz, odzyskując wątpliwy balans, próbował poprawić ugryzieniem. W pierwszej chwili nic się nie stało – rąbnięty przez bark nieboszczyk (bo chyba już można było go takim uznać?) przystanął pod uderzeniem, ale wstrzymany wyłącznie fizyką. Nie bólem, czy obrażeniami po ciosie.
I byłby dopadł Grimleya, gdyby ten nie wkopał mu pod nogi truchła pająka, którego świeżo co ubił medyk. Szuracz załamał się w ruchu, prawie że wywracając, a powrót do pionu zajął mu o wiele za długo. W tych to sekundach rozstrzygnęła się walka.
Zwolniony na ułamek chwili z konieczności baczenia na górnika, Algernon skupił się na pająkach. Skoczył całym sobą, ogarniając wyprężoną sylwetką jak najwięcej przestrzeni i sięgnął końcem miecza stwora, który leciał ostatkiem sił. Zahaczony ledwie, ale wcześniej już skrawiony, kościogryz padł, pośmiertnie przebierając odnóżami w komicznym marszu.
Po tym trzeba było skorzystać z impetu, więc Grimley przedłużył ruch piruetem i odbił się od skrzyni, spadając na górnika z palnięciem, które oderwało mu połowę twarzy. Świetne wystawienie, trzeba powiedzieć, bo wstrzymanego walnięciem trupa strupił do reszty Randal, odcinając mu szyję tuż nad barkiem. Tęga postać dawnego górnika opadła od razu jak firana, gdy zamknięte okno odcina przeciąg, a rozbita głowa wpadła do którejś skrzyni, kończąc szurany pochód.
Gdyby ostatni na polu bity kościogryz potrafił liczyć zamiast wgryzać się w kości, to pewnie spróbowałby uciec którymś z wybitych pod sufitem szybów napowietrzających. Ale nie umiał. Kai rzucił w niego nożem, wyciskając z bestii trochę posoki. Robal miał to za nic i rzucił się na Randala z impetem, który słabszego mężczyznę mógłby powalić na ziemię. Żuwaczki spłynęły jadem, gdy pająk próbował wgryźć się w ludzkie ciało.
Przez kolczugę przegryźć się nie mógł i tylko zahaczył się kłami w splocie metalowych ogniw, kolebiąc dziko. Randal zdzielił go raz, drugi i trzeci, strącając z siebie z obrzydzeniem i rozdeptując na miazgę podkutymi butami.
W tym wszystkim mogłoby umknąć inne zwycięstwo, które stało się udziałem Lary. Może na razie częściowe i chwiejne, ale prawdziwe. Zaaplikowana brutalnie pierwsza pomoc wymagała sporo tężyzny i odporności, ale lekarka w swej misji działała jak w transie. Grube rzemienie skórzni rozerwała nie wiedzieć kiedy, raniąc palce, ale nie zwalniając, by dostać się do klatki piersiowej i jak najszybciej zacząć masaż serca. Bert był nieprzytomny, przestał oddychać i zdaje się, że zgasł już całkiem, zupełnie tężejąc w ruchach. Jego organizm przegrał z jadem, ale dr Quatermain chciała dać mu jeszcze jedną szansę do walki.
Cisnęła mocno, a kiedy trzeba było dmuchać w usta pacjenta – ziejące tytoniem i zepsutymi zębami – dmuchała. Nie wiedziała, ile to trwało – to dudnienie w pierś ochroniarza i wpompowywanie weń powietrza – ale kiedy zziajana przestała, gdy ciało Berta drgnęło jak w konwulsjach i zaczęło poruszać się w rytm własnego oddechu, wszyscy stali już wokół niej, a po pająkach i szurających trupach nie było śladu.
No nie, ślady zostały. Pajęcze zwłoki rozlały się posoką po całej komnacie, a żylasty górnik, którego górną połowę Grimley zrąbał wcześniej jak pniak, kotłował się na podłodze, wściekle kłapiąc posiniałą gębą.
To wszystko były ledwie chwile, ale na rozjaśnioną żywszymi płomieniami przestrzeń komnaty patrzyło się teraz inaczej. Dostrzegało więcej. Widać było trupy górników, rozłożone po kątach, pokrwawione i ze śladami pajęczego ucztowania. Widać było jeszcze niedawno ostatniego żywego górnika, który teraz był już absolutnie znieruchomiały. Widać było lśnienia i pobłyski przedmiotów rozrzuconych między skrzyniami, gruzem i jucho-mięsną, pobitewną breją. Pewnie w większości szmelcu i starzyzny, ale z domieszką obietnicy i bogactwa. Widać było, że opuszczana kratownica blokująca dostęp do pomieszczenia w rogu ma nieopodal siebie płytkę podobną do tej, która otworzyła tę komnatę. I widać było, albo można było domniemywać z prostoty ścian, że pomieszczenie miało kiedyś funkcjonalną rolę. Było magazynkiem czy przechowalnią z licznymi ściennymi wnękami, gdzie składowano ładunki.
Prowadziła z niego droga, którą eksploratorzy wkroczyli i druga, za kratą. Sufit był względnie nisko, cały opleciony baldachimem pajęczyn, ale te poruszały się czasem pod lekkim, idącym z góry podmuchem. Gdzieś w oddali poniosło się echo wojskowych komend i odpowiedź Hansa. Bert sapał ciężko, wodząc powoli oczami po stojących, uciszony przez Larę, by nie mówił. Jemu też potrzebna była szybka pomoc, jeśli jad miał być zneutralizowany. Bez tego cały wysiłek pani doktor poszedłby na marne. Tyle, że po wyjściu na zewnątrz mogli nie mieć od razu świeżego wstępu z powrotem. Pewnie władza wolałaby najpierw przestrząsnąć nowe komnaty, wybrać wszystko, co wartościowe i do zbadania zostawić co najwyżej historyczne ciekawostki wyryte na ściennych tabliczkach. Każde działanie miało swój koszt.
Stan drużyny:
Grimley 10/15 PW
Seweryn 6/8 PW -
Lara (Alex Tyler)
Ratowanie życia nie było dla Lary jeno ponurą koniecznością. To była jej moralna powinność i święty obowiązek. Choć jak dość niedawno odkryła, jej serce najmocniej biło dla czegoś innego – pierwotnym, prawdziwym i rodzinnym powołaniem Quatermain okazała się być bowiem archeologia, poszukiwanie skarbów i awanturnictwo, mimo to nie zapomniała, dlaczego odebrała właśnie takie wykształcenie. Bardzo lubiła pomagać, czynić cudze życie lepszym, lub przynajmniej mniej uciążliwym. Przywoływać uśmiech lub ulgę na stroskane twarze. Dawać drugie szanse. Dlatego gdy zachodziła potrzeba, bez okazania wahania i starannie wyuczonymi ruchami czyniła to co należało, zawsze walcząc do samego końca. Bez względu na sytuację. W skrajnych wypadkach, gdyby pacjent był szczególnie niehigieniczny lub mógł przenosić jakieś choroby zakaźne, zawsze mogła przy metodzie usta-usta skorzystać ze specjalnego ustnika, lub utworzyć prowizoryczny przy użyciu palców dłoni.
W każdym razie kiedy udało jej się przywrócić pracę serca i samoistny oddech, przeszła do kolejnych kroków. Poprosiła ledwie oprzytomniałego, by nie próbował mówić i się poruszać, ponieważ to mogło przyspieszyć roznoszenie jadu po krwioobiegu. Poza tym już wcześniej, na samym początku akcji ratunkowej, położyła go w pozycji, w której głowa i ukąszona szyja były lekko pochylone w stosunku do reszty ciała, a zwłaszcza serca, tak by jeszcze bardziej utrudnić roznoszenie się toksyny. Na dany moment tylko tyle mogła uczynić.
— Tak jak tamten biedny górnik, on również musi być czym prędzej zabrany do lecznicy, celem bezzwłocznego zaaplikowania mu antytoksyny — poinformowała Grebo, który już wcześniej wykazał się troską o kompana. — To znaczy podania odtrutki — poprawiła się pospiesznie na wszelki wypadek, zrozumiawszy, że mężczyzna, do którego się zwróciła może nie do końca zrozumieć co właściwie miała na myśli.
Następnie zbliżyła się do znieruchomiałego ciała jeszcze do niedawna ostatniego ocalałego z uwięzionych górników. Niestety znany wszystkim medykom dylemat się ziścił. Musiała w okamgnieniu wybierać między udzieleniem pilnej pomocy jemu a ochroniarzowi. Bardzo ciążyły jej konsekwencje tego wyboru. Jednak jako niepoprawna optymistka postanowiła, że przynajmniej potwierdzi jego zgon. Dopiero potem mogła znaleźć chwilę na żałobę i zbadanie komnaty pod względem materialnej zawartości, a przede wszystkim wielowiekowego kulturowego dziedzictwa.
-
Randal (Mike)
- Dziś już nie jestem w stanie nikomu pomóc - powiedział Randal i pozostawił rannych w gestii lepiej wykształconych w tym kierunku osób. Sam zajął się sporządzeniem prowizorycznej pochodni, na trzonek złamanej łopaty nawinął szmatę i podpalił to od gorejącego ognia. Tak uzbrojony zajął się badaniem pomieszczenia.
