Przejdź do treści

Rozgrywka

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem rozgrywka-future@forum.rolltelling.pl

5 Tematy 177 Posty
  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

    Przeniesiony cyberpunk cyberpunk2077
    134
    1 Głosy
    134 Posty
    936 Wyświetlenia
    NanatarN
    Mieszkanie w H10, późny wieczór 14.07.77 Zejście Shivy do płaskiej wywołało u Brazil tyle ambiwalentne odczucia, że nie zdołała odpowiedzieć na kolejną wiadomość Shawna. Oglądać ciekawa, ale nie oglądać by wołała sprzętu i zapisu wypłaszczonej hakerki. Niełatwo jest spoglądać w chwilę śmierci mięsa mózgu, niełatwo tym bardziej, że to podróż poza czas. Przeszłość, która w cyfrowym świecie może się wydarzać w nieskończoność. Obrzydzał Brazil taki gwałt na ludzkim umyśle, nie chciałaby żeby ktoś obnażał ją w podobny sposób, ale ciekawa była zapisu decka, jak stronic magicznej księgi poznania. Tajemnic tam zapisanych, które mogły uchronić ją od podobnego losu. Zepchnęła rozterki w kąt, zaangażowana w angażowanie Hartleya i siebie samej, skupiła się na filmie od Raze'a. Wszystko pod krypto z pełną kontrolą zapisu elektronicznego z mieszkadła. Emocje udzieliły się obojgu widzów owocując konstruktywną wymianą spostrzeżeń. Goście ewidentnie oczekiwali poklasku, lub sprawdzali swą pozycję wobec fixera. -Jakby nie dbali o własne życie, a o wizerunek gangu... - zawahała się - ...albo sekty. Jedno było pewne Swich pakował się w kłopoty i wciągał w nie innych. -Może są śmiertelnie chorzy i wymieniają akolitów aktualizując ich wszczepami, albo to antki. - rzuciła jeszcze do Hartleya i przesłała mu dane - W poszukiwaniach pomoże ci asystent, nazywa się Murzyn i jest bardzo dumny ze swojego imienia. Podsyłam ci komendy i kody dostępu do jego funkcji. Wydaje się zajmować RAM, ale udostępnię ci zasoby całej chaty. Sama szukając głębiej skryła swój ślad za pięcioma serwerami i pięcioma bramami. Nie szarżowała na posterunek policji, czy nawet bramy gangów z Kabuki, śliznęła się przez spożywczaki, bibliotekę i udało się przez sklep z bronią. Wszystko w mięsie, tyle, że komendy wydawała szybciej główką niż paluszkami, a pazurki nie przeszkadzały. Nic nie znalazła, może była zbyt zachowawcza, ale zaraz pomyślała, że może Shiva nie była. Mack również nic nie znalazł i znów ta ambiwalencja, bo i dobrze i szkoda. Impulsywnie wysłała do Raze, trochę w złości, zaraz pożałowała, że go bardziej nie nastraszyła. Chciała go mieć przy sobie i podzielić się problemami, ale te bladły przy jego. Odrzuciła, bo główka racjonalna wygrała, chęć wysłania wiadomości do Swicha, żeby zaraz wracał, najpierw wolała rozmówić się z resztą, bo niepokoiła ją beztroska, lub może bezmyślność kolegów. Kolejny raz zepchnęła wszystko i z kolei przeniosła uwagę na Macka. -Dzięki, dobra robota. Fajnie, że ktoś czasem chce pomóc za puszkę piva. - zaśmiała się, - No wiem, że to ja zajebałam ci pivo i jeszcze zaciągnęłam do przeszukiwania baz, bo mnie facet poprosił, ale to wszystko jedno. Tyle dostajemy co dajemy. No i jak masz jakieś problemy z glinami, czy coś to zawsze mogę spróbować pomóc. Nie od razu, bo mam teraz zlecenie i nie ukrywam trudne. - znów ten uśmiech czarownicy - Nie musze w nic wierzyć, mogę sprawdzić. - zatrzymała się, żeby nie powiedzieć za dużo i nie chodziło jej o siebie, a o to co gryzło Macka. Położyła mu dłoń na ramieniu na wypadek jakby zamierzał wstać i wyjść. -Powinieneś wiedzieć jeszcze jedno. - wyświetliła holo - To trasa naszych kolegów, wygląda, że zmierzają do mieszkadła. Mam podstawy domyślać się, że mają przy sobie kradziony sprzęt powiązany z zgonem netrunnerki Shivy. No i wiesz, jak trafiły tu za nimi te łebki od Donga, to co się może jeszcze przywlec.
  • Starbase ECHO-1

    3
    1 Głosy
    3 Posty
    33 Wyświetlenia
    AbishaiA
    Czas mijał, postępy powoli się pojawiały. Posunęli się dość daleko w badaniach. Zamówiony został nowy skafander który miał ułatwić przyszłą penetrację statku. Niestety ów towar miał przylecieć wraz z następnym transportem zapasów. Więc Mikhail musiał na niego poczekać. Zresztą czekanie ostatnio stało się częstym gościem u niego. Choć rana, wedle oceny inżyniera (oraz Eleny i Janosa), była niegroźna to Hojo uziemiła Pietroszenko na stacji do czasu jej zagojenia. I powiadomiła o tym SAMa wykorzystując swoje uprawnienia do zablokowania mężczyźnie korzystania ze środków transportu i skafandrów. Cóż, Sharp miał rację mówiąc, że Irene traktuje swoją robotę bardzo poważnie. Zdecydowanie za poważnie jak na gust inżyniera i paru innych osób na stacji. Z drugiej strony lepiej mieć kompetentną lekarkę na stacji, nawet jeśli jest ona zbyt oddana swojemu powołaniu. Niż medyka traktującego swoją robotę jako jako dodatkową okazję do zarobku. Tak więc Mikhail siedział na stacji czekając na koniec rekonwalescencji. Badanie wraku zostało zawieszone. A Elena z Janosem i Viką skupili się na planecie często tam wyruszając w związku ze swoimi badaniami i w związku zabezpieczeniem miejsca budowy bazy. Spieszyli się z powodu tego co prognozował SAM. Drastycznej zmiany pogody. Nadchodził bowiem czas monsunów na Elpis. Trwających nieustających przez kilka tygodni deszczy i silnych wiatrów. Na planecie, wedle informacji przekazanych przez SAMa, rzadko zdarzały się huragany i trąby powietrzne. Niemniej kilkutygodniowe okresy nieustających deszczy zdarzały się co kilka… kilkanaście miesięcy. Niemniej Mikhail nie musiał się tym martwić. Jego zajęcia obejmowały tylko obowiązki na stacji. No i rozgryzienie owego “zamka” o którym wspomniała Yaris. Co prawda kobieta zasugerowała sposób rozwiązania problemu, jednakże nawet nie była pewna co do skuteczności owej metody.
  • [Autorski storytelling] Ropa i krew

    Przeniesiony ropa i krew storytelling autorski
    12
    0 Głosy
    12 Posty
    139 Wyświetlenia
    NanatarN
    Wiedział Noa tyle o zachowaniach socjalnych, że warto dać się ludziom wygadać ile chcą, ale za język nikt nie lubi być ciągniętym. Usłyszał zresztą dość by się sprawą zainteresować. Bo dawne rządowe obiekty i ich tajne projekty kusiły możliwościami, kusiły wiedzą i artefaktami. Podziękował, rację przyznał, strach odegrał i udał się na poszukiwania Agi. Uwagę zwrócił mężczyzna, który w niewielkiej kawernie ozdobionej celowo obiektami sakralnymi, tłumaczył coś grupce młodzieży. Osobiście znalazłby im lepsze zajęcie niż wysłuchiwanie kazań moralnych, ale ani był u siebie, ani dobrze znał zwyczaje Jaru. Totez przystanął tylko i podsłuchał, co raz się oglądając, czy gdzieś nie zobaczy Liory, czy tez samej Agi. Skoro się z pomocą zdeklarował, zadania podjął, pragnął, by jak najszybciej już się do owego zabrać.
