Przejdź do treści

Rozgrywka

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem rozgrywka-warhammer@forum.rolltelling.pl

  • Rozdział I - Jak zostać trepem?

    4
    4
    0 Głosy
    4 Posty
    60 Wyświetlenia
    DeklineD
    Maxim bardzo solidnie przygotował się do służby w wojsku, a przynajmniej zrobił to co mógł aby takim się czuć. Doskonale zdawał sobie sprawę z potęgi plotki i ubarwiania opowieści, także poza rozmowami w wojakami i strażnikami których w Tabeku trochę było, postudiował wiele ksiąg które o wojennym życiu traktowały. Nie starał się przyswoić sztuk walki czy taktyki wojskowej, bardziej interesowały go przyziemne sprawy. Dlatego też, nauczony doświadczeniem ( nie swoim), już wcześniej wyposażył się odpowiedni ekwipunek. Za niedługo osobiście miał się przekonać, jak wysoko cenione jest świeże mięso - zdarzyło się to w momencie dobierania munduru - Co to $#%2 jest? Dziecko mi przysłali? Maxim poprawił oprawki, odchrząknął i jął perorować: - Nie proszę Pana. Nazywam się Maxim Mees, jestem doktorantem uniw.. - Czy ja Cie o coś pytałem - Właściwie to ... - Właściwie to zawrzyj gębę i zejdź mi z oczu. Zrezygnowany okularnik oddalił się aby spróbować założyć na siebie szmaty które otrzymał. Kątem oka zauważył dwójke jegomości wyglądających jak wyrwanych z bankietu. Zainteresowało go to że jeden z nich dość sprawnie reperował "mundury". Szlachta, to było pewne, herb, trzeba znaleźć herb... - Kłaniam się nisko mości Państwu. Panowie wybaczą, nie znamy się, ale jak widać będzie nam dane razem służyć. Nazywam się Maxim Mees, skryba, inżynier, cyrulik, każdego fachu zaznałem po trochu podczas swego długiego życia. Max nie miał zamiaru tak od razu prosić o przeróbkę, liczył że osoba dobrze wychowana sama zaproponuje pomoc widząc nieład odzienia i związany z tym dyskomfort. - Przybyliśmy wraz z moim kuzynem a i zarazem odnalezionym po latach druhem, pozwolicie Panowie że przedstawię: Gerhard Adlerhorst. Zacny i porządny to mąż, tyle rzec muszę ja, gdyż przez wrodzoną skromność, sam o sobie nie wyobraża sobie tak powiedzieć. Młody człowiek, to prawda, lecz pełen zapału i wigoru. Szkolenie wojskowe Maxim przeszedł dość ... cieżko. Nie że nie spodziewał się jak będzie, po prostu, zwyczajnie, zupełnie inaczej się słucha o trudach żołnierskiego życia a inaczej go doświadcza. Dobrze że był z nim Gery, kuzyn robił swoje i na prośbę samego Meesa, nie starał się mu pomagać, niemniej jednak dobrze było mieć wsparcie kogoś znajomego, któremu można poskarżyć się na brud, głód u znój - oczywiście siarczyście przy tym przeklinając, aby nie wyjśc na mięczaka. Tyle słów na K, na Ch, i na J to w całym swoim życiu nie wypowiedział. - Kurna! Cholera! Ja wale! Pozostałym rekrutom, jak i obstawie fortu, Maxim pokazał się jako mały, chuderlawy z wyglądu i przemądrzały, lecz równocześnie faktycznie inteligetny, karny, podporzadkowany, zwinny i silny, mimo swego niskiego wzrostu oraz dziecięcej wagi.
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    import
    237
    0 Głosy
    237 Posty
    5k Wyświetlenia
    Pipboy79P
    Tura 56 - 2521.05.05; fst; popołudnie Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; ul. Żelazna Czas: 2521.05.05; Festag; południe Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0) Duivel, Thiemo, Jurgen, Oliver i Karl - Jak coś będzie nie tak, to będziecie musieli tu wrócić i o tym powiedzieć. Jak masz inny pomysł to mów. - Eryk wzruszył ramionami na propozycję elfa. Widocznie nie miał pmysłu na sprawną komunikację przez całe kwartały tego ponurego miasta. - Jeśli nie wrócicie na kolację to będzie znak, że coś wam się przydarzyło. - Dodał Kolesnikow. Przez tą mgłę i dym, nawet z blank czy górnych pięter wieży, nie było widać przeciwległego krańca miasta. Gdzieś nad centrum obraz dachów był już rozmazany. A z poziomu ulicy, perspektywa kończyła się na pierwszym zakręcie lub jeśli była długa prosta, to na kilka kamienic do przodu. Gdy ktoś wszedł w te ulice i stracił z oczu bramę, to i ci z bramy tracili i jego z widoku. Pojedynczy krzyk z tej odległości byłby albo niesłyszalny, albo zlewał się z tłem odgłosów miasta. Więc można się było umówić na powrót w określonym czasie, na przykład do końcówki dnia. Do zmroku było jeszcze jakieś pięć, sześć dzwonów. Z drugiego patrolu Beth jeszcze pomachała im na pożegnanie i posłała im sympatyczny uśmiech - No to nie zgubcie się! - krzyknęła im na pożegnanie. Ale grupa Tobiasa też już ruszała w drogę. Dopiero jak Duivel ruszył w drogę i zostawili obstawę bramy za sobą, to Thiemo odważył się wrócić do tego co go zagadywał elf. - E, jaki ja tam bohater. Bohaterowie umierają młodo. A ja jeszcze chciałbym trochę pożyć. Za stary jestem na bohatera. - Uśmiechnął się pod nosem ale uwaga towarzysza chyba sprawiła mu nieco przyjemności. Koledzy też się uśmiechnęli. - A zbladłem bo mnie w dołku ścisnęło jak ten Herr o mnie zapytał! Bałem się, że coś będzie ode mnie chciał! Dobrze, że Eryk mu mnie nie wskazał. Dobra dusza z niego. - Stary milicjant wymówił to z ulgą, jakby panicznie się bał stać przed tym wspaniałym rycerzem i mu się tłumaczyć, tak jak herszt Gebirgsjaeger musiał to robić. - Ale ty to odważny jesteś. Albo masz coś nie tak z głową. Aby tak przemawiać do takiego rycerza? No, no… Przecież to szlachcic i wielki pan. Na takich jak my, nie zwracają uwagi, póki im do czegoś nie jesteśmy potrzebni. - Tym razem na Eonira spojrzał z mieszaniną podziwu i obawy. Zresztą koledzy również. Widać nie co dzień widzieli aby ktoś z gminu tak się odezwał nie pytany, do jakiegoś szlachcica. A Herr von Ellingen chyba też nie. Na jego twarzy było widać zdziwienie gdy ktoś kto nie jest szlachcicem wtrącił mu się w rozmowę z sierżantem. I to jeszcze śmiał go pouczać i pytać. - Kto to jest? Cóż za bezczelność! Cóż za impertynencja! - Oburzył się na całego i Eryk zaczął coś mu szybko tłumaczyć. A później zaprosił dwójkę rycerzy do zwiedzania wieży co przynajmniej chwilowo odwróciło ich uwagę od bezczelnego elfa. Wtedy Kolesnikow pociągnął go za ramię, dając znać, że lepiej będzie jak się oddalą aby nie spotkać się bezpośrednio z dwójką błękitnokrwistych. W końcu i tak dostali kolejne zwiadowcze zadanie więc właściwie wszyscy ludzie sierżanta, mieli pójść w miasto. Droga przez opustoszałe miasto, wyglądała podobnie jak za pierwszym razem. Puste ulice. Chociaż to był Festag, dzień wolny od pracy aby prawy obywatel mógł oddać się modlitwie jaką czcił bogów. Na ulicach mijali porzucone wozy, kosze, ubrania, wiadra. Zatrzaśnięte okiennice i cisza dodawały złowróżbnej aury. I jeszcze ten dym czy mgła jaka wisiała niczym kurtyna. Nie przeszkadzała za bardzo w promieniu kilku budynków dookoła. Ale obraz stopniowo się rozmywał i dalsza perspektywa była trudna do uchwycenia. Brakowało punktów orientacyjnych do miejskiej nawigacji. Z blank murów to chociaż same dachy było widać. A z poziomu ulicy tylko kilka budynków wzdłuż ulicy. Nie przeszkadzało to jednak Thiemo, jaki znał miasto. Prowadził ich pewnie, pokonując kolejne skrzyżowania i zakręty. Czasem widzieli pojedyncze sylwetki lub ich małe grupki. Nikt się do nich jednak nie zbliżal. W oknach, zwłaszcza na górnych piętrach, widzieli czasem jakieś twarze co się im przyglądały. Gdy zadarli głowy aby im się przyjrzeć to cofały się w głąb mieszkań. Podobnie jak wcześniej, sklepy i warsztaty były albo zamknięte albo splądrowane. Gdy to drugie to otwarte na oścież drzwi i wybite okna straszyły pustką i zdemolowanym wnętrze a rzeczy z wnętrza, często leżały na ulicy. - Tak jakby. Trochę głośniej się robi. Nie? - Zauważył cicho Karl. Trzymał łuk w dłoniach jak talizman. Ta pustka, mgła i cisza, czyjeś spojrzenia wwiercające się w kark, działały wszystkim na nerwy. Ale gdy przeszli kilka kwartałów to faktycznie ten gwar co do tej pory był tłem, stał się jakby wyraźniejszy. - Zbliżamy się do centrum. - Thiemo odparł równie cicho. Pozostali pokiwali głowami. Nie znali miasta i w byli ludźmi lasu. Więc te miejskie kaniony, były dla nich obce. - Jakby zamieszki. Albo jakiś tłum. - Oliver potwierdził słowa kolegi. Bliżej centrum dało się już rozróżnić więcej dźwięków niż przy bramie. I tak to właśnie brzmiało. Jak jakis tłum, zamieszki albo walka. I najwyraźniej się tam zbliżali. - O. I jesteśmy. To jest Żelazna. - Thiemo uśmiechnął się gdy wskazał im ulicę po prawej. Poza nim, dla całej reszty, nie różniła się niczym od tych jakie do tej pory mijali. Więc pokiwali głowami i ruszyli za przewodnikiem. - Daleko jeszcze do tego “Pucharu”? - Jurgen był ciekaw. - Nie. To gospoda niedaleko Marktplatz. Kupcy przychodzą tam ubić interes ale nawet szlachta tam zachodzi. Dobre trunki i jedzenie tam mają. Drogie. I alkowy, jak chcesz pogadać o interesach bez swiadków. - Milicjant wyjaśnił bez ogródek. Przeszli jeszcze kilka kamienic gdy w oddali zobaczyli sylwetki. Tym razem całkiem sporo. U niektórych widać było tarcze a u innych długie tyczki co mogło być jakąś bronią drzewcową. Słychać było ich głosy ale bez słów. Ktoś się kłócił, ktoś krzyczał z bólu, ktoś nawoływał do porządku. Musiało być ich z tuzin. A nie wiadomo czy to wszyscy. - Ten “Puchar” to gdzieś tam? - Jurgen zapytał się cicho milicjanta. Ten pokiwał głową. - Tak. Jeszcze kawałek za nimi. Ze trzy kamienice. - Wyszeptał i wszyscy przez chwilę wpatrywali się w sylwetki przed sobą. Jeśli by mieli dotrzeć do tej gospody, to trzeba by podejść do tych żołnierzy. Tamci chyba ich jeszcze nie zauważyli. - To może pójdziemy jednak do mojego brata? To tam. - Wskazał na wlot ulicy jaki właśnie minęli. Widać było szyld z butem jaki reklamował zakład szewski. Jak na obecną sytuację to wyglądał standardowo. Czyli drzwi i okiennice były zamknięte a górne okna wydawały się puste. Chociaż na drugi rzut oka widać było jaśniejsze kreski w drewnie. Jakby ktoś kilka razy uderzył tam toporem. Ale teraz było tam cicho i pusto. Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; ul. Bednarzy Czas: 2521.05.05; Festag; południe Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0) Tobias, Beth, Franc i Klaus - No to nie zgubcie się! - Beth pomachała na pożegnanie do odchodzącej w miasto, grupy Duivela. A po paru chwilach, sami ruszyli wzdłuż ulicy. A Tobias miał nieco czasu aby przemyśleć odpowiedzi gońca. Pytanie o magów nieco go zdziwiło. Ale odparł, że Frau von Muller i Frau Alezzię widział przy spalonym zajeździe. Czyli prawie na opłotkach miasta. Jednak nie wiadomo było kiedy dotrą do bramy. A Herr von Ellingen, kazał im ruszać w miasto. Zaś góral jakiego Tobias wypytywał, zrobił przy tym znak ochronny skoro mowa była o osobach parających się magią. Frau von Muller wydawała się mieć lepsze maniery i łagodniejszy charakter od swojej koleżanki. Zwykle też trzymała się w jej cieniu. To Petra wydawała rozkazy, przemawiała do regimentu i potrafiła unieść się gniewem. Miała też bezpośredni styl bycia co niezbyt pasował do szlachcianki. Frau Inez wyglądała przy niej jak elegancka szlachcianka i uczona przy jakiejś awanturniczce ze szlaku. Ale parała się magią co w wielu zwykłych żołnierzach, budziło lęk i dystans. Tak jak to właśnie zaprezentował góral gdy o niej wspomniał. - Przez tą przeklętą mgłę nic nie widać. Gdzie jest ten przeklęty Marktplatz? - Ciche mamrotanie Klausa, przywróciło Tobiasa do rzeczywistości. Też nie znał tego miasta. Ten miejski kanion wydawał się mu całkiem obcy. A pustka ulic szarpała nerwy. To był Festag i środek dnia. Ulice i gospody powinny tętnić życiem. Tymczasem mijali pozamykane na głucho okna. I czasem jakieś twarze na tych górnych, jakie odprowadzały ich wzrokiem. Ale zwykle umykały w głąb mieszkania, gdy skrzyżowali się spojrzeniami. Ten mgła czy dym, dodatkowo pozbawiały ich punktów orientacynych. Widać było tylko na kilka kamienic w przód i w tył. - Nie mów, że się zgubiliśmy. Jak się dowiedzą w bandzie to do końca wojny będą z nas się śmieli. Psiakrew, w lesie to ja zawsze wiem gdzie iść. - Franc wydawał się być podobnie zirytowany. Na czuja to wszyscy zdawali sobie sprawę, że chyba wciąż powinni być we wschodniej stronie miasta. Stefan poszedł środkiem do tego “Koła”. A Duivel z Thiemo w zachodnią stronę. Markplatz miał być w centrum miasta i tam miały być te walki. Tylko, że jak nie było widać słońca ani nieba to trudno było się poznać w kierunkach świata. A ta mgła utrudniała złapanie jakich dalszych kierunków orientacyjnych którymi można by się kierować. W końcu się zatrzymali na kolejnych krzyżówkach. - Chodźmy na wschód. Dojdziemy do muru to pójdziemy wzdłuż niego. W końcu trafimy na jakąś główną drogę co będzie musiała prowadzić do centrum. - Klaus zaproponował pokazując ulicę jaką chciał iść. - To od razu można pójść do centrum. Tam pewnie też jest jakaś główna droga co prowadzi do Markplatz. - Franc wskazał dokładnie przeciwny kierunek. - A jak trafimy na Stefana to co mu powiemy? Że się zgubiliśmy? - Klaus od razu skontrował jego wypowiedź. Rzeczywiście trudno było oszacować czy już minęli ten zajazd do jakiego miał zamiar dotrzeć Kolesnikow czy nie. Gdyby go spotkali, mógłby im zadać parę niewygodnych pytań. - To może pójdziemy do zamtuza? - Beth wtrąciła się w tą dyskusję. Tak nagle, że obaj na nią spojrzeli zaskoczeni. - Chcesz iść do zamtuza? Teraz? I jakiego zamtuza? - Franc popatrzył zdumiony na ciemnowłosą koleżankę. - Tego co tam tak balują. Nie słyszycie? - Beth odparła bez wahania. I oni też ucichli aby posłuchać. Po chwili też to usłyszeli. Odgłosy muzyki, śmiechów, hulanki. Brzmiało jak niezła biba w jakiejś tawernie albo właśnie zamtuzie. Wydawało się być niedaleko. Ale okoliczne kamienice wydawały się być ponure i ciche, tak samo jak te jakie mijali do tej pory. - No tak. Ale to trzeba by tam wejść w te ulice i poszukać. Zresztą nie wiadomo kto tam tak baluje. - Klaus wydawał się być sceptyczny co do pomysłu koleżanki. - Chodźmy do muru a jak spotkamy główną drogę do odbijemy do centrum. Na pewno prowadzi do centrum. - Wrócił do swojego pomysłu jak trafić we właściwe miejsce. - A ty co myślisz? - Franc zapytał Tobiasa, czy ten ma jakiś pomysł jak odnaleźć centrum miasta do jakiego mieli trafić. Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło” Czas: 2521.05.05; Festag; popołudnie Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0) Stefan i Wiesel W toku operowania zranionego żołnierza, sytuacja w izbie się zmieniła. Porucznik wstała i wyszła. Pewnie gdzieś na górę by słychać było jej energiczne kroki po schodach. Stefan z chirurgiem właśnie pracowali aby wyjąć grot z rany. Drzwi do środka otworzyły się i szybko wszedł jakiś żołnierz. - Gdzie porucznik? Mam dla niej ważne informacje. - Zameldował się z wyraźnym pośpiechem. A gdy od reszty oficerów usłyszał, że poszła na górę to on też tam poszedł. - Ja przytrzymam a ty wyciągnij. - Chirurg w tymczasie rzekł cicho do swojego młodszego pomocnika. I rzeczywiście z wprawą rozszerzył krawędzie rany co ułatwiło Stefanowi wyjęcie grotu strzały. Żołnierz jęknął krótko i ostro a przy tym wierzgnął na stole. Po tym odruchowym działaniu znów się wyprostował. - Spokojnie. Jeszcze musimy przemyć i zszyć ranę. Leż dalej. - Chirurg poprosił go a jego spokój pomógł zmobilizować się wojakowi. Zresztą zwykle weterani starali się znosić mężnie takie operacje. Znów musieli we dwóch na zmianę przemywać ranę aby ją zszyć chociaż z grubsza. Stefan nie pierwszy raz miał okazję zauważyć, że pracuje z profesjonalistą jaki byłby cenny dla każdej armii. Gdyby sam musiał to robić, zajęłoby mu to dużo więcej czasu i byłoby trudniejsze. Nawet z pomocą jakiegoś niewykwalifikowanej osoby, co mogła nawet potrzymać tu czy podać tamto, to nie było to samo. W międzyczasie do izby wróciła porucznik. Miała na sobie tą samą tunikę, narzuconą na krótką kolczugę co wcześniej. Ale teraz dało się wyczuć jakby miała zaraz ruszać w drogę. Poprawiła pas z mieczem i długim sztyletem. Na stół rzuciła rękawicę jakby je miała zaraz założyć. Zaś spod pachy wyjęła hełm. To był szturmak, nowoczesny, półotwarty hełm uzywany także przez piechotę. Ale ten był zdobiony i zdradzał oficera lub szlachcica. Zwykle pasował to bogatych kawalerzystów. Niezbyt pasował do prostej kolczugi, jaką miała na sobie porucznik. - Czas rozprawić się z Dolsteinem. - Uśmiechnęła się do swoich oficerów. Część z nich też wstała i zaczęła się zbierać do drogi. - Już po wszystkim. - Chirurg poklepał pacjenta po ramieniu. I zaczął myć wodę w misce. Co pozwoliło też i Stefanowi aby odejść od stołu. Gdy podszedł do oficerów i powiedział swoje, to ci wydawali się być nieco zdziwieni. Ale popatrzyli na porucznik. Ta zaś przez chwilę trawiła jego słowa. Połozyła sobie dłonie na biodrach i przypatrywała mu się wnikliwie. Wydawało mu się, że w ich głębi dostrzegł irytację. Albo zaciekawienie. Nie był tego pewny. Zresztą nie dała mu okazji na takie analizy. - Czyli to wasz regiment kręci się wokół Południowej Bramy? - zapytała go bez ogródek. - To po co te całe gadanie, że chcesz się do nas przyłączyć? - Uniosła brwi aby podkreślić swoją irytację. Tak, w tym momencie był już pewny, że była to irytacja. - Jaki regiment? Skąd idziecie? Dokąd? - Zadała mu serię szybkich pytań. Przez chwilę nastała cisza gdy jej koledzy także wpatrywali się w Stefana, wyczekując na odpowiedź. Wtedy otworzyły się drwi i do środka szybkim krokiem wszedł sierzant Lupo. Podszedł bliżej do porucznik, po drodze jednym spojrzeniem ogarniając całą scenę. Zatrzymał się przy niej i coś jej powiedział po cichu. Ale wskazał bokiem głowy na Stefana. Brwi oficer znów powędrowały do góry i skinęła głową. - A to ciekawe. - Rzekła po chwili i znów to chwilę trawiła. Wzięła ze stołu rękawice i zaczęła je nakładać, jakby to miało jej pomóc w podjęciu decyzji. - Lupo dotrzymaj towarzystwa naszemu nowemu koledze. A ja sobie z nimi porozmawiam. - Oznajmiła sierżantowi i zgarnęła jeszcze swój szturmak. Po czym wyszła. Lupo zaś popatrzył na Stefana jakby go oceniał. Inni oficerowie też wrócili do szykowania się do wyjścia. Poprawiali pasy, sprzączki, sięgali po leżące na sąsiednim stole tarcze. Wyglądało jakby szykowali się do walki. Drzwi znów się otworzyły i do środka wszedł jakiś żołnierz. - Frau porucznik mówi, żebyś go przyprowadził do bramy. - Wskazał na Stefana. Sierżant spojrzał więc na niego i skinął ku drzwiom. - No to zbieraj się. Czas na ciebie. - Rzucił mu obojetnie. I odprowadził ich obu przez przedsionek, dziedziniec aż do bramy zajazdu. Tam w koniu siedziała już porucznik. Jeden z żołnierzy trzymał jej hełm a ona wkładała swoje czarne włosy pod kaptur ochronny. - A no jest nasz ciekawski, zaginiony medyk. - Uśmiechnęła się ale z nutką cierpkiej ironii. Gdy we czterech podeszli jeszcze bliżej, Stefan dojrzał Kolesnikowa i paru jego łuczników. Nadal wyglądali jak leśne zbiry napadające na podróżnych. Ale sierżant posłał mu pozdrowienie skinieniem głowy. Lupo bez rozkazu oficer, jednak nie dał im się połączyć. A przy bramie jeszcze paru strażników oddzielało ich od siebie. - Powiedzcie swoim oficerom, że jesteśmy w pełni otwarci na współpracę w tłumieniu tego buntu. Musi on być zdławiony natychmiast i bezlitośnie. Sami widzicie jacy oni są. - Wskazała na uwiązane do tablicy ogłoszeń ciało. Z wyciętą krwawą gwiazdą Chaosu. - Poza tym to jedyna sensowna droga prowadząca na wschód. Nie licząc tej co bezpośrednio prowadzi wzdłuż Wolf na Wolfenburg. Ale tam jest tłok taki, że wszystko utknęło. Ta droga przez Wendorf to jedyna sensowna alternatywa. Tu możecie się z nami kontaktować. - To zakładanie grubego kaptura nieco tłumiło jej głos i tylko czasem patrzyła w dół jakby sprawdzając czy Ostlandczyk jej słucha. Wskazała kciukiem na zajazd w bramie jakiego stali. Uporała się właśnie z kapturem i wyprostowała się. Dała znak sierżantowi ten ustąpił drogi Stefanowi aby ten mógł dołączyć do grupki Hochlandczyków jacy na niego czekali. Ona zaś wyciągnęła rękę i żołnierz podał jej hełm. Za ich plecami z karczmy wychodzili kolejni oficerowie.
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen

    wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    258
    1
    0 Głosy
    258 Posty
    8k Wyświetlenia
    MarrrtM
    Ergo był rad siebie, że tak łacno odczarował ciekawskość lejtnanta. Zdecydowanie mniej spodobała mu się wzmianka o gabinecie. W zasadzie gdy się nie ruszał, nie śmiał, nie mówił głośno i prawie nie oddychał, to prawie nie bolało. Więc może wydobrzeje nawet z tymi bełtami? - Nniee... nie trzeba gabinetu. Te bełty. Na pewno same wyjdą. Wiecie, jak drzazgi. - Spojrzał błagalnie na Nadię, coraz mniej zainteresowanego Melhorna i Ulricha, którego przekonać starał się najbardziej - Ja też byłem kiedyś asystentem medykusa. Widziałem jak pracował! Bełty podejdą ropą i wyjdą. Na pewno. Na pewno! Auu... Słodka Shallyo... panowie wojowie... macie gorzałki? Dla bohatera??