-
Stan osobowy eksploratorów Ścieżki na dzień 29 sierpnia 591 roku Wspólnej Rachuby, na wczesne, ciepłe, acz nieco pochmurne popołudnie, był taki sam jak na ciepłe, pochmurne przedpołudnie, gdy Wylla van Coen uczyniła zebranych podwładnych drużyną. Taki sam, czyli kompletny. Ani jednego z wysłanych nie utracono, a dr Quatermain zadbała, by żywotu nie postradał też nikt z tych braci mniejszych, którzy w dziennikach kompanii i spółek zapisywani byli w jednym wierszu, bez wyszczególnień.
O bliźnich zawsze dbał też Seweryn, zaprawiony w pomaganiu pod Pelorowym sztandarem i teraz też nie stroniący od miłosierdzia. Razem z Larą upewnili się, że ranny górnik, który na starcie starcia podrygiwał jeszcze jest już we władzy Nerulla i nic dlań zrobić nie można (może tylko mały pacierz i święcony znak słońca, który Drachenwulf pospiesznie uczynił), a potem medyk zerwał się szybko i ruszył z Grebem holować porażonego trucizną do szpitala. W głowie miał już cały plan jak pomóc obu pacjentom i w planie tym splatał ich losy jak rzemienie w biczu. Prawie już wystartowali, kiedy medyk przypomniał sobie o czymś jeszcze, przeprosił na moment i odstąpił od rannego, wkraczając z powrotem na pobojowisko.
Rozglądał się, szukał, łypał za czymś i nagle – jakby zaskoczył – wynalazł przy którymś z truposzy duży, solidny worek jak na urobek. Zdaje się, że szukanie tego zajęło mu więcej niż prawdziwy cel, bo kiedy torba już była, po zawartość zanurkował bezbłędnie: najmniej zmasakrowany okaz kościogryza trafił od razu do wora, który Seweryn zasznurował i przerzucił przez ramię. Nie odpowiadając nikomu na co i po co mu to, rudy zaraz złapał się za niesienie Berta razem z drugim ochroniarzem i tyle go było widać.
Pozostali w komnacie kompani popatrzyli po sobie – można było zgadywać różne odczucia, ale finalnie wszyscy przeszli po prostu do przeszukiwania pomieszczenia. Randal zmajstrował prowizoryczną pochodnię, odsłaniając przy przechadzce między kuframi i trupami więcej szczegółów przestrzeni. Można było ocenić, że komnata ma jakieś trzydzieścikilka stóp długości na czterdzieścikilka szerokości, a opleciony pajęczynami strop wznosi się nie wyżej niż dwadzieścia stóp do góry. Gęsty baldachim pajęczyn miał parę rozdarć, mocniej widocznych w miejscach, gdzie drgały one pod wątłymi muśnięciami powietrza, które pewnie docierało tu przez wąskie kominy z powierzchni.
Na ziemi dało się teraz na spokojnie doliczyć wszystkich ofiar pajęczych ukąszeń. Oprócz biedaka w czubatych butach, dla którego pomoc przyszła tylko o minutę za późno, dookoła porozwlekani byli ponadgryzani pechowcy, którzy wyglądali już gorzej. Z dwoma badacze tajemnic mieli już bezpośrednio do czynienia – żylasty Kelan i masywny Tordak (choć nikt ich tu nikomu nie przedstawiał) byli zsiniali i napuchnięci, a teraz dodatkowo rozbici na kawałki. Kawałek jednego był nadał ruchomym kawałkiem, gasnącym wprawdzie, ale czasem – gdy uwagę wszystkich przykuwało akurat coś innego – potrafiącym nagle postawić każdego do pionu swoim gulgotem, albo ślepym biciem w metalowe skrzynie. Wśród ofiar było jeszcze trzech mężczyzn: jeden starszy, ewidentnie parodniowy i cuchnący z brakującymi kawałkami ciała tu i ówdzie oraz dwóch trzydziestolatków o zdrowych, muskularnych sylwetkach. Gdyby żyli mogliby naprawdę robić za okazy zdrowia. Ale nie żyli. Widać było, że umarli niedawno i gwałtownie, ciągle skapując krwią między zagłębienia w płytkach podłogi.
Kai schylił się niepewnie nad jednym i delikatnie wyciągnął spod niego pochodnię, która musiała zgasnąć w szamotaninie wcześniej. Zbliżył się do paladyna i odpalił ją od jego żagwi, a za moment swoje źródło ognia miał już każdy z badaczy, rozjaśniając przypadkowy grobowiec jak za dnia. Błyski dwóch potężnych złotych sztab zrobiły się częstsze i bardziej zachęcające, ale pod zaproszeniem ognia, refleksy metalu i nie tylko dały o sobie znać w wielu miejscach wokół.
Najłatwiej było dostrzec złote monety, które – zrobione z czystego kruszcu – nie skorodowały, ani nie zaśniedziały przez wieki. Rozrzucone po całej komnacie, chowały się wśród gruzu, pajęczyn, flaków i krwi, pyłu i wysypanej ze skrzyń, nieidentyfikowalnej już dziś starzyzny. Nie szło oszacować ile ich jest – dużo czy mało? - ale co jakiś czas każdy schylał się łapiąc złoty błysk. Najwięcej, bo tuzin takich monet wyzbierał Kai, ale każdy z pozostałych też trafił po kilka.
Monety były okrągłe, o niewielkiej średnicy, ale kunsztownym wzorze. Na przedzie trafiały się różne wzory – dominował monarcha na tronie z regaliami w dłoniach, ale na paru była też czaszka z pustymi oczodołami, spiczasta gwiazda czy góra ze słoneczną aureolą. Rewers był wszędzie zbliżony – literki, które Lara odszyfrowała jako daty bicia monet, panującego władcę i mennice, a dla estetyki wieńce laurowe i podobne motywy.
Doktor Quatermain, pochłonięta pasją obcowania ze starożytnością starszą niż większość współczesnych miast, zapomniała zupełnie o bożym świecie. Z nadzieją, która co i raz niknęła, by zaraz znów rozbłysnąć, przebierała zawartość skrzyń i skrzynek. Wiele dawnych tubusów i zwojów rozpadało się w rękach, a wiele pozostałych było w szczątkach. Co i rusz, gdy coś się trafiało, okazało się nieodczytywalne i poza ratunkiem. Dla badaczki stało się jasne, że pomieszczenie pełniło rolę magazynku, bądź skarbca... A może depozytu?
Radość w pani doktor wezbrała aż do otwarcia ust w zachwycie, gdy natrafiła na jeden kuferek, który ocalał nienaruszony, szczelnie zamknięty i po wyważeniu odkrył przyzwoicie zachowaną zawartość. Dokumenty, zwoje, oprawione pergaminy!
Trzęsącymi się rękoma przebrała pierwszych kilka, natrafiając na dokumentację handlową. Język sprawiał kłopoty, ale mogła dociec, że szło o bilanse i inwestycje oraz przepływy dóbr. Gdyby żyła tysiąc lat wcześniej pewnie zbiłaby tu fortunę, bo wśród papierów były też akty własności ziem i weksle handlowe na niemałe kwoty. Dziś cieszyło ją samo obcowanie z utraconym światem, w który mogła wejrzeć za pośrednictwem zeschniętych liter i cyfr.
Tym, co ucieszyło ją najbardziej i przy czym westchnęła na głos, kiwając głową z niedowierzaniem i czując jak szklą jej się oczy, był mały skrawek codzienności sprzed wieków wciśnięty między formalne tony dokumentacji handlowej. Z niewielkiego metalowego tubusa z runiczną inskrypcją inicjałów właściciela, jakowegoś DeeRa, wydobyła zwój, do którego przypięto niewielką karteczkę.
Lara nie była specjalistką od magicznych arkanów, ale zwój był jednym z najpowszechniej spotykanych do dzisiaj i choć sposób zapisywania run się zmienił, a sama nie do końca potrafiła je zrozumieć, to łatwo zrachowała, że trafiła na pospolitą kopię starego, dobrego Magicznego Pocisku. Odczytała przypiętą na rzemyku karteczkę dyndającą przy papirusie...
Synku, raz jeszcze gratulujemy Ci z ojcem przyjęcia na Akademię. Jesteśmy bardzo dumni. Przyjmij to na początek Twojej kolekcji. Niech będzie pierwszą kartą w Twojej podróży przez magię. Niech Rubinowa Pani Cię prowadzi!
Bądź zdrów! - Mama
Na zewnątrz
Seweryn spieszył się w swej misji niesienia pomocy, obchodząc się z niesionym ochroniarzem bez większej kurtuazji. Nie żeby nie miał na uwadze dobrostanu pacjenta, ale widocznie reprezentował chłodniejszy, pragmatyczny i wyrobiony codziennością model medycznej profesji. Pewnie tak z tej racji, jak i ze względu na samą powierzchowność opiekuna, leczeni woleli poddać się opiece dr Quatermain niż mistrza Drachenwulfa. Ten ostatni jednak nic sobie z tego nie robił. Robił swoje. Szybko, konkretnie, czasem nieco brutalnie i bez oglądania się na grzecznostki. Był skuteczny i w czasie krótkiego stażu w Czarnych Wrotach pomógł już paru osobom, więc kredyt zaufania miał absolutny.
Strażnicy stojący przy odsuniętej na bok, zbitej z desek barykadzie przed wejściem do Ścieżki kojarzyli rudego jako lekarza, więc kiedy ten zakomenderował krótko, że musi przenieść rannego do siebie jak najszybciej, żeby ratować mu życie, nikt nie robił mu pod górkę. Ba, jeden z osiłków wyręczył nawet mistrza medykusa, biorąc na siebie część tachania pokąsanego Berta, z którym znał się z czasów służby w Westburn.
Wyzwolony spod ciężaru rannego, Seweryn szybko ruszył za zmierzającymi do głównego lazaretu Divrakiem i Hansem, którzy nieśli wyratowanego górnika. Ich też wypuszczono, ale tylko pod eskortą dwóch strażników, którzy mieli dopilnować, że poszkodowany trafi pod opiekę lekarską, a jego wybawicieli będzie można potem dokładnie obszukać.
- Nie, nie tam. – Zamachał na nich Seweryn. – Chodźcie do mnie, wiem, co trzeba zrobić. Raz-raz, nie traćcie czasu!
Niosący pacjenta nic nawet nie powiedzieli tylko od razu zmienili kierunek i zasapani podążyli za medykiem. Zbrojna eskorta w osobie dwóch podobnych ogrom wielkoludów (człeczego gatunku, rzecz jasna) spojrzała po sobie, ale co oni tu mieli do gadania. Medyk jest medyk, figura.
Zrobiono zatem tak jak zarządził i zaraz obaj pacjenci zlądowali na przygotowanych do operacji stołach w namiocie mistrza Drachenwulfa, bakałarza medycyny z Loftwick. Mistrz nie potrzebował dalszej pomocy, przeciwnie – potrzebował spokoju i ciszy, więc pospiesznie wygonił wszystkich przeszkadzaczy ze swego królestwa i zabrał się do roboty.
Pierwszy ranny, Bolo - pełniej Bolvar, ale szkoda sylaby – dochodził do siebie dużo lepiej. Był przytomny, choć osłabiony i z ciekawością rozglądał się po zastawionym narzędziami i medykamentami wnętrzu namiotu. Od niektórych wolał uciekać wzrokiem, ale słoje i retorty przykuwały wzrok i kusiły egzotyczną zawartością.
- To ci pomoże. – Seweryn zjawił się przy górniku znienacka, praktycznie bez zapowiedzi. – Ćśśśś, będzie dobrze.
Nasączona w medykamencie gąbka wjechała chłopakowi pod nos i oczy zaszły mu mgłą lada chwila. Na początku patrzył na cyrulika z niedowierzaniem, potem chciał coś powiedzieć, ale osłabiony zaniemógł, spróbował nawet się podnieść, ale o tym w ogóle nie było już mowy. Długo to nie potrwało i za chwilę Bolo z powrotem był nieprzytomny. Seweryn pochylił się nad nim, przyciskając ucho do piersi na rozdartej wcześniej koszuli. Było dobrze. Wszystko właściwie.
Oddech górnika uspokoił się. Zasnął, ale serce i płuca pracowały stabilnie. Medyk podszedł jeszcze sprawdzić stan drugiego pacjenta – Berta. Z tym było gorzej i tu nie trzeba było stosować żadnego wspomagacza śpiączki. Osiłek stracił przytomność na nowo jeszcze po drodze i oddychał ciężko, jak pod niespokojnym snem, który kończy się krzykiem. Tu organizm był na krawędzi. Nie można było ryzykować dodatkowej anestezji.
Seweryn zasznurował wejście do namiotu i zabezpieczony, zrzucił na ziemię wór ze zdobyczą. Wyjął na zewnątrz zewłok pająka i umieścił go na bocznym stoliku, przez dłuższą chwilę nie mogąc oderwać wzroku od ociekających jadem szczękoczułek potwora.
- No nic… – Seweryn podwinął rękawy i otworzył kuferek z narzędziami pracy. – Nie zrobimy, to się nie przekonamy… Wspomóż Pelorze!
Bohaterowie na Ścieżce
Kai obszedł komnatę magazynku kilkukrotnie, co jakiś czas pochylając się za drobnymi monetami, które znajdował na ziemi. Nie miał wiele więcej szczęścia, bo jeśli trafiał na coś innego, co go zaciekawiło, okazywało się doprowadzone przez czas do skraju zniszczenia. A jeśli nawet coś było jeszcze rozpoznawalne, to i tak niesprawne – wagi czy inne instrumenty pomiarowe dawno nie nadawały się do użytku. Bard obszukał jeszcze wyryte w ścianie luki, gdzie niby w kamiennych grobowcach składowano kiedyś ładunki, których powywlekane resztki leżały na ziemi, ale tam też nie trafił na nic wartego uwagi.
W przeciwieństwie do Randala! Tu musiał dobrze działać jakiś paladyński kompas, bo rycerz co i rusz trafiał bezbłędnie. Owszem, na początku schylał się głównie po drobne monety, ale w pewnym momencie wyciągnął spod pajęczyny coś paskudnie zielonego…
Co po przetarciu szmatą okazało się być jednak przyjemnie zielone i było malachitową figurką otyłego mężczyzny w bogatym szatach, osadzonego na potężnym fotelu czy tronie. Żartobliwe przedstawienie „obiektu posadzonego” sugerowałoby, że posążek nie miał religijnej natury i pewnie był po prostu eleganckim przyciskiem do papieru na biurku jakiegoś ważniaka. Teraz sięgnęła po niego ręka sprawiedliwości, nieco rozczarowana pęknięciami na kamieniu i naderwanym kawałkiem głowy, ale kontent, że trafiło się coś ładnego.
A to nie był koniec… Randal także przetrzepał kamienne kasety w ścianie i tam, gdzie bard okazał się nieuważny, paladyn natrafił na nieduży kordzik. Srebrne ostrze zaśniedziało, ale robota była fachowa i po mnogości floralnych motywów na całej długości broni (paradnej, tu nie było wątpliwości) poznać szło, że warto wycenić ją z fachowcem.
Grimley, który jako gończy ogar sprawiedliwości również miał dobrego nosa, przyjął inną metodykę pracy. On łaził po sali i odwalał ciężkie skrzynie, albo kawały kamienia, które zwaliły się kiedyś z sufitu. Nie miał też moralnej czkawki przy przetrząsaniu zwłok zabitych górników i nie brzydziło go brodzenie wśród pajęczyn. O ile przy kopaczach znalazł ledwie parę drobnych monet, o tyle włażąc w lepki gąszcz pajęczyn nadział się na zalepiony pod spodem kufer. Ten był nienaruszony.
Algernon nie pytał nikogo o zdanie, ani nie zbierał się na ostrożność. Uderzeniem szybko zbił kłódkę z metalowej skrzyni i zwalił wieko. Środek wypełniała zastawa stołowa misternej roboty. Część była złota i dobrze przetrwała próbę czasu, a część srebrna, więc sczerniała przez wieki. Kielichy, sztućce, lichtarze, a przede wszystkim nawiązujący kształtem do drzewa cedrowego kandelabr – wszystko wyglądało obiecująco, ale tylko w cząstce nadawało się do poupychania po kieszeniach.
Kai – biorąc kurs na drogę w głąb skarbca – zaczął przyglądać się włącznikowi. Zobaczył, że mechanizm był podobny do płytki, która otworzyła magazynek, ale tu w środku przygotowano miejsce na geometryczny klucz czy pieczęć. Aktor chwilę gmerał przy ustrojstwie, ale stwierdził, że to nie jego specjalizacja… I wtedy właśnie w ramię klepnął go Randal, który zjawił się za nim, trzymając w dłoni podłużny, pięciokątny bloczek z wyślizganego marmuru.
- Sprawdzisz?
Bard delikatnie wsunął przedmiot w otwór i przycisnął, czując jak kamień zgrzyta leciutko. Coś się kręciło, ale nie tak od razu. Najpierw powoli, ale potem mocniej, kręcąc klockiem w zużytym mechanizmie, Kai zaczął rolować kratownicę do góry. Dziadostwo szło przez jakiś czas z trudem, potem przechodząc na znaczny trud, a w końcu stanęło… Pewnikiem nie tak kiedyś miało działać i wymagać tyle kręcenia, ale swoją robotę spełniło. Kraty podniosły się na parę stóp, tak że pochylając się każdy mógł spokojnie wejść dalej.
Ta salka była ewidentnie mniejsza niż magazyn obok i doświadczona tąpnięciem, bo tu zwalił się cały kawał stropu, zagruzowując mocno przejście dalej, w południowej części komnaty. Można było się tam przedrzeć, ale to wymagałoby już odrobiny gimnastyki i przeciśnięcia się przez w głąb po zwalonych kamieniach. Oczywiście, przy odrobinie pracy przejście można było odgruzować i poszerzyć.
W mniejszej komnacie, przy pochodniach w każdej dłoni nie było problemu z dokładnym zlustrowaniem całości. Tu znajdował się chyba właściwy skarbczyk czy zaplecze magazynu, więc szaber całości zaczął się w tym miejscu. Kufry były już ogołocone do cna, ale za płaskorzeźbą w ścianie, która przypominała z bliska oglądaną z góry koronę drzewa, coś mogło jeszcze się ostać. Tutaj jednak też działać musiał jakiś mechanizm, bo na środku okrągłej wypustki ziała ośmiokątna dziura.
Towarzystwo zaczęło przyświecać sobie wzajemnie, próbując zajrzeć do środka, ale takie kupienie się było nie dla Grimleya. Stary paladyn poszedł tam, gdzie realnie dało się coś zrobić i kopniakiem zsunął kawał zwaliska, które blokowało drogę na południe, próbując zajrzeć w ciemność. Coś zaszurało złowróżbnie (bo od paru minut szurania miały dla eksploratorów Ścieżki wyłącznie złowróżbny wymiar) i rycerz spróbował rzucić na to nieco światła.
Wdrapał się na gruz i rzucił do środka pochodnię, wyglądając za nią. Ogień oświetlił komnatę podobną do tej obok, bardziej obszerną i chyba nieco lepiej zachowaną. Grimley wyściubił oczy, szukając źródła szurania…
I wtedy zasyczał boleśnie, a w ślad za sykiem bólu zwalił się na plecy, dudniąc zbroją na kamieniach. To dudnienie było jednak cichsze od rąbnięcia, które przyszło sekundę potem. Wszyscy zobaczyli jak coś z drugiej strony wbiło się z impetem na barierę, wzbijając tumany pyłu i sycząc.
Znali ten syk i szczękanie. Teraz były głośniejsze. Bo i ich źródło było znacząco większe.
Grimley wił się na ziemi i przecierał ręką oczy, sycząc i kurwiąc wściekle, a potężny kościogryz za gruzowiskiem syczał równie wściekle… Próbując wydostać się na zewnątrz.
Grimley traci 2 PW – pająk napluł mu jadem w twarz. Obecny stan PW: 8/15
-
Seweryn (Rewik)

Jak każdy jeden i Seweryn wielce ciekaw był Ścieżki, lecz nie pora mu była oddać się jej badaniu. Jeszcze nie czas. Miast tego wespół z Grebem, uchwycił Berta i ponieśli go do wyjścia. Seweryn utykał lekko, z powodu rany, która dostrzegł późno, bo dopiero, gdy jeden ze strażników do noszenia nieszczęśnika zaprzęgnięty został. Cyrulik zignorował to i pokuśtykał dalej, depcząc śladem Divraka i Hansa, co Bolvara na barkach dźwigali i z żalem wielkim pozostawił Ścieżkę za swoimi plecami, z jej wszystkimi tajemnicami, lecz przed nim rozpościerały się tajemnice inne, nie mniej dlań fascynujące.
Bert zasługiwał, by oń zawalczyć, jako i on sam o Bolvara bój był stoczył. Losy tych dwóch splotła nić niezwykła. Nić jak pajęcza, delikatna, lecz mająca wielką moc, gdyż jej przeznaczeniem było życie i śmierć zarazem. Żywot jednego od losu drugiego zależał. Tak jak już raz się to zdarzyło. Seweryn rozumiał to, aż nazbyt dobrze. Poprzez pryzmat własnej dobrej duszy, pewien był, że Bolvar pochwaliłby ryzyko, na które w jego imieniu cyrulik się ważył. Musiał założyć, że Bolvar, nie myślący jeszcze w pełni jasno, dobrowolnie wstąpiłby na owe medyczne terra incognita. Był to winien swojemu przyjacielowi. Seweryn miał oczywiście odpowiedni specyfik.
***
Przybyli do namiotu - on, Divrak, Hans, Greb i jeden ze stróżujących, co górników (Berta i Bolvara) ledwo żyw przynieśli, a obecni byli przy całym zdarzeniu. Seweryn podwijając rękawy, zwrócił się do drabów:
– Nie rozpowiadajcie o tym co miało miejsce, ni o stworzeniach które tam zastaliśmy. Dla dobra waszego to mówię. Ludzie będą rozpowiadać. Ja wiem, że wyście nie zostali jadem struci, lecz inni nie wiedzą, a wszelakie różne opowieści krążą. O takich co to bezwładnie chodzić poczynają i o własnej myśli nie są. Niech jeden też pozostanie i wejścia przypilnuje. Wreszcie niechaj nikt nie śmie mi przeszkadzać, jeśli go wprzód nie wezwę. - Spojrzenie miał zimne, sprzeciwu nie znoszące, dokładnie takie jakiego wymagała powaga sytuacji.Wejście namiotu zasznurował szczelnie i odkuśtykawszy od nich przystąpił do dzieła. Ręce w misie obmył i chustę zagarnął. Specyfik z łatwością odnalazł.
***
Księga w czarną skórę oprawiona nosiła liczne ślady użycia, a mnogość plam zdobiło pożółkłe karty papieru. Dołączyła do nich kolejna krwista wstęga, po tym gdy cyrulik nierozważnie starł świeży ślad. Smuga zdobiła teraz rycinę ludzkiego przedramienia, porozcinaną siecią linii i żyłek oraz objaśnień. Porozcinaną podobnie jak ta Berta.
***
Niebieska substancja ad usum internum ściekała do glinianego naczynia z dziubkiem z truchła araneus ammorsus, kiedy Cyrulik, nachyliwszy się, wsunął rurki w przełyk chorego, głowę mu ku tyłowi odchylając, iżby płyn w głąb ciała spłynął. Sięgnął po medyczne utensylia - kształty podłużne, jakby z brązu wykonane, ostrza małe, lecz jak brzytwa ostre i inne, których przeznaczenia nie śmiałbym odgadnąć.
***
Cienie w namiocie jęły tańczyć, gdy wewnętrzne ognisko, zasilone nowymi szczapami i oliwą nabrały na sile. Czarny kontur Seweryna w blasku raz rósł, a raz to malał. W dłoniach dzierżył narzędzia różnakie, przemieścił coś co wyglądało jak roślina o kilku pnączach. W blasku ognia, przez chwilę zdało się, że ożyła. Dym raz czarny, raz całkiem biały wznosił się ponad namiot krzątającego się cyrulika.
***
Pacjenci osłabli. Ich oddech był płytki, a ciała ich bezwładne, jakoby dusza już opuściła cielesną powłokę, za nic mając wysiłki cyrulika. On wszakże nie ustawał w próbach, kończąc co rozpoczął. Minęło jeszcze wiele czasu, nim z polikiem i czołem ozdobionym czerwienią wyszedł przed namiot, znając już wstępne rokowania. Wiadro częściowo wypełnione krwią bez słowa przetransportował za namiot, zasilając kruczy dół. Z uśmiechem dziwnym, upiornym, przystanął wreszcie badając otoczenie, jakby z amoku jakiego lub snu wyrwany gotów by znów zmierzyć się z jawą.
-
Randal (Mike)

Randal doskoczył i ucapiwszy starszego paladyna pod pachy, odciągnął go po za ewentualny zasięg potwora. Nie sprawdzał czy żyje, słychać było.
Fachowym okiem ocenił wysiłki monstrum i rzekł:
- Trza się wrócić i wziąć ze sobą ze 3 baryłki oleju, chyłkiem wlać, albo wrzucić baryłki i jak bydle podlezie to podpalić.Jakoś w zamieszaniu, figurka i kordzik trafiły do sakwy, by w przyszłości posłużyć lepszej sprawie niż napchanie kabzy bogaczom.
-
Kai (Aro)

Przysłowiowy bitewny kurz jął prędko opadać, lecz dosłowna siwa chmura dymu, jaką powołał do życia wystrzał z broni doktor Quatermain, nie przejawiała podobnych zamiarów. Uparcie zawisła w powietrzu, rozrzedzając się leniwie niczym mgła, świdrując szczypiąco oczy i wwiercając się w nozdrza ostrym smrodem, jakby żywcem wyrwanym z najgłębszego zakamarka Piekieł. Tudzież wprost z rzyci Asmodeusza. Kai zatem, gdy agresorzy przestali już być realnym zagrożeniem, z obliczem wykrzywionym wieloznacznym (i ciut przesadnym) grymasem nie omieszkał wymownie pomachać dłonią przed swą twarzą, by przepędzić bure pasma woniejące siarką, i zakaszleć parę razy. Zrazu jednak przeszedł do gmerania palcem w spiczastym uchu, w próbach przepędzenia zeń przeciągle irytującego pisku.
— Doprawdy cudowne ustrojstwo, doktor Quatermain! PRZE-CUD-NE! — odezwał się w stronę kobiety. Głosem już podniesionym z wcześniejszego półszeptu, jakby rzeczywiście niedawny huk uszkodził mu nieco słuch. — Zaiste wspaniała to rzecz dla uszu! Cud, żeśta nie ogłuchli zupełnie, pani doktor. Ugh!
— Słucham? — zapytała Lara z wyrazem udawanego niezrozumienia wymalowanym na jasnym obliczu, dopełniając żartu gestem urękawiczonej dłoni przyłożonej do nadstawionego ucha. — Przepraszam, ale jakoś nie było czasu na ostrzeżenia — wzruszyła ramionami z nieco skruszoną miną. — Obiecuję jednak, że następnym razem poprzedzę wystrzał należytym ostrzeżeniem i poczekam cierpliwie aż zatkacie szczelnie uszy pszczelim woskiem — zakończyła żartobliwie z serdecznym uśmiechem na ustach.
— Hmpf, widzę że opowieści, jakoby pojęcie humoru nie było znane w uczonych kręgach, są leciutko przesadzone — półelf odparł towarzyszce, utrzymując pozorny grymas nadąsania. Pozorny, bo lekkie nuty w tonie były dobrze słyszalne i zdradzały, niewątpliwie celowo, że jeno droczył się.
Kai rannym poświęcił zaledwie cząstkę swej uwagi, zerkając jeno współczująco w ich kierunku i pozostawiając ich w bardziej nadających się do niesienia pomocy dłoniach, w zamian ruszając się z miejsca po to, by uważniej przyjrzeć się komnatce. Na tyle uważnie, na ile pozwalał mu nadal rozpraszająco dźwięczny pisk pod ciemną grzywą. Uzbrojony w płonącą żagiew krążył zatem wte i wewte, tu pochylając się nad kufrem, tam zerkając w ścienną niszę, od czasu do czasu wolną dłonią przytykając sobie ucho i wydając z siebie osobliwe “ma”. Być może dlatego umknęło mu parę rzeczy, które Randal odnalazł w przejrzanych przezeń wcześniej miejscach, co półelf skwitował tylko wzruszeniem ramion. Większość zawartości komnaty, która przed wiekami służyła pewnie jako swego rodzaju magazyn, być może zaciekawiłaby go mocniej, gdyby nie rozpadała się - nierzadko całkiem dosłownie - w jego dłoniach. Jedynie błyszczące złociście krążki stanowiły wartościowe znalezisko, ostające się upływowi wieków, lecz nawet one, po uprzedniej inspekcji w ramach zaspokojenia ciekawości, ostatecznie lądowały między rupieciami w kuferkach. Kai nie czuł potrzeby pazernego przywłaszczenia sobie starożytnych monet, zatem pozbywał się ich równie chętnie, jak je oglądał, śląc je zręcznymi pstryknięciami palców i lśniącymi łukami w trzewia skrzynek.
— Ufff, ależ paskudna z ciebie bestyja, brrr… — artysta wzdrygnął się, wyrywając swój nóż z martwego pajęczaka. Pomimo obrzydzenia jawnie widocznego na twarzy, młodzian przykucnął na parę uderzeń serca przy zewłoku. Przyglądając się mu z przekręconą głową, szturchnął nawet pancerz parę razy czubkiem ostrza. — Hm, wyglądasz jakby znajomo… Czy ja już cię gdzieś nie widziałem aby? Ach! Tak, teraz pamiętam!
Wymruczawszy tych parę słów sam do siebie, Kai zakończył krótką inspekcję i podniósł się do pionu. Starając się nie myśleć zbyt mocno i odpędzając od siebie detale historii zasłyszanej przed laty, jaką jego mentor Sanjar Wspaniały zwykł czasami “zabawiać” dzieciarnię przy wieczornych ogniskach. Szło mu to nad wyraz marnie. Podczas krótkiej walki, która początkowo rysowała się w ponurych barwach, mógł wszak przekonać się, jak wiele prawdy tkwiło w przerysowanej bajce o krwiożerczych pajęczakach, zdolnych doprowadzić ludzi do obłędu. Obecność szurających górników, z wolną wolą zastąpioną zwierzęcymi instynktami poprzez jad we krwi, potwierdzała poniekąd, że Baklun wcale nie sięgał zbyt mocno po licentia poetica przy tamtych okazjach. Co też skwitował wydaniem z siebie cichego “blech”. Szczęśliwie nowe elementy zrazu zajęły uwagę półelfa, gdy tylko zbliżył się do kratownicy. O wiele mocniej gdy tylko, po uprzednim upewnieniu się że żadne zagrożenie nie miało nagle skoczyć w jego kierunku, niemalże przytknął nosa do metalowych prętów i wytężył wzrok, dostrzegając tym samym ciekawą płaskorzeźbę w następnej komnacie.
Nie przyszło mu nawet czekać zbyt długo, by przyjrzeć się bliżej temu znalezisku i nie musiał nawet przeciskać się ekwilibrystycznie pod przeszkodą blokującą przejście. Wzdrygnął się tylko nieco na klepnięcie Karzącej Ręki, lecz nie zwlekał z przyjęciem odeń marmurowego wielościanu, który okazał się być osobliwym kluczem, umożliwiającym operowanie mechanizmem ukrytym gdzieś pod granitową skałą. Na lakoniczne “sprawdzisz?” Kai odparł żwawym kiwnięciem głowy (jakżeby mógł odmówić!), od razu wciskając bloczek w otwór, z uśmiechem witając tajemnicze zgrzyty. Uśmiech zbladł jednak, gdy okazało się że nie tylko sprawdzanie miało przypaść mu w udziale i paladyn Niezwyciężonego nie przejawiał zamiaru kręcenia ustrojstwem. Ten wątpliwy honor przypadł zatem samemu półelfowi, który z obecnych był, o ironio!, najwątlejszej budowy. Wprawiając w ruch kratownicę nie omieszkał zatem pozłorzeczyć na taki obrót spraw. Jedynie w duchu, rzecz jasna - nie chciał bowiem zwracać na siebie zbyt dużej uwagi zbrojnych, a tym bardziej zniechęcać ich do swej osoby.
Chociaż częściowe otwarcie przejścia dalej kosztowało go sporo trudu i wysiłku, to wnet zostało wynagrodzone. Kai żwawym krokiem wstąpił do następnej komnaty, ocierając lśniące w świetle pochodni krople potu na czole, pikując od razu ku dostrzeżonej wcześniej płaskorzeźbie. Przewrotny los miał jednak inne plany i, przynajmniej na razie, prędko uniemożliwił bliższe oględziny stylizowanej korony drzewa. Wpierw coś zadudniło, a w chwilę później coś znowu innego rąbnęło, domagając się ich atencji. Półelf drgnął na te nagłe dźwięki i stęknął, widząc tarzającego się po posadzce sir Grimleya. Jeszcze mocniej, gdy dostrzegł znajomy kształt uderzający raz po raz w gruzowisko, przy akompaniamencie poznanych już chwile wcześniej syków i szczękania.
— Ugh, kolejny kościogryz?! Ile się tu was zalęgło!? — wyrzucił z pretensją, wycofując się za sir Bronsona. — Więcej was matka nie miała!?
Pajęczak nie był rzecz jasna w stanie odpowiedzieć, nacierając tylko wściekle na blokadę, niewątpliwie napędzany zwierzęcą żądzą mordu. Patrząc uważnie w tamtą stronę, Kai prędko skonstatował, że być może to właśnie z matką mieli teraz do czynienia, wnosząc po gabarytach. Tudzież ojcem, o ile można było mówić o takowych tradycyjnych rolach w przypadku tych paskudztw. Tyle dobrego, że przerośnięty kościogryz był chwilowo uwięziony po drugiej stronie i stanowił dla nich znikome zagrożenie. Aczkolwiek to mogło się zmienić w każdej chwili. Palce półelfa odnalazły jeden z jego wiernych noży.
— Z całym szacunkiem, sir Bronsonie, lecz wątpię, by monstrum miało grzecznie sobie czekać, aż wrócimy z tymi baryłkami. Zawsze możemy spróbować je ubić przez tą wyrwę, na odległość — odezwał się, obracając ostrze w dłoni. Odrzucił też w bok ściskaną dotychczas pochodnię, by w razie kolejnych wystrzałów z ustrojstwa doktor Quatermain mógł zakryć uszy. Kai przestąpił niepewnie z nogi na nogę, przełknął ślinę i odchrząknął. Kolejne słowa uciekły z jego ust niezwykle niskim szeptem, mimowolnie. — Zawsze mogę spróbować uśpić tą bestyję…
-
Kai (Aro)
— Oj nie byłbym tego taki pewien, sir — zawyrokował Kai. Stopniowo kuląc się i drgając przy każdym uderzeniu wściekłego pajęczaka w gruz. Nóż w palcach błyskał, bezustannie obracany w nerwowym odruchu. — Patrząc po tym, z jaką werwą próbuje się do nas dobrać, to jego lub jej ulubionym plugawym zajęciem może być polowanie na humanoidy. Tudzież smakuje się w ludzkiej krwi. Nie wiem, co byłoby tutaj gorsze...
-
Chwilę wcześniej na Ścieżce...
Kurz, pył, dym skłębiony wśród pajęczyn po wystrzale, krew, brud, ludzkie zwłoki i koleżeńskie przekomarzanki. Złote krążki i pamiątki sprzed naszej ery oraz mamroczący ludzki zewłok ociekający posoką i oczy uciekające w bok za każdym szurnięciem, gdy ktoś schylał się brodzić w starożytności lub flakach. Z jednej strony aż mrowiło w człowieku, by wziąć nogi za pas i wybiec na świeże powietrze, z drugiej – można było się w ciężkiej, pełnej obietnic atmosferze podziemi zapomnieć, zatracić czas w obcowaniu z tajemnicami i szansami... Mimo czyhającej grozy.
Doktor Quatermain przeglądała dokumentację i zapiski, które przetrwały próbę wieków szerokimi, pełnymi zachwytu oczami – nawet, kiedy literki traktowały o przewozach drewna i smoły, wznosząc się na ciekawość przy specyfice prawa handlowego czy ordynacjach majątkowych. Choć parę razy kusiło ją, by zgarnąć coś na później, do wnikliwszego przeanalizowania w bardziej sprzyjających okolicznościach, a instynkt szarpnął najmocniej przy magicznym zwoju opatrzonym prywatnym liścikiem (nie szło tu przecież o magiczność zwoju, szanujmy się), to badaczka utrzymała najwyższe standardy, zachowując wszystko na bezpiecznych pozycjach (o ile ktoś-coś tu nie wtargnie i nie narobi rabanu...). Pooznaczała właściwe miejsca kredą, robiąc pamięciowe notatki na temat tego, czemu miała służyć każda cyferka oznaczeń. Późniejszy, pełnoprawny przegląd miejsca powinien być zrobiony już z należytym namaszczeniem.
Od gmerania wśród artefaktów dawnej Suelii odrywały ją co i rusz szurania kompanów. Widziała, że też przeglądają pobojowisko i przyuważyła nawet, że Kai odrzuca znalezione monety na miejsce, ale zbrakło jej uważności, by dostrzec coś więcej. Obaj paladyni zapakowali swoje znaleziska do tobołków – Randal dyskretniej, Grimley bezceremonialnie, jakby wrzucał do worka ziemniaki. Kai widział jak Algernon przebiera w fantach, ale co ostatecznie ze znaleziskami zrobił Bronson nie dostrzegł. Zresztą – może go to w ogóle nie obchodziło, może uznał, że za wymachy ich mieczy, które położyły pająki coś im się należy, a może w pełni z nimi sympatyzował, a sam nie korzystał z okazji tylko z racji lichości własnych znalezisk.
Lara nie widziała, co robią kompani. Od pierwszego, archeologicznego zaaferowania, pociągnęło ją zaraz do drugiego, medycznego. Któryś gulgot rozpołowionego truposza oderwał ją od odcyfrowywania starosuelskiego i poprowadził na ścieżkę biologii.
- Hmmm... – mruczała pod nosem, przyglądając się jak z rozciętego górnika sączy się jucha. Wylało się jej sporo, nie dziwota przy takim cięciu. Medyczka jasno oceniła, że krew w... - Człowieku? Nieboszczyku? - dalej krąży. Wolniej, bo wolniej i to znacznie, ale gdyby facet nie żył od paru dni, to nie byłoby mowy o tym, żeby jucha tak z niego sikała. Z drugiej strony, widać było, że nie płynie tak, jak płynęłaby z kogoś, kogo takie katowskie cięcie pozbawiłoby życia. Płynęła wolniej i teraz już było to widać – szybko koagulowała.
Doktor Quatermain, gdzieś na drugim roku swego studiowania, trafiła na zajęcia, gdzie profesor Nivelle – prawdziwy okaz humanisty, który parał się wieloma sztukami, w tym magią – nauczał o wyjątkowych stanach ludzkiego organizmu, zwłaszcza tych wywołanych działaniem sił nadprzyrodzonych. Dla zbożnego celu zapoznawania młodych lekarzy ze wszystkim, co kryje biologia – także ta, która nie idzie pod rękę z Matką Naturą – wypożyczył z Gildii Magów Greyhawk okaz zombie, który przejęto w czasie nalotu na kryjówkę nekromantów. Przed należytym pozbyciem się ciała, które skremowano i złożono w urnie na miejskim cmentarzu, z pochówkiem w nowoczesnej, wielowyznaniowej wersji, nieumarły mógł przecież na coś się nadać.
I widać nadał. Lara wiedziała, że zombie porusza magia czy też zassana z innego planu negatywna energia, więc ich ciała nie pompują krwi, ani nie potrzebują mięśni do pracy. Coś metafizycznego splątywało je też z fizyczną powłoką, stanowiąc o zachowaniu przez nie cząstek percepcji czy inteligencji, które pozwalały reagować na zjawiska wokół nich. Na pewno nie z taką sprawnością, jak za życia, ale wyraźnie intensywniej niż miało to miejsce przy tym gulgoczącym pełzaczu, który zwracał uwagę dopiero na znaczny ruch czy światło.
Dziewczyna rozejrzała się na boki, jakby niepewna tego, co robi, może zawstydzona, a może z nadzieją, że zdarzy sie coś, co ją powstrzyma... Ale nic się nie zdarzyło i Lara przykucnęła nad truposzem, przyciskając mu ręce do ziemi i przykładając ucho do piersi. Zgrzyt podnoszonej kraty zerwał ją z kolan, podskoczyła i prawie fiknęłaby w tył, gdyby w porę nie podtrzymał jej Grimley, który pojawił się obok.
- Dokończmy, co potrzeba – rzucił krótko rycerz, niby to w liczbie mnogiej, ale tak naprawdę oznajmiając po prostu, co sam zaraz zrobi. Wzniósł swój potężny dwuręczniak do cięcia i tym razem skasował wizgającego truposza na dobre, rozbijając mu czaszkę na drobne szczapy. Lara sama nie wiedziała, czy chce zaprotestować, czy nie. Poczuła, w krótkiej, paskudnej chwili obcowania z bliska z zimnym ciałem umarlaka, że ten nie całkiem umarł – serce, choć bardzo wolno, wciąż w nim biło i pompowało krew. Nie był nieumarły w takim znaczeniu, jakie nadawała nekromancja, ale pewnikiem nie był już stworzeniem, które powinno dalej chodzić po świecie.
Skoro jednak kwestie etyczno-medyczne na razie się rozwiązały (spojrzenie na resztę górników, którzy nie mieli tendencji do pośmiertnego pełzania szybko pokazało, że większość zginęła podobnie – pewnie jad, a potem wykrwawienie od pajęczych szarpań), Lara podążyła za resztą do sąsiedniej komnaty, gdzie zaczęło się już szperanie.
I teraz – też na Ścieżce, komnatę dalej
Rozpatrywanie się w mechanizmie ściennej płaskorzeźby zajęło całą trójkę badaczy Ścieżki i tylko Algernon Grimley wybrał aktywniejsze parcie naprzód. Kiedy Lara (najbardziej zorientowana), Kai (wytężający wzrok za wskazówkami) i Randal (który lubił po prostu trzymać rękę na pulsie) rozglądali się, co można zrobić, by dobrać się do tego, co skrywało się pod kamienną płytą, stary paladyn narobił już rabanu i zaraz zapłacił za to bolesną cenę.
Dopadli do niego, gotowi wesprzeć druha, który wcześniej też wkroczył naprzód jako pierwszy, ryzykując za innych. Randal odciągnął go na bok, ale nie martwił się zbytnio. Chociaż Grimley syczał i wił się z bólu, żył, a za moment nawet zebrał się na równe nogi. Chwilowo nie widział, albo widział słabo, bo poruszał się jakby po omacku, niepewny i słaby w ruchach, wyciągając rękę przed siebie. Lara zobaczyła w świetle pochodni, kiedy zbliżyła się do niego, że oczy zaszły mu krwią, ale nie wyglądało na to, żeby coś zostało naruszone.
Usadziła go na moment, choć stary (i zły!) nie był teraz najwdzięczniejszym pacjentem i wydobyła apteczkę. Gaza i woda do przemycia musiały na razie wystarczyć. Pająk za skalną barierą rwał się i walił w rumowisko w amoku, próbując przedrzeć się przez zwężenie, więc nie było czasu na złożone operacje.
Randal proponował załatwić bestię sposobem, a Kai kuć żelazo póki gorące. Obu pogodziła doktor Quatermain, która wypaliła w stwora, gdy znów zbliżył się na zewnątrz, hucząc i dymiąc z arkebuza. Tym razem bard w porę zasłonił uszy, więc obyło się bez dźwieczącego oszołomienia. Dzięki temu mógł też szybko zareagować i posłać sztylet w pająka, którego wystrzał nie trafił, ale z jakiegoś powodu na moment zmroził. Może pierwotny instynkt nakazywał, by drobne istoty kuliły się i udawały, że ich nie ma, gdy coś wielkiego robiło raban w pobliżu?
Cóż, może ten ślad ewolucji przetrwał i w tym kościogryzie. Pozostałość w tym wypadku niepotrzebna, bo po kolejnym odwalonym kawale kamieniska widać było, że pająk rozmiarowo niedaleko ma do średniego niedźwiedzia.
Sztylet rąbnął stwora w jedno z rozlicznych oczu, wzmagając pisko-syki. Włochate odnóża zaczęły przebierać po zwalisku jeszcze szybciej, a żuwaczki splunęły na drugą stronę kolejną porcją jadu. Ten wystrzał, tak jak i arkebuzowy, nikogo nie trafił, ale Randal postanowił działać nim bestia powtórzy atak. Nie miał ze sobą pełnego ekwipunku, ale zdążył zabrać kołczan z paroma oszczepami i teraz dziękował sobie za słuszny wybór.
Słuszny wybór i słuszny rzut, bo ciśnięty potężnym rąbnięciem oszczep trafił pająka w odwłok. Insekt zakotłował się wśród kamieni, zniknął w głębi i zaraz zjawił ponownie, tym razem wystawiając na widok napastników brunanto-rudy tyłek. Kolebał się teraz tą stroną, desperackimi ruchami próbując zrzucić naprzód kawały gruzu broniące mu wyjścia, ale stał się łatwą ofiarą.
Tym razem nikt nie miał już problemu z trafieniem i pająk oberwał zarówno z huczącego arkebuza, ciśniętego noża i rzuconego oszczepu. Spustoszenie, które potrójny atak wywołał w rozharatanym odwłoku bestii było ogromne, ale też impuls bólowy, który targnął stworzeniem był taki, że próbujący odskoczyć byle dalej od zagrożenia potwór, raniąc się dodatkowo, w końcu rozbił część zapory, wybijając sobie drogę na wolność.
Grimley, który w międzyczasie zebrał się do kupy, splunął na ziemię i przymierzył się do nadejścia potwora z mieczem gotowym do ciosu. Pozostali spojrzeli po sobie, wyczekując co za chwilę nadejdzie. Kościogryz uciekł w głąb jamy, zostawiając na rozbitych kamieniach pełno posoki, ale nie był cicho. Słychać było, że kotłuje się i syczy gdzieś po drugiej stronie. Randal odrzucił kołczan na bok i przygotował tarczę do odparcia ataku. Lara w pośpiechu ładowała broń do kolejnego ataku, a Kai – rozglądając się za osłoną – ściskał w spoconych dłoniach gotowe do rzucenia sztylety.
Pająk zaatakował zanim jeszcze go zobaczyli, uderzając z cienia kryjówki. Uderzył nietypowo, w sposób jakiego jeszcze nie znali. Lepki, cuchnący kwaśno pocisk wystrzelił z jamy, trafiając Larę w korpus, rozkładając się wokół niej i rozciągając. Miękka, ale sprężysta i mocna tkanka pajęczej sieci przygwoździła dziewczynę do ściany, wiążąc ją w szamotaninie nim zdążyła strzelić.
