Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 411 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez
    #99

    Lara (Alex Tyler)

    Lara Quatermain jeszcze drżała. Nie ze strachu, lecz od wibrującej wewnętrznej amplitudy, która — mimo że walka dobiegła końca — nie chciała opaść. Jej ciało pulsowało echem ostatniego wystrzału. Wciąż czuła opór spustu pod palcem, metaliczny jęk zamka, trzask iglicy, a potem... potem ten rozpad. Jakby przecięła świat na dwoje.

    Czaszka ettina pękła z mokrym chrzęstem — bardziej jakby strzeliła do przerośniętego dzika niż do istoty, której anatomia w ogóle nie powinna istnieć. A jednak istniała. I już nie.

    Widząc, że Marius jest w dobrych rękach, uczona podeszła do truchła olbrzyma. Nie z obrzydzeniem, lecz z fascynacją. Zwłoki leżały między dębczakami jak gigantyczny, nieudolnie wyrzeźbiony manekin, rozpruty przez własną masę. Jedna głowa była już tylko pulpą, druga zwisała bezwładnie, oblepiona śluzem i krwią zmieszaną z pyłem. Lara uklękła obok — brudząc się, ale nie zwracając na to uwagi. Jej palce dotknęły skóry, już naznaczonej chłodem śmierci, i martwych mięśni. Zbadała ślad, którym rozszczepiła czaszkę.

    Jedno serce. A może dwa rdzenie kręgowe? Współdzielona wątroba? Mogłaby spędzić tu godziny. I całe godziny nie wystarczyłyby, by pojąć ten organizm — bardziej metaforę niż biologiczną całość.

    Ale Lara była z wykształcenia fizyczką. Gdy coś ją przerażało lub fascynowało — musiała to zrozumieć. Teraz czuła nie lęk, lecz pytania. Zbyt wiele pytań.

    Potem dołączyła do reszty. I znów — nie strach trzymał ją za gardło, lecz obraz. Pogorzel. Nie pogorzelisko. Spodziewała się ruin, zgliszcz, śladów rzezi. A jednak uderzyło ją coś zupełnie innego: cisza. Nienaturalna, zbyt gęsta. Jak pokost na martwej ikonie.

    Jechała za Mariusem i Sewerynem, wypatrując z grzbietu konia. Z każdym krokiem czuła narastające napięcie. Jej wzrok analizował — nie z zamętu, lecz z nawyku. Tam, gdzie nie było olbrzyma, wszystko zdawało się nietknięte. Ogródki — w całości. Zagrody — zamknięte. Kozy beczały. Owce przeżyły. Życie trwało.

    Tylko ludzi brak. Drastycznie, kategorycznie brak.

    Aż wreszcie, u progu jednej z chat, coś przełamało ten niepokojący porządek. Szare, kudłate coś. Leżało nienaturalnie. Pies.

    Ale nie zabity przez ettina. Ten waliłby jak młotem — zmiażdżyłby, a potem pożarł. A tu nie było miazgi.

    Zanim Quatermain zaczęła oględziny, miała już roboczą hipotezę: w Pogorzeli musiało dojść do doskonale zorganizowanego nocnego porwania. Na to wskazywał brak śladów walki czy rabunku. Martwe psy tylko ją utwierdzały: komuś zależało, by nikt nie zdążył szczeknąć alarmu.

    Jej ostatni strzał z arkebuza był triumfem — głośnym, definitywnym. A jednak Lara już wiedziała, że ettin był tylko wstępem. Nie źródłem niepokoju.

    Bo Pogorzel nie była martwa.

    Była opuszczona.

    I ta różnica pulsowała w niej jak iskrzący nerw. Jeszcze nienacięty.

    Jeszcze.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz
      napisał ostatnio edytowany przez Panicz
      #100

      Wielkie załzawione oczęta małego zasmarkańca chwilę drżały, dając podstawy zawodom czy malec zaraz wybuchnie rykiem czy może zmrożony zatnie się w sobie. Nie zaszła jednak żadna z tych rzeczy, bo chłopak po drgającym wahaniu zebrał się w sobie i z trudem trzymając minę, dodając sobie animuszu podciągnięciem spodni, postąpił niepewnie naprzód.

      Na podsunięte mu jadło pokiwał głową. Fakt, Marius teraz ochłonął na tyle, by zobaczyć, że spiżarka w której ukrywał się chłopak pełna była przetworów i miodów, więc maluch zapewne nie głodował. Na co mu zatem były suchary i paski koniny, kiedy pewnie nachapał się wcześniej powideł czy dżemu. Jeśli w ogóle w całym tym strachu miał mentalną przestrzeń, by dopuścić do głosu głód i pragnienie.

      Nie, Utopiec przyjrzał mu się teraz i chociaż chłopiec wyglądał jak siedem nieszczęść, to na zabiedzonego nie wyglądał. Stał niepewnie za beczką, z początku trochę przestraszony, ale czując dobre intencje (i nie mając właściwie wyjścia – w jaką to rynnę niby mógłby wpaść z ettinowej ulewy?) szybko przekonany do gości... Za to teraz już bardziej zawstydzony, chowając pobrudzone w momencie słabości spodnie w cieniu piwnicy, z daleka od światła pochodni.

      - J... Jestem Vuk – wymówił chłopak po krótkiej obserwacji zaglądających z góry przybyszów. - Co... Co jest tam na górze?

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz
        napisał ostatnio edytowany przez
        #101

        Seweryn (Rewik)

        ...a na górze w tym czasie Seweryn niby ramię w ramię szedł z Randalem (acz nieco z tyłu bardziej), lecz prócz lustrowania okolicy, rozpamiętywał zapewne słowa kompana, że niegodzien, że mało się stara, że nie potrafi jak on bogom zaufać. Mama często mówiła mu, a przynajmniej tak powtarzał ojciec - "pysze przed upadkiem iść przystało".

        text alternatywny

        — Rozeznajecie się, jak otrucie rozeznać? Na myśl mnie przychodzi, że może ktoś z wioski, psy otruł, skoro jako jedyne je martwe widzimy — zwrócił się głównie do górującej nad nimi na końskim grzbiecie Lary Quatermain (raczej zbędnie, była wszak również wyższa stopniem w naukowym półświatku). — Język, jasne, oczy przekrwione, być może, ale też wymiotne plwociny na piachu, czy trawie.

        Nie mógł oczywiście zapomnieć o ogólnych oględzinach, czy jednak rana jakaś, nie była zbyt duża, jak ta u ettinowego stwora na ten przykład. Uznał jednak, że to by się może i jakoś układało. Gdyby jakiś z zewnątrz gość do Pożogi przybył. Zwierzęta otruł, może podczas jakieś biesiady zakrapianej. Może nawet... może nawet ktoś od owego skałodrzewowego szaleju...

        Ale po kolei, najpierw psy i ich przyczyna śmierci, jeśli da się to w ogólę jeszcze ustalić...

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #102

          Marius (Brilchan)

          - Wybacz dzieciaku, nie zauważyłem, że masz tu jedzenie, kręci mi się w głowie, bo kiedy odwracałem uwagę potwora, który próbował cię pożreć, rąbnął mną o drzewo tak mocno, że sam popuściłem w spodnie z wrażenia i zobaczyłem twarz Bogini. Gdyby nie Jaśnie Pan Seweryn cyrulikiem będący tobym zemarł... Jakże mnie postawił na nogi, to się rzuciłem pędem tutaj, bo się bałem, że cię jakaś belka przygniotła dzięki bogom cały jesteś także się nie wstydź jeżeli ci coś poleciało w tej sytuacji boś i tak dzielny i mężny, żeś przetrwał atak olbrzyma - rzekł Utopiec, chowając jedzenie sam nieco zawstydzony sytuacją.

          - Co do twego pytania chłopcze... A jak ty masz właściwie na imię ? Cobym przestał ci od "Hej ty wyzwać"... Mamy Pana Randalla świętego męża w zbroi i pod mieczem Jaśniepanienkę Doktórkę Larę ze szlacheckim nazwiskiem na Q co nie potrafiem go wymówić piękną jak obrazek a przy tym mądrą i utalentowaną tak, że człeka potrafi cofnąć sprzed bram śmierci co żem sam no oczy widział... Pana Kaia elfa co muzykę gra! Elfa źeś kiedy obejrzał? To miałbyś tera szanse! Dużo miłych ludów zbrojnych co pomogli cię uratować, możesz też napluć na truchło potwora co cię chciało pożreć to też widok wart obaczenia co by potem się chwalić we przyszłości... Nikogo innego w Pogorzeli źeśmy nie znaleźli, to chcieliśmy się spytać, czy wiesz, co się stało i pomóc znaleźć twoich rodziców jeżeli byli dla ciebie dobrzy albo inne bezpieczne miejsce jeżeli nie byli. Boś jedzenie tu masz, ale jako sam widzisz potworów pełno! A my musimy dalej iść, bo Kompania tako nakazuję, a nie chce cię zostawiać na pożarcie innym monstrom chłopaku - Rzekł nieco przydługo, ze stresu wracając do prostackiego słownictwa ulicznika, które wybijali z niego kapłani za pomocą pasa i kija.

          Próbował z całych sił zainteresować dzieciaka atrakcjami oraz widokami, które czekają go na górze. Jeżeli szczyl uprze się zostać w norze Marius był gotów wyciągnąć dzieciaka za chabety dla jego własnego dobra!

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez
            #103

            Randal (Mike)

            - Panie Migdał - rzekł Randal - Trzeba śladów poszukać. Bo co potwór nabroił łatwo poznać, ale na pewno nie zżarł wszystkich ludzi. Gdzieś musieli pójść. Bo jakoś nie wierzę, by ich porwała jakaś latająca bestia. Nie wszystkich.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez
              #104

              Dr Lara Quatermain (Alex Tyler)

              Dr Lara Quatermain spojrzała na indagującego ją Seweryna.

              — W istocie, jestem w stanie rozpoznać ślady otrucia, choć wymaga to czegoś więcej niż tylko wpatrywania się psu w ślepia i szukania piany — odparła, schodząc z końskiego grzbietu, głosem uprzejmym, lecz niepozbawionym nuty zdziwienia, jako że pytanie dotykało dziedziny tak podstawowej, że aż zaskoczyło ją, że padło z ust cyrulika. Czyżby maskował nim własną ignorancję, sprawdzał ją, a może drwił? — Po pierwsze: dziąsła. Jeżeli sine, blade lub plamiste — może to znaczyć, iż serce zaniemogło w wyniku zatrucia, a krew nie krążyła, jak należy. Jeśli widziałeś, jak po winie i merkuriuszu traci się rumieniec, wiesz, co mam na myśli. Oczy — owszem, przekrwione bywają, lecz też źrenice zbyt szerokie, albo na odwrót, jak główki szpilek, potrafią wiele rzec.

              Osiadła na ziemi bez trudu, poprawiła ułożenie pasa nośnego od dwulufowego arkebuza i podeszła do zwierzęcia z chłodną powagą anatomki, co niejeden raz już śmierć za pysk brała.

              — Gardziel sprawdzić trzeba — jeżeli język siny, a z pyska cieknie gęsta piana, to może być oznaka trucizny duszącej, jak bywa przy niektórych grzybach lub nalewkach na bieluniu. Niektóre rośliny z dalekiego południa Centralnego Oerik, z jakimi miałam nieprzyjemność zetknąć się w Erypcie, powodują gwałtowne torsje, sromotne laksacje i konanie wśród drgawek — i po tym właśnie poznać można, jeśli na trawie ślady śluzu czy żółci znajdziemy. Nie plwociny, jak powiadacie, a ślady konania. To różnica.

              Zmarszczyła lekko brwi i uniosła łapę psa, oglądając poduszki łap i pazury.

              — A jeszcze jedno: jeżeli ciało zesztywniało prędko, a kończyny sztywne jak u kata po zgonie, to także mówi coś o naturze śmierci. Przy truciznach często tak bywa — nie ze starości, nie z urazu, a z wewnętrznego rozkazu, co ciało odbiera od trucizny. I wonie… — zbliżyła się do pyska padłego zwierzęcia, choć twarz zmarszczyła w grymasie. — Czasem zapach zdradza sprawcę. Woń gorzkich migdałów przy cyjanie znamienita, choć u nas to rzadkość, bardziej domena alchemików z Basenu Bakluńskiego. Woń zgniłego czosnku — to bywa przy arszeniku. A metaliczna nuta? Plumbum. A może też coś gorszego.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz
                napisał ostatnio edytowany przez
                #105

                Słońce w podróży po niebie było już dobrze w drugiej połowie i zaczęło szurać po najeżonym ostrymi wypustkami szczytów grzbiecie Pieców. Nadchodziła złota godzina i wszystko w tej godzinie wyglądało pogodniej, piękniej i lepiej. Trudy i żmudy wyglądały lżej, a problemy mniej pogmatwanie. Przyjemne, ciepłe światło zmieniało obraz porzuconej wioseczki w pastoralny pejzażyk, który w mieszczańskich domach zaklina lato w małym skrawku płótna uwieszonym nad kominkiem.

                Miodowy czas wczesnego letniego wieczoru nie jest jednak z gumy. Choć dłuży się długimi cieniami i uspokaja rozbiegane oczy miękkim oranżem, zapowiada zmianę. Zjazd słonecznej karocy do boksa i pobudkę dla nowych stworzeń. Nadejście zmroku. Czas, który w Drusdygg najlepiej spędzać pod dachem, wśród ludzkich siedzib, albo przynajmniej przy solidnym, trwającym poranka ogniu.

                - Przez sprawę z tym rannym nam się zeszło – ocenił Migdał, zjeżdżając konno między grupę zebraną akurat przy wioskowej studni. - Jak mamy spraw tu doglądnąć przed nocą, podzielić się trzeba.

                - Tak i mówię – przyznał Bronson, który wcześniej rozglądał się już z tropicielem za śladami zbiegów czy porwanych, ale skończył z kwitkiem. - Trzeba objechać rubieże wioski, tam poszukać tropów.

                - Z chłopcem trzeba zostać. – Marius miał teraz na głowie niepoślednie zadanie opieki nad prawdopodobnie jedynym świadkiem zajść w Pogorzeli. - Zająć się trzeba, podpytać.

                - Zostaniemy, zostaniemy – zaoferował się Kai w liczbie mnogiej, wracając od sąsiedniej zagrody, skąd ściągnął suszące się na sznurku galoty. Uśmiechnął się do chłopaka i rzucił mu ciuch, pokazując, by przebrał się za rozstawionym na rogu wozem.

                Deklarowana liczba mnoga może była zaproszeniem dla innych, może pluralis majestatis, a może miała po prostu dodać otuchy chłopcu, który niewątpliwie zaopiekowanym być musiał. Jeśli miało to być zaproszenie dla Lary, to przeszło mimo jej uszu.

                - Jasne, rozejrzyjmy się na limesie osady – rzuciła, ciągnąc konia za uzdę w stronę Migdała, który miał poprowadzić poszukiwanie. - Póki jest dobre światło, działajmy.

                - Dobrze... Ale to proponuję zacząć tak – od północy wioski, idąc na zachód, zaczniemy my... – Migdał pokazał na skraj wioski po przeciwnej stronie polany, skąd nadjechali. - Z kolei od południa...

                - Ja chciałbym – zanim całkiem nas pan rozdzieli – poświęcić jeszcze czas na doglądnięcie miejsca kultu tej wioski – przerwał mu Seweryn. - Bywa, że ludzie prości w swych modłach i ofiarach mówią o problemach, które ich nękają... Może tam znajdziemy wskazania, co tutaj zaszło.

                - Dobrze, panie Sewerynie – zgodził się tropiciel. - Kamień ofiarny Pogorzeli jest na wschód stąd, tam o, tamój, kawałek za polaną, na takiej mniejszej. Ulef, pójdziesz z panem, dobra?

                - A wracając do rzeczy... – wtrącił Randal.

                - Sylv też zna się na tropieniu. Pójdziesz z panem Randalem od południa, idąc na wschód – Migdał kiwnął na grubego, rozdzielając braci w odrębne składy. - Trzeba by i po wiosce się rozejrzeć, zwierząt doglądnąć... No i tym trupem ubitym zająć, bo to ścierwojady naściąga w nocy.

                - To spojrzę na zwierzęta – Wskoczył przed szereg Grebo. - Znam się na tym.

                - Ehe – żachnął się Wincent, któremu został ostatni przydział. - To ja co mam zrobić?

                - W wiosce pewnie dosyć chrustu, żeby ogni napalić... Napalić ogni tam wokół ścierwa tego giganta i doglądnąć. Wystawi się potem czujki – Migdał spojrzał w stronę, gdzie wśród połamanych drzewek zaległo truchło ettina. - Inaczej nalezie się szakali, hien, wilków może... Albo i co gorszego zlezie.

                -Nie mitrężmy zatem – zarządził Randal. - Zbiórka tu?

                - A tak, zbiórka tu. Umówmy, że kiedy już słońce zniknie tam za Czerwonymi Wierchami... – Tropiciel pokazał na zachodnie szczyty, nad które powoli zjeżdżała słoneczna tarcza. - To wtedy tu się zbieramy. Pan Kai z panem Mariusem mogą się tu rozglądnąć za miejscem do noclegu, zobaczyć z chłopcem, co się nada.

                - To nie tak dużo czasu – wtrącił Sylv, który lubił działać niespiesznie i dokładnie.

                - Jest, co jest – uciął Migdał. - Trzy razy zróbcie kukułkę, jak będzie trzeba ostrzec, że coś się zbliża, a puszczyka na trzy jak trzeba wam pomocy... No albo krzyczcie po prostu, jak trzeba to trzeba.

                W herbacianym świetle wieczoru wszystko brzmiało przyjemnie i beztrosko, jak wzięte z poobiednich przekomarzań staruszków bujających się w fotelach na ganku. Trzeba było uwagi, by zważyć każde słowo i nie zapomnieć, że sielskość w Drusdygg potrafi ulecieć w eter bardzo szybko. Góry nie dawały się łatwo oswoić i czasem wysiłki cywilizacji, by ugiąć je do swojej woli były równie skuteczne, co datki składane u ofiarnego kamienia. A czasem i mniej.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Niedostępny
                  PaniczP Niedostępny
                  Panicz
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #106

                  Marius (Brilchan)

                  - Panie Sewerynie to ja może pójdę z Panem ? Na czym jak na czym, ale na kulcie i wierzeniach to się trochę znam. Mógłbym wam plecy osłaniać, jakby się coś napatoczyło po drodze. W końcu Waćpan mnie przed śmiercią uratowałeś - Zaoferował się niedoszły kapłan.

                  - Chłopak nazwa się Vuk, ale tak, między bogami a prawdą to ja nie jestem za dobry w rozmowie, z ludźmi co mi pryncypały ze szkoły klerykalnej wypominali i nie bardzo wiem, jak się zabrać za wypytanie biedaka... - Podrapał się po pokrytej pyłem głowie.

                  - Sądzę, że powinniśmy tutaj przenocować i uzupełnić zapasy... Możemy zostawić mieszkańcom jakiś weksel, żeby nie było źeśmy złodzieje, choć uratowaliśmy ich chałupy przed tym monstrum - zasugerował Utopiec.

                  - Panie Gerbo czy moglibyście obaczyć, czy tu nie ma jakiegoś muła? Po tym co zaszło, to mam dość mojego konia, niech go Kelpie porwą! Z chęcią bym, go zostawił tutaj, ale to własność Kompanii.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #107

                    Marius i Seweryn

                    Seweryn zawsze ciekaw był wszystkiego, co wykracza poza zwykłość. Nie stronił od chwil ciepłej codzienności, choć żywota nie miał jak z pastorałki. Jakby opisać go w obrazkach, to pewnie więcej byłoby tam juchy i flaków, niż relaksu z kubkiem mięty czy dziergania na drutach. A przecież i ziółka często popijał i zdarzało mu się coś wydziergać.

                    Przyziemność była mu naturalna, ale pragnienie by zrozumieć więcej i lepiej to, co wychodziło poza prosty, zamknięty w zmysłach rozum, stanowiło o jego właściwej naturze. Rozcinając i rozkrawając, zaglądał w głąb, patrzył w nieznane, poznawał i pomagał. Czytając uczone księgi i spoglądając wielkimi oczami na kapłańskie obrządki próbował z kolei rozkroić i rozciąć osnowę tego, czego skalpel nie odsłaniał.

                    Dlatego – poza samą, matczynie wpojoną, bogobojnością – ciągnęło go do religii. Nie w sensie poddawania się naiwnej dewocji czy przyjmowania rzeczy ze świata na wiarę, ale w ciekawości dla tej dziwacznej sfery, która mówiła swoim zamkniętym językiem i potrafiła zahaczyć czasem o nienaturalność i niewyjaśnialność. Jak leczące modlitwy Pelorytów, czy – żeby daleko nie szukać – błogosławieństwo paladyna.

                    Nawet tam zaś, gdzie Seweryn wątpił w obecność czegoś więcej, jak przy ofiarnym kamieniu w Pogorzeli, samo zawierzenie wieśniaków w to, że głaz stoi tam niby portal na granicy światów, łechtało ciekawość. Ciągnęło do spojrzenia, co rodzi się w ludziach, gdy stają w obliczu wiary w coś więcej. Jak wygląda ludzki eksperyment na religijnym szkiełku wiejskiego kultu.

                    - Jest i on. – Ulef pokazał ogromny, obły głaz wbity w ziemię w brzozowym zagajniku. - Kamień Leśnego.

                    Był to ogromny, ociosany przez siły natury głaz wyglądający jak wielki szary otoczak, który można by znaleźć na polu. Miał wielkość niedużego wozu, a wokół siebie mniejsze, wbite już ludzkimi rękoma kamyki tworzące coś na wzór imitacji druidzkiego kręgu. Przed głazem leżały złożone na metalowej tacy dary w postaci resztek owoców i jadła. Ofiara musiała zostać przez leśne siły przyjęta, bo widać było wokół ślady żerowania zwierząt i odciski kopyt. Po innych zaś śladach można było dojść, że wyszło na zdrowie.

                    Na skale było parę drobnych nacięć, ale żadne tam runy czy nawet zdobienia. Może przypadkowe rycia, albo jakieś oznaczenia płynącego czasu czy orientacji dla kogoś, kto zbłądził w okolicy, a nie wiedział jeszcze, że ludzkie siedziby ma minutę-dwie konnej jazdy na zachód. Albo rzeczywiście zwykłe żyłki uderzeń czy pęknięć, bo nie widać w tym było żadnego sensu.

                    Ziemia przed kamieniem była wydeptana. Ludzie schodzili tu często. Widać było w jej nierównościach, że poza butami petentów, przed kamieniem stają czasem i znicze, dzbany, misy, albo inne naczynia, których okrągłe (a rzadziej prostokątne kształty jak przy pozostałej jeszcze na miejscu tacy) odciski zostawiły swoim staniem pieczęć na dłużej. Żadnych papierów, pergaminów, czy choćby listków, ani nawet pisań patykiem na piasku nie było. Zero literek i innych takich.

                    Znak problemów był inny. Kamień od góry zalany był czarną farbą. Czarną farbą, albo smołą. Ciecz spłynęła po nim falami, a dalej, niżej strużkami, babrając większość głazu. Nie cały, bo nie wyglądało na to, by czerń rozmazano po nim dokładnie – raczej chlupnięto nią z boku, oblewając jak z wiadra czy misy.

                    - Wygłuszyli to miejsce – zaszumiało w głowie Mariusa, jakby ktoś wdmuchnął mu słowa w uszy od ściany lasu przed nimi.

                    Seweryn pochylił się nad kamieniem, oglądając go z bliska. Zalanie było niedokładne, na odlew. Całe szare płaty skały były na wierzchu, ale przeciągając palcami po ścianach nie czuć było, żeby ubabrana przestrzeń różniła się od tej suchej. Nie wyglądało, żeby umorusanie głazu miało ukryć coś konkretnego – wypukłości czy wklęsłości kamienia pod palcami nie zdradzały żadnego wzoru czy porządku. Smoła zaś...

                    - W miarę świeża – ocenił medyk, czując jeszcze na palcach lepkość rozmazanej cieczy.

                    - Ciekawe co to – zastanowił się głośno Utopiec, zeskrobując z kamienia odrobinę czerni i wąchając ją lekko. - To nie wygląda na smołę. Jakaś farba?

                    - Na pewno nie dziegieć. – Ulef pokiwał głową po profesorsku zanim jeszcze przyjrzał się z bliska. Żeby jednak eksperckości uczynić zadość, pochylił się nad kamieniem i starł kawałek palcami, rozcierając maź na opuszkach i biorąc niucha. - Pracowałem trochę w stolarni, to nie smoła. Farba jakaś, ale nietania, bo kolor głęboki taki, a lśniący... O, niedobra to od bogów się odwracać, tako czynić jak te tutaj.

                    Las odpowiedział pohukiwaniem puszczyka, jakby potakiwał prostej diagnozie Ulefa. Zalany farbą głaz rzucał długi cień, rozciągając swą czerń aż po próg gęstego młodnika na krańcu polany. Światło gasło powoli, ale do umówionego czasu było pewnie jeszcze z dobre pół godziny. Po koniach, parskających nerwowo, widać było jednak, że nie obraziłyby się za powrót do wioski przed czasem. A i Ulef, rozglądający się niepewnie, gdy coś zahukało czy zaświszczało od lasu, nie był wrogiem nadmiernej punktualności.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #108

                      Marius Utopiec (Brilchan)

                      Marius pozwolił Moćum Panowi Sewerynowi przeprowadzić wszystkie badania i oglądy, których ten potrzebował. Następnie dotknął świętego symbolu szarego wieloryba, który nosił na szyi i rzekł:
                      - Dostałem przekaz od Sił Wyższych: "Wygłuszyli to Miejsce". Nie wiem jednak, co to ma znaczyć? A bytów wyższych nie można, dopytywać jak ci dają łaskę podpowiedzi... Może jakieś zło zablokowało "wzrok" lokalnego bożka natury, żeby nie obronił swych wyznawców przed tym co ich spotkało ? Czy mogę spróbować zmyć to czarne szkaradztwo, czy jeszcze jakiś oględziny potrzebne Panie Sewerynie? Może weźmy próbkę? - zapytał.

                      Gdy otrzymał zgodę, ścisnął święty symbol i wykonał kilka mistycznych gestów, aby przywołać deszczową chmurę, kilkakrotnie musiał zmieniać intensywność opadu nim zmył czarną maź.

                      - Mam wrażenie, że zwykła woda z bukłaka nie zmyłaby tej zarazy, ale że była, stworzona magią to chyba pomogło?... - Powiedział do towarzyszących mu mężczyzn, choć w tonie jego głosu słuchać było niepewność.

                      Utopiec ukląkł przy tacy ofiarnej i położył na niej kawałek koniny, którą wcześniej chciał dać chłopcu, zaintonował modlitwę na głos:
                      - Miejscowy duchu Leśny, który chronisz mieszkańców Pogorzeli proszę cię miej w opiece Vuka i pomóż mi znaleźć dla niego bezpieczną przystań w obecnej chwili jego podróży! Mam nadzieje, że moje dary pomogą na twoje wygłuszenie i sprawią, że spojrzysz na nas przychylnie, choć nie jesteśmy z twego staad - powiedział, następnie wstał z klęczek.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Niedostępny
                        PaniczP Niedostępny
                        Panicz
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #109

                        Co czynił Randal Bronson?

                        Randal, człek mocno hartowanej moralności, miał wobec całej tej wioskowej sprawy mieszane uczucia. Oczywiście, że chciał pomóc, bo cała jego życiowa ścieżka opierała się na służbie. Służbie bogu, służbie zakonowi, służbie prawu i w końcu – jak sam to lubił sobie dopowiadać, żeby nie napuchnąć ropuszo od całego tego świątobliwego wzmożenia – służbie zwykłej przyzwoitości i zdrowemu rozsądkowi.

                        Nie żył sobie i dla siebie, ale wzdrygał się często na myśl o niektórych mielonych jak klasztorne różańce przykazaniach, które miałyby nadawać ton wszystkim jego ruchom. Żył w zgodzie z nakazami swej wiary, a przynajmniej upewniał się, co do tego za każdym razem, gdy coś bardziej złożonego zjeżdżało pod światła sumienia. Znał i wypełniał kodeksy, które wpajano adeptom Karzącej Ręki, ale czuł posłannictwo do prostoty i serwowania sprawiedliwości tak, by była dobrze zrozumiana. I żeby to jego interpretacja tej sprawiedliwości – konkretna, codzienna, bez ozdobników – była na wierzchu.

                        Pomoc wiosce naturalnie wchodziła w zakres jego roboty, ale widząc, co tu się święci Randal zaczął dumać, czy dobrze zrobił, że zgodził się na wizytę w Pogorzeli. Oczywiście, że i tak by przyjechał, ettiny czy nie, ale dumał, czy aby jadąc tu w wąskiej grupie zamiast nagłośnić sprawę, żeby przysłano tu tabuny ludzi z psami do obszukania lasu od lewej do prawej, nie zgasił szans na znalezienie kogokolwiek żywym.

                        Niezwyciężonemu dzięki, że chłopiec ocalał, pomyślał, podjeżdżając za Sylvem na daleki skraj wioski. Tu trawa polany – podjedzona mocno przez wypuszczane w okolicy kozy i owce – przechodziła pasmem krzaczorów w leśne chaszcze. Las był młody i chaotyczny, pole bitwy przyrody o dostęp do światła i gleby, gdzie rywalizacja jest i w rodzinie, i między gatunkami. Od chwastu do drzewa.

                        - Jak jechaliśmy, to nic w oczy mi nie padło – podzielił się Sylv, rozglądając się między krzakami spomiędzy których wcześniej nadjechali. - Ale teraz widać, że ktoś jechał tu... Taaak.

                        Randal podszedł do grubego, zezując mu przez ramię. Faktycznie, na wyjeżdżonej ścieżce, którą pośród krzaków głogu przejechali tu wcześniej, czając sie na ettina, były ślady kopyt. Paru jeźdźców musiało tu zjechać przed nimi całkiem niedawno, ale raczej nie w pośpiechu...

                        - Od Czarnych Wrót zawsze zajeżdża się tędy? – spytał rycerz, pochylony nad piaskiem.

                        - Ta – potwierdził towarzysz, przytakując też temu, co Randal wydedukował. - To ślady patrolu tam od nas, który przyszedł po drewno. O...

                        Tropiący przeszedł kilkanaście kroków dalej, zostawiając zabudowania wioski już poza zasięgiem wzroku i wskazał ręką na rozjeżdżoną na boku kępę paproci. Duży wóz do drewna stał na uboczu, jakby skryty od ścieżyny, którą musiał wcześniej zmierzać do Pogorzeli.

                        - Wóz od nas. Bidrun jechał przodem chyba... To taki chłop, co tu za dostawy odpowiada. Słyszałem, że najpierw cofnął się ostrzec, potem niby sprawdzali wioskę... – Sylv przeszedł drogę, którą ściągnięto wóz i po śladach ruszył dalej, z powrotem na wątły dukt, znajdując miejsce, w którym zdecydowano o pozostawieniu i ukryciu pojazdu. - Tu takie rozjeżdżone... Pewno zjechał, oni za nim, potem wóz zostawili... No podobnież szybko pana starostę ostrzegli, to ich pochwalił. Oni, że 'no drewna nie mamy, nie ma', a on, że 'dobrze, dobrze', że dobrze zrobili, że szybko przyjechali.

                        - Byłeś przy tym? – zagaił konkretem Bronson.

                        - Że we wiosce? – zastanowił się Sylv. - Czy że z nimi?

                        - Jedno i drugie – Rycerz wzruszył ramionami. - Byłeś?

                        - N-nnno nie. Oni tu bez obstawy jechali, chyba tylko jeden jaki zbrojny z nimi.

                        - A z pierwszej ręki słyszałeś, co mówili?

                        - Że z pierwszej? N-no. N-no nie. Od brata żem słyszał, ale ja nie wiem, czy on był tam wtedy u starosty. Ale ogólnie to chłopy mówili, że pochwalił ich pan Salina. I dobrze, myślę, zrobili.

                        - Dobrze – zgodził się i Randal. - To widać po śladach, że więcej tu ruchu dużego ostatnio nie było... Żadna tu armia nie zjechała.

                        Sylv uśmiechnął się, jakby na potwierdzenie, a dla jeszcze mocniejszego potwierdzenia, że zgoda-zgoda pokiwał energicznie głową i sprawnie – jak na jego posturę – ruszył przez chaszcze na lewo.

                        - Jak tam dalej przejdziemy, tam za tym zapiaszczeniem, to można zobaczyć, czy na wschód kto nie poszedł.

                        - A co tam dalej jest?

                        - Kawałek jeszcze lasku, drzewa stare tam dalej. A potem przesmyk między lasem a Czarną. Tamtędy droga idzie na Kocioł.

                        - To chyba nie taki przesmyk... Pamiętam, jechałem tamtędy.

                        - No nie – zreflektował się Sylv. - Tam śladów sporo będzie. Ale to i tak tędy by szli jak co... No chyba, że mocniej, bardziej na północ-wschód w las poszli. Na wzgórza. Tam dobre jagody są...

                        - Cicho – syknął paladyn.

                        Coś zachrzęściło w gąszczu w pobliżu. Coś większego i cięższego niż mysz, jeż czy inny mieszkaniec runa. Światło zubożało w ostatnich minutach. Rozlewający się mocniej na niebie granat zapadł cieniem nad Doliną, wybijał tempo nadchodzącego zmroku. Chrzęst powtórzył się. Cięższy, dłuższy, pewniejszy.

                        Randal rozejrzał się dookoła, próbując złowić ruch. Powoli, ostentacyjnie dobył ostrza z jaszczura, odbijając na klindze coraz rzadsze pobłyski słońca. Świetlny zajączek przeleciał po bukowych pniach, poruszył porządek padających na drzewa pasów jasności. Wielkie, żółte oczy mrugnęły i zniknęły w gęstwinie. Wilk obrócił się i zamiótł ogonem dając susa ponad wykrotem.

                        - Tam nam trzeba, gdzie polazł – potwierdził nieśmiało Sylv, patrząc na rycerza z nadzieją, że ten na dalsze poszukiwania machnie ręką.

                        Zamiast tego Randal pokiwał głową. Potwierdził odbiór. Ale wstrzymał się od rozkazu. Na razie ziewnął, spuszczając nagromadzone w ciele napięcie. I dopiero po tym, z mieczem ciągle połyskującym w topniejących promykach slońca Drusdygg, zdecydował że...

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #110

                          Randal (Mike)

                          - Skoro tam na m trzeba to co tu stoimy? Broń w pogotowiu i w drogę. Ponoć wilcy same człowieka nie atakują. Przynajmniej w cywilizowanych krainach.

                          Sylv z ukosa popatrzył na Randala. On też słyszał takie opowieści. Szkoda, że wilkom nikt ich nie opowiadał.

                          - Ruszaj.

                          - Nie no, panie. Wyście godniejsi, gdzie się przed was będę pchał.

                          - Ale tyś tropiciel, tylko bym ci ślady zadeptał. Ruszaj.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #111

                            A co u Lary Quatermain?

                            Nauka nie poszła w las, wszyscy widzieli. A nawet gdyby nie widzieli – Lara akurat niespecjalnie troszczyła się o to, czy ktoś patrzy i oklaskuje (chyba nawet wolała działać bez dopingu i dodatkowych par oczu, choćby i patrzących ciepło) – to pani doktor widziała. Widziała, że zajęcia z chemii, zielarstwa i gościnne wizyty na sekcjach zwłok w miejskim prosektorium, gdzie profesor Tasha Traore wynajdywała dla żaków najciekawsze przypadki zgonów nie poszły na marne.

                            Diagnoza psich denatów musiała być słuszna i każdy kolejny punkt sprawdzianu na ciele czworonogów potwierdzał intuicję Lary. Zatrucie. Posiniałe dziąsła sugerujące problemy w krążeniu krwi. Zbielałe ślepia i zwężone źrenice. Łapy stężałe jak po zmrożeniu.

                            Trucizna miała działanie paraliżujące, wpłynęła na zwolnienie, jeśli nie wstrzymanie krążenia krwi i zwiotczenie kończyn. Musiała działać dość szybko, bo choć widać było, że biedne zwierzaki zdążyły porzucać się jeszcze przed zgonem, a większe okazy (starutki wilczur przed budą z przepołowionej beczki) zryły ziemię wokół siebie, to żaden nie odbiegł daleko od miejsca, gdzie go trafiono.

                            Jad musiał zatem działać szybko i albo zabijał od razu, albo gwałtownie otępiał, rozciągając śmierć na dłuższy czas paraliżu. Upał dnia poprzedniego sprawiał, że wywąchiwanie trucizny było ciężką próbą. Medyczka odpuściła szybko, ale zdało jej się, że od ran wyczuła ziemisty czy grzybowy aromat.

                            To co bardziej Larę zaskoczyło (poza samym, sprawnie skoordynowanym zabiciem zwierząt – niektóre w zagrodach nie mogły uciec, więc były łatwym celem, ale inne miały pilnować całego obejścia i mogłyby zerwać się dalej, a mimo to wszystkie ciała, póki co, leżały przy domach) to obrzmienia i nadżerka przy miejscach trafień. To pokazywało, że trucizna była mocno toksyczna czy nawet żrąca, albo trafiła się w miksie z inną substancją, która miała zapewnić, że jad szybko dostanie się do krwioobiegu – nawet przy średnio udanym trafieniu.

                            Zadowolona ze swej skuteczności (choć z nosem raczej na kwintę, świadoma tragedii w jaką wkroczyła), dziewczyna żwawo ruszyła za przewodnikiem. Kędzierzawy tropiciel stępa podjechał na północny skraj wioski, przedzierając się przez kwietno-warzywny ogródek bez poszanowania dla botaniki wieśniaków. Nie ujechał jednak daleko i zaraz zwolnił rumaka, rozglądając się po zbiedniałej łączce w poszukiwaniu… Czegokolwiek.

                            Wydeptana przez zwierzęta i powygryzana trawa, która ostała się w poszarganych kępach ciągnęła się takim postrzępionym wzorem paręset łokci w stronę lasu. Tam zaczęła wzrastać krzewinkami i dalej przechodziła w żywo-martwą przestrzeń puszczy, gdzie wypalone, stare drzewa kruszały, dając podłoże nowym, bujnie rosnącym okazom buków, dębów i grabów.

                            Migdał chodził miękko po trawie, skupiony w pochyleniu jak pątnik na drodze pokutnej. Lara trochę wiedziała o tropieniu, bo raz, że z konieczności (gdy rozbitkowała) i pragnienia adrenaliny (gdy wzywała przygoda) zdarzało jej się polować, a dwa, że w czytelniczych maratonach przed laty pochłaniała wiedzę i o tym. Jej zdolności w tym zakresie, choć wsparte bystrym okiem i umysłem, musiały jednak ustąpić specjalizacji kogoś, kto za szukanie śladów brał się co drugi dzionek.

                            - Znalazł… eś pan coś? – odezwała się w końcu Lara, samemu nie trafiając na nic w temacie, ale widząc, że Migdał ciągle milcząco węszy. Nie wiedziała, jak się do niego zwrócić, bo choć większość drużyny mówiła mu na ‘Ty’, to on (i jego ludzie) do Lary i pozostałych wysłanników Kompanii zwracali się per pan/pani.

                            Swoją drogą, jak on się właściwie nazywa?, pomyślała lekarka, uświadomiona przypadkową refleksją, że płowowłosy, jasnooki strażnik dróg z Roscoe raczej nie był ochrzczony Migdałem.

                            - Tu nic nie ma. – Tropiciel rozłożył ręce. – Tak też zakładałem, że jeśliby kto uchodził, to nie tędy, ale gdzieś trzeba zacząć… Jedźmy tedy bardziej na zachód. Jak poszli, albo jak coś ich zaatakowało… To z gór ślady muszą być.

                            Kawałek dalej na zachód

                            Obszar na zachód od wioski, najbliżej wydłużającego się cienia gór, które zamykały Drusdygg w skalistym kotle, wyglądał zwyczajnie. Równie zwyczajnie, co sprawdzone wcześniej połacie północnego skraju osady.

                            W tę stronę przepędzano zwierzęta, gdy ruszano na wypas na pobliskie wzgórza, więc wyjedzona i wydeptana trawa, ślady kopyt i zeschłe bobki znaczyły trasę pasterskiego życia. Wygłuszały wszelkie inne możliwe ślady. Ale dla wprawnego oka dawały też platformę pod obserwację tego, co odbiega od wzorca.

                            Lara rozglądała się uważnie, zaintrygowana metodą pracy Migdała. Zawsze ceniła sobie wnikliwość i uważność w odkrywaniu tego, co skryte przed zmysłami, więc nowy rodzaj puzzli, z którymi się mierzyli pochłonął ją na tyle, że zapomniała praktycznie o bożym świecie. W tej chwili liczyła się zagadka znikniętych wieśniaków, a Ścieżka Slerotina i zabrane z niej skarby były daleko we mgle innego świata i innych spraw.

                            Doktor Quatermain widziała gdzieniegdzie ślady butów, a czasem bosych pasterskich stóp, ale na trawie czy wydeptanej ziemi zdarzały się rzadko, bez ładu i składu, tam gdzie gleba była wyjątkowo podatna na opieczętowanie i gdzie nie przeorały jej masowe tuptania owiec. Dumna, gdy szło o dochodzenie do prawdy i bywa, że uparta w swej samodzielności, potrafiła jednak docenić eksperta, więc przy paru wątpliwościach zagadnęła tropiciela, czy aby jej znaleziska przybliżają ich do celu.

                            Strażnik za każdym razem dziękował grzecznie, ale składał obserwacje w ten czy inny wzorzec śladów, który pasował do wioskowej zwykłości. Było nie było jednak, był wdzięczny, bo w ten sposób Lara odciążała go na części obszaru. Światło zaś, coraz bardziej zwiewne i wątłe, uchodziło za góry. Czas umykał.

                            Musieli podejść dopiero niemal pod sam las, do sosnowego gaiku, gdzie spora skała osłaniała obszar od górskich powiewów, zachowując ziemię w spieczonej gnuśności. Tu Migdał, niby bloodhound, przypadł nisko i zwęszył coś poruszony. Lara podeszła ostrożnie z tyłu, wyglądając mu przez ramię, by nie wleźć na wydeptane w igliwiu poszlaki.

                            - No tak…

                            Lekarka, snajperka i kombinatorka milczała, czekając na coś więcej niż mruknięcia pod nosem, ale w środku skręcało ją już z ciekawości.

                            - To pewnie tu – rzucił za chwilę łowczy.

                            - Co dokładnie widać?

                            - Tu mniej, tu więcej igieł… O, a tu. – Migdał zaprosił gestem i pokazał na ledwo widoczne wklęsłości w glebie. – Szli obok, ślady… Niby normalne, ale zobaczy pani… Tu jest zwłóczone.

                            - Mhm – potwierdziła badaczka, wyczekując na więcej.

                            - Idziemy dalej i co… – Tropiciel ruszył powoli jak w transie. – Tak, o tu już bardziej widać.

                            Cisza. Ciekawość. Wzmagająca się muzyka zmroku.

                            - Ziemia twarda, nie widać dużo, ale różny wzór… Szło co najmniej parę osób, a głowę dam, że więcej-więcej. – Pokiwał z zadowoleniem łowca. – I to lekkie zrycie, ktoś był ciągnięty. Wąski ślad. Dziecko jakieś. Albo dzieciaki.

                            - Ach! – Lara zobaczyła po słowach i wskazaniach. Obraz z iglastego bezładu zaczął się wyostrzać, gdy wiedziano na co patrzeć, jak przy rysunkach prostych iluzji wzrokowych, kiedy wie się już, gdzie i pod jakim kątem osadzić spojrzenie.

                            - Chodźmy kawałek…

                            Weszli w las, zapadając w półcień głębiej i głębiej. Poszycie zgęstniało, ale wodząc wzrokiem za ruchami Migdała, Lara zaczęła dostrzegać nieprzypadkowe wydeptania. Szli wolno, w ciszy, skupieni. Zostawione pod lasem konie rżały. Oddalili się już daleko, stracili je z oczu.

                            - Ha! – wzniosła głos Lara. – Spójrz!

                            Na rozrośniętym na boku krzewie jeżyny powiewał zahaczony o kolce strzęp tkaniny. Prostej, szarej sukmany. Nieduży fragment nie mówił wiele, ale był ludzkim śladem w świecie natury. Zgrzebny, bury kawałeczek zerwanej tkaniny.

                            - Brawo! – pochwalił Migdał. – A tu widzisz? Ktoś się zahaczył… Słabo, ale ciut uleciało.

                            Łowca pokazał na plamkę czerwieni na liściach jeżyny nieopodal.

                            - No dobrze… – Tropiciel stanął, teraz wyprostowany i wysoki, mimo dumnej sylwetki jakby bardziej niepewny niż przy śledzących skłonach. Podrapał się po głowie i westchnął. – No to już wiemy. Przez las. Na wzgórza, góry poszli. Ktoś ich prowadził, pilnował szlaku. Nie dawał złazić, zdeptywać, trzymał wodze.

                            - Widzisz coś więcej jeszcze?

                            - Ludzie być musieli… Albo nie wiem kto. Orki? Ale znali las, umieli łazić. Rozciągnęli wieśniaków między sobą, nie szli za gęsto. A jednak… No, umieli trzymać ich w ryzach. – Podrapał się znowu, jakby pomagało mu to w myśleniu. – Dzieciaki pewnie nieśli… Albo innych, co łazić nie mogli. Jeśli byli tacy. Ale tam wcześniej, widać zaniemógł ktoś. Kawałek musieli zwłóczyć. Może jaki starszy dzieciak, co z początku szedł sam... Jako ten Vuk czy inny w tym wieku.

                            - Wiemy, gdzie mogli pójść?

                            - A tego to tak nie dojdziem… No na wzgórza bierze szlak, na góry. – Migdał spojrzał na dziewczynę tak, że do tego wzroku idealnie pasowałoby, żeby wzruszył ramionami. Ale nie wzruszył. – Nie idziemy dalej już dziś. W las teraz leźć nie lza. Ślad zgubimy. Wracać trzeba.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz
                              napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                              #112

                              Seweryn (Rewik)

                              Oddzielił ciało od bioder, pochylając się nad swym niewielkim pacjentem. Kikuty kończyn sterczały tam, gdzie je był zostawił, na kamieniu. Seweryn całą swą baczną uwagę tej chwili poświęcił. Obrócił insectum w palcach i złożył ostrożnie na swej drugiej dłoni. Zdawało się, że młodego czarownika nie słyszy. Sięgnął po skrzydełko, głębiej zanurzone w zaschłej farbie.

                              — Zadziwiające to, iże insekty, w tym ćmy jakby z odrębnych części zszyte, jednak jeden byt tworzą w połączeniu, a jednak tak łatwo je podzielić na nowo. Chyba ro-rozumiem skąd ich nazwa. — Zdawał się mówić do siebie, bo i też któżby jeszcze miał się tym interesować. — Tak jak mówisz maestro albo inszy powód. Przykładem zwykłe ogłoszenie światu swego triumfu nad Pogorzelą i jej ludem, albo zgoła coś jeszcze inszego. Nie widzę muszek, tedy myślę, iże po zmroku się to zdarzyło. Od strony wioski zalane, jakby bez pośpiechu...

                              Przytaknął na sugestię Mariusa, coby obmyć kamień. Tego też był ciekaw. Ale nie odezwał się po pokazie magii.

                              — Poprawcie mnie, jeślim w osądzie zbłądził. Od dzisiaj o za...aginięciach i że od wczoraj wioska pusta wiemy - podjął po chwili. - Znaczy wieść dzisiaj nad ranem? - rzekł po dłuższej chwili milczenia, spoglądając w stronę wzgórz, gdzie jak mu wcześniej powiedziano niegdyś stała chata leśnego. - Znaczy ktoś nocą do Czarnych Wrót pobieżył?

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Niedostępny
                                PaniczP Niedostępny
                                Panicz
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #113

                                Lara Quatermain (Alex Tyler)

                                Lara Quatermain zetknęła się z fascynującą mozaiką śmierci i zagadki. W jej osłoniętych okularami oczach, owładniętych nie tyle żalem, ile naukowym zapałem, rozgrywał się spektakl, w którym każdy detal mówił więcej niż tysiąc słów. Zatrucie — słowo tak suche, wręcz mechaniczne — dla niej było nie tylko surową diagnozą, lecz pieśnią biologicznego chaosu, w której trucizna tańczyła między mięśniami, zatykając żyły i wyłączając światło życia w psich ciałach. Widziała posiniaczone dziąsła, zwiotczałe łapy, blednące oczy i czuła na języku odór ziemi i grzybów, jakby sam las szeptał jej mroczne tajemnice. To było nie tylko badanie; to była symfonia umierania, do której słuch obserwatora tak uważnego jak ona się wyostrzał.

                                Czarnooka Suelka, od dawna już wyrobiona w sztuce tropienia i analizowania, podążała za Migdałem jak odkrywca za przewodnikiem po świecie śladów — miejscu, gdzie każdy odcisk stopy, każda wydeptana kępka trawy była niczym zapis w księdze nieznanej opowieści. Mimo że wiedziała, że to jego specjalność, sama nie mogła powściągnąć ciekawości i oderwać wzroku od detali, wyławiając z chaosu pozornie nieistotne szczegóły.

                                Obrana przez nich ścieżka prowadziła nie tylko przez ziemię, ale przez warstwy ludzkiego dramatyzmu, strachu i bezsilności. Im głębiej blondynka wchodziła w las, tym bardziej zagęszczała się atmosfera, tak jakby sama natura pilnowała, by ślady nie zdradziły więcej, niż było konieczne.

                                Kiedy natrafiła na strzęp szarej sukmaniny zaczepiony o kolce jeżyny, jej umysł rozbłysnął niczym iskra w ciemności. To nie był zwykły ślad — to było świadectwo ludzkiego losu wplątanego w dzikość. Migdał, z pozoru twardy i beznamiętny tropiciel, zdawał się w tym momencie niepewny, jakby cienka granica między opanowaniem a bezsilnością drgała gdzieś w jego spojrzeniu. Lara wyczuła tę subtelną zmianę, ten cień w oczach towarzysza, który choć wiedział, że ich trop prowadzi na wzgórza i w góry, nie mógł przewidzieć, co tam czeka.

                                Wszystko to, co tej pory Quatermain widziała, było jak fragmenty układanki, której brakujące elementy z trudem dopasowywał jej bystry, analityczny umysł. Wiedziała, że to nie było tylko śledztwo — to była wyprawa przez cieniste granice między życiem a śmiercią, między ludzką wolnością a przemocą, która odebrała wieśniakom ich spokój.

                                Gdy stali pośród sosnowego gaiku, gdzie cienie gór rzucały swoje chłodne objęcia, Lara czuła, jak adrenalina miesza się w niej z napięciem — wiedziała, że są coraz bliżej odpowiedzi, choćby ta odpowiedź miała przynieść kolejne pytania. I mimo że zmrok otulał ich jak ciężka zasłona, w jej sercu rozbrzmiewała nieugaszona iskra naukowej ciekawości i niepokojącej nadziei. Gdyby nie jej towarzysz, pewnie gotowa byłaby kontynuować tropienie.

                                — Jak pan uważa — oznajmiła z nutą żalu, jakby zawrócono ją o krok od antycznego skarbu. — Zdaje się, że ktoś z Pogorzeli im pomógł. Albo porywacze poświęcili dużo czasu na zaznajomienie się z okolicą i rutyną wioski. Tak czy inaczej, to robota dobrze zorganizowanych profesjonalistów.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #114

                                  Kai i Vuk

                                  Zbiorowisko zrzedło. Placyk wokół studni zebrał całe złote światło wieczora na pozostałej na scenie dwójce. Uśmiechniętym serdecznie Kaiu i bujającym się z nogi na nogę Vuku. Chłopiec niepewnie łypał za nieznajomymi, którzy przyszli z ratunkiem, a teraz rozłazili się na wszystkie strony nie wiadomo po co.

                                  Półelf widział, że mały, dzielny, wystraszony człowieczek potrzebuje otuchy, więc robił co w jego aktorskiej mocy, by przywołać uśmiech na twarz ocaleńca. Załatwienie mu czystych ciuchów było dobrą podstawą, by nawiązać nić porozumienia. Bard kombinował dalej i zaraz zaproponował, że nagrzeje wody na kąpiel, aby młodzik mógł się przemyć, a on w tym czasie upichci coś pysznego na ognisku.

                                  Podróże w cyrkowym gronie, pełnym ludzi i nieludzi różnego pochodzenia, ale przecież i różnego wieku nauczyły go otwartości na potrzeby innych. W Kompanii Sióstr Sarper byli starcy, którzy za sobą mieli już nie tyle lata scenicznej sławy, co w ogóle lata jakiejkolwiek obozowej przydatności. Innego życia jednak nie znali i wlekli się w karawanie, licząc w cichej godności, że nie będą dla nikogo zbytnim ciężarem, a może i jeszcze nawet przydadzą się na co.

                                  Były i gromady dzieciaków. Jedne przygarniano, gdy na gigancie zmykały z domów czy terminów u surowych majstrów, licząc z cyrkiem na lepsze życie. Albo przynajmniej bezpieczny przejazd do innego miasta, gdzie obiecywały sobie gruszki na wierzbie.

                                  Inne były obozowe – zrodzone z kwitnących między członkami trupy uczuć, które czasem trwały jak trwała sama Kompania, a czasem wygasały zdmuchnięte silniejszym podmuchem. Dzieci jednak zostawały, młodzi obywatele cyrkowej republiki. Synowie i córki swoich rodziców, ale większą część wychowania odbierający w komunie cyrkowych dziwaków.

                                  Kai sam był owocem przygodnego romansu matki, nieodzownej członkini Kompanii, z jakimś elfim absztyfikantem, który nawinął się i namącił, a potem zniknął znienacka. Czy to wtapiając w złocisty zachód czy rozpływając w księżycowych promieniach – jak to elfy potrafią.

                                  Grunt, że wyjątkowość Kaia w tym gronie ludzi luźnych i barwnych wyjątkową nie była. Każdy był każdemu bratem (czy siostrą), a jak trzeba było to matką, ojcem, babką, stryjem, księdzem, nauczycielem i oczywiście przyjacielem. No, tak z grubsza, bo sympatie-antypatie bywały, a przy artystach obrażalskość potrafiła być monumentalna, wiadomo.

                                  Półelf potrafił zatem zatroszczyć się o innych i zrozumieć ich potrzeby, więc szybko zrozumiał czego trzeba chłopakowi i zadbał o niego najlepiej jak umiał. Po kwadransie czy dwóch, wymyty, przebrany i przebierający tym razem nogami z niecierpliwości na kiełbaski, które Flan obracał dla niego nad ogniskiem, chłopiec był nie do poznania. Uspokojony, silniejszy i bezpieczny. Gotów mówić.

                                  Kai spojrzał na niego znad kubka z winem, wpatrzonego w ognisko nad którym obracał już trzecią z kolei kiełbaskę.

                                  - Powiedz... Jak to się stało, że wylądowałeś tam w spiżarce?

                                  - Mmm... No. Tato mnie tam wrzucił.

                                  - Tak? - Kai miał cierpliwość. Nie narzucał rozumienia sytuacji, pytał prosto, nie podpowiadał. Nie pouczał i nie pocieszał. Teraz chciał tylko zrozumieć.

                                  - Tak-no... - Chłopiec wyciągnął kiełbaskę z ognia i ułożył na pniaku, zajmując miejsce na drugim obok. Spojrzał na grajka smutno, a płomienie odbijające refleksy w oczach tylko podkręciły melancholię spojrzenia. - A myśli pan, że... No że wrócą? Że mama, tato - wrócą?

                                  - A wiesz dokąd poszli? - zapytał z głupia frant Kai.

                                  - No ja... No pewnie z nimi, no - żachnął się chłopak. - No z tymi, co przyszli. Tate mię przed nimi chował. Mama Suryę chciała, ale nie zdążła pewnie... Zabrali ich w nocy.

                                  - Widziałeś kto?

                                  Kręcenie głową. A zatem co za oni, jacy oni? Rodzice wiedzieli, że przyjdą? Spodziewali się?

                                  - A... – Bard zastanowił się chwilę. - Wiesz, kto to mógł być? Rodzice spodziewali się, że ktoś może napaść wioskę?

                                  - Nie-e. – Ponowił kręcenie Vuk. - Ja nie wiem kto to... Psy zaczęły... Szczekali, ale krótko. Chwilę. Tata mnie zerwał z siennika, wziął szybko, ja spałem jeszcze prawie...

                                  Aktor pochylił się, dał znać, że słucha, ciekawy każdego słowa.

                                  - Zrzucił mnie tak, że aż tak się obtłukłem... O, tu mam jeszcze. – Pokazał nabitego siniaka na chudym ramieniu. - I klapę zamknął, coś grzmotło. Stół zwalił... Mama coś krzyczała, ale ojciec krzyczał, że cicho, że wszyscy cicho być...

                                  - I co dalej było? – Kai dał znak, żeby przed odpowiedzią chłopak spokojnie podgryzł sobie kiełbaski. - Bardzo dzielny jesteś, wiesz?

                                  Vuk mówił teraz przeżuwając, prosta przyjemność łagodząca traumę wspomnienia.

                                  - Ja nie widziałem kto... Ale słyszałem!

                                  - O! A co słyszałeś?

                                  - N-n-no... No nie tak, że dużo słyszałem... – Chłopiec zmiarkował się w chwilowym napływie werwy. - Ale mówili nie po naszemu. Niedużo coś mówili... Ale tak inaczej jakoś... Inaczej jak no... No nie wiem jak...

                                  Kai zastanowił się przez moment. Chłopiec mówił dotąd tylko po keolandzku, czy jak to mówili wszyscy tutaj, po keolsku. Mówił z akcentem, mocnym, dźwięcznym, trochę śpiewnym, a trochę brzęczącym. Tak się mówiło w Yeol, a zwłaszcza na południu i na wsiach.

                                  - Czy mówili może tak?

                                  – zagadnął półelf, zmieniając mowę na wspólny i celowo utwardzając głoski.

                                  Przeczenie. Praktycznie natychmiastowe.

                                  - Nie-e. – Energicznie zaprzeczył Vuk. - Nie tak... Tę mowę ja znam. Tata czasem tak trochu gadał, jak jeździł coś sprzedać gdzieś... Albo jak ci ludzie z Wrót tam przyjeżdżali... Ale to nie tak gadali.

                                  - A może mówili tak? W taki sposób?

                                  – Półelf przeszedł płynnie na bakluński.

                                  - Co? – Zdziwił się chłopak, kończąc kiełbaskę. - A że po takiemu... Nie-no... To nie znam, ale tak nie mówili... Jaka to mowa?

                                  - Bakluńska. Daleko z północy i zza gór – wyjaśnił bard. - Znałem kiedyś bardzo mądrego Bakluna, który mówił tym językiem i opowiadał najpiękniejsze bajki na świecie. Znał wszystkie, wszystkie możliwe historie!

                                  Chłopak chwycił wątek i na moment rozbłysł tą iskrą, która napędza dzieci do zabawy, choćby się wokół waliło i paliło. Ale zaraz zszedł na ziemię, oblizując opieczony patyk i zrzucając go w trawę.

                                  - Nie-e. To nie po takiemu było... – zasępił się. - Tak ciężko jakoś gadali... Twardo... Jak wojsko jakie.

                                  - Że pojedyncze słowa? Jak rozkazy? – spróbował Kai.

                                  - Thraggo! Gillikha! Barrokh!

                                  Dzieciak zdziwił się, że aż podskoczył na gardłowy pokaz orczego w wykonaniu barda. Bądź co bądź, aktor nie znał tej mowy, ale jako obieżyświat i żarłok wiedzy podłapał czasem parę fraz z tego i owego, choćby po to, by potem popisywać się przy kieliszku.

                                  - N-n-nie wiem... Tak dobrze to nie słyszałem wcale... – Zastanawiał się chłopiec. - Ale no... No na pewno tak, że tak krótko... Że jak mówisz pan... Że jak rozkazy... I tak-no... No twardziej tak.

                                  - Mów do mnie Kai, dobrze Vuk? Bardzo nam teraz pomagasz i jesteśmy kolegami, panować sobie nie musimy. – Uśmiechnął się bard. - Zapytam cię jeszcze tylko o parę rzeczy, ale potem odpoczniemy, dobrze? Musisz się wyspać, na jutro mieć siły... Zobaczysz, zaraz wszyscy wrócą. Ja wam coś zagram, ułożysz się wygodnie...

                                  Chłopiec pokiwał głową, trochę z grzeczności, a trochę jakby ze zrezygnowania, zmęczony i niepewny co dalej. Trafił mu się ratunek, ale odpędzić natrętne myśli o rodzinie i co z nią było trudno. I coraz trudniej, gdy gasły kolejne bodźce.

                                  * * *

                                  Niedługo jednak wszyscy wrócili, tak jak obiecywał Kai, zjeżdżając na środek wioski i znajdując barda brzdąkającego lekko przy ognisku. Lara i Migdał mieli dobre wiadomości. Znaleźli trop. Znaleźli ewidentny ślad porwania mieszkańców. Trop wiodący w głąb lasu, na wzgórza, a może i jeszcze dalej. Wiodący w noc i niemożliwy do podjęcia, gdy zostaje tylko światło pochodni. Ale prawdziwy i już nie do zbycia.

                                  - Poślemy jutro po psy... Może po tamtym kawałku sukmany pójdą. Albo po czym innym z wioski – rzucił Migdał na podsumowanie znalezisk, gdy już siedzieli z kubkami przy wieczornym ogniu. - W Roscoe mają dobre ogary... Ale to się zejdzie, nim tu z nimi zjadą.

                                  Seweryn dumał nad raportem badaczki i tropiciela. W tamtą stronę szło się też na Łoh, do innej wioski. Może tam coś wiedzieli? Chyba, że coś wspólnego miało to z tą faktorią Albrechta, która też była gdzieś tam na zachodzie, pod samymi górami. Ten pokąsany dziwak z dziś to byłby ot taki sobie w tym wszystkim przypadek?

                                  - Pana Randala jeszcze widzę nie ma, ale i my opowiemy, cośmy znaleźli. – Przeciął minutę ciszy Marius. - Ktoś sprofanował wioskowy święty kamień tam na wschodzie... Zalał go czymś, o. Tu mam próbkę, kto chce zobaczyć... Czymś takim czarnym jak smoła... Ale nie, nie smoła to.

                                  Zainteresowani zbliżyli się do zdrapanych skorupek czerni, przyglądając się im dokładnie. Najbardziej ciekawscy – Lara i Migdał – nie umieli powiedzieć z czym mają do czynienia ponad to, że pewnie jakaś to farba. Kai przyglądał się jej wnikliwie, a potem sztachnął się zapachem i przymknął na moment oczy. Moment, który dłużył się na tyle, że Ulef w pewnym momencie dla zgrywy szturchnął barda sprawdzając czy ten aby nie śpi.

                                  Poza chwilowym zluzowaniem atmosfery medytatywna analiza barda nie przyniosła mu nic więcej niż obserwacja pozostałych. On jednak też miał swoje znaleziska, które zdobył od chłopca i którymi zaraz postanowił się podzielić. Zdążył akurat skończyć referować, co mówił mu Vuk – nie szczędząc chłopcu zgrabnych komplementów o dzielności i sprycie, które chłopcy wchodzący w wiek nastoletni uwielbiają wysłuchiwać – kiedy do ogniska zaszedł Grebo, zajęty wcześniej oporządzaniem zwierząt, a i chyba rozglądaniem się po wioskowych obejściach.

                                  - Wziąłem tu takie co nieco małe. – Wojak zrzucił na wolny pniak duży kawał mięsa, kusząco dopasowany kolorem pod czerwień u podstawy ogniska. - I coś do picia jeszcze. Zwierzaki nakarmione, obejrzane... Zamknięte na noc.

                                  - Ktoś zaraz pójdzie zmienić Wincenta przy tym truchle giganta, co Ulef? – Migdał dał zbrojnemu pociągnać z gąsiorka, który przyniósł Grebo, ale obowiązki wzywały. - A ja zaczynam niepokoić się, co tam też tak długo panu Randalowi z Sylvem się schodzi... We dwie strony chyba ślady nie poszły?

                                  Randal i Sylv

                                  Tropiciel, wilkową obecnością i nadchodzącym wieczorem niechętny tropieniu oraz paladyn, moźe i też niechętny, ale wiedziony obowiązkiem. Jeden rozglądał się za śladami na ziemi, a co chwila rusz i coraz bardziej za śladami obecności gdzieś dalej wśród drzew, a drugi za pierwszym. I za czymś ulotnym, co złowił nie zmysłami, a czymś głębszym.

                                  Może intuicją, może rycerskim kompasem, a może czym innym jeszcze, czego sam nazwać nie potrafił.

                                  Szli obaj, z Sylvem łypiącym przy ziemi. Tropiciel często kręcił głową, a nawet próbował słownie wyłożyć, że nie ma już co i nie warto, ale żelazny lider duetu był prawdziwie mężem obowiązku. Póki jeszcze resztki słońca pozwalały coś dojrzeć, mieli szukać. Toteż szukali, leząc w głąb lasku i oddalając się coraz bardziej od śladów wczorajszego przyjazdu Bidruna i reszty handlarzy.

                                  W końcu słońce dało już za wygraną i Sylv myślał, że i oni mogą. Ale akurat wtedy, będąc już właściwie na skraju lasu, bo zbliżyli się do jego wschodniej granicy u przesymku, usłyszeli śmiech. Chichot właściwie, diaboliczny i straszny aż ciarki przechodziły do żywego, jeżąc włoski nawet i na paladyńskiej skórze.

                                  - Co za czorty? – szepnął Randal do towarzysza, najciszej jak umiał dobywając ostrza.

                                  - To hieny – wyjaśnił łowca, ale rozpoznaniem nocnego śmiechu wcale nie uspokoił swoich nerwów. - Zda-zdarzają się w tych stronach.

                                  - Ha, ciekawe... Na żywo nigdym ich nie widział. – Doczesne źródło dźwięków rycerza uspokoiło dużo bardziej niż Sylva. - Do padliny zawsze lezą... Zobaczmy tedy, co znalazły.

                                  Grubemu pomysł był głęboko nie w smak, ale Bronson postawił na taktykę faktów dokonanych. Z początku próbował się skradać razem z kompanem, ale gdy tamten nadto mitrężył, rycerz z bronią i tarczą, dodając sobie rezonu uderzaniem metalu o metal, wyszedł na skraj lasu przed pokraczny stary dąb, przed którym zgromadziły się hieny.

                                  Było ich kilka, chyba cztery i nie były to duże sztuki, więc paladyńska odwaga starczyła, aby szybko je przegonić. Spłoszone klątwami Bronsona dały za wygraną i porzuciły próby dobrania się do zwisającej z drzewa padliny.

                                  Światło księżyca, który wzeszedł już na niebo, srebrny jak talar, jasno oświetlało niedoszłą zdobycz padlinożerców. Czy można było to, co wisi uznać za padlinę? - Pewnie jakby spadło to tak, zażartował wisielczo Randal, mrucząc do siebie.

                                  Istotnie, dyndającego na sznurze owiniętym wokół wbitego głęboko w główny pień dębu paliku wisielca na razie nie można było uznać za padlinę. Trzeba było za zdobycz. To było jasne jak księżyc tej nocy. Powieszony na drzewie facet miał skrępowane z tyłu, skrawione ręce i ociekał posoką, skapując na piach u dołu. Jeśli był samobójcą, to wyjątkowym. Zapewne jednym z tych speców od odwiązywania się z łańcuchów i wydobywania z zalanych wodą kufrów, który akurat postanowił tym razem wywinąć sztukę w odwrotną stronę.

                                  - O... O biedak, dobrze że go jeszcze nie dopadły. – Sylv minę miał nietęgą, ale odwaga Randala podbudowała i jego pewność siebie. - Prawie go tu capnęły za nogę, sięgnęły... Kawałek buta, o... Ale... O masz!

                                  - No co?

                                  - Ja znam go... – Tropiciel podszedł bliżej i przytrzymał za buta dyndającego trupa, by uspokoić kołysanie. - Jak się zwie to nie powiem... Ale on z Wrót. Z kompanii którejś, w oberży gom widział.

                                  - Z kim się zadawał wiesz?

                                  - Gdzie tam! – Pokręcił głową Sylv. - Z widzenia tylko kojarzę. Nie nasz, nie ze służby... No nie z Pogorzeli też na pewno.

                                  - Na pewno?

                                  - Nie, on nie stąd. Po naszemu słabo mówił jak go słyszałem kiedy. – Pewność siebie pewnością, ale narastające tym razem dla odmiany od hienich chichotów wilcze wycia zaczęły nadżerać zapas męstwa, który pozostał grubemu. - Tam już na pewno panikują w obozie... Wracajmy może, co? Bo nie chcemy ich w nerwy już wpędzać, dobra?

