Przejdź do treści
  • Sezon 2.1

    Zablokowany Rozgrywka import
    48
    0 Głosy
    48 Posty
    465 Wyświetlenia
    AbishaiA
    Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom. Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią. - Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.- Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.- Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.- Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.- Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.-
  • [Mag: Wstąpienie] Connect away

    Przeniesiony Archiwum import
    32
    0 Głosy
    32 Posty
    217 Wyświetlenia
    JhnWJ
    Mervi zdawała się nawet nie słyszeć Alisson. Patrzyła pustym wzrokiem na bawiące się w parku dzieci, na przechadzające się pod rękę pary, na siedzących na kocach znajomych. Patrzyła na to wszystko jakby znajdowało się w innym wymiarze, którego dotknąć nie mogła ani nie umiała... jakby było obcym światem. Widać było okropny ból w jej oczach, ale widać było jednocześnie coś, czego wcześniej tam nie było. Co wręcz z wściekłością chciało krzywdzić. - Sprawię jej ból. - odezwała się do Patronki tym lodowatym, poważnym głosem - Nauczę cierpienia, nauczę strachu. Maszyna je pozna. - mówiła przez zęby patrząc ciągle na rozgrywające się ludzkie relacje przed nią. - Nie rób nic przed czym musiałbym cię powstrzymać - powiedziała cicho Alisson, po czym po krótkiej chwili dodała - ani nie mów mi o niczym po dowiedzeniu się czego musiałabym interweniować. Mervi spojrzała na swoje dłonie próbując dusić wściekłość. - Robert nie zasłużył na to. Nie zasłużył na to cierpienie. - milczała chwilę - Ja powinnam... je zakończyć. Patronka dziewczyny w milczeniu przytaknęła głową. Chyba czuła… podobnie, a nawet przed chwilą sama coś podobnego… oferowała. Dziewczyna wzięła głęboki oddech, ale to nie pomogło odsunąć ucisku w gardle. Zacis , , .nęła dłonie, chcąc w ten sposób rozluźnić spięcje w całym ciele, choć coś jej mówiło, że nie będzie w stane. Położyła dłoń na dłoni Alisson i kiwnęła na znak, że jest gotowa. Młoda technokratka działała w tym momencie jakby automatycznie. Jej myśli kręciły się bez celu, trafiając odpowiednio jakby bez jej woli. Myślenie w tym momencie wydawało się drogą do samobójstwa... o czym szczerze myślała. Nie było już dla niej nic w tym życiu. Nawet nie zarejestrowała kiedy przesłała kody podane przez Odysa, wykonując sekwencję potrzebną w nawiązaniu kontaktu z tymi, których powinna unikać. Pajęczyna była tego dnia chłodna, jak chłodne były kalkulacje umysłu Mervi. Gdzieś na skraju pola widzenia przemykały kolorowe piksele, lecz była to w tej chwili dla niej całkiem pozytywna manifestacja wsparcia. Jedności celów ze swoim geniuszem. Wirtualni z którymi dzieliła sektor gdzieś zniknęli, jakby nie była to ich liga. Poza jednym avatarem. Wielki, szary, pręgowany kocur - wielkości sporego jamnika - przechadzał się właśnie po poręczy marmurowego mostu. Mervi pamiętała tą poręcz. W Unii nadzorowała dziesięć projektów mostów i kładek pieszych, dla żadnego nie mogło wprowadzić modyfikacji. Po prostu odtwarzali to co powstało, dawnych mistrzów - ale jakby oddzielając ich z czegoś. Jej projekt również był oparty na czymś co powstało, ale tylko na znanych stylach, budując na ramionach gigantów coś nowego. To była jej mała zemsta. Kot usiadł na poręczy i przekręcił głowę wpatrując się w nią swymi rubinowymi oczami. Nie mogła zeskanować jego ikony. Nie tylko kot obserwował. Mervi obserwowała też kota, jakby nie mogła się zdecydować jak na niego reagować. Cała jej istota zdawała się parować nie po prostu zimnem statyki, a czystą entropią. Niewypowiedzianą potrzebą zniszczenia, które mogłoby zaoferować jej ulgę. Własną nicość. Nie była pocieszona z widoku kota. Nie cieszyły jej takie dziecinne ikony. - Wiem, że był program. - odezwała się po dłuższej chwili nieruchomych obserwacji - Antropomorficzna zabawka uczyła kilkuletnie dzieci liczyć. - głuchy głos Mervi rozbrzmiał wokół - Nadawałbyś się do takich rzeczy. - Nie - kot otworzył usta, symulacja przekazała Mervi dźwięk, lecz pozostałe zmysły przebudzonej dostrzegły co innego, coś, przez co się zachwiała. Istna powódź bajtów, gigabajty danych nadpisujące okolice, pluginy wdzierające się backdorami do jej własnej ikony, hacki na otoczenie. Z przeciążenia sensorycznego otrząsnęła się po dobrych kilku chwilach. Wtedy też dotarło do niej co kot powiedział, nie było to samo “nie”. Mówił “nie jest bezpiecznie”. I spojrzała na kota który był zupełnie inną ligą niż ona. Nie wiedziała czy jej się to podobało. Nie powinna czuć się dobrze przebywając obok silniejszego od siebie zdrajcy, ale... ... zupełnie jej to nie obchodziło. Przeszukiwała swoje emocje, aby zobaczyć w nich... pustkę. Jakakolwiek troska o siebie znikła. Była pozbawiona emocji, jakby wszystkimi łzami wylała z siebie też uczucia, a szczególnie te dotyczące własnego przetrwania i dobrej kondycji psychicznej. - Odys mi podał te namiary. - odezwała się, gdy uporządkowała myśli po wywołanej sensorycznej powodzi. - Kłopoty - kot powiedział sucho - więc mała technokratka chce uciec z tego grajdołka? Czym nam zapłacisz? Mervi zmarszczyła brwi okazując emocję: irytację. - Namiary od Odysa wystarczą. - mruknęła twardo. - Nie zaszkodziło spróbować - kot wyprężył grzbiet przeciągając się - Hej, chybaś nie masz o to pretensji? - Kogo ty się spodziewałeś? Musiałeś wiedzieć, że kody od niego dostałam. - mruknęła ignorując pytanie, jakby dorosły był znużony pytaniami dzieciaka. - Naiwnego, zdesperowanego tostera - kot stwierdził brutalnie - ale widać dalej myślisz trzeźwo. To dobrze. Co chcesz osiągnąć poza wyjściem? Jak bardzo jesteś śledzona? Gówno uderzy w wiatrak przez samo twoje odejście czy jesteś tylko trybem? - Mają moją krew, mają wszystkie dane. - zaczęła zimnym, pozbawionym emocji głosem - Nie mają już nic na czym by mi zależało. - na chwilę pojawiło się niewielkie drżenie głosu - Muszę... - na chwilę załamały się słowa - ...coś zakończyć. - zacisnęła szczękę - Oni zniszczyli wszystko, co było mi ważne. Teraz nie ma nic, co by powstrzymywało mnie przed zabraniem im danych. Technokratka drżała z wewnętrznego stresu psychicznego. - Chcę maszynie pokazać ból i strach. Przekompilować na język, który zrozumie. - Zrozumiałem. Dostarczę ci programy niszczące infrastrukturę, skopiuj wszystko co chcesz i wgraj z tymi samymi otwartymi portami oprogramowanie. Mówisz, że jesteś na krótkiej smyczy? Mam pomysł jak to całkowicie zerwać, nawet jak będa mieli kopie, zmodyfikujemy cię. Wejdziesz do pajęczyny fizycznie. Kot zamilkł. Przekręcił głowę, wyglądał na zaskoczonego. - Dante daje gwarancję. Mervi powoli pokiwała na to głową. Szczerze nie interesowało ją co kod Odysa załatwił czy jak to wszystko owinęło się wokół Dantego. Wiedziała, że wciąż jej psychika była w strzępach, a zachowanie relatywnego spokoju wymagało od niej wiele wysiłku... który był w tym momencie nakręcany czystą złością i nienawiścią. W tym momencie chciała nawet by świat spłonął odczuwając każdą sekundę cierpienia, jakie i ona odczuwała. Nie wiedziała czy naprawdę jej zależy na życiu. Miała mętlik w głowie, a do tego sprzeczne myśli. Wiedziała tylko jedno. Chciała krzywdy Maszyny. - Nigdy tu nie byłam fizycznie. - stwierdziła wpatrując się w jeden punkt. - Dante daje gwarancję - kot powtórzył jakby nie do końca zapewniając Mervi, a raczej samego siebie - najlepiej jakbyś miała sprzęt digitalizujcy, ale z typowym VR też da radę. - Co mam zrobić? - zapytała nie wiedząc jak wchodzić fizycznie do Internetu... Nikt jej tego w Unii nie tłumaczył - Miałam za niską rangę by przekazano mi to... i takiego Geniusza. - mruknęła z jakimś zawodem w głosie. - Wysyłam ci już programy. Jak bardzo ci się pali? Akcja jutro? Pojutrze? Za tydzień? Kot zobaczył jak drżenie przeszło przez wizerunek technokratki, która wzięła głęboki oddech nim odpowiedziała. - Dziś. Kot znieruchomiał. Chyba jego maskownice mowy ciała nie działały do końca prawidłowo gdy komunikował się z kimś dalej. Trwało to kilka chwil. - Potrzebujemy godziny. Wysyłamy koordynaty połączenia. Jak będziesz gotowa, połącz się pod tamten sektor. Postaraj się za dużo przed wszystkim nie jeść, możesz wziąć lek na uspokojenie. Kot zawahał się. - To gotowe. Mogę mieć prywatne pytanie? Mervi spojrzała zmęczonym wzrokiem na kota. - Pytaj. - odparła cicho. - Co wisi ci ten stary pierdolnik Ulisses, że aż zagrzał najelitarniejszego? - Życie swojej przyjaciółki. - odparła. - Tej szajbuski? Technokratka pokiwała niemo. - Wszyscy jesteście popierdoleni - kot stwierdził sucho i zeskoczył z poręczy wylogowując się. Bajty danych powoli przegrywały się do ustawionej chmury. Mervi patrzyła na wzrastające procenty wykonania, które coraz bardziej przybliżały ją do zakończenia sprawy w jej życiu. nie rozważała jednak ich za bardzo. Była zbyt pochłonięta widokiem pistoletu jaki spoczywał w jej dłoni leżącej bez ruchu na kolanach. Usilnie próbowała panować nad potokiem myśli, jakie starały się szturmować jej umysł. Choć udało jej się wyciszyć wewnętrzny krzyk to jednak ciągle z tyłu głowy słyszała tylko jedno na tle dźwięku wystrzału. Winna. Winna. Czuła metaliczny zapach rozlanej krwi, jaka zdawała się przykleić tym zapachem do języka. Ból ściśniętego gardła towarzyszył jej cały czas, a nieruchome oczy z trudem powstrzymywały gromadzące się łzy. 97% Spojrzała w dół na trzymany w drżących dłoniach pistolet umazany krwią, która została przeniesiona przez jej dłonie. Pamiętała jak po oddaniu strzału tuliła silnie martwe ciało Roberta, którego krew plamiła ciało i ubranie technokratki. W tamtym jednym momencie chciała pozostać w tym miejscu wtulając się w Roberta i oczekiwać na przybycie śmierci. 98% Uniosła dłoń do twarzy i przesunęła po policzku rozsmarowując po nim krew Roberta. Zacisnęła mocno zęby walcząc z chęcią odwrócenia się ku niemu i powróceniu do przytulenia się w jego ciało. Ona go tak kochała... to wszystko zaczynało się układać... 99% Ponownie spojrzała na broń, jakiej widok zaczynał wypalać się w jej umyśle. Uniosła dłoń z bronią i oparła łokieć o biurko kierując lufę w stronę własnej głowy. Poczuła nagłą chęć pociągnięcia spustu, co dałoby jej spokój potrzebny jak powietrze. Dusiła się w tej kakofonii. Piksele obrazu rozmywały się od łez. 100% [image: 5.jpg] Prawie bezwiednie ponownie spojrzała do tyłu na Roberta i w bólu wydała z siebie płaczliwy jęk straty, z jaką nie mogła już sobie poradzić. Wysłane już zostało powiadomienie Wirtualnym, że zaraz się pojawi, ale... nie wiedziała już czy tego chce. Mijał czas, a ona wciąż czuła ciężar pistoletu w dłoni, a na monitorze mrugało powiadomienie o zakończeniu pobierania i pytanie o kontynuację procesu połączenia z Pajęczyną... A ona wciąż nie wiedziała. Gdy dotykała lufą do skroni uspokajając oddech przed naciśnięciem spustu ekran monitora nagle zwariował zastępując obraz ruchomymi liniami i artefaktami. Z głośników wydobył się przerażony wysoki dźwięk przeradzający się w niski ton. [image: e7c36c46fc59fc5eeea714e1f8d612ec.gif] Jeszcze chwilę Mervi patrzyła na szalony taniec pikseli nim opuściła broń i znowu spojrzała do tyłu na Roberta. - Pokażę Maszynie ból. Zrozumie strach. - zamknęła oczy - Dla ciebie, bo cię kocham. Odwróciła się na krześle i zakładając gogle VR nacisnęła polecenie kontynuacji. Alan zbladł wysłuchując raportu głównego analityka NWO w konstrukcie. Siedzący między nimi członek Iteracji X którego twarz już od wielu lat nie pamiętała grymasów emocji, krzywił nerwowo kącik ust. Alan westchnął ciężko. - Jak? - Skrajna bifurkacja modelu stochastycznego – analityk zaczął powoli, jakby ważąc każde słowo – moce obliczeniowe naszego konstruktu nie mogły zapewnić wystarczającej dokładności. Symulacje dla tego oddziału i tak prowadziliśmy z poczwórną standardową unormowaną precyzją CTO. Nie było śladu w modelach skokowej zmiany odpowiedzi. To maksimum jakie wyciąga nasz Konstrukt. - To skąd masz nowe symulacje? - Alan uciekł wzrokiem gdzieś w ścianę. - Twoje ostatnie raporty z terapii skorygowały standardowy błąd ewaluacji psychologicznej, zauważyłem niepoprawne dane. Wysłałem to tydzień temu do innego Konstruktu dysponującego większymi zasobami. Iterator zabrał głos nagle, tonem beznamiętnym. - Zniszczymy wszystkie raporty. Ja przygarnąłem Roberta, Alan dał ciała podczas indywidualnej oceny, człon analizy się nie popisał. - Nie możemy, Unia… Analityk zaczął pewnie tylko po to, aby przebudzony cyborg przerwał mu obcesowo. - Nie rozumiesz. Za nasze błędy oddadzą nas progenitorom jako materiał biologiczny najniższej klasy ostrożności. To jest błąd, i mnie chodzi o to, że dziewczyna ucieka i ukradła dane, niszcząc naszą infrastrukturę. To mogłoby doprowadzić do terminacji kogoś z nas, ale byłyby szanse. Nawet nie to, że błędne szacunki tak naprawdę doprowadziły do tego. Gradienty zagrożenia wskazywały tylko lokalne maksimum Roberta, lecz jego usunięcie spowodowało jej decyzje. Problemem jest to co zrobi potem. Tutaj – cyborg wskazał palcem końcowe zestawy danych oraz kompletnie zaburzony wykres. - Tutaj są same szumy i błędy numeryczne – analityk powiedział cierpko. - Nie – Alan ukrył twarz w dłoniach – jeśli jej nie zlikwidujemy w przeciągu anormalnie krótkiego czasu dewianci zyskają mistrza czasu. Co najmniej… Mimo porządnej konstrukcje tej dawno puszczonej (przynajmniej oficjalnie) stacji polarnej Mervi czuła nieprzyjemny chłód który zagłuszała ciepła herbata podana jej przez opiekuna tego miejsca. Przysadzisty egzarcha Nieniebiański Chóru był wieloletnim opiekunem tego miejsca oraz bardzo ciepłą i serdeczną osobą. Rozmawiali w trójkę. Ona, skrzywdzona Wirtualna Adeptka, ojciec Wiktor, opiekun przybytku, oraz przebudzony z którym tu przybyła… - Odys… - duchowny westchnął naprawdę zrezygnowany - ...on jest nie tylko w ciszy. On jest złamany, kompletnie złamaną duszą. Wyhodował niedźwiedzie polarne które są jak psy. Czasem! Magyą czasu przyśpieszył ewolucję i oswojenie. Jakby tylko marzył aby nagły wybuch paradoksu go zmiótł z tego padołu łez. Dopuszczając was do niego, biorę odpowiedzialność. - Wiem – Ulisses wyprężył się na krześle i upił łyka herbaty zerkając dyskretnie na minę Mervi – ale musimy to zrobić. Sądzę, że ta dwójka pomoże sobie nawzajem. - Już o tym wspominałeś. To jest za mało… - Wiktor, przyjacielu – Odys uśmiechnął się – nie wspomniałem ci o jeszcze jednym. On ma dług wobec Mervi. Będzie ją uczył. Ona stanie się jedną z bardziej wartościowych broni Tradycji w tej przeklętej broni. - To wirtualna… - Wiktor zmieszał się - ...przepraszam Mervi, nie chciałem aby to tak zabrzmiało. Może sam jestem do was uprzedzony, nie będę ukrywał… Ale najbardziej niepokoi mnie twój wiek. Będziesz mistrzem? Może nawet dalej? Podołasz, wiesz z jakiej gliny cię ulepiono? Nie zejdziesz ze ścieżki? Milczeli dobrą chwilę nim Ulisses przerwał to delikatnym głosem. - Tylko on ma klucze. Ja jej ufam. - Nie ma mowy – cyfrowy, humanoidalny kot prychnął w kierunku rtęciowego człowieka – w co ty mnie mixujesz Dante. Za żadne skarby na świecie. Jeszcze tych hermetyków wziąłeś na dokładkę. Kto to był, ten Tytalus? - Potrzeba nam wsparcia politycznego. Augustin Jean Feugarde, to zaufany człowiek. Mistrz u siebie, naprawdę porządny człowiek. Ma się nią zajmować z odległości. - Wiesz jak to brzmi? Najpierw pół Kryształowego Pałacu dostało sraczki, że wielki Dante prosi o przysługę, potem wyszło, że Mock N’ Death mieli długu u tego pojeba Ulissesa i to pośrednio na jego zawołanie ta cała akcja. A teraz jeszcze mieszasz mistrza wkijowdupców. To są dla mnie za wysokie progi. Muszę wiedzieć o co chodzi. - Przecież i tak bym ci powiedział – rtęciowy człowiek przysiadł na bloku danych – dziewczyna uciekała z Unii. Nasi zorganizowali przerzut przez pełna digitalizację, wulgarne straszne. Miała ze sobą dane, upload na chmury lustrzani zablokowały. Dowiedzieliśmy się o tym już w Pajęczynie. W walce przepaliło wiele sektorów, kilka sam upaliłem aby zatrzeć ślady. Dziewczyna ma dane unii. Petabajty danych, królestwo… Zaszyfrowała je swoim avatarem gdy było gorąco. Zrobiła to chyba mniej lub bardziej celowo. Teraz leży w śpiące, ale wyjdzie z tego. - Biorę ją. - Szybko się zgodziłeś, Joel. - Wiem – kot mruknął – ty chyba wiesz też czemu. - Bo dane są ważne. - Tam dane – machnął kocią łapą – skoro wykręciła taki numer z waszą ucieczką, Ulisses miał u niej dług, a teraz wszyscy wokół niej skaczą, to z tymi danymi też zrobi nas wszystkich na szaro. Ona ma cholerny talent, może nawet większy niż ty. I nie jestem najlepszym nauczycielem. Ale jestem lepszy od was aby nie stała się potworem. Też mam swoje źródła, mój mentor był w Unii. Wiem co tam się wydarzyło. Ona potrzebuje ciepła. - I ty niby jej dasz to? - Tak – kot pociągnął wąsami – bo w waszej lidze… Sam wiesz jak to jest. Wiedzieli. Była już z Jonathanem pół roku w lodowej pustelni pełni książek, kiszonek oraz z przesympatycznymi domowymi niedźwiedziami polarnymi – trójką niedźwiedzi zachowujących się jak kochające psy, które co róż przynosiły im mięso foki – ich główny składnik diety. Przez ten czas nie odzywali się do siebie. To znaczy Mervi czasem coś mówiła, ale hermetykowi paradoks odebrał Słowo. Mimo to, z trudem, przekazywał jej wiedzę. Zrobił to chętnie, bez namawiania. Gdy pierwszy raz ją zobaczył, był przekonany, że adeptka chce go zabić – i nie bronił się. Dzisiaj siedzieli popijając faktyczne piwo z nietoperza. Mervi chyba upiła za dużo. Za dużo rozgadała się. I do do Jonathana, co do którego płonęła w nie nienawiść. I trochę współczucie. - ...więc tak odszyfrowałam te dane. Uderzam w unię, pomaga mi w tym moja fundacja. Myślą, że jestem genialną hackerką, a ja po prostu wyciągam zachowane dane, czasem muszę coś aktualizować. Patrick jest nieocenioną pomocą, ale też inni dają radę. Chyba znalazłam swoje miejsce na ziemi. Prawie – zacisnęła pięść – mogę się z tym wszystkim pogodzić. Prawie. Jonathan podniósł dłoń. Jeden palec. Mervi chyba rozumiała. Jeden przypadek. Jeden raz, nie więcej. Pogodzić się ze sobą. Chociaż zdawali sobie sprawę, że razem pokonają pewne ograniczenia. - Dobrze. Kaleki hermetyk odjechał wózkiem aby nalać kolejny kufer piwa. Czas mierzy się mocą. Klucz do uniwersum w jej dłoniach. Spodziewała się odwiedziny kogoś pokroju takich osób Sh'zar. Nic nie nastąpiło. Nie wiedziała czy to temu, że udało się jej perfekcyjnie czy temu, że nic jej nie wyszło. Ale zrobiła to. Przez moment była zegarem zegarów, czasem dla czasu. Odrobinę młodszy od Mervi chłopak wyglądał na zakłopotanego. - Robert? - A co? - zapytał podejrzliwie, lecz ona już widziała. Właśnie entropijne algorytmy wżerały się w systemy unii. Nie trzeba było do tego wiele, wszystkie oscylatory kwantowe mieli zepsute, żadna ramka danych nie potrafiła być poprawnie zsynchronizowana gdy lokalny czas wszystkich układów był przesunięty wobec siebie. „Coraz bardziej staję się one trick pony jak J.” - pomyślała. Uśmiechnęła się do Roberta i skradła mu pocałunek. - Poszukaj mnie – powiedziała ogłuszając go uderzeniem z irlandzkiej szkoły. Dziś Unia nie dotrze do nowego przebudzonego. Nowy członek fundacji Nowego Domu (przyrzeczonego z odrodnego Białego Domu) siedział w sali wspólnej jeszcze nie do końca nawykły do nowego otoczenia. Student Wirtualnych Adeptów, utalentowany, ale jednak sierota – któremu brakowało chociażby materiałów z teorii sfer – był trochę podenerwowany. - Nie spinaj się – Sameul powiedział z typową dla siebie energiczną manierą – nawet nie wiesz jak trudno było odzyskać tą dziedzinę. Najpierw biegaliśmy za niedobitkami fundacji, a potem razem stwierdziliśmy, że będziemy szachować radę. Przez moment myślałem, że będą nas szturmować. - To nie brzmi jak coś co miałoby mnie uspokoić. Pierwszy raz jestem w dziedzinie umbralnej. - Po prostu twoja mentorka, jak wy to mówicie, jest elitarna w kosmos. Zaraz pewnie wrócą z Patrickiem, takie tam sprawy mistrzów tradycji… Dalej Robert już nie słuchał. Gdy zza rpgu białego, architektonicznego cuda wyłoniła się twarz Mervi, a ich wzrok spotkał się… ...ich dusze się już rozumiały.
  • Sezon 1

    Zablokowany Rozgrywka import
    76
    0 Głosy
    76 Posty
    519 Wyświetlenia
    ZellZ
    [image: lUIJIjQ.png] Wieści uderzyły Ann jakby obuchem w głowę. Czuła zagrożenie czające się przy Cyrilu, a w pewnym momencie wręcz zaczęła panikować. Chciała rzucić wszystko i wrócić w jednej chwili do Nowego Jorku, uratować Cyrila.William musiał powstrzymać dziewczynę oszalałą z wypaczonej miłości. Tłumaczył jej jaka to byłaby bezsensowna podróż, że mogłaby tylko doprowadzić jego wrogów do niego samego. Ann uspokoiła się tylko temu, że to okropne uczucie odeszło... ale wciąż wiedziała, że Tremere istnieje, jednak szczegóły ja ominęły. ...póki nie zjawił się wysłannik Księcia. Dziewczyna patrzyła otępiała na dokument z wyrokiem na siebie (żadne ładniejsze nazywanie nie zmieniało faktu czym to tak naprawdę było). Nieruchomo słuchała opowieści posłańca czując irytację, a w końcu złość, gdy przekazał jej fiolkę i list od Cyrila. Zależy mu na ich więzi... Oczywiście, że zależy mu na utrzymaniu swojej własności na łańcuchu. Wiedział, że ona wypije jego krew, ona też o tym wiedziała. Gdy ściskała w dłoni fiolkę to czuła podekscytowanie i wiedziała, że nic na to nie poradzi. Nie umiała się uwolnić i nie chciała... choć chciała niedawno... Siedziała na posłaniu wpatrzona w fiolkę leżącą na zwiniętym wyroku. Wiedziała, że niczym nie zawiniła, że nie zasłużyła na karę. Nie przyłożyła palca do całej sprawy, a oni jej odcinali całą rękę. Czuła wściekłość na Cyrila, na Księcia, na Primogenów, który głosowali przeciw Tremere... bo jednocześnie głosowali przeciw niewinnej Ann. Czterdzieści lat? Tyle istniała, włącznie ze śmiertelnym czasem! Dla nich to mogło być nic, ale dla niej to był wyrok śmierci społecznej. Już cierpiała z powodu braku klanu, ale teraz pozostawała uwiązana wolą Cyrila w Stillwater, bez szans na stworzenie znajomości, partycypowania w świecie Spokrewnionych. Za te lata będzie tym samym nic nieznaczącym kundlem, za którym będzie ciągnął się niesprawiedliwy wyrok wskazujący, że jest tylko niewolnikiem krwi. I nawet nie została określona w wyroku imieniem i nazwiskiem, a tylko imieniem... jak nic nie warty niewolny kundel. Szlag by tego Ventrue! Nie wypiła jeszcze Vitae, nie w tej sekundzie. Najpierw zadzwoniła do Eleny: podziękować. Wiedziała, że gdyby nie Toreadorka to Cyril nie przetrwałby następnej nocy. Dziękowała jej po stokroć, choć nic nie mogła jej sprezentować, bo i nic nie posiadała. Obiecała, że u niej się pojawi, gdy... dojdzie już do siebie. Nie chciała narażać Eleny na swoje wahania nastroju, jakie teraz by miała. Musiała ustabilizować się wpierw. Jeszcze tej nocy zawitała w Róży, prosząc o żywy posiłek... posiłek po ostrym doprawieniu. Meta, amfa, może hera. Miracella zobaczyła, że Ann jest w ostrej rozterce i choć nie znała szczegółów to tym razem nie naciskała na bezklanową i jedynie zapisała duży rachunek na konto Williama. Wiedziała, że naćpana Ann będzie jeszcze tu nocować, więc dorzuciła opłatę za pokój do rachunku. Następnego dnia wyjaśniło się wszystko. Ann nie zależało, kto by się nabijał z jej nieszczęścia, jak i nie zależało, że nawet Lukrecja tego nie robiła. Wiedziała, że Caitiffka chce wrócić do Nowego Jorku, jak i ona. Czuła nienawiść, jaką dziewczyna roztaczała. Wybrała milczenie. [image: K83nHlA.png] Dwa dni później Ann zniknęła. Wystarczyło by wypiła krew Cyrila, aby udała się do miasta... i nie wracała. Zaniepokojony William trzeciej nocy pojawił się w Nowym Jorku, by ją odnaleźć i odwieźć do miasteczka. Jak przypuszczał znajdowała się obok siedziby Tremere. Z tego co zrozumiał siedziała przed nią nieruchomo, czasem otoczona cieniami, nie polująca. Siedziała i patrzyła w mury. Gdy próbował ją zabrać, ta stawiała się mu, nie chciała by ją zabrał. Krzyczała jak nienawidzi Księcia, jak nie rozumie czemu została ukarana. Że William nic nie rozumie i ją krzywdzi. W końcu Toreadorowi udało się ją zabrać i musiał cierpieć jej uporczywe milczenie pełne bólu. Relacje z Nadią ostygły. Ann nie miała ochoty spotykać się z nią i choć zyskała swój własny dom, to nie uśmiechało jej się iść do biblioteki. Widziała w Nadii Palafoxa, wobec którego pałała nienawiścią za próbę skazania Cyrila na śmierć. Odseparowała się od wszystkich, woląc samotnie przebywać w mieszkaniu.z dala od innych, jedynie dwa razy w miesiącu jadąc do miasta albo do Eleny, ale w większości by siedzieć naprzeciw siedziby Tremere... ...i gadając do siebie...? END OF CHAPTER ONE [image: lUIJIjQ.png]
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    Rozgrywka import
    220
    0 Głosy
    220 Posty
    1k Wyświetlenia
    CioldanC
    Przez większość rozmowy Duivel milczał, pozwalając Thiemo prowadzić - to jego miasto, jego znajomy, jego prawo do pierwszych pytań. Elf siedział przy stole, w kapturze, przytakując tam, gdzie wypadało, czasem rzucając krótkie "mhm" albo "rozumiem", nie przerywając wspominkom o dawnych czasach ani żalom piekarza. Obserwował za to uważnie twarz Alberta - te małe rzeczy, których słowa nie zdradzają. Drżenie rąk. Spojrzenie rzucane w stronę drzwi za każdym głośniejszym dźwiękiem z ulicy. Dopiero gdy Albert skończył swoją przygnębioną tyradę o czekającym go losie, a Thiemo chwilę siedział w milczeniu, Duivel się odezwał — Albercie — zaczął spokojnie, rzeczowo, bez zbędnych wstępów — ludzie z twojej ulicy. Sąsiedzi. Wszyscy się pochowali, tak jak ty? Czy ktoś jednak wyszedł, nie wrócił, zniknął, przyłączył się do buntowników? — chciał wiedzieć, czy strach zamknął wszystkich w domach, czy może ktoś już padł ofiarą tego, co działo się w mieście. Zawiesił na chwilę wzrok na piecu, jakby dopiero teraz zauważył wygaszony żar. Odsunął kaptur do tyłu, odsłaniając twarz i uszy - nie było już sensu tego ukrywać przed kimś, kto wpuścił ich do własnej kuchni i podzielił się ostatnim chlebem, po czym wrócił do pytań. — A ci najemnicy. Ci od tej "ruchawki". Wiesz, skąd byli? Ilu ich mogło być? — nachylił się lekko nad stołem — I to ważne - widziałeś wśród nich kogoś w szatach maga? Albo słyszałeś o czymś takim? Czy tylko miecze i topory? Wyczekał w spokoju na odpowiedź, pozwolił wtrącić Thiemo swoje trzy grosze, a następnie przeszedł do kolejnych pytań, jakby układał już w głowie mapę miasta. — Dym, jaki widzieliśmy od strony świątyni, z murów — wiesz, co się może palić w tamtej okolicy? — zmarszczył brwi — no i zwierzoludzie. Widziałeś jakieś rogate bestie w mieście, czy to tylko ludzie przeciwko ludziom? Ostatnie pytania zadał już nieco ciszej, jakby świadom, że dotyka najbardziej niebezpiecznego gruntu. — Została tu jeszcze jakaś straż miejska? Ktokolwiek, kto by się bronił albo organizował opór? — spojrzał Albertowi prosto w oczy — I czy wiesz, gdzie mogliby teraz siedzieć ci, co tym wszystkim dowodzą? Czy to obrońcy miasta, czy co najemnicy, czy ktokolwiek inny. Gdy piekarz skończył odpowiadać, Duivel skinął głową, jakby układał sobie w głowie te informacje na później. Wstał, sięgnął po rękę Alberta i uścisnął ją mocno, po żołniersku. — Dziękuję. Za chleb, za wino, za to, że w ogóle otworzyłeś drzwi. — powiedział to bez cienia ironii i bez żadnych swoich uśmieszków — Nie poddawaj się jeszcze. Za nami idzie cały regiment, nie tylko garstka zwiadowców. — elf zrobił krótką pauzę i wskazał na drzwi — Zamknij się z powrotem na klucz, zarygluj - jak wyjdziemy. I miej nadzieję. Odwrócił się do Thiemo, gotowy zdecydować, co dalej - czy wracać do bramy z tym, czego się dowiedzieli, zanim kuraki wystygną, czy spróbować jeszcze przecisnąć się bliżej Żelaznej, żeby dojść do brata Thiemo.
  • Kultyści - Lato 2519

    Rozgrywka import
    329
    1 Głosy
    329 Posty
    2k Wyświetlenia
    SantorineS
    Egon wyciągnął chustę podarowaną przez van Hansen. – Spójrzcie, to jest wdzięczność milady Froyi – rzekł, mając nadzieję, że chusta zrobi jeszcze większe wrażenie.. – Milady zaprosiła nas do swego dworu, aby wynagrodzić nas potem. - Medyka? Na barce? A kogo stać na medyka? - Wagner zdziwił się, takim pomysłem. Ale jednak na tym nie poprzestał. - Ale jakieś bandaże to się znajdą. Zobaczę jak ich się da poskładać. No rzeczywiście nieźle was te orki pocięły. - Szyper podszedł do tej najbardziej poranionej trójki jaka siedziała lub leżała na belach materiału albo skrzynkach. Posłał jednego z marynarzy pod pokład. - I lady Froya zaprosiła was do siebie? Wszystkich? Cóż za wspaniała i życzliwa kobieta. Potrafi okazać wdzięczność. - Mytniczka przygryzła wargi i pokiwała głową ze zrozumieniem. Ale miała minę jakby się zaraz miała rozpłakać ze złości i żalu na wdzięczność lady van Hansen jaka ją ominęła. - Ja tam wolę jak mi kobiety okazują wdzięczność w inny sposób. Na kolanach albo na czworakach. Pode mną też może być, łaskawy i wyrozumiały he he jestem. - Silny mruknął poufale do Egona. I widocznie słowa zaaferowanej celnik całkiem inaczej mu się skojarzyły. Buurgund trzepnęła go ostrzegawczo w ramię aby się pohamował. - Wieczorem będziesz miał okazję z nią się tak pobawić. Sam mówiłeś. - Przypomniała mu co niedawno mówił w szalupie. - Dobra, dobra. - Łysy machnął niedbale ręką, jakby na razie sprośne żarty mu wystarczały. - Nasza Martin robiła co mogła i nawet zdjęła parę gobasów. Ale to daleko jak na łuk było, wysoko trzeba było strzelać aby któregoś trafić. - Gezackt był w podobnej sytuacji jak Jutta i nie mógł się osobistymi sukcesami pochwalić to chociaż wskazał na szczupłą łuczniczkę ze swojej bandy jaka strzelała do zielonoskórych. - Starał się. No i musiałam uważać aby nie trafić którejś z nich albo was. Nie widziałam, że to szlachcianki. - Blondynka wywołana do odpowiedzi, przyznała rację hersztowi chyba zdawała sobie sprawę, że jej udział w pokonaniu zagrożenia był dość niewielki. - Już! Już mam! - Przybiegł ten marynarz posłany przez szypra i pomachał rolkami jakiegoś płótnia. Nie były to gotowe bandaże ale można je było z tego zaimprowizować. - Ale Astrid to nie godzi się tak publicznie obnażać. Przecież to szlachcianka. Jutta pomogłabyś mi się nią zająć? - Burgund chytrze podeszła i szypra i celniczkę. Rzeczywiście wśród poważnie rannych blondynka z północy była jedyną kobietą i aby ją opatrzyć pewnie by trzeba zdjąć chociaż górę jej sukni. Marynarzy i najemników to na chwilę skonsternowało ale brunetka nie wahała się ani chwili. - Oczywiście! Zrobię co tylko się da aby pomóc tak dzielnej kobiecie co stawała razem z mężami! - Zapewniła gorliwie i szybko złapała jedną rolę od Wagnera. - Egon? Możesz wziąć Astrid i zanieść do jej kajuty? - Łotrzyca poprosiła kolegę naturalnym tonem ale z błyskiem złośliwej satysfakcji w oku. Bo zapowiadało się, że będą mieli w kajucie taki skład jaki planowali niedawno w łodzi. A Jutta wydawała się jeszcze bardziej przejęta i chętna do współpracy niż początkowo wyglądało. - Ładna ta chustka. To od tej szlachcianki? No tak, słyszałem, że one lubią takie rzeczy. Zwykłe dziewczyny też takie mają no ale nie takie drogie. Ale, żeby szlachcianka komuś nie ze szlachty dała… - Gezackt przyjrzał się kawałkowi jedwabiowi w sękatej łapie gladiatora i był pod wrażeniem. Chustki nosiły i zwykłe mieszczki ale lniane a nie jedwabne no i nie tak starannie obszyte koronką i raczej bez inicjałów. - Ja znam szlachcianki co dają nie tylko chustki. Ale z każdej strony i nie marudzą, że je głowa boli. - Zaśmiał sie chrapliwie łysy mięśniak i spojrzał porozumiewawczo na Egona i Burgund co stali najbliżej. Ale na tyle cicho, że reszta chyba nie usłyszała. - No ładna. Moja pani też ma podobną. Ma ich kilka. Ale nie widziałam aby komuś dawała. - Annika też zainteresowała się chustką Froyi. Przesunęła po niej palcami i wywołała jeszcze większość wesołość u silnego bo właśnie jej pani znana była w kulcie z dawania ale nie chustek. Burgund znów go spiorunowała wzrokiem aby się pohamował. - A ja słyszałem, że w dawaniu najlepsze są Bretonki! - Zarechotał Szybki, chociaż raczej nie słyszał tej szeptanej rozmowy. To wywołał falę dzikiego śmiechu u prawie wszystkich, zwłaszcza u Silnego. Łotrzyca przewróciła oczami ale też się uśmiechnęła. - Na dawanie od naszej Bretonki to będzie trzeba poczekać do powrotu. A teraz chodżcie zająć się Juttą. Też przecież potrafi dawać i to nie chustki. - Skinęła na Egona, żeby ruszyć do Astrid i Jutty. Mytniczka stała przy Norsmence i troskliwie dopytywała się gdzie ją najbardziej boli. Egon stwierdził, że jeśli szło o opatrzenie ran, to więcej już zdziałać nie mogli. Felczera ani jakiegokolwiek mistrza wprawnego w medycynę zaiste na statku uświadczyć nie mogli, a płótna, które posłużą do zatamowania krwawienia musiały wystarczyć. Niewiele też było tego czasu na leczenie dla ferajny, która, bądź co bądź, zebrała całkiem niezły łomot od zielonoskórych. Wydawało się, że z tego wszystkiego jeno on, Rune i Silny wyszli w miarę w jednym kawałku. Sprawiło to, że przepełniła go duma, bowiem prawdziwi czciciele Pana Krwi dali sobie radę w bitce. Jedynie gdyby jakoś udało się wyłuskać zielonoskórych z lasów i przekabacić ich na swoją sprawę… No. Ale czas na knowania zostawił na później. Puściwszy uwagi Silnego pomimo ucha (wdawać się w gadaninę nie chciał, coś zepsuć mógłby jeszcze), rzekł: – Chodźże, Astrid. Całaś poobijana przez te zielone bestie – Egon użyczył ramię dziewczynie i podniósł ją, po czym począł zmierzać do kajuty. Łysy kamrat poklepał go na pożegnanie po plecach i na razie darował sobie sprośne uwagi. Gladiator zaś podszedł do blondwłosej córki jarla. Musiał się nachylić aby mogła objąć jego szyję. A potem dostosować się do jej kuśtykania. Przed nimi szły Jutta z Burgund. Mytniczka otworzyła drzwi do burtowej nadbudówki a łotrzyca do kajuty. Tutaj Egon był po raz pierwszy. Okazało się, że portowy zbir miał rację i to była klitka. Składana na ścianę prycza na jakiej musiał ostrożnie położyć Astrid. Parę prostych wieszaków na ścianie i prosta szafa w kącie. Składany na ścianę stolik i mały stołek. Sufit był tak nisko, że taki rosły mąż jak on to prawie o niego zawadzał głową. Kobiety były niższe no i nie tak masywne, to im było lżej. Ale we czwórkę to i tak zrobiło się trochę ciasno. Burgund weszła ostatnia i uśmiechnęła się gdy zasunęła skobel w drzwiach aby nikt im nie przeszkadzał. - To będę ci musiała zdjąć tą suknię Astrid. - Zelnik powiedziała przepraszająco i życzliwie do siedzącej na pryczy Norsmenki. - No to zdejmuj. - Blondynka nie robiła przeszkód. Więc Jutta usiadła przy jej boku i zaczeła majstrować przy tych wszystkich sznurkach i zapięciach. Burgund usiadła u drugiego boku Astrid i zaczęla jej pomagać. Po chwili obie wysunęły ramiona skald z sukni i ta nieco się skrzywiła z bólu i wstrzymała oddech. Pojawiła się biała koszula na jakiej wyraźnie widać było dwa krwawe zacieki, tam gdzie orcze ostrza przebiły się przez jej skórznię. Koleżanki ją też zdjęły i pokazał się nagi, kształtny tors Norsmenki. Jutta zaczęła przemywać rany szmatką a łotrzyca cięła płótno aby przygotować opatrunki. - Byłaś bardzo dzielna Astrid. Ustałaś razem ze swoimi przyjaciółmi. Widziałam. Jak Lars oberwał i wrócił do łodzi to już się bałam, że was te orki ogarnął. Bo tak dużo ich było. No a ty mu pomogłaś dojść do łodzi. Już się bałam, że najwyżej waszej dwójce się uda do nas wrócić. Ale potem jak Egon się uporał ze swoimi trzema to pomyślałam, że może nie będzie tak źle. - Jutta dalej była przejęta ale chciała zaznaczyć, że nawet jeśli nie widziała wszystkich detali walki, to całkiem uważnie ją obserwowała i trzymała kciuki. - I kto by pomyślał, że to była lady Froya i lady Fanriel. Ja je parę razy widziałam w porcie albo na mszy. Ale oczywiście nigdy z nimi nie rozmawiałam. Oj szkoda, że z wami nie popłynęłam. I jeszcze was milady zaprosiła do siebie. - mówiła szybko ale zdołała przemyć rany i teraz bandażowała zraniony bark pieśniarki sag a łotrzyca mniejszą, na jej boku. Astrid przyjmowała te zabiegi z godnością a to, że miała biust na widoku, wcale zdawało jej się nie przeszkadzać. Zdawało się, że plan wymyślony przez Egona i Burgund toczył się swoim własnym torem. Było dobrze, ale wszak jeszcze nie wszystko dopełniło się tak, jak miało. Egon w drodze pod pokład zastanawiał się, jak to rozegrać? Ostatecznie jednak postanowił ryzykować po odpowiednio pieczołowitym wydupczeniu Jutty, stare porzekadło zasłyszane ongiś na szlakach Middenheim bowiem mówiło, że zaspokojona kobieta będzie bardziej spolegliwa, niż gdyby chuć nadal ją trapiła. Być może wizja wkupienia się w łaski milady mogła przekabacić Juttę? Cóż, zdawało się, że w przypadku Astrid tak już się stało. – Ja i lady Froya van Hansen przyjaciółmi jesteśmy – rzekł Egon w przestrzeń, to do Jutty, to do Astrid wreszcie. – Chusta to jej znak. Wszak jednak pomagasz nam, Jutto, te rany zadane przez zielone diabły zaiste okrutne! Rzeknij no, widzę, że coś nieco znasz się na tym medykowaniu albo i opatrywaniu ran, toś tak jakby pomagała i samej milady. Astrid także dała odpór przeciwnikowi. Dobrze, że nam pomagasz. Zagaił wstępnie, licząc, że w prowadzeniu rozmowy pomoże mu Astrid tudzież Burgund. - Znasz lady Froyę? - Mytniczka aż odwróciła ku niemu swoją kasztanową głowę, tak ją zdziwiło oświadczenie gladiatora. W końcu milady była jedną z najbardziej rozpoznawalnych rodów w ich mieście. A gladiator na szlacica nie wyglądał. Raczej na zwykłego żołnierza czy najemnika. - Egon poznał lady van Honsen zeszłej zimy. Zresztą sam ci może to opowiedzieć. - Burgund rzekła to jakby chodziło o jakąś rutynową błachostkę. Sama właściwie już skończyła zakładać opatrunek blondynce i zaczęła głaskać jej odkrytą pierś. - Ja ją dopiero poznałam. Ale wiele o niej słyszałam wcześniej. Bardzo chciałam ją poznać. Cieszę się, że mogłam walczyć u jej boku. I, że poznam ją jeszcze lepiej po powrocie. Może uda mi się ją dołączyć do sagi o nas i naszych przygodach? A teraz to też widziałam, że milady rozmawiała najwięcej z Egonem. Chyba widziałaś to z burty? - Astrid na wpół leżała w poprzek pryczy. Dotyk rudowłosej wcale jej nie przeszkadzał. A sama zaczęła głaskać udo mytniczki. - No tak. Widziałam. Po walce. Jak z wami rozmawiają. Tylko wtedy nie wiedziałam kto to jest bo nie było tak dokładnie widać. - Brunetka pokiwała głową, że sporo z tamtej niedawnej sceny mogła obserwować nawet jeśli nie słyszała o czym rozmawiają. - I pewnie, że ja bardzo chętnie pomogę przyjaciołom milady. Teraz też bym popłynęła razem z wami. Ale no bogowie! No ja nie wiedziałam, że to one walczą z tymi goblinami! A tak a brzegu to już trochę poza moją jurysdykcją! Ale dla milady i jej przyjaciół to bym poszła! - Celniczka znów wydawała się, żałować, że przed akcją o włos się rozminęła ze swoim przeznaczeniem do zostania przyjaciółką milady. - Ja nie chcę nic mówić. Ale ja też się nieco znam z lady Fanriel. - Burgund tak samo jak przed chwilą kolega, teraz wspomniała imię nastepnej szlachcianki. I Jutta zareagowała podobnie zaskoczonym spojrzeniem. - Znasz lady Fanriel? - Na co łotrzyca pokiwała głową i leniwym uśmieszkiem. Już całkiem bezwstydnie zaczęła się bawić piersią koleżanki. - Poznałam ją w teatrze. Na pewnym przedstawieniu jakie tam ostatnio się odbywało. Widziałam, że bardzo jej się podobało. Ale się wcale nie dziwię. Wspaniali i bardzo utalentowani aktorzy tam występowali. Też mi się bardzo podobało. Aż nie wiem czy bardziej wolałabym je oglądać czy występować. Nawet chwilę zdarzyło mi się porozmawiać z lady Fanriel no ale wiecie. Nie chciałam jej się narzucać a w końcu ona poszła z kim innym. Zresztą Egon też tam był. - Łotrzyca mówiła z lekkością zawodowej plotkary jaka mówi co dziś rano widziała na targu. Chociaż sprytnie opisała wieczór w teatrze z zeszłego tygodnia. Na tyle enigmatycznie, że brzmiało jak jakieś nobliwe przyjęcie dla elity tego miasta. I znów udało jej się wplątać kolegę, że wyglądało jakby miał tam swoje znajomości. I rzeczywiście Jutta znów obdarzyło go wyczekującym spojrzeniem. A Burgund zaczęła rozpinać górę swojej sukni. – Znam lady Froyę van Hansen z czasów, kiedy wespół, we trójkę ubiliśmy trolla z pewną dziewką z północy – Egon ciągnął, pewien, że zabicie trolla zeszłej zimy pewnikiem stawi go w dobrym świetle. Tu zrobił na chwilę pauzę, pozwoliwszy Burgund wyrzec, co jeszcze miała co do rzeczy. – Jeśli rada byś do nas dołączyć do milady, to przecie okazja się jeszcze nadarzy – rzekł Egon z krzywym uśmiechem, dotykając ramię Jutty. – A i interes ubić na tym będziesz mogła znaczny, bo każdy, kto jest towarzyszem milady prosperuje… Widzisz? Ten topór, prawdziwe dzieło sztuki, żem dostał od niej samej. Ciekawa to rzecz, milady dała mi topór i topór powrócił, żeby ją ochronić… Mmm. Wojownik zamilkł raz jeszcze, sam nieco zdumiony, jak sprawy się ułożyły. – Mogłabyś do nas dołączyć podczas podróży do dworku – rzekł wreszcie. – Rzekniemy, żeś doglądała mnie i Astrid, boś widzę, że niby z ciebie mytnik, to palce masz wprawne – zaśmiał się. – Co rzekniesz? Może los ciebie ominął jeno raz, ale już drugi raz ty musisz zdecydować. I tym razem zamilkł po raz trzeci, pozwoliwszy Burgund i Astrid odegrać swoje role. Celnik rzeczywiście z ciekawością przyjrzała się toporowi jakim wojownik niedawno rąbał orki. Wciąż widać było ich juchę tu i tam. Brunetka była na tyle zaaferowana tym pokazem i jego słowami, że jak znów odwróciła się ku koleżankom to Burgund już zdążyła zsunąć górę swojej sukni. I jej pełny, jędrny biust od razu wpadał i kusił oko. - Burgund co ty robisz? - Mimo wszystko trochę to musiało zaskoczyć szatynkę. Chociaż nie wyglądała na speszoną. W końcu ostatniej nocy zintegrowali się nawzajem całkiem mocno. - To stary norsmeński sposób. Jeśli nadobna niewiasa jest w negliżu i czule dba o rannych wojowników to jest im przyjemniej i szybciej wracają do zdrowia. - Astrid bez wahania odpowiedziała za rudowłosą. I tak naturalnym tonem jakby to była prawda. Czy była to Egon nie wiedział, wcześniej tego od nikogo ze swoich norsmeńskich kamratów nie słyszał. Ale widział jak łotrzyca znów nie dała pukać okazji dwa razy. - Mnie bardzo ale to bardzo zależy aby Astrid jak najszybciej wróciła do zdrowia. - rzekła i płynnie stanęła na podłodze. Z kocią gracją pokonała ostatnie zapięcia sukni i ta zsunęła się po jej zgrabnych nogach do jej stóp. Została już tylko w pończochach i bieliźnie. Co prawda nie jedwabnych jakie używały szlachcianki ale jak na mieszczkę to całkiem ładne. I dobrze podkreślały jej sylwetkę tancerki. Blondynka pokiwała głową z aprobatą i spojrzała na celniczkę wyczekująco. - Nie no… Ja też chcę aby Astrid jak najszybciej wróciła do zdrowia. Tylko wcześniej nie słyszałam o takiej tradycji. - Szatynka uśmiechnęła się i zaczęła rozpinać swoją górę. Na co obie kultystki uśmiechnęły się a łotrzyca puściła koledze psotne oczko. - Ojej i naprawdę byście mnie przedstawili milady? Jak wrócimy do miasta? - Jutta podniosła głowę aby po kolei spojrzeć na każde z ich trójki. Już zaczynało widać jej odkrywający się dekolt. A rudzielec minęła kolegę i uklękła przy jakimś worku i zaczęła czegoś w nim szukać. Więc chwilowo Egon widział głównie jej pochylone, nagie plecy. - Ja też zawsze chciałam ją poznać ale nigdy nie miałam okazji. Zresztą Fanriel też. To elfka a wiecie jakie one są. Piękne ale zwykle zadzierają nosa. W ogóle nie zwracają uwagi na zwykłych ludzi. - mówiła z przejęciem ale wstała aby łatwiej zdjąć kurtę. Powiesiła ją na wolnym haku i szybko zaczęła zdejmować koszulę. - Mam koleżankę co zna je obie. Służyła im obu i bardzo sobie chwaliła. Mówiła, że obie są bardzo wymagające ale ona lubi wyzwania. - Głos łotrzycy był nieco przytłumiony gdy wciąż przeszukiwała worek. I pod pozorem powagi dało się wyczuć nutkę ironii. W końcu wczoraj wieczorem Łasica sama zachwalała swoje spotkanie z dwiema blondynkami o jakich teraz rozmawiali. - Ja też lubię wyzwania. I szanuję je obie. - Jutta przytaknęła i znów okazała się gorliwością we współpracy. Co wywołało rozbawione parsknięcie łotrzycy ale wciąż klęczała przy swojej torbie. Mytniczka zaś zdołała się roznegliżować od pasa w górę. Widać było jej nagi biust. Nie tak bujny jak u Burgund ale całkiem kształtny i apetyczny. - No i właśnie jak działa ta norsmeńska metoda to zapytaj Egona. Egon powiedz. Czy teraz jest przyjemniej wracać do zdrowia. - Astrid nadal leżała w poprzek pryczy, opierając się o ścianę ale widząc, że sytuacja zaczyna zmierzać we właściwą stronę to uśmiechała się z zadowoleniem. Jutta z ciekawości też spojrzała na wojownika jak on się zachowa wobec tej norsmeńskiej tradycji. Egon, kiedy usłyszał o “starej norsmeńskiej tradycji” omal nie parsknął głośno, jednak w ostatniej chwili zmitygował się, próbując przyjąć jakieś pozory powagi. Oczywiście, to wszystko naturalnie był jakiś wybieg Burgund, bowiem sam będąc w Norsce przez jakiś czas i widząc drużyny wracających wojów z dziczy nigdy nie uświadczył dziewcząt rozbierających się przed okrwawionymi i sinymi od zadanych ran Norsmenami. Niemniej, postanowił brnąć w to, co zaczęła. – Stara baba, co żem spotkał na północy tak gadała – zełgał wojownik. – Zasłyszałem raz, że guślarka pochodziła z Thorshafn i jeśli jeno wierzyć słowom Norsmenów, to miała w sobie krew olbrzymów. Czy to prawda była, zweryfikować nie sposób! Babka opowiadała, że fluidy, które zapewnia ciało dziewki uleczą każdego woja, byleby była blisko i była przychylna wojowi. Każda może, ale najlepsze są te, co nie są starsze niż dwadzieścia wiosen. Tu zamilkł, skubając swoją siwą brodę i próbując przezwyciężyć przemożne pragnienie ryknięcia śmiechem. – U Norsmenów to kobiety mają moc leczenia, chłop takich rzeczy dokazać nie umie – ciągnął. – Choćby był i najlepszy guślarz, to i tak pośledniejszy będzie od kobiety, co te same nauki pobierała. Stara gadała, że jak dziewka poświęcona bogom odda się wojownikowi, to w jeden dzień rany zasklepią z powodu życiodajnych soków! Tak nam to stara baba tłumaczyła. - No właśnie, tak to u nas jest. - Astrid mimo ran, aż się rozpromieniła, że Egon tak płynnie przejął pałeczkę tej bajery. Nawet Burgund na chwilę podniosła swoją rudą głowę aby posłać mu rozbawione spojrzenie i kciuk w górę na znak aprobaty. Jutta musiała rozdzielić swoją uwagę na ich oboje więc przez chwilę im się na przemian przypatrywała. - Takie zwyczaje macie w Norsce? To ty byłeś w Norce Egon? - Chciała się dowiedzieć. Czy uwierzyła im czy nie, to i tak wydawała się zaciekawiona taką legendą. - Oj Jutta, Chyba chcesz pomóc Astrid dojść do zdrowia co? - Łotrzyca szybko poszła w sukurs pozostałej dwójce kultystów i zadarła głowę aby posłać mytniczce proszące spojrzenie. - Nie, no pewnie. Jak roznegliżowanie aż tak działa… Nawet by mi to do głowy nie przyszło. - Celnik roześmiała się z rozbawienia po czym spojrzała na swój dół. - Ale to trochę zajmie. - Uprzedziła. Wciąż miała na sobie wysokie buty, obcisłe spodnie i pas z bronią. Więc rzeczywiście mogło jej to parę chwil zająć zanim się tego pozbędzie. Na początek zaczęła rozpinać pas a ucieszona Astrid zacisnęła pięść w geście triumfu, że szatynka znów wykazała się pełna dobrej woli do współpracy i integracji. - Ale to kobiety Norsmenów tak leczą? A to nie Astrid powinna leczyć mnie? Albo nas? - Jutta na chwilę zmrużyła brwi gdy odpięła pas i powiesiła go na kołku. Spojrzała bystro na kolegę i koleżanki. - Jak mi pomożesz zdjąć spódnicę to ci mogę dać lekarstwo z samego źródełka. - Córka jarla poklepała się po podołku. Widocznie samej było jej zbyt trudno się rozbierać zsukni. Albo wolała poczekać aż ktoś jej pomoże. Mytniczka spojrzała na nią rozpinając spodnie. Usiadła obok niej i schyliła się aby zacząć się mocować ze ściąganiem wysokich butów. - Bardzo chętnie. Ale poczekaj aż się rozbiorę. - Pokiwała głową na znak zgody po czym zajęła się butami. Burgund zaś w końcu wstała. I zaczęła przypinać do bioder zabawkę jaka pozwalała jej odgrywać mężczyznę. Podeszła do kolegi i pokazała mu worek w jakim grzebała. - To mam sprzęt do negocjacji z Juttą. - Zaśmiała się cicho, korzystając z tego, że celnik siłowała się ze swoimi butami. - A ty się nie rozbierasz? W tej kolczudze to wiele nie zdziałasz. - Wskazała wzrokiem na metalowy pancerz jaki wciąż miał na sobie. Egon zaczął się rozbierać ze swej kolczugi, sam w zasadzie nieco ciekaw, ile ran zarobił podczas starcia. Kiedy zdejmował kolejne elementy pancerza, jego myśli to przechodziły przez ostatnie zdarzenia, jednak co rusz nie mógł się nadziwić nowemu wynalazkowi Burgund. Rozebrawszy się, obnażył swoje mięśnie i z ciekawością przypatrzył się fallusowi, który Burgund przyniosła. Co jak co, ale nie spodziewał się, że uliczna cwaniara będzie wnosić takie rzeczy na pokład. – Za mało tam chłopów macie, co tego potrzebujecie? – parsknął. Obracał w dłoniach kawał drąga doczepiony do paski. – Dobra… To co, zaczynamy to leczenie? – zapytał z błyskiem w oku. - Oj Egon, no co ty… - Łotrzyca aż przekrzywiła głowę jakby powiedział coś niestosownego. - Jak portowa dziewczyna z ferajny jedzie do stolicy to przecież nie może wyglądać jak jakaś tandetna wieśniara ze wsi. - Mruknęła z nieco przesadnie udawaną urazą. Ale w oczkach miała figlarne błyski. I na sylwetkę już rozebranego kolegi i na dwie koleżanki obok. Jutta wreszcie uporała się i z butami, i spodniami, i bielizną. I wreszcie była ubrana stosownie do leczenia rannych wedle “starej, norsmeńskiej tradycji”. - O, ty też oberwałeś? - Teraz mytniczka zauważyła parę świeżych cięć na ramieniu wojownika. Podeszła do niego bliżej i pogłaskała go czule po nagim torsie. Na rozgrzane od walki i emocji ciało jej kobiecy dotyk rzeczywiście wydawał się być przyjemnie kojący i pobudzający jednocześnie. - Ja tu się zajmę a ciebie to Astrid bardziej potrzebuje. - Burgund szybko wtrąciła się ale tak stanęła aby kolega choć trochę ją zasłaniał od nowej koleżanki. Ta zaśmiała się i spojrzała jeszcze z zaciekawieniem na gotowe berło Egona ale rzeczywiście odwróciła się do nich tyłem. Z ich perspektywy nakryła swoim ciałem norsmeńską szlachciankę i widzieli jak zaczynają się całować. Łotrzyca też pozwoliła sobie chwilę to oglądać po czym trąciła kamrata w ramię. - No to jak ci mówiłam. Jak się jedzie do stolicy to nie może być, żeby się ferajna musiała za ciebie wstydzić. - To mówiąc pokazała otwarty worek w jakim do tej pory grzebała. I widać w nim było pełno klamotów jakie ona i jej koleżanki lubiły sobie urozmaicać zabawy. Jakieś pęta, skórzane kajdany, kneble i liny. Zupełnie jakby zgarnęła ze sobą przenośny zestaw i chciała się nim teraz koledze pochwalić. - Zobacz na to. - Sięgnęła po jakiś słoik. Wyglądało, że w środku jest coś w stylu rybiego pęcherza wypełnionego czymś mlecznym. - To nasienie zwierzoludzi. Z Łasicą zebrałyśmy po tamtym pikniku w lesie. Mówią, że to wzmaga potencję i mężom i kobietom. Ale wiadomo, łatwo się psuje. Ale lady Soria nam pomogła. Zrobiła jakąś sztuczkę i powiedziała, że póki pęcherz nie będzie otwarty to będzie świeże jak prosto od koziołka. - Zaśmiała się wesoło tłumacząc co takiego jest w tym słoiku. - I to też wzięłam. W sumie nie wiem po co. Ale pomyślałam, że może się przydać. Najwyżej przywiozę z powrotem i tyle. - Z pewnym zakłopotaniem pokazała na dwie czy trzy strzykwy jakich używali do zasiewania. Tylko te były złożone a więc puste. - Jaja mam w drugim słoiku. - Wskazała gdzieś w głąb worka. - No i mam jeszcze to. Sama lady Soria mi to dała. - Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i wyjęła małą buteleczkę. Właściwie fiolkę. W niej był jakiś przezroczysty, lekko różowy płyn. Trochę gęstszy niż woda. - To jej esencja. Można dolać do wina albo jedzenia. To libido skacze, że hej. I jej i jemu. A jak by wypić całe o tak jak jest to podobno nie do opisania. Tak mówiła. Ja jeszcze tego nie próbowałam. - Powiedziała co jest w tej małej fiolce. Po czym zerknęła na sytuację na pryczy. Mytnik zdążyła zejść z pocałunkami do brzucha Norsmenki i właśnie zbliżała się do jego strategicznego miejsca. - Myślę, że dla Jutty to nie potrzebne. Ale kto wie kto się trafi po drodze? Może nie wszyscy będą dla nas tak mili jak ona? - Pomachała fiolką i wrzuciła z powrotem do worka. - Na pejcze i baciki to raczej tu nie mamy miejsca. Może wieczorem w “Łabędziu”. Ale jakbyś coś potrzebował z reszty to bierz. - Niczym dobra kamratka, zachęciła kolegę aby się częstował tym ekwipunkiem jaki zabrała na wypad do stolicy. Egon otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Burgund, wierna swemu Mrocznemu Patronowi, naprawdę wniosła na pokład nie jeden, nie dwa, a zdawało się, cały arsenał pejczów, ćwieków, sznurów i innych jeszcze narzędzi. Przez parę oddechów Egon, na podobieństwo dziecka, szperał w skrzyni, odnajdując w niej rzeźbione fascinusy. Zdało się, że ten, co je rzeźbił wykazał się wyobraźnią zaiste godną demonów, bowiem każdy z rzeźbionych drągów miał fikuśne wzorki, inne zaś posiadały wybrzuszenia w odpowiednich miejscach czy też pręgi, które miały wzmóc przyjemność używającej ich niewiasty. Jeszcze inne były zszyte i złączone skórą po dwa, zapewne po to, by wejść w oba otwory kobiety. – Dziś walczyłem toporem, ale teraz to będzie moja nowa broń – wyciągnął z wnętrza potężny, hebanowy drąg, który u swego zwieńczenia był prawie tak gruby, jak pięść Egona. – Ejże, Jutta, nie zabieraj Astrid całej do siebie, ja też chcę pomedykować. I z krótkim śmiechem zrobił odpowiedni gest, zbliżając się do Astrid i Jutty. – Astrid, rokraczże nogi, trza mi najpierw obejrzeć – zaśmiał się jeszcze. Dwie koleżanki jakie się sobą tak namiętnie zajęły, przez chwilę zapomniały o stojącej obok dwójce. Zaś Burgund energicznie pokiwała głową i uśmiechnęła się. Widać było, że ucieszyła się gdy kolega wśród zabranych przez nią zabawek znalazł coś dla siebie. Wtedy odłożyła worek na podłogę i przyglądała się jak dwie koleżanki spojrzały na niego. Też nie miały mu za złe, że do nich dołączył. - No skoro to dla zdrowia Astrid to pewnie. - Jutta nie oponowała. Odsunęła się od gościnnych ud norsmeńskiej skald aby zrobić miejsce dla Egona. I obserwowała z ciekawością co się teraz stanie. Norsmenka także czekała w gotowości, posyłając mu prowokująco, lubieżne spojrzenie. Już nie wydawała się taka obolała jak na początku, gdy ostrożnie ją kładł na tej pryczy. - I to jest prawdziwy mężczyzna. I wojownik i kochanek. - Mruknęła z aprobatą, wcale nie speszona jak bardzo fizycznie nad nią górował. Burgund stanęła obok pryczy aby lepiej widzieć co się teraz będzie działo. Egon, czasem spoglądając za siebie - na Burgund i na Juttę, bo ciekaw był, czego też Burgund dokaże z Juttą - począł delikatnie pieścić Astrid w miejscu, gdzie według starej baby z Norsci miały wypływać lecznicze soki. Upewniwszy się, że Astrid, rozgrzana już wcześniej przez Juttę, będzie odpowiednio spolegliwa, toteż wpychał i wyciągał palce w samą Astrid, rad usłyszeć z jej strony jęki. Urabiając odpowiednio dziewkę z Norsci, gladiator spojrzał za siebie: miał bowiem nadzieję, że Burgund podprowadzi odpowiednio rudowłosą mytniczkę. Egon miał bowiem jej wkrótce zaproponować, aby dołączyła do nich, na pozór jako rzecz związaną z interesem na rzece, z czasem jednak Egon chciał wykorzystać mytniczkę jako odpowiednie wsparcie na rzece i Morzu Szponów do łowienia brańców. Zostawiwszy rzecz na razie Burgund, Egon jął się próbowania kobiecego ciała: wziął wielki drąg i delikatnie wpychał go w kobiecość Astrid. – Dawajże, Astrid – mruknął. – Stare legendy prawią o wojach, co przepili, przewalczyli i przejedli najtęższe olbrzymy. Weźmiesz w siebie to? To też godne olbrzyma, obaczmy, czy żeś godna śpiewania sagi o ciebie! Ha-haha! Na razie to wyglądało, że wszystkie trzy koleżanki są ciekawe zamiarów kolegi. A gdy już się zorientowały to jeszcze bardziej. Gladiator miał dwie smukłe, nagie sąsiadki po każdej ze swoich stron. Od strony drzwi stała celnik a od szafy Burgund. Z zafascynowaniem obserwowały jak Astrid sobie poradzi z drągiem takich rozmiarów jaki ofiarował brodacz. Córa północy najpierw jakby zdębiała gdy zobaczyła to co jej naszykował. Ale szybko przygryzła wargę i zachęcająco machnęła dłonią aby kontynuował. - No to chodź. Pokażę ci co potrafi prawdziwa Norsmenka. - Wyjęczała jakby znów wlało się w nią pożądanie tak sprawnie zaczęte przez mytniczkę. Potem przygryzła wargi i cicho jęczeć, jakby była zbyt dumna aby krzyczeć czy zdradzać jakieś obawy. Dwie koleżanki nadal to obserwowały. - Lady Fabienne pewnie by dała radę takiej sztuce. - Mruknęła towarzysko łotrzyca. - Jak jakaś wyperfumowana Bretonka da temu radę to ja tym bardziej! - Astrid zaperzyła się jakby potraktowała to jak wyzwanie. I machnęła głową na Egona aby zaczął śmielej dokazywać. A ten aż widział jak na jej płaskim brzuchu przesuwa się wybrzuszenie do tej zabawki jaką w nią wsuwał. - Jutta pozwól na chwilę. - Burgund wezwała słowem i gestem celniczkę. Ta podeszła ciekawa czego chce ale też nie chciała tracić widowiska na pryczy. Więc nie spodziewała się jak ruda szybko obróciła ją i popchnęła na tą pryczę. Szatynka sapnęła cicho z zaskoczenia i starała się tak zaprzeć dłońmi aby nie uderzyć Norsmenki. W końcu wylądowała z nią twarzą w twarz. - Miałaś pomóc Astrid wrócić do zdrowia. - Przypomniała jej Burgund. - A no tak. - Jutta uśmiechnęła się ale nie była przeciwna. Znów zaczęła całować usta dziewczyny z północy. Ale odwróciła się nagle do tyłu. - Co robisz? - zapytała patrząc na dziewczynę z ferajny. - Pomagam ci się przygotować na twoją kolej. - Burgund zaśmiała się i wskazała wzrokiem na zabawkę jaka już mocno była w trzewiach Astrid. I w tym momencie sama władowała się we wnętrze mytniczki. Z początku ostrożnie ale klaskający rytm bioder o pośladki przyspieszał co wskazywało, że zabawa szybko nabierała tempa. Egon tymczasem bez ceregieli testował Astrid. Choć on sam wybrał Pana Krwi jako swojego patrona, nigdy nie mógł oprzeć się pokusie, aby przetestować, ile może wytrzymać kobiece ciało. Bicze i kajdany leżały bezpiecznie w sakwie Burgund, jednak fascinus, który Egon wydobył, zdawał się działać w dwójnasób albo i dwójnasób, sugerując się jękami i posapywaniami Astrid. Koniec końców zamierzał posiąść trzy z dziewek, a jeśli by los mu krotochwili przysporzył, gotów był wetrzeć w swe berło nasienie zwierzoludzi, a może i nawet wypić, jeśli by to coś miało pomóc. Póki co jednak, rytmicznie zabawiał się przyrodzeniem Astrid, miarkując, jak głęboko wchodził czarny, długi i gruby pal, który przywodził na myśl chwosty zwierzoludzi, długie, pokryte żyłami i czarne, jak to u przeklętych odmieńców. W międzyczasie macał lubieżnie pośladki Norsmenki, próbując, czy i drugi naturalny otwór dziewczyny był tak spolegliwy, jak pierwszy. – Co, myślisz, że jeden weźmiesz w siebie, to robota skończona? – prychnął, rozbawiony, macając swe nabrzmiałe krocze. – Jeśliś zaprawdę godna sagi, weźmiesz mnie i to długie, ha, ha, ha – mroczny śmiech Egona wbił się w rytm mokrych plaśnięć. – Co rzekniesz, Astrid? Dziś poznam ciebie na nowo! Egon myślał, że koniec końców posiądzie ze trzy na raz - choć sam miał zaledwie jedno przyrodzenie, ramiona miał dwa i jeśli przyszło by co do czego, musiał dać odpór trzem dziewkom, z takim samym uporem, jaki dał zielonoskórej hordzie. Astrid wyglądała jakby przyjmowanie w siebie gościa tych rozmiarów, było dla niej sporym wyzwaniem. Oddychała coraz ciężej i widać było jak pot błyszczy na jej skroniach. Blond kosmyki co jakiś czas spadały jej na twarz ale je odruchowo odgarniała. Nagie piersi falowały jej w rytmie nadawanym przez oba ciała. Nawet Jutta na chwilę przerwała zabawę aby przyjrzeć się tym miłosnym zmaganiom. Burgund która stała ramię w ramię, ze swoim kamratem, miała wgląd w sytuację podobny do niego. I chociaż nie przerywała zbawy z gościnym wnętrzem mytniczki to zerkała co się dzieje między udami Norsmenki. - Myślisz, że taki drobiazg mnie zmoże? Jestem Astrid Stemmenstend. Dawaj co tam masz! - Próbowała nadrabiać pewnością siebie i własną dumą. Ale dało się wyczuć, że wcale nie jest jej łatwo. Pozwoliła jednak aby Egon się w niej ugościł także z tej drugiej strony. Te wzajemne zmagania wywołały szepty podziwu u dwóch sąsiadek. - No dobra. To zobaczymy co są warte dziewczyny z północy. - Burgund nagle trzepnęła nagi tyłek celnik i wyszła z niej. Przepchnęła się obok niej, spychając ją na boczny tor. I władowała się stając okrakiem nad leżącą skald. I przypiętą zabaweczką, jaka wciąż błyszczała wilgocią po wnętrzu Jutty, władowała się w usta Norsmenki. Widać było, że też była ciekawa jakie są możliwości blondwłosej kochanki. Naga urzędniczka z ratusza jako jedyny widz, usiadła tuż obok ich trójki i chłonęła to widowisko. - Ale pięknie razem wyglądacie. - Sapnęła z zachwytu zerkając po kolei na każdego uczestnika tego trójkąta. – Aaa… Może być i to… – Egon z uznaniem pokiwał parę razy swoją brodatą głową, uznając umiejętności Norsmenki. – Wcale nieźle, wcale… Brałem dziewki z Delberz, co nie podołały temu tu – klepnał wielki drąg, który nadal był w połowie Astrid. Egon uczynił przywołujący gest. W międzyczasie wyciągnął z torby Burgund jeszcze jeden fascinus, nieco mniejszy, ale wyrzeźbiony w jakieś dziwne wzory i wyżłobienia. – A czemu jeno Astrid ma zbierać to najlepsze? – zapytał. – Dalej no, ustawcie się. Pierwsza, druga, trzecia, wespół. Wezmę Juttę pośrodku, ty Burgund i Jutta będziecie po bokach. Dalejże… Co, myślicie, że mi się nie uda? – gladiator zaśmiał się złośliwie. – No, dalej! Trza tego medykowania użyć, jeśli prawdą było to, co babka w Norsce opowiadała. - W tym Delberz to pewnie są jakieś same wieśniary. - Wysapała nieco już zdyszana Burgund. Pieczołowicie penetrowała swoją zabawką usta i gardło Norsmenki, że aż widać było na zewnątrz jak jej tam wszystko pracuje. A z ust i przyrodzenia zaczął ściekać nadmiar śliny. I kołysał się u brody Astrid w rytm pląsów jakie z nią wyczyniali. Na propozycję kamrata, trzy koleżanki zareagowały pozytywnie. Z tym, że skald z pewnym opóźnieniem, dopiero jak łotrzyca wyszła z jej ust i miała chwilę na złapanie oddechu i zorientowanie się co się dzieje. Teraz na całej skórze błyszczał się pot. Na szyi, obojczykach, piersiach, brzuchu, ramionach i udach. Widać było, że całe jej ciało przeżywa te brutalne przyjemności. - Chcesz to we mnie wsadzić? - Jutta w tym czasie miała okazję przyjrzeć się co jeszcze gladiator wyjął z torby rudzielca. Wydawała się trochę zafascynowana a trochę i obawiała się tej proby. - No co ty? Nigdy w zamtuzie nie pracowałaś? - Burgund roześmiała się z rozbawienia. Po czym przejęła sprawy w swoje ręce. - Pomogę ci. - To mowiąc złapała za nagie ramiona mytniczki i przechyliła je ku pryczy. Ta zaskoczona nieco sapnęła ale naga stopa łotrzycy wylądowała na jej głowie, przyciskając ją do dołu. Dzięki czemu tylne, zgrabne wdzięki Jutty zaprezentowały się Egonowi w całej okazałości. - Nie mówi, że z Hubertem i Oksaną się tak nie zabawiałaś. - Ruda docisnęła stopą twarz mytniczki do pryczy jakby chciała ją zmusić do mówienia. - No zabawiałam. Po prostu dawno tego z nimi nie robiłam. Ale z wami chętnie to poćwiczę. - Chyba nie było tak źle, bo nawet prowokująco zakołysała swoim kuperkiem aby podkreślić, że jest gotowa na taką zabawę. Wtedy Burgund cofnęła stopę z jej twarzy. - No to jesteśmy umówione. - Prychnęła z zadowolenia i zrobiła krok nad brzuchem Astrid. Po czym sama stanęła na czworakach, wypinając się kusząco ku gladiatorowi. Z tej strony, jej wdzięki tancerki, zaprezentowały się co najmniej tak samo powabnie jak te mytniczki, po prawicy kolegi. Egon jednak nie mówił nic. Złapał za dwa drągi - jeden w lewej dłoni, drugi w drugiej i kiedy tylko trzy dziewczęta ustawiły się, jak im przykazał, rżnął wszystkie trzy na raz, Juttę zaś, która była pośrodku, brał on sam. Trudna była to praktyka, podobna chyba do roboty bębniarza wojskowego, który zawsze musiał utrzymać rytm. Trzymał się jakoś na Juttcie, za każdym razem trafiając w nią raz po raz, jednak wygodzić musiał i Burgund, i Astrid. Wpychał wielkie drągi w dziewki to raz z lewej, to z prawej, pilnując musztry, żeby wszystkie zebrały odpowiednią dozę. – Ha-haha – zaśmiał się Egon. – To będzie szło od sagi, prawdaże? – zapytał, skory do krotochwili. – Tak was przyuczył Hubert, pewien jestem tego. Sam skupił się na zadku Jutty, pchając raz po raz. Ciekaw był, skoro już raz wzięła ją Burgund, to na ile on sam mógł sobie pozwolić? Lepkie, mieszające się z potem fluidy ściekały z dziewek, Egon zaś wygadzał im we trójkę. Gotów był nawet i spłodzić z rudowłosą, która była na samym środku, jednego albo i dwójkę bastardów. Wiedział, że mytniczka, wiedziona chucią, rada przyjęłaby cokolwiek, na podobieństwo nastoletniej poćpiegi, zbałamucona knowaniami Burgund. Lub też, może by zgładziła potomstwo, zażywając miodnik albo napar z wierzby? Wojownik z mrocznym rozbawieniem wytrysnął w łono rudowłosej klaczy, która z rozkoszą jęczała wespół ze swymi przyjaciółkami. Burgund jednak okazała się przednią kurtyzaną. Wiedziała, jak wziąć w siebie kawał drąga i jej ciało rozciągało się cudownie, nie to, co Astrid - choć córka jarla miała w sobie wiele dumy, to jednak ambicja i upór nie były tym samym, co doświadczenie ulicznicy, co z niejednego pieca jadła. Pochwycił Juttę za włosy i rzekł: – Ano, rzeknij mi no… Podobało się wam…? Dasz mi tego fluidu zwierzoludzi, to wezmę was po kolei raz jeszcze! – zaśmiał się Egon. Myślał jednak o tym, co miał powiedzieć zaraz: o tym, że wkrótce statek zostanie przejęty przez nich. Martwił się, jak to przyjmie Jutta, ale, może teraz być może będzie bardziej zdatna do urobienia? Teraz, kiedy doszła wiele razy pod nim? Reczywiście wszystkim przydała się przerwa. Po tych harchach, na trzeszczącej z wysiłku pryczy panował niezły rogardiasz. Burgund zmęczona tymi figlami, opuściła swoje zgrabne nogi na podłogę. Znów prowokowała swoim wypietym zgrabnym kuperkiem ale tym razem chyba niechcący. Jutta leżała bokiem, między nią a blondynką. Ciężko oddychała tak samo jak koleżanki. Machinalnie głaskała brzuch Astrid. Blondynka nadal leżała na wznak. Chociaż osunęła się po ścianie i teraz leżała głową w stronę szafy. A dopiero co fikali wszyscy na całego. Była ladacznica zajęczała z półprzytomnej rozkoszy gdy wojownik w niej skończył. Ale i tak jeszcze siłą rozpędu baraszkowali razem jeszcze trochę. Jutta też okazała się wyuzdana i namiętna. Sapnęła tylko jak Egon brutalnie złapał ją za włosy ale nie protestowała. Astrid chyba otworzyła się rana bo widać było czerwony zaciek pod opatrunkiem barku. Ale w tej miłosnej kotłowaninie zdawała się tego nie zauważać. - A pewnie, że jest warte sagi. Coś o Egonie Trzy Drągi. Co po rzezaniu orków tymi trzema drągami, trzy niewiasty wychędożył. - Astrid wymruczała sennie i trochę nie było wiadomo czy żartuje czy nie. Ale z pewny opóźnieniem, dwie koleżanki zaśmiały się gdy do nich dotarło co powiedziała. - No tak, z Hubertem i Oksaną było świetnie. Zawsze jest. Ale zawsze byliśmy we trójkę. A tak, że z kimś innym takie zabawy jak teraz to rzadko. Było przednie. - Jutta też się nie skarżyła. Wydawała się być rozleniwiona i szczęśliwa. - To dobrze, że ci się podoba. Bo wieczorem druga runda. W “Łabędziu”. - Burgund machnęła ku niej ręką. I teraz pozostałe dwie się zaśmiały z rozbawienia. Odkryła jednak, że nadmiar kleistej wilgoci spływa z jej wnętrza. Więc złapała za nagie, spocone ramię mytniczki i przystawiła tam jej twarz aby się nie zmarnowało. Szatynka chętnie przyjęła taką rolę. A to pozwoliło łotrzycy skojarzyć o co jeszcze pytał kolega. - A ten fluid zwierzoludzi. - Musiała przełknąć ślinę aby dalej mówić. I nawet się uśmiechnęła. - To nie działa tak od razu. Działa jak zapach. Jak tabaka. Znów się chce. Ale to trochę trwa zanim zaskoczy i im dłużej się nawdychasz tym mocniej działa. Dobrze wylać na coś i niech paruje. - Posłała mu krzywy, złośliwy uśmieszek, patrząc z góry w oczy mytniczki i na rozleniwioną Norsmenkę. - Ale można też wypić. Daje w żyły od środka. Można też posmarować tym mlekiem przyrodzenie albo zabawkę co ma wbijać się do środka. Ale w przypadku głównego wejścia kobiet to trzeba z ty uważać. W końcu to fluid zwierzoludzi. Więc może zajść w ciążę jakby z nimi spółkowała. - Wydawała się bardzo rozbawiona udzieloną instrukcją bo złośliwy uśmieszek przebijał się przez jej zmęczenie. Tego jednak Jutta już nie wytrzymała. - Naprawdę macie fluid zwierzoludzi? - Zamrugała oczami i jeszcze spojrzała pytająco na Egona. Astrid zaśmiała się cicho z rozbawienia. W końcu z całej czwórki, tylko mytniczki nie było tydzień temu na orgii przy Zachodnich kamieniach. Burgund w odpowiedzi wsadziła jej w usta swoją zabawkę i zaczęła traktować tak jak niedawno usta Norsmenki. - No tak, to jest takie ryzyko. U nas czasem tak robią. Jak chcą jakiejś konkurentce dokuczyć. To trzeba zwykle się postarać aby taki fluid się u niej znalazł w jej wnętrzu, czasem kogoś do pomocy wziąć bo najłatwiej przy chędożeniu. No i może wtedy zajść w ciążę ze zwierzoludziem nawet jeśli w życiu żadnego nie spotkała. A czasem tak każemy jakąś krnąbrną niewolnicę. - Wymamrotała co jej się przypomniało z jej rodzinnych stron. I powoli senność zdawała się odchodzić z jej głosu i twarzy. – Mmm, zatem postanowione – Egon rzekł bardziej do siebie niż do kobiety. – Jutto, po tym wszystkim, zajdź z nami do milady Froyi. Rzekniemy dobre słowo o ciebie, pewien jestem, że wyjdzie to wszystkim na dobrze. Tu zmilczał i rzucił spojrzenie w stronę Burgund. Choć chciał podprowadzić Juttę, żeby rzec jej o szykującym się interesie na rzece, zawahał się. Może okręt nie był najlepszym miejscem, żeby głośno gadać takie rzeczy? Koniec końców, ktoś mógł nadstawiać uszu… Egon postanowił pozwolić Burgund podjąć decyzję, czy tutaj, czy już na Łabędziu. Zdało się, że Jutta została należycie urobiona. - Oh naprawdę? Będę mogła z wami pójść do lady Froyi?! - Ta obietnica od razu ożywiła celniczkę. Burgund zaśmiała się ale puściła ją. Naga szatynka więc oderwała się od niej i przyklękła przed gladiatorem, biorąc jego berło w dłoń. - Oh dziękuję. To byłoby wspaniałe. Zawsze chciałam ją poznać. Nawet bardziej niż lady Fanriel. Bo ona jest elfką a elfy to zawsze są trochę obce. - mówiła gorliwie i zadzierając głowę aby spojrzeć w twarz Egona. Po czym aby okazać swoją wdzięczność do pieszczot jakie serwowały mu jej dłonie, dołączyła także swoje usta. A te okazały się całkiem utalentowane. Co gladiator widział z góry i czuł z dołu. Rudowłosa ladacznica podeszła do nich i przez chwilę przypatrywała się temu widowisku dwójki kochanków. - Ależ Jutta, kochaniutka, nie doceniasz nas. - Złapała za głowę celnik i nakierowała ją na swoje przypięte przyrodzenie. Więc usta i gardło szatynki teraz pracowało nad nią. - Jak się postarasz i będziesz użyteczna, to może być dopiero początek owocnej współpracy. No sama powiedz. Czy nie podoba ci się taka wspópraca? - Łotrzyca użyła dość ogólnych sformułowań na tyle, że także pasowały do zabaw jakie właśnie uprawiali. Ale mogło jej też chodzić o bardziej poważne interesy jakie kultyści miarkowali względem rzecznych spraw. - Bardzo. Bardzo mi się podoba taka współpraca. - Jutta oderwała się na chwilę od swojego zajęcia i uśmiechnęła się do nich obojga. Widać było jak ślady świeżej wilgoci spływają jej z ust i brody. Wtedy także Astrid o sobie przypomniała. Syknęła cicho jak wstawała ale dała radę to zrobić. Stanęła z trzeciej strony więc klęcząca szatynka, znalazła się teraz w pełnym okrążeniu. Teraz ona złapała za kasztanową głowę i wbiła ją w swoje łono. Jutta szybko odnalazła się w nowej sytuacji. - Podoba mi się twoje zaangażowanie Jutto. Jeśli będziesz tak starać się dalej, czeka cię jeszcze wiele przyjemności i droga do chwały i sławy godna uwiecznienia w sadze. Tą którą właśnie piszę. Wszystkie godne wzmianki postacie będą w niej wymienone. O Froyi i Fanriel też wspomnę. W końcu brały udział w naszym epizodzie podróży i po powrocie zawrzemy z nimi przymierze i przyjaźń. Chciałabyś mieć miejsce w takiej sadze? - Blondynka zdawała się patrzeć na sytuację przez pryzmat sagi o swoich przygodach na ziemi płudniowców. Ale nawet jak stała naga i spocona, z krwawym zaciekiem spod opatrunku na barku i przyciskając twarz mytniczki do swojego łona, potrafiła się zdobyć na podniosły, dumny ton, jakby opisywała epickie wydarzenia legendarnych herosów. - O tak! Bardzo bym chciała się znaleźć w takiej sądzę! Razem z wami i lady Froyą i Fanriel! - Jutta pokiwała gorliwie głową na znak pełnej zgody. Chociaż nadal nie wiedziała nic o planach związanych z rzeką. Widząc to, Burgund roześmiała się i objęła jednym ramieniem Egona a drugim Astrid. - Widzicie jaka Jutta jest teraz milutka? Myślę, że to dobrze wróży wspólnej przyszłości. I na kontynuację dziś wieczorem. A wiadomo, że na takie rozmowy to najlepsze są wino, kobiety i chędożenie! - Łotrzyca roześmiała się radośnie a Astrid jej zawtórowała. Gdzieś tam z dołu dobiegło ich zapewnienie rzecznej urzędniczki, że jest gotowa i chętna na współpracę. Egon pokiwał głową z zadowoleniem wypisanym na twarzy. Co prawda pozostała jeszcze kwestia przejęcia statku, o którym Jutta nie wiedziała, ale liczył, że Burgund do czasu rozmowy w Łabędziu urobi ją na tyle, że przełknie tyle, ile tylko jej dadzą. Posiadanie mytnika w kulcie, który zna rzekę i Morze Szponów byłoby nielada atutem, nie mówiąc już o statku, który będzie łowił całe rzesze brańców, którzy zasilą sprawę.