Przejdź do treści

Rozgrywka

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem rozgrywka-warhammer@forum.rolltelling.pl

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen

    wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    239
    1
    0 Głosy
    239 Posty
    7k Wyświetlenia
    MarrrtM
    Zaaplikowany mu przez cyrulika, z fachowością fizjoterapeuty plaskacz, oraz chwila wytchnienia jaką zapewnił krótki przystanek pod bramą pozwoliły cyrkowcowi na ponowną ewaluację swojego żywota. Nie. Nie lubił cierpieć. Nie lubił gdy coś go bolało. Bał się bólu wręcz panicznie. A dzięki tchórzliwej naturze los aż do dziś mu go oszczędzał. Los mógł sobie myśleć, że Ergo tam pod zakładem cyrulika szukał śmierci. Ale to nie było prawdą. Jego zachowanie tam, było wypadkową niezbyt lotnego umysłu i wrodzonej krnąbrności wspartej brakiem poszanowania do nakazów i hierarchii. Sum jednak lubił żyć. I jeśli ów złośliwy los dał mu teraz okazję do tego o co się chwilę wcześniej prosił, to nie znaczyło przecież, że konsekwentnie Sum zamierza z niej skorzystać. - Wiejmy stąd! Wiejmy! - tym razem ułapił się ramienia cyrulika, po czym zawołał do Nadii - Daj mi kuszę... jak będziecie ciągnąć, ja będę mógł strzelać. Pomijając karkołomność jaką było zdanie ciężkiej wojskowej kuszy, rannemu cyrkowcowi, który miałby z niej strzelać podczas podrygów na noszach do ruchomych celów, byłoby to z pewnością bardzo widowiskowe.
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    import
    233
    0 Głosy
    233 Posty
    3k Wyświetlenia
    DekaresD
    Ostlandczyk przed podejściem do pacjenta zrzucił z siebie wierzchnie odzienie i podwinął rękawy koszuli. Po tym na ile mógl obmył ręce w dużej misie z wodą. Cała sytacja przypomniała mu jego służbę w świątyni Pani Miłosierdzia w Nuln. Po wielu miesiącach nauki i wykonywania innych prostrzych prac dopuszczono go tam do podobnego asystowania choć z tego co pamiętał nie przy tak ciężkich przypadkach. Ocena jego osoby wydana przez medyka zabolałaby bardziej gdyby rzeczywiście chciał w tej grupie zagrzać miejsce, a tak zdecydował się na razie puścić uwagę medyka płazem. Dostawszy od tego polecenie zaniesiania kartki z zaleceniami dla operowanego przyjął ją z uśmiechem na twarzy, kończąc jednocześnie mycie rąk w misie po zabiegu. Przeczytał na głos zalecenia dla potwierdzenia czy dobrze je odczytuje, co było przyjętą praktyką w świątyni w której się uczył. po tym odwrócił się do pani porucznik która potwierdziła zadanie zlecone mu przez chirurga i rzucił szybkie: Tak Jest! Po czym ruszył wykonać polecenie skinajać głową Wieselowie aby poszedł za nim. W końcu dwie pary oczu wypatrzą więcej niż jedna, a Stefan był zdecydowany postarać się zapamiętać jak najwięcej szczegółów o swoich obecnych gospodarzach w trakcie trwającego spotkania.
  • Ścieżki Przeklętych

    49
    1
    3 Głosy
    49 Posty
    792 Wyświetlenia
    WiredW
    - Idę - odparł magowi dość sucho Kalten - ale nalegam by pistoletu nie używać i zrobić to możliwie szybko. Ten las to ich dom i czterech jedynie przy ogniu nie oznacza, że w okolicy nie ma czterdziestu. - Mogę pożyczyć łuk - zadeklarował Rolfowi - Daleko to stąd tropicielu? - zapytał Wulfa, zastanawiając się czy brać sarnę i łuk ze sobą, czy może mogą tu zostać i poczekać aż wróci. Po namyśle uznał że zabierze je w pobliże wroga by po nie nie wracać. Schował łuk do kołczanu wiszącego z tyły obok prawie pustego plecaka, przesunął odrobinę torbę naramienną i łapiąc za obydwie nogi barkiem i wolną od tarczy ręką dźwignął sarninę zarzucając ją sobie na ramię. W najgorszym wypadku jeśli ich zaskoczą będzie rzucał mięsem - dosłownie.
  • Popiół i Śnieg

    67
    4 Głosy
    67 Posty
    2k Wyświetlenia
    WiredW
    Walka była szybka i brutalna, drwale dali się im we znaki bardziej niż mogli się spodziewać. Tomasimo ranny po ostatnim pojedynku z mutantami wolał trzymać się w oddali, wlazł na pobliski wóz i z niego wybierał kolejne cele dla swojej procy. Wybór był poniekąd słuszny, patrząc jak Heinz o mało nie przytrafił starcie życiem i obserwując krew spływającą po twarzy Klausa. Krwią zabiitych się nie przejmował, tym bardziej gdy zapach ozonu w powietrzu wydobył się z rąk starszej kobiety. Magia? Splunął na ziemię niziołek. a więc i wiedźmę tu mieli. To zapomniane przez bogów miejsce nie przestawało go zadziwiać. - Ile takich wiosek jest teraz w Imperium po Inwazji Chaosu? - zadumał się, ale mało czasu było na rozmyślania, zieloni zbliżali się ze wzgórza i o ile w prorocze sny mało wierzył to ciarki go przechodziło na myśl, że coś zesłało omen Heinrichowi. Może Morr, a może nie Morr... nie tylko o Panie Zmarłych mówiono że zna przyszłość. Zebrali się jak najszybciej się dało, uradowani że ich kuc i koń nie uciekły podczas pożaru. Zwierzę drżało ze strachu i z wielkim trudem udawało się je prowadzić przez uliczki pośród pożaru. Szczęśliwie wyszli z wioski dość szybko i już bez większych problemów. Sneider miał rację, co do wojskowej oceny zniszczenia wioski i zapasów przed napadem zielonoskórych, ale nie zmniejszało to guli w gardle jaką każdy z nich czuł. Nie po to zostawał żołnierzem by mordować cywilów, choć dobrze wiedział z opowieści, że i takie obowiązki bywają. Smród palonego mięsa zostanie z nim już na zawsze, zniszczona wioska wyglądała w jego oczach gorzej niż rozpalane wcześniej stosy. Morze ognia i cierpienia, śmierć niewielu by reszta mogła żyć w bezpiecznym Imperium. Gorzki, naprawdę gorzki smak miała służba ludzkości. Niziołek nic nie mówił tylko patrzył w milczeniu i maszerował aż znaleźli osłonę przed zimnem i miejsce na nocleg. Po kąpieli zaoferował zajęcie się ranami kompanów, darmo, kto chciał i wierzył że wojsko nauczyło go nie tylko strzelać z rusznicy, mógł dać się oddać pod jego rękę, miał opatrunki, bandaże, spirytus do przemywania ran a nawet zabezpieczone w lnie czyste szczypce do wyjmowania odłamków strzał. Gdy skończył poszedł zadbać o kuca, wyczesać, dać mu i koniowi Pietera obroku i wody w misce, psa też nakarmił i napoił, każąc mu wartować przy kopytnych. Może zielonych mieli z głowy, ale wilki w lasach były nadal. Słowa Łowcy Czarownic jedynie skwitował żołnierskim - Ku chwale Imperium! i skinięciem głową w uznaniu co do zasady dotrzymywania słowa jaką kierował się Sneider. Honor przecież mamy tylko jeden. Wziął pieniądze i po ustaleniu wart po prostu zdjął pancerz i padł spać, był wykończony.