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #115

                                    Kai (Aro)

                                    Kai jakby nie był sobą, odkąd opuścili Czarne Wrota i obrali kierunek na Pogorzel. Nie, właściwie to z początku dobry nastrój trzymał się go jeszcze. Najpierw rzucał ciekawskie spojrzenia na obcych i nowopoznanych, z którymi miał dzielić szlak – z jakiegoś, sobie tylko znanego powodu, najobficiej obdarzając nimi Mariusa – a później zagadywał to tego, to owego, by umilić sobie jazdę niezobowiązującą pogadanką, ale już szło dostrzec, że typowa dlań werwa zaczynała przygasać. By zgasnąć zupełnie na krótko po natknięciu się na poważnie rannego Grumwida ze skałodrzewem i nie rozgorzeć na nowo nawet przy batalii z potężnym ettinem. Półelf ożył dopiero przy przeszukiwaniu opustoszałej wioski, gdy natknęli się na małoletniego biedaka Vuka. Zrazu przebudził się w nim opiekuńczy instynkt, głęboko zakorzeniony weń przez jego koczowniczą rodzinę Kompanii Wolnych Artystów. Nie raz i nie dwa przyszło im zajmować się sierotami, młodocianymi zbiegami czy porzuconymi dziećmi. Częściej niż rzadziej same lgnęły do obwoźnego cyrku, lecz bywały i wyjątki. Bywało też i tak, że w ciepłym blasku ognisk pomiędzy kolorowymi namiotami, znajdowały się, eufemistycznie rzecz ujmując, istotki po szeroko pojętych "przejściach". Uciekające spojrzeniami, kulące się na nagłe ruchy, nieskłonne wyszeptać choćby jedno słowo. Kai nie tylko napatrzył się na te przypadki. Odgrywał w nich wiodącą rolę. Naturalna charyzma i mało groźna aparycja czyniły zeń wręcz idealnego kandydata do burzenia takowych grubych, mocnych murów. Artysta zatem wyrobił sobie nie tylko czułość serca na dzieci z traumą, a również metodologię Pierwszego zeń Kontaktu.

                                    Także to Kai właśnie wziął na siebie opiekę nad Vukiem. Bo któż inny pośród nich niby się do tego nadawał? Marius, który odnalazł z nim junaka w ciemnej piwniczce, epatował zbyt... osobliwą osobowością i z łatwością przytłoczyłby biedaka nadmiarem wylewanych w jego stronę słów. Randal, Migdał, czy inszy ze zbrojnych? Zbyt groźni, zbyt bezpośredni, zbyt gwałtowni. Seweryn? Półelf wątpił, by cyrulik kłopotał się przyjazną manierą ze swymi pacjentami, a co dopiero małoletnimi znajdami. Doktor Quatermain? Ona jedyna poza nim mogłaby tutaj się sprawdzić, wyglądając równie niegroźnie co on. Naiwni pewnie też zaznaczyliby, że jej bycie kobietą byłoby też atutem, lecz Kai nie przywykł do tak zaściankowej mentalności. Płeć nie oznaczała wszak wrodzonych predyspozycji do określonych czynów. Nieważne jak bardzo wiele społeczeństw wzdłuż i wszerz Flanaess głosiło tę łeż.

                                    Chociaż Kai sporą część pochwał, jakie słał w stronę Vuka podczas rozmowy, celowo poddał "artystycznej egzageracji", nie znaczyło to wcale, że były one kłamstwami. Nie, junak doprawdy dzielnie odpowiadał na zadawane pytania, biorąc pod uwagę tragedię Pogorzeli, brak rodziców, strach przed pozostaniem podwieczorkiem ettina i wreszcie widok obcych ludzi pod bronią. Nawet jeśli przez jego odpowiedzi tajemnica tylko się pogłębiała, podobnie jak niepokój półelfa. Aktor początkowo w duchu rysował Ścieżkę Slerotina jako wątek główny jego pobytu w Drusdygg. Los zaginionych wiosek, Pogorzeli i Wrzosin, z kolei jako wątek poboczny, drugorzędny; ot, pomniejszą historię. Grumwid, skałodrzew – to był już wątek trzeciorzędny. Nawet jeśli nowe substancje odurzające, wpędzające ludzi w szaleństwo i motywujące ich do gryzienia bliźnich (tudzież kanibalizmu, wampiryzmu czy zwykłej wścieklizny), pobudzały w nim niemałą dozę pewnej niezdrowej fascynacji. Teraz jednak Kai zaczynał rozważać, czy to wszystko nie było ze sobą aby połączone. A właściwie czy wątki poboczne nie zrodziły się aby z tego głównego. Wszak odnalezienie Ścieżki zwabiło w te strony wiele przeróżnych osób, instytucji i konsorcjów. Każde z nich snuło własne plany, inaczej widziało swój udział w tej prospericie i wręcz nieuchronnym było, że intrygi wreszcie zaczną puchnąć i mnożyć się potwornie, a wraz z nimi szkody uboczne. Nie wspominając nawet o zagranicznej interwencji z manią na punkcie szkarłatu, która destabilizację regionu widziała najpewniej jako rację stanu.

                                    Koniec końców jednak Kai, gdy już przygotował Vukowi posłanie w chatce nieopodal ogniska, zajął się odpędzaniem tychże galopujących myśli. Wystarczająco już namyślał się wcześniej, raz po raz, w zapętlającej się formie, wspominając prośbę Nyssy i zastanawiając się, jak jej właściwie pomóc. Dlatego też chwycił za swoją lutnię i, usadowiwszy się przy ogniu, uderzył w struny. Nuty rozbrzmiały ponad trzaskiem bierwion, cichy śpiew dołączył doń po chwili.

                                    ♪ Dokąd wcięło mężów stąd
                                    I gdzież bogowie są? ♪

                                    "Ups, nieco niefortunny dobór pieśni," półelf parsknął w myślach. Pusta Pogorzel wokół, z której mieszkańcy zniknęli jak kamień w wodę, jednak nie oburzyła się na wybór artysty.

                                    ♪ Gdzież Rexfelis, sprytny wódz,
                                    Co zwinność ma jak kot?

                                    Gdzież też bard, co strofy śle
                                    I lutnią w dłoni gra?

                                    Myśli te przez noc dręczą mnie
                                    I o jednym tylko śnię...

                                    Chcę bohatera!
                                    Tak tego właśnie mi trze— ♪

                                    — O, jesteście już!

                                    Cicha pieśń urwana została nagle, wpół refrenu, gdy tylko Kai dostrzegł pierwszych powracających towarzyszy. Nie zaprzestał jednak muskania strun palcami podczas kolejnych sprawozdań z nowych odkryć, z trudem opanowując impuls mocniejszych zań szarpnięć, by akcentować dramatyzm rewelacji. O ile jednak wieść o odnalezieniu przez Larę i Migdała tropów napawała optymizmem, tak profanacja świętego kamienia... To strapiło półelfa. I na nowo rozbudziło poprzednie myśli, jakie pętliły się mu pod czupryną. Pogłębiło nawet. Ciężko, doprawdy ciężko przychodził Kaiowi opór przed daniem się porwać temu nurtowi. Być może dlatego zdecydował się nie opierać. Zwyczajnie zaprzestał szturchania strun i, bez zbędnego wstępu, wypalił do wszystkich wokoło i nikogo zarazem.

                                    — Zna ktoś z was suelski może? — Kai mimowolnie zerknął w stronę Lary. Cóż poradzić, ze wszystkich to ona wyglądała najbardziej suelsko. Co w pewnych kręgach było komplementem, a w innych śmiertelną obelgą. — Albo parę słów chociaż? Jakieś komendy, cokolwiek?

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #116

                                      Randal (Mike)

                                      - Wracamy - zawyrokował Bronson. - Trzymaj go, ja sznur odetnę. Pokazać trza trupa medykom, może co wywęszą.

                                      Tropiciel stęknął, gdy trup całym ciężarem spoczął na nim.

                                      - Idź, będę cię osłaniał, jakby te wesołki miały chęć coś przegryźć.

                                      Tropiciel zaklął. Zdarzało mu się wracać po nocy wespół ze sztywnym znajomkiem z karczmy. Ale pierwszy raz, to było tak dosłownie. No i sznur strasznie krzaków się czepiał.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Niedostępny
                                        PaniczP Niedostępny
                                        Panicz
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #117

                                        Lara (Alex Tyler)

                                        Lara siedziała blisko ognia, z kubkiem w dłoniach, czując, jak ciepło płomieni rozprasza chłód, który przyniosła ze sobą z lasu. W myślach wciąż wracała do obrazu wąskiej ścieżki wijącej się ku wzgórzom. Trop był względnie świeży, niemal żywy, pachniał ruchem i lękiem, a jednocześnie znikał w bezwzględnym mroku. Nie cierpiała bezczynności, ledwie zebrała w sobie dyscyplinę, by poczekać do świtu — mimo że wiedziała, że w takiej pracy pośpiech był sojusznikiem pomyłki.

                                        Kiedy Migdał mówił o psach z Roscoe, medyczka uniosła brew, nie z powątpiewania, lecz kalkulacji. Wiedziała, że to dobra myśl, choć czas działał na korzyść tych, których ścigali. W jej drugiej profesji, tej z zamiłowania — czy to w ruinach pustynnego Eryptu, czy w leśnych ostępach Keolandu — trop miał swoją temperaturę. Z każdą godziną stygnął, tracił ostrość, stawał się zaledwie cieniem opowieści.

                                        Gdy Marius przedstawił swój „czarny” dowód, Quatermain nachyliła się nad próbką, obracając ją w białych palcach rękawiczek. Światło ognia wydobywało z powierzchni matowy poblask. I ani on, ani zapach, nie zdołały doprowadzić jej do wniosku głębszego, niż stwierdzenie, że jest to jakaś farba.

                                        Kiedy Grebo zrzucił mięso na pniak, Lara poczuła, jak żołądek przypomina o sobie po długim dniu pełnym intensywnych doznań, ale wraz z tym odczuciem pojawiło się też napięcie. Randal i Sylv wciąż nie wrócili. Doświadczyła w życiu wystarczająco wypraw, by wiedzieć, że zbyt długa cisza w terenie pełnym znaków niepokoju nigdy nie wróżyła nic dobrego. Obserwała płomienie, słuchając rozmów, lecz jej myśli były już na ścieżce ku wzgórzom, gdzie kryły się odpowiedzi — i zbyt wiele pytań.

                                        — Ja znam — oznajmiła, odpowiadając błyskawicznie na sugestywne spojrzenie półelfa.
                                        — Ale nie dlatego, że jestem Suelką - dodała w ramach krotochwili.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Niedostępny
                                          PaniczP Niedostępny
                                          Panicz
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #118

                                          Noc była już w pełni, kiedy zarośla zakotłowały się, wygięły gałęzie i w końcu wypluły na wierzch spóźnioną dwójkę, wlokącą ze sobą pasażera po przejściach.

                                          Wcześniej, przy ognisku, gdzie przyjemnie siedziało się to w chłodnym powiewie wieczoru, to znów w pachnącym szyszkami cieple, gdy podmuch zadął od ognia, trwały niemrawe debaty na temat tego, czy wybrać się grupą poszukiwawczą za Randalem i Sylvem.

                                          Za byli oczywiście wszyscy, ale różnie odmierzano czas konieczny, by wysłać im kogoś w sukurs. Nie wszyscy też naturalnie mogli czy chcieli uczestniczyć w poszukiwaniach. Migdał oznajmił w końcu, bez sprzeciwu, bo każdy po trochu czuł, że może rzeczywiście stało się coś niedobrego (choć kto znał trochę Randala, wiedział, że twarda to sztuka), że jak księżyc stanie w północy, ruszy na poszukiwanie z resztą swoich ludzi.

                                          Kai lubił wygodę, atmosferę ogniskowej komitywy i atencję, jaką darzyli go słuchacze jego nocnych ballad, więc nie w smak mu było zrywać się z miejsca, ale nie zostawiłby jednak kompanów w potrzebie. Było nie było, choć bliższa była mu jedność stołu czy sceny, bitewne braterstwo też się liczyło. Tyle, że teraz miał ważniejsze zadanie, bo jako ojciec z przypadku, musiał zadbać o bezpieczeństwo Vuka, więc niechętny szybkim dobranocom, zebrał się od ognia pierwszy, by wyszykować w sołtysiej chacie miejsca do spania dla siebie i chłopca. Reszta, jeśli chciała, mogła dołączyć. Sienniki czekały w pogotowiu, a dom był czysty i kojąco chłodny.

                                          Zanim jednak chłopak zasnął przy ogniu, a bard zabrał go śpiącego na rękach na nocleg, biesiadujące pod gwiazdami towarzystwo próbowało odpytać chłopca o coś więcej z tego, co usłyszał. Muzyk sugerował by spróbować przedstawić mu frazy w obcych językach, ale niewiele to dało. Doktor Quatermain, której porcelanowa buzia przyciągała oczy młodego sierotki tak pięknem, jak i odmiennością od widywanych na co dzień, śniadych chłopskich lic, spróbowała swoich językowych kompetencji. Ani jednak hasła po starosuelsku, starobakluńsku, ani nawet starooreidyjsku nie pasowały do wątłego wspomnienia, które Vuk wychwycił spod desek podłogi.

                                          Bystra ogniskowa kompania zrachowała, że bardziej miękki, kobiecy głos pani doktor może nie oddawać ciężkości wojskowych głosów (jak niektórzy zaczęli mówić o tym, co chłopiec zasłyszał – słusznie lub nie) i swoich sił z podsuniętymi przez Larę frazami spróbowali zarówno Marius, Kai, jak i Seweryn. Ten ostatni okazał się niezłym poliglotą, sprawnie imitującym akcenty i intonacje, ale i to nie pomogło.

                                          Pozostało wszystkim zatem dumać, co też chłopiec mógł zasłyszeć i czy cokolwiek rzeczywiście niezwykłego. Wszak może przez podłogę, wystraszony, otumaniony uderzeniem, snem i strachem, zasłyszał ledwo co jakieś urywki zwykłej bandyckiej grypsery? Albo i nawet nie to – krzyczeli jego rodzice, napastnicy mogli mówić wyraźnie, by się nawzajem dogadać, ale niekoniecznie na tyle, by cokolwiek rozpoznawalnego dotarło do małego biedaka w ciemności.

                                          Dając sobie przestrzeń na rozmyślania, wybawcy Pogorzeli (na razie tylko jej fizycznych zabudowań, Vuka i zwierząt kopytnych) zebrali się jeszcze do obszukania wszystkich lokalnych chat nim chłopiec poszedł spać, wypytując go, czy aby gdzieś indziej nie ma też skrytek i spiżarek. Nie było co ryzykować, że umknie im inny rozbitek tragedii, którego mogliby nie dosłyszeć.

                                          Znaleziska przyniosły obfity zapas owczych i kozich serów, dżemów, miodu i palinki, co osłodziło zerowy rezultat w osobach ludzkich. Poszukiwania dokumentów czy innych, namacalnych śladów wioskowych problemów również niczego nie wykazały.

                                          Sołtys miał księgę, w której ktoś – jak się okazało po szybkim przeglądzie, Berenika, kapłanka Atroi z okolicy – poświadczał ważniejsze umowy i momenty dla wioski. Umowy i momenty dotyczyły wzajemnych transakcji między mieszkańcami, jak i większych sprzedaży dóbr na zewnątrz, w tym drewna do Czarnych Wrót. Sołtys poświadczał je z początku iksem, a potem koślawymi inicjałami MK, których pisania musiał się z czasem wyuczyć. Widać było, że hołubiona księga prawnie jest mocno wątpliwym dokumentem i wszystko co w niej spisane, rozrzucone datami od jednej wizyty do drugiej, zależy od wizyty siostry Bereniki. Dla wioski miała jednak znaczenie, a przez obecność w sołtysowym domu przydawała mu powagi na wzór szamańskich amuletów u wioskowych znachorów i wiedźm.

                                          Obszukania domów jasno wykazały, że porwania miały miejsce nagle i nie po dobroci. Tu i ówdzie widać było plamy krwi, trafiły się strzępy rozdartych szat i ewidentne ślady szarpaniny widoczne po roztrąconych czy nawet rozbitych meblach. Większość chat była jednak opróżniona bez śladów batalii, bardziej pokornie, choć i tam sienniki były w nieładzie, jakby kogoś zrywano ze snu nagle.

                                          Chaty miały drzwi zamykane na proste skoble, ale nie widać było, aby któreś z nich wybijano taranem czy wyrąbywano toporkiem. Nie, wyglądało na to, że albo ufni mieszkańcy nie zaryglowali domostw na noc, albo prośbą czy groźbą zmuszono ich, by pootwierali napastnikom. Spalenie zamkniętych żywcem zawsze brzmiało bardzo nieprzyjemnie, więc przy przewadze liczebnej nieprzyjaciela czasem taki terror wystarczał, by wymóc co się chciało. Może i tak było tym razem, choć śladów podpalenia w Pogorzeli nie było. Nie, tym razem nomen nie było omen.

                                          Detektywi zrobili na dziś, co mogli i ogniskową biesiadę ze śliwkową brandy i serami miała im przedwcześnie odebrać już tylko wyprawa poszukiwawcza... Szczęśliwie odwołana, gdy dwóch umęczonych spóźnialskich z truposzem u holu wykolebało się w końcu na przestrzeń wioski.

                                          Randal wcześniej kierował robotą Sylva, nakazując grubemu, aby tachał nieboszczyka, kiedy on będzie osłaniał ich pochód, ale zapędził się w swym menedżerskim zarządzaniu. Cierpliwość, jak i ludzkie siły zmęczonego i wystraszonego tropiciela miały swoje granice, więc umęczony zbrojny w końcu zaprzestał przemarszu, kategorycznie deklarując, że on ma to wszystko w chuju i wraca do wioski sam, a jeśli paladyn chce z nim iść to niech sobie idzie, nic go już to w ogóle nie obchodzi.

                                          Na twarde dictum nie było rady – prośbą, ani groźbą niewiele można już było wskórać, więc rycerz musiał zejść z roli zarządzczej i pomóc dźwigać trupa. Nie było łatwo, bo co innego wspomagać zalanego kolegę, choćby i na kocich łbach portowej uliczki, a co innego nosić po nocy przez las martwy ciężar. Zasapani i poznaczeni szramami od napotkanych znienacka gałęzi, junacy dodrałowali na miejsce, gdzie przesyłkę przejęła od nich świeższa reszta załogi.

                                          Można rzec, że każda z ekip wysłanych na poszukiwania wróciła z nich zwycięsko, bo i każda czegoś się doszukała. W duecie Randal-Sylv euforii było jednak najmniej, a rycerz wiedział już, że w grubym wyrobił sobie jeśli nie wroga, to przynajmniej zatwardziałego przeciwnika. Może nie musiał go aż tak cisnąć? Cóż, nawyki wyniesione ze szkoły, gdzie wyżsi rangą ciężko przejeżdżali się po rekrutach czasem wchodziły w krew nawet tym, którzy kroczyli po tej dobrej stronie.

                                          Inna rzecz, że Randalowe poczucie obowiązku, które nakazywało sprawdzić trop do końca i zakładało, że każdy ma spełniać swoje zadanie – choćby i najtrudniejsze, ale takie które mu przypisano – nie zawsze przystawało do realiów dnia powszedniego. Ot, nauka i dla niego.

                                          - Uduszony sznurem, już po wciągnięciu na gałąź – zawyrokował Seweryn, który przyjrzał się trupowi pierwszy, pomagając go nieść. - Widać, że trochę tam sobie podyndał. Krew z powrozów na rękach nie miała wpływu na śmierć.

                                          Lara obejrzała nieboszczyka dokładnie, ale na słowa Drachenwulfa mogła tylko przytaknąć. Ktoś zawlókł tego człowieka do lasu, zawiesił go tam albo wciągnął skrępowanego i śmierć nastapiła przez uduszenie. Nie przez zerwany rdzeń kręgowy, więc nie była to nagła, ani profesjonalna egzekucja, ale okoliczności jasno stanowiły, że nie było to samobójstwo.

                                          Grebo, kiedy Migdał poszedł zmienić go przy cielsku ettina, przyjrzał się ciału truposza z bliska, przyświecając sobie odpaloną od ogniska żagwią. Za refleksją pewności, która przeszła przez jego lico, kiedy już upewnił się, że rozpoznał martwego, przyszlo fuknięcie i charch śliny na trawę.

                                          - Znałem go. Robił w Żelaznej. Ochroniarz od ich górników. Skurwysyn. – Zbrojny spojrzał po zebranych jakby chciał się wytłumaczyć za ostre słowa. - Ja wiem, wiem... O zmarłych to nie wypada. Ale to łajza była... Oszust, w kartach naciągał i potem zgrywał drakę, że to kto inny kłamie... Awantury wszczynał, ludzi tłukł, pożyczał i nie oddawał, a sam jak pożyczał, to ściągał potem wszystek z człeka...

                                          - I z ciebie też? – spytał Randal, który zaczął patrzeć na martwy ładunek u stóp inaczej.

                                          - Nie, ze mną to by mu tak łatwo nie przyszło – oburzył się Grebo. Istotnie, był z niego kawał chłopa, ale i śniady truposz na ziemi był spory. Był dryblasem, a choć bardziej żylasty niż zbity żołnierz oglądający go z góry, to widać było, że miał w sobie siłę. Zapewne mocny kark był jednym z powodów, dla których sznur zadusił go, a nie złamał mu rdzeń. - Ścięliśmy się kiedyś i już go nawet złapałem... A on mię... Ale sierżant akurat pokazał się w sali, to... No to puściłem. Oszukał mnie wtedy na dwa srebrne, menda jedna...

                                          Wygadanego Kaia, który nastawiał ucho za plotkami nie było akurat na miejscu, by podpytać, co on słyszał o umarlaku, ale zbiorowym wysiłkiem reszty drużyny udało się dojść, że zmarły nazywał się (chyba) Vresh albo Wrash i pochodził z Żelaznych Wrót (i rzeczywiście mówił głównie po oeridyjsku i we wspólnym, słabiutko znając keolandzki). Dla większości był personą kompletnie nieznaną, ale na niepochlebne o nim słowa Greba i Sylva niektórzy przywołali jakieś wątłe skojarzenia, że Vresh/Wrash chyba faktycznie nie cieszył się we Wrotach najlepszą opinią.

                                          Los wisielca dodatkowo zamącił w wydarzeniach ostatniej doby, ale zmęczone członki i umysły śledczych musiały zaznać w końcu ulgi, bo następny dzionek miał rzucić ich na trop porwanych. Lara, Seweryn i Marius zebrali się zatem od ogniska, choć przyszło im to ciężej niż ubicie ettina, ruszając na zasłużony spoczynek. Randal, który wiedział, że część załogi czuwa jeszcze przy gigancie oraz pilnuje obozu wziął następną wartę, zwalniając Sylva, ale rotacja składu pozwoliła każdemu tej nocy złapać dość odpoczynku, by sprawnie przebierać nogami dnia następnego.

                                          Może to świeże powietrze, może upojenie zwycięstwem, a może piękno jutrzenki wlewającej się do doliny jak płynne złoto, ale jaki powód czy powody by za tym nie stały, wybudzeni wczesnym rankiem bohaterowie byli na siłach stawiać czoła nowym wyzwaniom. Mocniejsi, mądrzejsi, pewniejsi. I każdy z nich na swój sposób inny, niż kiedy jeszcze zamykał oczy pod dachami opuszczonej wioski.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy