Hartley "Mack" Mackinaw
Megablok, parking na -1
Ostatnie co Hartley chciał, to być członkiem gangu na krucjacie. Albo być z tym, albo innym gangiem w położeniu bojowym. Trzymał się z tyłu, krew zdołał zmyć, a obecnie nie marzył o niczym innym jak porządnym żarciu i prysznicu, by móc się uwalić na materacu i iść spać. Bo jutro musi wstać jeszcze wcześniej, sprawdzić stan tej małej i wstrzyknąć kolejną dawkę painkillerów. O ile dożyje jutra.
Nie wyciągał broni. Przy tej ilości luf jego pistolecik na nic się nie zda, w wąskich korytarzach trzeba będzie się chować, a nie udawać Rambo na Wrzecionie w Straylight (stary film - "Rambo 10" z czterdziestego piątego).
Parking. Mack nigdy tu nie był, nie miał po co. Chakkasi prawie rozstrzelali Switcha. Kiedy tamci omiatali bronią podziemną halę, Hartley stał z tyłu. W słabym świetle gówno było widać. Sufit, ściany, słupy, betonowa podłoga z ledwo co czytelną numeracją miejsc parkingowych. Odpływ liniowy z metalową kratą. Mack z automatu ocenił ją jako niebezpieczną - szerokie szczeliny, koło roweru bez problemu wpadnie, a on zrobiłby przewrót przez kierę.
To było naprawdę interesujące jak zawód zmienia postrzeganie świata. Kiedyś by nawet nie zwrócił na to uwagi. Kratka jakich wiele. Ale od kiedy wyszedł i zdobył tak absurdalną robotę, nauczył się czytać nawierzchnię, nauczył się przewidywać ruchy pojazdów, zwracać uwagi na sygnały pieszych mających zaraz się wtoczyć na jezdnię.
Zauważył to, słabo migające na zielono światełko w korycie odpływowym, nigdy nie czyszczonym. Odpalił latarkę w telefonie, poświecił.
- Mam! Tutaj! - założył kolejną lateksową rękawiczkę i czubkami palców wydobył mrugający przedmiot - bezprzewodową słuchawkę, ciągle mającą naładowany akumulator oraz nadal sparowaną ze smarthingiem.
Nikt tego ot tak nie gubi. Chyba że doszło do szarpaniny a właściciel nie mógł po to wrócić. Albo porywacz, albo porwana dziewczyna.
- Brazil, spójrz na to!