Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
BoomyB

Boomy

@Boomy
Informacje
Posty
29
Tematy
2
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Roy Genshi, Mike Nor

    Wszystko poszło z grubsza zgodnie z planem kontradmirała. Nawet krasnoludzki władca powinien być martwy. Roy jednak zawsze dmuchał na zimne, więc musiał się upewnić, że potyczka została zakończona. Jedyne, co poszło nie tak, to predykament w którym znalazł się Mike. Jednak inżynier nie miał sposobu na efektywne zlokalizowanie towarzysza, bądź jego ciała, gdy cała strefa zero po wybuchu była jeszcze rozgrzana do czerwoności. Zaczął więc przywoływać drony zwiadowcze, które miały upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Mali zwiadowcy o kształtach wielkich owadów szybko rozlecieli się po polu bitwy. Część kierowała się do zawalonej wieży, szukając ocalałych krasnoludów oraz tuneli i podziemnych bunkrów w których mogliby przetrwać. Kilka z nich obserwowało niebo naokoło Roya, wypatrując dalszych ataków z powietrza. Jednak większość rozleciała się po polu bitwy w poszukiwaniu Mike’a. Zaś zmiennokształtna kula zebrała się w kupę i podleciała z powrotem do swojego operatora, gotowa zareagować na ewentualne ataki zamieniając się w otaczającą go sferę.
    - Znowu stałem się Śmiercią, niszczycielem światów... - wydał się z ust mężczyzny smętny głos, gdy ten rozglądał się po nuklearnym pobojowisku. - Który to już raz? - zastanawiał się na głos.
    W tym momencie przed twarzą Roya natychmiast wyświetliła się hologramowa lista o tytule "Aplikacje do Pseudonimów Agentów Neocesarstwa". Roy Genshi widniał obecnie na pierwszym miejscu z liczbą sześdziesięciu ośmiu punktów, która po donośnym "Ding!" i ulatującym numerku "+1" zmieniła się na sześćdziesiąt dziewięć.
    - Ranking zaktualizowany. Pseudonim odświeżony. Gratulujemy nowego najwyższego wyniku, Mr. Atom. - zadeklamował syntezowany głos. - Heh, nice - Roy uśmiechnął się z zadowoleniem. - Teraz nie ma szans, że ten cały Septimus Lando przegoni mnie w tej dekadzie. Mam nadzieję, że podoba ci się pseudonim Nuclear Gandhi. Bo zostanie ci na długi czas, smarku. Przynajmniej do mojej emerytury.
    Mike dalej eksperymentował. Podszedł do nierozgrzanej części pojazdu, dotknął blachy i rzekł “AND NON-HEATING”. Był ciekaw, czy to coś pomoże i jak maszyna zareaguje. Przy okazji rozglądał się za włazem ewakuacyjnym, jako ewentualną droga ucieczki. W myślach z kolei zapytał Great Sage’a - W sumie, jak zadziała na mnie promieniowanie, o Great Sage’u? Mam boskie ciało, ale czy zniesie ono coś takiego? - bohater faktycznie był ciekaw. Może się okazać, że zostanie w pojeździe będzie lepszym wyjściem. Grał w Fallouta i nie chciał skończyć jako jakiś mutant.
    Great Sage odpowiedział natychmiastowo - Promieniowanie zbiera się w twoim organizmie jak każdej innej materii. Przy jego dużych ilościach, stałbyś się śmiertelnie radioaktywny dla innych ludzi, uniemożliwiając kontakt fizyczny. Stan byłby tymczasowy, zależnie od dawki promieniowania. Główne zagrożenia: nuda, samotność, depresja. - ocenił mędrzec.
    Heros uśmiechnął się i rzekł - Ale przecież mam Ciebie i Hestię - a po chwili dodał - Poza tym, to będzie problem Roya! - dokończył ze śmiechem. Jak na kogoś, kto mógł zostać napromieniowany czuł się zadziwiająco dobrze z tą świadomością. Chociaż przez chwilę żałował, że nie zmieni się w Hulka. Kto jednak wie? Może uda się pójść w tę stronę przy odrobinie kreatywności! Będzie musiał zapytać o to Roya.

    Magiczne działania Mike’a przyczyniły się do znacznego zmniejszenia temperatury wewnątrz pojazdu. Jak odkrył szybkim testem, blacha wciąż była gorąca. Ciepło jednak przestało z niej emanować, więc bez kontaktu fizycznego nie był w stanie się oparzyć. Patrząc przed siebie, znalazł też wyjście ewakuacyjne. Ponieważ wiertło zwykle kopałoby przez tunel, wyjście było za nim, na czerwonym końcu maszyny.

    Roy, rozglądając się swoimi maszynami, zbierał interesujące informacje. Po pierwsze zauważył, że coś się do nich zbliża z bardzo daleka. Wyglądało na helikopter. Po drugie, krasnoludy w zasięgu eksplozji, jak i wewnątrz budowli były martwe. Niestety, wyglądało to na tymczasowe zwycięstwo.

    Ciała kamiennych istot zaczęły wsiąkać w ziemię i poruszać się wraz z nią, tworząc wielki kopiec krasnoludzkich zwłok. Ta masa ugniatała samą siebie, co jakiś czas wypuszczając nowego krasnoluda. Wyglądało na to, że konsumowała kilka zwłok do stworzenia jednej istoty, więc wciąż robili postęp.
    Po trzecie, coś spadało prosto na Roya.
    Ostrzeżony przez swoje maszyny, Roy odsunął się w bok, tworząc tarczę ze swojej autonomicznej kuli. Wtedy, z rykiem i gromem, wysoko z nieba spadł tors krasnoludzkiego króla z na wpół stopioną twarzą, wciąż trzymający resztki swojego młota. Wyrzucony wcześniej w niebosa siłą atomowej eksplozji, celował teraz w naukowca którego ochrzcił ‘kapłanem Lokiego’. Roy uniknął go o włos. Uderzenie które ostatecznie trafiło w ziemię, niosło ze sobą ogromną siłę, po czym zawtórował mu niesamowicie szeroki piorun. Na szczęście w tym momencie Roy osiągnął już bezpieczny dystans. Gdyby naukowiec nie patrzył nad swoją głowę, walka mogłaby stać się wyrównaną.
    Równie uparty co swój lud, dyszący władca krasnoludów zaczął ściągać do siebie okoliczne truchła poddanych, najwidoczniej szykując się do odbudowy.

    - Jednak mamy tu ciekawego osobnika. Być może zasługujecie na swoją niepodległość - Roy pokiwał głową, tym razem ze szczerym uznaniem. Wyglądało na to, że sam krasnoludzki król mógł spełniać minimalne wymagania. - Pytanie, czy jesteś w stanie sam bronić swojej planety?
    Słowa te były transmitowane na częstotliwości, którą powinna odebrać słuchawka Mike’a, jeśli był w zasięgu.
    - Mike, słyszysz mnie? - zapytał spokojnie swojego towarzysza, jak gdyby ten stał obok niego. - To jeszcze nie koniec potyczki. Rycerze się odbudowują, a król jest obecnie na ziemi mocno ranny. Krasnoludy używają martwych ciał żeby się regenerować. Jest ich coraz mniej, ale musimy kontynuować ofensywę jeśli chcemy ich dalej testować. Król sam aktywował taktyczną bombę atomową i przeżył eksplozję z przyłożenia młotem. Jestem skłonny uznać jego niepodległość po takim wyczynie. Ale muszę poznać twoją opinię.
    Heros usłyszał Roya - Jestem w środku Twojej maszyny - rzekł do naukowca, po czym podszedł do konsolety, próbując uruchomić sprzęt. Niestety, przegrzane wiertło nie chciało ruszyć.
    - W takim razie obiorę króla za cel. Uważaj, bo może skierować się do ciebie - kontradmirał uprzedził bohatera. - Zbliża się do nas również helikopter, zapewne nienależący do krasnoludów. Spróbuję nawiązać z nim łączność, gdy tylko wejdzie w zasięg nadajnika.
    To powiedziawszy Roy zaczął nadawać zapętlone nagranie głosowe, wzywające pilota do zidentyfikowania się. Zaraz po tym skierował uwagę na krasnoludzkiego władcę, którego obraz widniał w rogu ekranu w jego hełmie. Nie chcąc zezwolić mu na szybką regenerację, zaczął przywoływać konwencjonalne pociski naprowadzane przez jego drony na pozycję króla.
    Mike wzruszył ramionami, uznając, że dalej może eksperymentować. Ponownie dotknął blachy i rzekł “IS CUTTABLE” ale umieścił to słowo przed pozostałymi, po czym spróbował wyciąć dziurę w podłodze w miejscu, gdzie nie czuł gorąca.

    Pozbawiona swojej odporności na cięcia maszyna z łatwością uległa ostrzu Mikea. Chłopak w końcu mógł się z niej wydostać. Pod podwoziem było ciasno. Szczęśliwie, zbocze było nierównomierne, przez co nachylenie pojazdu zostawiało dość miejsca pod wiertłem, aby wydostać się z pojazdu, jeżeli bohater sobie tego zażyczy. Dźwięk siekier łupiących o pojazd zdradzał, że krasnoludy nie dały za wygraną. Również musiały zauważyć zmianę w wytrzymałości pojazdu.

    Tymczasem Roy wysłał bombardowanie na regenerującego się władcę krasnoludów. Będąc w formie masy przypominającej glinę i oddalonym od reszty swojej armii, którą wcześniej odciągnął Mike, król nie miał jak się bronić. Eksplozje doszczętnie pozbawiły go kształtu. Wydawać by się mogło, że było po wszystkim. Pozostały jednak w ziemi ślad po eksplozji powoli zaczął przybierać kształt płaskorzeźby w kształcie krasnoludzkiej twarzy. - Ducz je jednym z naszã ziymiōm! Władcōm krasnoludów i jejich planety! - wrzasnęło odbicie twarzy.

    Mike był przekonany, że krasnoludy umarły w wyniku eksplozji. Albo od początku nie były w pełni żywe, więc nie mogły od tego umrzeć? Heros nie zastanawiał się, tylko zeskoczył do dziury i chwycił miecz mocniej w obu dłoniach. Następnie rzekł do Great Sage’a - Ustaw mnie tak, abym był optymalnie na wysokości głów tych karłów. - skoro od podłogi pojazdu do podłoża góry była niewielka wysokość, to powinno starczyć na tyle, aby Mike mógł bez większego kucania ustawić się odpowiednio. Co nastąpiło dalej?
    Heros uśmiechnął się, zaczął dreptać wokół swojej własnej osi z mieczem ustawiony na wysokości głów-szyi krasnoludów i nabierał pędu, kręcać się. Po chwili aktywował SUNSTRIKE - 10 kilometrowa katana miała rozciąć nie tylko pojazd, ale również znajdujące się przy nim kurduple. Mike’owi znudziło się już tkwienie w tej nieszklanej pułapce.

    - Jeśli nie możesz nawet opuścić tej planety, to jesteś bezużytecznym władcą w epoce kosmicznej - zakpił Roy przez małe głośniki zamontowane na dronach oblatujących pozycję króla.
    - Słaby! Bzzzy!
    - Nieudolny! Bzzt!
    - Relikt przeszłości! Bzztu! - zawtórowały mu trutnie syntezowanymi bzyczączymi głosami.
    - Nie jesteś nawet w stanie obronić samego siebie przed naszą dwójką. - kontynuował naukowiec z narastającym naciskiem. - A w samym neocesarstwie takich jak my są legiony.
    - Setki! Bzt!
    - Tysiące! Bzzytu!
    - Miiiliooonyy! Bzzzuu!
    - Prędzej czy później przybędą tu inni ludzie i inne zaawansowane rasy, mające za cel waszą anihilację. Stawiając nam opór sprowadzisz na swój lud tylko zagładę.
    - Śmierć! Bzz bzz!
    - Dewastacja! Bzzy bzzy!
    - Zniszczenie! Bzzzt!
    Kontradmirał w trakcie tego monologu otworzył błękitny portal z którego wyleciała jego idealna kopia. Android w czarnym płaszczu, kombinezonie i opalizującym hełmie, z silnikiem rakietowym na plecach. Robotyczny klon zleciał szybko poniżej poziomu chmur, prezentując się krasnoludzkiemu władcy we wzniosłej pozie podobnej do tej którą wcześniej Roy pokazał Mike’owi.
    - Ale my nie przybyliśmy tu z wami wojować. Nie to jest naszym celem. - wyjaśnił sobowtór podniosłym głosem, zbliżając się do króla z otwartymi ramionami. - My oferujemy wam siłę i rozwój. Pokój i dobrobyt. Protekcję i współpracę. By wspólnie stawić czoła galaktycznym zagrożeniom, które są ponad nasze indywidualne siły. Chcemy, byście dobrowolnie się z nami sprzymierzyli. Byś stał się jednym z nas i udowodnił potęgę swojej rasy, gdy zyskasz szansę na odblokowanie swojego potencjału.
    - Jednym z nas! Jednym z nas! Jednym z nas! Bzzzzzzyyy! - wtórowały mu dalej pszczele drony, tym razem bardziej podnieconymi głosami.

    Obracający się Mike przeciął pojazd z lekkością obróbki kartonu. Zaskoczone krasnale poupadały na ziemię lub skoczyły na sam pojazd, chcąc znaleźć się nad kręcącym ostrzem, przez co zepchnęły górną część pojazdu jak wieko. Mike znów miał wizję na znacznie przetrzebioną strefę bitwy oraz masywną twarz króla w ziemi i poniżającego ją Roya.

    Król w Ziemi nie był pod wrażeniem zaczepek neocesarskiego admirała. Jego głos rozbrzmiał dźwiękiem gromu i narastał z każdym słowem.
    - PRECZ! Jedna Ziymia, jedyn rōd, jedyn dōm, słudzy jedynego Odyna! KLĘCZ pragliwy kmieciu!
    Głos wydzierającej się na Roya planety osiągnął zatrważające decybele. Drony i robot inżyniera zostały zniszczone jednym zdaniem, z fałszywą figurą Roya upadającą w pokłon, gdy drgania zniszczyły jej kolana. Roy odczuł, jak wszystkie jego organy trzęsą się pod wpływem fali dźwiękowej, a jego hełm lekko popękał.
    Twarz króla zaczęła wyrastać z ziemi, na wzór jego upadłej wierzy, wznosząc się jak góra w kierunku Roya.

    Mike rozejrzał się po polu bitwy i ocenił jak dużo przeciwników pozostało do wybicia. Rzucił do słuchawki - Przyjacielu, jeśli będziesz potrzebował pomocy, wołaj - kierował te słowa do Roya. Tamten zadeklarował, że zajmie się królem, więc samemu bohater chciał przetrzebić szeregi wroga. Naliczy, że jest przy nim około czterdziestu krasnoludów, a kolejne trzy tuziny zbierały się przy twarzy króla.
    Nie czekając na odpowiedź towarzysza, ruszył w tango. Mieczem odciął kawał blachy pojazdy i pokroił ją w mniejsze odłamki - tak, aby dało się nimi swobodnie rzucać. Nie planował wykwintnych kształtów, tylko coś na kształt noży do rzucania czy ostrzy. A następnie miotał nimi w głowę najbliższych przeciwników. Mike uznał, że póki może utrzymać wroga na dystans, tak powinien zrobić. Chciał również sprawdzić, jak zadziała niezniszczalna blacha miotana z jego siłą.

    - Obojętnie. Używam tylko wieży jako punktu odniesienia - odpowiedział Mike’owi Roy. Tymczasem po doleceniu na bezpieczną odległość zaczął tworzyć małego satelitę wojennego.
    Maszyna wyposażona była w ogromne działo laserowe, radionadajnik, oraz system namierzania. Gdy działo rozgrzewało się do ataku, kontradmirał od razu wykorzystał nadajnik do wysłania wiadomości w kierunku helikoptera zbliżającego się do pola bitwy.
    - Radio check. Tutaj Mr. Atom, na misji dyplomatycznej neocesarstwa. Wzywam pilota do zidentyfikowania się. Over.
    DX-95 stąpając w okolicy Mike’a, próbował zwrócić na siebie jak największą uwagę krasnoludzkich wojowników, wydając z siebie ogłuszające dźwięki alarmu i rozrzucając ich po polu bitwy niczym kukiełki, żeby rozbić ich szyk.

    Odskok Mike’a pozwolił mu zejść z drogi bestii i uniknąć połknięcia. Masa kreatury zatrzęsła jednak ziemią, posyłając gruz we wszystkie strony. Kamienne odłamki powbijały się w ciało Mikea, gdy odzyskiwał równowagę, aby ponownie wyskoczyć. Tym razem poleciał w stronę królewskiego czerwia. Miecz wbił się w glinę bez większego trudu i po chwili balansu, Mike był wygodnie osadzony na stworzeniu. Zobaczył wtedy, jak ziemia pod nim formuje się w kolejną królewską twarz. Jego miecz był wbity w jej czoło.
    - To je nasz dōm. Bydziecie załować atakyrowaniŏ go! - ostrzegł bohatera. Błysk na niebie zdradzał powstanie nowoczesnego działa stworzonego przez Roya.
    Mike po prostu wcisnął miecz głębiej, wykorzystując swój Vital Strike. Dane uzyskane z Appraisala były sugestią, aby dać nura do środka bestii. Dlatego zaczął przebijać się i machać mieczem niczym łopatą. Jeśli Vital Strike nie wejdzie od razu do celu, wtedy heros będzie go szukał ręcznie. Heros chciał znaleźć coś w rodzaju serca, mózgu, rdzenia - co mógłby uznać za główny punkt bestii. Wtedy powtórzy swój atak za pomocą Vital Strike.

    W tym czasie pancerny robot naukowca, wykorzystując, że został ostatnim celem na polu bitwy, zbierał naokoło siebie coraz więcej pozostałych przy życiu krasnoludzkich wojowników. Zaś gdy tylko utworzyli dookoła niego ładne kółko, otworzył ogień ze swoich czterech ciężkich karabinów maszynowych. Kilka chwil później, gdy Roy obrał swój cel i ustalił trajektorię promienia, spadł na nich również ogień z niebios, mający wypalić naokoło bojowego mecha okrąg spalonej ziemi. Nie musiał się przy tym upewniać, że piloci helikoptera zauważą czerwony pilar zniszczenia rozciągający się z orbity do samej ziemi.
    - Obawiam się, że będę zmuszony uznać brak odpowiedzi za akt wrogości. Over - uprzedził Roy spokojnym tonem przez radionadajnik.
    - Lokalizuję cel poruszający się obecnie z prędkością dwustu dwudziestu trzech węzłów w stronę pola bitwy. Over - dodał beznamiętny komputerowy kobiecy głos.

    Krasnoludy walczące z robotem w świetle żrącego lasera zachowywał się bezmyślnie. Biegły na niego prosto w ogień z siekierami uniesionymi w góry. Ostrzał bez problemu powalał je na ziemię. Odrodzeni wojownicy nie posiadali nawet organów. Nie było to przeszkodą w ich zabiciu, gdy tysiące pocisków na sekundę dziurawiło je na wylot, doprowadzając do zawalenia się królewskiej gwardii niczym glinianych figurek.

    Mike pchnięciem otworzył dziurę w czerwiu, wpychając się do jego wnętrza. Roześmiana kreatura zamknęła za nim otwór. Bohater czuł, jak przestrzeń wokół niego się zacieśnia. Był świadom, że nawet gdyby nie dać się zgnieść w takiej pułapce, z czasem zabrakłoby w niej powietrza. Król go jednak nie docenił. Stanowczym wymachem broni, Mike przekształcił jednolite wnętrze bestii w pieczarę zdolną ugościć jego godność. W tej szerokiej i otwartej przestrzeni dopatrzył się resztek ciała króla. Pozostałości torsu i głowy wbitych i złączonych z glinianą masą. Z eleganckim przykucem i potężnym skokiem w stronę królewskiej mości, precyzyjnie przebił ukoronowany łeb. Siła jego sztychu rozeszła się echem w obie strony, wysadzając skamieniałe stworzenie.

    Został już tylko Mike z wyciągniętym przed siebie mieczem, na którego krańcu wisiała krasnoludzka głowa w koronie; robot, którego rozgorzałe lufy topiły śnieg na polu pełnym martwych ciał wojowników, oraz nadzorujący sytuację z niebios Roy.

    Cierpliwość naukowca była niesamowicie krótka. Nie dostał on odpowiedzi wprost na swoją groźbę. Zamiast tego, odebrało przekaz informacyjny. Nadlatujący pojazd wykazał identyfikację jako własność organizacji religijnej Magica Icaria z sygnaturą dyplomatyczną. Zimna odpowiedź tego pokroju nie była niespotykana, sygnatury ciężej było podrobić od pustych oznajmień w radiu. Roy wiedział też, że MI było zacofane pod względem technologicznym z przekonań, że diabeł jest w stanie zawładnąć maszynami. Wyjaśniało to zwłokę w przekazie. Jeżeli chcieli spotkać się z nieznajomymi, będą musieli poczekać kilka minut, aż helikopter do nich doleci.

    Mike odezwał się do słuchawki - Rozwiązałem problem. Coś z niego jeszcze zostało. Chcesz to przebadać? - zwrócił miecz sztychem w stronę Roya. Bohater nie odczuwał satysfakcji. Zrobił to, co musiał, ale nie było w tym nic specjalnego. Poczucia dobrze wykonanego zadania, czy czegokolwiek.

    - Nie jestem biologiem, ale zobaczę, co uda mi się zidentyfikować. Jestem ciekawy, czy zdolności króla to naturalna cecha ich rasy, przebudzenie, czy też artefakt którego używał - szybko potwierdził Roy. Tym razem jednak po raz pierwszy od spotkania z Mike’m w jego zmęczonym głosie dało się usłyszeć nutę zaniepokojenia. - Aczkolwiek mamy tu nowy, delikatny i potencjalnie bardziej męczący problem natury dyplomatycznej, Mike. - westchnął ciężko kontradmirał, który już miał nadzieję, że po załatwieniu krasnoludzkiego władcy nie napotkają już żadnych więcej problemów na tej planecie. - Zbliżający się w twoją stronę helikopter należy do Magica Icaria. Są tutaj na misji dyplomatycznej, podobnie jak my - zaczął wyjaśnienia, bez jakiejkolwiek zauważalnej ironii w ich podejściu do “dyplomacji”.
    - Potwierdza to oświadczenie króla, że przybyli tutaj w celu zrekrutowania krasnoludów do wojny - kontynuował. - Wygląda na to, że próbują wykorzystać swój status misjonarski, by robić nielegalne konszachty z prymitywnymi rdzennymi ludami na naszych terenach. To niestety wychodzi już poza wolność religijną neocesarstwa. Więc mamy obowiązek przynajmniej wydać im ostrzeżenie i upewnić się, że opuszczą tą planetę. Zwłaszcza po tym, jak potwierdziliśmy jej przynależność do neocesarstwa. Nie możemy pozwolić, by inna frakcja położyła na niej ręce bez wypowiadania nam wojny. To byłaby niedopuszczalna oznaka słabości z naszej strony. Aaaaa…! - Mike mógł śmiało założyć, że Roy znowu złapał się za głowę w nagłym wybuchu irytacji.
    - Czemu ci durni fanatycy muszą tutaj lecieć!? Już chciałem ich zignorować, obwieścić cesarski dekret w krasnoludzkiej stolicy i mieć z głowy tą zacofaną planetę. Mike, proszę, wykasuj ich, żebyśmy mogli wrócić do domu! - zawył z desperacją. Jednak szybko opanował swoje emocje i od razu zaprzeczył sam sobie. - Nie, nie rób tego. Jako agenci cesarstwa, musimy wykonywać nasze obowiązki. Aisha, wykasuj ostatnie pięć sekund nagrania głosowego.
    - Nigdy ich nie nagrałam - odpowiedział mu komputerowy kobiecy głos. - Pozwoliłam sobie przygotować skrypt, który zatrzymuje nagrywanie gdy voice pattern recognition rozpozna negatywne emocje w twoim głosie.
    - Clever girl - Roy odetchnął z ulgą i wyraźnym zadowoleniem.

    - Wszystko w porządku, przyjacielu? - zapytał Mike z troską w głosie. Nie spodziewał się, że tak doświadczonym wojakiem wstrząśnie eksterminacja krasnoludów. Widać do pewnych rzeczy nie da się przyzwyczaić. Tym bardziej herosa dziwiła jego własna obojętność. Po chwili dodał - Bez obaw, nie zamierzam nikogo zabijać bez powodu. Najpierw porozmawiajmy z nimi - po czym Mike zaczął szykować teren dookoła siebie. Z rzeczy dookoła starał się zrobić stół oraz cztery krzesła. W słuchawce Roy usłyszał coś, co bohater raczej kierował do siebie - W końcu na zabicie problemów zawsze znajdzie się czas.
    - W porządku. Nie przejmuj się tym - odpowiedział Roy, po czym szybko zmienił temat. - W takim razie musimy przygotować się na przyjęcie gości. Pamiętaj, że większość ludzi nie przeżyje promieniowania w epicentrum wybuchu w którym obecnie się znajdujesz. DX-95 zaprowadzi cię na bezpieczną odległość. Możesz go dosiąść jeśli chcesz.
    Tymczasem naukowiec na orbicie zuploadował do satelity trojana, który miał zostać nadany przez fale radiowe do helikoptera. Wirus nic nie robił sam z siebie, ale miał otworzyć Royowi furtkę do przejęcia kontroli nad maszyną MI gdy zajdzie taka potrzeba. Inżynier nie miał zamiaru pozwolić dyplomatom się zabić jeśli nie posłuchają jego komend i zbliżą się zbyt bardzo w napromieniowany obszar.
    Po tym szybkim uploadzie, Roy zaczął prędko zlatywać z powrotem na ziemię, tym razem asystowany przez grawitację. Po drodze wzmocnił swój kombinezon, dodając mu tarcze termiczne które miały pozwolić mu na jak najszybszy upadek.

    Och - rzekł ze smutkiem Mike - a tak się napracowałem - wskazał na prowizoryczny stół i krzesła, po czym machnął na nie ręką i wskoczył na robota. Nie zabrał ze sobą swoich “dzieł” i zwyczajnie dał się poprowadzić.

    Mike i Roy musieli zejść na dolną połowę wzgórza, aby mieć absolutną pewność, że pozostałości ich bitwy nie będą szkodliwe dla nieznajomych. Helikopter Magica Icaria zwalniał, im bliżej nich się znajdował. Wyraźnie skanowali otoczenie, szukając ich dwójki. Nie zajęło to długo. Helikopter obrócił się bokiem, zniżając pułap lotu. Drzwi otworzyły się wszerz, ukazując szczupłego mężczyznę.

    Tim Timer
    Bishop of Magica Icaria

    Roy natychmiast rozpoznał jegomościa jako biskupa Magica Icaria, Tima Timera. Mężczyzna często reprezentował kościół tam, gdzie papież nie miał czasu się zjawić, będąc niemal jego prawą ręką. Jak na biskupa ubierał się niezwykle nieformalnie. Miał na sobie poszarpane jeansy, skórzaną kurtkę, T-shirt z napisem “LAW” oraz maskę, zasłaniająca całą jego twarz z wyjątkiem oczu.
    - Chyba jestem winny państwu przeprosiny! - krzyknął w stronę Roya i Mikea. - Czuję się poniekąd odpowiedzialny za humor krasnoludów w ostatnim czasie. Mogę zaoferować chociaż przelot? - zapytał, wyciągając dłoń.
    - Przynajmniej od razu zdajecie sobie sprawę w czym problem. To dobry początek - odpowiedział kontradmirał, który zamiast krzyczeć postanowił przywołać sobie megafon. - Ale przeprosiny to trochę za mało. Chcielibyśmy wyjaśnić sytuację na spokojnie. Możemy udać się z wami własnymi środkami transportu do bardziej dogodnego miejsca, jeśli tutaj wam nie odpowiada.
    Biskup machnął ręką na swojego pilota, a helikopter po chwili wylądował. Mężczyzna wyszedł na śnieg rozkładając ręce na boki. - Z grzeczności wypadało mi zaoferować ale nie robi mi to różnicy. - przyznał. - Tim Timer, miło mi. Reprezentuję Magica Icaria. Zapoznałem krasnoludy z naszą wiarą i przekonaniem o nadchodzącej inwazji demonów. Wygląda na to, że ta informacja wprawiła ich rząd w panikę. - wyjaśnił.
    Heros kiwnął mu głową - Mike Nor, reprezentant Neocesarstwa, a to mój towarzysz, Roy Genshi. Zdajesz sobie sprawę, że znajdujesz się na obcym terenie pod naszą jurysdykcją? - zapytał uprzejmie.
    - Tak, w czym problem? - spytał, chowając ręce do kieszeni. - Operujemy w nowym cesarstwie legalnie, a planeta nie była zamknięta wedle mojej wiedzy.
    - To zależy od interpretacji działalności oraz tego, w jaki sposób działaliście. Panuje u nas wolność wyznaniowa, dlatego problemem nie jest fakt, że to zrobiliście, ale jak tego dokonaliście. Wasze działania zagroziły integralności lokalnego społeczeństwa oraz doprowadziły do pewnego rodzaju buntu. Musieliśmy interweniować z Waszej winy. To wykracza poza głoszenie swojej wiary na terenie Neocesarstwa i podchodzi pod sabotaż - Mike mówił beznamiętnie. Po chwili dodał - Jak chcemy to załatwić? - i uśmiechnął się szczerze.
    - Zakładam, że nie chcecie stracić swojego immunitetu dyplomatycznego, ani praw misjonarskich - dodał Roy podejrzanie miłym jak na niego tonem. - Tak więc musimy ustalić pewne granice dla naszego wspólnego dobra. Tak jak mówi mój kolega, Neocesarstwo nie może tolerować akcji, które mogłyby podpadać pod sabotaż. To co przekazał nam krasnoludzki król brzmiało, jakbyście próbowali zrekrutować ich do wojny.
    - Och, wojny ale przecież w imię wiary! To walka ze wspólnym wrogiem dla dobra nas wszystkich! - dorzucił Mike tonem wzburzenia, a po chwili przemówił normalnie - Tylko proszę nie używaj takiego argumentu. Toć to nie godzi się - heros znów się uśmiechnął i już się nie odzywał.
    Tim wzruszył barkami. - Nie oferowałem krasnoludom kontraktów wojskowych. Ostatecznie ich zachowanie jest ich własną odpowiedzialnością. Staram się tylko być miłym. - wyjaśnił swoją pozycję biskup. - Demony są poważnym zagrożeniem, więc informujemy na ich temat ludy różnych planet. Oferujemy również założenie kościołów, jeśli chcą przyjąć naszą wiarę, ale krasnoludy to nie interesowało. Są bardzo konserwatywni.
    - Niemniej, jeśli wasza wiara doprowadza do konfliktów politycznych oraz zbrojnych na terenach cesarstwa, to może się okazać, że przestanie być klasyfikowana jako wiara, a zacznie jako ideologia terrorystyczna - zauważył kontradmirał, zaniepokojonym tonem. - Wiem, że krasnoludy ostatecznie odmówiły przyjęcia waszej wiary. Ale nie możemy zaprzeczyć faktom, że zostały przez was sprowokowane do działań wojennych ze względów religijnych. A działania te miały największy wpływ na ich relacje z Neocesarstwem. Chyba nie możecie nas winić za brak pewności, że nie to było waszym ostatecznym celem? - zapytał podejrzliwym, acz dobrobusznym głosem. - Oczywiście, brak pewności nie jest dowodem w którąkolwiek stronę. Ale czy nie wolelibyście uniknąć tego typu wątpliwości na przyszłość? Jeśli więcej planet na terenach cesarstwa będzie miało podobne reakcje na wasze szerzenie wiary, to może się okazać, że będziemy zmuszeni jej zakazać ze względu na realne i fizyczne zagrożenie jakie na nas sprowadza. Dlatego dla dobra waszej wiary, powinniście postarać się, by do takich sytuacji nigdy więcej nie dochodziło.
    - Może pora przemyśleć metody działania, skoro doprowadzają do takich reakcji? - zapytał Mike - Zobacz do czego to doprowadziło - wskazał palcem głowę krasnoluda na mieczu - Mówisz, że starasz się być miły. I ja Ci wierzę. Mówisz, że byli konserwatywni. I my to wiemy! Ale Wy również powinniście, równocześnie dopasowując metody działania do osób, którym swe prawdy wykładacie. Przecież nie chodzi Wam o terroryzm, jaki stał się przed chwilą Waszym udziałem, czyż nie? - heros uśmiechnął się ze współczuciem. - To w jaki sposób unikniemy podobnych sytuacji w przyszłości?
    - Tak, przykro mi, jeśli się poczuliście jak terroryści. - przeprosił Tim z szczerością w głosie, pokazując palcem na głowę króla. - To korona daje mu władzę nad piorunami, możecie ją chcieć zachować. Najlepiej zniszczyć. Przez nią krasnoludy mieszkają pod ziemią. Taka polityka. - wyjawił. - W każdym razie, jeśli nowe cesarstwo zakaże naszej wiary, na pewno nas o tym poinformuje. - nie wydawał się przejęty sugestiami Roya. - Powiedzcie mi za to, ta walka to była tylko wasza dwójka? Z daleka wyglądała dość… spektakularnie. - zainteresował się.
    - Owszem - potwierdził inżynier, kiwając głową. - Niestety, sprowokowany król sprawił nam więcej problemów, niż się spodziewaliśmy. Więc zostaliśmy zmuszeni do użycia ekstremalnych środków - wyjaśnił się, z udawaną skruchą.
    - To chyba na tyle z dyplomacji - odezwał się syntezowany głos Roya przez słuchawkę w uchu Mike’a. - Jeśli nie masz więcej pomysłów, to możemy zabrać to tylko do Bastiona, przedstawić mu pełen raport i czekać na jego decyzję w tej sprawie.
    Mike kiwnął głową, po czym siadł w powietrzu z nogą założoną na nogę i rzekł - Aby nie było żadnych niedomówień i nie okazało się, że czegoś nie zrozumieliśmy, opowiedz mi o tym, co powiedziałeś królowi. Jakie demony. Jaka inwazja. Chciałbym zrozumieć co w Waszej religii mogło sprowokować do takiej reakcji. Wtedy ocenię, czy dopuściliście się terroryzmu. Kto wie, może nawet udzielę pomocy? - w słowach Mike’a nie było fałszu. Usłyszał demony, a od nich jeden krok do demon lorda, więc postanowił zbadać poszlakę.
    - Cesarstwo nie ma wolności słowa, jeśli rozmowa może być aktem terroryzmu? - Tim zaznaczył, że tylko dyskutował z królem. - Tak czy siak bardzo chętnie podzielę się z wami fundamentami mojej wiary: w Magica Icaria odkryliśmy, że los uniwersum jest manipulowany przez byt określany mianem “Kodu Uniwersalnego”. Kod ten narzuca interpretację wszystkich ciągów przyczynowo-skutkowych, określając ich rezultat niczym przeznaczenie. Jedyne, co może łamać jego zasady i przed nim wyzwolić, jest magia. Ten zakazany owoc jest jednak fałszywą nadzieją, ponieważ Kod jest w stanie wykryć magię. Ponieważ ludzie zaczęli czarować, zwrócili na siebie uwagę Kodu Uniwersalnego, który niechybnie ześle na nas swoje demony. Kodu nie można zabić zwykłym mieczem czy plazmą, więc demony również mogą okazać się niezniszczalne. Dlatego ostrzegam, ostrzegam wszem i wobec, że będziemy musieli się bronić. Stanąć ramię w ramię i walczyć o przetrwanie, aż bóg nas wybawi przed gniewem kodu oferując nam cuda. - opowiedział tonem zaskakująco pozbawionym emocji, przypominając zmęczonego narratora. - Podejrzewamy, że w galaktyce pojawili się już ludzie obdarzeni cudami, zdolni do walki z demonami. Wobec tego bóg słyszy nasze modły. Nie chcemy jednak aby światy nawet kosmitów poumierały przez ludzką pychę, więc oferujemy wszystkim naszą wiedzę i wiarę.
    -Hestio? Czy to w zasadzie nie brzmi podobnie do moich planów? - zapytał Mike w myślach swą boginię. Ta po chwili odrzekła - Teoretycznie tak mój bohaterze, ale wszystko zależy od interpretacji ich wiary. Wspomina coś o bogu, a to zdecydowanie nie mój wyznawca, więc nie o mnie chodzi. Upewnij się które bóstwo ma na myśli, proszę - Hestia była wyraźnie zaintrygowana.
    Dlatego Mike rzekł do Tima - To brzmi, jakbyśmy mieli wspólny cel, dzięki czemu nie jesteśmy wrogami.- uśmiechnął się heros - ale kto jest Waszym bogiem? No i jak rozpoznajecie tych wybrańców? To jest niezwykle interesujące, a nie chcę Wam wejść w drogę, skoro coś nas łączy, więc wolę się upewnić. No i ten Wasz bóg nie może rzucić wyzwania Demon Lor, znaczy “Kodowi Uniwersalnemu”?
    - Wierzymy, że widzimy ślady boga w rzeczywistości, w tym jak funkcjonuje uniwersum. Nikomu się on jednak nie objawił, więc nie mi jest go nazywać, czy opisywać. - Tim odmówił wyjaśnień. - Przed rozpadem fałszywego cesarstwa współpracowaliśmy z ludźmi, którzy nabyli umiejętności potrzebne do zniszczenia kodu uniwersalnego. Obserwujemy też innych, zaopatrzonych w artefakty i zdolności, które mogą wesprzeć ten cel. - wyjawił. - Czy ty chciałbyś walczyć z Kodem Uniwersalnym, chłopcze? Twoje obecne ostrze temu nie podoła. - ostrzegł.
    - Bóg który się nie ujawnia i wyznawcy nie znają jego imienia? Brzmi jak jakiś uzurpator lub zła istota - rzekła Hestia herosowi i dodała - Miej to na oku mój bohaterze, może okazać się, żę to coś chce pomóc Demon Lordowi lub zająć jego miejsce, a wszystko pod przykrywką czynienia dobra - pouczyła Mike’a bogini.
    Mike pokiwał głową, odpowiadając w ten sposób zarówno Hestii, jak i Timowi. Rzekł - Moim przeznaczeniem jest zabić Kod Uniwersalny i dokonam tego - spojrzał krytycznie na swoje ostrze - a broń ta dobrze mi służyła. Jest jednak jedynie narzędziem do celu, więc słucham pokornie Twoich sugestii - schylił głowę heros. Nie zamierzał dać się im omotać, ale musiał mieć Magica Icaria na oku. Mogą okazać się sprzymierzeńcem, ale również największym wrogiem. Dlatego nie można ich ignorować.
    - Po pierwsze, Zilva z gildii piratów jest w posiadaniu ostrza, które może przeciąć wszystko. Jeżeli byłbyś w stanie odebrać je królowej piratów, zrobiłbyś wszystkim przysługę. - Tim wyjął dłoń z kieszeni aby odliczyć swoje porady. - Nasz nowy biskup, Juljusz, jest w stanie uczyć innych walki z kodem. Niestety, mało kto ma w sobie ten potencjał, więc musiałbyś go przekonać do siebie. - oferta brzmiała jak wyzwanie - Ponadto, mężczyzna o imieniu Silver z Armstrong Industries prawdopodobnie zasymilował się z częścią demona, co mogło dać mu podobne zdolności. To powiedziawszy, nie polecam iścia w jego ślady. To bardzo ryzykowne rozwiązanie. - beznamiętność tonacji Tima utrudniała ocenę, czemu tak chętnie dzieli się kluczową wiedzą swojej organizacji. - Cztery, samoczynny odłam naszego kościoła nazywany Arką Śmierci jest własnością kobiety o imieniu Eidith Lothunn. Jej władza nad magią zapewniła jej zdolność permanentnego usunięcia przeszkód z istnienia. Jeżeli wasze cele się pokrywają, mógłbyś po prostu walczyć z nią. - zaproponował Tim.
    Zilva się pewnie dobrowolnie z ostrzem nie pogodzi - mruknął Mike do siebie. Interesowała go broń tego typu, ale co innego również przykuło jego uwagę - O wchłanianiu demonów nie ma mowy, to plugawi duszę i zawsze kończy się problemami. Odłam kościoła? Coś jak prawosławie dla chrześcijaństwa?
    - Uważaj, Mike - ostrzegł chłopaka przez słuchawkę poważny głos Roya. - Pamiętaj, że nawet jeśli wydaje się, że ma na celu jedynie szerzenie swojej wiary, to nie musi nam mówić prawdy, ani całej prawdy. Uważaj zwłaszcza na te jego ostatnie “porady”. Wyraźnie próbuje nas nimi nakierować tam, gdzie mu to pasuje - głos naukowca stał się nagle bardziej zatroskany. - Lepiej nie pytaj już o nic więcej. Ciężko powiedzieć, czy to jego odliczanie to tylko dziwny manieryzm, czy też zdolność nieregularnego, bądź artefaktu. Możliwe, że za przekazanie nam użytecznych informacji będzie wymagał czegoś w zamian.
    - Dziękujemy za szczere przeprosiny i pożyteczne rady - kontradmirał odezwał się w końcu swoim prawdziwym głosem. - Tyle nam wystarczy na zadośćuczynienie. Słowa, które pomogą nam na przyszłość, w zamian za słowa, które sprawiły nam problemy z krasnoludami. Uczciwa wymiana - pokiwał głową w wyrazie zadowolenia. - Nie naszym zadaniem jest was cenzurować. Radziłbym jednak uważać ze słowami, które brzmią jak wezwanie do walki. Jedynie to można by uznać za podburzanie ludności do przemocy. Ostrzeganie przed zgubą, czy końcem świata jest dopuszczalne. Ale nie sugerujcie ludziom i kosmitom na naszym terytorium, że muszą szykować się do wojny. Zwłaszcza do wojny po waszej stronie. Według mnie, to może wykraczać poza wolność słowa. Przekażę jednak nagranie z tej rozmowy bezpośrednio cesarzowi i to on podejmie decyzję, czy tego typu demagogia jest dopuszczalna na terenie Nowego Cesarstwa - oznajmił, kończąc rozmowę.
    Mike zdał sobie sprawę, że Roy faktycznie miał rację, dlatego nic już więcej nie mówił. Zapamiętał jednak wszystko, co zostało powiedziane i postara się załatwić sobie misje związane z obszarami działania wymienionych istot. Kto wie, może dzięki temu zbliży się ku swojemu celowi? Ostatnio zrobił zdecydowanie za małe postępy, chociaż Hestia go za to nie ganiła. Odczuwał wdzięczność wobec swojej bogini, ale również miał wrażenie marnowania czasu. A kwestię tego odłamu Magica Icaria najwyżej sobie wygoogluje. Ewentualnie kogoś zapyta.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Silver

    Później, sala treningowa Blamoral.

    - Mam nadzieję się sporo od ciebie nauczyć. - przyznał Ainsley, stając po przeciwnym krańcu sali od Silvera. Wyprowadził lewą nogę w przód, a prawą rękę w tył. Przednie ramie sięgło do przodu. Dłoń miał w pół otwartą, z palcami skierowanymi w górę. Po ruchu jego piersi Silver widział, że oddycha miarowo. Miał pewien podświadomy rytm w swoich ruchach i obyciu. Brakowało mu zapewne doświadczenia w boju, na pewno miał go mniej niż każdy typowy żołnierz. Mimo tego widać było jego wyszkolenie. Przynajmniej podstawy znajdowały się na miejscu. Pytaniem było, czy skopał jego załogę swoimi zdolnościami, czy niesiony ku zwycięstwu przez magię rodziny?
    -Ciekaw jestem, co za sztuczki masz w zanadrzu. - Odparł Demon, planował dać Ainsleyowi fory, żeby nie zdemolować zbytnio okrętu. Stanął swobodnie, mierząc młodszego brata spojrzeniem. Kiedy gong oznajmił początek sparingu, Silver wystrzelił do przodu jak pocisk. Gdy zbliżył się na odległość skoku, nagle zniknął, by pojawić się na skraju pola widzenia przeciwnika, nie pozostał tam jednak długo. Szybkimi zrywamy i krótkimi teleportami lawirował wokół przeciwnika, by sprowokować reakcję. W końcu pojawił się tuż nad Ainsleyem i wyprowadził potężne kopnięcie opadające.
    Ainsley zachował skupienie, przyglądając się Silverowi. Na początku był widocznie zaskoczonym, jednak nie dał się wystraszyć. Wykorzystywał przedstawienie Silvera, aby przyzwyczaić się do jego prędkości i doszukać jakiejkolwiek rytmiki. Demon widział też, że choć Aisnley nie drgnął nawet jednym mięśniem, zawsze przesuwał się choć odrobinę z jego toru jego potencjalnego ataku, jak przepychany niewidzialnym palcem. Gdy Silver kompletnie zniknął z jego otoczenia, zorientował się, że jedyną odpowiedzią jest góra. Zrobił to jednak zbyt późno. Zaczął przyciągać się do jednej ze ścian i zasłonił twarz, nie zdążył jednak odskoczyć samodzielnie. W efekcie otrzymał soczystego kopniaka w ramię, który odepchnął go kawałek dalej. Jeszcze w locie odzyskał równowagę przestawiony do pionu przez niezależne siły. Po wylądowaniu od razu zaszarżował do przodu. W połowie drogi opadł w ślizg, wystrzeliwując jak pocisk wymierzony w kostki Silvera.
    -Brawo, całkiem nieźle. - Skomentował defensywę młodszego brata. Nowe moce Ainsleya wydawały się być pochodną tego, co przekazał ojcu na temat magnetyzmu zawartego w podstawowej Iskrze, którą dysponowali członkowie klanu. Bardzo kreatywne podejście do tematu. Nie było jednak czasu na rozmyślania w trakcie walki. Silver nie pozostawał dłużny i pomknął na spotkanie przeciwnika, wykonując pospieszne obliczenia wektorowe. Gdy zbliżył się na wyliczony dystans, lekko odbił się od podłogi by przeskoczyć nad Ainsleyem. Nie spodziewał się bynajmniej, że to uniemożliwi mu atak, chciał go jedynie ukierunkować. Zmuszony zaatakować w pionie, byłby między młotem a kowadłem, co Silver planował wykorzystać, odbijając impet z powrotem w niego przy użyciu Full Counter.
    Choć Aisnley leciał w Silvera wślizgiem, w drodze zaczął się podnosić przyciągany do sufitu. Jego feinta nie zdała się jednak na wiele. Przeskok przez brata na który zdecydował się Silver, pozwolił mu nie tylko przewyższyć linię ataku, ale również skontrować pęd chłopaka wbijając go z powrotem w ziemię. Padając, Ainsley uderzył o podłogę nogami, aby odbić się do pionu. Uderzenie odłamało drobne kawałki podłogi, które chwycił, uzbrajając się w kamienie. Uśmiechnął się do Silvera, gdy ten wylądował.
    - To nie będzie łatwe. - przyznał.
    -Pokażę Ci potem, jak powtórzyć tę sztuczkę, bywa bardzo przydatna. A póki co, jedziemy dalej. - Silver również się uśmiechnął.
    - Chcesz, żebym atakował znów? - spytał, podrzucając w jednej dłoni kamienie. - Moja natura nie jest trudna do zrozumienia, ale spróbuję cię zaskoczyć. - obiecał.
    -Kreatywny adept zajdzie dalej, niż potężny, który nie umie wydobyć pełni potencjału swoich zdolności. - Demon pokiwał z uznaniem głową. - Ale oddawanie inicjatywy, to nie mój styl. - Po tych słowach Silver ponownie natarł z ogromną szybkością. Jeśli jednak Ainsley spodziewał się, że czeka go kolejna zmyłka, srogo się pomylił. Starszy z braci atakował frontalnie nieprzerwaną serią, wyprowadzając błyskawiczne, precyzyjnie wymierzone uderzenia. Choć ciosy mogły okazać się bolesne, niosły ze sobą dodatkową lekcję, Silver korygował nimi postawę Ainsleya, pytaniem pozostawało, czy młodszy brat to zauważy.
    Patrząc na nadciągającego Silvera Ainsley podrzucał kamień w dłoni. Demon doczytał jednak z jego ruchów, że nie zamierzał go nimi obrzucać, więc zignorował zaczepkę. Seria ataków zapadła na młodszego z braci. Z ledwością odsuwając się od świstów broni, chłopak starał się zarówno ruszać ciałem, jak i przyciągać je do otaczających ich podłoży. Drugi raz z rzędu ten trick nie dawał mu specjalnej przewagi. Pokój był prostokątny, więc oferował tylko cztery kierunki w które Ainsley mógł próbować poprawić swój ruch. Silver był więcej niż w stanie wziąć to pod uwagę, ustawiając chłopaka coraz bardziej pod tor swoich uderzeń, zbliżając się z każdym wymachem. Ruch ręki przyłożył w ramię chłopaka. Ten, krzywiąc się z bólu, podrzucił w górę kamienie, które trzymał w drugiej dłoni. Natychmiast uzyskał kilkanaście nowych potencjalnych wektorów, które wykorzystał, aby wreszcie wyślizgnąć się z natarcia Silvera. Przyciągnął się w kierunku przeciwnym jego cięciom i odbijając się od ramienia brata, przyciągnął swoje nogi do sufitu, szykując kontrofensywę.
    Demon odskoczył w tył, nie potrzebował dodatkowego dystansu, ale zadzieranie głowy do pionu było niewygodne.
    -Bardzo dobrze, adaptacja i improwizacja. Technicznie bez zarzutu. - Tym razem Silver nie planował robić uników, tylko przyjąć atak czołowo. Ustawił się tak, by mieć solidne oparcie dla nóg i maksymalnie rozluźnił pozostałe mięśnie, różnica w napięciu przed i po była tym, co decydowało o sile, a w tym momencie musiał wykrzesać jej jak najwięcej. Był przygotowany by zareagować na atak z dowolnej strony. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, by zatrzymać napastnika. - Obserwuj uważnie moment zderzenia. - Zasugerował bratu, planował po raz kolejny skontrować jego uderzenie, w celach edukacyjnych.
    Ainsel wystrzelił przed siebie jak superman, celując pięścią prosto w brata. W momencie gdy Silver był w stanie ocenić prędkość jego ataku, Ainsley uruchomił swoją moc przyciągania, zwiększając swoje piętro bardziej niż — jak mu się wydawało — Silver powinien się spodziewać. Różnica między nimi była jednak zbyt wysoka już na poziomie biologicznym. Silver miał dość czasu aby wprowadzić poprawkę. Wyciągnął rękę w kierunku Ainsleya, który poczuł kontrę Silvera, lądując przed nim obolały. - Szczerze, to nie jestem pewien, czy dojrzałem tą technikę. - wyznał, przechodząc do typowej postawy obronnej: przeciągnął jedną nogę w tył, pozostawiając wyprowadzając przeciwne ramię przed siebie.
    -Gdybyś załapał w locie, poczułbym się jak idiota. Opanowanie tego zaklęcia zajęło mi kilka tygodni, a udoskonalenie dalszych kilka miesięcy. - Silver uśmiechnął się krzywo. Odbijanie energii było łatwe, bo nie miała masy, trudniej z atakami fizycznymi. - Niemniej, walka jest dobrym sposobem na przyswajanie nowych umiejętności, mam pomysł. - Przyciągnął kilka podłużnych kawałków metalu i zawinął je wokół swoich nadgarstków i kostek. - Spróbuj używać swojej mocy magnetycznej by osłabiać impet moich uderzeń. Uprzedzam, zacznę bić mocniej. - Po tych słowach znów zaatakował błyskawicznie, tym razem jednak obrał inną taktykę. Po szybkim ciosie odskakiwał, po czym znów szarżował wyprowadzając kolejny atak, za każdym razem inaczej. Brak stałego schematu ataków sprawiał, że przeciwnik miał problem z dostosowaniem się. Ainsley zapewne miał wiedzę teoretyczną na ten temat, teraz otrzymywał lekcję praktyczną.
    - Raz kozie śmierć. - Ku zdziwieniu Silvera Ainsley wydawał się już wprawionym w walce przeciw temu typowi ataków. Uważnie pilnował ataków Silvera, nie dając sobie popaść w sztuczny rytm. Z drugiej strony, jeśli walczył już z ludźmi na stacji, nie powinno to stanowić zaskoczenia. To powiedziawszy, jego próba manipulacji Silverem za pomocą mangetyzmu była kompletnie nieudana. Ponadto, choć Ainsley nadążał za stylem ataków Silvera, nie był w stanie skutecznie zejść im z drogi ani ich zablokować, dostając jeden cios po drugim. Zbudował w końcu dystans, starając się odzyskać oddech. - Nessie myślała, że cię zmęczę, zanim dolecimy na ten jej handel. - wyjawił Ainsley. - Coś czułem, że się przeliczyła. - przyznał.
    Silver poczuł, że założone przez niego metalowe obrączki zaczęły robić się ciaśniejszymi. Brat postanowił wykorzystać je do ataku, nie obrony.
    -Mogę tak cały dzień. - Odparł młodszemu bratu z uśmiechem. Nie pozostawał bierny, skupił część swojej mocy by przełamać zaklęcie i naprędce sięgnął ku związkom przyczynowo-skutkowym, modyfikując je. Silver zaprogramował dwie najbardziej prawdopodobne możliwości, jeśli Ainsley jakimś cudem utrzyma czar, zwiększone natężenie pola magnetycznego zacznie ściągać w jego stronę rozrzucone po sali w wyniku ich starcia rupiecie. Jeśli zaś ruszy do ataku, jego własny magnetyzm zacznie utrudniać mu poruszanie, przyciągając go spontanicznie w losowych kierunkach. Sam Demon w tym czasie trwał w bezruchu, co miało dwojakie znaczenie, po pierwsze stanowiło prowokację. Po drugie, chodziło o bezpieczeństwo, reagując przedwcześnie mógł przypadkiem wejść w interferencję z zaplecioną przez siebie siecią, a był dość szybki by adaptować swoją postawę w czasie rzeczywistym.
    Technika Silvera szybko przerwała zaklęcie Ainsleya. Brat Silvera nie był już jednak tak nadgorliwy, jak kilka lat temu. Odskoczył w tył, zagarniając zniszczone kawałki sali i posyłając je w stronę Silvera jako pociski. October uniknął ich bez większego problemu. Wyglądało na to, że nowym planem Aisnleya było utrzymanie dystansu i korzystanie z pocisków. - Żebym to ja wiedział, czy w dzień dolecimy. - westchnął.
    -Chyba będziesz musiał popracować nad kondycją. - Demon niespecjalnie przejmował się czasem podróży, miał jeszcze bardzo dużo do nadrobienia w trakcie jej trwania. A póki co, skoro młody chciał się mierzyć przy użyciu telekinezy, niech będzie. Silver rozłożył ręce, unosząc odłamki, które Ainsley ominął i zaczął “dyrygować”, posyłając deszcz ostrzy w jego stronę. Ręce młodego Octobera poruszały się niezależnie od siebie, prawa prowadziła błyskawiczne natarcia, a lewa skoncentrowane, silne uderzenia. Żeby jednak nie było za łatwo, co kilka zderzeń obie strony zamieniały się rolami. Postronnemu obserwatorowi mogło się to wydać przesadą, ale Silver chciał pokazać bratu nowe zastosowania dla znanych metod.
    Ainsley nie mógł znaleźć się w rytmie ataków Silvera. Widać było po jego twarzy, że nie spodziewał się odzewu atakiem zasięgowym. Ile mógł, starał się blokować nadlatujące pociski swoją magią. Adept nie może jednak dorównać miesiącowi. Gruz uderzał w niego niczym kule, obijając chłopaka mocno i nieustannie, choć Silver i tak ograniczał swoją siłę. - Nie jestem fanem takiego kardio. - przyznał, odskakując wreszcie z pola ataku przyciągnięciem się do sufitu. Jego spocona twarz zdradzała, że kończyły mu się pomysły. Zacisnął mocno dłonie i zaczął przygotowywać się do użycia magii poważniej niż do tej pory. Silver poczuł, jak jego nogi zaczynają odrywać się od ziemi, przyciągane do sufitu.
    Demon uśmiechnął się ponownie.
    -I tak nieźle Ci idzie, brak doświadczenia kompensujesz bystrością i analitycznym myśleniem. Problem tkwi gdzie indziej. - Wyraz twarzy starszego z braci zrobił się drapieżny. W swobodnej pozie wzniósł się mniej więcej na połowę wysokości hali treningowej i tam zawisł. Kierunek przyciągania nie miał dla niego znaczenia, dół mógł być wszędzie. Odłamki z prawej ręki rozproszył dookoła siebie tworząc swego rodzaju zasiek, na kilku warstwach ochronnych baniek telekinetycznych. Lewe wciąż trzymał na podorędziu, by mieć czym rozpraszać Ainsleya. Jeśli chłopak nie zdoła się przebić, czekało go kolejne bolesne odbicie.]
    Silver poczuł jak Ainsley cofa swoją magię, widząc, że zaklęcie przestaje działać. Nagle jednak zamarł, zostawiając efekt w połowie drogi między nimi. Uśmiechnął się lekko, a Silver runął w górę, uderzając o sufit. W tym samym czasie Ainsleya wgniotło w podłogę.
    Zmieniając kierunek przyciągania wektorów na całej strefie między nimi, Ainsley mógł wymieniać pozycję Silvera ze swoją własną. W uporczywym ataku dwójka braci zaczęła obijać się boleśnie o sufit i podłogę jak dryblowane piłeczki. Ainsley odbijał ich szybciej i szybciej. Ślady po ich zderzeniach zaczynały coraz bardziej przypominać aniołki wybite w śniegu.
    Ten typ magii był bardziej tradycyjny dla Januarego. Dzięki sprytnemu, elastycznemu zrozumieniu natury magnetyzmu Ainsley był w stanie wyciągnąć ze swojej mocy podobny efekt. Był on jednak słabszy od Silvera, przez co tak uporczywie obusieczna umiejętność wycieńczyła go prędzej, niż demona. Gdy zaklęcie przestało działać, chłopak leżał wymęczony i poobijany na podłodze.
    Silver przeciągnął się, czując, jak trzaskają mu kości.
    -Auć… - Jęknął tylko, podchodząc do leżącego brata. - Gdybyś nie był tak sponiewierany, to skopałbym Ci tyłek, za to, jak się właśnie naraziłeś. Taktycznie wątpliwa decyzja, zraniłeś mnie, ale teraz mógłbym Cię bez trudu dobić, gdybym był twoim wrogiem. Niemniej zamysł dobry, gdybyś mógł zmienić punkty zaczepienia kilku celów, zamiast siebie i celu, zrobiłbyś im niezłą sieczkę. - Wyciągnął rękę, żeby pomóc Ainsleyowi się podnieść. - Wstawaj, zaniosę Cię do sekcji szpitalnej.
    Ainsley westchnął. - Wiedziałem, że to debilne, ale musiałem sprawdzić, czy faktycznie zadziała. - przyznał. Jego nadgorliwość z dzieciństwa jednak nie przepadła kompletnie. - Nie chce mi się wstawać. Doczołgam się. - jeknął po chwili. Jego ciało zaczęło samoczynnie ciągnąć się po ziemi wolnym tempem, prowadzone jego iskrą.
    -Pomysł dobry, tylko wykonanie do poprawy, jak już mówiłem. - Odparł Silver, tłumiąc śmiech na widok pełznącego brata. Wycierał podłogę własną godnością. - Na litość boską, to potrwa wieki. - Westchnął. - Hej hop! - Zawołał podnosząc brata magicznie i wsadzając go sobie na barana. Ile to już lat minęło, kiedy ostatni raz nosił go na plecach? Stare dobre czasy, kiedy wszystko było prostsze. - Trzymaj się mocno. - Dodał pro forma, nie było opcji, żeby chłopak spadł, umocowany mocą starszego brata. Mógł się po prostu teleportować, ale uznał, że ta chwila nostalgii mu nie zaszkodzi, ruszył więc biegiem do skrzydła medycznego.
    - Leć szybciej, mam tu reputację do utrzymania. - poprosił Ainsley.

