Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Dyskusje RPG
  3. [DEG] Opowieści z krainy Wron i Lwów

[DEG] Opowieści z krainy Wron i Lwów

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Dyskusje RPG
5 Posty 1 Uczestników 93 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • KetharianK Online
    KetharianK Online
    Ketharian
    Obsługa Moderator
    napisał ostatnio edytowany przez
    #1

    text alternatywny

    Nowe forum, nowe możliwości, a zatem nowe podejście do systemu, który mocno zaniedbałem, ale który wciąż pozostaje jedym z moich faworytów. Degenesis: Rebirth. Postapo autorstwa Sixmorevodki, osadzone w granicach europejskiego kontynentu i opisane w bardzo rozbudowany sposób w całej serii bogato ilustrowanych podręczników, które wciąż jeszcze można pozyskać za darmo w sieci. Bardzo ubolewam nad tym, że SMV zakończyło swoją linię wydawniczą, ale opublikowali w międzyczasie taki ogrom podręczników, że materiałów do gry wystarczy na wiele lat.

    Myślę, że będę chciał ponownie ruszyć z sesjami DEG, a na początek pociągnę wątek oryginalnych opowiadań, którymi autorzy Degenesis usiali swoje podręczniki oraz stronę w sieci.

    text alternatywny

    POWTÓRNE NARODZINY

    Musieliśmy porzucić pojazd na zasypanych popiołem zboczach Severac-le-Chateau. Nikt i tak by go nie ukradł, duchy zmarłych były wszak kiepskimi kierowcami.

    Maszerowaliśmy przez dobre sześć godzin, niczym śnieżne pługi sunąc poprzez zwały popiołów. Przed naszymi twarzami wznosiła się poczerniała góra, nadtopiona i spękana pod wpływem niewyobrażalnego gorąca i ciśnienia. Zniekształcony niczym zastygła lawa, grunt pod nogami wciąż pozostawał ciepły w dotyku, jego powierzchnia usiana była stwardniałymi szpicami skał o niebywale ostrych krawędziach. Musieliśmy bardzo uważać, Lomark zdążył przebić sobie jednym z nich podeszwę buta.

    Byliśmy w pobliżu Massif Central, niedaleko Verrieres. Beaujolais pochodziło właśnie stąd... nie mój ulubiony rodzaj napitku, za mało bąbelków. Ale te czasy już przeminęły.

    Nie potrafiłem zidentyfikować wzrokiem właściwego miejsca. Dwa górskie masywy powinny się były stykać tutaj ze sobą. Trzeba było podejść bliżej.

    Niesamowite. Ujrzeliśmy w końcu krawędź krateru. Ziemia w tym miejscu... nie, cała przeklęta kraina uległa transformacji. Niczym zmarszczki na wodzie wywołane upadkiem kropli, koncentryczne rzędy skał otaczały kręgami miejsce uderzenia meteorytu. Wystarczająco wysokie, aby zrównać się z wierzchołkami otaczających krater gór Massifu. Stary świat zlewał się w jedno z nowym.

    Lomark stwierdził, że widzi osę. Cóż za absurd. Nie ostał się tutaj nawet cień życia. Ponieważ upierał się przy swoim, nazwałem go idiotą.

    Zapadła noc. Wczołgaliśmy się do swoich śpiworów i zasnęliśmy.

    text alternatywny

    Lomark obudził mnie mówiąc, że od godzin nie może spać. Podobno znalazł więcej os i chcąc to udowodnić podał mi kawałek pokrytego popiołem żużlu. Dość tego. Ruszyłem czym prędzej w dalszą drogę.

    Wspinaliśmy się po zboczu krateru, każdym krokiem wywołując miniaturowe lawiny skalnego gruzu. Czułem się wyczerpany. Dałbym głowę, że drobiny skruszonych skał układały się w mandale, dopóki Lomark ich nie nadepnął i nie zniszczył. Kiwnąłem mu głową, odpowiedział ruchem ręki. Wszystko było w porządku.

    W okolicach krawędzi krateru zacząłem zapadać się w popiołach. Porywisty wiatr utrudniał chodzenie, wytrącał z równowagi. Niesione w powietrzu chmury pyłu ograniczały widoczność do kilku metrów. Zachwiałem się czując pod stopami brak oparcia. Przez krótką chwilę pochłonął mnie obłok wzbitego w powietrze popiołu. Osunąłem się w kompletną ciemność, wymacując na oślep jakąś skalną półkę. Zdołałem się na niej utrzymać. Zewsząd dochodził mnie grzechot osuwających się kawałków gruzu. Krztusząc się śliną przetarłem zakryte popiołem gogle i obejrzałem się w górę. Krawędź krateru była nie dalej jak dziesięć metrów nade mną. Musiałem dać radę.

    Dotarłem tam. Tumany pyłu i popiołu wypełniały wnętrze krateru niczym wstęgi upiornej zorzy.

    Spojrzałem przed siebie. Gigantyczne wgłębienie w ziemi, rozciągające się daleko wokół. Rozpoznałem jakieś zarysy jego dnie i... zacząłem się przyglądać im uważniej. Oczy potrzebowały chwili, aby dostrzec więcej szczegółów, wyłonić z chaosu kształty. Zębate kręgi, jakieś trójkąty, wszystko to połączone ze sobą, przenikające się wzajemnie. Pomyślałem w pierwszej chwili o metalowych zszywkach na kartce papieru, z podczepionym magnesem. Nie, to nie to. Raczej... kurz na bębnie perkusisty. Ale to nie tłumaczyło tych szpiców.

    Usłyszałem gramolącego się obok Lomarka.