  • Kultyści - Lato 2519

    import
    343
    1 Głosy
    343 Posty
    6k Wyświetlenia
    SantorineS
    A wydawało się, że w regularnej bitce Annika już nie jest taka mocna. Tak jak już wcześniej zauważył Silny, była drobniejsza i fizycznie słabsza od przeciętnego męża, zwłaszcza takiego co używał przemocy na co dzień. Teraz jak już nie było mowy o zaskoczeniu to wydawało się, że wreszcie dostanie za swoją butę i arogancję. Srebrne Hełmy też chyba to zauważyli bo krzyczeli dopingując kolegę. - Dołóż jej Mark! Za Helmuta! Za naszych kamratów! - Wreszcie wydawało się, że są górą i za chwilę jak tylko obejdą stoły to już razem ją wykończą. A i pokojówka bretońskiej szlachcianki dostała już kułakiem w brzuch aż ją przygięło. Próbowała trafić oponenta skrawkiem kufla ale trafiała na zasłonę jego ramion na jakich miał kolczugę więc efekt musiał być minimalny. - Te. Kolejka jest. - Silny bez ceregieli obrócił jednego z wojaków posuwających się za Markiem w ciasnej alejce między ławami i stołami. Egonowi zostało zablokować tych dwóch co biegli aby wsiąść Annice na plecy. Wyglądało jakby łysy za chwilę wywoła bójkę z trzema żołnierzami ale w tym momencie Srebrny Hełm zdzielił Annikę w szczękę na tyle, że się zachwiała. Tak samo jak ona wcześniej nie dawała pardonu jego kolegom, tak i teraz on od razu wykorzystał okazję i zdzielił ją jeszcze raz. Tego ciosu już nie zdołała zatrzymać i upadła na ławę. A on od razu wpadł na nią, przygniatając ją do ziemi swoim ciałem. Impet był jednak zbyt duży i ława przewaliła się z głośnym hukiem, zrzucając ich oboje pod stół. Teraz widzieli głównie ich splecione nogi. Przez resztę żołnierzy przebiegł ryk triumfu. Nawet zapomnieli o Silnym. Łysy zresztą też starał się dojrzeć coś w tej ciasnej kotłowaninie pod stołem. Tylko na jego twarzy pojawił się wyraz niepokoju. Podobnie jak u Norsmenów. - Jeśli to jest valkyrja… To da radę… - Solmund wymamrotał w napięciu. Podszedł bliżej aby cokolwiek zobaczyć. - Ta arena jest źle utrzymana! Widownia nic nie widzi! Przenieś mnie na tamtej stół! Nic nie widzę! - Theo też krzyknął ale z oburzenia, że traci takie widowisko. I kazał Plujce przesadzić się na stół bliższy walce. Egon z tymi dwoma hełmami i tak był najbliżej. Widział, że Annika jest w poważnych tarapatach. Wojak wciąż był na wierzchu dzięki czemu swoją masą, przygniatał ją do podłogi. Nawet jeśli splątani i pod stołem, obojgu było im niewygodnie i nie mogli zadawać ciosów z całej siły. Walił kułakiem gdzie popadło i nie wszystkie ciosy udawało się kobiecie przyjąć na ramiona. Słychać było po jej bolesnych stęknięciach, kiedy ją boleśnie ugodził. Już prawie wyczołgali się po drugiej stronie stołu. Tu było nieco więcej miejsca. Na twarzy Marka widać było gniew i nienawiść. Jakby zamierzał zatłuc bezczelną dziewkę gołymi rękami. I tak ją przygniótł do ziemi, że wydawał się być tego bliski. Ale wtedy stojący blisko krawędzi stołu dzban z winem przewrócił się od tych wygibasów jakie czynili i zawartosć wylała mu się na głowę. To go na moment zaskoczyło i oślepiło. Zamarł z kułakiem w górze jaki nie spadł na już ledwo zasłaniającą się Annikę. Jej to wystarczyło. Obiema dłońmi złapała jego głowę i pchnęła. Potylica zderzyła się z krawędzią stołu i męzczyznę zamroczyło. Czarnowłosa nie czekała. Złapała go i brutalnie przcągnęła go do siebie. Wbiła zęby w jego szyję. To obudziło Marka. Zawył boleśnie na całą karczmę. To był przerażający wrzask kogoś ugodzonego śmiertelnie. Wtedy Annika trzasnęła go kastetem w skroń. Po tym ciosie przewalił się bezwładnie w bok. Większość karczmy niezbyt widziała co się działo pod stołem. Więc zrobiło się bardzo cicho. Ale Egon był ledwo kilka kroków od niej. To widział. Widział jak z przegryzionego gardła krew mężczyzny trysnęła na twarz czarnowłosej. Jak ciężko dysząc kładzie zakrwawioną dłoń na ławie. Podnosi się obolała po tylu ciosach. Jak na ławie zostawia odcisk krwawej dłoni. Jak krew ścieka jej z ust i brody. Jak odwraca się do grupki Silnego. I wypluwa z ust krwawy ochłap. Wyglądała tak przerażająco, że nikt się nie ruszył. A jak strzepnęła dłoń to parę kropel poszybowało łukiem i spadło na twarz gladiatora. - Siedem. To siódmy. - Rune wydukał jakby z miał trudności z wyrwaniem się z jakiegoś letargu. - To leć. Tobie było śpieszno. - Łysy złapał tego co wcześniej miał nóż w ręku i bez ceregieli popchnął go w stronę Anniki. Odwaga jednak całkiem opuściła żołnierza. Z rozpędu poleciał parę kroków ale zdążył wyhamować ze trzy kroki przed nią. Minę miał mocno nietęgą. Wydawało się, że chęć zmierzenia się z kobietą całkiem już z niego wyparowała. Ale ten ruch jakby i ją przebudził. Wrzasnęła dziko i rzuciła się w jego stronę. To był dziki wrzask jaki szarpał nerwy i pobudzał krew w żyłach. Dłonie robiły się wilgotne i same zaciskały się w pięści. Na języku i podniebieniu czuło się metaliczny smak krwi. I oddech przyspieszał jak tuż przed walką. Przestraszony żołnierz nie miał żadnych szans. Odwrócił się aby uciekać ale czarnowłosa furia dopadła go wcześniej. Złapała za plecy i trzasnęła jego głową w kant stołu. I jeszcze raz. I znowu. A jak zwiotczał to puściła go i upadł u jej stóp jak truchło. Ona znów wydawała z siebie triumfalny wrzask jaki całkiem nie pasował do gardła młodej kobiety. Tylko przez tą krew na twarzy widać było głównie białka jej oczu i biel zębów. Wydawały się ostre i gotowe szarpać i rozrywać mięso tak jak gardło Marka przed chwilą. - To jakieś szaleństwo! - Oficer Srebrnych Hełmów został przy ich stole. Teraz jednak wysjąl zza pasa pistolet i wycelował w rozjuszoną, czarnowlosą furię. - Rzuć to! Straż rzeczna! Rzuć to powiedziałam! - Jutta wreszcie znalazła swój łańcuch. Podsunęła mu ją lewą ręką pod twarz. W prawej trzymała swój pistolet tuż przy skroni oficera. Ten zważył to w głowie i uznał, że nie chce jeszcze umierać z przestrzeloną głową. Więc odłożył broń na stół. - Potrzymam ci to. - Burgund zaoferowała się i skwapliwie zgarnęła jego pistolet dla siebie. - Osiem. To był ósmy. - Rune wbełkotał i popatrzył na Norsmenów. Faktycznie ten ostatni wojak jakiego właśnie zmasakrowała Annika był ósmym. - Naznaczyła nas. Jesteśmy jej przypisani. To wola bogów. - Solmund dojrzał parę krwawych kropel na twarzy gladiatora i swojego towarzysza. Sam też miał jedną czy dwie, chociaż dotąd żaden z nich nie walczył osobiście. Silny zresztą też. - Zobaczcie na jej plecy! - Thorstar wrzasnął wskazując na plecy Anniki. Na białej koszuli widać było czerwone plamy, pewnie od wina czy od czegoś. Ale układały się w dwa półkola na łopatkach. - Krwawe skrzydła! Ma krwawe skrzydła! To ona! To jest valkyrja jakiej szukaliśmy! Ona poprowadzi nas do walki! - Solmund wydarł się w ekstatycznym uniesieniu. A Annika rzeczywiście wrzasnęła dziko, że aż krew się gotowała a ostatni stojący na nogach wojacy spojrzeli w jej krwawą maskę z przestrachem. Ona zaś runęła na nich wznosząc swój drewniany kastet do ciosu. - Za valkyrją! - Wrzasnął Solmund i ruszył za nią. Thorstar tak samo. - No wreszcie! - Silny ucieszył się a, że miał bliżej, zdzielił czołem najbliżej stojącego żołnierza. Egon wreszcie wysupłał skryty za kaftanem gudendag i bez dalszego gadania ani ceregieli rzucił się w bój. Przez parę chwil myślał, że Annika rzeczywiście polegnie na placu boju, szczególnie, kiedy tamci poczęli wyciągać sprzęt. Udało się jednak. Żołnierze zostali pokonani i, co ważniejsze, Norsmeni rzeczywiście zdawali się wierzyć w to, że jest wybraną Krwawego Ogara. Egon nie wątpił, że owa rzecz z czasem będzie możliwa do łatwego wykorzystania. Tymczasem, Egon z krzykiem młócił swym gudendagiem, aby wraz z kompanami dać odpór Srebrnym Hełmom. Trzeba było tylko pamiętać o tym, żeby, kiedy tylko przyjdzie odpowiedni czas, zrejterować na okręt. Wspólnie runęli na Srebrne Hełmy i spuścili im solidny łomot. To nie wydawało się aż takie trudne. Narastająca atmosfera niedowierzania samotną walką jednej dziewki z całym oddziałem żołnierzy, to jak jak po kolei padali z jej ręki. Czy to było wojenne szczęście czy jak wierzyli obaj Skaeligowie, wsparcie bogów, to nie miało znaczenia. Dodało szczyptę niesamowitości do tej walki. Jak na koniec samotnej walki, Annika wyglądała dziko z twarzą wymazaną krwią, to wzbudziła powszechny lęk. Cała izba jakby zamarła a coraz więcej osóob wstawało i biegło ku drzwiom wyjściowym. Zaś wojacy całkiem stracili serce do walki. Gdy jeszcze czwórka tęgich wojów dołączyła do szarży czarnowłosej, to wydawało się, że Srebrne Hełmy padali pod ich ciosami jak łan zboża pod ostrzem sierpa. Jak skończyli to okazało się, że wyszli z tego zwarcia chyba bez większego szwanku. A na stole, ławie czy podłodze leżeli pojękujący z boleści żołnierze co jeszcze parę chwil temu, byli tacy pewni siebie i szydzili z jednej dziewki służebnej. - No i by było na tyle. Eh, słabych teraz robią tych wojaków. To już z tymi orkami było więcej zbawy. - Silny niby gderał ale wydawał się być szczęśliwy, że znów mógł komuś spuscic łomot. - To nic wam nie jest? Cali jesteście? - Burgund na szybko podeszła do nich i starała się wybadać w jakim są stanie. Ale raczej wszyscy stali na własnych nogach więc nie był tak źle. - Rzuciliście na nich wszyscy to już nie było jak liczyć. - Rune też się zbliżył. Patrzył z ekscytacją na powalonych przeciwników. - A więc to ty! To ty jesteś valyrją jaką zesłali nam bogowie! - Solmund poklepał Annikę po plecach i śmiał się w niebogłosy. - Kim? - Czarnowłosa popatrzyła na niego zdezorientowana. - Cała jestem uwalana krwią. Ma ktoś jakąś wodę? Muszę się umyć. Jak ja wyglądam? Dobrze, że mnie moja milady teraz nie widzi. - Wydawało się, że Annika jakby wybudzała się z letargu i dopiero zaczynała rejestrować swój stan. - Ja czułem, że to ona. Chociaż jak ten między stołami ją dopadł to przez chwilę nie byłem pewny. Ale valkyrja sobie poradziła. Czyli jest valkyrją. No i ma krwawe skrzydła. - Thorstar zwrócił się do Egona ale też było widać, że raduje go zrealizowanie przepowiedni jaka ich obu sprowadziła do krainy południowców. - Ojej. Ale się narobiło. - Juttta podrapała się po głowie gdy patrzyła na to całe pobojowisko jakie urządzili na środku tawerny. - Wspaniała! Wspaniała! Nasza nowa gwiazda areny! - Theo zaklaskał w swoje pulchne dłonie i podszedł do nich wszystkich. Wydawał się być zachwycony wyczynem Anniki i widział jej występy na swojej arenie. Zatrzymał się przy Egonie i zadarł głowę do góry. - Powiedz mi przyjacielu, kiedy twoja koleżanka mogłaby nas odwiedzić? Wieszczę jej wspaniałą karierę. A jakbyście oboje wrocili do ho ho! Pomyśl jaka byłaby z was para championów! - Zaśmiał się jakby czuł pierwszy smak świetnego interesu. – Zaiste, trza by was odwiedzić kiedyś – zgodził się Egon. – Ale najpierw chyba będziemy musieli zawitać na północ… Egon rzeczywiście był zdania, że po tym wszystkim trzeba będzie złożyć Norsmenom wizytę. Rozumiał to w świetle nadciągających bitek - tą z gorami, które strzegą ołtarza, na ten przykład, choć, rzecz oczywista, posiadanie prywatnej armii ludzi z Norsci mogłoby wyjść im tylko na korzyść. Mając do dyspozycji Annikę jako tą, która mogła kontrolować Norsmenów, mógł mieć całą drużynę wykidajłów z Norsci. Zdawać się jednak mogło, że im dłużej pozostawali w Błękitnym Łabędziu, tym więcej kłopotów będą mieli w niedalekiej przyszłości. – Dobra, nie zawijamy się? – zapytał Egon. – Dopóki ktoś nie wezwie posiłków… - Więcej ich tu chyba nie ma. - Lars stanął obok gladiatora i podziwiał pobojowisko. Jak odgłosy walki ucichły to pierwsi goście zaczęli ostrożnie wracać z zewnątrz albo zaglądali przez okna. Ci co zostali w środku, z ciekawości też zaczęli podchodzić bliżej aby popatrzeć. - To my z Juttą, pójdziemy ją umyć. - Burgund rzuciła mu krótko i we trzy poszły w stronę bardachy aby doprowadzić Annikę do porządku. - A więc bogowie nie zadrwili z nas. Naprawdę trafiliśmy na valkyrję jaką nam zesłali. - Solmund westchnął i wyglądał na szczęśliwego. Odprowadzał wzrokiem trójkę odchodzących kobiet. Plama na plecach pokojówki milady, nadal przypomniała czerwone skrzydła. - Widzę, że się znacie z tą zacną wojowniczką przyjacielu. Czy powiesz mi kim ona jest? - Theo podszedł do Egona i zagaił. Też obserwował odchodzącą kobiecą trójkę aż nie znikły za drzwiami bardachy. Egon dał Theo znak, żeby odeszli nieco na ubocze, niby chcąc poczęstować Theo winem z antała. Upewniwszy się, że tamci są zajęci pobojowiskiem, rzekł do Theo: – Tak po prawdzie, i ja nie wiem, kim ona jest… – rzekł Egon, sam nie do końca pewien, czego był świadkiem parę chwil temu. – Jest to jedna z nas, ale nasi gadają, że nosi w sobie błogosławieństwo Pana Bitew. Tak być może… Wpadać w furię umie, niby ludzie z północy. Ale kto zacz albo skąd przyszła, ano, tego chyba nikt nie wie. Niziołek chętnie przyjął zaproszenie. I po chwili stali przy jednym ze stołów. Coraz więcej osób wracało do głównej izby. Zrobił się szmer głosów gdy podchodzili do powalonych Srebrnych Hełmów i komentowali właśnie zakończoną bójkę. Nawet jak się słyszało piąte przez dziesiąte, to dało się rozpoznać wrażenie jakie zrobiła czarnowłosa dziewczyna co przez większość walki samotnie stawiała czoła kolejnym wojakom. A jej dzikość, śmiałość i brutalność, kontrastowała z jej zwyczajnym wyglądem. Theo wziął drewniany kubek i wzniósł toast ku koledze. - No cóż. Sam widzisz przyjacielu jakie wrażenie zrobiła ta dziewka. Na naszej arenie nie będzie inaczej. Ja ci mówię, zrobiłaby furorę. Ty zresztą też. Ludzie do dziś pytają mnie czy nie wiem kiedy wrócisz, zapamiętali cię. No ale nawet jakbyś nie chciał już występować to mógłbyś być jej impresario. To byłoby dobre dla interesów dla nas obu. No i dla areny. Ludzie by przychodzili na takie widowiska. - Theo mówił z zapałem, jakby już widział ten sukces widowiska jaki przyniesie wielkie zyski tym co będą za nim stali. Niedaleko Thorstar i Solmund rozmawiali o czymś z ożywieniem. Widać było, że są w świetnych humorach. Silny pdobnie gadał z Larsem ale