Grimley był gotów i runął na stwora, kiedy ten zjawił się zaraz po poprzednim ataku, wypadając na zewnątrz w kupie wznieconego pyłu. Rycerz takim atakiem bez problemu położyłby każdego kościogryza, którego dotąd napotkał, ale to bydlę było po prostu ogromne, a skoczne nie mniej niż napotkane wcześniej sztuki. Kiedy pajęczak wyrwał na paladyna w upiornym skoku, Grimley niewiele mógł już zrobić wobec lecącej na niego masy. Świadom, że nie zatrzyma jej ani sztychem, ani cięciem, spróbował jeszcze zmienić kierunek w natarciu i zrobić unik, ale ciężar bestii zwalił się na niego w pół oddechu. Gniotąc starego jak ciasto na makaron i wyciskając z niego całe powietrze.
Kościogryz przeciągnął się po nieprzytomnej ofierze całym ciężarem i sycząc, przygotował się do skoku na kolejne zdobycze.
Porządek walki
Inicjatywa:
Pająk 18
Grimley 18 (nieprzytomny, 0 PW; 1/3 porażka w rzucie na przeżycie [death save])
Randal 15
Kai 12
Lara 7 (uwięziona w sieci)Obecnie jesteśmy po rundzie Grimleya. Działa Randal, Kai i Lara.
https://imgur.com/a/LHWEKlw
-
Randal (Mike)
Randal zaklął widząc jak szybko potwór pozbył się dwóch członków grupy. Nie było czasu na wypominanie pozostałym, że lepiej było to zrobić sposobem. Warknął coś niepochlebnego i zapewne nieprzyzwoitego pod nosem i runął na stwora.
-
Randal Bronson, choć nie stronił od sprytu i rozwiązań na skróty, jeśli służyły słusznej sprawie, odwagi miał dość, by obdzielić batalion wojska. A jeśli do tego szło jeszcze o wsparcie brata po mieczu, na wątpliwości po prostu nie było miejsca.
Paladyn zrzucił na bok kołczan i wszystko, co mogło go krępować i natarł dziko na syczącego nad Grimleyem kościogryza. Choć bestia zgięła już odnóża do wyskoku, gotowa przygwoździć do ziemi kolejnego nieszczęśnika, rycerz zdążył powstrzymać morderczą passę. Dopadł stwora od frontu, ale w ostatniej chwili, szarpnięciem całego ciała skręcił, myląc insekci móżdżek. Wychylony, z tarczą w razie czego chroniącą od boku, natarł z szerokiego kąta, waląc na odlew po odwłoku i kończynach bestii.
Cios był mocny, aż pająk podskoczył z sykiem. Ale nie dość mocny, by dobrać się do miękkiego, które skrywał pancerz. Rycerz musiał szykować się na kontrę. Odskoczył osłaniając się tarczą i zamłyńcował, przykucając niemal w oczekiwaniu na ripostę.
-
Kai (Aro)
Syki, klekoty, sapania, świsty, mlaski i szereg innych jeszcze dźwięków składały się na podziemną symfonię, coraz to bardziej krwawą uwerturę ich pierwszej wizyty w starożytnych ruinach. Szczęśliwie najgłośniejsza i najbardziej dysonansowa nuta ze wszystkich, wystrzał z broni doktor Quatermain odbijający się hucznym echem od granitowych ścian, tym razem była łatwa do przewidzenia i Kai zdołał w porę zasłonić szpiczaste uszy, osłonić wrażliwy słuch przed kolejnym atakiem i bezustanny pisk mógł dalej lżeć miarowo. Sam też dodał kolejny dźwięk do kompozycji - zdławiony nagłym ściskiem gardła jęk, gdy rozwścieczony kościogryz zdołał w końcu przebić się przez gruzowisko. Wierzgnął przy tym w tył, nieomal zaplątując się o własne nogi i ledwie utrzymując równowagę. Dynamiczna sytuacja, jak to z dynamicznymi sytuacjami w życiu bywało, dotąd mogąca napawać optymizmem nawet pomimo sir Grimleya potraktowanego jadem, w parę jeno uderzeń serca jęła przybierać bardziej ponure barwy. Stary paladyn legł pod nagłym natarciem pająkowatej bestii, a doktor Quatermain związana została lepką siecią i przygwożdżona do ściany. Z sercem dudniącym nie gorzej od jej arkebuza, Kai w ułamek chwili zmuszony był podjąć decyzję, gdzie skoncentrować swe działania.
— W przeciwnościach losu niebywałe tkwi piękno! — Półelf zakrzyknął w stronę towarzyszki. — Są niczym ogień stal hartujący! Nie traćcież tedy ducha, pani doktor!
Jakby zainspirowany własnymi słowami, Kai powściągnął początkową chęć rzucenia się na powrót za kratownicę. Przełykając żółć bulgocząco podchodzącą do gardła na każdy błysk swego ostrza nadal tkwiącego w jednym z mnóstwa oczu pająka, w zamian przemknął tuż obok wierzgających wściekle odnóży. Obrócony w palcach nóż zalśnił w migotaniu pochodni, w locie uderzył o chitynowy pancerz na odwłoku, sięgnął nawet czegoś miękkiego. Monstrum wydało z siebie kolejną serię klekotosyków, mogących uchodzić za odgłos bólu. Sztylet pociągnął za sobą ciemną wstęgę, rosząc gorące krople wokół, gdy Kai wyminął kościogryza i obrócił się szarpanie na pięcie, szurając sandałami po podłożu.
— Nie takaś straszna z bliska, jak się wydawało, bestyjo! — Zakrzyknął jeszcze, jakby chcąc rozproszyć uwagę stwora i dać tym samym otwarcie sir Bronsonowi na zakończenie sceny jednym, finalnym ciosem.
Wg deklaracji z komentarzy akcja standardowa na atak w kościogryza (sukces potwierdzony przez MG), akcja bonusowa na danie Larze Bardowskiej Inspiracji (+1d6 do jednego dowolnego testu przez następne 10 minut), a akcja ruchu na zajęcie pozycji po przeciwnej stronie pająka tak, by flankować go z Randalem (tym samym dając mu ułatwienie [Advantage] do ataków).
Ilość kości Bardowskiej Inspiracji po rundzie: 2/3.
-
- No i co, no i co? – Mały Kai nie wytrzymał jako pierwszy z dzieciarni. Po klapnięciu dłoni, które miało imitować zamknięcie się paszczy potwora z połkniętym żywcem nieszczęśnikiem zapadła krótka, ale głęboka cisza. Tłum dzieciaków wessał powietrze jak stadko mrówkojadów, a oczy wypełzły im wszystkim z orbit. Długo jednak wytrzymać nie mogli, a Kai był po prostu najszybszy. - I co z nim? Co było dalej?
- Co było dalej? – Sanjar podniósł się z pieńka, wznosząc za wstaniem głos i efekciarsko wiodąc rozszerzonymi oczami po czeredzie wpatrzonych weń jak w obraz dzieciaków. - Czy sir Grimley przetrwał atak potwornej pajęczycy?
Nie, pomyślał półelf, przypominając sobie znienacka dawne bajania swego młodzieńczego idola. - Na pewno nie Grimley, mąci mi się już we łbie po latach...
Faktycznie, ciężko było dziś już dojść, kto był bohaterem dawnej opowieści i jak skończyła się jego historia, ale dla dzisiejszego Grimleya nie wyglądała za dobrze. I choć jego pajęczyca nie połknęła w całości, to przygniecione ciężarem i przeryte spiczastymi odnóżami ciało było równie blisko śmierci, co ów dawno wybajany śmiałek, którego perypetie śledziła cała obozowa dzieciarnia.
Teraz historia jest moja, przemknęło Kaiowi przez myśl, gdy niesiony własną pieśnią rzucił się do boju ze straszydłem znanym z ogniskowych gawęd. Pieśń istotnie mogła dodać skrzydeł. Lara poczuła, że i ją wyśpiewane wezwanie barda wzmocniło w szamotaninie z siecią.
Motała się jak mogła i napinała mięśnie, odlepiając od ściany cząstki pajęczej pułapki. W tym wszystkim, siłując się a to z lepką barierą, a to z samą sobą, musiała zaczepić o coś pasem, albo inną solidną częścią garderoby, bo zamiast wyzwolić się, wzmogła jeszcze opór skrępowanych członków. Poczuła jak wezbrana w niej wściekłość przelewa się i jest blisko, by wykipieć. Chciała się wydrzeć, walczyć, pomóc!
Skłębiona w nerwach, odetchnęła mocno widząc jak kontra pająka po ciosach Randala i Kaia chybia celu. To była głównie zasługa paladyna, który walczył z tarczą iście po mistrzowsku. Potrafił tak zastawiać się metalem, że pająk nie potrafił go sięgnąć żadnym z odnóży, a przy próbach ukąszenia obrywał po żuwaczkach, cofając się z niczym.
Od defensywy do ofensywy byłaby jednak daleka droga, gdyby Randal miał walczyć sam. Ba, pewnie w takiej walce nie miałby szans – nawet i z pawężem i w pełnej płycie. Na szczęście nie był sam, a wzrastający w odwadze bard nękał pajęczycę z drugiej strony, dźgając ją jak umiał. Głównie irytująco i nieszkodliwie, ale ze wspomożeniem dla pancernego towarzysza. Ten zaś, kiedy jeden z takich momentów kosztował kościogryza dłuższą niż zwykle reakcję, wykorzystał swą szansę.