    - Widzisz to?

    Zignorowałem jego pytanie.

    - Dym? - pokazał na coś ręką. Faktycznie, w powietrzu nad wewnętrznym zboczem unosił się czarny dym. Opadłem na jedno kolano i zsunąłem się kilku metrów w dół, by móc się lepiej przyjrzeć. Widmowe czarne opary.

    Przesunąłem jedną dłonią przez smugę dymu i ta natychmiast zniknęła, jakby zneutralizowana reakcją chemiczną w zetknięciu z moją rękawicą. Przekopałem sypkie podłoże wygrzebując z niego smoliście czarny kamień wielkości męskiej pięści. Zaczął się rozpływać na moich oczach w długie pasma dymu. Nacisnąłem go palcem czując jak struktura kamienia ustępuje. Nie był wcale ciepły. W moje pole widzenia wystrzelił jakiś owad. Krzyknąłem głośno i cofnąłem się na widok wkopującego się błyskawicznie w grunt stworzenia. Zniknęło pod warstwą popiołu. Poczułem oddech Lomarka na moim uchu.

    - Osy - wyszeptał.

    Zdjąłem rękawicę. Chciałem dotknąć tego kamienia gołymi palcami. Ponownie przesunąłem ręką przez nitki czarnych oparów, a te natychmiast zniknęły.

    Obejrzałem dłoń z wszystkich stron. Na palcach dostrzegłem leciutki czarny osad, szybko rozwiewany wiatrem. Nie... wnikający w ciało. Gwałtownie potarłem czarne plamki, potrząsnąłem ręką, zacisnąłem dłoń w pięść. W moich żyłach zaczęła kipieć adrenalina, serce biło mocniej, oddech przyśpieszył. Porażony krótkotrwałą paniką, szybko naciągnąłem z powrotem rękawicę.

    - Rób zdjęcia - poleciłem Lomarkowi. Znalazłem odłamek czarnej substancji i wrzuciłem go do fiolki na próbki. Z miejsca zmienił swą postać na ciekłą, ale zdążyłem zamknąć fiolkę, zanim owa ciecz się z nie wydostała. Kątem oka dostrzegłem czarne punkciki poruszające się po sypkim gruncie opodal mojego buta. Niektóre z nich wzniosły się w powietrze i odleciały. Pod wiatr.

    W co myśmy wdepnęli?

    Miałem pewność, że wszystko to było w jakiś sposób ze sobą powiązane.

    Schowałem próbkę do kieszeni.

    text alternatywny

    Po powrocie do obozu zostałem objęty kwarantanną. Dawało mi to pewną namiastkę luksusu: własny namiot, posiłki dostarczane wprost przed nos. Szybko zacząłem się nudzić.

    Po jednym dniu doktor Rousseville stwierdził, że nie musi mnie już izolować. Nazywaliśmy go Doktor Slime, co nie było do końca sprawiedliwe, ponieważ to on trzymał całą ekspedycję w ryzach. Szukał u mnie biegunki, symptomów HIVE. Nie chciał nic słyszeć o czarnym dymie. Nie posiadał żadnego instrumentu mogącego przeskanować moją dłoń. Nawet gdyby miał, co mogło mi dać jakiekolwiek badanie?

    Czułem się dobrze, ale doktor Rousseville nalegał, bym opisywał ewentualne zmiany samopoczucia. Moje płuca pracowały z pewnym trudem, co kładłem na karb wdychanego nieostrożnie popiołu. W ślinie zauważyłem pianę. Na moim torsie pojawiły się jakieś czerwone wybroczyny. Było to na tyle dziwne, bym sporządził na ten temat notatkę.

    Nie przestawałem myśleć o mandalach, które ujrzałem na zboczach krateru. Kiedy wybroczyny na mym ciele zaczęły przybierać podobny wzór, powinienem poczuć się zaskoczony, ale wcale nie byłem.

    Czas mijał szybko. Zaczynałem częściej kaszleć, wypluwając grudy śluzu. Kleiste, geste, jednolite. To też odnotowałem.

    Wciąż dobrze się czułem.

    W moim namiocie były mrówki. Czułem je przez całą noc, pełzające po mojej skórze. O poranku miałem sposobność zobaczyć ślady pozostawione przez nie w pyle obok mego posłania.

    Mandale.

    Serce biło mi ciężko, z wysiłkiem. Każdy wciągany w płuca oddech palił żywym ogniem. W jakiś niewytłumaczalny sposób wiedziałem, co ktoś gotował po drugiej stronie obozowiska. Rozpoznawałem znajomych po zapachu ich ciał. Chwilami odnosiłem wrażenie, że mogę te zapachy zobaczyć. Świat był pełen feromonów niosących ze sobą niezwykle złożone zbiory informacji.

    Chyba zaczynałem gorączkować.

    text alternatywny

    Doktor Rousseville i inne cuchnące małpoludy próbowały mnie utrzymać w miejscu. Stałem się tak podekscytowany, że czyraki na moim karku popękały w jednej chwili.

    Wszyscy mnie puścili, poprzestali na gapieniu się szeroko otwartymi oczami.

    Rousseville zwymiotował, nawet się przy tym nie zginając. Po prostu wyrzucił z siebie całą żołądkową treść. Towarzyszący jej odór byłby w moim starym życiu nieprzyjemnym doznaniem; w nowym stanowił jedynie czytelny przekaz.

    Uciekłem z obozu i nikt nie próbował mnie powstrzymać.

