[image: UiUdZHN.png]
Michaił znieruchomiał.
Coś mu się nie zgadzało. Coś, kurwa, nie tak.
Spojrzał na jej dłonie. Potem na narzędzie. Potem znów na dłonie. Przekrzywił łeb, jakby od innego kąta miało mu się to wszystko ułożyć w jakąś zrozumiałą całość.
Nie. Nie może być.
Przecież sam czuł pod palcami, jak kości ustępują. Słyszał trzask. Znał ten dźwięk. Nie raz, nie dwa. Kość to nie rozgrzany pręt, żeby ją z powrotem wyprostować kilkoma uderzeniami młota. Trzeba czasu. Musi być czas.
A minęło ledwie pół godziny.
— Ki czort... — wymknęło mu się spod nosa.
Obrócił jej dłoń, przyglądając się palcom z niedowierzaniem. Jeszcze przed chwilą były połamane. Pamiętał. Pamiętał przecież!
A może nie?
Na moment przemknęło mu przez głowę, że samogon namieszał mu w czerepie. Że coś pomylił, że źle zapamiętał, że może wcale...
Nie. Nie, do cholery! Wiedział, co robił. Całe życie wiedział.
Powoli puścił jej rękę.
Cofnął się o pół kroku, a potem zerknął na Vsevoloda. Jednooki stał tuż obok, przyglądając się jego pracy z ciekawością, od której kowalowi zrobiło się nieswojo.
On też widzi? Widzi to samo?
Przełknął ślinę. Nagle zaschło mu w gardle. Jeszcze przed chwilą chciał mieć to przesłuchanie za sobą, wrócić do domu, do Nadiejki, napić się w spokoju. Zwyczajna robota. Zwyczajny dzień.
A teraz?
Spojrzał znowu na dziewczynę. Na jej dłonie. Na kajdany.
— Nie możliwe... — szepnął.
Przetarł twarz brudną dłonią. Może śnił? Może to jakaś czarownica, a nie dziewucha? Może dlatego tak go rozgrywała od samego początku?
Żelazo nie zrasta się samo. Kość też nie.
Podniósł wzrok na Vsevoloda. Chciał coś powiedzieć, zapytać, wyjaśnić sobie choć jedną rzecz, ale słowa ugrzęzły mu w gardle.
Po raz pierwszy od dawna Michaił Władimirowicz Kuzniecjew nie wiedział, co zrobić z własnymi rękami.
A to przeraziło go bardziej, niż chciałby przyznać.
— Gospodin — słowo popłynęło nieśmiało, wstydliwie wręcz, — widzicie to? Musi czarownica jaka być.