Delilah Le Fey
[image: Delilah.jpg]
Zwymiotuję.
To była jej pierwsza myśl po tym jak kabina kriokomory się otworzyła a ona zaczęła odzyskiwać świadomość. Zacisnęła szczękę jakby to mogło powstrzymać zbuntowany żołądek. Nienawidziła siebie za tą słabość. Za każdym razem gdy kładła się do lodówki wierzyła, że zniesie podróż lepiej niż inni pasażerowie, że wystarczy żelazna dyscyplina i stalowa wola by podporządkować sobie ciało. Ale zawsze działo się to samo. Koniec końców, okazywała się zwyczajnym, ułomnym człowiekiem pełnym obrzydliwych płynów próbujących wydostać się na zewnątrz.
Przez chwilę jeszcze leżała jak mumia zapakowana w sterylny i nieskazitelnie czysty kombinezon. Walczyła z torsjami. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Oddychała przez nos bo nie miała odwagi otworzyć ust. Wyczuwała ruch w koło, statek budził się z długiego snu a to oznaczało jedno. Borodino. Dotarli w końcu na miejsce.
Gdy nudności ustąpiły podniosła się do pozycji siedzącej. Teraz wyraźnie widziała współpasażerów, głównie członków załogi. Większość z nich wyglądała jak wraki, nawet jeśli im się wydawało, że są w szczycie ludzkiej formy. Młodość spędziła w otoczeniu chłopców i mężczyzn, którzy przypominali renesansowe rzeźby a jeszcze lepiej prezentowali się w firmowych garniturach. Ci tutaj najlepsze lata mieli już dawno za sobą o ile w ogóle były jakieś lata godne choć jednej wzmianki.
W końcu opuściła stopy przez krawędź sarkofagu, ale kolana natychmiast się pod nią ugięły. Wcześniej zatrzymała falę wymiocin, ale sztuczna grawitacja i drętwiejące nogi zrobiły swoje. Poleciała do przodu jak wór mięsa i wylądowała na czworakach.
Słaba.
Żałosna.
Wstawaj.
Nie czekała aż ktoś wyciągnie do niej dłoń, nie zniosłaby takiego upokorzenia. Dźwignęła się z podłogi jednym, płynnym ruchem ignorując popsuty błędnik i ból w kończynach. W jednej chwili wyprostowała się jak struna a zimna maska wjechała na twarz szybciej, niż sztuczna grawitacja zdążyła ją na powrót przygnieść do ziemi.
Znowu mogła patrzeć na świat z góry.
Zimna skóra pod uniformem lepiła się od potu. Kolejna wstrętna wydzielina, kolejny dowód jak słabymi i niedoskonałymi istotami są homo sapiens. Nawet tacy jak ona. Musiała zmyć z siebie brud, doprowadzić swoje ciało do stanu najwyższej używalności. Sprawić by zarządcy z Borodino wyli jak wygłodniałe psy na widok suki i złożyli każdy podpis o jaki poprosi. W schowku kajuty już czekały na nią precyzyjnie dobrane rekwizyty, narzędzia jej pracy. Jedwabne czarne paski ledwo udające bieliznę, karmazynowa szminka, flakon najdroższych perfum. Najpierw jednak musiała zmyć z siebie długie miesiące leżenia w lodowej trumnie.
Udało jej się przejść parę kroków w stronę śluzy sanitarnej gdy go zobaczyła. Rozmawiał z kapitanem statku. Wysoki, ciemnowłosy. Doskonały. Przystojna twarz, ale pozbawiona męskiej drapieżności, zaprojektowana przez inżynierów tak by wzbudzać zaufanie. Gdy po raz pierwszy go spotkała wchodząc na pokład nie kojarzyła rysów. Musiał być syntetykiem nowej generacji. Tak zaawansowane humanoidy budowała tylko jedna firma.
Wymawiała jej nazwę z takim samym obrzydzeniem, z jakim wypluwa się zepsute mięso. Jej niebieskie źrenice, wymierzone w maszynę pokryły się lodem i osiągnęły temperaturę zera absolutnego. Syntetyki mogły służyć jako załoganci u niezależnych armatorów, ale miały tylko jednego pana. Wszystko co zarejestrują ich czarne skrzynki prędzej czy później trafi biurka ludzi, z którymi rywalizowała każdego dnia by wyszarpać dla swoich mocodawców kolejny kawałek kosmicznej skały.
Android i kapitan kontynuowali rozmowę. Przez jedno uderzenie serca Delilah poczuła irracjonalny niepokój. Miała wrażenie, że przez twarz Hannigana przeszedł jakiś cień. Zignorowała to jednak i ruszyła w stronę natrysków.
Nie zdążyła tam jednak dotrzeć bo nagle jej wzrok zatrzymał się na jednej z kapsuł. Spojrzała na datę na wyświetlaczu monitora diagnostycznego i cała krew odpłynęła z jej nieskazitelnej twarzy. Wcześniej to przeoczyła, ale teraz widziała wyraźnie ciąg cyfer.
15.08.2183
I zrozumiała.
Nie jesteśmy w układzie Borodino.
To za wcześnie.
Wyciągnęli nas z lodówek za wcześnie.
Pewnie by rzuciła soczystą kurwą, gdyby zamiast retorycznych popisów i korporacyjnej nowomowy ktoś poświęcił czas by nauczyć ją przeklinać. Nie nauczył. Ale rosło w niej uczucie, które każdy bywalec szemranych kantyn i burdeli bez problemu rozpoznałby jako wkurw. Bardziej od syntetyków Wayland Yutani nienawidziła tylko niespodzianek, które wpływały na jej harmonogram wyliczony co do sekundy w zegarze atomowym statku.
Lepiej, żeby Hanningan miał dobre wytłumaczenie.
Pewnym krokiem ruszyła w kierunku kapitana.