  • Starlords

    Przeniesiony
    12
    0 Głosy
    12 Posty
    49 Wyświetlenia
    BoomyB
    Roy Genshi, Mike Nor Wszystko poszło z grubsza zgodnie z planem kontradmirała. Nawet krasnoludzki władca powinien być martwy. Roy jednak zawsze dmuchał na zimne, więc musiał się upewnić, że potyczka została zakończona. Jedyne, co poszło nie tak, to predykament w którym znalazł się Mike. Jednak inżynier nie miał sposobu na efektywne zlokalizowanie towarzysza, bądź jego ciała, gdy cała strefa zero po wybuchu była jeszcze rozgrzana do czerwoności. Zaczął więc przywoływać drony zwiadowcze, które miały upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Mali zwiadowcy o kształtach wielkich owadów szybko rozlecieli się po polu bitwy. Część kierowała się do zawalonej wieży, szukając ocalałych krasnoludów oraz tuneli i podziemnych bunkrów w których mogliby przetrwać. Kilka z nich obserwowało niebo naokoło Roya, wypatrując dalszych ataków z powietrza. Jednak większość rozleciała się po polu bitwy w poszukiwaniu Mike’a. Zaś zmiennokształtna kula zebrała się w kupę i podleciała z powrotem do swojego operatora, gotowa zareagować na ewentualne ataki zamieniając się w otaczającą go sferę. - Znowu stałem się Śmiercią, niszczycielem światów... - wydał się z ust mężczyzny smętny głos, gdy ten rozglądał się po nuklearnym pobojowisku. - Który to już raz? - zastanawiał się na głos. W tym momencie przed twarzą Roya natychmiast wyświetliła się hologramowa lista o tytule "Aplikacje do Pseudonimów Agentów Neocesarstwa". Roy Genshi widniał obecnie na pierwszym miejscu z liczbą sześdziesięciu ośmiu punktów, która po donośnym "Ding!" i ulatującym numerku "+1" zmieniła się na sześćdziesiąt dziewięć. - Ranking zaktualizowany. Pseudonim odświeżony. Gratulujemy nowego najwyższego wyniku, Mr. Atom. - zadeklamował syntezowany głos. - Heh, nice - Roy uśmiechnął się z zadowoleniem. - Teraz nie ma szans, że ten cały Septimus Lando przegoni mnie w tej dekadzie. Mam nadzieję, że podoba ci się pseudonim Nuclear Gandhi. Bo zostanie ci na długi czas, smarku. Przynajmniej do mojej emerytury. Mike dalej eksperymentował. Podszedł do nierozgrzanej części pojazdu, dotknął blachy i rzekł “AND NON-HEATING”. Był ciekaw, czy to coś pomoże i jak maszyna zareaguje. Przy okazji rozglądał się za włazem ewakuacyjnym, jako ewentualną droga ucieczki. W myślach z kolei zapytał Great Sage’a - W sumie, jak zadziała na mnie promieniowanie, o Great Sage’u? Mam boskie ciało, ale czy zniesie ono coś takiego? - bohater faktycznie był ciekaw. Może się okazać, że zostanie w pojeździe będzie lepszym wyjściem. Grał w Fallouta i nie chciał skończyć jako jakiś mutant. Great Sage odpowiedział natychmiastowo - Promieniowanie zbiera się w twoim organizmie jak każdej innej materii. Przy jego dużych ilościach, stałbyś się śmiertelnie radioaktywny dla innych ludzi, uniemożliwiając kontakt fizyczny. Stan byłby tymczasowy, zależnie od dawki promieniowania. Główne zagrożenia: nuda, samotność, depresja. - ocenił mędrzec. Heros uśmiechnął się i rzekł - Ale przecież mam Ciebie i Hestię - a po chwili dodał - Poza tym, to będzie problem Roya! - dokończył ze śmiechem. Jak na kogoś, kto mógł zostać napromieniowany czuł się zadziwiająco dobrze z tą świadomością. Chociaż przez chwilę żałował, że nie zmieni się w Hulka. Kto jednak wie? Może uda się pójść w tę stronę przy odrobinie kreatywności! Będzie musiał zapytać o to Roya. Magiczne działania Mike’a przyczyniły się do znacznego zmniejszenia temperatury wewnątrz pojazdu. Jak odkrył szybkim testem, blacha wciąż była gorąca. Ciepło jednak przestało z niej emanować, więc bez kontaktu fizycznego nie był w stanie się oparzyć. Patrząc przed siebie, znalazł też wyjście ewakuacyjne. Ponieważ wiertło zwykle kopałoby przez tunel, wyjście było za nim, na czerwonym końcu maszyny. Roy, rozglądając się swoimi maszynami, zbierał interesujące informacje. Po pierwsze zauważył, że coś się do nich zbliża z bardzo daleka. Wyglądało na helikopter. Po drugie, krasnoludy w zasięgu eksplozji, jak i wewnątrz budowli były martwe. Niestety, wyglądało to na tymczasowe zwycięstwo. Ciała kamiennych istot zaczęły wsiąkać w ziemię i poruszać się wraz z nią, tworząc wielki kopiec krasnoludzkich zwłok. Ta masa ugniatała samą siebie, co jakiś czas wypuszczając nowego krasnoluda. Wyglądało na to, że konsumowała kilka zwłok do stworzenia jednej istoty, więc wciąż robili postęp. Po trzecie, coś spadało prosto na Roya. Ostrzeżony przez swoje maszyny, Roy odsunął się w bok, tworząc tarczę ze swojej autonomicznej kuli. Wtedy, z rykiem i gromem, wysoko z nieba spadł tors krasnoludzkiego króla z na wpół stopioną twarzą, wciąż trzymający resztki swojego młota. Wyrzucony wcześniej w niebosa siłą atomowej eksplozji, celował teraz w naukowca którego ochrzcił ‘kapłanem Lokiego’. Roy uniknął go o włos. Uderzenie które ostatecznie trafiło w ziemię, niosło ze sobą ogromną siłę, po czym zawtórował mu niesamowicie szeroki piorun. Na szczęście w tym momencie Roy osiągnął już bezpieczny dystans. Gdyby naukowiec nie patrzył nad swoją głowę, walka mogłaby stać się wyrównaną. Równie uparty co swój lud, dyszący władca krasnoludów zaczął ściągać do siebie okoliczne truchła poddanych, najwidoczniej szykując się do odbudowy. - Jednak mamy tu ciekawego osobnika. Być może zasługujecie na swoją niepodległość - Roy pokiwał głową, tym razem ze szczerym uznaniem. Wyglądało na to, że sam krasnoludzki król mógł spełniać minimalne wymagania. - Pytanie, czy jesteś w stanie sam bronić swojej planety? Słowa te były transmitowane na częstotliwości, którą powinna odebrać słuchawka Mike’a, jeśli był w zasięgu. - Mike, słyszysz mnie? - zapytał spokojnie swojego towarzysza, jak gdyby ten stał obok niego. - To jeszcze nie koniec potyczki. Rycerze się odbudowują, a król jest obecnie na ziemi mocno ranny. Krasnoludy używają martwych ciał żeby się regenerować. Jest ich coraz mniej, ale musimy kontynuować ofensywę jeśli chcemy ich dalej testować. Król sam aktywował taktyczną bombę atomową i przeżył eksplozję z przyłożenia młotem. Jestem skłonny uznać jego niepodległość po takim wyczynie. Ale muszę poznać twoją opinię. Heros usłyszał Roya - Jestem w środku Twojej maszyny - rzekł do naukowca, po czym podszedł do konsolety, próbując uruchomić sprzęt. Niestety, przegrzane wiertło nie chciało ruszyć. - W takim razie obiorę króla za cel. Uważaj, bo może skierować się do ciebie - kontradmirał uprzedził bohatera. - Zbliża się do nas również helikopter, zapewne nienależący do krasnoludów. Spróbuję nawiązać z nim łączność, gdy tylko wejdzie w zasięg nadajnika. To