    ***

    Meredith uniosła brew na widok poobijanych braci. - To jego da się posiniaczyć? - spytała. - Byłbyś pod wrażeniem jaki problem miał z tym Jack. Gdy Ainsley wpierw tu przyszedł, łatałam go co tydzień.
    - Miałem mało wolnego, więc sparringi były tylko w czwartki. - wykrztusił z siebie Ainsley, kładziony na łóżko szpitalne.
    Meredith pokręciła głową z dezaprobatą. - Poskładam go w godzinę. - obiecała, patrząc na skaner.
    Silver spojrzał z uznaniem na młodszego brata, rodzinnej tradycji zdecydowanie uczynił zadość. -Zuch. - Poklepał go po ramieniu i odwrócił się do Meredith. -Invictus Maneo, moja droga. - Przypomniał jej z uśmiechem motto klanu Armstrongów. - Bez pośpiechu, ma w końcu wolne, to niech choć raz się porządnie wyśpi. - Jak znał Ainsleya, młody sypiał pewnie trzy godziny na dobę, maksymalnie. Nie, żeby sam był lepszy w jego wieku, a obecnie praktycznie nie potrzebował snu, stanowił więc kiepski wzór do naśladowania.
    - Oh, nauczyłeś się cierpliwości? - zdziwiła się Meredith. - Mam mentalności pośpiechu z uwagi na twój pracoholizm. Ciężko nad wami nadążać. - przyznała. - Dopiero co mnie Drake ostrzegł, że będzie trochę mniej spał, bo wyskoczyło coś ważnego. Dałam mu koktajle witaminowe, ale postaraj się nie uzależnić całej załogi od kawy. - poprosiła.
    Silver zachichotał pod nosem.
    -Dalej nie wiem co znaczy to słowo. - Po prostu był nadopiekuńczy, nie pozwalał by rodzeństwo zasuwało na takich samych obrotach jak on sam. - Póki co, muszę nadrobić zaległości z ostatnich trzech lat. Potem niczego nie mogę obiecać. - Wzruszył ramionami. Roboty było dużo, a czas nie miał w zwyczaju czekać. - Drake miał tego pecha, że jego praca nie może zaczekać aż skończę. Dla Ciebie też będę miał niedługo projekt, niech tylko Nessie skończy swoje analizy. Właśnie, te twoje bio-nanity bazują na DNA użytkownika?
    - Adaptują się do niego. To główny powód dlaczego działają. - wyjaśniła. - Ciało nie odrzuca nowych organów, bo są do niego dopasowane.
    Ciekawe, zamiast tworzyć szablon na bazie docelowego pacjenta, Meredith zaprojektowała taki, który dopasowywał się automatycznie.
    -Mam nadzieję, że dadzą sobie radę z moim DNA. - Nie wiedział jaki był zakres zmian w jego kodzie genetycznym po pełnej fuzji.
    - To świetne pytanie. - zaciekawiła się Meredith. - Weź proszę jedną z białych tubek z mojej szafy. Znajdź albo zrób sobie ranę i sprawdź jak się zachowają pod nanoskopem. - zaproponowała, nie chcąc odrywać się od Ainsleya gdy dopiero zaczęła go oglądać.
    -Już się robi, Pani Doktor. - Odparł tylko i poszedł po fiolkę. Umieścił ją w statywie urządzenia i obejrzał nanity w formie “biernej”, po czym sięgnął po skalpel i rozciął jeden z siniaków, jakie powstały w trakcie tego magnetycznego pinballa, którego urządził jego brat. Pobrał krew i wpuścił ją do tuby, nie był pewien czy hemoliza już się zaczęła, ale powinno być tam dość materiału genetycznego by sprowokować reakcję nanitów. Przyłożył oko do okularu i przyjrzał się ponownie.
    Nanity reagowały zauważalnie, jednak wydawały się przybierać formę ludzkich komórek. Ich obecność w fiolce krwi wprawiła nanity w panikę. Zaczęły one nie tylko zwiększać jej objętość ale również budować nową skórę, w której krew mogłaby się znaleźć. Było ich zbyt mało i nie miały dość informacji w otoczeniu aby stworzyć cokolwiek sensownego. Silver mógł jednak wyciągnąć dwa wnioski: naśladują jego ludzkie DNA oraz działają kilkadziesiąt razy wolniej od jego naturalnej regeneracji w obecnej formie. Niezdolność replikacji demonicznego ciała mogła być spowodowana ograniczeniami oprogramowania, brakiem odpowiedniego materiału w nanitach, lub niesamowitą naturą ciała Silvera.
    -Wygląda na to, że będzie trzeba zrobić kilka modyfikacji, żeby się do mnie dopasowały. - Młody October oderwał się od nanoskopu i pobrał jeszcze kilka próbek, żeby dać Meredith punkt odniesienia. - Wprawdzie nie planuję ich używać do naprawiania obrażeń, ale lepiej uniknąć ryzyka reakcji autoimmunologicznej.
    Jego własne obrażenia już się leczyły, więc nie planował dłużej zostawać w szpitalu.
    -Odpoczywaj Ainsley, nie chcę żeby mi potem rodzice suszyli głowę. - Rzucił żartobliwym tonem, poklepał brata po ramieniu i ruszył do swoich kajut. Skoro miał za sobą gimnastykę, przyszła pora na wysiłek umysłowy, a raporty korporacyjne czekały.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Eidith
    Planeta Croak-7

    TRILLIONS, THE NANITE DRAGON

    Na przeciw Eidith wyrósł olbrzymi smok, swoim rozmiarem przypominający bloki mieszkaniowe. Poruszająca się skóra kreatury wskazywała, że jest w pełni utworzona z wciąż aktywnej masy nanitów. Rykiem kreatura oznajmiła swoją gotowość do walki z kostuchą.
    Yato zakręcił wąsem na widok kreatury. - myślisz, że jest w środku? - zgadywał, gdy kreatura ryknęła w stronę ich dwójki.
    - Na pewno jest. - Stwierdziła Kostucha materializując w smoczych łapach drzewiec na którego końcu pojawił się otwieracz do puszek. - Yato daj mi chwilę postaram się to namierzyć. - Oznajmiła skupiając wzrok na powstałym smoku. To było nawet trochę śmieszne że obrał akurat tą formę ale o obowiązkach też trzeba pamiętać. Eidith będzie w pozycji obronnej dopóki nie namierzy czegoś w smoku co różni się od reszty nanitów. Yato jest bardziej niż zdolny ją ubezpieczać w tym czasie.
    Smok nie próżnował, poderwał się z miejsca skacząc w stronę Eidith. Rozpiechrzył swoje skrzydła nabierając tempa. Kostucha starała się zachować dystans, analizując przeciwnika. Skrzydła gigantów trzaskały z uderzeniem bicza za każdym wymachem. Smok z nanitów otworzył szeroko paszczę, szykując się do ugryzienia Eidith. Yato wybił się z kostuchy. Wykonał salto w powietrzu, po czym zasadził kopniak w szczyt smoczej głowy, z impetem zmuszając łeb do opadnięcia w dół. Zachowując swój pęd, bestia pochwyciła jednak Eidith w swoje przednie pazury, szykując się do zapasów, gdy Yato odskoczył z powrotem na plecy swojej pani.
    Ku zdziwieniu Eidith, w smoku nie było niczego nietypowego. Kreatura wyglądała na stworzoną z jednakowych maszyn niczym olbrzymie zbiorowisko bakterii. Jeżeli centralny komputer wyróżniał się od przeciętnych nanitów, nie było go wewnątrz smoka.
    Smoczyca którą była wtedy Eidith pochwyciła swoimi pazurami ręce które ją trzymały. Gdy tylko poczuła uchwyt zaczęła zamrażać miejsce które trzymała by je najzwyczajniej odłamać. Skoro nie ma słabego punktu postanowi go roztrzaskać kawałek po kawałku.
    Aby zabezpieczyć swoją pozycję w powietrzu, kreatura z nanitów spróbowała obrócić dwójką w powietrzu, wprowadzając ich w stan powietrznej beczki. Jednakże z uwagi na wykorzystanie mrozu przez Eidith, taktyka ta na niewiele się zdała. Napór mięśni Eidith odłamał zamrożone kończyny bestii.
    Stwór został od niej oderwany i opadł w dół, szybko jednak odzyskał swój balans. Jego dłonie odrosły choć Eidith widziała, że stwór wyłącznie przeniósł nanity z jednej części ciałą w inną, nie tworząc nowej materii. Bestia uniosła się wysoko w górę, po czym z rozdziawioną paszczą zaczęła opadać w stronę Eidith. W tym momencie szara masa pod nimi zawrzała i wystrzeliła w górę, otaczając kostuchę i jej sługę gejzerami nanitów.
    - Dumb bunch of silicone. - Mruknęła widząc jak smok nanitów na nią szarżuje z góry. Jak ktoś jest tak uprzejmy, że daje z siebie wszystko do szarży trzeba to uhonorować. Okiem które wyrosło na jej plecach zobaczyła gejsery nanitów i wszystkie lampki w jej głowie mówiły by nie dać się tym zalać. Zaczęła więc bardzo zwinnie między nimi manewrować nie spuszczając z innych oczu lecącego do niej smoka. Planem kostuchy było użycie pędu przeciwnika by go roztrzaskać o ziemię zwinnym przerzutem. Do tego jednak potrzebowała gleby, więc starała się unikać w stronę krańca oceanu nanitów. Miała nadzieję, że zdąży wylecieć poza obszar szarej masy nim ją dopadnie.
    Zręcznie manewrując wokół wybuchających w niebiosa nanitów, Eidith prędko dotarła do krańca szarej masy — od kiedy zaczęli walkę, nie oddalili się od skraju pochłoniętego terytorium. Wrogi smok leciał tuż za nią. Ledwo po tym, jak się odwróciła, wpadł w nią zarówno pazurami, jak i swoją paszczą. Przewrót pozwolił Eidith na wyprowadzenie ich obydwu z lotu. Niestety jednak manewr ten nie pozwoli na rozwarcie szczęk bestii. Wraz z nanitowym smokiem rozbiła się o trawę, wciąż trzymana przez jego paszczę. Chcąc ją unieruchomić, bestia zaczęła oplątywać jej tylne nogi swoim ogonem.
    - Oh? You want some huggies? Yato zejdź. - Rzuciła kostucha, gdy jej smocze kończyny zamieniły się w macki, a także wiele mniejszych wyszło z jej ciałą oplatając smoka nanitów. W każdym miejscu, gdzie go dotykała używała swojego “absolutnego zera”. Następnie miała zamiar zacząć się z nim tarzać szaleńczo po trawie jak trafiony raidem karaluch. Celem tego działania było jak najbardziej poodpłupywać kawałki zamrożonych nanitów ze smoka.
    Yato wylądował lekko na trawie, oglądając zapasy dwóch smoków. Z każdym ruchem Eidith zostawiała za nimi garści lodowych fragmentów. Yato zdeptał jeden z nich i pokręcił głową. - Lód ich nie zabija! - ostrzegł. Maszyny miały za zadanie terraformacje całej planety. Odporność na krytyczne temperatury była jedną z ich podstawowych cech. To powiedziawszy, smok nie radził sobie w zapasach zbyt dobrze, gubiąc fragmenty swojej masy w walce z Eidith. Nagle zmienił on strategię i rozpadł się w szarą masę, która rozlała się po ciele Eidith.
    Skoro lód ich nie zabija będzie musiała znacznie przyśpieszyć eksploatację tych maleńkich maszyn. Ciało Eidith także się rozlało na coś bezkształtnego, z tym że zaczęła robić z siebie tornado by się wymieszać z nanomaszynami. Musiała się upewnić że dotyka jak najwięcej tych maszyn gdy używała na nich swojego rozkładającego dotyku.
    Rozciągana przez Eidith plama nanitów szybko przestała przypominać smoka, zmieniając się w metaliczny eldritch smoothie. Zwięszanie kontaktu z nanitami oczywiście oferowało im również szerszą powiechnię do ataku, którą wykorzystywały, wgryzając się w ciało Eidith.
    Kostucha zaczęła znów zmieniać swój kształt, przy okazji nadal wirując i operując położeniem nanitów na swoim ciele. Eidith powoli zaczęła wracać do swojej formy, jednak jej prawa ręka była nieproporcjonalnie duża i w kształcie łyżki. Na niej właśnie starałą się uformować resztki nanitów jakie na niej spoczywały po czym zamknęła je w swojej pięśco- łyżce, używając swojej tytanicznej siły by je skompresować. Gdy już odzyskała swoje wymiary i wygląd, w momencie gdy jej obcasy dotknęły trawy zaczęła się szybko obracać. Coraz szybciej i szybciej nabierając rozpędu, ostatni obrót skończyła mocarnym tupnięciem, które stworzyło krater pod nią. Wzrokiem określiła ruch słońca, i to jak planeta się obraca do położenia gwiazdy. Z cichym pomrukiem wysiłku miała zamiar cisnąć zawartością pięści w słońce na niebie. Nawet jeśli jakimś cudem maszyny mogą przetrwać słońce… cóż niech bawią się tam dobrze póki za miliony lat nie trafi jej szlag..
    Nanity miały ograniczoną inteligencję. Nie były w stanie zareagować na plan Eidith, pozwalając jej na przedstawienie siły. Kula szarej masy wyruszyła w podróż z prędkością, która powinna zdołać wysłać ją poza atmosferę. Trillions był jednak olbrzymią kreaturą. Kula była po prostu zbyt duża i zbyt płynna, aby w ten sposób wyzbyć się całego tworu: fragmenty kuli rozlewały się w locie na wszystkie strony, a wiele z nich opadało w kierunku ziemi. Eidith zdobyła jednak to, czego potrzebowała.
    Gdy szara masa straciła swojego strażnika, jej komputer zmuszony był na wydanie nowej komendy. Swoim wzrokiem, Eidith dostrzegła nader aktywny fragment w głębi szarego oceanu, nagrzewający się od pracy jego podzespołów. Eidith teraz wiedziała, gdzie znajduje się jednostka dowodząca.
    Gdy tylko namierzyła swój główny cel poderwała się do lotu tuż nad nim by swoją utworzoną łyżko-ręką zgarnąć jednostkę i cofnąć się z powrotem na trawiasty teren. Miała nadzieje że to był już koniec tej zabawy. Kostucha nienawidziła walczyć z robotami gdyż jej zmodyfikowany umysł przez Doca i Gerarda nie produkował dopaminy. Coś musiało cierpieć, coś musiało czuć ból. Jednak nikt nie powiedział że praca musi być przyjemna.
    - CZEKAJ! - krzyknął Yato, było jednak za późno. Eidith szybowała już nad szlamem, gdy nagle wystrzeliły z niego bronie: obracające się kosy. Jedna z nich precyzyjnie przeleciała przez ramię Eidith, odcinając jej ‘łyżkę’, nim kostucha zaeragowała aby wstrzymać swój lot i rozejrzeć się. Z buzującego szaergo oceanu zaczęła wyłaniać się postać Tobora. Centralna jednostka nie była jednak zbiorem nanitów, a jedynie się w nim ukrywała.
    - 01001100 01101111 01110011 01110011 00100000 01101111 01100110 00100000 01101101 01100001 01110011 01110011 00100000 01100100 01100101 01110100 01100101 01100011 01110100 01100101 01100100 00101110 00100000 01000001 01110011 01110011 01110101 01101101 01101001 01101110 01100111 00100000 01100101 01101100 01101001 01101101 01101001 01101110 01100001 01110100 01101001 01101111 01101110 00100000 01110000 01110010 01101111 01110100 01101111 01100011 01101111 01101100 01110011 00101110 00100000 01010100 01100001 01110010 01100111 01100101 01110100 00111010 00100000 01101000 01110101 01101101 01100001 01101110 00100000 01100011 01101111 01101110 01110011 01100101 01101110 01110011 01110101 01110011 00100000 01101111 01100110 00100000 01100100 01100101 01100001 01110100 01101000 00101110 00100000 01010011 01110101 01100011 01100011 01100101 01110011 01110011 00100000 01110010 01100001 01110100 01100101 00111010 00100000 01101110 01101111 01110100 00100000 01100001 01110000 01110000 01101100 01101001 01100011 01100001 01100010 01101100 01100101 00101110 00100000 01010010 01100101 01100011 01101111 01110010 01100100 01101001 01101110 01100111 00100000 01100010 01100001 01110100 01110100 01101100 01100101 00101110 00100000 01010100 01110010 01100001 01101110 01110011 01101101 01101001 01110100 01110100 01101001 01101110 01100111 00100000 01100100 01100001 01110100 01100001 00100000 01101000 01101111 01101101 01100101 01110111 01100001 01110010 01100100 00101110 - maszyna produkowałą ciągły, jednostajny pisk unosząc się ponad szarą masę. Powoli zaczynała lewitować, aż uniosła się do poziomu Eidith, a spod jej nóg wystrzeliły dziesiątki nowych kos. Numer seryjny maszyny zdobił jej szyję.

    D34-TH
    Terraforming unit

    Mówią że kopia jest najwyższą formą komplementu. Eidith wcale tak nie uważała, przed sobą widziała drwinę. Spojrzała na swoją odciętą kończynę i prychnęła pod nosem. To jest właśnie problem walki z nieorganicznymi, nie wiedzą kiedy przestać… ani Kostucha nie wie kiedy może przestać. Była zbyt pewna zwycięstwa nad szlamem i opuściła gardę. Przez pobyt na Cholula troszkę jej zmysły bitewne zardzewiały. Na brzęczenie maszyny odpowiedziała.
    - I don't speak toaster. - Widząc szybujące kosy utwardziła powierzchnię swojej skóry i na krótki moment wskazała palcem do góry. Między słońcem a toborem zaczęło się coś tworzyć z pyłku który właśnie kostucha wydzielała. W tym samym czasie szarżowała w przód by skrócić dystans do maszyny. Potrzebowała krótkiej chwili na coś, więc skupiła się na unikach i parowaniu kos.
    Tobor spojrzaa na Eidith, a jej lewitujące kosy ruszyły w stronę kostuchy. Te, które widziała ze swojej pozycji były tylko częścią arsenału jednostki kontrolnej. Kolejne wyskakiwały spod szarej masy w losowych momentach dodatkowo utrudniając manewrowanie. Mimo tego, Eidith udało się w pełni uniknąć ataku.
    Skracając dystans Kostucha bacznie obserwowała lot monolitu, który utworzyła w powietrzu. Gdy już obiekt jak i Eidith były w pobliżu robota z pleców kobiety wyskoczyły dwie duże ręce które pochwyciły monolit. Trzymając go jak kij bejsbolowy zamachnęła się prosto na tobora usiłująć posłać maszyne w stronę mnicha. - Yato! - Krzyknęła tuż przed zamachem.
    Widząc monolith Eidith, tobór zaczęła zniżać lot aby uniknąć z nim kontaktu. Opadając przywołała do siebie też nanity, które wyskoczył aby pomóc ją wciągnąć. Ruch ten w połączeniu z dodatkowym czasem zapewnionym przez wyekwipowanie monolitu jako broni przez Eidith pozwoliło robotowi na skrycie się wewnątrz mazi.
    Będąc pod szarą materią, tobor zaczął się cofać. Dawała wyraźnie do zrozumienia że nie zamierza walczyć poza swoim terytorium. Jej kosy ruszyły jednak za nią, zdradzając ograniczony zasięg kontroli.
    Eidith westchnęła opierając gigantyczny monolit na ramieniu. Wolną ręką przetarła palcami oczy. - Im playing hide and seek with a damn toaster. - Podleciała bliżej miejsca gdzie widziała zatapiającą się maszynę i przygotowała jedną specjalną mackę która wyrosła z jej ramienia. Miała na celu zniszczyć każdą nadlatującą kosę. Kostucha starała się też bacznie obserwować gdzie Tobor się przemieszcza.
    Kosy podążały za toborem, ograniczone zasięgiem jej kontroli. D34-TH nie wykazała jednak tego samego ograniczenia z samą szarą mazią. Gdy Eidith szykowała się do obrony, to nie kosy wystrzeliły w jej stronę, a szare kolce eksplodowały spod niej. - UWAŻAJ! - krzyknął Yato z bezpiecznego gruntu, niezdolny do lewitacji nad nanitami. Jego ostrzeżenie wystarczyło, aby Eidith zeszła z drugi większości ataku, choć jedna z jej stóp wciąż została przebita.
    Przyglądając się obeliskowi w rękach kostuchy, tobor uniosła dłoń, a z szarej masy zaczęły wyrastać ściany oddzielające ją od Eidith.
    To było nawet trochę śmieszne, że kostucha nie mogła nawet drasnąć tobora. Palcem wskazującym posłała monolit nieco wyżej o wprowadziła go w rotacje wokoło własnej osi. Nastepnie z jej ręki wyrósł komiczne duży młot. Gdy monolit juz przypominał obracające się wiertło Eidith z całej swojej mocy uderzyła w tył obiektu bu go posłać na spotkanie ze ścianą i toborem.
    Tobor przeliczyła się z siłą swoich ścian. Monolith przebił się przez jej bariery nanitów i zaskoczył ją, gwałtownie uderzając w tors maszyny. Dolna połowa D34-TH została oderwana, nim jej kosy zniszczyły strukturę. Nanity natychmiast wyskoczyły z masy, regenerując jej ciało.
    Nawet rozerwana na pół maszyna nie sprawiała żadnej frajdy Eidith. Westchnęła tylko i zmaterializowała kolejny monolit i pozostawiła go w powietrzu. Wydawało jej się, że powinna za bardzo dużo nie pokazywać swoich sztuczek, ten tobor mógł na żywo przekazywać obraz do swojej bazy danych czy tam chmury. Gdy kostucha się tak zastanawiała to chmura była chyba czyimś komputerem? Za mało się znała na IT by dłużej o tym rozmyślać. Utwardziła powierzchnie swojej skóry po czym skróciła dystans. Nawet kosztem obrażeń nie chciała dopuścić by maszyna oddaliła się od niej.
    Znajdując się daleko od granicy zajętej przez nanity przestrzeni, jak i również poza przestrzenią dostępną dla Yato, tobor czuła się pewna siebie. Szarżę Eidith przyjęła ze spokojem. Ruchami dłoni skierowała na kobietę swoje kosy. Część nadlatywała z góry, część spod oceanu nanitów. Każda z nich była identyczna i równie groźna. Kostucha musiała lawirować między atakami, aby dbać o swoje bezpieczeństwo. Mimo tego kosy raz po raz nacinały ją, a nawet amputowały części ciała, choć na tę chwilę nie robiło to Eidith większej różnicy. Gdy kostucha zaczęła się już za bardzo zbliżać, tobor wystrzeliła w górę, uciekając w niebo.
    Widząc jak tobor bardzo nie chce być blisko Eidith, ta postanowiła żę będzie się z nią bawić w jej przestrzeni personalnej. Poleciała zaraz za robotem ku górze z zamiarem złapania jej i wybicia paskudnej dziury w głowie maszyny przy użyciu swojej pięści. Porzuciła wszelkie odruchy ochrony przed kosami skupiona była na dopadnięciu maszyny w klincz.
    Zrywając się natychmiast ku górze Tobor była w stanie przelecieć obok monolitu, unikając kolizji. Ruch ten dał jednak czas Eidith na skrócenie dystansu. Kostucha złapała Tobor i zaczęła bezlitośnie ją okładać. Atak ten, choć podstawowy, był skuteczny. D34-TH nie była jednak bez planu. Gdy monolit mimo wszystko spadł na ziemię, jego zderzenie z oceanem nanitów wybił w górę ogromną ilość mateirału. Eidith i jej przeciwnik zostali zalani nanitami, które natychmiast zaczęły naprawiać Tobor. Ta z kolei zamroziła nanity w powietrzu, zamkyając siebie i Eidith w obszernej bańce grey goo.
    Kostucha zaczęła zamrażać powierzchnię swojego ciała, by spowolnić efekt nanitów, w tym samym czasie upewniała się co do swojego uchwytu, co by tobor się nie wyślizgnął. Musi rozszarpać robota, ale w ważnym miejscu. Szkoda, że nie zna się za bardzo na maszynach więc polegała na swojej kobiecej intuicji. Swym wzrokiem dokładnie zaczęła skanować wnętrzności maszyny by znaleźć coś co wygląda… ważnie.
    Ciało tobor było pełne nieznanych Eidith kształtów, przyglądając się jej wnętrznościom, kostucha jednak dojrzała, że tors stworzenia jest dużo bardziej złożony, nawet w porównaniu z głową humanoida. D34-TH nie zdradzała żadnych emocji, przyglądając się Eidith zimnym, ale równie analitycznym spojrzeniem. Zaakceptowała fakt, że nie posiada siły na wymknięcie się z rąk swojej przeciwniczki, więc nie marnowała na to energii. Uważnie jednak przyglądała się obrażeniom, które odczuwała Eidith. Nanity nie spowalniały w żaden zasadniczy sposób. Zimno powoli rozprzestrzeniało się przez ich ciecz, a adaptacje przygotowały na takie ewentualności. Bez wątpienia grey goo toborów mogło podróżować nawet przez przestrzeń kosmiczną. Nanity obchodziły skórę Eidith, wchodząc od ciała przez pory i inne otwory, zalewając ją całą, skrobiąc i skubiąc na żywej materii, starając się rozłożyć ją od środka, jak i od zewnątrz.
    Trawiące ją nanity już dawno przekroczyły granice dyskomfortu a zaczęły właściwie boleć.
    Z brzucha Eidith wyrosła ręka, która miast dłoni posiadała wiertło z losowo umieszczonymi kolcami. Narzędzie nie służyło do odwiertu lecz do maglowania celu.
    - Chyba to tyle. Pozdrawiam cię nerdzie po drugiej stronie tych soczewek. - Rzekła z pogardą prosto w twarz maszyny, po czym pozwoliła swojemu tworowi wbić się w najważniejszą część ciała tobora.
    Wiertło uderzyło w obudowę tobora, atakując ją ze zgrzytem. Nanity natychmiast wlewały się do powstającej dziury, naprawiając ranę i blokując dostęp kostuchy do organów maszyny. D34-TH uważnie analizowała zachowanie Eidith, gdy jej nanity wżerały się w skórę kobiety. Ostatecznie jednak Eidith wygrała konkurs siły z zielonoskórą istotą, przebijając ją na wylot wiertłem, które zaczęło wciągać i rozrywać podzespoły. Światło w oczach D34-TH zniknło powoli, a wraz z nim nanity spadły w dół, pozbawione kontroli grawitacyjnej jaką wywoływał ich sterownik. Niestety, to co było już przyklejone do ciała kostuchy na nim pozostało.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    - Miesiąc? - powtórzył naukowiec z niedowierzaniem, a wręcz lekkim oburzeniem, jak gdyby kapłan sobie z nich zażartował. - Miesiąc? Na tej samej planecie? Podróż z drugiego końca galaktyki na to zadupie cesarstwa zajęła nam “mniej niż miesiąc”. Podróż nawet starożytnym samolotem na tej samej planecie powinna zająć nam nie dłużej niż kilka go… - przerwał w pół słowa i złapał się panicznie za głowę, przypominając sobie jak wyglądała ich podróż do stolicy krasnoludów. - Nie. Nie zgadzam się na takie nadgodziny. Gdziekolwiek jest wasz król na tej zasranej planecie, będziemy tam przed zmrokiem. Zacznij od przyprowadzenia nam kartografów i geologów, bo będą musieli nanieść na mapy nowy tunel prowadzący do waszej stolicy.
    To powiedziawszy wyciągnął za siebie otwartą dłoń, a za rozmówcami rozkwitł największy portal jaki Roy stworzył do tej pory.
    Z wysokiego na około pięć metrów portalu powoli zaczęła wyłaniać się przednia część olbrzymiej machiny wiertniczej.
    - Wyruszamy za godzinę. Możecie przygotować nam napoje i przekąski na podróż - oświadczył dobitnym tonem nie znającym sprzeciwu. - A po powrocie, co by się nie stało w trakcie naszej audiencji u króla, zarządzam wam przymusową modernizację. Nie ważne czy zostaniecie w cesarstwie, czy zażyczycie sobie niepodległości, zostanie zbudowany w waszej stolicy port gwiezdny. Wybierzcie sobie na niego dogodne miejsce. Proponowałbym zastąpić nim ten bezużyteczny mur, którego rozbiórka została właśnie zakończona.-
    Nie przerywając, kontradmirał wyciągnął drugą otwartą dłoń w przeciwną stronę i stworzył następny portal wielkości człowieka. Z przejścia międzywymiarowego szybko wyskoczył nieuzbrojony android-robol.
    - W międzyczasie uprzątniemy ten gruz i inne śmieci jakie wygenerowało wasze gorące powitanie. Te lekkie androidy pracownicze mają polecenie wykonywać proste zadania. Będą słuchać rozkazów, które nie są sprzeczne z trzema prawami Asimova. Czyli nie mogą skrzywdzić żadnego “człowieka”… w co honorowo wliczamy również was… będą wykonywać wszystkie rozkazy które nie stoją w sprzeczności z pierwszym prawem, jak również będą bronić same siebie dopóki nie stoi to w sprzeczności z pierwszym i drugim prawem. Póki co mają polecenie tutaj posprzątać. Ale potem możecie ich użyć wedle uznania. Baterie wystarczą im na tydzień ciągłej pracy. Battery pack na ramieniu zawiera wbudowany silnik Stirlinga, który może zostać naładowany w ciągu około dwunastu godzin, jeśli różnica temperatur między przednią i tylną częścią wyniesie od minimum trzystu do maksimum ośmiuset stopni. Czyli można je naładować nawet prymitywną technologią, jeśli tylko umiecie rozpalić ognisko. Temperatura pracy od -80°C do 1,000°C. Maksymalny udźwig do 1,200kg. Potem stworzę dokładną instrukcję dla waszych inżynierów.
    - Lubię. Sprzątać. Gruz! - zadeklamował wesoło robot, ruszając żwawo do pracy, gdy z portalu za jego plecami wyłonił się następny android. Ten również szybko mu zawtórował. - Praca. Czyni. Wolnym!
    Mike tylko kiwał głową. Zupełnie, jakby wszystko co widział, było dla niego normalne. Nie było, ale w ciągu ostatnich 3 lat przyzwyczaił się do niedziwienia się. Ot, brał rzeczy takimi, jakie są. Jakiś dziwny chłop przywołujący z palca roboty i jakieś maszyny wiertnicze? To codzienność! Po chwili wpadł na pewien pomysł - A jeśli nie wiecie od czego zacząć z rozwojem waszej rasy, to opowiem Wam o Deep Rock Galactic, powinno się wam spodobać, a to zawsze jakiś start! - dodał heros.

    ***

    Reorganizacja krasnoludów nie poszła tak dobrze, jak Roy miał nadzieję. Zrozumienie sytuacji było kłopotliwe dla samego kapłana, a co dopiero przetłumaczenie tego reszcie krasnoludów, którzy chowali się w domach. Dopiero pod koniec godziny znaleźli się geolodzy, którzy byli w stanie określić kierunek, w którym znajdował się nowy zamek króla. Do sprzątania resztek muru i nadzoru robotów wybrano krasnoludów, którzy po prostu byli najbliżej, byle tylko w jakiś sposób spełnić polecenia Roya.

    W trakcie jazdy kapłan w towarzystwie geologa i kartografa był w stanie lepiej wyjaśnić sytuację. Port gwiezdny na planecie już był, a kapłan jako jeden z niewielu krasnoludów nawet się do niego udał. Instytucja znajdowała się dość daleko od królestwa krasnali, aby nie zaburzać ich spokoju. Cesarstwo skupywało od nich rudę przy wejściu do podziemia, którym Mike i Roy wcześniej wchodzili. To powiedziawszy, metoda i sposób reorganizacji relacji z krasnoludami leżała teraz w ich rękach. Jeśli Roy zażyczy sobie wymuszenia ery gwiezdnej na kurduplach, Bastion nawet nie będzie miał czasu wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.

    W ciągu kolejnej godziny nowoczesne wiertło Roya wyrosło spod ziemi na szczycie zupełnie innej góry, daleko na północy planety. Za szybami maszyny Mike i Roy mieli okazję oglądać unoszącą się do niebios kamienną wieżę. Jej wysokie na kilkadziesiąt metrów ściany zdobiły ogromne, wyryte w skale twarze. Komputer Mike’a rozpoznał północną ścianę jako krasnoludzkiego boga Odyna, wschodnią jako jego znienawidzonego Lokiego, a zachodnią jako potencjalnego demon lorda. Postać wyglądała na młodego mężczyznę, człowieka, w szerokim kapeluszu. Po rysach twarzy nie przypominała żadnej znanej Mike’owi osoby, choć gdyby przyjrzał jej się bliżej, może nabrałby pewności. Pod tym kątem, Great Sage nie mógł przeprowadzić pełnej identyfikacji.

    U podstawy wieży, znajdowała się grupa krasnoludów w ciężkich, grubych zbrojach. Wiele nosiło hełmy zdobione stalowymi lub złotymi brodami. W rękach trzymali siekiery i młoty ociekające czarną mazią przypominającą olej.
    - Król zabrał wszystkich młodych na swoje sługi. - wymamrotał kapłan. - Stoją teraz na jego straży.
    Mike pokiwał głową i rzekł - No to co tak stoimy, prowadź do wodza! - po czym popychając kapłana przed sobą, ruszył dziarsko do przodu.
    Roy w ciszy przyglądał się wieży, z lekką ciekawością i być może nawet nutą uznania. Nie było to coś o czym pisałby w emailach do swoich wielu pra-pra-prawnuków. Jednak tym razem był wyraźnie bardziej czujny, niż gdy dotarli do stolicy.
    - Mimo małej szansy, że stanowią dla nas faktyczne zagrożenie, radziłbym mieć się na baczności, Mike - rozbrzmiał syntezowany głos naukowca w słuchawce bohatera. - Jeden średnio imponujący budynek to małe osiągnięcie dla całej rasy. Jednak nie wykluczone, że ich elity posiadają dostęp do pewnych potężnych artefaktów. My dwaj również nie wyglądamy groźnie, dopóki nie zostaniemy zmuszeni do działania. Indywidualna siła członków ich elit może znacznie przekraczać rozwój technologiczny ich społeczeństwa.
    Po wydaniu tego ostrzeżenia, Roy ponownie przywołał tuzin zrobotyzowanych wron, które szybko zaczęły oblatywać wieżę. Używając sonaru i radaru z bliskiej odległości, miał nadzieję dowiedzieć się jak najwięcej o wnętrzu budowli i wykryć potencjalne niebezpieczeństwa. Większe maszyny, mechy podobne do tych które spotkali w stolicy, jak również potencjalne fale elektromagnetyczne emitowane przez zaawansowaną technologię.
    Mike nie odpowiedział, a jedynie przytaknął głową. Dlatego popychał przed sobą kapłana, ale uznał, że nie warto się odzywać. Nie będzie psuł mentorowania starszemu koledze, skoro tak je lubił.

    Mroźne pustkowie u podstawy wieży było przedziwnym widokiem. Dziesiątki krasnoludów stały na baczność w rzędach jak wojsko gotowe do wymarszu, jednak nigdzie się nie ruszała. Część z nich straciła przytomność i wpadła w zaspy. W wielu przypadkach ich ciała były prawie całkiem pochłonięte przez opady śniegu. Inni budzili wrażenie martwych, wciąż stojąc na baczność. Lód pokrywał ich ciała, sople formowały się na brodzie, a skóra była kompletnie blada.
    Zbliżając się do wieży za niepewnym siebie krasnoludem, nowocesarska para spostrzegła figurę u jej szczytu. Krasnolud ubranych był tak, jak jego żołnierze, jednak kamienna korona jasno wyjaśniała stację. Obserwował on nadchodzącą grupę z balkonu zamieszczonego u szczytu figury Odyna. Gdy Mike i Roy spotkali go wzrokiem, usłyszeli grzmot.

    Chmury zebrały się wokół wieży. Wichura zaczęła stawiać oporu marszu, powalając kapłana na kolana. Zapadł mrok, który zaczęły rozświetlać regularne grzmoty błyskawic. Za każdym uderzeniem w chmurach widać było przedstawienie twarzy krasnoludzkiego wodza.

    - Mohsan, widzã, iże kludzisz dō mie ludzi. Wiydzcie, iże ôdzyskołch nad sobōm panowanie. Podyjmnōłch tyż decyzyjõ. Krasnoludy niy weznōm udziału w wojnie ludzi z demonami. Sōm my panami tyj skały i na nij ôstanymy. Sam bydymy kerować swym losym, co ino sie tu zjawi. Ôdejdźcie, człowieki i niy miyszejcie nŏs we swoje zwady z rzeczywistościōm. Stawcie nōm czoła, a odeprzemy wŏs, jak i wszyjsko, co w pogōni za wami raczy zbezcześcić darōnki ôfiarowane nōm przez Odyna.

    - Co to znaczy, że odzyskał nad sobą panowanie? Czy był wcześniej niepoczytalny? - zaciekawił się Roy, zwracając się do kapłana zwanego Mohsonem. Zauważywszy, że wichura mocno ich zagłusza, wyciągnął przed siebie rękę i przywołał przenośny generator pola siłowego. Gdy urządzenie zabuczało, aktywując barierę mającą zatrzymać ogłuszający wiatr, kontradmirał powtórzył swoje pytania do kapłana.
    - Nie był sobą po rozmowie z waszym księdzem. Wtedy zabrał wszystkich młodych w góry. Tylko starszyznę zostawił w mieście. - twarz kapłana zdradzała miksturę ulgi i irytacji, gdy wreszcie dano mu dojść do słowa w sprawie sytuacji miasta.
    - Cesarstwo nie posiada oficjalnej wiary. Nikt w służbie cesarza nie przedstawiłby się wam jako “ksiądz”. Jeśli ktoś taki się u was pojawił, to nie była to osoba z cesarstwa - wyjaśnił spokojnie Roy, gładząc się po brodzie w wyrazie zastanowienia. Nie chcąc powtarzać tego samego królowi, przywołał duży głośnik skierowany w stronę wieży, tak by władca krasnoludów był wstanie usłyszeć jego wyjaśnienia. - Galaktyka jest wielka i nie wszyscy ludzie ją zamieszkujący są zjednoczeni. Jedyna oficjalna religia, która mogłaby wysłać do was misjonarzy proszących o udział w wojnie to Icaria. Nie są oni naszymi wrogami, ani sojusznikami. Jednak nie reprezentują oni cesarstwa na którego terytorium znajduje się wasza planeta. A więc tamten niezwiązany z nami “ksiądz” przybył prosić was o wsparcie na ich terenach. My zaś przybyliśmy was ocenić jako wasali cesarstwa na którego włościach się znajdujecie.
    Mimo, iż nie zwracał się bezpośrednio do króla, chciał, by ten zrozumiał sytuację w jakiej się znajdują, by uniknąć niepotrzebnych nieporozumień.
    - Przekierowałem sygnał z twojego mikrofonu do głośnika - Roy przesłał wiadomość głosową Mike’owi. - Jeśli masz ochotę, możesz rozpocząć negocjacje. Wygląda na to, że król nie zamierza nas przyjąć na rozmowę w bardziej godnych warunkach.
    Mike ocenił rozmiar wieży króla krasnoludów. Zastanawiał się, czy byłby w stanie ją przeciąć. Może nie wzdłuż, ale wszerz? Bohater już skreślił w swoich myślach tę rasę, jako godną samodzielnego istnienia. Rzucił tym pytaniem do Great Sage’a, bo wolał mierzyć siły na zamiary, a tymczasem zwrócił się do Roya - Walka z rzeczywistością? Masz pomysł o czym on wygaduje?
    Zakładając, że konstrukcja stworzona jest z przeciętnego materiału skalnego wzmocnionego typową mieszanką cementową, rozcięcie jej szerokości w ramach pojedynczego natarcia jest możliwe, choć nie gwarantowane. Główne ograniczenie: długość miecza. Rekomendacja: wykorzystanie przewagi oferowaną przez atak z zaskoczenia. - rozbrzmiała analiza Great Sage w głowie Mike’a.
    W międzyczasie kapłan krasnoludów tarzał się na ziemi, ściskając głowę, zapewne ogłuszony przez decybele utworzonego przy nim głośnika. Z kolejnym gromem, krasnoludzki król odpowiedział na tłumaczenie Roya.
    - Wtem już nŏs zawiŏdlyście. Idźcie raus. Niy potrzebujymy waszyj ôchrōny przed demonami, kej sami jy na nŏs przikludzicie. Sōm my ludym tradycyje. Tradycŏjnie ôbrōniymy sie sami, przed tym co napadŏ nŏs. Swoje wojny trzimcie przi sie. Niy bydã z wami wiyncyj ôzprawioł, ni handlowoł. - zadeklarował z tonem ostatecznej wypowiedzi.
    Słysząc to, Mike nie czekał na odpowiedź Roya na zadane przez siebie pytanie. Rzekł za to do Great Sage’a w myślach - Chyba Ty masz problemy z długością miecza… - po czym aktywował Sunstrike. Odważnik rozgrzał się do czerwoności, a następnie rozjarzył się niczym słońce. Bohater długo nie myśląc wykorzystał zwiększoną długość orężą, aby przeciąć wieżę na szerokości. Najpierw postąpił kilka kroków przed siebie, kręcąc się dookoła własnej osi, a potem krzycząc - SPIN TO WIN - i sieknął w budynek. Nie celował tak, by zabić króla, a przynajmniej nie samym cięciem. Chciał go jedynie… sprowadzić do parteru.
    Roy, król, jak i wszyscy zgromadzeni zaobserwowali, jak w niemal natychmiastowym błysku miecz Mike’a wydłużył się na kilometry. Nadgorliwy mózg Roya wyliczył, że część tnąca od klingi po czubek musiała wynieść dobre dziesięć kilometrów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak jej światło na chwilę przegoniło mrok królewskiej wichury. Miecz bez większego problemu przeciął ceglaną strukturę wzdłuż. W efekcie budowla zaczęła się walić. Jej sylwetka zniknęła w tumanach kurzu. Do tej pory nieruchome krasnoludy zaczęły uderzać o podłoże podstawami młotów i toporów w jednakowym rytmie, a ziemia zaczęła się trząść.
    Mike natychmiast odwrócił się do towarzysza. Gdy tylko poczuł, że miecz wchodzi w wieżę niczym w masło, po prostu dokończył cięcie. Następnie z uśmiechem spojrzał na Roya i zapytał - No więc co z tą rzeczywistością? - zarzucił sobie dziesięciokilometrowe ostrze na ramieniu, a w myślach jarał się swoim spektakularnym wyglądem. Był przekonany, że przypomina teraz Sephirotha! Po chwili zorientował się, że całe to jaranie wynika również z rozgrzanej broni, dlatego doprowadził ją do normalności. Co za dużo to niezdrowo, pomyślał sobie.
    - Ah, to - odezwał się w końcu kontradmirał po dłuższej chwili ciszy jaką zajęły mu obliczenia masy i energii miecza Mike’a. - Prawdopodobnie tamten ksiądz próbował mu wyjaśnić, że żyjemy w… jeśli znasz się na popkulturze dwudziestego pierwszego wieku, to możnaby naszą rzeczywistość nazwać Matrixem.
    To powiedziawszy podszedł do bohatera i stuknął palcem w jego miecz.
    - Dlatego również i ty możesz łamać prawa fizyki. Niezależnie od twojej siły, machnięcie takim ostrzem powinno wyrzucić cię w powietrze ze względu na stosunkowo małą masę twojego ciała. Jednak tak się nie dzieje, ponieważ magia tego świata to przełamywanie kodu… lub wykorzystywanie glitchy w Matrixie. Przed twoim przybyciem, kod kontrolował nawet nasze myśli i zachowania. Na przykład udaremniał próby opracowania AI. Z tego powodu przez sto czterdzieści lat musiałem mieć ustawiony alarm, który co dziesięć minut przypominał mi o istnieniu sztucznej inteligencji.
    Roy rozłożył szeroko ręce w podniosłym geście.
    - Ten świat to iluzja, Mike. Gra komputerowa w której gramy role graczy lub NPCów. Nie wiemy jeszcze, co jest po drugiej stronie. Wiemy jednak, że Matrix jest faktem i tylko przełamanie kodu może dać nam szansę zajrzenia za kurtynę tej rzeczywistości. Dlatego jako nieregularni, jesteśmy niejako zbawicielami tego świata. Rośliny, zwierzęta, ludzie, demony, planety, gwiazdy i prawa fizyki to jedynie emanacje tego kodu. Tylko my, jako nieregularni, wychodzimy poza sztuczne ograniczenia tego świata i mamy potencjał go zbawić. Tak jak trzy lata temu uwolniliśmy nasze myśli spod kontroli Matrixa, tak teraz próbujemy uwolnić całe nasze jestestwa i dowiedzieć się kim naprawdę jesteśmy.

    Gigantyczny głośnik rozbrzmiała falą dźwiękową która rozwiała pył, kurz i śnieg zasłaniające wieżę krasnoludów od ataku Mike’a, odsłaniając… wciąż pnącą się ku niebu krasnoludzką budowlę. Król stał na balkonie, spoglądając na maszynę Roya niewzruszonym. Jego wieża była teraz pochylona. Jej górna część wspierała się na kamiennych kolumnach, których wcześniej nie było. Ślad po cięciu odsłaniał jej wnętrzności, prezentując krasnoludzkich żołnierzy rytmicznie kroczących po schodach na dół. Dziesiątki z żołnierzy u jej podstawy pękło niczym skała, opadając bezwładnie na ziemię z krwawiącymi oczyma i uszami. Pozostali zastukali bronią o zmarzlinę niczym na musztrze. Ziemia zatrzęsła się i wzrosła, falami z wszystkich stron zasłaniając maszynę Roya, aż ta wreszcie zamilkła, zapchana śniegiem. Łapiąc bronie oburącz, runiczni rycerze zaczęli kroczyć w stronę dwójki ludzi.

    - Skały od dołu, armia na ziemi i wichura utrudniająca latanie. Trzeba przyznać, że mądrze wykorzystują swoje mocne strony - Roy pokiwał głową z uznaniem. - Niestety nie zdają sobie sprawy, że wojna defensywna nie jest taka prosta w epoce galaktycznej.
    Kombinezon naukowca rozbłysł na moment, gdy zostały do niego dodane odrzutowe buty oraz rakieta na plecach.
    - Postaraj się nie zbliżać do ich wieży, Mike. Niebawem rozpocznie się faktyczne oblężenie - oznajmił, wylatując w powietrze. Kierował się prosto w górę, w stronę stratosfery, z najwyższą prędkością na jaką pozwalała jego rakieta. Po drodze zaś przywołał bombę termiczną, którą przekazał swojej zmiennokształtnej kuli, z poleceniem dostarczenia przesyłki na szczyt krasnoludzkiej wieży. Termit palący się w temperaturze 2,500℃ mógł nawet nadtopić kamień budowli. Jednak nie to było jego głównym celem. Ekstremalna temperatura miała robić za nadajnik, który wskaże mu dokładne położenie wieży nawet z kosmosu.
    Mike spojrzał do góry za towarzyszem, a potem skierował wzrok przed siebie, patrząc na wieżę i… dał susa w śnieg. Skoro nacierała na niego armia, postanowił stawić jej czoła po partyzancku. Heros mało heroicznie czekał w swojej prowizorycznej osłonie aż w zasięgu jego broni znajdzie się kilku przeciwników. Nie chciał rzucać się na jednego, planował czekać do momentu, gdy dookoła niego znajdzie się możliwie jak najwięcej osób. Gdyby jednak został odkryty, stawi aktywny opór. Liczył, że ciągłe opady śniegu, nagła zawierucha i całe zamieszanie ukryją jego taktykę i uda mu się pozostać niezauważonym w zaspie.

    Runiczni rycerze spojrzeli na odlatującego w niebo Roya. Przez chwilę się zatrzymali, potem rozejrzeli po polu bitwy. Mike’a nie było nigdzie widać, więc skierowali się w stronę pojazdu, którym para tu przybyła. Powoli otoczyli maszynę, po czym zaczęli rytmicznie okładać ją młotami i toporami. Coraz więcej z nich wylewa się z budowli, aż wreszcie doszło do momentu, gdy Mike stanął przed realną obawą, że któryś potknie się o niego nawet przypadkiem. Wtedy wyskoczył jak leopard na swoją zwierzynę.

    Z wyrzuconej w górę zaspy najbliżsi rycerze zobaczyli tylko ludzką sylwetkę, zdeterminowane spojrzenie i błysk światła w mieczu, gdy precyzyjny świst ściął ich głowy. Lądując, Mike był w stanie przejść do aktywnego natarcia, usuwając kolejnych to wojowników cięciami w szyję i sztychami w głowy. Nim wszyscy zdążyli się zorganizować i obrócić w jego stronę, już stał na stercie ciał. Wbrew pozorom nie byli to jednak najłatwiejsi przeciwnicy: z doświadczeń Mike’a, kamienne pancerze krasnoludów faktycznie były wytrzymałe. Nie stanowiły zwykłych skał lecz bryły przetopionego metalu. Pozbawianie ich głów było instynktowną, ale też jedyną optymalną metodą na walkę z tak dużą grupą.

    Tymczasem Roy wzlatywał w górę. Król mierzył go zimnym wzrokiem. Nagle, błyskawice zaczęły uderzać prosto w lecącego mężczyznę. Roy oberwał kilka odczuwalnych strzałów, był jednak w stanie nadzorować zmiany atmosferyczne i w miarę skutecznie unikać większości z błyskawic. Skupiając się na nim, krasnoludzki władca nie zauważył bomby, która rozlała się na dachu jego wieży, zmieniając go w lawę.

    Niezadowolony, że człowiek uciekał ponad niego, król zeskoczył z wieży, a balkon oderwał się za nim i przekształcił w skrzydlatą bestię. Wbrew prawom natury, kamienny Rok zaczął kierować się w pościg za Royem. Lecący na nim krasnoludzki król zbierał w dłoniach energię elektryczną. Z kolei jego żołnierze, otaczający Mike’a, zaczęli unosić bronie do szarży. Ich puste twarze nie wyjawiały emocji i nie sugerowały inteligentnych planów. Mieli przewagę liczebną i zamierzali ją wykorzystać.

    - Nie uważasz, że ściganie uciekającego wroga jest poniżej twojej rangi? Myślałem, że wy cenicie sobie honor! - zakpił Roy prześmiewczym tonem w stronę krasnoludzkiego władcy. Jednak po chwili śmiechu puknął się w hełm. - Ah tak, tamten kapłan mówił coś, że nie możecie zakończyć walki dopóki któryś z walczących nie zginie. Cóż za idiotyczna strata czasu i potencjalnych opcji taktycznych! - roześmiał się ponownie, wyciągając spod płaszcza małe urządzenie, które szybko rozłożyło się do rozmiarów małego działa.
    - W takim razie zmuszasz mnie do użycia mojej najpotężniejszej broni! Przygotuj się na szybką śmierć, władco karłów!
    Plan inżyniera oczywiście nie był taki prosty na jaki wyglądał. Gdy tylko działo zabuzowało od zbieranej energii, spod chmur wyleciała opalizująca kula armatnia pędząca w stronę króla. Przed uderzeniem, kula rozpostarła się do postaci metalowej sieci. Miała ona na celu złapanie krasnoluda wraz z ptakiem, uniemożliwiając mu latanie. Jak również rozproszenie jego elektycznego ataku, który w takiej sytuacji powinien porazić samego użytkownika złapanego w przewodzącą prąd sieć.
    - Głowica jądrowa uzbrojona - Roy usłyszał w hełmie kobiecy głos, gdy na czubku działa wycelowanego w króla otworzył się mały portal o średnicy zaledwie trzydziestu pięciu centymetrów. Zakamuflowana bomba atomowa wynurzyła się z niego, by natychmiast zacząć opadać w dół. Ciężko byłoby zakamuflować również pracujące silniki rakiety. Jednak póki co sama grawitacja ściągała bombę we właściwym kierunku. Kontradmirał upewnił się, że silniki zostaną aktywowane dopiero gdy broń atomowa znajdzie się głęboko pod chmurami, zdala od wzroku krasnoludzkiego władcy.

    Mike rozumiał tylko jedno – musi znaleźć schronienie. Nie bał się krasnoludów, bał się tego, co zleci z nieba. Naoglądał się za dużo filmów ze zwariowanymi naukowcami, aby wierzyć, że Roy postanowi być spektakularny. Dlatego zeskoczył z usypiska ciał i już w powietrzu zaczął kręcić ostrzem, aby wyrąbać sobie drogę do pojazdu. Gdy znajdował się blisko niego, krzyknął Jules Verne i dotknął jego blachy, szepcząc “IS INDESTRUCTIBILITY”, po czym wskoczył do środka, od razu zamykając za sobą właz. Następnie uśmiechnął się z szaleńczym błyskiem w oku i rzekł do Great Sage’a:
    - Mój drogi, naucz mnie prowadzić to coś. W trybie natychmiastowym. Pora się zabawić – mówiąc to, skoczył do konsolety, uruchamiając maszynę i ruszając przed siebie, w żadnym przypadku nie omijając krasnoludów. Podczas driftowania z głośników dało się usłyszeć specyficzną muzykę, która dotarła do uszu Roya przez słuchawki. A Mike oddalał się czym dalej od wieży, unikając tunelu oraz skarpy – nie chciał, aby podmuch go zdmuchnął. Planował stanąć w bezpiecznej odległości, kierując się bardziej instynktem, niż faktyczną wiedzą.

    - Niy mōm ściyrpliwości dlŏ kapelōnōw Lokiego! - Wrzasnął król. Ku zdziwieniu Roya, spojrzał on za siebie, a tak właściwie w kierunku wskazanym przez dziwny patyk w rękach naukowca, gdzie zauważył rozkładającą się sieć. Był na tyle silny, że zamachem broni zerwał kilka łączeń unikając bycia oplecionym. Gdy bomba Roya zaczęła spadać, zauważył on jednak, że wierzchowiec króla nie mógł pochwalić się tym samym szczęściem.

    Mike przebijał się przez krasnoludy skutecznie, choć w tempie które nie było idealne. Jak na humanoidów bez wszczepów byli oni twardzi i upierdliwi, a bohater miał wrażenie, że wcale ich nie ubywa. Mimo tego, udało mu się przebić do pojazdu i wskoczyć do środka. Great Sage zaprezentował mu ściągę z sterowania i podstawowe informacje co do efektów przeróżnych dźwigni i pedałów, podobnie jak w przypadku motora. Instrukcji towarzyszyły tłumaczenia audio, na które heros nie miał jednak czasu, jeśli nie zamierzał testować efektów swojego zaklęcia.

    Pojazd szczęśliwie odpalił, wiertło zakręciło, a moloch zaczął przebijać się przez dziesiątki krasnoludzkich wojowników którzy z szaleństwem na twarzy rzucali się prosto pod gąsienice. Z okrutnymi rykami wbijali topory i młot w wiertło, starając się zniszczyć róg stalowej bestii. Ciężkie buciory zaczęły rozbrzmiewać od runicznych wojowników, którzy wskoczyli na obudowę maszyny. Łopot narastał z uderzeniami ich siekier i buzdyganów. Stal ryczała i skrzypiała, lecz mimo wgłębień i obić, nie puszczała. Nie pojawiły się żadne wyrwy w stali. Mike nie dojrzał nawet szpary światła słonecznego, mimo narastającej falistej tekstury sufitu nad jego głową. Dopiero gdy usłyszał grom za sobą, świat przed nim rozbłysł oślepiającym światłem.

    Planowana przez Roya eksplozja głowicy miała mieć miejsce przy jej zderzeniu z wieżą władcy gromów. Krasnoludzki lord został jednak postawiony w nieprzewidzianej sytuacji. Splątany stalową siecią Roya kamienny ptak nie miał siły się ruszyć, więc zaczął spadać na ziemię. Uwolniony od krępującej rtęci władca nie zdecydował się na uwalnianie swojej bestii, takież próby byłyby raczej bezowocne. Przed jego oczami ukazał się jednak stalowy owoc. Gdy aktywowana rakieta zaczęła skręcać w stronę budowli, wyłoniła się spośród chmur. Gdyby jej pozwolił, przeleciałaby pod spadającym wierzchowcem. Władca postanowił ją jednak przechwycić.

    Król odbił się od swojego Roka, wygiął plecy w tył i z pełnią siły przywalił młotem w lecącą bombę, krzycząc w niebogłosy przez cały czas. Impet uderzenia wystarczył, aby aktywować ją przedwcześnie. Światło przegoniło mrok nad polem bitwy, a fala uderzeniowa rozproszyła chmury.

    Gdy rozbłysk światła minął, Mike zdał sobie sprawę, że jego pojazd w połowie przerodził się w magmę. Tak jak sobie tego zażyczył, maszyna wciąż była niezniszczalna. Zachowała swój prostokątny kształt, a wszystkie ściany stały niewzruszone. Jednak połowa jej holu była rozgrzana do czerwoności, a silnik nagle przestał pracować. Roy tymczasem obserwował pobojowisko pełne stopionych humanoidalnych figur. Fala uderzeniowa wystarczyła do przewrócenia i rozbicia już naciętej przez Mike’a wieży, a ci, którzy stali blisko niej lub pod samą bombą nie przetrwali ataku. Pod naukowcem nie pozostał ślad krasnoludzkiego króla.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Roy Genshi, Mike Nor
    =Combat begins=

    Krasnoludy rozpaliły staromodne działa prochowe. Lont potrzebował dobrej sekundy, aby rozpalić ładunek, po czym z hukiem ruszyły na chłopaków dwie kule. Mike był przygotowany na efekty swojej prowokacji. Złapał pocisk w locie i z piruetem przekierował go w ścianę. Na spotkanie drugiego pocisku poleciała kula Roya, który wstał, aby wyciągnąć do niej dłoń i prostym gestem palców nakazać jej zmianę kształtu w ścianę, którą natychmiast wzmocnił. Pocisk uderzył o nią, jednak nie zdołał się przebić na drugą stronę. Wtedy zatrzeszczały trzy posągi w przedsionku. Każdy wyglądał trochę jak krasnolud, tylko zdecydowanie za duży. Jeden miał siekierę i opaskę na oku, drugi hełm i dwuręczny miecz, a trzeci dwa młoty. Wszystkie z nich liczyły niemal trzy metry wzrostu.
    Mechanizmy zeszły z podiów z zaskakującą zwinnością. Gdy jednak ruszyły do biegu, huknęły eksplozje niewidzialnych min pod ich stopami, które wcześniej przygotował Roy. Dwa posągi upadły na ziemię, skąd zaczęły się powoli podnosić. Trzeci zachwiał się od eksplozji, jednak nie upadł i pędził dalej, wyraźnie kierując się na Roya. Gdy topór maszyny świsnął horyzontalnie przez pozycję naukowca, ten zdołał precyzyjnie podskoczyć w górę, lądując na płaskiej stronie ostrza.

    - Zobaczmy czy karły były na tyle mądre, żeby nie umieścić procesora i wszystkich czujników w twojej głowie - uśmiechnął się Roy pod maską i wyciągnął dłoń w kierunku twarzy krasnoludzkiego golema. W następnym momencie rozbłysło światło portalu który miał wciągnąć i zdekonstruować jak największą część jego głowy. Po tym zagraniu inżynier miał zamiar zrobić fikołek do tyłu i wylądować obok swojego towarzysza, gdy kula rtęci obok nich zabulgotała i zmieniła swój kształt w coś co przypominało lewitującą lufę działa którego ostrzał właśnie przyjęła. Nowe działo Roya było skierowane w golema którego przed chwilą próbował oślepić. Naukowiec ocenił, że strzał z przyłożenia w niewidomego przeciwnika powinien być dość efektywny.
    Widząc zachowanie Roya, bohater nie czekał, tylko ruszył biegiem przed siebie, wyciągając miecz. Kierował się ku lewemu golemowi, który podnosił się z ziemi. Mike planował odciąć mu głowę, jakby ta znajdowała się w jego zasięgu. Gdyby jednak konstrukt zdążył się podnieść na tyle, że byłoby to niemożliwe, heros zadowoli się ręką, którą machina się podtrzymywała. Aby mieć pewność, że jego cięcie będzie skuteczne, Mike wykorzystując momentum, obrócił się dookoła własnej osi, ustawiając miecz do cięcia od dołu. Gdy ten będzie znajdować się na wysokości pasa herosa, uruchomi on jego moduł Odważniej, zwiększając wagę broni. Bohater liczył, że siła pędu poniesie go i zgra się z dodatkową wagą miecza, dając w efekcie destrukcyjną siłę.
    Mac Roya łakomie pożerała materiał z głowy golema, wciągając warstwy stalowych płyt, aż odsłoniła siedzącego w środku krasnoluda. Siwy i pomarszczony mężczyzna nie przeraził się jednak widoku Roya. Szybko podniósł swoją maszynę do pionu, schodząc z drogi strzału armaty. Konieczność wyprodukowania prochu kuli i zadbania o zapłon była po prostu zbyt czasochłonna, aby Roy zdołał trafić z tej odległości. Po zrobieniu kroku w tył, aby uniknąć strzału, pilot golema przygotował się do ciosu pięścią w Roya.
    W tym czasie Mike wykonał swoją szarżę. To właśnie dlatego, że golem pomagał sobie ręką, młody bohater miał sposób, aby podbiec i odbić się nad głowę golema, opadając z wielką siłą zarówno swojego pędu, jak i zwiększonej masy miecza. Przeleciał ze swoją bronią przez całą głowę, obrotami rozcinając szyję dookoła. Gdy wylądował na ziemi, atakowany przez niego olbrzym zdążył się podnieść. Zrobił to jednak zdekapitowany, również odsłaniając zamieszkującego jego tors pilota.
    Miecznik nie planował stać w miejscu i chwycił swoje olbrzymie ostrze, gotując się do podłużnego cięcia przez dwójkę bohaterów. Ci w oddali widzieli również, że krasnoludy przygotowały kolejną salwę ze swoich dział.
    Gdyby tego było mało, do uszu cesarskich agentów doszły rytmiczne dźwięki uderzeń, łupnięć o skałę. Trzecia z humanoidalnych maszyn ustawiła się na prostej linii do nich i zaczęła szarżę, rozbijając ziemię przed sobą młotami jak perkusista z nienawiścią do instrumentów. Jeżeli nie zdołają jej uniknąć, szybko zmieni ich w mielonkę.

    Inżynier złapał się za głowę z lekkim zaskoczeniem.
    - Więc jednak potrzebujecie pilotów do operowania tak prymitywnymi machinami. Wybaczcie, że przeceniłem wasze możliwości - westchnął przepraszającym tonem. - Zajmij przez moment ich uwagę, Mike. Muszę przygotować więcej testów. - dodał bez podnoszenia głosu, gdyż słowa te rozbrzmiały również w słuchawce bohatera. Następnie pstryknął palcami, a jego czarny kombinezon na moment pokrył się błyszczącymi na niebiesko oktagonami. W następnej chwili wszyscy stracili Roya z oczu, gdy ten rozmył się w nicość. Jego wirująca kula pozostała jednak zawieszona w powietrzu i w następnej chwili wystrzeliła w stronę odsłoniętej twarzy krasnoluda w mechu, z zamiarem pokrycia jego ciała i kokpitu bezkształtną masą która uniemożliwiłaby mu pilotowanie maszyny.
    Mike uśmiechnął się na widok zamieszania na polu bitwy. Nagle chwycił miecz niczym włócznię i cisnął nią w kierunku robota. Widział gdzie kokpity dwóch pozostałych się znajdowały, więc celował w to samo miejsce. Aby rzut ostrzem miał sens, zmniejszył jego wagę, a następnie rozkazał Odważnikowi miarowo zwiększać ją, w miarę zbliżania się do celu. Polegał w tym przypadku na obliczeniach Great Sage’a, który miał pomóc zrealizować jego szalony pomysł. Po rzuceniu bronią bohater rzucił się biegiem w kierunku robota z mieczem. Widział co Roy robi, dlatego planował podskoczyć przy zbliżającym się ostrzu, aby przelecieć nad nim, ale w chwili gdy to byłoby pod jego nogami, Mike chciał użyć broni do podwójnego skoku. Jego zamiarem było wybicie się od płaza broni, aby wybić się jeszcze bardziej do przodu - chciał znaleźć się na klatce piersiowej robota, możliwe jak najbliżej głowy.
    Krasnolud atakujący Roya pięścią maszyny był albo odważny, albo uparty. Nie zareagował na zbliżającą się do niego metalową kulę. Wyprowadził swój cios w pozycję Roya z pełnym zamachem, celując zgodnie z trajektorią inżyniera również, gdy ten zniknął z jego oczu. Szczęśliwie, robot poruszał się choć trochę wolniej od Roya, pudłując o włos. Zmiennokształtna masa naukowca wylądowała na pilocie, oślepiając go.
    W tym czasie Mike wykonał dwa akrobatyczne susyඞ. Najpierw wylądował na zbroczu tnącego ostrza rycerza, uginając kolana i odbijając się od niego ponownie w górę, po czym z saltem stanął na własnym, lecącym wciąż mieczu, aby odbić się w stronę grzmocących młotów trzeciej z maszyn. Lecąc w przestrzeń między walącymi młotami, Mike musiał lawirować wśród odłamków rozrzucanych skał. Wycelował swój skok uważnie i ostrożnie, przemykając między pociskami jak nić nawlekana na igłę. Ostatecznie musiał jednak skulić się w locie, osłaniając głowę przed odłamkami, aż wreszcie doleciał na kark robota, prostując nogi przy lądowaniu na skalnej maszynie. Sekundę później, ze świstem w powietrzu i klangiem o stal jego miecz wbił się głęboko w kamień, a robot zaczął ostro hamować, wbijając stopy z impetem w ziemię. Krew nie napłynęła jednak na taszkę katany, sugerując, że pilot wciąż czyha wewnątrz.

    Roy zdołał dobiec na swoją pozycję, oddalając się od zgiełku walki. Ku jego zdziwieniu, kanonierzy na murze nie wystrzelili. Najpewniej nie znaleźli odpowiedniej linii strzału pomiędzy gigantycznymi maszynami. Pilot topornika zaczął zrywać z siebie jego kulę, a miecznik nastawił bark w stronę towarzysza z młotami. Ten z kolei zatrzymał się w miejscu, wypuszczając z jednej dłoni młot.

    Z bezkształtnej masy którą Roy wysłał na jednego z pilotów, szybko zaczęły wyłaniać się kolce, które miały przyszpilić i przebić go na wylot niczym ofiarę żelaznej damy. W tym czasie niewidzialny kontradmirał dotknął palcami kamienia i wszyscy mogli zauważyć rozbłysk portalu który szybko przesuwał się wzdłuż muru na którym usadowione były działa. Naukowiec biegnąc wzdłuż niego, osłabiał jego konstrukcję tak, by ten po niedługim czasie zawalił się. Liczył przy tym, że Mike odciągnie uwagę krasnoludzkich mechów na tyle długo, by nie przeszkodziły mu w jego planie.
    Mike jak gdyby nigdy nic skoczył w dół, chwytając w locie rękojeść miecza i zwiększając jego wagę, aby ten przeszedł przez ciało robota, niczym rozgrzany nóż przez masło. Bohater planował przywrócić wagę broni do normalnych wartości, gdy ta zakończy rozcinanie. Po wylądowaniu ustawił się tak, aby ciało maszyny zasłaniało go przed przeciwnikami - nie chciał stracić ich z oczu i nie zamierzał się ukrywać, ale nie chciał być na linii strzału.
    Miecz Mikea z trzaskiem wbił się w kamienny korpus maszyny, pozwalając mu ześlizgnąć się po niej ku ziemi ze zgrzytem porównywalnym do palców szlifujących szkolną tablicę. W locie ciężko było ocenić, jak głęboko przeszedł miecz, oraz czy maszyna zachowa stabilność strukturalną. Widząc jednak, że Mike staje za nią, uzbrojona w młoty maszyna zaczęła opadać na ziemię, chcąc opaść plecami na swojego przeciwnika. Miecznik nie był w stanie dopasować swojej pozycji do Mikea, stanął więc naprzeciw opadającego młocarza, trzymając ostrze jak włócznię, szykując się do dziabnięcia młodzieńca, gdy ten tylko da mu okazję. Topornik do niego nie dołączył. Nagła zmiana mazi w kolce sprawiła, że przestał się ruszać. Krasnolud nie wydał z siebie nawet krzyku.

    Skrywany swoją technologią Roy przebiegał wzdłuż muru bez trudności. Kilka kroków za nim bariera sypała się cegła po cegle. Widząc, co się dzieje, kanonierzy postanowili zrzucić szybko swoje pociski z bramy. Nie widzieli ze swojej pozycji Roya, jeżeli ten jednak wbiegnie w nie ślepo, może wciąż nimi oberwać. Pozbawieni swoich pocisków krasnoludzi szykowali się, aby następnie zeskoczyć z muru i dać nura. Ich starczy wiek sprawiał jednak, że biegli dość wolno.

    - Niebawem mur zawali się po naszej stronie - rozbrzmiał spokojny głos Roya w słuchawce Mike’a, przekazując mu ostrzeżenie. - Jeśli potrzebujesz schronienia, biegnij w moją stronę na godzinie 13:15 od twojej obecnej pozycji.
    Następnie naukowiec uniósł otwartą dłoń nad głowę, gdzie rozkwitł błyszczący błękitny dysk, niczym sztandarowa technika postaci z pewnego popularnego starego anime. Ciekawe, czy Mike o nim słyszał?
    - Rozpoczynam odtwarzanie pliku muzycznego z playlisty - Mike usłyszał ponownie w swoim uchu, tym razem zimny kobiecy głos który szybko zastąpiła nostalgiczna melodia.
    - Ale nie musiałaś mu mówić, że mam to na playliście… - westchnął ledwo słyszalny przez muzykę zrezygnowany głos Roya. - No nieważne już.
    Z portalu nad głową mężczyzny szybko zaczęła wyłaniać się tytanowa kopuła o średnicy około trzech metrów, przypominająca igloo. Nawet ściany miały podobną grubość do lodowego schronienia Eskimosów. Co biorąc pod uwagę materiał z którego była zbudowana, było zdecydowanym overkillem nawet w sytuacji gdy sypał się na nich kamienny mur. Ale inżynier wyraźnie wolał dmuchać na zimne gdy chodziło o zasady BHP przy pracy. Kopuła miała tylko jeden mały obecnie otwarty właz przez który Mike mógł wskoczyć do środka. Hydrauliczne tłoki miały automatycznie zamknąć go w ułamku sekundy, gdy tylko Mike znajdzie się w środku, bądź kamienie zaczną na nich spadać.

    W głowie Mike’a zadziały się dwie rzeczy równocześnie. Pierwszą było ustawienie się do pozycji wskazanej przez Roya. Bohater dokonał tego za pomocą Great Sage’a, który zasugerował mu dokładnie, gdzie jest 13:15. Heros był z epoki zegarków cyfrowych, coś tam pamiętał o analogach, ale wolał nie zdawać się na swoją pamięć. Jeszcze ustawiłby się na 21:37 czy coś.
    Drugą myślą był atak nostalgii. Atak, który sprawił, że Mike poczuł obecność swojej bogini, mimo, że ta mu się nie ukazała. Rozpoznał od razu zarówno technikę, jak i melodię, dlatego rzucił się pędem tam, gdzie wskazał Roy. Do komunikatora krzyczał głośno: -Cha-La Head Cha-La-
    Co było o tyle problematyczne, że heros śpiewał inną piosenkę, niż to, co słyszał w słuchawce. W efekcie wyszła z tego kakofonia dźwięków. Wydawać by się mogło, że Mike jest rozproszony, ale wiedział dokładnie co robi. Widział mierzącego w siebie miecznika, ale nie planował zwalniać, tylko przy pomocą Full Counter chciał wykonać kontrę na nadchodzący cios. Był przekonany, że jest w stanie zareagować odpowiednio szybko na ruch maszyny. W zależności czy cios zadany zostałby poziomo czy pionowo, Mike miał w głowie inny plan - w pierwszy przypadku ślizg dołem lub skok nad ostrzem, a w drugim sus przed siebie. Grał wystarczająco dużo w gry soulslike, aby wiedzieć, że to najlepsza forma obrony. Przy odrobinie szczęścia nie wytraci wtedy pędu i będzie mógł biec dalej. Oczywiście, cały czas przy tym śpiewał.

    Mike ruszył sprintem we wskazanym kierunku, wybiegając spod ciała kamiennej maszyny, gdy ta uderzyła o podłogę. Jej łupnięcie zatrzęsło nieco posadzką podłogi która spękała. Mike stracił nieco równowagi, jednak widząc lecące w niego pchnięcie miecza, przeszedł w przewrót, prześlizgując się pod nim. Wstając, młody chłopak zasadził jeszcze kopniaka w miecz, wybijając jego fragment. Golem nie poprzestał jednak na używaniu swojego miecza jako włóczni. Zamachnął się ciałem, ciągnąc ostrze po ziemi w ciosie, który uderzył już w Mikea za nim ten ponownie nabrał tempa do biegu. Uderzenie zagruchotało, uszkadzając coś w jego kręgosłupie. Przy okazji posłało go też bliżej igloo. Gdy mur zaczął walić się na schronisko Roya, Mike był w stanie do niego wskoczyć, w ostatnim momencie zamykając bunkier.

    Mike spojrzał na Roya i rzekł z uśmiechem - Co teraz? Przytulnie tu, ale… - nie dokończył, bo nagle sobie uświadomił, że Roy zna Dragon Balla. Dlatego nagle zmienił zdanie i powiedział bardziej, niż zapytał - Ciebie też zisekaiowało, co…
    - Dla bezpieczeństwa lepiej poczekać aż pył osiądzie - odpowiedział inżynier, gładząc się po brodzie, gdy nasłuchiwał dźwięków walącego się naokoło muru. Bunkier był oświetlony tylko jedną solidnie wyglądającą lampą z kratką. - Wciąganie go nie będzie zbyt zdrowe bez maski. Krasnale mogą też zasadzić na nas pułapkę, jeśli dalej mają ochotę z nami wojować. Ale mam nadzieję, że dałem im do zrozumienia różnicę w sile naszej technologii. - dodał z uśmiechem, na moment ukazując swoją twarz Mike’owi, gdy zmienił przezroczystość szybki w hełmie. - Nie przypominam sobie jednak przechodzenia do innej rzeczywistości tak jak ty, Mike. Mogę ci pokazać nagrania starych zlotów dla fanów anime z tego świata. Gdy ktoś żyje tak długo, jak ja, prędzej czy później spróbuje wszystkich możliwych hobby.
    W wyciągniętej przed siebie ręce, Roy tak jak poprzednio na statku, stworzył hologram dwuwymiarowego ekranu który pokazywał feed z kamer wron latających naokoło zawalającego się muru. Kontradmirał analizował go dokładnie, sprawdzając ruchy krasnoludów, gdy tylko pył zaczął osiadać.
    - CIEKAWOSTKA - nagle rozbrzmiał w bunkrze monotonny kobiecy głos. - W XXI wieku wierzono, iż fani medium zwanego Manga&Anime “nie mają życia”. Prawdopodobnie miało to związek z subkulturą “cosplay”, której wyznawcy przebierali się za fikcyjne postacie, wierząc, iż zyskają dzięki temu magiczne moce. Niektórzy popełniali także ślub z ów fikcyjnymi postaciami. Jak również samobójstwo w celu przeniesienia się do “isakaia”. Mogły to być pierwsze podświadome, acz nieudane próby przełamania kodu, by stać się nieregularnymi.
    - A przynajmniej Neo Empire promuje tego typu wyjaśnienia - sprostował szybko Roy. - Więc mówisz, że anime istniało również w twoim świecie, Mike? W twoich czasach, czy także w starożytności?
    Mike spojrzał skonfudowany na Roya. To co widział na hologramie było mu dobrze znane. Aż za dobrze znane. Ale o co chodziło ze starożytnością oraz “moimi czasami”. W starożytności to walczyli na miecze, a nie anime oglądali! W głowie bohatera pojawiła się pewna wątpliwość, gdy w myślach odezwała się do niego Hestia - Mój bohaterze, już Ci o tym mówiłam. Ten świat jest podobny do Twojego, bo w przeszłości inni herosi byli tu przywoływani, aby rzucić wyzwanie kolejnym pokoleniom Demon Lorda. Te osoby odcisnęły swoje piętno, przynosząc cuda z Twojego świata, zmieniając go. Dziwi mnie to, że nadal Cię to zaskakuje, mój drogi - dodała Hestia z czułością.

    Mike odpowiedział jej w głowie - Bardziej chodziło o to, że chciałem spotkać kogoś takiego jak ja. Wtedy może czułbym się mniej samotnie - na to bogini już nie odpowiedziała.
    Heros spuścił głowę i rzekł do Roya - Tak, w moim świecie też istniało. - rzekł, dając do zrozumienia, że ucina temat. Zdecydowanie lepiej szło mu działanie, więc czekał, aż pył opadnie.
    - Rozumiem - przytaknął naukowiec, wracając do poważniejszego tonu. - Aisha, to nie była dobra ciekawostka. W obecnych czasach nie ma już nic złego w byciu fanem anime. Mike jest prawdziwym bohaterem, a nie żadną “nieudaną próbą”.
    - Zrozumiałam. Wykasowuję plik z bazy ciekawostek - odpowiedział mu natychmiast kobiecy głos, po którym zapanowała lekko niezręczna cisza.

    Gdy Roy połączył się ze swoimi ptasimi dronami, dostrzegł na nagraniu, że robot rycerz biegnie w ich stronę. Zza pyłu opadniętego muru z kolei wyłoniła się figura starego krasnala w typowo religijnej szacie, z długim szalem wyłożonym kamieniami, niekoniecznie szlachetnymi. Wymachiwał on panicznie rękoma w stronę bitwy, chcąc zwrócić na siebie uwagę.

    -Chyba pokaz siły zadziałał, bo ktoś chce rozmawiać - bohater wskazał na sylwetkę krasnoluda, po czym dodał - Lub przywołuje w ten sposób jakiś pomiot demon lorda - mówiąc to, Mike zacisnął mocniej dłonie na mieczu. Rozluźnił jednak chwyt i rzekł - Chyba wypada najpierw zapytać, potem ewentualnie zabić. Mimo całego rabanu i braku kultury, trzeba pokazać, że Imperium jest cywilizowane - dodał heros, chociaż korciło go, aby dokończyć sprawę walką. Mimo to rzekł - Roy, wyślesz swoich ptasich towarzyszy w jego stronę, abyśmy usłyszeli co wykrzykuje?
    - Zgadza się - pokiwał głową Roy, gdy na ekranie kilka metrów za robotem zaczęły wyłaniać się spod gruzu srebrne krople, które szybko uformowały burzliwą kulę rtęci. - Dlatego jako goście, musimy uszanować ich tradycje. - kontynuował, zaś kula natychmiast przeistoczyła się w swoją najbardziej aerodynamiczną i najcichszą formę prostego oszczepu. W tym czasie jeden z ptaków zaczął lecieć w kierunku kleryka, z rozkazem robienia kółek około dwa metry nad jego głową, by czysto rejestrować jego głos. - Ten z mieczem wyraźnie życzy sobie śmierci za honor, czy czegoś w tym rodzaju. Może jego przodkowie czekają już na niego w jakiejś Valhalli i życie po przegranej byłoby dla niego gorsze od śmierci? Cóż, nie mi to oceniać. Miejmy nadzieję, że pan ksiądz pomodli się nad jego duszą i będzie bardziej skory do rozmowy. Lub możesz spróbować zatrzymać rycerza jeśli chcesz. Oszczędzę go jeśli podda się z własnej woli.
    Kończąc, inżynier stworzył w dłoni mały owalny przedmiot, który rzucił pod właz bunkra. Z okrągłego tokena natychmiast wyłonił się trójwymiarowy hologram Roya o realistycznych wymiarach. A gdy drzwi bunkra zostały automatycznie otworzone, hologram wystawił głowę na zewnątrz i zaczął machać przyjacielsko do zbliżającego się robota. W tym czasie, srebrzysty oszczep zaczął pędzić na spotkanie krasnoludzkiego wojownika.
    Mike nie do końca rozumiał co Roy miał na myśli. Z jednej strony chciał rozmawiać, ale z drugiej zabijać? Ale jego towarzysz miał rację, trzeba szanować tradycję. Tylko bohater nie miał o niej zielonego pojęcia, więc zwrócił się z pytaniem do Great Sage’a, który oględnie potwierdził to, co sugerował Roy. A przynajmniej część o śmierci na polu bitwy. Dlatego heros nie wyczuł bezwzględności przyjaciela, uznając ją za jego wyraz poszanowania dla innej kultury. Więc czekał na dalszy zwrot akcji - nie zamierzał przeszkadzać Royowi, a jedynie słuchać słów kapłana.

    Oszczep Roya ruszył ze świstem, na jego trasie pojawiła się jednak ogromna łapa rycerza, której nie zdołał przebić na wylot. Maszyna złapała bunkier w obie dłonie, zasłaniając go i pochylając się nad nim. Kleryk w tym czasie krzyczał:
    - Przestańcie! Błagam was, wystarczy! Niech chociaż miasto po nas zostanie!

    - Wszystko zostanie odbudowane i rozlew krwi się zakończy, gdy tylko przestaniecie się opierać! Kra! - zakrakała wrona latająca nad głową krasnoluda na pół robotycznym, na pół ptasim głosem. - Nie my rozpoczęliśmy tę bitwę! Kra! To wy podnieśliście rękę na cesarskich dyplomatów! Macie do tego prawo, tylko jeśli udowodnicie swoją siłę! Kra!
    Tymczasem właz bunkra ponownie został zamknięty z głośnym piskiem pneumatycznych tłoków. Roy zaś dotknął tytanowej ściany, a na całej powierzchni budynku rozbłysły na moment heksagony. Po chwili zewnętrzna strona bunkra została pokryta teflonową powłoką. Półsferowy kształt w połączeniu ze śliskością powierzchni powinien uniemożliwić mechowi jego pochwycenie. W tym czasie oszczep wbity w dłoń robota zamienił się w maź, która zaczęła płynąć po jego powierzchni w stronę szyby, bądź kamer umożliwiających pilotowi widzenie, z zamiarem ich zasłonięcia.
    - Twoja słuchawka ma też mikrofon, jeśli chcesz coś dodać, Mike. Masz połączenie na żywo z wroną - zaoferował kontradmirał schowanemu razem w bunkrze bohaterowi.
    Mike pochylił się i jak najmroczniejszym głosem rzekł - Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate. - Po chwili ciszy dało się usłyszeć śmiech oraz herosa mówiącego normalnie – Niewysocy towarzysze, dajcie spokój. Wybraliście ścieżkę wojny, więc kroczcie nią do końca, skoro Walhalla Was wzywa. Lub złóżcie broń w geście poddaństwa, to uznamy Waszą kapitulację. Ale wtedy zapomnijcie o niezależności. Wybór należy do Was, ale musi być demokratyczny!! - dało się słychać śmiech, który nagle się urwał, gdy Mike dodał zupełnie poważnie – Macie minutę, zanim przyjdę sądzić żywych i umarłych - bohater dalej siedział w bunkrze ze skrzyżowanymi nogami. Wystawił przed siebie miecz, przymknął oczy i słuchał. Skoncentrował się na szybkim wyczuciu działań zbliżających się przeciwników. Niczym samuraj gotowy do przecięcia wszystkiego, co znajdzie się w jego zasięgu ataku.
    Krasnolud na zewnątrz wyraźnie potrzebował chwili aby połączyć fakty. Jego oczy wwiercały się w ptasią maszynę gdy zastanawiał się, co chce odpowiedzieć. - Więc wy nie od biskupa?! To tylko nieporozumienie! - apelował. - Porozmawiajmy! - proponował. - jego dialekt był znacznie bardziej zrozumiały niż pozostałych pobratymców, sugerując jakiekolwiek obycie z ludźmi. - Strażnicy was z desperacji napadli! - obiecał.
    W tym czasie golem wciąż klęczał nad bunkrem, poprawiając dłonie aby jak najlepiej go zasłonić. Roy mógł zacząć wątpić, czy klapa będzie w stanie się otworzyć pod naciskiem kamiennych dłoni.
    - Powinniście zatrudnić strażników którzy rozumieją, co się do nich mówi! Kra! - zakraczała znowu wrona, tym razem zniecierpliwionym głosem.
    - Chyba przydałoby się porozmawiać w cztery oczy z pierwszym krasnoludem który tutaj myśli - zaproponował Roy, gdy z jego otwartej dłoni otworzył się błękitny portal. Tym razem miał na celu zdekonstruowanie ściany bunkra, jak również dłoni maszyny które go trzymały. W tym czasie srebrzysta masa rtęci pokrywająca korpus mecha zmieniła swój kształt w wiertło, które od razu zaczęło przewiercać się do kokpitu krasnoluda. Kontradmirał starał się go nie skrzywdzić, a jedynie zagrozić mu natychmiastową śmiercią, jeśli nie przestanie się opierać.
    Mike dalej siedział nieporuszony. Nie rzucał słów na wiatr. Słowo się rzekło. Kości zostały rzucone. Amen. Przez głowę herosa przelatywały różne myśli, ale jednego był pewien - wyraził się jasno. Albo krasnoludy złożą broń, albo czeka je eksterminacja. Na własne życzenie. Gdy heros sobie to uświadomił, pojedyncza łza spłynęła mu po policzku. Jakież to honorowe! Jakie godne! Jakie męskie i odważne! W myślach Great Sage odliczał mu czas do koń
    ,ca minuty. Gdy czas się skończy, Mike po prostu ruszy przed siebie, rozdając ostrzem sprawiedliwość - każdemu wedle zasług.

    - Dobrze więc, składamy broń! - oznajmił krasnoludzki kapłan. - Mówcie co mamy robić. Chcecie do króla? Zasoby z magazynów? - pytał wronę błagalnym głosem, gdy na jego oczach dłoń golema-rycerza zaczęła być pożerana przez portal Roya. Nie był w stanie pojąć cudów mających miejsce przed jego oczyma. Jego ludzie myśleli, że podbili ziemię, gdy stworzyli ruchome golemy. Gdy skryli się w skałach dla swojego bezpieczeństwa. Coraz bardziej zdawał sobie sprawę, jak mało osiągnęli w porównaniu ze stworzeniami, które podbiły nie skały, lecz gwiazdy.

    Nie czekając na listowne oświadczenie złożenia broni, Mike wskoczyła a dłoń robota z mieczem w dłoni i jednym świstem przebiegł całą jej długość pod kark kreatury. To, co wydawało się błyskiem światła dla zrozpaczonego kapłana, było prostym skokiem dla młodego bohatera. Lecąc z nogami tuż nad skalnym ramieniem, Mike rytmicznie wachlował pod sobą ostrzem. Rozciął po drodze wszystkie łączenia odnogi skalnej kreatury. Jej elementy opadały na ziemię, gdzie czekał na nie poruszający się za dyrygenturą Roya portal.

    Stanąwszy przed szyją golema, Mike uniósł dłoń i stuknął w nią rękojeścią ostrza. Sekundę później skała wystrzeliła do środka, rozstępując się przed bohaterem. Dla kapłana było to niedorzeczne, obserwujący go za to z ziemi Roy widział, że siłą uderzenia nie była kwestia jego mocy, lecz precyzyjnego dopatrzenia się słabego punktu w konstrukcji. Przez wnękę w szyi Mike mógł spojrzeć do wnętrza konstruktu. Pilot leżał już martwy na kierownicy, przeszpiclowany przez przypominającą rtęć, lewitującą masę Roya.

    Na tę chwilę krasnoludy nie dożywały do fantastycznych przekonań Mike'a, który nie raz spotkał się z opisem tej rasy. Byli słabi, nieumiejętni w boju i pozbawieni zapału. Wszyscy wyglądali jak emeryci i walczyli równie niedołężnie. W tym momencie z zamysłu wybił go krzyk.

    Krasnolud, który pilotował pomnik z młotami, wygramolił się na plac przez wyrwę, którą wcześniej wycięto w maszynie. Dzierżąc siekierę wyglądającą na narzędzie przeciwpożarowe, mierzył wzrokiem dwójkę cesarskich agentów. Po krótkiej chwili namysłu, jego oczy spoczęły na odbiciu jego skamieniałej twarzy w przypominającym szkło wizjerze Roya. Rycząc ile sił w płucach, w szale ruszył na mężczyznę. Mike i Roy widzieli jak na dłoni, że krasnolud nie miał szans na przetrwanie takiego starcia. Postawa krasnoluda zdradzała, że ma to w nosie.

    - Wizyta u króla to dokładnie to, po co tu przybyliśmy - oświadczył kontradmirał, prostując się i wyuczonym dystyngowanym krokiem zaczął kroczyć w kierunku kapłana. Bystre oko mogłoby zauważyć kilka szybko poruszających się wybrzuszeń pod jego płaszczem, gdy niewidzialne pająko-miny zeszły na ziemię i ruszyły w stronę atakującego go krasnoluda z siekierą. Roy machnął jeszcze ręką w stronę Mike’a, dając mu znać, że walka jest już skończona.
    %(#58b873)[Mike uśmiechnął się do szarżującego krasnoluda i rzekł do Roya - Zrób to sprawnie. Zasługuje na to - po czym odwrócił głowę do kapłana, a na jego twarzy zagościło znużenie. Mamrotał do siebie, nie dbając o to, czy jest słyszany - W RPG-ach krasnoludy zawsze były żwawe, wartkie i twarde niczym skała w której kuły swe domostwach. Ale coś takiego? Ech… - po czym spojrzał na klechę i rzekł - Rób to, co mój towarzysz sugeruje. A jeśli to pułapka to wiedz, że nie okażę litości. Podstęp to broń tchórzy. - patrzył rozmówcy prosto w oczy, wypowiadając te słowa.
    - Nie, nie! Wszystko zrobię, jak chcecie! - zapewniał kapłan. - Nasz król zabrał wszystkich młodych w góry, gdzie zbudowali mu nowy zamek! Tu sama starszyzna została! - tłumaczył. - Jesteśmy już dość zdesperowani. Nie stać nas na więcej konfliktów.

    Strażnik, który biegł do nich z oddali, nie podzielał poglądów duchownego. - LOOOKIIIIII! WEZNÃ CIE Z SOBŌM! - obiecał w szarży. Z zaciśniętymi zębami i gniewem wymalowanym na twarzy przebiegł prosto przez pająki, zamaszystym ruchem odgarniając je na bok. Gdy tylko ostrze jego siekiery je zagarnęło, eksplodowały lepką pianą. Krasnolud rwał się ile sił, jednak nie mógł się wygrzebać z narastających warstw kleju. Ostatnie z maszyn wspięły się na jego głowę i eksplodowały, zamykając kokon. Skóra widzącego tę egzekucję kapłana stała się bielsza od jego szat.
    Mike widząc to, zwrócił się do Roya, mrużąc oczy - To go zabiło, prawda? Nie dopiero zabije, nie udusi czy po prostu pozostawi w paraliżu niczym pajęcza sieć? - rzekł bohater. Przeciwnik wykazał się odwagę i ze względu na szacunek do niego, chciał mu podarować szybką śmierć. W końcu Walhalla czekała! Heros stanął w miejscu i czekał na odpowiedź, dając do zrozumienia, że nie ruszy się, zanim jej nie otrzyma.
    - Klej jest lekko żrący i rakotwórczy - odpowiedział inżynier, zatrzymując się by spojrzeć bezinteresownie w stronę unieruchomionego krasnoluda. - Jednak do śmierci powinno dojść w wyniku uduszenia. Może też przeżyć, jeśli ktoś mu szybko pomoże w uwolnieniu się. - wyjaśnił bez pośpiechu.
    Słyszałeś sam, więc Ty wybierasz - Mike wyciągnął ponownie ostrze i wskazał nim z pogardą na kapłana - Mam go ściąć czy zostawisz go tak, jak jest? - zapytał z odrazą bohater.
    Kapłan przełknął ślinę. - W… walka się nie skończyła, póki żyje. To…swój honor… mości pan brudzi, wchodząc na trzeciego. - wyjaśnił z oczami zawieszonymi na czubku ostrza.
    - W takim razie nie ma co przedłużać. Chcemy tylko czym prędzej zobaczyć się z waszym królem - westchnął lekko zniecierpliwiony Roy. W jego dłoni na moment pojawił się mały portal z którego wyciągnął laserowy pistolet i od razu wycelował nim w kupę sztywnej piany. Nacisnął spust około tuzin razy, gdyż nie był pewny które z jego strzałów trafią w ciało agresywnego krasnoluda z życzeniem śmierci.
    - Dobrze, dobrze! - kapłan uspokajał parę na zapas. - Mogę nam zorganizować zasoby z zapasów miasta. Droga w północne góry zajmie nam mniej niż miesiąc. - obiecał.
    Mike zaczął się śmiać i spojrzał wyszczerzony na Roya.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Silver
    Okręt gwiezdny Balmoral Castle

    August wykuwał przedziwne formy ostrzy na pustyni swojej kuźni. Wyglądał identycznie jak przed trzema laty, jego obecna forma nie starzała się. Potrzebował chwili, aby zobaczyć Silvera. Uśmiechnął się na jego widok. - Dawno cię nie widziałem. Ostrze powinno dobrze się sprawić. Nazwałem je Gáe Bulg. Bo było wykute z umierającej osoby.
    Młody Armstrong skinął Miesiącowi głową. Zastanawiało go, czy ten nad czymś pracuje, czy po prostu kuje tę całą broń, by samemu nie zardzewieć.
    -Czołem staruszku. - Uśmiechnął się również. - Mam nadzieję, że nie dajesz się mojej siostrze zanadto we znaki.
    - Chciałbym, ale nie jest dobrym uczniem. Za dużo rezerwacji, za mało dedykacji do rzemiosła. - komentował z grymasem starca zawiedzionego nową generacją. - To ostrze mogło być dużo silniejsze.
    -Kiedyś to było… - Westchnął Silver teatralnie. - Uprzedzałem Cię, że nie każdy będzie chciał stosować tak ekstremalne metody, nawet jeśli są bardzo skuteczne. - Wzruszył ramionami. - Wiem dobrze, że ta włócznia nie stanowi maksimum twoich możliwości, ale to nadal artefakt klasy A, wystarczy, żeby walczyć z armią.
    Starzec wzruszył ramionami, angażując się w swoją pracę. - Więc? Co cię sprowadza?
    -Mam do Ciebie kilka pytań. Nie mieliśmy okazji domknąć spraw, o których poprzednio rozmawialiśmy, ale po kolei. Nadal chcesz stąd wyjść? I która wersja jest prawdziwa, jesteś zamknięty wewnątrz tego miecza, czy jesteś tym mieczem? - Odpowiedzi na te dwa były kluczowe do ustalenia dalszego toru rozmowy.
    - Jedno i drugie. Jestem w mieczu, ale też mogę go kontrolować. Przykładowo, jakbyś chciał porozmawiać z piratami, mogę zacząć się świecić i zaraz któryś tu zajrzy. - wyjaśnił. - Oczywiście, że chętnie bym stąd wyszedł. Ciężko być kreatywnym, spędzając setki lat na jednym pustkowiu.
    To zupełnie nie była odpowiedź, o którą Demonowi chodziło. Przynajmniej w kwestii wyjścia na wolność, dostał potwierdzenie, którego się spodziewał.
    -Widocznie źle się wyraziłem. Dwie hipotezy mówią że, albo jakimś sposobem przekułeś siebie samego w miecz; albo jesteś zamknięty w mieczu, który wykułeś jako osobną całość. - Efekt był teoretycznie ten sam, ale wynikał z innego ciągu przyczynowego. - Może z twojego punktu widzenia to żadna różnica, ale dla mnie jest ona diametralna.
    - Wykułem miecz z siebie, nie byłem jednak w nim zamknięty od razu. Z czasem mój kod przeszedł do wnętrza. - wyjaśnił. - Powiedzmy, że użyłem swojej duszy jako żelaza. Z biegiem czasu cała reszta wsiąknęła do środka. Mimo tego jestem pewien, że z zewnątrz da się odkręcić ten proces.
    -To jest akurat najłatwiejsza część całej akcji. - Rzucił Silver, zgodnie z prawdą. - Tylko skoro miecz jest wykuty z twojego Kodu, czy można to w jakiś sposób rozdzielić, wiesz wyciągnąć Cię z niego z powrotem, czy trzeba odmienić całość?
    - Jak mi powiesz, co byś chciał osiągnąć, to mogę się wprost zastanowić nad możliwym rozwiązaniem. - zauważył August. - W moim mniemaniu najłatwiej byłoby wykuć mnie z powrotem z miecza, używając go jako materiału. Mógłbym wytłumaczyć dziewczynie jak to zrobić.
    -To nie jest kwestia rozważań, wiem, jak Cię uwolnić wykorzystując moją moc. Mam wystarczającą kontrolę nad Kodem, by to zrobić, po spełnieniu odpowiednich warunków. - Młody October westchnął ponownie. - Sęk w tym, że Zilva nie odda mi miecza po dobroci. Raz, że z tak potężnej broni, nikt by tak po prostu nie zrezygnował. A dwa, kolejny Miesiąc na wolności, to zbyt dużo nowych zmiennych w równaniu i ani ona, ani osoby z którymi jest sprzymierzona, tego nie chcą. - Nie sądził, by coś się w tej kwestii zmieniło pod jego nieobecność. August był mu potrzebny, ale nie planował iść dla niego na wojnę, przynajmniej nie teraz. - Pozostaje zatem pytanie, czy można Cię względnie bezpiecznie wyekstrahować z ostrza, używając jego części jako medium. Nie znam twojej dziedziny na tyle, by stwierdzić to samemu. - Zamyślił się na chwilę. - No, chyba że ten odłamek wystarczy, by przywrócić Cię do stanu "Ty i miecz". Potem trzeba by tylko przeciąć połączenie między wami, żeby przypadkiem nie wessał Cię z powrotem.
    August zamyślił się. Potrzebował chwili na rozważenie opcji. - Przy tym, co wiem o kodzie, fragment który masz, jest raczej za mały, aby mnie przez niego wyciągnąć. - przyznał. - Może gdyby dało się go jakoś wzmocnić? Potrzebowalibyśmy eksperta od magii. Ja jestem tylko kowalem. - August nie widział swojej mocy i pracy nadzwyczajnie, był rzemieślnikiem z pasją i niczym więcej. - Mogę zwrócić na nas uwagę Zilvy, jeśli chcesz z nią ponegocjować. - zaproponował. - To raczej nie zaszkodzi.
    -Nie teraz. - Armstrong pokręcił przecząco głową. - Skoro nie mogę się tym zająć "na już", najpierw muszę ustalić, kto chciał Cię ukraść trzy lata temu, względy bezpieczeństwa. Nie wygadaj się przypadkiem, bo cała sprawa się mocno skomplikuje. - Nie chciał alarmować drugiej strony, nie wiedząc z kim ma do czynienia. Z Augustem w swoim stronnictwie miałby zabezpieczenie, ale póki co musiał radzić sobie sam. - Specjalista od magii… Pierwszy przychodzi mi do głowy September, ale on gdzieś wyparował. Może mój kronikarz okrętowy coś wymyśli, uczył się bezpośrednio od niego. - Zawsze trzeba mieć przygotowane kilka rozwiązań, gdy jest taka możliwość.
    Starzec wzruszył ramionami. - Jeżeli tak, to nie będę wspominał o tobie Zilvie. - obiecał Silverowi.
    Demon pokiwał głową.
    -Dobrze, że się rozumiemy. A skoro się tu nudzisz, to mam coś dla Ciebie na rozruszanie umysłu. - Zakreślił koło palcami, a w powietrzu zawisła projekcja bardzo skomplikowanego kręgu magicznego. - To schemat punktu skupienia do projektu, o którym rozmawialiśmy pobieżnie poprzednio. Miałem sporo czasu, by go dopracować, ale bez Ciebie nie będzie ukończony. Wiem, jak zgromadzić "surowiec", ale pojęcia nie mam jak przekształcić go w stabilną formę, z którą będziesz mógł pracować. I tu wchodzisz Ty, cały na biało. - Silver uśmiechnął się do starego Miesiąca. August miał już doświadczenie w zbieraniu emocji jako materiału, ale do tej pory chodził po łące z sierpem. Tym razem miał pomóc zbudować kombajn przemysłowy, to powinna być wystarczająca gimnastyka umysłowa.
    - Chcesz zrobić coś potężniejszego od Rakshasy? - mężczyzna uniósł brew. - Zapomnij. Żeby przekuć emocje takiej ilości osób, muszę być tam osobiście. Wykorzystać swoją magię. - oznajmił. - Twoja dziewczyna miała iskrę ode mnie i fragment. To wystarczyło, żeby wydzieliła jedno konkretne uczucie i przekazała je w moje ręce. Zajęłoby mi lata, żeby nauczyć kogoś robienia tego z całą planetą, a twoja siostra nie pali się do roboty. - zauważył.
    Stary mag zdawał się nie doceniać ambicji Demona i skali zagrożenia, z którym ten będzie musiał się zmierzyć.
    -Nie tylko od Rakshasy, chcę stworzyć najpotężniejszą broń w historii, a to jest faza przygotowań. Oczywiście z twoją pomocą, żaden z nas nie dokona tego na taką skalę w pojedynkę. - Silver nie wydawał się zrażony, mimo że August raz za razem wykazywał się brakiem zrozumienia dla jego słów. Można to było zwalić na karb dużej różnicy pokoleń. - Ten krąg pozwoli zebrać odpowiednie emocje, ale zmienić je w materiał i przekuć w oręż, to już twoja dziedzina. Stąd potrzebne jest, żebyś naniósł odpowiednie elementy na schemat, dla optymalnego efektu. Nie chcę poświęcać dodatkowych tygodni czy miesięcy na dopinanie szczegółów, gdy już Cię stąd wyciągnę. Równie dobrze możemy spożytkować czas, którego będę potrzebował by to zrobić. - Silver musiał wymyślić jak zdobyć miecz, albo uwolnić Augusta używając Odłamka i jakiegoś rodzaju obejścia, bądź katalizatora. Choć bardzo by chciał, nie spodziewał się żeby którekolwiek z tych rozwiązań okazało się proste. A miał jeszcze tonę innych kwestii do ogarnięcia…
    - Mhm. - burknął starzec, mrużąc oczy w stronę kręgu. Złapał jedno z otaczających go oręży i zaczął wyrywać na nim znak. - Pomyślę o tym. Kucie broni dla piratów i tak zaczyna mnie nudzić. - wyznał. - Mam. Zanim mnie stąd wyciągniesz, powinienem mieć jakieś pomysły. - ocenił. - Ale nie dawaj starcu zbędnych nadziei. Minęło dużo czasu, od kiedy stworzyłem prawdziwe dzieło sztuki.
    Po twarzy młodzieńca przemknął lekki uśmiech.
    -Nie zadowolę się niczym mniej, niż arcydziełem. -Odparł, by nieco podsycić ogień. - A tkwiąc tutaj, raczej nie masz zbyt szerokiego pola do innowacji. Potrzebujesz więcej swobody, by ponownie rozwinąć skrzydła. - Zauważył. - Swoją drogą, to jest prawdziwa przestrzeń czy tylko sfera twojego umysłu?
    - Ta przestrzeń to pałac mojego umysłu. Nawet nie wiem na ile realne są te wytwory. - wyznał kowal, patrząc na pustkowie wykutych przez niego mieczy.
    -To zależy od tego, jakie zasady ustaliłeś w trakcie procesu tworzenia pałacu. Niech no spojrzę, może coś wydedukuję. - Silver rozejrzał się uważnie po całym konstrukcie, zwracając szczególną uwagę na ostrza. Nie wiedział, czy jego wzmocniona percepcja zdoła zidentyfikować właściwości tej magicznej przestrzeni, ale nie szkodziło spróbować. W końcu chodziło o reguły, specjalność jego dziedziny. Jeśli nie da rady, zawsze mógł spróbować po prostu zabrać jeden z mieczy, gdy będzie wychodzić.
    Świadomie lub nie, wyglądało na to, że August wykształcił pałac zdolny do kreowania materiałów, które nadają się do produkcji. Miecze najpewniej mógłby z niego wyciągnąć, jednak w tym celu musiałby samemu znaleźć się w świecie rzeczywistym.
    -Ciekawe… - Rzekł Demon zamyślonym tonem. - Wygląda na to, że twoje twory są realne, a przynajmniej mogą się takie stać. - Przekrzywił głowę, zrozumiawszy że w sumie nic tym stwierdzeniem nie wyklarował. - Już tłumaczę, jeśli sięgnąłbyś po nie z zewnątrz, powinieneś być w stanie przenieść je do świata fizycznego. - Objaśnił pokrótce. - Nie wiem, czy ktokolwiek inny mógłby tego spróbować, albo czy da się je stąd "wynieść", w końcu to część twojego umysłu, ale to da się sprawdzić empirycznie, jeśli nie będziesz miał nic przeciwko. - Wyciągnął rękę i jeden z pobliskich mieczy w nią wskoczył. Silver wykonał nim kilka cięć ćwiczebnych. - Wprawdzie nie są magiczne, ale to wciąż robota nieporównywalnie lepsza, niż znacząca większość broni białej, którą produkuje się w tej galaktyce. - Odesłał ostrze na miejsce. Nie planował go zabierać jeśli August się nie zgodzi. - Być może masz tu jakieś magiczne twory, ale żadnego nie znalazłem w zasięgu wzroku.
    - Niech tu zostaną, na razie. - stwierdził August. - Wiele z nich zrobiłem bez natchnienia. Nie chcę słyszeć, że są w boju. - sztuka była dla niego wyjątkowo ważna, a te miecze powstały wyłącznie do zabijania czasu.
    Czyli staruszek po prostu nie chciał zardzewieć, całkiem zrozumiałe.
    -Zobaczę następnym razem, czy nie dam rady Ci czegoś dostarczyć. - Zaproponował Silver. Jeśli chciał zbudować powiązanie między nimi, od czegoś trzeba było zacząć. - W sumie, skoro moje moce tu działają, chwila… - Młody October spróbował sięgnąć przez barierę wymiarową i ściągnąć kilka sztabek nowoczesnych stopów, które opracowano w korporacji.
    Choć na początku Silver miał wrażenie, że udało mu się dotknąć rzeczywistych materiałów, szybko zrozumiał, że nie będzie w stanie ich tu wciągnąć. Jego obecność w tym świecie była porównywalna do patrzenia przez dziurkę od klucza. Z jego mocą i większym fragmentem ostrza być może byłoby to możliwe.
    Armstrong nieco rozczarowany pokręcił głową.
    -Niestety, nic z tego. Mam tu zbyt ograniczony "dostęp". - Co zapewne oznaczało, że nie zdołałby stąd wynieść broni stworzonej przez Augusta, przynajmniej nie teraz. Potrzebował jakoś otworzyć te drzwi, czyli albo wzmocnić posiadany odłamek lub znaleźć większy, albo nadpisać reguły, które tu obowiązywały. To drugie było hipotetycznie możliwe, ale wymagało spełnienia praktycznie tych samych warunków co wyciągnięcie go stąd.
    -Zanim sobie pójdę, jest coś co chciałbyś wiedzieć?
    - Walczyłeś już z piratami? - spytał. - Robili ze mną dużo broni. Jeśli któregoś zabijesz, chcę wiedzieć, co można w orężu poprawić. - wyjaśnił. - Nie starają się tak jak ta twoja… teraz to siostra chyba? - August miał problem w nadążaniu za relacjami z gośćmi jego odłamka.
    -Jeszcze nie miałem okazji, jestem na wolności dopiero od kilku godzin. Jeśli mi się zdarzy, na pewno zwrócę uwagę na detale ich uzbrojenia. - Obiecał Silver. - I tak, Nessie to moja siostra. - Potwierdził, choć ten detal raczej nie był dla starego Miesiąca ważny, skoro zdążył go zapomnieć od początku ich rozmowy. - Z innej beczki, im więcej broni dla nich wykonasz, tym mniej chętnie się z Tobą rozstaną. - I tym trudniej będzie ich do tego zmusić, jeśli zajdzie taka konieczność, ale tego nie powiedział na głos. Szczerze, liczył że nie będzie musiał walczyć z Zilvą i jej ludźmi, nie byli dla siebie wrogami. Chyba, że o czymś nie wiedział, jeszcze nie nadrobił zaległości.
    - Skoro już się nauczyli ode mnie kuć, to może nie będę im potrzebny? - skontrował August. - Pogadasz kiedyś z Zilvą to się dowiemy. - zawnioskował, zabierając się powoli za kolejne ostrze. - Nie będę się nudził na zapas, bo mi gór naobiecywałeś młody. - ostrzegł.
    -Wszystko w swoim czasie. - Odparł Silver ze spokojem. - No nic, miło się gawędzi, ale będę musiał się z Tobą póki co pożegnać. Mam mnóstwo do zrobienia na wczoraj, więc do następnego razu. Jakbyś miał do mnie jakąś sprawę, daj znać przez Nessie. - Symbolicznie pomachał Augustowi i opuścił Odłamek.
    Siostrę zastał pracującą przy komputerze, pocałował ją tylko w czubek głowy na pożegnanie i wyszedł z kuźni, żeby jej nie przeszkadzać. Wysłał Francisowi krótką notkę, by jednak utrzymać pierwotny kurs, miał już inny pomysł jak ustawić spotkanie z rodzicami. Sprawdził czy nikt nie zostawił mu wiadomości i poszedł znaleźć Drake'a. Ainsley pewnie już mu przekazał, co i jak, ale nie miał wiedzy o konkretnych właściwościach mocy Silvera i Eidith, a te informacje mogły być kluczem do usprawnienia poszukiwań.

    ***

    Drake odpoczywał w swojej prywatnej czytelni. Była ona pełna komputerów, które skanowały sieć za potrzebnymi archiwiście informacjami, jak i przechowywała jego dane. Jednocześnie wykorzystywał tu szeregi drukarek, za pomocą których robił analogowe tomy. Niektóre miały tylko przechowywać wiedzę, inne zawierały artykuły które chciał przeczytać bez wpatrywania się w jasny ekran komputera.
    - Silver! Wejdź. - Ucieszył się, otwierając drzwi swojemu przełożonemu, jak i dobremu koledze. - odpoczywałem od naszej uczty przy herbacie. Nie lubię spać zaraz po jedzeniu, acz nie czułem się na siłach, aby pomóc w sprzątaniu. - przyznał. - Odpocznij ze mną. Jak masz siły, to chętnie posłucham, jak się czujesz po trzech latach w demonicznej maszynie.
    -Odpoczynek, jak ja nie znoszę tego słowa. - Burknął Armstrong z udawaną złością. Niemniej w tym stwierdzeniu było więcej niż ziarno prawdy. Nienawidził tracić czasu. Od zawsze żył na bardzo wysokich obrotach i prawie wcale się nie zatrzymywał. Niemniej, pacnął się na jeden z wolnych foteli i nalał sobie herbaty, czas dla przyjaciół nie był czasem zmarnowanym. - Dobrze w końcu być na wolności, choć mam poczucie, że świat zostawił mnie z tyłu, jeśli wiesz, co mam na myśli.
    - Niespecjalnie. - przyznał Drake. - Bardziej, wszyscy się spieszyli, aby zająć najlepsze możliwe pozycje, zanim wrócisz. - skontrował. - Wątpię, aby ktokolwiek w galaktyce był na tyle naiwny, aby nie oczekiwać powrotu jak nie twojego, to Eidith. Świadomość jednak, że ktoś tak potężny dołączy do gry, motywował wszystkich do pośpiechu. Powiedziałbym, że piraci i Bastion najbardziej poczuli ogień pod stopami, choć korporacje też nie próżnowały. Pi wspominała coś o groźnej technologii w rękach Milii, możesz chcieć z nią kiedyś porozmawiać. - poradził. - Dziwi mnie, że Icaria i Tobory wydają się obijać. Nie wiem na co czekają, choć może tworzyli jakieś subtelniejsze machlojki, które nie rzucały się w oczy. Może nie każdy ma za cel zajęcie terytoriów. - Drake znał Silvera na tyle, aby na ich drobną rozmowę trzymać się przynajmniej tematów politycznych, chcąc zainteresować gościa.
    Młody Armstrong pociągał herbatę małymi łykami, przysłuchując się wywodom przyjaciela.
    -Sam widzisz, trzy lata wyścigu zbrojeń i umacniania się, a ja w tym czasie tkwiłem w stalowej puszce, mogąc pracować tylko z tym, co już miałem. - Spojrzał na Holmesa znad filiżanki. Oczywiście, Silver był potężną jednostką, ale w trakcie wydarzeń poprzedzających jego uwięzienie, raz za razem przekonywał się, że to wciąż za mało, by mógł w pełni zrealizować swój cel. - Bastion i Zilva są do siebie bardziej podobni, niż sami byliby gotowi przyznać. Siła to dla nich nie tylko źródło władzy, ale również wolności. I gdy wreszcie mogą w pełni sami o sobie stanowić, nie zaryzykują, że ktoś będzie w stanie im to odebrać. Swoją drogą, czy piraci są do nas otwarcie wrogo nastawieni?
    - Z tego, co się orientuję, nie są chętni oddać tereny, które już posiadają. Nie kojarzę jednak, aby atakowali korporację. - ocenił Drake. - Są bardziej agresywni względem Toborów. Regularnie też toczą potyczki z wojskiem Bastiona. Dlatego spory kawał galaktyki nie jest nikomu przypisywany. Przewaga sił w rejonie między tą dwójką zmienia się zbyt regularnie.
    Silver pokręcił z rozczarowaniem głową i dolał sobie herbaty.
    -Bastion rozumem nie grzeszy, ale spodziewałem się, że Zilva jest mądrzejsza. Stoimy w obliczu inwazji planowanej przez dziesiątki tysiącleci, a oni bawią się w wojnę domową… - Oczywiście, gdy rozpadła się iluzja scentralizowanej władzy, ktoś musiał przejąć stery w sektorach, ale zamiast wdawać się w konflikty o terytorium, należało najpierw skupić wysiłki na odparciu Toborów. - Skłonić ich do współpracy nie będzie łatwo, zapewne bez odrobiny przymusu się nie obejdzie. Ktokolwiek z osobników którzy opuścili Piramidę ujawnił, kto za tym wszystkim stoi? Czy większość dalej błądzi jak dzieci we mgle?
    - Właściwie nie wiemy niczego od momentu, gdy zerwała się komunikacja z wami na stacji. Po tym gdy prysły wspomnienia imperium wiele zrozumieliśmy naturalnie, ale tylko Ty i Eidith jesteście świadomi, z kim współpracowali March i January. Tobory przejęły Anielską Bramę podczas inwazji, więc wszyscy już traktują ich jak wrogów. Nikt po prostu nie miał planów jak odbić bramę. - wyjaśnił. - Spodziewam się że to właśnie przez swoją niewiedzę Bastion podbija galaktykę. Z Zilvą ciężko powiedzieć. Nie winię jej za walkę z Bastionem, bo dawny admirał widzi ją jako antytezę zjednoczonego społeczeństwa. Nie rozumiem jednak po co ogłosiła tak duży kawał galaktyki przestrzenią wyzwoloną.
    Nie wiedzieli nic, sytuacja była jeszcze gorsza niż Demon przypuszczał.
    -Czyli ani ta spaczona łajza, ani suka w żelaznej masce nie uznali za stosowne, by poinformować ludzi o zagrożeniu, no po prostu przewybornie… - Jego głos przepełniała pogarda i sarkazm. I bez tego miał dość powodów by wykończyć tę dwójkę, ale więcej nie zaszkodzi. Z drugiej strony oznaczało to, że jest nadzieja by zażegnać konflikty wewnętrzne, przedstawiając wspólnego wroga. Oczywiście najpierw musiał wyprostować kwestie bieżące, nie chciał w kółko oglądać się przez ramię, planując kontrofensywę przeciwko Toborom. - Skoro Bastion i Zilva nic nie wiedzą, można im część przewin darować. Zgram wam w pigułce to czego się dowiedziałem w Piramidzie, żebyście mieli ogląd na skalę tego co się odpierdala. - Rozmowy między nim, Marchem i Interminusem nie trwały długo, więc po paru sekundach kompilacja była gotowa. Rozesłał ją swoim oficerom.
    - Obejrzę ją w wolnej chwili. Można się jutro umówić całą kadrą na jakąś naradę, chyba, że póki co masz jasne plany na przyszłość. - zaproponował. - rozumiem, że lecimy do twojej rodziny? - dopytał.
    -Póki co, mam zarysowane cele. Jeszcze trzeba zaplanować jak je osiągnąć. - Odparł. - Na razie trzymamy kurs na waszą dotychczasową destynację, spotkanie z rodzicami ogarnę nieco inaczej, zwłaszcza że siedzą w różnych placówkach. Ainsley poinformował Cię o twoim zadaniu?
    Drake zamyślił się na chwilę. - Nie jestem pewien o co ci chodzi. - przyznał w końcu.
    -W galaktyce zapewne pojawiły się już artefakty bazujące na mocach moich i Eidith, trzeba je namierzyć i przechwycić, zanim zrobi to ktoś inny. A śledzenie magicznych przedmiotów to twoje pole specjalizacji. Do twojego pliku dorzuciłem informacje, które powinny Ci ułatwić poszukiwania.
    - Ah, o tym mówi. - przyznał Drake. - Planuję od tego jutro zacząć. Acz szczerze, to nic nowego. Artefakty o mocach December czy Octobera powinny od dawna być w galaktyce. Nawet gdy jakiś znajdziemy, ciężko będzie powiedzieć, czy to efekt uboczny waszych działań.
    -Każde wcielenie Miesiąca ma własne zaklęcia. - Była to mniej lub bardziej prawda, z racji, że samo przejęcie Fragmentu dawało tylko możliwości, a nie znajomość czarów, trzeba je było tworzyć samemu, choć najpewniej ni dało się uniknąć podobieństw. - Nie wiem, co potrafił Max czy jego poprzednicy, ale wiem co sam umiem i do czego zdolna jest Eidith. Dlatego wytwory naszych mocy będzie najłatwiej namierzyć. I mam lepszy ogląd na to, ile chaosu mogą wywołać. - Silver wyjaśnił swój punkt widzenia. Na przyszłość musiał zadbać o kontrolowaną manifestację. Eksperyment Opusa dowiódł, że jest możliwa, można więc było ją wykorzystać.
    Drake przytaknął skinieniem głowy. - Gdy coś znajdziemy, na pewno będziemy w stanie stwierdzić, czy jest któregoś z was. Myślisz, że gwiezdni hegemoni przyznaliby ci własność nad tymi przedmiotami? “Hej Bastion, to ma moją magię, tylko mi odprysło”? - zaśmiał się.
    -Skoro starali się zabunkrować zanim wrócę do gry, to raczej nie będą próbowali znaleźć się po mojej złej stronie. - Odparł z lekkim uśmiechem. Musiał oczywiście ugruntować swoją pozycję, bo póki co oficjalną siłą w tym układzie był konglomerat, nie on. To wymagało zrobienia czegoś efektownego. Lista zadań w kółko się wydłużała. Nie minął jeszcze nawet jeden dzień, a on już czuł, że jest kilka tygodni spóźniony.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Eidith
    Planeta Croak-7

    Gdy postępował podbój galaktyki, ludzie w pewny momencie zmęczyli się wymyślaniem nazw dla każdej z planet. Dlatego zaczęli je numerować na podstawie odległości od gwiazdy danego układu słonecznego. W tym przypadku gwiazda Croak była biała w oczach ludzi, jednak badania wskazywały dużo zielonej barwy w jej falach. Croak-7 było siódmą planetą od tej gwiazdy. To tutaj, na ogromnym gwiezdnym bagnie, Millia prowadziła jeden ze swoich biznesów wykorzystując lokalną populację żaboludów. Ci jednak nie chcieli od dłuższego czasu współpracować.
    Gdy Eidith weszła na planetę przez portal, prowadząc ze sobą Yato, Mors od razu się jej ukłoniła. Fernando przywitał się, uchylając kapelusz.
    - Mamy Grey Goo. - wyjaśnił Fernando. - Nie wiemy, kto zalał planetę nanitami, ale jest tu już szary ocean maszyn, które nie robią niczego poza zjadaniem materii i tworzeniem większej ilości siebie. - wytłumaczył sytuację.
    - Analizowaliśmy ludność, jedna z ich wiosek jest tam. - Mors pokazała na kolekcję drzew w oddali bagna, pod którymi rozwieszone były namioty. - Mają szamańską religię. Wyznają wiatr, ogień, wodę, ale też światło i śmierć. - opisała odpowiedź na przydzielone parze zadanie.
    - Myślą, że rozwścieczyli elementy i właśnie śmierć po nich przybyła. - dodał Fernando. - Kara za patrzenie w stronę gwiazd.
    Eidith postąpiła parę kroków w przód, minęła Fernando kładąc mu dłoń na ramieniu z uznaniem po czym zbliżyła do Mors. Objęła ją jedną ręką w pasie, a drugą uniosła jej podbródek.
    - Mors, nie kłaniaj mi się. Przecież wiesz, że jestem twoja. - Z tymi słowami na twarzy Kostuchy pojawił się delikatny, ciepły uśmiech. Był to pierwszy raz gdy jej usta się wykręciły ku górze odkąd opuściła stację. - Porozmawiamy jeszcze po wszystkim a teraz weźmy się do pracy. - Pocałowała ją subtelnie w usta, po czym zwróciła się do wszystkich.
    - Hmm… na tą chwilę ta chmara nanitów przyda się naszej sprawie, jednak będzie trzeba się ich pozbyć. Deszcze bomb EMP powinien załatwić sprawę, Milia na pewno ich nie pożałuje dla dobra jej biznesu. - Odpaliła papierosa i podeszła kawałek by spojrzeć na wioskę. Bardzo dobrze na nią spojrzeć.
    - Jak myślicie, przybrać formę biblicznego anioła? Jakaś figura z setkami oczu? Czy może pójść w vanilla żniwiarza? Na tą chwilę mam za mało argumentów do przekonywania dlaczego śmierć chce ich brudnego oleju. - Zaciągnęła się dymem i odwróciła się do swoich. - W sumie też mogę ich po prostu zmusić terrorem. - Dodała.
    - Strach naszych wrogów to obawy naszych sojuszników. Jeżeli planujesz współpracę z innymi, odradzałbym reputację horroru. - skomentował Yato.
    Fernando wzruszył ramionami. - Jeżeli mamy dzwonić po EMP to musimy się z nimi zadawać? - spytał dla pewności.
    - Pochodzenie nanitów pozostaje tajemnicą. - zwróciła uwagę Mors.
    Oglądając z tej odległości wioskę, Eidith widziała w niej faktycznie przerośnięte żaby. Duże okrągłe ciała, niewielkie kończyny, oraz podłużne głowy pozbawione szyi. Stworzenia te posiadały wytwory z gliny oraz narzędzia pokroju łopat i kilofów, nie było jednak śladu technologii elektrycznej czy chociażby parowej. Odróżnienie mężczyzn od kobiet było dla kostuchy niemożliwe z uwagi na ich podobieństwo. Niektóre żaboludy nosiły jednak płaszcze, często zrobione z liści. Mógł to być symbol statusu lub wyznacznik roli w społeczeństwie.
    - Animals. - Mruknęła pod nosem, przyglądając się ich życiu codziennemu. Sama myśl o tym, że ludzkość też tak bardzo dawno temu wyglądała napawała ją obrzydzeniem. Ale była tu w interesach a nie przyjemnościach.
    - W sumie jakby tak się zastanowić te nanity to większy problem niż początkowo mi się wydawał. W końcu dotarło do mnie twoje nawiązanie do Grey Goo Ferdynandzie. - Skinęła głową do kapelusznika. - Yato… Pani Belly wspomniała jaki to z Ciebie wspaniały inżynier. Potowarzyszysz mi do tej masy nanitów. Maszyny mają numery seryjne czy coś w tym stylu… tak sądzę. - Zaciągnęła się dymem ostatni raz krusząc papierosa w zamrożony proch.
    - Mamy zostać i obserwować wioskę? - zapytał Ferdynand, gdy Yato ruszył za kostuchą.
    - Nanitów zwykle się nie oznacza. - stwierdził Yato. - są za małe, żeby to miało sens… choć nie, nie jestem inżynierem. Pomagałem Belly zrozumieć zachowanie korupcji w jej badaniach, na podstawie moich przeszłych doświadczeń. - wytłumaczył.
    Kostucha zmrużyła brwi. - Czyli musze zdemolowac każdą placówke która produkuje nanity? W sumie to nie jest taki zły pomysł. Oficjalnie banuje tą technologie. Zbyt niebezpieczna. - brzmiała dziwnie poważnie i wierzyła w swoje słowa. Zwróciła się po tym do Mors i Ferdynanda. - Mors obserwuj wioskę czy coś się nie dzieje wśród tych dzikusów. Ty Ferdynandzie skontaktuj sie z moją nową bestie i powiedz jej że potrzeba nam czegoś co produkuje impuls elektromagnetyczny, inaczej nic z tej planety nie zostanie. O grey goo tez oczywiscie wspomnij. - Po tych słowach wzniosła się w powietrze i skierowała tam gdzie jest najbliższe skupisko tych upierdliwych machin.
    Yato podążał za Eidith wykonując dalekosiężne, kilkukilometrowe skoki. Nie minęło długo, nim znaleźli się na skraju podłużnego oceanu szarej masy. Bardzo powolnym ruchem pochłaniała ona glebę, drzewa, skały i każdą inną materię na swojej drodze. Przez pierwszy kilometr powierzchnia nanitów była wypukła od pochłanianych przez nią rzeczy. Im dalej, tym bardziej gładka i niewzruszona.
    - Ludzie? - mechaniczny głos rozległ się od masy. - Odejdźcie.
    Eidith uniosła brwi. Była szczerze zaskoczona, że ta masa jest świadoma.
    - Nie mogę, jestem tu w interesach. - Zaczęła Kostucha, spoglądając na Yato, nadal nie kryjąc zdziwienia. - No może jak mi powiesz…powiecie? Kto was tutaj zesłał. Wtedy się zastanowię. - Dodała po chwili.
    - Przejmuję tę planetę w interesie Toborów. Jest niezamieszkała przez wasz gatunek, odejdźcie. - apelowała maź.
    - A ja jej muszę bronić w interesie swojej koleżanki. Konflikt interesów to się nazywa. Między nami… naprawdę mnie nie obchodzi los tych zwierząt. Ale pocą się jakimś cennym świństwem dla mojej wcześniej wspomnianej koleżanki. Dlatego tu jestem. Wątpię żeby twój silikonowy móżdżek wiedział kim jestem, albo wiedział co to strach. Więc słucham jakieś sensownej propozycji od was. - Rozłożyła ręce na boki bacznie obserwując masę. Zmniejszyła też znacznie temperaturę swojego ciała, gdyby masa nanitów chciała ją dotknąć natychmiast powinna zamarznąć.
    - Fauna tego świata jest bezużyteczna. Możesz ją wynieść na odchodnym. - zaproponowały nanity.
    - Jak ją całą wchłoniesz to już nie będzie produkować więcej oleju. Który jest cenny! - Wystawiła palec ku górze pouczająco. - A to jedyna farma tych zwierząt. Skonsultuje się ze swoją koleżanką. Wasz los jest w jej rękach. - Oznajmiła po czym podeszła do Yato.
    - Whats your take on this? Jesteśmy w stanie to usunąć bez EMP? - Zaczesałą włosy za ucho.
    Yato zaczął się zastanawiać. - Wysoką temperaturą, może? Albo kwasem? Jeżeli zniszczymy te mechanizm szybciej, niż mogą przetwarzać swoje szczątki na nowe kopie, będziemy mieli ich z głowy. - zawnioskował. - Wątpię, aby Millia była gotowa oddać temu planetę. Zresztą to nie tak, że Tobory zaoferowały jej w zamian jakiś biznes.
    - Jako cywilizowany człowiek postanowiłam najpierw porozmawiać. - Przyznała. - Nie wiem, czy Ferdynand już rozmawia z Milią, ale musimy zaktualizować sytuację, że to szlam jest świadomy i nie odpuści. Udajmy się do najbliższego portu, muszę się z nią połączyć. -
    Z tymi słowami wzleciała nieco ku górze. - Właściwie to zostań tutaj Yato i obserwuj to, polecę sama. Jak coś się zmieni, kontaktuj się ze mną. - Po tycy słowach poleciała niczym odrzutowiec w górę i zaczęła rozglądać się wokoło za ludzkim portem.
    Znalezienie portu nie stanowiło wyzwania. Była to jedyna duża, stalowa konstrukcja na planecie. Straż szybko zidentyfikowała Eidith i wpuściła ją do środka. Byli poinformowani, że przyjdzie analizować sytuację. Z telefonem było nieco gorzej, ponieważ Millia była zajęta. Eidith musiała poczekać nieco na linii, nim CEO pojawiła się na ekranie.
    - Tak? Jakieś nowinki? - spytała.
    - Cześć bestie. Wysłałam do Ciebie swojego człowieka, ale sytuacja od tego czasu się troszkę zmieniła. Cóż… ocean nanitów powoli pożera tą planetę, to jest świadome i pochodzi od toborów. - Klasnęła w dłonie zbierając przez chwilę myśli. - Chcę byś zdecydowała i zapewniła mi sprzęt jaki można wykorzystać do twojej decyzji. Jestem bardziej niż zdolna do unicestwienia tego. Myślę że zajmie ze cztery cykle, ale wszystko inne na tej planecie nie przetrwa. Więc teraz wchodzisz ty! Jak byś chciała tą sytuację rozwiązać? Atom? EMP? Jestem naprawdę otwarta na eksperymentowanie. Moje solucję są dosyć finalne więc muszę to z tobą skonsultować. - Po tych słowach odpaliła papierosa czekając na decyzję złotowłosej.
    - Tak jak wspominałam, potrzebuję tutejszych kosmitów, więc zniszczenie planety nie wchodzi w grę. Gdybym chciała ją wysadzić, nie zawracałabym ci głowy. - zauważyła. - Mogę wysłać ci oddziały z bronią EMP w jeden dzień. Nie możemy pozwolić sobie na bomby, więc trzeba będzie żmudnej roboty na mniejszej skali. - westchnęła. - jak stwierdzisz, że moim ludziom nic nie grozi lub nie masz jak im pomóc bez zabijania ludności i wszystkiego, co jest jej potrzebne do życia, będziesz mogła ich zostawić. Dziadostwo pewnie skryje się pod ziemią, więc będę musiała wpisać stałe patrole do kosztów operacji na tej planecie. - Millia nie była zadowolona z sytuacji.
    - Dobrze więc. Postaram się ubić tę masę, tak by nie uszkodzić planety. Sprzęt EMP będzie jak najbardziej mile widziany. Ostrzeż też ludzi jak zobaczą inną istotę poza tą szarą papką, że to jestem ja. Następnym razem widzimy się po wszystkim. Buh-bye - pomachała do złotowłosej po czym się rozłączyła. Zapaliła papierosa i zaczęła grzebać w komórce. Wpisała hasło “mityczne stworzenia” do wyszukiwarki i zaczęła przeglądać obrazy, jeden przykuł jej uwagę, lecz dostała też powiadomienie, że nowe wideo zostało wrzucone od kanału który subskrybowała. Od razu palcem odtworzyła filmik, na którym dwie kotowate istotki bawiły się piłeczką. Paląc papierosa wzleciała na najwyższy punkt portu i zakładając nogę na nogę wpadła w mały cug tego pokroju filmików.
    - Cute. - rzuciła pod nosem oglądając kolejny kilku sekundowy klip. Dobrze że nikt nie widział jej jak ogląda takie rzeczy, nawet nie mogłaby się z tego wytłumaczyć. Gdy papieros się już dopalał zgniotła pet w palcach tak że nic z niego nie zostało po czym zamknęła odtwarzacz filmów o słodkich stworzeniach. Wstała na proste nogi i jeszcze raz spojrzała w wyszukiwarkę na obraz istoty w którą się chce zamienić.
    - I'm really living a fantasy am I? - pokręciła głową po czym poszybowała w górę i zaczęła drastycznie zmieniać budowę swojego ciała. Bezkształtna masa jaką była Eidith zaczęła przybierać gadzie kształty, potem wyrosły skrzydła agresywnie odpychając powietrze w dół. Kostucha miała fanaberię zamienić się w wielkiego smoka, jednak zachowała w nim swój trademark.
    Smok wyglądał wręcz demonicznie, na swojej pseudo łuskowatej skórze miał pełno otworów, z których świeciło fioletowe światło. Pełną swoją przemianę oznajmiła przerażającym rykiem jaki sobie wyobrażała, że taka bestia może z siebie wydać. Jej potężne skrzydła od razu pokierowały ją nad wioskę żaboludzi. Gdy upewniła się, że te maluczkie płazy będą ją z dołu widzieć wydała z siebie spokojny, ale bardzo donośnie słyszalny głos.
    - W SWOJEJ ZUCHWAŁOŚCI PRZYWOŁALIŚCIE TEGO CO …yyy… TEGO CO NIE JEST NASYCONY I TERAZ POCHŁANIA WASZĄ PLANETĘ. JA ZRODZONY Z tego… ee…. ŚWIATŁA I CIEMNOŚCI PRZYBYŁEM BY WYPEŁNIĆ WOLĘ TYCH CO …ah fuck… yyy…. NADAL ŚNIĄ!
    JESTEM PLACIDUSAX I BĘDĘ OCZEKIWAŁ ZAPŁATY. - Starała się by swoje “zacięcią” były jednak ciche w porównaniu z tymi bzdetami które wygadywała. Była pewna że w jakieś zabobony żab się wstrzeliła. Po przekazaniu wiadomości do dzikusów od razu poleciała w miejsce gdzie zostawiła Yato.
    Żaby zaczęły w panice biegać po swojej wiosce, padając na kolana i oddając cześć niebiosom lub uciekając w przypadkowym kierunku z pogromem skrzeczeń. Las rozbrzmiewał tego dnia rżącą paniką ropuch, gdy ”REEEEE” rozchodziło się echem pośród drzew.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Silver

    Z uwagi na bankiet w ogrodach, kuźnia była teraz pusta. Komputer pokładowy zarządzał maszynami, dzielnie produkując amunicję i pojedyncze przedmioty, które zamówiła załoga. Nessie siedziała przed jednym z licznych komputerów, prowadząc nieustanne testy nad ostrzem trzymanym w powietrzu przez liczne mechaniczne ramiona. Było to podłużne, lekko różowe ostrze, jeszcze nie zamontowane na żadnej broni. Silver od razu wyczuł od niego ogromną siłę magiczną. Nie był to jednak jedyny nasycony magią kawałek stali w pomieszczeniu. Obok Nessie w ramce portretowej na zdjęcia, znajdował się fragment Augusta.
    - Cieszę się, że wróciłeś. - przyznała otwarcie, nie odwracając się od komputera. - Trochę się bałam, choć z czasem przywykłam. - stwierdziła. - Nie chciałam tego mówić przy Ainsleyu ale dobrze wiem, że nie usiedzisz trzy dni zanim wpakujesz się w kolejny konflikt. Jeżeli będę się tobą przejmować za bardzo, nigdy nie zasnę spokojnie. - wyjaśniła swoje zimne zachowanie. Jej perspektywa na relacje z Silverem była podobna do ich ojca. Zdawała sobie sprawę z jego siły ale też z odpowiedzialności, która z niej wynikała. Wobec tego, wolała się nie przywiązywać. - Naturalnie zrobię, co mogę, żeby ci pomóc. Rozumiem, że nikt w tej galaktyce nie ma spokojnego życia, nie zrozum mnie źle. Po prostu zdaję sobie sprawę, że twoje bezpieczeństwo jest ceną za nasz spokój.
    Co się stało z jego niewinną siostrzyczką… Niestety fakty pozostawały faktami, a ona mimo niepełnej wiedzy podjęła najbardziej racjonalną decyzję. Ten paradoks nie dawał Silverowi spokoju, im bardziej starał się chronić swoich najbliższych, tym bardziej się od nich oddalał. Ale nie mógł już zawrócić z tej drogi, pozostawało dotrzeć do jej końca. Gdy wszystkie zagrożenia zostaną unicestwione, znowu będą razem.
    -Przeceniasz moje możliwości nicponiu. - Powiedział podchodząc bliżej i kładąc jej dłoń na ramieniu. - Zamierzam spędzić trochę czasu z wami, zanim znowu polecę nabić komuś guza. Nawiasem mówiąc, to twoja robota? - Zapytał zaglądając jej przez drugie ramię. - Komputer i aparatura zdolne analizować magię, imponujące.
    - Moja i Augusta. - odpowiedziała wstając z miejsca. - wykuliśmy kilka artefaktów, kawałów żelaza, które w różny sposób reagują na magię. Mogę obserwować te reakcje i kategoryzować artefakty, oceniać z jakim magiem są związane albo do czego potencjalnie sie nadają. - wyjaśniła. Powolnym krokiem podeszła do trzymanego pod ścianą ostrza i zdjęła je z robota. - To jest dla ciebie. - upuściła ostrze, a to spadając na ziemię uniosło się rozcinając głęboką krechę w podłodze i wystrzeliło wprost na serce Silvera. Mężczyzna musiał gwałtownie zareagować aby je złapać. O dziwo w żaden sposób nie wydawało się ostre w jego palcach. - Musisz mi tylko powiedzieć, jaką chcesz rękojeść.
    Ten artefakt zachowywał się dziwnie, zaraz… Zachowywał się? Demonowi przeleciała przez głowę rozmowa z Augustem sprzed trzech lat. Przyczyna mogła być tylko jedna i gdy to sobie uświadomił, poczuł jej aurę.
    -Nat… - Słowa uwięzły mu w gardle. Zacisnął palce na ostrzu, czuł ból i wdzięczność… To było emocjonalne catharsis, którego potrzebował.
    Po chwili wrócił do rzeczywistości. Rękojeść, w pierwszej chwili chciał powiedzieć o mieczu, ale dotarło do niego, że nie ma takiej konieczności. W przypadku technologii był to wybór optymalny, bo miejsca uchwytu nie dało się zabezpieczyć polem energetycznym, tu jednak ten problem nie występował.
    -Zatem, niech będzie włócznia. Daj mi tylko chwilkę. - Na bazie swojego wzrostu, długości ostrza i ramion, wykonał obliczenia dla kilku wariantów drzewca. Przyciągnął telekinetyczne pręty odpowiadające finalnym wynikom i "zawiesił" sobie artefakt za plecami, żeby je przetestować. Wykonał z każdym krótki zestaw ćwiczeń i wybrał ten, którym było najbardziej komfortowo się posługiwać. Wyrenderował model, łącznie z profilem dopasowanym do swojego chwytu. - Wysyłam Ci plik. Mam nadzieję, że projekt jest dość dokładny, by nie ujmować twojemu dziełu. - Nie było w tym krzty ironii. Silver był bardzo dobry w te klocki, ale to Nessie miała za mentora największego żyjącego maga kreacji.
    - Nie wymyślimy koła na nowo z drzewcem do włóczni. - zaśmiała się Nessie. - Niektóre rzeczy się po prostu nie zmieniają. Czasami się zastanawiam, czy w końcu nie uda się wynaleźć finałowo optymalnych wersji wszystkiego. Wiesz, skończyć naukę. - w teorii nie było niczego nieskończonego w sekretach uniwersum, wyłącznie nieskończenie trudne wyzwania. - Nie ma jej w tym ostrzu, jak coś. - ostrzegła Silvera, gdy ten się uspokoił. - Nie byliśmy pewni konsekwencji, więc nie zgodziłam się na ryzyko. Wykuliśmy tylko jej miłość. - wyjaśniła.
    Mogła mu tego nie mówić… Z drugiej strony, było to całkiem interesujące. Ostrze wykute z miłości brzmiało jak coś z dziedziny April, co przynajmniej częściowo tłumaczyło siłę aury magicznej. I chyba nie bez kozery istnieje powiedzenie, że miłość rani najmocniej.
    -Nie chodzi o innowację, tylko staranność wykonania. - Młody October ostrożnie odłożył ostrze na blat. Nie chciał, żeby przypadkiem znów poderwało się do lotu. - Optymalizacja to słowo klucz siostra. Do doskonałego ostrza, trzeba mieć doskonałą rękojeść, inaczej nie da się wykorzystać w pełni jego potencjału. Nie założysz artefaktu na stary kij od szczotki. - Uśmiechnął się. Wykonać pół projektu perfekcyjnie, a pół na odwal się, to jak zbudować statek kosmiczny i zamontować w nim silnik parowy. - Żeby móc wszystko finalnie udoskonalić, najpierw cała populacja musiałaby być absolutnie jednakowa, czyli możemy jedynie gonić za ostateczną doskonałością. - Optymalizacja była subiektywna. Poza tym, parafrazując co kiedyś powiedział pewien wielki naukowiec… Jeśli uważasz, że udało Ci się osiągnąć doskonałość, to znak, że wpadłeś w pułapkę własnej pychy i poniosłeś porażkę.
    - Przyznałabym ci rację, gdybyśmy dosłownie nie mówili o kiju. - odparła Nessie. - Od miotły różnił się on będzie materiałem i jego splotem, to nad tym medytowałeś? - spytała. - No, chyba że chcesz w niego gadżety pakować. - wzruszyła ramionami.
    -Bez przesady, to nie scyzoryk. - Silver uśmiechnął się lekko. W sumie, to byłby niezły patent. - Dopasowałem parametry użytkowe do swoich preferencji, wybór odpowiedniego materiału zostawiam Tobie. - Fakt, chwilę to zajęło, ale nie walczył włócznią od lat, a jego ciało znacząco się w tym czasie zmieniło. Wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni kawałek złotego metalu z Piramidy i położył go na wolnym blacie. - A skoro już przy materiałach jesteśmy, spróbuj to w wolnej chwili przebadać pod kątem nietypowych właściwości, może i magii. Nie wiem, czy wyjdzie coś ciekawego, ale to nie jest metal spotykany w naszej galaktyce. - Demon miał dla niego kilka potencjalnych zastosowań, ale musiał się najpierw dowiedzieć, czy przypadkiem nie będzie się kłócił z jego własnymi mocami.
    - Z twoją demoniczną stroną nie powinien, pytanie, co z magią i czy da się go odtworzyć, jeśli jest wartościowy. Lazarus raczej nie da nam błogosławieństwa na rozłożenie Choulula. - oceniła Nessie przyglądając się w palcach metalowi. Wróciła potem do komputera, wpisała kilka parametrów i kuźnia ruszyła do pracy. W pół godziny Silver miał w rękach drąg do swojej włóczni.
    Jaki kij jest, każdy wie. Nessie wykorzystała najsilniejsze metale jakie mieli dostępne, wraz z mieszanką nanitów do szybkiej naprawy szkód. Kij miał wysokość dopasowaną przez Silvera do własnego wzrostu, jak i profil grubości pod ergonomię jego dłoni. W walce nie zrobi to olbrzymiej różnicy, ale zawsze było nieco wygodniejsze.
    - No badyl. - skomentowała prześmiewczo Nessie.
    -Zależy jak leży. - Odparł ze śmiechem Demon. Wykonał kilka efektownych ewolucji z nową bronią by ocenić efekty. - A leży perfekcyjnie. Mała rzecz, a cieszy. Bardzo dziękuję. - Puścił siostrze oko. - Powiedz mi młoda, bo mnie to nurtuje… Jak to się stało, że zostałaś uczennicą Augusta? - Rzecz jasna, ktoś musiał przejąć tę rolę po śmierci Natashy, ale ona stanowiła mało oczywisty wybór. Jej głównym polem zainteresowania była medycyna, nie inżynieria.
    - To jeden z najsilniejszych artefaktów w posiadaniu Armstrong Industries. Ainsley nie ma cierpliwości do rzemiosła, więc padło na mnie. Ojciec chciał, aby artefakt był pod kontrolą kogoś z rodziny. Żadnych znajomych, czy pracowników. - wyjaśniła. - Nie zamierzam zajmować się tą magią całe życie. Tym bardziej że nie widzi mi się poświęcanie ludzi celem tworzenia broni.
    -I nikt nie będzie Cię do tego zmuszał, o to się nie martw. - Silver pokiwał głową, jemu ta idea też niezbyt się podobała. Podobno można było to zrobić jedynie z kimś kto tego chciał, ale osobiście przychyliłby się do tego tylko w przypadku osoby umierającej.
    Młody October zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście powinien wypuścić Augusta na wolność. Miał dość mocy, by przywrócić go do świata ludzi, ale musiałby założyć staremu Miesiącowi krótką smycz, żeby sobie nie pozwalał na zbyt wiele, co oznaczało, że będą tarcia. Z drugiej strony, do swojego wielkiego projektu, potrzebował jego umiejętności.
    - Dzięki. - widać było, że Nessie nie spodziewała się innej postawy od Silvera. Znała go zbyt dobrze, aby posądzać go o brutalność. Mimo tego, odparła z lekką ulgą.
    Demon uśmiechnął się pod nosem. Pragmatyzm jego młodszej siostry na szczęście nie zaszedł za daleko.
    -Niemniej, co z niego wyciśniesz, to twoje. Nie ma czegoś takiego jak wiedzieć, czy umieć za dużo. - Zauważył, choć była to kwestia dość oczywista. - Swoją drogą, muszę zamienić parę słów z Augustem, postaram się Ci nie przeszkadzać. - Wskazał oczami w stronę ramki.
    - Śmiało, do niczego go teraz nie potrzebuję.

    Roy Genshi, Mike Nor

    Po wyjściu ze statku Roy i Mike znaleźli się na leśnym runie. Na planecie krasnoludów łatwo się oddychało, choć powietrze niosło ze sobą słodkawą woń. Great Sage wyjaśnił od razu, że jest to wina niegroźnych elementów w powietrzu, jednak zapach nie ustanie, więc należy do niego przywyknąć.

    Po minucie spaceru od statku, zza krzewów para widziała wejście do groty, która miała prowadzić do podziemnego królestwa. Wokół niej znajdowały się liczne skały rozstawione parami. Ich aranżacja sugerowała jakiś symbolizm. Zarówno Mike, jak i Roy mieli dostęp do map kompleksu, co pozwalało im udać się prosto do stolicy. Podziemia posiadały liczne dodatkowe ścieżki, pozostałości po wykopaliskach, jak i najzwyklejsze pułapki na nieproszonych gości. Należało przy tym pamiętać, że mapa była dość przedawniona. Biznes z krasnoludami prowadzono z portu handlowego daleko stąd. Od dawna nie było potrzeby wysłania dyplomatów w te okolice.

    Pytaniem było, czy warto kierować się wprost na spotkanie. Mogli również szukać pojedynczych krasnoludów w tunelach, czy spróbować znaleźć mniej oczywiste wejście do stolicy.

    - Cóż za prymitywna rasa - westchnął inżynier, łapiąc się za głowę wyraźnie zirytowany. - Nie posiadają portu kosmicznego, czy nawet zwykłego lotniska w swojej stolicy? Cóż za strata czasu - to powiedziawszy wyciągnął przed siebie rękę, a na posadzce rozbłysły dwa portale z których wyłoniły się jednokołowe skutery.
    - Powinny być dość wygodne do poruszania się po kopalniach. Wiem, że szybko się uczysz. Ale w razie czego masz tutaj instrukcję obsługi, jeśli nigdy takiego nie dosiadałeś, Mike - zaoferował kompanowi, gdy w wyciągniętej dłoni pojawiła się około dwudziestostronicowa książeczka. Zaś po chwili naokoło Roya zaświeciły znowu portale z których tym razem zaczęły wylatywać mechaniczne ptaki.

    Nim Mike odebrał książeczkę od Roya, zobaczył przed oczyma interaktywny tutorial Great Sage. - Jednoślad [model] pozwala na podróż po terenach miejskich, będzie wymagał jednak zwinności w transporcie wewnątrz górskim. Ułóż dłonie na uchwytach. Wykorzystuj przyciski po lewej stronie do zmiany prędkości. Przechylając ciało, możesz zmieniać kierunek pojazdu. Zastosować overlay Y/N?

    Małe stado wron rozleciało się we wszystkie strony, szybko oddalając się od dwójki dyplomatów. Na piersiach ptaków widniało godło Nowego Imperium, które miało z dumą poinformować wszystkie napotkane krasnoludy do kogo należały ów maszyny.
    - Ci zwiadowcy są wyposażeni w kamerę podczerwoną, radar, głośnik i mikrofon. Po drodze zaktualizuję mapę i sprawdzę czy nie ma w tych kopalniach czegoś interesującego. Jeśli kogoś znajdę, możesz się pierwszy odezwać. Dobrze byłoby mieć też opcję kontaktu gdybyśmy się rozdzielili, więc chciałbym żebyś to założył - poprosił, podając Mike’owi zakładaną na ucho słuchawkę z mikrofonem i małą anteną. - W sprzęcie podręcznym nie stosuję plutonu 238 jako źródła zasilania, więc baterie potrzymają tylko kilka godzin. Za to nie musisz obawiać się o promieniowanie.

    Mike poczuł przyjemne ciarki na plecach, a jego ciało zalała fala ciepła, po czym usłyszał w głowie kobiecy głos: - Mam obawy co do waszej możliwości kontaktowania się radiem w tego typu tunelach. Zrobię, co mogę, aby zachować cię w kontakcie z twoim nowym przyjacielem — obiecała Hestia.

    Nie wiedziałem, że to potrafisz! Myślałem, że tylko ja mogę się z Tobą porozumiewać, o moja bogini - odpowiedział w myślach Mike. Nie był zaskoczony dziwnym zachowaniem Hestii, przez ostatnie 3 lata niejednokrotnie zachowywała się nietypowo. Niemniej była boginią, a on zwykłym człowiekiem - kimże był, aby ją oceniać? Great Sage’owi z kolei pokiwał głową, czymkolwiek ten overlay był, nie mógł mu zaszkodzić. Ostatecznie odezwał się do Roya, zabierając od niego słuchawkę - Po prostu wejdźmy do nich. Nie mamy się czego obawiać, sprawiedliwość jest po naszej stronie. Przecież przybywamy pokojowo z misją dyplomatyczną, a nie knujemy coś, jak jakieś szczury - rzekł bohater, który zamierzał po prostu wjechać do królestwa krasnoludów.
    Hestia odparła na zdziwienie bohatera. - Przeczuwam niepokojące niebezpieczeństwo w tej krainie. Postanowiłam obdarować cię moją opatrznością. - ostrzegła.

    ****

    Mike wyrwał do przodu na swoim monocyklu, zostawiając ostrożniejszego Roya za sobą. Naukowiec nie interesował się dogonieniem partnera — wolał jechać na tyle wolno, aby jego ptaki ostrzegły go na temat swoich znalezisk w podziemiach. Doszukały się nawet jednego krasnoluda, który od razu rąbnął w maszynę kilofem, wyraźnie przestraszony. Uznając to za naturalną reakcję, Roy nie zareagował, trzymając się trasy do podziemnej stolicy.
    Jazda trwała dość długo. Z uwagi na nierówny teren i ostre zakręty Mike nie mógł aż tak popędzić swojej maszyny. Mimo tego miał dobry ubaw, zachowując tempo, które pozwalało mu czasem przejechać kawałek po ścianie. Innymi razy spadał w dziury w podłodze, bo tak miała wyglądać trasa. Wszystko wskazywało na to, że krasnoludy wykopywały tunele w poszukiwaniu kruszców i metali, nie dbając o ergonomię podziemia. Jego losowość stanowiła pewnego rodzaju naturalną barierę, która mogłaby zgubić mniej doświadczonych podróżnych. To jednak nie tak, że nie było tu komnat. Mike i Roy kilkakrotnie przejechali przez duże, puste hale, stanowiące byłe lub wciąż funkcjonujące wykopaliska. W wielu z nich widzieli zdobne kamienie rozstawione podobnie jak przed wejściem do jaskini.
    Tego typu skalna aranżacja znajdowała się również przed bramą miasta. Będąc już sporo z przodu, Mike ujrzał ją pierwszy. Była to dwumetrowa, podnoszona krata umieszczona w litej ścianie, rosłej na sześć metrów aż po sufit. Kamienna bariera była wypolerowana na płasko i ozdobiona witrażami, pod którymi paliły się liczne świece. Wrota były uniesione, umożliwiając swobodny przejazd. Za bramą był przedsionek w formie dużego kamiennego placu, na którym znajdowały się ławy i posągi krasnoludów. Za przedsionkiem była kolejna brama, tym razem stworzona z litej skały i pozbawiona zdobień. Jej mur był równie wysoki, co pierwszej, jednak nie sięgał sufitu. Jaskinia otwierała się przez całą długość przedsionka, aż w końcu wyrastała na piętnaście metrów w górę. Zbliżając się dopiero do pierwszej bramy, Mike już widział w oddali pnące się po sufit kolumny domów ze światłem w oknach, liczne kamienne ścieżki i mosty.
    Mike początkowo chciał wyhamować przed bramą i poczekać na straż. Nie wiedział jednak, jak daleko jest Roy i uznał, że głupio byłoby, jakby załatwił całą procedurę przed seniorem. Co więcej, gdyby jego starszy towarzysz musiał przechodzić proces odprawy ponownie. To byłoby marnowanie czasu oraz wyglądałoby nieprofesjonalnie. Dlatego postanowił poczekać w stosownej odległości do wejścia na towarzysza, aby razem wkroczyli do domostwa krasnoludów. W ten sposób lepiej zademonstrują siłę, powagę i majestat Imperium. Wykorzystał ten czas na zastanowienie się, czy wyważenie wejścia siłą, w razie takiej potrzeby, byłoby akceptowalne. Nie znał na tyle kultury krasnoludów, więc nie wiedział, jak one przechodzą do demonstracji siły. Dlatego zwrócił się z tym pytaniem do Great Sage’a.
    - Kultura krasnoludzka nie wykazuje akceptacji niszczenia mienia. W szczególności odnosi się to do tworzywa z materiałów twardych, w tym metali.
    Dziesięć minut później Mike usłyszał odgłos trzepoczących skrzydłami mechanicznych ptaków, a chwilę później samego Roya który wyjechał w końcu na spotkanie znudzonego bohatera, wraz ze swoim stadem zwiadowczych wron.
    - Wybacz zwłokę, ale chciałem przy okazji stworzyć jak najdokładniejszą mapę kopalni. Zwłaszcza jeśli jest to jedyna droga do stolicy krasnoludów i będziemy musieli ją przebyć ponownie w drodze powrotnej, być może w większym pośpiechu - wyjaśnił się inżynier, pokazując chłopakowi trójwymiarową mapę w postaci hologramu wyświetlanego nad jego otwartą dłonią. - Skoro już na mnie poczekałeś, to nie zaszkodzi też sprawdzić, co jest po drugiej stronie tego przedsionka, zanim sami się tam zbliżymy - zauważył, z zaciekawieniem przyglądając się krasnoludzkim konstrukcjom. W tym samym momencie diody w oczach wron zamigotały na moment, otrzymując nowe polecenia i aktualizację programu. Zwiadowcy mieli tym razem za zadanie polecieć w stronę muru na drugim końcu przedsionka i usadowić się na jego szczycie, tak by mieć otwarty widok na jego przeciwną stronę. Podczerwone kamery miały wykryć żywe istoty, jak również gorętsze miejsca które wskazywałyby na aktywną pracę i być może zaawansowaną maszynerię.
    Mike przyjął informację od Great Sage’a bez dodatkowego komentarza. W zasadzie się tego domyślał. Za to był zainteresowany ptakami Roya -Uuu, jakie mają możliwości? Widzą przez ściany? Strzelają laserami? Wykrywają ultradźwięki? I w ogóle, dlaczego wrony, a nie kruki? - zagadnął swojego towarzysza bohater.
    Inżynier otrzepał się z kurzu zebranego w trakcie przejażdżki po krasnoludzkich tunelach, a po chwili obraz na jego hologramowym wyświetlaczu zmienił się, by pokazać schemat budowy ptasich zwiadowców.
    - Promienie Roentgena nie przenikają przez tak gęste materiały, jak kamień czy metal - rozpoczął szybkie wyjaśnianie. - Mogę im dać laserowe wskaźniki. Ale mocniejsze lasery do użytecznej pracy wymagałyby większego źródła zasilania, które znacząco zwiększyłoby ich gabaryty. Lasery również nie przecinają gęstych obiektów tak szybko, jak na filmach, więc mają ograniczone zastosowanie na polu bitwy. Użyłbym ich na przykład do sabotażu łatwopalnej bądź wybuchowej amunicji w zbrojowni lub ciężkich pojazdach naziemnych. Wrony mogą wykrywać ultradźwięki, jeśli uznałbym to za konieczne i wyposażył je w odpowiednie mikrofony. Jednak do typowego zwiadu bardziej użyteczne są częstotliwości słyszalne przez ludzi. Generalnie używam ultradźwięków tylko do dokładnego mierzenia dystansów. W tym momencie wyposażyłem je w kamery podczerwone, by wykrywały żywe istoty o temperaturze ciała znacząco wyższej niż otoczenie. Wrony mają mniejsze gabaryty niż kruki. A wybieram kształty naturalnych zwierząt na zwiadowców ze względów estetycznych, jak również dlatego, że przyciągają mniej uwagi, gdy z większej odległości ciężko rozpoznać je jako maszyny, nawet jeśli nie przystosowałem ich wyglądu do lokalnej fauny - żmudne wyjaśnienia wyraźnie nie irytowały ani nie męczyły Roya, który z zapałem kontynuował, dopóki na wszystkie pytanie nie została udzielona dokładna odpowiedź.
    Mike chwilę się zastanowił i dodał - A to czy widok wrony w środku kopalni jest czymś naturalnym? Kanarek nie byłyby sensowniejsze? Rozumiem dostosowanie do lokalnej fauny, ale chyba trzeba byłoby dopasować również do warunków. Wrona latająca po szybie górniczym chyba nie jest czymś typowym? - to pytanie Mike zadał na głos, ale skierował je również do Great Sage’a. Ciekaw był porównania odpowiedzi Roya do tego, co sam usłyszy.
    - Wrony nie zostały zarejestrowane w szybach górniczych żadnej znanej planety. Najpopularniejszym latającym stworzeniem jaskiniowym są nietoperze. - ocenił Great Sage.
    - Nie jest - zgodził się Roy, kiwając głową. - Stado kanarków również by nie było. Jeden wypuszczony kanarek musiałby znaleźć wyjście z kopalni w ciągu kilu dni, bądź zdechłby z głodu, prageniania, wyczerpania, bądź stresu. Poza tym wątpię, czy kanarki są częścią lokalnej fauny. Jednak w tym przypadku nie zależy mi na ukrywaniu się. Nie jesteśmy intruzami, lecz oficjalnymi wysłannikami Imperium. Dlatego wrony noszą na piersi godło imperium. Tym razem wybrałem je tylko ze względów estetycznych.
    Po drugiej stronie muru ptaki zobaczyły miasto: długie kamienne ulice i liczne przybytki. Wszelkie domostwa budowane były w spiralnych wieżach sięgających po sufit groty. Miasto wyglądało, jakby od początku było tak zaplanowane: krasnoludy oczyściły tę część góry z materiału, pozostawiając filary w których mogli wydrążyć mieszkania. Populacja miasta była nieduża. Ulicami przechodzili pojedynczy, białobrodzi krasnoludzi. Jedyne zgromadzenie znajdowało się pod bramą do drugiej bramy przedsionka. Grupki krasnoludów z armatami stały pod rampami gotowe do wepchnięcia broni, a inny siedział na ławie obok dźwigni wychodzącej z tyłu bramy. Gdy zobaczyli ptaki, spojrzeli po sobie niepewnie. Co zaskoczyło Roya, krasnoludzi nie pojawiali się na podczerwieni. Ptaki były w stanie dostrzec tylko tych, którzy siedzieli w świetle, prezentując się przed kamerami. Temperatura kosmitów była z grubsza identyczna z otaczającymi ich skałami.
    - Moi zwiadowcy zauważyli coś ciekawego. Nie jestem biologiem, więc nie wiem jakim procesom biologicznym podlegają mieszkańcy tych jaskiń. Ale wydają się zimni jak skały. Nawet gdyby byli zmiennocieplni, to pod ziemią nie mają słońca które mogłoby ich ogrzać i pobudzić do wyższej aktywności. Więc zakładam, że muszą być mocno letargiczni z taką temperaturą ciała - zauważył kontradmirał, kontynuując wyjaśnianie Mike’owi. - Możliwe też, że są to maszyny. Jednak androidy tej wielkości również powinny być cieplejsze, o ile nie siedzą bez przerwy w ‘standby mode’. Ich technologia również nie wydaje się być na poziomie mikroelektroniki. - zakończył, zamyślając się przez moment. A po chwili odezwał się ponownie do bohatera. - Mike, to jest chyba dobra okazja. Więc powiedziałbyś mi może jaki masz stosunek do identyfikowania inteligentnych istot jako “ludzi”? Czy kładłbyś tą samą wagę na życiu kosmitów o zaawansowanej inteligencji, która może być niższa, bądź wyższa od ludzi z Imperium? Czy ich zaawansowanie technologiczne ma dla ciebie znaczenie? W którym momencie człekokształtna małpa używająca kamieni jako prostych narzędzi przestaje być zwierzęciem, a staje się człowiekiem? I czy uwzględniłbyś sztuczną inteligencję o podobnych zdolnościach rozumowania jako inteligentną istotę która zasługuje na “życie”?
    Dużo pytań. Skomplikowanych pytań. Ale odpowiedź była prosta - Tak długo, jak służą mojej sprawie. Jak służą Imperium - dodał - wtedy traktuję ich jak swoich. Gdy jednak służą Demon Lordowi, to są jedynie pyłem pod stopami i przeszkodą do pokonania. - odrzekł bohater, który nie miał czasu na filozoficzne dyskusje, ponieważ czekało go zadanie do wykonania. Nie chciał jednak wyjść na gbura, więc dodał - Jeśli uważasz, że nie są ludzcy i należy ich dla dobra Imperium wyeliminować, to nie mam z tym problemu. Ale Ty tu jesteś od myślenia, więc liczę, że Twoja ocena będzie uczciwa, a nie oparta o kaprys - mówiąc to spojrzał mu prosto w oczy. Mike wiedział, że niektórzy lubują się w zabijaniu dla zasady. Robią to często i gęsto, gdy tylko nadarzy się okazja. Heros samemu niejednokrotnie odbierał życie, ale zawsze stał za tym jakiś ważny powód, a nie emocjonalna błahostka. Dlatego dokończył - Prawdziwą siłą jest niepoddawanie się zwykłym zachciankom, a czynienie dobra. - tak uczyła go Hestia, ale nie skonkretyzowała nigdy, czym jest dobro.
    - Oczywiście - odpowiedział Roy, gdy czarna osłona jego hełmu na moment stała się przezroczysta, by pokazać usatysfakcjonowany uśmiech przystojnego mężczyzny z połową twarzy pokrytą wszczepami. - Chyba jednak dobrze się zrozumiemy, Mike. Bałem się, że młody mężczyzna taki jak ty łatwo daje się ponosić emocjom. Ale skoro taką dałeś odpowiedź, to trzymam cię za słowo. Prawdziwy mężczyzna, a tym bardziej bohater, zawsze dotrzymuje słowa, nieprawdaż? Ja również mogę obiecać, że nie dam się ponieść emocjom w ocenie dobra i zła. Wszystko zależy od ich siły, nastawienia i użyteczności, bądź zagrożenia względem Imperium.
    Mike kiwnął głową zadowolony z tego, co usłyszał. Nie miał nic więcej do dodania, więc zaproponował, aby po prostu udali się do bramy i zobaczyli, jak sytuacja rzeczywiście wygląda. Bohater faktycznie był ciekaw, co się stało z krasnoludami, że Roy tak specyficznie na nie zareagował.
    Gdy dwójka agentów nowego imperium dotarła do mniej-więcej połowy przedsionka, brama wyjściowa przed nimi, jak i brama witrażowa za nimi, zamknęły się z głuchym łupnięciem stalowych krat. Za plecami Roya i Mike’a doszedł gromki, uradowany krzyk - Mōmy jejich! - gdy rozstawione przed wejściem do przedsionka kamienie odwinęły się niczym pancerniki. Z ich wnętrza wyskoczyły okrągłe obrzmiałe nosy, długie sine brody, oraz puszyste, białe brwi, które niemal kompletnie zasłaniały pomarszczone, koralikowate oczy.
    - Ci z gōry gŏdali, iże dwōch bydzie, co niy? - spytał jeden z krasnoludów, najmniejszy z ekipy.
    - I...i co my mōmy z niymi zrobić? Ôstawić jejich tam? Dlŏ pokoju? - przejmował się drugi, nieco chudszy od pozostałych.
    - Kaj ôstawić, ty geodo! Zabić, za nim namieszają jak ci piyrsi! - krzyczał przygarbiony krasnal, podchodząc małymi kroczkami do bramy, chodem przypominającym kaczkę na lądzie. - Dŏwać kanōny! - wrzasnął w stronę bramy wyjściowej.
    - Wygląda na to, że zaczęli od pokazu siły. Dobrze, że nie marnują naszego czasu - westchnął z ulgą kontradmirał, a spod jego płaszcza wyleciała opalizująca metaliczna kula wielkości dłoni. Poza tym, że posiadała ogólny kształt orba, jej powierzchnia bez przerwy falowała, jakby była wystawiona na działanie silnego wiatru. Przypominała mocno wzburzoną kulę rtęci.
    O dziwo, wyglądało na to, że nie została przywołana przez portal jak wszystkie jego poprzednie gadżety.
    - Nie przejmuj się ich działami, Mike. Jeśli obawiasz się, że będą cię w stanie zranić, to możesz trzymać się blisko mnie - ostrzegł cichaczem towarzysza. Chyba póki co chciał sprawdzić tylko zdolności bojowe krasnoludów, nie traktując ich jeszcze jako poważnych przeciwników. - Ale masz wolną rękę. Działaj jak uważasz za stosowne.
    Mike wyprostował się. Było widać w tym geście pewną władczość, wewnętrzną pewność siebie. Po czym korzystając ze swojej siły tupnął nogą o podłoże, aby zwrócić uwagę krasnoludów. Spojrzał na nich z góry, ale nie z pogardą, tylko naturalną wyższością dowódcy - wręcz protekcjonalnie. Rzekł donośnym głosem, ale nie krzycząc, bo krzyczą jedynie słabi - To tak traktuje się wysłanników Imperium? - rzucił bohater i pokręcił głową. Po chwili spiorunował wzrokiem najbliższego krasnoluda i zwrócił się do niego - Przedstaw się żołnierzu, bo będę do Ciebie przemawiał. A jeśli tego nie rozumiesz to…
    Nastąpiła sekunda przerwy, podczas której Mike poprosił Great Sage’a o pomoc w znalezieniu odpowiednich słów w gwarze krasnoludów. Po chwili dokończył - czmychoj po majstra pieronie jedyn, bo Ci wungiel z batków bydom wyciongać. Ino chyżo, nie szczędź szczewików. A Wy do izby prowadźta, nie bydom tu czekać w tym bajzlu. - rzekł Mike, starając się wszystko intonować. Mówiąc to, wziął się pod boki i patrzył rozmówcy prosto w oczy.
    Krasnoludy obróciły się ku sobie na naradę, jednak ich gromkie głosy nie pozwoliły na zachowanie jej w tajemnicy.
    - Prziszoł do nŏs jak do swojich! - narzekał jeden
    - Zbir! Zbir!
    - Byfele wydŏwŏ! Za stary na to je żech! Biermy go dalij! - apelował młody
    - Cicho! Słyszoł iże kanōny, a gŏdać prōbuje. Wōntpiã coby kryńciōł, tyn szkła na mordzie niy nosi. Co jak kanōny za słabe na niego? Pogadajmy! - zadecydował w końcu najstarszy. Machnął dłonią do towarzyszy którzy rozpierzchli się w jakieś boczne dróżki jaskini. Sam odwrócił się z powrotem do Mikea i podszedł do bramy, mówiąc:
    - Już, już. Niy noś sie pōn. Za stary je żech coby cudzych szanować. Po diŏbła wy do nŏs w górã? Pokojowy wysłaniec by wiedzioł, coby bez szklanne wrota niy przechodzić. Tōż widać, iże zaproszōny pōn niy bōł! - wskazał palcem na witraże w murze, choć od swojej strony Roy i Mike już ich nie widzieli. Nie były one wstawione w oknie, a jedynie od wejściowej strony muru. Najpewniej po to, aby zamknięty w przedsionku nie mógł zrobić sobie dziury do wyjścia z niego.
    Roy zauważył, że działa zostały wywleczone na mur. Niepewne krasnoludy przyglądały się jednak sytuacji pod bramą, jeszcze nie strzelając.
    - Ah, męcząca ta ich gwara - westchnął ciężko pod maską i pokręcił głową inżynier. - Również spróbuję ją przeanalizować. Ale będę potrzebował na to trochę więcej czasu i danych niż ty, Mike. Więc póki co rozmowa należy do ciebie.
    Po tym oznajmieniu, większość ze zwiadowczych wron na murach wzbiła się w powietrze i poleciała w stronę budynków po drugiej stronie bramy, by przysłuchiwać się rozmowom wszystkich krasnoludów jakich napotkały zarówno na zewnątrz, jak i zaglądając przez okna do ich domostw. Starały się jednak trzymać bezpieczny dystans, by nikogo niepotrzebnie nie prowokować. Royowi póki co zależało tylko na zebraniu danych o ich języku. Zaś na murach pozostała jedynie ta sama liczba wron co skierowanych na ich dwójkę dział. Tak, by każdy ze zwiadowców miał na oku jedno z nich oraz obsługujące je karły.
    -Chopie, Ty mi tu godoć bydziesz gdzie ja włazić a nie włazić mom? Ja ni hazok jest, halbe postawisz, harynki obalim to wybaczom zniewage - tutaj Mike puścił oko - Haja zbedno mi je, więc pokój tam. Ponoć sami se chceta władać, bez imperyjnej administracyji. Toć przybylim sprawdzić, czy można czy nie można. A żem zastali u Was zwierzoludy hasające to nie łonaczylimy, tylko do Was gibamy. I tak nas witacie? Kanonami w gości? Toć to symboli nie widzita? Hę? Pieruny jedne - tutaj Mike zaśmiał się w głos - huncwoty, kto tu ubermajster jest? Pogadać przybylim, aby wywiedzieć cóż to - zakończył Mike, wykorzystując paplaninę, ustawiając się klatką piersiową do działa. Gest ten miał pokazać odwagę bohatera, a w rzeczywistości chciał on przejąć pędzący pocisk i przekierować go w inną stronę. Plany planami, jednak heros wiedział, że za takimi wyczynami musi stać również jakaś logika, dlatego zapytał Great Sage’a, czy w ogóle taka akcja jest możliwa.
    Krasnal splunął na ziemię - Wozić mi sie bydzie gnojek z mordōm dziecka. Żŏdyn sam z gwiŏzd niy przyłaził ilem żōł, narŏz dwie grupy i jeszcze z inkszych włości? Ta jasne! - palcem wskazał na Mikea - Prziznej sie, sōm żeście sam nŏs atakyrować, iże żeśmy za krōlym na szyty niy poszli! - uniósł otwartą dłoń, sygnalizując swoich kanonierów. Nie opuścił jej jednak jeszcze do strzału.
    W tym czasie młody bohater otrzymał analizę swojego mędrca. - szansa na przekierowanie toru lotu kuli na twoim obecnym poziomie postaci wynosi około 65%, zakładając standardowy pocisk z działa.
    -I mielibym pakować się do kotła Wasego jak gołowąsy jakie? Jeszcze rozmawiać, miast pierdu puścić górkę z dymem? Niby siwy, niby broda zacna, a pod kopułką to Ty masz co rozum, hę? Widać, że nie sztygar. - po chwili przetrawił co usłyszał i już normalnie rzekł - Króla zostawiliście? To komu służycie?
    Mężczyzna poczerwieniał na twarzy, biorąc zamach ręką do wymachu. Powstrzymał się jednak gdy Mike zmienił temat i zamiast tego łupnął nogą o ziemię.
    - Sami sie sobom sużymy! W sercu skały jak Odyn chcioł! Żŏdnych magicznych krōlōw nōm niy trza! - gorączkował się.
    -A to dobra rzecz! Jak siła jest po Waszej stronie, to i prawo również! - rzekł Mike z uśmiechem i machnął ręką. W ogóle nie było widać po nim, że wycelowane działa oraz cała kłótnia, zrobiły jakiekolwiek wrażenie. Ot, zwykła waśń - To jak decyzje podejmujecie? Jakiś wiec, macie swoich przedstawicieli? I co król nabroił, że go nie potrzeba? - przewroty nie są niczym dziwnym, ale zawsze je coś motywuje, dumał bohater. Nie obala się władzy bez powodu.
    Brew krasnoluda podskakiwała, gdy zbierał myśli w całość. - Dobrŏ, powiydz ty mi, fto wy sōm i po co sam prziszli żeście? Może i je żech gotowy ci uwierzić, iże za wartko skoczōłch do wzniōskōw. Choć je żeś tak samo niylynkawy, co te motyki przed tobōm.
    Mike wzdechnął i rzekł - My Imperium, Wy chcecie niepodległość. My sprawdzamy dlaczego i czy macie siłę się bronić przed problemami typu zwierzoludy-najemnicy. Tyle - wzruszył ramionami bohater, bo nie było w tym większej filozofii.
    Krasnolud zaczął masować się po brodzie przez dłuższą chwilę. Po dobrych dwóch minutach myślenia spytał zdziwiony. - A co wōm do tego?
    Roy, który przez ten czas przysłuchiwał się dyskusji, starając się nie zwracać uwagi na swoją szklaną twarz, miał możliwość uważnie analizować ich otoczenie. Krasnoludy wstrzymywały ostrzał nie tylko dlatego, że Mike próbował rozmawiać. Do Roya zaczęły dochodzić dźwięki z wnętrza posągów rozstawionych po przedsionku. Przyglądając się im bliżej zauważył łączenia wskazujące, że to prawdopodobnie maszyny.
    Kontradmirał nie otworzył ust. Jednak w słuchawce którą otrzymał od niego Mike rozbrzmiał beznamiętny kobiecy głos. - Wiadomość od Mr. Atom: Posągi krasnoludów są zmechanizowane. Wygląda na to, że szykują na nas następną pułapkę. Nie przerywaj rozmowy. Zastosuję środki zaradcze.
    Tymczasem Roy ziewnął głośno, teatralnie zasłaniając czarną maskę ręką, mimo braku takiej potrzeby. Zachowywał się tak, jakby nudziła go ta rozmowa. W następnej chwili wyciągnął przed siebie rękę w której pojawił się mały portal z którego wyłoniła się gruba książka o tytule “Imperium i pokój”. Roy otworzył ją na losowej stronie i zaczął czytać. Portal jednak zamiast zniknąć unosił się dalej w powietrzu, służąc mu jako lampka do czytania.
    Brak zrozumienia wypowiedzi Mike'a wyrzeźbił się na twarzy krasnoluda. - A ić ty, mynczã mordã z tobōm i dalij nawet niy wiym diŏbły ty chcesz. Jak wybadować naszã siyłã? Po diŏbła? Jake cysŏrstwo? - wrzeszczał oburzony. Idea, że dwójka kosmitów skądś przyszła sprawdzać ich siłę była dla niego zbyt abstrakcyjna i nieoczywista. Nim jednak zdecydował się co chce zrobić, zniecierpliwiony kanonier krzyknął do niego: - To strzylōmy jejich eli niy?! Reumatyzm mi się zaczynŏ ôdzywać!
    Stary krasnolud pod bramą machnął na to ręką: - A strzylej! Niesamowicie podyjzdrzane zorty. Pozbywamy się i nigdy niy dotarli

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Eidith
    Fio Reactor

    Nikt nie był w stanie towarzyszyć Eidith w głąb stacji. Winda potrzebowała niemal pół godziny, aby dotrzeć na dno, a z każdą chwilą robiło się znacznie goręcej. Nawet elementy ciała Bonnie nie rozchodził się w dół szybu. Na jego dnie znajdowała się wielka ogromna kopuła podpięta do różnorodnej technologii. Stacja nie mogła uniknąć mechanizacji nawet za czasów obecności Eidith w Icarii. Biorąc jednak pod uwagę brak obaw przed April, być może mieli szanse na modernizacje.
    Drzwi do kopuły były ogromne, choć Eidith otworzyła je bez trudu. Wewnątrz znajdowała się ogromna kula ognia. W jej środku, unosząc się na płomieniach, znajdowała się Fio grająca w warcaby z Yse. Jako pionki, para wykorzystywała ognioodporne łuski kosmitki.
    - Yo. - przywitała się Yse. Zaabsorbowana w strategiach Fio nie zauważyła wejścia kostuchy.

    Eidith przytknęła palec do ust, prosząc Yse by zachowała dyskrecję. Z dziwnym błyskiem w oku obeszła grające dziewczyny tak by zajść Fio od tyłu. Podleciała tuż za nią i nagle objęła dziewczynę od tyłu.
    -Cześć Fio cieszę się że wszystko dobrze z tobą. -

    Zaskoczenie dziewczyny spowodowało, że otaczający wnętrze kuli ogień zmienił kolor, a ściany pomieszczenia zaczęły się upłynniać. Yse złapała dłoń Fio, a dziewczyna powoli się uspokoiła, zmniejszając temperaturę do poziomu, który pomieszczenie akceptowało.
    - Uhh..dzień dobry, panno… Eidith. - była wyraźnie rozkojarzona nagłą wizytą.

    Spodziewała się znacznie większej reakcji, ale to świadczyło o tym że Fio ma znacznie większą kontrolę nad sobą niż kiedyś. Yse też musiała być ważną tego częścią, gdyż dziewczyna jej towarzyszyła zapewne większość czasu. Kostucha podleciała z boku tak by mieć je po obu stronach i "usiadła" w powietrzu zakładając nogę na nogę.
    -Fio widzę że masz znacznie większą kontrolę nad swoimi zdolnościami. Nie czujesz potrzeby stąd wyjść? Mogę załatwić nam nowe generatory, byś nie musiała być tutaj. - wyciągnęła papierosa który natychmiast się spalił. - Right. - skinęła sobie.

    - Ahh.. Nie, tu jest mi dobrze. - mając kontrolę nad sobą i swoimi emocjami, Fio okazała się bardzo nieśmiałą dziewczyną. - Bonnie pomogła mi ujarzmić moją nową tożsamość. - wyjaśniła. - Lubię spokój jaki tu mam. No i jest tu bezpiecznie. - mimo swojej destruktywnej mocy Fio nie paliła się do walki. Yse zasyczała wężowym językiem, aby poprzeć dziewczynę.
    - Jak trzeba coś spalić to od biedy ja pójdę. - obiecała kosmitka.

    Ponownie, jeżeli obecny stan ich cieszy Kostucha nie ma prawa w to ingerować. Jakoś podświadomie musiała projektować fobię Eidith co do siedzenia w zamknięciu. Będzie musiała przestać to robić. Ale skoro już to jest to nie zaszkodzi zamienić parę słów z dziewczynami. Jej wzrok przeniósł się na Yse. Wiedziała że jest leniwa więc dostanie najbardziej wprost odpowiedź jaką się dało.
    - Yse. A jak tobie czas mijał? Widze korupcja każdego postąpiła znacznie w przód. Nadal nie jestem pewna co do Bonnie. A ty moja droga jakieś postępy? - Ustawiła się inaczej w powietrzu tak by patrzeć na kosmitkę i przy okazji jakby ktoś chciał Eidith namalować jak francuską dziewczynę.

    - Jestem całkiem pewna, że Zoan dał mnie do owiec, aby sprawdzić, czy kosmita może się zarazić korupcją. Do dziś nie miała na mnie żadnego wpływu. - potwierdziła swój brak zmian. - Nie wiem, czy pamiętasz tą taką zieloną, to dawno było… jak atakowaliśmy December, Zoan dźgnął ją tym sztyletem. - przypomniała. - Na nią korupcja wpłynęła niemalże natychmiast. Gadałam o tym trochę z Yato. Dałoby się, ale nie wystąpi to naturalnie.

    Eidith podrapała się po policzku, przypominając sobie o toborce. Do tej pory nie dostała od niej wypowiedzienia… od Danpy też, ciekawe co u nich. Spojrzała na Yse i się odezwała.
    - Jeżeli nie wystąpi naturalnie, to nie wystąpi wcale. Nie pozwolę sobie, by któreś z was było królikami doświadczalnymi. Korupcja jest zbyt nieprzewidywalna, ja po prostu miałam szczęście. Cóż… “Ja” miałam szczęście. Ostatnie wspomnienie Eidith to była histeria, że znika, a Dagda przyjął to raczej neutralnie. - W sumie nigdy nie tłumaczyła tego swojej załodze, ale z pewnością wiedzieli o tym, że obecna kostucha to nie jest ani Eidith, ani Dagda. Po prostu ich zmixowane osobowości, gdzie dominowała raczej Lothun. Z szacunku dla dziewczyny przejęła jej imię i nazwisko.

    - Super. - powiedziała neutralnym tonem Yse. - Ale nie no tak, poważnie. Widzę, co się dzieje z Bonnie i mi nie śpieszno. - przyznała. - Ja wiem, że dziewczyna jest zadowolona, ale druggersom po przedawkowaniu też spoko w mózgu. Trzymam kciuki, że jej się nie wydaje.

    Kostucha zamrugała, bardzo podobało się jej realistyczne do korupcji podejście kosmitki.
    - Yse… chciałbym żebyś dzieliła się od dzisiaj ze mną obawami wobec korupcji wśród załogi. Nie ważna jak małe.- przemówiła unosząc się w stronę wyjścia. Odwracając się za siebie przemówiła jeszcze do Fio.
    - Moja droga jak będziesz czegoś potrzebować daj mi znać dobrze? - Z jej kamiennej mimiki wymknęło się oczko do płomiennej dziewczyny.

    ***

    Kolejnego dnia, po odpoczynku i odrobinie normalności, Eidith została odwiedzona przez Yato. Do jej biura wszedł mężczyzna równie rosły i umięśniony, jak go zapamiętała. Nie miał jednak na sobie teraz swojego kombinezonu a luźne spodnie i szatę pozbawioną jednego rękawa. Wyglądał też na dużo bardziej dotkniętego wiekiem. Efekt który zdecydowanie wzmacniał zarost na twarzy. Mimo tego wyglądał w lepszym zdrowiu od większości mężczyzn na stacji. Przez ostatnie trzy lata odrodził się na nowo.
    - Dzień dobry. Miło mi cię w końcu zobaczyć ponownie. - odezwał się na widok Eidith. Miał bardzo spokojny ton, nie przypominał maniaka, jakim kiedyś był. - Miałem nadzieję, że jak najszybciej będę w stanie podziękować ci za to, że mnie wyzwoliłaś. Tak więc: dziękuję. Przygotowałem raport tak, jak prosiłaś. Ponad połowa stacji wykazuje jakieś oznaki korupcji, choć w zaledwie dziesięciu procentach osób zaczyna on nabierać rozpoznawalnych cech charakteru. - wyjaśnił, podając plik wydrukowanych dokumentów.

    Kostucha przyglądała się olbrzymowi w ogóle nie poznając go. Czy to na pewno był Yato? Opancerzone dwa metry maniaka, tego się spodziewała zobaczyć. Odstawiła filiżankę kawy na bok i wstała z fotela. Podleciała tuż przed niego nadal się wpatrując.
    - Wyglądasz dobrze Yato. - Fruwała przez chwilę wokoło niego jak wróżka, stukając go gdzieniegdzie palcem. Wylądowała w końcu na swoim biurku kładąc na nim swoje szlachetne siedzenie. - Nie ma za co, choć wolisz nie wiedzieć jakie wspomnienia miała o tobie Eidith. - Westchnęła po czym dodała. - Rozumiem, że to ty przejąłeś dowodzenie stacją? - Z tym pytaniem zaczęła przeglądać przyniesione przez Yato dokumenty.

    - Niespecjalnie. Stacja nic nie robiła pod twoją nieobecność. - wyjaśnił Yato. - Marie pracowała nad żołnierzami dla ciebie, koszmarne rzeczy. Bonnie jest w stanie wnikać w potrzebny i pragnienia innych, więc pomagała obsłudze stacji w samorozwoju. To by było na tyle. - poprawił wąsa w zamyśleniu. - Ostatecznie nikogo nie oznaczyliśmy jako oficjalnie zarządcę. Każdy oddzielnie postanowi nie wyściubiać nosa w mętliku rozpadu Cesarstwa. Nie jesteśmy pewni jak ma się do nas Icaria, a żadna frakcja nie potrzebowała dodatkowych zmartwień. Nie mieliśmy zamiaru wznosić sojuszy bez ciebie… Póki nie pojawiła się szansa na otwarcie Choulula. Tym akurat zajmowała się Mors. W kwestii stażu i twojego uznania ma go najwięcej na stacji, więc nikt nie kwestionował jej niespodziewanej inicjatywy.

    Eidith odłożyła na bok plik dokumentów starannie je układając by ich ścianki były równe.
    - Uznania… - Westchnęła głęboko. - Jej uznanie do mnie jest u niej po prostu zakodowane. Będąc na stacji myślałam o tym bardzo długo i przestałam się oszukiwać, że jej uczucia do mnie są prawdziwe. Jednak nadal nie wiem, jak jej to powiedzieć i czy w ogóle. - Kostucha sięgnęła po papierosa i założyła nogę na nogę.

    - Mam teorię… - skomentował Yato. - wykorzystywałem czas wolny, aby przemyśleć korupcję jako taką. Mam z nią duże doświadczenia i wiem też, że kościół się jej nie boi mimo jej efektów. Im bliżej papieża, tym większe poważanie dla tego zjawiska… nie pasowało mi to. - przyznał, przecząco kręcąc głową. - Nie jestem jeszcze w stanie tego potwierdzić, ale… jestem niemal pewien, że korupcja nie jest szkodą czy raną. Wydaje mi się, że to reakcja obronna na jakiś problem w kodzie. Coś jak gdy ludzki organizm wypuszcza leukocyty do walki z chorobą. Myślę, że nasz kod stał się świadomy, aby mógł się przed czymś chronić. - sprostował w ostatnim zdaniu. - Jeżeli Mors ma do ciebie tak silne uczucia narzucone przez kod… być może po prostu tego potrzebuje, aby być sobą. Aby jej kod był stabilny.

    Odpalając papierosa Eidith zamyśliła się na moment.
    - Czyli… kod się przed czymś broni, ale z tego, co mi wiadomo, to chce nas skończyć, więc dlaczego korupcja objawia się jedynie wśród ludzi? - Zaciągnęła się dymem. Nie kontynuowała tematu Mors, było to dla niej dziwnie trudne.

    ***

    Eidith zadbała o porządek na stacji w przeciągu kilku dni. Ponieważ Deathsenders nie angażowali się w politykę Drogi Mlecznej, nie było wiele rzeczy o które musiałaby się martwić. Jej nowa armia liczyła kilkadziesiąt tysięcy nowych elit Marie. Gdyby chciała, mogłaby zarządzić atak na jakąś planetę… tak długo, jak żołnierze nie trafią na potwora jej kalibru.
    Yato zdecydowanie stał się człowiekiem godnym zaufania, a jego moc bitewna wcale nie zmalała mimo utraty korupcji. Wobec tego kostucha postanowiła, że powinien jej asystować w najbliższym czasie. Wraz z nim dołączyła do Millionare, aby zobaczyć się z przedstawicielami Magica Icaria, gdy Mors i Ferdynand zaczęli szukać informacji o buntującej się planecie Millenium Kingdom.
    Millia była zadowolona, że Eidith do niej dołączyła, co wskazywało, że ostatecznie rozpoczynają partnerstwo w galaktycznej polityce. Mimo tego, przewodnicząca korporacji nie miała wiele czasu dla bogini śmierci, nadzorując działania swojego regionu przez większą część lotu. Miecz mieli złożyć w orbicie jednej z planet kontrolowanych przez Magica Icaria. Nie dane jednak było im zejść na powierzchnię. Gdy znaleźli się w pobliżu, kościół poprosił o wstrzymanie ruchu i wysłał statek gwiezdny z delegacją po odbiór broni.
    Eidith i Millia czekali w niedużym pokoju gościnnym. Cały statek był wykwintny i miał duże sale, biorąc jednak pod uwagę niewielki rozmiar gości z Icarii, Millia wybrała miejsce, które stara się wyciągnąć samą esencję elegancji w niewielkim opakowaniu. Były tu fotele obłożone wykwintną skórą wymarłych już ras kosmitów, regały pełne zdobnych książek, oraz staromodne ognisko. Do tego pełnego klasy pokoju z rozmachem drzwi wpadła… Alice.
    Dziewczyna nieskończenie wielu żyć wdarła się do środka w pośpiechu kogoś kto nie tylko nie interesował się klasą czy istotnością delegacji politycznej, a wręcz aktywnie starał się protestować jakiekolwiek idee manier czy dobrego zachowania. W pośpiechu za czerwonym kapturkiem biegł lokaj Milli, który miał ją prowadzić, a za nim dwóch szerokich żołnierzy w nowych pancerzach wspomaganych. Panicznie biegnąca para wyglądała jak wycięta z książki fantasy.
    - Ja po miecz. - stwierdziła krótko Alice, zapalając peta. - Bo nic więcej do nas nie masz, nie?
    Brew Milli wyraźnie podskoczyła, widać jednak było, że z determinacją stara się zapewnić, aby złość nie szkodziła jej piękności. Przekładając nogę na nogę, odpowiedziała: - Tak, skoro Markus cię zaprowadził, to wniesie teraz miecz. Usiądź i odpocznij. Może cygaro? Doceniam, że sami się do nas pofatygowaliście.
    Alice spojrzała na swojego papierosa, włożyła go w kącik ust, po czym sięgnęła po jedno z cygar na stole i włożyła je po drugiej stronie. - Jak tu jesteście, to chcecie je oddać. Nie ma co przeżywać.
    Eidith zgasiła swojego papierosa, wgniatając go w popielniczkę kciukiem. Wytarła palec serwetką po czym się odezwała.
    - “Przeżywać” to brzmi bardzo śmiesznie z twoich ust Alice. - Z tymi słowami patrzyła jej prosto w oczy. Alice była wszystkim co powinno irytować Kostuchę. Szydzi ze śmierci równie jak z manierów, lecz Eidith jest pewna, że się trochę boi zniknięcia, gdy przypomniała sobie jej postawę, gdy przyszła po Doc’a. Była jakby pogodzona z tym, co się wtedy stanie. Jednak buntowniczość dziewczyny imponowała Lothun, więc wolałaby jej nie redagować bez bardzo poważnej przyczyny.
    - Nie przywitasz się nawet? - Po tym pytaniu wskazała ręką na wolne siedzenie.
    - A co, po trzech latach twoja pamięć wymięka? - spytała, mówiąc nieco niewyraźnie, przez cygaro i papieros w buzi. - starość nie radość. - rozłożyła się szeroko na fotelu, zarzucając ręce na oparcie. Jej strażnicy dołączyli, prezentując się po obu stronach. Spojrzała następnie na Millię. - Masz coś do przegadania, czy każesz mi czekać na miecz, aby bredzić o pogodzie?
    - Myślałam, że Eidith może mieć pytania o Ikarię. Nie obrażę się też, jeśli wyjawisz mi jakie macie dalsze plany wobec naszej współpracy.
    - Jeśli będzie nam potrzeba więcej broni, damy ci znać. Na pewno będziemy mieli co za nią wymienić. Diabli wiedzą, że nikt inny nam jej nie sprzeda. - skrzywiła się.
    Oczami wyobraźni Kostucha właśnie rozpruwała Alice bardzo powoli, tak by była żywa do ostatniej sekundy. Oczywiście bez problemu powstrzymała w sobie wszelkie agresywne działania, ktoś by pomyślał, że Alice tylko wolno tak do niej gadać, lecz tak naprawdę dziewczyna cały czas stąpała po cienkim lodzie który nawet pękać jeszcze nie zaczął.
    - No weź Alice myślałam, że się kolegujemy. - Ciężko było wyczuć czy była to drwina, czy pretensja, to wiedziała sama kostucha. - Chociaż poopowiadaj mi, co mój mistrz robi. - Dodała, zapalając kolejnego papierosa.
    - Skąd mam wiedzieć takie pierdoły. - zastękała Alice. - Pewnie dalej w izolatce siedzi. Zoan się tobą nie przejmuje. Jedynie wie, że nie może cię kontrolować, to nie ma sensu próbować. Z Klausem jest gorzej. Zostawić go samego sobie to jeszcze zacznie nas sabotować.
    Eidith wypuściła dym nosem. - Żyje, to dobrze… dla całej Icarii. Użyłaś złego słowa, sabotuje was wszystkich Zoan. Bez mrugnięcia okiem spuści was wszystkich do wychodka, gdy przestaniecie być mu potrzebni. Klaus zaś próbuje jeszcze uratować ten zakon. No chyba, że blondie opowiadał wam co innego.- zaciągnęła się dymem rozsiadajac się wygodniej w fotelu.
    Wpatrzona w sufit z tytoniem w ustach, Alice nie zwróciła większej uwagi na Eidith. - Czy ja tu nie jestem, bo wyciągnęliśmy cię z magicznego pierdla? Spuścił w wychodku to mocne słowa. - zaprotestowała.
    - A widzisz jednak nie pozwolił mi tam zgnić. Nie istniało wyjście z Choloula, dlatego się zgodził pożyczyć to fikuśne ostrze. Co za tym idzie ma jakieś plany związane ze mną. Inaczej nie pozwoliłby sobie na wypuszczenie kogoś takiego jak ja z niemal perfekcyjnego więzienia. - Zaciągnęła się głębiej dymem kostucha obserwując Alice. - Czy coś pominęłam? -
    - Bierzesz rzeczy zbyt osobiście. - stwierdziła Alice. - Kościół się tobą nie przejmuje, rób, co chcesz. Jeśli nie będziesz słuchać Zoana nie ma cię co u nas trzymać i tyle. - dziewczyna uśmiechnęła się w stronę Milli. - Wypożyczyliśmy miecz w zamian za bronie i okręty gwiezdne. Może korporacje będą z nami teraz handlować. Za to, że ich Silverka też wyciągnęliśmy.
    Lothun wypuściła dym nosem. Wyglądało na to, że zakon nie jest taki niezależny i mimo wszystko musi ubijać jakieś interesy. Nie była pewna czy to dobrze, że ci fanatycy mają teraz nowoczesny sprzęt. Zachowała swoje obawy dla siebie. - Więc czysty biznes… zrozumiałe. - przytaknęła Kostucha. Miała wiele pytań tylko że Alice jest ciężkim rozmówcą i na pewno ot, tak nie wygada się ze wszystkiego. - Ode mnie tyle, chyba że ty Yato chcesz cos zapytać? - Eidith spojrzała na wielkoluda. Była ciekawa reakcji Alice na drastyczną zmianę Yato.
    - Łał, znalazłaś drugiego człowieka w uniwersum z tak durnym imieniem? - spytała Alice.
    Yato uśmiechnął się i pokiwał przecząco głową. Pochylił się jednak nad Eidith i szepnął do niej. - przyjrzyj się jej dobrze.
    Mniej-więcej w tym momencie do pokoju wpadł ponownie służebny Millie z magicznym mieczem. Pokazał Alice ostrze i odchrząknął, aby zacząć przygotowaną przemowę, dziewczyna jednak wstała, wyrwała mu go z ręki i pchnęła w ścianę, żeby się zamknął.
    - Oszczędź mi cyrków. - poprosiła, wypluwając resztki papierosa i pół cygara na podłogę. - Wbrew pozorom nic do ciebie nie mam, Eidith. - wyznała, sięgając po rewolwer. Jej strażnicy wyraźnie zakłopotani zaczęli gestykulować błagania, aby nie zostawiała ich samych bezcelowo na okręcie. - Może był kiedyś czas, gdy byłyśmy mniej-więcej tym samym. Przynjamniej patrząc na kod.
    - Dowiem się chociaż jakie są wasze plany na przyszłość? - spytała Millie, zażenowana całym spotkaniem.
    - A czego mogą chcieć ludzie wiary? - jej wypowiedzi towarzyszyło kliknięcie i eksplozja. Gdy jej ciało umarło, od razu zniknęło, razem z trzymanym mieczem. Kościelni strażnicy spojrzeli po sobie, ukłonili się i przeprosili. - Przepraszamy za zamieszanie, odstawimy statek panny Alice na planetę. Miłego wieczora.
    Eidith uniosła brwi widząc budowę ciała Alice. Faktycznie były bardzo podobne, ale że mogą być tym samym brzmiało dla niej niedorzecznie. Westchnęła cicho gasząc peta w popielniczce.
    - Przeurocza dziewczyna nie uważacie? - Prychnęła podnosząc się z fotela.
    Millia westchnęła z irytacją. - Jestem pewna, że Icaria każe mi się z nią użerać dla żartu.
    - Albo to, albo nie chcą się chwalić w jakim stanie są Biskupi. - skomentował Yato.
    Decillionarka poprawiła włosy i podniosła się z fotela, zmęczona. - Wybaczcie, ale mam bardzo wiele do załatwienia. Dajcie mi znać, jeśli będę do czegoś potrzebna. Gdy już sprzątnę swoje sprawy, a wy posprzątacie moją planetę, pokażę wam moje plany na przyszłość galaktyki. - obiecała.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Roy Genshi, Mike Nor
    Sala strategiczna okrętu gwiezdnego Yamamoto.

    Bastion był ekstremalnym człowiekiem, przypominającym niekiedy parodię mężczyzny. Gdy siedział, jego głowa znajdowała się dwa metry od ziemi, a szerokie plecy i barki sprawiały, że zajmował niemal tyle samo miejsca wszerz. Jego szyty na miarę płaszcz wojskowy zawsze wydawał się nieco za ciasnym, choć ogromny stalowy hełm który nosił na głowie, wyglądał z kolei na zbyt luźny. Przy każdym ruchu głowy dowódcy zsuwał się na bok, przez co zasłaniająca twarz maska wydawała się nigdy nie być tam, gdzie powinien znajdować się jego nos. Krzesła w sali narad, tak jak i większości pomieszczeń używanych przez zwykłych podkomendnych, były nieduże. Ich rozmiar miał być niewygodny dla każdego człowieka, który nie dbał o swoje zdrowie i wagę. Co za tym szło, muskularny kolos jakim był Bastion, również do nich nie pasował. Problem ten nadrabiał, utrzymując pozycję konia, gdy musiał pochylić się nad stołem do rozmowy ze swoimi ludźmi.
    - To jest mapa planety, o której wspominałem. Roy, Mike, patrzcie tutaj. - palcem uderzył o wzgórze, w którego wnętrzu rozrysowano serię korytarzy. - Ostatnio to tutaj był zlokalizowany rząd krasnoludów. Jak dobrze pamiętam, mają królestwo. Możliwe, że go przenieśli, ale to tu chciałbym, żebyście zaczęli szukać ich dowództwa - wyjaśnił. - Nie wiem, czemu nagle krasnoludy chcą być niepodległe, ale wysyłam was, żebyście tę sprawę zbadali. Poznacie ich motywacje i sprawdzicie, czy są w stanie sami zadbać o swoje bezpieczeństwo. Jeżeli nie, to pozostaną częścią Imperium. Jeżeli dacie im okejkę, to wyślę kogoś do ustalenia stosunków handlowych. - wyjaśnił, stukając w mapę, po czym złożył razem dłonie. - Tym razem nie dam wam armii, lecicie jako dyplomaci, choć w razie konfliktu wierzę, że sobie poradzicie. Między kluczowym naukowcem a urodzonym bohaterem macie wszystko, co powinno być potrzebne.
    Mike nie pierwszy raz był wysyłany w charakterze rozjemcy. Miał jednak pewną zasadę, nie negocjował z terrorystami. Z tego powodu od razu zapytał - Bastionie, czy krasnoludy w jakikolwiek sposób służą Demon Lordowi?- Nikogo nie powinien dziwić poruszony przez bohatera temat. To w zasadzie jedyna kwestia, która go interesowała i odnosił się do niej przy każdej okazji. Od odpowiedzi Bastiona zależały więc dalsze działania Mike’a, ponieważ jego Great Sage nie potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
    Ubrana na czarno postać rozłożyła szeroko ręce i roześmiała się pod opalizującą maską.
    - Chyba jako nowoprzybyły nie doceniasz Nowego Imperium, Mike. Nasz wywiad nie jest na tyle niekompetentny, żeby zezwolić na taką infiltrację ze strony “sił zła” - podkreślił ostatnie słowa z niewidocznym spod hełmu uśmiechem. Widocznie bawiło go podejście bohatera z innego świata. Roy dawno nie miał okazji spotkać osoby z taką ideologią na wyższych szczeblach marynarki. - A gdyby krasnoludy wykonywały podejrzane ruchy, to admirał floty wysyłałby nas na misję zwiadowczą, albo sabotażową, a nie dyplomatyczną - wyjaśnił, po czym zwrócił się do Bastiona z lekko przepraszającym tonem. - Proszę, wybacz mu ignorancję, admirale. Po drodze postaram się wyjaśnić Mike’owi zawiłości polityki międzygwiezdnej, jak również kompetencje marynarki. Odkurzę nawet stare podręczniki z akademii wojskowej - gdy to powiedział, na otwartej dłoni inżyniera otworzył się błękitny portal, z którego powoli wynurzył się stos książek. Gdy tylko udało mu się złapać równowagę, Roy usytuował stos podręczników na stole przed bohaterem. Na okładkach dało się wyczytać tytuły takie jak “Elementy uzbrojenia marynarki kosmicznej”, “Podręcznik oficera sztabu”, czy “Wojskowa akademia techniczna”.
    Mike zwrócił uwagę na swojego towarzysza, zmierzył go wzrokiem i uśmiechnął się od ucha do ucha - Bez obaw przyjacielu, tu nie chodzi o tak przyziemne sprawy, to pytanie było bardziej zawiłe! Ktoś z Twoją rangą powinien wiedzieć o co chodzi. - bohater położył dłoń na książkach - Niemniej dziękuję za chęć udzielenia mi pomocy, w zamian odwdzięczę się tym samym - po czym chwycił za pierwszą książkę i zaczął ją wertować. Great Sage potwierdziło, że posiada zawartą tam wiedzę, dlatego Mike sięgnął po kolejny tomik. Nie minęło kilka sekund, a wszystkie książki zostały odłożone na miejsce, więc heros odezwał się - Nie masz niczego nowszego? I Bastionie, ja nadal czekam na odpowiedź - mówiąc ostatnie zdanie, Mike zrobił poważną minę, podkreślając, że od tego zależy jego podejście do krasnoludów.
    - Jeszcze nie wiemy. - zdradził Bastion. - Obserwowaliśmy ich, ale nie doszliśmy do tego, czemu zmienili opinię o naszym Imperium teraz, po trzech latach. Być może ma to związek z nowym przywództwem lub wiarą. - ostrzegł.
    Mike kiwnął głową, taka odpowiedź mu wystarczyła. Dla pewności zapytał jednak Great Sage’a, czy krasnoludy przejawiały w przeszłości jakieś zamiłowanie do demon lorda? W jego głowie przemówił komentarz - Krasnoludy znane są z wiary w mędrca Odyna. Mędrzec był w stanie przepowiadać prawdy o wszechświecie ze skał, dlatego te mają wysokie znaczenie w kulturze krasnoludów. Mitologia nie wspomina demonów, ma jednak wątek oszusta. Loki był stworzeniem ze szkła, które udawało skałę. Szkło jest jednak cieczą, przez co oszukał Odyna, szepcąc mu kłamstwa, gdy skały szeptały prawdy. Rzekomo Loki do dziś oszukuje krasnoludów, sprowadzając ich na złą drogę. W ramach symbolizmu, krasnoludzkich skazańców goli się kawałkiem szkła, aby zhańbić ich za bezprawne uczynki.
    Inżynier przyłożył dłoń do podbródka i obserwował z zaciekawieniem niecodzienne zdolności bohatera. Na koniec lekko przytaknął z uznaniem i uśmiechnął się pod hełmem.
    - Gromadzenie wiedzy najlepiej zaczynać od początku i od podstaw. Ale skoro tak szybko ci idzie, to przedstawię ci wszystkie niezbędne informacje w trakcie podróży. Jeśli równie szybko przyswajasz wiedzę w formie cyfrowej, to powinniśmy skończyć w kilka dni. Muszę się tylko upewnić jednej rzeczy. - To powiedziawszy zwrócił się do Bastiona z bardziej oficjalnym tonem głosu. - Czy Mike posiada zezwolenie na dostęp do wszystkich ściśle tajnych informacji Neo Imperium, admirale?
    - Gdy pracujecie razem, możesz się z nim dzielić wszystkim, co uważasz za słuszne. Mike jest zaufanym agentem Imperium. Jego siła świadczy za siebie. - oznajmił Bastion. W jego wojsku status w dużej mierze zależał od indywidualnych osiągnięć człowieka. W ten sposób tacy jak Mike mogli przewyższyć możliwości swojej rangi.
    - W takim razie ja również kogoś tu nie doceniłem. Wybacz, młody bohaterze - rzekł z namaszczeniem, powoli podnosząc obydwie dłonie do hełmu. Po chwili po sali rozniósł się cichy pisk rozszczelniania, a inżynier odsłonił swoją twarz.
    Wyglądał na młodszego, niż wskazywałby po nim jego głos. Połowę twarzy przystojnego mężczyzny w okolicach trzydziestki pokrywały cybernetyczne wszczepy o trudnym do rozszyfrowania zastosowaniu. Zaś jego wzrok, mimo iż baczny i skupiony na chłopaku, wydawał się lekko nieobecny. Jak gdyby procesy myślowe inżyniera były równocześnie zajęte wieloma innymi zadaniami dziejącymi się gdzieś w tle jego umysłu.
    - Mimo iż jestem dużo starszy, niż wskazuje na to mój wygląd, postaram się by różnica wieku i doświadczenia nie wpływała na naszą współpracę. Przyjmę rolę mentora, tylko jeśli uważasz, że będzie to dla ciebie korzystne, Mike - wyjaśnił przepraszającym tonem, wyciągając dłoń w stronę bohatera. - Jak mówi admirał Bastion, trzeba szanować siłę. A ty osiągnąłeś jej dużo w swoim jeszcze krótkim życiu, skoro nawet admirał ją docenia.
    Mike znowu się uśmiechnął i bez wahania uścisnął dłoń Roya - Przyjemność po mojej stronie. Chętnie nauczę się od Ciebie tego i owego, więc jeśli tylko chcesz być moim… - tutaj nastąpiła sekunda pauzy - mistrzem, to nie widzę problemu! Mam tylko nadzieję, że nie jesteś zadufany, sądząc, że od kogoś takiego jak ja również się czegoś nie nauczysz - rzucił żartobliwie bohater, biorąc się pod boki. I znów po chwili dodał - Bastionie, w razie, gdyby negocjacje nie wyszły, czy mamy prawo do eksterminacji niskich wzrostem? Potrzebuję jasnego zakresu kompetencji, aby nie zaszkodzić Imperium.
    Twarz Roya również przybrała rozbawiony wyraz. Tym razem nie chciał odbierać Bastionowi jego ulubionej przemowy. Nałożył więc szybko z powrotem maskę która uszczelniła się na jego głowie i założył ręce na pierś w poważnej pozie.
    - Jeśli się poddadzą, chcę, abyście zaakceptowali ich rozejm. Tak długo, jak z wami walczą, mają być gotowi na śmierć. - odparł Kaiser bez namysłu.

    Później, statek międzyplanetarny MA-3

    - Sir! Sir! - Jeden z dwóch pilotów statku zasalutował najpierw jednemu, potem drugiemu pasażerowi. - Wlatujemy w atmosferę planety. Pojawiło się jednak zapytanie o miejsce lądowania. Widzimy wzgórza które odpowiadały za Kapitol. W pobliżu znajduje się jednak również baza nieznanego wojska. Wyglądają na najemników, nie pracują jednak dla nas. - przekazał, czekając na decyzję.
    - Jesteśmy tutaj dyplomatami, czyli gośćmi. Więc nie wypada wchodzić z butami tam, gdzie nas nie zaproszono - zauważył Roy po chwili namysłu. - Przekażcie, że przybyliśmy na pertraktacje w sprawie roszczeń o niepodległość ich królestwa. Chcielibyśmy więc czym prędzej spotkać się z krasnoludzkim królem, bądź innymi dyplomatami odpowiedniej rangi - polecił pilotowi spokojnym tonem.
    Mike po chwili dodał - Przy okazji upewnijcie się, czy to faktycznie najemnicy krasnoludów. Może zróbcie to najpierw, zanim oświadczycie z czym przybywamy - po czym zwrócił się do Roya - W Twoich książkach sugerowano, aby nie zdradzać przeciwnikowi swoich zamiarów. A póki co trzeba traktować obcych najemników w taki sposób. W końcu nie wiemy komu służą - bohater pokiwał głową do siebie. Miał już do czynienia z kłamcami i wiedział, że najemnicy pracują dla tego, kto płaci więcej. A nigdy nie wiadomo, na czyje zlecenie są ci tutaj. Zdał sobie również sprawę, że Roy go pewnie testował, a heros ewidentnie zdał egzamin! Dla pewności zapytał Great Sage o zdanie, czy faktycznie Mike był sprawdzany.
    - Eh… - westchnął inżynier, wzruszając ramionami. - Szczerze, to bardziej interesuje mnie jak prawdomówni i godni zaufania są ci krasnoludowie. Nie ma potrzeby traktować ich jako przeciwników, gdy nie stwarzają dla nas żadnego fizycznego zagrożenia. Nasze zadanie to bardziej ocena czy szczeniak jest zbyt agresywny, czy nadaje się na domowe zwierzę. Albo czy jest dość zdrowy i silny, żeby przeżyć na wolności. Dla jego własnego dobra musimy go spacyfikować i wytrenować, jeśli jest zbyt słaby. Albo dać mu wolność, jeśli uznamy, że jest dostatecznie silny. Potrzeba zastosowania eutanazji może się pojawić, tylko jeśli uznamy, że nie ma innego sposobu na ich pacyfikację, a jednocześnie nie mają potencjału, by urosnąć w siłę. Czyli w poprzednim porównaniu byłby to chorowity szczeniak, którego nie da się wytresować do trzymania w domu, ani wypuścić na wolność. - Roy zamyślił się jeszcze przez moment, po czym dodał - Aczkolwiek możesz traktować tę misję jako trening swoich zdolności dyplomatycznych. Sam jeden jesteś w końcu ważniejszy niż cała ta krasnoludzka planeta. Gwoli zabawy, możesz sam zająć się pertraktacjami i zdecydować na jaki werdykt zasługują. Zainterweniuję, dopiero gdy pojawią się jakieś problemy.
    Mike był zaskoczony reakcją Roya - Mój drogi, ale ci najemnicy nie są po naszej stronie. Nie wiemy też, czy są po stronie krasnoludów. Z dostępnych informacji wynika jedynie, że nie należą do nas. Nie wykluczałbym tutaj braku udziału trzeciej strony - w myślach bohater dodał np. Demon Lorda! - dlatego najpierw upewniłbym się, z kim mamy do czynienia. Potem podejmowałbym dalsze działania - mówiąc to, skrzyżował ręce. Czyżby przecenił swojego mentora? Great Sage milczał.
    - To jest dobra konkluzja, jeśli uważasz, że mogą stworzyć dla nas zagrożenie - zgodził się Roy, kiwając głową. - Przyznam, że po tylu latach mam inną percepcję na wszystko. Więc dobrze, podejdźmy z ostrożnością do tych najemników.
    Pilot nasłuchiwał w milczeniu, aby upewnić się, że nie przerwie dyskusji osobom wyższej od siebie rangi. - Chcą panowie, abyśmy nawiązali połączenie z bazą najemników, czy mamy wylądować z dala od punktów zainteresowań bym mógł przekraść się do jednej z baz? - zapytał. - Póki co, nasz statek pozostał niewykryty.
    - Jeśli chcemy tylko zrobić wywiad, to nie ma potrzeby osobiście się zakradać - odparł kontradmirał, wyciągając przed siebie dwie otwarte ręce na których zaświeciły błękitne portale. Z jednej wyłoniło się jedynie światło trójwymiarowego hologramu. Z drugiej zaś urządzenie przypominające pszczołę.
    Gdy tylko mechaniczny truteń uformował się do końca, na trójwymiarowym ekranie pojawiła się twarz Mike’a na którą była skierowana kamera owada.
    - Oczywiście transmisja jest zaszyfrowana i tylko ja mogę ją odkodować. Dla każdego innego radiotechnika będzie wyglądała jak szum radiowy - zaczął tłumaczyć Roy głosem który wyraźnie delektował się przedstawianiem detali swojej kreacji. - Drony zwiadowcze posiadają również miniaturowy głośnik, gdybyśmy chcieli coś przekazać, bądź odwrócić czyjąś uwagę. Zamiast żądła posiadają wejście USB, które może zostać zmodyfikowane by uzyskać bezpośrednie połączenie z dowolnymi urządzeniami elektronicznymi. A po krótkiej analizie planety, oczywiście zmodyfikuję ich wygląd by bardziej przypominały lokalną faunę - zakończywszy, inżynier spojrzał wymownie na bohatera, widocznie zostawiając jemu ostateczną decyzję odnośnie planu działania. - Mogę również stworzyć joystick, bądź gogle VR jeśli sam chcesz się nimi pobawić.
    Mike chwilę się zastanawiał, bo możliwość przetestowania takiego urządzenia brzmiała jak dobra zabawa. Uświadomił sobie jednak, że nie jest już dzieckiem, dlatego jedynie potrząsnął głowa i rzekł - Zostawiam to w rękach profesjonalisty - po czym uśmiechnął się do Roya.
    - Dobrze. Więc najpierw postaram się oszacować ich przynależność i zamiary. Potem możesz zdecydować jaki plan działania podjąć - inżynier pokiwał głową i polecił zmniejszyć pilotom prędkość oraz uchylić drzwi przez które mógłby wypuścić swoje drony. Kilka pierwszych miało na celu zidentyfikowanie owadów, bądź małych ptaków jako które mogłyby zostać zamaskowane następne stworzone przez niego maszyny zwiadowcze. Następnie miał zamiar wysłać do bazy najemników około tuzin z nich, by zinfiltrować ją ze wszystkich stron. W tym czasie hologramowy ekran przeskakiwał co kilka sekund między feedami poszczególnych trutni. Był on oczywiście tylko na potrzeby pilotów i Mike’a, gdyż Roy otrzymywał bezpośrednio wszystkie dane zbierane przez swoje maszyny. Na ekranie widać było dotykowe przyciski którymi Mike mógł przeskakiwać do konkretnych trutni, jak również przybliżać i oddalać widok kamery.
    Ostatecznie Roy stworzył kolekcję ptaków, których dzioby przypominały wiertła, sporych owadów z kleszczami na głowach, oraz żabę, która mogła skakać po podmokłym lesie najemników. Pilot krążył niedaleko od obozu, aby nie utrudniać przesyłu sygnału zarówno w kwestii sterowania, jak i odbioru nagrań od stworzeń.
    Obóz stworzony był z licznych namiotów i przyczep. Znajdowało się w nim kilka ciężarówek, jeden statek transportowy, oraz dziesiątki kontenerów, które najpewniej za jego pomocą tu przetransportowano. Najemnicy byli uzbrojeni w standardową broń laserową, z której słynęło dawne Cesarstwo. Grozę budziły za to trzy czołgi z haubicami oraz jeden z miotaczem ognia.
    Tym co najbardziej odstawało w obozie był kompletny brak ludzi. Przed rozpadem Cesarstwa najemnictwo było zdelegalizowane a kosmici i tak nie byli już szanowani. Oznaczało to, że jeśli jest to banda najemnicza, to musiała zostać utworzona przez ostatnie trzy lata. Brak świadomości pilotów na ich temat zdradzał jednak, że działali bez zgody Imperium.
    Gdy Mike przyglądał się najemnikom, Great Sage informował go o szczegółach tych istot. Wiele z nich stanowiły tzw. Leonidy, które były duże i umięśnione z dumną grzywą wokół szyi. Było tu też kilka ukrywających się przed wzrokiem Kalemanów.
    Uwagę Great Sage przykuły ręcznie robione akcesoria, które regularnie pojawiały się na ubraniach najemników: - Insygnia i noszone przez nich wisiorki mają 93% podobieństwo do symboli największej gwiezdnej wiary, kościoła Magica Icaria. Kościół poświęcony jest ludziom. Zrzesza ich na stacjach gwiezdnych tworząc niewielkie społeczeństwa. Główną nauką jest wstręt do magii i rzeczy nadprzyrodzonych. Obecnym papieżem znany jest pod imieniem Zoan.
    - A więc, co chcesz z nimi zrobić, Mike? Oszacowałeś potencjalne zagrożenie i wybrałeś odpowiedni plan działania? - mężczyzna w czarnym kombinezonie ponownie spojrzał wymownie na bohatera. Tym razem być może faktycznie testował zdolności oraz charakter chłopaka.
    Mike wzruszył ramiona - Nie specjalizuję się w działaniach szpiegowskich, prędzej działam na froncie i ewentualnie prowadzę dywersję. Nie będę udawał, że takie zbieranie intelu - dodał fachowe słowo, chcąc zabłysnąć - jest dla mnie normą, bo zwyczajnie nie mam ku temu predyspozycji - bohater nie bał się mówić o swoich słabościach czy brakach. W końcu częścią prawdziwej siły jest uświadomienie sobie swoich niedoskonałości. Po sekundzie dodał - Dlatego drogi Royu, ewidentnie się na tym znasz, więc pozwól, że będę obserwował mistrza w akcji, samemu ucząc się od niego - po czym ukłonił się w geście potwierdzenia swoich słów. Mike faktycznie zamierzał obserwować działania towarzysza i uczyć się ich.
    Przekazał mu jedynie uwagi od Great Sage’a na temat ubioru najemników i ich potencjalnego powiązania z Magica Icaria, co teoretycznie było dziwne, wszak to ludzka wiara… Samemu zaś zapytał, jakie krasnoludy mają podejście do wiary, co wyznają oraz jak traktują takich kosmitów, jakie jest ich standardowe podejście. Nie umiał bowiem oszacować, czy jest szansa, że najemnicy faktycznie zostali wynajęci przez nich.
    - Istnieje 99% prawdopodobieństwo, że 80% populacji krasnoludów wyznaje Odyna i Lokiego, oraz pomniejszych bogów z ich historii. Pozostałe 20% to przedział ateistów i agnostyków. - poinformował go Great Sage.
    Roy wyprostował się i założył ręce na pierś w pozie krótkiego namysłu.
    - W takim razie ja zapytałbym krasnoludy jakie mają z nimi kontakty. My w Imperium nie wiemy za dużo o tej całej Icarii. Jeśli krasnoludy stwierdziły, że jest to nowa religia którą się interesują, to ich prawa będą zależały od tego na ile niepodległości zasługują. Jeśli nie są dostatecznie silni, by bronić swojej wiary, to uznałbym, że lepiej nie wpuszczać tych fanatyków do naszego sektora - wyraził swoje zdanie, po czym zwrócił się do pilotów. - Skoro zaspokoiliśmy już ciekawość Mike’a, to chyba możemy udać się na spotkanie z przedstawicielami krasnoludzkiej rasy.
    - Tak jest! Wylądujemy blisko wejścia do tuneli, jednak z dala od najemników. - zadecydował pilot.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Eidith

    Kolejnego dnia, kostucha została zaproszona na śniadanie wraz z Millią. Stół pełen był lekkich, wykwintnych potraw, od bruschetty po diable jaja. - Właściwie nie spytałam, czy jesz. - przyznała, że wypadło jej to z głowy. - Jesteśmy jednak teraz we dwie, więc to dobra okazja przedyskutować potencjał na współpracę.
    Eidith zachowując swoją maksymalną kulturę pochłaniała talerz za talerzem, delektując się wykwintnymi potrawami. Już w pierwszym tygodniu posiedzenia na Choloula spałaszowała wszystko co było w obecnych tam mesach i automatach. Nie musiała, ale to po prostu uwielbiała. A ten tutaj posiłek był dla Kostuchy jak ambrozja. Gdy skończyła kolejny talerz wytarła usta chusteczką i wygodniej rozsiadła się na siedzeniu.
    - Oczywiście, że jem, ale brak pokarmu mnie nie zabije jak moich pobratymców. - Zaczęła po czym kontynuowała.
    - Skoro mamy współpracować chce odłożyć formalność na bok. Mam na imię Eidith i tak się do mnie zwracaj proszę. - Z dzbanka nieopodal nalała sobie kawy. - A więc Miliio… Czuję się jakbym wygrała w loterię, że sama do mnie wyszłaś z inicjatywą, ale jestem też świadoma, że w obecnych czasach pozycja jest bardzo ważna. Ja jestem w potrzebie i wychodzi na to, że ty też. Tylko teraz pytanie, kto kogo bardziej potrzebuje? - Kostucha nie zamierzała się targować ani nic w tym stylu, znała swoje obecne położenie. Ale też chciała zgrywać troszkę trudną do zdobycia. Dla niej takie interakcje to rozrywka.
    Millia zakołysałą winem w kieliszku uśmiechając się pod nosem - Nie ma w tej galaktyce nikogo, kto kwestionowałby twoją siłę. Co się z tym wiąże, możesz wybrać dowolną frakcję, jeśli chcesz wejść do gry politycznej. - przyznała. - Każdy będzie jednak chciał czegoś w zamian. Silver i Bastion są na tyle potężni, że co najwyżej uznają cię za rówieśnika. Ja nie mam takiej siły. - wyznała. - Ja mam do ciebie więcej szacunku. Jestem w stanie zaoferować Deathsenders pełną niepodległość. Samoistne państwo wewnątrz moich terytoriów, miałabyś własne prawa i pełną swobodę w polityce. Sojusz, a nie partnerstwo. - zaoferowała. - Jeżeli chcesz mieszać się w politykę, potrzebujesz planet, ekonomii, znaczenia politycznego na tle galaktyki. To byłaby moja rola. W zamian za to oczekiwałabym od ciebie wsparcia militarnego. - Jej plan był prosty. Nie miała czasu ani sił przerobowych stworzyć floty na poziomie Bastiona. Z jedną Eidith po swojej stronie dostałaby jednak siłę rażenia równą każdej innej.
    Eidith doskonale sobie zdawała sprawę że poza jej siłą nie wnosiła nic do Deathsenders. Jej elita świetnie sobie radziła pod jej nieobecność skoro nadal funkcjonują. Jednak słowa uznania Millii sprawiły że w duchu uśmiechała się bardzo szeroko. Pociągnęła łyk kawy po czym się odezwała.
    - Dear oh me… Znacznie lepiej brzmi dla mnie sojusz niż pracowanie pod kimś. Nie po to zerwałam obrożę by znów sobie dać ją założyć. Będąc z tobą szczera nie boję się niczego co ta galaktyka jest w stanie na mnie rzucić. Jednak nie mogę być w dwóch miejscach na raz, albo się teleportować jak kolega Silver. Najbardziej zależy mi na bezpieczeństwie moich ludzi. A jeżeli przy okazji mogę podrapać twoje plecy, tym lepiej. Wręcz zrobię to z przyjemnością. - Znów się napiła. To powoli Eidith wydawało się zbyt piękne by było prawdziwe, ale skoro los się do niej uśmiechnął… a raczej urodziwa tryliarderka to przyjmie to z otwartymi rękami.
    - Właściwie że się niczego nie boję to fałsz. Tylko głupcy i potwory niczego się nie boją… Moją obecną fobią są czarne dziury. Gdy każdy inny obróci się w nic, ja będę cały czas świadoma podczas spaghettyfikacji… na samą myśl mnie trzęsie. - To ostatnie też było fałszem gdyż Eidith była ostoją spokoju. Podczas pobytu na stacji musiała opanować swoje emocje tak by trzymać je w ryzach. Czuła też wstyd na samą myśl jak jednego dnia kompletnie jej odbiło i w formie “prawdziwej” zaczęła demolować stację, ale to było dawno.
    - Było by czystą głupotą odrzucić twoją propozycję zwłaszcza, że kompletnie nie znam się na polityce i ekonomii gdzie to pierwsze zwykle przyprawia mnie o mdłości. - Przyznała, tym razem nalewając sobie wina powstałymi z ramion mackami.
    - Cieszę się, że widzisz sprawę podobnie do mnie. - Millia klasnęła zadowolona. - Przechodząc do szczegółów: będę potrzebować twojego wsparcia w odparciu rewolucji na moim terytorium, aby odstraszyć moich wrogów na najbliższy czas. Jestem w stanie zapewnić wsparcie moich agentów. Gdy moje tereny staną się w pełni stabilne, będę miała możliwość skupić się na poszukiwaniu AI. - wyjaśniła. - Mam nadzieję, że tego typu praca nie jest poniżej Deathsenders.
    - Bynajmniej. - pociągnęła łyk wina, po czym zapytała.
    - Czy ci rewolucjoniści mieszają w to ludność cywilną? Wiesz to zależy od tego, jak podejdę do sprawy. Nie perswaduje morderców. - spojrzała prosto w jej oczy.
    - Są ludnością cywilną. Kosmici żądają niepodległości w całej galaktyce. Nie chcą sprzedawać swoich surowców naturalnych. - wyjaśniła. - Korporacje dotyka to najbardziej. Najlepiej, gdybyś zrobiła przykład z ich liderów i zostawiła żywych do pracy. - westchnęła. - ale to później. Do tej pory postaram się przygotować dla ciebie kilku z moich elitarnych agentów. - obiecała. - Przedtem, twoja twierdza. Jeżeli będziesz w niej chciała jakiś czas odpocząć, przejąć administrację, nie ma problemów. W najbliższym czasie muszę też zwrócić miecz, którym was wyciągnęliśmy. Obiecałam Icarii go odnieść, a nie jest nam potrzebny. Na tę wizytę też możesz mi towarzyszyć.
    Cieszyła ją wieść że są to Xeno, nie miała żadnych skrupułów wobec nie ludzi. Jak będą grzeczni to przeżyją, jeżeli nie? Cóż ich życie jest w ich rękach.
    Na wieść o Icarii Eidith uniosła brwi nie kryjąc zaskoczenia. Doprawdy kuriozalne, w najlepszym interesie tych fanatyków byłoby uwięzienie Kostuchy na Choulula, a nie przykładać rękę do jej uwolnienia.
    - Icaria tak po prostu pożyczyła ci miecz? Wybacz ale wydaje mi się to… bzdurne nie chcąc nic w zamian. Więc pewnie wiedzą że jestem znów wolna. So much for keeping low profile. - Westchnęła dopijając lampkę wina, którą zaraz po tym znów napełniła.
    - Nie byłam w stanie zrozumieć motywacji Icarii od dłuższego czasu. Grunt, że da się z nimi współpracować. - przyznała Millia.
    - Zoan jest niepoczytalny. Po prostu. Uznał że dobrym pomysłem jest nasłać na ludzkość demony. Mogę tylko żałować, że tak późno się zorientowałam. - przechyliła lampke winą opróżniając ją, po czym odpaliła sobie papierosa. Chętnie spojrzałaby w oczy temu szaleńcowi by zobaczył, że ukręcił sam na siebie bata. Pewnie żałował że nie skręcił karku Eidith jak była jeszcze mała.
    - Nie puszczę Cię tam samej. Będę ci towarzyszyć. - Strzępneła popiół do popielniczki po czym dodała.
    - Powiedz mi więcej o tych Xeno rewolucjonistach. Rasa. Cele. Siła militarna. - Wymieniła pojedynczo na palcach.
    - Mówimy o planecie płazów. Nie pamiętam, jak się ta rasa nazywała. Ich ciała wydzielają smar, który jest bardzo użyteczny, jednak drogi do syntezy. Nie mieli problemu z jego odsprzedażą. Nagle zaczęli wysyłać jakieś wiadomości o gniewie bogów i szacunku do siebie, po czym przejęli port handlowy i na tym się skończyło. Jeżeli problemem jest religia, może mogłabyś zostać ich nowym bogiem? - zaproponowała.
    - Prymitywne umysły religijne. Tak, wiem, jak z nimi postępować. - Skinęła głową, biorąc łyk wina. Eidith była zdolna do rzeczy, które przyprawią zacofane umysły o prawdziwe zderzenie z rzeczywistością. Bycie wielbioną jak bóstwo też brzmiało bardzo przyjemnie, już nawet wiedziała, jak zstąpi z ich niebios na te troglodyckie łby. Właściwie to nie mogła się doczekać.
    - Widzę to nawet. Zstąpię na ich glebę ze słowami “Nie bójcie się” wiesz jak z tej archaicznej wiary ludzkości o bogu, cieśli i aniołach. To pismo nawet miało swoją nazwę, lecz jej nie pamiętam. - Skończyła lampkę wina i odstawiła ją na bok. W krótkiej ciszy spoglądała na Milię. Jej wzrok nie był analityczny, lecz taki, gdy podziwiało się jakiś obraz, dzieło sztuki.
    Millia poprawiła włosy. - Będę chciała to zobaczyć. - przyznała. - O dokładniejszych planach możemy porozmawiać później. Jest cokolwiek, co chciałabyś mnie zapytać? - spytała. - Nie planuję schodzić na arkę. Gdy dolecimy, poczekam na okręcie.
    - Oh… szkoda chciałam ci pokazać mój ogród xenofauny. Mam nadzieję, że go nie zapuścili, ale będzie jeszcze na to okazja. - Zaczesała włosy za ucha podnosząc się.
    - Nie tyle pytanie, co prośbę Millia. Czy możesz się dowiedzieć dla mnie o ostatnich poczynaniach Klasua van Hellsing. Cokolwiek czy chociaż gdzieś się pojawił. Nie ważne jak szczątkowe informację, będę bardzo wdzięczna.

    Deathsenders Ark

    Stacja Eidith z przestrzeni kosmicznej wyglądała tak samo, jak trzy lata temu. Obok niej czekał również olbrzymi, zdobiony złotymi elementami okręt gwiezdny Milli. Kobieta wykorzystała statek handlowy, aby nie zwracać na siebie uwagi w pobliżu Ziemi. Teraz mogła wrócić do swoich komfortów, czekając aż Eidith wypocznie w swoim dawnym domu.
    Gdy kostucha zstąpiła na powierzchnie w hangarze stacji, przywitała ją armia żołnierzy ustawionych w szeregach. Ich pancerze wspomagane i czarne wizjery natychmiast przypomniały jej z czym ma do czynienia: byli to tacy sami agenci, jak model żołnierza przed którym ratowała Marie Belly.
    Marie stała dumnie przed swoją małą armią, z uśmiechem przypatrując się powracającej Eidith. Obok niej stał Fernando. Obydwoje w zasadzie wyglądali tak samo, jak trzy lata temu.
    - Witam w domu. - odezwała się Marie.
    Kostucha kątek oka obserwowała rzędy żołnierzy. Wyglądali na stabilne modele, Pani Belly zrobiła dobrą robotę. Nie mówiąc ani słowa zbliżyła się do dwójki i położyła dłonie na ich karkach. Przycisnęła ich do siebie, tak by swoją głowę mieć między ich głowami.
    - Wróciłam. Przepraszam, że mnie tyle nie było. - Trwała tak krótką chwilę, w końcu ich puściła.
    - Gdzie reszta? Co porabiają? Wszystko dobrze z nimi? - To musiała wiedzieć, więc o to zapytała. Przez kamienny wyraz twarzy Eidith ciężko było wyczytać cokolwiek, ale naprawdę się cieszyła na ich widok.
    - Reszta? - spytała Maria. Fernando na nią spojrzał, po czym z powrotem na Eidith. - Nie mieliśmy strat, jeśli o to chodzi. - uspokoił mężczyzna.
    Mors również opuściła statek, powoli idąc za Eidith. - W czyjej sprawie potrzebny jest raport? - spytała.
    - Yato, Yse, Bonnie, Falco, Fio. - Wymieniła jakby to była oczywista oczywistość. Odetchnęła też z ulgą na wieść, że wszyscy żyją. Musiałaby zaraz po powrocie pójść na krucjatę przeciwko odpowiedzialnym za skrzywdzenie jej ludzi.
    - Wszyscy zdrowi. - potwierdziła Mors.
    Marie jej zawtórowała. - Yato dużo mi pomagał przy pracy nad tymi żołnierzami. Jest świetnym inżynierem. Fio pełni rolę generatora energii na stacji. Dzięki temu nie musieliśmy otwierać kontraktów handlowych przez ostatnie lata. Jesteśmy w pełni samowystarczalni.
    Fernando pokiwał głową. - Niestety Fio to w praktyce chodzące słońce. Ciężko nam wejść z nią w kontakt. Falco ma się lepiej, odzyskała trochę człowieczeństwa z rozwojem korupcji. Yse to Yse. Jako kosmita z iskrą nigdy nie podlegała korupcji, więc też nie miało co się zmienić. - podsumował.
    - Przez te trzy lata podlegaliśmy planom serca stacji. Nie robiliśmy wiele, zobaczysz jednak, że jesteśmy silniejsi, niż gdy nas zostawiłaś. - zaczęła wyjaśniać Marie. - wszyscy wiedzieli, że wrócisz. Śmierć jest w końcu wieczna. Przygotowywaliśmy się więc na ten moment.
    Fakt że Fio została zredukowana do reaktora niesamowicie niepokoił Eidith. Już przed jej zniknięciem była niestabilna emocjonalnie, a co dopiero teraz gdy przez trzy lata generowała energię stacji. Jednak tekst o sercu stacji ją zainteresował. - Jakie serce stacji, o czym Pani mówi?- uniosła brew.
    - Arka jest teraz żywa. - odparła z zadowoleniem w głosie. - Może pójdziemy je odwiedzić? Jest przepiękne! - temat ekscytował Marie, choć Fernando i Mors wzruszyli ramionami.
    Eidith nie była w stanie tego skomentować w żaden sposób, gdyż zaczęło to wykraczać za jej pojmowanie. Miała tylko nadzieję, że żywotność stacji nie powstała jakimś kosztem. Z drugiej strony Marie potrafiła tworzyć slayerów, więc na pewno nie wykracza to poza jej możliwości. - Proszę prowadzić zatem.
    Drużyna zostawiła za sobą armię Marii, aby udać się do centrum Arki. Schodząc w głąb stacji gwiezdnej, Eidith obserwowała, jak na ścianach pojawia się coraz więcej organicznych obrośnięć. Pojedyncze mięśnie, a nawet organy zaczęły wyrastać z sufitu i ścian, aż wreszcie przejęły trasę i stanowił nawet podłoże stacji. Wiele z części tego stworzenia wydawało się wnikać do maszynerii arki. Twarzą w twarz z sercem kostucha stanęła dopiero wkraczając do kontroli centralnej.

    The corruption of Love
    Bonnie Belly

    Z centralnego filaru, który niegdyś stanowił komputer sterowni arki, wyrastało ciało Bonnie Belly. Wyłącznie głowa dziewczyny pozostała bez skazy. Reszta jej organizmu została przekształconą w istny las mięśni i odrostów. Dziewczyna uśmiechnęła się na widok Eidith.
    - Odczułam twoje przybycie. Witam w domu. - przywitała się.
    Marie natychmiast podbiegła do swojej córki, przytulając jej twarz do swojej. - Tak szybko dorastają, prawda?

    - Oh my god… Bonnie. - Kostucha zakryła usta dłonią. Nie widziała nic pięknego w tym, czym się dziewczyna stała. To było po prostu okropne, to nie jest życie. Eidith oparła dłoń na ramieniu matki Bonnie. Ta mogła poczuć, że ręka ta jest bardzo ciężka i zimna. Marie, gdy spojrzała na twarz Kostuchy, standardowo nic nie mogła z niej wyczytać. Jedynie spojrzenie i głos wydawał z siebie jasną frustrację i smutek.
    - L̴̮̈́e̶͙͂p̵͚̉i̸̪̅̃ë̸̙́j̶̉̔͜ ̷̨̾̂ẓ̶̤̇̈́̾ë̸̻́ḇ̸͂͒y̸͎̞̏ ̴̬̈́t̵͎̽o̴̡̍ ̵͚̐̽ņ̵̍ȋ̸̳e̴̽̇͜͜ ̵͖̙͋b̴̖̏y̵̮̑ł̵͇͚͐ ̵̻͕̈́ẅ̴̞́y̵̬͂̕n̵͝ͅi̴̛̺̯ḵ̸̈́ ̵̰̺̀P̸̍͘͜á̷̛̩n̴̢̲̊͌i̸̘̣͋̕ ̶�-̹̘ė̴̜͍k̴̢͛s̷̥̀̕p̸̨͆̚ȇ̷͎r̷̅ ̫̥y̷̯̒̈́m̵̦̟̽e̶̼͛̓�-n̵̰͈̈́͘t̷̘͍͘ó̸̪̾̀w̸̯̓̉

    Presja jaką wywarła na niej Eidith na chwilę zamroziła Marie w miejscu. Po dłuższym namyśle kobieta odpowiedziała. Mimo potu na czole wypowiadała się płynnym zdaniem: - Nie, nie, nie mam kontroli nad korupcją… nie odważyłabym się mieszać w naturalnych procesach. - obiecała.
    - g̸͖̜̎ł̸̞̅o̴͍̓̈́s̶̯̹̔… o̵̯͘͝ḑ̷̈́p̷̗̗̍͊ō̴̞̈́w̸�-̯í̴͔ͅa̷̤͒d̷͔͉̎a̴̙̎̆… p̴̫̌r̴͘͝�-̞a̵̳͙͌̽g̸͖̘̍̊n̸�-̜i̷�-̮̬̓e̴̝͌̓n̷̹̈́͝i̷͚͗̌ǒ̶͉m̴͕̍́ - nieprzyjemny komentarz został wyharczany nad głową Eidith, głosem zdecydowanie nieprzystosowanym do ludzkiej mowy. Na suficie, trzymając się pulsujących mięśni Bonnie, wisiała Falco. Wciąż w wilczej formie, wyglądała na nieco bardziej poczytalną, niż trzy lata temu.
    - Głos odpowiada pragnieniom. - powtórzyła bardziej zrozumiale Bonnie, zamykając na chwilę oczy. Niestety, nie rozwinęła myśli. Z drugiej strony i tak była już dużo bardziej wymowna, niż kiedyś.

    - Przepraszam… ten widok sprawił, że… czułam rzeczy. - Przyznała szczerze Eidith, zmniejszając nacisk na ramię Marie, przy okazji poprawiła jej kołnierz. Spojrzała ku górze zaskoczona faktem, że Falco jest w stanie się do niej zakraść.
    - Też słyszałam ten głos. To było wtedy, gdy Eidith wciskała bagnet w serce bękarta December. - Mimo że nie było to jej wspomnieniem, pamiętała każdą sekundę.
    - Bonnie, jeżeli twoim pragnieniem było stanie się… Stacją basically kim jestem, by to osądzać? As long as you’re happy. - Dodała na koniec. Jej ekipa nie wydawała się tak bardzo w porządku, jak o tym mówili. Ale skoro korupcja tak postępowała, nie mogła być na ten fenomen zła. Tak sobie wmawiała przynajmniej. Zanim postanowi odwiedzić Fio, zagadała jeszcze do Falco.
    - Powiedz mi kochana jakim cudem się do mnie zakradłaś? Przy okazji zejdź do mnie.
    - Czuuujesz…. Nie postrzegasz…

    Corruption of Belonging
    Falco

    Wilkołacza kobieta zeskoczyła z sufitu. Patrząc na nią, Eidith nie była w stanie w pełni określić, co widzi. Falco raczej wciąż była humanoidalnym wilkiem. Mimo tego, nic w jej wyglądzie się nie wyróżniało ani nie odstawało. Nawet gdyby kostucha chciała narysować kobietę, nie byłaby w stanie nawet stwierdzić, od czego zacząć, czy jak to zrobić. Falco jednocześnie nie kłamała. W teorii dało się ją wyczuć. Była żywa. Zdawała się jednak tak przeciętną i naturalną częścią otoczenia, że ciężko było zwrócić na nią uwagę. Falco była po prostu “swoją”. Przynajmniej, gdy znajdowała się na stacji.
    Eidith obejrzała bardzo uważnie Falco że nawet z bliska mogła dojrzeć jak źrenice kostuchy łapały ostrość niczym soczewki kamery. Nie widziała nic czym nie byłaby Falco, co było równie naturalne co dziwne. - Pani Belly, będę prosiła o rozległy rozpis całego personelu dotkniętego przez korupcję i niech dostarczy mi go Yato. Nie ma pośpiechu. - Jej prośba była bardzo prosta, do tego nie wyobrażała sobie by ktoś z jej elity miał nieznane jej zdolności. Trzeba było jeszcze zobaczyć co u Fio…
    - Oczywiście. Niewiele osób ma zaawansowaną korupcję. Dobrze pójdzie, to raport będzie gotowy dzisiaj lub jutro z rana. - obiecała.
    - Wybornie, teraz pozwólcie że pójdę do Fio. Jeżeli też jest szczęśliwa że stała się częścią stacji. - Eidith zastanowiła się chwilę. - To dobrze, chyba że postradała zmysły. Wtedy będę musiała działać. - Kiwnęła sobie głową kostucha. Niestabilne słońce na stacji to coś czego bardzo nie chciała mieć. Zastanawiała się też nad modernizacją całej stacji, ale biorąc pod uwagę nowe organiczne części będzie to trudniejsze niż myślała. Ale wystarczająca ilość pieniędzy powinna to załatwić. Tak się składało że miała “dostęp” do znacznej ilości funduszy.
    Na komentarz Eidith z podłogi wyrosła winda, rozsuwając liczne mięśnie Bonnie. - Fio ma się dobrze. Generator jest pode mną. - wyjaśniła Bonnibell.

    Silver

    Gdy Silver pojawił się po drugiej stronie, skrywający zaskoczenie Dragon od razu go uściskał, zdradzając ogromną siłę. - Boże, wreszcie cię znowu mamy! Nie wyobrażasz sobie, jak myśmy się czuli, gdy cię całym okrętem zawiedliśmy. Na trzy lata utknąłeś i nic nie mogliśmy zrobić!
    Młody Armstrong bez wahania odwzajemnił uścisk. Wyglądało na to, że Francis nieco przypakował przez te trzy lata.
    -Stary druhu… - Silver starał się nie rozkleić. - To nie była wasza wina, cała Piramida stanowiła pułapkę. Dobrze, że w ogóle udało wam się znaleźć do niej jakiś klucz. - On sam nie zdołał otworzyć tej klatki, nawet z pomocą swoich demonicznych mocy, co było świadectwem tego, jak trudne to zadanie. Wypuścił starego pirata z objęć.
    -Dobrze znowu być z wami, ale jeszcze ktoś czeka na mój powrót. Wyznacz kurs, a w trakcie podróży możemy nadrobić stracony czas.
    - Powiedz mi dokąd tylko, twoja rodzina teraz trochę w różnych miejscach. - poinformował Dragon. - Każdy czym innym zarządza.
    - Może zlecę jakiś obiad na twój powrót? - spytał Jack. - Masz na coś ochotę?
    -To po kolei, powiedz mi, kto gdzie jest i dokąd najbliżej. - Poprosił Silver. Bez dostępu do części bram gwiezdnych, względne odległości między różnymi punktami w galaktyce uległy z pewnością znaczącym zmianom. Jego znajomość infrastruktury była na ten moment nieaktualna. Upierdliwa niedogodność, ale do obejścia. Będzie trzeba przemodelować Balmoral, by okręt stał się zdolny do skoków nadprzestrzennych. Mocy miał dość, ale nie był przystosowany do takich odkształceń przestrzeni. Chyba że jego ludzie już coś przy nim gmerali, jak go nie było, ale na takie rozważania przyjdzie jeszcze czas.
    -Obiad? Zdecydowanie popieram. Na samą myśl zaczęło burczeć mi w brzuchu. - Jakby nie patrzeć, od trzech lat nie miał niczego w ustach. Po prawdzie już od dawna nie musiał jeść, w końcu "ewoluował" jeszcze zanim utknął w Piramidzie, ale zawsze sprawiało mu to przyjemność. - Wciągnę wszystko co będzie podane i mam ochotę wypić całe morze whisky.
    Przywiązanie do "przyziemnych" kwestii i przyjemności było dla niego niejako kotwicą. Choć wedle definicji Kodu Uniwersalnego nie był już częścią zbioru "Ludzkość" tylko jednostką unikalną, to dzięki temu czuł, że w jakimś stopniu pozostaje ludzki, nawet jeśli było to mniej niż u pozostałych. Ciekawe jak na tym tle wypadała Eidith i jej podobni. Rzekomo Korupcja spajała ich mocniej z człowieczeństwem, ale po tym, co stało się z Vladem, mocno w to powątpiewał. Lata upływały, a pytań nie ubywało. Korciło go, by zacząć szukać odpowiedzi, teraz zaraz, ale zdecydowanie miał coś ważniejszego do zrobienia na już. Przyjaciele i rodzina czekali.
    - Cóż, twój ojciec w zeszłym roku przerobił starą centralę Maximiliana na nowe biuro główne Armstrong Industries. Chciał zwiększyć dystans między sobą a innymi korporacjami w partnerstwie. Twoja matka z kolei pozostaje w bazie gwiezdnej koalicji. Ah, wiesz już, czym jest koalicja? - spytał. - Do twojego taty nam bliżej, acz będziemy musieli zejść z kursu, więc do konsorcjum będzie przez to dalej. - wyjaśnił.
    -Piąte przez dziesiąte, Millia mi co nieco objaśniła w temacie sytuacji politycznej. - Odpowiedział, miał też dane pobrane z sieci, ale jeszcze nie było okazji, żeby je przetrawić. Jakieś wymoczki próbowały stawiać się na równi z jego rodziną? Dobre sobie, pod jego nieobecność najwidoczniej czuli, że wolno im więcej, niż w rzeczywistości. No to trzeba będzie im wskazać prawidłowe miejsce w szeregu. - A dokąd właściwie teraz lecimy? I gdzie siedzą bliźniaki?
    Na to pytanie Jack szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia, krzycząc coś o obiedzie. Dragon odchrząknął - Są z nami na statku. Lecimy odebrać nieco materiałów produkcyjnych, które chciała twoja siostra. - odparł nieśmiale.
    Poważnie? Ujrzawszy reakcje swoich kumpli, Silver nie mógł powstrzymać chichotu, a to paradne.
    -Serio? Dzieciaki rozstawiają was po kątach? - Zapytał, szczerze rozbawiony całą tą sytuacją. Oczywiście, jego młodsze rodzeństwo było już od lat dorosłe, ale taka już perspektywa starszego brata. No i nie żeby było w tym coś złego, załoga potrzebowała jakiegoś zajęcia, żeby mieć mniej czasu na obwinianie się o jego uwięzienie. Choć jak już się przekonał, wciąż mieli go dość.
    - Handler rządził statkiem. Nikt go w niczym nie pokonał. - oznajmił Dragon. - Jeśli chodzi o to, czemu tu są… Muszę ci coś pokazać. Jack na pewno nie chciał psuć ci humoru, ale im wcześniej, tym lepiej. - Stwierdził Dragon, wychodząc z mostku.

    ***

    Mężczyzna zaprowadził Silvera do parku w samym centrum okrętu. Pociągiem jechali tu dobrą godzinę, jednak nie chciał się wygadać, o co mu chodzi. Silver miał okazję zrozumieć osobiście: był to wielki pomnik, dedykowany sowitej liście ofiar.
    - W tym samym roku, co zniknąłeś, ktoś napadł Balmoral. Myśleliśmy, że piraci, ale im dłużej to badamy, tym mniej jesteśmy tego pewni. - wyjawił Dragon. - Po stracie dużej części załogi oraz Drystone… twój ojciec szukał nowego kapitana i wyszło, jak wyszło.
    Silver rozpoznawał większość imion na monumencie. Wśród nich był Corvo, jak i Natasha Stark, oraz Ethelynne Drystone.
    Gdy Silver czytał imiona na monumencie, przemówił za nim znajomy głos. - Poza zmarłymi było również wielu rannych. Christina wciąż jest niezdatna do ciężkiej służby. - Młody demon odwrócił się. Zobaczył za sobą wysokiego, choć młodego mężczyznę z przystojną i delikatną twarzą, długimi włosami i płaszczu. Wydawał się również znajomy, co obcy.
    - To niesamowita ulga wreszcie mieć cię z nami. - wyznał Ainsley, rozstawiając ręce na boki, zapraszając brata do uścisku. - Kosztowało nas to dużo pracy.
    Silver patrzył na pomnik poległych, zaciskając pięści i zęby, a atmosfera zdawała się pękać w szwach, gdy z trudem utrzymywał wściekłość na wodzy. Jego ludzie, jego przyjaciele, zabici. Kto śmiał… pierwsza na myśl przychodziła Vyone, która od trzech lat się ukrywała. Ktokolwiek to zrobił, lepiej niech już zacznie się modlić, bo gdy w końcu zostanie znaleziony, żaden bóg go nie ocali.
    Gdy usłyszał znajomy głos, jego furia gwałtownie opadła, choć dalej czaiła się z tyłu jego głowy, teraz dojmującym uczuciem była radość. Jego młodszy brat bardzo się zmienił, cholera jak dobrze było go widzieć po tak długim czasie…
    -Ainsley… ale wyrosłeś! Nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę. - Mocno uściskał chłopaka. - Dobrze jest wrócić. Praca dopiero się zaczyna młody, mamy bardzo dużo do zrobienia na wczoraj. - Była to oczywista hiperbola, niemniej trzeba było nadrobić trzy lata zaległości i wyprostować kilka spraw.
    - Tak długo, jak jesteś na okręcie, ja mam wolne. - stwierdził Ainsley. - Chyba po to cię wyciągałem, nie? - klepnął brata w ramię, po czym sam spojrzał na pomnik. - Powiem Jackowi, żeby wynieśli tu stoły. Zjemy ku ich pamięci. - zaproponował.
    -Dobry pomysł. - Przytaknął Silver. Widać, że kiedy jego młodszy brat wydoroślał, postanowił też zwolnić tempo. Kiedyś pojęcie "czasu wolnego" było dla niego abstrakcyjne, zresztą to akurat cecha rodzinna. Praktycznie każdy Armstrong nieustannie gonił za coraz to nowymi celami do zrealizowania, nowymi wyżynami na które mógł się wspiąć. - A gdzie wsiąkła Nessie, że nawet nie przyszła się przywitać? - Zapytał z udawanym wyrzutem. Podejrzewał, że siedziała z Meredith, w końcu obie zajmowały się medycyną. A wiedział, jak bardzo jego lekarz okrętowa potrafi się wciągnąć w eksperymenty.
    - Jest w kuźni. Stwierdziła, że skoro już do nas dotarłeś, to będzie czas się z tobą spotkać. Nie daj się jej zwieść, jak byłeś uwięziony w piramidzie, to mocno się przejmowała. - zapewnił Ainsley. - Jak nie chcesz jej nachodzić, to na pewno dołączy do nas przy posiłku.
    Kuźnia to coś nowego. Ciekawe, co ją skłoniło do zmiany hobby. Może… cholera! Skoro napastnicy dotarli do tak głębokiej części okrętu, to Silver chyba wiedział, po co zaatakowali. Jeśli to przez ten pieprzony kawałek blachy…
    -August… - Wymknęło mu się, choć nie było to nic pewnego. - Nieważne, później się tym zajmę. - Dodał, zanim brat zdążył zapytać, co Silver ma na myśli. - Mówisz, że młoda zmieniła się w tsundere? - Wizja była o tyle zabawna, że zanim utknął, to właśnie Nessie była bardziej wylewna z bliźniąt.
    - Jest bardziej praktyczna. - ocenił po chwili namysłu Ainsley. - Wydarzenia w piramidzie, rozpad Cesarstwa… mamy za sobą dużo wydarzeń, które wstrząsnęły każdym. Nie oczekuj, że ludzie będą się zachowywać tak, jak ich zapamiętałeś. - ostrzegł. - Trzy lata to dużo czasu, zwłaszcza tak burzliwe. Jakie masz plany na tę chwilę?
    Wszystko płynie, wszystko się zmienia. A motorem wielu ostatnich wydarzeń był nie kto inny jak on. Oczywiście, nie planował tego co się odwaliło, ale mleko się rozlało i trzeba było z tym żyć. Szkoda tylko, że w efekcie tych zmian ludzie mu bliscy obrywali rykoszetem…
    -Byłoby łatwiej, gdybym wiedział czego się spodziewać, ale mam trzy lata wyjęte z życiorysu. Muszę się przygotować na niejedną niespodziankę. - Westchnął teatralnie, nie znosił być nieprzygotowanym, a bycia do tyłu wręcz nienawidził. - Co zaś tyczy się planów, najpierw muszę się zorientować w sytuacji wewnątrz korporacji, oraz tego konglomeratu, który się utworzył pod moją nieobecność. - Zdradził, w końcu nie była to żadna tajemnica. Potem przyjdzie pora, żeby się zbroić i upewnić, że pewne artefakty nie wpadną w niepowołane ręce. W sumie… - Trzeba też rozpocząć poszukiwania. Jeśli moje przewidywania są słuszne, nikt nie może położyć rąk na tym, co chcę znaleźć. - Szczęśliwie miał w swojej ekipie idealną jednostkę, by przekopać galaktykę pod tym kątem.
    - Co masz na myśli? - spytał Ainsley.
    -Trzy lata to prawdopodobnie dość by objawił się artefakt. - Odparł spokojnie. I tak trzeba było to prędzej czy później objaśnić. - Jeśli ten szacunek jest poprawny, to gdzieś w galaktyce można teraz znaleźć przynajmniej dwa, bazujące na zdolnościach moich i Eidith. Uwierz mi młody, to co można by uczynić, korzystając z ich mocy, nie mieści się w głowie. Nie ma opcji, żebym pozwolił im wpaść w czyjeś brudne łapska. - Nie mówiąc o ryzyku jakie by to stwarzało, Silver po cichu liczył, że użycie artefaktu, którego był źródłem, podziała jak amplifikator na jego własną moc.
    Ainsley wyraźnie spoważniał. Złapał się za czoło i zastygł na moment, wyraźnie trawiąc tę informację. - Nie wziąłem tego pod uwagę. - przyznał. - To faktycznie ogromne zagrożenie. Porozmawiam z Drakiem w tej sprawie. Może będzie w stanie coś namierzyć… Każę też Pi przetrzepać wszelkie nowinki na temat artefaktów. Mamy dobre stosunki z Adamem, może pomoże nam w tej sprawie? Chyba że chciałby artefakt dla swojej armii… nie, nie narażałby się na konflikt z tobą. Bez pozwolenia go nie zagrabi. Musimy tylko ubiec Bastiona. - oszacował.
    -Łatwo to przeoczyć. - Demon pokiwał głową ze zrozumieniem. Mechanizm powstawania artefaktów opisano w pełni zaledwie kilka tygodni przed wydarzeniami w Piramidzie i nie stanowił wówczas wiedzy powszechnej. A to co się potem rozpętało… ludzie mieli pilniejsze sprawy na głowie. - Szczerze, nie jestem już pewien, komu z zewnątrz można ufać. Jeśli moje podejrzenia są słuszne i celem tamtego ataku było zdobyć Odłamek, tylko trzy osoby miały zarówno wiedzę o tym, że jest w naszym posiadaniu, jak i środki, by podjąć taką próbę: Vyone, Zilva i Adam właśnie. - Szczerze, Silver nie chciał podejrzewać starego Admirała. Po tylu latach przyjaźni, był praktycznie członkiem rodziny, gdyby ich zdradził, to by naprawdę zabolało… Oczywiście, jeśli powód ataku był inny, lista podejrzanych pozostawała otwarta.
    - Mogę potwierdzić, że to było celem ataku. - przyznał Ainsley. - między innymi dlatego podejrzewaliśmy gildię piratów. Sprzęt i taktyki atakujących jednak nie wyglądają na standardowe dla wojsk Zilvy. - westchnął. - Na szczęście udało się go ochronić.
    Teraz to dopiero Silver poczuł się winny. Gdyby tylko zabrał go ze sobą, nikt by nie ucierpiał… Spojrzał ponownie na pomnik, a z jego oczu popłynęły łzy. Chciało mu się wyć, rozedrzeć sprawców na strzępy i unicestwić ich dusze.
    -To przeze mnie… Przepraszam was… - Głos mu się łamał. - Zapłacą za to, wszyscy… Obiecuję, zemsta ich dosięgnie. - Wziął kilka głębokich wdechów, musiał zapanować nad sobą, jeśli chciał panować nad sytuacją. Na pomstę przyjdzie czas. - Chcę dostać wszystkie materiały, nagrania i raporty jakie mamy o ataku, przeanalizuję je osobiście. - Musiało być coś, co wskaże winnego. Był Octoberem, potrafił dostrzec powiązania, które dla innych mogły nie istnieć.
    - Naturalnie, przekażę ci raporty i pokażę materiały. - przytaknął Ainsley. - ale absolutnie się nie wiń. Nieumiejętność załogi nie jest twoją odpowiedzialnością. Wrogów miałeś od wczesnej młodości. W ramach swojej pracy mieli być gotowi, aż któryś zapuka do drzwi. - jego komentarz był dość zimny. Zawierał w sobie narwane, ogniste emocje, które charakteryzowały Ainsleya za młodu. Nietrudno było zrozumieć jego motywację: żołnierze giną, a jeśli okręt nie jest w stanie obronić jednego czy dwóch artefaktów, to nie spełnia swojej funkcji.
    -Upływ czasu Cię utwardził. - Demonowi trudno było się nie zgodzić z logiką brata. Nawet jeśli była bezwzględna. Załoga zapłaciła cenę za swoje braki. A ten kto się na nich porwał, zapłaci za swoją głupotę. - I nie mówię tylko o charakterze. Słyszałem już od Francisa, że skopałeś tyłki wszystkim oficerom. Mówią na Ciebie "Handler". - Silver uśmiechnął się z uznaniem, pokonać Raidena w walce wręcz, było nie lada wyczynem. - Będziesz musiał mi potem pokazać, czego się nauczyłeś pod moją nieobecność.
    - Trening dobrze nam zrobi. - przytaknął Ainsley. - Na pewno wiele będę mógł się od ciebie nauczyć.
    Demonowi nie do końca chodziło o sparing, ale w sumie nie był to taki zły pomysł. Tak łatwiej będzie mu zmierzyć tę nową moc, którą u niego wyczuł.
    -Pewne rzeczy się jednak nie zmieniają. - Młody pewnie liczył, że sprawdzi przy okazji, na ile nadgonił do Silvera. - Ale to później, teraz umieram z głodu…
    Wciąż zajęło to dobrą godzinę, nim pracownicy stacji zdołali zorganizować kilka dużych stołów pod monumentem i wystawić je pożywieniem. Na biesiadę przygotowano pieczoną kaczkę, spaghetti, chińskie pierogi, mięso w galarecie i wiele innych, teoretycznie przypadkowych potraw. Po chwili namysłu Silver zdał sobie jednak sprawę, że były to ulubione dania poległych. Może nie komponowały się szczególnie ze sobą, jednak każdy talerz pomagał wspominać i kontemplować życie każdego z byłych przyjaciół Silvera.
    Z racji, że przygotowania trwały dłużej niż się spodziewał, młody Demon musiał jeszcze znaleźć sobie jakieś zajęcie. Poświęcił zatem czas na analizę danych, które wcześniej ściągnął, zwłaszcza tych dotyczących stanu korporacji, konglomeratu i zawartych kontraktów. Wpuścił też do odpowiednich działów skany i analizę techu, który znalazł w Piramidzie. Raczej nie był bardziej zaawansowany niż ten tworzony przez Armstrongów, ale dawał podstawy do dalszej dywersyfikacji, jeśli trochę nad nim popracować.
    Posiłek urządzono w ramach wolnego bufetu, ponieważ tak łatwiej było zmieścić wszystkich chętnych do udziału w parku. Co jednak za tym szło, Silver nie mógł zbyt łatwo zaspokoić swojego głodu. Regularnie przerywały mu posiłek kolejne to osoby, które chciały porozmawiać i podłapać z zaginionym mistrzem okrętu. Drake spędził ostatnie lata, studiując mechanizmy magii i jej efekty na ludziach. Pi trenowała nowych szpiegów, gdy Bo pomagał zwiększyć kompetencje wojska okrętowego. Jedno i drugie zajęcie było pomysłem Ainsleya. Meredith stała się nową gwiazdą korporacji dzięki jej nowym, organicznym nanomaszynom. Technologia pozwalała odbudować ludzkie ciało błyskawicznie, bez zmieniania osobnika w cyborga. Jej zastosowanie nawet zmniejszyło stopień, w którym Jack był robotem: adwent nadmagii sprawił, że ten zaczął szukać drogi na szczyt w byciu człowiekiem.
    Na okręcie sporo się zmieniło i wyglądało na to, że na lepsze. Ludzie byli bardziej zmotywowani, szkoda że przyszło im za to tak drogo zapłacić. Ainsley też świetnie się spisał. Zdecydowanie zasługiwał na swoje przezwisko, nawet jeśli zdobył je w nieco odmiennych okolicznościach. Miał nadzieję , że odkrycia Drake'a i Meredith mogły okazać się przydatne również dla niego, więc poświęcił im więcej czasu niż wymagały zasady smalltalk. Choć oczywiście wiedział, że w późniejszym czasie, będzie musiał odbyć z nimi naprawdę długie i szczegółowe rozmowy na ten temat.
    -A gdzie wywiało Septembera? - Zapytał Holmesa, gdy wstępnie zaspokoił swoją ciekawość.
    - Nie mam pojęcia - przyznał Drake. - Wygląda na to, że opuścił galaktykę? Skoro grozi nam nadejście demonów, wątpię, aby chciał tu pozostać.
    Zwiał, no cóż… można było się tego spodziewać. Nie ukrywał przed Silverem, że miał takie plany. Szkoda, z jego mocy byłby spory pożytek w obecnej sytuacji. Pozostawało mieć nadzieję, że młody kronikarz nauczył się od Iruty możliwie jak najwięcej.
    -Dopóki istnieje April, teoretycznie powinniśmy być chronieni przed demonami. - Zakładając, że March nie ściemniał, bądź sam nie miał niepełnej wiedzy, dopóki nie pojawi się mag całkowicie wolny od przyczynowości, byli bezpieczni przynajmniej w tym względzie. - Wiemy coś o pozostałych Miesiącach?
    - April nie jest bezpieczna od demonów. - zauważył Drake. - Jeśli mamy ją chronić, to i tak będziemy musieli z nimi walczyć. May nie ruszała się z Pars, a Zilva dalej ma Augusta. January nigdzie się nie objawiał wedle mojej wiedzy.
    -Czyli wszystko po staremu. Dzięki za wprowadzenie. - Odparł Armstrong. Nie wyprowadził Drake'a z błędu, bo nie było takiej potrzeby. Azazel stracił cel, gdy April podzieliła swoją duszę i oddała jej fragmenty ludziom. O ile Kod nie stworzy trzeciej generacji demonów, które będą jeszcze bardziej restrykcyjne, póki co mieli spokój.
    Gwiazdą wieczoru miało być spotkanie Silver z siostrą. Ta oczywiście się zjawiła. Nie podeszła jednak do Silvera: w ciszy jadła pojedyncze posiłki. Ainsley spróbował ją nawet podżegać, po czym wrócił do Silvera z nowiną, że nie wypada rozmawiać przy jedzeniu.
    Demon nie był pewien, czy siostra celowo go unika, czy po prostu prowokuje, by podszedł jako pierwszy. Mógł to sprawdzić dwojako, albo prześwietlić jej parametry i ocenić nastrój, tym samym zyskując częściowy obraz motywu, albo zabawić się z nią w kotka i myszkę.
    Druga opcja wydała mu się zabawniejsza, zwłaszcza że dawała mu okazję coś wypróbować. Niezauważalnie przestawił powiązania przyczynowo-skutkowe. Wszyscy wokół dalej zachowywali się naturalnie, po prostu gdy zmieniali stolik by z kimś porozmawiać, zupełnie przypadkowo podsiadali Nessie, albo Silvera, którzy akurat brali dokładkę z bufetu. Z każdą rundą uzupełniania talerzy, rodzeństwo siadało coraz bliżej siebie. Po kilku takich przetasowaniach jego siostra stanęła przed wyborem, usiąść ze starszym bratem, albo otwarcie strzelić focha.
    Dziewczyna nie wyglądała na specjalnie przejętą zbliżającą się obecnością brata. Gdy już mieli usiąść obok siebie, zrobiła sobie kawę po czym podeszła prosto do Silvera. - Hey Sil. - uśmiechnęła się. - Ja skończyłam, przyjdź do mnie do kuźni jak będziesz miał wolną chwilę. - poprosiła, obracając się na pięcie.
    Po raz pierwszy od dość dawna młody October poczuł się zbity z pantałyku. Skoro go nie unikała, to o co chodziło? Planowała się rozpłakać i paść mu w ramiona, a nie chciała przy świadkach? Uśmiechnął się pod nosem na tę myśl, choć scenariusz nie był zbyt prawdopodobny, może trzy lata temu, ale nie dzisiaj. Widać, jakąkolwiek sprawę by do niego miała, mogło to jeszcze chwilę zaczekać. Wziął więc kolejną porcję i zwinął ze stołu nieotwartą flaszkę whisky, a potem ruszył między stolikami, by zobaczyć czy ktoś jeszcze chciał z nim porozmawiać i wypić kilka toastów za poległych przyjaciół.

    Rozgrywka

  • Starlords
    BoomyB Boomy

    Sesja rozpoczęta 25.06.2023 roku jako sequel do Recollectors.

    Gracze to:
    Deadziu jako Eidith Lothunn
    Eleishar jako Silver Armstrong
    Med jako Roy Genshi
    PefriX jako Mike Nor.

    Rozgrywka prowadzona jest poprzez Google Docs. Tutaj wrzucamy podsumowania scen gdy zostaną rozegrane. Z uwagi na ograniczone ilości czasu, między aktualizacjami mogą być nawet 3 miesiące przerwy.

    Okręt handlowy Artemis-86, pobliże Ziemi.

    - To byłoby na tyle. - podsumowała Millia. - Bastion buduje swoje imperium, Zilva grasuje na rubieżach. Każdy stara się w jakiś sposób ustabilizować. W międzyczasie kosmici próbują się wyzwolić spod ludzkiego buta. - wyjaśniła. - Jeśli macie jakieś konkretne pytania, to mogę wam przybliżyć sytuację.
    Znajdowali się na niedużym mostku, gdzie Millia z fotela obserwowała pracę okrętu. Nie chciała zwracać uwagi na swoją misję, a więc i okręt w ogóle do niej nie pasował. Był bardzo praktyczny, tani, pozbawiony wygód. Zajmowany przez nią fotel nie pasował do reszty wystroju wnętrza.
    Dostali się tutaj za pomocą teleportującej czapki Don Fernanda. Mors i Jack wnieśli je do wnętrza Choulula, żeby wreszcie ich wyzwolić, po aż trzech latach. Lojalni słudzy czekali jednak na zewnątrz. Na mostku i tak było mało miejsca, a dla Milii liczyły się pewne formalności. Nie wypadało, aby uzbrojeni agenci oblegali mostek kapitański jej okrętu.
    Trzy lata w tej puszce… I wyciągnęła ich Millia? A zresztą nieważne, grunt, że w końcu stamtąd wyszli.
    -Zatem jedność ludzkości się rozsypała, panuje chaos, a Ty uwalniasz z więzienia dwoje najbardziej niebezpiecznych osobników w promieniu paru tysięcy lat świetlnych? - Silver nie ukrywał zdziwienia. Rozumiał, że ich ludzie mogą próbować w końcu ich wydostać, ale dla Millii był tylko potencjalnym problemem. Jego rodzina wykroiła sobie ładny kawałek z nowego tortu i stanowiła jedną ze stron konfliktu wewnętrznego. No, mogła mieć oko na Eidith, która została wolnym strzelcem. Ale nie wiedział, czy samą Kostuchę będzie interesowało, by znów znaleźć się pod kimś, gdy ledwo uzyskała niezależność. - Nie zrozum mnie źle, miło w końcu pooddychać innym powietrzem, ale jaki widzisz w tym interes?
    Kostucha w milczeniu słuchała słów Millii, w międzyczasie uważnie ją przewiercała wzrokiem. Jakby patrzyła na każdy jej organ z osobna. Największą uwagę Eidith zwróciły włosy i biust kobiety. Na pewno nie wyglądała na swój wiek, ale że jest wiele starsza od Kostuchy nie miała wątpliwości.
    - Więc gdy władza poszła w niebyt każdy rzucił się na swój kawałek tortu. Jakie to ludzkie. - Mimika Eidith była pozbawiona wszelkich uczuć jednak w jej tonie można było usłyszeć nutkę rozbawienia. Delikatnie szybując nad ziemią podleciała do okna i zadała pytanie.
    - A Panienka Millia? Celuje w ogarnięcie tego chaosu, czy żeby kawałek tortu był większy? - Nie odwracając twarzy od szyby czekała na jej odpowiedź. Co do tego jaki ma w tym biznes Millionaire, Eidith była pewna odpowiedzi… ale chciała to usłyszeć od niej w jej własnych słowach.
    - Silverze… Czemu nie? - spytała Millia. - Wasza wolność była kwestią czasu. Przy szczęściu będziecie o mnie pamiętać, a co ma być, to będzie. - oceniła była admirał, zaciągając się papierosem. - Nie sądzę, abyście byli niebezpieczni. Żaden admirał tak nie uważa. - zdradziła. - Wiemy od April i Lazarusa, że stanęliście po naszej stronie i walczyliście z Marchem. Ba, dla wielu jesteście bohaterami. - wiedza ta tłumaczyła jej zrelaksowaną postawę. Millia nie spodziewała się, aby Silver czy Eidith byli w stanie lub mieli chęci krzywdzić ludzi bez dobrego powodu. - Jeżeli chodzi o mnie, to tak… staram się zachować swój kawałek tortu. - przyznała.
    Młody Armstrong postanowił nie wyprowadzać Millii z błędu. Może nie stanowili bezpośredniego zagrożenia, ale zdecydowanie byli niebezpieczni, jeśli pogłaskać ich pod włos. A w przypadku Silvera, było bardzo łatwo to zrobić… Właśnie, trzeba było przeprowadzić bardziej dokładne rozeznanie sytuacji. Nawiązał połączenie z siecią i zaczął ściągać dane. Jak dobrze było znów mieć dostęp do informacji.-Jak wyglądają stosunki między poszczególnymi frakcjami? - Zapytał spokojnie. Nie wszystkie wieści były jawne, a choć był w stanie zhackować praktycznie każdą sieć, nie miał teraz na to ochoty. Skoro młoda pani ex-admirał była gotowa udzielić mu odpowiedzi, nie trzeba było brudzić sobie rąk.
    - W teorii nie ma żadnej otwartej wojny. Bariera językowa znacznie spowalnia dyplomację. Pewnie już zauważyliście, że nikt nie mówi po ‘Cesarsku’, czymkolwiek ten język był. - zwróciła uwagę Millia. - Piraci są oczywiście bezprawni, więc każdy robi z terytorium Zilvy na co ma ochotę. Bastion z kolei żerował na planetach, które nie zdążyły się sprzymierzyć z żadną frakcją. Tych jest jednak coraz mniej, więc zaczyna się jego rywalizacja z Adamem. Z tego, co wiem, wciąż oficjalnie nie rozpoznał niczyjej niepodległości.
    - Jak się Panience udało znaleźć moich ludzi? Na pewno musieli się ukrywać przed tymi fanatykami z zakonu - Nawet nie chciała wypowiadać tej nazwy. Odwróciła się w końcu podleciała bliżej i wylądowała na swoich obcasach z palcami splecionymi za sobą. Postawiła jeszcze krok w jej stronę i spojrzała jej prosto w oczy. Trwało to tak kilka sekund w końcu się odezwała.
    - Co wiadomo na ten moment o biskupie Klaus Van Hellsing? - Z pokerową twarzą statuetki wpatrywała się w złotowłosą.

    - Weszłam w kontakt z Armstrong Industries, aby znaleźli was. Nie bez powodu ten głuchy telefon trochę trwał. Nie wiem nic o poszczególnych osobach w Icarii. Na pewno nie spotkałam żadnego Klausa, choć też nie słyszałam, aby takowy umarł.
    - Więc teraz ostatnie. - Zaczęła spacerować po pomieszczeniu Kostucha, szukając sobie znanej rzeczy. - Czego Panienka oczekuje od Deathsenders? - Przejechała palcem po półce nie znajdując na niej kurzu.
    Bastion zawsze był najbardziej agresywnym członkiem admiralicji, wyglądało na to, że w tej kwestii nic się nie zmieniło. Niestety, dotyczyło to również jego sztywnego podejścia. Pozycja jego klanu była o tyle bezpieczna, że każde stronnictwo chciało mieć produkowaną przez nich broń, ale to było dyktowane statusem quo, jeśli któraś frakcja zacznie zyskiwać zbytnią przewagę, zaczną się również problemy. Trzeba będzie przeanalizować umowy handlowe i opracować odpowiednią strategię.
    -To nie był język, tylko zaklęcie działające jak uniwersalny tłumacz. Każdy słyszał z ust pozostałych język, którym sam się posługiwał. - Wzruszywszy ramionami Silver odnotował fakt, że najwidoczniej nikt jeszcze nie pomyślał, o wprowadzeniu takiego urządzenia na rynek. - A co z Vyone? - Skoro mieli kontakt, choćby przelotny z April i Lazarusem, to i o niej powinny być jakieś wieści.
    - Zaszył się trzy lata temu bóg wie gdzie i do dziś nikt go nie widział. - Millia wzruszyła ramionami. - Zabrał ze sobą April, ostatecznie jednak nie wiemy dokąd. Nautilus rzekomo jest w stanie przelecieć przez centrum gwiazdy bez szwanku. Jeżeli to prawda, nie sądzę, aby dało się go odnaleźć. - stwierdziła, po czym spojrzała na Eidith. - Zobowiązałam się do odwiezienia cię na arkę. Jeżeli będzie jakaś sposobność na współpracę między nami, będziemy mieli czas to przedyskutować na osobności.
    - Oh… będzie mi bardzo miło. Czy mogę prosić o papierosa? - Przechyliła się na bok. Trzy lata bez palenia wystarczą w zupełności. Tak naprawdę obawiała się, że mogło to pójść inaczej choć nigdy by się do tego nie przyznała, to lepsze niż najemniczenie w Drodze Mlecznej, i z resztą praca tuż pod Millią to ciepła posadka. Dotknęła się w usta zamyślona.
    -Myślałby kto, że jesteś po odwyku. - Zaśmiał się młody October. Kolejna rzecz do odnotowania, sukę będzie musiał najpewniej namierzyć na własną rękę. Ich wątpliwy sojusz już się zakończył, przyszła pora na wyrównanie rachunków. - Szczerze, spodziewałem się, że nie będziesz chciała znowu przyjmować rozkazów. Pod skrzydłami Armstrong Industries też znajdzie się dla Ciebie miejsce. - Zaproponował. Wprawdzie nie spodziewał się, że Eidith się zgodzi. Do tej pory stali na równi i wątpił, by chciała nagle zostać jego podwładną.
    - Rozkazy? - Spojrzała to na Silvera to na Millię.
    Armstrong mało nie wywrócił oczami. Przez ostatnie trzy lata w Eidith dużo się zmieniło, ale jej procesy kojarzeniowe wciąż zostawiały wiele do życzenia. Musiała nabrać szlifów w kontaktach z ludźmi innymi niż członkowie Icarii.
    -Jeśli widzisz się w pozycji pod kimś, oznacza to przyjmowanie rozkazów. - Zaczął wyjaśnienie. Kostucha od początku rozmowy stawiała się w pozycji uległej do Millii, zwracając się do niej per "Panienko", gdy ta była z nią na "Ty". Wyjątkowo niekorzystna pozycja na prowadzenie negocjacji. - Jeśli chcesz być względnie niezależna, potrzebujesz pozycji równej stronie, z którą współpracujesz lub planujesz współdziałać. - Nie wytknął jej błędów prosto w twarz, ale liczył, że zrozumie, co miał na myśli.
    - Popatrz a ja jestem pewna, że usłyszałam o współpracy od Panienki. - Silver mógł pomylić jej maniery z uległością, ale nie zamierzała być na każde pstryknięcie Millionaire. Odwróciła się stronę kobiety.
    - Nie wiedziałam, że tak dobrze się znacie z Silverem, wie o wiele wcześniej, co chce Panienka zaoferować. -
    - Powiedziałam o współpracy. - powtórzyła Millia, podając papierosy Eidith. Spośród dziesiątek marek produkowanych przez korporacje Millii, tytoń który paliła, nie należał do żadnej z nich. - Nie uważam, aby któreś z was było mi dłużne i nie oczekuję, że będziecie mi się odwdzięczać. Teraz jednak gdy jesteście wolni, mam sposobność z wami rozmawiać. Jeżeli zdarzy się sytuacja, w której będziemy w stanie pomóc sobie nawzajem, chętnie przedyskutuję warunki potencjalnej współpracy.
    I wszystko jasne, choć nie powiedziała tego wprost, Millia miała najwięcej do zyskania na tej pomocy, a najwięcej do stracenia, gdyby któryś z innych członków dawnej admiralicji ją uprzedził.
    -Zbieżność interesów, tak? Jeśli się zdarzy, czemu nie. - Przytaknął Silver. Frakcja należąca do jego klanu była w dużym stopniu neutralna, jakby nie patrzeć, wszyscy kupowali u nich broń, ale nie zmieniało to faktu, że każdy ma swoje ambicje i cele. Biada tym, którzy staną po przeciwnej stronie barykady.
    Eidith pstryknęła w czubek papierosa i powstałym tarciem go odpaliła. Dym smakował bardzo dobrze, nawet ją nie dziwiło, że nie paliła własnych marek. “Lepiej smakuje jak ktoś inny zrobi”, czy jakoś tak to było. Paląc spokojnie, zerkała to na Millię to na Silvera.
    - Ode mnie nic więcej na tą chwilę. - Zakomunikowała Eidith, a spod niej wyrósł fotel. Usiadła na nim i założyła nogę na nogę, delektując się pierwszym od trzech lat papierosem.
    -Mogłabyś chociaż w moim towarzystwie nie palić tego szajsu? - Silver nigdy nie przepadał za papierosami i nie krył się ze swoją niechęcią. - Nie, żeby mogło Ci to zaszkodzić, ale toć to nawet nie pachnie dobrze… - Szkoda gadać, nałogowca i tak nie przegadasz.
    -Twoja pozycja opierała się wcześniej głównie o biznes, jaki masz zatem plan? Będziesz z nami konkurować, czy szukasz innej niszy? - Spojrzał na Millię dość poważnie. Armstrong Industries powstało z fuzji dwóch topowych megakorporacji w galaktyce, jeśli ktokolwiek miał kapitał, by z nimi rywalizować, była to ona.
    Eidith uniosła brwi, była zdziwiona, że to dopiero jej papieros zaczął mu przeszkadzać, a nie Millii. Nie skomentowała tego w żaden sposób, puściła jednak parę kółek z dymu ku sufitowi. Zauważyła też, że od samego początku rozmowy z Millionaire tu i ówdzie wrzucał uwagi, jak jego przyrodzenie jest potężne, i nie zawaha się nim wymachiwać przed nikim.
    Była ponad zwrócenie mu uwagi, gdyż nie widziała zbyt dużego w tym sensu. Trzy lata nie było gdzie spuścić z krzyża, więc odrobinę zrozumiałe było jego zachowanie. Ostatecznie to dobry człowiek… człowiek? Już chyba od dawna nie ale to inna sprawa.
    - Na razie nikt nie ma na mnie zrozumiałego casus belli. Wielu jednak nie widzi podstawy w moich rządach, więc tym się teraz zajmuję. Zamiast rozrastać moje terytorium, chcę udowodnić jego praworządność. - westchnęła ciężko. Temat zdecydowanie musiał dręczyć ją od dawna. - Przed iluzją cesarstwa moi przodkowie pracowali nad AI. Chcę odnaleźć ich prace. Jeśli natkniecie na wzmianki o AlphaAI lub OmegaAI, dajcie mi znać. Projekty te były na tyle udane, że iluzja wymazała je z naszej pamięci. - wyjaśniła.- Jeżeli panna jest zmęczona, Mors może odprowadzić cię do kwatery. Będziemy lecieć prosto do Arki. Nie wiem tylko, co z panem. - Millia zwróciła się do Silvera. - Twoja korporacja wciąż ma swoje biura na Ziemi, więc możesz się z nami rozstać już teraz. Jeżeli kolebka ludzkości cię nie interesuje, możemy się rozdzielić gdzieś po drodze. Będziemy lecieć w stronę terenów Icarii. Bierzcie pod uwagę, że nikt obecnie nie wie o waszym uwolnieniu. To od was zależy, jak szybko wieści się rozejdą.
    - Bynajmniej Panienko, to teraz jest największą rozrywką od trzech lat. - Przyznała choć po tonie głosu można było mieć wątpliwości czy to prawda. Dopaliła papierosa do końca, po czym sam pet zamarzł niczym zanurzony w ciekłym azocie. Eidith wstała z fotela zrobionego z czerni, który wyparował jak tylko podniosła swoje szlachetne siedzenie. Zbliżyła się do popielniczki w pobliżu Millii i skruszyła zamrożony do niej pet.
    - Jeśli Panienka wybaczy idę się teraz pobzykać ze swoją kobietą. - Ukłoniła się delikatnie po czym zwróciła się do Silvera.
    - Framuga w drzwiach jest niska uważaj by ci korona nie spadła. - Pokazała palcem na swój czubek głowy i skierowała się w stronę drzwi.
    Szkoda słów… więc Silver nie skomentował.
    -Nie przewiduję, byś miała w tych kwestiach kłopoty z Adamem, ale na pewno z Bastionem. Jego sukces biznesowy raczej nie przekona. - Młody Armstrong wzruszył ramionami.
    -Co zaś tyczy się mojego odlotu, połącz mnie tylko z Balmoral i zaraz mnie nie ma. Jack! - Objaśnił jej swój “plan podróży” i zawołał towarzysza, żeby ten nie musiał tłuc się nie wiadomo jaki kawał po galaktyce.
    - Oh. Swoją drogą. - Przypomniała sobie Millie. - Musicie mieć na uwadze, że infrastruktura galaktyki nie jest w najlepszym stanie. Nie wszędzie da się teraz dodzwonić na drugi koniec. Większość bram jest też pozamykanych lub pod ścisłą ochroną armii. Każdy wziął pod kontrolę, co było w jego terenach. - wyjaśniła. - Szczęśliwie jesteśmy przy ziemi.
    Jack wszedł do kajuty kapitańskiej właściwie mijając Eidith. Para musiała jednak poczekać dobre pół godziny na połączenie. Millie musiała skontaktować się z biurem na ziemi i wyjaśnić sprawę, aby to przekierowało ją do Balmoral. Wreszcie na ekranie pojawił się rubaszny kapitan Dragon, a chwilę później, obok niego na ekranie znajdowali się również Silver i Jack. Millie wyglądała na zaskoczoną zdolnością Silvera. Pożegnała się jednak i przerwała połączenie.

    Rozgrywka

  • CyberCore
    BoomyB Boomy

    Layer 01EX

    31.Grudzień.2221
    23:30

    "Szybciej, szybciej!" Dysząc ciężko Nikita biegła przed siebie, a każdy jej krok wgniatał śnieg w ziemię.
    Nie mogła sobie pozwolić, aby się spóźnić. Pakunek który z sobą targała był zbyt istotny.
    W końcu co to za impreza bez dobrej, wysokoprocentowej wódki?
    Była pewna, że te walone kitajce w najlepszym wypadku będą mieli z sobą tylko sake i piwo. Piwo jeszcze jakoś przejdzie, ale to wciąż za mało na dobrego sylwestra.
    W końcu przed jej oczyma zaczęła wyłaniać się sylwetka jakiejś postaci w oddali. Uśmiechnęła się biegnąc przed siebie, i machając dłonią.
    Postać również jej odmachała. W końcu dobiegła i zatrzymała się dysząc.
    - Yo, Nikki. - Przywitała się Kai z uśmiechem.
    Zatrzymała się skacząc i obracając się bokiem, by ślizgiem zatrzymać się tuż przed nią. Złapała jeszcze kilka oddechów, rzecząc.
    - Zdrastvuj - Potrząsnęła paczką. - Ciężko mi się upić, więc jedna jest dla mnie. - Wyszczerzyła się. Ubrana była w swój standardowy, archaiczny strój.
    Kai zaciągnęła się papierosem z uśmiechem.
    - Nie musiałaś aż tak biec, jeszcze mamy pół godziny. - zauważyła. - Trzymasz się jakoś?
    - Mam wyjście? Dzięki że pytasz. - Uśmiechnęła się szeroko, po czym zaczęła przeskakiwać z nogi na nogę. - Wszyscy już są? - Zapytała niecierpliwie.
    Dziewczyna zastanowiła się przed odpowiedzią.
    - Hmm...Bob to organizuje więc pewnie dekoruje kafejkę od rana, Devil przyszedł jakiś czas temu z Nailem. Joky wpadł jakąś godzinę temu i już był pijany...Oyabun dzwonił, że mu samolot z Włoch odwołali. Aurory też nie będzie, za dużo roboty. - zaczęła wymieniać, jednak szybko jej się to znudziło. - Jedna cholera, ważne, że wódka jest.
    - Mam nadzieję że od samej woni nie padniesz na twarz. - Zarechotała Nikita. Nieobecność matki wcale jej nie zdziwiła. Dlaczego miałaby tracić czas na zabawę, gdy może w tym momencie pracować? Oyabun zaś, wydawał się typem który lubi się zabawić, trochę szkoda że go nie będzie. - Masz poczęstować fajką? - Wypaliła ni stąd ni zowąd. Miała rzucić na dobre, ale jakoś tak wyszło...
    Kyodai wzruszyła ramionami po czym sięgnęła do kieszeni i wyjęła prawie ukończoną paczkę.
    - Bierzcie i palcie z tego wszyscy.
    Katyusha od razu wzięła papierosa w zęby, z kieszeni wyciągając metalową zapalniczkę. Model przypominał tą z przed dwóch wieków, gdy były na benzynę.
    - Jest zakaz palenia? Czy możemy wbijać? -
    - Myślę, że możemy. Henry i tak zawsze jara w środku. Wyszłam bo mi duszno. - wyjaśniła dziewczyna. - A skoro już gadamy o facetach, to którego wolisz? - spytała zarzucając Nikicie rękę przez szyję. - Joky czy Bob? - w jej oczach momentalnie pojawił się wścibski połysk.
    Nikita zaczęła bawić się włosami. - Wiesz... Joky jest na swój sposób słodki. Ale jak zobaczyłam pierwszy raz Boba to nie mogłam oderwać od niego wzroku. - Zaśmiała się nerwowo, gładząc sie po tyle głowy.
    - Tch...hahaha! - Kai wybuchła gromkim śmiechem gdy tylko usłyszała komentarz Nikki. - Poważnie!? Byłam pewna, że rzucisz czymś w stylu "wolę prawdziwych mężczyzn", byłam pewna, że lecisz na Devila! - wyznała Rosjance. - Jak cię tak bardzo Bob ciekawi, to ostatnio traktują go jak Kyodai. Tyle twojego. - ucieszona zaczęła gonić w stronę drzwi.
    - Devil to mój ojciec, jak można lecieć na ojca? W sumie dopóki nie wiedziałam... uh.. nie ważne! - Machnęła ręką, z zawstydzonym uśmiechem.
    Dziewczyny szybko dostały się do budynku i pojechały windą na szczyt.
    Faktycznie większość znajomych już był na miejscu z wyjątkiem Oyabuna, Aurory i Onijina. Choć niekoniecznie z tym trzecim aż tyle się zadawała mimo że był teraz współwłaścicielem CyberCorp zaraz obok jej matki.
    - Ohayoo - krzyknęła cała grupa unosząc miseczki z sake na toast. Większość co prawda zajęta była sobą nawzajem.
    - Ohayo. - Odmachała większości, szukając miejsca do usadowienia się, najlepiej blisko znanych jej twarzy.
    Kai szybko wyrwała Nikicie torbę z ręki po czym rozlała do kieliszków jedną z wódek, szczerząc się pod nosem. Gdy Rosjanka przyglądała się kobiecie która wyraźnie coś knuła, ta podbiegła do Boba, złapała go za nadgarstek i rzuciła go naprzeciw Nikity.
    - Uśmiech chłopie, Nikita ma cieczkę na Boba! - wrzasnęła głośno po czym podała parze kieliszki w tle śmiechów zebranych.
    - E.. y... to nie tak. - Uśmiechała się nerwowo spoglądając na wszystkich. Z zaciśniętymi zębami w uśmiechu, lecz nutką złości szepnęła do Kai. - Spasiba Mudak - Kompletnie nie wiedziała co zrobić, więc pociągnęła szybko z kieliszka. Ale ją załatwiła...
    Jokyoku zaśmiał się głośno w rogu sali. - Kai, przestań ludzi w huja robić. - poprosił gdy Bob nerwowo poprawiał krawat naprzeciw Nikity. - To pewnie tylko żarty, co? - uśmiechnął się elegancko pełen spokoju.
    Z ust Nikity wydobywały się dziwne pół słowa, jakby chciała coś powiedzieć, tylko w ostatnim momencie się powtrzymywała. - Eheh... to nie tak że, ym. Znaczy. - Kravchenko zaczęła rumienić się coraz bardziej. - M-mmoże kieliszka? - Rzekła szybko, uśmiechając się głupio.
    Duża siostra Kai pojawiła się jak na wołanie. Wyrwała kieliszek z ręki Nikity, uzupełniła go trunkiem, podała ogłupiałemu Bobowi a półpełną butelkę wcisnęła w rękę Niki.
    Zaraz po tym z szerokim uśmiechem sobie poszła. Wydawało się, że cała zbieranina powstrzymuje się od śmiechu.
    Nikita spojrzała po wszystkich, jej twarz niemal zaczęła zlewać się z kolorem jej płaszczyka. Poczęła nalewać trunek Bob’owi, aż szyjka zaczęła dziwnie dzwonić. Spowodowane to było drżeniem rączek Katyushy. - Zdrovie! - Wzruszyła ramionami, po czym zaczęła doić wódkę, prosto z butelki. Brała duże łyki jakby to była woda. Musiała się upić i to szybko...
    Bob napił się niepewny tego co ma robić. - Co ostatnio porabiasz? - spytał jak gdyby nigdy nic, aby czymś uspokoić ciszę. Był prostym człowiekiem postawionym w absurdalnej sytuacji. Co miał robić?
    Gdy odessała się od butelki, spojrzała na Boba. - Swoją firmą ochroniarską... jednoosobową. - Wzruszyła ramionami, nieco uspokoiona. - Zresztą, sam byłeś klientem! - Zaśmiała sie, przysłaniając usta dlonią.
    - Coś w tym jest. - spostrzegł po czym przeżegnał się.
    Ogromne łapska nagle poklepały obydwu po plecach. Uśmiechnięta twarz Blue Devila znalazła się między Nikitą a Bobem.
    - Jak dobrze słyszeć, że mój kwiatek w końcu się rozwija. - skomentował ojciec spoglądając to na pana, to na panią.
    - Oh, cześć Papa. - Nieco zaskoczona, nagłym pojawieniem się Ojca. Jej twarz nabrała nieco podejrzliwy grymas. - Co rozumiesz przez rozwija? - Uniosła brew, i tak wiedząc o co chodzi Blue.
    - Oooh, nic wielkiego. - skomentował z uśmiechem. - Jak ci się ostatnio powodzi, Bob?
    Mężczyzna uśmiechnął się co wyglądało dość sztucznie. Oczywiście, że nie był pewny siebie. Dyskutował z chodzącą apokalipsą. - Całkiem dobrze, mamy nawet nowe poszlaki Charlotte...
    Mało się nie udławiła kieliszkiem wódki, który wciągała jeden za drugim. Ktoś w sali musiał ją posądzić o alkoholizm.
    - Charlotte? - Uniosła brwi. - Kim ona jest? - Spojrzała to na Blue to na Boba.
    Blue wyraźnie również nieświadomy z uniesioną brwią zaczął przyglądać się Bobowi. - To za kim się uganiasz?
    Mężczyzna poprawił okulary, napił się wódki po czym odważył ponownie odezwać. - Jest to uczennica Kuro Butta...obiecaliśmy odnaleźć ją jeżeli wesprze nas podczas turnieju...ostatnio odkryliśmy, że jest powiązana z magiem... - zaczął się wyplątywać mając nadzieję, że wszyscy pojmą iż mówi o pracy.
    - Magiem?! Pff.. zresztą po gównach jakie widziałam nic nie powinno mnie już dziwić. - Wzruszyła ramionami, nakładając sobie przekąski na talerzyk. Dużo przekąsek. Z prawie wypchanymi ustami po brzegi zapytała.
    - Ghdzie jhest? Chęchtnie pomoghę - Przepiła pokarm kieliszkiem wódki. Czy ten trunek w ogóle na nią działa?
    - Najpewniej tam gdzie mag. Innymi słowy nie mamy pojęcia. - odpowiedział Bob obserwując Rosjankę. - Wedle naszych badań wynika, że to mag stworzył mantikorę.
    Wypowiedź to przerwał nagły gromki śmiech.
    Gdy grupa spojrzała co się dzieje, dojrzała Kai siedzącą naprzeciw Jokyoku i Banga. Dwójka w pełni rozbawiona zalewała kieliszek chłopaka za każdym razem gdy ten ledwo odchylił się od jego ust. Japończyk sobie nie szczędził.
    Oblizując palce, Nikki przemówiła.
    - Czyli nic nie wiecie. Bez urazy. - Puściła oczko Bob’owi, po czym mimowolnie spojrzała w stronę Jokyoku. Na ten widok parsknęła śmiechem.
    - Byłabyś nieco bardziej otwarta, Nikki. Jakieś większe plany, konkretniejsze wydarzenia? - spytał Blue krzyżując dłonie. - Czy tak nic, po prostu? Dołączasz do smoków i Yakuzy czy może masz zamiar spędzić całe życie w sierocińcu?
    - Zamknę w cholerę, swoją “firmę” i chyba dołączę się do naszych uroczych przyjaciół. Swoją drogą Tatku, zajrzał byś tam czasem, pokazał dzieciakom parę sztuczek. Poza tym, masz tam paru swoich fanów. - Wyszczerzyła się z rumieńcem, wskazującym na to że wódka, zaczyna działać... w końcu.
    W tym momencie hałas imprezy przerwał dźwięk alarmu. Wszyscy spojrzeli na zegarek, który wskazywał północ. To był ten moment na który czekali. Ruszyli razem do okien aby zobaczyć pierwsze firewerki i zacząć świętować nadejście roku dwa tysiące dwieście dwudziestego drugiego.

    00:00
    CyberCore Corporation
    Biuro główne

    - Myślałam, że drzwi są zamknięte a ty siedzisz w włoszech. - burknęła Aurora odwracając obrotowe krzesło sprzed panelu komputera.
    - Nie dość, że zamykasz przedemną drzwi to jeszcze chciałbyś mnie w drugiej części świata. - odburknął Oyabun podnosząc butelkę szampana. - Co powiesz na jednego?
    - Yoki...
    Mężczyzna uśmiechnął się po czym oparł o komputer i otworzył butelkę ręką, aby zaciągnąć się z gwinta.
    - Manier to ci ubyło. - skomentowała kobieta gdy podał jej butelkę.
    - Yakuza nauczyła mnie odrobiny wolności.
    Aurora uśmiechnęła się. - Jak myślisz, co nas czeka w nowym roku?
    - Oby coś dobrego. Najlepiej jakieś zmiany. Dużo zmian. W końcu jesteśmy poza linią błędu.

    00:00
    CyberCore Corporation
    Piwnice

    Gargulec spokojnie przechadzał się korytarzem, targając swoją kosę po ziemi. Zdecydowanie było to przyjemne uczucie po latach spędzonych w konspekcie. Nawet jeżeli nie mógł pokazywać swojej twarzy dzieciom, bo się go bały.
    Gdy tylko stanął naprzeciw olbrzymich metalowych drzwi z zastanowieniem zaczął szukać jakiejś klamki. - Hmm... - nie znalazł żadnej oczywiście. Szczęśliwie drzwi otworzyły się same, dzięki jakiejś dziewczynie która migiem zeszła na bok.
    - Ludzie to płochliwe stworzenia. - stwierdził przechodząc przez drzwi. Jakkolwiek jednak mężczyzna którego za nimi zobaczył nie wyglądał na równie rozweselonego.

    FIN

    Rozgrywka

  • CyberCore
    BoomyB Boomy

    25. Marzec.2221
    23:58
    Fail line

    - To by było na tyle? - spytała Kai rozciągając się z zadowoleniem. - Opijamy dzisiaj czy jutro?
    - To jeszcze nie koniec. - przerwał jej głos Blue Devila, który zaczął nadchodzić z drugiego końca mostu. Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni, a Aurora splunęła gdzieś w bok. - Przyszedłem tutaj pozbyć się swojej przeszłości. - oznajmił. - Nikita! Walcz ze mną. - krzyknął agresywnym tonem.

    Wszyscy zaczęli spoglądać na innych, starając się zrozumieć o co chodzi.
    - Oy, to jakaś brednia, prawda? Chyba nie chcesz z nią naprawdę...walczyć? - spytała Kai, pozbawiona pewności siebie gdy owy "stary dziad" faktycznie stanął naprzeciw niej. Blue Devil spojrzał na nią ostro, wręcz groźnie. Nieco speszył tym dziewczynę. - Cóż...wybacz, Nikki ale...nie znam cię zbytnio więc, nie będę mieszać...w twoje sprawy... - stwierdziła odsuwając się niepewnie.
    - Ekhem! - "zakaszlnął" głośno Bob, zbierając uwagę swoich mafiozów. - Okamijin jest martwy. Misja zakończona sukcesem, wracamy do bazy. - podyktował drużynie i bez głębszego zastanowienia odwrócił się w stronę schodów.
    Kuro przyglądał się przez moment dwójce. Nie powiedział jednak nic, po prostu udał się za Bobem. Po co w końcu miał się mieszać? I to jeszcze przeciw Devilowi...
    - Skurwysynu! - Wrzasnął Bang, sprawiając, że Kuro jednak zatrzymał się, niepewny tego co ma robić. - Więc tylko po to tu przylazłeś!? Jak bardzo bezwartościowy jesteś!? - krzycząc to udeżył pięśćmi o siebie, powodując wibracje rękawic. Jego specjalnej broni.
    Po chwili jednak zmienił zdanie.
    - Właściwie nie mam prawa się z tobą wykłócać. - stwierdził w końcu. - Zemścij się chociaż za moją uczennicę. Nikita nie jest lepsza od Kuro.
    Po tych słowach nawet Bang odwrócił się i skierował do wyjścia, zabierając z sobą Kuro.

    Nikita pozbawiona pełnej orientacji względem sytuacji zaczęła rozglądać się nerwowo.
    Ojciec chciał z nią...walczyć? Bić się? Dlaczego? Po co?
    Odwróciła się za siebie aby spojrzeć na Aurorę. Matka uśmiechnęła się. - Nikita to moja kreacja. Może w końcu będzie w stanie spełnić twoje niedorzeczne marzenie. - powiedziała patrząc w oczy Blue Devila. Zaraz po tym odwróciła się i udała za Kai.
    No tak, nie mogła liczyć nawet na własną matkę. Koniec końców gdy była potrzebna zawsze odwracała się plecami.
    Automatyczne drzwi po obu stronach mostu zamknęły się.

    \ - Po co? - Mruknęła Nikita, spoglądając na ojca. Po pierwsze bała się z nim walczyć, po drugie to w końcu jej ojciec. - W sumie... oboje jesteśmy zwierzętami. Możemy to tak załatwić, jeżeli tego chcesz. Trochę swoich cech jednak zawdzięczam tobie, Papa - Obnażyła zęby w grymasie złości, tak podobnym do Blue Devila, że mogło mu się wydawać jakby patrzył w lustro.

    [/i]Jesteś doprawdy niezłomna. Aż nie mogę uwierzyć jak zareagowałaś na wiadomość o śmierci Meera.[/i]

    Głos Gargulca w jej głowie pojawił się znikąd.

    Blue Devil wyszczerzył zęby unosząc gardę. - Dobrze, że nie masz specjalnie pytań. - ucieszył się. - CHODŹ!

    Nikita nie zamierzała odmawiać, ruszyła do biegu by wyprowadzić obrotowe kopnięcie z wyskoku. Bała się niesamowicie, ale jeżeli go tutaj nie stłucze, niczego się od niego nie dowie.

    “Porozmawiamy później Albercie” dorzuciła w myślach.

    Wyleciała w powietrze z porządną siłą kinetyczną wspierającą jej ruch. Zakręciła się i uderzyła przeciwnika prosto w głowę. Blue Devil obrócił twarz jak gdyby właśnie dostał solidnego liścia. Uśmiechnął się lekko i z dużym zamachem uderzył Nikitę w brzuch, odsyłając ją w tył dobre kilkanaście metrów.

    - Niezbyt dobrze, ale nie najgorzej.- pochwalił ją Devil.

    Mimo ogromnego bólu jaki odczuła Nikita coś ją w znacznym stopniu zaskoczyło. Uderzenie przypominało to, jakie otrzymać mogła od dowolnego kulturysty. Brakowało w nim tej niezrozumiałej potęgi jaką obdarzony był Devil. Tej, za pomocą której robił dziury w ścianach i wygrywał finały pojedynczymi uderzeniami.

    Wzięła kilka głębszych wdechów i wydechów, nie odrywając wzroku od Ojca.

    - Nie dajesz z siebie wszystkiego... NIE LEKCEWAŻ MNIE! - Warknęła jak rozjuszone zwierze, ponownie napierając na Blue.

    Doskoczyła do niego w mgnieniu oka. Obróciła się zbierając siłę i celując łokciem perfekcyjnie w szyję ojca. Jej ręka została złapana.

    Chciała się wybronić szybkim kopnięciem! Jednakże ledwo podniosła jedną nogę a w drugą już uderzył ogromny but błękitnego diabła.

    - W żadnym wypadku. - zauważył Devil unosząc ręce w górę i zaciskając dłonie razem. - Biorę to śmiertelnie poważnie, kostucho.

    Dziwne zbiegi okoliczności. Każdy kogo zna jest arkaną. Leżąc na glebie, unisła nogi z zamiarem kopnięcia obunóż pięści Ojca by odrzucić go w tył. Akceleracja w tym momencie będzie pomocna.

    Nikita szybko się uniosła. Jej wszczepy zareagował natychmiastowo, gdy wybiła nogi w stronę upadających dłoni Blue Devila, co uniosło je szybko w górę, dając drobny moment Nikicie mimo że jej przeciwnik nie wyglądał na specjalnie przejętego. No poza tym, że musiał uwolnić dłonie.

    Kravchenko wylądowała na nogach, aby posłać w swojego przeciwnika podbródkową piąstkę.

    Zamiar ten niestety spotkał się z kolanem w twarz, które znów wysłało ją w tył.

    Czasami lepiej się cofnąć.

    ostrzegł ją Gargulec.

    Niech to szlag, a już go prawie miała. Ale czego innego spodziewać się po Bluea Devilu? Odskoczyła w tył, przecierając ręką podbródek.

    - Też jesteś arkaną? Diabłem jak mniemam? - Syknęła bardziej jak zapytała Nikita, zaciskając pieści, w pozycji Sambo.

    - Błąd. Jestem Siłą. - poprawił ją Blue - Twoja matka była Diabłem.

    I to ona wybrała trójkę pierwszych pracowników w firmie która rozrosła się do prywatnej wojskowej armii najemniczej...

    - Co ona w tobie widziała... i na odwrót... - Splunęła na podłogę, przeskakując małymi kroczkami na boki.

    Devil wzruszył ramionami. - Widać więcej od ciebie, przynajmniej nie odwracała się plecami.

    Zęby Nikity zgrzytnęły. - Przynajmniej mnie nie zostawiła. Mogła po prostu pozwolić mi zdechnąć, ale tego nie zrobiła. Do pięt jej nie dorastasz! - Odkrzyknęła.

    - Jesteś moim prezentem dla Aurory. Nawet nie wypada, abym się tobą zajmował. - uśmiechnął się Devil, cofając lewą nogę w tył. - Ta diablica złożyła pewną obietnicę, a ja chcę jej dopełnienia. Dzisiaj.

    To aż takie zimne bydle, dlaczego Nikita myślała że spojrzy na nią jak na córkę? Z takimi rozmawia się tylko w jeden sposób. - Dawaj bydlaku. - Kiwnęła na niego głową, czekając na jego atak.

    W jej krzyku było pełno determinacji, ale nie w jej reakcji.

    Ledwo zorientowała się, że Blue Devil wyskoczył w przód a jego pięść już znalazła się na jej twarzy, ponownie odpychając ją w tył.

    Ojciec splunął na nią wyraźnie zniesmaczony, po czym wyprostował się z wściekłym spojrzeniem.

    Podniosła się ociężale, a zej nosa zaczęła kapać niebieskawa ciecz. Przetarła nos i spojrzała na swoją rękę. Dawno nie widziała swojej krwi, no nie licząc spotkania z “Nekozabójcą”. Ta walka zaczęła obierać zły obrót. Jak tak dalej pójdzie zamieni się w niebieską papkę na tym cholernym dachu, którą szybko zmyje deszcz. Spojrzała spodełba na Ojca, po czym szybkim krokiem zaczęła do niego zbliżać.

    Niebieskowłosy powolnymi krokami zbliżał się do dziewczyny. Gdy ty podniosła dla zmyłki rękę, jego oczy zaostrzyły się. Nie skupił się jednak na Nikicie do tego stopnia aby nie spostrzec, że to druga ręka ma w niego uderzyć. Złapał ją, obrócił córkę zakładając jej rękę za plecami i wykopał ją w przód kilka kroków.

    - Czy jesteś w ogóle warta mojej nadziei?

    - O czym ty pierdolisz?! - Warknęła od razu ustawiając się do niego przodem.

    - Heh, o niczym. - stwierdził uśmiechając się diabelnie. - Z tobą nie ma o czym pierdolić. Tym zajmowaliśmy się z Meerem. - skomentował, po czym zaczął stawiać ciężkie kroki w stronę dziewczyny.

    Dziewczyna zmrużyła brwi, i przygryzła wargę ze złości. Podobnie zaczęła stąpać w stronę ojca.

    - Heh, groźnie to tylko wyglądasz.- skomentował Blue, gdy Nikita nagle wybiła się w powietrze i z pięknym saltem wbiła but w jego twarz nim mężczyzna zdążył unieść dłonie, co spowodowało, że mimowolnie przeniósł swój wzrok na podłogę.

    Nie miała zamiaru na tym poprzestać, z wrzaskiem złości wykonała kolejny cios.

    Na wzór wcześniejszych planów Blue Devila, uderzyła Ojca złączonymi dłońmi. Trafiła prosto w tył głowy posyłając go na klęczki. Syknięcie staruszka było niezwykle satysfakcjonujące.

    Zdobywała przewagę! Tylko na jak długo? Nie było czasu o tym rozmyślać. Trzeba było pokazać Papie, na co stać jego córkę.

    Nikita rzuciła się w obrót. Czuła, że w końcu coś robi. Kolejne kopnięcie miało być efektywne. Niestety nie było.

    Gdy tylko jej noga wyprostowała się, to samo stało się z ręka Devila. Ostatecznie dłonią złapał nogę dziewczyny, aby następnie z główki wytrącić ją z równowagi.

    Niki zręcznie utrzymała balans raując się przed upadkiem, lądując na nogach w niepewnej postawie.

    Było blisko, jednak to za mało by zniechęcić Katyushę. Wyskoczyła by odbić się od jego gęby, oboma buciorami.

    O dziwo to dosyć bezsensowne zagranie poskutkowało. To nie tak aby do tej pory miała jakieś okazje na większe strategizowanie, więc może wystarczyło tłuc w gwóźdź aż się wbije?

    Jej uderzenie było dosyć silne, powodując, że Blue ugryzł się w język.

    Czy on daje jej fory? Czy mozę naprawdę Nikita zaczęła mu dorównywać? Tego nie mogła być pewna. Wiedziała zaś że musi mu pokazać kto jest silniejszy. Zacisnęła pięści, by zadać kolejne uderzenia.

    - Dość tego. - wrzasnął Blue uderzając bokiem w Nikite niczym taran. Dziewczyna poczuła ostry ból i odleciała dobre dwa kroki w tył, padając na ziemi.

    Blue wyprostował się, wypluwając odrobinę krwi na podłogę i uśmiechając się podle.

    Kravchenko syknęła, łapiąc się za bok. To nie był zdrowy pomysł by się wylegiwać, gdy ta bestia nadal stoi. Podniosła się niezdarnie dysząc ciężko.

    - Ty naprawde chcesz mnie zabić... - Stwierdziła oczywiste. - Dlaczego? - Zapytała, choć nie spodziewała się usłyszeć odpowiedzi.

    - Dlaczego ludzie walczą? - odpowiedział pytaniem Blue.

    - By przetrwać, by się bronić, by walczyć za to co słuszne. Choć zdarzają się dewianci którzy czerpią z tego radość. - Odpowiedziała mu nader spokojnie, nadal trzymając się za bok.

    - Błąd. Gówno wiesz. - stwierdził Ojciec spluwając na ziemię. - Walczymy po to aby umrzeć. Po to was stworzyłem. Meer nie był jednak w stanie dopiąć swego nawet z dostarczoną mu motywacją. Zastanawiam się, czy ty będziesz warta cokolwiek więcej? - zapytał Devil uśmiechając się.

    To może taraz zgodzisz się porozmawiać?

    Gargulec zadał pytanie prosto do umysłu Nikity.

    Arkana może umrzeć wyłącznie z ręki innej arkany.

    “Doprawdy? Pierwsze słyszę.” Odpowiedziała Albertowi, po czym zwróciła się do Ojca.

    - To debilne. Walczyć żeby umrzeć. Powieś się i masz problem z głowy. - Rzekła oschle.

    - Są pewne różnice między śmiercią z własnej ręki a śmiercią w walce, nie sądzisz? - uśmiechnął się Devil.

    Cóż, to nie tak, że o coś pytałaś.

    “Zasada o nie zadawaniu pytań, jakoś zbyt się we mnie zakorzeniła” Rzekła w duchu do Gargulca. “Nie znam zasad konspektu więc o co ja mogę pytać?” Zadała pytanie Einsteinowi.

    - Nadal głupota. Dlaczego chcesz odrzucić własne życie, tylko po to by móc powalczyć? - Zadała pytanie prostując się nieco.

    - Nikito. Starzeję się. Nie mam zamiaru następnej nocy obudzić się w konspekcie. - wyjaśnił zaciskając pięści. - Dlatego mam zamiar wyciąć wszystkie arkany póki nie trafi się ktoś, kto stanie ponad mną. - jego twarz znów zaczęła przybierać tego maniakalnego, zwierzęcego zarysu.

    - Gargulec mi powiedział, że jak umrę to zostanę tam na zawsze. To dobry powód by raczej nie umierać, nie sądzisz? Ale nie chcę cię zabijać Papa. Gdybym chciała już dawno byś miał dziurę w głowie. - Rzuciła chłodno Nikita, przybierając postawę sambo. Nikitę jakby nagle coś oświeciło, a jej zaskoczony wyraz twarzy tylko to potwierdził.

    - Tych chcesz żebym cię zabiła? - Upewniła się, obawiając się jego odpowiedzi.

    - Bo ja wiem. - mruknął rzucając się przód z zaciśniętą pięścią.

    Nikita zacisnęła zęby pochylając się. Pięść Devila świsnęła gdzieś koło jej ucha, gdy ta wyciągnęła ręce akcelerując swoją siłę wszczepami.

    Z negatywnym skutkiem.

    Mimo iż celowała w olbrzymi tors ojca, jedna ręka spudłowała a druga nie zdołała go nawet znacznie odepchnąć!

    Niech to, dlaczego tak się stało? Musiała się od niego odsunąć i to jak najszybciej.

    Natychmiastowo rzuciła się w bok o włos unikając kolejnej z pięści ojca.

    Zaciskając zęby wstała gotowa na kolejną próbę.

    Gdyby miała na to czas pewnie by odetchnęła z ulgą, że uniknęła młota jakim jest pięść Devila. To też była całkiem dobra okazja na kontr atak.

    Zacisnęła dłoń szybko wypuszczając wzmocniony cios pod żebra przeciwnika. Blue aż drgnął od siły ciosu, lecz nim dosięgnęła go druga dłoń, dziewczyna spotkała się z równie silnym uderzeniem od strony ojca. Tylko tyle, że ona dostała w twarz, co wyrwało jeden z jej zębów, posyłając go koziołkując po podłodze.

    Gdyby była zwykłym człowiekiem pewnie dawno by już nie żyła. Czyżby Blue naprawde był “tylko” istotą ludzką? Czy może dzięki temu ze jest Arkaną siły, czerpie z tego swoją monstrualną siłę? Zębem się nie przejęła wcale, tylko szczęką jakoś dziwnie zaczęła się jej poruszać. Postanowiła złapać Devila za włosy i przyrżnąć jej czołem w jego czoło.

    Nie do końca ufała w powodzenie swojego planu, ale jednak okazał się on iść dość płynnie.

    Chwyciła ojca za włosy, wzięła głęboki zamach, uderzyła...i zorientowała się, że czoło nie jest jej najlepszą bronią. Co prawda dała radę rozbić mu czoło, a to coś prawda?

    Ojciec zacisnął zęby zirytowany bólem i chwycił ją ręką za tors.

    Zareagowałą od razu chwytając go za tą rękę z zamiarem rzucenia nim o glebę za siebe, akcelerując swoją siłę.

    Blue skrzywił brwi gdy odczuł narastający ból powodowany uściskiem Nikity. Uśmiechnął się podle po czym mruknął. - Psi.

    Ręka zacisnęła się na torsie Nikity sprawiając, że drobna dziewczyna poczuła jak większość jej wnętrzności bierze udział w grupowym przytulaniu. Zacisnęła zęby z bólu gdy Ojciec uniósł ją lekko nad ziemię i cisnął z dala od siebie, zrzucając dziewczyną o podłogę.

    Nikita wbiła się bokiem w twardą nawierzchnię, tworząc w niej pęknięcia i zostawiając za sobą podłużny ślad jak gdyby przetoczyła się przez warstwę piasku.

    Postawiła się do klęczek łapiąc się za usta które chciały wypuścić ostatni posiłek nie tą drogą co należy.

    To było bolesne.

    Co to do cholery było?! Jakieś czary? Nikita zaczęła podejrzewać, zę jej się to śni. Ale ból był tak realny, że od razu odrzuciła tą opcję. Przełykając to co tak bardzo chciało się z niej wydostać wysapała.

    - Co...jak ty? - Wysapała ledwo, dźwigając się do góry. Nadal odrobinę kręciło się jej w głowie.

    - Jestem siłą. - powtórzył Devil stąpając spokojnie w stronę Nikity. - Czy coś ci się stało, córeczko? Walcz.

    Kravchenko dzwignęła się do pionu. “Albert, możesz mi coś powiedzieć na temat Arkany Siła?” Zapytała Gargulca, stając w pozycji bojowej.

    - Wszystko w porządku Tatku, dzięki że pytasz.- Rzekła ozięmble do Blue, gdy dziewczyna zaczęła także iść w jego stronę.

    To był pierwszy raz gdy użył swojej właściwości. Jest oczywiście silny, ale takie ataki męczą go szybko.

    Objaśnienia Einsteina nie były zbyt pomocne, Nikita nie mogła jednak zbyt wiele na to poradzić.

    Ruszyła przed siebie i szybko kucnęła, mijając o włos pięść ojca, aby następnie wykonać obrót i uderzyć go kopnięciem w nogę.

    Bez efektu.

    Przewrócenie tej góry mięcha nie jest jednak aż takie proste.

    “A kiedy ja dostanę swoją? Przydała by się” Przemknęło przez myśl Dziewczynie. Może i atak nie był skuteczny, ale ustawił ją w całkiem dogodnej pozycji do spróbowania czegoś, nowego i całkiem widowiskowego. Ale przecież nie o to chodziło...chyba.

    Zebrała siłę w nogach i wyskoczyła w górę, prostując pięść wycelowaną w podbródek Blue Devila.

    Mężczyzna, przygotowujący się do młota, nie zdążył wykonać uniku i choć w ostatnim momencie starał się złapać ręką Nikitę, stracił równowagę lądując na dupsku z głośnym łupnięciem.

    Z odrobiną pogardy w wyrazie twarzy, starł z podbródka krew dając dziewczynie nieco satysfakcji.

    - Przez 33 lata brakowało mi ojca, a teraz gdy okazało się że żyje i jesteś nim ty, chcesz abym cię zgładziła. - Rzekła ponuro Katyusha. - Dlaczego mnie to spotyka? - Zapytała przestrzeń. Wyglądało to tak jakby pozwoliła Blue się pozbierać.

    - Powiedz mi... za kogo mnie masz? - Zapytała szczerze.

    Ojciec Nikity uśmiechnął się, podnosząc swój tyłek z ziemi.

    - Za moją śmierć. W którą włożyłem tyle inwestycji. No ale zobacz jak idealną kostuchą się okazałaś. - wzruszył ramionami akcentując swoją pogardę. - Wszędzie gdzie idziesz ktoś kończy martwy. Nawet dostając szansę od Einsteina nie wpadłaś na pomysł aby uratować tamtego bachora Naila. Nic wielkiego nie zdziałałaś, tylko błądząc bez celu dopuściłaś się do wielu błędów i łaskawie ktoś pozwolił ci odpokutować podczas finału...I co się okazało? Gdy tylko zrobiłaś swoje wszyscy się odwrócili i poszli w swoją stronę! Hahahaha! - Blue wybuch diabelskim śmiechem który rozbrzmiał donośnie na całym moście. Nawet głośne trzaskanie deszczu nie umywało się do dźwięczności jaką miał w sobie ten mężczyzna.

    To co powiedział Devil bolało, a co gorsza było prawdą. Jest Hipokrtyką i ogarem który tylko czeka by puścić ją ze smyczy. Nie wykorzystywała okazji, aby zmienić bieg wydarzeń. Westchnęła głośno i sięgnęła za plecy po kosę.

    - A więc patrz jak twoja inwestycja cię zabija. Przez chwilę naprawdę myślałam że udajesz. Ale jesteś jeszcze gorszy odemnie. Ja wykonuje tylko rozkazy, nie posiadam własnej woli. Gubię się gdy nikt nie wskazuje mi drogi. Jestem Śmiercią, a więc... śmierć nie ma przyjaciół. Nikt nie będzie po mnie płakał, nikt za mną nie zatęskni. - Kosa rozłożyła się, błysnęło światło odbijane na gładkim ostrzu, a twarz Nikity spowił cień.

    - Pozwól że spełnię twoje życzenie. - Rzekła bez emocji biorąc zamach bronią, celując szpicem broni prosto w serce Ojca.

    Jeden ostry ruch. Jeden zamach i ostrze wylądowało w boku wielkiej postaci jaką był Blue Devil.

    Krew ściekała po jego podbródku gdy uśmiechnął się, chwytając Nikitę za twarz.

    - Tak. Taka jest prawda. Jesteś tutaj tylko po to aby siać zniszczenie i przyprowadzić koniec. Podążasz za konkretną linią do konkretnego końca. Ale czy jesteś w stanie wykonać swoje zadanie gdy zostaniesz zdana na własną rękę? - jego uśmiech zwiotczał. Twarz stała się poważna. Szepnął jeszcze jedno słowo. - Psi.

    - Żegnaj ojcze. - Rzekła ponuro o łapiąc za falcona, i strzelając kilkakrotnie w tors Devila.

    Kule przeszyły ciało Devila. Kule wyleciały gdzieś przez jego plecy, a krwawiąca postać uśmiechnęła się, spadając na kolana.

    Nie puścił jednak głowy swojej córki. Jego zacisk był coraz silniejszy, oczy dziewczyny zaczęły niekontrolowanie zezować, gdy wylewały się z nich łzy wywołane bólem.

    -Może umrzemy razem? To chyba lepsze od konspektu, co? - mruknął Devil, z którego ust toczyła się krew.

    Śmierć nie może umrzeć! To przesżło przez myśł Nikity, gdy puściła kosę i wyszarpnęła swój nóż usiłując odrąbać rękę Ojca. Liczyły się nanosekundy, nie oszczędzała wszczepów.

    - Dlaczego!? - Wrzasnął Ojciec.

    Nóż głęboko wbity w jego ramię sprawił, że zaczął ustępować w uścisku. Podniósł do góry swoją ociekającą posoką twarz, z której uciekały wszelkie barwy. - Dlaczego tak kurczowo trzymasz się życia!? Jesteś jak wszyscy inni ludzie! Bezwartościową, egoistyczną zgubioną jednostką której jedynym pragnienie jest sianie zniszczenia....limitujesz samą siebie mówiąc o prawie, ale w praktyce pragniesz tylko je łamać. Dlaczego odrzucasz tą...tą miłość z mojej strony!? - wrzasnął Blue, po czym wziął głęboki wydech i splunął krwią. - Co sprawia, że czujesz się specjalna!? Jeden obłąkaniec wewnątrz nieskończonej mgły!?

    - Shto - Wydukała z niedowierzaniem, jednak zatapiała nóż coraz głębiej. - Może gdybyś... nauczył mnie tych wartości... nie była bym tym... czym jestem teraz... - Pociągnęła ostrze mocno, by uwolnić się z uścisku.

    - Ja nie wybrałam takiego życia... ono wybrało mnie. - Dodała z trudem.

    - I jesteś w stanie je strawić nawet w najcięższej rzeczywistości, jaką mogłem ci zaprezentować. - uśmiechnął się szczerze Blue, jak gdyby nie czół żadnego bólu. - Już sam nie wiem kto jest w błędzie. Żyj długo, kostucho. - mruknął, a Nikita mrugnęła niepewna znaczenia tych słów.

    Biało-czarna mgła rozwiała się z scenerii gdy wysoko-kalibrowy pocisk przebił powietrze niczym tafla szkła, podążając prosto w stronę czaszki Okamijina, przebijając ją na wylot.

    Z pustym wzrokiem, choć szerokim i szczerym uśmiechem szef CyberCorp upadł na ziemię, a pod jego głową zaczęła rozlewać się kałuża krwi.

    Głośne pacnięcie rozległo się gdy ręka Kai wylądowała na ramieniu Nikity. Klepnięcie było pełne szczerej gratulacji od uśmiechniętej panienki z mafii. - Good job, baybe. - mruknęła.

    Aurora odetchnęła z ulgą. - Celem wieży zazwyczaj jest prezencja najgorszej katastrofy. Przynajmniej tego nam oszczędził. Aż odnoszę wrażenie, że to była strata czasu. - stwierdziła matula.

    Nikita uśmiechnęła się zmęczona obniżając swoją napiętą dłoń i chowając pistolet do kabury.

    Po drugiej stronie mostu stała banda mafiozów i trójka diabłów, czy też "starych przepoconych dziadów".

    Blue uśmiechnął się przyjacielsko i klepnął w plecy zarówno Naila jak i Kuro, wybijając z nich stres przez co i ta dwójka się uśmiechnęła.

    - Tu grupa A. Misja zakończona. Powtarzam, misja zakończona. - mruknął Bob, mówiąc jednak do komórki a nie komunikatora.

    -Fail line- Over.
    End of layer 1

    Rozgrywka

  • CyberCore
    BoomyB Boomy

    W tym samym czasie, wierza Tokijska

    Dysząc ciężko dwójka dziewczyn wbiegła na 25 piętro. Kai oparła się o ścianę i zrobiła kilka wdechów. - Jasna cholera. Mogłam zajebać Bobowi manierka z wódką. - jęknęła zmęczona. - Wstawiamy klasyczne C4 czy będziesz próbować tym magicznym kijem? - spytała pokazując na kosę dziewczyny.

    - Nie lubisz eksplozji? Przyzwyczaisz się. - Uśmiechnęła się diabelnie Nikita. - Podłóż ładunki... proszę. - Dodała na koniec, żeby nie było że jej rozkazuje.

    - Prosić to ty mnie możesz co najwyżej o pocałunek w dupe. - rzuciła z uśmiechem Kai kierując się w stronę mostu. Drzwi rozsunęły się otwierając przed nią drogę.

    Dziewczyna szybko przeklęła po czym może nie aż tak szybko odskoczyła w bok. Nim HUD Nikity zorientował się o co chodzi, oberwała czymś ciężkim i uderzyła w najbliższą ścianę.

    Biały android o fioletowych włosach i czerwonych oczach wpatrywał się to w jedną to w drugą z dziewczyn, wisząc zawieszony na czymś co wyglądało jak część olbrzymiego robota, choć pewnie było tylko jakąś wariacją egzoszkieletu.

    - Intruzi. Destrukcja: rozpocząć. - mruknął android kiwając się w powietrzu.

    - Mała dziwka. Rozjebać. rozpocząć. - Warknęła Nikkita, zbierając się z podłogi. Nie zamierzała pozostać dłużna. Wycelowała z kosy prosto w łeb androida, przesunęła rygiel i wypaliła.

    Android oparł się na swojej lewej dłoni, stając właściwie w pionie i prawą wystawiając prosto na trajektorię pocisku...który wybuchł w dłoni pozostawiając po sobie tylko dymek. Siła była zbyt mała aby uszkodzić materiał tego egzoszkieletu.

    Również pociski Kai, która zmuszona była strzelać w lewą rękę androida wyłącznie odbijały się w wszystkie strony.

    Maszyna zerwała się i ruszyła w stronę Nikity, która zwinnym ruchem przetoczyła się na bok.

    Mechaniczna dłoń uderzyła w ścianę, robiąc w niej dziurę i pokazując nocne miasto.

    O mały włos. Ale takie wielkie bydlęta mają to do siebie że są raczej wolne. Trzeba odrąbać tą rączkę. Może być problematyczna. Nikita ryknęła robiąc wymach ostrzem, celując w łapę. Miała nadzieję że ostrze jest jakieś wspomagane, ale w razie czego też zaakcelerowała szybkość jak i siłę cięcia.

    Z mocnym wymachem wbiła się w dłoń która jeszcze nie opuściła lokacji w której wcześniej stała ściana.

    Kosa trzasnęła płynnie wbijając się w egzoszkielet...może nie do połowy, ale był to jakiś kawałek. Android spojrzał na Nikitę twarzą bez wyrazu, po czym machnął dłonią odsyłając dziewczynę w stronę ściany z sporą siłą.

    W ostatnim momencie złapała ją Kai, choć dwójka i tak uderzyła o ścianę. Przynajmniej cała siła nie wyładowała się tylko na jednej z nich.

    Kravchenko kaszlnęła głośno od uderzenia, ale od razu obejrzała się w tył. - Nie musiałaś, ale dzięki -

    - Ty też nie, ale ssiesz w walce. - odpowiedziałą od razu Kyodai, odpychając Nikitę. Gdy ta już stała na prostych nogach, próbowała znaleść jakiś słaby punkt u androida. Ból był dokuczliwy, ale do zniesienia. Natarła prosto na przeciwnika wyskakując w powietrze.

    \ - Ty tępa! - wrzasnęła Kai, jednak nie dokończyła celując prosto w Androida.

    Przeciwnik dwójki wyprostował dłoń i moment przed tym, gdy Nikita zrozumiała, że czas obić się od sufitu, została weń wbita gorylą łapą egzoszkieletu.

    W tym czasie kilka kul poszybowało w stronę androida, łatwo przedziurawiając kobiecą figurę maszyny.

    Mogła się tego spodziewać... teraz była wciskana w sufit jak jakiś komar. Musiała się wydostać i to szybko. Użyła całej swej siły by odepchnąć rękę, własnymi rękoma i nogami.

    Kravchenko zaakcelerowała swoją siłę, robiąc wgniecenie w suficie od którego się odepchnęła, po czym szybko zsunęła aby zeskoczyć na ziemię, gdy android zacisnął dłoń aby weń uderzyć z pełną siłą.

    Gruz poszybował na ziemię gdy dziewczyna zakręciła kosą w rękach i ponownie wbiła się w dłoń androida - tym razem prawą. Powstało na niej podobne wgniecenie.

    Kai nie chciała darować sobie z okazji, gdy tylko skończyła przeładowywać posłała kolejne kule w właścicielkę egzoszkieletu, która postanowiła zasłonić się drugą ręką. Lewą.

    Był to jakiegoś rodzaju błąd skryptu. Niezrównoważona postać wylądowała twarzą na podłodze, zasłonięta dwoma rękoma z przodu.

    Takiej okazji nie można zaprzepaścić. Nikita obiegła szybko androida, ale nie zbliżała się w zasięg łap. Po prostu wycelowała z kosy w odsłonięty punkt.

    Android podniósł się na ziemię, unosząc się w górę na rękach. Dało to Nikicie moment na wystrzał. Wystrzał który oderwał kawałek boku maszyny. Kiwając się z migającymi oczyma, ustawiła się do pionu.

    Kai również chciała dodać swojego, jednakże nie zdołała, ponownie spotykając się z dłonią egzoszkieletu.

    Maszyna w dalszym ciągu skupiała się na Nikicie, identyfikując ją jako większe zagrożenie.

    - Kurwa... twarda jest! - Sapnęła głośno wyczekując na ataku.

    - U facetów widziałam twardsze rzeczy - odrzuciła żartem Kai zaciskając zęby.

    W bezpośrednim starciu fizycznym, raczej ma małe szansę. A mogła sobie dorobić parę dodatkowych wszczepów. Ale pewnie ucierpiała by na tym jej aparycja. Jednak to nie był czas na takie rozmyślania. Jej bardziej “ludzka” część była znacznie mniej wytrzymała niż ogromne łapska. To będzie właśnie chciała chlasnąć kosą.

    Pytaniem było kiedy się taka okazja nadarzy.

    Android chciał ruszyć w stronę Nikity, nagle jednak zahuśtał się wisząc na swoich rękach w miejscu i zaczął rozglądać się między dziewczynami a drogą na most.

    W końcu to jego bronił, więc po co ma się narażać?

    Przeciwnik nie był może ludzki, ale wykazywał jakiś stopień inteligencji.

    Cwane kurewstwo. Nikicie przyszedł do głowy dziwny pomysł. Warto było tego spróbować...

    - To zdanie jest fałszem. - wypaliła ni stąd ni zowąd do androida. - Odpowiedź? - Dodała, po czym obserwowała reakcję maszyny.

    Android rozglądał się wciąż między dziewczynami ignorując Nikitę.

    - Co ty kombinujesz? I jak chcesz odpowiedzi na twierdzenie? - rzuciła do niej zdziwiona Kai, nie ściągając pistoletów z androida.

    - Heh... warto było spróbować. - Wzruszyła ramionami patrząc rozbrajająco na Kai. Dziwne zagranie nie wskurało zupełnie nic. Trzeba było jednak fizycznie podejść do sprawy. Jak zwykle zresztą... Nikita wykonała obrót kosą, łapiąc ją tak jakby chciała ścinać zboże.

    Dziewczyna rzuciła się na androida, którego systemy nie działały do końca poprawnie z powodu dziury w boku. Nie oznaczało to jednak, że będzie stał bezczynnie. Uniósł łapsko wysoko i upuścił je z całej siły na biegnącą Nikitę, która w ostatnim momencie zasłoniła się kosą zapierając się nogami o ziemię.

    Wszystkie szczepy Nikity przeszły w tryb pełnej mocy. Siła w jej rękach zaczęła napierać, powoli przeważając nad mocą androida. Kosa zaczęła strzelać, jak gdyby coś w środku nie mogło znieść napięcia wywoływanego przez dwa kolosy.

    W końcu Nikita wyskoczyła, zostawiając pęknięcia w miejscu gdzie wcześniej były jej nogi. Android stracił równowagę i wyleciał w górę. W rękach Rosjanki kosa zatoczyła pełne koło, po czym pionem ruszyła w dół rozcinając na pół tors mechanicznego tworu.

    Dziewczyna obróciła się, odbiła od przeciętego truchła i wyskoczyła w tył lądując z powrotem na ziemi, dysząc ciężko i obserwując jak maszyna wylatuje przez dziurę w ścianie.

    Kai padła rozkraczona na ziemię.

    - Nie mogłaś tak od razu? - burknęła do Nikity.

    - Nie chciało mi się... - Odparła, z uśmiechem ulgi, padając na kolano. To naprawdę dało jej wycisk. Wspierając się na kosie powiedziała do Kai. - Wysadźmy ten most w pizdu... - Jej oddech nadal się nie uspokoił. W zasadzie to sama nie wierzyła że jest do tego zdolna... Matka świetnie się spisała.

    Kai przytaknęła chowając pistolety i zdejmując plecak. Wyjęła z niego ładunki i wbiegła na most, aby szybko je podpiąć i, ładnie mówiąc, spierdolić.

    Nie nastawiała ich specjalnie długo, nie chcąc marnować czasu. Ledwo dobiegła do Nikity aby ją uścisnąć i za dwójką dało się usłyszeć wielką eksplozję.

    Dziewczyna z mafii chyba chciała po prostu poczuć się cool.

    Zamiast mostu została spora dziura. Ukazująca widok na płonącą wieżę tokijską.

    Spora ilość mężczyzn w garniturach oraz różnej płci osobników w strojach ninja z pełnym zapałem tańcowała wokół hordy mechanicznych istot. Armia androidów zebranych przez Copycata była ogromna. Szczęśliwie dla nich nie były to jednostki bojowe, tylko losowe androidy zebrane z ulicy.

    Czuli się jak podczas zagłady zombie. Problem w tym, że ich zombie nie były wcale takie tępe i potrafiły kogoś zabić.

    \ - Dobrze się bawisz kochanie? - spytał Henry opierając się o plecy Rosjanki. Kobieta z blizną była jednak dużo bardziej zainteresowana strzelaniem w stronę hordy robotów niż dyskutowaniem z zalotnikiem. A każdy jej strzał trafiał między oczy. - Zamknij mordę i zapal mi cygaro.

    Walka ta nie była jednak aż tak istotna. Znaczenie miał tylko pojedynek nad nimi. Pojedynek między Oyabunem Yakuzy i jedynym androidem, który wydawał się mieć duszę.

    - Yoki. Miło cię zniszczyć. - ukłonił się człowiek maszynie która jednak stała bez słowa.

    Cóż, nie miał czasu na pogawędki. Przynajmniej jeżeli nie chciał śmierci jego towarzyszy.

    Yoki wybił się w przód z gardą bokserską. Wyrzucił jedną piąchę. Spudłował. Drugą. Trafił w twarz. Trzecią. Podrzucił lekko przeciwnika uderzeniem w żebra. Czwartą. Android złapał go za rękę.

    - Aanaliza zakończona, śmieciu. - mruknął android uśmiechając się.

    - Ψ <Psi> - mruknął Oyabun i niczym duch wyślizgnął się z zaciśniętej dłoni robota, wywołując zdziwienie na jego twarzy pozbawionej możliwości obliczenia tego, co właśnie miało miejsce.

    Mimo to robot wciąż stał niewzruszony.

    Yoki ponownie ruszył przed siebie z gardą bokserską. Przed uderzeniem zmienił jednak postawę i wykonał kopnięcie w stylu take-won-do.

    Uderzenie to odsunęło Copycata w bok.

    - Ile znasz sztuk walki, człeku? - spytała maszyna.

    - Sporo. - zaśmiał się mafiozo ruszając w przód. Tym razem postawił na kolanko w stylu Mhuay-thay. Pięść w twarz posłała go na krawędź tokijskiej wieży.

    - Moja baza danych też nie jest pusta. - ostrzegł go robot.

    Kai zawiesiła się na ramieniu Nikity.

    - To co, krótka przerwa i zapieprzamy na 65 do mamusi? - spytała.

    Nikita poklepała ją po plecach.

    - Tak... odpocznijmy nieco... - Uśmiechnęła się, po czym posnuła się wraz z Kai pod ścianę, o którą oparła się plecami i zsunęła do przysiadu. - Trochę przegięłam... - Mruknęła Nikita, spoglądając na swoje ręce.

    Kyodai uśmiechnęła się szeroko wciskając twarz Nikity w swoje piersi. - Przynajmniej pokazałaś, że masz większe jaja od wszystkich facetów w tej grupie. - zaśmiała się.

    Nagle coś zaszumiało i przez komunikatory nadeszła wiadomość od Boba.

    - Słyszeliśmy wybuch, czy udało wam się zniszczyć pierwszy most? - spytał mafiozo.

    Cholera... ma większe piersi od Nikity. Zazdroszczenie przerwał Nikicie komunikat od Believera.

    - Da, a u ciebie przystoj... ekhem Bob? - Rzekła przytykając palec do komunikatora przy uchu.

    - Wspinamy się w górę. Wróg przyjął skupienie na tym wieżowcu, zakładamy, że to tutaj znajduje się Okamijin. Ku naszemu zaskoczeniu dostaliśmy nieplanowane wsparcie. - odpowiedział Bob. - Trójka diabłów wspiera naszą sprawę. Powtarzam, trójka diabłów nam pomaga.

    Oczy Katyushy otworzyły się szeroko, że niemal wypadły z orbit. Zerknęła na Kai.

    - Wyłapałaś to? -

    - Ta, no i? - spytała.

    - Nie wiesz kim oni są?! - Odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Zresztą nie ważne. Jak oni się zjawili to jestem trochę spokojniejsza. Możemy powoli ruszać. - Podniosła się ciężko i złożyła kosę, za to w jej dłoni spoczął Falcon. Wyciagnęła dłon do Kai, by dźwignąć ja w górę.

    - Bandą przepoconych staruszków z zużytymi siurkami. - stwierdziła chcąc wbić głowę Kravchenko głębiej w swoje poduszki. Niestety dziewczyna jej uciekła. - Ale przynajmniej Boba nam nie zastrzelą, skoro ma bydło za którym może się schować. - dodała łapiąc Niki za dłoń i podnosząc się.

    - “Bandą przepoconych staruszków?” Powtórz im to.. - Zaśmiała się gardłowo Nikki, kierując się w stronę schodów.

    - Bandą przepoconych dziadów. - powtórzyła posłusznie biegnąc za Nikitą.

    Dziewczyny ku swojemu zdziwieniu spędziły kilkanaście pięter i kilkaset stopni plotkując i dysząc z zmęczenia. Nic więcej.

    Żadnych groźnych androidów ani małych lalek w egzoszkieletach.

    Wszystko wyjaśniło się im dopiero na sześćdziesiątym piątym piętrze.

    Dwójka zatrzymała się momentalnie wpatrując się przed siebie. Potem na siebie. Następnie wszędzie gdzie się nie wpatrywali, po czym znów przed siebie.

    Piętro było pełne oleju, szczątków androidów różnego rodzaju i ogólnego rozpierdolu. Wydawałoby się, że na samym złomie z podłogi można wzbogacić się dość aby zacząć potężną działalność firmową na rynku utylizacji odpadów.

    A w centrum tego wszystkiego stała Aurora.

    Biała, dumna, o świetnej posturze z rapierem w dłoni i odrobiną krwi spływającą z czoła.

    - Cześć kochanie. - mruknęła pokazowym wymachem zrzucając krew z ostrza.

    - E..y.. - Wydała z siebie tylko pojedyńcze litery rozglądając się dookoła zdumiona. Wiedziała że jest wprawioną w boju kobietą, ale czegoś takiego się nie spodziewała.

    - Wszystko w porządku mamo? Krwawisz. - Zapytała podchodząc do niej.

    - Nacięłam się aby sprawdzić, czy nie śnię. - odpowiedziała Aurora z głupim uśmiechem na twarzy, kopiąc jedną z części pod nogami. - Czy ty nie miałaś mi czegoś donieść? - spytała.

    - Ta dzika sucz to twoja matka? - zapytała Kai opierając ręce na biodrach z podziwem obserwując wysypisko.

    - Kai! - Niemal krzyknęła, na Kyodai po czym dodała szeptem. - Nie obrażaj jej. Może się źle skończyć. - Od razu do pamięci wbił się jej obraz w którym poszybowała ciśnięta przez ścianę.

    - Tak oto dysk... - Wyciągnęła z kieszonki jakieś połamane kawałki plastiku.

    - O kurwa... - Spojrzała na przedmiot, z miną dziecka które coś spartoliło.

    Gdy Kyodai spoglądała błagalnie na Aurorę, ta z skrzywionym wyrazem twarzy uniosła rękę w górę. Strach przeszył obie dziewczyny, gdy nagle to Nikita dostała po twarzy liściem.

    - Wyrażaj się. - poprosiła ją matka. - Z tego co kojarzę najpierw miałaś go zanieść, potem robić firewerki. - dodała patrząc na płytę. - Jaki jest dalszy plan?

    - Eee.. ten no...jakoś tak wyszło... - rzekła niemrawo, stukając palcami wskazującymi jeden o drugi. Zaraz po tym wyprostowała się i rozmasowując policzek przemówiła.

    - Plan się nie zmienił, idziemy po Ok..on..Owa... - Poplątał się jej język z nerwów. - Cel główny! - Dorzuciła szybko z wyciągniętą przed siebie dłonią, palcem wskazując górę.

    Aurora spojrzała na dziewczyny z ukosa. - No cóż...to chodźmy. - stwierdziła obracając się na pięcie.

    - Niezły z ciebie skurwysyn...Homo ex machina, tch. - wysyczał Yoki, stojąc nieco pochylonym na wieży tokijskiej. Copycat przyglądał mu się z uśmiechem. Czuł się wygranym.

    - Po co to wszystko? - spytał go Yoki. - Tak z ciekawości.

    Copycat wzruszył ramionami.- Nie pojmujecie nawet zasad świata. Wiecznie przekonani, że wszystko musi mieć swój powód bądź zgubieni między szukaniem celu a przyznaniem się do jego braku...Ze mną jest inaczej. - wyszczerzył się android. - Nie mam powodu. Tak po prostu, pozabijam. - zadeklarował.

    Oyabun poprawił okulary. Nie podobała mu się ta postawa Copycata. - Ψ. - mruknął ruszając w przód.

    Zdziwiony android nie zareagował. Wpatrywał się tylko jak niematerialny twór podąża w jego stronę i przechodzi przez jego ciało.

    Ψ

    Padło ponownie, tym razem zza pleców Copycata. Nim zorientował się o co chodzi, ręka yokiego trzymała go już za plecy. Obydwoje zaczęli spadać z wieży tokijskiej w stronę ziemi w zastraszającym tempie.

    - Ψ. - mruknął ponownie Yoki, dematerializując się.

    - Jeb się. - skomentował Android.

    - Hej. Twoja matka to niezbyt towarzyska, co? - zapytała szeptem Kai wspinając się po schodach za Nikitą. Dwójka była prawie na szycie.

    - Czy ja wiem? - Skomentowała Nikita, trzymając się poręczy. - Możesz z nią podyskutować o wszystkim, ale pewnie by ci się mózg spalił. Wiem po sobie. - Uśmiechnęła się mimowolnie, nadal pokonując te przeklęte stopnie. Coś wewnątrz niej było rad, że jej matka jest cała i zdrowa. Zresztą, niczego innego nie można oczekiwać od szefowej Whitelight.

    - To ci ciekawostka. - mruknęła w odpowiedzi Kai.

    Nagle odpalił się komunikator. Bob znów przemówił.

    - Cel kieruje się drugim mostem. Powtarzam, cel ucieka drugim mostem.

    Aurora natychmiastowo wyskoczyła z schodów na piętro i ruszyła do rozsuwanych drzwi. Dziewczyny też nie marnowały czasu, były tuż za nią.

    Przejście otworzyło się ukazując na moście Okamijina oraz oddział mafijny za jego plecami.

    \ - Kurwa. - mruknął mężczyzna, choć wciąż się uśmiechał mimo swojej sytuacji.

    Mają go! NIe ma już dokąd uciec to bydle! Nikita wystąpiła na przód, od razu mierząc w niego z Falcona.

    - Pozdrów Alberta ode mnie. - Już miała go kropnąć, jednak dała mu szansę się wypowiedzieć. - Ostatnie słowa? -

    - Nie zabijaj? - uśmiechnął się Okamijin. - Jesteście dość ekstremalni w swojej perswazji. Mam nic nie robić z cyborgami? Nie ma problemu! Mogliście poprosić. - stwierdził mężczyzna spoglądając błagalnie na Nikitę.

    - I tak zrobiłbyś co chciał. Ale pozwól że cię o coś zapytam. Jaką arkaną jesteś? - Laserowy celownik nie schodził z twarzy Okamijina.

    - Wieżą. - odparł jednym słowem.

    Była to arkana nienawidzona w tarocie. Zazwyczaj oznaczała klęskę, destrukcję.
    - Zburzę wieżę. - Wyraz twarzy Nikity znów przybrał nieprzyjemną barwę. Wypaczona z ludzkości zabójczyni, która ma cel i zrobi wszytko by go zrobić. Pociągnięła za spust...

    Pocisk przebił się przez czaszkę Okamijina, rozlewając jego mózg po podłodze. Wszyscy zgromadzeni uśmiechnęli się.
    Nagle zagrzmiał piorun. Zaczęło padać.

    Rozgrywka

  • CyberCore
    BoomyB Boomy

    - Shtoo? - Wydukała ledwo, rozglądając się dookoła. No i się doigrała, Yakuza teraz ją miała, a ten skurwiel Townsend pewnie to wszystko zaaranżował.

    Chciała go zabić, ale kajdany mocno to utrudniały, w dodatku nafaszerowali ją jakimś syfem.

    - Dlaczego jeszcze żyje? Mudak - zapytała posępnie.

    - Bo chciałem z tobą porozmawiać. - uśmiechną się Shategashira. - Jesteś dla nas niezwykle ciekawą personą. - zabrzmiało to jak gdyby ją chwalił.

    Napił się odrobiny sake z swojego talerzyka po czym pochylił się aby spojrzeć Nikicie w oczy.

    - Zresztą...twoja śmierć nic nam nie da, więc po co ma mieć miejsce? Wszystko musi mieć swój powód. - zabrzmiało to dziwnie podobnie do Gargulca.

    Bestia za jego plecami ryknęła, wierzgając się w klatce.

    - Mów więc przychlaście. - Splunęła na podłogę, nawet nie patrząc mu w oczy. Jej wzrok zaś przykuła dziwaczna kreatura w klatce. Wyglądało jak Goryl, ale szczegółów dojrzeć nie mogła ze swojego miejsca.

    - Auuć. - zadziwił się, mężczyzna. - Masz charakterek, prawie jak twoja matka. Choć w sumie nawet Aurora była milsza, gdy uratowałem jej skórę przed tym kociakiem. - mówiąc to spojrzał na klatkę za sobą, wciąż uśmiechnięty.

    - Powiedz mi, dlaczego tak nas nienawidzisz? Jaki masz w tym powód? Aby przewracać nasze plany bez pytania, i rzucać się na nas bez zastanowienia? - zapytał.

    - Niszczycie ludziom życia, czerpiecie zysk z cudzych tragedii. A niektórzy z was mają z tego jakąś chorą satysfakcję. Powinniście zdechnąć! - Wyszczerzyła kły jak jakieś rozjuszone zwierze. Jednak szybko się uspokoiła. - Gardze wami. - Dorzuciła.

    Shategashira przetarł podbródek z zainteresowaniem.

    - Naprawdę? Wymień mi przykład. - poprosił.

    W tym samym czasie dziewczyna zaczęła odczuwać gilgotki. Po chwili stwierdziła, że coś liże ją po stopie.

    - Mam ci wymienić ludzi których skrzywdziliście?! Żebyście mogli ich wyszukać i dokończyć? Pierdol się. - Rzuciła zgryźliwie, buzując ze wściekłości. Chyba ta chemia co jej zapodali zaczęła puszczać. Mimowolnie odwróciła wzrok na swoją stopę, by dojrzeć co powoduje te łaskotki.

    Dojrzała tam zwierze.

    Nieco przestraszone jej krzykami stworzenie, futrem przypominające tygrysa, twarzą psa oraz z wężem zamiast ogona.

    - Chcę abyś wymieniła mi jedno nazwisko. Jedną osobę którą skrzywdziliśmy w ciągu ostatnich...dwudziestu lat chociażby. Tyle ma nasz obecny Oyabun w swojej karierze. - poprosił mężczyzna. - Nie dlatego, że chcemy kogoś wykończyć. Tylko dlatego, że nikogo takiego nawet nie kojarzę...w ogóle.

    Stworzonko było na swój sposób słodkie, ale jeszcze troche czasu i zamieni się pewnie w krwiożerczą bestię na usługach Yakuzy.

    - Meer Blue. - Burknęła, a wzrokiem mało nie pożarła rozmówcy. Fakt że jest jej bratem celowo pominęła. Choć nie było by dziwnym jak by to wiedzieli.

    - Która godzina? - spytał spoglądając na Henriego.

    - Powinno lecieć. - odburknął tamten wyciągając z kieszeni pilot. Włączył telewizor na ścianie, nie do końca widoczny z powodu klatki oraz Shategashiry zajmujących pole widzenia Rosjanki.

    Dzisiaj w -VectorNews> zajmiemy się tajemniczą sprawą śmierci młodego chłopaka, zawodnika turnieju Japonii o numerze 27, zwanego Meer Blue.

    Po analizie materiałów dowodowych i nagrań z kamer, specjaliści doszli do wniosku, że chłopak został zabity poprzez Blue Devila w akcie samoobrony. Chłopak zaatakował go z ukrytym w rękawie ostrzem.

    Mimo jasności sprawy, mistrz świata wciąż nie został odnaleziony.

    Townsend wzruszył ramionami.

    - Meer był starszy od ciebie. Blue Devil dokonał na nim gwałtu w nie znanych nam okolicznościach. Zepsuło mu to mocno psychikę, popadł w manię na punkcie swojego ojca. Jednak Devil porzucił go, z czasem nawet poczynając sobie córkę. Chciał naszej pomocy aby zabić was o b u. Nie otrzymał jej, więc doszedł do wniosku, że w jakiś sposób wpłynęliśmy na zachowania waszego ojca.

    Shategashira napił się jeszcze odrobiny sake gdy Henry tłumaczył sytuację dotyczącą chłopca.

    - Znając tylko powierzchownie sytuację, nie powinnaś się sugerować nią jako motywacją.

    Jej jedyny brat... nie żyje. Zabity przez jej Ojca. Zacisnęła zęby z głośnym zgrzytem. W końcu pękła i zaczęła wrzeszczać ile jej płuca na to pozwalały. Szarpała za łańcuchy jak potraktowane prądem zwierze. łzy samoistnie napłynęły jej do oczu.

    Zaczęła klnąc pod nosem w ojczystym języku. Jednak zaraz po tym napadzie furii, opadła ponownie, kompletnie bezradna. Nie wiedziała co zrobić.

    - ...Moje...wyrazy współczucia. - wyjąkał Shategashira nie do końca pewny co ma zrobić, głaszcząc przerażoną Nikitą, dziecięcą mantikorę.

    - Swoją drogą... - podjął Henry. - Planowaliśmy porwać ciebie oraz Shishigami Banga. Powiedzieliśmy smokom, że Bob to Oyabun. Liczyliśmy, że zjawi się przywódca ale przyszła tylko jego uczennica. I trochę nie udało się przerwać wam w porę... - uśmiechnął się, a ostre spojrzenie Shategashiry ugasiło jego zapały. - Wyjdź. - poinstruował krótko.

    NIkita wytrzeliła w stronę Henry’ego z zamiarem wbicia go w ścianę. To bydle nie zasługiwało na nic innego.

    Jej szał był ogromny i niekontrolowany.

    Niestety wbiła się wyłącznie w paralizator.

    Wiła się z bólu, gdy Henry pochylił się i szepnął.

    - Twój brat umarł, gdy zajmowałaś się ochroną murzyna przed Nailem. To nie był zły wybór. - zauważył po czym schował ręce do kieszeni i odszedł.

    Prąd przeszył jej ciało, a NIkita znalazła się na podłodze. Pierwszy raz w życiu była tak bezradna. Uniosła tylko głowę na Townsenda.

    - Zabiję cię. - Warknęła, po czym usiłowała zerwać kajdany, tłukąc nimi o podłogę.

    Nie chciały jednak spaść. Shategashira przyglądał się zaś dziewczynie nieco niepewny siebie.

    W jego oczach wyglądała jak bezpański pies z wścieklizną.

    - I znów...Zachował się jak skurwysyn, ale nic nie było jego winą. Dlaczego chcesz go zamordować? - spytał spokojnym, choć zawiedzionym tonem.

    - Bez powodu... - Odwarknęła, próbując się podnieść do przysiadu. Gdy w końcu klapnęła na tyłek. Ponurym wzrokiem spojrzała na Shategashira. - Co teraz ze mną będzie? - Ton tej wypowiedzi, wydawał się obojętny

    - Cóż...planowałem ci wszystko wyjaśnić i przeprosić za niedomówienia...ale ty sama wydajesz się niedomówieniem. - niezwykle szczerze wyraził się Shategashira. - Najpewniej wyślemy cię do szpitala psychiatrycznego, aby mieć pewność, że Aurora nie może cię uratować. Aczkolwiek decyzja zależy od Oyabuna.

    - Masz tupet. Sami macie najebane we łbach a mnie do szpitala chcecie wysłać? - Prychnęła, choć może miał trochę racji. Ale to pewnie przez te dragi którymi ją naszprycowano.

    - ...Właśnie to ci tłumaczyłem...to ty masz problem z stereotypami i morderczymi skłonnościami. - nieco zgłupiały, mężczyzna drapał się po głowie. - ...Masz coś konkretnego do powiedzenia czy...mam cię odesłać do celi...? - już sam nie wiedział co z nią zrobić.

    - Jebleć cie mudak - Odburknęła tylko, odwracając wzrok. Nic nie mogła zrobić w tej sytuacji.

    Mężczyzna westchnął i pstryknął palcami.

    Po chwili pojawiła się dwójka mężczyzn, która zabrała Nikitę i odprowadziła ją do jej celi.

    A sama cela nie była zbyt zajmującym miejscem.

    Rosjanka źle się czuła i miała w sobie mnóstwo myśli. Nie była nawet w stanie zasnąć.

    W pewnym momencie leżenia na łóżku zobaczyła coś na suficie.

    ...Było to odbicie Gargulca...

    - Ktoś tu wygląda na załamanego. - odezwał się stwór w jej głowie, spoglądając na nią z sufitu.

    - A jak mam się czuć? Pewnie nawet nie jesteś prawdziwy. A wszystko to mój wymysł. Chciałeś czegoś? - Rzekła wycieńczona.

    - Gdyby to wszystko były zwidy, to właśnie siedzisz w swoim pokoju przechodząc w myślach alternatywny plan wydarzeń swojego życia od dnia w którym Kuro został zabity. To nie brzmi prawdopodobnie. - przypomniał jej Gargulec nieco zasmucony jej stanem. - [i]Chciałem zapytać, czy znasz kobietę-kota. Kolejna postać pojawiła się konspekcie, której obecności nie rozumiem.

    - Własnymi rękoma ją dzisiaj zabiłam. Uczennice Naila. Teraz on będzie chciał zabić mnie, a ja będę musiała się bronić. O ile jeszcze zobaczę światło dnia. Mówiła coś? - Jej ton nie zmienił się ani trochę od początku rozmowy.

    - Tak. - odparł Gargulec. - Że w końcu zrozumiała o co chodziło w jej życiu...co wydawało mi się bezsensowne...choć jednocześnie niezmiernie podobne do pozostałych przypadków. - stwierdził Gargulec. - Powiedz mi, czy wiesz co oznacza termin "arkana"? - zapytał.

    - Nie. - Odparła bardzo krótko, patrząc nieobecnym wzrokiem na czaszkę Gargulca.

    - Aha... powiedz czy ma mi za złe że ją zabiłam? Musi mieć, co ja gadam... - Uśmiechnęła się niemrawo na krótki moment.

    - Wręcz przeciwnie. Wyglądała na spełnioną. - odparł Gargulec. - "Arkana" to termin kart tarota. Opisują one różne typy osób. Tak się składa, że osoby które podejmą się kontraktu z konspektem zazwyczaj posiadają jakieś cechy które łatwo przypisać arkanom. - Stworzenie zrobiło krótką przerwę w wypowiedzi, po czym podjęło ponownie.

    - Wydaje mi się, że jesteś...śmiercią. Wszyscy, w których coś zniszczysz, pojawiają się w konspekcie. I wynoszą z tej wizyty jakieś wnioski. - wyjaśnił Gargulec. - Jesteś chyba pierwszym człowiekiem w historii świata który ma prawo zabijać. Bylebyś nie robiła tego bez powodu.

    - O, teraz jestem śmiercią? Kostuchą? Mogę zabijać ludzi? To brzmi conajmniej niedorzecznie. - Obróciła się na łóżku w stronę ściany, coś na niej skubiąc paznokciami.

    - Powody są... i wykorzystam to prawo. Skoro tak mówisz to tak musi być. - Westchnęła głośno. - Właściwie to co tutaj robisz? Myślałam że nie możesz opuścić konspektu. -

    - I nie opuściłem. Jesteś jego częścią, zapomniałaś? - przypomiał jej Gargulec. - Chciałem tylko zobaczyć co się dzieje. Nieskończoność jest definicją nudy. - definicją nudy do której kiedyś dołączy.

    Nagle drzwi do celi otworzyły się. Stał w nich...Jokyoku.

    Nikita na dźwięk otwieranych drzwi odwróciła się powoli w ich stronę. Na jej twarzy pojawił się grymas, ale było jej już wszytko jedno.

    - Jeżeli przylazłeś po to co myślę to zapomnij. - Mruknęła podpierając się pod rękę.’

    - A co myślisz? Bo o ile się nie mylę, to sama nie wiesz...tak samo jak ja. - stwierdził Japończyk podnosząc wzrok na sufit. Gargulec pomachał mu.

    - Też byłeś w konspekcie? Znaczy, nie powinno mnie to dziwić. - Podciągnęła się do góry by usiąść. - Skoro ja nie wiem i ty nie wiesz. To kto ma wiedzieć? - Spojrzała ku górze na ich wspólnego znajomego.

    Gargulec również wzruszył ramionami. - Do wróżki mi daleko. - mruknął do Nikity.

    Jokyoku oparł się o ścianę i spojrzał na Rosjankę.

    - Wiesz w ogóle, co się dzieje...od kiedy turniej się zaczął?

    - Nie jestem pewna. Ale chodzi o coś grubego. Może z tego wyniknąć gówno na skalę globalną. Muszę wygrać turniej, ale chyba nie będzie mi to dane. - Podkuliła kolana by oprzeć na nich czoło.

    - Czy ty w ogóle mnie słuchałaś? - spytał. - Mówiłem ci, jeżeli wygrasz finał będzie negatywny. Zresztą i tak będzie. Z odejściem Kuro, ostatnia osoba w turnieju to również cyborg. - mężczyzna westchnął. - Wytłumaczyć ci?

    - Wytłumacz - Odparła, unosząc nieco wzrok na Japończyka. - Kto jest tym cyborgiem? - Dopytała.

    Wzruszył ramionami.

    - Sam nie wiem. No ale od początku....

    Jakieś dwadzieścia lat temu, Yakuzę przejął nowy Oyabun, Włoch. Był on Arkaną. Konkretniej Hermitem. Był w stanie zobaczyć kto ma potencjał wejść do konspektu. Zebrał ekipę wliczając mnie i Raula, aby zabezpieczyć yakuzę w wypadku potyczki z innymi arkanami. Problem w tym, że nie był typowym Oyabunem.

    Nasz obecny lider jest neutralny ale i heroiczny, przez ostatnie dwadzieścia lat wszystkie akcje Yakuzy były nakierowane przeciw korporacjom oraz innym ugrupowaniom terrorystycznym. Jestem pewien, że już nie raz ktoś próbował ci to powiedzieć. - Wyjaśnienia Jokyoku nadawały sprawie nieco innego światła. - Naszym obecnym celem jest CyberCore Corporation. Organizacja która urosła w wpływy zdecydowanie zbyt dużo. Chcą usunąć cyborgów z rynku, ludzie zostaną zmuszeni do poddawania się niepewnym mutacjom bądź życia pod patronatem androidów. Z pomocą Aurory dobiliśmy targu, mieliśmy dopilnować aby ktoś kto nie jest robotem wygrał najbliższy turniej, dla pokazania wyższości czystej rasy. Problem w tym, że "czyści" uczestnicy już odpadli. Nadążasz?

    - Kurwaa... - Tylko tyle zdołała z siebie wydusić, bo głębszym wdechu dodała.

    - Dlaczego matka mi tego po protu nie powiedziała?! I CO MA Z TYM WSPÓLNEGO RAUL?! - Wrzasnęła na koniec podnosząc się.

    - Raul to arkana, koło fortuny. - objaśnił szybko. - Potrafi powiedzieć kto posiada wpływ na dany bieg wydarzeń. Bez obaw, nie ma z nami aktywnej współpracy. Choć to przez niego walczę o to, aby Oyabun dał ci szansę. - wyjaśnił Jokyoku. - Stwierdził, że możesz wpłynąć na naszą misję w znaczny sposób. - zapadła krótka cisza. Japończyk zbierał myśli.

    -Aurora nie rozumiała, że cyborg to w połowie android, ufała w świetność swojej pracy. Czyli w ciebie.

    - Wierzyła że zrobiony przez nią cyborg uratuje świat? Ale nie wierzy w swoją córkę... - Nawet nie dopowiedziała że mówiła o tej samej osobie.

    - A więc co teraz? - Zapytała całkiem zdezorientowana.

    - Planujemy frontalny atak na HQ 3C. Brat właściciela, Onijin, jest po naszej stronie. O ile pozbędziemy się obecnego szefa to będziemy w stanie uratować sytuację. W końcu jesteśmy mafią, prawda? - zaśmiał się Jokyoku. - Jutro spotkasz się z Oyabunem, o ile wyrazisz chęci powinien ci pozwolić do nas dołączyć. Nawet jeżeli na tylko jedną akcję.

    Teraz gdy już wszystko wiedziała, nie widziała innego wyjścia, jak przyłączyć się do Yakuzy. Tych których tak nienawidziła, i to bez podstaw.

    - Zgadzam się... jeżeli to ma wszystko naprawić... - Rzekła jakby nieco ożywiona.

    Do pokoju wbiegła nagle Mantikora z wczoraj, rozglądając się dookoła. Jokyoku uśmiechnął się.
    - W takim razie do jutra. - powiedział wychodząc z pokoju i zamykając drzwi na klucz.

    Dzień i noc były długie. Zwłaszcza jeżeli nie miała nic do roboty oprócz kompanii cichego Gargulca, zmutowanego zwierzęcia i pizzy którą przynieśli jej na kolację.
    W końcu jednak Nikita doczekała się następnego ranka.

    26.Marzec.2221
    Godzina nieznana
    Kwatery Yakuzy gdzieś w Tokyo.

    Drzwi otworzyły się po długim czasie bezczynności. Parka osobników w garniturach wyprowadziłą z pokoju Nikitę i zabrała ją długimi korytarzami do winy, którą pojechała aż na ostatnie piętro.

    Było tu dużo cieplej niż w piwnicy która stanowiła więzienie.
    W pomieszczeniu znajdował się okrągły stół i mnóstwo osób: Jokyoku, Henry, Shategashira, Onijin, Panowie i panie w garniturach, jedna dziewczyna bez. Jakaś rosjanka z blizną na twarzy oraz...Bocchia?

    Jej wzrok omiótł każdego obecnego w pokoju. Spodziewała się znaleść kilka znajomych twarzy. Nie spodziewała się jednak kto okaże się bossem. Na jej twarzy nie pojawił się nawet rumieniec zawstydzenia, gdy paradowała w bieliźnie i tank topie.

    - Robi się coraz ciekawiej... - Mruknęła przewracając oczami.

    Oyabun wzruszył nieco ramionami.

    - Trochę więcej pasji, można prosić? Joky chwalił twoją zmianę zdania, czy to prawda? - spytał wpatrując się w dziewczynę.

    - Da to prawda. - Rzekła z tak udawaną pasją w głosie że aż bolało. Sama jakoś do końca nie była przekonana do współpracy z Yakuzą. Ale zgodziła się, bo innej możliwości na ten moment nie widziała. Zawsze, o ile dożyje, może cofnąć czas i powziąć środki zapobiegawcze. Teraz jednak chciała zobaczyć co z tego wyniknie.

    - kharakteristika kobita z ciebie. - odezwała się Rosjanka z blizną, opierając się o stół. - Może idź w D'yavoly I zostaw pracę dorosłym?

    Była całkiem wysoka, miała blond włosy i nosiła czerwoną suknię. Jej oczy były definicją zmęczenia. Stała tuż obok Oyabuna, co oznaczało, że musi być Wakagashirą. Jego bodyguardem.

    - Dorosłym? A ile masz lat siostro? 50? - Odgryzła się rodaczce, która nie była pewnie śwadoma wieku Nikity, lub sama była cyborgiem i rzeczywisćie tyle mogła mieć lat.

    - Myślałam że będziemy rozmawiać o współpracy. - Przeniosła wzrok na Oyabuna.

    Na komentarz Nikity Wakagashira zacisnęła zęby na swoim cygarze. Oyabun pokręcił tylko głową lekko zawiedziony.

    - I właśnie o to cię pytamy: Jesteś z nami? Chcesz nam pomóc czy wpadłaś tylko się podrażnić, bo nie masz co robić? - jego brew uniosła się lekko. - Wyglądasz jakbyś tu była bo możesz, albo bo taka jest twoja praca. W moim mniemaniu stereotyp bohatera idącego ratować świat wymaga nieco więcej dedykacji. Choć sam nie wiem czego oczekiwałem.

    Shategashira zaśmiał się.

    - Przynajmniej rozmawia z tobą jak z człowiekiem. Na moje strata czasu.

    Z ust Wakagashiry wyszła spora chmurka dymu. - Spętajmy ją, dajmy przelecieć Jokyemu aby się uspokoił i sprzedajmy na czarnym rynku. Będzie problem z głowy.

    - Przecież powiedziałam że się zgadzam i chcę wam pomóc da? - Odparła spokojnie ignorując całkowicie slowa bdyguarda Oyabuna. Choć raz przez jej myśl przeszło jak wbija tej suce cygaro w oczodół.

    Oyabun wzruszył raminami. - Saiko-kommon. Przedstaw sytuację. - poprosił.

    Henry przeciągnął się po czym sięgnął do kieszeni po swój magiczny pilot i włączył prezentację holograficzną, która zaczęła unosić się nad stołem.

    - Budynek HQ CyberCore składa się z dwóch ogromnych, 100 piętrowych wieżowców połączonych mostami na piętrze 25 oraz 85. Nasz cel powinien znajdować się w okolicach 95 piętra. Mamy pewność, że Okamijin mieszka gdzieś właśnie w HQ. Nie wiemy jednak w którym wieżowcu. Lewa wieża należy do Whitelight gdy prawa jest budynkiem 3C, ale wcale o niczym to nie świadczy. - Henry wcisnął przycisk, obraz zmienił się.

    Pokazywał teraz mężczyznę, przypominającego Onijina. Miał zwężone oczy oraz jasne włosy. Nosił biało-czarne kimono. Miał coś niesłychanie zdradzieckiego w swoim wyglądzie.

    - Okamijin. Idealista przekonany o tym, że wszelkie zło wywodzi się od ludzi. W jego mniemaniu Androidy to istoty idealne. Stworzone przez ludzi ale lepsze od nich, pozbawione cech negatywnych. Pragnie zbudować świat w którym ludzie będą pod kontrolą aniołów idealnych. Nasz cel to znaleźć go i zabić. W ten sposób historia skończy się raz i na zawsze. - kolejne kliknięcie, i kolejna zmiana slajdu.

    - Copycat. Najnowszy android opracowany przez CyberCore. Miał być istotą idealną zdolną do nauki wszystkiego o ludziach. Okazało się to prawdą, ale niezwykle ekstremalną. Wczorajsze pożary w Tokyo zostały wzniecone właśnie przez niego. Zaczął swój mały spacer eksterminacyjny, gdy my rozmawiamy najpewniej chadza po metropolii przejmując kontrolę nad kolejnymi androidami i podpalając kolejne budynki. Jego obecność okazała się małym szokiem, jakkolwiek stanowi dla nas czynnik mogący robić za kartę przetargową. - Henry rozejrzał się po sali, spojrzał na wszystkich i w końcu jego wzrok spoczął na Nikicie. - Jakieś pytania, czym mam przychodzić do planu działania? - spytał.

    - Czy z tą akcją ma coś wspólnego Aurora Kravchenko? - Zapytała o dość istotny dla niej szczegół. Nie chciała by na nią wpaść, i co gorsza zmierzyć się z nią. - Wiemy jaki opór może nas napotkać? Cyborgi, Androidy, lub inne prototypy które jeszcze światła dziennego nie ujrzały. - dodała, z profesjonalnym chłodem w wypowiedzi.

    - Aurora jest po naszej stronie. - odpowiedział Oyabun. - W końcu jest cyborgiem.

    - Na razie nie mam pytań, odnośnie akcji. - Rzekła krótko, wpatrując się w slajdy. Zastanawiającym było że ten android jeszcze funkcjonował, choć pewnie poskładali go zaraz po walce. Ale jego zachowanie było kuriozalne. Czyżby wpływ na to miał fakt że znalazł się w konspekcie?

    - Wiesz że pewien ptaszek powiedział mi że Copycat był w konspekcie? - Powiedziała prosto do Oyabuna.

    Oyabun poprawił okulary. - Wcześniej tego nie słyszałem. Masz na myśli Einsteina? - spytał zaciekawiony. - Może to puścić nieco światła na tą sprawę. Zachowanie Copycata jest poza naszą zdolnością pojmowania.

    - Tak, Albert na bieżąco mówi mi o nowych gościach. Ponoć każdy kogo zabiję tam się zjawia. - Wzruszyła ramionami, sama nie do końca pojmując swojej roli w tym wszystkim.

    Oyabun przytaknął. - Tak, widzę, że jesteś kostuchą. Mimo to nie pomyślałbym, że twoja umiejętność jest na tyle ciekawa. No cóż, Saiko-kommon, przejdź do planu.

    Henry przytaknął, po czym wrócił do slajdu z budynkiem 3C. - Nasz plan składa się z dwóch części, które będą miały miejsce jednocześnie. Gruba A uda się do budynku 3C aby znaleźć i zabić Okamijina, gdy grupa B uda się w pościg za Copycatem w celu unieszkodliwienia go. Zanim przejdę do dalszej części planu, chcę wiedzieć, gdzie uda się Nikita?

    - Jakieś preferencje? - spytał Oyabun. - Weź pod uwagę, że Copycat ma dane na twój temat, istnieje spora szansa, że nie będziesz w stanie go nawet zranić.

    - Niech twoi ludzie się wykażą i załatwią blaszaka. Pójdę z grupą A. - Stwierdziła, krótko wzruszając ramionami.

    Saiko rozłożył ręce na stole w sposób podobny do Wakagashiry. - W takim razie zaczniemy o godzinie 23. Nikita Kravchenko uda się wraz z jednym z Kyodai na 63 piętro wierzy Whitelight, aby przekazać Aurorze płytę z kodami do zabezpieczeń. Dzięki temu będą w stanie wyłączyć system zabezpieczeń, wliczając stację androidów. W budynku zostanie nieco nieświadomej obsługi i może paru strażników ale zagrożenie z strony robotów zniknie. Wtedy reszta grupy rozpocznie Atak w tym samym momencie zacznie wspinać się na szczyt obu wież. Zadaniem Nikity od tego momentu będzie zniszczenie środkowego mostu łączącego budynki, po czym samodzielnie zacznie pościg na szczyt jednego z wieżowców. Jakieś pytania z strony grupy A?

    - Naprawde schlebia mi że tak we mnie wierzycie, ale naprawde mam sama podążyć za celem? - Rozłożyła ręce patrząc po wszystkich. - Wiemy chociaż czy sam cel jest w stanie się bronić? Nie chce żeby okazało się nagle że jest cyborgiem, lub jakimś mutantem. - Stwierdziła unosząc brew.

    - Jak już wspomniałem, większość grupy A wyruszy po dostarczeniu przez ciebie płyty w ręce Aurory. - powtórzył się Henry. - Jesteś pierwszą linią uderzeniową, ale pod tobą będzie cała fala. Natura Okamijina jest nam jednak nieznana. Ledwo poznaliśmy jego lokację.

    - Będę potrzebowała pancerza Vanguard mk VI, dwulufowej strzelby samopowtarzalnej Hydra z pociskami “Nanosabot”. Pistoletu maszynowego Cobra 34C, oraz Falcona caliber 50.cal.- Wyliczyła po kolei potrzebny jej sprzęt. - Mam nadzieję że to nie przekracza budżetu akcji? - Uniosła brew na Oyabuna, z lekkim usmiechem.

    Shategashira o mało nie wybuchnął śmiechem a Oyabun uniósł brew w zdziwieniu.

    - Przepraszam? - najwidoczniej nikt nie był w stanie pojąć dlaczego Nikita nagle się rządzi jak jednostka specjalna.

    Nikita westchnęła głośno. - Mam tam się udać w gaciach? I walczyć wyzwiskami? - Widać było po niej ze była nieco oburzona reakcją, choć nie była w pozycji do żądań.

    - Proszę? - Dodała rozkładając bezradnie ręce.

    Oyabun podrapał się po głowie.

    - Oddamy ci twój pancerz, to oczywiste. Ale ekwipunku specjalistycznego nie dostaniesz. Mamy nieco pistoletów na zbyciu. - bardzo wyraźnie widać było, że dziewczyna nie robiła wcale za nic specjalnego. W sumie jakby na to nie spojrzeć, pewnie dbali wyłącznie o to aby pomogła im rozpracować Copycata lub donieść płytę do Aurory. Potem była zbędna.

    Aby wnieść nieco światła w ten dzień, Jokyoku pstryknął palcami, a dwójka panów w garniturach położyła skrzynię przed Nikitą.

    - My nic nie mamy, ale Aurora wysłała nam małą paczkę do ciebie. - uśmiechnął się.

    W środku znajdowała się...

    Mechaniczna kosa przypominająca wyrzutnię rakiet. Ciężkie i skomplikowane ustrojstwo które ciężko było w ogóle zrozumieć a co dopiero rozpracować. Oyabun wzruszył ramionami nie do końca wiedząc czy ma coś do dodania.

    NIkita zrobiła minę jakby rozpakowała prezent pod choinką. Powoli zbilżyła się do broni i położyła na niej swoje rączki. Od razu zaczęła coś przy niej gmerać, sprawdzać rygiel, wypinać i wpinać magazynek. Odsunęła się nieco w tył robiąc kilka machnięć w powietrzu.

    - Twajjuu - Wycedziła zachwycona, z powrotem składając kosę do postaci karabinu.

    Nie odrywając oczu od broni zapytała jeszcze. - Kto wchodzi w skład Grupy A? -

    - W grupie A znajdą się: Nikita Kravchenko, Kai Katakawa której oddział będzie w grupie drugiego uderzenia pod kierownictwem Boba Beliviera. Zarazem znajdzie się tam Shategashira. Ogółem mówiąc, szturmujemy ilością. Wszyscy specjalistyczni członkowie Yakuzy zajmą się neutralizacją Copycata i jego małej armii androidów, w czym wesprą ich smoki przysłane przez BMA. Jakieś pytania?

    - Nieeee... - Uśmiechnęła się upiornie wyobrażając sobie co może wskurać z tą nową zabawką. Wyglądało na to że Nikita nie mogła się już doczekać szturmu, odezwały się w niej dość pierwotne i dobrze znane jej instynkty, może nawet zwierzęce. W końcu jest córką Blue Devila, więc nie dziwne że odziedziczyła trochę jego cech.

    Kolekcja kilkunastu czarnych, stylowych samochodów zaparkowała naprzeciwko ogromnego budynku.
    Wychodzić z nich zaczęli ludzi w czarnych garniturach, swoją stereotypowością wychodząc poza wszelkie normy.
    Zsynchronizowano zegarki oraz sprawdzono poprawność komunikatorów doczepionych do uszu.

    Parę cięższych wdechów, kontrola broni i można było ruszać.
    Noc była ciężka, na niebie wisiał księżyc w pełni a gdzieś w oddali widać było wieżę Tokijską dookoła której szalały płomienie. Obie akcje powinny się właśnie rozpoczynać.

    Wysoka kobieta o dzikim spojrzeniu i znudzonym wyrazie twarzy spojrzała analitycznie na Nikitę.
    - Gotowa? - burknęła pytająco przyglądając się olbrzymiej budowli która była ich celem. Zapowiadało się nad wyraz ciekawie.

    - Gotowa mam na drugie... - Uśmiechnęła się drapieżnie. Choć zapytana pewnie by zaprzeczyła ale brakowało jej ferwowu otwartych konfliktów. Sprawdziła zapięcia w pancerzu, kosę, oraz swego Falcona w kaburze przy udzie.

    - Mów mi Kai. - rzuciła ruszając przed siebie. Wszyscy przypatrywali się dziewczynom zmierzającym w stronę budowli.

    Plan był dosyć prosty. Ciężko powiedzieć o tym aby powodował jakiś większy stres.

    Dziewczyny szybko doszły do drzwi i weszły do holu.

    Przywitał ich android siedzący za biórkiem. Recepcjonistka.

    - W jakiej sprawie? - zapytała spoglądając na dwójkę. Z jej rękawa wystrzelił mały monitor holograficzny z kalendarzem.

    - Chcę się zobaczyć a Aurorą Kravchenko. - Zapytała, przybierając całkowicie kamienny wyraz twarzy.

    - Czy posiada pani kartę rejestracji wizyty?

    - Oczywiście! Mam ją tutaj! - Uśmiechnęła się ciepło, wyszarpując z kabury falcona. Zanim procesory i inne ustrojstwo u androida zdążyły ocenić sytuację, głową była już w kawałkach.

    Potem strzały padały kolejno w kamery, pamiętała ich ułożenie bardzo dobrze, w końcu często tu bywała.

    - Idziemy dalej... - Burknęła kierując się w stronę wytycznej, jej wyraz twarzy był wypaczony z wszelkich emocji.

    Kai wpatrywała się temu z wielkim zdziwieniem na twarzy oraz uśmiechem porównywalnym z bananem.

    - Ja pier***e. Nawet mnie na dole tak nie swędzi jak ciebie do spustu ciągnie. - skomentowała bez grosza etykiety. Z drugiej strony, czego można się spodziewać po dziewczynie będącej częścią Yakuzy? Niektórych chyba jednak trzeba oceniać po wyglądzie.

    Kobieta sięgnęła do słuchawki i włączyła sygnał. - Bob, zbieraj chłopaków. Młoda rozjebała akcje na dzień dobry, widać ma inny styl od móżdżka. Boss rush baybe. - Po tych słowach spojrzała pytająco na Nikitę, oczekując od niej konkretniejszej informacji. - Dalej w sensie, na szczyt?

    - Da. I nie jestem młoda... 30stka mi stuknęła... - Wzruszyła ramionami, uśmiechając się łobuzersko. Jako że akcja poszła nieco inaczej jak była zaplanowana, nie mogła się jakoś powstrzymać od rozwalenia głowy tej maszynce. No może ją troszkę poniosło...

    - Chyba nie muszę ci mówić ale walimy do wszystkiego co nas spróbuje zatrzymać. - Rzekła przez ramię do Kai, kierując się w stronę celu.

    - Sponio mocher. Schody czy winda? - spytała wyjmując z kabury pistolety. W tle rozbrzmiał ostry pisk. Niezbyt subtelny dźwięk alarmowy.

    - Schody. Winde można łatwo zatrzymać. Poza tym mała przebieżka ci nie zaszkodzi. - Stwierdziła Nikita, chwytając pistolet w dwie dłonie, zacząłe truchtem wchodzić po schodach.

    Kobieca ekipa ruszyła w przód. Za ich plecami do budynku wskoczyła gruba Mafiozów pod przewodnictwem Boba, zaopatrzona w dość drogi sprzęt bojowy. Wszyscy ruszyli w stronę przeciwnych wież.

    Ledwo jednak dziewczyny dostały się na pierwsze piętro a zaczęły na nich naskakiwać kolejne jednostki androidów.

    Nikt nie dbał o szczegóły ich wyglądu. Mieli być możliwie skuteczni. Wyglądali jak banda przerośniętych szkieletów. Z ich pleców wyrastały pochwy, z których zaczęli wyciągać różnego rodzaju ostrza. Co po niektórzy nosili w rękach broń palną. Nie było ich w tym momencie więcej jak pięciu, ale nowi nadchodzili. Na dziewczyny czekała ciężka przeprawa przez 24 piętra, aby mogły wysadzić most.

    - Time for fun, baybe.

    - Zhnes idiet - Mruknęła Nikita, chowając Falcona a wyciągnęła zza pleców kosę, którą rozłożyła. Od razu wycelowała w pierwszą paskudę i wypaliła. Głowa pokracznego androida rozpierprzyła się jak balon, a Nikitę aż cofnęło w tył gdy wystrzeliła.

    - To ci zabawka! - Wyszczerzyła się Kai, łupiąc na przemian z pistoletów, odsyłając androidy tam gdzie... tam gdzie idą wsyzstkie maszyny po śmierci. Gdziekolwiek to jest.

    Kilku z nich zaczęło się zbliżać z obnażonymi ostrzami. Walka w zwarciu to jedna z ulubionych dziedzin, Kravchenko. Kosa rozłożyła się, na spotkanie z pierwszym przeciwnikiem. Android zablokował, ale kosa przeszła przez jego wykałaczkę jak przez masło, jego samego też rozpłatując na dwoje. Kolejni przeciwnicy się pojawiali, a dwie dziewczyny “tańcowały” miedzy nimi sprawnie ich eliminując. Kai zaczęła nawet strzelać w dwa przeciwne kierunki, z szerokim uśmiechem na twarzy, co przeciwnik się do niej zbliżył dostawał z kopa w gębę albo kulę miedzy oczy z przyłożenia. Nikita zaś wywijała kosą z taką prędkością że ciężko było za nią nadążyć. W powietrzu zaczęły latać mechaniczne kończyny i łuski, gdy sporadycznie wypaliła z kosy.

    - To chyba wszyscy... - Rzuciła Nikita nieco zsapana. Kai zaś miała się całkiem dobrze i wycelowała do Nikki. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, Kobieta wypaliła. Lecz jej celem był android który podnosił się za Nikitą. - Trza mieć oczy w dupie siostro. - Wystawiła język, zmieniając magazynki. Katyusha się tylko uśmiechnęła, po czym kiwnęła głową że czas ruszać dalej.

    Kolejne piętro, i kolejne maszyny do mielenia. Pytaniem było kto kogo zmieli...

    Zanim jeszcze androidy zorientowały się o obecności kobiet na tym piętrze, już jeden miał dwie dziury w głowach, tak samo jak jego koleżka obok. Nikita już była przy nich, gdy złapała jednego za twarz, lub raczej to co powinno nią być i wsmarowała ją w ścianie, robiąc na niej pokaźną bruzdę. Nie puściła go jeszcze... co to to nie! Cisnęła nim w inne maszyny, a zaraz po tym Kosa poszła w ruch, czasami wyglądała jak wiatrak który rozszarpywał każdego adwersarza na kawałki. Kyodai z Yakuzy też pokazywałą co potrafi, jej pociski były bardzo celne. Nikicie nie raz kula świsnęła nad głową lub tuż obok niej, ale Kai dobrze wiedziałą co robi, a co ważniejsze była w tym po prostu zajebista.

    - Zmęczona? - Rzuciła Nikki, gdy kopniakiem w brodę posłała androida w sufit.

    - W życiu! Za to ty sapiesz jak pedofil w sklepie dziecięcym. - Zarechotała. Zbliżała się następna przechadzka po schodach. Nikita już zapomniała jakie to przyjemne uczucie, miażdżyć przeciwnika, nie ukazując mu grama litości. W końcu była Śmiercią, kostuchą. Po prostu spełniała swoje obowiązki.

    A miała ich całkiem sporo. Przeprawa przez kolejne piętra zdawała się być niemożliwa. No ale...w końcu musi im się kiedyś skończyć bydło do walki.’

    Rozgrywka

  • CyberCore
    BoomyB Boomy

    25.Marzec.2221
    01:00
    Lotnisko Tokijskie.

    Nikita odstawiła motocykl na parkingu i ruszyła do budynku.
    Rozglądając się na boki była w stanie dojrzeć gdzieniegdzie pojedyncze postaci, przyczajone w głębokim cieniu. Policja faktycznie była blisko, na pewno będzie w stanie jej pomóc nawet bez sygnału. O ile będzie się trzymać na widoku.
    Powoli weszła do olbrzymiego i pustego lotniska które było dzisiaj nieczynne. Dla bezpieczeństwa postanowiono usunąć wszelki tłum.
    Gdy wyszła na pas startowy zobaczyła tam jeden samolot pasażerski, dość nowy model. W transport świadka wrzucono olbrzymie pieniądze.
    Zbliżyła się do drzwi i spoglądała na nie w momencie ciszy. W końcu jednak otworzyły się.

    Wyszedł z nich europejczyk w garniturze z okularami na twarzy. Miał kozią bródkę i ostrze spojrzenie. W świetle lamp pasa startowego był dość dobrze widoczny. Równie dobrze co Nikita.
    - Proszę o legitymację. - powiedział zaciskając niepewnie rękę na swojej broni.

    Z rękawa płaszcza wyskoczyła legitymacja Nikity.

    - A pan kim jest? - Rzekła, a raczej zapytała podejrzliwym tonem.

    Mężczyzna przyglądał się z uwagą legitymacji, po czym schował pistolet do garnituru.

    - Ah...Bob...Bob Belivier. - przedstawił się. - Jestem bardzo wdzięczny za pani chęć pomocy.- po tych słowach wykonał ukłon, jak najbardziej niepoprawny. Widać był pełen przekonania, że w Japonii powinien zachowywać się jak japończyk.

    - Pan jest klientem? Mówiono mi że bedzie to koreańczyk. - Odparła nieco zdumiona, przyglądając się osobnikowi z zaciekawieniem. Takim “ciekawym zaciekawieniem”...

    - Obiecuję, że wyjaśnię wszystko gdy już będziemy bezpieczni. I najmocniej przepraszam. - poprawił nieco garnitur unikając wzroku dziewczyny. - Prosiłem pana Henriego aby był...dyskretny na mój temat. Proszę nie sugerować się tym co mógł mówić. Nie wiem nawet jak panią zatrudnił, jeżeli było to miejsce publiczne to nawet mnie nie dziwi, jeżeli przesadził pod jakimś względem. - z tymi słowami zszedł z schodów i stanął obok Nikity. - Czy jest coś konkretnego, co chce pani wiedzieć koniecznie teraz? Chcę być w ruchu jak najszybciej ale na samym lotnisku chyba jesteśmy w miarę zabezpieczeni. - nie był jednak pewien swoich słów, rozglądając się gorączkowo podczas wypowiedzi.

    Widząc jak unika kontaktu wzrokowego, Nikita uśmiechnęła się nieznacznie. Ale nie był to teraz czas na cokolwiek innego poza zleceniem.

    - Kto pana ściga, musze wiedzieć czego mogę się spodziewać. I czy mogą w jakiś sposób pana szantażować. - Rzekła z pełną powagą.

    - Sam nie wiem kto mnie ściga i w tym cały problem. - wyjaśnił Bob. - Materiały które posiadam wskazują na powiązania pewnej firmy z Yakuzą...myślę, że to oni są za mną. - stwierdził wsadzając ręce do kieszeni.

    W tym momencie HUD Nikity wskazał jakiś nagły ruch. Dziewczyna natychmiast przesunęła się naprzeciw Boba.

    Kula odbiła się od jej pancerza.

    - Do budynku szybko! - Wrzasnęła odrzucając płaszcz na bok i sięgając po pistolet. Pewnie jakiś snajper, który ma ich tutaj jak na talerzu. W biegu lustrowała okolicę wzrokiem, zoomując w podejrzanych miejscach. A dokładnie po miejscach w których ona sama by ustawiła pozycję snajperską. To podstawa, by wstawić się na miejscu zamachowca i próbować przewidzieć kolejne posunięcie.

    Bob przytaknął kiwnięciem głowy i ruszył biegiem przed siebie. Najemniczka razem z nim.

    Kilka strzałów miało miejsce podczas ich biegu, były do tego niesamowicie szybkie. Na pewno nie pochodziły z broni snajperskiej. Były to pociski niezdolne do penetracji metalu używanego w pancerzach czy wszczepach. Kravchenko bez problemu zakrywała przed nimi Boba.

    Dwójka bez większych trudności dostała się do budynku.

    I wtedy światło zgasło.

    Znajdowali się w pełnej ciemności a Rosjanka gorączkowo starała się zarejestrować gdzie może znajdować się przeciwnik.

    - Zaraza - Zaklęła. Wygląda na to że ktoś dobrze się przygotował, tylko amunicję źle dobrał. W tych ciemnościach nic nie było widać, czy też słychać. Miała już sięgnąć po latarkę, lecz szybko wybiła sobie ten pomysł z głowy. Zanim odnalazłaby zamachowca, ten już dawno by znalazł ich. Oparła się o ścianę, i szła wzdłuż niej szukając jakiegoś przełącznika. Choć i pewnie to było daremne, bo możliwym było że ktoś się zajął głównym przełącznikiem.

    - No i gdzie ci gliniarze?! Kurwa... zbyt pięknie by to się wydawało. - Wyszeptała do Boba. - Musimy znaleźć drugie wyjście. Gdzie jest ten przygotowany wóz? - zapytała Believera, trzymając się blisko niego

    - Przed głównym wejściem. Ale drzwi są automatyczne. - odparł Bob ponownie ściskając pistolet w dłoni. - Będziemy musieli je przestrzelić, ale wtedy damy sygnał o tym gdzie jesteśmy. Bez zasilania nie ma innej opcji... - Nagle mężczyzna dostał olśnienia - Skrzynka kontrolna od zasilania jest na zewnętrznej stronie lotniska w budce gdzieś przy pasie startowym. - rzucił szybko odwracając się w stronę drzwi. Wtedy wydał się dźwięk strzału. Z przestrzelonym ramieniem Bob opadł na podłogę. Krwawił.

    Hud Nikity natychmiastowo zarejestrował przeciwnika gdy tylko go dojrzała.

    Był to Ninja w czarnym kostiumie, dość niskiego wzrostu. Miał białe włosy i kocie uszy. Bardzo wyraźnie mutant. Do tego kobieta.

    W jednej ręce miała katanę a w drugiej lekki karabin. Jej ubranie było czarne i typowo wojskowe. Dobrze wiedziała w co się pakuje.

    Nie miała zamiaru rozmawiać z tym czymś. Od razu wypaliła kilka strzałów w stronę kocicy, Przewrotem znalazła się przy Bobie, by zasłonić go przed kolejnym ostrzałem. Sama też pociągała za spust, by oddać kontrolowane strzały.

    Stworzenie okazało się dość zwinne aby...blokować strzały mieczem. W pewnym momencie starała się wrócić w cień, ale strzały Nikity szybko poinformowały ją, że przeciw tej technologii nic nie poradzi. HUD był sporym asem Rosjanki w tym momencie.

    Zdając sobie sprawę z tego, że jej strzały są bezskuteczne, kobieta wyrzuciła karabin i łapiąc swój miecz w obie ręce ruszyła biegiem na parę.

    Wyglądało na to że Nikita znajduje się w jakimś anime, i to bardzo dobrym na to wychodzi, bo takie sztuczki jak odbijanie pocisków kataną widziała tylko w streamowizji.

    - Bob... ile czasu wytrzymasz? - Rzekła wyciągając z pokrowca przy łydce długi nóż bojowy.

    Pistolet schowała gdyż strzelanie do tego mutanta jest stratą naboi. Chwyciła nóż tak że ostrze ułożone było równolegle z jej przegubem, a sama Rosjanka ugięła nieco nogi, przygotowana na atak.

    Kocica precyzyjnym ruchem uderzyła w Nikitę, która przyjęła ostrze na nóż. Zwarcie nie trwało nawet sekundy. Przeciwnik natychmiastowo opadł na podłogę i zwinnym ruchem podciął rosjankę, sprowadzając ją do parteru.

    Widząc to Bob zaczął czołgać się z dala od dwójki.

    Zwinna jak kot... ale tego mogła się akurat po niej spodziewać. Postawiła się do pionu sprężynką, obróciła wokół siebie wyprowadzając kopnięcie z obrotu. Każdy jej ruch był wspomagany.

    Gdy Nikita stanęła na ziemi Kocicy nie było już przy niej.

    Z kataną uniesioną do góry znajdowała się naprzeciw Boba, który w ostatniej chwili zdążył wydać strzał w swojego morderce.

    Kot, nie zadziwiając specjalnie nikogo, zwinnie odskoczył na bok.

    Sytuacja wróciła do punktu wyjściowego.

    Katyusha ruszyła do dzikiego biegu, tak stąpała że pojawiały się delikatne pęknięcia w podłożu. Musiała załatwić mutanta zanim zrobi krzywdę Believerowi

    Kobieta chciała zasłonić się kataną, ale była nieco zbyt wolna. Na jej szczęście Nikita tylko zadrapała jej gardło, ledwo sięgając do niego swoim ostrzem. Jakkolwiek zaraz po tym pojawiła się jej pięść, która odrzuciła kocicę o krok w tył.

    Centymetr głebiej i byłoby po sprawie, ale zabójca nie jest byle kim. Nikita nie wiedziała jak długo potrwa ta walka, musiała się troszkę oszczędzać. Priorytetem było rozbroić kocicę.

    Nikita wyskoczyła w przód kopiąc kolanem w żebro swojego przeciwnika, co okazało się skuteczne. Gdy tylko Rosjanka ruszyła ręką z ostrzem, dziewczyna uwolniła lewą dłoń od swojej katany i wysunęła ją w przód...w efekcie nabijając ją na ostrze Nikity. Po chwili zaciskała już swoją dłonią dłoń Rosjanki.

    Nie zamierzała patrzyć się co robi, od razu przeszła do działania. Chwyciła wolną ręką rękojeść katany, zaciskając palce najmocniej jak mogła z zamiarem połamania palców, po czym odchyliła głowę do tyłu w wiadomym celu.

    W jednej chwili rozległy się trzy dźwięki. Głośne chrupnięcie łamanych palców, uderzenie katany o ziemię, oraz krótki wrzask Nikity.

    Gdy tylko odchyliła głowę chcąc wpakować nieco siły w swój atak, jej przeciwnik rzucił się w przód, wgryzając się w jej szyję. Jak się okazało była prawdziwą kocicą nawet w uzębieniu.

    Stróżka krwi zaczęła spływać po szyi Rosjanki...

    Naprawdę miałą do czynienia ze zwierzęciem. Nie mogła jej teraz odepchnąć bo odleciała by z kawałkiem szyi w zębach. Musi to skończyć teraz.

    Kravczenko uwolniła obie dłonie puszczając nóż i prawą rękę kocicy.

    Jej pięści zacisnęły się a nano-technologiczne szczepy załadowały do pełnego potencjału.

    Natychmiastowo ruszyła dłońmi w stronę głowy przeciwnika.

    Kobieta chciała się wyrwać i zrobiła to - razem z drobnym kawałkiem z szyi Kravczenko. Po chwili jednak obie dłonie Rosjanki uderzyły w jej głowę, miażdżąc jej czaszkę i mordując ją brutalnie na miejscu.

    Gdy tylko jej ciało opadło Nikita trzymała się już za szyję. Oddychała ciężko, dusiła się a gdyby nie fakt, że w dużej mierze była mechaniczna, już dawno byłaby martwa.

    Jej wzrok zaczął gasnąć a ostatnim co zobaczyła była banda osobników w garniturach przestrzeliwujących drzwi automatyczne i wchodzących do środka..

    25.Marzec.2221
    Godzina nieznana.
    Gdzieś w Tokyo.

    Dziewczyna obudziła się czując ogromny ból. Była w małym, białym pomieszczeniu. Miała na nadgarstkach kajdanki a na szyi jakąś obrożę. Miała sporo szczęścia, że ktoś z jakiegoś powodu podreperował ją.
    Zastanawiała się zamroczona o swojej lokalizacji, gdy po kilkunastu minutach otworzyły się drzwi. Jacyś faceci w garniturach złapali ją pod ramiona i zaczęli prowadzić przez długi korytarz, a nawet kilka. Nie była w stanie powiedzieć co się dzieje, czuła się lekko odurzona.

    W końcu po bliżej niesprecyzowanej długością chwili, puszczono ją pozwalając upaść na ziemię.
    Zamroczona podniosła wzrok.

    Dopiero w tym momencie doszło, do niej, że faktycznie coś jest nie tak.
    Może faktycznie była odurzona? Czemu jest przed jednym z szefów Yakuzy?
    ...I co to za bydle...oraz dziwaczny pies...?
    Desperacko rozejrzała się po pokoju, który wyglądał jak tradycyjne japońskie dojo bardziej niż cokolwiek innego. Przy jednej z ścian dostrzegła Henriego...
    Który z uśmiechem poprawił okulary.

    Rozgrywka

  • CyberCore
    BoomyB Boomy

    17:45

    Gdy Nikita wyszła z ciężkim westchnięciem z budynku, zawibrował jej telefon.
    Otworzyła go pełna zastanowienia, aby w środku znaleźć wiadomość od Henriego.

    "Spotkajmy się jutro w Anticque Cafe, podyskutujemy o pracy."
    

    Cóż, więc jednak dzisiaj nie musiała się tym martwić. Choć na swój sposób wolała już to mieć z głowy. Jakby nie spojrzeć to był ciężki dzień.

    Odeszła na parking, jednak nieco uśmiechu zeszło z jej twarzy.
    Obok jej motocykla stał drugi, niemal identyczny. A między nimi był facet, który oglądał sobie felgi jej pojazdu jak gdyby nigdy nic.

    Był nieco wysoki. Miał absurdalnie śmieszny wąsik, kozią bródkę, markowe okulary za dobre $300 oraz średniej długości włosy i zapinaną koszulę w "abstrakcyjne" wzorki.
    Gdy tylko spostrzegł dziewczynę, pokłonił się jej z szerokim jak diabli uśmiechem.
    - Ciao bella~ - przywitał się po...włosku.
    Ilu włochów może być w Japonii? I to jeszcze w tym samym mieście.
    Cóż, ten ani trochę nie przypominał Raula, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
    Wyjął z kieszeni notes z długopisem kierując je w stronę dziewczyny.
    - O autograf można prosić?

    Zawsze coś... zawsze. Nikita zmierzyła osobnika od stóp do czubka głowy. Westchnęła głośno, i wzięła notesik wraz z długopisem. Podpisała się... ale rosyjskimi literami. Swoją drogą trochę to dziwne ile włochów jest w tym mieście. I kazdy ma coś z nią wspólnego. Kąten oka spojrzała na motocykl osobnika.

    - Świetna maszyna. - Stwierdziła krótko zasiadając na własnym pojeździe

    Z uśmiechem Włoch zabrał zdobyty autograf i płynnym obrotem przeszedł przed motocykl...Nikity. Oparł się o maskę, uniemożliwiając dziewczynie odjazd bez przejeżdżania go.

    - No ba, ten sam model co twój. Lubię szybkie wózki. - stwierdził wesoło. - Nazywam się Borchia Circca~. Fascynują mnie twoje sukcesy na ringu.

    - Doprawdy? Co rozumiesz przez “fascynują”? Nie wierze że przyszedłeś tu tylko po autograf. - Mówiąc to oparła łokcie na kierownicy, a ręką podparła podbródek.

    Mężczyzna otworzył usta, po czym je zamknął. Zaczął kręcić wąsa zastanawiając się nad czymś.

    - Tak się składa, że... - zaciął się lekko. - Moja siostra mieć kawiarnia w Shibuya. - wydukał kalecząc język. - Kawki...? Chcę porozmawiać o pani i androidzie, co pani skrzywdziła.

    - Nie możemy rozmawiać tutaj? - Uniosła brew, w charakterystyczny dla siebie sposób tracąc cierpliwość. - Zresztą co masz do tej kupy złomu? Maszyna... nic szczególnego - Dodała przewracając oczami.

    - Szybko padła. - stwierdził. - O ile się nie mylę...w pewnym momencie mówiła coś "synchronizacja Aiki"... - przypomniał dziewczynie Włoch, poprawiając okulary.

    - Tak mówił... - odparła bez przekonania.

    - ...i było widać jakieś tego efekty...? - dopytał.

    - Wybuchła mu głowa, jeżeli o to ci chodzi. - Z tymi słowami jej usta skrzywiły się w lekko demoniczny uśmiech. Jednak nadal nie wiedziała do czego zmierza.

    - ...Nic...? - zapytał zawiedziony włoch. - Zupełnie nic specjalnego na jego temat, w ogóle? - zdziwił się. - To...niesens...bezsens... - pokręcił głową.

    - Naprawdę nic się nie stało... - Odparła wzruszając ramionami, choć fakt że jakimś cudem znalazł się w konspekcie celowo pominęła.

    - Cóż to brzmi nudno. Aiki...to technika perfekcyjnego przewidywania posunięć przeciwnika. Zainteresowała mnie ta idea androida, który przeprowadza analizę mentalną. Cóż...i tak dziękuję za uwagę. - pochylił się grzecznie z uśmiechem, po czym położył na motocyklu Nikity kartkę z numerem.

    - Co mam niby z tym zrobić? - Uniosła brew, machając kartką w stronę włocha. Wiedziałą dobrze żę to jego numer, tylko w jakim celu go pozostawił było raczej niewiadomą w jej oczach.

    - Gdyby pani jednak chciała kiedyś wyjść na kawę. - wyjaśnił zasiadając na swojej bestii. - Ja się będę na dziś żegnał. - stwierdził odpalając maszynę.

    - Bynajmniej piccina - Uśmiechnęła się łobuzersko, a jej bestyjka także zawarczała. To był długi i popieprzony dzień, chciała porządnie wypocząć. Jutro ma spotkanie z tym całym Henrym w sprawie pracy. Ciekawe co dla niej przyszykował.
    - Bywaj Borchia.- Skinęła głową i wystartowała z piskiem opon, aż przednie koło poderwało się do góry.

    24.Marzec.2221
    Gdzieś w Japonii.

    ¤!.%&."#!%
    00:∞
    Konspekt

    Dziewczyna była pozbawiona wszelkiej orientacji.
    Zapadła w sen, jednak znajdowała się tutaj. W konspekcie.
    Unosiła się w mgle, jednak czuła się ciężko. Nie mogła się ruszyć ani nic powiedzieć.
    Właściwie spała. Nie miała więc powodu.

    Zobaczyła przed sobą mały barek. Odwrócony plecami barman polerował jakiś metalowy przedmiot. Przy ladzie leżał pijany Japończyk. Kogoś jej przypominał.
    Pojawił się przy nim cień czyjejś sylwetki. Była to postać niesamowicie nieszczególna. Przynajmniej w tej, pozbawionej jakichkolwiek cech wersji.
    - Nie wyglądasz najweselej. - zaczepiła Japończyka.
    - To ty do mnie pisałeś...? - spytał. - Czego chciałeś?
    Sylwetka wzruszyła ramionami. - Zobaczyć jak się masz.
    - Już wiesz?
    - Propo wiedzy...ponoć twoja jest wielka. Kiedykolwiek myślałeś o zastosowaniu jej...zamiast popadania w alkoholizm?
    - Picie jest łatwiejsze. Zwłaszcza, że nie mam do tego głowy. I wtedy przynajmniej nie czuje, gdy ktoś chce mi wpierdolić.
    Postać położyła rękę na ramieniu Japończyka.
    - Jeżeli do mnie dołączysz, mógłbym ci pomóc z tymi ludźmi. Mógłbym ci pomóc z twoim małym marzeniem, którym dzieliłeś się na CyberChan.
    Japończyk spojrzał na niego zaintrygowany, po czym obrócił się w stronę Nikity.
    - ...Interesujące...Z tego co wiem, jesteś wpływowy... - przyjrzał się trzymanej przez siebie w rękach butelce, po czym upuścił ją na ziemię. - To nie tak, że mam jakieś lepsze opcje. Jak cię zwą?
    - Oyabun.
    Scena powoli rozwiała się, a Nikita zaczęła rozumieć czemu się tu znajduje. Powód był prosty: coś chciało, aby tą scenę zobaczyła.
    Barman odwrócił się. Jak się okazało był to Gargulec, który polerował swoją kosę.
    - Najpierw android...teraz zwykli ludzie. Intrygujące. - stwierdził.
    Po chwili Nikita obudziła się.

    24.Marzec.2221
    Gdzieś pod Tokyo.

    Dziwaczne sny, do tego równie dziwacznie realne. Nikita otworzyła powoli oczy, przecierając je ręką jak jakieś dziecko co musi iść do szkoły a chętnie by pospało. Kątem oka spojrzała na zegarek, stojący obok łóżka. Miała jeszcze sporo czasu...

    Po wykonaniu swych porannych rutyn, ubrała się służbowo. Townsend pewnie chciał porozmawiać o zakończeniu współpracy, albo ma coś innego dla niej. Tak czy siak, skoro chciał się spotkać, to Katyusha pojawi się na miejscu.

    Parę chwil później była już w drodze, jednak sen który się jej przyśnił był dla niej powodem do wielu rozmyślań.

    Jazda do kafejki zajęła dziewczynie dobre półtorej godziny. Okazało się, że Kawiarnia znajduje się w Shibuya.

    Był to ogromny budynek. Biurowiec. Sama kafejka znajdowała się na jego najwyższych piętrach.

    Nieco zastanawiającym było kto wpadł na pomysł stawiania kafejki w biurowcu ale miało to swój urok.

    Antyczna kafejka faktycznie wyglądała antycznie w typowym japońskim stylu. Do tego znajdowała się na tyle wysoko, że miasto wyglądało jak seria linii z światła. Niezwykle przyjemne miejsce.

    Nikita przeszła się po sali szukając wzrokiem Henriego gdy w tle pogrywała jakaś muzyka z 20 wieku. O dziwo zespołu o tej samej nazwie co kafejka.

    Henry siedział w samym rogu kafejki, przy oknie. Paląc papierosa oczywiście.

    Co było ciekawe znów miał na sobie okulary. Światłowstręt?

    Uśmiechnął się na widok Nikity.

    Całkiem przyjemne miejsce, choć nieco brakowało mu uroku knajpy w stylu Raula, ale Nikita na pewno jeszcze odwiedzi to miejsce. Jej oczęta o srebrnych tęczówkach wyszukały Henry’ego, pewnym krokiem zbliżyła się do niego i usiadła na przeciw stolika.

    - O czym chciał pan rozmawiać? - wypaliła prosto z mostu, splatając palce przed twarzą, by stworzyć sobie oparcie dla podbródka.

    - O pracy oczywiście. - powiedział natychmiastowo. - Kuro wypisuje się z turnieju, więc pani kontrakt zostaje zakończony. - poinformował ją. - Jednakże, wyczytałem, że przez najbliższe dwa dni jest pani wolna. Z braku przeciwników przechodzisz walkowerem do finału, który będzie miał miejsce dopiero dwudziestego szóstego. Co powiesz na jednorazowe zlecenie?

    - Za ile, co, jak i kogo? - Odparła, a z tej wypowiedzi można było odczuć nieco chłodu i hardości. Jak na profesjonalistkę przystało zresztą.

    - Pewien istotny świadek koronny pojawi się dzisiaj w naszym lotnisku tokijskim. Potrzebuję kogoś kto może go eskortować do stacji policyjnej. Nie chcemy zwracać uwagi, więc wolę wynająć jedną najemnicę niż armię policjantów. Płacę dziesięć tysięcy. - spora suma, bez dwóch zdań.

    - Kto to jest? - Zapytała jakby przez przekonania przeglądając menu. Nie jest już marine, więc jak może to pyta o wszystkie szczegóły.

    - Pewien Koreańczyk. Ma dowody przeciwko pewnej zorganizowanej działalności przestępczej o sporym zasięgu działania...więcej nie mogę wyjawić. - stwierdził w końcu Henry, po czym zaciągnął się papierosem.

    - Doprawdy? W takim razie poproszę o szczególy zlecenia. Skąd dokąd mam eskortować klienta. Godzina i adresy. - Rzekła nie odrywając wzroku od karty napitków.

    - Dzisiaj...albo raczej jutro. O pierwszej rano z lotniska w Tokyo do bazy policyjnej w Ikebukuro. Powinny być to około dwie godziny drogi.

    - Jakiś transport? - Dopytała unosząc wzrok z kartek w menu.

    Mężczyzna przytaknął. - Ustawimy całkiem szybki samochód przed lotniskiem. No i policja zawsze będzie w pobliżu. W razie gdyby cokolwiek się nie udało, proszę do mnie dzwonić.- po tych słowach rzucił na stół klucz.

    Zanim jeszcze klucz opadł na blat, Nikita pochwyciła go w powietrzu.

    - Dobrze zatem, będę dzwonić w razie czego. - Wstała z krzesła i ukłoniła się delikatnie.

    Miała już odejść jednak coś się jej przypomniało. NIe szkodziło zapytać.

    - Czy Kuro Butt posiada krewną o imieniu Charlotte? - Ton tej wypowiedzi był bardzo poważny.

    Townsend poprawił okulary spoglądając na Nikitę.

    - Kuro nie jest już moim klientem, a nie dyskutuję spraw nieznajomych. Polityka pracy. - wyjasnił.

    W odpowiedzi prychnęła tylko, i odwróciła się w stronę wyjścia. Miała jeszcze sporo czasu do zlecenia, więc postanowiła wybrać się do sierocińca, by się z dzieciakami zobaczyć. Albo nawet poćwiczyć z nimi nieco. Gdy opuściła budynek, spojrzała jeszcze w górę dokładnie oglądając budowlę. “Ciekawe ile kasy na to poszło?” Zapytała się w duchu, ale długo się na tym zastanawiać nie zamierzała. Wzruszyła tylko ramionami i zasiadła na swym chopperze.

    Umiejętnie unikając korków, czerwona bestyjka Nikki dotarła na miejsce. Dzieciaki w sali gimnastycznej już same zaczęły się rozgrzewać. Kilka z nich miało kimono, a parę tylko dresy i lżejsze ubrania.

    - Harasho Kochani. - Klasnęła raz w dłonie usmiechnięta, zdjęła płaszcz i połozyła go na rozkładanym krześle. - Teraz rozciągamy się! - Powiedziała uniesionym głosem. Dzieci zaczęły marudzić coś pod nosami.

    - Sensei? Kiedy nas nauczysz tych sztuczek jak rozwaliłaś tego androida? - Zapytała dziewczynka, podskakując z nogi na nogę.

    - Na wszystko przyjdzie pora. Nie da się od razu wszystkiego nauczyć. - Oznajmiła Kravchenko zbliżając się do dziecka, puknęła ją delikatnie palcem w nos.

    NIestety w tej grupie znajdowali się tez nieco “trudniejsi” młodzieńcy.

    - A co nam da to rozciąganie? Naucz nas jak łamać kości! - Rzekł hardo chłopak w wieku około 17 lat.

    Katyusha położyła powoli dłoń na czole, po czym zjechała nią aż do podbródka.

    - Uczę was Systiemy, ta sztuka walki polega na bronieniu się przed agresorem. Szybko unieszkodliwić, by dać wam czas na ucieczkę, lub coś podobnego. - Wytłumaczyła.

    - Ucieczka jest taka jakby... lamerska? - Rzekł Satoshi, tak mu było na imię.

    - Nie ma nic... “Lamerskiego” w uciekaniu. Jeżeli zauważysz że nie masz innego wyjścia, musisz to zrobić by się ratować. NIe chcę z was zrobić jakiś kombatantów, abyście chodzili i szukali bójek. - Po tej wypowiedzi założyła dłonie pod piersiami.

    - Ja się niczego nie boję. Uciekać też nie mam zamiaru! - Młodzian uderzył pięścią w otwartą dłoń.

    - Błąd. Tylko maszyny i idioci się nie boją. Nie ma w tym nic haniebnego. - Powiedziała stanowczo, po czym westchnęła głośno. - Jesteście jeszcze młodzi, musicie się jeszcze wiele nauczyć. - dodała po chwili.

    - Ja już wystarczająco się nauczyłem! Sensei wyzywam cie na pojedynek! - Wskazał palcem na NIkitę.

    - Satoshi zgłupiałeś?! - Pociągnął go za rękaw rówieśnik. Rosjanka uniosła tylko brew, po czym powoli wystąpiła na środek.

    - Davaj - Kiwnęła na niego głową. Młodzienieć nie czekał długo, od razu rzucił się do ataku. Zaciśniętą pieścią zamachnął się na Katyushę, a ta tylko uchyliła troszkę głowę. Nie zraził się tym ani trochę ponownie spróbował, efekt ten sam. Machał pięściami, kopał, usiłował złapać Kravchenko, ale ta tak zgrabnie wszystkeigo unikała że wyglądało to jakby tańczyła.

    - Cholera... - Wycedził zdyszany, i zanim spróbował cokolwiek zrobić, Nikita dopadła do niego i jednym chwytem posłała na matę, podcinając dodatkowo nogę. Następnie przyparła go do podłogi i zaczęła brutalnie... łaskotać.
    - A nie mówiłam? - Rzekła uśmiechnięta od ucha do ucha, gdy Satoshi piał szaleńczo, beskutecznie próbując się oswobodzić z żelaznego uścisku Rosjanki. Trenowałą z dzieciakami jeszcze przez półtorej godziny, było przy tym sporo śmiechu, obtartych łokci i kolan, a takze najważniejsze postępów.

    Rozgrywka

  • CyberCore
    BoomyB Boomy

    Czy jedna istota może decydować o czymś takim jak czas? Może. Nikita postanowiła wykorzystać tą okazję, by naprawić błąd. Poprzednim razem pozwoliła pochłonąć się emocjom, więc nie pohamowała się, i zrobiła coś co miało tragiczne konsekwencje. Wpadła do pomieszczenia od razu mówiąc w ruchu.

    - Jak poszła walka? - Uniosła obie brwi, stając obok łóżka Kuro. Od czasu do czasu kątem oka patrzyła na drzwi spodziewając się niedługo kogoś.

    Kuro spojrzał na dziewczynę niepewnie po czym nieco błagalnie odpowiedział bez pewności siebie.

    - ...Wygrałem...

    - A przeciwnik? - Zapytała od razu przechadzając się po pokoju.

    Mężczyzna zacisnął zęby i zasłonił ręką twarz, chcąc ukryć drzwi.

    - Nie...nie chciałem aby umierał...Ja...Ja nie chciałem... - zaczął powtarzać szeptem nie wiadomo czy to do siebie, czy do Nikity. Jego głos był załamany, jak zapewne i jego zdrowie psychiczne. Jak na ex-marine zachowywał się niesamowicie emocjonalnie.

    - Oh... nie chciałeś... przystawił ci lufę do głowy?! - Rzuciła gniewnie, jednak nadal sie mocno powstrzymując, przed zrobieniem tego samego.

    - Obejrzyj nagranie jeżeli nie widziałaś! - krzyknął zapłakany. - Muszę wygrać...muszę. Mówiłem mu aby się poddał! Nie chciałem...ja nie chciałem...

    - Obejrzę na pewno. - Pokiwała głową, jakby sobie przytakując. - Dlaczego ta wygrana jest dla ciebie tak ważna, że gotów jesteś zabić? Przepraszam... przez przypadek zabić? - Oparła dłonie na biodrach.

    - Ja nie chciałem... - powtórzył. - Charlotte...ja nie chciałem... - jego jęki były coraz trudniejsze do zrozumienia.

    Wyglądało że naprawde żałował czego zrobił, a to wypowiedziane przez niego imię rzuciło nieco światła na sprawę. Tak przynajmniej przypuszczała Nikita.

    - Yakuza cię szantażuje, prawda? Przetrzymywują kogoś ci bliskiego? - Nachyliła się do Kuro, opierając dłonie na barierce łóżka.

    Nie odpowiedział. Albo nie był w stanie. Zapłakany starał się coś powiedzieć ale przypominał bardziej dziecko które spadło z roweru.

    - Przepraszam. - przez otwarte drzwi weszła pielęgniarka, zainteresowana obecną sceną. - Jeżeli nie jest pani członkiem rodziny, to jest pani proszona o opuszczenie pokoju. Pan Kuro nie wygląda na osobę zdolną do rozmowy.

    - Zrozumiałam, i mam nadzieję że dokończymy tą rozmowę. - Rzekła sucho po czym wyszła z pokoju. NIedługo powinien zjawić się Bang, więc zaczeka na niego przed drzwiami. Musi spróbować przemówić mu do rozsądku, kto inny jak nie on może poprowadzić Smoki? A z więzienia będzie to raczej nie możliwe...

    Dziewczyna nie musiała czekać aż tak długo. Po zaledwie kilkunastu minutach na schodach pojawił się Nail. Był zły, zły do granic. Już drugi raz widziała go w tym stanie i nie było to ani trochę mniej straszne niż poprzednio. Był co najmniej w furii.

    - Nail! zaczekaj proszę! Wysłuchaj mnie chociaż na chwilę. - NIemal krzyknęła podbiegając do niego. Wystawiła dwie dłonie w uspokajajacym geście, ale tez była gotowa się bronić, gdyby furia całkowicie przeżarła go na wylot.

    - PEWNIE. MOŻESZ GADAĆ ILE CI SIĘ PODOBA, MAM PODZIELNĄ UWAGĘ. - wrzasnął jak gdyby to Nikita była względem niego agresywna. Najzwyczajniej w świecie przeszedł obok niej aby z trzaskiem rozsunąć drzwi. Ledwo po chwili stał w progu spoglądając na Kuro.

    To było do przewidzenia. Ale nie zamierzała sie poddawać.

    - Nail posłuchaj mnie! - Wrzasnęła za nim, od razu podążając w jego stronę. - Jeżeli zrobisz coś głupiego, i pójdziesz siedzieć, kto poprowadzi smoki?! - Próbowała przemówić mu do rozumu.

    - O czym ty...? - retorycznie i półszeptem spytał samego siebie wchodząc do pomieszczenia medycznego - KURO TY SKURWYSYNIE JAK MOGŁEŚ!?- wrzasnął na całe piętro, podnosząc za czarnoskórego z łóżka.

    - Drgnij a rozjebie ci łeb! - Wycelowała w jego potylice. Nie prośbą to groźbą, ale naprawde nie chciałą go zabijać, co najwyzej postrzeli w rękę. - Rozumiem co mozesz teraz czuć, ale ochłoń zanim cokolwiek zrobisz! - Już nie mówiła, tylko wrzeszczała.

    Nail zastygł z uniesioną ręką. Spojrzał za siebie i bez zdziwienia spostrzegł spory pistolet Nikity.

    - NICZEGO NIE BĘDĘ ŻAŁOWAŁ! WIESZ CO ON ZROBIŁ? CZY TY WIESZ CO ON ZROBIŁ!? - Bang nagle zaczął wrzeszczeń na Nikitę a nie na Kuro. Nie było w tym nic dziwnego. Tylko ona stała teraz między nim a zemstą.

    - Wiem doskonale... aż za dobrze wiem co zrobił... i takze DOBRZE wiem co się stanie gdy go teraz zabijesz. Ochłoń kurwa! - Wywarczała niemal przez zaciśnięte zęby. - Kara go nie ominie, ale nie teraz... - Dodała nieco ciszej, choć i tak wątpiła czy Kuro by tego nie usłyszał.

    - TEŻ WIEM. ZGINIE. ŚWIETNIE. - Nagle drgnął. Nikita wypaliła z pistoletu. Nail ryknął głośno i agresywnie.

    Jak się okazało Bang nie tracił na inteligencji nawet w tej sytuacji. Zasłonił się przed Nikitą...za pomocą Kuro. Nagle okazuje się, że dziewczyna celuje w czarnoskórego. W dodatku zaczęli się zbierać gapie.

    Kuro nie był jednak ranny. Czyżby trafiła? Spojrzała na podłogę.

    Pociski były dość silne. Musiały trafić w rękę, bowiem dwa palce Banga znajdowały się na podłodze.

    - DO TYŁU! - Wrzasnęła na gapiów, ani na moment nie spuszczając z oka Banga. Czerwony punkcik teraz znajdował się na jego czole Naila. - Wygląda na to że się myliłam co do ciebie... - Odparła, nieco przygnębionym tonem. - Puść Kuro... - To nie była prośba, tylko rozkaz. Już wiedziała co robić, ale dlaczego czuła się z tym tak źle?

    - POCAŁUJ MNIE W DUPE - wrzasnął w odpowiedzi Nail unosząc Kuro. - DLACZEGO MILCZYSZ SKURWYSYNIE!? ZNOWU TO SAMO!? JAK MOGŁEŚ ZABIĆ DZIECKO!? ZAWSZE, ZAWSZE WIDZISZ TYLKO JEDNO ROZWIĄZANIE SKURWYSYNIE. DOŚĆ ŁASKI. - wrzeszczał na niego z furią, co sprawiało, że gapie byli nawet bardziej potulni niż powinni, z więcej jak chęcią odsuwając się od wejścia, a w większości nawet idąc w diabły.

    Była to dramatyczna scena, zwłaszcza dla Nikity która musiała zobaczyć ją po raz drugi, choć w nieco zmienionej wersji.

    Nail krwawił, ona nie miała sposobności uratować ich obu a Kuro...a Kuro się odezwał...

    - Z...zabij....ZABIJ MNIE! - Łzy napłynęły z jego oczu gdy spojrzał na Naila. - PODDAJE SIĘ, ZABIJ MNIE!

    Lata treningów i strzelania w różnych warunkach. Niemal zawsze dziesiątki na tarczy strzelniczej, a teraz nagle jej dłoń zaczęła drżeć.

    - Błagam Nail nie rób tego... - Zacisnęła mocniej dłonie na broni, ciężko przełykając ślinę. Jej czoło zaczął zalewać pot, a grzywka przyklejać. Jednak nadal dokładnie widziała ich obu. Dlaczego nie chce słuchać? Nikita nie wiedząc o dalszych konsekwencjach, już pewnie dawno wywaliła mózg Kuro na ścianę. Ale tu nie chodziło tylko o nią, a o cały świat. Będzie musiała strzelić.

    Napięcie było niewiarygodnie wysokie.

    Pięść Naila powędrowała w stronę Kuro, zaś pistolet Nikity uniósł się celując w jego twarz.

    Dosłownie moment dzielił ich obu od ponownej katastrofy.

    - Chcesz mu dać tą satysfakcję?

    Nikita strzeliła. Bang zatrzymał się. Światło w pokoju zgasło.

    To był Blue Devil.

    Stał on za Nikitą, trzymając jej ręce jak i broń uniesione w stronę sufitu, na którym znajdowała się przestrzelona lampa.

    - Większą karą będzie dla niego żyć niż umrzeć w tym momencie. Czy nie tego chcesz? - spytał niebieskowłosy. Rozległ się dźwięk uderzenia. Z HUDu Nikity zniknęła sylwetka Banga. Nie był już wykrywany jako zagrożenie.

    Po chwili włączyło się oświetlenie dodatkowe, pod postacią mały lamp wbudowanych w listwy przy podłodze.

    Kuro leżał skulony na ziemię, a Bang stał wpatrując się w niego z skrzywionym wyrazem twarzy.

    - Coś w tym jest...

    No akurat tego się nie spodziewała. Jej “Tatko” postanowił wpaść i załagodzić sytuację. Kto by pomyślał.

    - Cześć Papa - Rzekła ozięmble odwracając się w stronę niebieskowłosego, patrząc mu prosto w oczy. Spodziewała się dostać po gębię, być oplutą. Ale na pewno nie tego że nagle obudzą się w nim Ojcowskie uczucia. O ile miał jakiekolwiek.

    Blue spojrzał na dziewczynę podnosząc brew z zdziwienia. Jednym ruchem wyrwał z jej ręki pistolet.

    - Twoja walka zaczyna się...o której? - spytał jak gdyby miał zamiar ją spławić, po czym podniósł wzrok. - Kuro to śmieć. Zostaw go jak jest. W zasadzie nie jesteś lepszy od niego.

    - Zamknij mordę.- syknął Bang i z wielką siłą kopnął w czarnoskórego mistrza, który zaczął zwijać się z bólu. Po czym bezceremonialnie wylazł z pomieszczenia.

    - Widze że nadal masz mnie dupie... co ja sobie myślałam? - Puknęła się w czoło pięścią.

    - Jestem wpadką? Guma pękła? Czy może z gwałtu? - Zaczęła wymieniać, nadal patrząc na Blue. - Ale wiedz że mimo wszystko cię podziwiam. Ciekawe dlaczego? - Ostatnie pytanie było jakby do niej samej. Jakby nigdy nic wystawiła dłoń, by Ojciec oddał jej pistolet.

    Blue Devil nie należał do osób prawdomównych. Unosząc brwi myślał jak się zachować, po czym zaprezentował swoje zdolności aktorskie. Przyłożył rękę do twarzy Nikity i spojrzał jej w oczy.

    - Gdy wysłałem cię do Dojo Naila...czy dostałaś od niego jakieś...grzybki...? - Drugą ręką wcisnął przycisk pistoletu, magazynek wypadł na podłogę. - Zresztą, nie ważne, muszę się stąd zabierać. - stwierdził oddając Nikicie pistolet i wychodząc z pomieszczenia. - Innym razem.

    - Innym razem? - Uniosła brew, podnosząc magazynek z podłogi i wciskając go tam gdzie być powinien. Dlaczego tak kłamie? Boi się czegoś? Ale to by nie miało sensu... Blue Devil i obawy w jednym zdaniu wyglądają nienaturalnie. Odwróciła głowę do kulącego się z bólu Kuro i rzekła, profesjonalnym tonem.

    - Rozumiem że nasza współpraca się skończyła? Czy nadal chce Pan korzystać z moich usług? - Po tym wszystkim co się przed chwilą wydarzyło, to zdanie brzmiało conajmniej dziwinie. Czekając na jakąkolwiek odpowiedź, włożyła pistolet do kabury i rzekła do pierwszego z gapiów jak rzucił się jej w oczy. - Wezwij lekarz.. -. Gapiem nie okazał się pierwszy lepszy cywil a policjant. Na jego widok od razu w jej dłoni pojawiła się legitymacja. Nawet nie sięgała za pazuchę, po prostu wyskoczyła z rękawa. Wystawiła ją przed twarz policjanta, ze słowami.

    - To jest mój klient i sytuacja chyba się uspokoiła... - Uśmiechnęła się bezradnie.

    Cóż, było lepiej niż poprzednio. Nikt w nikogo nie celował.

    Policjant spojrzał na jednego z dwóch towarzyszących mu kolegów i kiwnął na jednego, a ten posłusznie udał się po lekarza.

    Kuro podniósł się z ziemi. Nie płakał już, choć wciąż wyglądał na załamanego.

    - I tak będziemy potrzebować sprawozdania. Wezwano nas z powodu zamieszek. Proszę usiąść i opowiedzieć o czym zaszło.

    - Daaaa - Westchnęła przeciągle. - Więc w skrócie ale z istotnymi szczegółami... -
    Kravchenko dokładnie opowiedziała co zaszło. Bang bliski eksplozji chciał pomścić, swego ucznia Tanu który zginął z ręki Kuro Butta, podczas walki. Nikita robiła co mogła by odgonić go od tego pomysłu, ale był zbyt uparty. Padły strzały, wtedy wkroczył Blue Devil i załagodził sytuację. To ci dopiero, morderca i najsliniejszy człowiek na ziemi, z zadatkami na agresora, załagodził sytuację. Gliniarz wszystko sobie zapisał, po czym puścił Nikitę wolno. Niedługo była jej walka, musiała dokończyć obiad zanim się zacznie. Mimowolny uśmiech na jej twarzy, spowodowany był faktem że to ten miły Joko jest przeciwnikiem. Oby nie chciał się poddać...

    17:20

    Po dłuższej, relaksacyjnej przerwie przyszedł czas na rozładowanie napięcia.
    Czyżby?
    W czasie gdy drzwi zaczęły podnosić się do góry, Nikita zdała sobie sprawę z tego, że nic nie wie o swoim nowym przeciwniku. A przynajmniej o tym, aby potrafił jakkolwiek walczyć. Powoli weszła na Arenę, patrząc w oczy stojącego już na niej Jokyoku.
    - Oraz Katyusha, niszczycielka Androidów i ex-marine! - Głos komentatora był znów inny. Dopiero po chwili doszło do niej z kogo słucha. Był to Onijin.
    - Ta oto dwójka, dla państwa przyjemności stoczy pojedynek. Kto jednak zwycięży? Interesujące pytanie!

    Kravchenko spojrzała na widownię. Raul i dzieciaki. Jedyni jej znajomi których poznała. Poza tym nie było tu nikogo, nawet Meera.
    Cóż, za dziesięć sekund zaczynają.

    Nikita paroma zgrabynmi ruchami zdjęła czerwoną pelerynkę z kapturem i złożyła ją elegancko, po czym odłożyła, jej archaiczną część ubioru tuż obok wejścia. Zrobiła szpagat, wyginając się kilka razy. To był pierwszy raz gdy się rozgrzewała przed walką. Z pogardą zerkała, na Jokyoku, gdy się wyginała, a syntetyczne stawy strzelały złowrogo. Tego to by było nawet miło zabić “przez przypadek”, ale coś jej mówiło że jest znacznie niebezpieczniejszy niż wyglądał. Zaraz się przekona...
    Jokyoku poprawił nieco swoje kimono i niepewnie ułożył nogi na arenie, w lekko zachwianej postawie.

    - Nikito...powinniśmy porozmawiać. - poinformował dziewczynę. - Nie wiem czy wiesz...ale nie wolno ci wygrać tego turnieju...

    Ułożył swoje ręce, jak gdyby coś w nich trzymał. Nie ruszał się jednak, nawet gdy zadzwonił dzwon. Łatwo było spostrzec, że preferował dyskusję.

    - Nie wolno? Muszę... - Podeszła do niego, nader spokojnie wypełniona agresją po brzegi.

    Joky lekko się kiwał, jak gdyby oczekując ataku, nie wiadomo jednak z której strony.

    - Problem w tym, że musisz...ale przegrać. - stwierdził chłopak. - Możesz o tym nie wiedzieć...ale ten turniej musi wygrać człowiek. W żadnym wypadku android...

    - Czy ja ci kurwa wyglądam na androida? - Uniosła brew, buzując ze wściekłości.

    - A czy jesteś w pełni człowiekiem. - zapytał. - Ani ty ani twoja matka nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale jesteście ryzykiem dla czegoś...czegoś co się dzieje w tle tego turnieju. - Tak jak się deklarował już wcześniej, nie wydawał się kłamać, ale wyraźnie unikał tego, o czym nie mógł mówić. - Tanu Brow, Kuro Butt, Jokyoku Sake, Gustaw, Nail Bang...To lista wszystkich których zwycięstwo wchodzi w grę.

    - Mogę skreślić jedno nazwisko. - Uśmiechnęła sie demonicznie, szykując się do “tackle”, jednak nic po jej postawie na to nie wskazywało.

    Nikita rzuciła się w przód, tylko po to aby trafić na zamknięte drzwi do wyjścia z areny.

    Jokyoku był niezwykle płynny w ruchach, zszedł jej z drogi półobrotem po czym kopnięciem dobił ją do drzwi. Nie sprawiło to jej jednak zbyt wiele bólu.

    Japończyk nie stanowił fizycznego zagrożenia ale tutaj nie chodziło o zdrowie ciała, tylko ilość punktów.

    Pewnie zdawał sobie z tego sprawę, ale każdy cios padający na Nikki, tylko ją rozjuszał. Co dziwne ani na chwilę nie traciła opanowania. Po prostu całą złość ładowała w ciosy.

    Nie bawiło ją coś takiego jak “wyzwanie”, każdego przeciwnika chciała załatwić jak najszybciej i jak najskuteczniej. Tak ją uczono.

    Nikita miała dla niego niespodziankę.

    Chłopak przygotowywał się do drugiego uderzenia, gdy dziewczyna postanowiła zrobić fikołek w tył. Nie odszedł nawet z trasy jej butów, z racji że dostrzegł jej majtki. Zarumienił się dostając butem w twarz który zrzucił go do siadu, a Nikitę ustawił tuż przed nim.

    - Jednym z zaskakująco istotnych elementów w sportach walki jest odpowiedni ubiór. Jak widać Katyusha nie ma o tym pojęcia. Równie zaskakująco, nikt na to nie narzeka. - komentarz był niezwykle trafny biorąc pod uwagę spore poruszenie gimbazy znajdującej się na widowni.

    Oraz Raula który zasłonił oczy kilku dzieciakom.

    Może rzeczywiście nie zdawała sobie z tego sprawy, albo nie posiadała wstydu. Albo jeszcze była możliwość że specjalnie wykorzystywała ten aspekt. Tego jednak nie wiadomo. Chciała go już wykończyć.

    Obróciła się jednym nagłym ruchem kierując zaciśniętą pięść w stronę siedzącego na ziemi Jokyego .

    Ku jej zaskoczeniu nie było to jednak aż tak skuteczne. Japończyk migiem przeturlał się w bok, po czym, gdy tylko spostrzegł Katyushę w pozbawionej balansu pozycji, podciął jej nogę z krzykiem.

    - Bind Drive!

    Dziewczyna wylądowała na kolanach i poczuła ból w kostce. Drobny paraliż, który utrudniał jej wstanie.

    Przykucnęła chwytając się za kostkę. Zrobiła minę jakby ten atak był znacznie gorszy niż wyglądał. To było nic innego jak farsa, liczyła teraz na to że Joko wykorzysta sytuację i zbliży się do niej.

    Jokyoku faktycznie nie miał zamiaru marnować tej drobnej przewagi. Podniósł się na ziemię i podbiegł do Nikity. Zdołał kopnąć ją w kolano, gdy ta w tym samym czasie podniosła się z pięścią w jego splot słoneczny.

    Oba uderzenia trafiły, różniły się jednak w znacznym stopniu siłą.

    Japończyk zatoczył się kilka kroków w tył, a nieco krwi wyszło z jego ust.

    - I na tak właśnie wygląda dystans między człowiekiem a maszyną. Wygląda na to, że Jokyoku nie ma najmniejszej szansy z swoim przeciwnikiem. Ile takich uderzeń byłby w stanie wytrzymać?

    - Poddaj się, bo naprawdę zrobię ci krzywdę... - Syknęła Nikki, podnosząc się delikatnie. Paraliż kostki był nieco uciążliwy, utrudniał wyprowadzanie kopnięć. Ale miała jeszcze w arsenale swe piątki, które mimo niegroźnych rozmiarów były całkiem zabójcze. To nie był koniec dla Jokyoku, jeszcze nie...

    Dziewczyna wsyskoczyła, wybijając się z zdrowej nogi, zaskakując Jokyego szybką pięścią w głowę. Chłopak zgjął się, niemal wywrócił, ale w jakiś wyćwiczony sposób udało mu się wrócić do pionu.

    Nikita poczuła jak paraliż przechodzi w odrętwienie i zanika.

    Zaraz padnie! Czuła to po prostu. Śmieć yakuzy pożałuje że trafiła mu się Nikita jako przeciwnik. Następne zagranie, było jednym z tych cieższych do opanowania, ale było jedno z najbardziej efektywnych i widowiskowych w combat sambo.

    Nikita przygotowała się na finish, lekko zgięła nogi go wyskoku, była gotowa gdy...dostała z liścia z ogromnym trzaskiem i nieco się zachwiała, gdy tylko spojrzała na Jokyego ten na nią spadł!

    Rosjanka została przygnieciona do ziemi przez Japończyka, który następnie wykonał przewrót w przód i wstał na równe nogi.

    - Kurwa... - syknął cicho do siebie, lecz była w stanie to usłyszeć.

    Zauważyła przez ten atak coś osobliwego. Jokyoku śmierdział alkoholem. Był pijany.

    Pomimo że giśc jest pijany, stawia całkiem zaciekły opór. Pewnie musiał wychylić jeden kieliszek przed walką, albo małe piwo. Ale czy Nikita nie kojarzyła czegoś? Przynajmniej z paru starych jak świat filmów. Przez ten krótki moment jak leżała dotarło to do niej. Jokyoku jest użytkownikiem “pijanego stylu”. Trzeba więc wziąc na to poprawki. Postawiła się do pionu sprężynką, po czym postanowiła się odegrać.

    Jokyoku zaczął biec przygarbiony w stronę Nikity, lekko się kiwając z każdym krokiem, co nieco utrudniało przewidzenie jego ruchów.

    Na szczęście miała swój wszczep. Szybkim obrotem zebrała sporą siłę kinetyczną i wsadziła ją w gardło Japończyka, który zdążył jej jednocześnie trzasnąć liścia. Tym razem słabszego.

    Ta sztuka walki nie wydawała się mieć jakąkolwiek wartość.

    Japończyk odleciał na ziemię dwa kroki od Nikity i wylądował na ziemi. Zaczął kasłać i się dusić.

    - Zawodnik Jokyoku nie wykazuje zdolności do walki, na podstawie regulamin, Katyusha proszona jest o uniesienie ręki jeżeli ma zamiar przyjąć stan swojego żałosnego przeciwnika jako orzeczenie jej zwycięstwa. W przeciwnym wypadku jej obowiązkiem jest czekać aż Jokyoku odzyska panowanie nad sobą. Medycy czekają już przy wejściu do areny. - zakomunikował szybko Onijin.

    Dobić? Czy zostawić? Nie zastanawiała się dlugo. Uniosła dloń.
    - Wykurwiaj mi z oczu. - Rzekła oschle, po czym przeszla dosłownie po nim w stronę swojego płaszczyka. Gość może i był całkiem uzdolniony ale był tyłko ludzikiem na usługach Yakuzy. Poza areną lepiej żeby nie wchodził jej w drogę.

    Zaraz po walce, na powrót ubrała się w strój służbowy i chcąc nie chcąc, udała sie do Kuro, wyjaśnić sprawę jej zatrudnienia. Jeżeli nadal chce korzystać z jej usług, zostanie. Jeżeli nie wróci jakby nigdy nic do domu porządnie wypocząć. I się napić...

    Rozgrywka

  • CyberCore
    BoomyB Boomy

    13:22

    Droga na Ikebukuro trwała aż dwie godziny. Dziewczyna nie mogła znaleźć Meera, więc udała się na dojo Naila.

    Zastała tam pustkę i spokój. Budynek wyglądał tak pięknie, że aż błyszczał. Ninja-budowlańcy musieli świetnie się spisać przy jego remoncie.

    Ptaszki śpiewały, słoneczko świeciło a Tanu grabił liście.

    Dziwacznego chłopaka nigdzie nie było widać.

    Spóźniła się? A może przybyła za wcześnie? Kopnęła nóżkę stawiając motocykl, zsiadął z niego i podeszła do Tanu.

    - Cześć...umm... nie widziałeś może takiego blondyna, niebieski strój. Europejczyk zapewne.- Mówiąc to gestykulowała dokładnie o co jej chodzi.

    Zajęło to chwilę nim Tanu zdał sobie sprawę z obecności Nikity, która wymachiwała przed nim rękoma.

    Słuchając jej energicznie zaprzeczył ruchami głowy, jednocześnie machając przy tym grabiami, co skończyło się rozrzuceniem liści na wszystkie strony. Chłopak zwiesił na moment głowę zawiedziony tą niezdarnością.

    - Ahh...był...niedawno. - przypomniał sobie i poprawił swoją odpowiedź.

    Nikita przewróciła oczami, i podeszła stanowczo do Tanu. Oparła delikatnie obie dłonie na jego barkach.

    - Wiesz może czego chciał? I gdzie sie udał teraz? - zapytała ponownie.

    Chłopak odepchnął od siebie Nikitę jakby ta chciała go pogryźć i zasłonił się grabiami.

    - Szukać mistrza. - odpowiedział krótko.

    - Spakojno mudak - Uspokoiła go choć niewiadomym było czy Tanu zrozumiał co powiedziała. - Wiesz gdzie jest Nail? - Nadal pytała.

    - Miał...biznes załatwiać... - stwierdził Tanu tuląc do siebie grabie, po czym zaczął się zastanawiać gdzie on mógł być. - Po co ci...Nail? - spytał.

    Kravchenko westchnęła tak głośno, ze miało się wrażenie jak ubywa z niej energia życiowa.

    - Muszę z nim porozmawiać, osobiście, powiedz mi proszę. - Rzekła, z nieco zmarnowanym wyrazem twarzy.

    Chłopak zlustrował ją wzrokiem, wyglądał na speszonego i diabeł go wie co się działo w jego głowie.

    - Nie. - zaprotestował w końcu. - Idź w cholerę...Nail jest moim nauczycielem, szukaj innego mistrza! On...on ma już dojo pod opiekę. - zbuntował się chłopak.

    Na jej delikatnej twarzu znów pojawił się ten wyraz, wypaczony ze współczucia czy jakichkolwiek uczuć. Nie chciała go zabijać, ale chciała go mocno nastraszyć.

    - Słuchaj Sabaka mam ciekawesze rzeczy do robienia niż użeranie się z jakimś gówniarzem. - powiedziała nader spokojnie, podniosła pięść po czym dodała:

    - Gdzie...jest... NAIL!? - Ostatnie słowo krzyknęła mu w twarz.

    Chłopak cofnął się krok w tył, zaciskając ręce na grabiach. Był jednak niezłomny.

    - Wszczynanie walk poza turniejem jest karane dyskwalifikacją. - upomniał dziewczynę, jakby miała to być jego magiczna tarcza przed nią.

    - Ciekawe jak o tym komukowilek powiesz kiedy wyrwę ci język... - Balonik zwany cierpliwością Nikity napęczniał już do rozmiarów w którym najmniejszy kontakt z nim spowoduje pęknięcie. - Ostatnia szansa młody... gdzie on jest? -

    Chłopak zrzucił wzrok na bok.

    - D...dlaczego? Jaki masz powód? - pytanie to dziwnie zabrzmiało w jej głowie przypominając słowa Gargulca. Chłopak zacisnął oczy w których zaczęły pojawiać się łzy.

    - Po prostu zostaw mnie w spokoju! Idź w cholerę! Nic więcej nie niszcz... - ostatnia wypowiedź miała pewien błagalny charakter.

    Balonik nie pękł, tylko uleciało z niego powietrze. Otworzyła szerzej oczy, zdając sobie sprawę z tego co właśnie robi. Groziła dziecku. Czy to nie one właśnie sprawiały że świat nie jest bardziej kolorowy? Przez nią Tanu zaczął płakać, a towarzyszyło temu uczucie, gdy dostaje się bagnetem pod żebra.

    - Przepraszam... - Spusćiła wzrok i odwróciła się w stronę swego pojazdu, przyspieszonym krokiem. Zasiadła na maszynie, ale nie zapaliła silnika, oparła tylko głowę na kierownicy, karcąc się w duchu za to co zrobiła, albo chciała zrobić.

    Zapadła chwila ciszy. Cierpliwość i spokój odpłaciły się jednak Nikicie, która po chwili usłyszała odpowiedź, wypowiedzianą szeptem.

    - Miał się spotkać z jakimś reporterem. - jęknął tanu po czym rzucił grabie i pobiegł gdzieś w głąb dojo.

    Kobieta ozywiła się nagle gdy usłyszała słowa Tanu. Już miała mu podziękować, jednak ten wydarł już dawno.

    - Zadowolona jesteś?! - Burknęła pod nosem do siebie. Odpaliła zapłon, następnie skierowała się do jedynego miejsca gdzie jest reporter, jedyny jej znany. Obślizgły i zielony...

    15:34

    Fortuna sprzyja kobietom.

    Nikita zatrzymała swój pojazd przy wieżowcu po dwóch, długich godzinach jazdy. Gdy tylko wstała dostrzegła...Onijina stojącego przed wejściem paląc papierosa. No tak, w budynku był zakaz palenia.

    Facet chodził na lewo i prawo, widział Nikitę ale nie zwrócił na nią więcej uwagi. W końcu nawet jej nie znał.

    - Przepraszam? Widział Pan może Nail Banga? - Zapytała wprost zsiadając z choppera.

    - Jadalnia. - odrzucił odpowiedzią równie przejęty dyskusją co kobieta.

    - Spasiba - Wyminęła go nawet na niego nie spoglądając. Chwilkę zajęło jej dotarcie do jadalni gdyż, panował tutaj niemały ruch. Od czasu do czasu jakis napaleniec pytał o autograf, lub czy może sobie zrobić z nią zdjęcie. Nie była jednak dobra dla swych fanów, ignorowała ich lub stanowczo odmawiała jakiejkolwiek interakcji. W końcu minęła próg jadalnie gdzie miałby się znajdować Nail.

    W końcu w tłumie wypatrzyła szukaną przez siebie ofiarę.

    Nail Bang siedział w jednym z kątów jadalni zajadając frytki z kurczakiem i dyskutując z Meerem jak gdyby nigdy nic. Chłopak szybko spostrzegł dziewczynę i zaczął machać do niej, wołając rozradowany.

    - NIKI! Tutaj!

    Odetchnęła z ulgą widząc że te dziwne poszukiwania się zakończyły. Zanim jednak dołączyła do nich zamówiła sobie coś do jedzenia. Jak zwykle nie była to mała porcja. Z tacką pełną żarcia zasiadła obok nich.

    - Ciężko cię złapać Nail... - wypaliła, wbijając słomkę w litrowy kubek Coli.

    - Ninja może być nigdzie, ale nie potrafi być wszędzie. - wyrzucił żartobliwą mądrością Bang, uśmiechając się lekko znad talerza.

    - Miałaś rację. To Bang jest mistrzem smoków. - poinformował ją natychmiastowo Meer jak gdyby siedział tu tylko po to, aby się jej pochwalić.

    - Chcę dołączyć... - odparła jakby nigdy nic, zajadając hamburgera który ledwo się jej mieścił w rękach. Miała nadzieje że się zgodzi, w sumie dlaczego miałby jej odmówić?

    - W ogóle wiecie na co się piszecie? - spytał Nail - Zwalczamy przestępców, ale nie jesteśmy wcale od nich lepsi. Nie różnimy się metodyką, przy takich działaniach powód jest nieistotny. Yakuza najpewniej też ma swój cel w tym co robi, problem w tym, że tworzy zbyt wiele krzywdy. Niezbyt nam się to podoba....więc walczymy. Prawo nie może, to my to robimy.

    - I to mi się właśnie podoba najbardziej... nie zważacie na środki lub jakieś inne legalne gówno. - Stwierdziła twardo, popijając Colę. - Jeżeli mogę pomóc zmieść tych oprychów, to będę bardziej niż szczęśliwa. - Dodała, a frytki z jej talerza znikały dość szybko.

    - W takim razie nie widzę problemu - uśmiechnął się Bang, jak gdyby chciał aby jego białe zęby robiły za znak aprobaty. Z tym, że były w nich kawałki kurczaka. - Całe moje dojo to tak naprawdę smoki. Z powodu turnieju staramy się nie być zbyt aktywnymi...coś jest nie tak z tym przedstawieniem, więc obecnie jesteśmy na nim skupieni. Wprowadzę was kiedyś jak przyjdziecie po informacje.

    - Też to zauważyłam... - Rzekła upraprana na buzi od sosu i keczupu. Jednak nie zważając na to zajadała dalej. Z damy to sobie mało miała.

    - Nie możemy zacząć od zaraz? Co wiemy? - Zapytała sięgając po frytki.

    - Że jesteśmy w zatłoczonej jadalni. - odpowiedział Bang zajadając się frytkami. Meer zaś popijał kolę przez słomkę, aż w końcu się odezwał? - Czyja teraz walka? - spytał.

    Bang spojrzał na niego jakby zapomniał o czymś istotnym, a jak na zawołanie, zadzwonił telefon Nikity.

    Pośpiesznie wytarła ręce w ściereczki, po czym odebrała telefon.

    - Halo? - padło z słuchawki znajomym głosem - Tu Henry. Butt właśnie skończył walkę, jest w pokoju medycznym na drugim piętrze wieżowca. Przypilnuj aby nic mu się nie stało póki nie wydobrzeje. - polecił Townsend i natychmiastowo się rozłączył. Widać miał inne nastawienie do pracownicy niż przyjazny Kuro.

    - Rozumiem. - Rzekła neutralnym tonem, po czym rozłączyła się. - Kurwa mać - Łupnęła dłonmi o blat podnosząc się. - Panowie wybaczą... - Skinęła głową do Naila i Meera, po czym skierowała się w stronę pokoju medycznego. Uprzednio dokładnie wytarła twarz i ręce, z wszelkich zabrudzeń. Nie lubiła gdy ktoś jej przerywa posiłek, staje się wtedy jakaś taka... bardziej nerwowa niż zwykle.

    Po drodze zobaczyła Blue Devila, który opuszczał pokój Kuro. Nie zobaczył on Nikity idąc w przeciwnym kierunku.

    Gdy oderwała wzrok od jego pleców zobaczyła przez otwarte drzwi Butta leżącego na łóżku. Miał lewą rękę w gipsie i bandaż na torsie. Jego twarz była blada a sam tępo wpatrywał się w sufit.

    Nie dowierzała w to co widziała. Tanu go tak załatwił?

    - Jeżeli czegoś pan potrzebuje proszę powiedzieć. - Rzekła ponuro, stając tuż obok jego łóżka.’

    - ...Nie... - wysapał ciężko Kuro. Po chwili jednak zmienił zdanie. - Albo nie, zamknij drzwi. Bardzo proszę.

    Nikita bez słowa sprzeciwu zrobiła to o co poprosił, po czym usłużnie wróciła na miejsce.

    Zapadła długa cisza. Jakiś monitor obok Kuro pikał rytmicznie a mężczyzna leżał ciężko dysząc. Coś było z nim nie tak, jednak ten stan nie dotyczył Kravchenko. Jej zakres pracy był ściśle ustalony. Nie można jej było odmówić minimalnego podobieństwa do matki w tym zakresie.

    Coś ciężkiego było w powietrzu, jak gdyby jakaś niewybaczalna zbrodnia nie chciała zniknąć.

    Gdy oczy Nikity zawędrowały po podłodze, zobaczyły na niej pukiel niebieskich włosów o blond zakończeniu. Czyżby Devil je tu zostawił po swojej wizycie?

    Po jakiś dwudziestu minutach w tej ciężkiej atmosferze nastąpił niespodziewany przełom.

    Drzwi otworzyły się nagle. Stał w nich Nail Bang.

    - TY SKURWYSYNIE! - ryknął wbiegając do pomieszczenia. W jego oczach był czysty gniew, pewna nieopisana furia którą dało się odczuć, jak gdyby powodowała wibracje wszędzie w okolicy.

    Kuro spojrzał na niego przerażony. Chciał coś odrzec jednak nie był w stanie.

    Nikita zerwała się odruchowo. Tak była wyćwiczona. Jej zleceniodawca był w zagrożeniu. Z drugiej strony, to sam Nail.

    - TO DOPIERO DZIECKO.

    - Ani kroku dalej Bang! - Położyła dłoń na kaburze, gotowa zrobić w najgorszym wypadku uzytek z pistoletu. MIstrz nie mistrz, dostanie kulkę i bedzie miał kuku. Jednak wolała tego nie robić, gdyż Nail był przywódcą organizacji do której chciała dołączyć.

    - Uspokuj się proszę, nie rób czegoś co możesz potem żałować! - Wystawiła dłoń w uspokajającym geście. MIała nadzieje, żę Bang się nieco uspokoi, choć wcale nie wyglądał by zamierzał.

    - NICZEGO NIE BĘDĘ ŻAŁOWAŁ. Ty zasrany morderco! DLACZEGO!? - krzyczał Nail bez opanowania. Migiem przy sali znalazł się mały tłum lekarzy i strażników, nikt jednak nie chciał nawet przekroczyć progu. Wielu uciekało na sam widok tego, co się dzieje.

    - Nie chciałem... - wyszeptał Kuro zasłaniając ręką twarz.

    - GÓWNO PRAWDA! DALEJ LIŻESZ DUPE SKURWYSYNOM Z YAKUZY! - wrzeszczał bliski granicy Nail.

    - Co... jak... co... - Nikita była zdumiona, zdziwiona i niebiosa wiedzą co jeszcze. Nie co przestraszonym wzrokiem spojrzała na Kuro.

    - Kogo.. zabiłeś... - Przełknęła ciężko ślinę. Odpowiedź chyba znała, ale tak bardzo chciała się mylić.

    - Nie chciałem...naprawdę nie chciałem... - jęczał Kuro płacząc. - Prosiłem aby się poddał...mówiłem mu, że nie mogę przegrać...nie w tym turnieju...

    Cierpliwość Banga była coraz bliższa zenitu.

    - Nikita...odsuń się... - Wysyczał przez zęby, niezwykle agresywnie.

    - Zabiłeś dziecko...- Brew Nikity zaczęła dziwnie drgać. - Zabiłeś... dziecko... - powtórzyła ponownie cała się trzesąc. Bez chwili namysłu, chwyciła Kuro za afro i miotnęła nim o podłogę.

    - MUDAK SABAKA, JEBLEĆ CIE KURWA - Wrzeszczała Nikita, teraz już nie mniej wkurwiona od Naila.

    Nail podniósł za głowę rannego Kuro i zacisnął rękę na jego twarzy unosząc go ponad ziemię.

    Aura jego nienawiści była niemal widzialna. Butt przyglądał mu się z obłąkaniem w oczach, widział co się święci gdy odczuwał ten piekielny ból....

    W pewnym momencie czaszka Kuro pękła zalewając posoką wszystko dookoła. Bang najzwyczajniej zgniótł jego głowę w ręce. Część gapiów zaczęła wymiotować, ci którzy ten widok przetrzymali uciekali gdzie pieprz rośnie.

    W drzwiach pojawiła się jednak jeszcze jedna osoba, która splunęła na ziemię przerywając głośne sapanie Naila.

    - Nawet cię tam nie było, gdy chłopak walczył. Smakował obiad? - był to Blue Devil.

    Nikita widząc jak łeb Kuro pękł, od razu przypomniała jak to było na polu bitwy, takie widoki wcale jej nie ruszały. Jednak wszystko działo się tak szybko. Kravchenko postapiła parę kroków w tył, aż napotkała na ścianę. Tępo patrzyła się, na Naila i Blue Devila. To będzie horror.

    - ..Co ty możesz wiedzieć... - wysyczał Nail spoglądając za siebie. - Nie jesteś lepszy! Meer był u mnie skurwysynie. Jakoś nie wspominał za dobrze twojej miłości. - syknął na Devila.

    Ten jednak tylko przecząco pokiwał głową.

    - I co z tego? - zaśmiał się. - Wszyscy zawiedliśmy jako rodzice. Ja jednak nie zrzucam swojej winy na innych. Kto tu jest mordercą?

    - ZAMKNIJ RYJ!

    Nikita nadal patrzyła z tym samym wyrazem twarzy na dwójkę ex-marines. Jej w połowie otwarte usta chciały coś powiedzieć, ale nie była w stanie wydusić z siebie słowa.

    - I dlatego właśnie się rozpadliśmy. Nie jesteś lepszy od ścierwa. - skomentował Devil odwracając się. Nie był to jednak koniec dyskusji.

    - JĄ TEŻ ZOSTAWISZ!? - wrzasnął wskazując palcem na Nikitę. - Robisz dzieciaki na prawo i lewo a potem co? Farbujesz włosy aby nawet nie być do nich podobnym!

    Blue odwrócił się i spojrzał na Nikitę. Miał coś zwierzęcego w oczach. Zacisnął zęby, prychnął i odszedł, jak gdyby obawiając się tego, w co może się przerodzić ta dyskusja.

    Zapadła chwila ciszy.

    - Shto... jak.. - Złapała się za głowę, wypuszczając tyłko z ust półsłówka lub jakiś niezrozumiały bełkot. Osunęła się na podłogę, patrząc pytająco na Naila. Niech coś powie... cokolwiek...

    Powiedział.

    - Kurwa.

    I po chwili wylądował dupskiem w plamie krwi po Kuro. Był równie roztrzęsiony co Nikita, może ewentualnie bardziej wprawiony w przetrzymywaniu tych sytuacji. - Tanu...on chyba chciał się wycofać...czemu nikt z nim tego nie przedyskutował...czemu ja tego nie zrobiłem? - zapytał sam siebie nieco rozpaczliwie.

    - Nie... nie możliwe... Ojca zabiła neurocholera, tak mi mówiła... - Bąknęła pod nosem kiwając się w przód i tył. Kolejne słowa Naila uświadomiły coś Nikicie. Tanu bał się walki, dlatego się wtedy rozpłakał. Może specjalnie chciał wszcząć bójkę by zostać zdyskwalifikowanym!?

    - Boshe... moj boshe - Zacisnęła mocniej palce na głowie, powstrzymując się od płaczu.

    W tej nieskończonej niemal rozpaczy, pojawiło się jednak zakłócenie. Wpadło one jak kamień w kałużę.

    Było ono pod postacią czwórki policjantów w ciężkich egzoszkieletach z bronią automatyczną w dłoniach. Wycelowali w dwójkę bacznie się rozglądając.

    Bang odpowiedział im bezsilnym spojrzeniem.
    Znała procedurę aż za dobrze, jeden fałszywy ruch i są podziurawieni. Uniosła tylko ręce, nie chcąc narażać Naila na zbędne niebespieczeństwo.

    22:30 A6: Czuję się jak gówno.
    22:31 Ogre: Przynajmniej nic się jej nie stało. Wróć. Na pewno coś jej się stało.
    22:31 A6: Red...
    22:33 AR: Nawet nie myśl się do niej zbliżać.
    22:35 A6: Nie zrobię tego znowu...
    22:36 Ogre: nikt cię nie będzie słuchać.
    
    8:36 Anonymous: Co teraz będzie?
    8:36 Anonymous 2: Masz na myśli newsy?
    8:37 Anonymous: To jakieś brednie, prawda?
    8:38 Anonymous 3: Moja córka potrzebuje implantów aby żyć...
    8:39 Anonymous 2: Zaraz, to wszystko znaczy, że nie dostanę już protezy nóg?
    8:40 Anonymous: Wszystko przez jedną sukę...
    8:41 Anonymous 3: To wszystko wina Katyushy?
    8:41 Anonymous 2: A kto wywołał skandal? O co mogło chodzić 3C?
    

    24.Marzec.2221
    8:32
    Więzienie - Cela 4, skrzydło D.

    Nikita siedziała w samotnej celi, mając równie wielkiego kaca moralnego co wczoraj.
    Nie mieli jeszcze pewności czy ma tu zostać na dożywocie...jakkolwiek świadkowie mówili, że ona również zaatakowała Kuro, zrzucając go z łóżka.
    Przynajmniej byli na tyle mili, aby dać jej telewizor w celi.
    Przełączyła kanał.

    ~*~

    A teraz w -VectorNews-> specjalny komunikat od tajemniczego właściciela Cyber Core Corporation, który postanowił wyłonić się z cienia.

    Ekran ukazał japończyka o prostej twarzy i zwięzłych oczach. Nieco podobnego do Onijina. Nawet zanadto...zaraz.
    - Nazywam się Okamijin. Wszyscy powinniście być zaznajomieni z moją korporacją Cyber Core która już od lat dominuje ponad dziewiędździesiąt procent wartości rynku robotyki. W związku z ostatnimi wydarzeniami i skandalami postanowiłem ostatecznie wycofać z rynku wszelkie materiały cybernetyczne. Powtarzam: Nie będzie już możliwości zakupienia elementów dla cyborgów od Cyber Core. Zarazem nasze patenty nie są na sprzedaż

    Nie będzie części CyberCore? Zamknięcie patentów? To znaczy, że...nie będzie cyborgów w ogóle.

    - Nasza korporacja w całości przekierowywuje się na plan produkcji i ulepszeń technologii androidów. Są to stworzenia dużo idealniejsze od ludzi którzy nie wiedzą do czego wykorzystać swoją drugą szansę. Turniej japonii miał być ostatnim momentem w którym nad tym rozważam... i uważam te rozważania za zakończone.

    Brak Cyborgów i rosnąca ilość Androidów...to tak jakby oddać im przewodnictwo nad ludźmi, którzy pozostaną bezsilni.

    ~*~

    Z rozważań skupienia Nikitę wybudził dźwięk otwieranych drzwi.
    W wejściu do jej celi stała Aurora - jej matka.
    - Zawiodłaś mnie. - wyszeptała.
    - Przyszłaś się pastwić? - Mruknęła tylko nie drgając ani o centymetr, siedziała ze zwieszoną głową patrząc w podłogę.

    Aurora obejrzała się na telewizor.

    - Miałaś wygrać. Teraz nikt mu nie dowiedzie, że jest w błędzie. Andoridzi za przywódców...czy to koniec dla ludzkości? - zapytała siebie samą, wzdychając lekko. - ...Jesteś wolna. Wpłaciłam kaucję. Ale nie chcę cię więcej widzieć.

    - Dlaczego mnie okłamałaś? Dlaczego mi nie powiedziałaś, że Blue jest moim ojcem? - Uniosła nieco głowę by spojrzeć na matkę.

    - To tym się przejmujesz w takim momencie? - spojrzała na Nikitę ostro. - Blue devil...to bezwartościowy morderca i pedofil...gdybyś go znała, i tak nie chciałabyś go za ojca.

    - Harashooo - Uśmiechnęła sie dziwacznie. - Matka tyranka, ojciec pedofil który nie chce mnie znać... kolorowo. - Jej głowa ponownie opadła nieco. - Zniszczyłaś sierociniec? - Zapytała zrezygnowana.

    - To była tylko motywacja. - wyjaśniła Aurora. - Od początku gówno mnie obchodził. - wyjaśniła odwracając się. - Powodzenia w życiu.

    Były to jej ostatnie słowa.

    Kobieta opuściła celę zostawiając za sobą otwarte drzwi.

    Kravchenko uniosła się powoli i opuściła celę. Wydano jej rzeczy, po czy, wysłano do bramki, która jest wyjściem z więzienia. Ale się porobiło... teraz cały biznes cybernetyki poszedł w diabły, o co będą obwiniać oczywiście nią samą. Posnuła się prosto do domu, unikając kontaku z ludźmi. Nie miała pojęcia czy może coś zrobić... cokolwiek. Zaczęła się zastanawiać czy lepiej by nie było zgnić w więzieniu. Po bardzo długim spacerze dotarła do domu, gdy przekroczyła próg, rzuciła w kąt swój płaszcz, a sama padła twarzą na kanapę. Było jej źle, i to bardzo chciała skulić się w kącie i płakać. Jednak od tego pomysły odwiodła ją mantra. Uniosła się ledwo i na czworaka doczołgała sie do zwiniętego papieru. Rozwinęła ją i postapiła zgodnie z instrukcjami. Procedura była taka sama, ponownie zapadła w sen.

    Gdy otworzyła oczy była już w znanym jej świecie, jednak już jej tak nie przerażał, był jej całkowicie obojętny, rozejrzała się tylko wokół szukając jedynego lokatora tego miejsca.

    I znalazła go.

    Gargulec klęczał oglądając własną kosę w głębokiej zadumie.

    - Hmm...to ciekawe... - mruczał do siebie, w końcu spostrzegł Nikitę i przemówił do niej echem. - Witaj znów Arkano! Powiedz...nie znasz może robota o kociej duszy? - zapytał podnosząc się. - Pierwszy raz mechaniczna istota wpłynęła do konspektu. To...zastanawiające...

    - Znam... załatwiłam go na arenie. - Ton jej głosu przypominał sposób mówienia gargulca. Wydawało się że Nikita czuje się jakby ktoś wyssał z niej energię życiową. - Gargulcu... co robić jeżeli nie widzi się żadnych możliwości? - zapytała.

    - Zwalczaj ogień ogniem. Skutek przyczyną. - zaproponował Gargulec. Coś było w tej opcji. Czy śmierć Okamijina nie oznaczałaby powrotu 3C do normalności? Aurora mogłaby przejąć własność nad korporacją...ale...czy na pewno więcej śmierci w czymś pomoże? - Są też inne drogi, ale musisz mi powiedzieć, co przynosi tą rozpacz?

    - Jestem najprawdopodobniej najbardziej znienawidzoną osobą w kraju, matka się mnie wyrzekła, a ojciec zrobił to jeszcze wszcześniej. - Rzekła zmęczona psychicznie. - Zaraz po urodzeniu byłam skazana na śmierć, jednak matka powszczepiała we mnie ten złom. Gdyby nie technologia byłabym martwa. Czy nie zaprzeczam losowi? - Po tych słowach rozważała opcję zamordowania Okamijina, może chociaż tyle mogłaby zrobić? Ale to może także przynieść efekt odwrotny.

    - Hmm... - Gargulec nagle pojawił się przed Nikitą, trzymając swoją olbrzymią kosę w dłoniach. Spoglądał jej głęboko w oczy. - ...Ile byś dała, za możliwość naprawy własnych błędów? Twoje sumarium...zmierza w stronę pustki. - stwierdził uśmiechając się pokracznie. - Czy przyjęłabyś za drugą szansę...wieczność w konspekcie?

    - Nie - Odparła krótko, patrząc mu porsto w oczy. - To los gorszy niż śmierć mi się wydaje, współczuje ci ze musisz tutaj być. - rzekła szczerze.

    - Ale czego dokonałem... - uśmiechnął się szkielet. - Wzbogaciłem wiedzę całego świata, rozwinąłem ludzkość...ocaliłem świat przed pierwotnymi skutkami drugiej wojny światowej... - wymieniał Gargulec bez najmniejszego żalu w głosie. - W konspekcie...możesz cofnąć czas. Tyle raz ile chcesz, póki nie umrzesz. Wystarczy powiązać z nim swoją duszę. Kto wie, może byłabyś w stanie się stąd wymknąć. To prawie nieskończona ilość szans. - przekonywał Nikitę Gargulec. - W innym wypadku...musisz po prostu żyć. Zawsze możesz wyjechać na wieś i zacząć spokojny żywot pasąc krowy.

    - Cofnąć czas?! - zapytała a jej brwi uniosły sie wyżej. - W zamian za to mam żyć w tej nieskończoności? Mów jaśniej... - Dodała zrezygnowana.

    - Mówię tak jasno jak się da. - stwierdził Gargulec.- Możesz cofnąć czas, ile razy zechcesz. Ale jeżeli zginiesz, obudzisz się jako Gargulec.

    - Dobrze... cofnij czas... kiedy ide do pokoju medycznego... - wypaliła sama nie wierząc w to co mówi.

    - Prawdziwa inteligencja to nie widza lecz wyobraźnia. Jesteś w stanie wyobrazić sobie koniec, w którym coś jest? - spytał Gargulec podnosząc kosę. - Wróć, jeżeli będziesz potrzebowała pomocy. - powiedział opuszczając ostrze.
    Nikita poczuła, jak gdyby przeszył ją piorun.

    Mówi się, że ludzie nie powinni żyć przeszłością. Skoro jednak można do niej wrócić, czy to powiedzenie nie traci na znaczeniu?
    Na pewno nie było to uczciwe zagranie względem jakiegokolwiek innego człowieka który również popełnił w swoim życiu błąd...z drugiej strony, skoro Nikita mogła to zrobić to dlaczego nikt inny nie podjął próby?
    Mantrę otrzymała od Naila...mały, niewinny pergamin z instrukcjami co do medytacji, identyczny dla każdego. Dlaczego więc miała być na tyle wyjątkowa, aby dostać od Gargulca szansę na powrót?
    Cena wydawała się jednak być olbrzymia.

    Gargulec na pewno był istotą mityczną, ale również wydawał się na swój sposób tragiczny. Przesiadywał przez wieki w nieskończoności, czekając na jej koniec i z wielkim zdziwieniem witając wszystkich swoich, najpewniej rzadkich gości.
    Skąd się jednak wziął? Czy miał jakieś cele? Na pewno był człowiekiem, tego Nikita była teraz pewna.
    Oraz tego, że kiedyś do niego dołączy.
    Żywot jaki prowadziła był niebezpieczny, choć miała możliwość cofania się w czasie, mogła w praktyce żyć nieskończenie długo...brzmiało to jednak jak wybór między więzieniem w pętli czasowej a klatką złożoną z niczego jak i wszystkiego. Obie opcje były równie koszmarne im dłużej się je analizowało.

    Póki to jednak nastąpi, Nikita powinna być w stanie odnieść sukces...
    Powinna.

    23.Marzec.2221
    15:41

    Nikita, pełna irytacji szła korytarzem do pokoju medycznego aby przypilnować Kuro.
    Z jakiegoś jednak powodu poczuła się źle.
    Upadła na kolana osłabiona po czym zwróciła swój obiad na podłogę. Co się działo?
    No tak, Kuro zginął, aresztowano Ją, matka ją porzuciła a świat idzie w cholerę przez decyzję jakiegoś właściciela mega-korporacji. A wszystko to...
    …Jutro.
    Przypomniała sobie czemu i po co tutaj jest. Podróż w czasie na pewno nie okazała się przyjemna, ale działała. To było najważniejsze.

    Lekko zamulona podniosła się z ziemi, powoli wracając do siebie. Wyjrzała za róg i zobaczyła znany jej korytarz.
    Blue Devil wyszedł z drzwi do pokoju medycznego i zaczął kierować się w głąb kompleksu. Nie spostrzegł Nikit. Zostawił za sobą otwarte drzwi.
    Było około 15:40. Za około dwadzieścia minut Nail Bang wpadnie do pokoju medycznego z zamiarem zabicia Kuro Butta. Nie później jak wpół do szesnastej pojawi się policja.
    Pytanie: Co teraz?

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy