'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
"Cisza po burzy"
Dudniąca burza, która przewalała się po polanie mimo bezchmurnego nieba, przeszła w niepamięć jak to przy górskich nawałnicach bywało. Tam, gdzie jeszcze przed momentem toczyła się walka na śmierć i życie, teraz zostało już tylko przeglądanie ciał i szukanie rannych do dobicia.
Spośród ludojadów, którzy upatrzyli sobie napaść na grupę wypadową z Czarnych Wrót, ostało się dwóch. I jeden...
Jeden gnał przez świetlisty przestrzał wśród świerków, zostawiając pogoń kawałek w tyle. Wiedział, że zgubi ich na dalszej trasie, kiedy będzie mógł przedrzeć się wąskimi ścieżkami pośród wykrotów i znanych sobie nor. Ale nie wiedział jeszcze, że znokautowana wcześniej doktor Quatermain jest z powrotem w akcji. I bierze go teraz na cel.
Zdążył spojrzeć w jej stronę, kiedy usłyszał wystrzał. Nie ukryła się dobrze, ale też nie musiała. Dzieliło ich od siebie ledwie parę susów, a cała taktyka zamykała się teraz w kto szybciej. On czmychał szybko.
Ale od kulki szybszy nie był. Pocisk rąbnął go w bok głowy, wyrywając kawałek czaszki ponad gałęzie, a zmartwiałym ciałem rzucając jak zrzuconym ze sznura praniem.
Randal, który rzucił się za nim w pogoń przystanął wreszcie... I pochylił się, opierając dłonie na kolanach i dysząc ciężko. Zgięty, wypuścił ciężko powietrze, a pozostałe oszczepy wysypały mu się z sajdaka ponad ramieniem.
Marius w tym czasie dobiegł do skraju polany, wychylając się nad zwalonym, omszałym drzewem i wyglądając ewentualnych zagrożeń. Było pusto...
Kai przysiągłby, że jeszcze niedawno temu widział, jak w tamtym zakątku znika jeden z goblinów, ale kolejność faktów rozmywała mu się kompletnie. Czacha dudniła, a niepokój odezwał się zgagą palącą tak, że półelfowi zaczęło zbierać się na wymioty. Które myśli były jego, a które przychodziły z zewnątrz?
Marius zaklął, znajdując to, czego niektórzy uczestnicy walki się obawiali. Migdał, ze sztyletem wpakowanym głęboko w oczodół, leżał w cieniu leszczyny złożony, jakby ktoś naszykował go do grobu. Sylv przygalopował zaraz obok i warknął wściekle, tłumiąc krzyk, ale dla wyrzucenia emocji waląc zaciśniętymi pięściami w wilgotną korę.
Seweryn, jako jedyny, nie postawił ni kropki, ni pauzy w bitewnej scenie. On jedyny wypoczywał prawdziwie, śpiąc sobie smacznie i pochrapując.
-
Randal (Mike)
Złapawszy oddech, Randal pozbierał oszczepy i zawołał do pozostałych:
- Ktoś ranny potrzebuje pomocy? Kto na chodzie, niech uważnie baczy, bo odgłosy walki mogły ściągnąć kogoś jeszcze.
Rozejrzał się po pobojowisku, sprawdził czy któryś z goblinów nie dycha jeszcze. Przydałby się ktoś do przepytania.
-
dr Lara Quatermain (Alex Tyler)
Zdarzały się momenty, gdy nawet najbardziej racjonalny umysł mógłby uznać, że świat utracił wewnętrzną logikę. Lara Quatermain, doktor nauk medycznych, archeolożka i kobieta, która potrafiła rozprawiać o strukturze tkanek niczym poeta o duszy, doświadczała właśnie jednego z takich momentów.
Las nie był już pejzażem. Był aparatem. Wielkim, organicznym instrumentem, który dudnił, świszczał i drgał jak żywy. Strzały śpiewały z lewej, metal odpowiadał echem z prawej, a w tym całym kakofonicznym laboratorium przypadków — ona, z dwulufowym arkebuzem w dłoniach, była tylko jednym z reagentów w reakcji gwałtownej, niekontrolowanej, nieodwracalnej.
Mimo gorejącego w żyłach i sercu ognia, a raczej dzięki niemu, jej umysł i ciało zachowywały maksimum koncentracji, pełnię skupienia na dynamicznie zmieniającym się otoczeniu i kolejnym celu. Panika była dla tych, którzy jeszcze wierzyli, że krzyk jest w stanie zatrzymać śmierć. Jej ręce drżały tylko o tyle, o ile drży ręka chirurga, gdy wycina ostatni fragment gangreny. Niemal na ślepo umieszczała patrony w obydwu złamanych lufach, prochu jednak nasypała na panewkę nieco więcej, niż powinna, potem podciągnęła kurki, słysząc znany i obiecujący dźwięk. Strzał był perfekcyjny. Goblin, który dopiero co podniósł się z magicznego snu, padł z powrotem — tym razem ukołysany snem wiecznym.
Przez ułamek sekundy blondynka czuła satysfakcję, chłodną i ostrą jak błysk skalpela. Potem las znów się poruszył. Powietrze gęstniało, jakby samo życie wokół wahało się, czy to, co widzi, ma jeszcze sens. Goblińskie wrzaski szarpały ciszę jak ręce rozdzierające bandaż. W tych wrzaskach było coś niebezpiecznie ludzkiego — furia, strach, przywiązanie. Lara w swym daleko rozwiniętym humanizmie akurat dobrze wiedziała, jak dalece emocje są uniwersalne wśród humanoidalnych ras.
Nie było jednak czasu na głębsze rozważania na ten temat.
Przesunęła się w bok, w zwinnym ruchu, bez zbędnego pośpiechu. Trzeba było szukać nowej pozycji. Gdy obłok dymu uległ przerzedzeniu, pochyliła się i spojrzała ponad okularami — dostrzegła poruszenie. Ciemny cień wśród traw, przesuwający się z tą zwierzęcą, rozedrganą płynnością. Goblin, ten, który jeszcze przed chwilą odniósł śmiertelnie poważne obrażenia, teraz pełzł ku niej jak pasożyt w ostatnim stadium instynktu.
„Ciekawe, że mimo otrzymanych strat nie ruszyły na mnie wcześniej” — pomyślała z przekąsem czarnooka, prawie rozbawiona. Nawet w takiej chwili potrafiła odnaleźć szczyptę ironii. Śmierć była przecież ostateczną obserwacją. A ironia — ostatnim przywilejem myślącego człowieka.
Unosiła instynktownie arkebuz i nawet próbowała uskoczyć, choć wiedziała, że nie zdąży. Pojmowała to z tej samej chłodnej pewności, z jaką znała wyniki medycznego eksperymentu, nim ten dobiegł końca. Kiedy pocisk ma spaść, mięśnie zawodzą, a czas zaczyna płynąć w rozcieńczonym rytmie — człowiek przez chwilę czuje się wszechwiedzący.
Dokładnie to poczuła, gdy strzała przecięła powietrze.
Nie była to gwałtowna eksplozja bólu, jak w książkach o heroicznych zgonach. To było raczej miękkie zgaszenie światła — jakby ktoś przesunął dłoń po świecy, tłumiąc płomień, ale pozostawiając jeszcze ciepło. Osunęła się, dłonie wciąż kurczowo trzymały broń, która już nic nie mogła zrobić.
Krew. Ciepła, lepka, wstydliwie ludzka. Wcale nie błękitna, jak się powiadało w kontekście ludzi jej pochodzenia, popłynęła powoli, z godnością, jak wszystko, co umiera po raz pierwszy i ostatni.
Zdziwiła się, że nie boli. To było pierwsze, co pomyślała. Drugie — że ciekawie byłoby opisać ten stan. Uczucie odrywania się od ciała. Rozluźnienie włókien, spadek ciśnienia, zanik impulsów — oczywiście w sensie fizjologicznym, choć w jej zwyczaju językiem bardziej poetycko-mistycznym, aniżeli sucho-akademickim.
„Nawet tak bardzo nie boli” — chciała powiedzieć, ale to już chyba był tylko sam nieznaczny i niewyraźny ruch ust.
W uszach szumiało morze — nie to prawdziwe, ale wyobrażone, z odległego Eryptu, gdzie piasek i sól zlepiały się w złudzenie nieśmiertelności.
Świat przesuwał się powoli w bok, jakby ktoś przechylił planszę. Widziała fragment nieba między koronami drzew, widziała zanikający dym z lufy, który unosił się jak cienka smuga kadzidła. I pomyślała jeszcze — że to wszystko naprawdę było piękne. W znaczeniu wzniosłym, ale i estetycznym. Porządek biologii, w którym każde ciało, nawet jej, oddaje swoje miejsce materii.
A potem, z tą naukową ciekawością, która towarzyszyła jej całe życie, spróbowała uchwycić ostatni impuls. Jak długo trwa świadomość po przerwaniu krążenia? Czy to kwestia chwil? Ułamków chwil?
Nie zdążyła tego ustalić.

Lara nie miała pojęcia, jak długo pozostawała zawieszona między światem zmysłów a tą zimną, rozdzierającą pustką, w której nawet myśl nie miała ciężaru i znaczenia. Przebudzenie przyszło z bólem — naturalnym, brutalnym i gwałtownym. Reakcją biologiczną i powrotem do roli świadka zarazem. Zimno przestało być teoretyczną „mniejszą ruchliwością cząstek” i stało się czymś znacznie gorszym: dowodem, że świadomość znów jest uwięziona w materii, w ciele, które z trudem chciało współpracować. Leżała więc chwilę, patrząc w migotliwe światło przeciskające się przez igły świerków, aż łzy, wbrew wszelkiej nauce, zaczęły parzyć policzki ciepłem życia.
Przez chwilę sądziła, że to sen — zbyt nierealny, zbyt dramatyczny, jakby umysł, udręczony zanikającym tlenem, w desperackim akcie postanowił stworzyć sobie katharsis. Ale las był prawdziwy. Krzyk, który się z niej wyrwał, również. Zapach krwi, tak świeży i metaliczny, że aż odruchowo skrzywiła nos, był dla kogoś z jej praktyką i wykształceniem nie do pomylenia z żadną halucynacją. Z trudem poruszyła palcami, potem dłońmi — i dopiero wtedy zobaczyła czerwoną smugę na swoim boku. Strzała. Otwarta rana i stercząca brzechwa. Surowa rzeczywistość bez żadnych mistycznych poprawek.
Na skraju jej dobudzającej się świadomości rozgrywała się bitwa. Słyszała szczęk oręża, przeciągły świst pocisków, a potem magiczne zawodzenie — to samo, które przypomniało jej, że współpracuje z ludźmi, którzy ufają zarówno zaklęciom, bogom, jak i losowi. Nie widziała ich dobrze, tylko sylwetki, przemykające wśród drzew — Randal, Marius, Seweryn. Ale znała ich głosy, znała też już ich sposoby poruszania się w walce.
Chaos wokół zdawał się mieć w sobie jakiś paradoksalny porządek, jakby każdy dobrze wiedział, w którym miejscu ma umrzeć lub przeżyć.
Kiedy gobliny zaczęły uciekać, Quatermain poczuła tylko zimny odruch inicjujący mechanizm działania. Strach, ten irracjonalny pasożyt, który pojawił się wraz ze świadomością otarcia się o śmierć, ustąpił miejsca czystemu procesowi analizy: przeciwnik w ruchu, dystans niewielki, poprawka o wiatr i trajektorię. Strzał był niemal automatyczny, jakby na skutek niedawnego doświadczenia w jej ciele obudziło się coś starszego niż nauka, coś, co znało śmierć z czasów, gdy ludzie jeszcze nie rozróżniali jej od snu. Głowa goblina pękła z tępym trzaskiem, a przez ułamek chwili Lara miała absurdalne wrażenie, że to ona sama otwiera oczy po raz drugi.
A potem nastała cisza. Nie dosłowna — wciąż było słychać brzęczenie owadów, jęki rannych, szelest drzew — ale taka, która pojawia się w człowieku, kiedy wie, że znowu jest częścią materii. Dr Quatermain, medyczka, archeolożka, badaczka, odkrywczyni, poszukiwaczka przygód i łowczyni antycznych skarbów, powoli zsunęła się na kolana i brudząc tym samym nieskazitelnie białe jedwabne pończochy, oparła się o ziemię, która pachniała żywicą i krwią. Z jej boku sterczała prymitywna goblińska strzała, drgająca lekko przy każdym oddechu.
Natychmiast sięgnęła po torbę, skórzaną, przybrudzoną kurzem i tłuszczem, tę samą, z którą wędrowała przez pół Flanaess. Znała jej zawartość jak mapę własnego umysłu: bandaże z lnianego płótna, ampułki ze spirytusem, nici chirurgiczne, metalowe szczypce, igły, kleszcze, zwoje gaz. Ułożyła wszystko starannie na ziemi, w geometrycznym porządku, jakby przygotowywała mistyczny rytuał, w którym jedynym bogiem jest biologia. Ręce drżały, lecz precyzja została — to była jej magia. Wstrzymała oddech, wzięła szczypce, złapała drzewce strzały i, zaciskając zęby, jednym ruchem wyciągnęła grot z ciała. Ból uderzył jak piorun, wyciskając z gardła wysoki jęk, ale zaraz potem nadeszło błogie uczucie ulgi. Ciało wracało do porządku, do fizjologii, do tego, co znała najlepiej — a z każdą kroplą krwi, którą tamowała, wracało również życie.
-
Seweryn Drachenwulf (Rewik)
Nie postawił ni kropki, ni pauzy w bitewnej scenie. Śpiew i jego magia zmogła go, lecz świadomość pracowała jeszcze.
- Kto cię wysłał zdradzie...
Oczy kleiły się, wizja zamgliła. Usnął, lecz kiedy ciepło spływającej do głowy krwi, przywróciło wyrwaną bardowską przemocą świadomość, myśl wpierw zakiełkowana, dalej się rozwijała. Przebudził się. Krew sączyła się po rozciętym ramieniu. Przez głosy dochodzące do jego uszu, zdołał zorientować się, że jeden z nich zginął. On sam nie utracił wiele krwi, lecz magia otępiła i osłabiła go dodatkowo, wciąż z trudem walczył, by na powrót nie zamknąć powiek.
Mieli też rannych. Chyba ktoś go wołał. Cyrulika znaczy, nie Seweryna. Sprawną ręką wyciągnął spod siebie pakunek, a w nim wygrzebał płótno. Bledszy na twarzy niż zwykle, zębami i dłonią przewiązał je nad raną. Nerwowo poszukał noża. Leżał tam długi, jak przedramię martwego goblina i równie pokrwawiony.
Kiedy szedł w stronę elfa, zataczał się jeszcze, nie w pełni wybudzony. Nóż ubrudził mu tunikę w kilku miejscach, zostawiając ciemno-krwawe ślady.
- Wcią...wciągnąłeś nas w zasadzkę elfi sku-skurwielu! - rzucił wyzywająco w stronę Kai'a - Jesteś szeptuchem. Trzymasz z nimi? Od samego początku!?
Seweryn uniósł nóż. W jego oczach gorzał gniew i zło, jakiego z pewnością wcześniej tam nie było. Chęć mordu. Kai musiał czuć to w jego spojrzeniu.
-
Kai (Aro)
"A nie mówiłem?"
Trzy słowa złożone w retoryczną figurę, której użycie przynosiło mu niepomierne pokłady satysfakcji, w obecnej chwili zdały mu się nie na miejscu. Na skraju polany zatem, tam gdzie zaczynały się szumiące zarośla i gęste runo obecnie skalane jeszcze ciepłymi truchłami goblinów, w pobitewnej ciszy przerywanej jękami, stękami i zaaferowanymi głosami towarzyszy, Kai uczynił coś niespodziewanego, niezwykłego i zupełnie doń niepasującego – ugryzł się w język. Korony drzew i rozłożyste gałęzie nad głową bujały się ciut zbyt mocno, jak tylko pod górskimi podmuchami, żołądek wykręcał żółcią podchodzącą do gardła, serce dudniło w śniadej piersi. Policzek i ucho, przeorane goblińską strzałą, piekły niemiłosiernie i broczyły gorącymi strużkami w dół szczęki, wzdłuż szyi, by plamić kołnierz skórzanej kurty i rozchełstanej koszuli. Smukła dłoń, uniesiona do rany, odeszła czerwienią. Półelf syknął mimowolnie przy tym, po czym skrzywił się. Grot wyrwał z ucha jedną z jego ulubionych ozdób, srebrny kolczyk, pamiątkę sprzed lat. Gdyby nie słabość ciała, wstrząsanego drżeniem i świat kręcący się jak na rauszu, zapewne ruszyłby szukać zguby o wartości sentymentalnej. Bądź gonić za ostatnim goblinem, który dał drapaka. Ale nie mógł.
Mógł tylko oprzeć się o wiekowy pień, zgiąć w pół z dłońmi na kolanach i oddychać głęboko. Tylko po to, by po paru chwilach zjechać w dół drzewa, usiąść na ziemi i wznieść przymknięte oczy ku niebu. Nie miał sił na nic. Nawet na to, by sprawdzić czy doktor Quatermain i Migdał przeżyli batalię. Właściwie to nie musiał. Krzyk Sylva i uderzenia pięści o korę odpowiadały na połowę tego pytania. Echo ostatniego wystrzału arkebuza, nadal przechodzące przez las jakby ścigało uciekającego goblina, z kolei na drugą. Niemający w zwyczaju dawać upustu swym emocjom na typowo "męską" modłę Kai, pochylił głowę do przodu. Pozornie jakby chciał oddać się krótkiej modlitwie i zawierzyć duszę Migdała Wee Jas. W rzeczywistości tylko po to, by zaraz ponownie odchylić ją w tył. I parę razy jeszcze, przeklinając żółtoskóre szkodniki, do niedawna okupujące polanę.
— Bodaj diabły was pospołu brały z obu stron, w rzyć chędożone sucze syny — wyszeptał epitafium dla goblinów.
Kai trwał tak na swym miejscu. Skrwawiony, półprzytomny, pokryty kurzem, pyłem, listowiem i kawałkami kory. Dopiero skierowane ku niemu oskarżenia zmusiły jego uwagę do powrotu na polanę.
Seweryn:
Kiedy szedł w stronę elfa, zataczał się jeszcze, nie w pełni wybudzony. Nóż ubrudził mu tunikę w kilku miejscach, zostawiając ciemno-krwawe ślady.- Wcią...wciągnąłeś nas w zasadzkę elfi sku-skurwielu! - rzucił wyzywająco w stronę Kai'a - Jesteś szeptuchem. Trzymasz z nimi? Od samego początku!?
Seweryn uniósł nóż. W jego oczach gorzał gniew i zło, jakiego z pewnością wcześniej tam nie było. Chęć mordu. Kai musiał czuć to w jego spojrzeniu.
Spojrzenie półelfa prędko zaczęło trzeźwieć. Bicie serca znów jęło przyspieszać. Zbyt dobrze wiedział, że inwektywy na tle rasowym nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Nie sięgnął jednak po broń, nie odnalazł palcami któregoś z lekkich noży skrytych w fałdach odzienia. Nie widział na razie ku temu potrzeby. Dłonie zacisnęły się tylko na zruszonej ziemi, zebrały grudy. Kai gotów był zapoznać cyrulika z nieczystymi, ulicznymi zagrywkami gdyby ten od głupich słów postanowił przejść do jeszcze głupszych czynów.
— Niesamowite! — krople jadu osiadały na posłanej Drachenwulfowi ripoście. — Każde twe oskarżenie, które właśnie z siebie wyrzuciłeś, jest błędne.
Artysta zaśmiał się. Próżno w tym dźwięku było jednak szukać choćby krztyny humoru.
— Aleś rzeczywiście trafił z nimi, doprawdy winszuję przebłysku intelektu — usta zadrgały w kpiącym uśmieszku. — "Od samego początku" istotnie, jeszcze jakem był w Gradsulu to już knowałem z nimi. Szeroko zakrojona goblińska konspiracja, panie Drachenwulf! Nawet na królewskim dworze, w Niole Dra, mamy agentów. A że mnie skrwawili, to miało być dla niepoznaki i zmylenia was. I byłoby nam się wszystko udało, gdyby nie wścibski cyrulik!
-
Seweryn (Rewik)
Seweryn od zawsze źle znosił kpiny, a zdawałoby się iże powinien on był już nawyknąć, wszak tak często niegdyś ich doświadczał. Kłykcie pobielały, na ściskanym nożu, a oczy prędko wkręcał się w niego i otoczenie.
— Magyi na mnie użyłeś. Wołałeś. Przeciw mnie i nam wszystkim — wysyczał jak wąż. — Celowo to, byśmy dalej w pościg ruszyć nie mogli.