Wypadł zza tarczy ze sztychem, jakby jechał konno i planował wpakować w potwora kopię. Aż tyle siły i impetu tu nie było, ale osłabiony i zdezorientowany robal oberwał pod szczękoczułki, buchając posoką i jadem z rozoranego otworu gębowego. Kai chciał poprawić, ale poderwany przedśmiertną furią pająk wyskoczył w powietrze solidnie poza jego zasięg.
Wyskok był iście spektakularny, unaoczniający jak cholerne szczęście mieli, że tłusty pajęczy kuper zablokował się wcześniej za gruzowiskiem i nie musieli mierzyć się z bestią wręcz od samego początku. Trwał chwilę, ale zaraz po tej chwili, wszystko dobiegło końca.
Randal machnął mieczem w wyskoku, ledwo co sięgając rozlewającej się gęby potwora, wzmagając strumień jadowitej posoki. Kościogryz chwycił go przednimi odnóżami, niezdolny przebić się przez zbroję, ale zdolny by ścisnąć go i przywalić do ziemi. Opadające cielsko runęło przed rycerzem i w wyskoku z impetem przywaliło nim o ścianę, aż Randalowi zadudniło w uszach, a dłoń trzymająca tarczę zdrętwiała. Osłona padła na ziemię z brzękiem.
Lara chciała krzyknąć – nie wiedzieć właściwie w jakiej emocji, bo zbiegły się w niej odmienne – ale jęknęła tylko z bólu. Tryumfalnie, czując jak wzmożone, umęczone mięśnie w końcu przerywają pajęczą nić, wypuszczając ją na wolność. Akurat w tej chwili!
W chwili, gdy Kai – w przypływie szaleńczej fantazji – dał susa pod pajęczy odwłok i wbił tam na raz dwa sztylety, ile tylko miał sił w ciele. Wbił, a sam, równie szybko, co wskoczył, wyturlał się na bok, lądując na miękkiej kupie pajęczyn i twardych, bodących w plecy kawałkach stropu.
Kościogryz zakwiczał, bo tak chyba dałoby się sklasyfikować ten odgłos, którym kończył i zakręcił się jak bąk, przebierając słabnącymi odnóżami jak płatami wiatraka. Powlókł się najpierw ku bezbronnemu chwilowo Kaiowi, potem zakuśtykał znów w drugą stronę, gdzie z ziemi gramolił się Randal, a w końcu wywrócił w obłoku kurzu tuż przed Grimleyem.
Wzbity obłok na chwilę oślepił zebranych, a u starego paladyna wywołał nagły atak kaszlu. Atak, który poderwał go z ziemi. Półprzytomny jeszcze, ale ewidentnie żyw, Algernon wyzbierał się, by usiąść, po raz kolejny dowodząc sobie, że nie tak łatwo jest umrzeć.
Kiedy kurz opadł, Lara czekała już przy pajęczym zewłoku z arkebuzem nastawionym do strzału. Trąciła stwora lufą, gotowa dobić paskudztwo na dobre, ale było po wszystkim. Przeżyli. Przeżyli kolejną z komnat Ścieżki Slerotina.
Bogowie! Czy tak to wszystko miało tutaj wyglądać?
Tymczasem w lazarecie u Seweryna
Seweryn był wielu kwestiach absolutystą, kompletnie nieskorym do rezygnacji z własnego spojrzenia czy półśrodków w realizacji tego w co wierzył. Jego pech, że nie wszystko, co sobie w szczytnych celach zakładał odpowiadało temu, co świat w najszczytniejszych dopuszczał. Dlatego właśnie dbał o zamykanie drzwi i okien, kiedy przychodziło mu mierzyć się ze sprawami moralnie zbyt dla postronnych egzotycznymi, czy – jak w tym wypadku – sznurował solidnie płachty namiotu.
Nie każdy mógł zrozumieć, jak można mieszać krew z krwią i to nie w braterskiej krwi przysiędze, ale spijając ją żelazem z jednego człeka i następnie wtłaczając do drugiego. Seweryn ponacinał obu zatrutych, oznaczając dziwnymi maźnięciami przestrzeń ich żył i mamrocząc coś pod nosem, gdy tylko wzrokiem łypnął do księgi. Dymił im czymś, okadzał jak wedle rytuału i wciskał w usta kawałki czegoś twardego, prowadząc szyk od jednej dziwaczności do drugiej.
Sen obu pacjentów wzmógł się jeszcze po tych zabiegach, tętno zwolniło. Medyk ponacinał ich nożykami i srebrną rurką zbierał krew do pęcherzyków, niby małych baniek. Potem, koncentrując się teraz głównie na Bercie, który miał się gorzej, zaczął przez srebrne kaniule wpompowywać weń krew górnika, pobraną przed chwilą. Ręce miał pewne i ruchy zdecydowane, ale wargi trzęsły mu się przy tym i szeptały dziwne słowa, których nie powtórzyłby nikt w całych Wrotach.
Wydawało się, że wie, co robi, choć im więcej krwi spłynęło z jednego i im więcej wpłynęło jej do drugiego z 'leczonych', tym zimniejsi się stawali, a oddechy traciły miarowy rytm. Seweryn krążył od jednego do drugiego, przykładając ucho do piersi, sprawdzając tętno, podnosząc powieki, by spojrzeć w niewidzące oczy, nasłuchać, ponaciskać, pogmerać i pochuchać. Skruszony korzeń skałodrzewu wtarty w rany pomógł w ich szybszym zasklepieniu, ale sińce na ciele puchły i promieniowały.
Seweryn dreptał pomiędzy rannymi, coraz bardziej nerwowo, coraz częściej zerkając do książki i nie mogąc znaleźć odpowiedzi na rodzące się wątpliwości. Bolvarowi poprawiało się powoli, może i nazbyt powoli, ale o niego medyk już się nie martwił. Zamiast tego zaczął dumać, co z Bertem. Co począć?
Przechodził nieduży okrąg namiotu pewnie z kilkaset razy, zerkając co i raz do kolejnych słoików i puzderek, otwierając skrzynki i szkatułki, odkręcając fiolki i ampułki. Niektóre raz, sprawdzając tylko, a inne i po kilka razy, niepewnie, błądząc i szukając odpowiedzi.
Czując, że nie znajdzie jej w księdze, przeżegnał się w końcu po Pelorowemu i rozwinął jedwabny splot z niebieskim proszkiem. Nasypał go do cieczy wstawionej na ogień w alembiku i po krótkim pacierzu, zmieszawszy z chłodną wodą, zlał rurką do niezamkniętej jeszcze rany.
Bert wierzgnął na stole, rzucił się jak pstrąg skaczący za muchą i pewnie odgryzłby sobie język, gdyby nie wpakowany wcześniej do gęby kołek. Seweryn dopadł do niego i przycisnął zbrojnego w miejscu całym swoim ciężarem. Patrzył nań teraz niepewnie, licząc nagle wzmożone oddechy.
Krew zaczęła krążyć mocniej, ochroniarz zrobił się czerwony, cieplejszy. Seweryn liczył dalej, ale w końcu uśmiechnał się lubieżnie, jakby obcowanie ze śmiercią miało dla niego intymny wymiar.
- Zwycięstwo! – Szepnął głośno i zaśmiał się, najpierw cicho, a potem coraz donośniej, aż za chwilę okruchy dziwnej radości dałoby się usłyszeć i poza namiotem.
Medyk czule pogładził Berta po skroni i zbliżył się do Bolvara, który po aplikacji skałodrzewu był już chyba dość wzmocniony. Rudy spojrzał na niego oceniająco...
Medyk czule pogładził Berta po skroni i zbliżył się do Bolvara, który po aplikacji skałodrzewu był już chyba dość wzmocniony. Rudy spojrzał na niego oceniająco...
Wiedział już, że Bert przeżyje. Transfuzja zadziałała, plan się powiódł. Wpompowane w ciało zbrojnego przeciwciała wytworzone magicznym leczeniem Randala wdrożyły się w krwioobieg i rozhulały po organizmie, gnane narkotykiem. Może przedwcześnie, może przesadzał z tym 'wiedział', ale sam mocno obstawiałby, że przeżyje. Raczej na pewno.
No, a skoro jeden był odratowany, to – dla dobra potomnych – można było sprawdzić jak skuteczne będzie magiczne wzmocnienie odporności na truciznę u drugiego. Czy organizm na stałe uodparnia się na zneutralizowany jad? A jeśli tak, to na ile? I do jakiego poziomu?
Seweryn przeżegnał się nad Bolvarem, tym razem porządniej jeszcze, jak rasowy kapłan i zaczął powoli wlewać mu przez rurkę do gardła wytoczony z kościogryza jad.
Randal 4/12 PW
Grimley 1/15 PW (20 na rzucie przeciw śmierci, heh)
Seweryn 6/8 PW (ale to z wcześniejszych zdarzeń, tutaj tylko dla porządku)
Pozostali bez szkód
Pająk martwy, winszujęObu pacjentów udało się odratować. Acz kontynuowane 'sprawdzanie jadu' będzie kosztować Bolvara dodatkowe testy, więc czy drugi raz mu się uda zobaczymy
Wszyscy mogą sobie dopisać 150 PD-ków: po 75 za każdą z walk (Seweryn dostaje 75 za swoją operację zamiast drugiej walki); inspiracje i ewentualne inne bonusy później, bo kto wie, co tam dalej czyha