'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
dr Lara Quatermain (Alex Tyler)
Choć dłoń dr Lary Quatermain wciąż pulsowała od napięcia, zaciśnięta na kolbie dwulufowego arkebuza, nie myślała o swoich chybieniach. W jej świecie pudła się zdarzały — były częścią rachunku ryzyka, który akceptuje każdy strzelec, medyk czy archeolog brodzący w piaskach pradawnych grobowców. Nie to zaprzątało teraz jej myśli. Z cieniem obawy obserwowała, jak Marius wylatuje z siodła i paszcze ettina rozdzierają się w podwójnym rykowisku, jak w rękach kleryka pulsuje trupia energia — niczym bezimienne sumienie świata, którego nikt nie wzywał do sądu.
Nie znosiła tego uczucia: że ktoś — lub coś — mogłoby rozstawiać figury na planszy ponad ich głowami. W wiośnie doliny Drusdygg było coś odurzającego, coś, co zdawało się przyciągać spojrzenia żarłocznych bogów. I Lara poniekąd czuła je na sobie. Nie Pelora. Nie Asmodeusza. Nie żadnego z nazwanych. Patrzyli ci bezimienni — ci, co karmią się opowieścią. Bohater upada. Bohater powstaje. Kapłan kona, łowczyni skarbów w locie chwyta broń.
Ale jeśli świat to teatr — niechaj patrzą. Ona znała swoją rolę. Nie była tą, która drży w kącie z nożem kuchennym. Ani tą, która pozwala, by strach sparaliżował jej ruch. Była tą, która rusza w stronę potwora. I choć ryk olbrzyma wstrząsał końmi, a Marius konał gdzieś w cieniu powalonych drzew, Lara czuła znajome mrowienie w karku — to, które mówiło: teraz. Teraz się działa, teraz się celuje, teraz się strzela, i niech cała Flanaess podniesie wzrok, jeśli trzeba, bo właśnie zaczyna się właściwa opowieść.
— Naprawdę? Naprawdę myślicie, że wasze łapy są większe niż mój upór? — rzuciła półgłosem, bardziej do siebie niż do wroga, poprawiając uchwyt i dosypując prochu. — No to chodźcie, paskudy. Zobaczymy, kto wyjdzie z tej legendy cały.
Nie było już miejsca na zwątpienie. Ettin parł naprzód, Marius leżał w trawie, powietrze dudniło od ciężaru przemocy, a adrenalina tłukła się pod skórą jak stado sokołów w klatce. Lara zaczerpnęła tchu, przesunęła urękawiczonym palcem przy gotowym spuście, i pomyślała: może nie da się zmienić świata. Ale celność — celność to zupełnie inna sprawa.
-
Marius ocknął się na ziemi. W piachu, z bólem w plecach i w boku. Z przymglonym spojrzeniem i metalicznym, ciężkim posmakiem krwi w ustach. Spróbował się ruszyć, podczołgać, nawet wstać. Nic z tych rzeczy. Leżał wśród połamanych szczap brzozy, w którą trafił, pacnięty ettinową łapą, czując jak upływa z niego życie.
Obserwował co dzieje się wokół, ale nie miał nawet siły krzyknąć, choć w uszach dudniły mu wezwania patronki, by ruszał, wstawał, zbierał się, uciekał... Nic z tych rzeczy. Z głową przy ziemi, oglądając rzeczywistość po mrówczemu, śledził ruchome obrazki wokół.
Widział, że jego upadek wywołał zgrozę wśród kompanów. Ktoś krzyknął, ktoś popędził konia naprzód... Może by pomóc, może żeby go zgarnąć? Usłyszał strzał. Potężny, huczący wystrzał z arkebuza, który wdarł się w jego przytłumioną świadomość na rozdrożu światów. Potwór odpowiedział rykiem. Bolesnym, wściekłym. Musiał dostać i musiał dostać poważnie.
Ziemia dudniła pod krokami bestii i konie płoszyły się, utrudniając ostrzał. Ktoś zaklął na cały głos, pewnie spudłował, a ktoś inny załkał niemalże z przerażenia po końskim wizgu. Co tam się działo?
Utopiec zwinął się w konwulsjach, ale zdołał uczołgać się kawałek, przewalając się na bok. Widział, że ktoś tam spadł z konia. Chyba Wincent? Trafiło się jak i jemu, a olbrzym był blisko...
Ale reszta strzelała, krzyczała, hałłakowała ze wszech stron, by zdobyć uwagę stwora. Gigant ruszył w ich stronę, zrywając po drodze drzewko, którym chciał chyba rzucić w uciekających napastników, którzy nękali go nomadzką metodą walki. Sapał i stękał, więc musieli trafiać, ale kapłan widział już teraz tylko plecy olbrzyma.
Na chwilę w polu uwagi zjawił się Randal, nadjeżdżający w swym paladyńskim majestacie jak herald lepszego świata, który miał za moment zgarnąć odpływającego Mariusa... Rycerz rzucił i znów celnie, bo trafiony stwór na raz przyspieszył i pognał za nim w dzikim pędzie. Jeździec chciał odegnać bestię od Mariusa i Wincenta, ale mocno ryzykował. Utopiec nie mógł już zobaczyć, czy miotacz zapłaci za swą odwagę głową, gdy umykający przez gęstwiny koń zrzuci go gdzieś w wykrocie, zostawiając gigantowi na zdeptanie... Oczy zjechały w górę, a powieki opadły ciężko jak zamkowe kratownice, odcinając kapłana od świata.
* * *
Seweryn też nie widział wszystkiego dokładnie, skryty w gąszczu w oczekiwaniu na dogodny moment, który miał odmienić losy potyczki. Tak sobie to tłumaczył, ale nie był w swej głębokiej ostrożności całkiem bierny. Co mógł to obserwował i wiedział, że kiedy przyjdzie co do czego – nie zaśpi. Widział celny strzał Migdała, który zawył na stwora i spróbował odciągnąć go za sobą, widział trafienie Greba, pudła Kaia i Ulefa. Widział w końcu, że ryzykowny rajd paladyna się opłacił, bo gigant wali za nim, ignorując wszystko po drodze.
- Cyk.
Zwolniony w odpowiednim momencie bełt z ręcznej kuszy wyleciał z przeszytu, wbijając się z paskudnym chrzęstem gdzieś w okolice pokrwawionego, sikającego juchą barku, który Randal i następcy naruszyli już wcześniej. Musiało boleć.
Musiało paskudnie boleć, ale rozszalały żywioł prący naprzód już się nie zatrzymywał. Rozsierdzony nabrał tempa, którego nikt wcześniej poprawnie nie wykalkulował.
Konie końmi, ale jednak czy to na polance, czy w lasku, trzeba tu było trochę manewrować między krzewami, konarami i nagłymi spiętrzeniami ziemi typowymi dla pofałdowanego jak bazalt Drusdygg. Randal czuł już pewnie, że nie ujdzie bestii. Spróbował jeszcze uskoczyć na lewo, spinając konia, dał susa między cyprysy a kępę chwastów...
Dwugłowe bydlę miało go w zasięgu łapsk, a z drugiej strony sięgało już praktycznie po Larę i Sylva, którzy zbliżyli się do naciągniętej między drzewami liny. Jak marnie wyglądała teraz wobec górującego nad nimi potwora. Jak sznurówka, która miałaby obalić smoka.
Z bliska jednak wrażenie robił nie tylko ogrom ettina. Tu i teraz, z bliska, dowód swojej siły mógł dać inżynieryjny wynalazek sprzed może dwóch czy trzech dekad, który do wystrzału wyszykowała sobie Lara. Nie ma co, precyzja i odwaga, precyzją i odwagą, ale kiedy wyrasta nad tobą wzgórze mięśni, które może zgnieść cię między palcami jak pluskwę...
Ręce mogą zadrżeć. Ręce drżą. Ślina odpływa z gardła. Oczy mrugają nerwowo... Albo rozszerzają się, stężałe. Palce mogą nawet nie trafić w spust...
Ale trafiają. Lara nie ma tak pewnego chwytu na arkebuzie, jaki zwykle miewała, porównując swoją precyzję z bronią do tej, jaką miała przy operacjach ze skalpelem. Ale trzyma broń. Celuje. Celuje z bliska. I trafia. Nie może nie trafić.
Arkebuzowy huk rozdziera powietrze jak grom z nieba, a prochowy wybuch rozbija jedną z ettinowych czaszek jak arbuza. Śmierdziryjec rozpada się na krwawe cząstki, rozpaćkany po lesie, po Larze, po Sylvie i Randalu i po pysku brata-bliźniaka, który osadzony szyją w tym samym korpusie przyjmuje na siebie większość mięsnej eksplozji.
I wyje. Wyje wyciem głośniejszym niż huk arkebuza. Ale wyciem ostatecznym, pierwotnym, spazmowym i przedśmiertnym. Wyciek krwi i szok organizmu są poza skalą. Nie dadzą się załatać adrenaliną, ani szałem, który czasem potrafi ponieść bestie nawet poza śmierć.
Gigant bierze taneczny, niby to pijany w tył zwrot, chwieje się i pada na dębczak z tyłu, zwalając drzewo razem ze sobą i wyrywając je z korzeniami w obryzgu poderwanej gleby. Drży jeszcze, a ziemia drży wraz z nim. Zapach krwi niesie się po nozdrzach wszędzie wokół, ale zaraz niknie, przytłumiony smrodem organizmu, który przedśmiertnie zwalnia hamulce.
I ginie. Przeorany bełtami, strzałami, oszczepami i kulami z arkebuza. Martwy.
-
Marius Utopiec (Brilchan)
Ostatnie co Marius pomyślał. Przed utratą przytomności było kilka urywków myśli: "~Mam nadzieje, że ta dziewczynka ocalała... Nienawidzę Koni... Ciekawe co się stanie z moją duszą ? Pani Podróży? Czy Mistrz zmieni mnie w jakiegoś rybo - stwora żebym przez wieczność czyścił jakiś podwodne latryny...? ~" - Z tą głupią wizją życia pozagrobowego odpłynął, w objęcia snu.
Wiedział, jednak że nie żałował, podjętej decyzji! Zagrywka nie wyszła, ale nie mógłby ze sobą żyć gdyby nie rzucił się z pomocą, nie bał się więc umierać, za to, w co wierzył.
-
Seweryn (Rewik)
A tedyć pięknie, a tedy dobrze. Rana sroższa niźli ryjec, co tam uprzednio się znajdował. Ale znaczenia dlań teraz nie miało to wiele.
Tym razem Seweryn nie mitrężył się z pomocą. Wszakże szło o człeka, co pod kontraktem był, tym samym co i on sam. To też prędkości swej, wiedzy, ni środków nie żałował. Kilkanaście kroków poczynił i już przy Mariusie przebywał. Obserwując z początku, oczami szkody wyrządzone szacował, najgroźniejsze urazy odnajdował i na tyle ile potrafił ulgę niósł. Walczył tak z ograniczeniami, jakie niosła medycyna magii pozbawiona, jak i ograniczeniami czasu i warunków. Pewnie w duchu przeklinał ten porządek rzeczy już nie raz. Na ironię, magika dane było mu ratować.
Czyżby owe hemoptysis od płuca żebrem przebitego? Może tylko stłuczenia? O! Byleby to były stłuczenia, inaczej względnej sprawności nie sposób będzie mu prędko przywrócić. Ponaglił żołdaków, coby mu nagotowali sprawunków różnych i wedle swej wiedzy pomocy udzielił.
-
Marius (Brilchan)
Marius miał sen... Śniło mu się, że został przemieniony w istotę z głębin, jego skóra stała się przezroczysta i pokryta śluzem, aby mógł funkcjonować lepiej w ciemnościach mokrych oceanów. Przestał się starzeć, aby lepiej służyć swojemu Mistrzowi... Nagle jakaś siła wyciągnęła go na powierzchnie ku powietrzu, którym nie mógł już oddychać!
***
Utopiec wziął głęboki oddech, łykając łapczywie powietrze, pożerając przy tym krzyk zrodzony z koszmaru. Otarł pot z czoła, powoli wracając do rzeczywistości, łącząc fakty, strzępy bólu i wspomnień.
Gdy odnalazł zachrypnięty głos powiedział to co wydało mu się odpowiednie - Po pierwsze dziękuję za uratowanie życia, czy udało się uratować dziewczynkę przed śmiercią z rąk potwora ?- dodał, szybko przypominając sobie, czemu wpakował ich wszystkich w tę walkę.
- Nie jestem jakimś bajkowym kapłanem- rycerzem bez skazy, który musi ubić każdą poczwarę i uratować każdego kotka z drzewa. Normalnie byłbym za tym, żeby ominąć potwora i nie ryzykować naszych skór, bo mamy misje... Nie obchodził mnie, los zaćpanego trapera jest dorosły i podjął własne decyzje... - Pociągnął łyk wody z bukłaka. Zwykle nie mówił wiele o sobie, ale czuł, że nowi towarzysze zasłużyli na wyjaśnienie dla jego głupoty.
- Ale dzieci to inna sprawa one się na świat nie prosiły! Nie miały okazji żyć i podejmować własnych decyzji, są zależne od nas dorosłych i zasługują na pomoc, która jest naszym obowiązkiem... Przeżyłem tylko dlatego, że kapłan Pani Podróżnych zlitował się nademną gdy byłem ulicznikiem, zawiedzionym przez rodziców, więc moim obowiązkiem jest płacić ten dług naprzód i być tym dorosłym, którego sam potrzebowałem jako dziecko - Słychać było po tonie głosu, oraz języku ciała, że dzielenie się osobistą informacją nie było dla Mariusa łatwym, ale czuł się winien kłopotów, które sprawił swym nierozsądnym postępowaniem i czuł potrzebę wyjaśnienia swych motywacji przed współpracownikami.
-
sir Randal Bronson (Mike)
- Świetny strzał! - zawołał Randal.
Zeskoczył z konia i zamaszystym cięciem urąbał drugi łeb potwora.
- Na wszelki wypadek. Żeby my do łba nie przyszło wstawać.
Rozejrzał się wokoło. Nie znajdując nowych zagrożeń, wytarł miecz i schował go. A potem ruszył ku rannemu, gdzie już Seweryn zaczynał swe działania.
Przyklęknął po drugiej stronie i ściągnąwszy rękawice wzniósł modły o uzdrowienie kompana.
-
Seweryn Drachenwulf (Rewik)
Czyż nie było tak, iż znowu synergia dwu sztuk miała ocalić istnienie? Seweryn, wielce rad poznawać cudowności tego świata, z osobliwą ciekawością serca swego rozważał, jako to się dzieje, iż Randal ledwie jeno rzecze słowo, a już virtus divina, przychodzi na jego zawołanie. Z zadumą tedy, a snadź i z wielką radością, patrzał, jako owa magia przyśpieszała dzieła, które inszym razem trwałyby całe dni i noce.
Mógł nawet przez chwilę poczuć, jakby to on owym współ-cudotwórcą był. Mógłby, gdyby nie chłodny osąd jego. Gdyby nie to że to wszystko były jeno bzdury.
Dobrze wiedział, że nie on to był sprawcą. Choć niemało poczynił dla Mariusa, to przecie znów magia przyćmiła wszelki jego trud, jakby ta wiedza, którą tak długo, w pocie czoła i trudzie wielkim gromadził, była jeno pyłem na pustyni.
- Jak to robisz? - zapytał Seweryn szybko, słowem ciętym. - Jak to się dzieje, że bogowie zsyłają tobie moce takowe, a innym odmawiają. Dlaczego nie zezwalają czynić w ten sposób innym? Co byłoby w tym złego?
W oczach jego, niby iskry z żelaza rozżarzonego, błyszczały emocje rozliczne. Paladyn, człek bystry, mógł dostrzec w nich gniew, zawód, nadzieję, a i smutek. Jednakże Seweryn — jako człek roztropny — uśmiechem łagodnym je skrył, radością przyćmiewając. Radością, która z faktu uratowania Mariusa płynęła, gdy ten zaczął oczy otwierać i coś mówić próbował. Pytanie to jednak zawisło i na odpowiedź oczekiwało.
-
Randal (Mike)
- Dlaczego? - Randal popatrzył na niego uważnie - Bo brak we mnie pychy, która łatwo omamia słabsze umysły. Robię to co należy zrobić, ni mniej ni więcej. I nie oczekuję za to nagrody. Ale jestem człowiekiem i mam chwilę zwątpienia, a robak pychy czasem drąży mą duszę, ale temu nie poddaję.
Założył z powrotem rękawice.
- A co by było złego w tym, że każdy mógłby ratować życię innym z boską pomocą? Nic. Absolutnie nic. Wystarczy, że każdy z nas będzie godnym tego by boska moc uczyniła z niego swe narzędzie. To zależy od każdego z nas. Tylko i wyłącznie. Ale nie każdy jest gotów zawierzyć swe życie i wolę bogom. Nie wyobrażam sobie byś pozwolił by jakaś nieokreślona, niewidzialna istota wydawał ci rozkazy, choćby i subtelne, a ty je potulnie wykonasz - zakończył krzywo się uśmiechając.
-
Marius (Brilchan)
Mariusowi ulżyło, że jego wynurzenia zostały olane i panowie zaczęli dyskutować o teologii. Po tym, jak poczuł, że może się ruszać, pobiegł do chaty, przy której zobaczył potwora aby, odszukać dziewczynkę, przez którą ich wszystkich naraził. Skoro tyle zaryzykował wypadałoby, dziecko odstawić w bezpieczne miejsce.
-
Historia Pogorzeli była historią pionierów. Ludzi, którzy ruszyli w dzicz, by wykarczować dla siebie kawałek życia i w ucywilizowanej dzikości urządzić świat po swojemu. Wypalali lasy na zboczach i karczowali rozległe polany pod wypas zwierząt, a w pobliżu samej osady żyli z puszczy – drewno, miód, smoła, węgiel, żywica, a w końcu zwierzyna i owoce lasu. Brali, co natura dawała, a rzadko dawała coś po dobroci.
To jednak dla przybyszów nie była żadna przeszkoda, bo nie przyjeżdżali z miasta, ani z wiosek, gdzie ziemia rodziła pełne kosze zboża. Znój mieli we krwi, a pył drogi w każdym oddechu. Przybyli ze swoimi stadami kóz i owiec nie wiadomo skąd właściwie, a z biegiem lat biedne chaty i szałasy zamienili na drewniane domy, coraz to większe i większe z każdym pokoleniem. Kiedy zaś przyszła pożoga i to, co budowali zniknęło jednej nocy razem z kawałem lasu wokół, zaczęli robotę od nowa.
No, może nie całkiem od nowa. Od nowa nie musieli. Byli już tu od pokoleń. Wrośnięci w Dolinę. Jako społeczność. Wyuczeni metod i ścieżek, którymi potrafili naginać przyrodę do swojej woli i tworzyć własny porządek. Skromny, surowy, dla niektórych na wpół dziki, ale własny.
A dziś? Dziś już ich nie było. Przyroda przyszła i upomniała się o swoje. Rycząc, wyjąc i dudniąc w ziemię sękatymi łapskami.
Przyroda, albo i nie przyroda. Bo raz, że jak tu zaklasyfikować ettina, bestię pradawną, pierwotną jak góry z których zszedł i śmierdzącą tak, że wrażliwym pomór, ale jednak zdolną do emocji, myśli i mowy? A jeśli to gobliny – czy wchodziły już w zakres cywilizacyjnych zagrożeń, może synantropijnych, niby szczury niosące zarazki, wcielonych niechętnie na skraj ludzkości jako stały szkodnik, czy raczej sił natury, niekontrolowalnych i losowych? Albo jeszcze inaczej – równorzędnej rasy, która podgryza starszych (czy tam młodszych, ale na pewno bardziej zdolnych) braci sapiens?
Zresztą, scenariuszy mogło być wiele, a Seweryn nie chciał na razie wykluczać żadnego. Nie, dopóki nie rozejrzy się dokładnie po okolicy. Najpierw jednak zajął się rannym kompanem, którego ocucił, rozebrał i należycie opatrzył. Posiniaczony i napuchnięty Marius został obłożony kompresami i nasmarowany balsamem z aloesu i arniki.
Szybki triaż wykazał, że z Utopcem nie jest wcale tak źle i nie ma nawet połamanych żeber. Jego Morska Pani musiała spojrzeć nań łaskawiej w chwili starcia, bo gdyby rąbnięcie poszło odrobinę w tę, odrobinę w tamtą, to kapłan miałby już po kręgosłupie i w najlepszym razie oglądałby morze z fotela. A tak, nałykał się krwi i strachu, ale cuda-dziwy, uszedł bez prawdziwej kontuzji i choć ciało nie zamierzało puszczać mu tej brawury płazem, jeszcze przez wiele dni odzywając się piekącym bólem, to realnie chłop był w pełni sprawny.
Seweryn przewrócił mimo woli oczami, gdy po jego opiece przyszła kolej na użyczoną przez bogów kurację. Zazdrościł i podziwał, a gdzieś na skraju świadomości czuł żal i ukłucie ego. Że on tak nie potrafi i lata praktyki idą na nic przy czarodziejskich błyskach i dymach? Że to nie on gra pierwsze skrzypce w ratowaniu? Że on, zawsze diabelnie pracowity w dążeniu do zrozumienia i rozwikłania zagadek życia, by służyć i pomagać, może tylko rozłożyć ręce wobec zmieniającej rzeczywistość tajemnicy, nad którą Randal tylko wzrusza ramionami, nie zadając sobie nawet trudu, by dojść, czym jest ta siła, której używa?
Ha, łatwo gdybać i tonąć w domysłach, co przechodziło przez głowę Seweryna, a i on sam, wnikliwy w naukach, ale gorszy w introspekcji, nie umiałby pewnie powiedzieć, co czuł w danej chwili. Ostatecznie to on jednak postawił pierwszą diagnozę i zadbał o pacjenta na zaś, więc magia czy nie, Marius był bezpieczny pod jego okiem. Dobrze jednak było wiedzieć, że w razie co, gdyby plastry i zioła zawiodły, a skalpele i szydła nie dawały rady, Randal może sięgnąć po mocniejsze środki.
- A ty już się zrywasz? – Zdziwił się medyk, widząc jak Marius zbiera się na równe nogi i niepewnym, ale powoli wracającym do równowagi krokiem rusza w stronę rozbitego domostwa.
Utopiec mówił wcześniej chwilę o sobie, ale zarówno Randal, jak i Seweryn nic mu nie odpowiedzieli, skupieni na tym, by w pierwszej kolejności zadbać o jego zdrowie. Teraz jednak, kiedy młodzian doszedł do siebie i obrał kurs ratunkowy, słowa o dzieciach, które trzeba ratować zabrzmiały jakoś wyraźniej i z sensem. Rzeczywiście, wspominał wcześniej, że jego szarża miała być przyjściem w sukurs jakimś dziatkom w potrzebie, ale nikt inny dotąd nie słyszał – nawet już po ubiciu ettina – by w wiosce odzywały się ludzkie głosy. Słychać było tylko meczenie owiec i beczenie kóz.
Lara, Kai i reszta drużyny nadjechała dość szybko, zasilając szeregi wybawców dziatek. Dziewczyna wcześniej nie mogła odmówić sobie spojrzenia na anatomicznego dziwoląga, którego ustrzeliła – wprawdzie wysiłek był zbiorowy, ale finalny strzał należał do niej! Raz, że rozpierała ją duma łowczyni, a dwa, że zżerała ją lekarska ciekawość obcowania z czymś niby to humanoidalnym, a jednocześnie tak egzotycznym.
Lekarka dziwiła się słysząc jeszcze jak serce czy serca w piersi giganta pompują krew już po jego śmierci, wypychając z rozciętych arterii gęstą jak gumbo brudnorudą maź. Ciekawość jednak ciekawością, ale smród szybko stał się nie do zniesienia i panna Quatermain z ulgą zajechała bliżej wioski.
Spoglądając z konia, widziała, że Pogorzel ma się całkiem nieźle. Poza wtargnięciem giganta, który mógłby słoniowatością zawstydzić słonia w składzie porcelany, nie widać było, aby na osadę spadły jakieś katastrofy. Kompletnie zniszczony był dom, do którego dobrał się olbrzym, a porozbijanych kilka szop, bud i parkanów, o które zahaczył, ale reszta budynków wyglądała przyzwoicie. Nie była to zamożna wioska, jednak ludzie dbali o swoje. Pomiędzy chatami zieleniły się często skromne ogródki warzywne i płotkami odcinały drobne zagrody, ale było też parę większych stodół czy obór, skąd dochodziły zwierzęce dokazywania.
Lara nie widziała śladów masakry, a przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Ettin rozniósł po okolicy pełno pyłu i darni, więc tak w powietrzu, na chatach, jak i wszędzie wokół unosiła się ziemista kurzawa, ale żadnych trupów i plam juchy nie było widać. Ani czuć.
Seweryn szedł za Mariusem, rozglądając się uważnie, niechętny jeździe konnej i przekonany, że najlepiej będzie mu zbadać okolicę na własnych nogach. Bliżej ziemi i faktów. Tam, gdzie ziemia nie przeszła bombardowania gigancim dudnieniem, wszystko wyglądało w miarę normalnie. Jeśli miała tu miejsce jakaś tragedia, to musiało dojść do zasadzki. Ciała musiały być gdzieś ukryte, albo porwane. Krwi, flaków i wszelkiego bitewnego kolorytu nie było widać. Gdzieniegdzie szło znaleźć ślady butów, ale też nic niepokojącego. Dziwnym byłoby, gdyby nie chodzili, pomyślał medyk.
Zwierzęta były zamknięte w swoich zagrodach, więc pewnie coś musiało nadejść w nocy. Inaczej owce czy kozy, które pasali pasterze z Pogorzeli rozlazły by się już dawno po okolicy. Czy gobliny, orkowie, albo inne górskie tałatajstwo zostawili by tyle kopytnego żarcia na zmarnowanie? Może ludzi mieli za priorytet? Słyszał te bajki, co wszyscy – orkowie ludojady, gobliny ludojady, gnolle ogryzą cię do kosteczki, bugbeary wyssą co do kropelki. Może ludzina to rzeczywiście był największy przysmak dzikusów, a skoro dostali, co chcieli, to poszli ze zdobyczą w las czy góry, resztę zostawiając na później? Wątpliwe, wątpliwe, prychnął.
Seweryn przystanął nagle, dostrzegając szary kudłaty kształt przed którąś z chat w oddali. Wytężył spojrzenie i kiwnął głową. Wiedział już, czego szukać i kiedy zszedł w głąb wioski, zobaczył, że widok powtarza się parę razy. Tu i ówdzie leżały psy. Potrzebowałby zbliżyć się do nich i przyjrzeć dokładnie, ale żywe nie były. Ktoś zapewne podkradł się do osady i pozbył szczekających alarmów – może w porę, a może nie. To trzeba było ocenić później...
Randal na razie nie dostrzegł psich nieboszczyków, ale w ocenach – choć nie konferowali dotąd – był podobny Sewerynowi i Larze. Brak było śladów ewidentnej bitwy, nie czuć było trupem i tym razem Pogorzel obyła się bez pożogi. Wszystko, co rycerz kojarzył z wojennym czasem, tu było nieobecne. Na pierwszy rzut oka nie było tu śmierci, ale nie było też głodu. Obecność zwierząt i fakt, że gigant mógł nawyżerać tyle jadła ze spiżarki pokazywał, że wieśniakom jakoś się wiodło. Niektóre grządki miały w sobie dochodzące powoli rzodkiew, krzaki pomidorów czy kapustę. Pewnie jakby rozejrzeć się pełniej, to znalazłoby się więcej spożywki i dałoby radę zmontować niczego sobie sałatkę, albo i chłopski kociołek.
Migdał pozostał na koniu, zapuszczając się w głąb wioski i trzymając łuk w pogotowiu. Nasłuchiwał i rozglądał się, ale po może minucie zeskoczył z wierzchowca i uspokojony machnął ręką na pozostałych. Zbrojni pod jego komendą kroczyli spokojnie z tyłu jako ariegarda zwycięskiej drużyny, niesieni sukcesem, ale jednak – strzeżonego, strzeżonego, sami wiecie – całkiem przezorni z bronią na podorędziu.
Marius mało co kojarzył i widział z tego, co wokół, skupiony by dopaść do fundamentów budynku, do którego dobierał się olbrzym. Krokiem niepewnym i chwiejnym, umacniającym się z każdym metrem, przechodzącym wreszcie w trucht i nerwowy podbieg, dotarł do celu. Podłoga pod chatą skrywała wejście do piwniczki czy spiżarki, które ettin oderwał, odsłaniając wąski, ziejący w drewnie otwór.
- Halo? – odezwał się Marius. - Spokojnie, już po wszystkim. Ubiliśmy potwora. Możesz wyjść!
Kapłan nie zatrzymywał się, ale na moment zaczął wątpić, czy aby faktycznie zmysły nie spłatały mu wcześniej figla. Dobre sobie – figla, który mógł go kosztować skórę!
- Jest tam kto? – Utopiec zbliżył się do rozbitej podłogi, dostrzegając w cieniu kawały desek, które gigant wbił do środka. Budynek był podmurowany, więc nie tak łatwo było dostać się do sedna, ale pewnie gdyby bestii dać chwilę spokoju, dopięłaby swego. - Jesteś bezpieczna!
Cisza...
Marius wziął pochodnię od Kaia, który nadjechał od prawej, przygotowując też linę, po której można było zejść w głąb zimnej piwniczki. Należało mu się pierszeństwo, więc nie mitrężył.
Piwnica nie była głęboka, miała może sześć, siedem stóp i ostatecznie dało radę zsunąć się do niej bez ceregieli. Wcześniej wisiała tu drabinka, ale o tę zadbał już ettin. Pochodnia odsłoniła obraz zniszczenia, które spadło z góry: porozbijane regały, słoje, garnce, zdruzgotane stemple wspierające strop, podłoga zalana alkoholem z pękniętych baryłek...
W rogu zaś, skulony, siedział mały człowieczek. Bosy, szczuplutki chłopak o płowych włosach i wielkich, zalęknionych niebieskich oczach, które mrugały nerwowo przy świetle pochodni. Miał pewnie jakieś siedem czy osiem lat. Był sam, brudny, przerażony i śmierdzący. Zresztą, kto by nie był, gdy gigant wali ci w strop nad głową i próbuje wybrać cię łapskiem na pożarcie jak ostatniego ogórka ze słoika.
Grunt jednak, że był żywy. Żywy i – z tego, na co wyglądało – zdrów.
-
Marius (Brilchan)
Marius nie był zbyt dobry jeżeli chodzi o zjednywanie sobie ludzi. Jednym z powodów nieskończenia przezeń szkolenia kapłańskiego był fakt, że łatwiej było mu kogoś zastraszyć czy okłamać zgodnie z przyzwyczajeniem ulicznika niż zjednać dobrym słowem.
Tym razem jednak podjął próbę perswazji. Uśmiechnął się do dziecka, które okazało się jednak chłopczykiem, któremu głos jeszcze nie zmężniał, a strach podwyższył jeszcze rejestry
- Hej chłopaku spokojnie, Osprem pobłogosławiła nas i zabiliśmy potwora, który chciał cię zjeść... Jesteś głodny ?- Utopiec wyciągnął pasek koniny oraz suchara podróżnego w kierunku dziecka.
- Na imię mi Marius i jestem członkiem Kompanii, choć poznasz moich przyjaciół, którzy pomogli mi ciebie uratować- Dziecko wyglądało na zaniedbane. Utopiec pamiętał jak, kiedyś sam był w podobnej sytuacji, miał nadzieje, że głód przezwycięży strach w malcu.Reszta pewnie będzie chciała wypytać chłopczyka o to co się stało, żeglarz przez chwilę rozważał wyczarowanie deszczu, ale byłoby to marnowanie magii i mogłoby przerazić chłopca. Lepiej więc wyciągnąć małego na zewnątrz gdzie bardziej wygadani kompani wyciągnął z dzieciaka co i jak.
Na pewno zamierzał odstawić chłopca do jakieś bezpiecznej świątyni, bądź druidcznego kręgu. Bo jego stan nie wskazywał na to, żeby miał dobrych rodziców, o ile ci w ogóle jeszcze żyli?
-
Lara (Alex Tyler)
Lara Quatermain jeszcze drżała. Nie ze strachu, lecz od wibrującej wewnętrznej amplitudy, która — mimo że walka dobiegła końca — nie chciała opaść. Jej ciało pulsowało echem ostatniego wystrzału. Wciąż czuła opór spustu pod palcem, metaliczny jęk zamka, trzask iglicy, a potem... potem ten rozpad. Jakby przecięła świat na dwoje.
Czaszka ettina pękła z mokrym chrzęstem — bardziej jakby strzeliła do przerośniętego dzika niż do istoty, której anatomia w ogóle nie powinna istnieć. A jednak istniała. I już nie.
Widząc, że Marius jest w dobrych rękach, uczona podeszła do truchła olbrzyma. Nie z obrzydzeniem, lecz z fascynacją. Zwłoki leżały między dębczakami jak gigantyczny, nieudolnie wyrzeźbiony manekin, rozpruty przez własną masę. Jedna głowa była już tylko pulpą, druga zwisała bezwładnie, oblepiona śluzem i krwią zmieszaną z pyłem. Lara uklękła obok — brudząc się, ale nie zwracając na to uwagi. Jej palce dotknęły skóry, już naznaczonej chłodem śmierci, i martwych mięśni. Zbadała ślad, którym rozszczepiła czaszkę.
Jedno serce. A może dwa rdzenie kręgowe? Współdzielona wątroba? Mogłaby spędzić tu godziny. I całe godziny nie wystarczyłyby, by pojąć ten organizm — bardziej metaforę niż biologiczną całość.
Ale Lara była z wykształcenia fizyczką. Gdy coś ją przerażało lub fascynowało — musiała to zrozumieć. Teraz czuła nie lęk, lecz pytania. Zbyt wiele pytań.
Potem dołączyła do reszty. I znów — nie strach trzymał ją za gardło, lecz obraz. Pogorzel. Nie pogorzelisko. Spodziewała się ruin, zgliszcz, śladów rzezi. A jednak uderzyło ją coś zupełnie innego: cisza. Nienaturalna, zbyt gęsta. Jak pokost na martwej ikonie.
Jechała za Mariusem i Sewerynem, wypatrując z grzbietu konia. Z każdym krokiem czuła narastające napięcie. Jej wzrok analizował — nie z zamętu, lecz z nawyku. Tam, gdzie nie było olbrzyma, wszystko zdawało się nietknięte. Ogródki — w całości. Zagrody — zamknięte. Kozy beczały. Owce przeżyły. Życie trwało.
Tylko ludzi brak. Drastycznie, kategorycznie brak.
Aż wreszcie, u progu jednej z chat, coś przełamało ten niepokojący porządek. Szare, kudłate coś. Leżało nienaturalnie. Pies.
Ale nie zabity przez ettina. Ten waliłby jak młotem — zmiażdżyłby, a potem pożarł. A tu nie było miazgi.
Zanim Quatermain zaczęła oględziny, miała już roboczą hipotezę: w Pogorzeli musiało dojść do doskonale zorganizowanego nocnego porwania. Na to wskazywał brak śladów walki czy rabunku. Martwe psy tylko ją utwierdzały: komuś zależało, by nikt nie zdążył szczeknąć alarmu.
Jej ostatni strzał z arkebuza był triumfem — głośnym, definitywnym. A jednak Lara już wiedziała, że ettin był tylko wstępem. Nie źródłem niepokoju.
Bo Pogorzel nie była martwa.
Była opuszczona.
I ta różnica pulsowała w niej jak iskrzący nerw. Jeszcze nienacięty.
Jeszcze.
-
Wielkie załzawione oczęta małego zasmarkańca chwilę drżały, dając podstawy zawodom czy malec zaraz wybuchnie rykiem czy może zmrożony zatnie się w sobie. Nie zaszła jednak żadna z tych rzeczy, bo chłopak po drgającym wahaniu zebrał się w sobie i z trudem trzymając minę, dodając sobie animuszu podciągnięciem spodni, postąpił niepewnie naprzód.
Na podsunięte mu jadło pokiwał głową. Fakt, Marius teraz ochłonął na tyle, by zobaczyć, że spiżarka w której ukrywał się chłopak pełna była przetworów i miodów, więc maluch zapewne nie głodował. Na co mu zatem były suchary i paski koniny, kiedy pewnie nachapał się wcześniej powideł czy dżemu. Jeśli w ogóle w całym tym strachu miał mentalną przestrzeń, by dopuścić do głosu głód i pragnienie.
Nie, Utopiec przyjrzał mu się teraz i chociaż chłopiec wyglądał jak siedem nieszczęść, to na zabiedzonego nie wyglądał. Stał niepewnie za beczką, z początku trochę przestraszony, ale czując dobre intencje (i nie mając właściwie wyjścia – w jaką to rynnę niby mógłby wpaść z ettinowej ulewy?) szybko przekonany do gości... Za to teraz już bardziej zawstydzony, chowając pobrudzone w momencie słabości spodnie w cieniu piwnicy, z daleka od światła pochodni.
- J... Jestem Vuk – wymówił chłopak po krótkiej obserwacji zaglądających z góry przybyszów. - Co... Co jest tam na górze?
-
Seweryn (Rewik)
...a na górze w tym czasie Seweryn niby ramię w ramię szedł z Randalem (acz nieco z tyłu bardziej), lecz prócz lustrowania okolicy, rozpamiętywał zapewne słowa kompana, że niegodzien, że mało się stara, że nie potrafi jak on bogom zaufać. Mama często mówiła mu, a przynajmniej tak powtarzał ojciec - "pysze przed upadkiem iść przystało".

— Rozeznajecie się, jak otrucie rozeznać? Na myśl mnie przychodzi, że może ktoś z wioski, psy otruł, skoro jako jedyne je martwe widzimy — zwrócił się głównie do górującej nad nimi na końskim grzbiecie Lary Quatermain (raczej zbędnie, była wszak również wyższa stopniem w naukowym półświatku). — Język, jasne, oczy przekrwione, być może, ale też wymiotne plwociny na piachu, czy trawie.
Nie mógł oczywiście zapomnieć o ogólnych oględzinach, czy jednak rana jakaś, nie była zbyt duża, jak ta u ettinowego stwora na ten przykład. Uznał jednak, że to by się może i jakoś układało. Gdyby jakiś z zewnątrz gość do Pożogi przybył. Zwierzęta otruł, może podczas jakieś biesiady zakrapianej. Może nawet... może nawet ktoś od owego skałodrzewowego szaleju...
Ale po kolei, najpierw psy i ich przyczyna śmierci, jeśli da się to w ogólę jeszcze ustalić...
-
Marius (Brilchan)
- Wybacz dzieciaku, nie zauważyłem, że masz tu jedzenie, kręci mi się w głowie, bo kiedy odwracałem uwagę potwora, który próbował cię pożreć, rąbnął mną o drzewo tak mocno, że sam popuściłem w spodnie z wrażenia i zobaczyłem twarz Bogini. Gdyby nie Jaśnie Pan Seweryn cyrulikiem będący tobym zemarł... Jakże mnie postawił na nogi, to się rzuciłem pędem tutaj, bo się bałem, że cię jakaś belka przygniotła dzięki bogom cały jesteś także się nie wstydź jeżeli ci coś poleciało w tej sytuacji boś i tak dzielny i mężny, żeś przetrwał atak olbrzyma - rzekł Utopiec, chowając jedzenie sam nieco zawstydzony sytuacją.
- Co do twego pytania chłopcze... A jak ty masz właściwie na imię ? Cobym przestał ci od "Hej ty wyzwać"... Mamy Pana Randalla świętego męża w zbroi i pod mieczem Jaśniepanienkę Doktórkę Larę ze szlacheckim nazwiskiem na Q co nie potrafiem go wymówić piękną jak obrazek a przy tym mądrą i utalentowaną tak, że człeka potrafi cofnąć sprzed bram śmierci co żem sam no oczy widział... Pana Kaia elfa co muzykę gra! Elfa źeś kiedy obejrzał? To miałbyś tera szanse! Dużo miłych ludów zbrojnych co pomogli cię uratować, możesz też napluć na truchło potwora co cię chciało pożreć to też widok wart obaczenia co by potem się chwalić we przyszłości... Nikogo innego w Pogorzeli źeśmy nie znaleźli, to chcieliśmy się spytać, czy wiesz, co się stało i pomóc znaleźć twoich rodziców jeżeli byli dla ciebie dobrzy albo inne bezpieczne miejsce jeżeli nie byli. Boś jedzenie tu masz, ale jako sam widzisz potworów pełno! A my musimy dalej iść, bo Kompania tako nakazuję, a nie chce cię zostawiać na pożarcie innym monstrom chłopaku - Rzekł nieco przydługo, ze stresu wracając do prostackiego słownictwa ulicznika, które wybijali z niego kapłani za pomocą pasa i kija.
Próbował z całych sił zainteresować dzieciaka atrakcjami oraz widokami, które czekają go na górze. Jeżeli szczyl uprze się zostać w norze Marius był gotów wyciągnąć dzieciaka za chabety dla jego własnego dobra!
-
-
Dr Lara Quatermain (Alex Tyler)
Dr Lara Quatermain spojrzała na indagującego ją Seweryna.
— W istocie, jestem w stanie rozpoznać ślady otrucia, choć wymaga to czegoś więcej niż tylko wpatrywania się psu w ślepia i szukania piany — odparła, schodząc z końskiego grzbietu, głosem uprzejmym, lecz niepozbawionym nuty zdziwienia, jako że pytanie dotykało dziedziny tak podstawowej, że aż zaskoczyło ją, że padło z ust cyrulika. Czyżby maskował nim własną ignorancję, sprawdzał ją, a może drwił? — Po pierwsze: dziąsła. Jeżeli sine, blade lub plamiste — może to znaczyć, iż serce zaniemogło w wyniku zatrucia, a krew nie krążyła, jak należy. Jeśli widziałeś, jak po winie i merkuriuszu traci się rumieniec, wiesz, co mam na myśli. Oczy — owszem, przekrwione bywają, lecz też źrenice zbyt szerokie, albo na odwrót, jak główki szpilek, potrafią wiele rzec.
Osiadła na ziemi bez trudu, poprawiła ułożenie pasa nośnego od dwulufowego arkebuza i podeszła do zwierzęcia z chłodną powagą anatomki, co niejeden raz już śmierć za pysk brała.
— Gardziel sprawdzić trzeba — jeżeli język siny, a z pyska cieknie gęsta piana, to może być oznaka trucizny duszącej, jak bywa przy niektórych grzybach lub nalewkach na bieluniu. Niektóre rośliny z dalekiego południa Centralnego Oerik, z jakimi miałam nieprzyjemność zetknąć się w Erypcie, powodują gwałtowne torsje, sromotne laksacje i konanie wśród drgawek — i po tym właśnie poznać można, jeśli na trawie ślady śluzu czy żółci znajdziemy. Nie plwociny, jak powiadacie, a ślady konania. To różnica.
Zmarszczyła lekko brwi i uniosła łapę psa, oglądając poduszki łap i pazury.
— A jeszcze jedno: jeżeli ciało zesztywniało prędko, a kończyny sztywne jak u kata po zgonie, to także mówi coś o naturze śmierci. Przy truciznach często tak bywa — nie ze starości, nie z urazu, a z wewnętrznego rozkazu, co ciało odbiera od trucizny. I wonie… — zbliżyła się do pyska padłego zwierzęcia, choć twarz zmarszczyła w grymasie. — Czasem zapach zdradza sprawcę. Woń gorzkich migdałów przy cyjanie znamienita, choć u nas to rzadkość, bardziej domena alchemików z Basenu Bakluńskiego. Woń zgniłego czosnku — to bywa przy arszeniku. A metaliczna nuta? Plumbum. A może też coś gorszego.
-
Słońce w podróży po niebie było już dobrze w drugiej połowie i zaczęło szurać po najeżonym ostrymi wypustkami szczytów grzbiecie Pieców. Nadchodziła złota godzina i wszystko w tej godzinie wyglądało pogodniej, piękniej i lepiej. Trudy i żmudy wyglądały lżej, a problemy mniej pogmatwanie. Przyjemne, ciepłe światło zmieniało obraz porzuconej wioseczki w pastoralny pejzażyk, który w mieszczańskich domach zaklina lato w małym skrawku płótna uwieszonym nad kominkiem.
Miodowy czas wczesnego letniego wieczoru nie jest jednak z gumy. Choć dłuży się długimi cieniami i uspokaja rozbiegane oczy miękkim oranżem, zapowiada zmianę. Zjazd słonecznej karocy do boksa i pobudkę dla nowych stworzeń. Nadejście zmroku. Czas, który w Drusdygg najlepiej spędzać pod dachem, wśród ludzkich siedzib, albo przynajmniej przy solidnym, trwającym poranka ogniu.
- Przez sprawę z tym rannym nam się zeszło – ocenił Migdał, zjeżdżając konno między grupę zebraną akurat przy wioskowej studni. - Jak mamy spraw tu doglądnąć przed nocą, podzielić się trzeba.
- Tak i mówię – przyznał Bronson, który wcześniej rozglądał się już z tropicielem za śladami zbiegów czy porwanych, ale skończył z kwitkiem. - Trzeba objechać rubieże wioski, tam poszukać tropów.
- Z chłopcem trzeba zostać. – Marius miał teraz na głowie niepoślednie zadanie opieki nad prawdopodobnie jedynym świadkiem zajść w Pogorzeli. - Zająć się trzeba, podpytać.
- Zostaniemy, zostaniemy – zaoferował się Kai w liczbie mnogiej, wracając od sąsiedniej zagrody, skąd ściągnął suszące się na sznurku galoty. Uśmiechnął się do chłopaka i rzucił mu ciuch, pokazując, by przebrał się za rozstawionym na rogu wozem.
Deklarowana liczba mnoga może była zaproszeniem dla innych, może pluralis majestatis, a może miała po prostu dodać otuchy chłopcu, który niewątpliwie zaopiekowanym być musiał. Jeśli miało to być zaproszenie dla Lary, to przeszło mimo jej uszu.
- Jasne, rozejrzyjmy się na limesie osady – rzuciła, ciągnąc konia za uzdę w stronę Migdała, który miał poprowadzić poszukiwanie. - Póki jest dobre światło, działajmy.
- Dobrze... Ale to proponuję zacząć tak – od północy wioski, idąc na zachód, zaczniemy my... – Migdał pokazał na skraj wioski po przeciwnej stronie polany, skąd nadjechali. - Z kolei od południa...
- Ja chciałbym – zanim całkiem nas pan rozdzieli – poświęcić jeszcze czas na doglądnięcie miejsca kultu tej wioski – przerwał mu Seweryn. - Bywa, że ludzie prości w swych modłach i ofiarach mówią o problemach, które ich nękają... Może tam znajdziemy wskazania, co tutaj zaszło.
- Dobrze, panie Sewerynie – zgodził się tropiciel. - Kamień ofiarny Pogorzeli jest na wschód stąd, tam o, tamój, kawałek za polaną, na takiej mniejszej. Ulef, pójdziesz z panem, dobra?
- A wracając do rzeczy... – wtrącił Randal.
- Sylv też zna się na tropieniu. Pójdziesz z panem Randalem od południa, idąc na wschód – Migdał kiwnął na grubego, rozdzielając braci w odrębne składy. - Trzeba by i po wiosce się rozejrzeć, zwierząt doglądnąć... No i tym trupem ubitym zająć, bo to ścierwojady naściąga w nocy.
- To spojrzę na zwierzęta – Wskoczył przed szereg Grebo. - Znam się na tym.
- Ehe – żachnął się Wincent, któremu został ostatni przydział. - To ja co mam zrobić?
- W wiosce pewnie dosyć chrustu, żeby ogni napalić... Napalić ogni tam wokół ścierwa tego giganta i doglądnąć. Wystawi się potem czujki – Migdał spojrzał w stronę, gdzie wśród połamanych drzewek zaległo truchło ettina. - Inaczej nalezie się szakali, hien, wilków może... Albo i co gorszego zlezie.
-Nie mitrężmy zatem – zarządził Randal. - Zbiórka tu?
- A tak, zbiórka tu. Umówmy, że kiedy już słońce zniknie tam za Czerwonymi Wierchami... – Tropiciel pokazał na zachodnie szczyty, nad które powoli zjeżdżała słoneczna tarcza. - To wtedy tu się zbieramy. Pan Kai z panem Mariusem mogą się tu rozglądnąć za miejscem do noclegu, zobaczyć z chłopcem, co się nada.
- To nie tak dużo czasu – wtrącił Sylv, który lubił działać niespiesznie i dokładnie.
- Jest, co jest – uciął Migdał. - Trzy razy zróbcie kukułkę, jak będzie trzeba ostrzec, że coś się zbliża, a puszczyka na trzy jak trzeba wam pomocy... No albo krzyczcie po prostu, jak trzeba to trzeba.
W herbacianym świetle wieczoru wszystko brzmiało przyjemnie i beztrosko, jak wzięte z poobiednich przekomarzań staruszków bujających się w fotelach na ganku. Trzeba było uwagi, by zważyć każde słowo i nie zapomnieć, że sielskość w Drusdygg potrafi ulecieć w eter bardzo szybko. Góry nie dawały się łatwo oswoić i czasem wysiłki cywilizacji, by ugiąć je do swojej woli były równie skuteczne, co datki składane u ofiarnego kamienia. A czasem i mniej.
-
Marius (Brilchan)
- Panie Sewerynie to ja może pójdę z Panem ? Na czym jak na czym, ale na kulcie i wierzeniach to się trochę znam. Mógłbym wam plecy osłaniać, jakby się coś napatoczyło po drodze. W końcu Waćpan mnie przed śmiercią uratowałeś - Zaoferował się niedoszły kapłan.
- Chłopak nazwa się Vuk, ale tak, między bogami a prawdą to ja nie jestem za dobry w rozmowie, z ludźmi co mi pryncypały ze szkoły klerykalnej wypominali i nie bardzo wiem, jak się zabrać za wypytanie biedaka... - Podrapał się po pokrytej pyłem głowie.
- Sądzę, że powinniśmy tutaj przenocować i uzupełnić zapasy... Możemy zostawić mieszkańcom jakiś weksel, żeby nie było źeśmy złodzieje, choć uratowaliśmy ich chałupy przed tym monstrum - zasugerował Utopiec.
- Panie Gerbo czy moglibyście obaczyć, czy tu nie ma jakiegoś muła? Po tym co zaszło, to mam dość mojego konia, niech go Kelpie porwą! Z chęcią bym, go zostawił tutaj, ale to własność Kompanii.
-
Marius i Seweryn
Seweryn zawsze ciekaw był wszystkiego, co wykracza poza zwykłość. Nie stronił od chwil ciepłej codzienności, choć żywota nie miał jak z pastorałki. Jakby opisać go w obrazkach, to pewnie więcej byłoby tam juchy i flaków, niż relaksu z kubkiem mięty czy dziergania na drutach. A przecież i ziółka często popijał i zdarzało mu się coś wydziergać.
Przyziemność była mu naturalna, ale pragnienie by zrozumieć więcej i lepiej to, co wychodziło poza prosty, zamknięty w zmysłach rozum, stanowiło o jego właściwej naturze. Rozcinając i rozkrawając, zaglądał w głąb, patrzył w nieznane, poznawał i pomagał. Czytając uczone księgi i spoglądając wielkimi oczami na kapłańskie obrządki próbował z kolei rozkroić i rozciąć osnowę tego, czego skalpel nie odsłaniał.
Dlatego – poza samą, matczynie wpojoną, bogobojnością – ciągnęło go do religii. Nie w sensie poddawania się naiwnej dewocji czy przyjmowania rzeczy ze świata na wiarę, ale w ciekawości dla tej dziwacznej sfery, która mówiła swoim zamkniętym językiem i potrafiła zahaczyć czasem o nienaturalność i niewyjaśnialność. Jak leczące modlitwy Pelorytów, czy – żeby daleko nie szukać – błogosławieństwo paladyna.
Nawet tam zaś, gdzie Seweryn wątpił w obecność czegoś więcej, jak przy ofiarnym kamieniu w Pogorzeli, samo zawierzenie wieśniaków w to, że głaz stoi tam niby portal na granicy światów, łechtało ciekawość. Ciągnęło do spojrzenia, co rodzi się w ludziach, gdy stają w obliczu wiary w coś więcej. Jak wygląda ludzki eksperyment na religijnym szkiełku wiejskiego kultu.
- Jest i on. – Ulef pokazał ogromny, obły głaz wbity w ziemię w brzozowym zagajniku. - Kamień Leśnego.
Był to ogromny, ociosany przez siły natury głaz wyglądający jak wielki szary otoczak, który można by znaleźć na polu. Miał wielkość niedużego wozu, a wokół siebie mniejsze, wbite już ludzkimi rękoma kamyki tworzące coś na wzór imitacji druidzkiego kręgu. Przed głazem leżały złożone na metalowej tacy dary w postaci resztek owoców i jadła. Ofiara musiała zostać przez leśne siły przyjęta, bo widać było wokół ślady żerowania zwierząt i odciski kopyt. Po innych zaś śladach można było dojść, że wyszło na zdrowie.
Na skale było parę drobnych nacięć, ale żadne tam runy czy nawet zdobienia. Może przypadkowe rycia, albo jakieś oznaczenia płynącego czasu czy orientacji dla kogoś, kto zbłądził w okolicy, a nie wiedział jeszcze, że ludzkie siedziby ma minutę-dwie konnej jazdy na zachód. Albo rzeczywiście zwykłe żyłki uderzeń czy pęknięć, bo nie widać w tym było żadnego sensu.
Ziemia przed kamieniem była wydeptana. Ludzie schodzili tu często. Widać było w jej nierównościach, że poza butami petentów, przed kamieniem stają czasem i znicze, dzbany, misy, albo inne naczynia, których okrągłe (a rzadziej prostokątne kształty jak przy pozostałej jeszcze na miejscu tacy) odciski zostawiły swoim staniem pieczęć na dłużej. Żadnych papierów, pergaminów, czy choćby listków, ani nawet pisań patykiem na piasku nie było. Zero literek i innych takich.
Znak problemów był inny. Kamień od góry zalany był czarną farbą. Czarną farbą, albo smołą. Ciecz spłynęła po nim falami, a dalej, niżej strużkami, babrając większość głazu. Nie cały, bo nie wyglądało na to, by czerń rozmazano po nim dokładnie – raczej chlupnięto nią z boku, oblewając jak z wiadra czy misy.
- Wygłuszyli to miejsce – zaszumiało w głowie Mariusa, jakby ktoś wdmuchnął mu słowa w uszy od ściany lasu przed nimi.
Seweryn pochylił się nad kamieniem, oglądając go z bliska. Zalanie było niedokładne, na odlew. Całe szare płaty skały były na wierzchu, ale przeciągając palcami po ścianach nie czuć było, żeby ubabrana przestrzeń różniła się od tej suchej. Nie wyglądało, żeby umorusanie głazu miało ukryć coś konkretnego – wypukłości czy wklęsłości kamienia pod palcami nie zdradzały żadnego wzoru czy porządku. Smoła zaś...
- W miarę świeża – ocenił medyk, czując jeszcze na palcach lepkość rozmazanej cieczy.
- Ciekawe co to – zastanowił się głośno Utopiec, zeskrobując z kamienia odrobinę czerni i wąchając ją lekko. - To nie wygląda na smołę. Jakaś farba?
- Na pewno nie dziegieć. – Ulef pokiwał głową po profesorsku zanim jeszcze przyjrzał się z bliska. Żeby jednak eksperckości uczynić zadość, pochylił się nad kamieniem i starł kawałek palcami, rozcierając maź na opuszkach i biorąc niucha. - Pracowałem trochę w stolarni, to nie smoła. Farba jakaś, ale nietania, bo kolor głęboki taki, a lśniący... O, niedobra to od bogów się odwracać, tako czynić jak te tutaj.
Las odpowiedział pohukiwaniem puszczyka, jakby potakiwał prostej diagnozie Ulefa. Zalany farbą głaz rzucał długi cień, rozciągając swą czerń aż po próg gęstego młodnika na krańcu polany. Światło gasło powoli, ale do umówionego czasu było pewnie jeszcze z dobre pół godziny. Po koniach, parskających nerwowo, widać było jednak, że nie obraziłyby się za powrót do wioski przed czasem. A i Ulef, rozglądający się niepewnie, gdy coś zahukało czy zaświszczało od lasu, nie był wrogiem nadmiernej punktualności.