Przejdź do treści
  • Sezon 2.1

    Zablokowany Rozgrywka import
    48
    0 Głosy
    48 Posty
    297 Wyświetlenia
    AbishaiA
    Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom. Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią. - Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.- Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.- Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.- Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.- Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.-
  • [Mag: Wstąpienie] Connect away

    Przeniesiony Archiwum import
    32
    0 Głosy
    32 Posty
    123 Wyświetlenia
    JhnWJ
    Mervi zdawała się nawet nie słyszeć Alisson. Patrzyła pustym wzrokiem na bawiące się w parku dzieci, na przechadzające się pod rękę pary, na siedzących na kocach znajomych. Patrzyła na to wszystko jakby znajdowało się w innym wymiarze, którego dotknąć nie mogła ani nie umiała... jakby było obcym światem. Widać było okropny ból w jej oczach, ale widać było jednocześnie coś, czego wcześniej tam nie było. Co wręcz z wściekłością chciało krzywdzić. - Sprawię jej ból. - odezwała się do Patronki tym lodowatym, poważnym głosem - Nauczę cierpienia, nauczę strachu. Maszyna je pozna. - mówiła przez zęby patrząc ciągle na rozgrywające się ludzkie relacje przed nią. - Nie rób nic przed czym musiałbym cię powstrzymać - powiedziała cicho Alisson, po czym po krótkiej chwili dodała - ani nie mów mi o niczym po dowiedzeniu się czego musiałabym interweniować. Mervi spojrzała na swoje dłonie próbując dusić wściekłość. - Robert nie zasłużył na to. Nie zasłużył na to cierpienie. - milczała chwilę - Ja powinnam... je zakończyć. Patronka dziewczyny w milczeniu przytaknęła głową. Chyba czuła… podobnie, a nawet przed chwilą sama coś podobnego… oferowała. Dziewczyna wzięła głęboki oddech, ale to nie pomogło odsunąć ucisku w gardle. Zacis , , .nęła dłonie, chcąc w ten sposób rozluźnić spięcje w całym ciele, choć coś jej mówiło, że nie będzie w stane. Położyła dłoń na dłoni Alisson i kiwnęła na znak, że jest gotowa. Młoda technokratka działała w tym momencie jakby automatycznie. Jej myśli kręciły się bez celu, trafiając odpowiednio jakby bez jej woli. Myślenie w tym momencie wydawało się drogą do samobójstwa... o czym szczerze myślała. Nie było już dla niej nic w tym życiu. Nawet nie zarejestrowała kiedy przesłała kody podane przez Odysa, wykonując sekwencję potrzebną w nawiązaniu kontaktu z tymi, których powinna unikać. Pajęczyna była tego dnia chłodna, jak chłodne były kalkulacje umysłu Mervi. Gdzieś na skraju pola widzenia przemykały kolorowe piksele, lecz była to w tej chwili dla niej całkiem pozytywna manifestacja wsparcia. Jedności celów ze swoim geniuszem. Wirtualni z którymi dzieliła sektor gdzieś zniknęli, jakby nie była to ich liga. Poza jednym avatarem. Wielki, szary, pręgowany kocur - wielkości sporego jamnika - przechadzał się właśnie po poręczy marmurowego mostu. Mervi pamiętała tą poręcz. W Unii nadzorowała dziesięć projektów mostów i kładek pieszych, dla żadnego nie mogło wprowadzić modyfikacji. Po prostu odtwarzali to co powstało, dawnych mistrzów - ale jakby oddzielając ich z czegoś. Jej projekt również był oparty na czymś co powstało, ale tylko na znanych stylach, budując na ramionach gigantów coś nowego. To była jej mała zemsta. Kot usiadł na poręczy i przekręcił głowę wpatrując się w nią swymi rubinowymi oczami. Nie mogła zeskanować jego ikony. Nie tylko kot obserwował. Mervi obserwowała też kota, jakby nie mogła się zdecydować jak na niego reagować. Cała jej istota zdawała się parować nie po prostu zimnem statyki, a czystą entropią. Niewypowiedzianą potrzebą zniszczenia, które mogłoby zaoferować jej ulgę. Własną nicość. Nie była pocieszona z widoku kota. Nie cieszyły jej takie dziecinne ikony. - Wiem, że był program. - odezwała się po dłuższej chwili nieruchomych obserwacji - Antropomorficzna zabawka uczyła kilkuletnie dzieci liczyć. - głuchy głos Mervi rozbrzmiał wokół - Nadawałbyś się do takich rzeczy. - Nie - kot otworzył usta, symulacja przekazała Mervi dźwięk, lecz pozostałe zmysły przebudzonej dostrzegły co innego, coś, przez co się zachwiała. Istna powódź bajtów, gigabajty danych nadpisujące okolice, pluginy wdzierające się backdorami do jej własnej ikony, hacki na otoczenie. Z przeciążenia sensorycznego otrząsnęła się po dobrych kilku chwilach. Wtedy też dotarło do niej co kot powiedział, nie było to samo “nie”. Mówił “nie jest bezpiecznie”. I spojrzała na kota który był zupełnie inną ligą niż ona. Nie wiedziała czy jej się to podobało. Nie powinna czuć się dobrze przebywając obok silniejszego od siebie zdrajcy, ale... ... zupełnie jej to nie obchodziło. Przeszukiwała swoje emocje, aby zobaczyć w nich... pustkę. Jakakolwiek troska o siebie znikła. Była pozbawiona emocji, jakby wszystkimi łzami wylała z siebie też uczucia, a szczególnie te dotyczące własnego przetrwania i dobrej kondycji psychicznej. - Odys mi podał te namiary. - odezwała się, gdy uporządkowała