Przejdź do treści
  • komentarze do Ropa i krew

    Przeniesiony Komentarze ropa i krew storytelling autorski
    2
    0 Głosy
    2 Posty
    39 Wyświetlenia
    SWATS
    Wrzucam tutaj ten link, co by mieć go pod ręką i żeby gracze też nie musieli go szukać. Edycja tekstu na forum
  • [Autorski storytelling] Ropa i krew

    Przeniesiony Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski
    37
    0 Głosy
    37 Posty
    550 Wyświetlenia
    MarrrtM
    Wół nie miał problemu ze słuchaniem prostych poleceń. “Nie reaguj na głosy” było prostym poleceniem. Toteż dziecięce śmiechy i stuki zza ściany pozostawiał bez odpowiedzi. Ale gdy Hanka zniknęła, a zza drzwi, z których był pewien, że przyszedł widać było światło dnia, uznał, że techniczka jednak nie przewidziała wszystkiego. Skoro po przeczytaniu wpisów w archaicznym segregatorze zaczęły się dziać dziwne rzeczy, spróbował przeczytać, (a raczej wydukać) je jeszcze raz jakby były zaklęciem. Niestety nie przyniosło to efektu. Nadal był sam w starym zniszczonym biurze, a zza drzwi zapraszająco świeciło słońce. - Nooo… tak to się z Wołem nie pogrywa. Hanka? - rzucił pytanie w spowitą kurzem przestrzeń. Cisza. Pomieszczenie było takie jakie Wół je zastał. Tam gdzie dosłownie przed chwilą stała Hanka była pustka. Do uszu wielkoluda zza drzwi doszedł szum wiatru buszujący pośród trawy. Wielki mężczyzna zmarszczył brwi po czym podniósł z podłogi jedno z krzeseł, sprawdził jego wytrzymałość, usiadł na tyle wygodnie na ile było to możliwe i… zaczął śpiewać. Na polanie usiadł biały mutek Idzie dróżką od kochanki Ziutek Skorpion polny przędzie złotą grzywą Wodnik topi żabę ledwie żywą Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła Lecą sępy po błękitnym niebie Krowy ryczą świnki śmierdzą w chlewie Rosną jabłka, owies, oraz gryka Łapie Johnny kurę dla Włócznika Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła Jeśli Hanka była w pobliżu nie mogła go nie usłyszeć. Ani pomylić. - Przestańże tak mordę drzeć. Uszu Woła dobiegł znajomy głos. - Spłoszysz nam wszystkie wiewiórki! Krótki śmiech zza drzwi. Męski. Wół z nikim nie mógł go pomylić. Ale to nie był tatuś. Ooooo nie… Tatusia szlag trafił zimą. I napewno nie w jakichś podziemiach. Jednak zaczynało Woła denerwować to całe przedstawienie i to, że Hanki nadal nie ma i się nie odezwała. A dłuższe siedzenie na dupie w tej kanciapie nie mogło przynieść niczego więcej poza kolejnymi żartami tego korytarza. Wstał i podszedł do drzwi, po czym je otworzył pamiętając by nic go nie zdziwiło. - Wychodzę na korytarz Hanka! Świecę trzy raz latarką. Jeśli mnie widzisz, może do mnie podejść! Tak jak nie było Hanki, tak samo nie było korytarza. Coś mocno ścisnęło wielkoluda za jego wielkie serce. Trawa sięgała prawie do kolan i falowała leniwie na wietrze. Gdzieś dalej szumiały drzewa. Prawdziwe drzewa, nie te rachityczne kikuty pustkowi. Pachniało ziemią po deszczu i dymem z ogniska. Kilka metrów dalej stał stary pickup. Ten sam. Obdrapany bok. Krzywo przywiązana plandeka. Jedno lusterko owinięte drutem. Ojczulek siedział na rozkładanym krześle obok ognia i dłubał coś nożem przy kawałku drewna. Nawet nie zaszczycił Cię spojrzeniem. - No, wreszcie żeś przestał wyć. Prychnął pod nosem. - Chodź tu. Mięso stygnie. Na prowizorycznym ruszcie skwierczały wiewiórki. Oczy można oszukać. Ale jak oszukać węch? A przecież Wół pamiętał ten zapach młodości i pieczonej wiewiórki. Żaden inny. Na szczęście słowa Hanki i gadanie jakiego nasłuchał się na zmywaku zrobiły swoje. To był kit. Ale jakoś nie umiał odwrócić się na pięcie. - Cześć papciu - powiedział do ojca - Taaa wiem… Czyste stopy. Ale wiesz… Ty nie żyjesz. A ja tu tylko na chwilę. Hanka powiedziała, że miałem się w ogóle nie odzywać. Ale… z papciem bym się nie przywitał??? Ojciec odłożył nóż. Spojrzał na niego tak, jak patrzył setki razy wcześniej. Bez zdziwienia i bez wielkich emocji. Jakby Wół za długo zabawił na polowaniu. - Co tak stoisz? Szlak ci już chyba nogi zjadł. Siadaj. Skinął głową na wolne miejsce przy ogniu. - Jakbyś przeszedł obok i nic nie powiedział, to dopiero bym się obraził. Ojczulek odwrócił wiewiórkę nad ogniem. - Powiedz lepiej, gdzie cię droga poniosła przez te wszystkie lata. - Nie mogę papciu. Hanka zabroniła. Sam mówiłeś. Jak nie wiesz to słuchaj tych co wiedzą. Ale fajnie Cię zobaczyć. Trzymaj się papciu. I uważaj, bo ta jedna już Ci się fajczy! Co rzekłszy odwrócił się i ruszył w kierunku przeciwnym niż tatuś. Za plecami Woła przez chwilę było słychać tylko trzask ognia. Potem głos papy: - No. - krótkie milczenie. - Ta Twoja Hanka to mądra dziewucha. I dobrze pamiętasz. A ta wiewiórka... Ojczulek parsknął śmiechem. - A niech się fajczy. Jeszcze... TRZASK. Świat eksplodował bólem głowy. Percepcja wraz z przytomnością umysłu wracała szybko, zbyt szybko. Wół poczuł jakby się topił, a w ostatniej chwili ktoś wyjął mu łeb z przerębla. Przez włosy ciekła stróżka krwi, z ust ciekła ślina, a Wół stał w tym samym miejscu, z segregatorem w dłoni, w którym odpłynął. Mężczyzna poczuł jak strasznie miał spięte mięśnie i moment w którym się rozluźnił. Hanka stała obok, tam gdzie powinna stać. Mięśnie miała spięte, z ust ciekła jej ślina jakby spała z otwartą buzią. Po drugiej stronie stał facet z podeszłym wieku, w ręku ściskał kawałek gazrurki. - Wróciłeś? - zapytał i nie czekając na odpowiedź, zdzielił przez łeb towarzyszkę Woła. Ona też odzyskała przytomność. Staruszek był przewiązany liną w pasie, w dłoń miał wbity gwóźdź lub jakiś metalowy odłamek którym co jakiś czas poruszał sprawiając sobie ból. - O w psi zad... - stęknął Wół masując się po czaszce po czym żywo zaprotestował gdy staruch ździelił Hankę - Ej! Oczadział?! Czego nas tłuczesz dziadku?? Inne pytania w głowie Woła formowały się znacznie wolniej. Co nie zmienia faktu, że próbował odtworzyć co się właściwie stało, a co mu się tylko zdawało, że się stało? Tylko z marnym póki co skutkiem. - Bo działa - staruch splunął pod nogi. - Jak znasz lepszy sposób, to słucham. Spojrzał na Hankę, która właśnie dochodziła do siebie. - Wy jeszcze mieliście szczęście. Staliście tu może z dziesięć minut. Poruszył odłamkiem w dłoni. - Widziałem takich, co stali dwa dni, i widziałem takich co umarli w czasie transu z pragnienia. Ivan wyciągnął z kieszeni dwa zaostrzone odłamki metalu i wyciągnął je w geście poczęstunku, jakby częstował papierosami. - Jeszcze trzeba dzieciaki znaleźć. - A pewnie, że znam - mruknął z przekąsem patrząc na Hankę - zamurować. A części Czarnym kraść. Z pożytkiem. I bez mieszania we łbie... oż by cię, dziadku, masz Ty parę w łapach... - spojrzał na wyciągnięty ku niemu gwóźdź, czy inny szpikulec i skrzywił się jeszcze bardziej, bo jasne było o co staremu chodziło - znałem kiedyś gościa, którego cięgiem całe dni ząb napieprzał. Ten to był drażliwy typ. Ale nadał by się Wam tu. Dooobra, daj to żelastwo i się śpieszmy. Hanka zamrugała kilka razy. Przez chwilę patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem. Dłoń powędrowała do policzka, był mokry. Dopiero wtedy zorientowała się, że płacze. - Nie... - głos jej zadrżał. - Nie... Zamknęła oczy. - Michael... Imię wyrwało się samo, niczym odruch. Imię którego nie wypowiadała od wielu lat. Otarła twarz rękawem. Bez skutku, bo łzy dalej płynęły. - Kurwa... - wzięła gwałtowny oddech. - Kurwa mać... Przez moment wyglądała, jakby chciała gdzieś pobiec, wrócić, ale dokąd? Cokolwiek tam było. cokolwiek zobaczyła... Potem zacisnęła szczękę, jeszcze raz przetarła oczy. Spojrzała na Ivana, potem na Woła. I bardzo świadomie nie spojrzała za siebie. - Dzieciaki - głos nadal jej lekko drżał. - Mieliśmy znaleźć dzieciaki. Dzieciaki na ich szczęście (lub nieszczęście) były niedaleko. W bezruchu ze śliną kapiącą z gęby. Kilka tępych uderzeń później, mogli wracać na górę.