  • Kultyści - Lato 2519

    import
    337
    1 Głosy
    337 Posty
    5k Wyświetlenia
    SantorineS
    Akurat żadna z nich to nie była ta, która wpadła portowemu oprychowi w oko. A też wyglądały gładko i jędrnie. Wszystkie wydawały się być rozbawione dotychczasową rozmową. Egon zarechotał na słowa pokojówki lady Mannlieb, dając gest, że później się do sprawy wróci. – Możesz wziąć, Silny – Egon zbyt nie był jakoś przywiązany do tego, którą z rzecznych ladacznic przyjdzie mu chędożyć. – Dobrze gadasz, Jutta, Adele zda mi się najlepsza dla nas. Ingrid niechaj dołączy do Silnego i Rune, będą chłopy miały dość roboty na noc, ha! Podszedł do Adele. Postanowił rzecz załatwić czym prędzej, bo noc uciekała, a oni jeszcze potrzebowali wstąpić do pracowni alchemicznej. Egon głowił się, ileż to lecznicze dekokty mogły kosztować - oczywiście, najwięcej pewnie musiał dostać Lars, ponieważ najwięcej razów dostał od orczego topora. Być może później, po drodze, mógłby rozpytać, czy przypadkiem w okolicy nie było więcej orczych napadów? Wszak zielone bestie zdawały się nie znać żadnego pana poza swoimi wodzami, jednak Egon czasem widywał na ich łysych czaszkach znaki, które przywodziły mu na myśl Krwawego Ogara. Egon ciekaw był, czy może jeśli pokazałby im fetysze albo banner, to czy dzikusy nie zatrzymały się przynajmniej, widząc swojego? Interesująca to była rzecz, ale nie na teraz. – Witaj, nadobna pani – skłonił się. – Zostaniesz z nami na tę noc? - Czemu nie kawalerze. - Brunetka uśmiechnęła się zalotnie. Po czym spojrzała na rudzielca. - Słyszałam, że macie duży rozmach co do planów na dzisiejszą noc. - rzekła jakby coś już Burgund zaczęła rozmowy w tej sprawie, zanim reszta do nich podeszła. - Adi, taka zdrowa i namiętna dziewczyna jak ty, na pewno podoła wyzwaniu. - Łotrzyca starała się ją zachęcić aby się zgodziła. Nawet nachyliła się nad stołem, przez co prowokująco wypięła się dla koleżanek i kolegów. Annika bez skrępowania zaczęła oglądać jej tylny profil. Jednak rudzieleć coś zaczęła szpetać ladacznicy na ucho. Nieco się odsunęła aby sprawdzić jej reakcję. - Doprawdy? - Adele popatrzyła na nią, jakby nieco z niedowierzaniem a nieco z rozbawieniem. Ta jednak pokiwała głową. - No cóż… To jak za całą noc to by było 20 monet. No chyba, że coś wymyślicie co podróży stawkę. - Podniosła głowę aby spojrzeć na Egona i resztę czy pasują im takie warunki. Burgund też się wyprostowała i teraz zaczęła szeptać na ucho gladiatora ~ Powiedziałam jej, że mamy apartament szlachecki i dużo zabawek. I za dodatkowe osoby to zwykle bierze się więcej a ceny są za jeden na jeden. To powiedziałam jej, że głównie tobą by musiała się zajmować bo ja z Anniką weźmiemy się za Juttę. Ale wiesz jak jest, jak już będzie z nami w pokoju i zabawa się rozkręci to pewnie i tak się wszystko wymiesza. ~ Dziewczyna z ferajny miała niezłą orientację w cenniku i zwyczajach ladacznic i zdawała sobie sprawę, że Adele czy któraś z jej koleżanek może zażądać więcej niż za zwykłe figle z jednym klientem. Więc starała się jakoś jej to osłodzić aby pozostała przy standardowej stawce. Na razie płatna, biuściasta brunetka zgodziła się ale zostawiła sobie furtkę jakby okazało się w nocy, że wymagają od niej czegoś więcej niż się teraz umawiali. Egon musiał przyznać, że rozeznanie Burgund w całej tej sprawie było zaiste tak dalekosiężne, jak nurty rzeki Salz, stąd aż do rozlewiska na Morzu Szponów. Zdawało się, że ulicznica dobrze rozumiała zwyczaje kurtyzan, toteż miał nadzieję, że kiedy przyjdzie im przekroczyć bramy Salzenmund, w podobny sposób uda jej się pociągnąć rzecz z krypą, którą wkrótce mieli posiąść, w ten czy inny sposób. – Rozmach rozmachem, ale żeliwo zgadzać się musi – Egon podrapał się po swoim kudłatym łbie z roztargnieniem. – Dziś Adelo będziesz usługiwać jeno mi, a z mymi przyjaciółkami zaczniesz, kiedy będzie ci się podobało lub też nie. Tedy myślę, że cena pasuje? Opłacę z góry, ile trza. I sięgnął do swej kabzy z grosiwem. - Oczywiście Adi, będzie mi przykro jeśli ja bym nie spełniała twoich gustów no ale dobrze, zrozumiem jeśli tylko Egon ci się podoba. - Burgund świetnie sparodiowała dramatyczny ton i pozę, kładąc sobie dłoń na piersi jak jakaś aktorka odgrywająca starożytne tragedie. Wyglądało to tak komicznie, że i ladacznice, i ferajna Egona, roześmiali się serdecznie rozbawieni. - Burgund, wiesz przecież, że różne rzeczy mogą się wydarzyć. Zwłaszcza jak chodzi o tak urodziwe i zabawne dziewczęta jak ty. - Adele odparowała w podobnie kokietującym stylu jakby towarzyszkom gladiatora nie była niechętna. No ale trzeba było się rozliczyć. - Ale robisz to z kobietami? Dobra jesteś w takie zabawy? - Annika włączyła się do rozmowy i przyglądała się płatnej kochance z zaciekawieniem. Ta uśmiechnęła się i wezwała ku sobie Ingrid jaka siedziała obok. Blondynka zbliżyła się ku niej i zaczęły wolny pocałunek. Mimo łagodności kilkuosobowa widownia przyglądała się temu z zaciekawieniem. - Czy tak może być? - Adele zapytała czarnowłosej pokojówki gdy jeszcze obejmowała swoją blond sąsiadkę. - Tak! Też tak chcę! - Annika roześmiała się serdecznie, w pełni usatysfakcjonowana. - A myślicie, że tą blondynę też możemy wynająć? - Ciszej zapytała kolegów i koleżanek jacy przeliczali monety ze swoich sakiewek. - No ja bym bardzo chętnie ją wzięła ale nie wiem czy nas stać. Chyba, że ciebie. - Burgund odparła gdy przeliczała na dłoni kolejne monety. - Ja mam z pięć brzdęków. Może dziesięć. Moja milady mi dała. Jak trzeba to mogę komuś w pysk dać. Może z tego by parę groszy było? - Czarnowłosa też sięgnęła do swojej sakiewki. Ale widać było, że jest dużo cieńsza niż kolegów i koleżanek. - Milady dała mi też jedwabne majtki. Może za nie coś bym dostała? - Popatrzyła pytająco po towarzystwie. - Może jak się te majtki spodobają którejś z dziewczyn to ci weźmie nieco taniej. Może z parę monet. - Burgund odparła tonem znawczyni tematu. - Jakby mi się spodobały to bym wzięła od klienta. - Uśmiechnęła się do pokojówki. - Ciekawe jak tu grają. Może dałoby się coś ugrać na dzisiaj. Jacyś frajerzy do wygolenia zawsze mile widziani. Tylko nie mój teren to nie wiem czy jacyś dzisiaj tu są. - Ruda głowa podniosła się aby rozejrzeć się po sali. Owszem widać było, że tam czy tu grają w kości albo karty i to całkiem popularna rozrywka. Ale trudno było tak na oko ocenić jakiej jakości są to gracze. – Styknie nam Adele, cokolwiek więcej chyba nam nie trza – Egon wzruszył ramionami. – A i tak będzie dość ciasno, jak może i Astrid przyjdzie, któż tam wie, co jej w głowie siedzieć może. Przeto miarkować się trza, izdebka wszakże wyśmienita, ale żebyśmy czasem tym chędożeniem ludziom się na głowy nie zwalili. No i… Trza nam pamiętać, że jeszcze nieco żeliwa trza, żeby mistrzów od wywarów opłacić, nie znamy wszak jeszcze cen. Zmiarkował, że Burgund gada jeszcze o grze w kości. – Nie moja rzecz, jak umiesz, to możesz uderzać do nich – Egon poniechał sprawy hazardu, był bowiem dla niego tak samo zrozumiały, niby magia, którą władał przebudzony czarownik Gonsar w swym mrocznym kurhanie. – Ale jak się zakręcisz, to wygraj co, a nie stratna bądź, he-he – klepnął Burgund w ramię. Zrozumiawszy, że sprawa z Adele była już zagospodarowana, Egon wyłożył swe monety na stół. – Dobra, to co, idziemy do alchemików? Burgund, jak chcesz się rozeznać w grze, możesz zostać. Może niechaj Jutta idzie ze mną, może zna te mistrze, co się w warzeniu dekoktów specjalizują? - No to może zostanę. Z tymi miksturami to wiele wam nie pomogę. Chyba, że do łożnicy by mieli to bym mogła się zakręcić. - Burgund chętnie przystała na pomysł aby została na miejscu. Po czym spojrzała jeszcze na pokojówkę lady von Mannlieb. - Annika, chyba na początek ja i Jutka będziemy musiały ci wystarczyć. A Egon zajmie się Adele. A potem to widziałaś, jak jej się spodoba to się do nas dołączy. A na pewno się spodoba bo przecież takie rasowe klacze jak my, to komu by się nie spodobały! Na początek ty i ja weźmiemy Jutkę w środek i zobaczymy jaka jest giętka i pojemna. Co ty na to? - Łotrzyca zagadała wesoło do czarnowłosej aby tej nie było tak żal, że stać ich tylko na jedną ladacznicę. - No my się jeszcze nie miałyśmy okazji poznać. Ale tak jak Burgund mówi, myślę, że może być całkiem ciekawie. - Mytniczka też była dobrej myśli na takie zabawy. Więc i Annika się do nich uśmiechnęła. - No pewnie, że tak. Dobra, to niech Lars i Astrid sobie wezmą tą Ingrid albo inną. Ja pójdę z wami. - Rozpogodziła się i machnęła ręką na bliższe zapoznawanie się z blond ladacznicą tej nocy. - No dobra to jesteśmy umówieni. To ja idę z Egonem do tych alchemików. Ktoś jeszcze idzie z nami? - Celnik rozejrzała się po gladiatorze i towarzystwie. Na razie tylko łotrzyca się zadeklarowała, że zostaje na miejscu. - A co, zgubicie się czy co? - Silny popatrzył na nich nieco kpiąco. - Jak chcecie to ja mogę z wami pojść. Ale nie znam się na tych miksturach. - Annika zaoferowała swoje towarzystwo. – Wspaniale – Egon zatarł ręce, widząc, że wszystko układa się, jak ma. – Annika, możesz pójść z nami, jak chcesz. Egon wolał pójść z Juttą przede wszystkim - prawdopodobnie znała tutejszych i być może Egon mógł się z czasem powołać na jej autorytet i znajomości, tudzież przywołać opowieść o lady Froyi van Hansen i orków. Może jeśli to zrobi, to mistrzowie alchemiczni dają mu nieco upustu? Miał się wkrótce o tym przekonać. Skinąwszy na swe dwie towarzyszki, skierował się do wyjścia z Łabędzia, choć tu i ówdzie rzucał spojrzenia za siebie, bowiem wieść o tym, że miała być bitka sprawiła, że krew buzowała mu w żyłach nieco mocniej. Jeśli trza by było ustawić paru łyczków, nie pogardziłby tym, bo od czasu bitwy z orkami minęło już nieco czasu. Wyszedł wreszcie. - To idźcie. Jakbyście trafili na jakieś zdrowe, namiętne wieśniaczki to dawajcie je do nas. - Burgund pomachała im dłonią na pożegnanie i uśmiechnęła się szelmowsko. - Tu Egon to sobie poradzisz. Ale ja to zostaje jakbyś tą wywloka wkurzyła kogoś na tyle, że chciałby jej przylać. No i… - Silny obdarzył łotrzyce uśmieszkiem pełnym wyższości na co ona przewróciła oczami. Ale też na koniec spojrzał w stronę trójki poszkodowanych w walce z orkami. Astrid, Lars i Rune dzielności nie brakowało ale w tej chwili nie byli w najlepszym stanie. - To bawcie się dobrze. My do zmroku powinniśmy wrócić. To trochę więcej niż pacierz w jedną stronę. - Jutta też pożegnała się od siebie. Po czym obie z Annika, wyszły za gladiatorem. - Tędy do bramy lądowej. Musimy wrócić zanim ją zamkną. A zamykają o zmroku. - Szatynka w białych bryczesach wskazała kierunek przed siebie. Znów szli chodnikiem z drewnianych bali, pomiędzy chatami i stodołami. Brama w palisadzie była otwarta. Na jej bokach były niewielkie wieżyczki, też z grubych bali. Ale nie aż tak wysokie i mocarne jak ta wieża nad rzeczną bramą. Gdy wyszli poza ogrodzenie dojrzeli kilka obejść. Chłopskie chaty, stodoły, obory, jakieś szopy. Właściwie to już wyglądało na małą osadę jaka przylegała do rzecznej tawerny. - Tu jest kowal. Podkuwa konie i wyrabia różne metalowe rzeczy. Głównie dla klientów z Łabędzia. A tam głębiej jest bartnik. Ma miód, maści z miodu, wosk, świece z niego robi ale cicho bo nie ma licencji. Ale i tak w Łabędziu to głównie od niego miód i świece biorą. I miód pitny. Bo on chyba z Ostlandu albo Kisleva jest. A wiadomo, Ostlandczycy to w połowie Kislwvczyvy. Wesołe, dorodne córki ma. - Idąc przez osadę, mytnik tłumaczyła im co mijają. Aż minęli ostatnie budynki i znaleźli się na polnej drodze w lesie. - To tędy. Do tych alchemików. Oni tu głównie mają skład. Bo wiadomo, wiele składników na te ich mikstury i maści to jest z lasu, rzeki albo bagien. Więc w mieście i to trudno i drogo. Więc zbierają i skupują tutaj. Ale większość wysyłają do Saltmundu. Tam mają sieć sklepów i aptek. - Opowiadała im po drodze co i jak tu działa na lokalnym rynku. Magazyn alchemików Egon szedł wolno. Zmierzchało się już, tedy mieszczanie z wolna poczęli rozpalać lampy olejne na swych drogach, które, jak zauważył, były różnorakiej jakości, inne od tego, do czego był przyzwyczajony w mieście: tu i ówdzie znalazły się kocie łby, które pozwalały na swobodny i szparki marsz, jednak w paru miejscach kamienie były zapadnięte, a droga przechodziła w ubity, nieco zabłocony trakt. – Dorodne córki, powiadasz… – Egon pogładził brodę, wiodąc wzrokiem po domostwie bartnika, licząc, że właśnie miał owe dorodne córki zobaczyć. Ocknął się jednak i dodał: – Ano, co tam gadać, pewnie tu na miejscu niewielu mają do zrobienia porządnego interesu. Język swędział Egona, żeby powiedzieć Jutcie o całym wybiegu ze statkiem, ale nie mógł zdradzić się ze swym zamysłem. Wtedy, niby przelotnie, zapytał: – Tak po prawdzie nie znamy się długo. Rzeknij co więcej o tym twoim mytnikowaniu. Długo z tymi piratami kłopot macie? Z tym Haynrichem Wagnerem długo się znasz? Zdaje się, że człek konkretny, ale w poznać od razu, że w rzyci ma kij, niby lancę. - No synów barnik też na jurnych ale ciebie to pewnie córki by bardziej interesowały. A takie zdrowe, rumiane, jedna blondynka druga kasztanka. Ta najstarsza to już wyszła za mąż to wyjechała stąd ale też była niczego sobie. Ta moja koleżanka ze stajni, to ich sąsiadka to trochę o nich wiem. - Jutta zaśmiała się na uwagę kolegi i powiedziała nieco więcej o rodzinie bartnika. - Próbowałaś ich? Tych córek też? - Czarnowłosa spojrzała na nią zaciekawiona. - Tak trochę. Zdarzało mi się kończyć z nimi na sianie w stodole ale to większe zabawy były. A to festyn, a to odpust, a to wesele. Tak jeden na jeden to ich nie próbowałam. Ale jak się z nimi spotkam to raczej jest sympatycznie. Jak chcecie to możemy do nich zajść jak będziemy wracać. Powiemy, że chcemy kupić maść na rany, świece albo miód pitny czy coś. I, że dopiero przypłynęliśmy to dlatego tak późno. - Celnik podsunęła im myśl do rozważenia. A na razie szli leśna drogą w głąb lasu. - A Wagnera znam tak sobie. Regularnie pływam z Neus Emskrank do Saltmundu i z powrotem. Ale na różnych krypach. To czasem trafiam na niego. Inni mytnicy też tak robią. W Saltmundzie mają wilcze statki no ale one ruszają do grubych spraw albo od razu na morze. Tych piratów mieli szukać ale ich nie znaleźli. Oni to od niedawna grasują. Parę tygodni. Może miesiąc. To trochę dziwne, że nikt ich dotąd nie widział. Pozostawiają zakrwawione, puste łodzie i znikają jak duchy. Dziwne. - Zamyśliła się gdy mówiła o tych piratach. - A wy? Skąd się znacie? - Zerknęła na nich z ciekawością. Odkąd weszli w las, zrobiło się ciemniej. O ile nad rzeką dzień już się kończył ale wciąż było widno, to pod drzewami zmierzch przychodził wcześniej. – Z miasta – odparł po prostu Egon, który, nauczony łganiem Łasicy i Burgund, wiedział, że najlepsze kłamstwa bywają półprawdami. – Ja sam jestem najemnikiem z Middenheim, ongiś na arenach biłem się… Choć po prawdzie i jeśli by dobrze płacili, to dawałbym w mordę łykom dalej. Moich kompanionów poznałem w Neues Emskrank w karczmach, ot, cała historia. Burgund przy kurwieniu się – Egon zaśmiał się. – Do bartnika zachodzić nie trza, dużo nam roboty na noc będzie, a i wszystko opłacone – mówił, mając na myśli Adele. – Chodźmy czym prędzej do alchemików, zanim słońce zanim zajdzie. Łuczywa nie mam, a pewien nie jestem, czy polegać będzie można na lampach przy drodze. Wiedziony przeczuciem, rzekł jeszcze: – Sam bym tych piratów rad spotkał, wyglądają na sprawne bastardy. Tyle statków tak gracko ogołocić, dobrzy muszą to być wojownicy. - Albo jakiś potwór. Właściwie jak nikt ich nie widział aby to opowiedzieć, to nie wiadomo kto to jest. - Mytniczka wzruszyła ramionami przekazując im kolejną plotkę o tych pirackich napadach. - No cóż. Mam nadzieję, że cokolwiek to jest, to temu podołamy. Chociaż ja to bym wolała bez przygód dopłynąć do Saltmundu. - Przyznała, że ona sama wacle nie pali się do walki. - Ja to trafiłam do hospicjum przez dziwne sny. Myśleli, że jestem wariatka. I w ogóle agresywna. - Annika powiedziała coś o sobie. - Ale dzięki bogom Otto i moja milady mnie stamtąd wyciągnęli. I Marissę. Ona też tam siedziała. I powiem wam, że tak dobrze jak u mojej milady teraz to jeszcze nie miałam. Mamy z Marissą własny pokój. Są trzy łóżka a nas jest dwie. Codziennie mam jedzenie i taką lurę jak w hospicjum. No i nasza milady jest dla nas bardzo dobra i miła. I bierze kąpiel codziennie. A my jej pomagamy. - Czarnowłosa dodała nieco więcej szczegółów. Ale o snach oraz, relacjach ze swoją milady dość oględnie. Tylko enigmatyczny uśmieszek gdy spojrzała na gladiatora, sugerował kosmaty podtekst tej znajomości. Na razie jednak szli przez ten ciemniejący las. Aż mytnik powiedziała, że już niedaleko. I miała rację. Jeszcze ze dwa zakręty i zobaczyli bramę wjazdową i proste ogrodzenie z belek. Raczej przeciwko bydłu bo ludzie bez problemu mogliby przejść pomiędzy belkami. Gdy jednak podeszli jeszcze bliżej ujrzeli coś nietypowiego. - A to co? - Annika zdziwiła się. Widać było dużą chatę i jakieś stodoły czy inne budynki gospodarcze. W niektorych oknach już paliło się światło. Ale najbardziej w oczy rzucał się powóz. Drogi, porządny, zaprzęgnięty w dwie pary koni. Godny szlachcica, bogatego kupca czy kapłana. - Tu zawsze tak jest? - Pokojówka milady zapytała mytniczki. Ta wzruszyła ramionami i odpowiedziała po chwili. - Bo ja wiem. Nie za każdym razem jak nocuję w “Łabędziu” to tu zachodzę. Właściwie tylko ze dwa, trzy razy tu byłam. No ale cóż. Przynajmniej widać, że jeszcze otwarte. - Mimo, że też wyglądała na zaskoczoną tą sytuacją to wydawała się brać to za dobrą monetę. Na koźle siedział stangret i chyba z nudów obserwował ich nadejście. Miał na sobie brunatny, porządny płaszcz a pod spodem kubrak z barwnymi dodatkami. Chyba ich trójka idąc spokojnie, nie wzbudziła jego podejrzeń bo zachowywał się spokojnie. Gdy podeszli jeszcze bliżej i obeszli konie widać było trójkę pasażerów. Rosły mąż opierał się o słup ganku. U pasa miał miecz, pistolet a na sobie brygantynę. Wyglądał na ochroniarza albo wojownika. Co chwila pluł pestkami słonecznika jaki przeżuwał w flegmatycznym tempie. A przy samym wozie stały dwie damy. Młode, szczupłe, wypielęgnowane. Chyba o czymś rozmawiały ale jak zobaczyły nadchodzącą trójkę to zamilkły i obserwowały ich z zaciekawieniem. - Moja milady ładniejsza. Ale te też całkiem, całkiem. - Annika szepnęła z krzywym uśmieszkiem patrząc na te dwie stojące przy powozie. - Ciszej. To mogą być szlachcianki. - Jutta widocznie nie chciała kłopotów. Ale też ciekawie się przyglądała tym dwóm kobietom. Półmrok pod drzewami utrudniał już dostrzeżenie detali ale widać było, że mają eleganckie, barwne suknie, starannie upięte włosy i ładne, błyszczące kolczyki. - No ale tak, niczego sobie. - Po dwóch krokach zgodziła się z Anniką w ocenie atrakcyjności obu kobiet. Egon, zorientowawszy się, że to niemalże już noc zapadała, stał się bardziej czujny. Choć tu, w miarę blisko Łabędzia, można było spodziewać się, że będzie jakaś ochrona, straż i tyle, ile tylko mogło wysupłać ze swej kiesy miasto, wojownik wiedział, że bandy orków i zwierzoludzi, czasem wygłodniałe i zdesperowane, mogły podchodzić i tutaj. Szczególnie zaś orkowie mogli szukać zemsty za rozgromienie ich na plaży. Zielonoskórzy zdawali się odradzać na podobieństwo hydry, okrutne niby rosomaki i gżące się między sobą na podobieństwo królików, przeto wybicie nawet całego plemienia lub wielu plemion nie gwarantowało bezpieczeństwa. Kiedy doszli wreszcie do warsztatu alchemicznego, Egon przywitał widok bez większego zdziwienia. Wojownik spodziewał się, że wszak normalną rzeczą byłoby, gdyby chata mistrzów była chroniona jakoś znaczniej. Wiedział, że dekokty mogły być warte sporo złota, toteż chata mogła być celem zwykłych rabusiów, a i jakikolwiek mutant, który mógł zwiedzieć się dziwnymi ścieżkami mógł obrać ją sobie na cel. – Witajcie, moiściewy – Egon skłonił się prewencyjnie, nie wiedząc, z kim ma do czynienia. – Jakże dzień minął? My do mistrzów warzelni po dekokty, bo kompanioni nasi ranni. Wyrzekłszy te, zdało mu się, dość neutralnie brzmiące i w miarę dyplomatyczne słowa (cóż - wszak nie był blagierem pokroju Burgund albo Łasicy), oczekiwał odpowiedzi. Skoro on się zatrzymał aby się przywitać to i jego obie towarzyszki zrobiły to samo. Skinęły głowami do jego słów. I na przemian wodziły wzrokiem po całej trójce stojącej na ziemi i jeszcze woźnicy na koźle. Ten akurat wyjmwował i nabijał fajkę i tylko im skinął w odpowiedzi. Ten ochroniarz przy słupie lekko wzruszył ramionami jakby mu było wszystko jedno. I sięgnął po kolejne ziarno słonecznika, jaki wsadził sobie do ust. Więc przywitanie się, przejęły te dwie młode kobiety. - Witaj kawalerze. Może trochę poczekasz? W środku jest nasz szef i załatwia interesy. Nie lubi jak mu się przeszkadza. Może poczekasz tu z nami, na niego? - Zaćwierkała słodko pierwsza z nich. Druga pokiwała głową na znak zgody. - Koleżanki też zapraszamy. Co tak będziemy słupy podpierać jak Plujka. - Wskazała na tego w pikowanym kaftanie. Ten lekko pokręcił głową i beznamiętnie wypluł kolejną pestkę. Jutta i Annika popatrzyły na to wszystko i na koniec na Egona. – Oni też chyba nie są stąd – Szepnęła mytniczka ale nie była pewna jak teraz postąpić. Egon zmrużył oczy na wzmiankę o “szefie” i o tym, że coś tam stary miał załatwiać jeden na jeden z alchemikami. Jego ręka instynktownie powędrowała na rękojeść topora, jak gdyby cała rzecz miała być jakimś wybiegiem. Lub, może, z drugiej strony, naprawdę był to jakiś kupiec, co zamarudził na szlaku i dopiero teraz musiał się odkuć? – Zwę się Egon, Salzenmund – umyślnie zrobił pauzę między swym imieniem, by nie było od razu jasne, czy pochodzi z Salzenmund czy do niego zmierza. – Późny wieczór jest, lulki palicie? Całkiem zacne mam, w mieście kupiłem… Myśmy z towarzyszami do mistrzów dekoktów przyszli, bo kompanioni nasi ranni. Orkowie, uważacie? Przeklęte bestie poraniły nas. Pryncypał wasz także w interesach? Egonowi nie podobała się rzecz. W nocy wszystko mogło się stać i cała rzecz zdała mu się na pierwszy rzut oka podejrzana. Kupiec nocną porą był rzadki, tedy postanowił się mieć na baczności. - Miło cię poznać dorodny kawalerze. Ja jestem Mira a to moja przyjaciółka Katja. - Jedna z kobiet wskazała na tą drugą. - I tak, lulki palimy. Chcecie trochę? Jak i tak czekamy na szefa to możemy chyba poczekać razem. Dla koleżanek też starczy. - Katja otworzyła drzwi do powozu i weszła tam na chwilę. ~ One z tobą flirtują. ~ Jutta szepnęła do gladiatora. Wciąż miała minę, jakby nie była pewna co począć. Zerkała to na obie kobiety, ochroniarza co dalej żuł słonecznik, albo na świecące się okna chaty do jakiej zmierzali. ~ Ja bym też z nimi mogła ale jesli nie lubią z dziewczynami to szkoda mi na nie czasu. Szkoda, że Burgund nie poszła. Ona się zna na takich gadkach. ~ Annika cmoknęła z niezadowolenia, że zabrakło im obrotnej, pyskatej łotrzycy. W międzyczasie Katja zwinnie zeskoczyła z powozu, trzymając małą szkatułkę. Obróciła się aby postawić ją na podłodze pojazdu, otworzyła, i chyba naprawdę zaczęła szykować te lulki. - To spotkaliście jakieś orki? Daleko? Coś wam te paskudy zrobiły? - Mira wydawała się być zaciekawiona tym wątkiem. – Witajcie – Egon skłonił się raz jeszcze i szepnął do Anniki i Burgund – Cóż wam szkodzi? Chodźcie, jak wam nie wygodzi, to zostawicie rzecz. Egon jednak sięgnął do swojego zapasu: wyciągnął faję i nabił ją odpowiednio. Miał co prawda parę zwitek, by nabić tytoń i na nie, jednak, nauczony w Neues Emskrank, zapalił nieco i naładował odpowiednią ilość do cybucha, a tytoń odpalił. Dla Anniki i Jutty machnął ręką, czy nie chciałyby spróbować od obcych kobiet. – Aaa, szkoda gadać – podjął Egon rzecz o orkach. – Wielka bitwa, dobrze, żeśmy się pojawili w czas! Paru niewiastom udało się nam przyjść po pomoc. Myślę, że może być i tak, że te zielone bestie mścić się chcą i kiedy zaatakują jeszcze. Ale, póki co, rozgromione są. - Oh, to jeszcze uratowaliście jakieś niewiasty od tych orków? Cóż za historia! Tożeście prawdziwi bohaterowie. - Mira z koleżanką, wyglądały na zachwycone dobrą historią. - Uratować damy przed tym orczym plugastwem to jak w jakimś rycerskim eposie. - Katja zgodziła się z koleżanką. Zdążyła już nabić swoje lulki. Były smukłe, eleganckie, może nawet srebrne bo błyszczały metalicznie. Też gestem poczęstowały trójkę przybyszy. Bo Jutta z Anniką podążyły za kamratem i też wydawały się zaciekawione dwójką urodziwych kobiet. Mytniczka stała bliżej Katji, to od niej przyjęła prezent. Z ciekawością zaciągnęła się i od razu zakaszlała. Ale aromat jaki się wydobywał przyjemnie uderzał w nozdrza. To nie było zwykłe bagienne ziele jakiego używało pospólstwo. Pewnie dlatego jak celnik przezwyciężyła pierwszy atak kaszlu to z przyjemnością zaciągnęła się ponownie. Po chwili i Annika dostała swoją lulkę do palenia. - A to daleko była ta bitwa z orkami? Bo my dziś w “Łabędziu” nocujemy to raczej powinno być w spokojnie. Ale rano musimy ruszać dalej w drogę. - Katja zainteresowała się większą ilością detali o tej walce. - Spokojnie? Widziałaś jak karczma jest zapchana? Dobrze, że udało nam się pokój dostać. - Mira prychnęła z irytacji na wspomnienie o tłoku i hałasie w zajeździe. - No tak, ale jednak jest palisada i bramy, to raczej orki nas nie napadną w nocy. - Koleżanka doprecyzowała o co jej chodziło. - O. To wy też dzisiaj będziecie nocować w “Łabędziu”? - Dla celnik była to przyjemna niespodzianka. - No tak. To jedyny sensowny adres w okolicy. Przecież nie będziemy nocować w tamtych chłopskich chatach. - Mira machnęła dłonią mniej więcej w stronę rzeki. - O, to może będzie okazja poznać się bliżej. My też tam nocujemy. - Annika miała większą wprawę w paleniu, więc się nie krztusiła. A przez obłok aromatycznego dymu, podziwiała sobie fryzury, twarze, szyje i dekolty rozmówczyń. Z bliska wyglądały jak damy. Bił od nich nienachalny zapach kwiatowych perfum. Zachowywały się swobodnie i naturalnie. Rozmowa z trójką obcych, nie stanowiła dla nich przeszkody. Suknie jednak miały śmiało zarysowany dekolt a ciemnowłosa Katja to nawet miała odsłonięte ramiona. Mira miała włosy pewnie kasztanowe lub rude. Trudno było w tym słabnącym świetle być pewnym. Obie uśmiechnęły się na wieść, że trójka nowych znajomych też nocuje w tej samej karczmie. - To może jak szef skończy tu interesy to faktycznie się tam spotkamy. - Mira dała znak koleżance. I ta znów wspięła się i zniknęła w mroku wnętrza powozu. Egon nie był całkiem przekonany do nieznajomych. Iście, wydawało się, że były to jakieś szlachcianki albo przynajmniej córki kupca, co odpowiednio zarobił grosza, aby uposażyć swe dziatki. – Handlujecie w dekoktach? – zapytał Egon, licząc, że skoro szlacheckie dziewki rozgadały się nieco, uda się je nieco więcej pociągnąć za język. – Bitwa z onymi orkami nie tak daleko, zda mi się, że jakie dwie albo trzy staje stąd – Egon liczył naprędce. – Z tymi kreaturami żartów nie, rzekłbym. Rzeknijcie nieco więcej o tym waszym szefie, czy długo tam jest? - No na moje oko to nawet za długo. Ale cóż, my kobiety, wiecznie czekamy na was, mężczyzn. I nie, nie zajmujemy się handlem dekotami. Ale szef ma tu interes to z nim przyjechałyśmy. A ta bitwa to była w dół, czy w górę rzeki? Tylko wy przeżyliście? Koniecznie musicie nam o tym opowiedzieć! - Mirę ta bitwa z orkami, wyraźnie ciekawiła bardziej niż czekanie na szefa. A Katja znów zwinnie zeskoczyła z powozu. Tym razem trzymała w dłoni gąsiorek a w drugiej dłoni miała kilka małych, podróżnych kubków. Zaczęła wręczać gościom te naczynia a gdy druga dłoń jej się zwolniła to odkorkowała butelkę i zaczęła polewać trunek. - Jedziemy do Neus Emskrank. To przy morzu, na samym końcu Salt. Ale to pewnie jutro. Chyba, że szef zmieni plany. A wy też tam? Jesteście powozem czy statkiem? - Katja pytała w miarę jak rozdzielała napitek. Okazało się, że to coś wiśniowego, pomiędzy winem a nalewką. Trochę kwaskowate a jednocześnie słodkie jak płynna wiśnia. - My łodzią, do Saltmundu. Więc trochę nam nie po drodze. Ale dziś jeszcze wszyscy będziemy w “Łabędziu”. - Jutta przyjęła poczęstunek i upiła z niego łyk. Annika zrobiła to samo. - A, do wielkiego miasta, do stolicy. No tak, wielu do nas zmierza. My właśnie stamtąd jedziemy. Ja starałam się namówić szefa aby popłynąć rzeką bo bezpieczniej. Ale on dopiero co kupił to cacko i koniecznie chce się nim pobawić. - Mira pokiwała głową w zadumą i eleganckim ruchem upiła ze swojego kubka. A jak mówiła to wskazała na powóz jaki wyglądał na drogi. – W dół rzeki była – rzekł Egon, który w zasadzie nie miał żadnego powodu, żeby się kryć z całym zajściem. – Nie… My okrętem płyniemy do Salzenmund, Egon wziął podróżną szklanicę na wino i upił nieco. Co prawda nie przepadał za dziwacznymi nalewkami tego rodzaju i wolał zwyczajne piwo lub wino, jednak tutaj przynajmniej nalewka nie była obrzydliwa. – Mmm. Rzeczecie dużo o tym waszym szefie. A kim on jest, jeśli idzie spytać? I czemu akurat musi być sam z alchemikami? - A bo on nie lubi, jak mu się przeszkadza w interesach. - Mira pozwoliła sobie na lekki ton i chciała chyba powiedzieć coś więcej ale usłyszeli jak za nimi otwierają się drzwi. I prawie od razu dał się słyszeć męski, nieco rozbawiony głos. - A kogóż to tak zabawiają moje sikoreczki? - Mężczyzna zatrzymał się zaraz za drzwiami. Był niski i miał wydatny brzuch. Jak ludzki karzeł albo niziołek. Trudno było dostrzec rysy twarzy bo światło wciąż otwartych drzwi oświetlało jego boczne profile ale front sylwetki pozostawał w jeszcze głębszym cieniu. Stanął i ujął się pod boki. Głos wydał się Egonowi jakby znajomy. Ale nie był pewien. - Dobrze, że już jesteś. - Mira ruszyła szybko w jego stronę, Katja pozostała na miejscu. Jutta i Annika wymieniły się z kolegą szybkimi spojrzeniami ale czekały na rozwój wydarzeń. W międzyczasie dama zdążyła podejść do niskiego mężczyzny. - Ci mili państwo właśnie tu przyszli i opowiadają o wielkiej bitwie z orkami jaka miała miejsce w dole rzeki. Tam gdzie mamy jutro jechać. Może sam z nimi porozmawiasz? - Kobieta z pewnym niepokojem przekazała te wieści i jakby z nadzieją, że teraz szef się tym zajmie. - Doprawdy? - Podniósł na nią wzrok ale zrobił dwa kroki do przodu jakby chciał się przyjrzeć bliżej wspominanej trójce. - A niech mnie! Kogo ja widzę! - Roześmiał się radośnie i znalazł się na tyle blisko krawędzi ganku, że wyszedł z cienia. Teraz i gladiator go rozpoznał. To był Theo. Impresario areny z Neus Emskrank. – Spotykamy się raz jeszcze – Egon rzekł po chwili milczenia, zastanawiając się, jak mały był świat wokół miasta portowego. – Jak tam interesa? – zapytał gladiator. Pamięć Egona o Theo była zaiste zatarta. Wojownik pamiętał, że jakieś interesa swojego czasu Theo chyba robił z Burgund albo Łasicą ongiś, jednak było to przed jego podróżą do Norsci, tedy, zdało mu się, że całe wieki upłynęły od tamtego czasu. Wtedy jeszcze Merga była zamknięta w lochu inkwizytorów, zaś on pracował w cytadeli obok Silnego. - Oj nawet nie pytaj. Coraz trudniej związać koniec z końcem. Odkąd odszedłeś to już nie jest to samo. - Niziołek westchnął żałośnie jakby był w dołku finansowym. - I dlatego kupiłeś to? - Jutta wskazała na stojący, elegancki powóz ze stangretem i czterema końmi. Słysząc to, Theo roześmiał się rubasznie. - Dokładnie tak sikoreczko! To inwestycja na chude lata! - Dalej rechotał wesoło aż stopniowo udzieliło się to czterem kobietom. Podszedł do nich i ujął dłoń celnik. - Twoja bystrość dorównuje tylko twojej urodzie pani. Jestem Theo, pokorny sługa pięknej pani. - Zachował się szarmancko, że szatynkę trochę zamurowało. Wyciągnęła ku niemu dłoń aby mógł ją pocałować. - Jutta. Jutta Czerwona. - Przedstawiła się starając się zapanować nad głosem. - A druga piękna dama? - Theo zwrócił się do pokojówki o czarnych włosach i potraktował ja podobnie. - Żadna dama. Dama to jest moja milady. Annika jestem. - Przedstawiła się i zdawała się być mniej odporna na jego urok. Choć też jakby zmiękła na chwilę. - Cudowne niewiasty, wybaczcie mi, że przez chwilę nie będę mógł się ogrzewać waszym pięknem ale muszę zamienić słowo z moim przyjacielem. - Niziołek skłonił im się nisko i pozostawił je pod wrażeniem. A sam wrócił się do gladiatora. - Bystra kobieta to najsłodszy miód na twoim talerzu. Albo najgorszy dzięgiel na twoim języku. Nasze powiedzenie przyjacielu. - Rzekł do Egona dużo ciężej i z szelmowskim uśmiechem. - A to ty ich znasz Theo? - Gdy do nich wrócił, Mira wreszcie dostała okazję aby wyrazić swoje zdziwienie. - Oczywiście. Egon był jednym z moich chamiponow areny. No ale niestety później inne sprawy go odciągnęły. Możesz sikoreczko przygotować nam coś do picia? - Niziołek poprosił wyższą od niego kobietę a ta bez słowa ruszyła w stronę powozu. I teraz na chwilę zostali na werandzie tylko we dwóch. - Co tam u ciebie przyjacielu? Cieszę się, że cię widzę w dobrym stanie. - Zagaił towarzysko do swojego znacznie masywniejszego rozmówcy. Egon wzruszył ramionami, przez parę dłuższych chwil zbierając myśli. Trudno by było rzec Theo o wszystkich przygodach, które doświadczył na wybrzeżu Morza Szponów, było tego po prostu zbyt wiele - cytadela, uwolnienie Mergi, potem porwanie się na świątynię Mannana, wreszcie Norsca, powrót zza wielkiej wody i znowuż sprawy w Neues Emskrank, a także nieumarły czarownik czekający nań w kurhanie. – Dużo rzeczy po prawdzie – w roztargnieniu wypił nieco nalewki przygotowanej Katję, nie wiedząc sam, od czego zacząć. – Kopę lat ciebie nie widziałem, ot, taka prawda…! Myślałem, żeś gdzieś wsiąknął od czasu, kiedy inkwizytorzy przetrząsali miasto i wiem, że swojego czasu zatrzymań było sporo… Zrobił tu pauzę, aby wreszcie pociągnąć: – Zmierzamy do Salzenmund, ja i moi kompanioni – rzekł wreszcie. – Ponoć piraci rzeczni dręczą wszystkich i jakaś dziwna sprawa, statków nie zabierają, ale wyrzynają wszystkich do nogi. Przeto interes zwęszyliśmy, czy przypadkiem to nie jest zacny interes, obłowić się na piratach. Rzecz ciekawa, tyle statków zostało. Egon, będąc z Juttą, wolał nie gadać nic jeszcze, że prawdziwym celem ich podróży jest przydybanie statku właśnie, ale zarzucił rzecz o nim, żeby Theo podchwycił. – A, i zielonoskórzy. Przeklęci orkowie zaatakowali milady van Hansen, kiedyśmy płynęli rzeką. Straszliwa walka, tedy żeśmy tutaj zawitali, bo kompanioni moi ranni są. - Ano dręczą, dręczą. Dlatego wybrałem drogę a nie rzekę. Wolałem nie ryzykować. - Niziołek szedł spokojnie na swoich krótkich nogach. A Egon musiał uważać aby się z nim zrównać. Szli wzdłuż werandy powoli oddalając się od powozu i grupki kobiet. Minęli Plujkę, jaki dalej flegmatycznym tempem łuskał słonecznik. - I chcecie się wziąć za nich? No ambitnie, ambitnie. Ale chyba masz kogoś jeszcze niż te dwie dziewuszki? Uroczo wyglądają i ta jedna jest całkiem bystra. No ale wiesz przecież, że w walce to niekoniecznie ma znaczenie. - Lekko skinął głową w stronę skąd odeszli. - I na wszystkie rogaliki tego świata! Te orki zaatakowały naszą milady van Hansen?! Słyszałem, że dzielna jest i szermierkę ćwiczy. Ale po prawdzie to nie miałem okazji tego sprawdzić. Winszuję więc tobie i jej, żeście sobie mogli pomóc. Szkoda, że na arenie nie mam takiego orka czy dwóch. Takie walki z nimi byłyby zapewne bardzo malownicze a widownia to lubi. Albo z jakimiś zwierzoludźmi. To to samo. - Pokiwał głowę, jakby nawet z takiego zdarzenia potrafił dostrzec jakąś opcję dla swojego biznesu. - I macie rannych po tej walce? - Podniósł głowę aby spojrzeć na owal twarzy brodacza. - Więc przyjacielu. Chodźmy. Dopiero co z nimi o tym rozmawiałem. - Zawołał wesoło i z miejsca obrócił się z powrotem u wejściu do chaty i czekającemu powozowi. Teraz przyspieszył choć dla długonogiego to nadal przypominało spacerowe tempo. - I mówisz do Saltmundu płyniecie? Oh żart bogów. A ja właśnie stamtąd wracam. Dobrze, że bogowie choć teraz pozwolili nam się spotkać. A jak u ciebie przyjacielu z planami planami powrotu do miasta? Nie myślałbyś do nas wrócić na arenę? Ah! I jak ta twoja koleżanka? Norma to Axe? Masz z nią jakiś kontakt? Może jest dziś gdzieś z tobą? Widownia ją polubiła. Może nie tak jak ciebie no ale też. A sam wiesz, że aż tak wiele walczących kobiet u nas nie ma to jak już się któraś trafi to od razu wszystkim wpada w oko. - Powoli zbliżali się do wejścia a niziołek widocznie też zapamiętał wojowniczkę z północy. Toporniczka jednak przez ostatnie tygdnie głównie była osobistą gwardzistką Mergi Złotookiej. I po obrabowaniu świątyni Mananna wraz z nią, nim i resztą kultystów, odpłynęła do ojczyzny rogatej wyroczni. Tylko w przeciwieństwie do Egona, tam z nią została. Miała w planach wrócić razem z nią do Neus Emskrank, ale na razie trudno było zgadnąć kiedy to nastąpi. – Trudno rzec, gdzie poszła – Egon wzruszył kolejny raz ramionami. – Norma pewnie będzie wolała zostać u swych pobratymców, cóż tam będzie się z południowcami zadawać. Jak z Norsci nie wróci, niewiele idzie myśleć, co tam we łbach tych Norsmenów siedzi. Co do areny zaś, trudna rzecz, inne sprawunki zajmują mi głowę. Egon przez chwilę pomyślał, ile uwagi będzie wymagało doprowadzenie starego czarownika do stanu używalności, ile wysiłku trzeba będzie, aby wyprawić statek i przeprowadzać przezeń brańców, wreszcie, poskromienie bestigorów było niemalże kampanią wojenną. – Nie – Egon pokręcił głową. – Nie dam rady. Pomóc mi mógłbyś, jakbyś jakie okręty widział opuszczone, bo na nie też polujemy – tu Egon rzucił przelotne spojrzenie na Juttę, której nic o tym nie powiedział. – Ale jak byśmy jakiego zielonoskórego złapali to podprowadzimy do ciebie, niechaj będzie z tym zielonych małp jaki użytek! - To nie wróciłbyś do nas? Ani Norma? Eh, jakaś strata dla areny. Dla widowiska. Dla widowni! Bo przecież ja jeno ich sługa uniżony co marne pensy biorę za możliwość zabawiania ich. - Niziołek posmutniał gdy usłyszał tą wieść. Akurat wrócili do drzwi prowadzących do środka magazynu. Wtedy odwrócił się bo Mira podeszła do nich, wręczając po kubku nowego napitku. - A działajcie tam sikoreczki! Co bohaterwie naszą dzielną lady van Hansen wyratowali przed wstrętnymi łapami orków! - Całkiem wesoło zawołał do niej. - Lady van Hansen? Ale z tych van Hansenów z Neus Emskrank? - Brunetka zdziwiła się tą informacją, ale szlacheckie nazwisko raczej rozpoznała. - Tak, właśnie tą! Froyę van Hansen! I jej elficką przyjaciółkę. - Jutta rzuciła wesoło i niziołek wzruszył ramionami. - To ja przygotuję jeszcze po nalewce. - Mira uśmiechnęła się słodka i raźno ruszyła z powrotem do powozu. Theo obserwował całą, kobiecą grupkę, jaka zdążyła przełamać pierwsze lody i zachowywała się wobec siebie swobodnie. - Całkiem wesołe te twoje sikoreczki, przyjacielu. - Zaśmiał się pod nosem ale znów wrócił spojrzeniem do rozmówcy. - Ostatnio jest moda na mieszane pary. Mężczyzna i kobieta przeciwko takiej samej parze. Więc ty i Norma myślę, byście mieli do czego wracać. No ale jak macie inne plany to rozumiem. Jakbyś był w mieście to zawsze możesz wpaść nawet jako widz. - Poklepał go po ramieniu i wzniósł toast swoim kubkiem. Tym razem było to jakieś wino, godne wybrednego, niziołczego gardła, doprawione jakąś korzenną nutą. - A statek mówisz by ci się przydał… - Zamyślił się i pogłaskał swój pulchny policzek. Upił łyk ze swojego kubka nim cicho się zaśmiał. - Jak wiesz, statki raczej mnie nie interesują. - Przyznał bez ogródek. - Ale teraz płyniesz do Salzenmund? No cóż, ja tam bywam w innych sprawach. Ale na twoim miejscu przeszedłbym się na do “Uczciwego mieszczanina” na Reichsweg. Albo jakiejś innej tawerny czy zamtuza jakich tam pełno. Tam jest głośno, wesoło, gra muzyka a sikoreczki rzadko odmawiają swoich wdzięków. Pewnie byś mógł tam się rozpytać. Albo do “Roześmianej żaby” w Osthafen. Tam chodzą dokerzy, marynarze i ludzie co z nimi mają coś do załatwienia. Może ktoś by mógł ci pomóc znaleźć to czego szukasz. - Popatrzył na wielkoluda jakby chciał mu zasugerować pewne kroki w stolicy nawet jeśli Theo nie interesował się morskim rzemiosłem. - A jakbyś już wrócił do nas, to możesz poszukać Lothara Geyera. Pewnie w jakiejś tawernie. Ja go znam, bo odwiedza nasze walki. Kapitan statku i kompletny hazardzista. Kiepsko ostatnio stawiał i zostawił u mnie całkiem sporą sumkę. Jak go ostatnio widziałem to wyglądał na zdruzgotanego. Zastanawiał się co teraz zrobi, i chyba będzie musiał statek postawić pod zastaw. No ale nie wiem jak się to skończyło bo jak widzisz musiałem wyjechać w interesach. Może mu się poszczęściło i się jakoś odkuł. A może nie. - Wzruszył ramionami na znak, że może to być jakiś trop ale nie zna jego obecnej wartości. - I jeszcze Niklos z kompanami u mnie był. Jacyś desperaci. Mówili, że jakieś kłopoty mają ze statkiem czy kapitanem. Jacyś głodni i zabiedzeni mi wyglądali. Ale ten Niklos walczył u mnie dwa razu. Na gołe pięści. Jedną walkę wygrał, drugą przegrał. Krzepki jest, na wzrost taki może wielkolud jak ty, ale ciut węższy w barach. Ale nie wiem gdzie ich szukać. - Podpowiedział gladiatorowi jeszcze dwa wątki z portowego miasta. - No ale! Chodźmy zanim poszczują nas psami! - Zaśmiał się wesoło i pchnął drzwi. W środku było jasno od zapalonych lamp. Zapach palonego knota, mieszał się z suszonymi ziołami. Lada była długa, w poprzek budynku. Za nią równoległe do niej regały pełne butli, dzbanków, słoików, koszów z grzybami, pełnych worków z niewiadomą zawartością. Trochę jak w aptece Sigismundusa. A za ścianą pewnie było zaplecze bo chata była o wiele większa z zewnątrz. Za ladą stała trójka ludzi, dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Rozmawiali ze sobą ale zamilki gdy dwóch klientów jeszcze weszło do środka. - Theo wróciłeś do nas bardzo szybko! - Zaśmiał się ten najstarszy z nich. Miał dostojny, patriachalny wygląd i uśmiechnął się przyjaźnie do nadchodzących. Pozostała dwojka była wyraźnie z pokolenie młodsza. - Stęskniłem się za wami przyjacielu! - Niziołek odpowiedział równie pogodnie i obaj się roześmieli. - Ale widzisz, spotkałem starego przyjaciela. I jest on skory skorzystać z waszych usług. No Egon, powiedz Oswaldowi, czego ci trzeba. - Theo zachęcił gladiatora aby ten wyjaśnił subiektowi w czym rzecz. Ten popatrzył na niego uprzejmie i zachęcająco skinął głową. Egon, choć chętnie skorzystałby z oferty walki na arenie raz jeszcze, nie widział całkiem sensu w tym. Wojownik spodziewał się, że cała ta sprawa z braniem niewolników mogła trwać tygodniami, nie mówiąc już o tym, że po drodze kroiły się co grubsze sprawy. Przeto postanowił odłożyć dawanie po mordzie jako