Jedno w głowie Seweryna się nie zgadzało, ale być może Kai był się przeliczył, myśląc, że bez szwanku zdoła zbiec. Blady był, słaby. Tak jak i on. Miast odpuścić, zbliżał się dalej, groźbę urzeczywistniając.
-
Randal (Mike)
- Wstrzymaj się, nim uczynisz coś czego żałować będziesz - powiedział Randal, robiąc krok w jego kierunku, ale nie czyniąc żadnych wrogich ruchów. - Schowaj nóż.
Obserwował Seweryna zachowującego się nad wyraz niecodziennie.
-
Seweryn (Rewik)
— Niechajże wykłada, co to miało znaczyć. - Miast schować nóż wskazał elfa czubkiem ostrza. — Wołał, że czysto. Ktoś z nas mógł teraz gryźć ziemię. — Nie wiedział, lub zdawał się jeszcze wypierać zawołania, które wcześniej doń dochodziły, że Migdał nie żyje.
- Słyszałeś moje uprzedzenie tam... — kiwnął głową w tył, zwracając się teraz do Randala i na chwilę odwracając wzrok od swej niedoszłej ofiary. Myśli jednak nie dokończył — Zdradźca to, albo głupiec. W obu przypadkach działa nam na szkodę.
Broń opuścił wreszcie widząc chyba, że bard nie był w stanie im uciec, gdyby chciał.
-
Walka – rozumiana klasycznie, czyli jako brutalne i dynamiczne okładanie się nawzajem – dobiegła końca. W luźniejszych ujęciach mogła jednak trwać dalej.
Wychodziło przecież na to, że jeden z napastników uszedł z życiem i mógł jeszcze ściągnąć posiłki. Kto wie, czy aby lada moment powietrze znów miało nie zaświszczeć od wypuszczanych z ukrycia strzał?
A jeszcze bliżej, całkiem na świeżo, szybko kiełkowało zasiane między towarzyszami przez złą magię ziarno. Omotany umysł Kaia wciągnął kompanów w pułapkę i choć nie było w tym jego winy, to teraz przyszło mu tłumaczyć się z działań, gdy bujał się na sznurku goblińskiego czarownika. Że zaś w rozpalonej chwili sięgnął po kpinę, miast chłodzić amok wściekłego Seweryna, który najpierw barda uratował z tarapatów, by później od jego-nie jego magii paść w letarg, to sytuacja zrobiła się prawdziwie wybuchowa.
Lara

Lara spoglądała na sytuację z daleka, ale wyłącznie w sensie fizycznym, bo jej obrotem była żywo zainteresowana. Wiedziała, że półelf sięgnął wcześniej po czary, by uśpić gobliny, ale to on sam wywabił wcześniej ją i Claude'a na polanę. Co by nie mówić, to jego sygnał dał początek starciu, które Migdał przypłacił życiem.
Doktor Quatermain nie stroniła od akcji, ale gdy zdarzały się przypadki tego rodzaju, zdecydowanie preferowała chłodny osąd i precyzję analizy. Tyle, że – może za sprawą bliskiego randez-vous ze śmiercią, które (co poznała z pierwszej ręki) nie pozostawiało człowieka takim samym – ciężko jej teraz było skupić myśli i ułożyć cokolwiek w sensowną całość. Ona sama nie widziała, co poróżniło kompanów, ale zachowanie Kaia zdecydowanie wymagało wyjaśnień i nie dawało się zrzucić na karb bardowskiej niefrasobliwości.
Randal

Randal był bliżej centrum wydarzeń – tak obecnie, jak i przed ledwie minutą, gdy krew sikała na świeżo, a czary płynęły przez Eter. W pierwszej chwili, biegnąc za zdobyczą, nie powiązał osłabienia członków z Kaiem, ale lada moment wszystko stało się jasne. Zrozumiał, że wpadł pod wpływ magii, ale nie rozumiał dlaczego. Czy bard skrewił z zaklęciem?
Paladyn wiedział, że tak czasem z czarami bywało – ktoś pomylił to czy owo, a magia zamiast spaść na wroga, padała ogniem obok, albo, co gorsza, siała szkody po własnej stronie. Może jednak szło o jeszcze coś innego i śpiewak zlitował się w swym miękkim, pacyfistycznym serduszku nad goblinami? Ale to byłaby skończona głupota, bo w zalesionym terenie pokurcze były diablo niebezpieczne. Wystarczyło wleźć na kolejną taką polanę, gdzie tym razem pokraki nie będą ucztować, ale czekać w zasadzce i po ptakach, świst strzał, a szaraki mają świeży posiłek.
Marius

Marius miał najsłabsze rozeznanie w temacie, bo na miejsce dotarł jako ostatni. Zdziwił się, że we własnych szeregach burzy się krew i kompan dybie na kompana. Nie wiedział, o co poszło, ale wolał, żeby nikt więcej już nie ucierpiał – dość było, że główny przewodnik, który wywiódł ich w dzikie ostępy legł martwy i teraz mieli do wyboru, albo brnąć w nieznane w stronę potencjalnego wroga, albo ostrożnie cofać się po własnych śladach. Choćby z czystego pragmatyzymu lepiej byłoby zostać w pełniejszym składzie...
- Półelf uśpił swoich i wciągnął ich w pułapkę. – Zaszumiało Mariusowi w głowie, gdy odbił się od zwalonego drzewa, za którym poległ Migdał i wziął kurs na drużynowe starcie. - Ale nie z własnej woli. Jeden z goblinów był Mówiącym. Ciekawy przypadek. Dopilnuj, żebyś mógł mu się dobrze przyjrzeć zanim... Zrobią z nim, co tam już sobie upodobali.
- Dobrze – solennie potwierdził kapłan, łapiąc się, że mówi to na głos.
- Powstrzymaj ich teraz... Jeśli chcesz – doradziła szumiąca bryza. - Możesz powiedzieć, że ten nieduży, ze spiłowanymi kłami i piórami we włosach jest czarownikiem i omotał tego waszego barda. Ludzie nazywają takich psionami, ale nie wiem, czy ktoś z nich to skojarzy. Może niebawem będą mieli okazje doświadczyć tego... Pełniej.
Kai i Seweryn


Krew kapała z Sewerynowej ręki, którą poranił mu jeden z goblińskich siepaczy, zlewając się strużką po ziemi ku plamom, które upuszczał nieporadnie próbujący tamować krwawienie Kai. Obaj przyczynili się do zwycięstwa nad wrogiem, ale każdy widział z całego starcia tylko wycinek, który budował wrogość i przybliżał kolejny upływ posoki.
Seweryn wiedział, że padł ofiarą czaru i słusznie zrachował, że była to robota półelfa. Półelf wiedział tyle, że któryś z goblinów wpakował mu się do głowy i narobił tam kompletnego bigosu. Pamiętał słowa, które sam wypowiadał i zaklęcia, które wyśpiewywał, choć sam nigdy nie wystąpiłby przeciw druhom, ani wzywał ich jak głuptak na środek polany, gdy widział, że obok płoną goblińskie ślepia.
Obaj mierzyli się złym wzrokiem, ale mieli jeszcze dość oleju w głowie, by żaden nie postąpił o krok za daleko. Aby zaś upewnić się, że taki ruch ku zgubie nie nastąpi choćby przez głupie potknięcie, między kompanów wkroczył wołający o spokój Randal.
-
Marius (Brilchan)
- Towarzysze wszyscy pracujemy dla Kompanii! Nie możemy się mordować nawzajem! Wyczuwam od tego ze spiłowanymi kłami i piórami dziwne fluidy - wskazał odpowiedniego goblina.
- Ten rodzaj czarownika ludzie zwą Mówiącymi albo Psionami. Pan Kai został przezeń omiatany i wprowadził świętej pamięci Pana Migdała w pułapkę, ale nie zrobił tego z własnej woli. Nie pozwolę na mordowanie Pana Kaia starczy, że Pana Migdała dziś straciliśmy - oznajmił i stanął, pomiędzy bardem a kimkolwiek kto chciałby go zaatakować.
-
Płonące oczy wygasły nieco, gdy Marius wkroczył między zwaśnionych kompanów, głosząc swą dziwaczną prawdę o czarodziejskim goblinie. Kai przysiadł na rozrąbanym pniaku masując obolałą czaszkę, a Seweryn schował nóż poza widokiem, skupiając aktualne wysiłki na zatamowaniu słabnącego krwawienia z poranionej ręki. Randal też mógł odetchnąć, zadowolony, że burza przeszła bokiem.
W tym wszystkim odsapnęła i Lara, która mogła przysiąść i pełniej poświęcić się trosce o własny organizm. Wcześniej działała szybko i odruchowo. Sprawnie, ale nader optymistycznie wobec przyjętych obrażeń. Nałożone pospiesznie opatrunki okazały się za słabe i dopiero za trzecim razem, wiążąc supły roztrzęsionymi rękoma i nakładając balsam drżącymi palcami medyczce udało się dopiąć swego.
Minęła dopiero dłuższa chwila, nim kobieta poczuła, że prawdziwie wraca do siebie, ale profesjonalnie opatrzeni, zarówno ona, jak i Seweryn, byli z powrotem na chodzie. Pozostało jeszcze zająć się Kaiem i tu stawało pytanie, czy cyrulik skorzysta z szansy, by zakopać topór wojenny czy złe emocje, nawet przygaszone, będą buzować gdzieś pod osłoną obojętności.
W tych dusznych chwilach był czas, by pokątnie rozejrzeć się wokół.
Skrwawione gobliny leżały w różnych zakątkach polany, zmartwiałe jak wypchane zwierzęta w muzeum. Wyglądały chudo, brzydko i pokracznie, choć nie sposób było nie zauważyć, że mimo nader ostrych rysów i niewymiarowych sylwetek są ludziom całkiem podobne. Miały podobne ludzkim szmaty na sobie i prymitywne pancerze.
Choć... Niektóre z pancerzy wyglądały jakby nieco lepiej, niż sugerowałaby goblińska prezencja, więc albo miały w swym plemieniu kogoś zdolnego, albo handlowały z kimś takim. Rozmiarowo ich koszulki kolcze i hełmy były jednoznacznie mikre, a popularność dziecięcych zbroi w Wolnej Lidze nie była w trendzie, więc osprzęt musiał mieć inne niż ludzkie źródła.
Ubite stworzenia były szare, sinawe lub niebieskawe jak napuchnięte na drugi dzień limo, więc różniły się nieco od goblinów, które dobrze kojarzyli podróżnicy z centralnego Flaanaess. Poza tym jednak nie odbiegały od standardu. Ten wskazany przez Mariusa rzeczywiście różnił się nieco, wyglądając na szamana czy innego znachora, ale po prawdzie, każdy truposz wyglądał nieco inaczej. Jedno, co ich – poza goblińskością i martwową – spajało, to wronie czy krucze lotki na strzałach, które nosili w kołczanach.
Gobliny musiały być na polanie już dobrą chwilę, bo zdążyły wcześniej rozpalić ogień i zacząć pichcić coś sobie w garncu, który udało się teraz wypatrzeć w zaroślach. Coś składało się z resztek owego zamordowanego dziecięcia lat sześciu do dziesięciu, które wpadło szarakom w łapy. Trzeba by mocniej przyjrzeć się zbezczeszczonym resztkom, by określić, czy kanibale zabili swoją ofiarę, czy po prostu skorzystali z tego, co znaleźli w lesie. Na pierwszy rzut oka szło jednak dojrzeć, że "mięso" (a widok przewalał niektórym bebechy jak w toczonej beczce) było świeże.
Dziecko – wychodziło na to, że chyba tym razem dziewczynka – nie błąkało się po lesie od dawna, ani nie zmarło w nieopisanym "kiedyś". To zapewne była jedna z ofiar wioskowych porywaczy...
Być może uciekinierka, która wpadła z deszczu pod rynnę?
A może dziecko porzucone jako zbędny balast, który opóźniał grupę (to mogłoby tłumaczyć, że ślady, które wcześniej dało się lepiej wyłowić po drodze były mniejsze – czyżby należały do malców, którym brakło sił i ociągały się z tyłu)?
A co jeśli gobliny były ariegardą większej grupy, która zabrała porwanych do ich siedzib – może ta grupa została z tyłu, by odpocząć i posilić się po forsownym marszu (dotąd nie musieli obawiać się pościgu i wyglądałoby na to, że już-już im się upiecze)?
Albo dzieciak trafił do goblinów jako "towar" – opłata za bezproblemowe przejście dalej, a może nawet "usługę" (czy pokurcze miały tu na rozkaz porywaczy czaić się na ewentualny pościg)?
Może zwyczajnie dziewczynka padła w drodze z wycieńczenia, a bezduszni napastnicy zostawili ją tu na pastwę losu i gobliny zwyczajnie zwęszyły okazję?
Dojść prawdy nie było łatwo – wątłe ślady dalszego pochodu wiodły niedaleko polany i wyżej, ku górom. Pozostawało sobie zadać pytanie, czy bez Migdała możliwe będzie odczytywać je równie sprawnie jak dotąd. Oraz czy bezpiecznie będzie zapuszczać się dalej, gdy Drusdygg pokazało już swe złe, zębate oblicze.
Cóż, zdania mogły być podzielone, ale widać już było, że Sylv ma jasno wyrobioną opinię w temacie.
Co dalej czekało jednak bliższych rozwiązań, a zbierająca się do kupy drużyna na razie stawała wobec prostszych decyzji.
Lara wyleczona na full (ale miały miejsce trzy testy na ST 15 – dwa nieskuteczne; trzeci skuteczny; proszę odpisz sobie trzy ładunki z Zestawu Uzdrowiciela). Z racji nokautu ma 1 poziom Wyczerpania, więc do czasu short restu ma disadvantage na testach umiejętności/atrybutów. Utracono też 1/2 PP.
Seweryn wyleczony na full. Odpisz sobie 1 ładunek z Zestawu.
-
Marius (Brilchan)
Kolejne modły nad zwłokami
Mariusowi wydawało się, że prowadził twardy żywot, jednak na widok dziewczynki zamienionej w potrawkę bebechy zrobiły mu fikołka niczym wieloryb wynurzający się z otchłani.
Wyjął zwłoki dziewczynki z gara omodlił je podobnie jak imć Migdała i przykrył listowiem, aby wkrótce pochować biedne dziecko.
~Czyżby to była siostra Vuka ? Tak czy inaczej, szkoda biedactwa ~ - Pomyślał z żalem.
Oględziny goblińskiego czarownika/szamana
Aby odwrócić swą uwagę, od czarnych myśli ruszył wykonać polecenie Mistrza: Dokładnie obejrzeć czarownika opisanego jako psion! Wpierw przejrzy wszystkie jego szmaty i tobołki, wyrwie zdobione kły, sprawdzi skórę w poszukiwaniu tatuaży na koniec spróbuje rozłupać gobliniemu Mówcy czaszkę, aby sprawdzić, czy jego mózg różni się czymś szczególnym.
Plany na najbliższą przyszłość
Gdy już dokonał swych makabrycznych oględzin, postanowił odezwać się do grupy:
- Sądzę, że powinniśmy pochować zmarłych ludzi, czyli Pana Migdała i dziewczynkę w pobliżu tamtego kamienia. Współczuje mieszkańcom wioski, ale nie możemy im pomóc i nie nasza to rola. Straciliśmy już Pana Migdała, a ja dycham tylko dzięki pomocy Pana Seweryna i Pana Randala... Uważam, że powinniśmy wrócić na szlak i spróbować dokończyć misje, którą wyznaczyła nam Kompania, choć bez ekspertyzy naszego nieodżałowanego tropiciela będzie to ciężkie.... Oczywiście po odpoczynku. - Miał świadomość, że ledwo zna tych ludzi i jego głos miał najmniejszą wagę w grupie, ale i tak się wypowiedział.
-
Randal (Mike)
- Ruszajmy dalej, martwym poza pochówkiem więcej pomóc nie możemy, a taszczyć zwłoki przedkładając je ponad życie porwanych? Głupota i grzech. I konflikt prawny, bośmy zobowiązali się do wykonania zadania, a wracając porzucimy je - Randal zaatakował werbalnie z trzech frontów naraz. - Musimy ruszać dalej, nim trop ostygnie.
-
Składamy się do kupy...
Leśna polana, której należało się po krwawej bitwie jakieś miano, wyróżniające ją spośród innych górskich polan Drusdygg, schwytała przybyszów w swą przestrzeń, zatapiając ich niby w żywicy. Zbliżmy jednak oko na sprawy Kompanii, nie patrząc tak bezosobowo i z wysoka.
Czas zdawał się rozciągać i rozciągać na Migdałowej Polanie, zaś pytania pozostawały bez odpowiedzi, decyzje niepodjęte, a groźby w powietrzu i złe spojrzenia nieugaszone. Rewelacje Mariusa o czarowniku wśród goblinów ostudziły krew Seweryna, ale nikt spośród obu zwaśnionych towarzyszy nie palił się, by wyjaśniać więcej czy przepraszać.
Cyrulik demonstracyjnie schował nóż i widząc, że półelf wciąż wykapuje na trawę, równie demonstracyjnie wydobył zawiniątko robiące za najbardziej mobilną z apteczek. Nie mówił nic, złagodził minę i twarz miał zwyczajną (czyli po swojemu nieprzyjemną), ale gestem jasno dał znać, że chce pomóc. Kai jednak machnął ręką z aktorską wprawą, która potrafiła prostym gestom nadawać dziesiątki znaczeń. I tak, niby to tą ręką prychał, że nic-to i nie-ma-co, nie ma potrzeby pomagać, trochę osłaniał się z surowym nie podchodź, trochę odganiał Seweryna jak natręta, a jeszcze haczykiem sięgał po oschłe dzięki, jak przy machnięciu niepotrzebnemu kelnerowi.
Medyk wzruszył na to ramionami, schował swą mini-apteczkę i poszedł za Mariusem, który zbliżył się do goblińskiego szamana na oględziny. Czarownik – jeśli był nim w istocie – fizycznie nie odróżniał się zanadto od pozostałych, choć Seweryn sprawdził fachowo, że głowa dziwnie długo trzyma u niego temperaturę jak na kogoś ewidentnie zabitego. Medyk rachował, że z niejasnego powodu – mimo niebijącego już serca – krew pod czaszką nadal krążyła, a zatem pewnie mózg zachowywał szczątkową aktywność.
Marius nie był ekspertem od anatomii, ale czując łączność z siłami poza anatomicznym poznawaniem, również odnotował resztkę obecności goblińskiego ducha. Znał podobne odczucie, gdy myśl płynąca do niego Stamtąd wwiercała się pod czaszkę i rozkazywała, by potem stopniowo odpłynąć, ale zostawić po sobie pełgający posmak, który dawał wrażenie, że Ktoś Wciąż Tam Jest (mimo zatraconego kontaktu). Goblin musiał umieć korzystać z telepatii, a jego magia miała raczej źródła w umyśle niż w inkantach z ksiąg, czy modłach do bogów.
Oględziny ciała ukazały chuderlawą, kościstą sylwetkę, która była pokryta szeregiem prostych tatuaży. Część była prostą geometrią, ale trafiały się też czachy czy jakieś formy run ułożonych w nieznane nikomu słowa. To co było wspólne dla Szczuja i jego pobratymców (tam, gdzie pobieżny przegląd pozwolił dojrzeć), to tatuaże z czarnym ptakiem, dziabane w różnych miejscach, acz z dominacją rąk i szyi.
Goblin miał prosty, acz ewidentnie niegobliński kordelas i kilka zwykłych noży. Poza tym – jak i pozostałe – kołczan i krótkie łuki, ale dziwnej, dostosowanej do pokurczy konstrukcji, która sprawiała, że niewygodnie było je chwytać. Przy sznurowanym pasku czarownik miał swoją skórzaną saszetę, ale z racji, że nie sięgał po magię w standardowym wydaniu, brakło tam spodziewanych ziół czy eliksirów. Zamiast tego było trochę bezwartościowych błyskotek, mały mieszek z monetami, królicza łapa (w nienajlepszym stanie) i spora bryłka – tak, tak – złota.
Złoty samorodek był nie większy niż piąstka niemowlaka i nieco zanieczyszczony, ale musiał mieć solidną wartość. Przy przeglądzie monet Mariusa i Seweryna zaciekawiła proweniencja niektórych: kilka złociszy było standardem Wolnej Ligi, zaś poza tym trzepotały się tam ludzkie miedziaki i parę srebrników. Wśród monet był też jednak z tuzin takich, jakich obaj patrzący nigdy nie widzieli. Kanciastych, pięciokątnych i bardzo starannie odlanych. Tu nie było nierówności standardowej prasy, ale dobrze do siebie pasujące wzorce. Każdy z pięciokątów okalały runiczne opisy, zaś w środku na awersie i rewersie znajdowały się symbole. Raz była to forteca, raz ścięty krzyż, a przy innej monecie półotwarta korona z toporem i tarczą. Poza tym duże, pojedyncze runy.
Nie sposób było zrachować, czy zrozumieć znaczenia tego, co na monetach, ale pewnym było, że nie są goblińskiej roboty. Mniej pewnym, ale łatwym do wydedukowania było, że robota ma coś wspólnego z krasnoludzką, albo podobną, acz nic ponad to nie przychodziło obserwatorom do głowy.
* * *
Kai został na pniaku w aktorskiej pozie zbolałego twardziela, któremu wszystko jedno, ale Lara dostrzegła fachowym okiem, że bard bez pomocy się nie obejdzie. I choć aktor odrzucił pomoc Seweryna, a pani doktor sama wciąż była nie do końca na siłach, to załatać jakoś było go trzeba.
Badaczka – ciągle sceptyczna po wcześniejszym odpale półelfa, który okazał się mieć źródła w hipnozie czy innym zaklinaniu – zbliżyła się do kompana z pakunkiem bandaży, prosząc by odsłonił ranę. Tym razem muzyk już nie oponował i odjął dłoń od twarzy, pokazując ściekającą strużkę krwi. Medyczka zabrała się do bandażowania raz-dwa i ulga miała przyjść szybko. Wcześniej trzeba było tylko przemyć i odkazić ranę, w którą brudne łapsko naniosło piachu...
Ale ostry impuls, gdy alkohol spadł na skaleczenie tak zapiekł Kaia (może za sprawą umysłu podrażnionego przez magię, a przez to wyczulonego na bodźce), że muzyk zgiął się pokracznie w bok i spadł z pniaka. Ciepło rozlało się po nim szybko schodzącą w dół falą, a oczy zaciążyły. Bard słyszał teraz kołysankę, którą sam wcześniej śpiewał.
Piękny głos, pomyślał. Nie ma co, czasem brzmię naprawdę klasa.
Lara skoczyła za omdlałym pacjentem i zobaczyła to, co wcześniej skryły rozpuszczone włosy śpiewaka. Na szyi odłamek wyciął poważniejszą ranę, która teraz – poruszony gwałtownym skrętem karku – otworzyła się i siknęła krwią.
Doktor Quatermain poczuła chłodny dreszcz, ale takie rzeczy, choć ciągle mogły zaskoczyć, nie wstrzymywały jej ruchów. Kobieta sięgnęła po ukrojony na takie okazje opatrunek, przypiliła go mocno do rany i zaczęło szybko bandażować. Dalsze minuty opieki, kojący balsam i odpowiednie ułożenie pacjenta sprawiły, że mimo bolesnych przejść, Kai poczuł się dużo lepiej. Sporą zasługę miała też w tym chyba przymusowa drzemka, która pozwoliła na moment zapomnieć o okrucieństwach wokół: posiekanych dzieciach, zabitych przyjaciołach i mącących w głowach diabłach, które były gotowe postawić druha przeciw druhowi.
Lara wyrzuciła 1 przy teście leczenia... Ale używa Inspiracji, więc bard zamiast obumrzeć, wraca do siebie po poprawnym drugim teście.
Kai odzyskuje 8 PW (tzn. ma teraz 9/13 PW). Lara wydatkuje na to 1 ładunek z Healer's Kit.
Znaleziska:
5 sztuk złota w lokalnej walucie
5 sztuk srebra (już podliczając z miedziakami) w lokalnej walucie
12 sztuk elektrum nieznanej waluty
Złoty samorodek wartości ~15-20 sztuk złota
Kordelas - 1d6 [traktujemy jak krótki miecz], ale jest porządnej roboty (niegoblińskiej i nieludzkiej), więc dobrze leży w łapie -> stąd +1 do rzutów na trafienie (ale nie na obrażenia)Jak te inne rzeczy będą Was interesowały, to mogę rozpisać
-
Seweryn (Rewik)
Gdy emocje opadły, Seweryn zaproponował opatrzenie ran, bo i takie obowiązki jego były, acz spodziewał się odmowy i nic z nią nie poczynił. Wśród obowiązków swych dla odmiany nie wliczał walki z olbrzymami, czy tępienia goblinów. Miał też swoje obowiązki w lazarecie, toteż na całą sprawę dalszego wędrowania patrzył coraz mniej przychylnie. Podszedł do rzekomego goblina psiona, gdzie stał już Marius.
— Skąd w tobie pewność, co do tego, iże został magią omamiony? Nie mogłeś tego widzieć, jako i ja. — Cyrulik z zaciekawieniem obserwował krasnoludzkie monety, które znalazł Marius, zastanawiając się, czy już kiedyś widywał symbole nań wytłoczone.
W myślach Seweryn zapewne dalej obwiniał Kaia o to co się zdarzyło. Oj, zawiść za szyderstwa nie była tu bez znaczenia, ale nawet jeśli tak, jak Marius mówi omamiono go zaklęciami, nie zmienia to faktu, iże najpierw dał się podejść i został zauważony.
Medyk wzruszył ramionami, mówiąc coś niewiele znaczącego o monetach, po czym przyjrzał się bliżej goblinowi.
— Według ciebie dalej dycha i jest świadom? Mimo tych ran? — Seweryn przeszukał się, w poszukiwaniu czegoś konkretnego. Jego palce namacały coś w ukryciu, ale nie zdecydował się tego wyjąć. — Baczaj, może być, że to kolejna sztuczka — ni to stwierdził ni zapytał, a miast po tajemniczą rzecz, sięgnął znów za nóż. -
Marius (Brilchan)
- Miałem doświadczenia, z bytami o podobnej mocy Panie Seweryn ta magia myślowa ma pewien znajomy... Posmak, że tak to ujmę, stąd wiem - odpowiedział na pytanie cyrulika.
- Nie ma tutaj zdrady, jeno wróg, któremu udało się nagiąć wolę jednego z nas. Płacą mi, żeby chronić naszą karawanę, zawiodłem Pana Migdała, nie mogę pozwolić, żebyście się nawzajem pozarzynali i pozwolić naszym martwym wrogom odnieść pośmiertny sukces - dodał.
-
Seweryn
Seweryn długo trawił odpowiedź Mariusa, wreszcie przytaknął na znak przyjęcia, zaproponowanej przez swego rozmówcę stanu rzeczy.
— Skoroście z podobnymi ars mentis mieli do czynienia, wprost pytanie zadam: czy to sztuka na tyle potężna, by zwodzić i śmierć udawać tak doskonale?
-
Marius (Brilchan)
- Sądzę, że jest martwy Panie Sewerynie. Udawanie śmierci może i jest możliwe, ale ja się z czymś takim nie spotkałem.... Po prostu zostawia, po sobie ślad jak zapach albo trop w błocie. - Wsłuchał się w wolę Mistrza, który potwierdził, że pomiot nie żyje i wydał kolejne polecenie.
- Poczekajcie Panie Sewerynie, chcę czegoś spróbować - powiedział i przyłożył własne czoło, do czaszki martwego goblina i jednocześnie zamknął oczy.
-
Opuszczając Migdałową Polanę...
Czas płynął, a rany się goiły. W ujęciu wysoce ogólnym wiele tego czasu się nie usypało - więc co niby miało się tak na szybko wygoić? - ale po paru minutach odpoczynku i kilku spędzonych na spacerowym okrążaniu Migdałowej Polany w poszukiwaniu śladów i obszukiwaniu zwłok, ranni otrząsnęli się z szoku i po trosze doszli do siebie.
W tym czasie mogli obserwować z zaciekawieniem (bądź innym uczuciem, które nazwali by po swojemu), jak Marius przytula się czoło w czoło z ubitym goblinem, którego wcześniej obrzynał z kłów i rozdzierał z szat. Młody kapłan sterczał tak w dziwnym uścisku przez parę minut, choć w swej własnej percepcji zdało mu się, jak potem mówił, że ledwo co zamknął oczy.
Przybliżenie głowy do ubitego Szczuja nie przyniosło Mariusowi żadnego przyływu wizji, mocy, ani niczego innego, co mógłby barwnie opisywać. Czuł tylko krew, brud i pot na pomarszczonym czole goblina, którego dotykał, ale zaraz coś odezwało się w nim samym. Coś, co kojarzył z przeszłości, a co wypływało gdzieś z głębi. Niby z trzewi, wyrywając się ku górze jak ofiara umykająca z gardzieli bestii. Paskudne uczucie pokrewne torsjom...
Ale to był moment. Potem głowa zapulsowała bólem, wzmożeniem, wznieceniem zmysłów. Marius zacisnął oczy i pięści, mimowolnie chroniąc się przed nieprzyjemnym impulsem. I zaraz było zaraz.
A właściwie już chwilę potem, co doszło do kapłana później, gdy zobaczył, że towarzysze nie są już w tych samych pozach i miejscach, w których widział ich przed momentem, gdy zamykał oczy. On sam nie doświadczył żadnej łączności z goblinem, ani przechadzki po jego wspomnieniach, ale "bogini" zdawała się zadolowona.
- Wyjątkowy okaz. I nie jedynak w swoim plemieniu. – Zaszumiał kojąco głos w głowie. - Rzadka mutacja, ale w tym odgałęzieniu rozwinęła się częściej. Szkoda, że głupcy zabijali większość swoich Mówiących ze strachu, zamiast dać im rozwinąć skrzydła.
- Ale dla was ludzi i waszych lepianek w dole to może i lepiej. – Woda zjechała po kamieniach wodospadu niby w dudniącym śmiechu. - Plemię zabitego żyje gdzieś niedaleko w jaskiniach. Wcześniej chowali się głębiej i unikali powierzchni, ale coś wypchnęło ich wyżej. Pod ziemią czuć poruszenie. I strach.
~Mistrzu... Czy ten okaz będzie Ci jeszcze potrzebny? – Połączył się myślą Marius. - Zabierać go? Myślałem, aby wracać w dół... Sprawy, które się liczą są w dole... We Wrotach, prawda?
- Zostaw go, wszystko już jasne. W jego plemieniu jest jeszcze jeden taki młody mutant... Ten mógłby być cenny, gdyby dostać go żywym. – Głos skapywał sylaba po sylabie, jakby myśl sączyła się gdzieś z wysoka. - Ale to poboczna sprawa. Co dalej rób według siebie, co najlepiej przyczyni się byś niebawem mógł wejść na Ścieżkę.
Seweryn wyrwał Mariusa z zadumy zdrowym klepnięciem w plecy. Medyk nie był pierwszy do takiej gwałtowności, ale wzbierająca bladość na twarzy magika i ciągłe milczenie trochę go zaniepokoiły, a że był najbliżej, skusił się...
- Tak, tak panie Sewerynie, jestem – burknął otrzeźwiały Marius. - Po goblinach pożytku już nie ma. Zbierzmy, co mają i spalmy ścierwo. Dziewczynkę i pana Migdała pochowajmy szybko, odprawię modły, a potem ktoś postawi jakiś porządniejszy nagrobek...
- Mowy nie ma! – wtrącił się Sylv, który nadszedł od prawej. Wcześniej wściekał się, a potem zawodził cicho nad ciałem towarzysza. - Zabieramy go stąd, nie będzie leżał gdzieś w środku lasu, żeby zeżarły go lisy!
- Dobrze, dobrze – zgodził się kapłan. - Zabierzemy go zatem... Ale dziecko ciężej będzie przenieść w tej... Formie. Zakopmy szybko i zabezpieczmy kamieniami. Choć tyle.
Ta część nie wzbudziła oporów u nikogo, a sam podział pracy poszedł sprawnie. Odnalezione szcząki nieszczęsnego dziecka złożono w płytkim grobie, który Marius, Randal i Sylv obłożyli ciężkimi kamieniami, by leśne stwory nie miały łatwego dostępu do zwłok. Krótka modlitwa do Osprem musiała dziewczynce wystarczyć, choć jej droga na drugą stronę niewiele miała wspólnego z marynarską "wieczną wachtą", czy "spokojem wód". Kapłan miał wypracowany repertuar, ale z racji okoliczności, zmienił nieco brzmienie paru formułek, dopasowując je do lądowego charakteru.
Goblińskie ciała zostały złożone do kupy i pozbawione kosztowności. W płytkim wykopie można było zasypać je chrustem i zalać oliwą, albo zostawić na żer wilkom i borsukom. Sylv przyprowadził konie i czekał, komu gdzie w drogę. Słowa Randala o konflikcie prawnym przyjął w milczeniu. Trawił coś w głowie i może nawet zaczął się wahać, czy aby rycerz nie ma racji, ale nic nie powiedział. Czekał tylko, na czym stanie.
Lara przepatrzyła pobieżnie trop w okolicy. Był rwany jak wcześniej, ale ewidentie dążył w górę, gdzie zaraz, pewnie jakieś pół stai dalej, las rzedł i przechodził w kosodrzewinę. Zebrani przy koniach patrzyli po sobie i czekali, kto pierwszy podejmie ruch, by mogli zdeklarować się w którą stronę podążą.
-
Seweryn (Rewik)
— Po-porzucić trop, zdaje się błędem. — Seweryn musiał to przyznać, nawet jeśli w tamtym momencie nie pragnął nim podążać. — Odpowiedzmy na pyta-anie, cóż chcecie osiągnąć, panie Randal? Czy, czy kilku ludzi ma rzucić się na watahę, co całą wieszę zdołała porwać? Czy też jedynie wywiedzieć, kim ci są, i przyjąć, że teraz pomocy im przynieść niepodobna?
— Jeślibyście i moje zdanie wzięli pod rozwagę, radziłbym rozdzielić się nam. Duża grupa, niosąca za sobą ciało i konie prędko by została spostrzeżona. Nie wydaje mnie się, by tamci nie zadbali o tyłów przepatrywanie, widząc co w wiosce dokonali. Mniejszej grupie może się udać. Może się udać. Tak.