'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
Marius (Brilchan)
W większości przypadków Marius byłby za tym, żeby po prostu ominąć potwora, zamiast niepotrzebnie ryzykować życie i zdrowie. Nie poświęcałby się również dla pomocy potrzebującym, bo jemu mało kto pomagał.... Był od tej reguły jeden wyjątek: Gdy w potrzebie było dziecko, Utopiec czuł potrzebę bycia, tym dorosłym, którego sam niegdyś potrzebował i którego z woli Bogini napotkał, więc miał obowiązek spłacać ten dług naprzód. Stąd słysząc pytanie Pana Seweryna, odpowiedział zdecydowanie:
- Choćby dlatego, że potworna poczwara dobiera się do jakiegoś dziecka. Z tego, co słyszę jest to jakaś dziewczynka małoletnia, nie jestem mości rycerzem bogów jak imć Randal, ani ratownikiem rannych jak wy czy Jaśniepani Lara, ale nie pozwolę, żeby dziatkom się krzywda działa jeżeli mogę temu zapobiec - wysyczał szeptem, do pozostałych o zaczął szykować magię.
Wpierw zamierzał przyzwać moc swego Pana i Władcy w postaci macek, a następnie zdzielić potwora za pomocą magicznego promienia.
Bonus action
Grasp of the Deep
As a bonus action, you create a 10-foot-long tentacle within 60 feet of you, and can make a melee spell attack against a creature within 10 feet of the tentacle, for 1d8 cold or lightning damage and on a hit, reduces the creature's speed by 10 feet until the start of your next turn.Action Eldritch Blast
Movement rusza się tak, żeby Ettin był w zasięgu zaklęć jeżeli Marius nie jest w odległości 60 stóp.
-
Dawno temu
- Szlimy wtedy ze dworku, hrabia pałacyk taki miał. Myśliwski. – Karl odkroił nożem kawałek suszonej kiełbasy i zapakował do ust, mieląc między słowami. - Byłem ja tam i ze dwudziestu... No...
Łowca dziabnął kolejny krążek mięsa i memląc uściślił: Może piętnastu bliżej niż dwudziestu, ale dobrze ponad dziesięciu, bo ja byłem ze swoimi chłopakami... To nas siedmiu, a do tego rządca tam z eskortą i jakaś służba... To ich razem było na pewno tyle co nas. Albo i więcej nawet...
- Podzielisz się? – zapytała nieśmiało Brilda, która łypała na podsuszaną już od jakiegoś czasu.
- A, no pewnie. Masz, masz. – Myśliwy podał dziewczynie pęto kiełbasy wraz z nożem i dla zastępstwa od podjadania, chwycił za bukłak. - Moi to byli wszystko dobre chłopy. Ale i ci od hrabi... No on tam miał dobrą służbę, szkoloną. Sam strzelać szkoliłem.
Kai chciał już wyrwać się do raptownego "no i co dalej?", ale jako bard, wiedział dobrze, że nie przerywa się opowieści. Wstrzymał wodze, przejmując bukłak od Karla i pociągając łyk mocnego wina.
- To był początek wtedy. Jeszcze właściwie przed. Ktoś tam gadał, że więcej tej psiej juchy z gór złazi, że zielone mordy się lęgną gęściej, ale nie... Nikt się nie spodziewał, co potem będzie. – Karl, upewniwszy się, że Kai nie ma akurat ochoty na kiełbasę, odebrał swój wiktuał z obiegu i dziabnął jeszcze trochę. - Wiedzieliśmy o gigantach i nawet zdarzyło się ściąć kiedyś... Ale ten bydlak prawdziwie był paskudny. Śmierdział. Śmierdział z daleka tak, że zaskoczeni być nie mogliśmy. Ale...
Brilda i Edwin słuchali uważnie, ale Kai był prawdziwie wczuty, z młodymi, szerokimi oczami łypiącymi na rozmówcę, jakby słowa, które wyrzucał z siebie Karl dały się pozbierać niby złote dukaty.
- Ale i tak, daliśmy się nieco zaskoczyć. Temu, jaki bydlak był szybki jak na te swoje pokraczne, wielkie cielsko. – Łowca wytarł nóż o skraj skórzanych rękawic z łosiowej skóry, zaciągniętych wysoko aż pod łokcie. - Kiedy go zobaczylim... Część się zesrała, bo to i wielkie bydlę, ale dałem komendę... To stali twardo. Okrzyknęliśmy bestię, bo widzielim że głupia. Może da się nastraszyć, ale nie. No to hyc, ja z moim Drexem z lewej, z Bibim, z Dzidzią... A reszta znak, że na prawo, że od drugiej.
Myśliwy powstał lekko znad pniaka, zamaszystym ruchem waląc nożem przez powietrze, imitując ciosy czy strzały, które padały w przywoływanej walce. Mówił, przerywał i nagle zrywał się, albo szarpał, wczuty i przejęty jakby znów był tam wtedy, w Geoffie. Państwie, które upadło. I Kai tam był, razem z nim. Zanurzony w opowieści, niemy obserwator wydarzeń sprzed swoich narodzin.
I jeszcze dawniej...
Rządca spiął konia i zakręcił, próbując uspokoić i zawrócić spłoszone zwierzę. Jemu nie w smak było zbliżać się choćby i ciut do tej dwugłowej pokraki, która nawinęła się na przełęczy. Zlazła z wysoka, skusiła się na dary, które chłopi składali w kapliczce na rozdrożu szlaków. Może wyczuła zapach, może czaiła się już wcześniej i przyciągnął ją ruch?
- Prawa – strzelać! – ryknął Karl. Miał może ze trzydzieści lat, ale w głosie był jak monarcha. Ludzie szli za nim jak w dym. Piękny jest, pomyślał rządca. Łowca miał twarz surową, jasną, ale w tej białości ściętą cieniem czarnego, gęstego zarostu i krzaczastych brwi. Czarnosiwe włosy rzadko skrywał pod czapą, chyba tylko w najchłodniejsze dni, pozwalając im rosnąć swobodnie i swobodnie rozkładać się puklami aż na ramiona, schodząc w każdą stronę niby bluszcz.
- Lewa, strzelać! – powtórzył zaraz. Ryknięcie monstrum po pierwszej salwie było krótkie, bolesne podrażnienie, a nie przestrach. Teraz kusze i łuki palnęły z lewej, ludzie rządcy Sigfrida z przodu też strzelili, nie wyczekali. Bestia – dwugłowe wzgórze szarobrązowych mięśni – miała w sobie już chyba z pół tuzina pocisków. A oba jej pyski, zębate długimi kłami, ziejące smrodem i bulwiaste, zawyły unisono przekleństwem nieznanego języka.
- Rozjazd, rozjazd! – krzyknął Karl, dając sygnał, by lewa strona, która przykuła główną uwagę stwora rozpierzchła się. W porę, bo olbrzym poderwał się do sprintu praktycznie z miejsca, dudniąc po trawiastej polanie jak goryl. W tym pędzie rzucił przed siebie jakiś konar, który mógłby robić za filar werandy. Trafił Mirsowego konia i żałość ogromna, bo rumak zawizgał przeraźliwie, możliwe że z kośćmi przetrąconymi trafieniem, a Mirs, wytrącony z kulbaki, runął na łąkę i przekoziołkował w dół.
Mogło być gorzej, pomyślał. Mogło. Mógł nie żyć, a wraz z nim inni, których trafiłby gniew olbrzyma. Karl zgarnął go z ziemi, przejeżdżając szybko i biorąc zryw w górę stoku. Dalej zaczynała się stromizna i konie musiały zwolnić, a opierający się po małpiemu na łapach ettin gnał ile sił w członkach. Dzidzia i Dante zrozumieli swój błąd za późno.
Pierwszy spiął konia i chciał zmienić kierunek, ale zabrakło mu już pola manewru. Olbrzym nadbiegał od środka. Młody wariat zaryzykował i ruszył na stwora z włócznią, próbując cisnąć w pokrakę z bliska i na bliskiej prostej zmienić kurs. Dante zobaczył szaleństwo kuzyna i zajechał bliżej, strzelając maszkarze w plecy, by odwrócić jej uwagę i skupić wściekłość na sobie.
Guzowaty łeb z wyłupiastymi oczami zwrócił się za strzelcem, który nadjechał w sukurs młodemu. Ale już drugi, zębiasty ryjec z połamanymi kłami, pozostał głuchy na prowokację i śledził tylko szaleńczą szarżę. W dowodzie wirtuozerii zgrania, lewa strona wychyliła się w gorylim bujnięciu i klepnęła jeźdźca jak dzwonek recepcji, a druga pociągnęła całe ciało zaraz potem w wyskoku, przypadając nad Dantem i wbijając go do ziemi niby śledź przy namiocie.
*Krzyk rozpaczy i wściekłości z tuzina gardeł poniósł się po stoku. Bestia, jeśli nawet przygłupia, dość rozumiała by zaryczeć tryumfalnie, straszliwie, dziko. Wyczuć, że morale upada. I ruszyć w pogoń.
Bukłak cyrkulował wokół ogniska, ale chyba zakończył drogę. Trafił z powrotem do Karla, a ten pił teraz długo i powoli. Do końca. A potem gapił się w ogień i nic nie mówił, aż Kai chciał zapytać już, czy wszystko gra (czego zwykle nie robił, świadomy, że niektóre opowieści miały wpisane w swój charakter efektowne, a nawet i efekciarsko przydługie pauzy).
- To była masakra.
Wszyscy czekali, dając Karlowi chwilę. Jedni w ciszy, inni przebierając coś w manatkach, by puścić w ruch kolejny napitek.
- Zabiliśmy bydlaka. Odrąbałem mu potem oba te łby i wypchane wisiały... Jeden u nas w izbie, a jeden tam w tym pałacyku... Nim go spalili.
- Jak... Jak tegoście dokonali? – spytała niecierpliwie Brilda.
- Wciągnęliśmy go w jar... Wpadł tam, złamał chyba nogę. Można było go dopaść – wyjaśniał w końcu łowca. - Dobiliśmy go... Bo mieliśmy cholernie dużo szczęścia.
Stary zmarszczył się i zmilkł, skupiając ślepia na ognisku, z dala od pytających oczu, które lepiły się do niego nie pozwalając się skupić.
- Zginęło wtedy sześciu ludzi. Sześciu ludzi – wysapał ciężko. - Czterech poniosło rany i jeden, Albit z dworku, pamiętam go, bo to był młody chłopak... Ten jeden już się nie pozbierał. Został kaleką do końca.
Sześciu ludzi, pomyślał Kai. Sześciu zabitych i czterech rannych. Tyle, ile nas akurat.
Bard nie palił się do walki i nie był w tym sam. Seweryn robił dobrą minę do złej gry, ale też wolałby zostawić olbrzyma samemu sobie. Migdał i jego sfora ani myśleli ruszać do zbrojnej rozprawy i to nawet takiej, która miałaby charakter dystansowy, bez zbliżania się do ettina bliżej niż na zdrowy zasięg dobrze naciągniętego łuku.
Nastawienie eskorty zmienił Marius. Nowoprzybyły tajemniczy kapłan, który dotąd trzymał się nieco na uboczu i zachowywał dziwnie i "po swojemu". Deklaracją, że z wioski dobiegł go dziecięcy głos, odpalił prawdziwą bombę.
- N... N-na pewno? – zabezpieczał się Ulef, który wypowiedział to, co wszyscy pomyśleli. Jakim cudem facet mógł coś usłyszeć z tej odległości?
- Absolutnie i na pewno – potwierdził bystrouchy i dla zaznaczenia, że on z boku stać nie będzie, zaczął stępa zbliżać się do wioski, na razie jeszcze szukając osłony w krzewach jaśminu i czeremchy, które robiły dla Pogorzeli za coś na kształt wjazdowego szpaleru.
- Pomóż tutaj. – Tym razem to Randal wyrwał eskortę z odrętwienia, ściągając Wincenta, by pomógł mu, wraz z Larą, która udostępniła swoją linę, zmontować z dwóch sznurów, skryty w listowiu potykacz. - A chyżo!
- No... Tak, słuchajcie sir Randala – odezwał się w końcu Migdał, który po zignorowaniu przez bardziej rzutkich awanturników propozycji "przeczekania burzy", zdecydował się włączyć do akcji. - Jak... Jak jest tam ktoś w potrzebie... No to trzeba, nie? Trzeba pomóc...
- Jedziemy powoli, póki nas nie zauważy, skracamy dystans. Szeroko jak da radę, ale nie za szeroko. Jak będziemy już wszyscy w zasięgu łuków i kusz – walimy... Ale nie na ślepo. Nie na ślepo, kurwa... Tylko celujemy, tak? Jak pan Randal da komendę... Albo ja... To strzelamy! – zaczął tłumaczyć majstrowany na szybce plan. - Zgoda?
Strażnik spojrzał na Randala i przelotnie na Larę, która także pakowała się do przodu, to u nich szukając potwierdzenia.
- Dystans, strzelamy i cofamy się. Jak nomadzi. Nie ryzykować niepotrzebnie – potwierdził paladyn. - Spróbujmy najpierw zwabić go tutaj. Jak się wyłoży – ciach, pierzemy go, walimy. Jakby się nie udało – dystans. Trzymać ten dystans.
- Spróbujemy – uśmiechnęła się zawadiacko Lara, z bronią naszykowaną już w pogotowiu do salwy. Musiała tylko dosypać proch na panewkę, wycelować i... Liczyć, że będzie dość czasu, by wpakować kule w gigancie łby nim monstrum spadnie na nich jak lawina.
- Jedziemy! – Machnął na resztę Migdał, wydobywając łuk z sajdaka i w drodze sprawnie szykując już strzałę na majdanie. Wysforował się naprzód, zostając w tyle jedynie za prącym twardo przed siebie Mariusem, który chciał niebezpiecznie skrócić dystans.
Słyszeli jak gigant rechoczce, gaworzy i wkurwia się, klnąc w twardej, brzydko brzmiącej mowie, która przypominała gardłowe chrząkania przed splunięciem i gulgot jak przy płukaniu gardła. Zajęty próbą dobrania się do piwniczki pod chatą (drzwi pewnie udało mu się już oberwać, ale nie mógł jeszcze sięgnąć do środka), nie zauważył jeszcze jak drużyna śmiałków zbliżyła się do niego.
Byli może ze sto pięćdziesiąt stóp od olbrzyma, skryci jeszcze cieniem krzewów. Wyjechanie dalej, na pustą, porośniętą tylko wydeptaną trawą przestrzeń przed wioską oznaczałoby już z dużą pewnością zwrócenie uwagi bestii, a już z absolutną pewnością, gdyby ruszyć mieli wszyscy. Większość łuczników i kuszników, ale też Lara z jej arkebuzem znaleźli się już blisko osiągalnego zasięgu swych broni, choć daleko im było do pożądanej sytuacji. I tylko biedak Seweryn, zbrojny w sprytną i poręczną kuszynkę-kruszynkę, która musiała świetnie sprawdzać się przy rozstrzyganiu wątpliwości w niedużych pomieszczeniach, nie mógł nawet marzyć, by z tej pozycji dosięgnąć mamroczącej burko-bluzgi bestii.
Spotkanie z bliska (byle nie z za bliska)
Ciche podjeżdżanie miało swój kres u progu wioski. Stan rzeczy w smak niektórym, bo na co było ryzykować i zbliżać się bardziej, skoro jakoś tam można było ostrzelać olbrzyma z dystansu. Duży był przecież, trafi się jakoś, może nie trafi, czego ci ludzie chcą, włazić tej bestii pod topór?
Topór metaforyczny oczywiście, bo ettin nie miał w arsenale żadnej giganciej broni, ale co to dla niego, urwać kawałek tego czy owego i zaraz mieć dość, by wbić człowieka jak gwóźdź w deskę.
- Jadę dalej – oznajmił krótko Marius, którego Migdał spróbował wstrzymać, sceptyczny wobec za bliskiego obcowania z górską demolką.
- Niech jedzie... A ktoś musi blisko – niech podjeżdża bliżej – zawyrokowała najwyższa bitewna instancja na pokładzie, czyli Randal. Powołana tak na mocy doświadczenia, jak i pozorów (które tu akurat nie myliły). - Czekamy, niech Marius zrobi co ma zrobić, ale od razu potem – kto może: salwa... I wycofujemy się kawałek, niech potwór leci za nami.
Taki układ smakował niechętnym ryzykanctwu już jakoś lepiej, bo miał w sobie awangardę w postaci Mariusa, który dawał sobą bufor bezpieczeństwa wobec wybuchu wściekłości bestii. Skromny, ale dość dobry, by nawet co bardziej pokojowi zwolennicy koegzystencji ludzi i olbrzymów zdecydowali się podjechać bliżej, w efektywny zasięg swoich broni.
Kapłan na wysuniętej pozycji zaczął jakieś swoje magiczne dziwactwa, bo miast jak kto zdrów wyszykować łuk czy kuszę do strzału, zamarł z rękoma przy skroniach i z pochyloną głową. Nie za mądrze, Marius, jak chcesz coś zrobić w ten sposób, przecież nawet nie patrzysz przed siebie!
Ale Marius dobrze wiedział co robi. On czuł, jak krążąca podziemnymi strumieniami i żyłami wodnymi energia wzbiera momentalnie, gdy wezwał ją ku sobie. Wzbiera i wybucha w impulsie mentalnej inktanty, gdy pęka bariera światów.
- Pelorze miej w opiece! – rzucił któryś z braci na drugiej linii, widząc jak siły odległe od Pelorowych schodzą na ziemię, by pomóc ich sprawie.
Długa, wijąca się macka czarnej energii wyślizgnęła się spod ziemi niczym wij czy stonoga, obrzydliwie ruchoma i zdradziecka. Jedni widzieli w niej coś na kształt krakeniego odnóża, inni mroczne pnącze czy konar, a olbrzym przed nimi po prostu nagle wyrastającą, ciemną plamę, która – bach! - pacnęła go zimnym obuchem, odrywając od gmerania w deskach rozbitej chaty.
Stwór spojrzał po sobie łbem na łeb i poderwał się na nogi, ale ruch nie był tak płynny, jakim byłby zwykle, bo zimna oślizgłość spoza świata przywarła do ciała bestii i zwalniała jej ruchy. Potężne cielsko szarpnęło naprzód, zwolnione, ale niepowstrzymane, próbując wyrwać magiczną przeszkodę, ale skłębionej energii nie dało się wyrwać z ziemi, ani schwytać.
Schwytać można było próbować malca, który zjawił się gdzieś tam z przodu i który wymachem rękoma i jakimś krzykiem posłał w stronę ettina mokrą, zimną wiązkę energii. Olbrzym poczłapał w tamtą stronę, węsząc nochalem jednego z łbów, a drugim rozglądając się na boki. Choć wyczarowany pocisk spudłował, to wijąca się przeszkoda u stóp dość spowolniła jego marsz, by na razie ledwie nastraszyć wyrośniętych przed gigantem mikrych napastników, ale jeszcze nie dosięgnąć żadnego z nich.
Koń Mariusa szarpnął się niespokojnie, wytrącając kapłana z równowagi i tylko płaskie przypadnięcie do grzbietu zwierzęcia uchroniło magika od upadku. W barwnym kontraście do niespokojnego wypadku czarownika była akcja Lary, która po profesorsku poprowadziła konia bliżej stwora, sypiąc proch na panewkę i praktycznie samymi udami kontrolując pracę zwierzęcia. Może trafił jej się jakiś wyjątkowy okaz, ale wypuszczony przed majaczącą nad nim sylwetkę ettina ogier nie spłoszył się ani drapieżcą, ani nawet nagłym, dymiącym buchnięciem z arkebuza, które zadudniło w dolinie. Smuga dymu na moment zasnuła spojrzenie strzelczyni, ale dziewczyna zaraz zobaczyła, że mimo dobrego poprowadzenia akcji strzał był chybiony.
Bywało i tak. Inni mieli okazję, by się wykazać i pokazać, ile są warci.
Pierwszy był Wincent, który kuszę miał naszykowaną do ataku już od dłuższej chwili, ale konia ewidentnie nie. Przestraszone wystrzałem zwierzę poruszyło się, kiedy snajper celował i oręż o mało co nie wypadł mu z rąk, śląc pocisk gdzieś między osty i pokrzywy. Lepiej zdarzenia zniosła szara klacz Greba, ale znany już śmiałkom z wypadu na Ścieżkę ochroniarz sam się nie popisał i jego bełt wbił się w strzechę zwalonej przez ettina chaty, nie zwracając nawet jego uwagi.
Ulef poradził sobie jeszcze gorzej, bo jego zwierz po arkebuzowym huku, zwielokrotnionym przestraszonym rżeniem koni wokół, praktycznie stanął dęba. Silne ramiona próbowały utrzymać wodze, ale zawiódł refleks i osiłek wylądował dupskiem na ziemi.
Pechowca wyminął Kai, który wcześniej zaspał i teraz dopiero doszlusował do Lary ze swoją ręczną kuszą... Wobec ogromu wroga zdawała się śmiesznie mała, ale co było robić? Grało się rozdanymi kartami czy jak to tam. Bard tym razem nie marudził tylko wymierzył jak umiał najlepiej i – wdzięczny Norebo! - trafił jak złoto! Mimo ograniczonego zasięgu (bo nie paliło mu się podjeżdżać za blisko) i skromnej broni, wystrzelony bełt poleciał prościutko w pokryty guzami łeb z lewej, trafiając w samo czoło. Może gdyby była to pełnowartościowa kusza, a głowa ettina nie była stwardniała i zrogowaciała od guzów i uderzeń, trafienie byłoby nokautującym, ale teraz jedynie zirytowało stwora. Zirytowało i to boleśnie, bo uderzony ryj zawył, a drugi, zębaty, odpowiedział orczym przekleństwem.
Irytacji miało spotkać go więcej, bo oto nadchodziły kolejne ataki. Randal podjechał dość blisko, by rzucić w stwora oszczepem, ale człapiący naprzód gigant zasłonił się potężnym łapskiem i paladyn na razie był jeden oszczep do tyłu bez konkretnego trafienia. Punktu nie mógł doliczyć też sobie ani Migdał, ani Sylv. Ten pierwszy strzelił wprawdzie nieźle, ale strzała z jego długiego, cisowego łuku przeszła o włos od orczego ryjca, zostawiając jego przeklinanie bezkarnym. Drugi nie tylko nie strzelił, ale też o mało co nie spadł z konia – wyjątkowo płochego podjezdka, który słabo sprawdzał się w takich gorączkowych rozprawach.
Seweryn nie mógł zakończyć serii wystrzałów trafieniem, bo preferując rozsądek ponad brawurę (a przynajmniej przy tym konkretnym układzie sił), został kapkę z tyłu, szykując się w zasadzce, by wkroczyć do gry, gdy będzie potrzeba.
Potrzeba zaś mogła nadejść szybko, bo olbrzym wyzwolił się już spod efektu mackowego odrętwienia i – ciągle nieco oszołomiony – parł naprzód, skracając dystans. Odebrało to Larze szansę, by poprawić się po pierwszym wystrzale, bo na razie zmuszona była uspokoić poruszonego srokacza, odstawiając strzelanie na dogodniejszy moment. Dobrze, że stworzenie, choć lekko spłoszone, było dość posłuszne, by wycofać się kawałek, dając swojej pani szansę repety już za moment.
Jej arkebuz głośnością niewątpliwie przykuwał uwagę, ale póki co rodzaj broni niewiele znaczył, bo po kolejnej salwie, Grebo, Wincent i Ulef spudłowali z kusz i łuków, zostawiając dotąd udane trafienie tylko malutkiej kuszy Kaia.
Poprawić zdołał się za to Sylv, którego kusza osadziła bełt głęboko w piersi stwora, wydobywając z niego zgodne, dwupyskowe ryczenie, które na nowo wstrząsnęło końmi. Zwłaszcza tym Kaia, który uznał, że jeździec podprowadził go zbyt blisko centrum wydarzeń i wziął teraz, wbrew bardowi, kierunek 'cała w tył', nie dając mu szansy na strzelecką poprawkę.
Poprawić zdołał się Marius, który na nowo szył ataki energią spoza siebie, uderzając w potwora mrożącą wiązką kotłującej się morskiej szarości. Ettin mruknął coś po trafieniu, ale nie ustał w ruchach. Szczęściem dla kapłana, miał jeszcze kawałek, kawałek...
Tyle, że ten koń! Przeklęty koń, znarowiał niespodzianie i zaczął rzucać się zamiast posłusznie podjąć narzucony kierunek zwrotu. Uwaga wszystkich skupiła się na Mariusie, który został niebezpiecznie blisko olbrzyma, który wydostał się już poza zasięg macki i miał chrapkę na czarodziejskiego ludzika...
Jego pochód spróbowali powstrzymać Migdał i Randal, ale ich pociski nie dosięgły celu, gdy rozpędzony ettin skulił sylwetkę w podbiegu.
- UCIEKAJ! – zadudnił głos w głowie Mariusa, już nie szmerem strumyka czy szumem fal, ale grzmotem wodospadu. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, gdy wierzchowiec nie słucha, a góra sunie na ciebie, wzrastając wyżej i wyżej i wznosząc już niemal kontynenty łapsk, by zgnieść cię na miazgę...
- Prr, prr! – Próbował uspokoić zwierzę Marius. - Cichaj, prr! Jedziemy!
Kapłan miał chwilę, by ostrogami, groźbą, prośbą, szarpnięciem czy choćby krzykiem przywieźć konia do posłuszeństwa i wziąć nogi za pas. Jeśli zdąży, mógł spokojnie zbudować bezpieczny dystans między sobą a postępującą ettinową demolką. Musiał tylko zdążyć...
Porządek walki:
Lara 16
Wincent 15
Grebo 15
Ulef 13
Kai 11
Marius 10
Migdał 9
Sylv 9
Randal 8
Seweryn 6
Ettin 0PS Wyczarowana macka jest aktywna, ale w tej rundzie nie trafiła ettina (który zrobił dash w stronę kapłana i jest już poza jej zasięgiem). Teoretycznie to bonus action, ale nie policzyłem tego bonusa na wypadek, gdyby Marius chciał go użyć do ruchu – tyle, że przerażenie zwierzęcia uniemożliwiło mu ruch (przez oblane testy) po udanym trafieniu Eldritch Blastem.
Jak widzicie wg porządku rund, Marius (i wszyscy) będą mogli jeszcze zareagować przed ettinem, więc jeśli powiedzie mu się animal handling (albo po prostu zwierzak sam da spierdolkę [a Utopcowi uda się test na Dex i nie spadnie], co bardzo możliwe), to ucieknie.
PS2 Mimo 'literackiego' opisu ettin nie ruszył się w pierwszej rundzie z mechanicznego punktu widzenia.
-
Seweryn (Rewik)
Seweryn z dudniącym w skroniach tętnem obserwował zaczyn bitewnego chaosu w ukryciu. — O mamo! — Całe szczęście, że w ukryciu. Co też tam się działo, a cóżeż nie działo w te parę chwil. Przeraźliwe konie to dęba stawały, z oczyma strachem rozpalonymi, nadeszłymi czerwienią do biegu się zrywały. Rżąc w trwodze, chcą gnać przez kępy traw i niskie listowie, ale jeźdźcy starają się zapanować nad dzikim zwierzem. A za nimi? A za nimi bieży kolos, co w ręku dzierży zielony badylek. Każde jego kroczysko ziemię wgniata, jakby chcąc z niej wszystkie soki wycisnąć. Dobrze, że Seweryn w ukryciu przebywał. Miał jeszcze wybór, czy chce być jak ta kapusta przez ich nadbiegającego smakosza zgnieciony, czy jednak nie wychyli się zanadto. Może jak ta mysz pod miotłą grozę przeczeka?
Kusza jego w pogotowiu oczekiwała, przymierzył nawet się już na próbę, lecz dystansu jeszcze zbyt wiele ich dzieliło. Nikt nie pokładałby jednak w tej kruszynce wielkiej wiary, chyba że zdoła strzał wyjątkowo celny oddać. A potem? A potem w zależności od sytuacji ratować się ucieczką albo też dać porwać się chwili i do mordu się rzucić, jak to onegdaj na ulicach biedoty w Loftwick robiono.
-
Marius (Brilchan)
- Głupi koń! Przeklęta Szkapa! Jak mi Pani Podróży miła niech cię prądy porwą na służbę demonom! Żadna z ciebie łódź, przeklęte lądowe stworzenie! Na żarcie się jeno nadajecie, bo mięso wasze słodkie! - Marius wyklinał zestrachane zwierzę. Doszedł do wniosku, że większą szansę ma po prostu zeskoczyć z bydlęcia niż próbować go uspokoić.
Spróbował zeskoczyć z konia i przeturlać się na plecy, bo sądził, że lepiej walczyć z potworem będąc na własnych nogach. Czy miał rację? To już z woli bogów się za chwilę okaże...
-
Oczy szperały za kształtami w oddali, za ruchem. Łowiły to, co burzyło porządek. Wyrywało się z pozycji. Niewiele.
Ale nos węszył. Nosy węszyły. Węszyli. I uszy słuchały. Słuchali.
Muczenie. Muu-muu. To znał. Znali. I bee-bee. To też. Widzieli zapach. Tłusty, kwaśny, wiszący. Był tam pot, strach, smród. Był zapach człowieka. Ale nie świeży. Nie było czuć ognia. Dymu.
Spojrzał, spojrzeli. Ten ryj!
Paskudny ryjec po lewej. Uch, te ślepia, guzy, krosty! Uch!
Ta? A ten po prawej? Właziło to w oko, zawsze widać! Gdzie spojrzeć to widać! Śmierdzi ryjec! Śmierdziryjec! Tak go nazywał, śmierdziucha, obżartucha!
- Idziem.
- Hppfff!
- Hmpf?
- N-nnnn-no!
- Nnn-nno mówię... Idziem?!
- Ta – zgodził się zirytowany Śmierdziryjec, któremu nie w smak było, że wygląda to tak, jakby to nie on, a ten zasraniec Spurchlak to wymyślił. - Mówię – idziem.
- Ja mówię!
- G-gnoju ty, kurwa, Spurchalku śmierdzący... Idziem, mówię.
- Ryj-stul-pysk-już. Mówim. Mówim, tak? – Zdobył się na dyplomację łeb numer 1. - Idziem?
- Mhhhhhhmmmm.
- Czuje-czujemy? – pociągnął nochalem ten pierwszy.
- Nie ogień. Nie chodzą.
- Ale żryć. Żryć jest, jest.
- M-hm-hhhehe-he-mmmhh – zaśmiałomlaskał guzowaty. - Jest żryć.
Zapach zwierząt. Odchodów, bąków. Muczenie niewydojonych krów. Potu i łoju. Dobre, obiecujące. Ale gorzałka! Piwko! O, coś było, było. Było czuć. I tłusty ser, nos niuchał-niuchali.
Największa chata w końcu dała się przesunąć, odsunąć, zepchnąć. Runęła na bok. Można było rozbijać środek jak skorupki. Opychać się.
Żeby tak być raz sam... Raz samemu! Żeby nie musieć widzieć jak te ręce... Moje, moje! Moje wpychają w pysk i temu-jemu... Że ja nie mogę sam-sam, ale i ten...
Kruszyli skrzynki pełne serów. Zgnietli wędzarnię pełną kiełbas i mięs, zjedli co się da. Oblizali drewienka jak lizaka, ściągając jęzorami całe smugi sadzy ze środka rozbitego domku. Ściskali beczki z piwem, zgryzali, spijali, wciskali do pysków paluchy namoczone w rozbełtanej mieszaninie wszystkiego co rozlało się tam w środku, mieszając gorzkie-słodkie-tłuste-lepkie-dobre-i-niedobre.
Uczta! Smak! Już nawet trudno, że ten tam... Spurchlak jeden... I ten on, u-u, Śmierdziryjec. Niech zje już, no, niech ma, niech je!
ALE NIE!
Czego? CZEGO? CZEGO-TO?
Wizyta Dzielnej Dziesiątki była ettinowi bardzo nie w smak, bo przerwała istocie – mimo całej jej ogólnej obrzydliwości – prawdziwie hedonistycznej, największą z jej wielkich, pierwotnych przyjemności. Obżeranie się (w tym wypadku połączone z podlewaniem się alkoholem) było czasem wyjątkowym, świątecznym. Festiwalem. Dla stworzenia tego pokroju można by rzec, że najwznioślejszym i przez mnogość bodźców sensorycznych, niemalże quasi-religijnym.
Przemoc, również prymitywna, choć było nie było, wymyślona ewolucyjnie nieco później niż odżywanie się, zajmowała wśród ettinowych przyjemności wysokie miejsce. Może nawet na podium. I skoro już musiała zastąpić, czy przerwać gastrodoznania, to Śmierdziryjec i Spurchlak – istoty, które jak dzień miały chwytać to naprawdę aż ten dzień zapiszczy w ścisku – zamierzali zatracić się w niej całkowicie.
Na pohybel ekspedycji z Czarnych Wrót. A najbardziej jej dziarskiej awangardzie w postaci magicznie przerywającego posiłki Mariusa.
Gigant zaryczał dziko dwugłowym unisono, skacząc ku motającej się na koniu ofierze, ale nim miał spaść na nią z wyrokiem śmierci, na niego samego spadła cała seria uderzeń.
Pierwsza miała strzelić Lara. Znała precyzję, znała praktykę batalii. Wiedziała, co i jak. Proch, panewka, lont. Idzie iskra... Ale i broń idzie z rąk!
Zwierz, spłoszony gigancim rykiem, skoczył, ściągnięte cugle, odruch, refleks, arkebuz leci!
Lara runęła w bok, wyciągnięta w strzemionach, a właściwie w jednym, uwalniając nogę z drugiego, by odpowiednio się wygiąć... I w porę jeszcze złapać w locie broń, która prawie wypadła pod kopyta, między polne chwasty.
Wincent nie patrzył na nią, choć gdzieś tam przez przecinek ciszy w bitewnym zamęcie przemknęło mu jej westchnienie ulgi. Kusznik skupił się na zdobyczy. Za cel obrał guzowaty łeb, ten lewy. Strzelił, zwolnił, palnął... I trafił!
Trafił, ale pocisk skubnął tylko narośle na czole olbrzyma, kropiąc je krwawo, ale bieg kończąc dalej, poza szaroburą, głazowatą głową stwora.
Ale nic straconego. W tej kanonadzie nie był sam. Miał druhów przy boku.
A tym razem, może już otrząśnięci z pierwszego wstrząsu spotkania z siłą, która dudni ziemią pod nogami, kompani strzelali celnie.Grebo strzelił z kuszy i ulokował bełt w łapsku bestii, wciskając go między mięśnie jak męczący cierń. Potem był Ulef, ledwo celny, ale dziubiący po trochu, odpryskiem z pocisku odsączający z żywej góry kolejne krople krwi.
Następny miał być Kai. Oszczędny w broni, ale ostrożnie spokojny, nauczony pierwszym trafieniem, że da się. Że można.
Ha! Może i można, ale cel w ruchu – nawet tak ogromny – to cel w ruchu. To nieustanny hazard, gdzie celownicze estymacje robione na bieżąco potrafią wziąć w łeb, gdy mięśnie porwą cel do skrętu. Tak, jak zadziało się akurat w tej chwili.
Ettin porwał się do skrętu widząc trwogę w oczach swej najbliższej ofiary. Albo też i jej rumaka, bo nie odróżniał do końca osoby Mariusa od jego konia, który w życiu nie wpadłby na taki pomysł z atakowaniem wielkoluda.
Wierzchowiec zatańczył na tylnych nogach, ale dał się jeszcze ściągnąć w odpowiednią stronę i może nawet dałby kapłanowi ujście w dobrą stronę i w dobrą porę... Ale rozwścieczony magik nie chciał już dłużej polegać na zwierzęcych instynktach i postawił na własny. Wyswobodził się z siodła, ześlizgnął...
A właściwie spróbował ześlizgnąć... Wystraszone zwierzę nad którym przeleciał kawałek pniaka kopniętego mimo woli przez szarżującego naprzód ettina, wierzgnęło jeszcze i Marius postanowił gwałtownie się puścić... Padając plackiem w trawę.
Koń porwał przed siebie, w stronę pozostałych, preferujących większy dystans strzelców, a Utopiec został na ziemi, z bólem w krzyżu.
- RUSZAJ! – zawył głos z głębin, dudniący w uszach Mariusa jak w studni. Kapłan nie miał jednak dość czasu. Nie miał tego ułamka przestrzeni, który dałby mu możliwość wybić się na nogi i dać w długą.
Nim jeszcze to zrobi, nim jeszcze to zrobi mógł walczyć... Na ziemi, w półsiadzie, pchnął ręce naprzód jakby zrzucał kogoś z klifu, dziką siłą zwalniając nagromadzoną w ciele energię. Zimnoszare promienie pacnęły w oba ettinie łby, dzwoniąc im w uszach, jakby ktoś wbił im kubły na głowy.
Olbrzym zachwiał się w pędzie, ale nie mógł już się zatrzymać. Nie zatrzymał go wystrzał z łuku Migdała, który skrwawił go blizną na szyi. Nie zatrzymał go bełt Sylva, który buchnął giganta w brzucho, wyrywając zeń krwiste przekleństwo. I nie zatrzymał go nawet Randal.
Randal, który naprawdę dał z siebie wszystko i w popisie godnym hippicznych mistrzostw świata, poprowadził konia pędem po prostopadłej do stwora linii, skręcając możliwie blisko i biorąc dodatkowy impet ze skrętu do miotnięcia oszczepem, który zapocił się już w nerwowym uścisku.
Pocisk rąbnął w bark stwora, strzaskując kość i rozbijając się w drzazgi, które w migocie krwawych kropli obsiadły prawą stronę olbrzyma.
Seweryn patrzył z daleka-niedaleka, ale widział, że nawet teraz, bestia ma jeszcze wolę walki. Że jej gniew narasta. Że zbliża się do ujścia i będzie dudnić jak gejzer dopóki nie ustaną pierwotne procesy w głębinie. Ukorzone wydudnieniem całej agresji w fali śmierci, którą przyniesie przerywaczom posiłku. Albo wygaszone wraz z biciem jej serc.
- RAB!
Olbrzym skoczył z wzniesioną pięścią i opadł nad Mariusem, wbijając kończynę w ziemię, gdzie Utopiec leżał sekundę temu. Kapłan zdążył odturlać się, pchnąć się do wysiłku. Podskoczyć. Prawie, że do powstania. Prawie, że na równe nogi. Na równe nogi właściwie! Tak!
Był już w ruchu i ruszał, gdy łapa z drugiej strony rąbnęła go od prawej, łamiąc żebra i posyłając na brzózkę parę metrów dalej. Ciało Mariusa wbiło się w drewno, łamiąc drzewko i czując jak łamie się coś w nim samym. Kapłan wypuścił powietrze, mieszając wymuszony wydech z krwawym rzygiem i zemdlał.
Porządek walki:
Lara 16
Wincent 15
Grebo 15
Ulef 13
Kai 11
Marius 10 [nieprzytomny, -3 PW]
Migdał 9
Sylv 9
Randal 8
Seweryn 6
Ettin 0 [poważnie ranny] -
dr Lara Quatermain (Alex Tyler)
Choć dłoń dr Lary Quatermain wciąż pulsowała od napięcia, zaciśnięta na kolbie dwulufowego arkebuza, nie myślała o swoich chybieniach. W jej świecie pudła się zdarzały — były częścią rachunku ryzyka, który akceptuje każdy strzelec, medyk czy archeolog brodzący w piaskach pradawnych grobowców. Nie to zaprzątało teraz jej myśli. Z cieniem obawy obserwowała, jak Marius wylatuje z siodła i paszcze ettina rozdzierają się w podwójnym rykowisku, jak w rękach kleryka pulsuje trupia energia — niczym bezimienne sumienie świata, którego nikt nie wzywał do sądu.
Nie znosiła tego uczucia: że ktoś — lub coś — mogłoby rozstawiać figury na planszy ponad ich głowami. W wiośnie doliny Drusdygg było coś odurzającego, coś, co zdawało się przyciągać spojrzenia żarłocznych bogów. I Lara poniekąd czuła je na sobie. Nie Pelora. Nie Asmodeusza. Nie żadnego z nazwanych. Patrzyli ci bezimienni — ci, co karmią się opowieścią. Bohater upada. Bohater powstaje. Kapłan kona, łowczyni skarbów w locie chwyta broń.
Ale jeśli świat to teatr — niechaj patrzą. Ona znała swoją rolę. Nie była tą, która drży w kącie z nożem kuchennym. Ani tą, która pozwala, by strach sparaliżował jej ruch. Była tą, która rusza w stronę potwora. I choć ryk olbrzyma wstrząsał końmi, a Marius konał gdzieś w cieniu powalonych drzew, Lara czuła znajome mrowienie w karku — to, które mówiło: teraz. Teraz się działa, teraz się celuje, teraz się strzela, i niech cała Flanaess podniesie wzrok, jeśli trzeba, bo właśnie zaczyna się właściwa opowieść.
— Naprawdę? Naprawdę myślicie, że wasze łapy są większe niż mój upór? — rzuciła półgłosem, bardziej do siebie niż do wroga, poprawiając uchwyt i dosypując prochu. — No to chodźcie, paskudy. Zobaczymy, kto wyjdzie z tej legendy cały.
Nie było już miejsca na zwątpienie. Ettin parł naprzód, Marius leżał w trawie, powietrze dudniło od ciężaru przemocy, a adrenalina tłukła się pod skórą jak stado sokołów w klatce. Lara zaczerpnęła tchu, przesunęła urękawiczonym palcem przy gotowym spuście, i pomyślała: może nie da się zmienić świata. Ale celność — celność to zupełnie inna sprawa.
-
Marius ocknął się na ziemi. W piachu, z bólem w plecach i w boku. Z przymglonym spojrzeniem i metalicznym, ciężkim posmakiem krwi w ustach. Spróbował się ruszyć, podczołgać, nawet wstać. Nic z tych rzeczy. Leżał wśród połamanych szczap brzozy, w którą trafił, pacnięty ettinową łapą, czując jak upływa z niego życie.
Obserwował co dzieje się wokół, ale nie miał nawet siły krzyknąć, choć w uszach dudniły mu wezwania patronki, by ruszał, wstawał, zbierał się, uciekał... Nic z tych rzeczy. Z głową przy ziemi, oglądając rzeczywistość po mrówczemu, śledził ruchome obrazki wokół.
Widział, że jego upadek wywołał zgrozę wśród kompanów. Ktoś krzyknął, ktoś popędził konia naprzód... Może by pomóc, może żeby go zgarnąć? Usłyszał strzał. Potężny, huczący wystrzał z arkebuza, który wdarł się w jego przytłumioną świadomość na rozdrożu światów. Potwór odpowiedział rykiem. Bolesnym, wściekłym. Musiał dostać i musiał dostać poważnie.
Ziemia dudniła pod krokami bestii i konie płoszyły się, utrudniając ostrzał. Ktoś zaklął na cały głos, pewnie spudłował, a ktoś inny załkał niemalże z przerażenia po końskim wizgu. Co tam się działo?
Utopiec zwinął się w konwulsjach, ale zdołał uczołgać się kawałek, przewalając się na bok. Widział, że ktoś tam spadł z konia. Chyba Wincent? Trafiło się jak i jemu, a olbrzym był blisko...
Ale reszta strzelała, krzyczała, hałłakowała ze wszech stron, by zdobyć uwagę stwora. Gigant ruszył w ich stronę, zrywając po drodze drzewko, którym chciał chyba rzucić w uciekających napastników, którzy nękali go nomadzką metodą walki. Sapał i stękał, więc musieli trafiać, ale kapłan widział już teraz tylko plecy olbrzyma.
Na chwilę w polu uwagi zjawił się Randal, nadjeżdżający w swym paladyńskim majestacie jak herald lepszego świata, który miał za moment zgarnąć odpływającego Mariusa... Rycerz rzucił i znów celnie, bo trafiony stwór na raz przyspieszył i pognał za nim w dzikim pędzie. Jeździec chciał odegnać bestię od Mariusa i Wincenta, ale mocno ryzykował. Utopiec nie mógł już zobaczyć, czy miotacz zapłaci za swą odwagę głową, gdy umykający przez gęstwiny koń zrzuci go gdzieś w wykrocie, zostawiając gigantowi na zdeptanie... Oczy zjechały w górę, a powieki opadły ciężko jak zamkowe kratownice, odcinając kapłana od świata.
* * *
Seweryn też nie widział wszystkiego dokładnie, skryty w gąszczu w oczekiwaniu na dogodny moment, który miał odmienić losy potyczki. Tak sobie to tłumaczył, ale nie był w swej głębokiej ostrożności całkiem bierny. Co mógł to obserwował i wiedział, że kiedy przyjdzie co do czego – nie zaśpi. Widział celny strzał Migdała, który zawył na stwora i spróbował odciągnąć go za sobą, widział trafienie Greba, pudła Kaia i Ulefa. Widział w końcu, że ryzykowny rajd paladyna się opłacił, bo gigant wali za nim, ignorując wszystko po drodze.
- Cyk.
Zwolniony w odpowiednim momencie bełt z ręcznej kuszy wyleciał z przeszytu, wbijając się z paskudnym chrzęstem gdzieś w okolice pokrwawionego, sikającego juchą barku, który Randal i następcy naruszyli już wcześniej. Musiało boleć.
Musiało paskudnie boleć, ale rozszalały żywioł prący naprzód już się nie zatrzymywał. Rozsierdzony nabrał tempa, którego nikt wcześniej poprawnie nie wykalkulował.
Konie końmi, ale jednak czy to na polance, czy w lasku, trzeba tu było trochę manewrować między krzewami, konarami i nagłymi spiętrzeniami ziemi typowymi dla pofałdowanego jak bazalt Drusdygg. Randal czuł już pewnie, że nie ujdzie bestii. Spróbował jeszcze uskoczyć na lewo, spinając konia, dał susa między cyprysy a kępę chwastów...
Dwugłowe bydlę miało go w zasięgu łapsk, a z drugiej strony sięgało już praktycznie po Larę i Sylva, którzy zbliżyli się do naciągniętej między drzewami liny. Jak marnie wyglądała teraz wobec górującego nad nimi potwora. Jak sznurówka, która miałaby obalić smoka.
Z bliska jednak wrażenie robił nie tylko ogrom ettina. Tu i teraz, z bliska, dowód swojej siły mógł dać inżynieryjny wynalazek sprzed może dwóch czy trzech dekad, który do wystrzału wyszykowała sobie Lara. Nie ma co, precyzja i odwaga, precyzją i odwagą, ale kiedy wyrasta nad tobą wzgórze mięśni, które może zgnieść cię między palcami jak pluskwę...
Ręce mogą zadrżeć. Ręce drżą. Ślina odpływa z gardła. Oczy mrugają nerwowo... Albo rozszerzają się, stężałe. Palce mogą nawet nie trafić w spust...
Ale trafiają. Lara nie ma tak pewnego chwytu na arkebuzie, jaki zwykle miewała, porównując swoją precyzję z bronią do tej, jaką miała przy operacjach ze skalpelem. Ale trzyma broń. Celuje. Celuje z bliska. I trafia. Nie może nie trafić.
Arkebuzowy huk rozdziera powietrze jak grom z nieba, a prochowy wybuch rozbija jedną z ettinowych czaszek jak arbuza. Śmierdziryjec rozpada się na krwawe cząstki, rozpaćkany po lesie, po Larze, po Sylvie i Randalu i po pysku brata-bliźniaka, który osadzony szyją w tym samym korpusie przyjmuje na siebie większość mięsnej eksplozji.
I wyje. Wyje wyciem głośniejszym niż huk arkebuza. Ale wyciem ostatecznym, pierwotnym, spazmowym i przedśmiertnym. Wyciek krwi i szok organizmu są poza skalą. Nie dadzą się załatać adrenaliną, ani szałem, który czasem potrafi ponieść bestie nawet poza śmierć.
Gigant bierze taneczny, niby to pijany w tył zwrot, chwieje się i pada na dębczak z tyłu, zwalając drzewo razem ze sobą i wyrywając je z korzeniami w obryzgu poderwanej gleby. Drży jeszcze, a ziemia drży wraz z nim. Zapach krwi niesie się po nozdrzach wszędzie wokół, ale zaraz niknie, przytłumiony smrodem organizmu, który przedśmiertnie zwalnia hamulce.
I ginie. Przeorany bełtami, strzałami, oszczepami i kulami z arkebuza. Martwy.
-
Marius Utopiec (Brilchan)
Ostatnie co Marius pomyślał. Przed utratą przytomności było kilka urywków myśli: "~Mam nadzieje, że ta dziewczynka ocalała... Nienawidzę Koni... Ciekawe co się stanie z moją duszą ? Pani Podróży? Czy Mistrz zmieni mnie w jakiegoś rybo - stwora żebym przez wieczność czyścił jakiś podwodne latryny...? ~" - Z tą głupią wizją życia pozagrobowego odpłynął, w objęcia snu.
Wiedział, jednak że nie żałował, podjętej decyzji! Zagrywka nie wyszła, ale nie mógłby ze sobą żyć gdyby nie rzucił się z pomocą, nie bał się więc umierać, za to, w co wierzył.
-
Seweryn (Rewik)
A tedyć pięknie, a tedy dobrze. Rana sroższa niźli ryjec, co tam uprzednio się znajdował. Ale znaczenia dlań teraz nie miało to wiele.
Tym razem Seweryn nie mitrężył się z pomocą. Wszakże szło o człeka, co pod kontraktem był, tym samym co i on sam. To też prędkości swej, wiedzy, ni środków nie żałował. Kilkanaście kroków poczynił i już przy Mariusie przebywał. Obserwując z początku, oczami szkody wyrządzone szacował, najgroźniejsze urazy odnajdował i na tyle ile potrafił ulgę niósł. Walczył tak z ograniczeniami, jakie niosła medycyna magii pozbawiona, jak i ograniczeniami czasu i warunków. Pewnie w duchu przeklinał ten porządek rzeczy już nie raz. Na ironię, magika dane było mu ratować.
Czyżby owe hemoptysis od płuca żebrem przebitego? Może tylko stłuczenia? O! Byleby to były stłuczenia, inaczej względnej sprawności nie sposób będzie mu prędko przywrócić. Ponaglił żołdaków, coby mu nagotowali sprawunków różnych i wedle swej wiedzy pomocy udzielił.
-
Marius (Brilchan)
Marius miał sen... Śniło mu się, że został przemieniony w istotę z głębin, jego skóra stała się przezroczysta i pokryta śluzem, aby mógł funkcjonować lepiej w ciemnościach mokrych oceanów. Przestał się starzeć, aby lepiej służyć swojemu Mistrzowi... Nagle jakaś siła wyciągnęła go na powierzchnie ku powietrzu, którym nie mógł już oddychać!
***
Utopiec wziął głęboki oddech, łykając łapczywie powietrze, pożerając przy tym krzyk zrodzony z koszmaru. Otarł pot z czoła, powoli wracając do rzeczywistości, łącząc fakty, strzępy bólu i wspomnień.
Gdy odnalazł zachrypnięty głos powiedział to co wydało mu się odpowiednie - Po pierwsze dziękuję za uratowanie życia, czy udało się uratować dziewczynkę przed śmiercią z rąk potwora ?- dodał, szybko przypominając sobie, czemu wpakował ich wszystkich w tę walkę.
- Nie jestem jakimś bajkowym kapłanem- rycerzem bez skazy, który musi ubić każdą poczwarę i uratować każdego kotka z drzewa. Normalnie byłbym za tym, żeby ominąć potwora i nie ryzykować naszych skór, bo mamy misje... Nie obchodził mnie, los zaćpanego trapera jest dorosły i podjął własne decyzje... - Pociągnął łyk wody z bukłaka. Zwykle nie mówił wiele o sobie, ale czuł, że nowi towarzysze zasłużyli na wyjaśnienie dla jego głupoty.
- Ale dzieci to inna sprawa one się na świat nie prosiły! Nie miały okazji żyć i podejmować własnych decyzji, są zależne od nas dorosłych i zasługują na pomoc, która jest naszym obowiązkiem... Przeżyłem tylko dlatego, że kapłan Pani Podróżnych zlitował się nademną gdy byłem ulicznikiem, zawiedzionym przez rodziców, więc moim obowiązkiem jest płacić ten dług naprzód i być tym dorosłym, którego sam potrzebowałem jako dziecko - Słychać było po tonie głosu, oraz języku ciała, że dzielenie się osobistą informacją nie było dla Mariusa łatwym, ale czuł się winien kłopotów, które sprawił swym nierozsądnym postępowaniem i czuł potrzebę wyjaśnienia swych motywacji przed współpracownikami.
-
sir Randal Bronson (Mike)
- Świetny strzał! - zawołał Randal.
Zeskoczył z konia i zamaszystym cięciem urąbał drugi łeb potwora.
- Na wszelki wypadek. Żeby my do łba nie przyszło wstawać.
Rozejrzał się wokoło. Nie znajdując nowych zagrożeń, wytarł miecz i schował go. A potem ruszył ku rannemu, gdzie już Seweryn zaczynał swe działania.
Przyklęknął po drugiej stronie i ściągnąwszy rękawice wzniósł modły o uzdrowienie kompana.
-
Seweryn Drachenwulf (Rewik)
Czyż nie było tak, iż znowu synergia dwu sztuk miała ocalić istnienie? Seweryn, wielce rad poznawać cudowności tego świata, z osobliwą ciekawością serca swego rozważał, jako to się dzieje, iż Randal ledwie jeno rzecze słowo, a już virtus divina, przychodzi na jego zawołanie. Z zadumą tedy, a snadź i z wielką radością, patrzał, jako owa magia przyśpieszała dzieła, które inszym razem trwałyby całe dni i noce.
Mógł nawet przez chwilę poczuć, jakby to on owym współ-cudotwórcą był. Mógłby, gdyby nie chłodny osąd jego. Gdyby nie to że to wszystko były jeno bzdury.
Dobrze wiedział, że nie on to był sprawcą. Choć niemało poczynił dla Mariusa, to przecie znów magia przyćmiła wszelki jego trud, jakby ta wiedza, którą tak długo, w pocie czoła i trudzie wielkim gromadził, była jeno pyłem na pustyni.
- Jak to robisz? - zapytał Seweryn szybko, słowem ciętym. - Jak to się dzieje, że bogowie zsyłają tobie moce takowe, a innym odmawiają. Dlaczego nie zezwalają czynić w ten sposób innym? Co byłoby w tym złego?
W oczach jego, niby iskry z żelaza rozżarzonego, błyszczały emocje rozliczne. Paladyn, człek bystry, mógł dostrzec w nich gniew, zawód, nadzieję, a i smutek. Jednakże Seweryn — jako człek roztropny — uśmiechem łagodnym je skrył, radością przyćmiewając. Radością, która z faktu uratowania Mariusa płynęła, gdy ten zaczął oczy otwierać i coś mówić próbował. Pytanie to jednak zawisło i na odpowiedź oczekiwało.
-
Randal (Mike)
- Dlaczego? - Randal popatrzył na niego uważnie - Bo brak we mnie pychy, która łatwo omamia słabsze umysły. Robię to co należy zrobić, ni mniej ni więcej. I nie oczekuję za to nagrody. Ale jestem człowiekiem i mam chwilę zwątpienia, a robak pychy czasem drąży mą duszę, ale temu nie poddaję.
Założył z powrotem rękawice.
- A co by było złego w tym, że każdy mógłby ratować życię innym z boską pomocą? Nic. Absolutnie nic. Wystarczy, że każdy z nas będzie godnym tego by boska moc uczyniła z niego swe narzędzie. To zależy od każdego z nas. Tylko i wyłącznie. Ale nie każdy jest gotów zawierzyć swe życie i wolę bogom. Nie wyobrażam sobie byś pozwolił by jakaś nieokreślona, niewidzialna istota wydawał ci rozkazy, choćby i subtelne, a ty je potulnie wykonasz - zakończył krzywo się uśmiechając.
-
Marius (Brilchan)
Mariusowi ulżyło, że jego wynurzenia zostały olane i panowie zaczęli dyskutować o teologii. Po tym, jak poczuł, że może się ruszać, pobiegł do chaty, przy której zobaczył potwora aby, odszukać dziewczynkę, przez którą ich wszystkich naraził. Skoro tyle zaryzykował wypadałoby, dziecko odstawić w bezpieczne miejsce.
-
Historia Pogorzeli była historią pionierów. Ludzi, którzy ruszyli w dzicz, by wykarczować dla siebie kawałek życia i w ucywilizowanej dzikości urządzić świat po swojemu. Wypalali lasy na zboczach i karczowali rozległe polany pod wypas zwierząt, a w pobliżu samej osady żyli z puszczy – drewno, miód, smoła, węgiel, żywica, a w końcu zwierzyna i owoce lasu. Brali, co natura dawała, a rzadko dawała coś po dobroci.
To jednak dla przybyszów nie była żadna przeszkoda, bo nie przyjeżdżali z miasta, ani z wiosek, gdzie ziemia rodziła pełne kosze zboża. Znój mieli we krwi, a pył drogi w każdym oddechu. Przybyli ze swoimi stadami kóz i owiec nie wiadomo skąd właściwie, a z biegiem lat biedne chaty i szałasy zamienili na drewniane domy, coraz to większe i większe z każdym pokoleniem. Kiedy zaś przyszła pożoga i to, co budowali zniknęło jednej nocy razem z kawałem lasu wokół, zaczęli robotę od nowa.
No, może nie całkiem od nowa. Od nowa nie musieli. Byli już tu od pokoleń. Wrośnięci w Dolinę. Jako społeczność. Wyuczeni metod i ścieżek, którymi potrafili naginać przyrodę do swojej woli i tworzyć własny porządek. Skromny, surowy, dla niektórych na wpół dziki, ale własny.
A dziś? Dziś już ich nie było. Przyroda przyszła i upomniała się o swoje. Rycząc, wyjąc i dudniąc w ziemię sękatymi łapskami.
Przyroda, albo i nie przyroda. Bo raz, że jak tu zaklasyfikować ettina, bestię pradawną, pierwotną jak góry z których zszedł i śmierdzącą tak, że wrażliwym pomór, ale jednak zdolną do emocji, myśli i mowy? A jeśli to gobliny – czy wchodziły już w zakres cywilizacyjnych zagrożeń, może synantropijnych, niby szczury niosące zarazki, wcielonych niechętnie na skraj ludzkości jako stały szkodnik, czy raczej sił natury, niekontrolowalnych i losowych? Albo jeszcze inaczej – równorzędnej rasy, która podgryza starszych (czy tam młodszych, ale na pewno bardziej zdolnych) braci sapiens?
Zresztą, scenariuszy mogło być wiele, a Seweryn nie chciał na razie wykluczać żadnego. Nie, dopóki nie rozejrzy się dokładnie po okolicy. Najpierw jednak zajął się rannym kompanem, którego ocucił, rozebrał i należycie opatrzył. Posiniaczony i napuchnięty Marius został obłożony kompresami i nasmarowany balsamem z aloesu i arniki.
Szybki triaż wykazał, że z Utopcem nie jest wcale tak źle i nie ma nawet połamanych żeber. Jego Morska Pani musiała spojrzeć nań łaskawiej w chwili starcia, bo gdyby rąbnięcie poszło odrobinę w tę, odrobinę w tamtą, to kapłan miałby już po kręgosłupie i w najlepszym razie oglądałby morze z fotela. A tak, nałykał się krwi i strachu, ale cuda-dziwy, uszedł bez prawdziwej kontuzji i choć ciało nie zamierzało puszczać mu tej brawury płazem, jeszcze przez wiele dni odzywając się piekącym bólem, to realnie chłop był w pełni sprawny.
Seweryn przewrócił mimo woli oczami, gdy po jego opiece przyszła kolej na użyczoną przez bogów kurację. Zazdrościł i podziwał, a gdzieś na skraju świadomości czuł żal i ukłucie ego. Że on tak nie potrafi i lata praktyki idą na nic przy czarodziejskich błyskach i dymach? Że to nie on gra pierwsze skrzypce w ratowaniu? Że on, zawsze diabelnie pracowity w dążeniu do zrozumienia i rozwikłania zagadek życia, by służyć i pomagać, może tylko rozłożyć ręce wobec zmieniającej rzeczywistość tajemnicy, nad którą Randal tylko wzrusza ramionami, nie zadając sobie nawet trudu, by dojść, czym jest ta siła, której używa?
Ha, łatwo gdybać i tonąć w domysłach, co przechodziło przez głowę Seweryna, a i on sam, wnikliwy w naukach, ale gorszy w introspekcji, nie umiałby pewnie powiedzieć, co czuł w danej chwili. Ostatecznie to on jednak postawił pierwszą diagnozę i zadbał o pacjenta na zaś, więc magia czy nie, Marius był bezpieczny pod jego okiem. Dobrze jednak było wiedzieć, że w razie co, gdyby plastry i zioła zawiodły, a skalpele i szydła nie dawały rady, Randal może sięgnąć po mocniejsze środki.
- A ty już się zrywasz? – Zdziwił się medyk, widząc jak Marius zbiera się na równe nogi i niepewnym, ale powoli wracającym do równowagi krokiem rusza w stronę rozbitego domostwa.
Utopiec mówił wcześniej chwilę o sobie, ale zarówno Randal, jak i Seweryn nic mu nie odpowiedzieli, skupieni na tym, by w pierwszej kolejności zadbać o jego zdrowie. Teraz jednak, kiedy młodzian doszedł do siebie i obrał kurs ratunkowy, słowa o dzieciach, które trzeba ratować zabrzmiały jakoś wyraźniej i z sensem. Rzeczywiście, wspominał wcześniej, że jego szarża miała być przyjściem w sukurs jakimś dziatkom w potrzebie, ale nikt inny dotąd nie słyszał – nawet już po ubiciu ettina – by w wiosce odzywały się ludzkie głosy. Słychać było tylko meczenie owiec i beczenie kóz.
Lara, Kai i reszta drużyny nadjechała dość szybko, zasilając szeregi wybawców dziatek. Dziewczyna wcześniej nie mogła odmówić sobie spojrzenia na anatomicznego dziwoląga, którego ustrzeliła – wprawdzie wysiłek był zbiorowy, ale finalny strzał należał do niej! Raz, że rozpierała ją duma łowczyni, a dwa, że zżerała ją lekarska ciekawość obcowania z czymś niby to humanoidalnym, a jednocześnie tak egzotycznym.
Lekarka dziwiła się słysząc jeszcze jak serce czy serca w piersi giganta pompują krew już po jego śmierci, wypychając z rozciętych arterii gęstą jak gumbo brudnorudą maź. Ciekawość jednak ciekawością, ale smród szybko stał się nie do zniesienia i panna Quatermain z ulgą zajechała bliżej wioski.
Spoglądając z konia, widziała, że Pogorzel ma się całkiem nieźle. Poza wtargnięciem giganta, który mógłby słoniowatością zawstydzić słonia w składzie porcelany, nie widać było, aby na osadę spadły jakieś katastrofy. Kompletnie zniszczony był dom, do którego dobrał się olbrzym, a porozbijanych kilka szop, bud i parkanów, o które zahaczył, ale reszta budynków wyglądała przyzwoicie. Nie była to zamożna wioska, jednak ludzie dbali o swoje. Pomiędzy chatami zieleniły się często skromne ogródki warzywne i płotkami odcinały drobne zagrody, ale było też parę większych stodół czy obór, skąd dochodziły zwierzęce dokazywania.
Lara nie widziała śladów masakry, a przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Ettin rozniósł po okolicy pełno pyłu i darni, więc tak w powietrzu, na chatach, jak i wszędzie wokół unosiła się ziemista kurzawa, ale żadnych trupów i plam juchy nie było widać. Ani czuć.
Seweryn szedł za Mariusem, rozglądając się uważnie, niechętny jeździe konnej i przekonany, że najlepiej będzie mu zbadać okolicę na własnych nogach. Bliżej ziemi i faktów. Tam, gdzie ziemia nie przeszła bombardowania gigancim dudnieniem, wszystko wyglądało w miarę normalnie. Jeśli miała tu miejsce jakaś tragedia, to musiało dojść do zasadzki. Ciała musiały być gdzieś ukryte, albo porwane. Krwi, flaków i wszelkiego bitewnego kolorytu nie było widać. Gdzieniegdzie szło znaleźć ślady butów, ale też nic niepokojącego. Dziwnym byłoby, gdyby nie chodzili, pomyślał medyk.
Zwierzęta były zamknięte w swoich zagrodach, więc pewnie coś musiało nadejść w nocy. Inaczej owce czy kozy, które pasali pasterze z Pogorzeli rozlazły by się już dawno po okolicy. Czy gobliny, orkowie, albo inne górskie tałatajstwo zostawili by tyle kopytnego żarcia na zmarnowanie? Może ludzi mieli za priorytet? Słyszał te bajki, co wszyscy – orkowie ludojady, gobliny ludojady, gnolle ogryzą cię do kosteczki, bugbeary wyssą co do kropelki. Może ludzina to rzeczywiście był największy przysmak dzikusów, a skoro dostali, co chcieli, to poszli ze zdobyczą w las czy góry, resztę zostawiając na później? Wątpliwe, wątpliwe, prychnął.
Seweryn przystanął nagle, dostrzegając szary kudłaty kształt przed którąś z chat w oddali. Wytężył spojrzenie i kiwnął głową. Wiedział już, czego szukać i kiedy zszedł w głąb wioski, zobaczył, że widok powtarza się parę razy. Tu i ówdzie leżały psy. Potrzebowałby zbliżyć się do nich i przyjrzeć dokładnie, ale żywe nie były. Ktoś zapewne podkradł się do osady i pozbył szczekających alarmów – może w porę, a może nie. To trzeba było ocenić później...
Randal na razie nie dostrzegł psich nieboszczyków, ale w ocenach – choć nie konferowali dotąd – był podobny Sewerynowi i Larze. Brak było śladów ewidentnej bitwy, nie czuć było trupem i tym razem Pogorzel obyła się bez pożogi. Wszystko, co rycerz kojarzył z wojennym czasem, tu było nieobecne. Na pierwszy rzut oka nie było tu śmierci, ale nie było też głodu. Obecność zwierząt i fakt, że gigant mógł nawyżerać tyle jadła ze spiżarki pokazywał, że wieśniakom jakoś się wiodło. Niektóre grządki miały w sobie dochodzące powoli rzodkiew, krzaki pomidorów czy kapustę. Pewnie jakby rozejrzeć się pełniej, to znalazłoby się więcej spożywki i dałoby radę zmontować niczego sobie sałatkę, albo i chłopski kociołek.
Migdał pozostał na koniu, zapuszczając się w głąb wioski i trzymając łuk w pogotowiu. Nasłuchiwał i rozglądał się, ale po może minucie zeskoczył z wierzchowca i uspokojony machnął ręką na pozostałych. Zbrojni pod jego komendą kroczyli spokojnie z tyłu jako ariegarda zwycięskiej drużyny, niesieni sukcesem, ale jednak – strzeżonego, strzeżonego, sami wiecie – całkiem przezorni z bronią na podorędziu.
Marius mało co kojarzył i widział z tego, co wokół, skupiony by dopaść do fundamentów budynku, do którego dobierał się olbrzym. Krokiem niepewnym i chwiejnym, umacniającym się z każdym metrem, przechodzącym wreszcie w trucht i nerwowy podbieg, dotarł do celu. Podłoga pod chatą skrywała wejście do piwniczki czy spiżarki, które ettin oderwał, odsłaniając wąski, ziejący w drewnie otwór.
- Halo? – odezwał się Marius. - Spokojnie, już po wszystkim. Ubiliśmy potwora. Możesz wyjść!
Kapłan nie zatrzymywał się, ale na moment zaczął wątpić, czy aby faktycznie zmysły nie spłatały mu wcześniej figla. Dobre sobie – figla, który mógł go kosztować skórę!
- Jest tam kto? – Utopiec zbliżył się do rozbitej podłogi, dostrzegając w cieniu kawały desek, które gigant wbił do środka. Budynek był podmurowany, więc nie tak łatwo było dostać się do sedna, ale pewnie gdyby bestii dać chwilę spokoju, dopięłaby swego. - Jesteś bezpieczna!
Cisza...
Marius wziął pochodnię od Kaia, który nadjechał od prawej, przygotowując też linę, po której można było zejść w głąb zimnej piwniczki. Należało mu się pierszeństwo, więc nie mitrężył.
Piwnica nie była głęboka, miała może sześć, siedem stóp i ostatecznie dało radę zsunąć się do niej bez ceregieli. Wcześniej wisiała tu drabinka, ale o tę zadbał już ettin. Pochodnia odsłoniła obraz zniszczenia, które spadło z góry: porozbijane regały, słoje, garnce, zdruzgotane stemple wspierające strop, podłoga zalana alkoholem z pękniętych baryłek...
W rogu zaś, skulony, siedział mały człowieczek. Bosy, szczuplutki chłopak o płowych włosach i wielkich, zalęknionych niebieskich oczach, które mrugały nerwowo przy świetle pochodni. Miał pewnie jakieś siedem czy osiem lat. Był sam, brudny, przerażony i śmierdzący. Zresztą, kto by nie był, gdy gigant wali ci w strop nad głową i próbuje wybrać cię łapskiem na pożarcie jak ostatniego ogórka ze słoika.
Grunt jednak, że był żywy. Żywy i – z tego, na co wyglądało – zdrów.
-
Marius (Brilchan)
Marius nie był zbyt dobry jeżeli chodzi o zjednywanie sobie ludzi. Jednym z powodów nieskończenia przezeń szkolenia kapłańskiego był fakt, że łatwiej było mu kogoś zastraszyć czy okłamać zgodnie z przyzwyczajeniem ulicznika niż zjednać dobrym słowem.
Tym razem jednak podjął próbę perswazji. Uśmiechnął się do dziecka, które okazało się jednak chłopczykiem, któremu głos jeszcze nie zmężniał, a strach podwyższył jeszcze rejestry
- Hej chłopaku spokojnie, Osprem pobłogosławiła nas i zabiliśmy potwora, który chciał cię zjeść... Jesteś głodny ?- Utopiec wyciągnął pasek koniny oraz suchara podróżnego w kierunku dziecka.
- Na imię mi Marius i jestem członkiem Kompanii, choć poznasz moich przyjaciół, którzy pomogli mi ciebie uratować- Dziecko wyglądało na zaniedbane. Utopiec pamiętał jak, kiedyś sam był w podobnej sytuacji, miał nadzieje, że głód przezwycięży strach w malcu.Reszta pewnie będzie chciała wypytać chłopczyka o to co się stało, żeglarz przez chwilę rozważał wyczarowanie deszczu, ale byłoby to marnowanie magii i mogłoby przerazić chłopca. Lepiej więc wyciągnąć małego na zewnątrz gdzie bardziej wygadani kompani wyciągnął z dzieciaka co i jak.
Na pewno zamierzał odstawić chłopca do jakieś bezpiecznej świątyni, bądź druidcznego kręgu. Bo jego stan nie wskazywał na to, żeby miał dobrych rodziców, o ile ci w ogóle jeszcze żyli?
-
Lara (Alex Tyler)
Lara Quatermain jeszcze drżała. Nie ze strachu, lecz od wibrującej wewnętrznej amplitudy, która — mimo że walka dobiegła końca — nie chciała opaść. Jej ciało pulsowało echem ostatniego wystrzału. Wciąż czuła opór spustu pod palcem, metaliczny jęk zamka, trzask iglicy, a potem... potem ten rozpad. Jakby przecięła świat na dwoje.
Czaszka ettina pękła z mokrym chrzęstem — bardziej jakby strzeliła do przerośniętego dzika niż do istoty, której anatomia w ogóle nie powinna istnieć. A jednak istniała. I już nie.
Widząc, że Marius jest w dobrych rękach, uczona podeszła do truchła olbrzyma. Nie z obrzydzeniem, lecz z fascynacją. Zwłoki leżały między dębczakami jak gigantyczny, nieudolnie wyrzeźbiony manekin, rozpruty przez własną masę. Jedna głowa była już tylko pulpą, druga zwisała bezwładnie, oblepiona śluzem i krwią zmieszaną z pyłem. Lara uklękła obok — brudząc się, ale nie zwracając na to uwagi. Jej palce dotknęły skóry, już naznaczonej chłodem śmierci, i martwych mięśni. Zbadała ślad, którym rozszczepiła czaszkę.
Jedno serce. A może dwa rdzenie kręgowe? Współdzielona wątroba? Mogłaby spędzić tu godziny. I całe godziny nie wystarczyłyby, by pojąć ten organizm — bardziej metaforę niż biologiczną całość.
Ale Lara była z wykształcenia fizyczką. Gdy coś ją przerażało lub fascynowało — musiała to zrozumieć. Teraz czuła nie lęk, lecz pytania. Zbyt wiele pytań.
Potem dołączyła do reszty. I znów — nie strach trzymał ją za gardło, lecz obraz. Pogorzel. Nie pogorzelisko. Spodziewała się ruin, zgliszcz, śladów rzezi. A jednak uderzyło ją coś zupełnie innego: cisza. Nienaturalna, zbyt gęsta. Jak pokost na martwej ikonie.
Jechała za Mariusem i Sewerynem, wypatrując z grzbietu konia. Z każdym krokiem czuła narastające napięcie. Jej wzrok analizował — nie z zamętu, lecz z nawyku. Tam, gdzie nie było olbrzyma, wszystko zdawało się nietknięte. Ogródki — w całości. Zagrody — zamknięte. Kozy beczały. Owce przeżyły. Życie trwało.
Tylko ludzi brak. Drastycznie, kategorycznie brak.
Aż wreszcie, u progu jednej z chat, coś przełamało ten niepokojący porządek. Szare, kudłate coś. Leżało nienaturalnie. Pies.
Ale nie zabity przez ettina. Ten waliłby jak młotem — zmiażdżyłby, a potem pożarł. A tu nie było miazgi.
Zanim Quatermain zaczęła oględziny, miała już roboczą hipotezę: w Pogorzeli musiało dojść do doskonale zorganizowanego nocnego porwania. Na to wskazywał brak śladów walki czy rabunku. Martwe psy tylko ją utwierdzały: komuś zależało, by nikt nie zdążył szczeknąć alarmu.
Jej ostatni strzał z arkebuza był triumfem — głośnym, definitywnym. A jednak Lara już wiedziała, że ettin był tylko wstępem. Nie źródłem niepokoju.
Bo Pogorzel nie była martwa.
Była opuszczona.
I ta różnica pulsowała w niej jak iskrzący nerw. Jeszcze nienacięty.
Jeszcze.
-
Wielkie załzawione oczęta małego zasmarkańca chwilę drżały, dając podstawy zawodom czy malec zaraz wybuchnie rykiem czy może zmrożony zatnie się w sobie. Nie zaszła jednak żadna z tych rzeczy, bo chłopak po drgającym wahaniu zebrał się w sobie i z trudem trzymając minę, dodając sobie animuszu podciągnięciem spodni, postąpił niepewnie naprzód.
Na podsunięte mu jadło pokiwał głową. Fakt, Marius teraz ochłonął na tyle, by zobaczyć, że spiżarka w której ukrywał się chłopak pełna była przetworów i miodów, więc maluch zapewne nie głodował. Na co mu zatem były suchary i paski koniny, kiedy pewnie nachapał się wcześniej powideł czy dżemu. Jeśli w ogóle w całym tym strachu miał mentalną przestrzeń, by dopuścić do głosu głód i pragnienie.
Nie, Utopiec przyjrzał mu się teraz i chociaż chłopiec wyglądał jak siedem nieszczęść, to na zabiedzonego nie wyglądał. Stał niepewnie za beczką, z początku trochę przestraszony, ale czując dobre intencje (i nie mając właściwie wyjścia – w jaką to rynnę niby mógłby wpaść z ettinowej ulewy?) szybko przekonany do gości... Za to teraz już bardziej zawstydzony, chowając pobrudzone w momencie słabości spodnie w cieniu piwnicy, z daleka od światła pochodni.
- J... Jestem Vuk – wymówił chłopak po krótkiej obserwacji zaglądających z góry przybyszów. - Co... Co jest tam na górze?
-
Seweryn (Rewik)
...a na górze w tym czasie Seweryn niby ramię w ramię szedł z Randalem (acz nieco z tyłu bardziej), lecz prócz lustrowania okolicy, rozpamiętywał zapewne słowa kompana, że niegodzien, że mało się stara, że nie potrafi jak on bogom zaufać. Mama często mówiła mu, a przynajmniej tak powtarzał ojciec - "pysze przed upadkiem iść przystało".

— Rozeznajecie się, jak otrucie rozeznać? Na myśl mnie przychodzi, że może ktoś z wioski, psy otruł, skoro jako jedyne je martwe widzimy — zwrócił się głównie do górującej nad nimi na końskim grzbiecie Lary Quatermain (raczej zbędnie, była wszak również wyższa stopniem w naukowym półświatku). — Język, jasne, oczy przekrwione, być może, ale też wymiotne plwociny na piachu, czy trawie.
Nie mógł oczywiście zapomnieć o ogólnych oględzinach, czy jednak rana jakaś, nie była zbyt duża, jak ta u ettinowego stwora na ten przykład. Uznał jednak, że to by się może i jakoś układało. Gdyby jakiś z zewnątrz gość do Pożogi przybył. Zwierzęta otruł, może podczas jakieś biesiady zakrapianej. Może nawet... może nawet ktoś od owego skałodrzewowego szaleju...
Ale po kolei, najpierw psy i ich przyczyna śmierci, jeśli da się to w ogólę jeszcze ustalić...
-
Marius (Brilchan)
- Wybacz dzieciaku, nie zauważyłem, że masz tu jedzenie, kręci mi się w głowie, bo kiedy odwracałem uwagę potwora, który próbował cię pożreć, rąbnął mną o drzewo tak mocno, że sam popuściłem w spodnie z wrażenia i zobaczyłem twarz Bogini. Gdyby nie Jaśnie Pan Seweryn cyrulikiem będący tobym zemarł... Jakże mnie postawił na nogi, to się rzuciłem pędem tutaj, bo się bałem, że cię jakaś belka przygniotła dzięki bogom cały jesteś także się nie wstydź jeżeli ci coś poleciało w tej sytuacji boś i tak dzielny i mężny, żeś przetrwał atak olbrzyma - rzekł Utopiec, chowając jedzenie sam nieco zawstydzony sytuacją.
- Co do twego pytania chłopcze... A jak ty masz właściwie na imię ? Cobym przestał ci od "Hej ty wyzwać"... Mamy Pana Randalla świętego męża w zbroi i pod mieczem Jaśniepanienkę Doktórkę Larę ze szlacheckim nazwiskiem na Q co nie potrafiem go wymówić piękną jak obrazek a przy tym mądrą i utalentowaną tak, że człeka potrafi cofnąć sprzed bram śmierci co żem sam no oczy widział... Pana Kaia elfa co muzykę gra! Elfa źeś kiedy obejrzał? To miałbyś tera szanse! Dużo miłych ludów zbrojnych co pomogli cię uratować, możesz też napluć na truchło potwora co cię chciało pożreć to też widok wart obaczenia co by potem się chwalić we przyszłości... Nikogo innego w Pogorzeli źeśmy nie znaleźli, to chcieliśmy się spytać, czy wiesz, co się stało i pomóc znaleźć twoich rodziców jeżeli byli dla ciebie dobrzy albo inne bezpieczne miejsce jeżeli nie byli. Boś jedzenie tu masz, ale jako sam widzisz potworów pełno! A my musimy dalej iść, bo Kompania tako nakazuję, a nie chce cię zostawiać na pożarcie innym monstrom chłopaku - Rzekł nieco przydługo, ze stresu wracając do prostackiego słownictwa ulicznika, które wybijali z niego kapłani za pomocą pasa i kija.
Próbował z całych sił zainteresować dzieciaka atrakcjami oraz widokami, które czekają go na górze. Jeżeli szczyl uprze się zostać w norze Marius był gotów wyciągnąć dzieciaka za chabety dla jego własnego dobra!