Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 410 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez Panicz
    #31

    Randal (Mike)

    Randal zaklął widząc jak szybko potwór pozbył się dwóch członków grupy. Nie było czasu na wypominanie pozostałym, że lepiej było to zrobić sposobem. Warknął coś niepochlebnego i zapewne nieprzyzwoitego pod nosem i runął na stwora.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz
      napisał ostatnio edytowany przez
      #32

      Randal Bronson, choć nie stronił od sprytu i rozwiązań na skróty, jeśli służyły słusznej sprawie, odwagi miał dość, by obdzielić batalion wojska. A jeśli do tego szło jeszcze o wsparcie brata po mieczu, na wątpliwości po prostu nie było miejsca.

      Paladyn zrzucił na bok kołczan i wszystko, co mogło go krępować i natarł dziko na syczącego nad Grimleyem kościogryza. Choć bestia zgięła już odnóża do wyskoku, gotowa przygwoździć do ziemi kolejnego nieszczęśnika, rycerz zdążył powstrzymać morderczą passę. Dopadł stwora od frontu, ale w ostatniej chwili, szarpnięciem całego ciała skręcił, myląc insekci móżdżek. Wychylony, z tarczą w razie czego chroniącą od boku, natarł z szerokiego kąta, waląc na odlew po odwłoku i kończynach bestii.

      Cios był mocny, aż pająk podskoczył z sykiem. Ale nie dość mocny, by dobrać się do miękkiego, które skrywał pancerz. Rycerz musiał szykować się na kontrę. Odskoczył osłaniając się tarczą i zamłyńcował, przykucając niemal w oczekiwaniu na ripostę.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz
        napisał ostatnio edytowany przez
        #33

        Kai (Aro)

        Syki, klekoty, sapania, świsty, mlaski i szereg innych jeszcze dźwięków składały się na podziemną symfonię, coraz to bardziej krwawą uwerturę ich pierwszej wizyty w starożytnych ruinach. Szczęśliwie najgłośniejsza i najbardziej dysonansowa nuta ze wszystkich, wystrzał z broni doktor Quatermain odbijający się hucznym echem od granitowych ścian, tym razem była łatwa do przewidzenia i Kai zdołał w porę zasłonić szpiczaste uszy, osłonić wrażliwy słuch przed kolejnym atakiem i bezustanny pisk mógł dalej lżeć miarowo. Sam też dodał kolejny dźwięk do kompozycji - zdławiony nagłym ściskiem gardła jęk, gdy rozwścieczony kościogryz zdołał w końcu przebić się przez gruzowisko. Wierzgnął przy tym w tył, nieomal zaplątując się o własne nogi i ledwie utrzymując równowagę. Dynamiczna sytuacja, jak to z dynamicznymi sytuacjami w życiu bywało, dotąd mogąca napawać optymizmem nawet pomimo sir Grimleya potraktowanego jadem, w parę jeno uderzeń serca jęła przybierać bardziej ponure barwy. Stary paladyn legł pod nagłym natarciem pająkowatej bestii, a doktor Quatermain związana została lepką siecią i przygwożdżona do ściany. Z sercem dudniącym nie gorzej od jej arkebuza, Kai w ułamek chwili zmuszony był podjąć decyzję, gdzie skoncentrować swe działania.

        — W przeciwnościach losu niebywałe tkwi piękno! — Półelf zakrzyknął w stronę towarzyszki. — Są niczym ogień stal hartujący! Nie traćcież tedy ducha, pani doktor!

        Jakby zainspirowany własnymi słowami, Kai powściągnął początkową chęć rzucenia się na powrót za kratownicę. Przełykając żółć bulgocząco podchodzącą do gardła na każdy błysk swego ostrza nadal tkwiącego w jednym z mnóstwa oczu pająka, w zamian przemknął tuż obok wierzgających wściekle odnóży. Obrócony w palcach nóż zalśnił w migotaniu pochodni, w locie uderzył o chitynowy pancerz na odwłoku, sięgnął nawet czegoś miękkiego. Monstrum wydało z siebie kolejną serię klekotosyków, mogących uchodzić za odgłos bólu. Sztylet pociągnął za sobą ciemną wstęgę, rosząc gorące krople wokół, gdy Kai wyminął kościogryza i obrócił się szarpanie na pięcie, szurając sandałami po podłożu.

        — Nie takaś straszna z bliska, jak się wydawało, bestyjo! — Zakrzyknął jeszcze, jakby chcąc rozproszyć uwagę stwora i dać tym samym otwarcie sir Bronsonowi na zakończenie sceny jednym, finalnym ciosem.

        Wg deklaracji z komentarzy akcja standardowa na atak w kościogryza (sukces potwierdzony przez MG), akcja bonusowa na danie Larze Bardowskiej Inspiracji (+1d6 do jednego dowolnego testu przez następne 10 minut), a akcja ruchu na zajęcie pozycji po przeciwnej stronie pająka tak, by flankować go z Randalem (tym samym dając mu ułatwienie [Advantage] do ataków).

        Ilość kości Bardowskiej Inspiracji po rundzie: 2/3.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #34

          - No i co, no i co? – Mały Kai nie wytrzymał jako pierwszy z dzieciarni. Po klapnięciu dłoni, które miało imitować zamknięcie się paszczy potwora z połkniętym żywcem nieszczęśnikiem zapadła krótka, ale głęboka cisza. Tłum dzieciaków wessał powietrze jak stadko mrówkojadów, a oczy wypełzły im wszystkim z orbit. Długo jednak wytrzymać nie mogli, a Kai był po prostu najszybszy. - I co z nim? Co było dalej?

          - Co było dalej? – Sanjar podniósł się z pieńka, wznosząc za wstaniem głos i efekciarsko wiodąc rozszerzonymi oczami po czeredzie wpatrzonych weń jak w obraz dzieciaków. - Czy sir Grimley przetrwał atak potwornej pajęczycy?

          Nie, pomyślał półelf, przypominając sobie znienacka dawne bajania swego młodzieńczego idola. - Na pewno nie Grimley, mąci mi się już we łbie po latach...

          Faktycznie, ciężko było dziś już dojść, kto był bohaterem dawnej opowieści i jak skończyła się jego historia, ale dla dzisiejszego Grimleya nie wyglądała za dobrze. I choć jego pajęczyca nie połknęła w całości, to przygniecione ciężarem i przeryte spiczastymi odnóżami ciało było równie blisko śmierci, co ów dawno wybajany śmiałek, którego perypetie śledziła cała obozowa dzieciarnia.

          Teraz historia jest moja, przemknęło Kaiowi przez myśl, gdy niesiony własną pieśnią rzucił się do boju ze straszydłem znanym z ogniskowych gawęd. Pieśń istotnie mogła dodać skrzydeł. Lara poczuła, że i ją wyśpiewane wezwanie barda wzmocniło w szamotaninie z siecią.

          Motała się jak mogła i napinała mięśnie, odlepiając od ściany cząstki pajęczej pułapki. W tym wszystkim, siłując się a to z lepką barierą, a to z samą sobą, musiała zaczepić o coś pasem, albo inną solidną częścią garderoby, bo zamiast wyzwolić się, wzmogła jeszcze opór skrępowanych członków. Poczuła jak wezbrana w niej wściekłość przelewa się i jest blisko, by wykipieć. Chciała się wydrzeć, walczyć, pomóc!

          Skłębiona w nerwach, odetchnęła mocno widząc jak kontra pająka po ciosach Randala i Kaia chybia celu. To była głównie zasługa paladyna, który walczył z tarczą iście po mistrzowsku. Potrafił tak zastawiać się metalem, że pająk nie potrafił go sięgnąć żadnym z odnóży, a przy próbach ukąszenia obrywał po żuwaczkach, cofając się z niczym.

          Od defensywy do ofensywy byłaby jednak daleka droga, gdyby Randal miał walczyć sam. Ba, pewnie w takiej walce nie miałby szans – nawet i z pawężem i w pełnej płycie. Na szczęście nie był sam, a wzrastający w odwadze bard nękał pajęczycę z drugiej strony, dźgając ją jak umiał. Głównie irytująco i nieszkodliwie, ale ze wspomożeniem dla pancernego towarzysza. Ten zaś, kiedy jeden z takich momentów kosztował kościogryza dłuższą niż zwykle reakcję, wykorzystał swą szansę.

          Wypadł zza tarczy ze sztychem, jakby jechał konno i planował wpakować w potwora kopię. Aż tyle siły i impetu tu nie było, ale osłabiony i zdezorientowany robal oberwał pod szczękoczułki, buchając posoką i jadem z rozoranego otworu gębowego. Kai chciał poprawić, ale poderwany przedśmiertną furią pająk wyskoczył w powietrze solidnie poza jego zasięg.

          Wyskok był iście spektakularny, unaoczniający jak cholerne szczęście mieli, że tłusty pajęczy kuper zablokował się wcześniej za gruzowiskiem i nie musieli mierzyć się z bestią wręcz od samego początku. Trwał chwilę, ale zaraz po tej chwili, wszystko dobiegło końca.

          Randal machnął mieczem w wyskoku, ledwo co sięgając rozlewającej się gęby potwora, wzmagając strumień jadowitej posoki. Kościogryz chwycił go przednimi odnóżami, niezdolny przebić się przez zbroję, ale zdolny by ścisnąć go i przywalić do ziemi. Opadające cielsko runęło przed rycerzem i w wyskoku z impetem przywaliło nim o ścianę, aż Randalowi zadudniło w uszach, a dłoń trzymająca tarczę zdrętwiała. Osłona padła na ziemię z brzękiem.

          Lara chciała krzyknąć – nie wiedzieć właściwie w jakiej emocji, bo zbiegły się w niej odmienne – ale jęknęła tylko z bólu. Tryumfalnie, czując jak wzmożone, umęczone mięśnie w końcu przerywają pajęczą nić, wypuszczając ją na wolność. Akurat w tej chwili!

          W chwili, gdy Kai – w przypływie szaleńczej fantazji – dał susa pod pajęczy odwłok i wbił tam na raz dwa sztylety, ile tylko miał sił w ciele. Wbił, a sam, równie szybko, co wskoczył, wyturlał się na bok, lądując na miękkiej kupie pajęczyn i twardych, bodących w plecy kawałkach stropu.

          Kościogryz zakwiczał, bo tak chyba dałoby się sklasyfikować ten odgłos, którym kończył i zakręcił się jak bąk, przebierając słabnącymi odnóżami jak płatami wiatraka. Powlókł się najpierw ku bezbronnemu chwilowo Kaiowi, potem zakuśtykał znów w drugą stronę, gdzie z ziemi gramolił się Randal, a w końcu wywrócił w obłoku kurzu tuż przed Grimleyem.

          Wzbity obłok na chwilę oślepił zebranych, a u starego paladyna wywołał nagły atak kaszlu. Atak, który poderwał go z ziemi. Półprzytomny jeszcze, ale ewidentnie żyw, Algernon wyzbierał się, by usiąść, po raz kolejny dowodząc sobie, że nie tak łatwo jest umrzeć.

          Kiedy kurz opadł, Lara czekała już przy pajęczym zewłoku z arkebuzem nastawionym do strzału. Trąciła stwora lufą, gotowa dobić paskudztwo na dobre, ale było po wszystkim. Przeżyli. Przeżyli kolejną z komnat Ścieżki Slerotina.

          Bogowie! Czy tak to wszystko miało tutaj wyglądać?

          Tymczasem w lazarecie u Seweryna

          Seweryn był wielu kwestiach absolutystą, kompletnie nieskorym do rezygnacji z własnego spojrzenia czy półśrodków w realizacji tego w co wierzył. Jego pech, że nie wszystko, co sobie w szczytnych celach zakładał odpowiadało temu, co świat w najszczytniejszych dopuszczał. Dlatego właśnie dbał o zamykanie drzwi i okien, kiedy przychodziło mu mierzyć się ze sprawami moralnie zbyt dla postronnych egzotycznymi, czy – jak w tym wypadku – sznurował solidnie płachty namiotu.

          Nie każdy mógł zrozumieć, jak można mieszać krew z krwią i to nie w braterskiej krwi przysiędze, ale spijając ją żelazem z jednego człeka i następnie wtłaczając do drugiego. Seweryn ponacinał obu zatrutych, oznaczając dziwnymi maźnięciami przestrzeń ich żył i mamrocząc coś pod nosem, gdy tylko wzrokiem łypnął do księgi. Dymił im czymś, okadzał jak wedle rytuału i wciskał w usta kawałki czegoś twardego, prowadząc szyk od jednej dziwaczności do drugiej.

          Sen obu pacjentów wzmógł się jeszcze po tych zabiegach, tętno zwolniło. Medyk ponacinał ich nożykami i srebrną rurką zbierał krew do pęcherzyków, niby małych baniek. Potem, koncentrując się teraz głównie na Bercie, który miał się gorzej, zaczął przez srebrne kaniule wpompowywać weń krew górnika, pobraną przed chwilą. Ręce miał pewne i ruchy zdecydowane, ale wargi trzęsły mu się przy tym i szeptały dziwne słowa, których nie powtórzyłby nikt w całych Wrotach.

          Wydawało się, że wie, co robi, choć im więcej krwi spłynęło z jednego i im więcej wpłynęło jej do drugiego z 'leczonych', tym zimniejsi się stawali, a oddechy traciły miarowy rytm. Seweryn krążył od jednego do drugiego, przykładając ucho do piersi, sprawdzając tętno, podnosząc powieki, by spojrzeć w niewidzące oczy, nasłuchać, ponaciskać, pogmerać i pochuchać. Skruszony korzeń skałodrzewu wtarty w rany pomógł w ich szybszym zasklepieniu, ale sińce na ciele puchły i promieniowały.

          Seweryn dreptał pomiędzy rannymi, coraz bardziej nerwowo, coraz częściej zerkając do książki i nie mogąc znaleźć odpowiedzi na rodzące się wątpliwości. Bolvarowi poprawiało się powoli, może i nazbyt powoli, ale o niego medyk już się nie martwił. Zamiast tego zaczął dumać, co z Bertem. Co począć?

          Przechodził nieduży okrąg namiotu pewnie z kilkaset razy, zerkając co i raz do kolejnych słoików i puzderek, otwierając skrzynki i szkatułki, odkręcając fiolki i ampułki. Niektóre raz, sprawdzając tylko, a inne i po kilka razy, niepewnie, błądząc i szukając odpowiedzi.

          Czując, że nie znajdzie jej w księdze, przeżegnał się w końcu po Pelorowemu i rozwinął jedwabny splot z niebieskim proszkiem. Nasypał go do cieczy wstawionej na ogień w alembiku i po krótkim pacierzu, zmieszawszy z chłodną wodą, zlał rurką do niezamkniętej jeszcze rany.

          Bert wierzgnął na stole, rzucił się jak pstrąg skaczący za muchą i pewnie odgryzłby sobie język, gdyby nie wpakowany wcześniej do gęby kołek. Seweryn dopadł do niego i przycisnął zbrojnego w miejscu całym swoim ciężarem. Patrzył nań teraz niepewnie, licząc nagle wzmożone oddechy.

          Krew zaczęła krążyć mocniej, ochroniarz zrobił się czerwony, cieplejszy. Seweryn liczył dalej, ale w końcu uśmiechnał się lubieżnie, jakby obcowanie ze śmiercią miało dla niego intymny wymiar.

          - Zwycięstwo! – Szepnął głośno i zaśmiał się, najpierw cicho, a potem coraz donośniej, aż za chwilę okruchy dziwnej radości dałoby się usłyszeć i poza namiotem.

          Medyk czule pogładził Berta po skroni i zbliżył się do Bolvara, który po aplikacji skałodrzewu był już chyba dość wzmocniony. Rudy spojrzał na niego oceniająco...

          Medyk czule pogładził Berta po skroni i zbliżył się do Bolvara, który po aplikacji skałodrzewu był już chyba dość wzmocniony. Rudy spojrzał na niego oceniająco...

          Wiedział już, że Bert przeżyje. Transfuzja zadziałała, plan się powiódł. Wpompowane w ciało zbrojnego przeciwciała wytworzone magicznym leczeniem Randala wdrożyły się w krwioobieg i rozhulały po organizmie, gnane narkotykiem. Może przedwcześnie, może przesadzał z tym 'wiedział', ale sam mocno obstawiałby, że przeżyje. Raczej na pewno.

          No, a skoro jeden był odratowany, to – dla dobra potomnych – można było sprawdzić jak skuteczne będzie magiczne wzmocnienie odporności na truciznę u drugiego. Czy organizm na stałe uodparnia się na zneutralizowany jad? A jeśli tak, to na ile? I do jakiego poziomu?

          Seweryn przeżegnał się nad Bolvarem, tym razem porządniej jeszcze, jak rasowy kapłan i zaczął powoli wlewać mu przez rurkę do gardła wytoczony z kościogryza jad.

          Randal 4/12 PW
          Grimley 1/15 PW (20 na rzucie przeciw śmierci, heh)
          Seweryn 6/8 PW (ale to z wcześniejszych zdarzeń, tutaj tylko dla porządku)
          Pozostali bez szkód
          Pająk martwy, winszuję

          Obu pacjentów udało się odratować. Acz kontynuowane 'sprawdzanie jadu' będzie kosztować Bolvara dodatkowe testy, więc czy drugi raz mu się uda zobaczymy

          Wszyscy mogą sobie dopisać 150 PD-ków: po 75 za każdą z walk (Seweryn dostaje 75 za swoją operację zamiast drugiej walki); inspiracje i ewentualne inne bonusy później, bo kto wie, co tam dalej czyha

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez
            #35

            Lara Quatermain (Alex Tyler)

            Kiedy cyrulik opuszczał w pośpiechu podziemia z ustabilizowanym przez nią Bertem i truchłem jednego z pająków, Lara miała odnośnie złe przeczucia. A należała do osób, które bardziej ufają swoim emocjonalnym przeczuciom i intuicji, niż rozsądkowi i wiedzy teoretycznej. Niemniej wierzyła, że cokolwiek ten dziwny człek planuje, znajdzie się ktoś porządny, kto powstrzyma go przed zrobieniem czegoś głupiego. Wszak w szpitalu musieli znaleźć się jacyś ludzie, którzy nie pozostaną w takiej sytuacji obojętnymi.

            Eksplorację komnaty Quatermain zaczęła od zorganizowania źródła światła i poddania obdukcji wszystkich ciał. Wolała się upewnić co przyczyn śmierci każdego z obecnych. Ostatecznie okazało się, że wszystkie zwłoki, starsze i świeższe, były wynikiem napaści żerujących na tym terenie kościogryzów. Następnie przeszła do dużo bardziej przyjemnej ekspertyzy archeologicznej, momentalnie się w tym zatracając. W jej wyniku zdołała zidentyfikować przeznaczenie pomieszczenia, a także napisy na monetach i część trwalszej dokumentacji. Niestety wiele z okazów było w tak fatalnym stanie, że nawet bardzo doświadczona w obcowaniu z antycznymi przedmiotami blondynka nie była w stanie zabezpieczyć ich bez uszkodzenia, bądź zniszczenia. Co odebrała z wielkim żalem. Dlatego na tamten moment ograniczyła się jedynie do wstępnego skatalogowania i oznaczenia lokalizacji wszystkich wartościowych eksponatów. Prawdziwą gratkę stanowił dla niej praktycznie nienaruszony kuferek, w którym znalazła dużo pism. Jego najwspanialszą i niezwykle wzruszającą zawartością była załączona do zwoju z zaklęciem krótka notka od mamy do syna, który dostał się do akademii magicznej. To głównie dlatego jak nic innego fascynowała ją archeologia, chodziło bowiem o możliwość bezpośredniego kontaktu z przeszłością. Żywotami zwykłych ludzi sprzed wieków. Ich troskami, pragnieniami, marzeniami i obawami. Nie była to żadna paleofilia czy typowe kronikarsko-akademickie zacięcie na punkcie katalogowania i opisywania przeszłych zdarzeń o wielkiej wadze. Ją interesowało samo życie. W swej prozaicznej i urzekającej postaci. Drugim kluczowym czynnikiem było dla niej odkrywanie nieznanego. Z czym nierzadko wiązały się ekscytujące przygody.

            f76ae0dd-a443-4abb-aca2-e7ae07ef970a-image.png

            Pochłonięta przeglądem antycznych przedmiotów czarnooka szlachcianka prawie zapomniała o innej naukowej gratce znajdującej się tuż pod jej zaokularowanym nosem. Wijącym się po podłodze ciele, pogrążonym w stanie przywodzącym na myśl nieżycie z podań ludowego folkloru i tekstów mrocznych magicznych ksiąg. Po oględzinach okazało się jednak, że jakimś osobliwym sposobem ten człowiek żył. Nie było to życie w pełnym tego słowie znaczenia, prędzej jakaś osobliwa karykatura. Ale z pewnością nie miała do czynienia z zombi. Dziewczyna nie należała do twardogłowych uczonych, wręcz przeciwnie. Wiedziała też, że wiele tajemnic życia i natury pozostawało nieodkrytych. Dlatego jej zaskoczenie prędko ustąpiło głębokiemu zaciekawieniu. Zbadała więc, jak dalece mogła ten osobliwy przypadek, poza zajęciami profesora Nivelle'a przypominając sobie również o niezwykłej opowieści ojca na temat wyjątkowego gatunku grzybów sterujących zwłokami mrówek, które widział w jednym z lasów tropikalnych w Centralnym Oerik. W ponurym obowiązku zakończeniu nędznego żywota wyręczył ją jednak jeden ze zbrojnych. Za co w duchu była mu wdzięczna, bo nie była osobą przesadnie skłonną do dokonywania eutanazji, nawet jeśli chodziło o tego typu żałosną namiastkę życia.

            text alternatywny

            Lara z radością odebrała fakt, że udało się odnaleźć brakujący element podnoszący kratę do pomieszczenia z intrygującym ją reliefem. W innym wypadku rozważała przeciśnięcie się pod nią. Co przy jej wymiarach i gibkości wydawało się jak najbardziej wykonalne, choć wiązałoby się z pewną dozą ryzyka utknięcia. Wprawdzie już od dziecka lubiła wciskać się w różne trudnodostępne miejsca, ale w sytuacji gdy nie wiadomo co czaiło się po drugiej stronie i dopóki nie było to konieczne, wolała nie narażać się niepotrzebnie. Kochała niebezpieczeństwo, ale daleko jej było do czystej głupoty.

            Analizę płaskorzeźby i ukrytego pod nią mechanizmu otwierającego przerwał przeklinający wojownik. Zgodnie z obowiązkiem moralnym i zawodowym Quatermain udzieliła mu pomocy medycznej. Później doszło dyskusji na temat tego co uczynić z wielkim okazem pająka czającego się za gruzowiskiem. Doktor medycyny wyraźnie sprzeciwiła się użyciu ognia i łatwopalnego oleju. Nie śmiąc nawet ryzykować uszkodzeniem, a tym bardziej spaleniem cennych okazów archeologicznych znajdujących potencjalnie za barykadą utworzoną z rumowiska. Mając na względzie to i naglący czas z racji kruszejącej pod naporem masywnego kościogryza bariery, naprędce przyczaiła się kawałek dalej i po krótkim ostrzeżeniu wypaliła z dwulufowego arkebuza w kierunku wielkiego pająka poprzez otwór w zwalisku. Co prawda strzał chybił, ale wystraszył bądź zdezorientował zwierzę. Dało to czas reszcie, by poszła w ślady miłośniczki archeologii. Druga z kolei salwa okazała się niszczycielska, aczkolwiek niedefinitywna w kwestii zakończenia walki. Po niej pająk zmienił taktykę, zdradzając, że tliła się w nim niespodziewana inteligencja. Kiedy po krótkiej nieobecności przyszpilił Larę do ściany, najpewniej uznając jej huczącą broń za najgroźniejszą, rzucił się bez wahania na resztę. Biedna okularnica nie mogła nic uczynić, poza bezradną obserwacją, jako że pajęczynowe pęta trzymały zawzięcie. Nawet inspirujące słowa półelfa nie mogły jej pomóc. Choć przynajmniej po ich usłyszeniu jej podejrzenia znacznie zbliżyły się do pewności, jeśli chodziło o więcej niż zwykłą naturę wystąpień artysty. Ewidentnie musiał być jednym z tych słynnych bardów, a więc nie tylko wędrownym artystą i gawędziarzem, ale przede wszystkim wyjątkowym twórcą zdolnym swą sztuką wpływać na samą naturę rzeczywistości.

            W każdym razie niepoprawny optymizm Quatermain i tym razem nie został nadwyrężony, bowiem gdy tylko wydostała się z pajęczej pułapki, przyszło jej jedynie upewnić się, że wielki pająk został dobity przez towarzyszących jej dzielnych mężów. Dwójka z nich była poważnie ranna i wymagała pomocy medycznej, toteż nie traciła więcej czasu na zwłoki biednego zwierzęcia, bo tak je postrzegała, to ludzi widząc w danej sytuacji jako intruzów, którzy naruszyli żerowisko niewinnych istot, które tylko zareagowały zgodnie z własną naturą. Nadawało to pewnej goryczy ekscytującemu zwycięstwu, ale niewiele mogła na to poradzić. Ludzki ekspansjonizm był niepowstrzymany, a jego kosztem zawsze były ofiary różnych gatunków, także ich własnego. Gdyby nie oni, to kto inny wytępiłby te istoty. Raz otwarta Ścieżka Slerotina miała nie zostać zamknięta aż do wydrenowania jej wszystkich bogactw i tajemnic.

            Praca medyka w takim miejscu zdawała się nie mieć końca. Odkrycie tajemnic płaskorzeźby musiało jeszcze trochę poczekać, choć już w trakcie zajmowania się rannymi Lara z trudem opierała się fantazjowaniu o tym, co uda się znaleźć po uruchomieniu antycznego mechanizmu.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez Panicz
              #36

              Seweryn Drachenwulf (Rewik)

              https://i.imgur.com/ik4zvi1.png

              Przed namiotem ktoś oczekiwał. Seweryn nie znał niewiasty, choć pewnie zdarzyło się mu minąć ją na górskich, wyścielonych kamieniami ścieżynach.

              - Jestem dobrej myśli - rzekł nagle z osobliwym błyskiem w oczach - zrobiłem co do mnie należało, teraz wszystko omnia in manibus Peloris. On czu-czuwa nad tym miejscem. Tak. - Ostatnie słowa cyrulika były bardziej jemu samemu, niźli kobiecie przeznaczone. Co dało się wyczuć. - Cierpliwości.

              Seweryn zdjął jedną z wywieszonych na słońcu szmat, obmył dłonie, po czym zanurzył tkaninę w wiadrze stojącym obok beczki na deszczówkę. Wycierając twarz znów zniknął za połami namiotu lazaretu.

              Zlustrował pacjentów starannie. Spali znów. Przygotował igły.
              - Czuwa nade mną. Cierpliwości.

              Kilka dni wcześniej

              Kapliczka była licha, a zwać ją kaplicą, czy kapliczką nawet, było nadużyciem. Był to ledwie ołtarzyk marny. Kilka desek, wymalowany znak solis, ot wszystko co był w stanie przedsięwziąć Seweryn. Lecz sceneria, w której się znajdowała, wynagradzała ubogość jej. Zwłaszcza o świcie, gdy słońce ledwie podnosiło się na firmamencie, zdawało się, iż bogowie sami błogosławią to miejsce. Tak przynajmniej widział to Seweryn.

              Medyk pozostający na służbie u Wulberga i Salztona odział się schludnie i nienagannie, a włosy wygładził kilkukrotnie, nim ku ołtarzykowi się skierował. Modlił się gorliwie każdego rana, tak jak wpoił mu ojciec, a wcześniej mama przekonała do tego ojca. Jeno gdy przypadek był się zdarzył nagły, zdarzało się wtedy, że w przypływie pracy zapominał o należnych modłach i wielce potem tego żałował. Tego dnia jednak czas był dlań łaskawy i zdało się, że będzie go miał dziś także nieco dla siebie. Pozostał więc tu dłużej, pacierze odmawiając przykładnie, tak jak się to winno robić i rozmyślając wiele. Oczywiście, Pelor nie odpowiadał mu na wezwania wcale, jeno oślepiał oczy ostrym, niskim światłem.

              Po tymże porannym rytuale, Seweryn zszedł do chaty krytej strzechą, gdzie wiedział, że prócz nici otrzyma włóczki z owczej wełny. Zawsze wybierał kilka kolorów kuleczek. Zawsze te same, chyba że jeszcze mu starczyło z tego, co jeszcze miał. Czasem przez wiele dni brakowało barwników, tedy wracał w innych terminach. Bardzo mało rzeczy robił, które dla siebie przeznaczał. Jego żywot obracał się wokół łapczywego pożerania wiedzy i służby bliźnim. Dzisiaj jednakże w nastroju był na sentymenty.

              Lubił dzierganie na drutach. Ćwiczył dłonie, a umysł odpoczywał, choć ożywała w nim tedy tęsknota. Tęsknota ta była dobra, otwierała serce i oczyszczała duszę, nierzadko szkliła jego ciemne jak noc oczy. Jednakże ilekroć kończył swe dzieło, jakim były wełniane pończochy, nigdy w pełni kontent z efektu nie był. Mawiał, iż te które pamiętał miały żywsze barwy, a to lepiej wyglądał wilkor i smok, kolejno na lewej i prawej sztuce wydziergany, a to kształt nie ten i nie tak ciepłe, jak te które pamiętał, te które zrobiła mu mama.

              Dzisiaj

              Seweryn palcami ujął brzegi rany, przybliżając je do siebie, by zmniejszyć dystans, jaki miała pokonać jego igła. Nić, wprzódy nasączona alkoholem według najnowszych standardów oraz tych dawnych, znanych w półświatku, podążała za jego ruchami dłoni. Nić była długa, gruba, kręta, jak wąż boa, gotowa spleść tkanki w dawną, jednolitą całość. Znałem cyrulików wielu, ale żaden z nich nie dorównywał w tym temu jednemu.

              Kiedy skończył i to, wziął się za sprzątanie. To czego oczy innych poznać nie miały, skrył starannie po czym wezwał do siebie Divraka, co był czekał na zewnątrz i pilnował spokoju medyka. Wespół ostrożnie rannych na siennikach ułożyli. Seweryn niedbale Bolvara i Berta przykrótkim kocem nakrył, zaś po uwadze jego pomocnika, wystające stopy przyozdobiły przebarwne, wełniane pończochy. Seweryn był ewidentnie w dobrym humorze. Na odwiedziny jednakże nie przyzwolił. Wyprosił i zwolnił prędko Divraka, by zająć się inszymi swoimi sprawunkami. W przerwie zaś, dla odpoczynku napar z ziół spożywając, głowił się, co jego kamraci na Ścieżce Slerotina odkryli.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz
                napisał ostatnio edytowany przez
                #37

                Kai (Aro)

                Starcie z przerośniętym, pająkowatym monstrum kosztowało ich więcej niż trochę wysiłku, a i opłacili je też mniejszymi lub większymi kosztami zdrowotnymi, nim bestia wreszcie zaległa w bezruchu na nadgryzionej przez wieki posadzce, wzbijając w powietrze chmurę wszechobecnego kurzu. Na tenże widok Kai, jeszcze przed chwilą panicznie sięgający po różane płatki skryte w kieszeni kurty, by magią obronić się przed pozornie nacierającym nań potworem, odetchnął głęboko z ulgą i zaległ na swym miejscu, opierając się już zupełnie na stercie gruzu oplecionej jedwabną pajęczyną. Z piwnym spojrzeniem wbitym w ciemny strop zakasłał, gdy siwe pasma pyłu opadły i na niego, machając dłonią przed twarzą w próbie ich przepędzenia. Pomimo że ze starcia wyszedł najlepiej z obecnych - jakimś cudem unikając bycia celem wściekłych ataków kościogryza i nie odnosząc żadnych ran - to szaleńczo brawurowe działania zdawały się odcisnąć nań swe piętno. Jako że bezpośrednie zagrożenie przeminęło, a wraz z nim gorąc we krwi motywujący do działania, nagłe zmęczenie zaczęło wtłaczać się w jego ciało. Półelf potrzebował zatem paru chwil, by złapać oddech i unormować bicie serca.

                — Im są więksi… — mruknął przy tym sam do siebie, na bezdechu, ocierając łzy wyciśnięte z oczu przez wirujący w powietrzu kurz.

                Ostatecznie podniósł się jednak do pionu. Bez większej gracji, wspierając wpierw dłońmi o posadzkę. Równie chybotliwymi krokami ruszył w stronę martwego już cielska kościogryza, by odzyskać swe lekkie ostrza weń zdepozytowane, otrzepując odzienie ze strzępków pajęczyny uparcie się go trzymających. Zerknął też przy tym krótko i współczująco w stronę Lary, której spotkanie z jedwabną siecią było o wiele gorsze, niż jego. Wszak pajęcza plecionka zamortyzowała nieco uderzenie plecami o gruz. Acz nie na tyle, by nie syczał od czasu do czasu przy mdłym bólu promieniującym z niewątpliwie kwitnących wzdłuż kręgosłupa siniakami. Grymas na młodej twarzy można było zatem zrzucić na karb obtłuczeń, lecz i wyrywanie ociekających posoką noży ze stygnącego zewłoka robiło tutaj swoje. Zwłaszcza, gdy Kai chwycił za ostatnie ostrze - to pierwsze, które weszło w jedno z oczu. Nader głęboko, wymagając odeń zaparcia się nogą o chitynowy pancerz. Nóż wyszedł nie tylko z paskudnym mlaskiem, a pociągnął też za sobą gałkę oczną. Co też mocno pogłębiło grymas półelfa, jak i wyrwało z jego gardła przeciągłe “błeee”. Prędkimi szturchnięciami palca pozbył się oka tkwiącego w klindze, wzdrygając pod dreszczem gdy czarne ślepie pacnęło o posadzkę.

                — A żebyś smażyło się w Piekle i diabły cię brały pospołu — pożegnał trupa. Gdyby nie suchość w gardle, może i też splunąłby w jego stronę.

                Na krótką chwilę po tym, półelf przysiadł na jednym z zalegających kawałków gruzu, by doprowadzić ostrza do porządku i pozbyć się zeń lśniącej posoki. Popsioczył przy tym w duchu na obecność towarzyszy - gdyby nie oni, mógłby uciec się przy czyszczeniu do prostego zaklęcia, a tak przyszło mu wycierać stal w lnianą koszulę. Z urażonym zmysłem estetycznym i podłużnymi plamami na przyodziewku, otarł jeszcze twarz z potu i pyłu prędkimi ruchami, nim podskoczył ponownie do pionu. Widząc, że doktor Quatermain rusza opatrywać potłuczonych paladynów, postanowił w międzyczasie zerknąć w komnatę, do niedawna okupowaną przez wielkiego kościogryza.

                W ostatecznym rozrachunku atak bestii, całkiem naturalnie i rzecz oczywista, szło określić tylko i wyłącznie jako wydarzenie negatywne. Nie było jednak zupełnie pozbawione jednego, jasnego punktu. Nie chodziło tu bynajmniej o zacieśnianie więzów wspólnym przelewaniem krwi, a rzecz bardziej prozaiczną. Wściekłe natarcie kościogryza zwyczajnie utorowało ścieżkę dalej, dotąd zablokowaną przez rumowisko, znacznie ułatwiając im przejście. Z czego też Kai zamierzał skorzystać. Przezornie uzbrojony w stosowną dozę dyskrecji.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Niedostępny
                  PaniczP Niedostępny
                  Panicz
                  napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                  #38

                  Randal (Mike)

                  Bronson opatrzony, dźwignął się na nogi i podziękował pani doktor.

                  - Solidna robota, sam bym lepiej nie zrobił - dopiero po wypowiedzeniu tych słów zdał sobie sprawę, że taka opinie z ust kogoś, kto zazwyczaj wywołuje urazy może nie być za dobrze odebrana. Cóż z tego, że szczera i prawdziwa. Może i nie był wirtuozem skalpela za to miał spore doświadczanie praktyczne. Oczywiście znaleźli by się tacy co to zaraz zaczną kręci nosem, że nie sztuka pozszywać delikwenta, jak w każdej chwili można wezwać moc swego patrona na pomoc. I cóż takim rzec? A nic, kij im w oko.

                  Randal podniósł tarczę i ruszył za Kaiem.

                  - Na następny raz każdy ma mieć bakę nafty na wszelki wypadek - nakazał wszystkim.

                  Już miał iść za bardem, ale widząc jak ten się skrada postanowił nie psuć mu szyków i poczekał na znak od niego. Gotów w razie czego ruszyć z odsieczą.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #39

                    Ciężki zewłok pajęczyska leżał do góry odnóżami, wywrócony w przedśmiertnym spazmie. Ciało drgało jeszcze czasem, poszczękując w drgawkach kościstymi chwytakami, ale wygrana była totalna. Eksploratorzy zwyciężyli, wpuszczając życie z zewnątrz do dawno nienawiedzanych przez świat powierzchni korytarzy Ścieżki.

                    Krew, siniaki, ból i adrenalina. Przed paroma chwilami jeszcze strach, wahanie, wątpliwość, co będzie dalej. Mgnienia grozy w przerwach od niemyślenia, gdy zostaje działanie. Rządząca szczęśliwie agresja, które nie daje dojść do głosu mącocym w głowie pytaniom. A wszystko prawdziwe.

                    Ale teraz, ledwie oddech czy dwa dalej, jeszcze kościogryz nie skończył swoich podrygów, jeszcze dym z broni i kurz z upadków krążył w powietrzu, nowy impuls rwał ich już naprzód. Ciekawość. Ciekawość, co dalej. Co skryta starożytność za rogiem przyszkuje swoim odkrywcom.

                    Kai uległ jej pierwszy. Fakt, że jako jedyny z walki wyszedł faktycznie bez szwanku, więc oddechów i kontemplacji życia trzeba było mu mniej niż reszcie, która mocniej zwarła się ze śmiercią (może i Lara nie spojrzała jej głęboko w ślepia i dla niej skończyło się na otarciach, ale już samo skrępowanie i bezsilność w obliczu zagrożenia – nawet chwilowe – wstrząsały człowiekiem). A może po prostu pozostali mieli dość rozsądku, by wstrzymać się chwilę i dojść do siebie, o co zadbała doktor Quatermain.

                    Medyczka fachowo zadbała o obu pacjentów, sięgając po swoją nieodłączną torbę lekarską. Wyszło na to, że obaj byli zaskakująco twardzi (jak na rycerzy Karzącej Ręki przystało, ma się rozumieć), więc żadnemu nie trafiła się otwarta rana, ani nic w podobie. Posiniaczenia, obtarcia, ogólne poturbowanie, a u Grimleya może nawet jakieś wewnętrzne uszkodzenia, ale kojące maści, opatrunki skaleczeń i parę kropel przeciwbólowego wywaru na bandażach starczyły, by obaj panowie od razu poczuli się dużo lepiej. Może to i samo poczucie bycia zaopiekowanym (tak rzadkie im), a do tego przez niewiastę i osobę fachową w swej opiece sprawiło, że rycerze szybciutko odżyli.

                    - Co tam widzisz? – szepnął w mrok Randal po dłuższej chwili, ściskając mocniej tarczę, na wypadek, gdyby zamiast Kaia miało na zewnątrz wyskoczyć coś innego.

                    Bard żachnął się na takie wywołanie, próbując skradać się przez półmrok w skupieniu, wdzięczny (rzadkim przypadkiem) ojcu za elfie geny, które pozwalały lepiej odławiać kształty w ciemności. Muzyk porozglądał się chwilę, polując przede wszystkim na jakiekolwiek oznaki ruchu, ale na marne. Odcięta dotąd rumowiskiem komnata była martwa. Albo taką się zdawała.

                    - Jest czysto – odpowiedział kompanom zza gruzów. Pewny, że nikt nie patrzy, sobie tylko znanym sposobem odpalił pochodnię, która wygasła po pajęczym staranowaniu bariery. Kompani byli jeszcze po drugiej stronie, więc korzystając z okazji odpalił zaraz parę świec, które przetrwały w wiszących gdzieniegdzie lichtarzach. Światło buchnęło radośnie, powoli rozjaśniając wątpliwości, co do natury miejsca.

                    W rogu sali, za marmurowym blokiem biurka, na wyciętym równo skalnym siedzeniu siedział dawny opiekun tego obszaru. Szkielet skruszał w dużej mierze i nie utrzymałby formy, ale w miejscu spinała go jeszcze noszona za życia zbroja. Metal uległ zębiskom czasu, choć kiedyś – bez rdzy i oblekającej go pleśni – musiał robić piękne wrażenie. Napierśnik były bity po mistrzowsku, a liściasty, drzewny motyw, który zdobił też sejfową płaskorzeźbę dawał się rozpoznać nawet teraz.

                    Cóż, zbroja może i twarda, ale bełty, przeszły ponad nią. Kawały metalu (bo strzał nie był jeden) sterczały sponad napierśnika, wbite w oparcie marmurowego siedziska, gdzieś na wysokości, gdzie posadzony kiedyś musiał mieć szyję. Po tych dwóch strzałach z pewnością stracił sporo z niej, bo bełty były potężne, krótkie wprawdzie, ale grube niemal jak harpuny na wieloryba. Facet (to zobaczyła potem już doktor Quatermain, oceniając szybko po resztkach szkieletu) nie zdążył pewnie nawet wstać, więc albo ktoś wtargnął tu kompletnie z zaskoczenia, albo atak był niespodziewany, ze strony kogoś, kto atakować nie powinien. To szło wyczytać tak z postawy trupa, braku broni w pobliżu (a może po prostu zabrali, he?), jak i ogólnego porządku na biurku, gdzie leżały poskładane tubusy i woluminy, a na środku, przyciśnięty odważnikiem dokument, nad którym pracował nieboszczyk. Pech, że dziś kompletnie już nieodczytywalny.

                    Reszta drużyny powoli wpakowała się do części magazynu, archiwum czy skarbca (czymkolwiek to ostatecznie było), którą tąpnięcie odgrodziło od reszty Ścieżki. Tym razem Randal otwierał szyk, z doktor Larą za sobą i milczącym Grimleyem na końcu. Oświetlona już przez barda komnata była w ogólnych zrębach podobna wcześniejszym, choć nieco mniejsza od tej, gdzie potykali się z insekcio-trupim zagrożeniem.

                    Za marmurowym stanowiskiem pracy, w granitowej ścianie podobnej tym z poprzednich przestrzeni, czekały podłużne zagłębienia zapchane archiwami. Przytulnie wąskie i skryte, półki lepiły się od pajęczyn i wciśniętych między resztki ksiąg kokonów. Między nimi zalegało kilka bulwiastych narośli, a więcej jeszcze takich samych leżało popękanych na ziemi, sugerując, że kościogryzy przedłużyły gatunek nim przybysze dokonali eksterminacji ich kolonii.

                    - Jeszcze jeden! – oznajmił z nutą tryumfu Randal, zdeptując miniaturkę ubitych wcześniej pająków, która próbowała czmychnąć spod odwalonej przez niego skrzyni.

                    Komnata musiała być legowiskiem pajęczej matrony. Zapewne kiedy wybrała leże była jeszcze mniejsza i mogła swobodnie przechodzić przez zwalisko. Szczęśliwie mogła liczyć na swoje potomstwo, bądź partnerów (a zapewne jedno i drugie), bo mniejsze kościogryzy naznosiły jej różnych zdobyczy – od jaszczurek, kretów i szczurów po brakujące fragmenty górników.

                    Może zaś przylazła w ogóle skądinąd, bo pochodnie odsłoniły za firaną pajęczyn wybite w ścianie jamy. Jamy, szerokie na dorodnego krasnoluda, acz wysokie raczej na niziołka, wyglądały trochę jak skuwane, trochę wyryte, a trochę wydziobane w kamieniu. Były trzy, choć jedna płyciutka na łokieć, wnęka bardziej niż jama.

                    Ściana po lewej również otwierała się wnękami bibliotecznymi, choć tu zamiast resztek ksiąg zalegały kuferki i sejfiki – pootwierane, na pierwszy rzut oka ogołocone w pośpiechu. Zapewne to ich zawartość, a raczej to z niej co porzucono, leżała między kawałkami rozbitych skał i niezjedzonych ofiar nagromadzonych w tej części pomieszczenia. Kai stawiał kroki ostrożnie, trochę brzydząc się w sandałach dotykać nagromadzonego na ziemi pajęczo-mięsnego syfu, ale oczy z zainteresowaniem śledziły, co ciekawego można by tu wyłowić spomiędzy świństwa.

                    Pojedyncze monety, poniszczone pergaminy czy skorodowana broń pewnikiem były warte uwagi z racji na sam swój rodowód, jednak musiały poczekać na swoją kolej, bo w oczy rzucił się od razu inny obiekt. Podłużna, zrobiona z kości słoniowej rolka była brudna jak wszystko wokół, ale w formie zachowana bez szwanku. A formę miała piękną – w jednej, szerszej części przypominała spłaszczoną w kształcie miniaturę cedru, który pojawiał się jako motyw już wcześniej. Na końcu zaś zwężała się w ośmiobok, bez zgadywania pasujący do niedalekiego sejfu.

                    Kai uśmiechnął się i spojrzał za kompanami w głębi komnaty. Lara na razie z uwagą przeglądała resztkę czarno-białej mozaiki na resztkach stropu, a obaj paladyni przewalali skrzynie po prawej stronie, głównie puste, albo załadowane dobrami, z którymi czas obszedł się niełaskawie. Zbutwiałe płótna, zwietrzałe olejki i skorodowana broń zajmowały najwięcej miejsca, zapewne skrywając i coś łatwiej spieniężalnego. Pogrążeni w chwili, zostawili barda sam na sam z kluczem do skarbca.

                    I półelf mógł z nim zrobić, co mu się podoba.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #40

                      Lara Quatermain (Alex Tyler)

                      Lara zarzuciła z powrotem na ramię swój dwulufowy arkebuz i żwawym krokiem ruszyła udzielić pomocy medycznej dwóm rannym wojownikom. Choć raptem parę chwil temu zakończyła się walka z niezwykle groźnym zwierzęciem i ledwie wyrwała się z okropnej pajęczynowej pułapki, praktycznie nie dało się tego po niej dostrzec. Strach, niebezpieczeństwo i ryzyko jej nie paraliżowały, ani nie deprymowały, a wręcz odwrotnie – energetyzowały. Młoda dama ze szlachetnego rodu Quatermainów nie była wielbicielką romansów, popołudniowych herbatek i ploteczek, jak większość jej rówieśniczek o podobnym pochodzeniu, tylko śmiercionośnych grobowców, zabójczych pułapek i dzikich ostępów. Naturalne w takich sytuacjach drżenie ciała jawiło jej się jako przyjemne mrowienie, a ocieranie się o śmierć wywoływało kolejne przypływy ekscytacji, nakręcając na podejmowanie jeszcze większego ryzyka. Charakteryzująca się odpowiednią prezencją, czarująca, wrażliwa, układna i wypowiadająca starannie artykułowane słowa o dźwięcznie cyzelowanych głoskach naznaczone wyraźnym akcentem, tak ją widziano w codziennych sytuacjach, co doskonale maskowało fakt, jaka stawała się w obliczu niebezpieczeństwa. Zuchwała, brawurowa i skrajnie zdeterminowana, by pokonać wszelkie przeciwności. W duchu uważała, że spokojne życie niewarte było przeżycia. A nawet z trudem można było je nazwać życiem. Dlatego dopiero w takich miejscach jak Ścieżka Slerotina odżywała, zrywając z konwenansami i uwalniając się od wielu pozorów, które inni wytworzyli na jej temat. To właśnie w pachnących odległymi wiekami podziemiach i przy akompaniamencie dymu wytworzonego z zapłonu i eksplozji czarnego prochu, pośród woni śmierci, brudu, krwi i potu mogła odetchnąć pełną piersią. Do tego właśnie czuła się stworzona. I dlatego właśnie powoli dusiła się pod koniec studiów medycznych i w swojej lecznicy. Zew przeznaczenia był zbyt silny. Wręcz nieodparty.

                      Na szczęście obaj mężczyźni nie mieli poważniejszych obrażeń, więc medyczce poszło całkiem szybko i obyło się bez konieczności głębszych ingerencji w ich organizmy. Po jej zabiegach byli już prawie jak zdrowi. Następnie blondynka powróciła do analizowania płaskorzeźby, lecz nie rozgryzła sposobu na otworzenie jej bez brakującego elementu, którego notabene nie było w pomieszczeniu, co w krótkim czasie odkryła. Jednak mógł być gdzieś dalej. Dlatego podążyła za resztą do kolejnej komnaty. Na miejscu zbadała architekturę wnętrza i stwierdziła płeć szkieletu, oceniając po czaszce, miednicy i kościach długich. Pozwoliła sobie również odgadnąć okoliczności i przyczynę zgonu jego właściciela. Wnętrze jeszcze do niedawna służące zabitemu pająkowi za leże, pełne było znalezisk interesujących i ponurych. To te pierwsze pochłonęły praktycznie całą uwagę pasjonatki archeologii, gdy reszta drużyny zdawała się zajęta plądrowaniem lub mordowaniem resztek niewyrosłego potomstwa wielkiego ośmionoga.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Niedostępny
                        PaniczP Niedostępny
                        Panicz
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #41

                        Nie, Kai nie był taki. Co to, to nie. Choć samo posiadanie wygrzebanego spod pajęczyn bloczku z kości słoniowej mogło kusić jego duszę estety, nie wahał się wcale. Machnął na kompanów, celując głównie w uwagę doktor Quatermain, ale nie z poczuciem, że będzie coś przed kimś skrywał, albo dzielił się znaleziskiem tylko z nią. Po prostu wiedział, że jeśli ktoś jest właściwą osobą do oceny dóbr sprzed milenium, to właśnie ona.

                        Schylił się po kostkę i zebr… Auuuuuuu!

                        Uwagę wszystkich zdobył już wcześniej, ale teraz kompania przeszła przez sekundowy wstrząs i zaraz biegiem ruszyła do porażonego bólem półelfa. Pierwszy dopadł go Randal, który na odgłos zagrożenia przebił się przez gruz i rozwalone skrzynie jak kometa.

                        Powalony Kai padł między pajęczyny, roztrącając nagromadzony syf dookoła. Coś zachrzęściło, ruszyło się, mały kościogryz wypadł z kamiennej kryjówki, odruchowo uciekając od narobionego rabanu. Na małych nóżkach niewiele mógł zdziałać. Rycerz dopadł go i bach, rozgniótł podkutym butem, plamiąc skrzynki wokół.

                        - Ugryzł cię? – rzucił Bronson, z bronią w pogotowiu, wyglądając większego okazu. Lara i Grimley byli już obok, oboje gotowi nieść pomoc lub śmierć – w zależności od potrzeby.

                        - Nie. – Kai zebrał się z ziemi i otrzepał z niesmakiem, spoglądając na dłoń, którą chwycił za bloczek. – To… Poparzyło mnie?

                        Dłoń była nietknięta, bez śladu oparzenia, obtarcia, siniaka choćby. Jasne, zdarzało się po oparzeniach, że skóra ledwie czerwieniała na starcie, by potem, po czasie, zachodzić bąblami i paskudzić się. Ale to nie było to. Nie było nawet zaczerwienienia. Ani śladu bólu, który przecież nie gasł zwykle jak płomień świecy, ale zawsze promieniował po nerwach chociaż chwilę.

                        Co by jednak nie mówić – ból był realny. Kai poczuł, a przynajmniej tak to w swej bogatej wyobraźni odmalował, jakby rękę zżerała mu gorąca lawa. Bard skrzywił się, nie do końca pewny, co się właściwie stało.

                        Lara obejrzała jego dłoń, umorusaną tylko, a w żaden sposób nienaruszoną zewnętrznie. Niepewna, wyrwała z lekarskiej torby parę grubych kawałków jedwabiu, do tego ubezpieczona rękawicami, które nosiła i schyliła się złap… Aaaach!

                        Odskoczyła jak – hm, było-nie było – oparzona i potknęła się, o mało nie spadły jej okulary. Ściągnęła szybko rękawiczkę, zerkając na białą dłoń, ale było jak u Kaia. Nic, zero. Ani śladu urazu. Bystro spojrzała zaraz za upuszczonymi skrawkami materiału. Były nietknięte. Żadnej czerni, sadzy, popiołu, strzępu czy naderwania.

                        A bloczek jak leżał, tak leżał. I nie biło od niego żadne ciepło, zimno, ani nic właściwie, co rejestrowało by zbliżone do niego ludzkie ciało.

                        Tymczasem u Seweryna

                        Medyk czuł, że stąpa po cienkim lodzie. Wyratował, a przynajmniej zdawało się, że wyratuje Berta i jego nowatorska, ryzykancka metoda przyniesie skutek. Ale tego było mu mało.

                        Bolvar miał się już przecież lepiej, aż szkoda było nie skorzystać z okazji. Zebrany z pająka jad wsączał się przez rurkę do gardła nieprzytomnego górnika. Kapu-kap, ściekał wąziutką ścieżką. Cyrulik dozował wielkość dawki, obserwując niespokojny oddech pacjenta.

                        W pewnym momencie poluzował ścisk na zbierającej jad rurce, dając truciźnie płynąć. Odmierzał sekundy, licząc raz, dwa, trzy i dalej, dalej, tak do dziesięciu. Widząc jak pierś rannego zaczyna falować coraz bardziej niespokojnie zamarł na moment.

                        Nie wiadomo, ile w tym momencie przeliczył, ile rachunków rozwiązał w głowie, ale nagle stwierdził, że dość. Że dobrze. Że jak na taki eksperyment wystarczy na razie. Odstawił naczynie i odciągnął rurkę, obserwując jak organizm radzi sobie ze szkodliwą substancją.

                        Tym razem liczył dłużej. Dużo dłużej. Aż zaczął się niecierpliwić!

                        Ale oddech zelżał w końcu. Uspokoił się. Górnik zaczął oddychać miarowo, swobodnie. Niemal jak w naturalnym, choć pewnie nie błogo-słodkim, śnie. Toteż i Seweryn mógł odetchnąć, lżej i swobodniej, przechodząc do medycznych, rutynowych standardów, którym nie towarzyszyły już takie emocje.

                        Ukontentowany pełnym sukcesem karkołomnej procedury, zadbał o chorych z pomocą Divraka, dodając scenie uroku wydzierganymi skarpetami w zwierzątka, które trafiły na stopy rannych. Zaopiekowanych właściwie, choć wcześniej rzuconych na poważny hazard, zostawił w spokoju i sam zaczął dochodzenie do siebie.

                        Wyciągnął wygodnie nogi, wystawiając się do słońca na zrąbanym krzywo pieńku przed namiotem. Popijał ziółka z glinianego kubka i popadł nawet w tym relaksie w błogi uśmiech.

                        Takim zastał go nadchodzący od baraków Curze, zwany za plecami Kudłaczem. Wysoki, barczysty i ze srogą, poznaczoną bliznami po ospie i nie po ospie gębą, Kurt Curze, drugi we Wrotach po szeryfie, szybko zdobywał uwagę wszystkich. To znaczy zdobywał, kiedy jej żądał. Bo kiedy nie, nagle wszyscy rozbudzali w sobie zainteresowanie światem wokół – a to patrząc wysoko w niebo, a to znów szukając ciekawostek mikrokosmosu pod nogami.

                        - Hej medyku! – zadudnił Curze. – Zrobiłeś swoje?

                        Seweryn spojrzał w ciemne, wiecznie przymrużone oczy wojaka i pociągnął łyk ziółek.

                        - A pewnie, panie Kurt. A zrobiłem. Wyleżeć muszą, wypocząć, ale zdrowi będą.

                        - Dobra. – Pan Kurt poczuł się jakoś dziwnie, potraktowany jakby bez strachu, ale i bez wyzwania. – To dobrze. Mówili, że dziwak jesteś, że na ręce ci patrzeć, ale widać fach znasz. To dobrze, dobrze.

                        - Czyny, nie słowa – rzucił krótko Seweryn, czekając czego będą od niego chcieli.

                        - Taaak… No tak – zamruczał Kudłacz. – Jak zadbani, to chodź zaraz ze mną do pana Saliny. Zdasz raport, coś widział.

                        - Już dopijam. – Rudy kiwnął grzecznie, ale ziółek wylewać nie chciał. Ani zostawiać aż ostygną. Wtedy to już nie to samo, a szkoda marnować.

                        Curze zmarszczył czoło, niepewny tego całego Drachenwulfa i nie wiedząc jak czytać jego dziwną manierę.

                        - Dopijaj i chodź – mruknął. – Pamiętaj, że wszystko masz powiedzieć. Wszystek, tak?

                        - No tak, tak. – Seweryn osuszył kubeczek i odstawił do rynienki z brudnymi naczyniami przed namiotem.

                        - Wszystek – podkreślił mocno Curze. – Tak jak pani van Coen obiecała.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #42

                          Randal (Mike)

                          Oglądając co też medyczka wyczynia Bronson podrapał się po szczęce, chruszcząc dwudniowym zarostem.

                          - A jakby tak sznur zadzierzgnąć? Wiecie jak z tą mandragorą się robi. Albo jedną deską na drugą wturlać? - rzucił pomysłem, powalając innym ewentualne przejść do czynów, samemu zadowalając się pracą koncepcyjną.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #43

                            Seweryn Drachenwulf (Rewik)

                            – Czystek, czystek – rzekł Seweryn, wspomnieniem jakimś rozbawiony i wyprostował się po kubeczka odłożeniu. Podsuszył po owych słowach swe przednie siekacze w utrzymującym się mu na licu dziwnie długo uśmiechu, bynajmniej nie wrogim.

                            Cyrulik już drzewiej nawykł był do oglądania oblicza, jak to Kurta – pooranego bliznami i ponacinanego zmarszczkami wrogości i złości. Były to często oblicza, których nazwanie twarzą byłoby potwarzą dla innych twarzy. Niewykluczone nawet, iż Kurt przypominał mu kogoś, kogo znał. W każdym jednym razie, czy to z sympatii, czy ze strachu (jednakowoż dobrze skrywanego), nie zamierzał się mu sprzeciwiać. Było im po drodze, tak po prawdzie, może więc była to zwykła kalkulacja.

                            – Ruszajmy tedy. – Seweryn złapał za drewniany kij, co to się ich do usztywnień i unieruchomień bez liku tu zaległo - do oparcia, bowiem opatrzona już w prawdzie raniona noga wciąż trochę mu przeszkadzała.

                            Kudłacz mruknął coś w odpowiedzi, może realnie, a może po niedźwiedziemu i ruszył. Zerknął przez ramię, czy Seweryn idzie za nim, ale medyk nie miał zamiaru nigdzie zmykać. Szedł spokojnie, marszowym tempem i zaraz trafili pod rezydencję Saliny.

                            ***

                            Rodryk czekał przed drzwiami, ale widząc nadchodzących, szerokim gestem zaprosił do środka, wyganiając z hallu krzątających się pomagierów. Rwał się, by dowiedzieć się wszystkiego, więc na przechodzenie do gabinetu nie było czasu. Służba pospiesznie opuściła budynek i Salina zaraz wypalił, zanim jeszcze zdążyli podejść do zestawionych w rogu foteli.

                            - I co, co tam? I co z górnikami? – Mężczyzna wypalił swoje, kiwając na rudego, by nie tracił czasu. - Co znaleźli? Co tam jest? No mów, mów, złociutki, mów, a już!

                            Dla odmiany, Seweryn teraz wrażenie onieśmielonego sprawiał. Niegroźnym i nieco nieżyciowym się zdawał. Z lekkim trudem podkuśtykał do fotelu i ostrożnie, nogę prostując usiadł w nim nieco skrępowany. Uśmiechał się tez jakoś nerwowo, obejrzawszy zdawkowo izbę, w której dane było im rozmowę zacząć.

                            - Je-jesteśmy tu my dwaj jeno? - upewnił się wprzód, nim dalej mówić zaczął, kończąc podziwianie Salinowych bogactw - Miejsce miało zdarzenie, które możecie chcieć, by światła nie ujrzało. - Seweryn spojrzał kaprawymi oczkami, niby z obawą w ślepia starosty - Górnicy pozostawieni tam, za ścianą, pomarli prócz jednego co zbiec zdołał. Jednak i jego toxinum powaliło. Toxinum owe od monstrum Araneus Ammorsus pochodziło - to inszekt pająka przypominającego, wielkości kota, albo psa mniejszego. Może wam znany, bo słyszałem o jego bytności u południowego podnóża Piekielnych Piecy.

                            - O na bogów! Takie to paskudztwa po tym świecie chodzą? - wtrącił Salina, lecz nie wybił tym Seweryna z kolejki do mówienia, przeciwnie wręcz zachęcał by dalej referował.

                            Seweryn przytaknął, a że miał referować, tedy referował co wiedział. O istotach tych przedziwnych i ich zwyczajach, o wyglądzie bardziej szczegółowo słów kilka wtrącił, a także o przecudacznej właściwości venenum pająków.

                            - ...poleciłem naocznym świadkom, by także dla ich własnego dobra o Araneus Ammorsus nie opowiadali. Pomyślałem, że dla pokoju miasteczka, tak lepiej będzie. Jednak prędzej, niźli później wieść ta wśród gawiedzi niechybnie się rozejdzie. - wtrącił przerywając na chwilę opis owego venenum działania.

                            - Ad rem... nie uśmierca ono w pełni, nie zawsze, czaszem w bezwolnego, niby homunculusa jakiego, jeno z ciała prawdziwego przeobraża. Nieszczęśnika to trafiło Bertem, z tego com się dowiedział zwa-zwanym. Na szczęście trafił pod moją rękę wraz z Bolvarem, którego podczas ratowania jeden Araneus Ammorsus był pokąsał. Pelor Servavit - Seweryn uczynił charakterystyczny gest wyznawców Pelora - uratował ich od zapomnienia, choć szanse ich nikłe były. Teraz spoczywają w moim lazarecie, pozostawając w stanie poprawę obiecującym. Kapliczka na Jego cześć by się zdała, bo czuwa nad naszą mieściną.

                            Seweryn dopowiedział jeszcze co zapamiętał z pomieszczenia, w którym się znalazł. A że było tego niewiele, Salina nieco się zniecierpliwił.

                            - Pani Wylla rzecze, że będziesz pan współpracować, macie pomagać w pełni. W pełni, rozumie się? To jest na razie tutaj, dla nas, to nie ma się co bać na razie, ale wiedzieć musimy.

                            - Mu-musielibyście resztę przepytać, oni tam zostali, może jakie ciekawe przedmioty wynieśli, co je jak mniemam wasi sztrażnicy przejęli. Pomny Waszych słów, by górników ratować w pierwszej kolejności to żem uczynił. Powodu nie mam by nie współpracować. Zależy mi by okolica rozwijała się, a sam z chęcią osiadłbym tutaj i swą lecznicę prowadził. - Cyrulik pochylił się, lekko swą chorą nogę począwszy masować - Tego pani Wylli nie powiadajcie, Panie, lecz bardziej nawet mnie na dobroci Czarnych Wrot i ludzi tutejszych zależy, niźli na interesach spółki jakowyś. Moje powołanie, to nieść ludziom ulgę w cierpieniu. Muszę więc zapytać Waszmości, czy i jakowejś oferty dla Was, znaczy mieszkańców nie mógłbym uczynić? Swoje skromne usługi zaoferować. W zamian za fundusze, na rozwój placówki rzecz jasna. I na kapliczkę. Dla Pelora, co to nas dzisiaj tak obłaskawił...

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #44

                              Seweryn na audiencji

                              Rumiana twarz Rodryka przechodziła przez opowieść Seweryna różnobarwnie, prawdziwie podatna na emocje przedstawianej historii. Starosta wiercił się na fotelu naprzeciwko medyka, a to klaszcząc w dłonie, a to kiwając głową z niedowierzaniem, a to wznosząc ręce do nieba. Salina miał w sobie sporo południowej ekspresji – tak mówiło się w wiosce już wcześniej, wspominając, że jak szef się śmieje to całym sobą, a jak ryczy wściekły to też się nie miarkuje. Zagniewanym póki co cyrulik go nie widział (i do śmiechu też ostatnio mu nie było), ale emocji Rodryk w sobie nie ściskał aż brzuch rozboli. Dawał im ujście.

                              Zdrowo, pomyślał Seweryn. Jak ktoś za dużo dusi w sobie, to potem odbija się na jelitach.

                              Medyk też starał się – mimo lekkiej nerwowości – wypaść w rozmowie naturalnie. Czuł, że dobrze mu wychodziło. Zadowolony z raportu o polepszającym się stanie zdrowia górników, Salina klepnął go nawet w ramię jak kamrata, całkiem ścinając szefowski dystans.

                              - A kapliczkę Pelorowi to i sam postawię! A co! – Starosta plasnął potężną dłonią o kolano. - To masz pan, panie Drachenwulf, Sewerynie drogi, jak-jak w banku. Załatwimy i będzie piękna kapliczka, duma na całe Wrota!

                              - Dziękuję, dziękuję bardzo – Cyrulik uśmiechnął się skromnie i schylił głowę. - Na chwałę Jaśniejącego wszystko... Dobrze, że ludzie będą mieć gdzie się pomodlić, dziękować za łaski.

                              - A pewnie, pewnie – zgodził się Salina. - I cóżeś tam jeszcze mówił, mój drogi, drogi panie?

                              - Jakbym mógł jeszcze jakoś pomóc – a ja zawsze chętnie pomogę... – Seweryn był obrazem bożego sługi, grzeczny i oddany. - To za pomoc jakoś... Docenieniem będzie dla mnie mej medycyny wsparcie. Żebym mógł lepiej leczyć. Mam na razie mały taki lazarecik, namiocik... Ale chciałbym szerzej pomagać, bardziej. Więcej.

                              - O, zbożnie, zbożnie. Takich tu ludzi trzeba, takich trzeba – Starosta zebrał się z fotela z lekkim stęknięciem. Masywny, choć poruszał się sprawnie, swoje jednak ważył i kolana musiały to czuć. - Chodźmy, za powodzenie tej twojej, panie Sewerynie, medycyny i pomocy... Wypijemy może kieliszeczek. Mam tu rocznik dobry, domowych butli trochę wziąłem, skosztujemy.

                              Medyk uśmiechnął się bez słowa, płynąc po sali za swoim gospodarzem.

                              - Zapraszam, zapraszam. – Starosta wyjął z magazynku za biurkiem portiera butelkę i rozlał odrobinę po kielichach. - Zaczekamy tutaj na kompanów pana, poleciłem też ich tu przyprowadzić jak już skończą. Pewnie będą niebawem, nie widzę inaczej. O... O, tymczasem za tę medycynę, za jej powodzenie i za pańskie wypijmy!

                              Cyrulik zbliżył naczynie do ust, pociągając nieduży łyk. Wino było niezłe – dość cierpkie, ale soczyste i orzeźwiające, głęboko owocowe.

                              - Bardzo dobre – podziękował medyk, spijając kolejne krople.

                              Salina był ekspresyjny: dość serdeczny, może trochę narwany, emocjonalny. Dobrze sprawdzał się jako rozmówca. Pokazywał, że słucha tak uwagą, jak i gestykulacją, angażował się całym sobą. Seweryn obserwował go nieśmiało, ciekawy tego człowieka. Może faktycznie miał południowy temperament i łatwo się zapalał... Ale Drachenwulf w paru momentach nabrał wątpliwości.

                              Rejestrował wszystko bardzo dokładnie i często potem analizował różne obrazy, mieląc w głowie przeżyte scenki. Niekiedy jeszcze na bieżąco, wracając do tekstów czy wymian ledwie sprzed chwili. I w tym swoim próbowaniu się ze zrozumieniem ludzi i świata emocji, Seweryn zaczął zastanawiać się, czy aby pan Rodryk nie nazbyt umiejętnie wpasowuje się reakcjami w to, co akurat idealnie by pasowało. W to, czego rozmówca by oczekiwał.

                              Może tak się zdawało, bo Drachenwulf nie należał do lwów salonowych i ktoś obyty i towarzyski mógł go po prostu zaskoczyć tym jak łatwo być naturalnym. A mogło być też i tak, że Salina – człowiek przecież otrzaskany w polityce – nauczył się grać i jednak nie był do końca szczery w swojej jowialnej fasadzie.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Niedostępny
                                PaniczP Niedostępny
                                Panicz
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #45

                                Lara (Alex)

                                text alternatywny

                                Kiedy Kai przywołał wszystkich machnięciem ręki, przede wszystkim skupiając uwagę na Larze, dziewczyna migiem oderwała czarne spojrzenie od stropu i pospieszyła w jego kierunku. Wielce ciekawa natury jego znaleziska. Wpół drogi zmroziło ją, gdy półelf z okrzykiem bólu wypuścił z dłoni przedmiot i padł na brudną posadzkę. W rezultacie czego ruszyła biegiem, po chwili stając nad nim.

                                — Poparzyło? — zdziwiła się medyczka, słysząc wyjaśnienie barda.

                                Następnie wnikliwie obejrzała jego dłoń fachowym okiem, nie znajdując na niej choćby najmniejszych oznak poparzenia, czy nawet śladów elektrycznego porażenia. Podobnie osobliwe wydało jej się natychmiastowe ustanie bodźca bólowego po ustaniu kontaktu z przedmiotem. W efekcie zaczęła podejrzewać działanie jakiejś dziwnej magii, ciężko bowiem było, by Kai momentalnie wytworzył aż taką awersję do nieznanego mu przedmiotu, by odczuwać efekty somatyczne. W ramach testu postanowiła sama podnieść obiekt, zawierzając rękawiczkom i kawałkom materiału. W konsekwencji czego ze zdumieniem (i bólem) odkryła, że mimo to efekt zetknięcia z przedmiotem był identyczny, jak w przypadku towarzysza.

                                Quatermain dokładnie obejrzała tajemniczy bloczek. Nie wydzielał ciepła ani zimna, nie skrzył się, nie przyciągał ani nie odtrącał, w ogóle nie wykazywał żadnych szczególnych fizycznych właściwości. Badając jego wygląd, doszła do luźnego wniosku, że naniesiony nań symbol to jakiś symbol rodowy, religijny lub znak jakiejś organizacji pochodzącej z Imperium Suelskiego, raczej nie motyw zdobniczy ani graficzna sygnatura twórcy. Więcej nie udało jej się wywnioskować, chociaż obracała przedmiotem za pomocą nożyka do listów, za każdym razem mierząc się z porażającym bólem. Choć nurtowało ją, dlaczego akurat taki bodziec towarzyszy jego dotykaniu, również za pośrednictwem innych przedmiotów.

                                Bazując na tych skromnych informacjach, jakie zdołała dotąd zebrać, Lara doszła do wniosku, że szkieletowy rezydent komnaty w pancerzu oznaczonym takim samym wizerunkiem drzewa cedrowego powinien być istotą, która jest w stanie bezpiecznie operować przedmiotem. Wiele bowiem wskazywało na to, że bloczek stanowi klucz do ukrytego pod płaskorzeźbą z poprzedniego pomieszczenia, a martwego mężczyznę łączy z nimi jakiś związek. W następstwie tego rozumowania okularnica z czystej grzeczności przeprosiła szkielet, po czym dokonała zbezczeszczenia jego zwłok, zabierając kościaną rękę zamkniętą w zardzewiałej kolczej rękawicy. Następnie, po krótkiej chwili wahania towarzyszącej każdej przełomowej chwili, niezwykle ostrożnie zacisnęła jej palce wokół klucza i wyraźnie zadowolona z powodzenia operacji podniosła rękę do góry. „Udało się!” aż cisnęło jej się na usta. Wniosek był poprawny, ponieważ ból nie wystąpił na żadnym z etapów. Teraz tylko musiała jakoś donieść przedmiot do wnęki w płaskorzeźbie, trzymając go wątłą szkieletową ręką. I tu właśnie tkwił problem. Nawet przy jej wyjątkowej zręczności było to nie lada wyzwanie, a nie była to nawet największa przeszkoda. Tę stanowiły upływające wieki, które osłabiły pancerz i szkielet, czyniąc je niebywale delikatnymi. O czym Lara doskonale wiedziała. Dlatego gdy ciężar walcowatego obiektu po kilku krokach sprawił, że rozleciały się na kawałki, wydała z siebie jedynie ciche westchnięcie zawodu.

                                Po tej porażce zaczęła myśleć nad lepszym i wygodniejszym rozwiązaniem. Przyjrzała się dokładniej napierśnikowi szkieletu przez polerowane szkiełka. Szybko dochodząc do wniosku, że dałoby radę go założyć. I może to nadałoby noszącemu prawa do dzierżenia klucza. Właściwie gotowa była od razu zdjąć górę ubrania i założyć pancerz szkieletu, gdy nagle uzmysłowiła sobie, że przecież nie jest sama w pomieszczeniu. Dworska obyczajność nie pozwoliłaby jej tak zwyczajnie odsłonić sporych fragmentów nagiego ciała przed trójką obcych mężczyzn, dlatego poprosiła Kaia, by ją zastąpił. Na co półelf niechętnie przystał. Niestety eksperyment okazał się fiaskiem, za co Quatermain go mocno przeprosiła. Tym samym wróciła do punktu wyjścia. Lecz nie zamierzała się poddawać. Kolejnym jej pomysłem było zastosowanie lusterka na metalowej rączce – które nosiła w swoim zestawie narzędzi do rozbrajania pułapek – jako wzmocnienia drugiej kościanej ręki. Przymocowana do żelaznego trzonka ręka jednak wytrzymała niewiele dłużej, niż ta pierwsza. Nie stłumiło to jednak zapału czarnookiej blondynki. Kolejny raz przepraszając właściciela szkieletu, porwała jego czaszkę, zamierzając użyć szczęk do przeniesienia klucza. Lecz nawet przy manualnych zdolnościach, jakimi odznaczała się córka wybitnych archeologów, nie było to proste zadanie. W efekcie cały proces kosztował ją kilka, nieraz bolesnych, potknięć i omsknięć. Ale ostatecznie się udało. Bloczek z drzewiastym motywem wylądował we wnęce, a Lara odetchnęła z wyraźną ulgą.

                                — Odsuńcie się, proszę — ostrzegła dobrodusznie towarzyszy. — W razie gdyby nastąpiło coś niespodziewanego, lepiej byście nie stali w pobliżu.

                                Następnie przeszła do z dawna wyczekiwanej czynności, z mieszaniną obawy i ekscytacji naciskając płytę. Na jej szczęście nic podejrzanego ani groźnego się nie stało. Ukryty pod płaskorzeźbą sejf otworzył się gładko, odsłaniając lukę w ścianie. W skrytce panował zdumiewający porządek i czystość. Na widok jej zawartości pokryte cieniem powieki blondynki uniosły się na całą wysokość, a czarne oczy rozbłysły w zachwycie. Bacząc na zanieczyszczenia pozostałe na białym materiale swych rękawiczek, zaczęła ostrożnie wydobywać zawartość sejfu.

                                Najmniej uwagi Quatermain poświęciła sakiewce z suelskimi drachmami i kasetce z miękkim obiciem, w której znajdowało się sześć oszlifowanych kamieni szlachetnych. Po krótkich oględzinach odłożyła je na bok, domyślając się, że wkrótce padną łupem co bardziej przedsiębiorczych z jej kompanów. W dużo większym stopniu zainteresowały ją za to: oznaczona dobrze znanym drzewnym symbolem Księga dóbr i inwestycji Towarzystwa Wschodniej Ekspansji, złota obrączka z grawerunkiem wewnątrz „Ildraen – na zawsze”, tubusy z listami wierzytelnymi dla banków i wekslami (uwierzytelniały one Ildraena Sigroza do poboru bardzo wysokich sum w drachmach z szeregu instytucji), perłowa gemma z kobietą o ułożonych wysoko, ufryzowanych włosach i pogodnej twarzy, berło z kości słoniowej ze złotą gałką w kształcie brylantu oraz dwa małe posążki psów wykonane z kości słoniowej, podobne do figur szachowych i oznaczone runami, jedna suelskim, „A”, druga suelskim „D”.

                                Lara zamierzała dogłębnie zapoznać się z każdym z tych przedmiotów, swe badania rozpoczęła zaś od kamei z wizerunkiem nieznanej kobiety. Ciekawiło ją czy przedstawia jakąś znaną personę lub bóstwo, a może kogoś szczególnie ważnego dla samego właściciela skrytki, którym zdawał się być niejaki Ildraen Sigroz. Niewykluczone, że była to jego przyszła narzeczona. Lecz medyczka wolała wpierw wykluczyć inne wersje.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #46

                                  Seweryn (Rewik)

                                  text alternatywny

                                  Stało się tedy, iże Drachenwulf mógł nie być szczerym w pełni podczas tej ich rozmowy toczonej u Rodryka Saliny. Rzec trzeba, iż nie było to z chytrości jego ni podstępu, jeno raczej sprawa serca i duszy, co to nieraz człeka w omyłkę wtrącić mogą. Seweryn założył, iż istnieje pewna niechęć między mospanem Saliną, a szacowną panią Wyllą van Coen, a więc w trakcie rozmowy zdystansował się celowo od spółki Wulberga-Salztona. Wierzył, że Salina jako przyjaciel mógł okazać się dlań przydatny, a to wszystko odbiłoby się oczywiście pozytywnie na tutejszej, wiejskiej gawiedzi. Mógłby bowiem swoje lecznicze sztuki lepiej praktykować.

                                  Poczuwał się w obowiązku (pro publico bono) by nie utracić przychylności, jaką od onego ekspresyjnego człowieczka otrzymał, lub mógł otrzymać w dniach, które jeszcze nadejdą. Badał go, niby pacjenta, popijając rozkoszne wino, które był łaskaw mu nalać i choć w długich rozmowach się nie lubował, poczynił wysiłek jej podtrzymania. Z onego wysiłku był content i sam uśmiechał się nawet szczerze. Nauczył się już, że był to odruch przez ludzi pożądany, nawet jeśli, w tym przypadku, nie był to wygląd nadobny. A nie był taki, bowiem czerwony trunek zabarwił usta cyrulika, bardziej niźli jego własna krew w nich płynąca, czyniąc uśmiech ów upiornym.

                                  Pogawędka trwała. Salina był gawędziarzem zacnym, a Seweryn – słuchaczem uważnym. Kiedy z tematów różnych na uczone rozmowa się zwróciła, Seweryn o swoich studium opowiedział zdawkowo. Tedy Salina znanym zwyczajem chętnie o swoich prawniczych naukach zaczął opowiadać. Seweryn usłuchał grzecznie, lecz zaraz potem szybko temat inszy poruszył, kierując się na pewniejsze tereny. Poruszył zagadnienie interesujące ich oboje od samego początku. Temat, od którego wszystko się zaczęło i do którego wszystko dążyło.

                                  — Do wioski, co to zaginęła wraczając, czyżby idzie tu o morowe powietrze, zarazę jakowąś, czy sprawa jest bardziej osnową tajemnicy przykryta? — zapytał, wyraźnie zagadnieniem przejęty.

                                  Rodryk zafrasował się na to wspomnienie, a jego czoło przez moment przypominało linie, na których muzyk mógłby zapisać nie byle jakie dzieło.

                                  — Ach! Co za historia, Sewerynie, zgaduję: pani Wylla o tym powiadała. — machnął ręką, niby lekceważąco — Pewnikiem i tak wyjdzie prędzej czy później, a was miałem i tak wtajemniczyć — miał na myśli rzecz jasna resztę grupy, z którą Seweryn był na Ścieżkę Slerotina wstąpił — Czemu by nie teraz, a jakże... Wrzosiny, pomnij tę nazwę, bo od niej wszystek się zaczęło...

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz
                                    napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                    #47

                                    Na Ścieżce

                                    Otwarcie opieczętowanego herbowym drzewem cedrowym skarbczyka wywołało w rzuconych na Ścieżkę awanturnikach wybuch radości. Mieli to! Mieli swój pierwszy sukces!

                                    Sukces z kategorii tych materialnie mierzalnych, bo samo przeżycie pajęczych przygód wcześniej było już zwycięstwem, które górniczych zakapiorów ominęło. Naturalnie każdy cieszył się inaczej i po swojemu, a właściwie to – choć zebrani wokół i jakoś tak zdrużynowani – także trochę z czegoś innego.

                                    Lara... W takich chwilach trochę Lara, która z zachwytem ganiała się po ogrodach gradsulskiej biblioteki, roztrącając przechodniów w pogoni do pierwszeństwa w odkryciu skarbów, które skrywała baza za krzakiem głogu, a trochę doktor Quatermain, która zmęczonymi, ale szeroko otwartymi w podziwie oczami przepływała nocami w lektorium po kolejnych rycinach starożytnych artefaktów z umarłych królestw... Lara cieszyła się na obcowanie z wehikułem czasu, który wykopała ze skarbca, myśląc o znaleziskach tak naukowo, jak i czysto po ludzku. Z dreszczem ciekawości przed wglądem w przeszłość, jak przy niecierpliwym przewracaniu kartek powieści czytanej przy wątłym świetle świeczki, kiedy rodzice posnęli.

                                    Pani doktor wybrała ze skarbczyka wszystko prócz monet i kamieni szlachetnych, decydując się zostawić te najcenniejsze ochłapy dla spragnionych grosza kompanów.

                                    Sir Grimley ucieszył się nimi po swojemu. Wydobył je z wnętrza luki, upewniając się, że w środku nie zostało nic więcej. Bez słowa, zdecydowanie i bez ceremonii, zebrał znaleziska i przeniósł na rozbity głaz pośrodku komnaty, który mógł sprawdzić się jako blat. Rozsypał wszystko, co było do rozsypania i teraz dopiero uśmiechnął się, czując wobec bogactwa jak schodzi z niego stres, zmęczenie i cień śmierci, w który o mało co nie zapadł się parę minut temu.

                                    - Podzielmy się po równo – zaproponował rycerz, ale nim jeszcze usłyszał odpowiedź, poprawił się. - Mnie cholerstwo perfidne prawie co położyło, to i byście dzielili na trzy sobie...

                                    - Wyżyłem - przydarzyło się znów – westchnął nie przerywając. - Ale to dzięki Wam, więc Wasza kolejność pierwsza. Dzielcie jak chcecie.

                                    Na to ucieszył się tak Randal, jak i Kai, ale i ci obaj różnie, bo i im nie szło już o napchanie sakiewek. Paladyn zadowolony był po paladyńsku. Z tego, że wszyscy wyżyli, że zdołał wcześniej realnie pomóc i postawić na nogi umierającego w potrzebie. A teraz, choć to wiedział on sam tylko i te siły, które wgląd miały w jego duszę, ucieszył się zwłaszcza słysząc Grimleya takim, o jakim słyszał kiedyś. I takim, jakim słyszał go rzadko odkąd się poznali.

                                    Wiedział, że stary paladyn – choć zbity ze słusznej ścieżki, życiowo pogubiony i wytarty jak ściera do podłogi, którą podłogi te czasem wycierał w knajpie, gdzie robił za wykidajłę (ale i za sprzątacza, gdy akurat było potrzeba), kiedy los ich zetknął – ma w sobie honor i dobro, o którym kiedyś było głośno. I chociaż cynizm codzienności mocno je zakopał, niekiedy wychodziły na światło dzienne. Jak teraz.

                                    - Ja już swoje zebrałem. Na misję wystarczy. – Bronson klepnął się po mieszku, gdzie wcześniej zapakował figurkę i monety (kordzik wcześniej schował już przezornie do cholewy). - Nie ma co się w niczym zapędzać... Kai, Ty możesz wziąć, jeśli pani doktor nie chce.

                                    Bard uśmiechnął się, rozkładając ręce w geście bezbronności, jakby musiał wymawiać się babci od wciskanej wnuczkowi monety, która najbardziej przydałaby się jej samej. Choć skojarzenia życiowo nie zaznał, to rozbawiło go wchodząc żywym obrazem pod powieki i pakując się akurat do tej sytuacji.

                                    Artysta też ucieszył się ze zdobyczy. Jego cieszyło piękno samych znalezisk, ich wartość niematerialna i spisane w nich historie, które Lara potrafiła odcyfrować i wydobyć na powierzchnię w języku faktów. Niby inaczej, ale na pewien sposób podobnie do tego, jak on wydobywał w nutach skryte w sobie historie i emocje. Był ciekaw świata i palił się poznawać go więcej, więc cieszył się na myśl, że pani doktor przedstawi, jaka opowieść stała za cedrowym skarbcem, który stał się scenerią ich własnej historii.

                                    Ale było coś jeszcze. Pewien impuls, który odczuwał w życiu rzadko, ale jeśli już go trafiał, to zwykle był nie do pomylenia z niczym. Poczuł to przyglądając się przez ramię kobiety figurkom psów wyrytym w kości. Coś co jako dźwięk byłoby pogłosem, ale tu przeszło przed oczami. Powidokiem, załamaniem, chwilową falą niejasności, która zostawiała na wzroku minimalny, a po sekundzie zapomniany już w kształcie ślad. Wrażenie było tak ulotne i efemeryczne, że gdyby odczuł je po raz pierwszy, drugi czy dziesiąty, wziąłby je pewnie za nic. Powidok właśnie, zawrót głowy... Albo i nie zarejestrowałby go w ogóle. Ale znał już to odczucie. Sanjar pomógł mu je oswoić.

                                    I choć nigdy w tak wątłej i mglistej materii nie można było mieć pewności, Kai przypuszczał, że obie figurki przenika magia. I tym też, połechtany swoją wyjątkowością, cieszył się razem, i obok innych.

                                    Inni zaś, pochłonięci sobą i światem wokół, nie zauważyli chwilowej autohipnozy barda. Lara pospiesznie przeglądała swoje znaleziska, chłonąc literki i cyferki sprzed wieków. Dokumenty nie skrywały na pierwszy rzut oka żadnej tajemnicy, ani nie wydobywały wiedzy, która zmieniałaby jej sposób patrzenia na przeszłość. Język był w większości suchy i formalny, trudny w zrozumieniu, ale trudnością komunikacyjną, a nie ezoteryczną. Małym, a cieszącym znaleziskiem było odkrycie, że Towarzystwo Wschodniej Ekspansji, które pieczętowało się cedrem rosnącym często po tej stronie doliny (przynajmniej kiedyś), odpowiadało w przeszłości za placówki i faktorie handlowe po tej stronie Pieców, ale też budowane osiedla i poważniejsze plany. Ta organizacja utrzymywała kontakty z flańskimi i oeridyjskimi mieszkańcami tego obszaru, rozwijając z nimi wymianę dóbr i ogólnie trzymając ich w ryzach, by nie mącili Suelom w okolicy w ich własnych planach.

                                    Gemma nie dała się jednoznacznie rozszyfrować, ale pani doktor zadowoliła się (na ten moment) wysoką pewnością, co do charakteru ozdoby. Choć kamień niewątpliwie idealizował przedstawioną postać, sugerując może, że ma naturę religijną (a Suelowie byli znani z przedstawiania swoich bogów i bogiń w takiej formie, zwłaszcza patronki magii i śmierci Wee Jas), to drobne detale prowadziły jednak w innym kierunku. Kobieta miała wyrytą na szyi kolię o fikuśnym kształcie, który pasował raczej do przedmiotu osobistego i pamiątki niż czegoś z portfolio boskich symboli. Zdarte ślady liter po drugiej stronie, gdzie dało się odczytać odpowiednik wspólnego 'L' i 'u', a dalej 'S' mogły podpowiadać, że przedmiot był podpisany jako należący do kogoś, albo przedstawiający daną osobę. Lara pozostała na ten moment w przypuszczeniu, że mogła to być wybranka Ildraena Sigroza, której obrączka spoczywałaby obok. Suelowie, o czym kiedyś czytała, nosili jako ozdoby przedstawienia swoich drugich połówek (acz mógł to być też upominek czy pamiątka po zmarłej).

                                    Grimley przysiadł nad rozłożonymi dobrami, przeliczając ile dokładnie znaleźli. Wyglądało na to, że monet było równo pięćdziesiąt, a kamieni – mieniących się zalotnie w świetle lichtarzy – sześć.

                                    - Nie chcecie tego?

                                    - I tak będzie problem, żeby wynieść. – Kai wzruszył ramionami. - Przed wejściem będą obszukiwać i tam się nie certolą.

                                    - Mhm – chrząknął w odpowiedzi Algernon i zaczął przesypywać monety z sakiewki do własnego mieszka. Przy kamykach zadumał się chwilę i postanowił, że je bardziej byłoby szkoda stracić. Sięgnął po nieodłączną manierkę z brandy przy boku i pociągnął łyczek.

                                    A potem zaczął łykać po kolei każdy z kamieni, popijając je obficie haustami z biodrówki.

                                    - Bez obawy – rzucił i czknął. - Namyślicie się, to będą jeszcze jutro do odbioru jak coś.

                                    Tego Randal nie zobaczył, ani nie usłyszał – a gdyby słyszał, to sam nie wiedziałby, jakby na to zareagował. Czy kiwając z uznaniem głową na szelmowski spryt starego, czy raczej przewracając oczami. Nie usłyszał zaś, ani nie zobaczył, bo wypuścił się jeszcze raz z powrotem za barierę gruzowiska, obchodząc kryjówkę ubitej pajęczycy.

                                    Choć nie był chciwcem, to był człowiekiem wysoce praktycznym, bo wychodził z założenia, że ktoś po prostu musi. I jeśli on nie będzie, to zwykle potem wszyscy pluć sobie będą w brodę, że sami o tym, czy owym nie pomyśleli, to i owo pominęli, a tego i tamtego nie dopilnowali.

                                    Założenie w tym wypadku prędko okazało się słuszne, bo choć większość komnaty była ogołocona, to udało mu się przy przewaleniu skrzyń wyzbierać z niej jeszcze kilkanaście złotych drachm. Ale w głąb sali nie zapuścił się dla pieniądza, a raczej zerkać za czymś, co mogłoby przydać się 'wyższym ideom'. Choć może nie do końca czuł to, co reprezentuje doktor Quatermain, to w czasie tego krótkiego, a intensywnego pobytu na Ścieżce zdążył zrozumieć, że dziewczyna tak jak on, kieruje się w życiu swoistą misją i daleko jej do bezideowych padalców, których pełno było w Czarnych Wrotach. Czy to upijających się w karczmie, czy liczących zyski na abakusach w gabinetach kompanii.

                                    - To może Ci się chyba przydać, co? – Paladyn wychynął zza gruzów z niewielką, skórzaną książeczką w ręce. Znajda była wbita w złote metalowe ramy i może dzięki temu nieźle zachowała formę tam, gdzie pozostałe księgi uległy wilgoci i rozkładowi. - Było między resztą tych pism i wszystkiego na biurku...

                                    Lara spojrzała znad okularów zdziwiona i podziękowała skinieniem głowy, na razie skoncentrowana na tym, by nie uszkodzić przyniesionej książeczki. Czas trochę księgę sponiewierał, ale była solidna i po lekkim rozwarciu udało się rozczytać trochę literek. Kobieta wzięła ją w pierwszej chwili za modlitewnik, albo psałterz, ale po chwili zmieniła zdanie na pamiętnik czy dziennik. Bogato zdobione inicjały na wewnętrznej stronie pasowałyby do Ildreana Sigroza... Ale dalsze karty, choć wypełnione starosuelskim alfabetem, układały się już w słowa bez ładu i składu, łamiące podstawowe zasady konstrukcji wyrazów.

                                    - Chodźcie może – zawołał Kai, który zaczął korbą opuszczać kratę, którą wcześniej sforsowali. - Na zewnętrz będzie do tego lepsze światło, a ja słyszałem znów jakiś szmer tam zza gruzów... I wiemy już, że lepiej z takimi szmerami sprawdzać się zza bezpiecznej bariery.

                                    Seweryn na audiencji

                                    Starosta siedział w fotelu w sposób naprzemienny: luźno-relaksacyjnie i w napięciu-na skraju mebla. W zależności od tego, o czym akurat opowiadał i jaki temat miał miejsce, bądź to stopniowo-powoli zanurzał się w głąb skórzanej tapicerki, bądź to wznosił z niej, ściągając nogi i wspierając się dłońmi na oparciach, o które zaczynał postukiwać palcami.

                                    Kiedy od kwestii ogólnych przeszli do Wrzosin, zaczął powoli się wynurzać, pochylając naprzód i mocniej łypiąc na Seweryna, jakby chciał go w coś wtajemniczyć. Ba, istotnie wtajemniczał, bo choć każda rozmowa ze swej natury była wtajemniczeniem w pewien obszar, tak tu dotykano spraw, które ciągle były niewyjaśnione i gryzły sumienie starosty. Ale mimo całego ruchu i pochylenia, Salina nie mówił szeptem, ani nie zdobywał się półsłówkami na pozory tajemnicy, ale kontynuował tonem jak wcześniej, nie zmieniając tempa rozmowy.

                                    - Ścieżka, jak wiadomo, jasna sprawa, jest starsza niż nasza umiłowana Wolna Liga. – Rodryk wzniósł palce prawej ręki w błogosławieństwie. - Ale o jej istnieniu nie wiedzieliśmy praktycznie do tego roku. Były jakieś zapiski, jakieś studia, uczone księgi. Naukowcy o czymś wiedzieli, coś tam głosili, swoje krążyło w starych podaniach, ale nic, nic-nic czym by ktoś żył. Nic konkretnego i żadnych śladów.

                                    Wyglądało na to, że Rodryk historię rzeczywiście chciał zacząć naprawdę od początku.

                                    - Chłopi czasem, ale z rzadka-rzadka, coś tam znajdowali. Coś tam znajdowali, jakieś ruiny, śmieci, szmelc. Ślady, że coś było tu wcześniej, kiedyś. – Salina zaczął powoli luzować i zjeżdżać w tył. - Ale nic konkretnego, żaden konkret. Zmieniło się dopiero tego roku. Odkrył to, tak by wypadało, niejaki kapitan Malcolm Grotte. Oficer armii keolandzkiej, już w rezerwie, kawalerzysta i spec od walk podjazdowych.

                                    Seweryn grzecznie pokiwał głową na znak, że słucha i że ciekaw, co za historia z kapitanem.

                                    - Stojąc w prawdzie przed bogami poznamy jak było, bo teraz to tego już nie sposób dociec. Najlepszy pewniak to jednak ten kapitan... Zjechał tu z różnymi takimi... Ale trzeba mu przyznać, dał pierwszą iskrę do rozwoju naszej osady. – Starosta też pokiwał głową jak Seweryn. On jednak jakby komuś-gdzieś, może Grottemu w uznaniu zasług. - Zginął po jakimś czasie, zabity przez któregoś z tych swoich rozbójników, którzy mieli udawać wojsko. Z nich też już niewielu zostało, bo żarli się między sobą i taki koniec ekscesów, taki koniec.

                                    - Jeden żyje jeszcze we Wrotach – podjął Salina, jakby niepomny że od pierwotnego wątku odbił już w kolejny meander. - Salm się nazywa. Salm Burgo. Miał więcej rozumu niż reszta i otworzył biznes. Sprzedaje sprzęt dla poszukiwaczy. Kilofy, latarnie, szpadle, sita, liny... No wiesz pan, panie Sewerynie, wszystko, co w takowej misyi nam tu potrzebne. Różnie tam liczy, niektórzy zastawiają się tam u niego, mowa, że czasem bardziej to lombard niż sklep, ale podatki płaci. Podatki płaci, problemu z nim nie ma, to i chyba dobrze. Z korzyścią, ostatecznie-na koniec, dla społeczności wychodzi, myślę sobie.

                                    Seweryn i tym razem pokiwał głową, na znak, że i on myśli podobnie.

                                    - Ale do rzeczy, do Wrzosin... Wrzosiny to mała wioseczka tu była. Głównie pasterze. Niemal sami pasterze tutaj, rolników prawie brak, bo ziemia wokół surowa-jałowa. – Rodryk rozłożył ręce. Co zrobić? - Chłopi stamtąd pomagali tu przy budowie i oporządzaniu całości pod Wrota, nim jeszcze nasza społeczność Wrotami została nazwana. Dorabiali sobie, pomagali i u Grottego, i potem, niektórym spółkom, które się nazjeżdżały, a nie miały jeszcze dość robotników, by popchnąć wszystko do przodu. Zjawiali się zwykle rano, czasem od razu do zamówionej roboty, a czasem szukać-łazić, czy aby komuś nie będą potrzebni i coś niecoś nie wpadnie.

                                    Dorobić, szczególnie na przednówku czy wczesną wiosną (nawet jeśli klimat sprzyjał), zawsze było warto.

                                    - Ale pewnego dnia się nie zjawili. Nikt. – Salina zrobił specjalną pauzę, przedłużoną nalewaniem porcji wina do kielichów. - Mnie tu jeszcze wtedy nie było i ludzie rządzili się generalnie jak chcieli. Po trapersku, po dzikiemu. Cywilizacja, choć nazjeżdżało się już paru ekspertów z daleka, by szacować, co ze Ścieżki przyjdzie wyskrobać i sprzedać, to była skromna... Ale w końcu chłopami z tych Wrzosin się zainteresowano. Daleko to nie było, a jak na drugi dzień nie przyszli, to w końcu poszła tam jakaś wycieczka, zobaczyć, co to się stało, dlaczego chłopów nie ma...

                                    - Słyszałem, że nikogo nie znaleźli? – Upewniał się medyk. - Nikogo? To prawda?

                                    - Nikogo – potwierdził Salina. - Za to... No szukali tam ich trochę, ale nikogo nie znaleźli. Cała wioska przepadła. Wiedzieliśmy, że trzeba coś zrobić... Że ktoś musi tu o bezpieczeństwo zadbać i niedługo potem przyjechaliśmy tutaj, wprowadzić trochę porządku, zadbać o jakiś ład, prawda.

                                    - Święta prawda – przytaknął grzecznie Seweryn. W odpowiedzi starosta zaczął opisywać jak to całe powołanie go do tego zadania wyglądało od strony formalnej i że cieszy go wzniosłość powierzonej misji, bo to o dobro Ligi idzie i że to bogactwo tutaj to bogactwo narodu, a nie dla kupców do rozgrabiania, ale medyk nie słuchał tak uważnie, bo korciło go zapytać o plotkę, którą usłyszał kilka dni temu.

                                    - A panie starosto... Czy to prawda, że ci chłopi z Wrzosin... Że to im się ta ziemia tutaj należała? – Zdecydował się w końcu Seweryn. - Bo tak gadali w karczmie... Że może to ich wszystko być powinno, że niektórym to nie w smak mogło być...

                                    Rodryk rozłożył ręce i wydął usta.

                                    - Plotki krążą już tutaj tak rozliczne, że jest i pięć różnych wersji, gdzie każda każdej przeczy... Nie, panie Sewerynie, chłopi nie mieli tu prawa do ziemi. Do wioski przypisane były łany na północ od niej, na pastwiska. Tu pod samymi górami nie było żadnej przynależności. Tyle tym samym, co do okręgu, co do prowincji. – Salina odpowiedział konkretnie, ale na tym nie poprzestał. - Ale rozumiem, o co pan pytasz. Czy to gobliny zrobiły, czy może ktoś chciał się chłopów pozbyć, zabrać im ziemię... Że może ją odkupiono i potem się ich pozbyto, aby nie mogli juź umów renegocjować? Albo, że w ogóle, co by nikt z Wrzosin nie pozostał, a ziemia została dla tych, którzy pierwsi położą tu do niej po nich roszczenia na bazie podjętych inwestycji...

                                    - Ludzie to różnie gadają – wycofał się Seweryn. - Moja domena to ars medicina, a o reszcie wiem tylko tyle, co się człowiek od ludzi dowie... To i pomyślałem, że najlepiej będzie u pana spytać.

                                    - I słusznie, dobrze – ucieszył się Rodryk. - Kto pyta, prawda, jak to powiedzenie mówi, nie błądzi. Różnie to gadają... Ale z prawnego punktu widzenia ani Wrzosiny nie miały praw do tych ziem, na których stoją Czarne Wrota, czy do obszaru u wejścia na Ścieżkę, ani nikt nie próbował przedstawiać żadnych umów posiadania terenów tutaj na bazie zakupu, dziedziczenia czy w innej formie... Wiemy tyle, że stała się straszna tragedia i cała wioska zniknęła. Nie udało się ustalić do końca, co tam się stało, ale fakty pokazują, że nikt tutaj nie mógł na tym zyskać. No nie z prawnego punktu widzenia...

                                    Salina westchnął ciężko i przejechał ręką po twarzy.

                                    - Nie mogę niczego wykluczyć, będę z panem szczery, panie Sewerynie, bo chcę abyście nam tu w tych sprawach niejasnych pomogli nieco, dali świeżego swojego spojrzenia trochę... To i jak mówię: niczego wykluczyć nie mogę. Sprawę zbadaliśmy, ale na miejsce dotarliśmy już dobrze ponad dwa tygodnie po tym zniknięciu, więc nic na świeżo, nic na świeżo. – Starosta minę miał jakby przepraszającą. - Ale jak na moje... Biorąc pod uwagę, że teraz zdarzyło się to w nowej wiosce, w Pogorzeli... No to pewnie gobliny. Gobliny, orki czy inne łupieżcze plemię, bo niby co?

                                    - To na północ stąd? – zapytał medyk, który słyszał coś wcześniej o przywołanej teraz wiosce.

                                    - Północny zachód, parę staj stąd. Wioska głównie drwalska. Posłani tam po drewno ludzie donieśli, że nikogo nie ma, pusto, wszystko zostawione tak jak było... – Rodryk westchnął ciężko, aż siedzący o dobrych parę kroków dalej medyk poczuł to westchnienie na sobie. - To było wczoraj, więc teraz sprawa bardziej na świeżo. Będziecie mogli lepiej ocenić, zbadać niż my wtedy. Poślemy z wami kogoś, ale nie chcemy, żeby to było tylko nasze szukanie. Że zamiatamy pod dywan, nie przykładamy się, że nam nie zalezy... O nie-nie-nie-nie-nie! Co to, to nie! Chcemy! Chcemy to wyjaśnić i już nie dopuścić, żeby znowu takie coś się stało – czy to orki, czy gobliny, czy gnolle-trolle, czy rozbójnicy, czy jakie tam jeszcze inne plagi i klątwy ta biedna ziemia nosi...

                                    Wracając ze Ścieżki

                                    Uszy Kai rzeczywiście miał spore (od podpitych obwiesi szukających ujścia dla żółci słyszał czasem, że wielkie jak zając), ale wyobraźnię jeszcze większą. Nie sposób dojść, co tym razem było źródłem szmerów z głębin, ale nie było już w kompanii nikogo, kto chciałby sprawdzać.

                                    Zostawiając legowisko pajęczycy za sobą, wszyscy rozejrzeli się jeszcze uważnie po komnacie, gdzie przeszło im przelać pierwszą krew na wspólnym szlaku Ścieżki. Półelf sięgnął ponownie do mechanizmu i ściągnął kratę w dół, z pomocą obu paladynów raz-dwa doprowadzając rzecz do szczęśliwego końca. Droga dla wszystkich szmerów i syków, jakie miałyby ochotę wyleźć z ciemności była zamknięta, a marmurowy bloczek spoczął bezpiecznie pod obluzowaną ścienną płytką w następnym pomieszczeniu, skryty przez barda od pobieżnych spojrzeń.

                                    Czując spływającą z nich adrenalinę, poobijani i spoceni, ale przyjemnie pobudzeni, ruszyli powoli z powrotem na powierzchnię. Wyszli tak jak wcześniej, czarnym korytarzem granitowych płytek, który otwierał się obszerniejszym przedsionkiem na komnaty, skąd wracali (i na spore gruzowiska po drodze, uporządkowane przez górników tylko częściowo).

                                    Zrujnowana ścieżka nie była długa, ale kiedy teraz na spokojnie jej się przyjrzeć, mieć musiała kiedyś szereg zabezpieczeń w postaci krat po drodze. Od czasu do czasu trafiały się płytkie wnęki, ale nie wyglądało na to, żeby któraś gdziekolwiek prowadziła. Górskie tąpnięcia obeszły się z tym obszarem surowo, ale na pocieszenie, w swej magazynowo-skarbcowej roli już pierwotnie musiał być skromniejszy od innych przestrzeni.

                                    Na przykład od marmurowej, biało-czarnej komnatki, gdzie wypluł ich korytarz, podtrzymywanej czterema pokaźnymi kolumnami z szarego marmuru i paroma grubymi, dębowymi stemplami, które skromnie wspomagały starsze, pożyłkowane pęknięciami kamienne koleżanki. Z tej sali były cztery wyjścia – oprócz tego, którym wracali, para metalowych, rzeźbionych morsko-leśną geometrią drzwi po przeciwległych stronach i dalsza droga do zakątka z fontanną.

                                    Zarówno Lara, jak i Kai słyszeli w wiosce o tym miejscu. Okrągła kolumnada w centrum sali imitowała leśną polanę, a pośrodku pyszniła się fontanna z rzeźbami. Przynajmniej kiedyś. Plotkarze wspominali, że piękne to było miejsce, że ślicznie tam było jak w katedrze. Niektórzy dodawali, że teraz to-to już nie to samo, ale jakoś nikt słowem nie skrytykował grabieżców, którzy złupili dziedziniec, wynosząc rzeźby, skuwając płytki i zostawiając niemalże gołe ściany. Widać niejeden w miasteczku pozwolił sobie coś uszczknąć ze starożytnej polany, estetykę stawiając jednak niżej niż pełny garnek, który należał się za wydłubane kamyki czy poskuwaną, drobną sztukaterię.

                                    Kai skubnął Larę w rękaw, odciągając ją od smutnego świdrowania oczami po suficie. Wolała patrzeć tam, gdzie zachował się jeszcze pierwotny układ całości, mnogością odcieni zielonej ceramiki płytek imitując baldachim leśnego gąszczu. Na zrujnowane piękno komnaty wokół nie chciała patrzeć.

                                    - Lara – szepnął chłopak. - Te figurki, które znaleźliśmy... Dałabyś na nie rzucić jeszcze okiem zanim wyjdziemy? Zaraz tam pewnie będą nas przeszukiwać...

                                    - Pewnie. – Kobieta rozsupłała worek, gdzie delikatnie zawinęła znaleziska w kawałki jedwabiu. - Tylko proszę ostrożnie. To nie lada rzecz. Historia zmaterializowana.

                                    - No właśnie... Okruchy czasu, wgląd w starożytność, prawda? I tak myślę sobie, kiedy na nie patrzę... – Bard ostrożnie oglądał psie figurki, dotykając ich lekko opuszkami palców, wodząc po runach, rzeźbieniach i nierównościach wykonania. - Może dobrze, aby obejrzał je tutejszy mistrz magii? Ten cały Wedryk, podobno na swoim polu uznana figura.

                                    Lara spojrzała na półelfa spod okularów z błyskiem w oku, ledwo co kryjąc uśmiech.

                                    - A czy to ekspert od archeologii starosuelskiej? Hmm, nie słyszałam o nim, ale też wiem, że pochodzi dość daleko z północy, aż z Bissel. Myślisz, że ma lepsze kompetencje, aby ocenić historyczną i materialną wartość tych przedmiotów?

                                    Muzyk chciał przewrócić oczami, ale powstrzymał się od teatrzyku, trochę rozbawiony reakcją pani doktor, a trochę poirytowany przyparciem do muru. Powiedzieć, nie powiedzieć?

                                    - Nie o to chodzi, Lara – odpowiedział po cichu. - Myślę po prostu, że są magiczne...

                                    - I to tak ni z tego, ni z owego? Czysta intuicja? – Dziewczyna uśmiechnęła się. - Takie figurki mogły być przecież dziecięcymi zabawkami... Suelowie bywali bardzo sentymentalni. Mogły stanowić figurki z jakiejś gry, z jakiegoś wariantu suelskich szachów. Mogły być też eleganckimi przyciskami do papieru. A w końcu same, kość słoniowa i piękna robota, stanowią przecież wartościowe dobro. Dlaczego figurki są magiczne, a obrączka nie?

                                    Kai spojrzał na nią, zdobywając się na ciepłe, estradowe spojrzenie dla zjednywania publiki, choć w środku wił się jak piskorz, niechętny by wyłożyć kawę na ławę. Myśli przebiegały szybko, kotłowały się jak wygrywane na rympał akordy.

                                    Hmm... Nie odpuszcza, ale może w tym wszystkim ma rację, pomyślał muzyk. Nie, dobrze, słusznie... Ten cały Wedryk, tak, jak to dostanie to już z rąk nie wypuści. Ależ naiwnie założyłem, ha...

                                    - Co to za uśmiech? – Badaczka badawczo pochyliła się nad półelfem, lekko podnosząc okulary. - Powiesz mi skąd to przekonanie, że przedmiot jest magiczny? Czy będziemy mnożyć tu jeszcze tajemnice, jakby mało ich bylo na samej Ścieżce?

                                    Kai westchnął lekko i ostatecznie skapitulował.

                                    - Znam się nieco na magii, przyznaję – szepnął. - Nie oddawajmy może do Wedryka, ale jakbyś dała je mi na jakiś czas, trochę je przebadać... Tak po mojemu.

                                    - Ha! – Lara uśmiechnęła się tryumfalnie, zadowolona, że jej przekonania co do Kaia powoli się potwierdzają. - Tego nie mogę zrobić. To artefakty o wartości przede wszystkim historycznej, niezależnie czy magiczne czy nie. Ale zgoda, kiedy będę je mieć w swojej pieczy, będziesz mógł im się przyjrzeć i przebadać je... Po swojemu.

                                    - Zgoda. – Ucieszył się Kai i już chciał wyciągnąć do badaczki dłoń w filuternym geście przybicia spóły, kiedy dialog obojga przerwały jakieś hałasy u wyjścia na zewnątrz. A konkretniej hałasy awanturne i Grimleyowe.

                                    - Gdzie z tymi łapami? – Stary paladyn planował spacer na powierzchnię bez zatrzymywania się, chcąc minąć ustawionych na granicy wokół drewnianych barierek strażników, jakby nigdy nic. Nie dało rady. Grupa sześciu byczych karków w barwach Westburn stanowiła twardą barykadę.

                                    - Prosfsę sę zatsymasz – Lider oddziału był łysy, miał dawno złamany, ale źle zrośnięty nos i przez ten nos, nosowo, zaciągał. - Profsę do kontfoli. To tylko rfutynofo.

                                    - Do jakiej kontroli, chmyzie? – Rozeźlił się Grimley i prawie podskoczył, czując jak wpakowany pod pazuchę złoty lichtarz zaczyna niebezpiecznie zjeżdżać w dół. - Wiesz, kim ja jestem?

                                    - Jesteśmy rycerzami Zakonu Karzącej Ręki Sprawiedliwości Naszego Pana Heironeousa – wtrącił się Randal, który nadszedł z tyłu spokojnym krokiem. - Proszę nie stawać nam na drodze.

                                    - No! – rzucił Algernon i ruszył twardo naprzód, ale łysy i drugi, również łysy, ale z króciutkiego ogolenia, a nie odzywającej się genetyki, zablokowali mu drogę.

                                    - Pfan pfejdzie – zgodził się dowódca, który pewnie musiał służyć gdzieś, gdzie tacy jak Randal wydawali rozkazy i miał wpojone, by ich słów nie negować. - Ale pfan... Pfan stanje.

                                    Algernon takiej charyzmy już nie miał. Wyglądał może i groźnie, ale bardziej jak zbir, jeśli już rycerz, to raubritter nachodzący na podróżnych w zasadzce, a nie paladyn z krwi i kości.

                                    - A poszedł won! – Spróbował desperacko Grimley i szarpnął się, próbując minąć bysiorów, ale obu łysym przyszedł w sukurs jeszcze jeden, ten wysoko podgalany i z rudym wąsem. Szarpanie nie mogło skończyć się dobrze...

                                    Rycerz poczuł jak związane pod ciuchami dobra, które próbował przemycić luzują się i lichtarz wysuwa się spod koszuli... A ze spodni wypadają mu związane wcześniej – widać nie dość solidnie - złote łyżki.

                                    - Szkurw... – Grimley fuknął wściekle i przygotował się na bitkę, próbując wytrząsnąć z nogawki resztkę blokujących ruchy sztućców. Nie dali mu nawet szansy. Ucapili go już nie we trzech, a w czterech, patrząc tylko, czy aby Randal, ani nikt z pary, która szła na końcu nie będzie kombinować. Tych dwóch w odwodzie naszykowało kusze, na razie jeszcze nie celując w nikogo, ale szybkim mechanizmem zaciągając już bełty na wszelki wypadek.

                                    - Spokój!!!

                                    Głos, który nadszedł od wioski zadudnił jak dzwon. Głęboki, dźwięczny i zimny. Wspaniale teatralny, pomyslał Kai.

                                    Na scenę, długim, marszowym krokiem wszedł siwy, wysoki mężczyzna w szmelcowanym napierśniku i wojskowych ciuchach. Twarz miał jak ciętą z granitu, a spojrzenie równie surowe. Jeśli nie wzbudziłby posłuchu samą postawą, to wzbudzić musiał rangą. Owain Graft, lokalny szeryf.

                                    - Róbcie swoje – zakomenderował do zbrojnych. - Panie Grimley, będzie pan jeszcze utrudniać? Wszyscy – zdaje się – są tutaj w pracy, więc zróbmy, co każdy musi i miejmy to z głowy.

                                    - Grut, Diago, obszukajcie proszę pana Kaia. – Siwy wskazał na barda, który stał jeszcze za barierkami. Może nie wiedział, że Randala ominęła kontrola, a może sam też patrzył na stan rycerski z szacunkiem. Grunt, że Bronson nie musiał rozstawać się ze swoimi znaleziskami i w duchu odetchnął lekko, bo nie w smak mu było przechodzić takie obszukanie, jakie serwowali teraz kurwiącemu Grimleyowi, który usidlony, został do cna przetrzepany i nie zachował nawet sakiewki z monetami (ta miała być dla niego do zwrotu po sprawdzeniu, które należą do niego, a które wyniósł ze Ścieżki).

                                    Półelf, skonfrontowany z przeszukaniem przez eksadrę chamów, zrobił kwaśną minę, ale świadom, że niczego nie wynosi i nie chcąc już robić sobie pod górkę, kooperował grzecznie. Pod okiem Grafta poszło to raz-dwa i nikt nawet nie zaglądał mu specjalnie do kieszeni, ani sakiewki. Widać uznali, że Grimley zgarnął już wszystko, co się dało.

                                    - Pani, pani doktor, niepokoić tutaj nie będziemy, ale zakładam, że już u pana starosty podzieli się pani tym, co znalazła. – Owain skinął Larze głową i uśmiechnął się sucho. - Nie znam się na pani specjalności i na charakterze pani roli w tym przedsięwzięciu, więc może po prostu nie będę nic już sugerować, ani imputować... Ale poproszę panią po prostu, aby zechciała mi towarzyszyć do rezydencji pana Saliny.

                                    - I panów także zapraszam – dodał, już z mniejszą kurtuazją. - Teraz, pójdźmy proszę.

                                    Ku pewnemu zdziwieniu niektórych, zaproszenie objęło też Grimleya, który oskubany ze zdobyczy (winszował sobie tylko połknięcia kamieni, te były jego!), sapał strasznie i spojrzeniem, jakim powiódł po sprawdzających go ochroniarzach obiecywał im śmierć z możliwością powtórki. Tak jednak reszta grupy, jak i on, nie zamierzali już nic kombinować i zwyczajnie poszli za Graftem, odprowadzeni do Saliny, gdzie czekał już na nich nie tylko starosta, ale i Seweryn.

                                    I znów wszyscy razem

                                    Salinę zastali we wspólnej sali rezydencji, gdzie obsługiwano petentów – teraz pustej, poza samym Rodrykiem i Sewerynem, usadzonymi wygodnie z winkiem i w rozmownym nastroju. Starosta na widok gości poszerzył się od razu – tak w uśmiechu, jak i wyciągając ręce na strony w widocznym powitaniu (dowodząc, że zmieszczą go nie wszystkie futryny). Zaprosił bohaterów do gabinetu, niecierpliwy ciągu dalszego historii, której snucie rozpoczął wcześniej medyk.

                                    - Siadajcie, siadajcie, drodzy moi państwo, siadajcie. – Rodryk pokazał im gestem na wolne meble, które w osobach paru foteli i niewielkiej kanapki pod ścianą służyły wizytom oficjalnym. – Pan Seweryn zaczął mi tu już to wszystko referować, o górnikach, świętej pamięci, ale i o tym, którego się udało uratować, o pająkach, o skarbach, o tym wszystkim.

                                    Goście, pozostawieni sam na sam z panem Saliną, rozparli się wygodnie na obitych skórą meblach, chwytając w dłonie kielichy z przednim – przednim, zaiste – winem i teraz prawdziwie poczuli, że mogą zluzować mięśnie i odsapnąć.

                                    - Mówcie proszę, jak było, opowiedzcie wszystko. – Salina uśmiechnął się jak nauczyciel, którego pupile zdobywają nagrodę w szkolnym konkursie. – Pochwalcie się, cóżeście zbadali, co żeście zobaczyli-odkryli.

                                    I co było dalej?

                                    Salina był w swym uszanowaniu wysiłków i powinszowaniu sukcesów bardzo południowy, ekspresjonując się wyosce, niekiedy wznosząc rękę w geście sukecsu, niekiedy dzieląc się soczystym achem, a czasem będąc na cienkiej granicy od soczystego cmoknięcia zachwytu. Wieści o tych, których nie udało się uratować przyjął z ponurą miną, spuszczonymi na chwilę oczami i niedowierzającym kiwaniem głowy starszego brata.

                                    Po zdanym sprawozdaniu pozostawił sobie trochę przestrzeni na oddech i pytania, ale kiedy parę minut później poczuł, że atmosfera zaczyna osiadać i wszystko i wszyscy osiadają w fotelach coraz głębiej, poderwał gości do nowego tematu.

                                    Znali to już – temat Wrzosin był pytlowany w plotkach od kilku miesięcy i stanowił bolączkę dla wielu przybyszów. Choć Seweryn nie dalej niż kilka minut wcześniej rozpytywał o to znów, zmierzając do aktualnego problemu znikniętej Pogorzeli, teraz razem z resztą wysłuchał relacji Saliny ponownie, będąc pod wrażeniem jak umiejętnie – niemalże kopiując – starosta jest w stanie przekazać te same treści nowemu odbiorcy nie roniąc niczego z istotnych detali. Zaprawdę, starosta byłby świetny w grze w głuchego posłańca.

                                    - Panie starosto, proszę przyjąć wyrazy szczerego współczucia... Ale może jeszcze w temacie mieszkańców nie wszystko stracone? – odezwała się pierwsza Lara. - Tylko... Pan wybaczy, ale czy my aby jesteśmy dobrymi osobami, by zajmować się tym tematem? Jestem, owszem, doktorką medycyny, ale z tego, co zrozumiałam, to nie ma tam rannych do opatrzenia. W zakresie mojej specjalizacji archeologicznej też się chyba Pogorzeli nie przydam. Ja nie myślę tu stronić od pomocy, ale czy aby nie lepsi byliby jacyś tropiciele, jakaś grupa poszukiwawcza?

                                    - O, pani doktor, proszę mówić swobodnie, proszę się nie krępować przed prawdą i – prawda – konkretem! – Salina uśmiechnął się pogodnie, sugerując, że samo pytanie o zasadność ich obecności w tej misji go nie razi. - Dlatego tu państwa, szanowni-drodzy, zebraliśmy, bo chcemy skorzystać tak z waszych talentów i umiejętności precyzyjnych-specjalnych, jak i przede wszystkim sięgnąć po wasze umysły... Umysły światłe, hartowane, prawda, na różne sposoby i różnymi ścieżkami życia, ale światłe i bystre. Zdolne pominąć to, co czasem łowczy – nasz pan Curze, zdolny też na swój sposób – czy jego ludzie, mogliby pominąć. Patrząc, no, prościej powiedzmy.

                                    - Miło być docenioną, ale sam pan rozumie, że nie jest to obszar... – Lara spojrzała po kompanach. - Mówię w swoim imieniu oczywiście... Nie jest to obszar mojej ekspertyzy.

                                    - Sprawą będziemy zajmować się wnikliwie i badać, więc tu też proszę nie czuć na sobie, ma się rozumieć, brzemienia odpowiedzialności za los mieszkańców... Ów na mnie jako na przedstawicielu władzy w regionie spoczywa – formalnie, rzecz jasna, to przyjmując. – Rodryk wzniósł ręce, jakby wszystkich formalnie rozgrzeszał. - Tak jednak jak polegam i polegać chcę na moich, to znaczy Lidze naszej powołanych, podwładnych, tak i chcę polegać na dobrej woli wszystkich stron, które budują to nasze wspólne przedsięwzięcie... Na pani Wylli na przykład, która wielmożnych państwa mi tutaj, z racji na wasze talenty... Talenty śledcze, medyczne, wojskowe, na uważność co do detalu i sprawność, rzekłbym, nieprzynależną ludziom poślednim, zwykłym uogólniać i podążać za innymi, a zamiast tego jednak szczególną, intelektualnie wyzwoloną z – że tak sobie powiem – zamknięcia w granicach wyłącznie... Chłopskiego rozumu.

                                    Lara uśmiechnęła się niepewnie, nieco skonfundowana tyradą starosty. Niezbity z pantałyku był za to Grimley.

                                    - Dobrze, dobrze, panie starosto – zapewnił ochoczo. - Pojedziemy, załatwimy. Kiedy trzeba ruszyć? Dziś-jutro?

                                    - Prawdę mówiąc, szczerze mówiąc, to im szybciej, tym naturalnie lepiej. Ale nie jest to też taki kawał, co by państwo ruszyć nie mogli i za godzinkę-dwie, jak trochę odsapniecie, przygotujecie sobie, co tam potrzebne... – uspokoił Salina. - Dogadamy zaraz to z grupą, z ludźmi odpowiednimi, konie przygotujemy. To się proszę nie frasować. Ale pana, sir Algernonie, to prosiłbym jednak o odpoczynek dłużej, bo widzę – nie zobaczyć trudno – że mocno się ta batalia na panu odcisnęła.

                                    - Phi – prychnął Grimley. - Nie takie batalie mnie przyciskały.

                                    - Tedy dobrze mieć pana po swojej stronie, sir. Ale jak mówię, jak mówię – odpoczynek koniecznym jest. I pewny jestem, choć tu akurat moja ekspertyza może być podważona, że państwo medycy, pani doktor i pan Seweryn zgodzą się z moim zaleceniem. – Rodryk mówił niby tak jak do tej pory, a jednak coś w głosie stwardniało, ze zdań oznajmująco-konwersujących przechodząc w wyłącznie oznajmujące. - Poproszę teraz państwa o powierzenie mi znalezisk ze Ścieżki, które zostaną tu odpowiednio skatalogowane. Naturalnie, przedmioty będą dla pani doktor do późniejszego wglądu i analizy naukowej, choć jako dziedzictwo tych ziemi pozostają własnością obywateli Wolnej Ligi, ma się rozumieć.

                                    Ma się rozumieć, prychnął w duchu Randal, jak na reprezentanta surowej ścieżki prawa zawsze dziwnie sceptyczny wobec władzy, kiedy przychodziło jej brać się do dóbr i bogactw.

                                    - Gdyby mogli stawić się potem państwo u budynku stajni na tyłach, w godzinie końca zmiany popołudniowej robotników, mieć powinniśmy wszystko naszykowane – dodał Salina, wracając do tematu wyprawy do Pogorzeli. - Jeśli naturalnie chcą państwo, to woli państwa pozostawiam, wspomóc interes rzeczy-naszej-pospolitej, angażując się w zbadanie sprawy, którąśmy omawiali.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #48

                                      Lara Quatermain (Alex Tyler)

                                      Korzystając w rozsądniej mierze z posiadanego czasu, Lara poddała głębszej analizie wszystkie przedmioty z oznaczonego cedrowym drzewem sejfu. Księga i tubusy, choć niewątpliwie historycznie wartościowe, okazały się zawierać dokładnie to, czego się spodziewała po ich pobieżnym przejrzeniu. Tylko więcej. Nie było więc w nich nic, co zmieniłoby w diametralny jej sposób postrzegania starożytnych. Z kolei dłuższa inspekcja gemmy zdawała się potwierdzać jej przypuszczenie, że przedstawia ona wybrankę Ildreana Sigroza, choć absolutnej pewności co do tego nie miała.

                                      A co do drogocennego berła... Jego długi na niecały łokieć kształt wykonany był z kości słoniowej i świetnie spolerowany na rozlicznych fasetkach, które rozwijały się w imitacji kwietnej łodygi, odbijającej na bok drobnymi, spłaszczonymi jak kopuła kolumny w pilastrze gałązkami. U podstawy trzonka była przestrzeń idealnie wyważona dla dłoni, gładka i bez zdobień. Całość wieńczyła złota gałka w kształcie brylantu, lekko wytarta i poobijana. Na niektórych z fasetek można było dostrzec splecione wspólnie runy inicjałów „ID”, ale poza tym rzecz nie nosiła śladów suelskiego pisma. Lara przeczuwała, że nie należała ona do przedmiotów codziennego użytku, ale nie pasowała też do artefaktów o religijnej bądź ceremonialnej naturze, jakie by kojarzyła. Długość i forma sugerowały za to, że berło mogło być dodatkiem do odświętnego odzienia, jakiego czasem w suelskim imperium dopełniały różdżki czy buzdygany, ale intuicja podpowiadała, że mógł być to przedmiot o rzadszym i bardziej praktycznym zastosowaniu. Nierównomierne zużycie całego kształtu – przy doskonałym zachowaniu poniżej gałki i uszkodzeniach na tejże – mogło wskazywać, że złotą kopułą uderzano, ryto nią, albo może gdzieś ją wciskano.

                                      Okularnica postanowiła zaopiekować się całą zawartością sejfu, prócz kamieni szlachetnych i złota. Te z braku innych chętnych przejął starszy z wojowników, Algernon, choć gotów był podzielić się nimi z resztą i to po równo, argumentując, że zawdzięczał im życie. Niemniej Quatermain podtrzymała swą decyzję. Wszak nie przybyła do doliny Drusdygg, by się wzbogacić. Chodziło jej tylko o ekscytujące przygody podczas odkrywania tajemnic przeszłości.

                                      Zanim grupa postanowiła opuścić Ścieżkę Slerotina, drugi z wojowników, Randal, wykazał się wyjątkową intuicją, w ostatniej chwili odszukując kolejne archeologiczne znalezisko, które następnie przekazał Larze. Była to niewielka, skórzana książeczka w złotej ramie, wyglądającą na pamiętnik lub dziennik. Bogato zdobione inicjały na wewnętrznej stronie sugerowały, że właścicielem był Ildrean Sigroz. Dalsze karty wypełnione były starosuelskim alfabetem, lecz nakreślone tam litery układały się jedynie w słowa bez ładu i składu, łamiące podstawowe zasady konstrukcji wyrazów. Fascynatka archeologii domniemywała, że właściwa treść została zakodowana przy użyciu jakiegoś szyfru. Zarazem liczyła, że później uda jej się go złamać. Jako że prywatny dziennik stanowił dla niej potencjalnie bardziej interesującą lekturę, niż wcześniej przejrzane papiery biznesowe. Wszak bez wątpienia stanowił prawdziwy zapis antycznej prozy życia swego właściciela, tak bardzo przez nią pożądanej, a nie surowe rejestry z obrotu pieniędzmi i towarami.

                                      text alternatywny

                                      Opuszczając Ścieżkę Slerotina Lara Quatermain miała więcej czasu na obejrzenie mijanych korytarzy i komnat, niż kiedy kierował nią wymuszony pośpiech. Niemniej widoki te wywołały w niej głównie uczucie głębokiego żalu, spowodowanego tym, że nie miała możliwości ujrzeć ich w pierwotnej postaci, zanim zostały bezlitośnie rozebrane i rozkradzione.

                                      Zamieniwszy w drodze powrotnej słowo z Kaiem, jasnoblond doktorka jeszcze bardziej upewniła się w swym podejrzeniu, że nie był on byle cyrkowym nożownikiem, ani przypadkowym poetą, lecz znanym z podań i legend bardem. Artystą, którego wyjątkowa sztuka potrafiła wpływać na materię rzeczywistości niczym skomplikowane zaklęcia magów. Właściwie krótka rozmowa z bardem na temat znalezionych figurek uzmysłowiła czarnookiej awanturniczce, że muszą posiadać one magiczną naturę. Niemniej Lara nie zamierzała pokazywać ich lokalnemu czarodziejowi Wedrykowi, wiele bowiem wskazywało, że nigdy więcej by ich już nie ujrzała. Nawet Kaiowi nie zamierzała oddawać ich na własność, jedynie udzieliła mu pozwolenia na swobodne ich badanie. Ostatecznie każda z figurek wylądowała głęboko w jej dekolcie, gdzie miała nadzieję, że żaden mężczyzna sprawdzać się nie poważy.

                                      Na szczęście obyło się bez krępującego przeszukania, co wielce ucieszyło medyczkę, tym bardziej że w jej przypadku przy tego typu procedurach jakimś cudem zawsze trafiało się nader sporo nadgorliwych „służbistów”. Tym razem, stojącym u wejścia mężczyznom, wystarczyło jedynie jej poręczenie, że o wszystkich zabranych dobrach poinformuje starostę i da się do niego zaprowadzić. Tak też obiecała, wygodnie przemilczając dobrze schowane pod ubraniem berło i psie figurki.

                                      text alternatywny

                                      Lara Quatermain nie była osobą, która lubiła formalistyczne i żmudne procedury, czy w ogóle rozmowy w tonie urzędowym lub biznesowym. Tak samo nie lubiła opowiadania o swoich przygodach osobom, które nie dzieliły szczerze jej pasji. Pozwoliła więc mówić Kaiowi. Sama wtrącała tylko fakty, szczególnie te natury medycznej i archeologicznej, których nie widziała powodu pomijać, lub których Salina zdawał się nie usłyszeć z ust cyrulika, którego to postrzegała nieco podejrzliwie od chwili jego nagłej ucieczki z pajęczym truchłem. W każdym razie nikomu nie dodawała, ani nie ujmowała zasług. No, może odrobinę odjęła sobie, ale to z racji pewnego bagatelizowania swych osiągnięć. Zwłaszcza gdy wchodziły na pole jej przekonań. Wszak ratowanie czyjegoś życia było jej obowiązkiem, a nie jakimś wybitnym osiągnięciem. Sprytny i przezorny Kai na szczęście nie zdradził, że znaleźli i ukryli klucz do kraty, ani tego, że przywłaszczyła sobie berło i figurki. Nie, żeby posądzała go o coś takiego, sprawiał bowiem w jej oczach wrażenie porządnego chłopaka. Na szczęście jednak nie porządnego w odcieniu głupio-uczciwym. Choć zatajenie obecności nasyconych magią posążków wydawało się jak najbardziej w jego interesie.

                                      text alternatywny

                                      Zgodnie ze złożoną obietnicą Quatermain okazała i pokrótce opisała staroście wszystkie wyniesione przedmioty, których nie ukryła. Przy tej okazji pokusiła się o poruszenie nurtującej ją kwestii, a może raczej wyrażenie pewnej obawy.

                                      — Tuszę, że owo dziedzictwo ziem niniejszych, pozostające własnością obywateli Wolnej Ligi, zasili zbiory muzealne, by mogli się nimi do woli cieszyć. Wszak niedopuszczalnym byłoby, gdyby jakimś sposobem omyłkowo znalazły się w rękach prywatnych, a przez to zamkniętych kolekcjach co zamożniejszych z kolekcjonerów.

                                      W kwestii udania się do Pogorzeli to zgodziła się niechętnie, za nic nie mogąc wytrącić staroście argumentu z ręki. Wprawdzie nie miała nic przeciwko udzielaniu pomocy ludziom, ale wolała zajmować się tym, po co właściwie przybyła do Czarnych Wrót. Czyli Ścieżką Slerotina.

                                      — Jeśli zostawili ślady, to je znajdę — oznajmiła. — Pomocy mi w tym nie trzeba. Kilka tygodni spędzonych samotnie na bezludnej tropikalnej wyspie bez żadnego prowiantu potrafi wiele nauczyć na temat znajdowania śladów.

                                      Blondynce odpowiadało, że tym razem nie musieli ruszać od razu. Aż ją nosiło, by posiedzieć nad znalezionym przez Randala dziennikiem. O psich figurkach nie wspominając. Wolała się też lepiej przygotować, niż poprzednio.

                                      Przed wyjściem przyszło wszystkim pożegnać się Grimleyem, któremu Salina zalecił obowiązkowy odpoczynek. Lara nie widziała powodu się sprzeciwiać, bo choć w dużej mierze poskładała go do kupy po ataku wielkiego pająka, to odpoczynek po takim szoku dla organizmu był jak najbardziej wskazany. Co do samego procesu pożegnalnego to czarnooka uczona uczyniła to mniej formalnie, niż to wypadało młodej damie z szanowanego greyhawskiego rodu, obejmując po koleżeńsku wojaka.

                                      text alternatywny

                                      Cały wolny czas przed wyjazdem do Pogorzeli Quatermain spędziła w swoim wynajętym pokoju w „Czarnym Diamencie”. Po przygotowaniu swojego ekwipunku do drogi, szybko zabrała się do studiowania dziennika Ildreana Sigroza. W trakcie notowała na swoim papierze wszelkie potencjalne zależności, pokrewieństwa i odpowiedniości w czytanych wyrazach. Próbując rozgryźć ich prawdziwy sens. W pewnym momencie zrobiła sobie krótką przerwę i zeszła na dół, do szynkwasu, by poprosić o obiad, którym jednak zamierzała posilić się na górze. W trakcie oczekiwania na jedzenie rzuciła jej się w uszy pewna plotka.

                                      Ścieżka Slerotina to jednak jest śmieszna nazwa dla takiej konstrukcji... Przecież to cały podziemny trakt czy pałac! Wielka rzecz! Ciągnie się to podobno głęboko pod górami, ma iść niby aż na drugą stronę Pieców. Żeby to działało, żeby się tam nie podusić, porobione były szyby doprowadzające powietrze do środka. Wiem, że teraz natrafili tam w środku na jakąś przeszkodę i próbują obejść to bokiem, kombinują jakoś, ale... Może trzeba iść w góry i spróbować zejść w dół? Spróbować znaleźć jakiś szyb i dostać się na Ścieżkę tamtędy?

                                      Po usłyszeniu tej wypowiedzi fascynatka archeologii uniosła znacząco brwi. Co prawda nie wiedziała, czy naprawdę coś zablokowało Ścieżkę, ale widziała jakieś szyby podczas swojego krótkiego pobytu. Co się zaś tyczyło przekonania, o możliwości przejścia na drugą stronę gór, to pokrywało się z większością legend i podań, ale wcale nie musiało być prawdziwe. Co skonstatowawszy, zabrała swój przygotowany posiłek i udała się na górę. Wolała nie mitrężyć przed odjazdem.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Niedostępny
                                        PaniczP Niedostępny
                                        Panicz
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #49

                                        Kai (Aro)

                                        Uprzednio upewniwszy się, że nic nie czyhało w ukryciu po drugiej stronie zruszonego gruzowiska, Kai prześlizgnął się względnie zręcznie przez przeszkodę. Pacnął obutymi w sandały stopami o posadzkę, chwiejnie ześlizgując się od razu w przysiad, gdy ruch zruszył jeden z kamiennych kawałków, który potoczył się wgłąb komnatki. Hałas jednak nie obudził do życia kolejnego zagrożenia i półelf podniósł się do pionu, w duchu oddychając z ulgą. Korzystając z okazji, że znajdował się chwilowo poza polem widzenia swych towarzyszy, rozjaśnił sobie nieco sytuację, prostym zaklęciem odpalając tak pochodnię, jak i tuzin świec, ostających się upływowi czasu. Proste, kuglarska sztuczka rozwiała ciemność pomieszczenia i rzuciła światło na jego stan, co, zazwyczaj mile widziane w innych miejscach, tutaj jednak wzbudził w Kaiu grymas odrazy. Oblepione pajęczynami leże, rzecz oczywista, godziło w zmysł estetyczny artysty, lecz to szkielet zasiadły za biurkiem wzbudzał w nim najwięcej niepokoju. Mógłby przysiąc, że puste oczodoły śledziły jego ruchy niewidzącym spojrzeniem zza grobu i wzdrygał się przez co i rusz, gdy tylko jego spojrzenie zjeżdżało w tamtą stronę. Inspekcja komnaty wespół z resztą przyniosła im nowe znaleziska, z których najbardziej interesującym półelfa był bloczek mogący być kluczem do odnalezionego wcześniej sejfu. Pech jednak chciał, że nie szło go tak łatwo zgarnąć.

                                        — A żeby cię...! — syknął, potrząsając dłonią.

                                        W pierwszej chwili spodziewał się dostrzec ślady oparzeń na smukłej dłoni, lecz jedno tylko nań zerknięcie zdradziło, że próżno było szukać takowych. Nawet samo palące uczucie przeminęło tak szybko, jak tylko odskoczył od odnalezionego klucza. Nie było ono też jakową dziwaczną reakcją tylko jego umysłu, co potwierdziła podobna reakcja doktor Quatermain, gdy spróbowała sięgnąć po zalegające w pajęczynie znalezisko. Kai, choć zdolny był do splatania garści zaklęć i podporządkowywania rzeczywistości swej woli w ograniczony sposób, nie wyznawał się na teorii magicznej i owe arkana pozostawały dlań niezgłębioną tajemnicą. Nie trzeba było jednak wykształcenia w ars magica, by domniemywać cóż takiego właśnie zaszło. Przycupnięty w bezpiecznej odeń odległości półelf świdrował bloczek spojrzeniem, próbując wykoncypować sposób obejścia iluzorycznego zabezpieczenia, w czym wyprzedziła go doktor Quatermain. Wywołując swym działaniem kolejny grymas na jego obliczu - wykorzystanie szkieletu bowiem, choć nader skuteczne, było dlań makabrycznym widokiem. Wstrząsany dreszczami jednak asekurował jak mógł swą towarzyszkę w powrocie do płaskorzeźby. Wzdrygnął się tylko, gdy kościana ręka odmówiła posłuszeństwa i klucz poszybował ku posadzce. Nie zdoławszy w porę opanować bezwiednego odruchu, nakazującego próbę złapania lecącego obiektu, Kai ponownie odskoczył z przekleństwem na ustach, machając dłonią potraktowaną kolejnym widmowym wrażeniem oparzenia. Przy drugiej ręce splótł już dłonie za plecami, by przypadkiem nie powtórzyć owego błędu. A gdy Lara uciekła się do użycia szczęki, gdy kończyny zawiodły, artysta nagle stał się bezbrzeżnie zainteresowany pajęczynowym baldachimem rozciągniętym na sklepieniu.

                                        — Odsuńcie się, proszę — ostrzegła dobrodusznie towarzyszy. — W razie gdyby nastąpiło coś niespodziewanego, lepiej byście nie stali w pobliżu.

                                        Kai nie potrzebował specjalnej zachęty, by usłuchać słów doktor Quatermain, gdy już stanęli przed sejfem. Wycofał się naprędce trzema przesadnie wydłużonymi krokami w tył i napiął niczym struna, wstrzymując oddech. Otwarcie skrytki nie pobudziło jednak do życia jakiegokolwiek nowego zabezpieczenia i jej zawartość stanęła przed nimi otworem. Kai przypatrywał się przedmiotom przechodzącym przez dłonie Lary ponad jej ramieniem, większość z nich zaszczycając co najwyżej przelotnym zainteresowaniem. Tylko figurki jakichś psów, pokryte dziwnymi i nieznanymi mu bliżej runami, pobudziły jego ciekawość. Bynajmniej nie kunsztownym wykonaniem - acz i tego nie mógłby odmówić ich twórcy - a znajomym mu uczuciem, które zawsze wymykało się próbom dokładnej identyfikacji. Pewien był tylko jednego - statuetki były w jakiś sposób, mniej lub bardziej, zaklęte. W oka mgnienie stały się zatem jedynym znaleziskiem, które miał naprawdę wielką ochotę wynieść ze Ścieżki.

                                        Dlatego też wstrzymał doktor, gdy tylko paladyni opuścili salę-dziedziniec, budzącą w nim smutek swym stanem. W rozgrabionej komnacie zamienił z nią parę cichych słów, nieustępliwością Lary zmuszony do wyjawienia jej swych magicznych talentów. Niechętnie, bo niechętnie - był zbyt dobrze świadom tego, jak większość ludzi postrzegała magię - acz było to w zasadzie jedynie głęboko zakorzenionym odruchem. Wątpił bowiem, by przyjazna uczona miała wykazać się powszechną ignorancją i zacząć szykować dlań stos. Osiągnięte zeń porozumienie przyjął ze szczerym zadowoleniem i jeszcze szczerszym uśmiechem, podekscytowany prospektem badań nad fascynującymi go posążkami.

                                        Prędko wypartą poprzez zajście u wyjścia, acz i nawet pełne napięcia chwile nie były w stanie zupełnie zburzyć jego dobrego nastroju.

                                        text alternatywny

                                        Ponowna audiencja u Rodryka Saliny, starosty Czarnych Wrót, nadszarpnęła nieco bardziej pogodę ducha półelfa. W dużej mierze poprzez niepokojącą opowieść o wydarzeniach w Pogorzeli i Wrzosinach, acz i nieco wcześniej przez to, że to na niego zrzucono obowiązek sprawozdania i nie było mu dane raczyć się w spokoju winem. Nader przednim, jak się okazało gdy tylko zmoczył nim usta, by zwilżyć gardło. Jak świat długi i szeroki wszelakie stanowiska wiązały się nierozłącznie z szeregiem różnych benefitów, lecz fakt, że starosta miał w swych zapasach trunek tak dobrego sortu, który mógłby być serwowany na stołach wielmożów, pobudzał cień podejrzliwości w żywej wyobraźni Kaia. Tudzież był jeno świadectwem, jak wielkie były bogactwa spoczywając na Ścieżce - na tyle, że nawet "skromny" zarządca był w stanie sporo zeń uszczknąć. Jakby to jednak nie było, półelf odepchnął od siebie te myśli, oddając się raportowaniu Salinie wydarzeń w podziemiach.

                                        Nie będąc pewnym, jak wiele zdążył mu wyjawić obecny już w gabinecie Seweryn, Kai ograniczył się zaledwie do ogólników. Rzecz jasna ubarwionych kwieciście, gdyż nie mógł sobie odmówić tejże przyjemności dania upustu artystycznym ciągotom. Przemawiał zatem ciut zbyt długo i rozciągle, jak na formalne spotkanie z pracodawcą, czyniąc chwilami teatralne pauzy, by zbudować nieco suspensu i unieść obracany w palcach kielich do ust. Przed Saliną zataił naprawdę niewiele, jedynie fakt ukrycia przez doktor Quartermain paru artefaktów - nie tyle przemilczając tą kwestię, co po prostu zwodząc słuchacza retorycznymi figurami; mówiąc mu wiele, a tak naprawdę nie powiedziawszy nic konkretnego. Kai odetchnął głęboko, gdy sprawozdanie dobiegło końca i mógł wreszcie zająć się osuszaniem naczynka w dłoni. Gdyby nie znajomość konwenansów i kultura osobista, zapewne byłby sięgnął po karafkę w ramach dolewki, acz powstrzymał się od tego. Reagował oszczędnie na dalsze wymiany zdań, uśmieszek na twarzy, kwitnący na słowa doktor Quatermain o znaleziskach zasilających zbiory muzealne, kryjąc za nagłym przymusem podrapania się po policzku.

                                        Dyrektywę - ukrytą pod płaszczem sugestii czy też prośby - stawienia się na tyłach stajni za parę godzin przyjął ze skinieniem głowy i lekko kpiarskim salutem. Los opuszczonych wiosek nie był mu zupełnie obojętny, a tajemnica zniknięcia bez śladu silnie pobudzała jego ciekawość. Nie na tyle, by zapomniał o Ścieżce, lecz wystarczająco by nie krzywił się na to zadanie, mocno poboczne względem głównego celu jego pobytu w Drusdygg.

                                        text alternatywny

                                        Ciężko byłoby powiedzieć, że Kai spożytkował dwie godziny dane mu przed wyprawą do Pogorzeli. Blisko trzy kwadranse pierwszej spędził bowiem w zaciszu siedziby Lazurowej Kompanii, mocząc się w wannie i doprowadzając do porządku po krótkiej, acz intensywnej, wycieczce w podziemia. Wymyty i wypachniony poświęcił zaledwie parę chwil na doprowadzenie zarówno oręża, jak i odzienia do czystości, wysługując się przy tym prostym zaklęciem. Nie musiał nawet specjalnie pakować czegokolwiek na podróż - wodoodporna, solidna torba spoczywała w kącie pokoju, przezornie zapakowana o poranku, nim jeszcze stawił się u Saliny. Kai zatem pozostały mu czas przeznaczył na, krótko mówiąc, lenistwo - wczesny obiad, obowiązkowo z winem, oraz spacer po Wrotach. Równie obowiązkowo, przy tym drugim, strzygł też długimi uszami. Dwa tygodnie w miasteczku pozwoliły mu na dosyć dokładne wybadanie, co w trawie piszczało, acz pod tym względem wyznawał pogląd, że nigdy za wiele.

                                        Kai stawił się pod stajnią, pogodę ducha objawiając wesołymi gwizdami, gotów wzbogacić podróż o dzielenie się lokalnymi nowinami i plotkami.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Niedostępny
                                          PaniczP Niedostępny
                                          Panicz
                                          napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                          #50

                                          Randal (Mike)

                                          Randal nie wdawał się w dysputy. Była robota do zrobienia. Trzeba było rozwiązać zagadkę i zapobiec kolejnym zniknięciom, więc raz dwa się zakrzątnął. Spakował sprzęt i żywność i był gotów do drogi. Zdobyte fanty zabrał ze sobą. Planował je ukryć na najbliższym postoju.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy