Przejdź do treści
  • Sezon 2.1

    Zablokowany Rozgrywka import
    48
    0 Głosy
    48 Posty
    1k Wyświetlenia
    AbishaiA
    Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom. Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią. - Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.- Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.- Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.- Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.- Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.-
  • [Mag: Wstąpienie] Connect away

    Przeniesiony Archiwum import
    32
    0 Głosy
    32 Posty
    624 Wyświetlenia
    JhnWJ
    Mervi zdawała się nawet nie słyszeć Alisson. Patrzyła pustym wzrokiem na bawiące się w parku dzieci, na przechadzające się pod rękę pary, na siedzących na kocach znajomych. Patrzyła na to wszystko jakby znajdowało się w innym wymiarze, którego dotknąć nie mogła ani nie umiała... jakby było obcym światem. Widać było okropny ból w jej oczach, ale widać było jednocześnie coś, czego wcześniej tam nie było. Co wręcz z wściekłością chciało krzywdzić. - Sprawię jej ból. - odezwała się do Patronki tym lodowatym, poważnym głosem - Nauczę cierpienia, nauczę strachu. Maszyna je pozna. - mówiła przez zęby patrząc ciągle na rozgrywające się ludzkie relacje przed nią. - Nie rób nic przed czym musiałbym cię powstrzymać - powiedziała cicho Alisson, po czym po krótkiej chwili dodała - ani nie mów mi o niczym po dowiedzeniu się czego musiałabym interweniować. Mervi spojrzała na swoje dłonie próbując dusić wściekłość. - Robert nie zasłużył na to. Nie zasłużył na to cierpienie. - milczała chwilę - Ja powinnam... je zakończyć. Patronka dziewczyny w milczeniu przytaknęła głową. Chyba czuła… podobnie, a nawet przed chwilą sama coś podobnego… oferowała. Dziewczyna wzięła głęboki oddech, ale to nie pomogło odsunąć ucisku w gardle. Zacis , , .nęła dłonie, chcąc w ten sposób rozluźnić spięcje w całym ciele, choć coś jej mówiło, że nie będzie w stane. Położyła dłoń na dłoni Alisson i kiwnęła na znak, że jest gotowa. Młoda technokratka działała w tym momencie jakby automatycznie. Jej myśli kręciły się bez celu, trafiając odpowiednio jakby bez jej woli. Myślenie w tym momencie wydawało się drogą do samobójstwa... o czym szczerze myślała. Nie było już dla niej nic w tym życiu. Nawet nie zarejestrowała kiedy przesłała kody podane przez Odysa, wykonując sekwencję potrzebną w nawiązaniu kontaktu z tymi, których powinna unikać. Pajęczyna była tego dnia chłodna, jak chłodne były kalkulacje umysłu Mervi. Gdzieś na skraju pola widzenia przemykały kolorowe piksele, lecz była to w tej chwili dla niej całkiem pozytywna manifestacja wsparcia. Jedności celów ze swoim geniuszem. Wirtualni z którymi dzieliła sektor gdzieś zniknęli, jakby nie była to ich liga. Poza jednym avatarem. Wielki, szary, pręgowany kocur - wielkości sporego jamnika - przechadzał się właśnie po poręczy marmurowego mostu. Mervi pamiętała tą poręcz. W Unii nadzorowała dziesięć projektów mostów i kładek pieszych, dla żadnego nie mogło wprowadzić modyfikacji. Po prostu odtwarzali to co powstało, dawnych mistrzów - ale jakby oddzielając ich z czegoś. Jej projekt również był oparty na czymś co powstało, ale tylko na znanych stylach, budując na ramionach gigantów coś nowego. To była jej mała zemsta. Kot usiadł na poręczy i przekręcił głowę wpatrując się w nią swymi rubinowymi oczami. Nie mogła zeskanować jego ikony. Nie tylko kot obserwował. Mervi obserwowała też kota, jakby nie mogła się zdecydować jak na niego reagować. Cała jej istota zdawała się parować nie po prostu zimnem statyki, a czystą entropią. Niewypowiedzianą potrzebą zniszczenia, które mogłoby zaoferować jej ulgę. Własną nicość. Nie była pocieszona z widoku kota. Nie cieszyły jej takie dziecinne ikony. - Wiem, że był program. - odezwała się po dłuższej chwili nieruchomych obserwacji - Antropomorficzna zabawka uczyła kilkuletnie dzieci liczyć. - głuchy głos Mervi rozbrzmiał wokół - Nadawałbyś się do takich rzeczy. - Nie - kot otworzył usta, symulacja przekazała Mervi dźwięk, lecz pozostałe zmysły przebudzonej dostrzegły co innego, coś, przez co się zachwiała. Istna powódź bajtów, gigabajty danych nadpisujące okolice, pluginy wdzierające się backdorami do jej własnej ikony, hacki na otoczenie. Z przeciążenia sensorycznego otrząsnęła się po dobrych kilku chwilach. Wtedy też dotarło do niej co kot powiedział, nie było to samo “nie”. Mówił “nie jest bezpiecznie”. I spojrzała na kota który był zupełnie inną ligą niż ona. Nie wiedziała czy jej się to podobało. Nie powinna czuć się dobrze przebywając obok silniejszego od siebie zdrajcy, ale... ... zupełnie jej to nie obchodziło. Przeszukiwała swoje emocje, aby zobaczyć w nich... pustkę. Jakakolwiek troska o siebie znikła. Była pozbawiona emocji, jakby wszystkimi łzami wylała z siebie też uczucia, a szczególnie te dotyczące własnego przetrwania i dobrej kondycji psychicznej. - Odys mi podał te namiary. - odezwała się, gdy uporządkowała myśli po wywołanej sensorycznej powodzi. - Kłopoty - kot powiedział sucho - więc mała technokratka chce uciec z tego grajdołka? Czym nam zapłacisz? Mervi zmarszczyła brwi okazując emocję: irytację. - Namiary od Odysa wystarczą. - mruknęła twardo. - Nie zaszkodziło spróbować - kot wyprężył grzbiet przeciągając się - Hej, chybaś nie masz o to pretensji? - Kogo ty się spodziewałeś? Musiałeś wiedzieć, że kody od niego dostałam. - mruknęła ignorując pytanie, jakby dorosły był znużony pytaniami dzieciaka. - Naiwnego, zdesperowanego tostera - kot stwierdził brutalnie - ale widać dalej myślisz trzeźwo. To dobrze. Co chcesz osiągnąć poza wyjściem? Jak bardzo jesteś śledzona? Gówno uderzy w wiatrak przez samo twoje odejście czy jesteś tylko trybem? - Mają moją krew, mają wszystkie dane. - zaczęła zimnym, pozbawionym emocji głosem - Nie mają już nic na czym by mi zależało. - na chwilę pojawiło się niewielkie drżenie głosu - Muszę... - na chwilę załamały się słowa - ...coś zakończyć. - zacisnęła szczękę - Oni zniszczyli wszystko, co było mi ważne. Teraz nie ma nic, co by powstrzymywało mnie przed zabraniem im danych. Technokratka drżała z wewnętrznego stresu psychicznego. - Chcę maszynie pokazać ból i strach. Przekompilować na język, który zrozumie. - Zrozumiałem. Dostarczę ci programy niszczące infrastrukturę, skopiuj wszystko co chcesz i wgraj z tymi samymi otwartymi portami oprogramowanie. Mówisz, że jesteś na krótkiej smyczy? Mam pomysł jak to całkowicie zerwać, nawet jak będa mieli kopie, zmodyfikujemy cię. Wejdziesz do pajęczyny fizycznie. Kot zamilkł. Przekręcił głowę, wyglądał na zaskoczonego. - Dante daje gwarancję. Mervi powoli pokiwała na to głową. Szczerze nie interesowało ją co kod Odysa załatwił czy jak to wszystko owinęło się wokół Dantego. Wiedziała, że wciąż jej psychika była w strzępach, a zachowanie relatywnego spokoju wymagało od niej wiele wysiłku... który był w tym momencie nakręcany czystą złością i nienawiścią. W tym momencie chciała nawet by świat spłonął odczuwając każdą sekundę cierpienia, jakie i ona odczuwała. Nie wiedziała czy naprawdę jej zależy na życiu. Miała mętlik w głowie, a do tego sprzeczne myśli. Wiedziała tylko jedno. Chciała krzywdy Maszyny. - Nigdy tu nie byłam fizycznie. - stwierdziła wpatrując się w jeden punkt. - Dante daje gwarancję - kot powtórzył jakby nie do końca zapewniając Mervi, a raczej samego siebie - najlepiej jakbyś miała sprzęt digitalizujcy, ale z typowym VR też da radę. - Co mam zrobić? - zapytała nie wiedząc jak wchodzić fizycznie do Internetu... Nikt jej tego w Unii nie tłumaczył - Miałam za niską rangę by przekazano mi to... i takiego Geniusza. - mruknęła z jakimś zawodem w głosie. - Wysyłam ci już programy. Jak bardzo ci się pali? Akcja jutro? Pojutrze? Za tydzień? Kot zobaczył jak drżenie przeszło przez wizerunek technokratki, która wzięła głęboki oddech nim odpowiedziała. - Dziś. Kot znieruchomiał. Chyba jego maskownice mowy ciała nie działały do końca prawidłowo gdy komunikował się z kimś dalej. Trwało to kilka chwil. - Potrzebujemy godziny. Wysyłamy koordynaty połączenia. Jak będziesz gotowa, połącz się pod tamten sektor. Postaraj się za dużo przed wszystkim nie jeść, możesz wziąć lek na uspokojenie. Kot zawahał się. - To gotowe. Mogę mieć prywatne pytanie? Mervi spojrzała zmęczonym wzrokiem na kota. - Pytaj. - odparła cicho. - Co wisi ci ten stary pierdolnik Ulisses, że aż zagrzał najelitarniejszego? - Życie swojej przyjaciółki. - odparła. - Tej szajbuski? Technokratka pokiwała niemo. - Wszyscy jesteście popierdoleni - kot stwierdził sucho i zeskoczył z poręczy wylogowując się. Bajty danych powoli przegrywały się do ustawionej chmury. Mervi patrzyła na wzrastające procenty wykonania, które coraz bardziej przybliżały ją do zakończenia sprawy w jej życiu. nie rozważała jednak ich za bardzo. Była zbyt pochłonięta widokiem pistoletu jaki spoczywał w jej dłoni leżącej bez ruchu na kolanach. Usilnie próbowała panować nad potokiem myśli, jakie starały się szturmować jej umysł. Choć udało jej się wyciszyć wewnętrzny krzyk to jednak ciągle z tyłu głowy słyszała tylko jedno na tle dźwięku wystrzału. Winna. Winna. Czuła metaliczny zapach rozlanej krwi, jaka zdawała się przykleić tym zapachem do języka. Ból ściśniętego gardła towarzyszył jej cały czas, a nieruchome oczy z trudem powstrzymywały gromadzące się łzy. 97% Spojrzała w dół na trzymany w drżących dłoniach pistolet umazany krwią, która została przeniesiona przez jej dłonie. Pamiętała jak po oddaniu strzału tuliła silnie martwe ciało Roberta, którego krew plamiła ciało i ubranie technokratki. W tamtym jednym momencie chciała pozostać w tym miejscu wtulając się w Roberta i oczekiwać na przybycie śmierci. 98% Uniosła dłoń do twarzy i przesunęła po policzku rozsmarowując po nim krew Roberta. Zacisnęła mocno zęby walcząc z chęcią odwrócenia się ku niemu i powróceniu do przytulenia się w jego ciało. Ona go tak kochała... to wszystko zaczynało się układać... 99% Ponownie spojrzała na broń, jakiej widok zaczynał wypalać się w jej umyśle. Uniosła dłoń z bronią i oparła łokieć o biurko kierując lufę w stronę własnej głowy. Poczuła nagłą chęć pociągnięcia spustu, co dałoby jej spokój potrzebny jak powietrze. Dusiła się w tej kakofonii. Piksele obrazu rozmywały się od łez. 100% [image: 5.jpg] Prawie bezwiednie ponownie spojrzała do tyłu na Roberta i w bólu wydała z siebie płaczliwy jęk straty, z jaką nie mogła już sobie poradzić. Wysłane już zostało powiadomienie Wirtualnym, że zaraz się pojawi, ale... nie wiedziała już czy tego chce. Mijał czas, a ona wciąż czuła ciężar pistoletu w dłoni, a na monitorze mrugało powiadomienie o zakończeniu pobierania i pytanie o kontynuację procesu połączenia z Pajęczyną... A ona wciąż nie wiedziała. Gdy dotykała lufą do skroni uspokajając oddech przed naciśnięciem spustu ekran monitora nagle zwariował zastępując obraz ruchomymi liniami i artefaktami. Z głośników wydobył się przerażony wysoki dźwięk przeradzający się w niski ton. [image: e7c36c46fc59fc5eeea714e1f8d612ec.gif] Jeszcze chwilę Mervi patrzyła na szalony taniec pikseli nim opuściła broń i znowu spojrzała do tyłu na Roberta. - Pokażę Maszynie ból. Zrozumie strach. - zamknęła oczy - Dla ciebie, bo cię kocham. Odwróciła się na krześle i zakładając gogle VR nacisnęła polecenie kontynuacji. Alan zbladł wysłuchując raportu głównego analityka NWO w konstrukcie. Siedzący między nimi członek Iteracji X którego twarz już od wielu lat nie pamiętała grymasów emocji, krzywił nerwowo kącik ust. Alan westchnął ciężko. - Jak? - Skrajna bifurkacja modelu stochastycznego – analityk zaczął powoli, jakby ważąc każde słowo – moce obliczeniowe naszego konstruktu nie mogły zapewnić wystarczającej dokładności. Symulacje dla tego oddziału i tak prowadziliśmy z poczwórną standardową unormowaną precyzją CTO. Nie było śladu w modelach skokowej zmiany odpowiedzi. To maksimum jakie wyciąga nasz Konstrukt. - To skąd masz nowe symulacje? - Alan uciekł wzrokiem gdzieś w ścianę. - Twoje ostatnie raporty z terapii skorygowały standardowy błąd ewaluacji psychologicznej, zauważyłem niepoprawne dane. Wysłałem to tydzień temu do innego Konstruktu dysponującego większymi zasobami. Iterator zabrał głos nagle, tonem beznamiętnym. - Zniszczymy wszystkie raporty. Ja przygarnąłem Roberta, Alan dał ciała podczas indywidualnej oceny, człon analizy się nie popisał. - Nie możemy, Unia… Analityk zaczął pewnie tylko po to, aby przebudzony cyborg przerwał mu obcesowo. - Nie rozumiesz. Za nasze błędy oddadzą nas progenitorom jako materiał biologiczny najniższej klasy ostrożności. To jest błąd, i mnie chodzi o to, że dziewczyna ucieka i ukradła dane, niszcząc naszą infrastrukturę. To mogłoby doprowadzić do terminacji kogoś z nas, ale byłyby szanse. Nawet nie to, że błędne szacunki tak naprawdę doprowadziły do tego. Gradienty zagrożenia wskazywały tylko lokalne maksimum Roberta, lecz jego usunięcie spowodowało jej decyzje. Problemem jest to co zrobi potem. Tutaj – cyborg wskazał palcem końcowe zestawy danych oraz kompletnie zaburzony wykres. - Tutaj są same szumy i błędy numeryczne – analityk powiedział cierpko. - Nie – Alan ukrył twarz w dłoniach – jeśli jej nie zlikwidujemy w przeciągu anormalnie krótkiego czasu dewianci zyskają mistrza czasu. Co najmniej… Mimo porządnej konstrukcje tej dawno puszczonej (przynajmniej oficjalnie) stacji polarnej Mervi czuła nieprzyjemny chłód który zagłuszała ciepła herbata podana jej przez opiekuna tego miejsca. Przysadzisty egzarcha Nieniebiański Chóru był wieloletnim opiekunem tego miejsca oraz bardzo ciepłą i serdeczną osobą. Rozmawiali w trójkę. Ona, skrzywdzona Wirtualna Adeptka, ojciec Wiktor, opiekun przybytku, oraz przebudzony z którym tu przybyła… - Odys… - duchowny westchnął naprawdę zrezygnowany - ...on jest nie tylko w ciszy. On jest złamany, kompletnie złamaną duszą. Wyhodował niedźwiedzie polarne które są jak psy. Czasem! Magyą czasu przyśpieszył ewolucję i oswojenie. Jakby tylko marzył aby nagły wybuch paradoksu go zmiótł z tego padołu łez. Dopuszczając was do niego, biorę odpowiedzialność. - Wiem – Ulisses wyprężył się na krześle i upił łyka herbaty zerkając dyskretnie na minę Mervi – ale musimy to zrobić. Sądzę, że ta dwójka pomoże sobie nawzajem. - Już o tym wspominałeś. To jest za mało… - Wiktor, przyjacielu – Odys uśmiechnął się – nie wspomniałem ci o jeszcze jednym. On ma dług wobec Mervi. Będzie ją uczył. Ona stanie się jedną z bardziej wartościowych broni Tradycji w tej przeklętej broni. - To wirtualna… - Wiktor zmieszał się - ...przepraszam Mervi, nie chciałem aby to tak zabrzmiało. Może sam jestem do was uprzedzony, nie będę ukrywał… Ale najbardziej niepokoi mnie twój wiek. Będziesz mistrzem? Może nawet dalej? Podołasz, wiesz z jakiej gliny cię ulepiono? Nie zejdziesz ze ścieżki? Milczeli dobrą chwilę nim Ulisses przerwał to delikatnym głosem. - Tylko on ma klucze. Ja jej ufam. - Nie ma mowy – cyfrowy, humanoidalny kot prychnął w kierunku rtęciowego człowieka – w co ty mnie mixujesz Dante. Za żadne skarby na świecie. Jeszcze tych hermetyków wziąłeś na dokładkę. Kto to był, ten Tytalus? - Potrzeba nam wsparcia politycznego. Augustin Jean Feugarde, to zaufany człowiek. Mistrz u siebie, naprawdę porządny człowiek. Ma się nią zajmować z odległości. - Wiesz jak to brzmi? Najpierw pół Kryształowego Pałacu dostało sraczki, że wielki Dante prosi o przysługę, potem wyszło, że Mock N’ Death mieli długu u tego pojeba Ulissesa i to pośrednio na jego zawołanie ta cała akcja. A teraz jeszcze mieszasz mistrza wkijowdupców. To są dla mnie za wysokie progi. Muszę wiedzieć o co chodzi. - Przecież i tak bym ci powiedział – rtęciowy człowiek przysiadł na bloku danych – dziewczyna uciekała z Unii. Nasi zorganizowali przerzut przez pełna digitalizację, wulgarne straszne. Miała ze sobą dane, upload na chmury lustrzani zablokowały. Dowiedzieliśmy się o tym już w Pajęczynie. W walce przepaliło wiele sektorów, kilka sam upaliłem aby zatrzeć ślady. Dziewczyna ma dane unii. Petabajty danych, królestwo… Zaszyfrowała je swoim avatarem gdy było gorąco. Zrobiła to chyba mniej lub bardziej celowo. Teraz leży w śpiące, ale wyjdzie z tego. - Biorę ją. - Szybko się zgodziłeś, Joel. - Wiem – kot mruknął – ty chyba wiesz też czemu. - Bo dane są ważne. - Tam dane – machnął kocią łapą – skoro wykręciła taki numer z waszą ucieczką, Ulisses miał u niej dług, a teraz wszyscy wokół niej skaczą, to z tymi danymi też zrobi nas wszystkich na szaro. Ona ma cholerny talent, może nawet większy niż ty. I nie jestem najlepszym nauczycielem. Ale jestem lepszy od was aby nie stała się potworem. Też mam swoje źródła, mój mentor był w Unii. Wiem co tam się wydarzyło. Ona potrzebuje ciepła. - I ty niby jej dasz to? - Tak – kot pociągnął wąsami – bo w waszej lidze… Sam wiesz jak to jest. Wiedzieli. Była już z Jonathanem pół roku w lodowej pustelni pełni książek, kiszonek oraz z przesympatycznymi domowymi niedźwiedziami polarnymi – trójką niedźwiedzi zachowujących się jak kochające psy, które co róż przynosiły im mięso foki – ich główny składnik diety. Przez ten czas nie odzywali się do siebie. To znaczy Mervi czasem coś mówiła, ale hermetykowi paradoks odebrał Słowo. Mimo to, z trudem, przekazywał jej wiedzę. Zrobił to chętnie, bez namawiania. Gdy pierwszy raz ją zobaczył, był przekonany, że adeptka chce go zabić – i nie bronił się. Dzisiaj siedzieli popijając faktyczne piwo z nietoperza. Mervi chyba upiła za dużo. Za dużo rozgadała się. I do do Jonathana, co do którego płonęła w nie nienawiść. I trochę współczucie. - ...więc tak odszyfrowałam te dane. Uderzam w unię, pomaga mi w tym moja fundacja. Myślą, że jestem genialną hackerką, a ja po prostu wyciągam zachowane dane, czasem muszę coś aktualizować. Patrick jest nieocenioną pomocą, ale też inni dają radę. Chyba znalazłam swoje miejsce na ziemi. Prawie – zacisnęła pięść – mogę się z tym wszystkim pogodzić. Prawie. Jonathan podniósł dłoń. Jeden palec. Mervi chyba rozumiała. Jeden przypadek. Jeden raz, nie więcej. Pogodzić się ze sobą. Chociaż zdawali sobie sprawę, że razem pokonają pewne ograniczenia. - Dobrze. Kaleki hermetyk odjechał wózkiem aby nalać kolejny kufer piwa. Czas mierzy się mocą. Klucz do uniwersum w jej dłoniach. Spodziewała się odwiedziny kogoś pokroju takich osób Sh'zar. Nic nie nastąpiło. Nie wiedziała czy to temu, że udało się jej perfekcyjnie czy temu, że nic jej nie wyszło. Ale zrobiła to. Przez moment była zegarem zegarów, czasem dla czasu. Odrobinę młodszy od Mervi chłopak wyglądał na zakłopotanego. - Robert? - A co? - zapytał podejrzliwie, lecz ona już widziała. Właśnie entropijne algorytmy wżerały się w systemy unii. Nie trzeba było do tego wiele, wszystkie oscylatory kwantowe mieli zepsute, żadna ramka danych nie potrafiła być poprawnie zsynchronizowana gdy lokalny czas wszystkich układów był przesunięty wobec siebie. „Coraz bardziej staję się one trick pony jak J.” - pomyślała. Uśmiechnęła się do Roberta i skradła mu pocałunek. - Poszukaj mnie – powiedziała ogłuszając go uderzeniem z irlandzkiej szkoły. Dziś Unia nie dotrze do nowego przebudzonego. Nowy członek fundacji Nowego Domu (przyrzeczonego z odrodnego Białego Domu) siedział w sali wspólnej jeszcze nie do końca nawykły do nowego otoczenia. Student Wirtualnych Adeptów, utalentowany, ale jednak sierota – któremu brakowało chociażby materiałów z teorii sfer – był trochę podenerwowany. - Nie spinaj się – Sameul powiedział z typową dla siebie energiczną manierą – nawet nie wiesz jak trudno było odzyskać tą dziedzinę. Najpierw biegaliśmy za niedobitkami fundacji, a potem razem stwierdziliśmy, że będziemy szachować radę. Przez moment myślałem, że będą nas szturmować. - To nie brzmi jak coś co miałoby mnie uspokoić. Pierwszy raz jestem w dziedzinie umbralnej. - Po prostu twoja mentorka, jak wy to mówicie, jest elitarna w kosmos. Zaraz pewnie wrócą z Patrickiem, takie tam sprawy mistrzów tradycji… Dalej Robert już nie słuchał. Gdy zza rpgu białego, architektonicznego cuda wyłoniła się twarz Mervi, a ich wzrok spotkał się… ...ich dusze się już rozumiały.
  • Sezon 1

    Zablokowany Rozgrywka import
    76
    0 Głosy
    76 Posty
    2k Wyświetlenia
    ZellZ
    [image: lUIJIjQ.png] Wieści uderzyły Ann jakby obuchem w głowę. Czuła zagrożenie czające się przy Cyrilu, a w pewnym momencie wręcz zaczęła panikować. Chciała rzucić wszystko i wrócić w jednej chwili do Nowego Jorku, uratować Cyrila.William musiał powstrzymać dziewczynę oszalałą z wypaczonej miłości. Tłumaczył jej jaka to byłaby bezsensowna podróż, że mogłaby tylko doprowadzić jego wrogów do niego samego. Ann uspokoiła się tylko temu, że to okropne uczucie odeszło... ale wciąż wiedziała, że Tremere istnieje, jednak szczegóły ja ominęły. ...póki nie zjawił się wysłannik Księcia. Dziewczyna patrzyła otępiała na dokument z wyrokiem na siebie (żadne ładniejsze nazywanie nie zmieniało faktu czym to tak naprawdę było). Nieruchomo słuchała opowieści posłańca czując irytację, a w końcu złość, gdy przekazał jej fiolkę i list od Cyrila. Zależy mu na ich więzi... Oczywiście, że zależy mu na utrzymaniu swojej własności na łańcuchu. Wiedział, że ona wypije jego krew, ona też o tym wiedziała. Gdy ściskała w dłoni fiolkę to czuła podekscytowanie i wiedziała, że nic na to nie poradzi. Nie umiała się uwolnić i nie chciała... choć chciała niedawno... Siedziała na posłaniu wpatrzona w fiolkę leżącą na zwiniętym wyroku. Wiedziała, że niczym nie zawiniła, że nie zasłużyła na karę. Nie przyłożyła palca do całej sprawy, a oni jej odcinali całą rękę. Czuła wściekłość na Cyrila, na Księcia, na Primogenów, który głosowali przeciw Tremere... bo jednocześnie głosowali przeciw niewinnej Ann. Czterdzieści lat? Tyle istniała, włącznie ze śmiertelnym czasem! Dla nich to mogło być nic, ale dla niej to był wyrok śmierci społecznej. Już cierpiała z powodu braku klanu, ale teraz pozostawała uwiązana wolą Cyrila w Stillwater, bez szans na stworzenie znajomości, partycypowania w świecie Spokrewnionych. Za te lata będzie tym samym nic nieznaczącym kundlem, za którym będzie ciągnął się niesprawiedliwy wyrok wskazujący, że jest tylko niewolnikiem krwi. I nawet nie została określona w wyroku imieniem i nazwiskiem, a tylko imieniem... jak nic nie warty niewolny kundel. Szlag by tego Ventrue! Nie wypiła jeszcze Vitae, nie w tej sekundzie. Najpierw zadzwoniła do Eleny: podziękować. Wiedziała, że gdyby nie Toreadorka to Cyril nie przetrwałby następnej nocy. Dziękowała jej po stokroć, choć nic nie mogła jej sprezentować, bo i nic nie posiadała. Obiecała, że u niej się pojawi, gdy... dojdzie już do siebie. Nie chciała narażać Eleny na swoje wahania nastroju, jakie teraz by miała. Musiała ustabilizować się wpierw. Jeszcze tej nocy zawitała w Róży, prosząc o żywy posiłek... posiłek po ostrym doprawieniu. Meta, amfa, może hera. Miracella zobaczyła, że Ann jest w ostrej rozterce i choć nie znała szczegółów to tym razem nie naciskała na bezklanową i jedynie zapisała duży rachunek na konto Williama. Wiedziała, że naćpana Ann będzie jeszcze tu nocować, więc dorzuciła opłatę za pokój do rachunku. Następnego dnia wyjaśniło się wszystko. Ann nie zależało, kto by się nabijał z jej nieszczęścia, jak i nie zależało, że nawet Lukrecja tego nie robiła. Wiedziała, że Caitiffka chce wrócić do Nowego Jorku, jak i ona. Czuła nienawiść, jaką dziewczyna roztaczała. Wybrała milczenie. [image: K83nHlA.png] Dwa dni później Ann zniknęła. Wystarczyło by wypiła krew Cyrila, aby udała się do miasta... i nie wracała. Zaniepokojony William trzeciej nocy pojawił się w Nowym Jorku, by ją odnaleźć i odwieźć do miasteczka. Jak przypuszczał znajdowała się obok siedziby Tremere. Z tego co zrozumiał siedziała przed nią nieruchomo, czasem otoczona cieniami, nie polująca. Siedziała i patrzyła w mury. Gdy próbował ją zabrać, ta stawiała się mu, nie chciała by ją zabrał. Krzyczała jak nienawidzi Księcia, jak nie rozumie czemu została ukarana. Że William nic nie rozumie i ją krzywdzi. W końcu Toreadorowi udało się ją zabrać i musiał cierpieć jej uporczywe milczenie pełne bólu. Relacje z Nadią ostygły. Ann nie miała ochoty spotykać się z nią i choć zyskała swój własny dom, to nie uśmiechało jej się iść do biblioteki. Widziała w Nadii Palafoxa, wobec którego pałała nienawiścią za próbę skazania Cyrila na śmierć. Odseparowała się od wszystkich, woląc samotnie przebywać w mieszkaniu.z dala od innych, jedynie dwa razy w miesiącu jadąc do miasta albo do Eleny, ale w większości by siedzieć naprzeciw siedziby Tremere... ...i gadając do siebie...? END OF CHAPTER ONE [image: lUIJIjQ.png]
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    Rozgrywka import
    242
    0 Głosy
    242 Posty
    7k Wyświetlenia
    DekaresD
    Stefan słysząc słowa porucznik o zauważeniu przy bramie jakiegoś regimentu poczuł jednoczeście odrobinę ulgii, w końcu oznaczało to, że najprawdopodobniej pułk zajmuje już silną pozycje w mieście. Jednocześnie wiedział, że razem z Albrechtem są teraz po uszy w gównie, doskonale pamiętał jak traktowany był jeniec którego widzieli w bramie zajazdu. Czuł jak zaczyna się pocić kiedy oficerowie zasypali go serią pytań, jakimś cudem udało mi się nie położyć ręki na ostrzu noża za pasem. W końcu rzucił odpowiedź udając niewiedzę: Tak jak mówiłem Pani porucznik do miasta weszliśmy w kilkanaście osób, żadnego regimentu tam nie widziałem. Pewnie pojawiły się kolejne osoby co przeżyły wspomniany atak pomiotów. Tak jak mówiłem mogę ich zachęcić do dołączenia się. pozwolę się tylko spytać o to ilu tych buntowników w przybliżeniu jest? Żeby wiedzieli w co się pakują i nie biadolili później że ich na minę wprowadziłem. Po wyjściu oficer zajął się sprzątaniem swoich narzędzi, podczas tego odezwał się jeszcze do doktora: Przepraszam ale wcześniej po chamsku się Panu doktorowi nie przedstawiłem. Nazywam się Stefan Jeager. W sumie to tak samo nietaktownie zachowałem się względem Pani porucznik…? - Stefan postarał się zadać to pytanie neutralnym tonem i stojąc plecami do sierżanta i innych obecnych żołnierzy. Jednocześnie miał nadzieję, że intensywność z jaką spoglądał na medyka i mowa ciała wystarczą do zasygnalizowania mu pytania i że jest ono dla Stefana ważne. Czarnowłosa porucznik przed wyjściem, popatrzyła przez chwilę na Stefana. I uśmiechnęła się półgębkiem nieco ironicznie. Ale nic nie powiedziała. Gdy zaś Jaeger odezwał się do chirurga to ten przyjrzał mu się uważnie. Po czym ponad jego ramieniem spojrzał na sierżanta Lupo i resztę żołnierzy. Miło mi cię poznać młody człowieku. Jestem doktor Gerlach Sonnewalde. Dziękuję za pomoc. Szkoda, że musisz już iść i nie możemy poznać się lepiej. Może w spokojniejszych czasach. Wpadnij kiedyś do mnie na Bursztynową to napijemy się jabłecznika i porozmawiamy. - Siwowłosy medyk uśmiechnął się łagodnie. Mówił cichym, spokojnym głosem. Mył przy tym ręcę w misce z krawą woda a potem wycierał je w niezbyt czysty ręcznik. Ale zwykle tak to wyglądało w polowych warunkach. Stefan zaś skojarzył, że Bursztynowa to była na tym adresie z kartki. -Mieszka Pan na Bursztynowej doktorze,tak?- odparł ostlandczyk jednocześnie wyciągając jedną ręką z kieszeni skraj obciętej wcześniej kartki i skierował swój wzrok w jej kierunku wymownie. Wysłuchał odpowiedzi medyka ,po czym zadał jeszcze jedno pytanie lekko ściszonym głosem: A pan doktorze może wie, ilu tych buntowników jest, mniej więcej oczywiście? Prowadzony na dół ostlandczyk zastanawiał się co z nimi będzie. Widział jak obchodzili się z jeńcami co nie napawało optymizmem, z drugiej strony nie próbowali ich póki co rozbroić... . W ogóle cała sytuacja z buntem wydawała mu się podejrzana, zdawał sobie sprawę, że bunty w wojsku się zdarzają, ale był pewien że pan doktor Sonnewalde nie dał mu kartki z adresem w celu spotkania się na lekarskie pogaduchy. Cała sytuacja miała drugie dno i wiedział że bez rozwikłania tych tajemnic jego regiment będzie zagrożony ciosem w plecy. Cholerne podstępy i manipulacje przeklętych chaosytów zupełnie jak w Nuln albo w tym cholernym lesie gdzie znaleźliśmy Czerwonego Maga...- Stefan przerwał nagle swoje zwyczajowe narzekania. Wspomnienie wydarzeń z walki z demonami i wiedźmą która potrafiła przejąć kontrolę nad dowolną osobą aby siać zamęt w szeregach imperialnych żołnierzy. Może tutaj dzieje się tak samo? - myśl ta spowodowała, że Stefan bezwiednie zatrzymał się na schodach co wywołało gniewne szturchnięcie ze strony prowadzącego ich podoficera: -Co Ty robisz!? Ruszaj się, nie mamy czlego dnia żołnierzy! Stefan natychmiast ocknął się z chwilowego stuporu, ruszył naprzód i wymamrotał pośpieszne przeprosiny. Przepraszam za to, nagle trafiło mnie wspomnienie z niedawnej walki... muszę Panu zadać z pozoru głupie pytanie, ale proszę mi uwierzyć może być bardzo istotne dla całego tego burdelu z którym macie nieprzyjemność walczyć w tym mieście - Stefan zaczął trochę nieskładnie mówić do podoficera jednocześnie posłusznie idąc w dół schodów. Czy Ci żołnierze co się zbuntowali to byli już od dawna jakimiś malkontentami? Sprawiali kłopoty i nie chcieli walczyć?Czy może wprost przeciwnie zawszebyli pewnymi, karnymi żołnierzami aż tu nagle trach! Z dnia na dzień rzucili Wam się do gardeł jakby postradali zmysły, albo przynajmniej ich dowódcy czy dowódca nagle zwariował? Jeager słuchał słów porucznik i starał się zanotować w pamięci wszystko co mówiła. Cieszył się z widoku swojego dowódcy ale jednocześnie nie miał najmniejszego pojecia co ten im o nim i Albrechcie powiedział. Czy byli już całkiem spaleni czy może zupełnie odwrotnie sprzedał im jakąś bajkę w którą oni muszą się wkomponować bez znania jej treści. Dlatego pozdrowił swojego imiennika tylko skiniwniem głowy. Kiedy oficer skończyła mówić odezwał się po skłonieniu głowy: Pani porucznik przekaże wszystko co pani powiedziała...odpowiednim osobą, muszę się jednocześnie zapytać czy macie albo czy możemy ustalić jakieś hasło w celu identyfikowania się z Pani żołnierzami na terenie miasta? Żeby nie doszło do niepotrzebnych incydentów albo żebyśmy się nie dali podejść tym buntownikom. Wy ich rozpoznacie bez problemu ale moi...towarzysze mogą dać się podejść jak dzieci we mgle. Ostlandczyk odchrząknął i ciągnął dalej: -Po za tym Pani, jeśli dobrze rozpoznaje sytuacje to ruszacie do decydującej walki z tymi buntownikami, tak? Chodzi mi o to, że jeśli mamy sobie pomóc to przede wszystkim propowałbym poczekać z atakiem na przybycie wsparcia z naszej strony. Mówiła Pani że mają oni podobne siły do waszych, jak rozumiem są okopani w centrum miasta. Nie ujmując niczego odwadze Pani ludzi zapewne przydała by się Wam każda pomoc, żeby ograniczyć straty.
  • Kultyści - Lato 2519

    Rozgrywka import
    345
    1 Głosy
    345 Posty
    8k Wyświetlenia
    SantorineS
    - Nie wciskaj mi kitu. Dzwon opóźnienia co najmniej. Nie, nie, nie. Tu gdzieś grasują ci przeklęci piraci. Nie widziałeś, że tylko my byliśmy na tyle szaleni aby popłynąć w górę rzeki? Musimy przepłynąć ten kawałek jak najszybciej. Jak dobrze pójdzie to może do wieczora będziemy już w Salzenmund. Albo chociaż w Tettens. To już prawie na rogatkach Salzenmund. Tam już powinniśmy być bezpieczni. Ale na razie żadnych przestojów. Zresztą zobacz, nie dość, że deszcz zaczął padać to jeszcze mgła się podnosi. - Stary szyper wydawał się być zirytowany prośbą. I widać było, że nie chciał tracić czasu na coś innego niż bezpośrednia podróż do stolicy. A przed dziobem widać było, że opary zaczynają się unosić. Jeszcze dość rzadkie ale nie wiadomo jak bardzo zgęstnieją. Rolf ze zniesmaczoną miną odszedł od niego i przeszedł przez krypę, na dziób do Egona i Burgund. - No weźcie z nim pogadajcie co? Przecież ja nie do Salzmundu chciałem płynąć. Tylko aby naszych ludzi zgarnąć. - Popatrzył na nich prosząco. Okazało się, że w porannym zamieszaniu, Wagner zgodził się zabrać go jako dodatkowego ochroniarza. Ale teraz, jak padał deszcz i jeszcze mgła zaczynała się podnosić, to nie chciał tracić czasu na dodatkowe kursy w poprzek rzeki. I nawet jeśli by zyskał z pół tuzina zbrojnych to tylko chwilowo. Musieliby mieć ogromne szczęście aby akurat w tym momencie zaatakowali ich piraci. A każdy pacierz opóźnienia, to był dłuższy czas przebywania na niebezpiecznych wodach. Uznał więc, że gra jest niewarta świeczki. Rolf był więc mocno niepocieszony, bo gdyby Wagner nie ustąpił, to w ogóle by się nie spotkał ze swoją bandą. A przecież liczył, że dzięki niemu, przewiezie ich na drugi brzeg. - Faktycznie mgła się podnosi. - Lars pokiwał głową i siedział po sąsiedzku na jakiejś skrzyni. Starał się nie wpadać w oko obu Skaeligom więc trzymał się przy samym dziobie. Ale liczył, że zaabsorbowani Anniką, nie rozpoznają w nim wrogiego współplemieńca. Nie groziło mu to aż tak, jak blondwłosej córce wodza. Burgund i Rolf na chwilę spojrzeli na niego i przed dziób. Miał rację. Widać było coraz więcej oparów unoszących się nad wodą ale na razie nie przeszkadzało to w podróży. – Pogadamy, pogadamy – rzekł Egon, puszczając oko do Larsa. Póki co, podróż z Norsmenami, jak i ich samo zaakceptowanie przez szypra przebiegały bez żadnych kłopotów. Rzecz nieco przyprawiała Egona o podejrzenia, że mogło kroić się coś grubszego ze strony ludzi z północy, jednak, nie: Astrid posłusznie podziewała się pod pokładem i jak najdalej od dwójki brodaczy, Lars zaś ciągle był na dziobie. Pozostało wszak dopełnienie słowa danego Rolfowi. Egon, który w gruncie rzeczy planował, żeby ich piraci zaatakowali, miał ochotę na sporą dozę ryzyka. Mgła zaś… Mgła zaś była dobrym znakiem, że coś wkrótce miało się wydarzyć. – Czuj duch – mruknął do towarzyszy i podszedł do szypra. – Ano, panie Haynrich Wagner – rzekł Egon, przypominając sobie, aby wymówić jego imię poprawnie. – Cóż to za sprawa, z tym Rolfem? Człek dołączył do nas, bo chciał jeno w pół drogi przejść. Czegóż to się boicie? Macie nas i dwóch berserkerów z Norsci na pokładzie. Po mojemu, to ci piraci powinni bać się nas, a nie my ich – zaśmiał się pokrótce. - A tak, oni. - Stary szyper zmarszczył brwi i nieco wychylił się aby spojrzeć w stronę dziobu. Ale dwaj Norsmeni dalej gadali z Anniką. Więc chociaż wyglądali jakby dopiero co wysiedli z długiej łodzi, to zachowywali się w miarę spokojnie. Jeszcze za nimi widać było Larsa i Burgund. On opierał się ramionami o mokrą burtę a ona usiadła na beczce jak na krześle, skrzyżowała ramiona i oboje obserwowali przebieg rozmowy z Wagnerem. - Oni się dziś pobili z tymi żołnierzami. Wczoraj wieczorem też się bili. Z tymi Norsmenami to niepewna rzecz. Nigdy nie wiada co im do łba strzeli. - Stary marynarz gderał jak zwykle imperialni mieli w zwyczaju gdy mówili o ludziach z północnych wybrzeży Morza Szponów. Zupełnie jakby spodziewał się, że ci dwaj zaraz rzucą się z toporami na niego i jego załogę. Pokręcił trochę głową i wrócił spojrzeniem do gladiatora. - No może bić się w karczmie umieją. Krzepko wyglądają. Ty i twoi koledzy też. Tylko ta dziewczyna to w ogole. - Przyznał jakby doceniał możliwości bijatyki u całej piątki. Ale przy Annice się a tyle zawahał, że znów spojrzał w stronę dziobu. Ona w ogóle nie wyglądała krzepko. Raczej jak jakaś córka szefca czy kramarza. Ale pewnie też widział jej bójkę z dzisiejszego poranka. I sądząc po twarzy w ogóle nie spodziewał się po niej takiego numeru. Pokręcił głową z lekkim niedowierzaniem i znów wrocił do gladiatora. - Taka chuda raczej. Jak ona dała radę tak im przywalić? - Nie mógł się nadziwić nad tym kontrastem. Zwłaszcza, jak teraz pokojówka bretońskiej szlachcianki, spokojnie siedziała okryta płaszczem i rozmawiała z Norsmenami. - No dobra ale to was jest może z pól tuzina. A skąd wiesz ile jest tych piratów? Może dziesięciu? Może tuzin? Może stu? Nie wiadomo. Ale gdzieś tu grasują. A widziałeś, że tylko my ruszyliśmy w górę rzeki? No to jak oni gdzieś tu grasują to za bardzo nie będą mieć wyboru kogo napaść. A ten cały Rolf mi mówi, że mam przybić do brzegu i przewieźć jego ludzi na drugi brzeg. Żartowniś! Normalnie to czemu nie. Zapłaciłby za nich to bym ich przewiózł. Ale teraz? W każdej chwili mogą się pojawić ci piraci. Tylko nie wiadomo kiedy i gdzie. Teraz? W obiad? Przy kolacji? Dopiero w Salzenmund będziemy naprawdę bezpieczni. Tak wielkiego miasta to ci piraci nie odważą się napaść. Czemu ich nie dopadną wilcze statki! Na co ja płacę podatki?! Eh wszystko by tylko mewy pożarły. Jeszcze, żeby ten Rolf z nami płynął to mógłbym się zastanowić. Mówi, że u nich wszyscy mają łuki to by nawet mogło nam się przydać. Ale on mówi, że do Salzenmund płynąć nie chce tylko na drugi brzeg. To co ja z tego mam? Stratę dzwonu albo dwa. A tyle może nam zabraknąć aby dotrzeć do Salzenmund. Wtedy trzeba będzie nocować w Tettens. O ile i po drodze nie będzie innych opóźnień. - Stary szyper kręcił głową i wydawał się być zirytowany propozycją Rolfa. Zapewne też odczuwał zdroworozsądkowy poziom obawy przed napaścią piratów i wolał jak najszybciej przebyć niebezpieczny teren. A w obecnej sytuacji, tylko stolica prowincji zdawała mu się bezpiecznym portem. Egon uśmiechnął się lekko pod nosem. Wojownik przyznał, że logika szypra miała pewien sens - gdyby on sam miał okręt pod sobą, to zapewne też unikałby czegokolwiek, co mogło nosić jakiekolwiek znamiona niebezpieczeństwa. Zaiste, Egon podejrzewał, że sam wkrótce mógł znaleźć się w takiej właśnie sytuacji, mając kogę albo krypę jakiego innego rodzaju, do której będzie ładował brańców. To były jednak deliberacje, na które Egon zostawił sobie czas na później. Musiał sprawić, żeby szyper dostrzegł w tym i swój zysk. – Cóż, jak byśmy tego Rolfa nie spotkali, to tak czy inaczej byśmy płynęli bez nich w górę rzeki – zauważył gladiator. – Jeno z nami i z tymi północnikami, co żem ich spotkał w Błękitnym Łabędziu. A co, jak byśmy kazali mu opłacić rzecz z góry albo żeby dał łuki w zastaw? Coś zyskać na tym musimy… Uzbroimy tym ludzi i sprzęt będziemy mieli, albo niechaj płacą z góry spory grosz. Ile byś rzekł? Co myślisz o tym? Egon czekał na odpowiedź Wagnera. Sam był ciekaw jego odpowiedzi i sam nie był do końca pewien, czy przypadkiem nie było lepsze dla nich, aby Rolf został na pokładzie… W istocie, im dalej się nad tym zastanawiał, stanowisko szypra było mu chyba bliższe, niż samego Rolfa. Być może - myślał Egon - może udałoby się zmusić Rolfa do współpracy? Ciekawa rzecz. Choć chciał usłyszeć, co powie szyper. I, rzecz inna, szyper mógł mieć rację, że piratów mogło być więcej, niż ich samych. Egon co prawda nie znał się na kaperstwie tak, jak Lars, ale spodziewał się, że skoro dotychczas piraci rzeczni byli tak efektywni, słowa szypra mogły mieć w sobie ziarno prawdy. Mogli i spotkać statek z ponad czterdziestoma wojownikami. Tedy, imaginował Egon, zostawienie Rolfa mogło mieć sens. Tylko… Egon chciał, żeby ich napadli. - E. A co mi po ich łukach? Miejsce będą zawalać, potem trzeba będzie je sprzedać w którymś porcie. - Szyper skrzywił się na taki pomysł i widać było, że w ogóle mu nie podpasował. Nad kolejnym jednak zastanawiał się chwilę dłużej. - No może. - Zaczął kręcić głową na boki, jakby go przymierzał jak pasuje. - Takie dodatkowe ryzyko. Jeśli już tak koniecznie im zależy. A przecież sam widzisz, że mało statków na rzece teraz pływa więc nie mają zbyt wielkiego wyboru. - Po kolei obracał te kolejne punkty w myślach. - No to jak już to dwadzieścia monet za każde pół klepsydry na czekanie na nich lub kurs w poprzek rzeki. Mnie to w ogóle nie na rękę. Mnie pasuje płynąć jak najszybciej w górę rzeki aby przed zmrokiem dotrzeć do Salzenmund. I nie czekam na nich dłuzej niż klepsydrę. I po dziesięć monet od głowy za każdego z nich. Może być pięć jeśli dopłynął z nami do Kurtenwalden. I po jednej jeśli do Titten. - Podał swoją cenę. I chociaż Egon nie znał rzeki i te nazwy nic mu nie mówiły, to jednak szyper wydawał się być gotów zaryzykować za dodatkowy zarobek. Klepsydra na jaką wskazał miała wielkość kilku pacierzy więc pewnie przesypanie się piasku do końca oznaczało jeden dzwon lub podobnie. Egon wzruszył ramionami na te rewelacje. Nie był do końca przekonany co do opuszczenia statku przez Rolfa, teraz, kiedy czekał na nich najtrudniejszy odcinek. W gruncie rzeczy, Egon wolałby, żeby banda zaatakowała już zaraz, przynajmniej mogliby się obronić przed nią przyzwoicie. Z drugiej strony, nie mógł nie przyznać szyprowi racji, przynajmniej co do logiki, dla której miałby zatrzymywać się dla Rolfa. Rolf jednak wiedział, na co się pisze - mógł pogadać z szyprem co do kwestii schodzenia na ląd. Zdecydowawszy więc, że nie obchodziła go cała sprawa Rolfa, postanowił zdać rzecz człekowi. – Dobry pomysł – pokiwał do szypra. – Pogadam z nim. Podszedłszy z powrotem do Rolfa, rzekł prosto: – Wagner gada, że jak chcecie wejść na ląd, to dwadzieścia koron za pół godziny postoju – rzekł wojownik. Z góry. I zamilkł, ciekaw reakcji Rolfa. - Ile?! No chyba zwariował! On ma w sobie krasnoludzkich przodków!? - Rolf aż poczerwieniał ze złości jak usłyszał cenę za tak krótki transport. - No ale wiesz, on by musiał zatrzymać całą łajbę. Więc to trochę jakbyś chciał wynająć całą łódź i załogę na te pół dzwonu czy ile. - Burgund zwróciła mu uwagę na ten portowy aspekt. Łucznik sapnął, złapał się za biodra i popatrzył za burtę na mijany las. Ten wydawał się być ciemną, ponurą ścianą. Na jej tle widać było krople padającego deszczu. - Robi ci przysługę. Jak ja bym dowodził łodzią, to w ogóle bym się nie zatrzymywał na niebezpiecznych wodach. Kazałbym płynąć aż będziemy bezpieczni. Ale pewnie liczy, że ci twoi nas wzmocnią, gdyby doszło do ataku. - Lars niespodziewanie odezwał się. Łucznik spojrzał na niego jakby rozważał w głowie jego słowa. - Jak mu nie zapłacisz, to popłyniemy dalej. Aż do Salzmundu albo aż nas napadną. Tam będziesz mógł wysiąść i szukać chętnych co będą płynąć z powrotem. Ale sam widziałeś rano jak szyprowie chętnie rwą się na rzekę. - Burgund zrobiła małe podsumowanie dla nowego kolegi. Ten pokręcił głową i ze złością splunął za burtę. - Dobra, niech będzie. Zapłacę mu. Ale więcej nie mam, nasza szefowa ma. Więc to ona będzie mogła zapłacić resztę. - Rolf westchnął i chociaż uważał, że to droga zabawa to jednak postanowił się zgodzić na takie warunki. Egon wzruszył ramionami. Koniec końców, nie jego złoto pójdzie do szyprowej kiesy, toteż złość Rolfa spłynęła po nim, niby krew po futrze Gnakowych gorów. Pokręcił głową, bo nie podobała mu się jednak ta robota jako chłopca na posyłki między szyprem a Rolfem, jednak cóż zrobić, życie potrafiło przywieść na najdziwniejsze ścieżki. Wróciwszy do Wagnera, rzekł: – Gada, że zapłaci, ale całego złota nie ma – rzekł Egon. – Weźmiesz złote korony od niego, może i wyrobią się w ten czas, ale Rolf gada, że resztę zapłaci ci jego pryncypałka. Co rzekniesz? Chyba lepszego interesu nie ubijemy, bo mało kto by w kiesie tyle złota tachał, szczególnie na tej rzece. Stary szyper obracał ten pomysł w myślach. Trochę pokiwał głową, trochę nią pokręcił. I w końcu spojrzał w dal, ku dziobowi, na czekającego łucznika. - Dobra. Niech będzie. Jak zapłaci za pół klepsydry to poczekam na niego pół klepsydry. - Wskazał ręką na piaskowy czasomierz widoczny przy rufowej nadbudówce. - A jak ta jego szefowa zapłaci za przejazd i resztę, to popłyniemy na drugi brzeg aby ich wysadzić a nie to płyniemy dalej aż do samej stolicy. - W końcu niechętnie ale się zgodził na taki układ. Gdy Egon wrócił a dziób przekazać wieści Rolfowi to ten skinął mu głowa. - Dzięki. Co za sknera z niego. - westchnął cicho ale poszedł na rufe. Po krótkiej rozmowie z szyprem obaj zniknęli z widoku gdy poszli do wnętrza nadbudówki. A gdy wyszli obaj wydawali się ciut weselsi. Łucznik wrócił na dziób “Jutrzenki”. - Dobra, powiedział, że przybije gdzie trzeba. I będzie odmierzał czas tą jego przeklętą klepsydrą. Mam nadzieję, że nasza ekipa jest w tej tawernie na miejscu i nie trzeba będzie ich szukać. - mruknął do Egona i jego towarzyszy. Egon zerknął na Larsa, dał też znak Silnemu. Zebrawszy swych towarzyszy, milczał parę dłuższych chwil, aby zebrać swe myśli, przemówił w te słowa: – Widzicie tą mgłę? Po mojemu, jak ta banda rzecznych kutasów zoczy, że jakaś barka będzie marudzić albo przybijać do brzegu, obskoczą nas, jak psi sukę. Silny, weź to. I położył eliksir wzmacniający do Silnego. – Dałem już łucznikom Gezackta dekokty na wzmocnienie wzroku, może im to coś pomoże, może nie. Jak tamci przypłyną jaką kogą, możecie ich siekać do woli, ale jeśli będzie to lądowa zasadzka, walczcie tak, żeby wycięli załogę, a myśmy mieli przetrwać. Silny, Rune, my będziemy wbijać się klinem, ty Lars, boś był ranien, walcz po flankach. Gezackt i jego ludzie, a także Rolf ostrzelają ich, zanim się zbliżą. Będzie ciężko, ale poradzimy se… Już moja w tym głowa, hehe. Norsmeni niechaj siekają po swojemu, oni będą naszym wsparciem. Jak wpadną w szał bitewny, ciężko będzie na nich polegać. Zwrócił się jeszcze do Anniki: – Annika, trzymaj się blisko mnie – rzekł Egon. – Srebrnym Hełmom w mordę dałaś, ale ci tutaj to okrutne diabły, gdyby mogli, to oskórowaliby nas żywcem. Walcz przy drugiej flance. Egon poklepał swój topór zakasany za pasem. – No? To gotowi? Czuj duch, myślę, że niedługo zrobi się znacznie ciekawiej. ~ W miarę jak płynęli w górę rzeki, deszcz padał dalej a mgła gęstniała. W ciągu kilku zakrętów zrobiła się na tyle gęsta, że widać było tylko z pół setki kroków przed i za “Jutrzenką”. - To już niedaleko. Przybijemy do molo i spotkam się z moimi kamratami. I niech ten sknera nas przewiezie. - Rolf już cieszył się na myśl o spotkaniu z twarzyszami. I wcale nie ukrywał swojej niechęci do starego szypra, który wykorzystał sytuację aby zedrzeć z niego ostatnie pensy. - Ta mgła robi się coraz gęstsza. - Lars mruknął pod nosem. Teraz już ledwo widzieli zarys brzegów. - Statek przed dziobem! - Okrzyk z rufy, zaalarmował załogę i pasażerów. Wiele osób wychyliło się przez burty aby lepiej widzieć. Z gęstej mgły wyłonił się ciemny dziób. Potem zarys kadłuba i żagla. [image: gdulZoD.jpeg] Żagiel był w czerwono - białe pasy. Łajba wydawała się większa niż “Jutrzenka” i miała wyższe burty. Ale te morskie kogi co przypływały do Neus Emskrank, były jeszcze wyższe i większe. Nawet “Stara Adele” była większa niż ta krypa co płynęła z przeciwka. Nie różniła się jednak za bardzo od łajb jakie mijali wczoraj lub były przycumowane do pomostów “Błękitnego łabędzia”. Z powodu jednak gęstej mgły, dojrzeli ją gdy była już dość blisko. Ponieważ była to pierwsza jednostka jaką spotkali od opuszczenia rzecznego zajazdu, to wzbudziła ciekawość i załogi i pasażerów. Wagner nieco odbił w bok aby mogli się swobodnie minąć. Ale łajba z przeciwka też powtórzyła jego manewr. - Co ten dureń robi! Ślepy jest! - Szyper krzyknął rozzłoszczonym tonem. Dał znak aby sternik jeszcze bardziej naparł na wiosło sterowe aby uniknąć kolizji. “Jutrzenka” coraz bardziej kierowała swój dziób ku brzegowi. - Stwarza zagrożenie rzeczne. - Jutta też wyglądała na zaskoczoną i zirytowaną zachowaniem większej jednostki. Wzięła gwizdek w swoje gościnne usta i zaczęła gwizdać jakieś sygnały. Nie widać było jednak żadnej reakcji u drugiej jednostki.