myśli po wywołanej sensorycznej powodzi. - Kłopoty - kot powiedział sucho - więc mała technokratka chce uciec z tego grajdołka? Czym nam zapłacisz? Mervi zmarszczyła brwi okazując emocję: irytację. - Namiary od Odysa wystarczą. - mruknęła twardo. - Nie zaszkodziło spróbować - kot wyprężył grzbiet przeciągając się - Hej, chybaś nie masz o to pretensji? - Kogo ty się spodziewałeś? Musiałeś wiedzieć, że kody od niego dostałam. - mruknęła ignorując pytanie, jakby dorosły był znużony pytaniami dzieciaka. - Naiwnego, zdesperowanego tostera - kot stwierdził brutalnie - ale widać dalej myślisz trzeźwo. To dobrze. Co chcesz osiągnąć poza wyjściem? Jak bardzo jesteś śledzona? Gówno uderzy w wiatrak przez samo twoje odejście czy jesteś tylko trybem? - Mają moją krew, mają wszystkie dane. - zaczęła zimnym, pozbawionym emocji głosem - Nie mają już nic na czym by mi zależało. - na chwilę pojawiło się niewielkie drżenie głosu - Muszę... - na chwilę załamały się słowa - ...coś zakończyć. - zacisnęła szczękę - Oni zniszczyli wszystko, co było mi ważne. Teraz nie ma nic, co by powstrzymywało mnie przed zabraniem im danych. Technokratka drżała z wewnętrznego stresu psychicznego. - Chcę maszynie pokazać ból i strach. Przekompilować na język, który zrozumie. - Zrozumiałem. Dostarczę ci programy niszczące infrastrukturę, skopiuj wszystko co chcesz i wgraj z tymi samymi otwartymi portami oprogramowanie. Mówisz, że jesteś na krótkiej smyczy? Mam pomysł jak to całkowicie zerwać, nawet jak będa mieli kopie, zmodyfikujemy cię. Wejdziesz do pajęczyny fizycznie. Kot zamilkł. Przekręcił głowę, wyglądał na zaskoczonego. - Dante daje gwarancję. Mervi powoli pokiwała na to głową. Szczerze nie interesowało ją co kod Odysa załatwił czy jak to wszystko owinęło się wokół Dantego. Wiedziała, że wciąż jej psychika była w strzępach, a zachowanie relatywnego spokoju wymagało od niej wiele wysiłku... który był w tym momencie nakręcany czystą złością i nienawiścią. W tym momencie chciała nawet by świat spłonął odczuwając każdą sekundę cierpienia, jakie i ona odczuwała. Nie wiedziała czy naprawdę jej zależy na życiu. Miała mętlik w głowie, a do tego sprzeczne myśli. Wiedziała tylko jedno. Chciała krzywdy Maszyny. - Nigdy tu nie byłam fizycznie. - stwierdziła wpatrując się w jeden punkt. - Dante daje gwarancję - kot powtórzył jakby nie do końca zapewniając Mervi, a raczej samego siebie - najlepiej jakbyś miała sprzęt digitalizujcy, ale z typowym VR też da radę. - Co mam zrobić? - zapytała nie wiedząc jak wchodzić fizycznie do Internetu... Nikt jej tego w Unii nie tłumaczył - Miałam za niską rangę by przekazano mi to... i takiego Geniusza. - mruknęła z jakimś zawodem w głosie. - Wysyłam ci już programy. Jak bardzo ci się pali? Akcja jutro? Pojutrze? Za tydzień? Kot zobaczył jak drżenie przeszło przez wizerunek technokratki, która wzięła głęboki oddech nim odpowiedziała. - Dziś. Kot znieruchomiał. Chyba jego maskownice mowy ciała nie działały do końca prawidłowo gdy komunikował się z kimś dalej. Trwało to kilka chwil. - Potrzebujemy godziny. Wysyłamy koordynaty połączenia. Jak będziesz gotowa, połącz się pod tamten sektor. Postaraj się za dużo przed wszystkim nie jeść, możesz wziąć lek na uspokojenie. Kot zawahał się. - To gotowe. Mogę mieć prywatne pytanie? Mervi spojrzała zmęczonym wzrokiem na kota. - Pytaj. - odparła cicho. - Co wisi ci ten stary pierdolnik Ulisses, że aż zagrzał najelitarniejszego? - Życie swojej przyjaciółki. - odparła. - Tej szajbuski? Technokratka pokiwała niemo. - Wszyscy jesteście popierdoleni - kot stwierdził sucho i zeskoczył z poręczy wylogowując się. Bajty danych powoli przegrywały się do ustawionej chmury. Mervi patrzyła na wzrastające procenty wykonania, które coraz bardziej przybliżały ją do zakończenia sprawy w jej życiu. nie rozważała jednak ich za bardzo. Była zbyt pochłonięta widokiem pistoletu jaki spoczywał w jej dłoni leżącej bez ruchu na kolanach. Usilnie próbowała panować nad potokiem myśli, jakie starały się szturmować jej umysł. Choć udało jej się wyciszyć wewnętrzny krzyk to jednak ciągle z tyłu głowy słyszała tylko jedno na tle dźwięku wystrzału. Winna. Winna. Czuła metaliczny zapach rozlanej krwi, jaka zdawała się przykleić tym zapachem do języka. Ból ściśniętego gardła towarzyszył jej cały czas, a nieruchome oczy z trudem powstrzymywały gromadzące się łzy. 97% Spojrzała w dół na trzymany w drżących dłoniach pistolet umazany krwią, która została przeniesiona przez jej dłonie. Pamiętała jak po oddaniu strzału tuliła silnie martwe ciało Roberta, którego krew plamiła ciało i ubranie technokratki. W tamtym jednym momencie chciała pozostać w tym miejscu wtulając się w Roberta i oczekiwać na przybycie śmierci. 98% Uniosła dłoń do twarzy i przesunęła po policzku rozsmarowując po nim krew Roberta. Zacisnęła mocno zęby walcząc z chęcią odwrócenia się ku niemu i powróceniu do przytulenia się w jego ciało. Ona go tak kochała... to wszystko zaczynało się układać... 99% Ponownie spojrzała na broń, jakiej widok zaczynał wypalać się w jej umyśle. Uniosła dłoń z bronią i oparła łokieć o biurko kierując lufę w stronę własnej głowy. Poczuła nagłą chęć pociągnięcia spustu, co dałoby jej spokój potrzebny jak powietrze. Dusiła się w tej kakofonii. Piksele obrazu rozmywały się od łez. 100% [image: 5.jpg] Prawie bezwiednie ponownie spojrzała do tyłu na Roberta i w bólu wydała z siebie płaczliwy jęk straty, z jaką nie mogła już sobie poradzić. Wysłane już zostało powiadomienie Wirtualnym, że zaraz się pojawi, ale... nie wiedziała już czy tego chce. Mijał czas, a ona wciąż czuła ciężar pistoletu w dłoni, a na monitorze mrugało powiadomienie o zakończeniu pobierania i pytanie o kontynuację procesu połączenia z Pajęczyną... A ona wciąż nie wiedziała. Gdy dotykała lufą do skroni uspokajając oddech przed naciśnięciem spustu ekran monitora nagle zwariował zastępując obraz ruchomymi liniami i artefaktami. Z głośników wydobył się przerażony wysoki dźwięk przeradzający się w niski ton. [image: e7c36c46fc59fc5eeea714e1f8d612ec.gif] Jeszcze chwilę Mervi patrzyła na szalony taniec pikseli nim opuściła broń i znowu spojrzała do tyłu na Roberta. - Pokażę Maszynie ból. Zrozumie strach. - zamknęła oczy - Dla ciebie, bo cię kocham. Odwróciła się na krześle i zakładając gogle VR nacisnęła polecenie kontynuacji. Alan zbladł wysłuchując raportu głównego analityka NWO w konstrukcie. Siedzący między nimi członek Iteracji X którego twarz już od wielu lat nie pamiętała grymasów emocji, krzywił nerwowo kącik ust. Alan westchnął ciężko. - Jak? - Skrajna bifurkacja modelu stochastycznego – analityk zaczął powoli, jakby ważąc każde słowo – moce obliczeniowe naszego konstruktu nie mogły zapewnić wystarczającej dokładności. Symulacje dla tego oddziału i tak prowadziliśmy z poczwórną standardową unormowaną precyzją CTO. Nie było śladu w modelach skokowej zmiany odpowiedzi. To maksimum jakie wyciąga nasz Konstrukt. - To skąd masz nowe symulacje? - Alan uciekł wzrokiem gdzieś w ścianę. - Twoje ostatnie raporty z terapii skorygowały standardowy błąd ewaluacji psychologicznej, zauważyłem niepoprawne dane. Wysłałem to tydzień temu do innego Konstruktu dysponującego większymi zasobami. Iterator zabrał głos nagle, tonem beznamiętnym. - Zniszczymy wszystkie raporty. Ja przygarnąłem Roberta, Alan dał ciała podczas indywidualnej oceny, człon analizy się nie popisał. - Nie możemy, Unia… Analityk zaczął pewnie tylko po to, aby przebudzony cyborg przerwał mu obcesowo. - Nie rozumiesz. Za nasze błędy oddadzą nas progenitorom jako materiał biologiczny najniższej klasy ostrożności. To jest błąd, i mnie chodzi o to, że dziewczyna ucieka i ukradła dane, niszcząc naszą infrastrukturę. To mogłoby doprowadzić do terminacji kogoś z nas, ale byłyby szanse. Nawet nie to, że błędne szacunki tak naprawdę doprowadziły do tego. Gradienty zagrożenia wskazywały tylko lokalne maksimum Roberta, lecz jego usunięcie spowodowało jej decyzje. Problemem jest to co zrobi potem. Tutaj – cyborg wskazał palcem końcowe zestawy danych oraz kompletnie zaburzony wykres. - Tutaj są same szumy i błędy numeryczne – analityk powiedział cierpko. - Nie – Alan ukrył twarz w dłoniach – jeśli jej nie zlikwidujemy w przeciągu anormalnie krótkiego czasu dewianci zyskają mistrza czasu. Co najmniej… Mimo porządnej konstrukcje tej dawno puszczonej (przynajmniej oficjalnie) stacji polarnej Mervi czuła nieprzyjemny chłód który zagłuszała ciepła herbata podana jej przez opiekuna tego miejsca. Przysadzisty egzarcha Nieniebiański Chóru był wieloletnim opiekunem tego miejsca oraz bardzo ciepłą i serdeczną osobą. Rozmawiali w trójkę. Ona, skrzywdzona Wirtualna Adeptka, ojciec Wiktor, opiekun przybytku, oraz przebudzony z którym tu przybyła… - Odys… - duchowny westchnął naprawdę zrezygnowany - ...on jest nie tylko w ciszy. On jest złamany, kompletnie złamaną duszą. Wyhodował niedźwiedzie polarne które są jak psy. Czasem! Magyą czasu przyśpieszył ewolucję i oswojenie. Jakby tylko marzył aby nagły wybuch paradoksu go zmiótł z tego padołu łez. Dopuszczając was do niego, biorę odpowiedzialność. - Wiem – Ulisses wyprężył się na krześle i upił łyka herbaty zerkając dyskretnie na minę Mervi – ale musimy to zrobić. Sądzę, że ta dwójka pomoże sobie nawzajem. - Już o tym wspominałeś. To jest za mało… - Wiktor, przyjacielu – Odys uśmiechnął się – nie wspomniałem ci o jeszcze jednym. On ma dług wobec Mervi. Będzie ją uczył. Ona stanie się jedną z bardziej wartościowych broni Tradycji w tej przeklętej broni. - To wirtualna… - Wiktor zmieszał się - ...przepraszam Mervi, nie chciałem aby to tak zabrzmiało. Może sam jestem do was uprzedzony, nie będę ukrywał… Ale najbardziej niepokoi mnie twój wiek. Będziesz mistrzem? Może nawet dalej? Podołasz, wiesz z jakiej gliny cię ulepiono? Nie zejdziesz ze ścieżki? Milczeli dobrą chwilę nim Ulisses przerwał to delikatnym głosem. - Tylko on ma klucze. Ja jej ufam. - Nie ma mowy – cyfrowy, humanoidalny kot prychnął w kierunku rtęciowego człowieka – w co ty mnie mixujesz Dante. Za żadne skarby na świecie. Jeszcze tych hermetyków wziąłeś na dokładkę. Kto to był, ten Tytalus? - Potrzeba nam wsparcia politycznego. Augustin Jean Feugarde, to zaufany człowiek. Mistrz u siebie, naprawdę porządny człowiek. Ma się nią zajmować z odległości. - Wiesz jak to brzmi? Najpierw pół Kryształowego Pałacu dostało sraczki, że wielki Dante prosi o przysługę, potem wyszło, że Mock N’ Death mieli długu u tego pojeba Ulissesa i to pośrednio na jego zawołanie ta cała akcja. A teraz jeszcze mieszasz mistrza wkijowdupców. To są dla mnie za wysokie progi. Muszę wiedzieć o co chodzi. - Przecież i tak bym ci powiedział – rtęciowy człowiek przysiadł na bloku danych – dziewczyna uciekała z Unii. Nasi zorganizowali przerzut przez pełna digitalizację, wulgarne straszne. Miała ze sobą dane, upload na chmury lustrzani zablokowały. Dowiedzieliśmy się o tym już w Pajęczynie. W walce przepaliło wiele sektorów, kilka sam upaliłem aby zatrzeć ślady. Dziewczyna ma dane unii. Petabajty danych, królestwo… Zaszyfrowała je swoim avatarem gdy było gorąco. Zrobiła to chyba mniej lub bardziej celowo. Teraz leży w śpiące, ale wyjdzie z tego. - Biorę ją. - Szybko się zgodziłeś, Joel. - Wiem – kot mruknął – ty chyba wiesz też czemu. - Bo dane są ważne. - Tam dane – machnął kocią łapą – skoro wykręciła taki numer z waszą ucieczką, Ulisses miał u niej dług, a teraz wszyscy wokół niej skaczą, to z tymi danymi też zrobi nas wszystkich na szaro. Ona ma cholerny talent, może nawet większy niż ty. I nie jestem najlepszym nauczycielem. Ale jestem lepszy od was aby nie stała się potworem. Też mam swoje źródła, mój mentor był w Unii. Wiem co tam się wydarzyło. Ona potrzebuje ciepła. - I ty niby jej dasz to? - Tak – kot pociągnął wąsami – bo w waszej lidze… Sam wiesz jak to jest. Wiedzieli. Była już z Jonathanem pół roku w lodowej pustelni pełni książek, kiszonek oraz z przesympatycznymi domowymi niedźwiedziami polarnymi – trójką niedźwiedzi zachowujących się jak kochające psy, które co róż przynosiły im mięso foki – ich główny składnik diety. Przez ten czas nie odzywali się do siebie. To znaczy Mervi czasem coś mówiła, ale hermetykowi paradoks odebrał Słowo. Mimo to, z trudem, przekazywał jej wiedzę. Zrobił to chętnie, bez namawiania. Gdy pierwszy raz ją zobaczył, był przekonany, że adeptka chce go zabić – i nie bronił się. Dzisiaj siedzieli popijając faktyczne piwo z nietoperza. Mervi chyba upiła za dużo. Za dużo rozgadała się. I do do Jonathana, co do którego płonęła w nie nienawiść. I trochę współczucie. - ...więc tak odszyfrowałam te dane. Uderzam w unię, pomaga mi w tym moja fundacja. Myślą, że jestem genialną hackerką, a ja po prostu wyciągam zachowane dane, czasem muszę coś aktualizować. Patrick jest nieocenioną pomocą, ale też inni dają radę. Chyba znalazłam swoje miejsce na ziemi. Prawie – zacisnęła pięść – mogę się z tym wszystkim pogodzić. Prawie. Jonathan podniósł dłoń. Jeden palec. Mervi chyba rozumiała. Jeden przypadek. Jeden raz, nie więcej. Pogodzić się ze sobą. Chociaż zdawali sobie sprawę, że razem pokonają pewne ograniczenia. - Dobrze. Kaleki hermetyk odjechał wózkiem aby nalać kolejny kufer piwa. Czas mierzy się mocą. Klucz do uniwersum w jej dłoniach. Spodziewała się odwiedziny kogoś pokroju takich osób Sh'zar. Nic nie nastąpiło. Nie wiedziała czy to temu, że udało się jej perfekcyjnie czy temu, że nic jej nie wyszło. Ale zrobiła to. Przez moment była zegarem zegarów, czasem dla czasu. Odrobinę młodszy od Mervi chłopak wyglądał na zakłopotanego. - Robert? - A co? - zapytał podejrzliwie, lecz ona już widziała. Właśnie entropijne algorytmy wżerały się w systemy unii. Nie trzeba było do tego wiele, wszystkie oscylatory kwantowe mieli zepsute, żadna ramka danych nie potrafiła być poprawnie zsynchronizowana gdy lokalny czas wszystkich układów był przesunięty wobec siebie. „Coraz bardziej staję się one trick pony jak J.” - pomyślała. Uśmiechnęła się do Roberta i skradła mu pocałunek. - Poszukaj mnie – powiedziała ogłuszając go uderzeniem z irlandzkiej szkoły. Dziś Unia nie dotrze do nowego przebudzonego. Nowy członek fundacji Nowego Domu (przyrzeczonego z odrodnego Białego Domu) siedział w sali wspólnej jeszcze nie do końca nawykły do nowego otoczenia. Student Wirtualnych Adeptów, utalentowany, ale jednak sierota – któremu brakowało chociażby materiałów z teorii sfer – był trochę podenerwowany. - Nie spinaj się – Sameul powiedział z typową dla siebie energiczną manierą – nawet nie wiesz jak trudno było odzyskać tą dziedzinę. Najpierw biegaliśmy za niedobitkami fundacji, a potem razem stwierdziliśmy, że będziemy szachować radę. Przez moment myślałem, że będą nas szturmować. - To nie brzmi jak coś co miałoby mnie uspokoić. Pierwszy raz jestem w dziedzinie umbralnej. - Po prostu twoja mentorka, jak wy to mówicie, jest elitarna w kosmos. Zaraz pewnie wrócą z Patrickiem, takie tam sprawy mistrzów tradycji… Dalej Robert już nie słuchał. Gdy zza rpgu białego, architektonicznego cuda wyłoniła się twarz Mervi, a ich wzrok spotkał się… ...ich dusze się już rozumiały.
  • Sezon 1

    Zablokowany Rozgrywka import
    76
    0 Głosy
    76 Posty
    258 Wyświetlenia
    ZellZ
    [image: lUIJIjQ.png] Wieści uderzyły Ann jakby obuchem w głowę. Czuła zagrożenie czające się przy Cyrilu, a w pewnym momencie wręcz zaczęła panikować. Chciała rzucić wszystko i wrócić w jednej chwili do Nowego Jorku, uratować Cyrila.William musiał powstrzymać dziewczynę oszalałą z wypaczonej miłości. Tłumaczył jej jaka to byłaby bezsensowna podróż, że mogłaby tylko doprowadzić jego wrogów do niego samego. Ann uspokoiła się tylko temu, że to okropne uczucie odeszło... ale wciąż wiedziała, że Tremere istnieje, jednak szczegóły ja ominęły. ...póki nie zjawił się wysłannik Księcia. Dziewczyna patrzyła otępiała na dokument z wyrokiem na siebie (żadne ładniejsze nazywanie nie zmieniało faktu czym to tak naprawdę było). Nieruchomo słuchała opowieści posłańca czując irytację, a w końcu złość, gdy przekazał jej fiolkę i list od Cyrila. Zależy mu na ich więzi... Oczywiście, że zależy mu na utrzymaniu swojej własności na łańcuchu. Wiedział, że ona wypije jego krew, ona też o tym wiedziała. Gdy ściskała w dłoni fiolkę to czuła podekscytowanie i wiedziała, że nic na to nie poradzi. Nie umiała się uwolnić i nie chciała... choć chciała niedawno... Siedziała na posłaniu wpatrzona w fiolkę leżącą na zwiniętym wyroku. Wiedziała, że niczym nie zawiniła, że nie zasłużyła na karę. Nie przyłożyła palca do całej sprawy, a oni jej odcinali całą rękę. Czuła wściekłość na Cyrila, na Księcia, na Primogenów, który głosowali przeciw Tremere... bo jednocześnie głosowali przeciw niewinnej Ann. Czterdzieści lat? Tyle istniała, włącznie ze śmiertelnym czasem! Dla nich to mogło być nic, ale dla niej to był wyrok śmierci społecznej. Już cierpiała z powodu braku klanu, ale teraz pozostawała uwiązana wolą Cyrila w Stillwater, bez szans na stworzenie znajomości, partycypowania w świecie Spokrewnionych. Za te lata będzie tym samym nic nieznaczącym kundlem, za którym będzie ciągnął się niesprawiedliwy wyrok wskazujący, że jest tylko niewolnikiem krwi. I nawet nie została określona w wyroku imieniem i nazwiskiem, a tylko imieniem... jak nic nie warty niewolny kundel. Szlag by tego Ventrue! Nie wypiła jeszcze Vitae, nie w tej sekundzie. Najpierw zadzwoniła do Eleny: podziękować. Wiedziała, że gdyby nie Toreadorka to Cyril nie przetrwałby następnej nocy. Dziękowała jej po stokroć, choć nic nie mogła jej sprezentować, bo i nic nie posiadała. Obiecała, że u niej się pojawi, gdy... dojdzie już do siebie. Nie chciała narażać Eleny na swoje wahania nastroju, jakie teraz by miała. Musiała ustabilizować się wpierw. Jeszcze tej nocy zawitała w Róży, prosząc o żywy posiłek... posiłek po ostrym doprawieniu. Meta, amfa, może hera. Miracella zobaczyła, że Ann jest w ostrej rozterce i choć nie znała szczegółów to tym razem nie naciskała na bezklanową i jedynie zapisała duży rachunek na konto Williama. Wiedziała, że naćpana Ann będzie jeszcze tu nocować, więc dorzuciła opłatę za pokój do rachunku. Następnego dnia wyjaśniło się wszystko. Ann nie zależało, kto by się nabijał z jej nieszczęścia, jak i nie zależało, że nawet Lukrecja tego nie robiła. Wiedziała, że Caitiffka chce wrócić do Nowego Jorku, jak i ona. Czuła nienawiść, jaką dziewczyna roztaczała. Wybrała milczenie. [image: K83nHlA.png] Dwa dni później Ann zniknęła. Wystarczyło by wypiła krew Cyrila, aby udała się do miasta... i nie wracała. Zaniepokojony William trzeciej nocy pojawił się w Nowym Jorku, by ją odnaleźć i odwieźć do miasteczka. Jak przypuszczał znajdowała się obok siedziby Tremere. Z tego co zrozumiał siedziała przed nią nieruchomo, czasem otoczona cieniami, nie polująca. Siedziała i patrzyła w mury. Gdy próbował ją zabrać, ta stawiała się mu, nie chciała by ją zabrał. Krzyczała jak nienawidzi Księcia, jak nie rozumie czemu została ukarana. Że William nic nie rozumie i ją krzywdzi. W końcu Toreadorowi udało się ją zabrać i musiał cierpieć jej uporczywe milczenie pełne bólu. Relacje z Nadią ostygły. Ann nie miała ochoty spotykać się z nią i choć zyskała swój własny dom, to nie uśmiechało jej się iść do biblioteki. Widziała w Nadii Palafoxa, wobec którego pałała nienawiścią za próbę skazania Cyrila na śmierć. Odseparowała się od wszystkich, woląc samotnie przebywać w mieszkaniu.z dala od innych, jedynie dwa razy w miesiącu jadąc do miasta albo do Eleny, ale w większości by siedzieć naprzeciw siedziby Tremere... ...i gadając do siebie...? END OF CHAPTER ONE [image: lUIJIjQ.png]
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    Rozgrywka import
    194
    0 Głosy
    194 Posty
    804 Wyświetlenia
    MirasM
    Tobias spoglądał na szykujących się kompanów kończąc cerować dziury w spodniach. Spojrzał z politowaniem na stan swoich butów ale wiedział że jeszcze mu jakiś czas posłużą. Kołczan miał uzupełniony a krótszy z łuków zabezpieczony i gotowy. Jeszcze kiedy mężczyźni głośno rozprawiali o krągłościach markietanek Tobias ostrzył długi nóż myśliwski. To było dobre odwrócenie uwagi od otaczającej ich śmierci. Śmierć dosięgła ich kolegów przyjaciół a nawet braci, i dobrze im robiło chwilowe chociaż zapomnienie o tym. Morale nie podupadło co dobrze rokowało na dalszą część wyprawy. Choć to mogło się zmienić jeśli prawdą okaże się pogłoski o regimencie Siege Stern. Strach może być silną bronią przeciwko siłom Imperialnym. Podstępną, roznoszącą się po cichu po sercach obrońców. Należało go zdusić i to jak najszybciej, ale trzeba było najpierw przedostać się tam. Unikając oddziałów wroga, i szpiegów buntowników.
  • Kultyści - Lato 2519

    Rozgrywka import
    319
    1 Głosy
    319 Posty
    2k Wyświetlenia
    ZellZ
    Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa Żeby być szczerym Heinrich nie przepadał za miłym nurglitom miejscom, ani za tą całą akcją z obślizgłymi robalami, ale jednocześnie rozumiał, że jest ona konieczna i do realizacji celów jemu koniecznych, tak więc chcąc nie chcąc przyszedł do tej wylęgarni. Interesowało go po prawdzie jedynie poznać ich opinię na temat misy, jaka w końcu przedstawiała ich pieszczoszki. - Widzę, że rozrosła się hodowla. - odezwał się swoim chrapliwym głosem - Z ciekawości: czym je karmicie? - Czerwie to zwykle nie jedzą. Szukają miejsca a potem zaczynają wytwarzać kokon. Dorosłe muchy pijął wodę z miodem. Miód je wabi. Ale po trochu są magiczne więc nie odczuwają tak głodu i pragnienia tak jak żywe stworzenia. - Jędza ostatni raz spojrzała na ogromne czerwie w pudle i wskazała gestem na sąsiednie skrzynie i kosze w jakich były te wyraźnie mniejsze. Reprezentowały różne stadia, od samych robali, przez nieruchome kokony aż po coś pośredniego. Podeszła do klatek w jakich zwykle trzymano małe zwierzęta jak króliki, kury czy kaczki. W nich brzęczały albo czyściły skrzydełka muchy. Jedne wielkości mewy albo kota inne małego psa. Wewnątrz widać było miski z wodą i rozcieńczonym miodem. Raisa z dumą prezentowała to wszystko niczym gospodarz swoją hodowlę. Chętnie pozwalała oglądać gościowi to wszystko. Dorna trzymała się nieco z tyłu, nie ingerując bezpośrednio w rozmowę. - Ostatnie sny dużo o waszych pupilkach mi sugerują. - Heinrich wyciągnął na ręku zamówioną miskę - Zamówiłem to u garncarki, po jakiej chodzą czerwie z gliny. Pomyślałem, że może wam przypadnie do gustu i będzie przydatne. Nawet Fabienne możliwie też sobie takie zamówi. - O. Ładna. - Raisa zaczęła oglądać podaną jej misę. Wzięła ją w swoje sękate, spracowane dłonie jakie wydawały się tak szare, że wiecznie brudne. Przesunęła palcami po falistych żłobieniach jakie przypominały wijące się czerwie. Pogładziła dłonią za rączki uformowane jako dwa, tłuste robaki. - To jest ładne. Można te nasze dzieci poczuć pod własną dłonią. - Podniosła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem do byłego łowcy czarownic. - I to mówisz, jakaś garncarka dla ciebie zrobiła? - Wydawała się zaciekawiona pochodzeniem naczynia. W końcu odstawiła je na stół ale jeszcze się przyglądała. - Hmm… - Nagle zmrużyła oczy i jeszcze raz zaczęła dotykać różnych fragmentów naczynia. Na twarzy wyszedł jej wyraz skupienia. - Ciekawe. Nieco zaburza Eter. Ale słabo. Jakby stało obok magicznego przedmiotu albo ktoś blisko jakiś czar rzucił. - Przyznała z zafascynowaniem. I jeszcze raz puściła przedmiot gdy widocznie uznała, że już nic więcej się o nim nie dowie. Teraz podeszła do niego Dorna i zaczęła go z ciekawością oglądać. - Można by w nim przenosić czerwie. - Zaproponowała podnosząc głowę na rozmawiającą dwójkę. - Tak, można by. Może i lady Fabienne też by zamówiła. Ona jest taka plugawa. Mimo swojego ślicznego wyglądu. No i urodziła nam najdorodniejsze czerwie jakie dotąd mamy! Zasługuje aby ją jakoś nagrodzić. I zasiać ponownie. Niech rodzi. Potrzebujemy jak najwięcej much a czas ucieka. Im więcej będziemy ich mieć w godzinie gniewu tym silniejszy będzie nas atak. - Wiedźma pokiwała swoją szarą, rozczochraną głową i w bretońskiej szlachciance widziała głównie cenną nosicielkę czerwi z jakich miały się wykluć muchy. - A ta garncarka jak ma takie zwinne ręce to też przydatna. Można u niej więcej takich mis zamówić. Dla nas, dla Fabienne, dla naszych potrzeb. I ciekawie, że akurat te czerwie tak jej dobrze wychodzą. Bardzo podobne do naszych. Sam zobacz. - Po chwilowej zmianie tematu, wróciła do rozmowy o młodej rzemieśniczce. Wróciła do skrzyń i schyliła się aby wyjąć jednego z czerwi. Wróciła z nim do misy i przyłożyła do rączki. Ten gliniany robak i ten żywy, wyglądały bardzo podobnie. Tylko ten z rączki był brązowy i się nie ruszał. - Może przypadek. A może ona też jakoś czuje zew którejś z Sióstr. - Starucha pokiwała głową na znak, że warto to rozważyć. - Zauważyłem jakieś zaburzenia eteru. - przyznał po chwili - W tej pracowni, ale... Nie byłem w stanie ani dokładniej zlokalizować, ani czegoś więcej z nich się dowiedzieć. - No tak. Nie wiem zbyt dokładnie, zaburzenia są dość słabe. Albo słabe było u źródła albo minęło wiele czasu. Ale są. Ta dziewczyna albo umie używać mocy albo ma jakiś obdarzony mocą przedmiot. Może i dlatego jest podatna na zew Sióstr. Takie ładne robaki robi to pewnie nie jest przypadek. - Starucha pokiwała swoją rozczochraną głową, na znak, że dostrzega w tym pewną ciekawą zbieżność. Heinrich, Petra i Fabienne - Och, oczywiście że wszystko dobrze, bardzo miło was widzieć! - Heinrich wyglądał naprawdę na zadowolonego z wizyty - Zapraszam, zapraszam! - powiedział przesuwając się z wejścia i pozwalając kobietom pierwszym wkroczyć w progi - To naprawdę świetna okazja, że do mnie już teraz zawitałyście, szlachetne panie! Obie szlachcianki z pogodnymi uśmiechami na swoich uroczych twarzach, weszły do mieszkania. Bretonka zachowywała się jakby była tu pierwszy raz a nie zaledwie kilka dzwonów temu z samego rana. Petra starała się nie rozglądać zbyt nachalnie ale i tak nie mogła powstrzymać naturalnego odruchu, aby się nie rozejrzeć przelotnie tu czy tam. Postawiła koszyk z łakociami na stole i posłała gospodarzowi uprzejmy uśmiech. - Oh to drobiazg. Rozmawiałyśmy z koleżankami i Fabienne wpadła na pomysł, że tą akcję wsparcia dla zasłużonych weteranów, można by zacząć od ciebie Heinrichu. - Petra wskazała na koleżankę, dbając jednocześnie aby przynajmniej oficjalnie nie wyszła jej inicjatywa z tą wizytą. Bladolica koleżanka bez mrugnięcia okiem pociągnęła dalej tą kulturalną wersję jaka pomagała młodszej zachować odpowiedni poziom reputacji. - Myślę, że Henri zasługuję aby go odpowiednio wesprzeć i potraktować. Któż inny jak nie taki dzielny oficer co tyle lat mężnie służył Imperium. Mam nadzieję, że teraz się nie rozgniewa i nas nie ukarze za zakłócanie mu spokoju nad morzem. Jeśli tak Heinri, to proszę, nie miej za złe Petrze ja z pokorą zniosę każdą reprymende. - Lady Fabienne nie traciła swojego bretońskiego akcentu jaki wśród szlachetnie urodzonych, często uchodził za pożądany, piękny i poetycki. A u niej był po prostu naturalny. Jej spojrzenie przybrało nieco ironicznej barwy gdy mówiła o tym gniewie i karaniu. Zwłaszcza jak się było świadkiem jej preferencji. Teraz jednak płynnie wchodziła w rolę przyzwoitki i starszej koleżanki wobec von Schneider. Blondynka tego podtekstu chyba nie wyłapała, bo spojrzała jeszcze na gospodarza jakby sprawdzała czy jednak nie są mu natrętne. Heinrich pokuśtykał do szafki ze szklankami by ustawić je przy miejscach zajętych przez kobiety. - Ależ oczywiście, że nie sprawiacie mi nieprzyjemności. Oby tylko moja osoba jej wam nie czyniła. - powiedział wyjmując kompot śliwkowy jaki ustawił na stole. Obie kobiety, skromnie usiadły przy stole i przyjęły podarunek od gospodarza. - Wyborny ten kompot Heinri. W sam raz na spieczone gardło. - Bretonka podziękowała za poczęstunek, jakby było nim wino z przednich piwnic jej ojczyzny. Blondynka poszła w jej ślady. - To prawda Heinrichu, w sam raz, a mi tak gardło spierzchło od tego rozmawiania. Fabi mówiła, że ona sama ma bardzo delikatne podniebienie ale ty potrafisz to docenić. Ja to aż jej zazdroszczę, też bym chciała mieć tak wyrafiowany gust jak ona. - Petra mówiła szybko i z wyraźną ekscytacją. Wskazała na swoją przyzwoitkę używając podobnych słów o jakich gospodarz rozmawiał z czarnowłosą dziś rano. Ta uśmiechnęła się wyrozumiale jakby słowa koleżanki sprawiły jej przyjemność. - Ja bardzo chętnie bym wam towarzyszyła. Ale niedługo będę musiała wrócić do powozu. Mówiłam ci Petro, mam parę listów do napisania. A cały dzień taki zajęty, że nie miałam kiedy do nich usiąść. - Szlachcianka zgrabnie przygotowała grunt do tego, że niedługo opuści pozostałą dwójkę. Heinrich pokiwał głową na zgodę. - Mam nadzieję Petro, że nie będzie dla ciebie nieprzyjemnością towarzyszyć kulawemu. - Alez skąd Heinrichu, to będzie dla mnie przyjemność móc zostać i posłuchać o wyczynach takiego bohatera Imperium. - Petra uśmiechnęła się promiennie do gospodarza. Fabienne także. Jednak Bretonka wstała i zwróciła się do nich obojga. - To ja niestety będę musiała was zostawić bo muszę napisać te listy co wam mówiłam. - I wciąż z uśmiechem, płynnie odwróciła do wyjścia z mieszkania. Heinrich jako gospodarz odprowadził Fabienne żegnając się z nią z zachowaniem szlacheckich zasad i dopiero po tym powrócił do Petry wpierw zgarniając ze stołu szklankę po swojej koleżance z kultu. - Zastanawiam się czy nie będę cię odciągał od twoich studiów. - Nie obawiaj się Heinrichu, nie mam dziś żadnych lekcji. Więc mogę całkowicie się poświęcić tobie i twoim historiom. Może wyciągnę z nich naukę jaką będę mogła użyć na lekcjach w akademii albo zaimponować moim koleżankom z kółka poetyckiego. - Blondynka uśmiechnęła się do gospodarza, dajac znać, że jest mu przychylna i widzi tą wizytę w kolorowych barwach. - Bardzo mi miło. Choć pamiętaj, że ja w marynarce nie byłem i w porównaniu do twojej wiedzy o artylerii moja o niej jest nikła. - Ja to rozumiem Heinrichu. Jeszcze trochę pamiętam Nuln. No i wiem, że marynarka to domena morskich wybrzeży a w głębi lądu to najwyżej rzekami statki pływają. No i nie każdy jest marynarzem albo artylerzystą. Ja to rozumiem Heinrichu. Ale pewnie i tak miałeś mnóstwo przygód zanim przybyłeś do nas aby odpocząć nad morzem. - Starannie ufryzowana blond głowa Petry, pokiwała się. I widać było, że jest gotowa na opowieści z głębi lądu. Jak tylko mogła, starała się uśmiechem i spojrzeniem zachęcić weterana do tych opowieści. Były Łowca Czarownic wykorzystał swoją wiedzę z czasów oficerskich przeplataną strzępkami najsoczystych i niebezpiecznych historii dotyczących walki z wrogami Imperium, jacy byli teraz jego kompanami. Wiedział jakie to ironiczne, ale postanowił dodawać smaczek nudnemu życiu żołnierza. Także doświadczenie składania grupy mającej wspomóc w walce z herezją i potrzeba czasem połknięcia własnej dumy tylko ku sklejeniu całości w naoliwioną maszynę. Zależało mu wywołać ekscytację w Petrze, a jednocześnie nie podawać jej zbyt dokładnych szczegółów jakie mogłyby pomóc zorientować się o jakich wydarzeniach tak naprawdę mówi. Młoda szlachcianka słuchała tych opowieści z zapartym tchem. Jakby Heinrich był profesjonalnym bardem albo pisarzem. Widać było, że może od początku panna von Schneider była mu przychylna ale w trakcie snucia tych historii, udało mu się rozbudzić jej ekscytację jeszcze bardziej. Siedziała przy stole wpatrzona w niego jak w obraz dzielnego obrońcy Imperium co stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom. Nie wiadomo kiedy mijał pacierz za pacierzem. Gdzieś w międzyczasie musiał dolać jej kompotu do kubka ale to nie przeszkadzało im w rozmowie. Dość jednostronnej zresztą. Gdy Heinrich skończył widział zachwyt na twarzy Petry. - Oh Heinrichu, ty jesteś prawdziwym bohaterem Imperium! Prawdziwym obrońcą. - Rzekła z rozpromienionym wzrokiem. - Zasługujesz na naszą pomoc bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zechciałbyś może opowiedzieć tych wspaniałych historii na naszym kółku poetyckim? - Była ciekawa czy nie wystąpiłby jako gość w gronie jej koleżanek z towarzystwa. O ile Heinrich wiedział to także Pirora, Fabienne i Soria brały udział w tych spotkaniach. Szczerze to Heinrich był zaskoczony, że tak dobrze mu poszło, jak de facto się nie przygotowywał. Może jeżeli na to spotkanie by właśnie przemyślał jakie wpleść kłamstewka byłoby także dobrze? - Oczywiście, oczywiście. - odpowiedział Petrze - O ile to nie odciągnie cię od twoich nauk jakie muszą być miłe twemu ojcu. Szybko pożegnał się z Petrą by nie przeciągać spotkania powyżej limitu czasu jaki był oczekiwany dla skromnej damy. Jeszcze przed odjazdem szlachcianek zasugerował Fabienne, że może następnego dnia zabrać ją do garncarki, dla której zaszczyt pracy dla Bretonki będzie prawdziwym szokiem.