Przejdź do treści
  • Sezon 2.1

    Zablokowany Rozgrywka import
    48
    0 Głosy
    48 Posty
    917 Wyświetlenia
    AbishaiA
    Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom. Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią. - Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.- Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.- Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.- Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.- Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.-
  • [Mag: Wstąpienie] Connect away

    Przeniesiony Archiwum import
    32
    0 Głosy
    32 Posty
    402 Wyświetlenia
    JhnWJ
    Mervi zdawała się nawet nie słyszeć Alisson. Patrzyła pustym wzrokiem na bawiące się w parku dzieci, na przechadzające się pod rękę pary, na siedzących na kocach znajomych. Patrzyła na to wszystko jakby znajdowało się w innym wymiarze, którego dotknąć nie mogła ani nie umiała... jakby było obcym światem. Widać było okropny ból w jej oczach, ale widać było jednocześnie coś, czego wcześniej tam nie było. Co wręcz z wściekłością chciało krzywdzić. - Sprawię jej ból. - odezwała się do Patronki tym lodowatym, poważnym głosem - Nauczę cierpienia, nauczę strachu. Maszyna je pozna. - mówiła przez zęby patrząc ciągle na rozgrywające się ludzkie relacje przed nią. - Nie rób nic przed czym musiałbym cię powstrzymać - powiedziała cicho Alisson, po czym po krótkiej chwili dodała - ani nie mów mi o niczym po dowiedzeniu się czego musiałabym interweniować. Mervi spojrzała na swoje dłonie próbując dusić wściekłość. - Robert nie zasłużył na to. Nie zasłużył na to cierpienie. - milczała chwilę - Ja powinnam... je zakończyć. Patronka dziewczyny w milczeniu przytaknęła głową. Chyba czuła… podobnie, a nawet przed chwilą sama coś podobnego… oferowała. Dziewczyna wzięła głęboki oddech, ale to nie pomogło odsunąć ucisku w gardle. Zacis , , .nęła dłonie, chcąc w ten sposób rozluźnić spięcje w całym ciele, choć coś jej mówiło, że nie będzie w stane. Położyła dłoń na dłoni Alisson i kiwnęła na znak, że jest gotowa. Młoda technokratka działała w tym momencie jakby automatycznie. Jej myśli kręciły się bez celu, trafiając odpowiednio jakby bez jej woli. Myślenie w tym momencie wydawało się drogą do samobójstwa... o czym szczerze myślała. Nie było już dla niej nic w tym życiu. Nawet nie zarejestrowała kiedy przesłała kody podane przez Odysa, wykonując sekwencję potrzebną w nawiązaniu kontaktu z tymi, których powinna unikać. Pajęczyna była tego dnia chłodna, jak chłodne były kalkulacje umysłu Mervi. Gdzieś na skraju pola widzenia przemykały kolorowe piksele, lecz była to w tej chwili dla niej całkiem pozytywna manifestacja wsparcia. Jedności celów ze swoim geniuszem. Wirtualni z którymi dzieliła sektor gdzieś zniknęli, jakby nie była to ich liga. Poza jednym avatarem. Wielki, szary, pręgowany kocur - wielkości sporego jamnika - przechadzał się właśnie po poręczy marmurowego mostu. Mervi pamiętała tą poręcz. W Unii nadzorowała dziesięć projektów mostów i kładek pieszych, dla żadnego nie mogło wprowadzić modyfikacji. Po prostu odtwarzali to co powstało, dawnych mistrzów - ale jakby oddzielając ich z czegoś. Jej projekt również był oparty na czymś co powstało, ale tylko na znanych stylach, budując na ramionach gigantów coś nowego. To była jej mała zemsta. Kot usiadł na poręczy i przekręcił głowę wpatrując się w nią swymi rubinowymi oczami. Nie mogła zeskanować jego ikony. Nie tylko kot obserwował. Mervi obserwowała też kota, jakby nie mogła się zdecydować jak na niego reagować. Cała jej istota zdawała się parować nie po prostu zimnem statyki, a czystą entropią. Niewypowiedzianą potrzebą zniszczenia, które mogłoby zaoferować jej ulgę. Własną nicość. Nie była pocieszona z widoku kota. Nie cieszyły jej takie dziecinne ikony. - Wiem, że był program. - odezwała się po dłuższej chwili nieruchomych obserwacji - Antropomorficzna zabawka uczyła kilkuletnie dzieci liczyć. - głuchy głos Mervi rozbrzmiał wokół - Nadawałbyś się do takich rzeczy. - Nie - kot otworzył usta, symulacja przekazała Mervi dźwięk, lecz pozostałe zmysły przebudzonej dostrzegły co innego, coś, przez co się zachwiała. Istna powódź bajtów, gigabajty danych nadpisujące okolice, pluginy wdzierające się backdorami do jej własnej ikony, hacki na otoczenie. Z przeciążenia sensorycznego otrząsnęła się po dobrych kilku chwilach. Wtedy też dotarło do niej co kot powiedział, nie było to samo “nie”. Mówił “nie jest bezpiecznie”. I spojrzała na kota który był zupełnie inną ligą niż ona. Nie wiedziała czy jej się to podobało. Nie powinna czuć się dobrze przebywając obok silniejszego od siebie zdrajcy, ale... ... zupełnie jej to nie obchodziło. Przeszukiwała swoje emocje, aby zobaczyć w nich... pustkę. Jakakolwiek troska o siebie znikła. Była pozbawiona emocji, jakby wszystkimi łzami wylała z siebie też uczucia, a szczególnie te dotyczące własnego przetrwania i dobrej kondycji psychicznej. - Odys mi podał te namiary. - odezwała się, gdy uporządkowała myśli po wywołanej sensorycznej powodzi. - Kłopoty - kot powiedział sucho - więc mała technokratka chce uciec z tego grajdołka? Czym nam zapłacisz? Mervi zmarszczyła brwi okazując emocję: irytację. - Namiary od Odysa wystarczą. - mruknęła twardo. - Nie zaszkodziło spróbować - kot wyprężył grzbiet przeciągając się - Hej, chybaś nie masz o to pretensji? - Kogo ty się spodziewałeś? Musiałeś wiedzieć, że kody od niego dostałam. - mruknęła ignorując pytanie, jakby dorosły był znużony pytaniami dzieciaka. - Naiwnego, zdesperowanego tostera - kot stwierdził brutalnie - ale widać dalej myślisz trzeźwo. To dobrze. Co chcesz osiągnąć poza wyjściem? Jak bardzo jesteś śledzona? Gówno uderzy w wiatrak przez samo twoje odejście czy jesteś tylko trybem? - Mają moją krew, mają wszystkie dane. - zaczęła zimnym, pozbawionym emocji głosem - Nie mają już nic na czym by mi zależało. - na chwilę pojawiło się niewielkie drżenie głosu - Muszę... - na chwilę załamały się słowa - ...coś zakończyć. - zacisnęła szczękę - Oni zniszczyli wszystko, co było mi ważne. Teraz nie ma nic, co by powstrzymywało mnie przed zabraniem im danych. Technokratka drżała z wewnętrznego stresu psychicznego. - Chcę maszynie pokazać ból i strach. Przekompilować na język, który zrozumie. - Zrozumiałem. Dostarczę ci programy niszczące infrastrukturę, skopiuj wszystko co chcesz i wgraj z tymi samymi otwartymi portami oprogramowanie. Mówisz, że jesteś na krótkiej smyczy? Mam pomysł jak to całkowicie zerwać, nawet jak będa mieli kopie, zmodyfikujemy cię. Wejdziesz do pajęczyny fizycznie. Kot zamilkł. Przekręcił głowę, wyglądał na zaskoczonego. - Dante daje gwarancję. Mervi powoli pokiwała na to głową. Szczerze nie interesowało ją co kod Odysa załatwił czy jak to wszystko owinęło się wokół Dantego. Wiedziała, że wciąż jej psychika była w strzępach, a zachowanie relatywnego spokoju wymagało od niej wiele wysiłku... który był w tym momencie nakręcany czystą złością i nienawiścią. W tym momencie chciała nawet by świat spłonął odczuwając każdą sekundę cierpienia, jakie i ona odczuwała. Nie wiedziała czy naprawdę jej zależy na życiu. Miała mętlik w głowie, a do tego sprzeczne myśli. Wiedziała tylko jedno. Chciała krzywdy Maszyny. - Nigdy tu nie byłam fizycznie. - stwierdziła wpatrując się w jeden punkt. - Dante daje gwarancję - kot powtórzył jakby nie do końca zapewniając Mervi, a raczej samego siebie - najlepiej jakbyś miała sprzęt digitalizujcy, ale z typowym VR też da radę. - Co mam zrobić? - zapytała nie wiedząc jak wchodzić fizycznie do Internetu... Nikt jej tego w Unii nie tłumaczył - Miałam za niską rangę by przekazano mi to... i takiego Geniusza. - mruknęła z jakimś zawodem w głosie. - Wysyłam ci już programy. Jak bardzo ci się pali? Akcja jutro? Pojutrze? Za tydzień? Kot zobaczył jak drżenie przeszło przez wizerunek technokratki, która wzięła głęboki oddech nim odpowiedziała. - Dziś. Kot znieruchomiał. Chyba jego maskownice mowy ciała nie działały do końca prawidłowo gdy komunikował się z kimś dalej. Trwało to kilka chwil. - Potrzebujemy godziny. Wysyłamy koordynaty połączenia. Jak będziesz gotowa, połącz się pod tamten sektor. Postaraj się za dużo przed wszystkim nie jeść, możesz wziąć lek na uspokojenie. Kot zawahał się. - To gotowe. Mogę mieć prywatne pytanie? Mervi spojrzała zmęczonym wzrokiem na kota. - Pytaj. - odparła cicho. - Co wisi ci ten stary pierdolnik Ulisses, że aż zagrzał najelitarniejszego? - Życie swojej przyjaciółki. - odparła. - Tej szajbuski? Technokratka pokiwała niemo. - Wszyscy jesteście popierdoleni - kot stwierdził sucho i zeskoczył z poręczy wylogowując się. Bajty danych powoli przegrywały się do ustawionej chmury. Mervi patrzyła na wzrastające procenty wykonania, które coraz bardziej przybliżały ją do zakończenia sprawy w jej życiu. nie rozważała jednak ich za bardzo. Była zbyt pochłonięta widokiem pistoletu jaki spoczywał w jej dłoni leżącej bez ruchu na kolanach. Usilnie próbowała panować nad potokiem myśli, jakie starały się szturmować jej umysł. Choć udało jej się wyciszyć wewnętrzny krzyk to jednak ciągle z tyłu głowy słyszała tylko jedno na tle dźwięku wystrzału. Winna. Winna. Czuła metaliczny zapach rozlanej krwi, jaka zdawała się przykleić tym zapachem do języka. Ból ściśniętego gardła towarzyszył jej cały czas, a nieruchome oczy z trudem powstrzymywały gromadzące się łzy. 97% Spojrzała w dół na trzymany w drżących dłoniach pistolet umazany krwią, która została przeniesiona przez jej dłonie. Pamiętała jak po oddaniu strzału tuliła silnie martwe ciało Roberta, którego krew plamiła ciało i ubranie technokratki. W tamtym jednym momencie chciała pozostać w tym miejscu wtulając się w Roberta i oczekiwać na przybycie śmierci. 98% Uniosła dłoń do twarzy i przesunęła po policzku rozsmarowując po nim krew Roberta. Zacisnęła mocno zęby walcząc z chęcią odwrócenia się ku niemu i powróceniu do przytulenia się w jego ciało. Ona go tak kochała... to wszystko zaczynało się układać... 99% Ponownie spojrzała na broń, jakiej widok zaczynał wypalać się w jej umyśle. Uniosła dłoń z bronią i oparła łokieć o biurko kierując lufę w stronę własnej głowy. Poczuła nagłą chęć pociągnięcia spustu, co dałoby jej spokój potrzebny jak powietrze. Dusiła się w tej kakofonii. Piksele obrazu rozmywały się od łez. 100% [image: 5.jpg] Prawie bezwiednie ponownie spojrzała do tyłu na Roberta i w bólu wydała z siebie płaczliwy jęk straty, z jaką nie mogła już sobie poradzić. Wysłane już zostało powiadomienie Wirtualnym, że zaraz się pojawi, ale... nie wiedziała już czy tego chce. Mijał czas, a ona wciąż czuła ciężar pistoletu w dłoni, a na monitorze mrugało powiadomienie o zakończeniu pobierania i pytanie o kontynuację procesu połączenia z Pajęczyną... A ona wciąż nie wiedziała. Gdy dotykała lufą do skroni uspokajając oddech przed naciśnięciem spustu ekran monitora nagle zwariował zastępując obraz ruchomymi liniami i artefaktami. Z głośników wydobył się przerażony wysoki dźwięk przeradzający się w niski ton. [image: e7c36c46fc59fc5eeea714e1f8d612ec.gif] Jeszcze chwilę Mervi patrzyła na szalony taniec pikseli nim opuściła broń i znowu spojrzała do tyłu na Roberta. - Pokażę Maszynie ból. Zrozumie strach. - zamknęła oczy - Dla ciebie, bo cię kocham. Odwróciła się na krześle i zakładając gogle VR nacisnęła polecenie kontynuacji. Alan zbladł wysłuchując raportu głównego analityka NWO w konstrukcie. Siedzący między nimi członek Iteracji X którego twarz już od wielu lat nie pamiętała grymasów emocji, krzywił nerwowo kącik ust. Alan westchnął ciężko. - Jak? - Skrajna bifurkacja modelu stochastycznego – analityk zaczął powoli, jakby ważąc każde słowo – moce obliczeniowe naszego konstruktu nie mogły zapewnić wystarczającej dokładności. Symulacje dla tego oddziału i tak prowadziliśmy z poczwórną standardową unormowaną precyzją CTO. Nie było śladu w modelach skokowej zmiany odpowiedzi. To maksimum jakie wyciąga nasz Konstrukt. - To skąd masz nowe symulacje? - Alan uciekł wzrokiem gdzieś w ścianę. - Twoje ostatnie raporty z terapii skorygowały standardowy błąd ewaluacji psychologicznej, zauważyłem niepoprawne dane. Wysłałem to tydzień temu do innego Konstruktu dysponującego większymi zasobami. Iterator zabrał głos nagle, tonem beznamiętnym. - Zniszczymy wszystkie raporty. Ja przygarnąłem Roberta, Alan dał ciała podczas indywidualnej oceny, człon analizy się nie popisał. - Nie możemy, Unia… Analityk zaczął pewnie tylko po to, aby przebudzony cyborg przerwał mu obcesowo. - Nie rozumiesz. Za nasze błędy oddadzą nas progenitorom jako materiał biologiczny najniższej klasy ostrożności. To jest błąd, i mnie chodzi o to, że dziewczyna ucieka i ukradła dane, niszcząc naszą infrastrukturę. To mogłoby doprowadzić do terminacji kogoś z nas, ale byłyby szanse. Nawet nie to, że błędne szacunki tak naprawdę doprowadziły do tego. Gradienty zagrożenia wskazywały tylko lokalne maksimum Roberta, lecz jego usunięcie spowodowało jej decyzje. Problemem jest to co zrobi potem. Tutaj – cyborg wskazał palcem końcowe zestawy danych oraz kompletnie zaburzony wykres. - Tutaj są same szumy i błędy numeryczne – analityk powiedział cierpko. - Nie – Alan ukrył twarz w dłoniach – jeśli jej nie zlikwidujemy w przeciągu anormalnie krótkiego czasu dewianci zyskają mistrza czasu. Co najmniej… Mimo porządnej konstrukcje tej dawno puszczonej (przynajmniej oficjalnie) stacji polarnej Mervi czuła nieprzyjemny chłód który zagłuszała ciepła herbata podana jej przez opiekuna tego miejsca. Przysadzisty egzarcha Nieniebiański Chóru był wieloletnim opiekunem tego miejsca oraz bardzo ciepłą i serdeczną osobą. Rozmawiali w trójkę. Ona, skrzywdzona Wirtualna Adeptka, ojciec Wiktor, opiekun przybytku, oraz przebudzony z którym tu przybyła… - Odys… - duchowny westchnął naprawdę zrezygnowany - ...on jest nie tylko w ciszy. On jest złamany, kompletnie złamaną duszą. Wyhodował niedźwiedzie polarne które są jak psy. Czasem! Magyą czasu przyśpieszył ewolucję i oswojenie. Jakby tylko marzył aby nagły wybuch paradoksu go zmiótł z tego padołu łez. Dopuszczając was do niego, biorę odpowiedzialność. - Wiem – Ulisses wyprężył się na krześle i upił łyka herbaty zerkając dyskretnie na minę Mervi – ale musimy to zrobić. Sądzę, że ta dwójka pomoże sobie nawzajem. - Już o tym wspominałeś. To jest za mało… - Wiktor, przyjacielu – Odys uśmiechnął się – nie wspomniałem ci o jeszcze jednym. On ma dług wobec Mervi. Będzie ją uczył. Ona stanie się jedną z bardziej wartościowych broni Tradycji w tej przeklętej broni. - To wirtualna… - Wiktor zmieszał się - ...przepraszam Mervi, nie chciałem aby to tak zabrzmiało. Może sam jestem do was uprzedzony, nie będę ukrywał… Ale najbardziej niepokoi mnie twój wiek. Będziesz mistrzem? Może nawet dalej? Podołasz, wiesz z jakiej gliny cię ulepiono? Nie zejdziesz ze ścieżki? Milczeli dobrą chwilę nim Ulisses przerwał to delikatnym głosem. - Tylko on ma klucze. Ja jej ufam. - Nie ma mowy – cyfrowy, humanoidalny kot prychnął w kierunku rtęciowego człowieka – w co ty mnie mixujesz Dante. Za żadne skarby na świecie. Jeszcze tych hermetyków wziąłeś na dokładkę. Kto to był, ten Tytalus? - Potrzeba nam wsparcia politycznego. Augustin Jean Feugarde, to zaufany człowiek. Mistrz u siebie, naprawdę porządny człowiek. Ma się nią zajmować z odległości. - Wiesz jak to brzmi? Najpierw pół Kryształowego Pałacu dostało sraczki, że wielki Dante prosi o przysługę, potem wyszło, że Mock N’ Death mieli długu u tego pojeba Ulissesa i to pośrednio na jego zawołanie ta cała akcja. A teraz jeszcze mieszasz mistrza wkijowdupców. To są dla mnie za wysokie progi. Muszę wiedzieć o co chodzi. - Przecież i tak bym ci powiedział – rtęciowy człowiek przysiadł na bloku danych – dziewczyna uciekała z Unii. Nasi zorganizowali przerzut przez pełna digitalizację, wulgarne straszne. Miała ze sobą dane, upload na chmury lustrzani zablokowały. Dowiedzieliśmy się o tym już w Pajęczynie. W walce przepaliło wiele sektorów, kilka sam upaliłem aby zatrzeć ślady. Dziewczyna ma dane unii. Petabajty danych, królestwo… Zaszyfrowała je swoim avatarem gdy było gorąco. Zrobiła to chyba mniej lub bardziej celowo. Teraz leży w śpiące, ale wyjdzie z tego. - Biorę ją. - Szybko się zgodziłeś, Joel. - Wiem – kot mruknął – ty chyba wiesz też czemu. - Bo dane są ważne. - Tam dane – machnął kocią łapą – skoro wykręciła taki numer z waszą ucieczką, Ulisses miał u niej dług, a teraz wszyscy wokół niej skaczą, to z tymi danymi też zrobi nas wszystkich na szaro. Ona ma cholerny talent, może nawet większy niż ty. I nie jestem najlepszym nauczycielem. Ale jestem lepszy od was aby nie stała się potworem. Też mam swoje źródła, mój mentor był w Unii. Wiem co tam się wydarzyło. Ona potrzebuje ciepła. - I ty niby jej dasz to? - Tak – kot pociągnął wąsami – bo w waszej lidze… Sam wiesz jak to jest. Wiedzieli. Była już z Jonathanem pół roku w lodowej pustelni pełni książek, kiszonek oraz z przesympatycznymi domowymi niedźwiedziami polarnymi – trójką niedźwiedzi zachowujących się jak kochające psy, które co róż przynosiły im mięso foki – ich główny składnik diety. Przez ten czas nie odzywali się do siebie. To znaczy Mervi czasem coś mówiła, ale hermetykowi paradoks odebrał Słowo. Mimo to, z trudem, przekazywał jej wiedzę. Zrobił to chętnie, bez namawiania. Gdy pierwszy raz ją zobaczył, był przekonany, że adeptka chce go zabić – i nie bronił się. Dzisiaj siedzieli popijając faktyczne piwo z nietoperza. Mervi chyba upiła za dużo. Za dużo rozgadała się. I do do Jonathana, co do którego płonęła w nie nienawiść. I trochę współczucie. - ...więc tak odszyfrowałam te dane. Uderzam w unię, pomaga mi w tym moja fundacja. Myślą, że jestem genialną hackerką, a ja po prostu wyciągam zachowane dane, czasem muszę coś aktualizować. Patrick jest nieocenioną pomocą, ale też inni dają radę. Chyba znalazłam swoje miejsce na ziemi. Prawie – zacisnęła pięść – mogę się z tym wszystkim pogodzić. Prawie. Jonathan podniósł dłoń. Jeden palec. Mervi chyba rozumiała. Jeden przypadek. Jeden raz, nie więcej. Pogodzić się ze sobą. Chociaż zdawali sobie sprawę, że razem pokonają pewne ograniczenia. - Dobrze. Kaleki hermetyk odjechał wózkiem aby nalać kolejny kufer piwa. Czas mierzy się mocą. Klucz do uniwersum w jej dłoniach. Spodziewała się odwiedziny kogoś pokroju takich osób Sh'zar. Nic nie nastąpiło. Nie wiedziała czy to temu, że udało się jej perfekcyjnie czy temu, że nic jej nie wyszło. Ale zrobiła to. Przez moment była zegarem zegarów, czasem dla czasu. Odrobinę młodszy od Mervi chłopak wyglądał na zakłopotanego. - Robert? - A co? - zapytał podejrzliwie, lecz ona już widziała. Właśnie entropijne algorytmy wżerały się w systemy unii. Nie trzeba było do tego wiele, wszystkie oscylatory kwantowe mieli zepsute, żadna ramka danych nie potrafiła być poprawnie zsynchronizowana gdy lokalny czas wszystkich układów był przesunięty wobec siebie. „Coraz bardziej staję się one trick pony jak J.” - pomyślała. Uśmiechnęła się do Roberta i skradła mu pocałunek. - Poszukaj mnie – powiedziała ogłuszając go uderzeniem z irlandzkiej szkoły. Dziś Unia nie dotrze do nowego przebudzonego. Nowy członek fundacji Nowego Domu (przyrzeczonego z odrodnego Białego Domu) siedział w sali wspólnej jeszcze nie do końca nawykły do nowego otoczenia. Student Wirtualnych Adeptów, utalentowany, ale jednak sierota – któremu brakowało chociażby materiałów z teorii sfer – był trochę podenerwowany. - Nie spinaj się – Sameul powiedział z typową dla siebie energiczną manierą – nawet nie wiesz jak trudno było odzyskać tą dziedzinę. Najpierw biegaliśmy za niedobitkami fundacji, a potem razem stwierdziliśmy, że będziemy szachować radę. Przez moment myślałem, że będą nas szturmować. - To nie brzmi jak coś co miałoby mnie uspokoić. Pierwszy raz jestem w dziedzinie umbralnej. - Po prostu twoja mentorka, jak wy to mówicie, jest elitarna w kosmos. Zaraz pewnie wrócą z Patrickiem, takie tam sprawy mistrzów tradycji… Dalej Robert już nie słuchał. Gdy zza rpgu białego, architektonicznego cuda wyłoniła się twarz Mervi, a ich wzrok spotkał się… ...ich dusze się już rozumiały.
  • Sezon 1

    Zablokowany Rozgrywka import
    76
    0 Głosy
    76 Posty
    1k Wyświetlenia
    ZellZ
    [image: lUIJIjQ.png] Wieści uderzyły Ann jakby obuchem w głowę. Czuła zagrożenie czające się przy Cyrilu, a w pewnym momencie wręcz zaczęła panikować. Chciała rzucić wszystko i wrócić w jednej chwili do Nowego Jorku, uratować Cyrila.William musiał powstrzymać dziewczynę oszalałą z wypaczonej miłości. Tłumaczył jej jaka to byłaby bezsensowna podróż, że mogłaby tylko doprowadzić jego wrogów do niego samego. Ann uspokoiła się tylko temu, że to okropne uczucie odeszło... ale wciąż wiedziała, że Tremere istnieje, jednak szczegóły ja ominęły. ...póki nie zjawił się wysłannik Księcia. Dziewczyna patrzyła otępiała na dokument z wyrokiem na siebie (żadne ładniejsze nazywanie nie zmieniało faktu czym to tak naprawdę było). Nieruchomo słuchała opowieści posłańca czując irytację, a w końcu złość, gdy przekazał jej fiolkę i list od Cyrila. Zależy mu na ich więzi... Oczywiście, że zależy mu na utrzymaniu swojej własności na łańcuchu. Wiedział, że ona wypije jego krew, ona też o tym wiedziała. Gdy ściskała w dłoni fiolkę to czuła podekscytowanie i wiedziała, że nic na to nie poradzi. Nie umiała się uwolnić i nie chciała... choć chciała niedawno... Siedziała na posłaniu wpatrzona w fiolkę leżącą na zwiniętym wyroku. Wiedziała, że niczym nie zawiniła, że nie zasłużyła na karę. Nie przyłożyła palca do całej sprawy, a oni jej odcinali całą rękę. Czuła wściekłość na Cyrila, na Księcia, na Primogenów, który głosowali przeciw Tremere... bo jednocześnie głosowali przeciw niewinnej Ann. Czterdzieści lat? Tyle istniała, włącznie ze śmiertelnym czasem! Dla nich to mogło być nic, ale dla niej to był wyrok śmierci społecznej. Już cierpiała z powodu braku klanu, ale teraz pozostawała uwiązana wolą Cyrila w Stillwater, bez szans na stworzenie znajomości, partycypowania w świecie Spokrewnionych. Za te lata będzie tym samym nic nieznaczącym kundlem, za którym będzie ciągnął się niesprawiedliwy wyrok wskazujący, że jest tylko niewolnikiem krwi. I nawet nie została określona w wyroku imieniem i nazwiskiem, a tylko imieniem... jak nic nie warty niewolny kundel. Szlag by tego Ventrue! Nie wypiła jeszcze Vitae, nie w tej sekundzie. Najpierw zadzwoniła do Eleny: podziękować. Wiedziała, że gdyby nie Toreadorka to Cyril nie przetrwałby następnej nocy. Dziękowała jej po stokroć, choć nic nie mogła jej sprezentować, bo i nic nie posiadała. Obiecała, że u niej się pojawi, gdy... dojdzie już do siebie. Nie chciała narażać Eleny na swoje wahania nastroju, jakie teraz by miała. Musiała ustabilizować się wpierw. Jeszcze tej nocy zawitała w Róży, prosząc o żywy posiłek... posiłek po ostrym doprawieniu. Meta, amfa, może hera. Miracella zobaczyła, że Ann jest w ostrej rozterce i choć nie znała szczegółów to tym razem nie naciskała na bezklanową i jedynie zapisała duży rachunek na konto Williama. Wiedziała, że naćpana Ann będzie jeszcze tu nocować, więc dorzuciła opłatę za pokój do rachunku. Następnego dnia wyjaśniło się wszystko. Ann nie zależało, kto by się nabijał z jej nieszczęścia, jak i nie zależało, że nawet Lukrecja tego nie robiła. Wiedziała, że Caitiffka chce wrócić do Nowego Jorku, jak i ona. Czuła nienawiść, jaką dziewczyna roztaczała. Wybrała milczenie. [image: K83nHlA.png] Dwa dni później Ann zniknęła. Wystarczyło by wypiła krew Cyrila, aby udała się do miasta... i nie wracała. Zaniepokojony William trzeciej nocy pojawił się w Nowym Jorku, by ją odnaleźć i odwieźć do miasteczka. Jak przypuszczał znajdowała się obok siedziby Tremere. Z tego co zrozumiał siedziała przed nią nieruchomo, czasem otoczona cieniami, nie polująca. Siedziała i patrzyła w mury. Gdy próbował ją zabrać, ta stawiała się mu, nie chciała by ją zabrał. Krzyczała jak nienawidzi Księcia, jak nie rozumie czemu została ukarana. Że William nic nie rozumie i ją krzywdzi. W końcu Toreadorowi udało się ją zabrać i musiał cierpieć jej uporczywe milczenie pełne bólu. Relacje z Nadią ostygły. Ann nie miała ochoty spotykać się z nią i choć zyskała swój własny dom, to nie uśmiechało jej się iść do biblioteki. Widziała w Nadii Palafoxa, wobec którego pałała nienawiścią za próbę skazania Cyrila na śmierć. Odseparowała się od wszystkich, woląc samotnie przebywać w mieszkaniu.z dala od innych, jedynie dwa razy w miesiącu jadąc do miasta albo do Eleny, ale w większości by siedzieć naprzeciw siedziby Tremere... ...i gadając do siebie...? END OF CHAPTER ONE [image: lUIJIjQ.png]
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    Rozgrywka import
    233
    0 Głosy
    233 Posty
    3k Wyświetlenia
    DekaresD
    Ostlandczyk przed podejściem do pacjenta zrzucił z siebie wierzchnie odzienie i podwinął rękawy koszuli. Po tym na ile mógl obmył ręce w dużej misie z wodą. Cała sytacja przypomniała mu jego służbę w świątyni Pani Miłosierdzia w Nuln. Po wielu miesiącach nauki i wykonywania innych prostrzych prac dopuszczono go tam do podobnego asystowania choć z tego co pamiętał nie przy tak ciężkich przypadkach. Ocena jego osoby wydana przez medyka zabolałaby bardziej gdyby rzeczywiście chciał w tej grupie zagrzać miejsce, a tak zdecydował się na razie puścić uwagę medyka płazem. Dostawszy od tego polecenie zaniesiania kartki z zaleceniami dla operowanego przyjął ją z uśmiechem na twarzy, kończąc jednocześnie mycie rąk w misie po zabiegu. Przeczytał na głos zalecenia dla potwierdzenia czy dobrze je odczytuje, co było przyjętą praktyką w świątyni w której się uczył. po tym odwrócił się do pani porucznik która potwierdziła zadanie zlecone mu przez chirurga i rzucił szybkie: Tak Jest! Po czym ruszył wykonać polecenie skinajać głową Wieselowie aby poszedł za nim. W końcu dwie pary oczu wypatrzą więcej niż jedna, a Stefan był zdecydowany postarać się zapamiętać jak najwięcej szczegółów o swoich obecnych gospodarzach w trakcie trwającego spotkania.
  • Kultyści - Lato 2519

    Rozgrywka import
    337
    1 Głosy
    337 Posty
    5k Wyświetlenia
    SantorineS
    Akurat żadna z nich to nie była ta, która wpadła portowemu oprychowi w oko. A też wyglądały gładko i jędrnie. Wszystkie wydawały się być rozbawione dotychczasową rozmową. Egon zarechotał na słowa pokojówki lady Mannlieb, dając gest, że później się do sprawy wróci. – Możesz wziąć, Silny – Egon zbyt nie był jakoś przywiązany do tego, którą z rzecznych ladacznic przyjdzie mu chędożyć. – Dobrze gadasz, Jutta, Adele zda mi się najlepsza dla nas. Ingrid niechaj dołączy do Silnego i Rune, będą chłopy miały dość roboty na noc, ha! Podszedł do Adele. Postanowił rzecz załatwić czym prędzej, bo noc uciekała, a oni jeszcze potrzebowali wstąpić do pracowni alchemicznej. Egon głowił się, ileż to lecznicze dekokty mogły kosztować - oczywiście, najwięcej pewnie musiał dostać Lars, ponieważ najwięcej razów dostał od orczego topora. Być może później, po drodze, mógłby rozpytać, czy przypadkiem w okolicy nie było więcej orczych napadów? Wszak zielone bestie zdawały się nie znać żadnego pana poza swoimi wodzami, jednak Egon czasem widywał na ich łysych czaszkach znaki, które przywodziły mu na myśl Krwawego Ogara. Egon ciekaw był, czy może jeśli pokazałby im fetysze albo banner, to czy dzikusy nie zatrzymały się przynajmniej, widząc swojego? Interesująca to była rzecz, ale nie na teraz. – Witaj, nadobna pani – skłonił się. – Zostaniesz z nami na tę noc? - Czemu nie kawalerze. - Brunetka uśmiechnęła się zalotnie. Po czym spojrzała na rudzielca. - Słyszałam, że macie duży rozmach co do planów na dzisiejszą noc. - rzekła jakby coś już Burgund zaczęła rozmowy w tej sprawie, zanim reszta do nich podeszła. - Adi, taka zdrowa i namiętna dziewczyna jak ty, na pewno podoła wyzwaniu. - Łotrzyca starała się ją zachęcić aby się zgodziła. Nawet nachyliła się nad stołem, przez co prowokująco wypięła się dla koleżanek i kolegów. Annika bez skrępowania zaczęła oglądać jej tylny profil. Jednak rudzieleć coś zaczęła szpetać ladacznicy na ucho. Nieco się odsunęła aby sprawdzić jej reakcję. - Doprawdy? - Adele popatrzyła na nią, jakby nieco z niedowierzaniem a nieco z rozbawieniem. Ta jednak pokiwała głową. - No cóż… To jak za całą noc to by było 20 monet. No chyba, że coś wymyślicie co podróży stawkę. - Podniosła głowę aby spojrzeć na Egona i resztę czy pasują im takie warunki. Burgund też się wyprostowała i teraz zaczęła szeptać na ucho gladiatora ~ Powiedziałam jej, że mamy apartament szlachecki i dużo zabawek. I za dodatkowe osoby to zwykle bierze się więcej a ceny są za jeden na jeden. To powiedziałam jej, że głównie tobą by musiała się zajmować bo ja z Anniką weźmiemy się za Juttę. Ale wiesz jak jest, jak już będzie z nami w pokoju i zabawa się rozkręci to pewnie i tak się wszystko wymiesza. ~ Dziewczyna z ferajny miała niezłą orientację w cenniku i zwyczajach ladacznic i zdawała sobie sprawę, że Adele czy któraś z jej koleżanek może zażądać więcej niż za zwykłe figle z jednym klientem. Więc starała się jakoś jej to osłodzić aby pozostała przy standardowej stawce. Na razie płatna, biuściasta brunetka zgodziła się ale zostawiła sobie furtkę jakby okazało się w nocy, że wymagają od niej czegoś więcej niż się teraz umawiali. Egon musiał przyznać, że rozeznanie Burgund w całej tej sprawie było zaiste tak dalekosiężne, jak nurty rzeki Salz, stąd aż do rozlewiska na Morzu Szponów. Zdawało się, że ulicznica dobrze rozumiała zwyczaje kurtyzan, toteż miał nadzieję, że kiedy przyjdzie im przekroczyć bramy Salzenmund, w podobny sposób uda jej się pociągnąć rzecz z krypą, którą wkrótce mieli posiąść, w ten czy inny sposób. – Rozmach rozmachem, ale żeliwo zgadzać się musi – Egon podrapał się po swoim kudłatym łbie z roztargnieniem. – Dziś Adelo będziesz usługiwać jeno mi, a z mymi przyjaciółkami zaczniesz, kiedy będzie ci się podobało lub też nie. Tedy myślę, że cena pasuje? Opłacę z góry, ile trza. I sięgnął do swej kabzy z grosiwem. - Oczywiście Adi, będzie mi przykro jeśli ja bym nie spełniała twoich gustów no ale dobrze, zrozumiem jeśli tylko Egon ci się podoba. - Burgund świetnie sparodiowała dramatyczny ton i pozę, kładąc sobie dłoń na piersi jak jakaś aktorka odgrywająca starożytne tragedie. Wyglądało to tak komicznie, że i ladacznice, i ferajna Egona, roześmiali się serdecznie rozbawieni. - Burgund, wiesz przecież, że różne rzeczy mogą się wydarzyć. Zwłaszcza jak chodzi o tak urodziwe i zabawne dziewczęta jak ty. - Adele odparowała w podobnie kokietującym stylu jakby towarzyszkom gladiatora nie była niechętna. No ale trzeba było się rozliczyć. - Ale robisz to z kobietami? Dobra jesteś w takie zabawy? - Annika włączyła się do rozmowy i przyglądała się płatnej kochance z zaciekawieniem. Ta uśmiechnęła się i wezwała ku sobie Ingrid jaka siedziała obok. Blondynka zbliżyła się ku niej i zaczęły wolny pocałunek. Mimo łagodności kilkuosobowa widownia przyglądała się temu z zaciekawieniem. - Czy tak może być? - Adele zapytała czarnowłosej pokojówki gdy jeszcze obejmowała swoją blond sąsiadkę. - Tak! Też tak chcę! - Annika roześmiała się serdecznie, w pełni usatysfakcjonowana. - A myślicie, że tą blondynę też możemy wynająć? - Ciszej zapytała kolegów i koleżanek jacy przeliczali monety ze swoich sakiewek. - No ja bym bardzo chętnie ją wzięła ale nie wiem czy nas stać. Chyba, że ciebie. - Burgund odparła gdy przeliczała na dłoni kolejne monety. - Ja mam z pięć brzdęków. Może dziesięć. Moja milady mi dała. Jak trzeba to mogę komuś w pysk dać. Może z tego by parę groszy było? - Czarnowłosa też sięgnęła do swojej sakiewki. Ale widać było, że jest dużo cieńsza niż kolegów i koleżanek. - Milady dała mi też jedwabne majtki. Może za nie coś bym dostała? - Popatrzyła pytająco po towarzystwie. - Może jak się te majtki spodobają którejś z dziewczyn to ci weźmie nieco taniej. Może z parę monet. - Burgund odparła tonem znawczyni tematu. - Jakby mi się spodobały to bym wzięła od klienta. - Uśmiechnęła się do pokojówki. - Ciekawe jak tu grają. Może dałoby się coś ugrać na dzisiaj. Jacyś frajerzy do wygolenia zawsze mile widziani. Tylko nie mój teren to nie wiem czy jacyś dzisiaj tu są. - Ruda głowa podniosła się aby rozejrzeć się po sali. Owszem widać było, że tam czy tu grają w kości albo karty i to całkiem popularna rozrywka. Ale trudno było tak na oko ocenić jakiej jakości są to gracze. – Styknie nam Adele, cokolwiek więcej chyba nam nie trza – Egon wzruszył ramionami. – A i tak będzie dość ciasno, jak może i Astrid przyjdzie, któż tam wie, co jej w głowie siedzieć może. Przeto miarkować się trza, izdebka wszakże wyśmienita, ale żebyśmy czasem tym chędożeniem ludziom się na głowy nie zwalili. No i… Trza nam pamiętać, że jeszcze nieco żeliwa trza, żeby mistrzów od wywarów opłacić, nie znamy wszak jeszcze cen. Zmiarkował, że Burgund gada jeszcze o grze w kości. – Nie moja rzecz, jak umiesz, to możesz uderzać do nich – Egon poniechał sprawy hazardu, był bowiem dla niego tak samo zrozumiały, niby magia, którą władał przebudzony czarownik Gonsar w swym mrocznym kurhanie. – Ale jak się zakręcisz, to wygraj co, a nie stratna bądź, he-he – klepnął Burgund w ramię. Zrozumiawszy, że sprawa z Adele była już zagospodarowana, Egon wyłożył swe monety na stół. – Dobra, to co, idziemy do alchemików? Burgund, jak chcesz się rozeznać w grze, możesz zostać. Może niechaj Jutta idzie ze mną, może zna te mistrze, co się w warzeniu dekoktów specjalizują? - No to może zostanę. Z tymi miksturami to wiele wam nie pomogę. Chyba, że do łożnicy by mieli to bym mogła się zakręcić. - Burgund chętnie przystała na pomysł aby została na miejscu. Po czym spojrzała jeszcze na pokojówkę lady von Mannlieb. - Annika, chyba na początek ja i Jutka będziemy musiały ci wystarczyć. A Egon zajmie się Adele. A potem to widziałaś, jak jej się spodoba to się do nas dołączy. A na pewno się spodoba bo przecież takie rasowe klacze jak my, to komu by się nie spodobały! Na początek ty i ja weźmiemy Jutkę w środek i zobaczymy jaka jest giętka i pojemna. Co ty na to? - Łotrzyca zagadała wesoło do czarnowłosej aby tej nie było tak żal, że stać ich tylko na jedną ladacznicę. - No my się jeszcze nie miałyśmy okazji poznać. Ale tak jak Burgund mówi, myślę, że może być całkiem ciekawie. - Mytniczka też była dobrej myśli na takie zabawy. Więc i Annika się do nich uśmiechnęła. - No pewnie, że tak. Dobra, to niech Lars i Astrid sobie wezmą tą Ingrid albo inną. Ja pójdę z wami. - Rozpogodziła się i machnęła ręką na bliższe zapoznawanie się z blond ladacznicą tej nocy. - No dobra to jesteśmy umówieni. To ja idę z Egonem do tych alchemików. Ktoś jeszcze idzie z nami? - Celnik rozejrzała się po gladiatorze i towarzystwie. Na razie tylko łotrzyca się zadeklarowała, że zostaje na miejscu. - A co, zgubicie się czy co? - Silny popatrzył na nich nieco kpiąco. - Jak chcecie to ja mogę z wami pojść. Ale nie znam się na tych miksturach. - Annika zaoferowała swoje towarzystwo. – Wspaniale – Egon zatarł ręce, widząc, że wszystko układa się, jak ma. – Annika, możesz pójść z nami, jak chcesz. Egon wolał pójść z Juttą przede wszystkim - prawdopodobnie znała tutejszych i być może Egon mógł się z czasem powołać na jej autorytet i znajomości, tudzież przywołać opowieść o lady Froyi van Hansen i orków. Może jeśli to zrobi, to mistrzowie alchemiczni dają mu nieco upustu? Miał się wkrótce o tym przekonać. Skinąwszy na swe dwie towarzyszki, skierował się do wyjścia z Łabędzia, choć tu i ówdzie rzucał spojrzenia za siebie, bowiem wieść o tym, że miała być bitka sprawiła, że krew buzowała mu w żyłach nieco mocniej. Jeśli trza by było ustawić paru łyczków, nie pogardziłby tym, bo od czasu bitwy z orkami minęło już nieco czasu. Wyszedł wreszcie. - To idźcie. Jakbyście trafili na jakieś zdrowe, namiętne wieśniaczki to dawajcie je do nas. - Burgund pomachała im dłonią na pożegnanie i uśmiechnęła się szelmowsko. - Tu Egon to sobie poradzisz. Ale ja to zostaje jakbyś tą wywloka wkurzyła kogoś na tyle, że chciałby jej przylać. No i… - Silny obdarzył łotrzyce uśmieszkiem pełnym wyższości na co ona przewróciła oczami. Ale też na koniec spojrzał w stronę trójki poszkodowanych w walce z orkami. Astrid, Lars i Rune dzielności nie brakowało ale w tej chwili nie byli w najlepszym stanie. - To bawcie się dobrze. My do zmroku powinniśmy wrócić. To trochę więcej niż pacierz w jedną stronę. - Jutta też pożegnała się od siebie. Po czym obie z Annika, wyszły za gladiatorem. - Tędy do bramy lądowej. Musimy wrócić zanim ją zamkną. A zamykają o zmroku. - Szatynka w białych bryczesach wskazała kierunek przed siebie. Znów szli chodnikiem z drewnianych bali, pomiędzy chatami i stodołami. Brama w palisadzie była otwarta. Na jej bokach były niewielkie wieżyczki, też z grubych bali. Ale nie aż tak wysokie i mocarne jak ta wieża nad rzeczną bramą. Gdy wyszli poza ogrodzenie dojrzeli kilka obejść. Chłopskie chaty, stodoły, obory, jakieś szopy. Właściwie to już wyglądało na małą osadę jaka przylegała do rzecznej tawerny. - Tu jest kowal. Podkuwa konie i wyrabia różne metalowe rzeczy. Głównie dla klientów z Łabędzia. A tam głębiej jest bartnik. Ma miód, maści z miodu, wosk, świece z niego robi ale cicho bo nie ma licencji. Ale i tak w Łabędziu to głównie od niego miód i świece biorą. I miód pitny. Bo on chyba z Ostlandu albo Kisleva jest. A wiadomo, Ostlandczycy to w połowie Kislwvczyvy. Wesołe, dorodne córki ma. - Idąc przez osadę, mytnik tłumaczyła im co mijają. Aż minęli ostatnie budynki i znaleźli się na polnej drodze w lesie. - To tędy. Do tych alchemików. Oni tu głównie mają skład. Bo wiadomo, wiele składników na te ich mikstury i maści to jest z lasu, rzeki albo bagien. Więc w mieście i to trudno i drogo. Więc zbierają i skupują tutaj. Ale większość wysyłają do Saltmundu. Tam mają sieć sklepów i aptek. - Opowiadała im po drodze co i jak tu działa na lokalnym rynku. Magazyn alchemików Egon szedł wolno. Zmierzchało się już, tedy mieszczanie z wolna poczęli rozpalać lampy olejne na swych drogach, które, jak zauważył, były różnorakiej jakości, inne od tego, do czego był przyzwyczajony w mieście: tu i ówdzie znalazły się kocie łby, które pozwalały na swobodny i szparki marsz, jednak w paru miejscach kamienie były zapadnięte, a droga przechodziła w ubity, nieco zabłocony trakt. – Dorodne córki, powiadasz… – Egon pogładził brodę, wiodąc wzrokiem po domostwie bartnika, licząc, że właśnie miał owe dorodne córki zobaczyć. Ocknął się jednak i dodał: – Ano, co tam gadać, pewnie tu na miejscu niewielu mają do zrobienia porządnego interesu. Język swędział Egona, żeby powiedzieć Jutcie o całym wybiegu ze statkiem, ale nie mógł zdradzić się ze swym zamysłem. Wtedy, niby przelotnie, zapytał: – Tak po prawdzie nie znamy się długo. Rzeknij co więcej o tym twoim mytnikowaniu. Długo z tymi piratami kłopot macie? Z tym Haynrichem Wagnerem długo się znasz? Zdaje się, że człek konkretny, ale w poznać od razu, że w rzyci ma kij, niby lancę. - No synów barnik też na jurnych ale ciebie to pewnie córki by bardziej interesowały. A takie zdrowe, rumiane, jedna blondynka druga kasztanka. Ta najstarsza to już wyszła za mąż to wyjechała stąd ale też była niczego sobie. Ta moja koleżanka ze stajni, to ich sąsiadka to trochę o nich wiem. - Jutta zaśmiała się na uwagę kolegi i powiedziała nieco więcej o rodzinie bartnika. - Próbowałaś ich? Tych córek też? - Czarnowłosa spojrzała na nią zaciekawiona. - Tak trochę. Zdarzało mi się kończyć z nimi na sianie w stodole ale to większe zabawy były. A to festyn, a to odpust, a to wesele. Tak jeden na jeden to ich nie próbowałam. Ale jak się z nimi spotkam to raczej jest sympatycznie. Jak chcecie to możemy do nich zajść jak będziemy wracać. Powiemy, że chcemy kupić maść na rany, świece albo miód pitny czy coś. I, że dopiero przypłynęliśmy to dlatego tak późno. - Celnik podsunęła im myśl do rozważenia. A na razie szli leśna drogą w głąb lasu. - A Wagnera znam tak sobie. Regularnie pływam z Neus Emskrank do Saltmundu i z powrotem. Ale na różnych krypach. To czasem trafiam na niego. Inni mytnicy też tak robią. W Saltmundzie mają wilcze statki no ale one ruszają do grubych spraw albo od razu na morze. Tych piratów mieli szukać ale ich nie znaleźli. Oni to od niedawna grasują. Parę tygodni. Może miesiąc. To trochę dziwne, że nikt ich dotąd nie widział. Pozostawiają zakrwawione, puste łodzie i znikają jak duchy. Dziwne. - Zamyśliła się gdy mówiła o tych piratach. - A wy? Skąd się znacie? - Zerknęła na nich z ciekawością. Odkąd weszli w las, zrobiło się ciemniej. O ile nad rzeką dzień już się kończył ale wciąż było widno, to pod drzewami zmierzch przychodził wcześniej. – Z miasta – odparł po prostu Egon, który, nauczony łganiem Łasicy i Burgund, wiedział, że najlepsze kłamstwa bywają półprawdami. – Ja sam jestem najemnikiem z Middenheim, ongiś na arenach biłem się… Choć po prawdzie i jeśli by dobrze płacili, to dawałbym w mordę łykom dalej. Moich kompanionów poznałem w Neues Emskrank w karczmach, ot, cała historia. Burgund przy kurwieniu się – Egon zaśmiał się. – Do bartnika zachodzić nie trza, dużo nam roboty na noc będzie, a i wszystko opłacone – mówił, mając na myśli Adele. – Chodźmy czym prędzej do alchemików, zanim słońce zanim zajdzie. Łuczywa nie mam, a pewien nie jestem, czy polegać będzie można na lampach przy drodze. Wiedziony przeczuciem, rzekł jeszcze: – Sam bym tych piratów rad spotkał, wyglądają na sprawne bastardy. Tyle statków tak gracko ogołocić, dobrzy muszą to być wojownicy. - Albo jakiś potwór. Właściwie jak nikt ich nie widział aby to opowiedzieć, to nie wiadomo kto to jest. - Mytniczka wzruszyła ramionami przekazując im kolejną plotkę o tych pirackich napadach. - No cóż. Mam nadzieję, że cokolwiek to jest, to temu podołamy. Chociaż ja to bym wolała bez przygód dopłynąć do Saltmundu. - Przyznała, że ona sama wacle nie pali się do walki. - Ja to trafiłam do hospicjum przez dziwne sny. Myśleli, że jestem wariatka. I w ogóle agresywna. - Annika powiedziała coś o sobie. - Ale dzięki bogom Otto i moja milady mnie stamtąd wyciągnęli. I Marissę. Ona też tam siedziała. I powiem wam, że tak dobrze jak u mojej milady teraz to jeszcze nie miałam. Mamy z Marissą własny pokój. Są trzy łóżka a nas jest dwie. Codziennie mam jedzenie i taką lurę jak w hospicjum. No i nasza milady jest dla nas bardzo dobra i miła. I bierze kąpiel codziennie. A my jej pomagamy. - Czarnowłosa dodała nieco więcej szczegółów. Ale o snach oraz, relacjach ze swoją milady dość oględnie. Tylko enigmatyczny uśmieszek gdy spojrzała na gladiatora, sugerował kosmaty podtekst tej znajomości. Na razie jednak szli przez ten ciemniejący las. Aż mytnik powiedziała, że już niedaleko. I miała rację. Jeszcze ze dwa zakręty i zobaczyli bramę wjazdową i proste ogrodzenie z belek. Raczej przeciwko bydłu bo ludzie bez problemu mogliby przejść pomiędzy belkami. Gdy jednak podeszli jeszcze bliżej ujrzeli coś nietypowiego. - A to co? - Annika zdziwiła się. Widać było dużą chatę i jakieś stodoły czy inne budynki gospodarcze. W niektorych oknach już paliło się światło. Ale najbardziej w oczy rzucał się powóz. Drogi, porządny, zaprzęgnięty w dwie pary koni. Godny szlachcica, bogatego kupca czy kapłana. - Tu zawsze tak jest? - Pokojówka milady zapytała mytniczki. Ta wzruszyła ramionami i odpowiedziała po chwili. - Bo ja wiem. Nie za każdym razem jak nocuję w “Łabędziu” to tu zachodzę. Właściwie tylko ze dwa, trzy razy tu byłam. No ale cóż. Przynajmniej widać, że jeszcze otwarte. - Mimo, że też wyglądała na zaskoczoną tą sytuacją to wydawała się brać to za dobrą monetę. Na koźle siedział stangret i chyba z nudów obserwował ich nadejście. Miał na sobie brunatny, porządny płaszcz a pod spodem kubrak z barwnymi dodatkami. Chyba ich trójka idąc spokojnie, nie wzbudziła jego podejrzeń bo zachowywał się spokojnie. Gdy podeszli jeszcze bliżej i obeszli konie widać było trójkę pasażerów. Rosły mąż opierał się o słup ganku. U pasa miał miecz, pistolet a na sobie brygantynę. Wyglądał na ochroniarza albo wojownika. Co chwila pluł pestkami słonecznika jaki przeżuwał w flegmatycznym tempie. A przy samym wozie stały dwie damy. Młode, szczupłe, wypielęgnowane. Chyba o czymś rozmawiały ale jak zobaczyły nadchodzącą trójkę to zamilkły i obserwowały ich z zaciekawieniem. - Moja milady ładniejsza. Ale te też całkiem, całkiem. - Annika szepnęła z krzywym uśmieszkiem patrząc na te dwie stojące przy powozie. - Ciszej. To mogą być szlachcianki. - Jutta widocznie nie chciała kłopotów. Ale też ciekawie się przyglądała tym dwóm kobietom. Półmrok pod drzewami utrudniał już dostrzeżenie detali ale widać było, że mają eleganckie, barwne suknie, starannie upięte włosy i ładne, błyszczące kolczyki. - No ale tak, niczego sobie. - Po dwóch krokach zgodziła się z Anniką w ocenie atrakcyjności obu kobiet. Egon, zorientowawszy się, że to niemalże już noc zapadała, stał się bardziej czujny. Choć tu, w miarę blisko Łabędzia, można było spodziewać się, że będzie jakaś ochrona, straż i tyle, ile tylko mogło wysupłać ze swej kiesy miasto, wojownik wiedział, że bandy orków i zwierzoludzi, czasem wygłodniałe i zdesperowane, mogły podchodzić i tutaj. Szczególnie zaś orkowie mogli szukać zemsty za rozgromienie ich na plaży. Zielonoskórzy zdawali się odradzać na podobieństwo hydry, okrutne niby rosomaki i gżące się między sobą na podobieństwo królików, przeto wybicie nawet całego plemienia lub wielu plemion nie gwarantowało bezpieczeństwa. Kiedy doszli wreszcie do warsztatu alchemicznego, Egon przywitał widok bez większego zdziwienia. Wojownik spodziewał się, że wszak normalną rzeczą byłoby, gdyby chata mistrzów była chroniona jakoś znaczniej. Wiedział, że dekokty mogły być warte sporo złota, toteż chata mogła być celem zwykłych rabusiów, a i jakikolwiek mutant, który mógł zwiedzieć się dziwnymi ścieżkami mógł obrać ją sobie na cel. – Witajcie, moiściewy – Egon skłonił się prewencyjnie, nie wiedząc, z kim ma do czynienia. – Jakże dzień minął? My do mistrzów warzelni po dekokty, bo kompanioni nasi ranni. Wyrzekłszy te, zdało mu się, dość neutralnie brzmiące i w miarę dyplomatyczne słowa (cóż - wszak nie był blagierem pokroju Burgund albo Łasicy), oczekiwał odpowiedzi. Skoro on się zatrzymał aby się przywitać to i jego obie towarzyszki zrobiły to samo. Skinęły głowami do jego słów. I na przemian wodziły wzrokiem po całej trójce stojącej na ziemi i jeszcze woźnicy na koźle. Ten akurat wyjmwował i nabijał fajkę i tylko im skinął w odpowiedzi. Ten ochroniarz przy słupie lekko wzruszył ramionami jakby mu było wszystko jedno. I sięgnął po kolejne ziarno słonecznika, jaki wsadził sobie do ust. Więc przywitanie się, przejęły te dwie młode kobiety. - Witaj kawalerze. Może trochę poczekasz? W środku jest nasz szef i załatwia interesy. Nie lubi jak mu się przeszkadza. Może poczekasz tu z nami, na niego? - Zaćwierkała słodko pierwsza z nich. Druga pokiwała głową na znak zgody. - Koleżanki też zapraszamy. Co tak będziemy słupy podpierać jak Plujka. - Wskazała na tego w pikowanym kaftanie. Ten lekko pokręcił głową i beznamiętnie wypluł kolejną pestkę. Jutta i Annika popatrzyły na to wszystko i na koniec na Egona. – Oni też chyba nie są stąd – Szepnęła mytniczka ale nie była pewna jak teraz postąpić. Egon zmrużył oczy na wzmiankę o “szefie” i o tym, że coś tam stary miał załatwiać jeden na jeden z alchemikami. Jego ręka instynktownie powędrowała na rękojeść topora, jak gdyby cała rzecz miała być jakimś wybiegiem. Lub, może, z drugiej strony, naprawdę był to jakiś kupiec, co zamarudził na szlaku i dopiero teraz musiał się odkuć? – Zwę się Egon, Salzenmund – umyślnie zrobił pauzę między swym imieniem, by nie było od razu jasne, czy pochodzi z Salzenmund czy do niego zmierza. – Późny wieczór jest, lulki palicie? Całkiem zacne mam, w mieście kupiłem… Myśmy z towarzyszami do mistrzów dekoktów przyszli, bo kompanioni nasi ranni. Orkowie, uważacie? Przeklęte bestie poraniły nas. Pryncypał wasz także w interesach? Egonowi nie podobała się rzecz. W nocy wszystko mogło się stać i cała rzecz zdała mu się na pierwszy rzut oka podejrzana. Kupiec nocną porą był rzadki, tedy postanowił się mieć na baczności. - Miło cię poznać dorodny kawalerze. Ja jestem Mira a to moja przyjaciółka Katja. - Jedna z kobiet wskazała na tą drugą. - I tak, lulki palimy. Chcecie trochę? Jak i tak czekamy na szefa to możemy chyba poczekać razem. Dla koleżanek też starczy. - Katja otworzyła drzwi do powozu i weszła tam na chwilę. ~ One z tobą flirtują. ~ Jutta szepnęła do gladiatora. Wciąż miała minę, jakby nie była pewna co począć. Zerkała to na obie kobiety, ochroniarza co dalej żuł słonecznik, albo na świecące się okna chaty do jakiej zmierzali. ~ Ja bym też z nimi mogła ale jesli nie lubią z dziewczynami to szkoda mi na nie czasu. Szkoda, że Burgund nie poszła. Ona się zna na takich gadkach. ~ Annika cmoknęła z niezadowolenia, że zabrakło im obrotnej, pyskatej łotrzycy. W międzyczasie Katja zwinnie zeskoczyła z powozu, trzymając małą szkatułkę. Obróciła się aby postawić ją na podłodze pojazdu, otworzyła, i chyba naprawdę zaczęła szykować te lulki. - To spotkaliście jakieś orki? Daleko? Coś wam te paskudy zrobiły? - Mira wydawała się być zaciekawiona tym wątkiem. – Witajcie – Egon skłonił się raz jeszcze i szepnął do Anniki i Burgund – Cóż wam szkodzi? Chodźcie, jak wam nie wygodzi, to zostawicie rzecz. Egon jednak sięgnął do swojego zapasu: wyciągnął faję i nabił ją odpowiednio. Miał co prawda parę zwitek, by nabić tytoń i na nie, jednak, nauczony w Neues Emskrank, zapalił nieco i naładował odpowiednią ilość do cybucha, a tytoń odpalił. Dla Anniki i Jutty machnął ręką, czy nie chciałyby spróbować od obcych kobiet. – Aaa, szkoda gadać – podjął Egon rzecz o orkach. – Wielka bitwa, dobrze, żeśmy się pojawili w czas! Paru niewiastom udało się nam przyjść po pomoc. Myślę, że może być i tak, że te zielone bestie mścić się chcą i kiedy zaatakują jeszcze. Ale, póki co, rozgromione są. - Oh, to jeszcze uratowaliście jakieś niewiasty od tych orków? Cóż za historia! Tożeście prawdziwi bohaterowie. - Mira z koleżanką, wyglądały na zachwycone dobrą historią. - Uratować damy przed tym orczym plugastwem to jak w jakimś rycerskim eposie. - Katja zgodziła się z koleżanką. Zdążyła już nabić swoje lulki. Były smukłe, eleganckie, może nawet srebrne bo błyszczały metalicznie. Też gestem poczęstowały trójkę przybyszy. Bo Jutta z Anniką podążyły za kamratem i też wydawały się zaciekawione dwójką urodziwych kobiet. Mytniczka stała bliżej Katji, to od niej przyjęła prezent. Z ciekawością zaciągnęła się i od razu zakaszlała. Ale aromat jaki się wydobywał przyjemnie uderzał w nozdrza. To nie było zwykłe bagienne ziele jakiego używało pospólstwo. Pewnie dlatego jak celnik przezwyciężyła pierwszy atak kaszlu to z przyjemnością zaciągnęła się ponownie. Po chwili i Annika dostała swoją lulkę do palenia. - A to daleko była ta bitwa z orkami? Bo my dziś w “Łabędziu” nocujemy to raczej powinno być w spokojnie. Ale rano musimy ruszać dalej w drogę. - Katja zainteresowała się większą ilością detali o tej walce. - Spokojnie? Widziałaś jak karczma jest zapchana? Dobrze, że udało nam się pokój dostać. - Mira prychnęła z irytacji na wspomnienie o tłoku i hałasie w zajeździe. - No tak, ale jednak jest palisada i bramy, to raczej orki nas nie napadną w nocy. - Koleżanka doprecyzowała o co jej chodziło. - O. To wy też dzisiaj będziecie nocować w “Łabędziu”? - Dla celnik była to przyjemna niespodzianka. - No tak. To jedyny sensowny adres w okolicy. Przecież nie będziemy nocować w tamtych chłopskich chatach. - Mira machnęła dłonią mniej więcej w stronę rzeki. - O, to może będzie okazja poznać się bliżej. My też tam nocujemy. - Annika miała większą wprawę w paleniu, więc się nie krztusiła. A przez obłok aromatycznego dymu, podziwiała sobie fryzury, twarze, szyje i dekolty rozmówczyń. Z bliska wyglądały jak damy. Bił od nich nienachalny zapach kwiatowych perfum. Zachowywały się swobodnie i naturalnie. Rozmowa z trójką obcych, nie stanowiła dla nich przeszkody. Suknie jednak miały śmiało zarysowany dekolt a ciemnowłosa Katja to nawet miała odsłonięte ramiona. Mira miała włosy pewnie kasztanowe lub rude. Trudno było w tym słabnącym świetle być pewnym. Obie uśmiechnęły się na wieść, że trójka nowych znajomych też nocuje w tej samej karczmie. - To może jak szef skończy tu interesy to faktycznie się tam spotkamy. - Mira dała znak koleżance. I ta znów wspięła się i zniknęła w mroku wnętrza powozu. Egon nie był całkiem przekonany do nieznajomych. Iście, wydawało się, że były to jakieś szlachcianki albo przynajmniej córki kupca, co odpowiednio zarobił grosza, aby uposażyć swe dziatki. – Handlujecie w dekoktach? – zapytał Egon, licząc, że skoro szlacheckie dziewki rozgadały się nieco, uda się je nieco więcej pociągnąć za język. – Bitwa z onymi orkami nie tak daleko, zda mi się, że jakie dwie albo trzy staje stąd – Egon liczył naprędce. – Z tymi kreaturami żartów nie, rzekłbym. Rzeknijcie nieco więcej o tym waszym szefie, czy długo tam jest? - No na moje oko to nawet za długo. Ale cóż, my kobiety, wiecznie czekamy na was, mężczyzn. I nie, nie zajmujemy się handlem dekotami. Ale szef ma tu interes to z nim przyjechałyśmy. A ta bitwa to była w dół, czy w górę rzeki? Tylko wy przeżyliście? Koniecznie musicie nam o tym opowiedzieć! - Mirę ta bitwa z orkami, wyraźnie ciekawiła bardziej niż czekanie na szefa. A Katja znów zwinnie zeskoczyła z powozu. Tym razem trzymała w dłoni gąsiorek a w drugiej dłoni miała kilka małych, podróżnych kubków. Zaczęła wręczać gościom te naczynia a gdy druga dłoń jej się zwolniła to odkorkowała butelkę i zaczęła polewać trunek. - Jedziemy do Neus Emskrank. To przy morzu, na samym końcu Salt. Ale to pewnie jutro. Chyba, że szef zmieni plany. A wy też tam? Jesteście powozem czy statkiem? - Katja pytała w miarę jak rozdzielała napitek. Okazało się, że to coś wiśniowego, pomiędzy winem a nalewką. Trochę kwaskowate a jednocześnie słodkie jak płynna wiśnia. - My łodzią, do Saltmundu. Więc trochę nam nie po drodze. Ale dziś jeszcze wszyscy będziemy w “Łabędziu”. - Jutta przyjęła poczęstunek i upiła z niego łyk. Annika zrobiła to samo. - A, do wielkiego miasta, do stolicy. No tak, wielu do nas zmierza. My właśnie stamtąd jedziemy. Ja starałam się namówić szefa aby popłynąć rzeką bo bezpieczniej. Ale on dopiero co kupił to cacko i koniecznie chce się nim pobawić. - Mira pokiwała głową w zadumą i eleganckim ruchem upiła ze swojego kubka. A jak mówiła to wskazała na powóz jaki wyglądał na drogi. – W dół rzeki była – rzekł Egon, który w zasadzie nie miał żadnego powodu, żeby się kryć z całym zajściem. – Nie… My okrętem płyniemy do Salzenmund, Egon wziął podróżną szklanicę na wino i upił nieco. Co prawda nie przepadał za dziwacznymi nalewkami tego rodzaju i wolał zwyczajne piwo lub wino, jednak tutaj przynajmniej nalewka nie była obrzydliwa. – Mmm. Rzeczecie dużo o tym waszym szefie. A kim on jest, jeśli idzie spytać? I czemu akurat musi być sam z alchemikami? - A bo on nie lubi, jak mu się przeszkadza w interesach. - Mira pozwoliła sobie na lekki ton i chciała chyba powiedzieć coś więcej ale usłyszeli jak za nimi otwierają się drzwi. I prawie od razu dał się słyszeć męski, nieco rozbawiony głos. - A kogóż to tak zabawiają moje sikoreczki? - Mężczyzna zatrzymał się zaraz za drzwiami. Był niski i miał wydatny brzuch. Jak ludzki karzeł albo niziołek. Trudno było dostrzec rysy twarzy bo światło wciąż otwartych drzwi oświetlało jego boczne profile ale front sylwetki pozostawał w jeszcze głębszym cieniu. Stanął i ujął się pod boki. Głos wydał się Egonowi jakby znajomy. Ale nie był pewien. - Dobrze, że już jesteś. - Mira ruszyła szybko w jego stronę, Katja pozostała na miejscu. Jutta i Annika wymieniły się z kolegą szybkimi spojrzeniami ale czekały na rozwój wydarzeń. W międzyczasie dama zdążyła podejść do niskiego mężczyzny. - Ci mili państwo właśnie tu przyszli i opowiadają o wielkiej bitwie z orkami jaka miała miejsce w dole rzeki. Tam gdzie mamy jutro jechać. Może sam z nimi porozmawiasz? - Kobieta z pewnym niepokojem przekazała te wieści i jakby z nadzieją, że teraz szef się tym zajmie. - Doprawdy? - Podniósł na nią wzrok ale zrobił dwa kroki do przodu jakby chciał się przyjrzeć bliżej wspominanej trójce. - A niech mnie! Kogo ja widzę! - Roześmiał się radośnie i znalazł się na tyle blisko krawędzi ganku, że wyszedł z cienia. Teraz i gladiator go rozpoznał. To był Theo. Impresario areny z Neus Emskrank. – Spotykamy się raz jeszcze – Egon rzekł po chwili milczenia, zastanawiając się, jak mały był świat wokół miasta portowego. – Jak tam interesa? – zapytał gladiator. Pamięć Egona o Theo była zaiste zatarta. Wojownik pamiętał, że jakieś interesa swojego czasu Theo chyba robił z Burgund albo Łasicą ongiś, jednak było to przed jego podróżą do Norsci, tedy, zdało mu się, że całe wieki upłynęły od tamtego czasu. Wtedy jeszcze Merga była zamknięta w lochu inkwizytorów, zaś on pracował w cytadeli obok Silnego. - Oj nawet nie pytaj. Coraz trudniej związać koniec z końcem. Odkąd odszedłeś to już nie jest to samo. - Niziołek westchnął żałośnie jakby był w dołku finansowym. - I dlatego kupiłeś to? - Jutta wskazała na stojący, elegancki powóz ze stangretem i czterema końmi. Słysząc to, Theo roześmiał się rubasznie. - Dokładnie tak sikoreczko! To inwestycja na chude lata! - Dalej rechotał wesoło aż stopniowo udzieliło się to czterem kobietom. Podszedł do nich i ujął dłoń celnik. - Twoja bystrość dorównuje tylko twojej urodzie pani. Jestem Theo, pokorny sługa pięknej pani. - Zachował się szarmancko, że szatynkę trochę zamurowało. Wyciągnęła ku niemu dłoń aby mógł ją pocałować. - Jutta. Jutta Czerwona. - Przedstawiła się starając się zapanować nad głosem. - A druga piękna dama? - Theo zwrócił się do pokojówki o czarnych włosach i potraktował ja podobnie. - Żadna dama. Dama to jest moja milady. Annika jestem. - Przedstawiła się i zdawała się być mniej odporna na jego urok. Choć też jakby zmiękła na chwilę. - Cudowne niewiasty, wybaczcie mi, że przez chwilę nie będę mógł się ogrzewać waszym pięknem ale muszę zamienić słowo z moim przyjacielem. - Niziołek skłonił im się nisko i pozostawił je pod wrażeniem. A sam wrócił się do gladiatora. - Bystra kobieta to najsłodszy miód na twoim talerzu. Albo najgorszy dzięgiel na twoim języku. Nasze powiedzenie przyjacielu. - Rzekł do Egona dużo ciężej i z szelmowskim uśmiechem. - A to ty ich znasz Theo? - Gdy do nich wrócił, Mira wreszcie dostała okazję aby wyrazić swoje zdziwienie. - Oczywiście. Egon był jednym z moich chamiponow areny. No ale niestety później inne sprawy go odciągnęły. Możesz sikoreczko przygotować nam coś do picia? - Niziołek poprosił wyższą od niego kobietę a ta bez słowa ruszyła w stronę powozu. I teraz na chwilę zostali na werandzie tylko we dwóch. - Co tam u ciebie przyjacielu? Cieszę się, że cię widzę w dobrym stanie. - Zagaił towarzysko do swojego znacznie masywniejszego rozmówcy. Egon wzruszył ramionami, przez parę dłuższych chwil zbierając myśli. Trudno by było rzec Theo o wszystkich przygodach, które doświadczył na wybrzeżu Morza Szponów, było tego po prostu zbyt wiele - cytadela, uwolnienie Mergi, potem porwanie się na świątynię Mannana, wreszcie Norsca, powrót zza wielkiej wody i znowuż sprawy w Neues Emskrank, a także nieumarły czarownik czekający nań w kurhanie. – Dużo rzeczy po prawdzie – w roztargnieniu wypił nieco nalewki przygotowanej Katję, nie wiedząc sam, od czego zacząć. – Kopę lat ciebie nie widziałem, ot, taka prawda…! Myślałem, żeś gdzieś wsiąknął od czasu, kiedy inkwizytorzy przetrząsali miasto i wiem, że swojego czasu zatrzymań było sporo… Zrobił tu pauzę, aby wreszcie pociągnąć: – Zmierzamy do Salzenmund, ja i moi kompanioni – rzekł wreszcie. – Ponoć piraci rzeczni dręczą wszystkich i jakaś dziwna sprawa, statków nie zabierają, ale wyrzynają wszystkich do nogi. Przeto interes zwęszyliśmy, czy przypadkiem to nie jest zacny interes, obłowić się na piratach. Rzecz ciekawa, tyle statków zostało. Egon, będąc z Juttą, wolał nie gadać nic jeszcze, że prawdziwym celem ich podróży jest przydybanie statku właśnie, ale zarzucił rzecz o nim, żeby Theo podchwycił. – A, i zielonoskórzy. Przeklęci orkowie zaatakowali milady van Hansen, kiedyśmy płynęli rzeką. Straszliwa walka, tedy żeśmy tutaj zawitali, bo kompanioni moi ranni są. - Ano dręczą, dręczą. Dlatego wybrałem drogę a nie rzekę. Wolałem nie ryzykować. - Niziołek szedł spokojnie na swoich krótkich nogach. A Egon musiał uważać aby się z nim zrównać. Szli wzdłuż werandy powoli oddalając się od powozu i grupki kobiet. Minęli Plujkę, jaki dalej flegmatycznym tempem łuskał słonecznik. - I chcecie się wziąć za nich? No ambitnie, ambitnie. Ale chyba masz kogoś jeszcze niż te dwie dziewuszki? Uroczo wyglądają i ta jedna jest całkiem bystra. No ale wiesz przecież, że w walce to niekoniecznie ma znaczenie. - Lekko skinął głową w stronę skąd odeszli. - I na wszystkie rogaliki tego świata! Te orki zaatakowały naszą milady van Hansen?! Słyszałem, że dzielna jest i szermierkę ćwiczy. Ale po prawdzie to nie miałem okazji tego sprawdzić. Winszuję więc tobie i jej, żeście sobie mogli pomóc. Szkoda, że na arenie nie mam takiego orka czy dwóch. Takie walki z nimi byłyby zapewne bardzo malownicze a widownia to lubi. Albo z jakimiś zwierzoludźmi. To to samo. - Pokiwał głowę, jakby nawet z takiego zdarzenia potrafił dostrzec jakąś opcję dla swojego biznesu. - I macie rannych po tej walce? - Podniósł głowę aby spojrzeć na owal twarzy brodacza. - Więc przyjacielu. Chodźmy. Dopiero co z nimi o tym rozmawiałem. - Zawołał wesoło i z miejsca obrócił się z powrotem u wejściu do chaty i czekającemu powozowi. Teraz przyspieszył choć dla długonogiego to nadal przypominało spacerowe tempo. - I mówisz do Saltmundu płyniecie? Oh żart bogów. A ja właśnie stamtąd wracam. Dobrze, że bogowie choć teraz pozwolili nam się spotkać. A jak u ciebie przyjacielu z planami planami powrotu do miasta? Nie myślałbyś do nas wrócić na arenę? Ah! I jak ta twoja koleżanka? Norma to Axe? Masz z nią jakiś kontakt? Może jest dziś gdzieś z tobą? Widownia ją polubiła. Może nie tak jak ciebie no ale też. A sam wiesz, że aż tak wiele walczących kobiet u nas nie ma to jak już się któraś trafi to od razu wszystkim wpada w oko. - Powoli zbliżali się do wejścia a niziołek widocznie też zapamiętał wojowniczkę z północy. Toporniczka jednak przez ostatnie tygdnie głównie była osobistą gwardzistką Mergi Złotookiej. I po obrabowaniu świątyni Mananna wraz z nią, nim i resztą kultystów, odpłynęła do ojczyzny rogatej wyroczni. Tylko w przeciwieństwie do Egona, tam z nią została. Miała w planach wrócić razem z nią do Neus Emskrank, ale na razie trudno było zgadnąć kiedy to nastąpi. – Trudno rzec, gdzie poszła – Egon wzruszył kolejny raz ramionami. – Norma pewnie będzie wolała zostać u swych pobratymców, cóż tam będzie się z południowcami zadawać. Jak z Norsci nie wróci, niewiele idzie myśleć, co tam we łbach tych Norsmenów siedzi. Co do areny zaś, trudna rzecz, inne sprawunki zajmują mi głowę. Egon przez chwilę pomyślał, ile uwagi będzie wymagało doprowadzenie starego czarownika do stanu używalności, ile wysiłku trzeba będzie, aby wyprawić statek i przeprowadzać przezeń brańców, wreszcie, poskromienie bestigorów było niemalże kampanią wojenną. – Nie – Egon pokręcił głową. – Nie dam rady. Pomóc mi mógłbyś, jakbyś jakie okręty widział opuszczone, bo na nie też polujemy – tu Egon rzucił przelotne spojrzenie na Juttę, której nic o tym nie powiedział. – Ale jak byśmy jakiego zielonoskórego złapali to podprowadzimy do ciebie, niechaj będzie z tym zielonych małp jaki użytek! - To nie wróciłbyś do nas? Ani Norma? Eh, jakaś strata dla areny. Dla widowiska. Dla widowni! Bo przecież ja jeno ich sługa uniżony co marne pensy biorę za możliwość zabawiania ich. - Niziołek posmutniał gdy usłyszał tą wieść. Akurat wrócili do drzwi prowadzących do środka magazynu. Wtedy odwrócił się bo Mira podeszła do nich, wręczając po kubku nowego napitku. - A działajcie tam sikoreczki! Co bohaterwie naszą dzielną lady van Hansen wyratowali przed wstrętnymi łapami orków! - Całkiem wesoło zawołał do niej. - Lady van Hansen? Ale z tych van Hansenów z Neus Emskrank? - Brunetka zdziwiła się tą informacją, ale szlacheckie nazwisko raczej rozpoznała. - Tak, właśnie tą! Froyę van Hansen! I jej elficką przyjaciółkę. - Jutta rzuciła wesoło i niziołek wzruszył ramionami. - To ja przygotuję jeszcze po nalewce. - Mira uśmiechnęła się słodka i raźno ruszyła z powrotem do powozu. Theo obserwował całą, kobiecą grupkę, jaka zdążyła przełamać pierwsze lody i zachowywała się wobec siebie swobodnie. - Całkiem wesołe te twoje sikoreczki, przyjacielu. - Zaśmiał się pod nosem ale znów wrócił spojrzeniem do rozmówcy. - Ostatnio jest moda na mieszane pary. Mężczyzna i kobieta przeciwko takiej samej parze. Więc ty i Norma myślę, byście mieli do czego wracać. No ale jak macie inne plany to rozumiem. Jakbyś był w mieście to zawsze możesz wpaść nawet jako widz. - Poklepał go po ramieniu i wzniósł toast swoim kubkiem. Tym razem było to jakieś wino, godne wybrednego, niziołczego gardła, doprawione jakąś korzenną nutą. - A statek mówisz by ci się przydał… - Zamyślił się i pogłaskał swój pulchny policzek. Upił łyk ze swojego kubka nim cicho się zaśmiał. - Jak wiesz, statki raczej mnie nie interesują. - Przyznał bez ogródek. - Ale teraz płyniesz do Salzenmund? No cóż, ja tam bywam w innych sprawach. Ale na twoim miejscu przeszedłbym się na do “Uczciwego mieszczanina” na Reichsweg. Albo jakiejś innej tawerny czy zamtuza jakich tam pełno. Tam jest głośno, wesoło, gra muzyka a sikoreczki rzadko odmawiają swoich wdzięków. Pewnie byś mógł tam się rozpytać. Albo do “Roześmianej żaby” w Osthafen. Tam chodzą dokerzy, marynarze i ludzie co z nimi mają coś do załatwienia. Może ktoś by mógł ci pomóc znaleźć to czego szukasz. - Popatrzył na wielkoluda jakby chciał mu zasugerować pewne kroki w stolicy nawet jeśli Theo nie interesował się morskim rzemiosłem. - A jakbyś już wrócił do nas, to możesz poszukać Lothara Geyera. Pewnie w jakiejś tawernie. Ja go znam, bo odwiedza nasze walki. Kapitan statku i kompletny hazardzista. Kiepsko ostatnio stawiał i zostawił u mnie całkiem sporą sumkę. Jak go ostatnio widziałem to wyglądał na zdruzgotanego. Zastanawiał się co teraz zrobi, i chyba będzie musiał statek postawić pod zastaw. No ale nie wiem jak się to skończyło bo jak widzisz musiałem wyjechać w interesach. Może mu się poszczęściło i się jakoś odkuł. A może nie. - Wzruszył ramionami na znak, że może to być jakiś trop ale nie zna jego obecnej wartości. - I jeszcze Niklos z kompanami u mnie był. Jacyś desperaci. Mówili, że jakieś kłopoty mają ze statkiem czy kapitanem. Jacyś głodni i zabiedzeni mi wyglądali. Ale ten Niklos walczył u mnie dwa razu. Na gołe pięści. Jedną walkę wygrał, drugą przegrał. Krzepki jest, na wzrost taki może wielkolud jak ty, ale ciut węższy w barach. Ale nie wiem gdzie ich szukać. - Podpowiedział gladiatorowi jeszcze dwa wątki z portowego miasta. - No ale! Chodźmy zanim poszczują nas psami! - Zaśmiał się wesoło i pchnął drzwi. W środku było jasno od zapalonych lamp. Zapach palonego knota, mieszał się z suszonymi ziołami. Lada była długa, w poprzek budynku. Za nią równoległe do niej regały pełne butli, dzbanków, słoików, koszów z grzybami, pełnych worków z niewiadomą zawartością. Trochę jak w aptece Sigismundusa. A za ścianą pewnie było zaplecze bo chata była o wiele większa z zewnątrz. Za ladą stała trójka ludzi, dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Rozmawiali ze sobą ale zamilki gdy dwóch klientów jeszcze weszło do środka. - Theo wróciłeś do nas bardzo szybko! - Zaśmiał się ten najstarszy z nich. Miał dostojny, patriachalny wygląd i uśmiechnął się przyjaźnie do nadchodzących. Pozostała dwojka była wyraźnie z pokolenie młodsza. - Stęskniłem się za wami przyjacielu! - Niziołek odpowiedział równie pogodnie i obaj się roześmieli. - Ale widzisz, spotkałem starego przyjaciela. I jest on skory skorzystać z waszych usług. No Egon, powiedz Oswaldowi, czego ci trzeba. - Theo zachęcił gladiatora aby ten wyjaśnił subiektowi w czym rzecz. Ten popatrzył na niego uprzejmie i zachęcająco skinął głową. Egon, choć chętnie skorzystałby z oferty walki na arenie raz jeszcze, nie widział całkiem sensu w tym. Wojownik spodziewał się, że cała ta sprawa z braniem niewolników mogła trwać tygodniami, nie mówiąc już o tym, że po drodze kroiły się co grubsze sprawy. Przeto postanowił odłożyć dawanie po mordzie jako drzewiej daleko na bok. Lub też na nigdy. – Witajcie, mistrze alchemiczne – Egon skłonił się w pas, co przy jego sylwetce było nielada wyzwaniem, schylić się w dość ciasnej pracowni. – Szukam wywaru leczniczego albo czego podobnego. Ja i kompani moi ranni żeśmy są po bitwie z zielonoskórymi. Zielone bestie zacięte są, toporami robić umieją. Macie coś może, co uśmierzy ból i rany zasklepi? - Wywary na rany. Tak, mamy coś takiego. - Rozmówca pokiwał głową i spojrzał w stronę dwójki młodszych. Młodszy mężczyzna był patykowaty ale wysoki. Przyniósł i postawił na blacie kilka małych buteleczek. Kobieta zaś niewielki mieszek. - A widzisz przyjacielu, mamy kilka rzeczy które mogą ci być pomocne na przypadłość jaką mówisz. - Wskazał na zestaw tych kilku rzeczy jakie teraz stały między nimi. - W tych buteleczkach jest mikstura lecząca. Nazywamy je błogosławieństwem Białej Gołębicy. Pomaga natychmiastowo leczyć rany, uśmierza ból nimi wywołany i wzmacnia organizm. Lepiej to brać świeżo po walce. Ale działa raz na dzień. Więc jeśli ponownie zostaniesz ranny tego samego dnia, to niestety druga dawka ci już nie pomoże. Tu masz trzy stężenia tej mikstury, im większe tym silniej działa. Te najsilniejsze najlepiej brać na silne rany, te słabsze na drobniejsze. Łatwo je poznać, im ma czerwieńszy pasek, tym mocniejsza. - Alchemik pokazał mu na te paski jakie miały w poprzek kartki. Gladiator nie był w stanie ich przeczytać ale kolory były widoczne. Butelki były z ciemnego szkła, więc widać było ciecz ale nie kolor. - A to jest proszek na rany. Trzeba nim posypać ranę, nic trudnego. Oczyszcza je i utrudnia zakażenie. A to przyspiesza powrót do zdrowia. - Pokazał na niewielki mieszek. Nawet go otworzył i ukazał się w środku czerwono-liliowy proszek. - A tu mamy uśmierzacz bólu. Można wziąć przed walką, w trakcie lub po. Na same rany nie wpływa ale jeśli już są i cię spowalniają, to ten płyn na to pomaga. - Wziął do ręki niewielką, granatową fiolkę. Pomachał nią a płyn w środku wydawal się być trochę gęstszy niż woda. - Oprócz tego mamy wiele specyfików na wiele okazji. Na przyrost siły aby ciosy były mocniejsze, maść na żywy pancerz, aromę na zwiększenie charyzmy i suszone grzyby na zwiększenie witalności. - Alchemik odwrócił się w stronę regałów za swoimi plecami i pokazywał na te specyfiki chociaż było ich tyle, że Egon nie był pewien na dokładnie które. - Widziałam przez okno kawalerze, że masz koleżanki. Gdyby cię to interesowało to mamy też specyfiki na zwiększenie płodności, przedłużenie cyklu płodnego, na zwiększenie namiętności albo i dla męża aby móc figlować całą noc. - Kobieta odezwała się po raz pierwszy, i wskazała na widok za oknem. A tam stał powóz Theo i wymieszania grupka czterech, młodych niewiast jakie rozgadały się na dobre przy tych kubkach z nalewką. - Albo też maść kociego oka, jaka ułatwia widzenie po zmroku. - Dorzucił młodszy z mężczyzn. Wyglądało na to, że mają tu bardzo wiele specyfików, na różne okazje, wystarczyło doprecyzować czego się szuka. Egon spojrzał na wszelakiego sortu fiole, alembiki, zlewki i kolby, które zdawały się być wszechobecne w warsztacie. Kiedyś, dawno temu, kiedy zaczynał na arenie u Theo, czasem można było przed walką kupić za parę miedziaków bukłak byczej krwi zmieszanej z ziołami, która ponoć mogła dodać siły wojownikowi, szczególnie, jeśli miało się wypić cały bukłak. Ile w tym prawdy było, wiedzieć niepodobna, jednak gladiator już po stokroć wolał takie dekokty warzone z naturalnych składników niż to, co widział swojego czasu w bulgoczącym kotle Mergi tudzież Raisy. Przeto zabrał się do sprawdzania i przemyśliwania naprędce, cóż też by można wziąć, bowiem okazja była jedyna - późniejszy rejs do Salzenmund i z powrotem nie gwarantował, że wróci tu kiedykolwiek. Jeśli chodziło o specyfiki do chędożenia, odrzucił je niemal natychmiast. W głowie kołatała mu się wizja jutrzejszej potyczki z piratami tudzież, jeśli miało przyjść co do czego, przejęcie Jutrzenki siłą, jeśli jeno okaże się, że piraci poniechają ataki. Potrzeba było czym prędzej doprowadzić Larsa do stanu używalności i napoić innych wojowników, aby byli w stanie walczyć jutro. Tedy wybrał jedną silną mieszaninę leczniczą, tą o najczerwieńszym pasku i wziął dwie pozostałe dla Rune i Silnego. Korsarz musiał za wszelką cenę przeżyć na tej rejzie - imaginował Egon - pozostali zaś nie byli tak ciężko ranni, jak on. Wziął także dwie mikstury wzmacniające parę w łapie, które zamierzał dać dwóm czcicielom Khorne. Czuł, że bitwa mogła być zażarta, toteż każda przewaga mogła być na wagę złota. Wreszcie, wziął dwie bladożółte mikstury z etykietką kociego oka, które zamierzał dać najmusom Gezackta. Spodziewał się, że bitka będzie późnym wieczorem albo w nocy i choć większość z niej rozegra się podczas próby abordażu Jutrzenki, zdało się Egonowi, że dobrym pomysłem by było dać Martin owe mikstury, by mogli ostrzelać cokolwiek, co będzie poza burtą statku. Nawet jeśli nie użyją rzeczy, to mikstura mogła się przydać później, w Salzenmund tudzież w kurhanie Gonsara lub nawet przy jakimś fortelu z bestigorami, które przecież widziały w ciemnościach. Wyłożywszy garść koron na ladę, zapytał jeszcze Juttę i Annikę: – No, zdaje się, że to wszystko. Chyba, że chcecie coś jeszcze? - No poczekaj, musimy zobaczyć co tu mają. - Annika chciała wszystko obejrzeć. Jak już z Juttą weszły do środka, to z początku przyglądały się jak kolega ogląda, rozmawia i wybiera coś dla siebie. Szybko jednak się dołączyły i im alchemicy też zaczęli stawiać na ladzie, różne specyfiki. Zrobiło się hałaśliwie i wesoło, jak na festynie gdzie się ogląda, dotyka i sprawdza różne rzeczy, niekoniecznie je kupując. Brodacz zajęty swoimi sprawunkami, w końcu stracił rachubę na czym u koleżanek stanęło. Gdy już skończył, one jeszcze oglądały jakieś torebki i buteleczki. W końcu chyba jednak się zdecydowały bo sięgnęły do sakiewek i monety przepłynęły z ręki do ręki. A alchemicy zaczęli im to ładować do małego worka. - Dobra, to my już. - Jutta odebrała worek od sprzedawcy i obie wyglądały na zadwolone z zakupów. - Bardzo dobrze. - Theo klasnął w dłonie i uśmiechnął się szeroko. Po czym sięgnął na ladę po swoją torbę. - To dla ciebie przyjacielu. Niech ci służy. A jak wrócisz do Neus Emskrank to wpadnij do nas. Zjemy coś, napijemy się, pogadamy. Jak chcesz to możesz i z koleżankami. - Niziołek uśmiechnął się i wyciągnął ku gladiatorowi dłoń z trzymaną torbą. – Ano, znajdę się tam, może nie od razu… – Egon wciąż jeszcze przemyśliwał, czy postąpił dobrze. – No, dobra. Odwrócił się do Jutty i Anniki. – To co, zbieramy się? Żegnajcie, mistrze zacne – skłonił się nieco w stronę alchemików. – Żegnaj, Theo. Czas nam w drogę! I pożegnawszy się, wyszedł raz jeszcze w noc, żeby pójść do Łabędzia. - Spiesz się powoli przyjacielu. - Niziołek uśmiechnął się rozbawiony. - Co będziecie tak szli przez ten las, jak możemy was podwieźć. I tak wszyscy zmierzamy do “Łabędzia”. - Rozłożył ramiona a Jutta z Anniką wyszły zaraz za nimi. W czwórkę stanęli na werandzie, między frontem magazynu a czekającym powozem. Katja z Mirą spojrzały w ich stronę. Ale zrobił się już półmrok zmierzchu. W lesie pod drzewami, było jeszcze mroczniej. - No chyba, że macie jakieś sprawy po drodze do załatwienia to nie będę się narzucał. - Theo zostawił gladiatorowi furtkę aby mógł się wycofać rakiem z takiej propozycji. Koleżanki brodacza popatrzyły na nich wyczekująco. Pod wiatą widział już tylko owal ich twarzy. Jasne bryczesy mytniczki wybijały się na tle ciemnych szarości. Egonowi w jakiś sposób musiało umknąć, że Theo także jechał w stronę Łabędzia. Cóż, podróżowanie w grupie i z ochroniarzami Theo na pewno było bezpieczniejsze od przechadzki samopas, tym bardziej, że w lasach opodal grasowały te zielonoskóre kreatury, które czciły Gorka i Morka. – W takim razie, jedźmy wespół – Egon skinął głową. – Dzięki ci za dekokty. Widzisz, spodziewam się, że w górę rzeki napadną nas piraci rzeki Salz. Trza mi doprowadzić moich ludzi do porządku, ciężko rzec, co się wydarzyć może. - A tak, to prawda. Właśnie aby ich uniknąć wybrałem drogę a nie rzekę. - Niziołek pokiwał głową ze zrozumieniem. Przepuścił obie koleżanki gladiatora a te śmiało podeszły do obu sikorek impresario areny. Przez chwilę Theo obserwował tą kobiecą grupkę. - Zobacz przyjacielu jak nasze dziewczęta się szybko dogadały. - Wydawał się być nieco rozbawiony tą obserwacją. - Powiem ci, że dobrze jest mieć prywatną szlachciankę. To bardzo ułatwia wiele spraw. Sam wiesz, że wiele drzwi dla nas, plebejuszy jest zamkniętych tylko dlatego, że nie jesteśmy szlachtą. Zaprzyjaźniony szlachcic to cenna rzecz. Jakbyś miał okazję, to polecam ci pozyskać sobie takiego. - Podzielił się z brodaczem tą uwagą. A, że dziewczęta zdążyły spakować te wszystkie kubki i nalewki oraz wejść do środka powozu, to i niziołek dał znać sąsiadowi, że czas do nich dołączyć. – To z lady Froyą van Hansen walczyłem z zielonoskórymi – odparł Egon. – Od pewnego czasu zdaje mi się, że milady ma mnie w swoich łaskach… A po wczorajszym pewnie będzie jeszcze z tym lepiej. Egon zamilkł, postanowiwszy ugryźć się w język. Wiedział, że łaska wielkich panisk i szlachcianek pokroju van Hansen na pstrym koniu jeździ i być może kiedy się przypomni o takich zasługach zainteresowanym, mogą o nich rychło zapomnieć. Jednak, póki co, powoływanie się na szlachciankę prokurowało jeno benefity, zatem Egon nie narzekał. Był jednak wielce ostrożny, jeśli chodziło o szlachtę. Wojownik wsiadł do kolasy i rozsiadł się wygodnie. - Czyli miałeś okazję poznać naszą piękną i dzielną lady van Hansen? I to w trakcie walki z orkami? Koniecznie mi o tym opowiedz przyjacielu. - Theo wsiadł na końcu. Zajął miejsce między Mira a Katja. Tak jak gladiator pomiędzy swoimi koleżankami. W środku byłoby już całkiem ciemno ale pod sufitem, mrok rozświetlała zawieszona latarnia. Okna były zasłonięte ozdobnymi zasłonami. A siedzenia były miękkie i obite przyjemnym w dotyku, granatowym zamszem. Egon ostatni raz był w takim drogim pojeździe, gdy po powrocie z Norsci, lady von Manlieb zaprosiła jego i Astrid do swojego powozu na krótką rozmowę. Skrzypienie drewna i ruchy za ścianka karocy wskazywał, że ochroniarze zajmowali tam swoje miejsca. A po chwili powóz ruszył przed siebie. Po twarzach Katji i Miry poznał, że też są ciekawe jak to było z tymi orkami i dzielną milady. – Prosta to rzecz – rzekł Egon, który po raz kolejny zabrał się do opowiedzenia całej sprawy. – Onuż, uważacie, płynęliśmy Jutrzenką zaokrętowani jako najemnicy do ochrony statku. W górę rzeki płynęliśmy i obaczyliśmy dwóch jeźdzców, co zostali otoczeni przez bestie. Zara tam wrzeszczałem do szypra, żeby nas puścił, chociaż nie chciał. Spuścili nam wreszcie łupine, tośmy zaraz wiosłowali, ja, Lars, Rune, Silny… Kto tam jeszcze był? Chyba i Astrid. Nieco rzecz potrwała, ale żeśmy wreszcie brzegu dorwali tośmy zara poczęli uderzać na drabów. Dopiero po czasie żeśmy zrozumieli, że to Froya van Hansen z jej towarzyszką, jakże jej tam było…? A, zapominam. Uderzaliśmy z okazji, żeby nie dać się związać walką zbytnio. Trudna rzecz była, bo cholerni orkowie to żaden żart, wprawni to wojownicy. Ja żem trzech suki synów usiekł, ale kompani gorzej mieli. Poczęliśmy się cofać, ale wreszcie obie przedarły się na naszą stronę i poczęły kosić drabów odpowiednio. Egon pokręcił głową. – Ciekaweż, skąd ta horda się wzięła, toć to przecież nie Stirland… Mmm. Ciekawa, skąd bastardy się tu namnożyły. - Eee. Te talatajstwo jest jak chwasty, zawsze się gdzieś ulegnie. - Theo machnął dłonią, na znak, że tym detalem to by się za bardzo nie przejmował. A cała trójka słuchała relacji gladiatora z ciekawością wymalowaną na twarzach. - Ale to w samą porę przybyliście aby pójść w odsiecz naszej dzielnej milady. Winszuje odwagi i sprawności przyjacielu. Chociaż po tym co widziałem na arenie to aż żałuję, że nie mogłem tego oglądać. Zapewne zacne to było widowisko. - Niziołek zaśmiał się rubasznie, doceniając rolę Egona w tamtej walce. - Tą towarzyszka lady Froyi, to była Fanriel Złocista, z Morskich Elfów. Jest ich trochę i nas w mieście. - Jutta uprzejmie dopowiedziała kim była druga z zaatakowanych kobiet. - Czyli to też szlachcianka. To takie zacne z waszej strony. Dziś ludzie są tacy podli dla siebie. Tak rzadko można już trafić na kogoś o wielkim sercu. - Mira obdarzyła ich spojrzeniem jakby się wzruszyła. Zwłaszcza postawą Egona. - Ja żałuję, że mnie to ominęło. Ale jak wyszłam na pokład to oni już w łodzi byli prawie i brzegu. Ale walka to było co oglądać. - Annika westchnęła nieco smutno, że nie mogła brać udziału w tamtym starciu. - To musiało wyglądać bardzo emocjonująco. Dwie szlachcianki, w tym jedna elfka. Obie otoczone przez te zielone kreatury. No i wy jak tam do nich dołączacie. - Katja też była pod wrażeniem tej przygody. Uchyliła nieco zasłonę aby wyjrzeć na zewnątrz. - Już niedaleko, niedługo będziemy. - Oświadczyła im z uśmiechem. Powozem jechało się zdecydowanie szybciej i wygodniej niż na piechotę. Egon, węsząc okazję do ubicia interesu, powiedział, niby od niechcenia: – Rzekłeś, że szlachcice przydają się i że łatwiej jest, jeśli luda naszego pokroju takowych mają – wojownik zaczął. Pewne zyski były, owszem, jednak poza toporem, który Egon zyskał od Froyi van Hansen w zasadzie nie widywał się z nią. Zdało się, że przez pewien czas egzystowali obok siebie, Egon sobie, Froya sobie, zapewne zajęta - cóż, czym tam szlachcice jej pochodzenia mogli być zajęci. – Masz jakieś interesa, na których by można skorzystać, mając kontakt? – zapytał. – Zda mi się, że milady Froya mogła nawet i karkiem przypłacić rzecz, jeśli by tylko te cholerne dzikusy by ją dobrze podprowadziły. Wszak kiedy żeśmy uderzyli, były dość szczelnie okrążone. Jeśli byś jakie interesa do milady miał, mógłbym rzecz przedłożyć, a co, jeśli by wypaliło? - Interesy? Ja i Froya van Hansen? - Niziołek przez chwilę wpatrywał się w brodacza naprzeciwko. Po czym roześmiał się szczerze. Aż się z rozmachem trzepnął w kolano. To podziałało zaraźliwie i na koleżanki. One jednak zaczęły się uśmiechać ale bardziej się hamowały. Impresario w końcu się uspokoił. - Oh, bardzo bym chciał przyjacielu, bardzo bym chciał. Ja i Froya van Hansen. Albo w ogóle van Hansenowie. - Pokiwał głową, jakby już widział oczami wyobraźni te wszystkie interesy jakie by mógł robić z jedną z najznamienitszych rodzin w Neus Emskrank. - Ale jakby milady zaszczyciła nas swoją obecnością to byłbym wielce poruszony. Oczywiście gdyby wolała zachować taką wizytę w tajemnicy to zapewniam wszelką dyskrecję. Ona chyba lubi walczące kobiety? To moglibyśmy dla niej zorganizować pojedynek dwóch kobiet, gdybyśmy wiedzieli wcześniej, że milady nas odwiedzi. Albo walkę z orkiem. Mamy jednego. Szkoda, że nie więcej. Byśmy może wtedy mogli urządzić taką walkę jak opowiadałeś. O. Wtedy nawet te dwie wojowniczki mogłyby walczyć z tymi orkami jak milady i lady Fanriel. Ale niestety na ten moment mamy tylko tego jednego orka. Nawet myślałem ostatnio o tym aby rozszerzyć ofertę o jakichś orków czy zwierzoludzi. Przyznasz, że to mogłoby być ciekawsze niż takie zwykle walki między ludźmi. - Barwnie opowiadał o możliwościach jakie już ma a jakie jeszcze mógłby mieć, gdyby miał do dyspozycji więcej egzotycznych przeciwników. - Swoją drogą tą Fanriel też kojarzę. Znaczy czasem widziałem ją tu czy tam. Jak na elficką szlachciankę to jest całkiem skoczna. Skacze to tu, czy tam, na polowania w las jeździ. Rozmawiałem o tym ze znajomym co jest uczonym. Podobno ta żałoba po naszej ukochanej księżnej-matce dotyczy głównie nas, ludzi. Elfy to taka szara strefa. Z jednej strony niby powinny się stosować do naszych zwyczajów, z drugiej strony nie są poddanymi ani imperatora ani elektora więc niekoniecznie można im tak coś kazać. Zwłaszcza jak ta żałoba to nie jest twarde prawo a raczej zwyczaj. Może dlatego nasza milady z nią jeździ do lasu. Zawsze może powiedzieć, że tylko elfiej koleżance towarzyszy. - Niziołek rozgadał się o tych prawnych zwyczajach i ciekawostkach. Gdy koleżanka znów wyjrzała za zasłonę, Egon też dojrzał, że wjechali już w chaty osady. Więc brama zajazdu musiała być już niedaleko. Jeśli chodziło o Fanriel Złocistą, Egon miał co najmniej mieszane uczucia. Ba - elfce nie ufał, bowiem spodziewał się, że nożoucha dziewka, jeśli tylko bliżej zakręciłaby się w Neues Emskrank, mogłaby wywęszyć, że coś jest nie tak z nim tudzież z pozostałymi z jego otoczenia. Tak samo, jak Egon nie ufał magii, nie mógł nijak przemóc w sobie zwykłej nieufności dla nieludzi. Wszak kwestia wciągnięcia Froyi van Hansen w objęcia Theo mogłaby przynieść spore korzyści. Jeśli tylko szlachcianka van Hansen w jakiś sposób zechciałaby uczestniczyć w walkach na arenie lub jeno tylko je oglądać, Egon spodziewał się, że można by ją z czasem w znaczący sposób urobić – Kiedy będziemy w jej zamku rzeknę słowo – zgodził się wojownik, widząc, że brama zajazdu zbliżała się rychło. Niedługi czas był, żeby wysiadać.