Notturno rzucił okiem na klepisko, które odwzajemniło się tym, co klepiska zwykle mają do powiedzenia, i machnął ręką w jego stronę, poświęcając mu dokładnie tyle, na ile w tym momencie zasługiwało.
— Ślady stóp. Wiele osób, wiele par butów, trochę kurzu. Statystycznie w każdej piwnicy ktoś kiedyś chodził — mruknął do ściany. — Wrócę do tego, kiedy będę miał dane.
Za ladą zatrzymał się przy półce ze słojami. Szkło w sprawnym wizjerze przesunęło się o stopień i złapało ostrość na pierwszym z brzegu. Stały równo, w tej samej kolejności co zawsze, a wiele z nich zwracało etykiety do muru. Kirriwim przestawiał je po każdym zamiataniu, ale żadnego nie odwrócił tyłem do sali, bo komuś, kto sprzedaje, nawet tak niechętnie jak on, zależy na tym, żeby kupujący widział, co kupuje. Ktoś obracał je jeden po drugim i każdy odstawiał na to samo miejsce, co przy takiej liczbie szkła musiało chwilę potrwać i wymagało ręki, która się nie spieszy. Notturno poprowadził palec nad rzędem, tuż nad szkłem, i zatrzymał go przy jednym z obróconych. Pęknięty wizjer pokazał mu ten słój dopiero wtedy, gdy palec już na nim stał.
Pod blatem znalazł księgę. Otwarta, grzbietem do góry, pismo szerokie i pochyłe. Ćwiekowani, sierpy, kwoty na marginesach. Zamarł z dłonią nad okładką. W torbie miał czym pisać i nie miał na czym, choć listę wyposażenia sporządzał starannie, pozycja po pozycji, a papier, uznany za rzecz oczywistą, nie trafił na nią przed sznurkiem, krzesiwem i pochodniami. Rejestr testów dało się wyjąć w dwa ruchy, ale cudze informacje wpisane między wyniki prób zrobiłyby z niego coś, czym nigdy nie miał być.
Na ścianie za jego plecami cień uniósł rękę i podrapał się po rondzie kapelusza. Notturno stał bez ruchu. Wzięcie cudzej rzeczy bez wpisu miało w jego słowniku nazwę, której wolałby nie widzieć obok własnego numeru seryjnego, i tej nazwy nie łagodziło to, że rzecz leżała otwarta i bez opieki w piwnicy, którą ktoś zabił deskami. Wzięcie z wpisem nazywało się depozytem, ale wpis wymagał kartki, a tej w torbie brakowało, więc powstał w pamięci: dzień osiemdziesiąty dziewiąty, wieczór, piwnica Kirriwima, manifest handlowy, jeden egzemplarz, otwarty, grzbietem do góry. Policzył kartki od tylnej okładki do tej, na której leżała, i zachował liczbę.
— Księga zostaje objęta tymczasowym depozytem śledczym — oznajmił do półki z powagą, jakiej zwykle używa się wobec komisji. — Zwrot nastąpi po odnalezieniu właściciela.
Lista zadań w jego głowie wydłużyła się o dwie pozycje. Pierwsza: księga wraca na to samo miejsce, w tym samym stanie, z kartkami ułożonymi tak, jak je zastał. Druga: papier, najlepiej dużo, taki, którego zdobycie nie wymagałoby tłumaczenia się komukolwiek, w ilości pozwalającej przepisać cudze rachunki bez ruszania oryginałów.
Obiema dłońmi uniósł księgę spod blatu i spróbował wsunąć ją do torby z juchtu, nie zginając okładki i nie przesuwając stron.
Zasłona wisiała w głębi, a płomień leżał w kubku na boku, w stronę, w którą w tej piwnicy nic nie miało prawa go ciągnąć, a przynajmniej nic, co figurowało w jego rejestrze. Notturno przyklęknął na odległość wyciągniętego ramienia i przez kilkanaście tyknięć w piersi patrzył, czy kąt się zmienia. Z końca sznurka oddarł włókno długości palca i trzymał je kolejno przy szparze w wieku, przy ścianie i nad podłogą, próbując ustalić, gdzie kierunek ciągu się zmienia. Pęknięty wizjer pokazywał mu włókno w położeniu sprzed chwili, więc czytał je z dwóch obrazów naraz i usiłował zaufać temu późniejszemu.
Zdrapany prostokąt na wieku obejrzał z bliska. Cięcia noża biegły w poprzek słojów, a to, co tkwiło w szparze, miało barwę starej kości. Przyłożył opuszkę palca, żeby ocenić twardość, i spróbował odłupać tym, co u istot z mięsa byłoby paznokciem - ostrą, mosiężną krawędzią szpiczastego paliczka - kawałek wielkości ziarna soczewicy. Jeśli się udało, roztarł go między palcami i przysunął do wizjera, żeby ocenić ziarno w świetle ogarka. Zawór w nosie, który o dyskrecji miał własne zdanie, puścił cienką nitkę lawendowego dymu. Notturno zostawił ją tuż przy szparze i śledził, w którą stronę się rozchodzi.
Zsunął dolny brzeg płachty z wieka na tyle, żeby odsłonić środek, i zapukał kostką w trzech miejscach, przy brzegu, pośrodku i obok zdrapanego prostokąta, nasłuchując różnicy. Potem ułożył na wieku obie dłonie, jedną na drugiej, i zaczął próbować dokładać ciężaru, centymetr po centymetrze, z oczami na płomieniu i barkiem gotowym do odskoku.