przy stole przy jakim wcześniej siedzieli. Adele, Ingrid i parę innych kelnerek i ladacznic zaczęły chodzić między powalonym wojakami, sprawdzając co z nimi. Egon pokiwał głową, choć bardziej to było dlatego, żeby nieco udobruchać niziołka, niż żeby rzeczywiście się zobowiązać do czegoś. – Arena to dobre miejsce do szukania wojowników – zaczął Egon, który nigdy nie przestawał myśleć o tym, że będą potrzebowali kupy mieczy, berdyszów i toporów, aby przemóc siły gorów w lesie z obeliskiem. – Onuż, widzisz, zda mi się, że na ten moment interesa nieco mnie zatrzymają, ale Annikę szło by zapytać. Ino, rozumiesz, ona będzie ze mną do końca tej podróży na pewno, a i tak na arenie nie zawsze bytować będzie, bowiem wykazała się przed swymi ziomkami z północy. Ale, jeśli by do areny więcej wojów by przyszło… Myślisz, że to byłby dobry interes? No, ale nie od razu. - Może Areny Steinhafen z dnia na dzień, nie uda nam się zrobić. Ale cóż, od czegoś trzeba zacząć. Eh, szkoda, że u nas nie można robić tych walk otwarcie jak w Salzenmund. Tam kiedyś jeden z elektorów miał fantazję, zrobić te areny to i do dziś działają. A u nas ktoś kiedyś za bardzo zapatrzył się na ten Reikland czy Nuln i jest zakaz. A szkoda, bo jest potencjał przyjacielu. Krwi nie oszukasz a w połowie każdy z tutejszych jest Norsmenem. A wiadomo, że oni lubią walki. Jakby udało się znieść ten zakaz to by dopiero można było rozwinąć skrzydła! Nie trzeba by się chować po podwórkach i krzakach. A jeszcze miasto portowe. To zawsze jest trochę przyjezdnych. Z Erengardu, Marienburga, nawet Norsmeni. Eh, można by rozwinąć skrzydła gdybyśmy mogli działać otwarcie przyjacielu. Ale i bez tego takie spektakularne walki przyciągają widzów. No a zwłaszcza walczące kobiety. To mimo wszystko nie takie częste. Zwłaszcza jak walczą tak widowiskowo jak twoja koleżanka. Byłoby na co popatrzeć. A jak tak to i zawodnicy by się znaleźli i widownia. - Niziołek był optymistą jeśli chodziło o scenariusz z występującą na jego arenie Anniką. Widział nawet jeszcze bardziej świetlaną przyszłość dla takich walk, gdyby zniesiono prawo ich zakazujące. Pokręcił smutno głową na to ograniczenie. Powszechnie było wiadomo, że zachodnie i południowe regiony Imperium, uchodziło za bardziej cywilizowane i rozwinięte. A te z północy i wschodu za zacofane i na wpół dzikie. Na Nordlanczyków patrzono z góry i podejrzliwie bo z perspektywy Altdorfu czy Nuln a nawet Middenheim, to za bardzo przypominali barbarzyńców z Norsci. Choćby właśnie na tradycję walk gladiatorów jakie w bardziej cywilizowanych prowincjach były od dawna zakazane albo musiały kryć się pod jakimś płaszczykiem tradycji czy zwyczajów. Egon wzruszył ramionami. Teraz, będąc pośrodku intrygi, która miała na celu pozyskać okręt do Kultu, nie miał ani głowy, ani czasu bawić się w kwestie areny. Ta, oczywiście, rzeczywiście zdawała się być interesującą okazją. Z tyłu głowy Egona powstawał plan, aby jakoś przeforsować lewymi ścieżkami, aby arena mogła być legalna. – Zrobić tak, by to było legalne to trudna rzecz – rzekł Egon. – Może ze wsparciem jakich szlachciców, milady van Hansen albo tego… Jak mu tam znowu było… von Holzbeck. Egon wzruszył ramionami. – Jak by kto miał wtyki do rady miasta, szłoby puścić famę, że czasy niebezpieczne, bo ktoś tam na świątynię Mannana się zamachnął i trza zbierać silnych wojów, żeby to wszystko ochronić, bo kto wie, co jeszcze stać się może. Wojownik klepnął niziołka z sardonicznym uśmiechem. – Ale trza by było nam sie jakoś rozeznać u szlachty. Byłoby trudno, bardzo trudno… Rzecz ciężka do przeprowadzenia, a i nie wiadomo, jak długo by to trwało, bo po mojemu to ja bym chciał to mieć na jutro, a jeszcze i na dzisiaj najlepiej – zaśmiał się. – Te gryzipiórki z rady mogą deliberować nad tym gównem całe miesiące. A może ty wyznajesz się, kogo by tam usadzić nad tą sprawą…? Stykłoby, żebyś komuś z nas dał znać, że temat jest, to może by ruszyli z tym. Egon jednak pokiwał głową i stwierdził, że musi o rzeczy pamiętać. Szczególnie ten Holzbeck, który zdawał się być zadurzony w Astrid (gdyby tylko wiedział, kim jest naprawdę!). Może on, jako pasowany rycerz mógłby przemówić w odpowiednie uszy? - Ha! Baron Holzbeck! - Theo zachichotał jakby nazwisko szlachcica nagle go rozbawiło. - A tak, poznaliśmy się wczoraj. Miał mi bardzo za zle, że zająłem apartament szlachecki i nie miałem ochoty go opuszczać. - Pokiwał głową i ze złośliwym błyskiem w oku, upił z drewnianego kubka jak na toast. Jak się uspokoił to pokręcił nim w dłoni. - Ale kto wie? Słyszałem, że do nas na turniej jedzie. A to rycerz Białego Wilka z Middelheim. No i wielki pan. Co prawda na wyjeździe nie aż tak wielki jak u siebie, no ale nadal tylko glupiec by go ignorował. Pewnie przy winie i na salonach, w rozmowie z kolegami i koleżankami, załatwiłby więcej, niż my siedząc cały dzień w urzędzie. No i wpada w oko kobietom. Moje sikoreczki, zwłaszcza Mira, to nie mogły od niego oczu oderwać. Nie dziwię się. Postawny, przystojny, bogaty rycerz z manierami. Któraż białogłowa by na niego nie poleciała? - Uśmiechnął się wyrozumiale ale zdawał sobie sprawę, że poparcie szlachty, może być kluczem do sukcesu zalegalizowania walk gladiatorskich. - A on mówił, że jedzie do nas na turniej, no to chyba lubi walki. Więc kto wie? Może by wsparł tą szlachetną inicjatywę. Można by mu coś posłodzić o tradycji wilkow i Orlyka aby był nam przychylniejszym. - Pod tym względem, zgadzał się, że baron jakby go przechylić na stronę tego pomysłu, to zawsze mógłby być ich sojusznikiem. Popatrzył chwilę jak służba zaczyna łapać i wyciągać pierwsze Srebrne Hełmy na zewnątrz. - A milady von Hansen zapewne też. Wszyscy wiedzą, że ona lubi jazdę konną, polowania i szermierkę. Jej pierwszej przedstawiłbym taki pomysł. A jeszcze chętniej jej ojcu. W końcu to głowa ich rodziny. Jego poparcie byłoby jeszcze cenniejsze. No ale jak skromny kupczyk winem miałby do nich dotrzeć? Za wysokie progi. - Zgodził się z Egonem także z tym pomysłem ale smutnie pokiwał głową, że nie ma co liczyć na bywanie w tak elitarnych kręgach miasta. - Ale miasto to nie jest domena szlachty. Ktoś od nich mógłby zorganizować arenę na swoim terenie. To chyba by przeszło. Ale wtedy w praktyce to on by się stał panem areny. A ja najwyższej zarządcą. Niezbyt mi się to uśmiecha. No chyba, że byłby to ktoś słabej woli lub bardzo nam przyjazny, co dałby się lepić jak wosk. - Zaczął nowy temat, o możliwościach legalizacji areny. - Pewniejszy wydaje się jakiś obiekt w mieście. Przecież tyle stoi pustych budynków, na pewno coś by się znalazło. Choćby dawna stacja dyliżansów albo zajazd “Biała gęś”. Wtedy ja bym był właścicielem lub dzierżawcą. To by potrzebna była uchwała rady miejskiej. Czyli trzeba by pozyskać tam głosy. A więc burmistrza, chociaż niektórych kapłanów, najlepiej Sigmara, Orlika albo Mananna. Aby nie było obaw o gniew bogów. No i sądu aby orzekł, że to zgodne z prawem. - Szybko wymienił składniki jakie uważał za istotne w legalizacji areny, jakby od dawna miał to przemyślane. - Jak widzisz, w tym procesie szlachta niby nie ma nic do gadania. - Podniósł głowę aby uśmiechnąć się chytrze do gladiatora. - Ale w praktyce mają swoje koterie i fanaberie. Nie jest łatwo im się przeciwstawić. Maluczcy często idą im na rękę bo tak prościej, nie chcą się narażać albo nawet mogą coś zyskać dla siebie. Zapewne jakby ktoś z kapitanatu portu, Akademii Morskiej, znanych mężów stanu mówił, że arena to dobry pomysł dla rozwoju miasta, to rajcy wzięliby to pod uwagę. Bo dziś jest głosowanie a jutro nadal trzeba mieszkać w tym samym mieście co ci szlachcice. Nawet ta diwa. Co prawda ona to śpiewaczka i aktorka więc raczej teatr i opera ja interesują a nie arena. No ale jakby Słowik Północy powiedziała, że taka arena to świetny pomysł to no cóż… Sam pewnie widziałeś przyjacielu, jak w Festag po mszy, całe miasto dla niej zwariowało. - Na koniec uśmiechnął się ale brzmiało jakby wierzył, że poparcie możnych i wpływowych ludzi w mieście, mogłoby zaważyć o pozytywnym rozpatrzeniu sprawy przez rajców miejskich. – Rzecz nie bez trudu – zauważył Egon. – A nam czas w drogę. Mądrze rzeczesz, ale mus nam załatwić rzeczy w Salzenmund, zanim zawitamy do stolicy prowincji raz jeszcze. Wtedy w miarę czasu szepnę rzecz do milady van Hansen albo i do jej ojca… Coś się zorganizuje. Skinąwszy głową, Egon rzucił okiem na swych towarzyszy: Larsa, Annikę, Juttę i dwóch Norsmenów, czy byli gotowi do drogi. Sam nie mógł się doczekać rozwiązania rzeczy z piratami rzecznymi i dopłynięcia do Salzenmund. – Szyper będzie nas szukał niedługo – zauważył. – Trza nam wybywać. - Ano tak jak rzeczesz przyjacielu. Ładne widowisko ście dali, ale mnie też czas dokończyć śniadanie i jeszcze czekam na wypiek rogalików aby mieć na popas podczas drugiego śniadania. To bywaj przyjacielu. I jak tylko wrócicie do miasta to odezwij się do mnie. Możesz zostawić wiadomość w “Pod jabłonią” u obsługi. Powiedz, że to ty, to mi przekażą wiadomość. - Poklepał w ramię gladiatora i odszedł do stołu przy jakim wciąż siedziały Katja i Mira. Za to z bardachy wyszła Burgund. Przez chwilę ludzie patrzyli na nią, ale jak nikt inny się nie pokazał to stracili nią zainteresowanie na rzecz wynoszonych na zewnątrz wojaków. Łotrzyca zaś szybko podeszła do kolegi. - Z Anniką już lepiej. Umyłyśmy ją i przebrałyśmy w czystą suknię. Zaraz wyjdą. - Zaczęła od tego co najważniejsze. Po czym trochę ściszyła głos. - Ona niewiele pamięta z końcówki. Ten początek tak ale odkąd wylądowała z tamtym drabem pod stołem to już niezbyt. To chyba trochę tak jak dostawała tego amoku i potem niezbyt to pamiętała jak rwała przez miasto. Lady Fabienne i Marissa mi opowiadały, że trudno było im ją utrzymać a ostatnio to musiały ją przywiązać do łóżka aby znów się nie zerwała. Jeśli to tak wyglądało jak teraz to już im się nie dziwię. - Lekko wskazała bokiem głowy na pobojowisko na środku rzecznej tawerny. Ale widocznie nie tylko dlatego wyszła z bardachy przed koleżankami. - A co z tymi dwoma? - zapytała patrząc na obu Norsmenów. Ci przysiedli przy jednym ze stołów i na razie raczyli się piwem z kufli. - Chcesz ich zabrać? A co z Larsem i Astrid? - Rozejrzała się. Wilk morski też wrócił do alkowy jaką zajmował wcześniej z Ingrid. I nadal z nią siedział. Co prawda przez chwilę nawet stał obok obydwu Skaeligów, ale rozmawiali w reikspiel i byli zaabsorbowani obserwacją walki więc być może obecność krajana z nieprzyjaznego plemienia im umknęła. Ale na odkrytym pokładzie “Jutrzenki” to już było dużo mniej możliwości na unikanie się. A córka jarla odkąd poszła z baronem na przystań to chyba ominęła całą awanturę bo nadal ich tu nie było widać. - No i co z Rolfem? Bo jakby miał z nami płynąć to trzeba pogadać z nim i z Wagnerem. Przecież my nie znamy jego ludzi i tej ich ślicznotki w spodniach co im przewodzie. - Przypomniała jeszcze o wątku jakim zajmowali się wczoraj i trochę dziś przy śniadaniu. Egon postanowił działać według planu. Astrid miała pierścień, zatem powinna już być na pokładzie Jutrzenki tudzież właśnie na niego wchodzić. Wojownik nie zamierzał stawać pomiędzy nią i Norsmenami, chyba tylko wtedy, jeśli mieliby się na nią rzucić. – Astrid już na pokładzie – rzekł Egon. – Solmund i Thorstar płyną z nami, zasilą nasze szeregi w bitce, jeśli do niej dojdzie. Na wzmiankę o Rolfie skinął głową. – A jest on gdzieś chociaż…? – zapytał. – Zdawało mi się, że ulotnił się zara wieczorem. Jeśli tak, to czekać na niego nie sposób. Po mojemu, poszukajmy nieco Rolfa, to go zbierzemy. Ale poza tym zabierajmy się do okrętu, jeno Annika wyjdzie i możemy wracać. - Przy śniadaniu go jeszcze widziałam. - Ladacznica o miedzianych włosach rozejrzała się po izbie. Wiekszość gości już zdążyła wrócić do środka i zaczynało być gwarno. Lars chyba też skończył jeść bo wyglądało jakby popijał z kufla i rozmawiał z płatną blondynką. Dwaj Skaeligowie wyglądali na wesołych i szczęśliwych ale zachowywali się spokojnie. Obsługa wynosiła ostatnich poturbowanych żołnierzy na zewnątrz a kelnerki zabrały się za sprzątanie podłogi i stołów pobojowiska po bójce. - O. Tam jest. - Łotrzyca w końcu wypatrzyła poszukiwanego mężczyznę, z jakim wczoraj grała w karty. Siedział przy jednym ze stołów i przyglądał się z kubkiem w ręce na to sprzątanie po bójce. Egon skinął głową i bez większego ceremoniału do Rolf, jednak wolno, by przypadkiem nie pomyślał, że Egon na niego zamierza natrzeć. Wielkie bary i muskuły wojownika bowiem niejednego przyprawiły o ciarki na grzbiecie. – Panie Rolf – Egon skinął głową nieco. – Żem słyszał od moich kompanów, że jakiś interes się kroi na rzece. Ponoć zabieracie ludzi w górę rzeki? Toć to my tam także płyniemy. Dołączycie do nas? Pogadamy z szyprem. Mężczyzna zadarł głowę gdy brodacz się przy nim zatrzymał i odezwał. Potem spojrzał na stojącą obok niego łotrzyce jaka mu towarzyszyła. Ta pokiwała swoją miedziana głową. - To mój kamrat. Płyniemy tą samą łajbą. Mówiłam mu, że szukasz przeprawy przez rzekę czy coś takiego. - Starała się być łącznikiem między nimi. Rolf chwilę wpatrywał się w nią po czym znów na gladiatora. - No cóż… No tak. Mnie i moim ludziom zależy na przeprawie na zachodni brzeg. Ale ci przeklęci piraci, wystraszyli wszystkich i mało co płynie w górę rzeki. - Potwierdził słowa Burgund. - No jak macie miejsce to chętnie popłynę z wami. - Zgodził się i wstał. Ale odwrócił wzrok w głąb izby. Zresztą nie tylko on. Z bardachy wyszły Jutta i Annika. Służka lady van Mannlieb odziana była w czystą suknię, chociaż też prostą jak do córki sklepikarza czy rzemieślnika pasowało. Obie ruszyły ku wyjściu się Skaelingowie zerwali się z miejsca i od razu do nich podeszli. Zaczęli o czymś rozmawiać półgłosem. Egon póki co zignorował Norsmenów, choć zamierzał podejść do Anniki zaraz. Według brodaczy z północy, była przecież ich walkirią, przeto była bezpieczna pośród nich. – Pójdź pan z nami – zaproponował Egon. – Myśmy są najemnicy na groszu szypra. Na korabiu kupa luda pod bronią, a i żeśmy niedawno zarekrutowali tamtych dwóch, widzisz? – wskazał na Solmunda i Thorstara. – Okrutni wojownicy. Przy nas pan będziesz bezpieczny, ale może być i tak, że szyprowi trza będzie groszem sypnąć, abyście przeprawić się mogli. Ale przed tymi rzecznymi szczurami was obronimy, już nasza w tym głowa. Egon tymczasem spoglądał na Annikę i Norsmenów, gotów do czegokolwiek, co tamci mogliby dokazać. Rolf faktycznie spojrzał na czwórkę przy środku izby. Dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Oni w swoich kolczugach i z toporami, mieczami u pasa, wyglądali na zawodowych wojaków albo najemników. Kochanka Huberta, w swoich jasnych bryczesach i kurtce oraz szablą u pasa, wpisywała się w wizerunek rzecznego oficera albo urzędnika. Dobitnie podkreślał to łańcuch na szyi jaki zdążyła założyć pod koniec bójki. Z nich wszystkich, to czarnowłosa pokojówka bretońskiej milady, sprawiała wrażenie zwykłej dziewczyny. Dość prosta spódnica bez większych ozdób, brak widocznej broni, poza małym nożem u pasa jaki nosiła większość dorosłych bo było to uniwersalne narzędzie codziennego użytku. Widać było, że koleżanki zdążyły także poprawić jej włosy, jakie świeżo po bójce były rozczochrane i nadawały jej dzikiego, niechlujnego wyglądu. Teraz zaś miała je ułożone w praktyczny kok z tyłu głowy. - To ona. Ta co rozwaliła tych żołnierzy. - Właśnie Annika najbardziej skupiła uwagę Rolfa. Patrzył na nią przez chwilę zafascynowany. Teraz wyglądała tak zwyczajnie, że nawet jak się było świadkiem bójki, to trudno było uwierzyć, że to ta sama dziewczyna. - A ona też płynie z wami? No ja mógłbym popłynąć. Ale ona nie wpadnie w taki szał jak teraz? Mam łuk. Na górze. Musiałbym pójść po niego. - Mówił trochę nieskładnie. Ale z bliska widać było, że ma na sobie brązowy kubrak jaki był popularny wśród zwiadowców i myśliwych. I mógł dawać pewną symboliczną ochronę przed ciosami. Tymczasem czwórka przy stole chyba się dogadała bo z wolna zaczęli się zbierać do wyjścia. – Jak wpadnie, to ciebie bić nie będzie – Egon zaśmiał się krótko. – Ona od nas jest, jakby coś poszło nie tak, to ja jestem przecież i pozostali. Egon co prawda nie był pewien, w jaki sposób Norsmeni mogli zareagować na jego zapobiegawczą pięść w nos Anniki, jeśli ta straciłaby całkowicie panowanie nad sobą. Wojownik wiedział jednak, że we wszystkich przypadkach dotychczas wpadała w swój szał jeno wtedy, kiedy ktoś stał pomiędzy nią a Krwawym Ogarem tudzież kiedy ktoś próbował na nią napaść. – Styknie, że na nią nie napadniesz, panie Rolf. Ale trzymaj się od tych Norsmenów z daleka… Okrutne diabły, wczoraj im mordy kułem. Nie byle cherlaki, prawdziwe chujki z północy. I dodał: – Tak po prawdzie, jeśli będziecie się trzymać na tyłach podczas bitki, jeśli ta bitka ma być, to krzywda wam się nie stanie. Moi ludzie i tych dwóch ma już przykazane, co mają robić, takowoż rzecz pójdzie gładko. Po prawdzie my i trochę polujemy na tych rzecznych łyczków… Ot, ciekaw żem jest, jak to się gracko sprawdzali, że te statki łowili tak łatwo, a? Niemalże nie ludzie. Ale żem ostatnio z orkami się starł, tedy nieludzie mi nie straszne. Póki juchę upuścić idzie albo łeb odrąbać, tedy jakoś rzecz pójść musi. Egon założył dłonie na klatę. – To? Zbieracie się, czy wolicie traktem iść? - Widziałem. - Mężczyzna pokiwał głową na znak, że wczorajsze starcie na podwórzu też widział. Popatrzył jeszcze chwilę, jakby się zastanawiał. Czwórka akurat przechodziła obok nich. Burgund pozdrowiła ich skinieniem głowy. - To my idziemy na statek. - Jutta rzuciła im w przelocie i faktycznie po chwili wyszli na zewnątrz. - No dobra. To popłynę z wami. Tylko wezmę swoje rzeczy z góry. - Rolf się w końcu zdecydował. - No i dobrze. To po drodze będzie z kim w karty grać. - Łotrzyca uśmiechnęła się do niego a on do niej. I poszedł szybko ku schodom prowadzącym na piętro. Wtedy z kolei Lars podszedł do gladiatora. Już widocznie pożegnał się z blondwłosą ladacznicą z jaką spędził noc. - Czyli jednak płyną z nami? - Zapatrzył się na wychodzącą z tawerny czwórkę. - Sam nie wiem czy się cieszyć czy obawiać. No ale jeśli miałaby być bitka z tymi rzeczniakami, to powinni się przydać. Jakby Annika powiedziała, że mają nie ruszać Astrid to chyba powinni posłuchać. - Wilk morski rozważał jak to się może rozwinąć jak już znajdą się z dwoma wojownikami Skaeligów na jednej, niezbyt dużej łajbie. - Jeśli Astrid zostanie w kajucie to może w ogóle się nie spotkają. Myślę, że Jutta mogłaby jej umilić czas. Ja zresztą też bardzo chętnie. A wy chłopaki jak chcecie to też wpadnijcie. - Burgund zaśmiała się filuternie i beztorsko. - Kto wie, kto wie. - Norsmen uśmiechnął się także ale spojrzał na nich oboje chytrze. - Rozmawiałem z Ingrid. - Wskazał na biuściastą blond ladacznicę, z jaką spędził noc. - Powiedziała mi, że szlachta tu całkiem często bywa. Tak z Salzenmundu jak i Neus Emskrank. Także lady van Hansen. I milady bardzo ceni sobie możliwość porozmawiania z Ingrid po naszemu. Bo z ladacznic to ona mówi najlepiej po norsmeńsku. Faktycznie nieźle chociaż za Norsemenkę to raczej bym jej nie wziął. Ale nieźle. Podobno nawet milady proponowała jej przejście do niej na służbę i Ingrid to na poważnie rozważa. - Podzielił się z nimi od płatnej blondynki. – Im więcej luda na pokładzie, tym lepiej dla nas – rzekł Egon, który, choć co prawda cenił wojów, spodziewał się, że w przypadku Rolfa mówili o mięsie armatnim, które łatwo można było poświęcić podczas abordażu. – Mają bronie, łuki? To będą się bronić, od, tyle w temacie. Rzekł jeszcze do Larsa: – Astrid niech lepiej w ogóle nie wychodzi z tej kajuty. Pierścień ma, ale wiesz, na wszelki stłuczaj. Diabeł wie, może tam jeszcze ją rozpoznają, pomimo niego. A tak, Astrid zaleczy rany i przyda nam się w Salzenmund, a Norsmeni obronią krypy. Prosty rachunek, bym powiedział. I wreszcie, klepnąwszy paru towarzyszy po plecach na znak dobrze rozpoczynającej się przygody, przestąpił próg Błękitnego Łabędzia. Łaknął bitki niby chędożenia, bowiem spotkanie z piratami miało zaowocować przejęciem ich barki…
  • Ścieżki Przeklętych

    49
    1
    3 Głosy
    49 Posty
    1k Wyświetlenia
    WiredW
    - Idę - odparł magowi dość sucho Kalten - ale nalegam by pistoletu nie używać i zrobić to możliwie szybko. Ten las to ich dom i czterech jedynie przy ogniu nie oznacza, że w okolicy nie ma czterdziestu. - Mogę pożyczyć łuk - zadeklarował Rolfowi - Daleko to stąd tropicielu? - zapytał Wulfa, zastanawiając się czy brać sarnę i łuk ze sobą, czy może mogą tu zostać i poczekać aż wróci. Po namyśle uznał że zabierze je w pobliże wroga by po nie nie wracać. Schował łuk do kołczanu wiszącego z tyły obok prawie pustego plecaka, przesunął odrobinę torbę naramienną i łapiąc za obydwie nogi barkiem i wolną od tarczy ręką dźwignął sarninę zarzucając ją sobie na ramię. W najgorszym wypadku jeśli ich zaskoczą będzie rzucał mięsem - dosłownie.