    Rozmawiały ze mną osy. Ich język sprowadzał się do prostej komunikacji za pośrednictwem ruchu i woni. Przemieszczałem się wzdłuż linii, które wykreślały w powietrzu docierając poprzez jakieś ruiny do spalonego lasu. Miałem wrażenie, że wciąż wyczuwam zapach igliwia, ale przesiąknięty nutami, których jeszcze nie rozpoznawałem. Miałem jedynie świadomość tego, że wiązały się z narodzinami...

    Upadłem w końcu na kolana i zacząłem ryć palcami w ziemi. Tak, narodziny. Serce waliło mi w szaleńczym rytmie, ciężkie i nabrzmiałe. Mandale na mej skórze płonęły zmieniając się w białe płatki. Czułem jak skóra i mięśnie zaczynają pękać w określonych miejscach. Coś siedzącego w środku chciało się wydostać. Zgiąłem się wpół. Wydychałem obłoczki białego prochu. Moje ciało zaczynało się rozpadać.

    Głęboko w mojej czaszce coś ożyło. Coś ludzkiego, chociaż niebywale pierwotnego. To strach. Wyjący przeraźliwie strach.

    Nastąpiły ponowne narodziny.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • KetharianK Online
      KetharianK Online
      Ketharian
      Obsługa Moderator
      napisał ostatnio edytowany przez
      #2

      text alternatywny

      GAMBIT KIZMETH

      Na pokładzie panował chaos. Kizmeth naliczyła dwudziestu harapów, wszystkich bez wyjątku rosłych prostaków, w kamizelkach kuloodpornych i zwierzęcych skórach. Cuchnęli wojną, krwią i zdeprawowaniem. Niczym stado głodnych lwów wpadli wprost pomiędzy ładunek przywiązany do desek pokładu statku, z werwą odbijając pokrywy beczek i przetrząsając pryzmy koszy w poszukiwaniu żywności i leków. Podobne kontrole były w ostatnich czasach codziennością. Harapowie nie ustawali w polowaniach na piratów, Guerrerro czy innych nieprzyjaciół widniejących na ich listach celów do eliminacji.

      - Dla kogo pracujesz? - noszący czerwoną maskę Damu zbliżył się do Kizmeth, stanął na tle jaskrawego słońca płonącego wysoko ponad wodami Morza Śródziemnego. Oślepiona promieniami kobieta musiała zmrużyć oczy spoglądając na postać Lwa.

      - Dla magnata Ashkari, z Qabisu.

      - Od kiedy Ashkari wysyłają ładunki do Gibraltaru? Nowa trasa? Masz manifest załadunkowy? - harap odpiął swoją maskę, odsłonił ukrytą pod spodem twarz. Krzyżujące się blizny, spękane wargi i wyszczerzone w drapieżnym uśmiechu popsute zęby. W jego oczach iskrzyła się zwodnicza sympatia i Kizmeth zrozumiała w jednej chwili po jak cienkiej linie przyszło jej tym razem stąpać. Jeśli ci ludzie dowiedzą się, co ukryła pod pokładem, bez zmrużenia oka oskórują ją żywcem, a potem wrzucą jeszcze ciepłe szczątki do morza.

      - Tak - Kizmeth włożyła dłonie do głębokich kieszeni swojej skórzanej kamizeli i wyciągnęła z jednej z nich poskładaną w czworokąt kartkę papieru. Lekko drżącymi rękami rozłożyła bezcenny dokument ukazując oczom harapa pieczęcie Banku Handlowego oraz podpisy zarządców portu w Qabisie.

      - Coś taka nerwowa, dziewczyno? Nie masz przecież nic do ukrycia, prawda? - w głosie wojownika pojawił się czytelny sarkazm. Kizmeth zacisnęła usta walcząc o zachowanie spokoju.

      - To oznaka szacunku. Nie każdego dnia jest mi dany zaszczyt rozmowy z Lwami - odpowiedziała próbując udobruchać Damu naprędce wymyślonym komplementem. Harap odpowiedział jej złowrogim uśmieszkiem, a potem wyciągnął z przewieszonego przez pierś pasa zatknięty weń sztylet. Wypolerowana stal zalśniła w promieniach słońca.

      - Jesteś zbyt piękna na pospolitą handlarkę - wycedził wojownik - Dlaczego kobieta obdarzona takim ciałem prowadzi towarowiec prosto w obszar walk zamiast rozkładać nogi przed jakimś magnatem we własnym mieście?

      Obracając sztylet w palcach Damu pochylił się nad dziewczyną i przesunął ostrzem broni po jej policzku, z brutalną delikatnością zbierając stalowym szpicem błyszczące na jej skórze kropelki potu. Teraz Kizmeth musiała już z wszelkich sił walczyć o zachowanie pozorów spokoju, czując skurcze trwogi przeszywające jej ciało. Była pewna, że najmniejsza oznaka słabości może uwolnić ledwie trzymaną na wodzy krwiożerczą żądzę harapa.

      - Dakkar, cofnij się od niej! - gdzie z lewej dobiegł zdecydowany twardy rozkaz. Zapięty w taktyczną uprząż Hondo wychynął spod pokładu statku ukazując całemu światu swoją poszarzałą z wrażenia twarz - Ta suka ma tutaj Anubianina. Statek jest pod jego protekcją. Musimy się stąd zbierać!

      Za plecami Hondo na schodach pojawił się młody mężczyzny w narzuconej na plecy czerwonej szacie z kapturem, opadającej na ramiona, ale w niczym nie ukrywającej nagiego torsu i czterech białych kręgów otaczających koncentrycznie pępek pasażera. Dakkar wydął policzki w wyrazie niedowierzania, spoglądając na przemian na Anubianina i Kizmeth.

      Dziewczyna wręcz wyczuwała skonfundowanie siejące chaos w jego myślach.

      - To statek cmentarny - powiedziała Kizmeth sięgając po ostatnie resztki topniejącej w szaleńczym tempie odwagi - Przewozimy do Hybrispanii rannych harapów, których dusze zawisły pomiędzy światem żywych i duchów. A to nasz Hecateanin.

      Spojrzenie Afrykanki pobiegło w stronę stojącego w milczeniu mężczyzny, osłaniającego swe oczy dłonią przed rażącym blaskiem słońca.

      - Mówi prawdę. Na dole jest czterdzieści ciał zaszytych w skóry imiutów. Śmierdzi tam jak w rzeźni - potwierdził Hondo pocierając palcami w wyrazie niepokoju noszony na szyi talizman - Zabierajmy się stąd, Dakkar. Ta dziwka nie jest warta takich kłopotów.

      - Twój szczęśliwy dzień, mój kwiecie pustyni - Dakkar uderzył płazem swojego sztyletu w udo Kizmeth - Złapię cię w Gibraltarze, kiedy tego znachora nie będzie w pobliżu.

      Harap oblizał grube wargi w obsceniczny sposób, płynnym ruchem wsunął sztylet w pochwę, a potem przypiął maskę z powrotem do hełmu i wydał swoim braciom rozkaz opuszczenia pokładu.

      Kizmeth zadrżała zdając sobie sprawę jak mocno otarła się o śmierć. W milczeniu patrzyła jak harapowie opuszczają się po drabinkach szturmowych na swoje ścigacze. Jej serce uderzyło dziesięć razy, zanim usłyszała ryk uruchamianych silników i dopiero wtedy pozwoliła sobie na wypuszczenie z płuc wstrzymywanego tam odruchowo powietrza. Odwróciła głowę w stronę Anubianina, a ten odwzajemnił jej gest, śmiejąc się pod nosem i ścierając jednocześnie z brzucha znaczącą jego skórę białą farbę.

      Oboje byli już bezpieczni. Podobnie jak czterdziestu niewolników zaszytych w worki ze skór imiutów, przemycanych z powrotem do swojej ojczyzny. Statek przewożący umierających bohaterów wojennych - cóż za niezwykły blef. Kizmeth oszukała Lwy z przebiegłością prawdziwego Leoparda.

      Madame Dayo miała powody, aby być z niej dumną.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      2
      • KetharianK Online
        KetharianK Online
        Ketharian
        Obsługa Moderator
        napisał ostatnio edytowany przez
        #3

        text alternatywny


        DOTYK NIEBIOS

        Pomieszczenia na parterze kipiały życiem. Poszukiwacze złomu wracający z Pollenu do wschodniej Borki zatrzymywali się w tym miejscu, aby coś zjeść i odpocząć, mieszając się w ciżbie ludzkich ciał z miejscowymi osadnikami, z wędrownymi klanytami oraz okazjonalnie spotykanym tam zbłąkanym i pijanym prezerwistą. Było to bezpieczne miejsce pośrodku ziemi niczyjej - doskonale schronisko dla przemytników i paserów. Osman nie miał szpiegów w tym rejonie, a sami apokaliptycy znali skuteczne sposoby na unikanie janissarów patrolujących ubite szlaki sześćdziesiąt mil dalej na północ.

        Na piętrze budowli gwar wypełniający wnętrze położonej niżej sali gościnnej był ledwie słyszalny. Te pomieszczenia należały do Białych Lotek i wstęp do nich mieli wyłącznie członkowie koterii oraz ich specjalni goście. Białe Lotki kontrolowały drogi przerzutu Płonu do Borki i prowadziły swoje przemytnicze operacje z wielu podobnych kryjówek umiejscowionych w pobliżu ubitych dróg wiodących w głąb popękanych tektonicznie nizin Pollenu.

        Arath przyglądał się w skupieniu ułożonym na stoliku nożom. Każde ostrze miało własny niepowtarzalny wygląd i kształt, ciężar każdego z nich mężczyzna znał na pamięć. Sztuka po sztuce polerował swoją kolekcję poddając metal ostrzy drobiazgowej kontroli mającej wyłapać nawet mikroskopijne skazy. Kiedy odnosił wrażenie, że jakiś skrawek klingi jest nie dość ostry, przeciągał po nim kawałkiem czarnego kamienia zwilżanego ustawicznie wodą.

        - Podobają ci się moje cycki?

        Arath odsłonił w bezwiednym grymasie zęby. Był tak skupiony na swojej pracy, że nawet nie usłyszał dźwięku wchodzącej do pokoju Livy. Dziewczyna zdołała go podejść niepostrzeżenie i zaskoczony tym faktem nie potrafił jednoznacznie zdecydować czy mu się ten fakt spodobało czy nie.

        - Kochałbym je bardziej, gdyby były gładkie - odparł udając westchnięcie rozczarowania.

        - Już ci się nie podoba mój stygmat? - Liva stanęła u jego boku rozsznurowując bluzkę i odsłaniając przykryte dotąd cienkim materiałem okrągłe znamię - Myślałam, że mnie kochasz bez względu na wszystko!

        Oczy Aratha przesunęły się po jej wiotkim ciele, wzdłuż linii długiej szyi ku delikatnym rysom twarzy. Przyjrzał się czerwonym ustom, ostremu noskowi i bursztynowym oczom, które okalała burza kasztanowych loków. Utrwalił samego siebie w przeświadczeniu jaka była piękna, zanim ponownie otworzył usta.

