Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje future
  3. Rozgrywka
  4. O trzech takich, co nie chcieli...
O trzech takich, co nie chcieli...
The_OnlyT
The_Only jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Invader ZirI
Invader Zir jako
Ogress
tiggressT
tiggress jako
Wolf

O trzech takich, co nie chcieli...

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
11 Posty 3 Uczestników 150 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • The_OnlyT Niedostępny
    The_OnlyT Niedostępny
    The_Only jako Mistrz Gry
    napisał(a) ostatnio edytowany przez The_Only
    #1

    O trzech takich, co nie chcieli zdechnąć

    You will be faced with many challenges throughout your lifetime, and the most difficult of these will be dealing with your fellow man.
    – Cameron, Fallout 2

    Wolf – Rozruch

    Najpierw ciemność, ale nie taka zwyczajna, nie ta, którą widzi się po zamknięciu oczu – zamiast tego głęboka, lepka pustka siedząca gdzieś pod czaszką, jakby ktoś zgasił świat od środka. Potem przyszło kliknięcie, suche i mechaniczne, jak przekaźnik łapiący styk, i coś zaczęło się budzić. Nie Wolf. Coś. Wzrok nie wrócił od razu; zamiast tego składał się kawałkami. Najpierw ziarno i śnieg, później ostre krawędzie, zarysy stali, plamy ciepła na zimnych ścianach. Mężczyzna leżał. Nie. To nie to słowo. Był przymocowany. Zamocowany? Metalowe obręcze trzymały tors, rozchylone żebra oplatały czarne przewody, spod skóry przebijało się nikłe pomarańczowe światło. „Pacjent” czuł spaloną izolację, własną krew i zapach środka odkażającego, którego nie wąchał od lat, może od czasu tej polowej lecznicy pod Vegas, gdzie Doc Ramirez wyciągał odłamki z brzucha Ryżego, pijany jak bela i śpiewający pod nosem coś o Kalifornii, choć nikt z nich nigdy tam nie był. Ryży śmiał się wtedy, że jak z tego wyjdzie, otworzy bar. Potem Wolf zobaczył jego twarz jeszcze raz, ale już inną. Zakrwawioną, nieruchomą, pół czaszki w błocie. Obraz zniknął. Zastąpiła go Maggie z karabinem przewieszonym przez ramię, Steve rechoczący przy ognisku, manierka zmieniająca ręce. Miejsca i ludzie tracili ostrość. Mieszali się ze sobą. Płonący konwój. Zawalona stacja benzynowa. Nocny posterunek, z którego nikt poza Wolfem nie wrócił. Piwnica. Tak, piwnica została dłużej. Ściany. Huk. Zdrada. Strzały. Czyjś głos. Własne ręce coraz cięższe. Ten moment, w którym ciało nagle przestało go słuchać.

    Natłok migawek uleciał, stłamszony nagłym szarpnięciem. Nad klatką piersiową mężczyzny poruszyło się cienkie mechaniczne ramię, segmentowane jak odnóże owada. Wycofało się powoli, prawie ostrożnie. Zaraz potem pojawił się głos – płaski i bezbarwny, nie z głośnika, tylko gdzieś w głowie: Częściowa rekonstrukcja zakończona. Oznaczenie jednostki: brak. Przydatność operacyjna: prawdopodobna. Dopiero teraz mężczyzna zauważył, że brakowało mu lewego oka. Prawe łapało ostrość. Wolf spróbował nabrać powietrza i coś rozerwało mu się pod żebrami z mokrym, paskudnym szarpnięciem. Ból przyszedł natychmiast, potężny i znajomy, ale po chwili coś go „ściszyło”. Nie usunęło… raczej odłożyło na bok jak komunikat, którym będzie można (trzeba?) zająć się później. Wtedy dotarło do niego, że nie znajdował już tam, gdzie zginął. Tak, zginął. Nie bał się tej myśli. Wokół ciągnęło się wnętrze jakiejś maszyny. Pojazdu? Częściowo zasypanego piaskiem pół warsztatu, pół rzeźni. Coś go znalazło. Zabrało. Uznało, że jeszcze się nadawał...

    text alternatywny

    Na chwilę oddalił się myślami od tej abstrakcyjnej sceny. Próbował sobie przypomnieć, ile razy już powinien był nie żyć. Mina pod Tucson. Szarpanina o paliwo, kiedy nóż wszedł pod żebra. Tamta noc, gdy jako oddział mieli upilnować magazynu do świtu, chociaż po drugiej stronie kanału zadrutowanego bydła było ze trzy razy więcej. Właściwie to prawie po każdej durnej robocie, którą Earl nazywał „łatwym zarobkiem”, a która kończyła się świstem kul, krwią i kimś, kogo później trzeba było zakopać płytko, bo ziemia była za twarda. Losowe twarze z przeszłości znowu zaczęły migać mu pod powiekami. Jedna po drugiej, czasem wyraźne, czasem rozmazane, niemal symboliczne: krzywy uśmiech, papieros, zmęczone oczy, czyjś głos mówiący „jeszcze kawałek?”. Nie wiedział, ilu z nich wciąż żyło. Czy ten sukinsyn, Big Steve, przeżył? Jakby w odpowiedzi na to pytanie, na skraju pola widzenia Wolfa pojawił się szereg zielonych symboli. Niczym komenda wprowadzona do jakiegoś na wpół zezłomowanego posterunkowego terminalu. PRIORYTET DRUGORZĘDNY: BIG STEVE. Zaraz potem wszystko zadrżało. Maszyna zajęczała. Piach zaczął bić o płaty metalu na zewnątrz. W oddali rozległ się pomruk silnika, potem drugi. Może trzeci? Ktoś zmierzał w jego stronę. Ale ten sam ktoś nie wiedział, że trup właśnie usiadł. Wilk umarł w piwnicy – przynajmniej tak powinno być. To, co otworzyło oko na pustyni, miało jego pamięć. Jego blizny, jego złość i zaskakująco długą listę niedokończonych spraw. Na tę chwilę musiało mu to wystarczyć.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • tiggressT Niedostępny
      tiggressT Niedostępny
      tiggress jako Wolf
      napisał(a) ostatnio edytowany przez tiggress
      #2

      Przez kilka sekund Wilk w zasadzie tylko siedział i patrzał. Prawe oko widziało ciemne wnętrze maszyny tak, jak powinno: brud, stal, rdza, wszędobylskie przewody i słabe światło gdzieś głębiej w kadłubie. Lewego ślepia już nie było. W jego miejscu ktoś zamontował mu coś, co z biologiczną patrzałką wiele wspólnego nie miało – twardą, wpuszczoną w oczodół soczewkę, obwiedzioną metalem i rzucającą w mrok zimny, nienaturalnie jasny snop. Jak jebany reflektor. Obraz z niego nakładał się na ten z prawego oka. Krawędzie zaznaczały się bladymi liniami, źródła ciepła wykwitały na ścianach, pojawiały się odległości, kąty i dane, o które nie prosił i których nie umiał jeszcze wyłączyć. W tym momencie pamięć postanowiła dorzucić swoje trzy grosze. Znowu ta cholerna piwnica. Błyski z tuzina luf. Uderzenie pierwszego pocisku, drugiego, następnych. To absurdalne zdziwienie, kiedy noga odmówiła współpracy, zanim poczuł jakikolwiek ból. Twarze cyngli, którzy strzelał. Ściana podskakująca przed oczami. Krew. Za dużo krwi. Teraz połowy tamtych zwłok już nie było. Zastąpiła je stal, druty i protezy, które reagowały szybciej niż powinny. Coś zaczęło pienić mu się z tyłu głowy, coś pierwotnego i idiotycznego, co kazało mu wyrwać przewody, zerwać obejmy, wrzeszczeć, aż płuca rozpadną się do końca. Zacisnął szczękę i wgryzł się w język tak mocno, że poczuł krew. Prawdziwą. Ciepłą. Metaliczną, jak na ironię. Ból przeszył czaszkę i zrobił dokładnie to, czego potrzebował: zawęził świat. Jedna rzecz naraz. Panika mogła poczekać. Rozpacz mogła poczekać. Pytanie, ile z niego zostało, również mogło sobie grzecznie stanąć w kącie.

      Był żywy – albo dostatecznie blisko tego stanu – znajdował się w nieznanym miejscu i ktoś go właśnie nadjeżdżał. To były fakty. Fakty dawało się obrabiać. Zaczął więc robić to, co robił zawsze, gdy sytuacja stawała się kompletnie spierdolona: liczyć zasoby, wyjścia, zagrożenia i rzeczy, którymi można kogoś zabić. Paradoksalnie uspokoiło go dopiero to, że zaczął myśleć jak maszyna.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • The_OnlyT Niedostępny
        The_OnlyT Niedostępny
        The_Only jako Mistrz Gry
        napisał(a) ostatnio edytowany przez The_Only
        #3

        Najpierw broń. Nie odpowiedzi, nie lustro, nawet nie droga ucieczki. Broń. Zsunął się z ramy i niemal runął na podłogę, kiedy środek ciężkości okazał się leżeć gdzie indziej, niż pamiętało go ciało. Metalowa noga poprawiła pozycję pół uderzenia serca później; implant zalał mu wzrok szeregiem korekt, ale Wolf ruszył dalej, zanim te skończyły się wyświetlać. Przy przeciwległej ścianie dostrzegł uchwyt magnetyczny, a na nim krótki, pozbawiony kolby karabinek. Chwycił go. Mechanizm zgrzytnął paskudnie przy przeładowaniu, ale pracował, a magazynek nie był pusty. Dziewięć sztuk. Niewiele, ale dziewięć było nieskończenie lepsze od zera. Pod brezentem leżało coś jeszcze. Najemnik szarpnął materiał, wysunęło się spod niego truchło jednego z ludzi, którzy dopadli go w piwnicy. Z twarzy praktycznie nie zostało, tylko zajebisty wywietrznik. Klatkę piersiową ktoś rozebrał z obojętnością zarezerwowaną dla przeprowadzania inwentarzu. Obraz z „reflektora” zafalował i przez krótką, chorą chwilę trup przestał być trupem obcego człowieka. Leżał tam Wolf. Ten sam kąt ciała. Te same dziury. Ta sama bezwładność. Gdzieś na obrzeżu pola widzenia zamigotał komunikat o konflikcie identyfikacji, a mechaniczna dłoń zacisnęła się sama tak mocno, że karabinek zatrzeszczał. Wolf zamknął oko, odczekał sekundę i zmusił palce do rozluźnienia. Kiedy ponownie nań spojrzał, martwy człowiek odzyskał swoje pierwotne rysy. Dobrze. Lepiej, żeby tak zostało. Wsadził broń palną za pas, z podłogi podniósł przyrdzewiały nóż i… dopiero wtedy zauważył zaspawany schowek w bocznej ścianie. Implant oznaczył go krótkim komunikatem: MOŻLIWY MODUŁ UZBROJENIA. Na zewnątrz dźwięk silników był już znacznie głośniejszy. Do tego głosy. Mężczyzna spojrzał na schowek, potem na prowizoryczny arsenał, który zdołał naprędce zebrać. Minuta. Może mniej. Prawie się uśmiechnął. Panika rzeczywiście mogła poczekać.

        Wolf ruszył bez dalszego namysłu – ku bocznemu włazowi, który ustąpił dopiero po krótkim szarpnięciu, gdy piach zgrzytnął w prowadnicach. Gorące, suche powietrze uderzyło go w twarz jak otwarta dłoń. Przez moment zatrzymał się na granicy nocy i cienia, jakby sama pustynia była kolejnym systemem, którego trzeba było nauczyć się od nowa. Prawe oko widziało horyzont i nierówne grzbiety wydm. Implant rozcinał ten sam obraz na odległości, źródła ciepła i drobne wektory ruchu, które pojawiały się i znikały na obrzeżach pola widzenia. Pierwszy krok wyszedł równie źle co komicznie. Metalowa noga zagłębiła się w piachu pod innym kątem, niż spodziewało się ciało, i Wolf zachwiał się, zanim system skorygował obciążenie. Drugie człapnięcie było już pewniejsze. Trzecie niemal naturalne. Obcy mechanizm uczył się go w ruchu, albo on uczył się mechanizmu; na razie różnica nie miała znaczenia. Okrążył pojazd szerokim łukiem, aż znalazł miejsce, z którego mógł obserwować rozwój wypadków bez ujawniania swojej (pokracznej) sylwetki. Dopiero wtedy zobaczył pojazdy: lekki łazik z zamontowanym karabinem maszynowym i opancerzony po amatorsku pickup, którego silnik wciąż pracował na jałowym biegu. Pięciu ludzi. Niestety, nie wpadli na miejsce jak banda idiotów. Rozeszli się. Dwóch zatrzymało się przy głównym wejściu, z karabinami gotowymi do strzału. Jeden obchodził pojazd od lewej, sprawdzając martwe pola. Drugi został przy mniejszym aucie. Ostatni opierał się o pickup i palił, jak człowiek, który spodziewał się rutynowej roboty, nie walki. Nie wyglądali na szczególnie dobrze wyposażonych, ale mieli liczebność, sprawne pojazdy i przynajmniej odrobinę dyscypliny. Wolf miał za to coś, czego oni nie mieli: czas. Kilka sekund, może kilkanaście, zanim zrozumieją, że zwłoki, po które się tu pofatygowali, opuściły trumnę.

        text alternatywny

        Wtedy implant sam zmienił ostrość. Obraz przybliżył się gwałtownie, zanim Wolf zdążył pomyśleć, że chce spojrzeć dokładniej. Sylwetka przy pickupie wypełniła fragment pola widzenia. Szerokie barki. Łatana kurtka. Sposób, w jaki facet stał, z ciężarem przeniesionym na jedną nogę i papierosem trzymanym nisko przy biodrze. Coś w tej postawie było znajome. Głos rozwiał wszelkie wątpliwości:

        – Idźta po truchło szczura z piwnicy. Steve chce mieć dowód. Tego blaszaka też sprawdźcie od góry do dołu. Wygląda jak rozklekotana, zabłąkana ruina, ale jeśli w środku ostało się coś wartego parę gambli, to bierzemy na pakę. Darowanemu koniowi w dupę się nie zagląda. Nawet jak przysłały go maszyny.

        Wolf znał ten głos. Przez sekundę dwa obrazy znowu się na siebie nałożyły. Piasek stał się betonem. Łazik zastąpiły schody. Nie zmienił się tylko facet dyrygujący pozostałymi. Pamiętał go dobrze z piwnicznej jatki, jak wydawał rozkazy cynglom nasłanym przez Steve’a. Najwyraźniej tym razem też nie chciał brudzić sobie rąk. Cóż… życie było pełne rozczarowań.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • tiggressT Niedostępny
          tiggressT Niedostępny
          tiggress jako Wolf
          napisał(a) ostatnio edytowany przez tiggress
          #4

          Potem wszystko wróciło na miejsce. Wilk nie drgnął. Oddech miał równy, niemal zbyt równy. Karabinek spoczywał w dłoniach. Pięciu przeciwników zaczynało się rozchodzić po terenie dokładnie tak, jak liczył. Jeszcze niczego nie podejrzewali. Jeszcze byli przekonani, że po prostu przyszli zgarnąć jego truchło. Pustynia była szeroka, osłon niewiele, a każda dłuższa wymiana ognia z reguły działała na korzyść liczniejszej strony. Ale to on miał zamiar rozdać karty. Zadecydować, kiedy zacznie się walka. Leżał więc za grzbietem wydmy i patrzył, jak grupa powoli rozdziela się na pojedyncze cele. Na razie wystarczyło, żeby jeden z nich odszedł od reszty trochę za daleko. Odczekał jeszcze kilka uderzeń serca i zaczął przesuwać się wraz ze swoimi nowymi „kolegami”, obchodząc teren szerokim łukiem, zatrzymując się, kiedy któryś patrzył w jego stronę, zmieniając pozycję, gdy wiatr podrywał cienkie zasłony piachu.

          Implant radził sobie lepiej niż zdrowe oko. Wychwytywał sylwetki mimo ciemności, poprawiał kontrast. Wilk pozwolił mu robić swoje. Sam zajmował się resztą. Liczył ludzi. Broń. Odległości. Przybliżony czas potrzebny, żeby jeden mógł przyjść drugiemu z pomocą. Przez moment nawet rozważył przestrzelenie opon albo silnika któregoś z pojazdów. Uziemić ich. Odebrać możliwość odwrotu. Zmusić do reagowania. Tyle, że to pewnie zmusiłoby go do odsłonięcia ręki. Najpierw wolał sprawdzić, jak długo da się prowadzić tę grę, zanim pozostali w ogóle zorientują się, że zaczęli przegrywać.

          Najdalej odszedł ten, który obchodził teren od lewej. Niby zachowywał czujność, ale tylko tę rutynową. Sprawdzał martwe pola, zapuszczał żurawia między wydmy, czasem przystawał i nasłuchiwał. Nie bał się. Przecież nie miał powodu. Człowiek, którego miał znaleźć, był martwy. Wilk pozwolił mu odejść jeszcze kawałek. Potem ruszył za nim. Niestety, nowe ciało nadal miało własne pomysły jeśli chodziło o chodzenie. Przypominająca toster stopa czasem zapadała się głębiej, kolano poprawiało ustawienie odrobinę za późno, a sztuczne ramię reagowało z nienaturalnym, nieludzkim wyprzedzeniem. Mimo to z każdym kolejnym krokiem było lepiej. Nie tak jak w piwnicy. Gdyby wtedy był wypoczęty. Gdyby miał broń. Gdyby zauważył ich wcześniej. Gdyby, gdyby, gdyby. Gdyby babcia miała wąsy. Ale to rozdanie było inne. Pustynne parobki Steve’a stanowiły rozgrzewkę. Przystawkę przed właściwym daniem. Właśnie dlatego zabić pierwszego przyszło mu zadziwiająco łatwo…

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • The_OnlyT Niedostępny
            The_OnlyT Niedostępny
            The_Only jako Mistrz Gry
            napisał(a) ostatnio edytowany przez The_Only
            #5

            There is no hunting like the hunting of man, and those who have hunted armed men long enough and liked it, never really care for anything else thereafter.
            – Ernest Hemingway

            Ogress - Upadek

            Zlecenie wydawało się wystarczająco proste. Na pustkowiach wciąż można było znaleźć miejsca, które przed wojną należały do armii Stanów Zjednoczonych – bazy, ośrodki badawcze, magazyny i podziemne instalacje, którym jakimś cudem udało się przetrwać zagładę. Większość ogołocono z wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, jeszcze dziesiątki lat temu. Inne zawaliły się, spłonęły, zostały zalane albo stały się domem dla tych, którzy mieli dość szczęścia lub siły, żeby zająć je jako pierwsi. Od czasu do czasu ktoś trafiał jednak na obiekt, który pozostał nienaruszony. Ten konkretny znajdował się pod paroma tysiącami ton popękanego betonu i piachu, dostatecznie daleko od najbliższej osady, żeby nikt nie zawracał sobie głowy nadawaniem mu nazwy. Na mapach dostarczonych przez zleceniodawcę Ogress placówka figurowała wyłącznie jako ciąg liter i cyfr, który zapewne miał jakieś znaczenie dla ludzi odpowiedzialnych za jego budowę, ale nie znaczył już absolutnie nic dla tych, którzy przeżyli koniec świata. Z zachowanej dokumentacji wynikało, że przed wojną prowadzono tam wojskowe badania biologiczne.

            To wystarczyło, żeby zainteresować czwórkę szabrowników. Zleceniodawcy nie zależało na starej broni, amunicji, elektronice ani żadnych innych skarbach, które mogły zachować się wewnątrz kompleksu. Chciał tylko jednej rzeczy: zabezpieczonej próbki eksperymentalnego materiału przechowywanego gdzieś w laboratoryjnych podpoziomach. Czegoś na tyle cennego, że był gotów dostarczyć im mapy, stare kody dostępu i zaoferować pokaźny stosik gambli, nie wyjaśniając nawet, do czego próbka właściwie służyła. Mieli wejść, odnaleźć pojemnik, nie otwierać go, wrócić i zgarnąć obiecane fanty. Spodziewali się starych systemów bezpieczeństwa, zawalonych korytarzy, może kilku paskudniej powykręcanych mutków. Nie spodziewali się natomiast… gniazda.

            Pierwszym ostrzeżeniem był smród. Im głębiej schodzili, tym mniej baza przypominała opuszczoną ruinę. Czarne, organiczne narośla pokrywały fragmenty ścian. Kraty szybów wentylacyjnych zostały wygięte od środka. W technicznych wnękach walały się kości, a na niektórych grodziach widniały głębokie bruzdy pozostawione przez coś, co potrafiło rozorać pazurami drzwi zaprojektowane, by wytrzymały serię eksplozji. Potem napotkali lokalnych rezydentów. Szaro-brązowe, przygarbione stwory poruszające się na dwóch potężnych nogach. Miały grube, niemal pancerne cielska, wydłużone łby i paszcze rozwierające się równie szeroko, co cholerne pułapki na niedźwiedzie. Cokolwiek wojsko stworzyło kiedyś pod bazą, przeżyło swoich twórców. Co gorsza, zdążyło się rozmnożyć.

            Od tego momentu wyprawa zamieniła się w odwrót, żeby nie powiedzieć paniczną ucieczkę. Pierwszy szabrownik zginął niemal natychmiast. Jedno ze stworzeń przebiło się przez panel w suficie i rozerwało go na strzępy, zanim ktokolwiek zdążył zrozumieć, co właściwie się działo. Drugi wytrzymał dłużej, ale tylko kapkę. Kiedy pozostała dwójka dotarła do szybów wentylacyjnych, bestie nadciągały już ze wszystkich stron. Ona prawie się wydostała. Prawie. Coś złapało ją za kostkę, kiedy wspinała się do otwartego szybu. Zapamiętała metalową krawędź wrzynającą się w palce. To, jak kopała na oślep w ciemność pod sobą. Zapamiętała szarpnięcie tak mocne, że omal nie wyrwało jej ręki ze stawu. Ale najlepiej utrwaliła sobie w pamięci Rikera. Stał nad nią, wystarczająco blisko, żeby wyciągnąć rękę. Żeby jej pomóc. Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy. Potem jego wzrok przesunął się na pojemnik z próbką. Mężczyzna dokonał wyboru, drapnął pakunek i uciekł. Palce Ogress ześlizgnęły się z krawędzi i dziewczyna runęła w ciemność.

            text alternatywny

            Przytomność odzyskała powoli. Najpierw powitało ją pieczenie – nie ogień, lecz coś chemicznego. Ramię paliło ją w miejscu, w którym podczas walki ochlapała ją krew stworzenia. Skóra pod ubraniem pokryła się pęcherzami, ale materiał przyjął na siebie najgorsze. Cała reszta bolała w znacznie bardziej zwyczajny sposób, jakiego można było oczekiwać po bezwładnym upadku przez kilka metrów metalowego szybu. Poruszyła palcami dłoni, potem stopami. Czucie miała wszędzie, nic nie wydawało się złamane. Samo to zakrawało na jakiś kosmiczny żart. Kanał wentylacyjny wygiął się pod siłą uderzenia i częściowo zapadł. Leżała pomiędzy pogiętymi panelami, przewodami, kurzem i brudem zbierającym się tutaj zapewne jeszcze od czasów sprzed wojny. Gdzieś za kratą dogorywała lampa awaryjna, co kilka sekund zalewając wnętrze brudnoczerwonym światłem. Podniosła się. Powoli i z bólem, ale podniosła. Żyła. Przynajmniej na razie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • Invader ZirI Niedostępny
              Invader ZirI Niedostępny
              Invader Zir jako Ogress
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Invader Zir
              #6

              Jej plecak zniknął. Musiał zerwać się podczas upadku albo co gorsza polecieć gdzieś dalej w głąb systemu wentylacyjnego. Wraz z nim przepadło wszystko, co znajdowało się w środku. Pistolet wciąż tkwił w kaburze. Zawsze coś. Obmacała się jeszcze raz, tym razem dokładniej. Oparzenia, siniaki, otarcia, kilka pomniejszych cięć. Nic, od czego powinna umrzeć w ciągu najbliższych kilku minut. Nic, co uniemożliwiłoby jej wziąć dupę w troki.

              Nad nią ciągnęła się sieć kanałów wentylacyjnych, przez które spadła. Niżej uszkodzony właz techniczny prowadził do jednego z głębszych poziomów kompleksu. Nie miała pojęcia, gdzie dokładnie się znajdowała. Riker tymczasem miał próbkę i sporą przewagę jeśli chodziło o dystans i… samopoczucie. Być może zdążył już dotrzeć na powierzchnię. Może właśnie teraz pysznił się tym, że jako jedyny przeżył wyprawę i nie będzie musiał z nikim dzielić wypłaty.

              Na naprostowanie mu tego krzywego światopoglądu przyjdzie jeszcze czas. Najpierw musiała wydostać się z bazy. Potem znaleźć jakiś środek transportu. Potem odnaleźć Rikera. A na sam koniec dowiedzieć się, ile tak naprawdę wart był przedmiot, za który zostawił ją na śmierć.
              Gdzieś w ciemności metal zaskrzypiał pod naciskiem pazurów. O’ zamarła w bezruchu. Po chwili odpowiedziało mu kolejne skrobanie, a potem następne. Nie jeden komplet pazurów. Kilka. Dźwięk niósł się po całym pieprzonym systemie szybów, odbijając się od ścian i rozgałęzień, aż ustalenie odległości zakrawało, przynajmniej dla niej, na niemożliwe.

              Rozległo się mokre, gardłowe klikanie. Tym razem bliżej, ale szczęśliwie nie bezpośrednio za jej posiniaczonymi plecami. Stanęła w gotowości i wyciągnęła pistolet opierając się o najbliższą ścianę. Po chwili przez skrzyżowanie kanałów kilka stóp nad nią przemknęła jedna z bestii. Przez pogiętą kratę dostrzegła jedynie fragment czarnej, pancernej kończyny, wygiętej pod kątem, którego natura raczej nie przewidywała, oraz zakrzywiony pazur szorujący po blasze. Stworzenie zatrzymało się. Ogress wstrzymała oddech. Próbowała zatrzymać także bicie serca, ale niewiele jej z tego wyszło. Z ciemności dobiegło mokre, przeciągłe węszenie, po czym… pokraka ruszyła dalej i zniknęła w bocznym odgałęzieniu. Niedługo później podreptała za nią druga, mniejsza i wyraźnie szybsza. Potem system stalowych, nadgryzionych rdzą żył ponownie oplotła cisza.

              O’ nie była w ciemię bita i odczekała jeszcze chwilę, zanim zaczęła się poruszać. Powoli przesunęła się w stronę włazu technicznego znajdującego się pod nią. Śruby mocujące pokrywę dawno zostały wyrwane, a sam panel zwisał pod niewielkim kątem. Opuściła go o kilka centymetrów i nasłuchiwała. Nic. Dopiero wtedy zwiększyła szczelinę i spojrzała w dół.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • The_OnlyT Niedostępny
                The_OnlyT Niedostępny
                The_Only jako Mistrz Gry
                napisał(a) ostatnio edytowany przez The_Only
                #7

                Dopadł zwiadowcę od tyłu. Najpierw poczuł kurz i tani tytoń, potem zobaczył kark wystający spod brudnej chusty. Przez moment implant zamigotał. Obraz ponownie miał zamiar rozszczepić się na dwoje i zabawić we wspominki, ale tym Wolf nie pozwolił wspomnieniu dokończyć roboty. Stłumił je w zarodku i dał susa przed siebie. Mechaniczna ręka wystrzeliła szybciej, niż się spodziewał, obejmując twarz zwiadowcy i przyciskając jego głowę do piersi. Druga dłoń wbiła nóż. Plan zakładał jedno krótkie, kontrolowane pchnięcie. Nowe ramię miało jednak inną definicję słowa „kontrolowane” niż właściciel. Ostrze weszło głęboko, zdecydowanie głębiej, niż Wolf sobie zaplanował, a ciało szarpnęło się w jego uścisku. Na obrzeżu pola widzenia cyber patrzałki przemknęła informacja o użyciu siły znacznie przekraczającym wymagany poziom. Przytrzymał człowieka jeszcze przez kilka sekund, dopóki nie poczuł, że opór zniknął całkowicie. Potem ostrożnie położył go w piachu. Wiatr już zaczął zasypywać ślady. Wolf spojrzał na sztuczną dłoń, potem na nóż. Cóż. Przynajmniej wiadomo było, że „proteza” działała. W szczegóły dot. jej kształtu nie chciał się zagłębiać. Nie teraz. W tym momencie nie mógł sobie pozwolić na kolejny kryzys egzystencjalny.

                Pozostała czwórka nic nie przyuważyła. Jeden z ludzi zniknął z ich świata i nikt tego nie odnotował. Wolf przykucnął za kolejnym grzbietem wydmy i ponownie spojrzał w stronę pojazdów. Czterech. Dwa sprawne auta i jeden karabin maszynowy. Dowódca nadal przy pickupie. Teraz można było pomyśleć o silnikach. O oponach. O kolejnym człowieku, który odejdzie kilka metrów za daleko. Zemsta nadal była mglistą koncepcją gdzieś z tyłu głowy cyborga – jego uwagi wymagała praca właściwa, zagrożenie bezpośrednie.
                Przez chwilę patrzył na ciało leżące u jego stóp i wspomniał maszyny Molocha z dawnych lat. Nie te wielkie, groteskowe potwory z frontu, które było słychać na długo przed tym, zanim pojawiły się na horyzoncie. Te mniejsze. Szybsze. Takie, które potrafiły wyciągnąć mechaniczne ramię przez wyrwę w barykadzie, złapać człowieka za głowę i ścisnąć bez wysiłku, jakby sprawdzały dojrzałość owocu. Widział to kiedyś z bliska. Teraz wspomnienie przeszło mu po plecach zimnym dreszczem. Sama myśl, że teraz miał przy sobie coś z tej samej logiki, była obrzydliwa. Nienaturalna. A jednak pod tym wszystkim czaiło się coś jeszcze. Spokój. Pewność. Maszyna nie zastanawiała się, czy da radę. Po prostu robiła to, do czego ją zbudowano. Wolf spojrzał na metalową dłoń, która bardziej przypominała zacisk niż ludzką kończynę, i po raz pierwszy od przebudzenia nie poczuł wyłącznie odrazy. Lęk typowy dla postapokaliptycznego ludyty zastąpiło… uznanie. Dla funkcjonalności.

                Chwycił trupa za kurtkę i uniósł go bez wysiłku. Ciężar, który powinien zmusić go do zaparcia się nogami, okazał się ledwie czymś odnotowanym przez system jako ciąg liczb. Implant znowu zasypał pole widzenia odległościami i kątami, a dalszy plan właściwie ułożył się sam. Mężczyzna zamachnął się monstrualną kończyną i cisnął zwłokami wysoko, znacznie wyżej i dalej, niż pozwoliłyby mu na to dawne mięśnie. Truchło zatoczyło ciężki łuk nad piaskiem i runęło kilka metrów od pojazdów, z głuchym tąpnięciem – wystarczająco głośnym, by wszystkie głowy obróciły się w tę samą stronę. Przez sekundę nikt się nie poruszył. Potem poszły wrzaski. Jeden z najemników poderwał broń, drugi ruszył ku ciału, trzeci cofnął się pod osłonę pickupa. Dowódca przy samochodzie zaczął wydawać rozkazy, próbując jednocześnie zrozumieć, skąd właściwie przyleciał trup człowieka, którego wysłał na obchód. Dokładnie o to chodziło cyborgowi. Wzrok całej czwórki skupił się na jednym punkcie. Sylwetki przesunęły się (niemal) w jedną linię. A za nimi, kilkadziesiąt kroków dalej, stał łazik. Wolf już biegł.

                Piach pryskał spod butów, a metalowe kończyny pracowały z tą samą paskudną skutecznością, którą pamiętał z frontu. Jeden z ludzi obejrzał się za późno. Próbował krzyknąć, podnieść raban, ale gdy otwierał usta, jego żuchwa została forsownie oddzielona od reszty czaszki. Wolf dopadł do auta, chwycił ramę (która dostrzegalnie wygięła się pod jego ciężarem) i praktycznie wciągnął się na stanowisko strzeleckie jednym ruchem. Karabin maszynowy był prostą, brutalną konstrukcją, z rodzaju tych, których nikt na pustkowiu nie wyrzucał, dopóki lufa nie pękła na pół. Podajnik był zatrzaśnięty. Taśma siedziała na miejscu. Wystarczyło obrócić broń. Zrobił to, nim zwłoki jego drugiej ofiary zdążyły runąć na piasek.

                text alternatywny

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                😱
                1
                • tiggressT Niedostępny
                  tiggressT Niedostępny
                  tiggress jako Wolf
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez tiggress
                  #8

                  Człowiek przy pickupie wrzasnął coś i rzucił się w bok. Jeden z jego ludzi uniósł karabin. Drugi zastygł na ułamek sekundy, patrząc na coś, co kilka godzin wcześniej uznali za martwe, a co teraz stało za ich własnym kaemem. Wolf położył dłoń na spuście. Czuł za to bardzo dobrze ustawione pole ostrzału. Ale tylko przez moment, ponieważ to, co zostało z jego biologicznego mózgu, znowu odmówiło kooperacji. Zgrzyt w potylicy. Do tego jakieś trzaski i pyknięcia u podstawy czaszki. Niedobrze. Sylwetki rozszczepiły mu się przed oczami. Trzech ludzi stało się sześcioma, potem trzema, potem znowu sześcioma, jakby implant nie mógł dojść do porozumienia z mięsną patrzałką. Kontury przeskakiwały, znaczniki migotały bez sensu, a gdzieś na skraju pola widzenia pojawiło się ostrzeżenie o rozjechanej synchronizacji.

                  To się, kurwa, nazywało wyczucie czasu. Wilk zacisnął zęby. Wtedy poczuł coś jeszcze – dziwne, obce naprężenie mięśni żuchwy, jakby i tam nie wszystko było już jego. Nieważne. Tamci mogli się mnożyć, znikać, zamieniać miejscami. Gardził nimi wszystkimi po równo. Przez krótką chwilę poczuł pokusę, żeby po prostu docisnąć spust i pozwolić maszynie zrobić resztę, nie korygować, nie myśleć, tylko oddać ster temu nowemu, metalowemu instynktowi, który coraz częściej podsuwał mu rozwiązania szybsze i brutalniejsze od tych, do których przywykł jako człowiek. Ale nie zrobił tego. Oparł karabin o ramię, poprawił chwyt i wrócił do tego, co znał: do drylu, do oddechu, do krótkich serii, które wpajano mu jeszcze wtedy, gdy był świeżakiem w okopach i dostawał do ręki taki złom, że połowę czasu spędzał na modlitwie, żeby broń nie rozpadła się przy pierwszym strzale.

                  Ten kaem był od tamtych lumpów o klasę lepszy. Dobrze utrzymany, nasmarowany, czysty. Ktoś o niego dbał. Wilk aż prychnął pod nosem. No to szkoda. Pierwszy pożegnał się facet przy pickupie. Cyborg przesunął lufę, obrał cel i nacisnął spust. Krótka seria. Nie wachlarz ognia, nie bezmyślne prucie – trzy ciężkie uderzenia, jedno za drugim. Cel szarpnął się gwałtownie. Siła pocisków odchyliła go do tyłu, obróciła i cisnęła na bok samochodu. Osunął się po blasze, zostawiając za sobą ciemną smugę. Jednak Wilk już przeszedł do kolejnego petenta. Ten stał przy trupie zwiadowcy. Jeszcze próbowali zrozumieć, co właściwie się dzieje. Na próżno. Druga seria zabrzmiała krótko i głucho. Najemnik złożył się w pół, zrobił ostatni chwiejny krok i runął w piach. Łuski zaczęły dzwonić o metal przy butach cyborga i dźwięk ten przyniósł mu dziwne ukojenie. Rytm. Porządek. Jeszcze tylko jedna seria. Jeszcze tylko jeden cel. Żadnego chaosu, którego nie dało się opisać kątem, odległością i liczbą nabojów.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • The_OnlyT Niedostępny
                    The_OnlyT Niedostępny
                    The_Only jako Mistrz Gry
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez The_Only
                    #9

                    Szyb kończył się drabinką prowadzącą do korytarza technicznego biegnącego w dwóch kierunkach. Betonowe ściany pokrywały wyblakłe wojskowe oznaczenia ostrzegawcze, a zamontowane pod sufitem światła awaryjne mrugały nieregularnie, zwiastując potencjalny atak epilepsji i rzucając na otoczenie słaby, niepewny blask. Znacznie bardziej niepokojące było jednak coś innego. Fragmenty ścian porastała ciemna, żywiczna substancja przypominająca roztopiony plastik wtopiony bezpośrednio w beton. Grube pasma ciągnęły się wzdłuż tuneli, oplatały rury i znikały w szczelinach konstrukcji. Tutejsze potworki zdążyły zapuścić korzenie również tutaj. Ogress nie zeszła od razu na dół. Najpierw dokładnie omiotła spojrzeniem korytarz szukając ruchu, cieni albo czegokolwiek, co mogłoby świadczyć o obecności kolejnych… milusińskich. Lewa odnoga opadała nieznacznie w dół. Tam narośla stawały się wyraźnie gęstsze, a z ciemności dochodził ciężki, organiczny smród. Który drażnił jej nozdrza. Prawa prowadziła łagodnie ku górze. Stopionej żywicy było tam mniej, a pod sufitem zwisały przewody, w których od czasu do czasu przeskakiwała słaba iskra. Poszła więc w prawo.

                    Jakieś dwadzieścia metrów dalej leżało ciało. Nieznany człowiek. Jemu, podobnie jak jej samej, nie udało się dotrzeć do windy. Nie poruszał się. W pobliżu nie dostrzegła tego, co go zabiło. Żachnęła się, bo gdzieś wysoko ponad nią rozległ się nagle przenikliwy skrzek, po którym przez system wentylacyjny przetoczył się łoskot uderzającego o blachę cielska. Gniazdo nie spało. Szczęśliwie dla niej, odnoga, którą sobie wybrała, pozostawała pusta. Jeżeli dobrze zapamiętała układ kompleksu woskowego sprzed całego tego burdelu, kolejne poziomy prowadzące ku powierzchni powinny znajdować się nad nią. Musiała tylko ustalić, gdzie dokładnie wylądowała i znaleźć drogę wyżej, najlepiej taką, która nie prowadziła przez środek legowiska jakiejś chitynowej cholery. Riker miał przewagę. Nie zamierzała jej powiększać przez wdawanie się w niepotrzebne (i potencjalne śmiertelne) konfrontacje z tutejszymi żyjątkami.

                    Podniosła z podłogi niewielki kawałek betonu i rzuciła nim w stronę leżącego kilkanaście metrów dalej truchła. Kamień odbił się od posadzki i stuknął o pancerz trupa. Odczekała kilkanaście sekund, obserwując otoczenie. Nic się nie poruszyło. Dopiero wtedy zbliżyła się do ciała. Facet leżał twarzą do ziemi, z jedną ręką wykręconą pod nienaturalnym kątem. Płyty pancerne na jego plecach były popękane, a wizjer hełmu roztrzaskany. Kiedy ostrożnie przewróciła go na plecy, zobaczyła, że coś przebiło osłonę od przodu i praktycznie rozerwało mu gardło. Cokolwiek go dopadło, nie zadało sobie nawet trudu, żeby pożywić się zwłokami.

                    Z perspektywy Ogress miało to swoje plusy. Wyposażenie pozostało w większości nietknięte. Przy ciele znalazła strzelbę powtarzalną z pięcioma nabojami w magazynku, sześć dodatkowych nabojów, granat hukowo-błyskowy, niewielką latarkę taktyczną oraz częściowo zużyty zestaw medyczny. Pośpiesznie zabrała wszystko, co mogło jej się przydać, i ruszyła w stronę wznoszącego się korytarza. Zauważyła przy tym, że czarne, żywiczne narośla dalej rzedły, a kilkanaście metrów dalej znikały niemal całkowicie.

                    text alternatywny

                    W miarę marszu zaczęła przypominać sobie informacje z odprawy poprzedzającej wyprawę. Podziemny kompleks podzielono na trzy główne poziomy. Najniższy, oznaczony literą C, mieścił laboratoria badawcze. Powyżej znajdował się poziom B, przeznaczony do przetrzymywania i testowania eksperymentalnych organizmów. Najbliżej powierzchni ulokowano poziom A, obejmujący pomieszczenia ochrony, zaplecze techniczne oraz garaże. Te pieprzone garaże, do których musiała się dostać… Jeśli dobrze oceniła swoje położenie, znajdowała się gdzieś w głębokiej du… miedzy poziomami C a B.

                    W pewnym momencie ponownie dobiegło ją znajome, mokre szuranie. Tym razem odgłos dochodził zza jej pleców, z okolic miejsca, w którym pozostawiła ogołocone zwłoki. Po chwili dołączyło do akustyki nieprzyjemne mlaskanie i odgłos rozrywanego mięsa. Najwyraźniej jedno ze stworzeń w końcu zdecydowało się posilić. Na razie nic nie wskazywało, żeby mutant zauważył Ogress, ale trudno było przewidzieć, jak długo pozostanie zajęty posiłkiem. Przed nią korytarz rozszerzał się w niewielki węzeł komunikacyjny, wyposażony w masywne drzwi bezpieczeństwa i wyblakłe tablice informacyjne. Oznaczenia wskazywały trzy możliwe drogi: klatkę schodową B1, prowadzącą bezpośrednio na wyższy poziom, skrzydło laboratoryjne C-12 oraz wąski tunel konserwacyjny, łączący instalacje techniczne poszczególnych kondygnacji. Pierwsza droga wydawała się najkrótsza, druga mogła kryć przydatne wyposażenie lub dokumentację, natomiast trzecia oferowała możliwość przemieszczania się poza głównymi ciągami komunikacyjnymi. Z tyłu znowu coś głośno chrupnęło, a następnie rozległo się kolejne przeciągłe mlaśnięcie. Stworzenie wciąż było pochłonięte bufetem. O' miała jeszcze chwilę na podjęcie decyzji.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • Invader ZirI Niedostępny
                      Invader ZirI Niedostępny
                      Invader Zir jako Ogress
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Invader Zir
                      #10

                      Właz zwisał na obruszonych zawiasach, odsłaniając ciasny kanał, niewiele szerszy od jej ramion. Idealnie. Wcisnęła się do środka, przymknęła za sobą pokrywę i włączyła latarkę, ustawiając ją na najniższą moc. Następnie rozpoczęła mozolną wspinaczkę pośród zakurzonych przewodów, rur i popękanej izolacji. Tunel zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Ogress przypomniała sobie, że podobne przejścia służyły niegdyś technikom do obsługi instalacji elektrycznych i wentylacyjnych, łącząc poszczególne kondygnacje kompleksu z pominięciem głównych korytarzy oraz posterunków ochrony. Rozwiązanie niemal idealne dla kogoś, kto zamierzał wydostać się z tego przeklętego miejsca bez robienia za dokładkę do czyjegoś obiadu. Przez mniej więcej pięć minut posuwała się naprzód bez przeszkód, aż światło latarki wyłowiło z ciemności coś, co początkowo wzięła za kolejny fragment żywicznych narośli.

                      Przy jednej z rur tkwiła cienka, czarna powłoka przypominająca wylinkę ogromnego owada. Jej kształt odpowiadał stworzeniom napotkanym wcześniej w bazie, ale rozmiary znacznie przewyższały wszystko, co dotąd zobaczyła. Pusty kokon pękł wzdłuż grzbietu, najwyraźniej wypuszczając na świat coś jeszcze większego. Co gorsza, wyglądał na stosunkowo świeży. Ogress przesunęła snop światła dalej. Jakieś piętnaście metrów przed nią tunel kończył się pionowym szybem z metalową drabinką, na której szczeblach dostrzegła głębokie, świeże ślady pazurów. Najwyraźniej przeszło tędy coś, czego zdecydowanie nie chciała spotkać w tak ciasnych warunkach. Po prawdzie, to w jakichkolwiek innych też nie.

                      Zanim zdążyła dokładniej przyjrzeć się znalezisku, gdzieś nad jej głową rozległ się głuchy huk, a zaraz po nim stłumione krzyki. Ludzkie głosy. Tego się nie spodziewała. Jeden z wrzasków rozpoznała niemal natychmiast. Riker. Drań żył, choć po tonie jego wrzasków można było wywnioskować, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. Nie był też sam. Ogress znieruchomiała, próbując ustalić, skąd dokładnie dochodziły odgłosy paniki. Huk powtórzył się, tym razem głośniejszy, po czym rozległ się przenikliwy skrzek jednego z mutantów. Wyglądało na to, że piętro wyżej rozpętało się prawdziwe piekło.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • The_OnlyT Niedostępny
                        The_OnlyT Niedostępny
                        The_Only jako Mistrz Gry
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez The_Only
                        #11

                        text alternatywny

                        Ostatni człowiek był ostatnim, ponieważ zrozumiał sytuację jako pierwszy. Rzucił się do ucieczki. Nie za osłonę, nie do pojazdu – po prostu zrobił w tył zwrot i dał dyla przed siebie, jakby sam dystans miał go uratować przed czymś, co jeszcze kilka minut temu było martwe. Wolf przesunął za nim lufę. Implant chciał doprowadzić ruch do końca, ale tym razem ręka właściciela skorygowała cel odrobinę niżej. Nie w plecy. W nogi. Nacisnął spust. Najemnik runął ciężko w piach, przeturlał się raz czy dwa i został na ziemi. Jęk dotarł do Wolfa sekundę później. Dobrze. Martwi ludzie byli przydatni tylko statystykom. Żywi czasami mieli odpowiedzi. Wolf zeskoczył ze stanowiska i ruszył w stronę rannego, zbierając po drodze pistolet z jednego z ciał. Nie spieszył się. Człowiek przed nim próbował odczołgać się dalej, zostawiając za sobą ślad juchy w piachu, ale szybkość nigdy nie była po jego stronie. Wolf podszedł na tyle blisko, żeby nie musieć podnosić głosu. Trzymał broń nisko, ale gotową. Jeśli tamten spróbowałby sięgnąć po własną, ostatnia rozmowa tego wieczoru skończyłaby się nader szybko.

                        Najemnik odwrócił głowę i zamarł. Najpierw zobaczył pistolet, potem sylwetkę stojącą nad nim, a na końcu metal, którego przy pierwszym spotkaniu mężczyzn zwyczajnie nie było. Rozpoznanie przyszło niepełne, poszarpane, jak wspomnienie po ciężkim urazie. Czy rozpoznał Wolfa od razu? Ciężko stwierdzić. Miał jednak świadomość czegoś innego – że stojący nad nim zlepek mięsa i metalu winien być martwy.
                        – Nie… nie, kurwa, nie… myśmy… myśmy cię… – wyrzucił z siebie, cofając się po piachu na łokciach, choć jedna noga już kompletnie odmawiała współpracy.

                        Wolf patrzał na niego z góry. Przez moment sytuacja ułożyła się w znajomy obraz – ciało na ziemi, bezradność, przewaga należąca do kogoś innego. Wargi cyborga ułożyły się w smutny uśmiech, a potem popłynęły słowa.
                        – Ale wtopa, co, Kikut? Kiedy jak kiedy, ale tym razem twoja ekipa dała dupy po całości.
                        Zrobił krok naprzód i opuścił metalową stopę na przestrzelone kolano. Nie docisnął mocno. Bo nie musiał. Najemnik, mimo wstępnego skołatania, zrozumiał sytuację natychmiast. Krzyk urwał się w gardle, gdy nacisk zwiększył się o ledwie odrobinę.
                        – Mogę cię teraz zabić. Bez wysiłku. – Wolf pochylił głowę, jakby rzeczywiście rozważał tę możliwość.
                        – Tylko widzisz… zawsze byłem ciekawy świata. Może zbyt ciekawy. Mam tendencje do pchania palców między drzwi, czy jak to się tam mówi.

                        Kolba pistoletu trafiła mężczyznę w twarz i rzuciła jego głowę na bok. Splunął krwią, zakaszlał i spróbował coś powiedzieć, ale Wolf wskazał brodą na podniszczony pojazd stojący za nimi.
                        – Ten blaszak? Salon piękności Molocha. Ja chcę wiedzieć, jak działa. A ty właśnie zgłosiłeś się na królika doświadczalnego. Ale masz farta, Kikut…
                        Na te słowa twarz rannego zmieniła się bardziej niż po uderzeniu. Spojrzał ponad ramieniem Wolfa na ciemny właz i w jego oczach pojawił się zupełnie inny rodzaj strachu.
                        – Nie. Nie, stary… nie! Nie tam. Kurwa, tylko nie tam! Zastrzel mnie. Słyszysz? Zajeb mnie i skończmy to! Będzie po sprawie!
                        Wolf uśmiechnął się krzywo. Metalowe łapsko zacisnęło się na szczęce i gardle więźnia, tłumiąc niedoszły wrzask i zmieniając go w bełkotliwe charczenie.
                        – Ciii… cichaj. Wiesz, jak to leci: mowa jest srebrem, a milczenie…

                        Ruszył z jeńcem z powrotem do „salonu piękności”. Nie niósł go ostrożnie – po prawdzie to bardziej wlókł, wykorzystując siłę mechanicznego ramienia tak, jakby przeciągał ciężki wór po magazynie. Każdy metr przekładał się na ślady krwi, urwane przekleństwa i coraz słabsze próby wyrwania się z uchwytu. Przy bocznym włazie najemnik spróbował jeszcze raz zaprzeć się zdrową nogą o próg, ale Wolf szarpnął mocniej i wraził go do środka. Metalowe wnętrze przyjęło ich tym samym niskim pomrukiem, którym wcześniej obudziło jego samego. Lampy aktywowały się ponownie. Gdzieś nad stołem poruszyło się jedno z przegubowych ramion, powoli obracając chwytak w ich stronę. Więzień zobaczył je pierwszy.
                        – O Boże… o kurwa… nie, nie, nie… – wychrypiał, gubiąc resztki nadziei. Wolf poczuł, jak ciało w jego uchwycie zesztywniało, kiedy po ścianie, z góry na dół, przesunęła się cienka linia błękitna linia skanera medycznego. Na rannym zatrzymała się zdecydowanie dłużej niż na nim samym. Na obrzeżu pola widzenia pojawiły się kolejne komunikaty: MASA BIOLOGICZNA: ŻYWOTNA. STAN: ZDEGRADOWANY. PRZETWARZANIE: MOŻLIWE. Mechaniczne ramię opuściło się o kilka centymetrów. Najemnik znowu zaczął się szarpać.
                        – Stary, słuchaj mnie. Powiem ci wszystko. Steve, baza, ludzie, trasy, kurwa, wszystko. Tylko mnie stąd wypuść! – Wolf beznamiętnie spojrzał na niego, a potem na urządzenie.
                        – Widzi mi się raczej, żeby jebnąć cię na stół i sprawdzić, co ta Złota Rączka pod sufitem zrobiła z moim truchłem, zanim wy sobie o nim przypomnieliście. Chyba, że masz coś naprawdę konkretnego, co chciałbyś mi wyśpiewać?

                        Cyborg rzucił tę kwestię niemal pogodnie, po czym bez większej ceremonii cisnął najemnika na metalową płytę. Blat zadzwonił głucho, więzień zaklął i spróbował poderwać się na łokciach, ale nie zdążył. Obejmy zamknęły się kolejno na nadgarstkach, ramionach, torsie i szyi. Najpierw lekko. Potem dostrzegalnie ciaśniej.
                        – Czekaj, kurwa, czekaj! Przecie mówiłem, że się dogadamy! – wychrypiał, rzucając się coraz gwałtowniej. Nad nim poruszyło się przegubowe ramię. Zacisk na końcu wykonał kilka drobnych, precyzyjnych ruchów, jakby mechaniczny chirurg rozprostowywał palce przed zabiegiem.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1

                        Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                        Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                        Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                        Zarejestruj się Zaloguj się
                        Odpowiedz
                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                        • Najpierw najstarsze
                        • Najpierw najnowsze
                        • Najwięcej głosów


                        • Zaloguj się

                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                        Powered by NodeBB Contributors
                        • Pierwszy post
                          Ostatni post
                        0
                        • Kategorie
                        • Ostatnie
                        • Tagi
                        • Popularne
                        • Świat
                        • Użytkownicy
                        • Grupy
                        • Strona startowa