powiedziawszy Roy zaczął nadawać zapętlone nagranie głosowe, wzywające pilota do zidentyfikowania się. Zaraz po tym skierował uwagę na krasnoludzkiego władcę, którego obraz widniał w rogu ekranu w jego hełmie. Nie chcąc zezwolić mu na szybką regenerację, zaczął przywoływać konwencjonalne pociski naprowadzane przez jego drony na pozycję króla. Mike wzruszył ramionami, uznając, że dalej może eksperymentować. Ponownie dotknął blachy i rzekł “IS CUTTABLE” ale umieścił to słowo przed pozostałymi, po czym spróbował wyciąć dziurę w podłodze w miejscu, gdzie nie czuł gorąca. Pozbawiona swojej odporności na cięcia maszyna z łatwością uległa ostrzu Mikea. Chłopak w końcu mógł się z niej wydostać. Pod podwoziem było ciasno. Szczęśliwie, zbocze było nierównomierne, przez co nachylenie pojazdu zostawiało dość miejsca pod wiertłem, aby wydostać się z pojazdu, jeżeli bohater sobie tego zażyczy. Dźwięk siekier łupiących o pojazd zdradzał, że krasnoludy nie dały za wygraną. Również musiały zauważyć zmianę w wytrzymałości pojazdu. Tymczasem Roy wysłał bombardowanie na regenerującego się władcę krasnoludów. Będąc w formie masy przypominającej glinę i oddalonym od reszty swojej armii, którą wcześniej odciągnął Mike, król nie miał jak się bronić. Eksplozje doszczętnie pozbawiły go kształtu. Wydawać by się mogło, że było po wszystkim. Pozostały jednak w ziemi ślad po eksplozji powoli zaczął przybierać kształt płaskorzeźby w kształcie krasnoludzkiej twarzy. - Ducz je jednym z naszã ziymiōm! Władcōm krasnoludów i jejich planety! - wrzasnęło odbicie twarzy. Mike był przekonany, że krasnoludy umarły w wyniku eksplozji. Albo od początku nie były w pełni żywe, więc nie mogły od tego umrzeć? Heros nie zastanawiał się, tylko zeskoczył do dziury i chwycił miecz mocniej w obu dłoniach. Następnie rzekł do Great Sage’a - Ustaw mnie tak, abym był optymalnie na wysokości głów tych karłów. - skoro od podłogi pojazdu do podłoża góry była niewielka wysokość, to powinno starczyć na tyle, aby Mike mógł bez większego kucania ustawić się odpowiednio. Co nastąpiło dalej? Heros uśmiechnął się, zaczął dreptać wokół swojej własnej osi z mieczem ustawiony na wysokości głów-szyi krasnoludów i nabierał pędu, kręcać się. Po chwili aktywował SUNSTRIKE - 10 kilometrowa katana miała rozciąć nie tylko pojazd, ale również znajdujące się przy nim kurduple. Mike’owi znudziło się już tkwienie w tej nieszklanej pułapce. - Jeśli nie możesz nawet opuścić tej planety, to jesteś bezużytecznym władcą w epoce kosmicznej - zakpił Roy przez małe głośniki zamontowane na dronach oblatujących pozycję króla. - Słaby! Bzzzy! - Nieudolny! Bzzt! - Relikt przeszłości! Bzztu! - zawtórowały mu trutnie syntezowanymi bzyczączymi głosami. - Nie jesteś nawet w stanie obronić samego siebie przed naszą dwójką. - kontynuował naukowiec z narastającym naciskiem. - A w samym neocesarstwie takich jak my są legiony. - Setki! Bzt! - Tysiące! Bzzytu! - Miiiliooonyy! Bzzzuu! - Prędzej czy później przybędą tu inni ludzie i inne zaawansowane rasy, mające za cel waszą anihilację. Stawiając nam opór sprowadzisz na swój lud tylko zagładę. - Śmierć! Bzz bzz! - Dewastacja! Bzzy bzzy! - Zniszczenie! Bzzzt! Kontradmirał w trakcie tego monologu otworzył błękitny portal z którego wyleciała jego idealna kopia. Android w czarnym płaszczu, kombinezonie i opalizującym hełmie, z silnikiem rakietowym na plecach. Robotyczny klon zleciał szybko poniżej poziomu chmur, prezentując się krasnoludzkiemu władcy we wzniosłej pozie podobnej do tej którą wcześniej Roy pokazał Mike’owi. - Ale my nie przybyliśmy tu z wami wojować. Nie to jest naszym celem. - wyjaśnił sobowtór podniosłym głosem, zbliżając się do króla z otwartymi ramionami. - My oferujemy wam siłę i rozwój. Pokój i dobrobyt. Protekcję i współpracę. By wspólnie stawić czoła galaktycznym zagrożeniom, które są ponad nasze indywidualne siły. Chcemy, byście dobrowolnie się z nami sprzymierzyli. Byś stał się jednym z nas i udowodnił potęgę swojej rasy, gdy zyskasz szansę na odblokowanie swojego potencjału. - Jednym z nas! Jednym z nas! Jednym z nas! Bzzzzzzyyy! - wtórowały mu dalej pszczele drony, tym razem bardziej podnieconymi głosami. Obracający się Mike przeciął pojazd z lekkością obróbki kartonu. Zaskoczone krasnale poupadały na ziemię lub skoczyły na sam pojazd, chcąc znaleźć się nad kręcącym ostrzem, przez co zepchnęły górną część pojazdu jak wieko. Mike znów miał wizję na znacznie przetrzebioną strefę bitwy oraz masywną twarz króla w ziemi i poniżającego ją Roya. Król w Ziemi nie był pod wrażeniem zaczepek neocesarskiego admirała. Jego głos rozbrzmiał dźwiękiem gromu i narastał z każdym słowem. - PRECZ! Jedna Ziymia, jedyn rōd, jedyn dōm, słudzy jedynego Odyna! KLĘCZ pragliwy kmieciu! Głos wydzierającej się na Roya planety osiągnął zatrważające decybele. Drony i robot inżyniera zostały zniszczone jednym zdaniem, z fałszywą figurą Roya upadającą w pokłon, gdy drgania zniszczyły jej kolana. Roy odczuł, jak wszystkie jego organy trzęsą się pod wpływem fali dźwiękowej, a jego hełm lekko popękał. Twarz króla zaczęła wyrastać z ziemi, na wzór jego upadłej wierzy, wznosząc się jak góra w kierunku Roya. Mike rozejrzał się po polu bitwy i ocenił jak dużo przeciwników pozostało do wybicia. Rzucił do słuchawki - Przyjacielu, jeśli będziesz potrzebował pomocy, wołaj - kierował te słowa do Roya. Tamten zadeklarował, że zajmie się królem, więc samemu bohater chciał przetrzebić szeregi wroga. Naliczy, że jest przy nim około czterdziestu krasnoludów, a kolejne trzy tuziny zbierały się przy twarzy króla. Nie czekając na odpowiedź towarzysza, ruszył w tango. Mieczem odciął kawał blachy pojazdy i pokroił ją w mniejsze odłamki - tak, aby dało się nimi swobodnie rzucać. Nie planował wykwintnych kształtów, tylko coś na kształt noży do rzucania czy ostrzy. A następnie miotał nimi w głowę najbliższych przeciwników. Mike uznał, że póki może utrzymać wroga na dystans, tak powinien zrobić. Chciał również sprawdzić, jak zadziała niezniszczalna blacha miotana z jego siłą. - Obojętnie. Używam tylko wieży jako punktu odniesienia - odpowiedział Mike’owi Roy. Tymczasem po doleceniu na bezpieczną odległość zaczął tworzyć małego satelitę wojennego. Maszyna wyposażona była w ogromne działo laserowe, radionadajnik, oraz system namierzania. Gdy działo rozgrzewało się do ataku, kontradmirał od razu wykorzystał nadajnik do wysłania wiadomości w kierunku helikoptera zbliżającego się do pola bitwy. - Radio check. Tutaj Mr. Atom, na misji dyplomatycznej neocesarstwa. Wzywam pilota do zidentyfikowania się. Over. DX-95 stąpając w okolicy