drzewiej daleko na bok. Lub też na nigdy. – Witajcie, mistrze alchemiczne – Egon skłonił się w pas, co przy jego sylwetce było nielada wyzwaniem, schylić się w dość ciasnej pracowni. – Szukam wywaru leczniczego albo czego podobnego. Ja i kompani moi ranni żeśmy są po bitwie z zielonoskórymi. Zielone bestie zacięte są, toporami robić umieją. Macie coś może, co uśmierzy ból i rany zasklepi? - Wywary na rany. Tak, mamy coś takiego. - Rozmówca pokiwał głową i spojrzał w stronę dwójki młodszych. Młodszy mężczyzna był patykowaty ale wysoki. Przyniósł i postawił na blacie kilka małych buteleczek. Kobieta zaś niewielki mieszek. - A widzisz przyjacielu, mamy kilka rzeczy które mogą ci być pomocne na przypadłość jaką mówisz. - Wskazał na zestaw tych kilku rzeczy jakie teraz stały między nimi. - W tych buteleczkach jest mikstura lecząca. Nazywamy je błogosławieństwem Białej Gołębicy. Pomaga natychmiastowo leczyć rany, uśmierza ból nimi wywołany i wzmacnia organizm. Lepiej to brać świeżo po walce. Ale działa raz na dzień. Więc jeśli ponownie zostaniesz ranny tego samego dnia, to niestety druga dawka ci już nie pomoże. Tu masz trzy stężenia tej mikstury, im większe tym silniej działa. Te najsilniejsze najlepiej brać na silne rany, te słabsze na drobniejsze. Łatwo je poznać, im ma czerwieńszy pasek, tym mocniejsza. - Alchemik pokazał mu na te paski jakie miały w poprzek kartki. Gladiator nie był w stanie ich przeczytać ale kolory były widoczne. Butelki były z ciemnego szkła, więc widać było ciecz ale nie kolor. - A to jest proszek na rany. Trzeba nim posypać ranę, nic trudnego. Oczyszcza je i utrudnia zakażenie. A to przyspiesza powrót do zdrowia. - Pokazał na niewielki mieszek. Nawet go otworzył i ukazał się w środku czerwono-liliowy proszek. - A tu mamy uśmierzacz bólu. Można wziąć przed walką, w trakcie lub po. Na same rany nie wpływa ale jeśli już są i cię spowalniają, to ten płyn na to pomaga. - Wziął do ręki niewielką, granatową fiolkę. Pomachał nią a płyn w środku wydawal się być trochę gęstszy niż woda. - Oprócz tego mamy wiele specyfików na wiele okazji. Na przyrost siły aby ciosy były mocniejsze, maść na żywy pancerz, aromę na zwiększenie charyzmy i suszone grzyby na zwiększenie witalności. - Alchemik odwrócił się w stronę regałów za swoimi plecami i pokazywał na te specyfiki chociaż było ich tyle, że Egon nie był pewien na dokładnie które. - Widziałam przez okno kawalerze, że masz koleżanki. Gdyby cię to interesowało to mamy też specyfiki na zwiększenie płodności, przedłużenie cyklu płodnego, na zwiększenie namiętności albo i dla męża aby móc figlować całą noc. - Kobieta odezwała się po raz pierwszy, i wskazała na widok za oknem. A tam stał powóz Theo i wymieszania grupka czterech, młodych niewiast jakie rozgadały się na dobre przy tych kubkach z nalewką. - Albo też maść kociego oka, jaka ułatwia widzenie po zmroku. - Dorzucił młodszy z mężczyzn. Wyglądało na to, że mają tu bardzo wiele specyfików, na różne okazje, wystarczyło doprecyzować czego się szuka. Egon spojrzał na wszelakiego sortu fiole, alembiki, zlewki i kolby, które zdawały się być wszechobecne w warsztacie. Kiedyś, dawno temu, kiedy zaczynał na arenie u Theo, czasem można było przed walką kupić za parę miedziaków bukłak byczej krwi zmieszanej z ziołami, która ponoć mogła dodać siły wojownikowi, szczególnie, jeśli miało się wypić cały bukłak. Ile w tym prawdy było, wiedzieć niepodobna, jednak gladiator już po stokroć wolał takie dekokty warzone z naturalnych składników niż to, co widział swojego czasu w bulgoczącym kotle Mergi tudzież Raisy. Przeto zabrał się do sprawdzania i przemyśliwania naprędce, cóż też by można wziąć, bowiem okazja była jedyna - późniejszy rejs do Salzenmund i z powrotem nie gwarantował, że wróci tu kiedykolwiek. Jeśli chodziło o specyfiki do chędożenia, odrzucił je niemal natychmiast. W głowie kołatała mu się wizja jutrzejszej potyczki z piratami tudzież, jeśli miało przyjść co do czego, przejęcie Jutrzenki siłą, jeśli jeno okaże się, że piraci poniechają ataki. Potrzeba było czym prędzej doprowadzić Larsa do stanu używalności i napoić innych wojowników, aby byli w stanie walczyć jutro. Tedy wybrał jedną silną mieszaninę leczniczą, tą o najczerwieńszym pasku i wziął dwie pozostałe dla Rune i Silnego. Korsarz musiał za wszelką cenę przeżyć na tej rejzie - imaginował Egon - pozostali zaś nie byli tak ciężko ranni, jak on. Wziął także dwie mikstury wzmacniające parę w łapie, które zamierzał dać dwóm czcicielom Khorne. Czuł, że bitwa mogła być zażarta, toteż każda przewaga mogła być na wagę złota. Wreszcie, wziął dwie bladożółte mikstury z etykietką kociego oka, które zamierzał dać najmusom Gezackta. Spodziewał się, że bitka będzie późnym wieczorem albo w nocy i choć większość z niej rozegra się podczas próby abordażu Jutrzenki, zdało się Egonowi, że dobrym pomysłem by było dać Martin owe mikstury, by mogli ostrzelać cokolwiek, co będzie poza burtą statku. Nawet jeśli nie użyją rzeczy, to mikstura mogła się przydać później, w Salzenmund tudzież w kurhanie Gonsara lub nawet przy jakimś fortelu z bestigorami, które przecież widziały w ciemnościach. Wyłożywszy garść koron na ladę, zapytał jeszcze Juttę i Annikę: – No, zdaje się, że to wszystko. Chyba, że chcecie coś jeszcze? - No poczekaj, musimy zobaczyć co tu mają. - Annika chciała wszystko obejrzeć. Jak już z Juttą weszły do środka, to z początku przyglądały się jak kolega ogląda, rozmawia i wybiera coś dla siebie. Szybko jednak się dołączyły i im alchemicy też zaczęli stawiać na ladzie, różne specyfiki. Zrobiło się hałaśliwie i wesoło, jak na festynie gdzie się ogląda, dotyka i sprawdza różne rzeczy, niekoniecznie je kupując. Brodacz zajęty swoimi sprawunkami, w końcu stracił rachubę na czym u koleżanek stanęło. Gdy już skończył, one jeszcze oglądały jakieś torebki i buteleczki. W końcu chyba jednak się zdecydowały bo sięgnęły do sakiewek i monety przepłynęły z ręki do ręki. A alchemicy zaczęli im to ładować do małego worka. - Dobra, to my już. - Jutta odebrała worek od sprzedawcy i obie wyglądały na zadwolone z zakupów. - Bardzo dobrze. - Theo klasnął w dłonie i uśmiechnął się szeroko. Po czym sięgnął na ladę po swoją torbę. - To dla ciebie przyjacielu. Niech ci służy. A jak wrócisz do Neus Emskrank to wpadnij do nas. Zjemy coś, napijemy się, pogadamy. Jak chcesz to możesz i z koleżankami. - Niziołek uśmiechnął się i wyciągnął ku gladiatorowi dłoń z trzymaną torbą. – Ano, znajdę się tam, może nie od razu… – Egon wciąż jeszcze przemyśliwał, czy postąpił dobrze. – No, dobra. Odwrócił się do Jutty i Anniki. – To co, zbieramy się? Żegnajcie, mistrze zacne – skłonił się nieco w stronę alchemików. – Żegnaj, Theo. Czas nam w drogę! I pożegnawszy się, wyszedł raz jeszcze w noc, żeby pójść do Łabędzia. - Spiesz się powoli przyjacielu. - Niziołek uśmiechnął się rozbawiony. - Co będziecie tak szli przez ten las, jak możemy was podwieźć. I tak wszyscy zmierzamy do “Łabędzia”. - Rozłożył ramiona a Jutta z Anniką wyszły zaraz za nimi. W czwórkę stanęli na werandzie, między frontem magazynu a czekającym powozem. Katja z Mirą spojrzały w ich stronę. Ale zrobił się już półmrok zmierzchu. W lesie pod drzewami, było jeszcze mroczniej. - No chyba, że macie jakieś sprawy po drodze do załatwienia to nie będę się narzucał. - Theo zostawił gladiatorowi furtkę aby mógł się wycofać rakiem z takiej propozycji. Koleżanki brodacza popatrzyły na nich wyczekująco. Pod wiatą widział już tylko owal ich twarzy. Jasne bryczesy mytniczki wybijały się na tle ciemnych szarości. Egonowi w jakiś sposób musiało umknąć, że Theo także jechał w stronę Łabędzia. Cóż, podróżowanie w grupie i z ochroniarzami Theo na pewno było bezpieczniejsze od przechadzki samopas, tym bardziej, że w lasach opodal grasowały te zielonoskóre kreatury, które czciły Gorka i Morka. – W takim razie, jedźmy wespół – Egon skinął głową. – Dzięki ci za dekokty. Widzisz, spodziewam się, że w górę rzeki napadną nas piraci rzeki Salz. Trza mi doprowadzić moich ludzi do porządku, ciężko rzec, co się wydarzyć może. - A tak, to prawda. Właśnie aby ich uniknąć wybrałem drogę a nie rzekę. - Niziołek pokiwał głową ze zrozumieniem. Przepuścił obie koleżanki gladiatora a te śmiało podeszły do obu sikorek impresario areny. Przez chwilę Theo obserwował tą kobiecą grupkę. - Zobacz przyjacielu jak nasze dziewczęta się szybko dogadały. - Wydawał się być nieco rozbawiony tą obserwacją. - Powiem ci, że dobrze jest mieć prywatną szlachciankę. To bardzo ułatwia wiele spraw. Sam wiesz, że wiele drzwi dla nas, plebejuszy jest zamkniętych tylko dlatego, że nie jesteśmy szlachtą. Zaprzyjaźniony szlachcic to cenna rzecz. Jakbyś miał okazję, to polecam ci pozyskać sobie takiego. - Podzielił się z brodaczem tą uwagą. A, że dziewczęta zdążyły spakować te wszystkie kubki i nalewki oraz wejść do środka powozu, to i niziołek dał znać sąsiadowi, że czas do nich dołączyć. – To z lady Froyą van Hansen walczyłem z zielonoskórymi – odparł Egon. – Od pewnego czasu zdaje mi się, że milady ma mnie w swoich łaskach… A po wczorajszym pewnie będzie jeszcze z tym lepiej. Egon zamilkł, postanowiwszy ugryźć się w język. Wiedział, że łaska wielkich panisk i szlachcianek pokroju van Hansen na pstrym koniu jeździ i być może kiedy się przypomni o takich zasługach zainteresowanym, mogą o nich rychło zapomnieć. Jednak, póki co, powoływanie się na szlachciankę prokurowało jeno benefity, zatem Egon nie narzekał. Był jednak wielce ostrożny, jeśli chodziło o szlachtę. Wojownik wsiadł do kolasy i rozsiadł się wygodnie. - Czyli miałeś okazję poznać naszą piękną i dzielną lady van Hansen? I to w trakcie walki z orkami? Koniecznie mi o tym opowiedz przyjacielu. - Theo wsiadł na końcu. Zajął miejsce między Mira a Katja. Tak jak gladiator pomiędzy swoimi koleżankami. W środku byłoby już całkiem ciemno ale pod sufitem, mrok rozświetlała zawieszona latarnia. Okna były zasłonięte ozdobnymi zasłonami. A siedzenia były miękkie i obite przyjemnym w dotyku, granatowym zamszem. Egon ostatni raz był w takim drogim pojeździe, gdy po powrocie z Norsci, lady von Manlieb zaprosiła jego i Astrid do swojego powozu na krótką rozmowę. Skrzypienie drewna i ruchy za ścianka karocy wskazywał, że ochroniarze zajmowali tam swoje miejsca. A po chwili powóz ruszył przed siebie. Po twarzach Katji i Miry poznał, że też są ciekawe jak to było z tymi orkami i dzielną milady. – Prosta to rzecz – rzekł Egon, który po raz kolejny zabrał się do opowiedzenia całej sprawy. – Onuż, uważacie, płynęliśmy Jutrzenką zaokrętowani jako najemnicy do ochrony statku. W górę rzeki płynęliśmy i obaczyliśmy dwóch jeźdzców, co zostali otoczeni przez bestie. Zara tam wrzeszczałem do szypra, żeby nas puścił, chociaż nie chciał. Spuścili nam wreszcie łupine, tośmy zaraz wiosłowali, ja, Lars, Rune, Silny… Kto tam jeszcze był? Chyba i Astrid. Nieco rzecz potrwała, ale żeśmy wreszcie brzegu dorwali tośmy zara poczęli uderzać na drabów. Dopiero po czasie żeśmy zrozumieli, że to Froya van Hansen z jej towarzyszką, jakże jej tam było…? A, zapominam. Uderzaliśmy z okazji, żeby nie dać się związać walką zbytnio. Trudna rzecz była, bo cholerni orkowie to żaden żart, wprawni to wojownicy. Ja żem trzech suki synów usiekł, ale kompani gorzej mieli. Poczęliśmy się cofać, ale wreszcie obie przedarły się na naszą stronę i poczęły kosić drabów odpowiednio. Egon pokręcił głową. – Ciekaweż, skąd ta horda się wzięła, toć to przecież nie Stirland… Mmm. Ciekawa, skąd bastardy się tu namnożyły. - Eee. Te talatajstwo jest jak chwasty, zawsze się gdzieś ulegnie. - Theo machnął dłonią, na znak, że tym detalem to by się za bardzo nie przejmował. A cała trójka słuchała relacji gladiatora z ciekawością wymalowaną na twarzach. - Ale to w samą porę przybyliście aby pójść w odsiecz naszej dzielnej milady. Winszuje odwagi i sprawności przyjacielu. Chociaż po tym co widziałem na arenie to aż żałuję, że nie mogłem tego oglądać. Zapewne zacne to było widowisko. - Niziołek zaśmiał się rubasznie, doceniając rolę Egona w tamtej walce. - Tą towarzyszka lady Froyi, to była Fanriel Złocista, z Morskich Elfów. Jest ich trochę i nas w mieście. - Jutta uprzejmie dopowiedziała kim była druga z zaatakowanych kobiet. - Czyli to też szlachcianka. To takie zacne z waszej strony. Dziś ludzie są tacy podli dla siebie. Tak rzadko można już trafić na kogoś o wielkim sercu. - Mira obdarzyła ich spojrzeniem jakby się wzruszyła. Zwłaszcza postawą Egona. - Ja żałuję, że mnie to ominęło. Ale jak wyszłam na pokład to oni już w łodzi byli prawie i brzegu. Ale walka to było co oglądać. - Annika westchnęła nieco smutno, że nie mogła brać udziału w tamtym starciu. - To musiało wyglądać bardzo emocjonująco. Dwie szlachcianki, w tym jedna elfka. Obie otoczone przez te zielone kreatury. No i wy jak tam do nich dołączacie. - Katja też była pod wrażeniem tej przygody. Uchyliła nieco zasłonę aby wyjrzeć na zewnątrz. - Już niedaleko, niedługo będziemy. - Oświadczyła im z uśmiechem. Powozem jechało się zdecydowanie szybciej i wygodniej niż na piechotę. Egon, węsząc okazję do ubicia interesu, powiedział, niby od niechcenia: – Rzekłeś, że szlachcice przydają się i że łatwiej jest, jeśli luda naszego pokroju takowych mają – wojownik zaczął. Pewne zyski były, owszem, jednak poza toporem, który Egon zyskał od Froyi van Hansen w zasadzie nie widywał się z nią. Zdało się, że przez pewien czas egzystowali obok siebie, Egon sobie, Froya sobie, zapewne zajęta - cóż, czym tam szlachcice jej pochodzenia mogli być zajęci. – Masz jakieś interesa, na których by można skorzystać, mając kontakt? – zapytał. – Zda mi się, że milady Froya mogła nawet i karkiem przypłacić rzecz, jeśli by tylko te cholerne dzikusy by ją dobrze podprowadziły. Wszak kiedy żeśmy uderzyli, były dość szczelnie okrążone. Jeśli byś jakie interesa do milady miał, mógłbym rzecz przedłożyć, a co, jeśli by wypaliło? - Interesy? Ja i Froya van Hansen? - Niziołek przez chwilę wpatrywał się w brodacza naprzeciwko. Po czym roześmiał się szczerze. Aż się z rozmachem trzepnął w kolano. To podziałało zaraźliwie i na koleżanki. One jednak zaczęły się uśmiechać ale bardziej się hamowały. Impresario w końcu się uspokoił. - Oh, bardzo bym chciał przyjacielu, bardzo bym chciał. Ja i Froya van Hansen. Albo w ogóle van Hansenowie. - Pokiwał głową, jakby już widział oczami wyobraźni te wszystkie interesy jakie by mógł robić z jedną z najznamienitszych rodzin w Neus Emskrank. - Ale jakby milady zaszczyciła nas swoją obecnością to byłbym wielce poruszony. Oczywiście gdyby wolała zachować taką wizytę w tajemnicy to zapewniam wszelką dyskrecję. Ona chyba lubi walczące kobiety? To moglibyśmy dla niej zorganizować pojedynek dwóch kobiet, gdybyśmy wiedzieli wcześniej, że milady nas odwiedzi. Albo walkę z orkiem. Mamy jednego. Szkoda, że nie więcej. Byśmy może wtedy mogli urządzić taką walkę jak opowiadałeś. O. Wtedy nawet te dwie wojowniczki mogłyby walczyć z tymi orkami jak milady i lady Fanriel. Ale niestety na ten moment mamy tylko tego jednego orka. Nawet myślałem ostatnio o tym aby rozszerzyć ofertę o jakichś orków czy zwierzoludzi. Przyznasz, że to mogłoby być ciekawsze niż takie zwykle walki między ludźmi. - Barwnie opowiadał o możliwościach jakie już ma a jakie jeszcze mógłby mieć, gdyby miał do dyspozycji więcej egzotycznych przeciwników. - Swoją drogą tą Fanriel też kojarzę. Znaczy czasem widziałem ją tu czy tam. Jak na elficką szlachciankę to jest całkiem skoczna. Skacze to tu, czy tam, na polowania w las jeździ. Rozmawiałem o tym ze znajomym co jest uczonym. Podobno ta żałoba po naszej ukochanej księżnej-matce dotyczy głównie nas, ludzi. Elfy to taka szara strefa. Z jednej strony niby powinny się stosować do naszych zwyczajów, z drugiej strony nie są poddanymi ani imperatora ani elektora więc niekoniecznie można im tak coś kazać. Zwłaszcza jak ta żałoba to nie jest twarde prawo a raczej zwyczaj. Może dlatego nasza milady z nią jeździ do lasu. Zawsze może powiedzieć, że tylko elfiej koleżance towarzyszy. - Niziołek rozgadał się o tych prawnych zwyczajach i ciekawostkach. Gdy koleżanka znów wyjrzała za zasłonę, Egon też dojrzał, że wjechali już w chaty osady. Więc brama zajazdu musiała być już niedaleko. Jeśli chodziło o Fanriel Złocistą, Egon miał co najmniej mieszane uczucia. Ba - elfce nie ufał, bowiem spodziewał się, że nożoucha dziewka, jeśli tylko bliżej zakręciłaby się w Neues Emskrank, mogłaby wywęszyć, że coś jest nie tak z nim tudzież z pozostałymi z jego otoczenia. Tak samo, jak Egon nie ufał magii, nie mógł nijak przemóc w sobie zwykłej nieufności dla nieludzi. Wszak kwestia wciągnięcia Froyi van Hansen w objęcia Theo mogłaby przynieść spore korzyści. Jeśli tylko szlachcianka van Hansen w jakiś sposób zechciałaby uczestniczyć w walkach na arenie lub jeno tylko je oglądać, Egon spodziewał się, że można by ją z czasem w znaczący sposób urobić – Kiedy będziemy w jej zamku rzeknę słowo – zgodził się wojownik, widząc, że brama zajazdu zbliżała się rychło. Niedługi czas był, żeby wysiadać.