        - Jesteś najcudowniejszym stworzeniem jakie kiedykolwiek widziałem - odpowiedział.

        Liva usiadła na jego kolanach obejmując mężczyznę w ramionami.

        - Tak się cieszę, że wróciłeś - zapiszczała z nieudawaną radością obsypując jego twarz deszczem chaotycznych pocałunków. Arath roześmiał się próbując odsunąć ruchliwą dziewczynę od siebie.

        - Przywiozłeś mi coś?

        - Oczywiście. Sprawdź tamtą torbę - kiwnął głową w kierunku przeciwnej strony pokoju.

        Liva zeskoczyła z jego kolan w mgnieniu oka, śmignęła w stronę czarnej torby wskazanej przez Aratha. Nie potrafiła powstrzymać gardłowego pomruku ekscytacji, gdy otwierała bagaż, ale jego zawartość wyłożyła na pobliskie łóżko z ogromną delikatnością. Były to zamknięte kielichy Płonu różnych kształtów i kolorów, co najmniej pięć tuzinów nasion ułożonych jedno obok drugiego na prześcieradle. Skończywszy ich rozpakowywanie Liva odwróciła się w stronę gościa z zaróżowionymi policzkami i wyrazem bezkresnego szczęścia w oczach.

        - Jesteś cudowny, Arath! Uwielbiam cię! Dziękuję za nie!

        - Wstrzymaj wodze, dziewczyno, nie wszystkie są dla ciebie! - rzucił szybko mężczyzna kwitując żarłoczną chciwość Livy kolejnym parsknięciem śmiechu. Odpowiedziała mu prychnięciem rozczarowania.

        - Mogę za wszystko zapłacić cipką! - oznajmiła wyzywającym tonem.

        - Weź tamten fioletowy - odparł Arath nie zważając na jej kusząco powłóczyste ruchy bioder - Ten jest dla ciebie, reszta dla klientów, rozumiesz?

        Uniósł palec w wyrazie ostrzeżenia, ale Liva nie zwróciła na ten gest uwagi podnosząc purpurowy kielich w dłoniach i obwąchując go z lubością.

        - Co to jest? - w jej głosie dźwięczała prawdziwie dziecięca ekscytacja.

        - Bion. Najlepszej jakości w tym sezonie. Prosto z macierzystego pola. Jest cholernie silny, więc lepiej uważaj. W przyszłym tygodniu przyjedzie cała skrzynia, ale ten jeden zabrałem już wcześniej dla ciebie.

        Oczy dziewczyny wypełniły się blaskiem, który doskonale współgrał z wdzięcznym szerokim uśmiechem.

        - Jeśli chcesz spróbować, weź z mojej torby inhalator - powiedział Arath odwracając się w krześle ku swojej kolekcji noży.

        Liva nie potrafiła utrzymać na wodzy swojej żądzy. Otworzyła drżącymi rękami składany inhalator, wbiła jego szpic w papierową powłokę kielicha. Zgarnęła paznokciem malutkie białe płatki wysypujące się przez krawędź otworku, docisnęła mocniej inhalator i przyłożyła jego ustnik do warg.

        - Brałeś to już kiedyś? - wymamrotała ledwie zrozumiale poprzez wylot inhalatora.

        - Wiele razy. Przed każdym zabójstwem - odparł Arath pochylając się nad stolikiem i przesuwając mokrą osełką po krawędzi klingi. Słyszał jak Liva uwalnia pneumatyczny cylinder inhalatora i wstrzeliwuje sobie w usta zawartość kielicha. Usłyszał jak osuwa się na łóżko pojękując z ekstatyczną rozkoszą. Zaczął odliczać w myślach. Kiedy dotarł do dwunastu, do jego uszu dobiegł odgłos silnego kaszlnięcia. Raz, trzy razy pod rząd. Cała seria upiornych dźwięków jeden za drugim. Arath znał tę gardłową melodię. Powoli podniósł się z krzesła przenosząc spojrzenie z powrotem na Livę.

        - Mówiłem ci, że Pióro nie lubi, kiedy ktoś ją okrada. Ostrzegałem cię już wcześniej, dziewczyno. To nie jest zabawa.

        Liva zacharczała, zakrztusiła się ponownie, potrząsnęła rozpaczliwie głową. Jej wytrzeszczone oczy pokryte były siateczką szkarłatnych wybroczyn, po policzkach ciekły strumienie łez zmieszanych z mleczną wydzieliną spływającą z nozdrzy. Zaczęła się konwulsyjnie miotać po łóżku, zlana potem, bezskutecznie łapiąca oddech i przeszywana zwierzęcą paniką. Kiedy ześlizgnęła się z posłania próbując stanąć na nogi, Arath obalił ją silnym pchnięciem na podłogę. Uderzyła w drewniane deski wciąż nie mogąc zaczerpnąć oddechu. Jedną dłonią drapała podłogę, drugą biła z całej siły w piersi. Z kącików jej ust wypadały wilgotne drobinki bieli.

        Arath spoglądał na nią z góry kręcąc w wyrazie rozczarowania głową.

        - Wstyd, dziewczyno. Mogłaś mieć to wszystko.

        Bez pośpiechu przeszedł nad jej podrygującym spazmatycznie ciałem i zaczął pakować do torby wyciągnięte wcześniej kielichy Płonu. Poczuł na nodze uścisk palców Livy, kiedy ta złapała go za łydkę próbując uklęknąć, ze spienionym białym śluzem wyciekającym z nosa i ust. Pomyślał zimno, że nie była już wcale tak piękną jaką ją widział wcześniej. Odtrącił ją kopnięciem i upadła z powrotem na podłogę dygocząc w spazmach niewyobrażalnego bólu.

        Życie zaczynało uchodzić z jej oczu.

        Arath zaczekał jeszcze chwilę wpatrując się w znieruchomiałe ciało leżące na podłodze z rozrzuconymi na boki rękami, nasuwające na myśl truchło bezpiórego ptaka. Potem uklęknął, aby zamknąć jej powieki.

        - Jeśli nie zabije cię Płon, zrobi to Dyskordia. Słodkich snów, dzieciaku.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • KetharianK Online
          KetharianK Online
          Ketharian
          Obsługa Moderator
          napisał ostatnio edytowany przez
          #4

          text alternatywny


          OSTATNIE DNI NORETU

          Attica przeszła przez skorodowaną żelazną bramę strzegącą dostępu do cmentarza w centrum Noretu. Gusev przyzywał ją w to miejsce tylko w chwilach najwyższej wagi. Nikt inny prócz niej nie miał tam prawa wstępu. Regenerat dbał o ten cmentarz bardziej niż o cokolwiek innego w umierającym mieście. Tam zwykł opłakiwać utracone dusze. Budował krzyże dla każdego zmarłego członka klanu własnymi zimnymi rękami - jakby to był jego osobisty sposób pożegnania się ze swoimi dziećmi; dziećmi, które on przekleństwem losu zawsze miał przeżyć.

          Mgła unosiła się kilka cali ponad ziemią, snuła się pomiędzy nagrobkami. Pod butami Attici trzaskały suche korzenie i wyschnięte liście. Z każdym krokiem pozostawiała za sobą drobiny skruszonych roślin zmierzając w stronę grobu Antona Bonifaziusa, ulubionego miejsca spotkań Guseva.

          Stał tam pogrążony w ciszy mając za plecami pejzaż zrujnowanego mauzoleum, głęboko zatopiony w myślach. Była zaledwie pięćdziesiąt stóp od niego, kiedy z mgły wychynął znienacka dron, który wystrzelił zwinnie w jej stronę, zawisł w powietrzu i przeskanował promieniem lasera jej oko. Attica wzdrygnęła się przeszyta nieprzyjemnym wrażeniem, pomimo upływu czasu wciąż nie potrafiąc przywyknąć do protokołów osobistego bezpieczeństwa Guseva. Dron zamrugał czerwoną diodą potwierdzając, że skanowany obiekt nie jest intruzem, po czym uniósł się w górę znikając w ciemnościach nocy.

          - Mógłbyś ich przestać wobec nas używać - powiedziała z nutą wyrzutu Attica.

          Gusev podniósł powolnym ruchem głowę, spojrzał w jej stronę. Attica podjęła kontakt wzrokowy i dostrzegła w jego oczach tę samą przepastną otchłań, którą dostrzegała tam przez całe swoje życie. Regenerat milczał czekając, aż jego gość przemówi pierwsza.

          - Kończy się granulat - oznajmiła doskonale zdając sobie sprawę, że realizował się właśnie najgorszy możliwy scenariusz obecnego kryzysu.

          - To była kwestia czasu. Komory chłodnicze? - zapytał Gusev, głosem przypominającym dźwięk chóru, który zaczął wibrować w uszach kobiety widmową symfonią. Nienawidziła tych chwil, kiedy ubiegał się do swoich Dawnych sztuczek w stosunku do jej osoby. Podniosła rękę i poleciła mu, aby przestał posługując się językiem migowym, którego nauczył ją sam Gusev. Regenerat skinął głową dając znak, żeby podeszła bliżej. Attica zrobiła jeszcze kilka kroków i poczuła bijącą od Guseva lodowatą aurę, usłyszała stukot i grzechot dziwacznej aparatury wszczepionej w ciało i utrzymującej jej nosiciela przy życiu.

          - Temperatura wciąż rośnie. Nie ma sposobu, aby powstrzymać proces odmrażania - powiedziała zachrypniętym głosem.

          Regenerat pochylił się w jej stronę szepcząc przez obumierające usta.

          - Jak dużo paliwa zostało w bakach?

          - Wystarczy na trasę według twojej propozycji, ale wciąż istnieje spore ryzyko. Jeśli będziemy musieli odbić w Alpy, Konwój nie dojedzie - sięgała po ten argument już wcześniej i wiedziała, że Gusev był doskonale świadomy niepokoju jakim napawał ją jego plan.

          - Dacie radę. Nie istnieje inne wyjście, Attica. Gdańsk jest jedynym rozwiązaniem. Musisz zrobić wszystko, żeby pokonać góry bez szwanku. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiej szansy, zyskaliśmy ją dopiero teraz, kiedy Karminov odszedł.

          Attica potrząsnęła z niedowierzaniem głową. Sytuacja rozwijała się w sposób całkowicie dla niej nieakceptowalny. Uważała Noret za swój dom; jedyne miejsce, na którym jej w życiu zależało. Zaciskając gniewnie zęby wyprostowała się próbując zrównać wzrostem z Gusevem.

          - Jak mam to zrobić? Kiedy tylko opuścimy bezpieczną strefę, Kronikarze zarejestrują nasze sygnatury. Ostrzegą Helwetów, zanim my dojedziemy do Mulhausu. Jakie mamy szanse na przejazd przez tunele, jeśli Klastr opłaci Alpejczyków przed nami?

          - Kronikarze nie wiedzą niczego o naszej misji i nie będą ostrzegali nikogo na zewnątrz zaślepieni własnymi lękami. Musisz odwrócić ich uwagę. Ilu ludzi możesz oddelegować do finalnego gambitu?

          - Najwyżej jedną załogę. Pojedynczy wóz. Już zaczęliśmy rozbierać Oriona, bo… podejrzewaliśmy, że tak to się skończy. To teraz pusta rama. Wszystkie wartościowe elementy zostały rozdzielone po reszcie Konwoju - głos kobiety zadrżał ledwie słyszalnie. Była pewna, że Gusev nie zmieni zdania i to budziło jej największy lęk. Był trzeźwym strategiem. Nigdy nie opierał się na „jeśli”, wyłącznie na „kiedy”. Musiała się mierzyć z jego determinacją, a wiedziała, że od tego momentu już nie będzie odwrotu. Miała przemożną ochotę, aby wykrzyczeć w porywie gniewu swój sprzeciw, ale nie wolno jej było okazać słabości. Nie tak ją wychował. Szukała odpowiedzi w nieludzkich zapadniętych oczach.

          - Dobrze. Użyj Oriona jako konia trojańskiego. Pamiętasz historię, którą ci czytałem, kiedy byłaś mała? - zapytał i Attica poczuła jak pęka jej serce. Pamiętała tę opowieść i to wspomnienie rozdzierało ją coraz bardziej.

          - Co, jeśli to nie zadziała? - syknęła. Pragnęła, by Gusev poczuł jej ból i zrozumiał jak dalece nie zgadzała się z jego decyzją bez względu na to, ile razy próbował ją do swojego planu przekonać.

          - Wierzysz w synchroniczność albo koincydencję? Kronikarze są owładnięci obsesją. Spraw, aby uwierzyli, że próbujesz wedrzeć się na ich terytorium. Zareagują i będą próbowali wszystkiego, aby okrążyć i złapać Oriona w pułapkę. Niektórzy z twoich ludzi umrą, ale kupią reszcie dość czasu, abyście dotarli niewykryci na wschodnią stronę Cięcia Rzeźnika.

          - To również twoi ludzie! - krzyknęła. Gusev oderwał od niej wzrok, ale jednocześnie zignorował słowa gniewnego wyrzutu.

          - Jeśli będziesz się musiała przebić siłą przez alpejskie tunele, nie wahaj się podjąć takiej decyzji.

          Attica wiedziała, że Regenerat jest głęboko rozczarowany jej emocjonalnym wybuchem. Odczekała chwilę w milczeniu, zanim zadała kolejne pytanie.

          - A co z tobą?

          - Muszę tu zostać.

          - Nie musisz! Oni przyjdą po ciebie. Większość Enforcerów już przestała działać, a Tankery nie mogą wyprodukować więcej paliwa. Nie masz zasobów umożliwiających obronę. Jak wiele czasu będą potrzebowali, aby się zorientować, że zostałeś tu sam?

          Gusev roześmiał się bez cienia wesołości. Attica wiedziała, że nie traktował jej trosk poważnie, ale miała świadomość tego jak bezbronnym i narażonym na atak uczyni go finalny wyjazd jej ludzi.

          - Nie możesz ich oszukiwać bez końca!

          Regenerat odwrócił się w miejscu, nadludzko szybko. Jego ramię wystrzeliło w pustą przestrzeń pomiędzy rozmówcami. Zacisnął palce w żelaznym uścisku na szyi kobieta nim ta zrozumiała, że wykonał ruch.

          - To ja stworzyłem Noret. Nie mogę stąd odejść. Nie pozwolę im tutaj wejść! - krzyknął głosem, od którego zdawała się drżeć ziemia, a martwe liście oderwały się od suchych gałęzi opadając z szelestem w dół.

          - Potrzebujesz opieki! Dlaczego ona nie może pomóc ci tak jak pomaga nam? - Attica z trudem wykrztusiła słowa dusząc się w morderczym chwycie Regenerata.

          - Rana zadana przez Trice nie może zostać uleczona - sarknął.

          - Więc to jest koniec? Porzucasz nas?

          Gusev odepchnął ją i omal nie upadła z powodu zachwianej równowagi, w ostatniej chwili łapiąc się rękami najbliższego nagrobka. Oczy Regenerata błyszczały w ciemności niczym dwie iskry gotowe przeistoczyć się w gorący płomień.

          - Nigdy nie miało was być. Nie mieliście postrzegać świata w taki sposób. Wiecie, co robię i że nie będzie przebaczenia dla moich czynów.

          - My nie dbamy o twoje grzechy, Gusev. Dałeś nam życie! - w głos kobiety wdarła się rozpacz. Regenerat nie odpowiedział, podniósł w zamian ręce i zaczął nimi poruszać w gestach języka migowego.

          Odejdź w pokoju. Wykonaj moje polecenie. Nie zmuszaj mnie, abym cię przepędził.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • KetharianK Online
            KetharianK Online
            Ketharian
            Obsługa Moderator
            napisał ostatnio edytowany przez
            #5

            text alternatywny


            Mara i Gurkhan biegli ramię w ramię w niesłabnącym tempie. Zaplanowanym w każdym szczególe podstępem udało im się wywabić Wynaturzenie na ogołoconą z życia równinę popiołów - fragment terenu, pod który tydzień wcześniej podłożyli ogień w zamiarze wyjałowienia skażonej plagą ziemi.

            Pozbawiony dostępu do pleśni Migrant nie potrafił w żaden sposób wezwać pomocy pod postacią symbiotycznych rojów.

            Para łowców parła przed siebie śladem plam fosforyzującej posoki, pozostawionych w kruchym torfie przez rannego potwora umykającego ku zagajnikowi powykrzywianych jodeł. Pułapka zaczynała się domykać.

            Dostrzegli umykającą zdobycz za pasem spopielonej trawy. Wynaturzenie opierało się o skarłowaciałe drzewo, spazmatycznie próbując zaczerpnąć powietrza płucami przebitymi myśliwską strzałą. Strugi połyskliwej pomarańczowej cieczy ściekały po cielsku stwora obracając w niwecz jego naturalne zdolności kamuflażu. Drapieżnik wydał z siebie parsknięcie wyczuwając bliską obecność prześladowców, ale wciąż nie potrafił ich zlokalizować, chociaż zbliżali się coraz bardziej zachodząc biokineta z dwóch przeciwnych stron.

            Gurkhan zagwizdał na palcach imitując zaśpiew słonki i potęgując tym dźwiękiem konsternację stwora. Mara usłyszała umówiony wcześniej dźwięk, wychyliła się zza pnia nadgryzionego ogniem drzewa z napiętym łukiem i zwolniła cięciwę. Jej strzała syknęła w powietrzu, utkwiła w gardzieli Migranta. Wynaturzenie zaczęło się miotać wokół siebie niczym pogrążone w amoku zwierzę łamiąc nadpalone konary drzew, wyrzucając w powietrze chmury popiołu i sycząc na podobieństwo pełnego gniazda rozdrażnionych grzechotników.

            Gurkhan w mig to wykorzystał. Wystrzelił ku ofierze wielkimi susami mierząc ostrzem włóczni w bok, którego nie porastał w całości kościany pancerz. Wykręcając ciało w szaleńczym uniku uszedł cało przed wymierzonym na oślep ciosem potwora i wbił odlany z żelaza grot pomiędzy żebra bestii. Wynaturzenie wydało z siebie ogłuszający ryk, pochwyciło drzewce włóczni w próbie połamania broni siłą nadludzko mocarnych członków. Gurkhan nie odstąpił, naparł na włócznię z całej siły wpychając ją coraz głębiej w cielsko potwora, dopóki szpic ostrza nie przeszył bijącego pod żebrami serca.

            Biokinet zwalił się z bulgoczącym wizgiem na spopieloną ziemię.

            - Gurkhan! Tam! - krzyknęła nadbiegająca Mara.

            Skolopendra długości męskiego ramienia wychynęła spod warstwy popiołu, uniosła w górę opancerzony odwłok chcąc wbić ociekające jadem żuwaczki w stopę myśliwego. Gurkhan schylił się błyskawicznie, pochwycił insekta za wyrastające z głowy czujki. Drapieżca zaczął się natychmiast zwijać w pokrytą płytkami naturalnego pancerza kulę, ale łowca był szybszy. Jednym cięciem krzemiennego noża odciął głowę skolopendry i cisnął wciąż poruszające wściekle żuwaczkami trofeum daleko w pole spalonej trawy. Bezgłowy tułów upadł na ziemię wijąc się w chaotycznych pośmiertnych skurczach.

            Myśliwy przydeptał odwłok stopą, rozpruł go nożem od strony podbrzusza i zaczął wyrywać gołymi palcami kawałki krwawiącego mięsa wpychając je pośpiesznie w usta. Potem wyciągnął dzierżącą wielki kęs rękę w stronę Mary, która w międzyczasie skruszyła żebra Wynaturzenia i zanurzyła dłonie w jego wnętrznościach szukając tam czegoś pośpiesznie.

            - Jedz!

            - Nie teraz! - sarknęła łapiąc płytkimi oddechami powietrze - Mamy bardzo mało czasu. Czuję jak jego esencja słabnie.

            Gurkhan sapnął w wyrazie aprobaty, zawinął wyrwany z odwłoku skolopendry kawał mięsa w pas wyprawionej skóry i wcisnął go za pas, a potem pochylił się ponad Marą śledząc wzrokiem jej rozrywające trzewia potwora ręce.

            - Co mamy? - zapytał wibrującym ciekawością głosem.

            - Niewiele. To było młode. Gruczoł jeszcze się nie rozwinął.

            - Sprawdźmy kości - zasugerował Gurkhan, ale Mara natychmiast potrząsnęła przecząco głową.

            - Jeszcze kruche, nie przerobisz. Ale pod szczęką ma jadowe torbiele.

            - Wyrwij je i uciekajmy - rzucił tonem ponaglenia myśliwy przechylając się ponad zezwłokiem w próbie wyciągnięcia z niego wbitych w cielsko strzał.

            Ledwie zaczął, znieruchomiał z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

            - Czujesz ten zapach? - zapytał, a zaskoczenie na jego twarzy przeszło w grymas panicznego lęku.

            Mara uniosła głowę i pociągnęła nosem, a jej oczy rozszerzyły się raptownie w wyrazie szoku. Gdzieś w oddali trzasnęło pękającymi korzeniami obalane z impetem drzewo. Grunt zaczął dygotać coraz silniej i z ust łowczyni popłynął jęk nieudawanej trwogi.

            Coś zbliżało się z ogromną szybkością do jodłowego zagajnika. Coś monstrualnego.

            - Rezydent!

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            Odpowiedz
            • Odpowiedz, zakładając nowy temat
            Zaloguj się, aby odpowiedzieć
            • Najpierw najstarsze
            • Najpierw najnowsze
            • Najwięcej głosów


            • Zaloguj się

            • Nie masz konta? Zarejestruj się

            • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
            Powered by NodeBB Contributors
            • Pierwszy post
              Ostatni post
            0
            • Kategorie
            • Ostatnie
            • Tagi
            • Popularne
            • Świat
            • Użytkownicy
            • Grupy