Mike’a, próbował zwrócić na siebie jak największą uwagę krasnoludzkich wojowników, wydając z siebie ogłuszające dźwięki alarmu i rozrzucając ich po polu bitwy niczym kukiełki, żeby rozbić ich szyk. Odskok Mike’a pozwolił mu zejść z drogi bestii i uniknąć połknięcia. Masa kreatury zatrzęsła jednak ziemią, posyłając gruz we wszystkie strony. Kamienne odłamki powbijały się w ciało Mikea, gdy odzyskiwał równowagę, aby ponownie wyskoczyć. Tym razem poleciał w stronę królewskiego czerwia. Miecz wbił się w glinę bez większego trudu i po chwili balansu, Mike był wygodnie osadzony na stworzeniu. Zobaczył wtedy, jak ziemia pod nim formuje się w kolejną królewską twarz. Jego miecz był wbity w jej czoło. - To je nasz dōm. Bydziecie załować atakyrowaniŏ go! - ostrzegł bohatera. Błysk na niebie zdradzał powstanie nowoczesnego działa stworzonego przez Roya. Mike po prostu wcisnął miecz głębiej, wykorzystując swój Vital Strike. Dane uzyskane z Appraisala były sugestią, aby dać nura do środka bestii. Dlatego zaczął przebijać się i machać mieczem niczym łopatą. Jeśli Vital Strike nie wejdzie od razu do celu, wtedy heros będzie go szukał ręcznie. Heros chciał znaleźć coś w rodzaju serca, mózgu, rdzenia - co mógłby uznać za główny punkt bestii. Wtedy powtórzy swój atak za pomocą Vital Strike. W tym czasie pancerny robot naukowca, wykorzystując, że został ostatnim celem na polu bitwy, zbierał naokoło siebie coraz więcej pozostałych przy życiu krasnoludzkich wojowników. Zaś gdy tylko utworzyli dookoła niego ładne kółko, otworzył ogień ze swoich czterech ciężkich karabinów maszynowych. Kilka chwil później, gdy Roy obrał swój cel i ustalił trajektorię promienia, spadł na nich również ogień z niebios, mający wypalić naokoło bojowego mecha okrąg spalonej ziemi. Nie musiał się przy tym upewniać, że piloci helikoptera zauważą czerwony pilar zniszczenia rozciągający się z orbity do samej ziemi. - Obawiam się, że będę zmuszony uznać brak odpowiedzi za akt wrogości. Over - uprzedził Roy spokojnym tonem przez radionadajnik. - Lokalizuję cel poruszający się obecnie z prędkością dwustu dwudziestu trzech węzłów w stronę pola bitwy. Over - dodał beznamiętny komputerowy kobiecy głos. Krasnoludy walczące z robotem w świetle żrącego lasera zachowywał się bezmyślnie. Biegły na niego prosto w ogień z siekierami uniesionymi w góry. Ostrzał bez problemu powalał je na ziemię. Odrodzeni wojownicy nie posiadali nawet organów. Nie było to przeszkodą w ich zabiciu, gdy tysiące pocisków na sekundę dziurawiło je na wylot, doprowadzając do zawalenia się królewskiej gwardii niczym glinianych figurek. Mike pchnięciem otworzył dziurę w czerwiu, wpychając się do jego wnętrza. Roześmiana kreatura zamknęła za nim otwór. Bohater czuł, jak przestrzeń wokół niego się zacieśnia. Był świadom, że nawet gdyby nie dać się zgnieść w takiej pułapce, z czasem zabrakłoby w niej powietrza. Król go jednak nie docenił. Stanowczym wymachem broni, Mike przekształcił jednolite wnętrze bestii w pieczarę zdolną ugościć jego godność. W tej szerokiej i otwartej przestrzeni dopatrzył się resztek ciała króla. Pozostałości torsu i głowy wbitych i złączonych z glinianą masą. Z eleganckim przykucem i potężnym skokiem w stronę królewskiej mości, precyzyjnie przebił ukoronowany łeb. Siła jego sztychu rozeszła się echem w obie strony, wysadzając skamieniałe stworzenie. Został już tylko Mike z wyciągniętym przed siebie mieczem, na którego krańcu wisiała krasnoludzka głowa w koronie; robot, którego rozgorzałe lufy topiły śnieg na polu pełnym martwych ciał wojowników, oraz nadzorujący sytuację z niebios Roy. Cierpliwość naukowca była niesamowicie krótka. Nie dostał on odpowiedzi wprost na swoją groźbę. Zamiast tego, odebrało przekaz informacyjny. Nadlatujący pojazd wykazał identyfikację jako własność organizacji religijnej Magica Icaria z sygnaturą dyplomatyczną. Zimna odpowiedź tego pokroju nie była niespotykana, sygnatury ciężej było podrobić od pustych oznajmień w radiu. Roy wiedział też, że MI było zacofane pod względem technologicznym z przekonań, że diabeł jest w stanie zawładnąć maszynami. Wyjaśniało to zwłokę w przekazie. Jeżeli chcieli spotkać się z nieznajomymi, będą musieli poczekać kilka minut, aż helikopter do nich doleci. Mike odezwał się do słuchawki - Rozwiązałem problem. Coś z niego jeszcze zostało. Chcesz to przebadać? - zwrócił miecz sztychem w stronę Roya. Bohater nie odczuwał satysfakcji. Zrobił to, co musiał, ale nie było w tym nic specjalnego. Poczucia dobrze wykonanego zadania, czy czegokolwiek. - Nie jestem biologiem, ale zobaczę, co uda mi się zidentyfikować. Jestem ciekawy, czy zdolności króla to naturalna cecha ich rasy, przebudzenie, czy też artefakt którego używał - szybko potwierdził Roy. Tym razem jednak po raz pierwszy od spotkania z Mike’m w jego zmęczonym głosie dało się usłyszeć nutę zaniepokojenia. - Aczkolwiek mamy tu nowy, delikatny i potencjalnie bardziej męczący problem natury dyplomatycznej, Mike. - westchnął ciężko kontradmirał, który już miał nadzieję, że po załatwieniu krasnoludzkiego władcy nie napotkają już żadnych więcej problemów na tej planecie. - Zbliżający się w twoją stronę helikopter należy do Magica Icaria. Są tutaj na misji dyplomatycznej, podobnie jak my - zaczął wyjaśnienia, bez jakiejkolwiek zauważalnej ironii w ich podejściu do “dyplomacji”. - Potwierdza to oświadczenie króla, że przybyli tutaj w celu zrekrutowania krasnoludów do wojny - kontynuował. - Wygląda na to, że próbują wykorzystać swój status misjonarski, by robić nielegalne konszachty z prymitywnymi rdzennymi ludami na naszych terenach. To niestety wychodzi już poza wolność religijną neocesarstwa. Więc mamy obowiązek przynajmniej wydać im ostrzeżenie i upewnić się, że opuszczą tą planetę. Zwłaszcza po tym, jak potwierdziliśmy jej przynależność do neocesarstwa. Nie możemy pozwolić, by inna frakcja położyła na niej ręce bez wypowiadania nam wojny. To byłaby niedopuszczalna oznaka słabości z naszej strony. Aaaaa…! - Mike mógł śmiało założyć, że Roy znowu złapał się za głowę w nagłym wybuchu irytacji. - Czemu ci durni fanatycy muszą tutaj lecieć!? Już chciałem ich zignorować, obwieścić cesarski dekret w krasnoludzkiej stolicy i mieć z głowy tą zacofaną planetę. Mike, proszę, wykasuj ich, żebyśmy mogli wrócić do domu! - zawył z desperacją. Jednak szybko opanował swoje emocje i od razu zaprzeczył sam sobie. - Nie, nie rób tego. Jako agenci cesarstwa, musimy wykonywać nasze obowiązki. Aisha, wykasuj ostatnie pięć sekund nagrania głosowego. - Nigdy ich nie nagrałam - odpowiedział mu komputerowy kobiecy głos. - Pozwoliłam sobie przygotować skrypt, który zatrzymuje nagrywanie gdy voice pattern recognition rozpozna negatywne emocje w twoim głosie. - Clever girl - Roy odetchnął z ulgą i wyraźnym zadowoleniem. - Wszystko w porządku, przyjacielu? - zapytał Mike z troską w głosie. Nie spodziewał się, że tak doświadczonym wojakiem wstrząśnie eksterminacja krasnoludów. Widać do pewnych rzeczy nie da się przyzwyczaić. Tym bardziej herosa dziwiła jego własna obojętność. Po chwili dodał - Bez obaw, nie zamierzam nikogo zabijać bez powodu. Najpierw porozmawiajmy z nimi - po czym Mike zaczął szykować teren dookoła siebie. Z rzeczy dookoła starał się zrobić stół oraz cztery krzesła. W słuchawce Roy usłyszał coś, co bohater raczej kierował do siebie - W końcu na zabicie problemów zawsze znajdzie się czas. - W porządku. Nie przejmuj się tym - odpowiedział Roy, po czym szybko zmienił temat. - W takim razie musimy przygotować się na przyjęcie gości. Pamiętaj, że większość ludzi nie przeżyje promieniowania w epicentrum wybuchu w którym obecnie się znajdujesz. DX-95 zaprowadzi cię na bezpieczną odległość. Możesz go dosiąść jeśli chcesz. Tymczasem naukowiec na orbicie zuploadował do satelity trojana, który miał zostać nadany przez fale radiowe do helikoptera. Wirus nic nie robił sam z siebie, ale miał otworzyć Royowi furtkę do przejęcia kontroli nad maszyną MI gdy zajdzie taka potrzeba. Inżynier nie miał zamiaru pozwolić dyplomatom się zabić jeśli nie posłuchają jego komend i zbliżą się zbyt bardzo w napromieniowany obszar. Po tym szybkim uploadzie, Roy zaczął prędko zlatywać z powrotem na ziemię, tym razem asystowany przez grawitację. Po drodze wzmocnił swój kombinezon, dodając mu tarcze termiczne które miały pozwolić mu na jak najszybszy upadek. Och - rzekł ze smutkiem Mike - a tak się napracowałem - wskazał na prowizoryczny stół i krzesła, po czym machnął na nie ręką i wskoczył na robota. Nie zabrał ze sobą swoich “dzieł” i zwyczajnie dał się poprowadzić. Mike i Roy musieli zejść na dolną połowę wzgórza, aby mieć absolutną pewność, że pozostałości ich bitwy nie będą szkodliwe dla nieznajomych. Helikopter Magica Icaria zwalniał, im bliżej nich się znajdował. Wyraźnie skanowali otoczenie, szukając ich dwójki. Nie zajęło to długo. Helikopter obrócił się bokiem, zniżając pułap lotu. Drzwi otworzyły się wszerz, ukazując szczupłego mężczyznę. Tim Timer Bishop of Magica Icaria Roy natychmiast rozpoznał jegomościa jako biskupa Magica Icaria, Tima Timera. Mężczyzna często reprezentował kościół tam, gdzie papież nie miał czasu się zjawić, będąc niemal jego prawą ręką. Jak na biskupa ubierał się niezwykle nieformalnie. Miał na sobie poszarpane jeansy, skórzaną kurtkę, T-shirt z napisem “LAW” oraz maskę, zasłaniająca całą jego twarz z wyjątkiem oczu. - Chyba jestem winny państwu przeprosiny! - krzyknął w stronę Roya i Mikea. - Czuję się poniekąd odpowiedzialny za humor krasnoludów w ostatnim czasie. Mogę zaoferować chociaż przelot? - zapytał, wyciągając dłoń. - Przynajmniej od razu zdajecie sobie sprawę w czym problem. To dobry początek - odpowiedział kontradmirał, który zamiast krzyczeć postanowił przywołać sobie megafon. - Ale przeprosiny to trochę za mało. Chcielibyśmy wyjaśnić sytuację na spokojnie. Możemy udać się z wami własnymi środkami transportu do bardziej dogodnego miejsca, jeśli tutaj wam nie odpowiada. Biskup machnął ręką na swojego pilota, a helikopter po chwili wylądował. Mężczyzna wyszedł na śnieg rozkładając ręce na boki. - Z grzeczności wypadało mi zaoferować ale nie robi mi to różnicy. - przyznał. - Tim Timer, miło mi. Reprezentuję Magica Icaria. Zapoznałem krasnoludy z naszą wiarą i przekonaniem o nadchodzącej inwazji demonów. Wygląda na to, że ta informacja wprawiła ich rząd w panikę. - wyjaśnił. Heros kiwnął mu głową - Mike Nor, reprezentant Neocesarstwa, a to mój towarzysz, Roy Genshi. Zdajesz sobie sprawę, że znajdujesz się na obcym terenie pod naszą jurysdykcją? - zapytał uprzejmie. - Tak, w czym problem? - spytał, chowając ręce do kieszeni. - Operujemy w nowym cesarstwie legalnie, a planeta nie była zamknięta wedle mojej wiedzy. - To zależy od interpretacji działalności oraz tego, w jaki sposób działaliście. Panuje u nas wolność wyznaniowa, dlatego problemem nie jest fakt, że to zrobiliście, ale jak tego dokonaliście. Wasze działania zagroziły integralności lokalnego społeczeństwa oraz doprowadziły do pewnego rodzaju buntu. Musieliśmy interweniować z Waszej winy. To wykracza poza głoszenie swojej wiary na terenie Neocesarstwa i podchodzi pod sabotaż - Mike mówił beznamiętnie. Po chwili dodał - Jak chcemy to załatwić? - i uśmiechnął się szczerze. - Zakładam, że nie chcecie stracić swojego immunitetu dyplomatycznego, ani praw misjonarskich - dodał Roy podejrzanie miłym jak na niego tonem. - Tak więc musimy ustalić pewne granice dla naszego wspólnego dobra. Tak jak mówi mój kolega, Neocesarstwo nie może tolerować akcji, które mogłyby podpadać pod sabotaż. To co przekazał nam krasnoludzki król brzmiało, jakbyście próbowali zrekrutować ich do wojny. - Och, wojny ale przecież w imię wiary! To walka ze wspólnym wrogiem dla dobra nas wszystkich! - dorzucił Mike tonem wzburzenia, a po chwili przemówił normalnie - Tylko proszę nie używaj takiego argumentu. Toć to nie godzi się - heros znów się uśmiechnął i już się nie odzywał. Tim wzruszył barkami. - Nie oferowałem krasnoludom kontraktów wojskowych. Ostatecznie ich zachowanie jest ich własną odpowiedzialnością. Staram się tylko być miłym. - wyjaśnił swoją pozycję biskup. - Demony są poważnym zagrożeniem, więc informujemy na ich temat ludy różnych planet. Oferujemy również założenie kościołów, jeśli chcą przyjąć naszą wiarę, ale krasnoludy to nie interesowało. Są bardzo konserwatywni. - Niemniej, jeśli wasza wiara doprowadza do konfliktów politycznych oraz zbrojnych na terenach cesarstwa, to może się okazać, że przestanie być klasyfikowana jako wiara, a zacznie jako ideologia terrorystyczna - zauważył kontradmirał, zaniepokojonym tonem. - Wiem, że krasnoludy ostatecznie odmówiły przyjęcia waszej wiary. Ale nie możemy zaprzeczyć faktom, że zostały przez was sprowokowane do działań wojennych ze względów religijnych. A działania te miały największy wpływ na ich relacje z Neocesarstwem. Chyba nie możecie nas winić za brak pewności, że nie to było waszym ostatecznym celem? - zapytał podejrzliwym, acz dobrobusznym głosem. - Oczywiście, brak pewności nie jest dowodem w którąkolwiek stronę. Ale czy nie wolelibyście uniknąć tego typu wątpliwości na przyszłość? Jeśli więcej planet na terenach cesarstwa będzie miało podobne reakcje na wasze szerzenie wiary, to może się okazać, że będziemy zmuszeni jej zakazać ze względu na realne i fizyczne zagrożenie jakie na nas sprowadza. Dlatego dla dobra waszej wiary, powinniście postarać się, by do takich sytuacji nigdy więcej nie dochodziło. - Może pora przemyśleć metody działania, skoro doprowadzają do takich reakcji? - zapytał Mike - Zobacz do czego to doprowadziło - wskazał palcem głowę krasnoluda na mieczu - Mówisz, że starasz się być miły. I ja Ci wierzę. Mówisz, że byli konserwatywni. I my to wiemy! Ale Wy również powinniście, równocześnie dopasowując metody działania do osób, którym swe prawdy wykładacie. Przecież nie chodzi Wam o terroryzm, jaki stał się przed chwilą Waszym udziałem, czyż nie? - heros uśmiechnął się ze współczuciem. - To w jaki sposób unikniemy podobnych sytuacji w przyszłości? - Tak, przykro mi, jeśli się poczuliście jak terroryści. - przeprosił Tim z szczerością w głosie, pokazując palcem na głowę króla. - To korona daje mu władzę nad piorunami, możecie ją chcieć zachować. Najlepiej zniszczyć. Przez nią krasnoludy mieszkają pod ziemią. Taka polityka. - wyjawił. - W każdym razie, jeśli nowe cesarstwo zakaże naszej wiary, na pewno nas o tym poinformuje. - nie wydawał się przejęty sugestiami Roya. - Powiedzcie mi za to, ta walka to była tylko wasza dwójka? Z daleka wyglądała dość… spektakularnie. - zainteresował się. - Owszem - potwierdził inżynier, kiwając głową. - Niestety, sprowokowany król sprawił nam więcej problemów, niż się spodziewaliśmy. Więc zostaliśmy zmuszeni do użycia ekstremalnych środków - wyjaśnił się, z udawaną skruchą. - To chyba na tyle z dyplomacji - odezwał się syntezowany głos Roya przez słuchawkę w uchu Mike’a. - Jeśli nie masz więcej pomysłów, to możemy zabrać to tylko do Bastiona, przedstawić mu pełen raport i czekać na jego decyzję w tej sprawie. Mike kiwnął głową, po czym siadł w powietrzu z nogą założoną na nogę i rzekł - Aby nie było żadnych niedomówień i nie okazało się, że czegoś nie zrozumieliśmy, opowiedz mi o tym, co powiedziałeś królowi. Jakie demony. Jaka inwazja. Chciałbym zrozumieć co w Waszej religii mogło sprowokować do takiej reakcji. Wtedy ocenię, czy dopuściliście się terroryzmu. Kto wie, może nawet udzielę pomocy? - w słowach Mike’a nie było fałszu. Usłyszał demony, a od nich jeden krok do demon lorda, więc postanowił zbadać poszlakę. - Cesarstwo nie ma wolności słowa, jeśli rozmowa może być aktem terroryzmu? - Tim zaznaczył, że tylko dyskutował z królem. - Tak czy siak bardzo chętnie podzielę się z wami fundamentami mojej wiary: w Magica Icaria odkryliśmy, że los uniwersum jest manipulowany przez byt określany mianem “Kodu Uniwersalnego”. Kod ten narzuca interpretację wszystkich ciągów przyczynowo-skutkowych, określając ich rezultat niczym przeznaczenie. Jedyne, co może łamać jego zasady i przed nim wyzwolić, jest magia. Ten zakazany owoc jest jednak fałszywą nadzieją, ponieważ Kod jest w stanie wykryć magię. Ponieważ ludzie zaczęli czarować, zwrócili na siebie uwagę Kodu Uniwersalnego, który niechybnie ześle na nas swoje demony. Kodu nie można zabić zwykłym mieczem czy plazmą, więc demony również mogą okazać się niezniszczalne. Dlatego ostrzegam, ostrzegam wszem i wobec, że będziemy musieli się bronić. Stanąć ramię w ramię i walczyć o przetrwanie, aż bóg nas wybawi przed gniewem kodu oferując nam cuda. - opowiedział tonem zaskakująco pozbawionym emocji, przypominając zmęczonego narratora. - Podejrzewamy, że w galaktyce pojawili się już ludzie obdarzeni cudami, zdolni do walki z demonami. Wobec tego bóg słyszy nasze modły. Nie chcemy jednak aby światy nawet kosmitów poumierały przez ludzką pychę, więc oferujemy wszystkim naszą wiedzę i wiarę. -Hestio? Czy to w zasadzie nie brzmi podobnie do moich planów? - zapytał Mike w myślach swą boginię. Ta po chwili odrzekła - Teoretycznie tak mój bohaterze, ale wszystko zależy od interpretacji ich wiary. Wspomina coś o bogu, a to zdecydowanie nie mój wyznawca, więc nie o mnie chodzi. Upewnij się które bóstwo ma na myśli, proszę - Hestia była wyraźnie zaintrygowana. Dlatego Mike rzekł do Tima - To brzmi, jakbyśmy mieli wspólny cel, dzięki czemu nie jesteśmy wrogami.- uśmiechnął się heros - ale kto jest Waszym bogiem? No i jak rozpoznajecie tych wybrańców? To jest niezwykle interesujące, a nie chcę Wam wejść w drogę, skoro coś nas łączy, więc wolę się upewnić. No i ten Wasz bóg nie może rzucić wyzwania Demon Lor, znaczy “Kodowi Uniwersalnemu”? - Wierzymy, że widzimy ślady boga w rzeczywistości, w tym jak funkcjonuje uniwersum. Nikomu się on jednak nie objawił, więc nie mi jest go nazywać, czy opisywać. - Tim odmówił wyjaśnień. - Przed rozpadem fałszywego cesarstwa współpracowaliśmy z ludźmi, którzy nabyli umiejętności potrzebne do zniszczenia kodu uniwersalnego. Obserwujemy też innych, zaopatrzonych w artefakty i zdolności, które mogą wesprzeć ten cel. - wyjawił. - Czy ty chciałbyś walczyć z Kodem Uniwersalnym, chłopcze? Twoje obecne ostrze temu nie podoła. - ostrzegł. - Bóg który się nie ujawnia i wyznawcy nie znają jego imienia? Brzmi jak jakiś uzurpator lub zła istota - rzekła Hestia herosowi i dodała - Miej to na oku mój bohaterze, może okazać się, żę to coś chce pomóc Demon Lordowi lub zająć jego miejsce, a wszystko pod przykrywką czynienia dobra - pouczyła Mike’a bogini. Mike pokiwał głową, odpowiadając w ten sposób zarówno Hestii, jak i Timowi. Rzekł - Moim przeznaczeniem jest zabić Kod Uniwersalny i dokonam tego - spojrzał krytycznie na swoje ostrze - a broń ta dobrze mi służyła. Jest jednak jedynie narzędziem do celu, więc słucham pokornie Twoich sugestii - schylił głowę heros. Nie zamierzał dać się im omotać, ale musiał mieć Magica Icaria na oku. Mogą okazać się sprzymierzeńcem, ale również największym wrogiem. Dlatego nie można ich ignorować. - Po pierwsze, Zilva z gildii piratów jest w posiadaniu ostrza, które może przeciąć wszystko. Jeżeli byłbyś w stanie odebrać je królowej piratów, zrobiłbyś wszystkim przysługę. - Tim wyjął dłoń z kieszeni aby odliczyć swoje porady. - Nasz nowy biskup, Juljusz, jest w stanie uczyć innych walki z kodem. Niestety, mało kto ma w sobie ten potencjał, więc musiałbyś go przekonać do siebie. - oferta brzmiała jak wyzwanie - Ponadto, mężczyzna o imieniu Silver z Armstrong Industries prawdopodobnie zasymilował się z częścią demona, co mogło dać mu podobne zdolności. To powiedziawszy, nie polecam iścia w jego ślady. To bardzo ryzykowne rozwiązanie. - beznamiętność tonacji Tima utrudniała ocenę, czemu tak chętnie dzieli się kluczową wiedzą swojej organizacji. - Cztery, samoczynny odłam naszego kościoła nazywany Arką Śmierci jest własnością kobiety o imieniu Eidith Lothunn. Jej władza nad magią zapewniła jej zdolność permanentnego usunięcia przeszkód z istnienia. Jeżeli wasze cele się pokrywają, mógłbyś po prostu walczyć z nią. - zaproponował Tim. Zilva się pewnie dobrowolnie z ostrzem nie pogodzi - mruknął Mike do siebie. Interesowała go broń tego typu, ale co innego również przykuło jego uwagę - O wchłanianiu demonów nie ma mowy, to plugawi duszę i zawsze kończy się problemami. Odłam kościoła? Coś jak prawosławie dla chrześcijaństwa? - Uważaj, Mike - ostrzegł chłopaka przez słuchawkę poważny głos Roya. - Pamiętaj, że nawet jeśli wydaje się, że ma na celu jedynie szerzenie swojej wiary, to nie musi nam mówić prawdy, ani całej prawdy. Uważaj zwłaszcza na te jego ostatnie “porady”. Wyraźnie próbuje nas nimi nakierować tam, gdzie mu to pasuje - głos naukowca stał się nagle bardziej zatroskany. - Lepiej nie pytaj już o nic więcej. Ciężko powiedzieć, czy to jego odliczanie to tylko dziwny manieryzm, czy też zdolność nieregularnego, bądź artefaktu. Możliwe, że za przekazanie nam użytecznych informacji będzie wymagał czegoś w zamian. - Dziękujemy za szczere przeprosiny i pożyteczne rady - kontradmirał odezwał się w końcu swoim prawdziwym głosem. - Tyle nam wystarczy na zadośćuczynienie. Słowa, które pomogą nam na przyszłość, w zamian za słowa, które sprawiły nam problemy z krasnoludami. Uczciwa wymiana - pokiwał głową w wyrazie zadowolenia. - Nie naszym zadaniem jest was cenzurować. Radziłbym jednak uważać ze słowami, które brzmią jak wezwanie do walki. Jedynie to można by uznać za podburzanie ludności do przemocy. Ostrzeganie przed zgubą, czy końcem świata jest dopuszczalne. Ale nie sugerujcie ludziom i kosmitom na naszym terytorium, że muszą szykować się do wojny. Zwłaszcza do wojny po waszej stronie. Według mnie, to może wykraczać poza wolność słowa. Przekażę jednak nagranie z tej rozmowy bezpośrednio cesarzowi i to on podejmie decyzję, czy tego typu demagogia jest dopuszczalna na terenie Nowego Cesarstwa - oznajmił, kończąc rozmowę. Mike zdał sobie sprawę, że Roy faktycznie miał rację, dlatego nic już więcej nie mówił. Zapamiętał jednak wszystko, co zostało powiedziane i postara się załatwić sobie misje związane z obszarami działania wymienionych istot. Kto wie, może dzięki temu zbliży się ku swojemu celowi? Ostatnio zrobił zdecydowanie za małe postępy, chociaż Hestia go za to nie ganiła. Odczuwał wdzięczność wobec swojej bogini, ale również miał wrażenie marnowania czasu. A kwestię tego odłamu Magica Icaria najwyżej sobie wygoogluje. Ewentualnie kogoś zapyta.
  • CyberCore

    Przeniesiony
    16
    0 Głosy
    16 Posty
    40 Wyświetlenia
    BoomyB
    Layer 01EX 31.Grudzień.2221 23:30 "Szybciej, szybciej!" Dysząc ciężko Nikita biegła przed siebie, a każdy jej krok wgniatał śnieg w ziemię. Nie mogła sobie pozwolić, aby się spóźnić. Pakunek który z sobą targała był zbyt istotny. W końcu co to za impreza bez dobrej, wysokoprocentowej wódki? Była pewna, że te walone kitajce w najlepszym wypadku będą mieli z sobą tylko sake i piwo. Piwo jeszcze jakoś przejdzie, ale to wciąż za mało na dobrego sylwestra. W końcu przed jej oczyma zaczęła wyłaniać się sylwetka jakiejś postaci w oddali. Uśmiechnęła się biegnąc przed siebie, i machając dłonią. Postać również jej odmachała. W końcu dobiegła i zatrzymała się dysząc. - Yo, Nikki. - Przywitała się Kai z uśmiechem. Zatrzymała się skacząc i obracając się bokiem, by ślizgiem zatrzymać się tuż przed nią. Złapała jeszcze kilka oddechów, rzecząc. - Zdrastvuj - Potrząsnęła paczką. - Ciężko mi się upić, więc jedna jest dla mnie. - Wyszczerzyła się. Ubrana była w swój standardowy, archaiczny strój. Kai zaciągnęła się papierosem z uśmiechem. - Nie musiałaś aż tak biec, jeszcze mamy pół godziny. - zauważyła. - Trzymasz się jakoś? - Mam wyjście? Dzięki że pytasz. - Uśmiechnęła się szeroko, po czym zaczęła przeskakiwać z nogi na nogę. - Wszyscy już są? - Zapytała niecierpliwie. Dziewczyna zastanowiła się przed odpowiedzią. - Hmm...Bob to organizuje więc pewnie dekoruje kafejkę od rana, Devil przyszedł jakiś czas temu z Nailem. Joky wpadł jakąś godzinę temu i już był pijany...Oyabun dzwonił, że mu samolot z Włoch odwołali. Aurory też nie będzie, za dużo roboty. - zaczęła wymieniać, jednak szybko jej się to znudziło. - Jedna cholera, ważne, że wódka jest. - Mam nadzieję że od samej woni nie padniesz na twarz. - Zarechotała Nikita. Nieobecność matki wcale jej nie zdziwiła. Dlaczego miałaby tracić czas na zabawę, gdy może w tym momencie pracować? Oyabun zaś, wydawał się typem który lubi się zabawić, trochę szkoda że go nie będzie. - Masz poczęstować fajką? - Wypaliła ni stąd ni zowąd. Miała rzucić na dobre, ale jakoś tak wyszło... Kyodai wzruszyła ramionami po czym sięgnęła do kieszeni i wyjęła prawie ukończoną paczkę. - Bierzcie i palcie z tego wszyscy. Katyusha od razu wzięła papierosa w zęby, z kieszeni wyciągając metalową zapalniczkę. Model przypominał tą z przed dwóch wieków, gdy były na benzynę. - Jest zakaz palenia? Czy możemy wbijać? - - Myślę, że możemy. Henry i tak zawsze jara w środku. Wyszłam bo mi duszno. - wyjaśniła dziewczyna. - A skoro już gadamy o facetach, to którego wolisz? - spytała zarzucając Nikicie rękę przez szyję. - Joky czy Bob? - w jej oczach momentalnie pojawił się wścibski połysk. Nikita zaczęła bawić się włosami. - Wiesz... Joky jest na swój sposób słodki. Ale jak zobaczyłam pierwszy raz Boba to nie mogłam oderwać od niego wzroku. - Zaśmiała się nerwowo, gładząc sie po tyle głowy. - Tch...hahaha! - Kai wybuchła gromkim śmiechem gdy tylko usłyszała komentarz Nikki. - Poważnie!? Byłam pewna, że rzucisz czymś w stylu "wolę prawdziwych mężczyzn", byłam pewna, że lecisz na Devila! - wyznała Rosjance. - Jak cię tak bardzo Bob ciekawi, to ostatnio traktują go jak Kyodai. Tyle twojego. - ucieszona zaczęła gonić w stronę drzwi. - Devil to mój ojciec, jak można lecieć na ojca? W sumie dopóki nie wiedziałam... uh.. nie ważne! - Machnęła ręką, z zawstydzonym uśmiechem. Dziewczyny szybko dostały się do budynku i pojechały windą na szczyt. Faktycznie większość znajomych już był na miejscu z wyjątkiem Oyabuna, Aurory i Onijina. Choć niekoniecznie z tym trzecim aż tyle się zadawała mimo że był teraz współwłaścicielem CyberCorp zaraz obok jej matki. - Ohayoo - krzyknęła cała grupa unosząc miseczki z sake na toast. Większość co prawda zajęta była sobą nawzajem. - Ohayo. - Odmachała większości, szukając miejsca do usadowienia się, najlepiej blisko znanych jej twarzy. Kai szybko wyrwała Nikicie torbę z ręki po czym rozlała do kieliszków jedną z wódek, szczerząc się pod nosem. Gdy Rosjanka przyglądała się kobiecie która wyraźnie coś knuła, ta podbiegła do Boba, złapała go za nadgarstek i rzuciła go naprzeciw Nikity. - Uśmiech chłopie, Nikita ma cieczkę na Boba! - wrzasnęła głośno po czym podała parze kieliszki w tle śmiechów zebranych. - E.. y... to nie tak. - Uśmiechała się nerwowo spoglądając na wszystkich. Z zaciśniętymi zębami w uśmiechu, lecz nutką złości szepnęła do Kai. - Spasiba Mudak - Kompletnie nie wiedziała co zrobić, więc pociągnęła szybko z kieliszka. Ale ją załatwiła... Jokyoku zaśmiał się głośno w rogu sali. - Kai, przestań ludzi w huja robić. - poprosił gdy Bob nerwowo poprawiał krawat naprzeciw Nikity. - To pewnie tylko żarty, co? - uśmiechnął się elegancko pełen spokoju. Z ust Nikity wydobywały się dziwne pół słowa, jakby chciała coś powiedzieć, tylko w ostatnim momencie się powtrzymywała. - Eheh... to nie tak że, ym. Znaczy. - Kravchenko zaczęła rumienić się coraz bardziej. - M-mmoże kieliszka? - Rzekła szybko, uśmiechając się głupio. Duża siostra Kai pojawiła się jak na wołanie. Wyrwała kieliszek z ręki Nikity, uzupełniła go trunkiem, podała ogłupiałemu Bobowi a półpełną butelkę wcisnęła w rękę Niki. Zaraz po tym z szerokim uśmiechem sobie poszła. Wydawało się, że cała zbieranina powstrzymuje się od śmiechu. Nikita spojrzała po wszystkich, jej twarz niemal zaczęła zlewać się z kolorem jej płaszczyka. Poczęła nalewać trunek Bob’owi, aż szyjka zaczęła dziwnie dzwonić. Spowodowane to było drżeniem rączek Katyushy. - Zdrovie! - Wzruszyła ramionami, po czym zaczęła doić wódkę, prosto z butelki. Brała duże łyki jakby to była woda. Musiała się upić i to szybko... Bob napił się niepewny tego co ma robić. - Co ostatnio porabiasz? - spytał jak gdyby nigdy nic, aby czymś uspokoić ciszę. Był prostym człowiekiem postawionym w absurdalnej sytuacji. Co miał robić? Gdy odessała się od butelki, spojrzała na Boba. - Swoją firmą ochroniarską... jednoosobową. - Wzruszyła ramionami, nieco uspokoiona. - Zresztą, sam byłeś klientem! - Zaśmiała sie, przysłaniając usta dlonią. - Coś w tym jest. - spostrzegł po czym przeżegnał się. Ogromne łapska nagle poklepały obydwu po plecach. Uśmiechnięta twarz Blue Devila znalazła się między Nikitą a Bobem. - Jak dobrze słyszeć, że mój kwiatek w końcu się rozwija. - skomentował ojciec spoglądając to na pana, to na panią. - Oh, cześć Papa. - Nieco zaskoczona, nagłym pojawieniem się Ojca. Jej twarz nabrała nieco podejrzliwy grymas. - Co rozumiesz przez rozwija? - Uniosła brew, i tak wiedząc o co chodzi Blue. - Oooh, nic wielkiego. - skomentował z uśmiechem. - Jak ci się ostatnio powodzi, Bob? Mężczyzna uśmiechnął się co wyglądało dość sztucznie. Oczywiście, że nie był pewny siebie. Dyskutował z chodzącą apokalipsą. - Całkiem dobrze, mamy nawet nowe poszlaki Charlotte... Mało się nie udławiła kieliszkiem wódki, który wciągała jeden za drugim. Ktoś w sali musiał ją posądzić o alkoholizm. - Charlotte? - Uniosła brwi. - Kim ona jest? - Spojrzała to na Blue to na Boba. Blue wyraźnie również nieświadomy z uniesioną brwią zaczął przyglądać się Bobowi. - To za kim się uganiasz? Mężczyzna poprawił okulary, napił się wódki po czym odważył ponownie odezwać. - Jest to uczennica Kuro Butta...obiecaliśmy odnaleźć ją jeżeli wesprze nas podczas turnieju...ostatnio odkryliśmy, że jest powiązana z magiem... - zaczął się wyplątywać mając nadzieję, że wszyscy pojmą iż mówi o pracy. - Magiem?! Pff.. zresztą po gównach jakie widziałam nic nie powinno mnie już dziwić. - Wzruszyła ramionami, nakładając sobie przekąski na talerzyk. Dużo przekąsek. Z prawie wypchanymi ustami po brzegi zapytała. - Ghdzie jhest? Chęchtnie pomoghę - Przepiła pokarm kieliszkiem wódki. Czy ten trunek w ogóle na nią działa? - Najpewniej tam gdzie mag. Innymi słowy nie mamy pojęcia. - odpowiedział Bob obserwując Rosjankę. - Wedle naszych badań wynika, że to mag stworzył mantikorę. Wypowiedź to przerwał nagły gromki śmiech. Gdy grupa spojrzała co się dzieje, dojrzała Kai siedzącą naprzeciw Jokyoku i Banga. Dwójka w pełni rozbawiona zalewała kieliszek chłopaka za każdym razem gdy ten ledwo odchylił się od jego ust. Japończyk sobie nie szczędził. Oblizując palce, Nikki przemówiła. - Czyli nic nie wiecie. Bez urazy. - Puściła oczko Bob’owi, po czym mimowolnie spojrzała w stronę Jokyoku. Na ten widok parsknęła śmiechem. - Byłabyś nieco bardziej otwarta, Nikki. Jakieś większe plany, konkretniejsze wydarzenia? - spytał Blue krzyżując dłonie. - Czy tak nic, po prostu? Dołączasz do smoków i Yakuzy czy może masz zamiar spędzić całe życie w sierocińcu? - Zamknę w cholerę, swoją “firmę” i chyba dołączę się do naszych uroczych przyjaciół. Swoją drogą Tatku, zajrzał byś tam czasem, pokazał dzieciakom parę sztuczek. Poza tym, masz tam paru swoich fanów. - Wyszczerzyła się z rumieńcem, wskazującym na to że wódka, zaczyna działać... w końcu. W tym momencie hałas imprezy przerwał dźwięk alarmu. Wszyscy spojrzeli na zegarek, który wskazywał północ. To był ten moment na który czekali. Ruszyli razem do okien aby zobaczyć pierwsze firewerki i zacząć świętować nadejście roku dwa tysiące dwieście dwudziestego drugiego. 00:00 CyberCore Corporation Biuro główne - Myślałam, że drzwi są zamknięte a ty siedzisz w włoszech. - burknęła Aurora odwracając obrotowe krzesło sprzed panelu komputera. - Nie dość, że zamykasz przedemną drzwi to jeszcze chciałbyś mnie w drugiej części świata. - odburknął Oyabun podnosząc butelkę szampana. - Co powiesz na jednego? - Yoki... Mężczyzna uśmiechnął się po czym oparł o komputer i otworzył butelkę ręką, aby zaciągnąć się z gwinta. - Manier to ci ubyło. - skomentowała kobieta gdy podał jej butelkę. - Yakuza nauczyła mnie odrobiny wolności. Aurora uśmiechnęła się. - Jak myślisz, co nas czeka w nowym roku? - Oby coś dobrego. Najlepiej jakieś zmiany. Dużo zmian. W końcu jesteśmy poza linią błędu. 00:00 CyberCore Corporation Piwnice Gargulec spokojnie przechadzał się korytarzem, targając swoją kosę po ziemi. Zdecydowanie było to przyjemne uczucie po latach spędzonych w konspekcie. Nawet jeżeli nie mógł pokazywać swojej twarzy dzieciom, bo się go bały. Gdy tylko stanął naprzeciw olbrzymich metalowych drzwi z zastanowieniem zaczął szukać jakiejś klamki. - Hmm... - nie znalazł żadnej oczywiście. Szczęśliwie drzwi otworzyły się same, dzięki jakiejś dziewczynie która migiem zeszła na bok. - Ludzie to płochliwe stworzenia. - stwierdził przechodząc przez drzwi. Jakkolwiek jednak mężczyzna którego za nimi zobaczył nie wyglądał na równie rozweselonego. FIN