'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
Randal (Mike)

Randal doskoczył i ucapiwszy starszego paladyna pod pachy, odciągnął go po za ewentualny zasięg potwora. Nie sprawdzał czy żyje, słychać było.
Fachowym okiem ocenił wysiłki monstrum i rzekł:
- Trza się wrócić i wziąć ze sobą ze 3 baryłki oleju, chyłkiem wlać, albo wrzucić baryłki i jak bydle podlezie to podpalić.Jakoś w zamieszaniu, figurka i kordzik trafiły do sakwy, by w przyszłości posłużyć lepszej sprawie niż napchanie kabzy bogaczom.
-
Kai (Aro)

Przysłowiowy bitewny kurz jął prędko opadać, lecz dosłowna siwa chmura dymu, jaką powołał do życia wystrzał z broni doktor Quatermain, nie przejawiała podobnych zamiarów. Uparcie zawisła w powietrzu, rozrzedzając się leniwie niczym mgła, świdrując szczypiąco oczy i wwiercając się w nozdrza ostrym smrodem, jakby żywcem wyrwanym z najgłębszego zakamarka Piekieł. Tudzież wprost z rzyci Asmodeusza. Kai zatem, gdy agresorzy przestali już być realnym zagrożeniem, z obliczem wykrzywionym wieloznacznym (i ciut przesadnym) grymasem nie omieszkał wymownie pomachać dłonią przed swą twarzą, by przepędzić bure pasma woniejące siarką, i zakaszleć parę razy. Zrazu jednak przeszedł do gmerania palcem w spiczastym uchu, w próbach przepędzenia zeń przeciągle irytującego pisku.
— Doprawdy cudowne ustrojstwo, doktor Quatermain! PRZE-CUD-NE! — odezwał się w stronę kobiety. Głosem już podniesionym z wcześniejszego półszeptu, jakby rzeczywiście niedawny huk uszkodził mu nieco słuch. — Zaiste wspaniała to rzecz dla uszu! Cud, żeśta nie ogłuchli zupełnie, pani doktor. Ugh!
— Słucham? — zapytała Lara z wyrazem udawanego niezrozumienia wymalowanym na jasnym obliczu, dopełniając żartu gestem urękawiczonej dłoni przyłożonej do nadstawionego ucha. — Przepraszam, ale jakoś nie było czasu na ostrzeżenia — wzruszyła ramionami z nieco skruszoną miną. — Obiecuję jednak, że następnym razem poprzedzę wystrzał należytym ostrzeżeniem i poczekam cierpliwie aż zatkacie szczelnie uszy pszczelim woskiem — zakończyła żartobliwie z serdecznym uśmiechem na ustach.
— Hmpf, widzę że opowieści, jakoby pojęcie humoru nie było znane w uczonych kręgach, są leciutko przesadzone — półelf odparł towarzyszce, utrzymując pozorny grymas nadąsania. Pozorny, bo lekkie nuty w tonie były dobrze słyszalne i zdradzały, niewątpliwie celowo, że jeno droczył się.
Kai rannym poświęcił zaledwie cząstkę swej uwagi, zerkając jeno współczująco w ich kierunku i pozostawiając ich w bardziej nadających się do niesienia pomocy dłoniach, w zamian ruszając się z miejsca po to, by uważniej przyjrzeć się komnatce. Na tyle uważnie, na ile pozwalał mu nadal rozpraszająco dźwięczny pisk pod ciemną grzywą. Uzbrojony w płonącą żagiew krążył zatem wte i wewte, tu pochylając się nad kufrem, tam zerkając w ścienną niszę, od czasu do czasu wolną dłonią przytykając sobie ucho i wydając z siebie osobliwe “ma”. Być może dlatego umknęło mu parę rzeczy, które Randal odnalazł w przejrzanych przezeń wcześniej miejscach, co półelf skwitował tylko wzruszeniem ramion. Większość zawartości komnaty, która przed wiekami służyła pewnie jako swego rodzaju magazyn, być może zaciekawiłaby go mocniej, gdyby nie rozpadała się - nierzadko całkiem dosłownie - w jego dłoniach. Jedynie błyszczące złociście krążki stanowiły wartościowe znalezisko, ostające się upływowi wieków, lecz nawet one, po uprzedniej inspekcji w ramach zaspokojenia ciekawości, ostatecznie lądowały między rupieciami w kuferkach. Kai nie czuł potrzeby pazernego przywłaszczenia sobie starożytnych monet, zatem pozbywał się ich równie chętnie, jak je oglądał, śląc je zręcznymi pstryknięciami palców i lśniącymi łukami w trzewia skrzynek.
— Ufff, ależ paskudna z ciebie bestyja, brrr… — artysta wzdrygnął się, wyrywając swój nóż z martwego pajęczaka. Pomimo obrzydzenia jawnie widocznego na twarzy, młodzian przykucnął na parę uderzeń serca przy zewłoku. Przyglądając się mu z przekręconą głową, szturchnął nawet pancerz parę razy czubkiem ostrza. — Hm, wyglądasz jakby znajomo… Czy ja już cię gdzieś nie widziałem aby? Ach! Tak, teraz pamiętam!
Wymruczawszy tych parę słów sam do siebie, Kai zakończył krótką inspekcję i podniósł się do pionu. Starając się nie myśleć zbyt mocno i odpędzając od siebie detale historii zasłyszanej przed laty, jaką jego mentor Sanjar Wspaniały zwykł czasami “zabawiać” dzieciarnię przy wieczornych ogniskach. Szło mu to nad wyraz marnie. Podczas krótkiej walki, która początkowo rysowała się w ponurych barwach, mógł wszak przekonać się, jak wiele prawdy tkwiło w przerysowanej bajce o krwiożerczych pajęczakach, zdolnych doprowadzić ludzi do obłędu. Obecność szurających górników, z wolną wolą zastąpioną zwierzęcymi instynktami poprzez jad we krwi, potwierdzała poniekąd, że Baklun wcale nie sięgał zbyt mocno po licentia poetica przy tamtych okazjach. Co też skwitował wydaniem z siebie cichego “blech”. Szczęśliwie nowe elementy zrazu zajęły uwagę półelfa, gdy tylko zbliżył się do kratownicy. O wiele mocniej gdy tylko, po uprzednim upewnieniu się że żadne zagrożenie nie miało nagle skoczyć w jego kierunku, niemalże przytknął nosa do metalowych prętów i wytężył wzrok, dostrzegając tym samym ciekawą płaskorzeźbę w następnej komnacie.
Nie przyszło mu nawet czekać zbyt długo, by przyjrzeć się bliżej temu znalezisku i nie musiał nawet przeciskać się ekwilibrystycznie pod przeszkodą blokującą przejście. Wzdrygnął się tylko nieco na klepnięcie Karzącej Ręki, lecz nie zwlekał z przyjęciem odeń marmurowego wielościanu, który okazał się być osobliwym kluczem, umożliwiającym operowanie mechanizmem ukrytym gdzieś pod granitową skałą. Na lakoniczne “sprawdzisz?” Kai odparł żwawym kiwnięciem głowy (jakżeby mógł odmówić!), od razu wciskając bloczek w otwór, z uśmiechem witając tajemnicze zgrzyty. Uśmiech zbladł jednak, gdy okazało się że nie tylko sprawdzanie miało przypaść mu w udziale i paladyn Niezwyciężonego nie przejawiał zamiaru kręcenia ustrojstwem. Ten wątpliwy honor przypadł zatem samemu półelfowi, który z obecnych był, o ironio!, najwątlejszej budowy. Wprawiając w ruch kratownicę nie omieszkał zatem pozłorzeczyć na taki obrót spraw. Jedynie w duchu, rzecz jasna - nie chciał bowiem zwracać na siebie zbyt dużej uwagi zbrojnych, a tym bardziej zniechęcać ich do swej osoby.
Chociaż częściowe otwarcie przejścia dalej kosztowało go sporo trudu i wysiłku, to wnet zostało wynagrodzone. Kai żwawym krokiem wstąpił do następnej komnaty, ocierając lśniące w świetle pochodni krople potu na czole, pikując od razu ku dostrzeżonej wcześniej płaskorzeźbie. Przewrotny los miał jednak inne plany i, przynajmniej na razie, prędko uniemożliwił bliższe oględziny stylizowanej korony drzewa. Wpierw coś zadudniło, a w chwilę później coś znowu innego rąbnęło, domagając się ich atencji. Półelf drgnął na te nagłe dźwięki i stęknął, widząc tarzającego się po posadzce sir Grimleya. Jeszcze mocniej, gdy dostrzegł znajomy kształt uderzający raz po raz w gruzowisko, przy akompaniamencie poznanych już chwile wcześniej syków i szczękania.
— Ugh, kolejny kościogryz?! Ile się tu was zalęgło!? — wyrzucił z pretensją, wycofując się za sir Bronsona. — Więcej was matka nie miała!?
Pajęczak nie był rzecz jasna w stanie odpowiedzieć, nacierając tylko wściekle na blokadę, niewątpliwie napędzany zwierzęcą żądzą mordu. Patrząc uważnie w tamtą stronę, Kai prędko skonstatował, że być może to właśnie z matką mieli teraz do czynienia, wnosząc po gabarytach. Tudzież ojcem, o ile można było mówić o takowych tradycyjnych rolach w przypadku tych paskudztw. Tyle dobrego, że przerośnięty kościogryz był chwilowo uwięziony po drugiej stronie i stanowił dla nich znikome zagrożenie. Aczkolwiek to mogło się zmienić w każdej chwili. Palce półelfa odnalazły jeden z jego wiernych noży.
— Z całym szacunkiem, sir Bronsonie, lecz wątpię, by monstrum miało grzecznie sobie czekać, aż wrócimy z tymi baryłkami. Zawsze możemy spróbować je ubić przez tą wyrwę, na odległość — odezwał się, obracając ostrze w dłoni. Odrzucił też w bok ściskaną dotychczas pochodnię, by w razie kolejnych wystrzałów z ustrojstwa doktor Quatermain mógł zakryć uszy. Kai przestąpił niepewnie z nogi na nogę, przełknął ślinę i odchrząknął. Kolejne słowa uciekły z jego ust niezwykle niskim szeptem, mimowolnie. — Zawsze mogę spróbować uśpić tą bestyję…
-
Randal (Mike)
- Myślę, że poczeka. Jak tylko przestanie nas słyszeć i widzieć zajmie się swoimi, plugawymi, zajęciami - odparł z pełnym przekonaniem Randal, opartym na jego wyobrażeniach jak powinien się zachowywać plugawy potwór.
-
Kai (Aro)
— Oj nie byłbym tego taki pewien, sir — zawyrokował Kai. Stopniowo kuląc się i drgając przy każdym uderzeniu wściekłego pajęczaka w gruz. Nóż w palcach błyskał, bezustannie obracany w nerwowym odruchu. — Patrząc po tym, z jaką werwą próbuje się do nas dobrać, to jego lub jej ulubionym plugawym zajęciem może być polowanie na humanoidy. Tudzież smakuje się w ludzkiej krwi. Nie wiem, co byłoby tutaj gorsze...
-
Chwilę wcześniej na Ścieżce...
Kurz, pył, dym skłębiony wśród pajęczyn po wystrzale, krew, brud, ludzkie zwłoki i koleżeńskie przekomarzanki. Złote krążki i pamiątki sprzed naszej ery oraz mamroczący ludzki zewłok ociekający posoką i oczy uciekające w bok za każdym szurnięciem, gdy ktoś schylał się brodzić w starożytności lub flakach. Z jednej strony aż mrowiło w człowieku, by wziąć nogi za pas i wybiec na świeże powietrze, z drugiej – można było się w ciężkiej, pełnej obietnic atmosferze podziemi zapomnieć, zatracić czas w obcowaniu z tajemnicami i szansami... Mimo czyhającej grozy.
Doktor Quatermain przeglądała dokumentację i zapiski, które przetrwały próbę wieków szerokimi, pełnymi zachwytu oczami – nawet, kiedy literki traktowały o przewozach drewna i smoły, wznosząc się na ciekawość przy specyfice prawa handlowego czy ordynacjach majątkowych. Choć parę razy kusiło ją, by zgarnąć coś na później, do wnikliwszego przeanalizowania w bardziej sprzyjających okolicznościach, a instynkt szarpnął najmocniej przy magicznym zwoju opatrzonym prywatnym liścikiem (nie szło tu przecież o magiczność zwoju, szanujmy się), to badaczka utrzymała najwyższe standardy, zachowując wszystko na bezpiecznych pozycjach (o ile ktoś-coś tu nie wtargnie i nie narobi rabanu...). Pooznaczała właściwe miejsca kredą, robiąc pamięciowe notatki na temat tego, czemu miała służyć każda cyferka oznaczeń. Późniejszy, pełnoprawny przegląd miejsca powinien być zrobiony już z należytym namaszczeniem.
Od gmerania wśród artefaktów dawnej Suelii odrywały ją co i rusz szurania kompanów. Widziała, że też przeglądają pobojowisko i przyuważyła nawet, że Kai odrzuca znalezione monety na miejsce, ale zbrakło jej uważności, by dostrzec coś więcej. Obaj paladyni zapakowali swoje znaleziska do tobołków – Randal dyskretniej, Grimley bezceremonialnie, jakby wrzucał do worka ziemniaki. Kai widział jak Algernon przebiera w fantach, ale co ostatecznie ze znaleziskami zrobił Bronson nie dostrzegł. Zresztą – może go to w ogóle nie obchodziło, może uznał, że za wymachy ich mieczy, które położyły pająki coś im się należy, a może w pełni z nimi sympatyzował, a sam nie korzystał z okazji tylko z racji lichości własnych znalezisk.
Lara nie widziała, co robią kompani. Od pierwszego, archeologicznego zaaferowania, pociągnęło ją zaraz do drugiego, medycznego. Któryś gulgot rozpołowionego truposza oderwał ją od odcyfrowywania starosuelskiego i poprowadził na ścieżkę biologii.
- Hmmm... – mruczała pod nosem, przyglądając się jak z rozciętego górnika sączy się jucha. Wylało się jej sporo, nie dziwota przy takim cięciu. Medyczka jasno oceniła, że krew w... - Człowieku? Nieboszczyku? - dalej krąży. Wolniej, bo wolniej i to znacznie, ale gdyby facet nie żył od paru dni, to nie byłoby mowy o tym, żeby jucha tak z niego sikała. Z drugiej strony, widać było, że nie płynie tak, jak płynęłaby z kogoś, kogo takie katowskie cięcie pozbawiłoby życia. Płynęła wolniej i teraz już było to widać – szybko koagulowała.
Doktor Quatermain, gdzieś na drugim roku swego studiowania, trafiła na zajęcia, gdzie profesor Nivelle – prawdziwy okaz humanisty, który parał się wieloma sztukami, w tym magią – nauczał o wyjątkowych stanach ludzkiego organizmu, zwłaszcza tych wywołanych działaniem sił nadprzyrodzonych. Dla zbożnego celu zapoznawania młodych lekarzy ze wszystkim, co kryje biologia – także ta, która nie idzie pod rękę z Matką Naturą – wypożyczył z Gildii Magów Greyhawk okaz zombie, który przejęto w czasie nalotu na kryjówkę nekromantów. Przed należytym pozbyciem się ciała, które skremowano i złożono w urnie na miejskim cmentarzu, z pochówkiem w nowoczesnej, wielowyznaniowej wersji, nieumarły mógł przecież na coś się nadać.
I widać nadał. Lara wiedziała, że zombie porusza magia czy też zassana z innego planu negatywna energia, więc ich ciała nie pompują krwi, ani nie potrzebują mięśni do pracy. Coś metafizycznego splątywało je też z fizyczną powłoką, stanowiąc o zachowaniu przez nie cząstek percepcji czy inteligencji, które pozwalały reagować na zjawiska wokół nich. Na pewno nie z taką sprawnością, jak za życia, ale wyraźnie intensywniej niż miało to miejsce przy tym gulgoczącym pełzaczu, który zwracał uwagę dopiero na znaczny ruch czy światło.
Dziewczyna rozejrzała się na boki, jakby niepewna tego, co robi, może zawstydzona, a może z nadzieją, że zdarzy sie coś, co ją powstrzyma... Ale nic się nie zdarzyło i Lara przykucnęła nad truposzem, przyciskając mu ręce do ziemi i przykładając ucho do piersi. Zgrzyt podnoszonej kraty zerwał ją z kolan, podskoczyła i prawie fiknęłaby w tył, gdyby w porę nie podtrzymał jej Grimley, który pojawił się obok.
- Dokończmy, co potrzeba – rzucił krótko rycerz, niby to w liczbie mnogiej, ale tak naprawdę oznajmiając po prostu, co sam zaraz zrobi. Wzniósł swój potężny dwuręczniak do cięcia i tym razem skasował wizgającego truposza na dobre, rozbijając mu czaszkę na drobne szczapy. Lara sama nie wiedziała, czy chce zaprotestować, czy nie. Poczuła, w krótkiej, paskudnej chwili obcowania z bliska z zimnym ciałem umarlaka, że ten nie całkiem umarł – serce, choć bardzo wolno, wciąż w nim biło i pompowało krew. Nie był nieumarły w takim znaczeniu, jakie nadawała nekromancja, ale pewnikiem nie był już stworzeniem, które powinno dalej chodzić po świecie.
Skoro jednak kwestie etyczno-medyczne na razie się rozwiązały (spojrzenie na resztę górników, którzy nie mieli tendencji do pośmiertnego pełzania szybko pokazało, że większość zginęła podobnie – pewnie jad, a potem wykrwawienie od pajęczych szarpań), Lara podążyła za resztą do sąsiedniej komnaty, gdzie zaczęło się już szperanie.
I teraz – też na Ścieżce, komnatę dalej
Rozpatrywanie się w mechanizmie ściennej płaskorzeźby zajęło całą trójkę badaczy Ścieżki i tylko Algernon Grimley wybrał aktywniejsze parcie naprzód. Kiedy Lara (najbardziej zorientowana), Kai (wytężający wzrok za wskazówkami) i Randal (który lubił po prostu trzymać rękę na pulsie) rozglądali się, co można zrobić, by dobrać się do tego, co skrywało się pod kamienną płytą, stary paladyn narobił już rabanu i zaraz zapłacił za to bolesną cenę.
Dopadli do niego, gotowi wesprzeć druha, który wcześniej też wkroczył naprzód jako pierwszy, ryzykując za innych. Randal odciągnął go na bok, ale nie martwił się zbytnio. Chociaż Grimley syczał i wił się z bólu, żył, a za moment nawet zebrał się na równe nogi. Chwilowo nie widział, albo widział słabo, bo poruszał się jakby po omacku, niepewny i słaby w ruchach, wyciągając rękę przed siebie. Lara zobaczyła w świetle pochodni, kiedy zbliżyła się do niego, że oczy zaszły mu krwią, ale nie wyglądało na to, żeby coś zostało naruszone.
Usadziła go na moment, choć stary (i zły!) nie był teraz najwdzięczniejszym pacjentem i wydobyła apteczkę. Gaza i woda do przemycia musiały na razie wystarczyć. Pająk za skalną barierą rwał się i walił w rumowisko w amoku, próbując przedrzeć się przez zwężenie, więc nie było czasu na złożone operacje.
Randal proponował załatwić bestię sposobem, a Kai kuć żelazo póki gorące. Obu pogodziła doktor Quatermain, która wypaliła w stwora, gdy znów zbliżył się na zewnątrz, hucząc i dymiąc z arkebuza. Tym razem bard w porę zasłonił uszy, więc obyło się bez dźwieczącego oszołomienia. Dzięki temu mógł też szybko zareagować i posłać sztylet w pająka, którego wystrzał nie trafił, ale z jakiegoś powodu na moment zmroził. Może pierwotny instynkt nakazywał, by drobne istoty kuliły się i udawały, że ich nie ma, gdy coś wielkiego robiło raban w pobliżu?
Cóż, może ten ślad ewolucji przetrwał i w tym kościogryzie. Pozostałość w tym wypadku niepotrzebna, bo po kolejnym odwalonym kawale kamieniska widać było, że pająk rozmiarowo niedaleko ma do średniego niedźwiedzia.
Sztylet rąbnął stwora w jedno z rozlicznych oczu, wzmagając pisko-syki. Włochate odnóża zaczęły przebierać po zwalisku jeszcze szybciej, a żuwaczki splunęły na drugą stronę kolejną porcją jadu. Ten wystrzał, tak jak i arkebuzowy, nikogo nie trafił, ale Randal postanowił działać nim bestia powtórzy atak. Nie miał ze sobą pełnego ekwipunku, ale zdążył zabrać kołczan z paroma oszczepami i teraz dziękował sobie za słuszny wybór.
Słuszny wybór i słuszny rzut, bo ciśnięty potężnym rąbnięciem oszczep trafił pająka w odwłok. Insekt zakotłował się wśród kamieni, zniknął w głębi i zaraz zjawił ponownie, tym razem wystawiając na widok napastników brunanto-rudy tyłek. Kolebał się teraz tą stroną, desperackimi ruchami próbując zrzucić naprzód kawały gruzu broniące mu wyjścia, ale stał się łatwą ofiarą.
Tym razem nikt nie miał już problemu z trafieniem i pająk oberwał zarówno z huczącego arkebuza, ciśniętego noża i rzuconego oszczepu. Spustoszenie, które potrójny atak wywołał w rozharatanym odwłoku bestii było ogromne, ale też impuls bólowy, który targnął stworzeniem był taki, że próbujący odskoczyć byle dalej od zagrożenia potwór, raniąc się dodatkowo, w końcu rozbił część zapory, wybijając sobie drogę na wolność.
Grimley, który w międzyczasie zebrał się do kupy, splunął na ziemię i przymierzył się do nadejścia potwora z mieczem gotowym do ciosu. Pozostali spojrzeli po sobie, wyczekując co za chwilę nadejdzie. Kościogryz uciekł w głąb jamy, zostawiając na rozbitych kamieniach pełno posoki, ale nie był cicho. Słychać było, że kotłuje się i syczy gdzieś po drugiej stronie. Randal odrzucił kołczan na bok i przygotował tarczę do odparcia ataku. Lara w pośpiechu ładowała broń do kolejnego ataku, a Kai – rozglądając się za osłoną – ściskał w spoconych dłoniach gotowe do rzucenia sztylety.
Pająk zaatakował zanim jeszcze go zobaczyli, uderzając z cienia kryjówki. Uderzył nietypowo, w sposób jakiego jeszcze nie znali. Lepki, cuchnący kwaśno pocisk wystrzelił z jamy, trafiając Larę w korpus, rozkładając się wokół niej i rozciągając. Miękka, ale sprężysta i mocna tkanka pajęczej sieci przygwoździła dziewczynę do ściany, wiążąc ją w szamotaninie nim zdążyła strzelić.
Grimley był gotów i runął na stwora, kiedy ten zjawił się zaraz po poprzednim ataku, wypadając na zewnątrz w kupie wznieconego pyłu. Rycerz takim atakiem bez problemu położyłby każdego kościogryza, którego dotąd napotkał, ale to bydlę było po prostu ogromne, a skoczne nie mniej niż napotkane wcześniej sztuki. Kiedy pajęczak wyrwał na paladyna w upiornym skoku, Grimley niewiele mógł już zrobić wobec lecącej na niego masy. Świadom, że nie zatrzyma jej ani sztychem, ani cięciem, spróbował jeszcze zmienić kierunek w natarciu i zrobić unik, ale ciężar bestii zwalił się na niego w pół oddechu. Gniotąc starego jak ciasto na makaron i wyciskając z niego całe powietrze.
Kościogryz przeciągnął się po nieprzytomnej ofierze całym ciężarem i sycząc, przygotował się do skoku na kolejne zdobycze.
Porządek walki
Inicjatywa:
Pająk 18
Grimley 18 (nieprzytomny, 0 PW; 1/3 porażka w rzucie na przeżycie [death save])
Randal 15
Kai 12
Lara 7 (uwięziona w sieci)Obecnie jesteśmy po rundzie Grimleya. Działa Randal, Kai i Lara.
https://imgur.com/a/LHWEKlw
-
Randal (Mike)
Randal zaklął widząc jak szybko potwór pozbył się dwóch członków grupy. Nie było czasu na wypominanie pozostałym, że lepiej było to zrobić sposobem. Warknął coś niepochlebnego i zapewne nieprzyzwoitego pod nosem i runął na stwora.
-
Randal Bronson, choć nie stronił od sprytu i rozwiązań na skróty, jeśli służyły słusznej sprawie, odwagi miał dość, by obdzielić batalion wojska. A jeśli do tego szło jeszcze o wsparcie brata po mieczu, na wątpliwości po prostu nie było miejsca.
Paladyn zrzucił na bok kołczan i wszystko, co mogło go krępować i natarł dziko na syczącego nad Grimleyem kościogryza. Choć bestia zgięła już odnóża do wyskoku, gotowa przygwoździć do ziemi kolejnego nieszczęśnika, rycerz zdążył powstrzymać morderczą passę. Dopadł stwora od frontu, ale w ostatniej chwili, szarpnięciem całego ciała skręcił, myląc insekci móżdżek. Wychylony, z tarczą w razie czego chroniącą od boku, natarł z szerokiego kąta, waląc na odlew po odwłoku i kończynach bestii.
Cios był mocny, aż pająk podskoczył z sykiem. Ale nie dość mocny, by dobrać się do miękkiego, które skrywał pancerz. Rycerz musiał szykować się na kontrę. Odskoczył osłaniając się tarczą i zamłyńcował, przykucając niemal w oczekiwaniu na ripostę.
-
Kai (Aro)
Syki, klekoty, sapania, świsty, mlaski i szereg innych jeszcze dźwięków składały się na podziemną symfonię, coraz to bardziej krwawą uwerturę ich pierwszej wizyty w starożytnych ruinach. Szczęśliwie najgłośniejsza i najbardziej dysonansowa nuta ze wszystkich, wystrzał z broni doktor Quatermain odbijający się hucznym echem od granitowych ścian, tym razem była łatwa do przewidzenia i Kai zdołał w porę zasłonić szpiczaste uszy, osłonić wrażliwy słuch przed kolejnym atakiem i bezustanny pisk mógł dalej lżeć miarowo. Sam też dodał kolejny dźwięk do kompozycji - zdławiony nagłym ściskiem gardła jęk, gdy rozwścieczony kościogryz zdołał w końcu przebić się przez gruzowisko. Wierzgnął przy tym w tył, nieomal zaplątując się o własne nogi i ledwie utrzymując równowagę. Dynamiczna sytuacja, jak to z dynamicznymi sytuacjami w życiu bywało, dotąd mogąca napawać optymizmem nawet pomimo sir Grimleya potraktowanego jadem, w parę jeno uderzeń serca jęła przybierać bardziej ponure barwy. Stary paladyn legł pod nagłym natarciem pająkowatej bestii, a doktor Quatermain związana została lepką siecią i przygwożdżona do ściany. Z sercem dudniącym nie gorzej od jej arkebuza, Kai w ułamek chwili zmuszony był podjąć decyzję, gdzie skoncentrować swe działania.
— W przeciwnościach losu niebywałe tkwi piękno! — Półelf zakrzyknął w stronę towarzyszki. — Są niczym ogień stal hartujący! Nie traćcież tedy ducha, pani doktor!
Jakby zainspirowany własnymi słowami, Kai powściągnął początkową chęć rzucenia się na powrót za kratownicę. Przełykając żółć bulgocząco podchodzącą do gardła na każdy błysk swego ostrza nadal tkwiącego w jednym z mnóstwa oczu pająka, w zamian przemknął tuż obok wierzgających wściekle odnóży. Obrócony w palcach nóż zalśnił w migotaniu pochodni, w locie uderzył o chitynowy pancerz na odwłoku, sięgnął nawet czegoś miękkiego. Monstrum wydało z siebie kolejną serię klekotosyków, mogących uchodzić za odgłos bólu. Sztylet pociągnął za sobą ciemną wstęgę, rosząc gorące krople wokół, gdy Kai wyminął kościogryza i obrócił się szarpanie na pięcie, szurając sandałami po podłożu.
— Nie takaś straszna z bliska, jak się wydawało, bestyjo! — Zakrzyknął jeszcze, jakby chcąc rozproszyć uwagę stwora i dać tym samym otwarcie sir Bronsonowi na zakończenie sceny jednym, finalnym ciosem.
Wg deklaracji z komentarzy akcja standardowa na atak w kościogryza (sukces potwierdzony przez MG), akcja bonusowa na danie Larze Bardowskiej Inspiracji (+1d6 do jednego dowolnego testu przez następne 10 minut), a akcja ruchu na zajęcie pozycji po przeciwnej stronie pająka tak, by flankować go z Randalem (tym samym dając mu ułatwienie [Advantage] do ataków).
Ilość kości Bardowskiej Inspiracji po rundzie: 2/3.
-
- No i co, no i co? – Mały Kai nie wytrzymał jako pierwszy z dzieciarni. Po klapnięciu dłoni, które miało imitować zamknięcie się paszczy potwora z połkniętym żywcem nieszczęśnikiem zapadła krótka, ale głęboka cisza. Tłum dzieciaków wessał powietrze jak stadko mrówkojadów, a oczy wypełzły im wszystkim z orbit. Długo jednak wytrzymać nie mogli, a Kai był po prostu najszybszy. - I co z nim? Co było dalej?
- Co było dalej? – Sanjar podniósł się z pieńka, wznosząc za wstaniem głos i efekciarsko wiodąc rozszerzonymi oczami po czeredzie wpatrzonych weń jak w obraz dzieciaków. - Czy sir Grimley przetrwał atak potwornej pajęczycy?
Nie, pomyślał półelf, przypominając sobie znienacka dawne bajania swego młodzieńczego idola. - Na pewno nie Grimley, mąci mi się już we łbie po latach...
Faktycznie, ciężko było dziś już dojść, kto był bohaterem dawnej opowieści i jak skończyła się jego historia, ale dla dzisiejszego Grimleya nie wyglądała za dobrze. I choć jego pajęczyca nie połknęła w całości, to przygniecione ciężarem i przeryte spiczastymi odnóżami ciało było równie blisko śmierci, co ów dawno wybajany śmiałek, którego perypetie śledziła cała obozowa dzieciarnia.
Teraz historia jest moja, przemknęło Kaiowi przez myśl, gdy niesiony własną pieśnią rzucił się do boju ze straszydłem znanym z ogniskowych gawęd. Pieśń istotnie mogła dodać skrzydeł. Lara poczuła, że i ją wyśpiewane wezwanie barda wzmocniło w szamotaninie z siecią.
Motała się jak mogła i napinała mięśnie, odlepiając od ściany cząstki pajęczej pułapki. W tym wszystkim, siłując się a to z lepką barierą, a to z samą sobą, musiała zaczepić o coś pasem, albo inną solidną częścią garderoby, bo zamiast wyzwolić się, wzmogła jeszcze opór skrępowanych członków. Poczuła jak wezbrana w niej wściekłość przelewa się i jest blisko, by wykipieć. Chciała się wydrzeć, walczyć, pomóc!
Skłębiona w nerwach, odetchnęła mocno widząc jak kontra pająka po ciosach Randala i Kaia chybia celu. To była głównie zasługa paladyna, który walczył z tarczą iście po mistrzowsku. Potrafił tak zastawiać się metalem, że pająk nie potrafił go sięgnąć żadnym z odnóży, a przy próbach ukąszenia obrywał po żuwaczkach, cofając się z niczym.
Od defensywy do ofensywy byłaby jednak daleka droga, gdyby Randal miał walczyć sam. Ba, pewnie w takiej walce nie miałby szans – nawet i z pawężem i w pełnej płycie. Na szczęście nie był sam, a wzrastający w odwadze bard nękał pajęczycę z drugiej strony, dźgając ją jak umiał. Głównie irytująco i nieszkodliwie, ale ze wspomożeniem dla pancernego towarzysza. Ten zaś, kiedy jeden z takich momentów kosztował kościogryza dłuższą niż zwykle reakcję, wykorzystał swą szansę.
Wypadł zza tarczy ze sztychem, jakby jechał konno i planował wpakować w potwora kopię. Aż tyle siły i impetu tu nie było, ale osłabiony i zdezorientowany robal oberwał pod szczękoczułki, buchając posoką i jadem z rozoranego otworu gębowego. Kai chciał poprawić, ale poderwany przedśmiertną furią pająk wyskoczył w powietrze solidnie poza jego zasięg.
Wyskok był iście spektakularny, unaoczniający jak cholerne szczęście mieli, że tłusty pajęczy kuper zablokował się wcześniej za gruzowiskiem i nie musieli mierzyć się z bestią wręcz od samego początku. Trwał chwilę, ale zaraz po tej chwili, wszystko dobiegło końca.
Randal machnął mieczem w wyskoku, ledwo co sięgając rozlewającej się gęby potwora, wzmagając strumień jadowitej posoki. Kościogryz chwycił go przednimi odnóżami, niezdolny przebić się przez zbroję, ale zdolny by ścisnąć go i przywalić do ziemi. Opadające cielsko runęło przed rycerzem i w wyskoku z impetem przywaliło nim o ścianę, aż Randalowi zadudniło w uszach, a dłoń trzymająca tarczę zdrętwiała. Osłona padła na ziemię z brzękiem.
Lara chciała krzyknąć – nie wiedzieć właściwie w jakiej emocji, bo zbiegły się w niej odmienne – ale jęknęła tylko z bólu. Tryumfalnie, czując jak wzmożone, umęczone mięśnie w końcu przerywają pajęczą nić, wypuszczając ją na wolność. Akurat w tej chwili!
W chwili, gdy Kai – w przypływie szaleńczej fantazji – dał susa pod pajęczy odwłok i wbił tam na raz dwa sztylety, ile tylko miał sił w ciele. Wbił, a sam, równie szybko, co wskoczył, wyturlał się na bok, lądując na miękkiej kupie pajęczyn i twardych, bodących w plecy kawałkach stropu.
Kościogryz zakwiczał, bo tak chyba dałoby się sklasyfikować ten odgłos, którym kończył i zakręcił się jak bąk, przebierając słabnącymi odnóżami jak płatami wiatraka. Powlókł się najpierw ku bezbronnemu chwilowo Kaiowi, potem zakuśtykał znów w drugą stronę, gdzie z ziemi gramolił się Randal, a w końcu wywrócił w obłoku kurzu tuż przed Grimleyem.
Wzbity obłok na chwilę oślepił zebranych, a u starego paladyna wywołał nagły atak kaszlu. Atak, który poderwał go z ziemi. Półprzytomny jeszcze, ale ewidentnie żyw, Algernon wyzbierał się, by usiąść, po raz kolejny dowodząc sobie, że nie tak łatwo jest umrzeć.
Kiedy kurz opadł, Lara czekała już przy pajęczym zewłoku z arkebuzem nastawionym do strzału. Trąciła stwora lufą, gotowa dobić paskudztwo na dobre, ale było po wszystkim. Przeżyli. Przeżyli kolejną z komnat Ścieżki Slerotina.
Bogowie! Czy tak to wszystko miało tutaj wyglądać?
Tymczasem w lazarecie u Seweryna
Seweryn był wielu kwestiach absolutystą, kompletnie nieskorym do rezygnacji z własnego spojrzenia czy półśrodków w realizacji tego w co wierzył. Jego pech, że nie wszystko, co sobie w szczytnych celach zakładał odpowiadało temu, co świat w najszczytniejszych dopuszczał. Dlatego właśnie dbał o zamykanie drzwi i okien, kiedy przychodziło mu mierzyć się ze sprawami moralnie zbyt dla postronnych egzotycznymi, czy – jak w tym wypadku – sznurował solidnie płachty namiotu.
Nie każdy mógł zrozumieć, jak można mieszać krew z krwią i to nie w braterskiej krwi przysiędze, ale spijając ją żelazem z jednego człeka i następnie wtłaczając do drugiego. Seweryn ponacinał obu zatrutych, oznaczając dziwnymi maźnięciami przestrzeń ich żył i mamrocząc coś pod nosem, gdy tylko wzrokiem łypnął do księgi. Dymił im czymś, okadzał jak wedle rytuału i wciskał w usta kawałki czegoś twardego, prowadząc szyk od jednej dziwaczności do drugiej.
Sen obu pacjentów wzmógł się jeszcze po tych zabiegach, tętno zwolniło. Medyk ponacinał ich nożykami i srebrną rurką zbierał krew do pęcherzyków, niby małych baniek. Potem, koncentrując się teraz głównie na Bercie, który miał się gorzej, zaczął przez srebrne kaniule wpompowywać weń krew górnika, pobraną przed chwilą. Ręce miał pewne i ruchy zdecydowane, ale wargi trzęsły mu się przy tym i szeptały dziwne słowa, których nie powtórzyłby nikt w całych Wrotach.
Wydawało się, że wie, co robi, choć im więcej krwi spłynęło z jednego i im więcej wpłynęło jej do drugiego z 'leczonych', tym zimniejsi się stawali, a oddechy traciły miarowy rytm. Seweryn krążył od jednego do drugiego, przykładając ucho do piersi, sprawdzając tętno, podnosząc powieki, by spojrzeć w niewidzące oczy, nasłuchać, ponaciskać, pogmerać i pochuchać. Skruszony korzeń skałodrzewu wtarty w rany pomógł w ich szybszym zasklepieniu, ale sińce na ciele puchły i promieniowały.
Seweryn dreptał pomiędzy rannymi, coraz bardziej nerwowo, coraz częściej zerkając do książki i nie mogąc znaleźć odpowiedzi na rodzące się wątpliwości. Bolvarowi poprawiało się powoli, może i nazbyt powoli, ale o niego medyk już się nie martwił. Zamiast tego zaczął dumać, co z Bertem. Co począć?
Przechodził nieduży okrąg namiotu pewnie z kilkaset razy, zerkając co i raz do kolejnych słoików i puzderek, otwierając skrzynki i szkatułki, odkręcając fiolki i ampułki. Niektóre raz, sprawdzając tylko, a inne i po kilka razy, niepewnie, błądząc i szukając odpowiedzi.
Czując, że nie znajdzie jej w księdze, przeżegnał się w końcu po Pelorowemu i rozwinął jedwabny splot z niebieskim proszkiem. Nasypał go do cieczy wstawionej na ogień w alembiku i po krótkim pacierzu, zmieszawszy z chłodną wodą, zlał rurką do niezamkniętej jeszcze rany.
Bert wierzgnął na stole, rzucił się jak pstrąg skaczący za muchą i pewnie odgryzłby sobie język, gdyby nie wpakowany wcześniej do gęby kołek. Seweryn dopadł do niego i przycisnął zbrojnego w miejscu całym swoim ciężarem. Patrzył nań teraz niepewnie, licząc nagle wzmożone oddechy.
Krew zaczęła krążyć mocniej, ochroniarz zrobił się czerwony, cieplejszy. Seweryn liczył dalej, ale w końcu uśmiechnał się lubieżnie, jakby obcowanie ze śmiercią miało dla niego intymny wymiar.
- Zwycięstwo! – Szepnął głośno i zaśmiał się, najpierw cicho, a potem coraz donośniej, aż za chwilę okruchy dziwnej radości dałoby się usłyszeć i poza namiotem.
Medyk czule pogładził Berta po skroni i zbliżył się do Bolvara, który po aplikacji skałodrzewu był już chyba dość wzmocniony. Rudy spojrzał na niego oceniająco...
Medyk czule pogładził Berta po skroni i zbliżył się do Bolvara, który po aplikacji skałodrzewu był już chyba dość wzmocniony. Rudy spojrzał na niego oceniająco...
Wiedział już, że Bert przeżyje. Transfuzja zadziałała, plan się powiódł. Wpompowane w ciało zbrojnego przeciwciała wytworzone magicznym leczeniem Randala wdrożyły się w krwioobieg i rozhulały po organizmie, gnane narkotykiem. Może przedwcześnie, może przesadzał z tym 'wiedział', ale sam mocno obstawiałby, że przeżyje. Raczej na pewno.
No, a skoro jeden był odratowany, to – dla dobra potomnych – można było sprawdzić jak skuteczne będzie magiczne wzmocnienie odporności na truciznę u drugiego. Czy organizm na stałe uodparnia się na zneutralizowany jad? A jeśli tak, to na ile? I do jakiego poziomu?
Seweryn przeżegnał się nad Bolvarem, tym razem porządniej jeszcze, jak rasowy kapłan i zaczął powoli wlewać mu przez rurkę do gardła wytoczony z kościogryza jad.
Randal 4/12 PW
Grimley 1/15 PW (20 na rzucie przeciw śmierci, heh)
Seweryn 6/8 PW (ale to z wcześniejszych zdarzeń, tutaj tylko dla porządku)
Pozostali bez szkód
Pająk martwy, winszujęObu pacjentów udało się odratować. Acz kontynuowane 'sprawdzanie jadu' będzie kosztować Bolvara dodatkowe testy, więc czy drugi raz mu się uda zobaczymy
Wszyscy mogą sobie dopisać 150 PD-ków: po 75 za każdą z walk (Seweryn dostaje 75 za swoją operację zamiast drugiej walki); inspiracje i ewentualne inne bonusy później, bo kto wie, co tam dalej czyha
-
Lara Quatermain (Alex Tyler)
Kiedy cyrulik opuszczał w pośpiechu podziemia z ustabilizowanym przez nią Bertem i truchłem jednego z pająków, Lara miała odnośnie złe przeczucia. A należała do osób, które bardziej ufają swoim emocjonalnym przeczuciom i intuicji, niż rozsądkowi i wiedzy teoretycznej. Niemniej wierzyła, że cokolwiek ten dziwny człek planuje, znajdzie się ktoś porządny, kto powstrzyma go przed zrobieniem czegoś głupiego. Wszak w szpitalu musieli znaleźć się jacyś ludzie, którzy nie pozostaną w takiej sytuacji obojętnymi.
Eksplorację komnaty Quatermain zaczęła od zorganizowania źródła światła i poddania obdukcji wszystkich ciał. Wolała się upewnić co przyczyn śmierci każdego z obecnych. Ostatecznie okazało się, że wszystkie zwłoki, starsze i świeższe, były wynikiem napaści żerujących na tym terenie kościogryzów. Następnie przeszła do dużo bardziej przyjemnej ekspertyzy archeologicznej, momentalnie się w tym zatracając. W jej wyniku zdołała zidentyfikować przeznaczenie pomieszczenia, a także napisy na monetach i część trwalszej dokumentacji. Niestety wiele z okazów było w tak fatalnym stanie, że nawet bardzo doświadczona w obcowaniu z antycznymi przedmiotami blondynka nie była w stanie zabezpieczyć ich bez uszkodzenia, bądź zniszczenia. Co odebrała z wielkim żalem. Dlatego na tamten moment ograniczyła się jedynie do wstępnego skatalogowania i oznaczenia lokalizacji wszystkich wartościowych eksponatów. Prawdziwą gratkę stanowił dla niej praktycznie nienaruszony kuferek, w którym znalazła dużo pism. Jego najwspanialszą i niezwykle wzruszającą zawartością była załączona do zwoju z zaklęciem krótka notka od mamy do syna, który dostał się do akademii magicznej. To głównie dlatego jak nic innego fascynowała ją archeologia, chodziło bowiem o możliwość bezpośredniego kontaktu z przeszłością. Żywotami zwykłych ludzi sprzed wieków. Ich troskami, pragnieniami, marzeniami i obawami. Nie była to żadna paleofilia czy typowe kronikarsko-akademickie zacięcie na punkcie katalogowania i opisywania przeszłych zdarzeń o wielkiej wadze. Ją interesowało samo życie. W swej prozaicznej i urzekającej postaci. Drugim kluczowym czynnikiem było dla niej odkrywanie nieznanego. Z czym nierzadko wiązały się ekscytujące przygody.

Pochłonięta przeglądem antycznych przedmiotów czarnooka szlachcianka prawie zapomniała o innej naukowej gratce znajdującej się tuż pod jej zaokularowanym nosem. Wijącym się po podłodze ciele, pogrążonym w stanie przywodzącym na myśl nieżycie z podań ludowego folkloru i tekstów mrocznych magicznych ksiąg. Po oględzinach okazało się jednak, że jakimś osobliwym sposobem ten człowiek żył. Nie było to życie w pełnym tego słowie znaczenia, prędzej jakaś osobliwa karykatura. Ale z pewnością nie miała do czynienia z zombi. Dziewczyna nie należała do twardogłowych uczonych, wręcz przeciwnie. Wiedziała też, że wiele tajemnic życia i natury pozostawało nieodkrytych. Dlatego jej zaskoczenie prędko ustąpiło głębokiemu zaciekawieniu. Zbadała więc, jak dalece mogła ten osobliwy przypadek, poza zajęciami profesora Nivelle'a przypominając sobie również o niezwykłej opowieści ojca na temat wyjątkowego gatunku grzybów sterujących zwłokami mrówek, które widział w jednym z lasów tropikalnych w Centralnym Oerik. W ponurym obowiązku zakończeniu nędznego żywota wyręczył ją jednak jeden ze zbrojnych. Za co w duchu była mu wdzięczna, bo nie była osobą przesadnie skłonną do dokonywania eutanazji, nawet jeśli chodziło o tego typu żałosną namiastkę życia.

Lara z radością odebrała fakt, że udało się odnaleźć brakujący element podnoszący kratę do pomieszczenia z intrygującym ją reliefem. W innym wypadku rozważała przeciśnięcie się pod nią. Co przy jej wymiarach i gibkości wydawało się jak najbardziej wykonalne, choć wiązałoby się z pewną dozą ryzyka utknięcia. Wprawdzie już od dziecka lubiła wciskać się w różne trudnodostępne miejsca, ale w sytuacji gdy nie wiadomo co czaiło się po drugiej stronie i dopóki nie było to konieczne, wolała nie narażać się niepotrzebnie. Kochała niebezpieczeństwo, ale daleko jej było do czystej głupoty.
Analizę płaskorzeźby i ukrytego pod nią mechanizmu otwierającego przerwał przeklinający wojownik. Zgodnie z obowiązkiem moralnym i zawodowym Quatermain udzieliła mu pomocy medycznej. Później doszło dyskusji na temat tego co uczynić z wielkim okazem pająka czającego się za gruzowiskiem. Doktor medycyny wyraźnie sprzeciwiła się użyciu ognia i łatwopalnego oleju. Nie śmiąc nawet ryzykować uszkodzeniem, a tym bardziej spaleniem cennych okazów archeologicznych znajdujących potencjalnie za barykadą utworzoną z rumowiska. Mając na względzie to i naglący czas z racji kruszejącej pod naporem masywnego kościogryza bariery, naprędce przyczaiła się kawałek dalej i po krótkim ostrzeżeniu wypaliła z dwulufowego arkebuza w kierunku wielkiego pająka poprzez otwór w zwalisku. Co prawda strzał chybił, ale wystraszył bądź zdezorientował zwierzę. Dało to czas reszcie, by poszła w ślady miłośniczki archeologii. Druga z kolei salwa okazała się niszczycielska, aczkolwiek niedefinitywna w kwestii zakończenia walki. Po niej pająk zmienił taktykę, zdradzając, że tliła się w nim niespodziewana inteligencja. Kiedy po krótkiej nieobecności przyszpilił Larę do ściany, najpewniej uznając jej huczącą broń za najgroźniejszą, rzucił się bez wahania na resztę. Biedna okularnica nie mogła nic uczynić, poza bezradną obserwacją, jako że pajęczynowe pęta trzymały zawzięcie. Nawet inspirujące słowa półelfa nie mogły jej pomóc. Choć przynajmniej po ich usłyszeniu jej podejrzenia znacznie zbliżyły się do pewności, jeśli chodziło o więcej niż zwykłą naturę wystąpień artysty. Ewidentnie musiał być jednym z tych słynnych bardów, a więc nie tylko wędrownym artystą i gawędziarzem, ale przede wszystkim wyjątkowym twórcą zdolnym swą sztuką wpływać na samą naturę rzeczywistości.
W każdym razie niepoprawny optymizm Quatermain i tym razem nie został nadwyrężony, bowiem gdy tylko wydostała się z pajęczej pułapki, przyszło jej jedynie upewnić się, że wielki pająk został dobity przez towarzyszących jej dzielnych mężów. Dwójka z nich była poważnie ranna i wymagała pomocy medycznej, toteż nie traciła więcej czasu na zwłoki biednego zwierzęcia, bo tak je postrzegała, to ludzi widząc w danej sytuacji jako intruzów, którzy naruszyli żerowisko niewinnych istot, które tylko zareagowały zgodnie z własną naturą. Nadawało to pewnej goryczy ekscytującemu zwycięstwu, ale niewiele mogła na to poradzić. Ludzki ekspansjonizm był niepowstrzymany, a jego kosztem zawsze były ofiary różnych gatunków, także ich własnego. Gdyby nie oni, to kto inny wytępiłby te istoty. Raz otwarta Ścieżka Slerotina miała nie zostać zamknięta aż do wydrenowania jej wszystkich bogactw i tajemnic.
Praca medyka w takim miejscu zdawała się nie mieć końca. Odkrycie tajemnic płaskorzeźby musiało jeszcze trochę poczekać, choć już w trakcie zajmowania się rannymi Lara z trudem opierała się fantazjowaniu o tym, co uda się znaleźć po uruchomieniu antycznego mechanizmu.
-
Seweryn Drachenwulf (Rewik)

Przed namiotem ktoś oczekiwał. Seweryn nie znał niewiasty, choć pewnie zdarzyło się mu minąć ją na górskich, wyścielonych kamieniami ścieżynach.
- Jestem dobrej myśli - rzekł nagle z osobliwym błyskiem w oczach - zrobiłem co do mnie należało, teraz wszystko omnia in manibus Peloris. On czu-czuwa nad tym miejscem. Tak. - Ostatnie słowa cyrulika były bardziej jemu samemu, niźli kobiecie przeznaczone. Co dało się wyczuć. - Cierpliwości.
Seweryn zdjął jedną z wywieszonych na słońcu szmat, obmył dłonie, po czym zanurzył tkaninę w wiadrze stojącym obok beczki na deszczówkę. Wycierając twarz znów zniknął za połami namiotu lazaretu.
Zlustrował pacjentów starannie. Spali znów. Przygotował igły.
- Czuwa nade mną. Cierpliwości.Kilka dni wcześniej
Kapliczka była licha, a zwać ją kaplicą, czy kapliczką nawet, było nadużyciem. Był to ledwie ołtarzyk marny. Kilka desek, wymalowany znak solis, ot wszystko co był w stanie przedsięwziąć Seweryn. Lecz sceneria, w której się znajdowała, wynagradzała ubogość jej. Zwłaszcza o świcie, gdy słońce ledwie podnosiło się na firmamencie, zdawało się, iż bogowie sami błogosławią to miejsce. Tak przynajmniej widział to Seweryn.
Medyk pozostający na służbie u Wulberga i Salztona odział się schludnie i nienagannie, a włosy wygładził kilkukrotnie, nim ku ołtarzykowi się skierował. Modlił się gorliwie każdego rana, tak jak wpoił mu ojciec, a wcześniej mama przekonała do tego ojca. Jeno gdy przypadek był się zdarzył nagły, zdarzało się wtedy, że w przypływie pracy zapominał o należnych modłach i wielce potem tego żałował. Tego dnia jednak czas był dlań łaskawy i zdało się, że będzie go miał dziś także nieco dla siebie. Pozostał więc tu dłużej, pacierze odmawiając przykładnie, tak jak się to winno robić i rozmyślając wiele. Oczywiście, Pelor nie odpowiadał mu na wezwania wcale, jeno oślepiał oczy ostrym, niskim światłem.
Po tymże porannym rytuale, Seweryn zszedł do chaty krytej strzechą, gdzie wiedział, że prócz nici otrzyma włóczki z owczej wełny. Zawsze wybierał kilka kolorów kuleczek. Zawsze te same, chyba że jeszcze mu starczyło z tego, co jeszcze miał. Czasem przez wiele dni brakowało barwników, tedy wracał w innych terminach. Bardzo mało rzeczy robił, które dla siebie przeznaczał. Jego żywot obracał się wokół łapczywego pożerania wiedzy i służby bliźnim. Dzisiaj jednakże w nastroju był na sentymenty.
Lubił dzierganie na drutach. Ćwiczył dłonie, a umysł odpoczywał, choć ożywała w nim tedy tęsknota. Tęsknota ta była dobra, otwierała serce i oczyszczała duszę, nierzadko szkliła jego ciemne jak noc oczy. Jednakże ilekroć kończył swe dzieło, jakim były wełniane pończochy, nigdy w pełni kontent z efektu nie był. Mawiał, iż te które pamiętał miały żywsze barwy, a to lepiej wyglądał wilkor i smok, kolejno na lewej i prawej sztuce wydziergany, a to kształt nie ten i nie tak ciepłe, jak te które pamiętał, te które zrobiła mu mama.
Dzisiaj
Seweryn palcami ujął brzegi rany, przybliżając je do siebie, by zmniejszyć dystans, jaki miała pokonać jego igła. Nić, wprzódy nasączona alkoholem według najnowszych standardów oraz tych dawnych, znanych w półświatku, podążała za jego ruchami dłoni. Nić była długa, gruba, kręta, jak wąż boa, gotowa spleść tkanki w dawną, jednolitą całość. Znałem cyrulików wielu, ale żaden z nich nie dorównywał w tym temu jednemu.
Kiedy skończył i to, wziął się za sprzątanie. To czego oczy innych poznać nie miały, skrył starannie po czym wezwał do siebie Divraka, co był czekał na zewnątrz i pilnował spokoju medyka. Wespół ostrożnie rannych na siennikach ułożyli. Seweryn niedbale Bolvara i Berta przykrótkim kocem nakrył, zaś po uwadze jego pomocnika, wystające stopy przyozdobiły przebarwne, wełniane pończochy. Seweryn był ewidentnie w dobrym humorze. Na odwiedziny jednakże nie przyzwolił. Wyprosił i zwolnił prędko Divraka, by zająć się inszymi swoimi sprawunkami. W przerwie zaś, dla odpoczynku napar z ziół spożywając, głowił się, co jego kamraci na Ścieżce Slerotina odkryli.
-
Kai (Aro)
Starcie z przerośniętym, pająkowatym monstrum kosztowało ich więcej niż trochę wysiłku, a i opłacili je też mniejszymi lub większymi kosztami zdrowotnymi, nim bestia wreszcie zaległa w bezruchu na nadgryzionej przez wieki posadzce, wzbijając w powietrze chmurę wszechobecnego kurzu. Na tenże widok Kai, jeszcze przed chwilą panicznie sięgający po różane płatki skryte w kieszeni kurty, by magią obronić się przed pozornie nacierającym nań potworem, odetchnął głęboko z ulgą i zaległ na swym miejscu, opierając się już zupełnie na stercie gruzu oplecionej jedwabną pajęczyną. Z piwnym spojrzeniem wbitym w ciemny strop zakasłał, gdy siwe pasma pyłu opadły i na niego, machając dłonią przed twarzą w próbie ich przepędzenia. Pomimo że ze starcia wyszedł najlepiej z obecnych - jakimś cudem unikając bycia celem wściekłych ataków kościogryza i nie odnosząc żadnych ran - to szaleńczo brawurowe działania zdawały się odcisnąć nań swe piętno. Jako że bezpośrednie zagrożenie przeminęło, a wraz z nim gorąc we krwi motywujący do działania, nagłe zmęczenie zaczęło wtłaczać się w jego ciało. Półelf potrzebował zatem paru chwil, by złapać oddech i unormować bicie serca.
— Im są więksi… — mruknął przy tym sam do siebie, na bezdechu, ocierając łzy wyciśnięte z oczu przez wirujący w powietrzu kurz.
Ostatecznie podniósł się jednak do pionu. Bez większej gracji, wspierając wpierw dłońmi o posadzkę. Równie chybotliwymi krokami ruszył w stronę martwego już cielska kościogryza, by odzyskać swe lekkie ostrza weń zdepozytowane, otrzepując odzienie ze strzępków pajęczyny uparcie się go trzymających. Zerknął też przy tym krótko i współczująco w stronę Lary, której spotkanie z jedwabną siecią było o wiele gorsze, niż jego. Wszak pajęcza plecionka zamortyzowała nieco uderzenie plecami o gruz. Acz nie na tyle, by nie syczał od czasu do czasu przy mdłym bólu promieniującym z niewątpliwie kwitnących wzdłuż kręgosłupa siniakami. Grymas na młodej twarzy można było zatem zrzucić na karb obtłuczeń, lecz i wyrywanie ociekających posoką noży ze stygnącego zewłoka robiło tutaj swoje. Zwłaszcza, gdy Kai chwycił za ostatnie ostrze - to pierwsze, które weszło w jedno z oczu. Nader głęboko, wymagając odeń zaparcia się nogą o chitynowy pancerz. Nóż wyszedł nie tylko z paskudnym mlaskiem, a pociągnął też za sobą gałkę oczną. Co też mocno pogłębiło grymas półelfa, jak i wyrwało z jego gardła przeciągłe “błeee”. Prędkimi szturchnięciami palca pozbył się oka tkwiącego w klindze, wzdrygając pod dreszczem gdy czarne ślepie pacnęło o posadzkę.
— A żebyś smażyło się w Piekle i diabły cię brały pospołu — pożegnał trupa. Gdyby nie suchość w gardle, może i też splunąłby w jego stronę.
Na krótką chwilę po tym, półelf przysiadł na jednym z zalegających kawałków gruzu, by doprowadzić ostrza do porządku i pozbyć się zeń lśniącej posoki. Popsioczył przy tym w duchu na obecność towarzyszy - gdyby nie oni, mógłby uciec się przy czyszczeniu do prostego zaklęcia, a tak przyszło mu wycierać stal w lnianą koszulę. Z urażonym zmysłem estetycznym i podłużnymi plamami na przyodziewku, otarł jeszcze twarz z potu i pyłu prędkimi ruchami, nim podskoczył ponownie do pionu. Widząc, że doktor Quatermain rusza opatrywać potłuczonych paladynów, postanowił w międzyczasie zerknąć w komnatę, do niedawna okupowaną przez wielkiego kościogryza.
W ostatecznym rozrachunku atak bestii, całkiem naturalnie i rzecz oczywista, szło określić tylko i wyłącznie jako wydarzenie negatywne. Nie było jednak zupełnie pozbawione jednego, jasnego punktu. Nie chodziło tu bynajmniej o zacieśnianie więzów wspólnym przelewaniem krwi, a rzecz bardziej prozaiczną. Wściekłe natarcie kościogryza zwyczajnie utorowało ścieżkę dalej, dotąd zablokowaną przez rumowisko, znacznie ułatwiając im przejście. Z czego też Kai zamierzał skorzystać. Przezornie uzbrojony w stosowną dozę dyskrecji.
-
Randal (Mike)
Bronson opatrzony, dźwignął się na nogi i podziękował pani doktor.
- Solidna robota, sam bym lepiej nie zrobił - dopiero po wypowiedzeniu tych słów zdał sobie sprawę, że taka opinie z ust kogoś, kto zazwyczaj wywołuje urazy może nie być za dobrze odebrana. Cóż z tego, że szczera i prawdziwa. Może i nie był wirtuozem skalpela za to miał spore doświadczanie praktyczne. Oczywiście znaleźli by się tacy co to zaraz zaczną kręci nosem, że nie sztuka pozszywać delikwenta, jak w każdej chwili można wezwać moc swego patrona na pomoc. I cóż takim rzec? A nic, kij im w oko.
Randal podniósł tarczę i ruszył za Kaiem.
- Na następny raz każdy ma mieć bakę nafty na wszelki wypadek - nakazał wszystkim.
Już miał iść za bardem, ale widząc jak ten się skrada postanowił nie psuć mu szyków i poczekał na znak od niego. Gotów w razie czego ruszyć z odsieczą.
-
Ciężki zewłok pajęczyska leżał do góry odnóżami, wywrócony w przedśmiertnym spazmie. Ciało drgało jeszcze czasem, poszczękując w drgawkach kościstymi chwytakami, ale wygrana była totalna. Eksploratorzy zwyciężyli, wpuszczając życie z zewnątrz do dawno nienawiedzanych przez świat powierzchni korytarzy Ścieżki.
Krew, siniaki, ból i adrenalina. Przed paroma chwilami jeszcze strach, wahanie, wątpliwość, co będzie dalej. Mgnienia grozy w przerwach od niemyślenia, gdy zostaje działanie. Rządząca szczęśliwie agresja, które nie daje dojść do głosu mącocym w głowie pytaniom. A wszystko prawdziwe.
Ale teraz, ledwie oddech czy dwa dalej, jeszcze kościogryz nie skończył swoich podrygów, jeszcze dym z broni i kurz z upadków krążył w powietrzu, nowy impuls rwał ich już naprzód. Ciekawość. Ciekawość, co dalej. Co skryta starożytność za rogiem przyszkuje swoim odkrywcom.
Kai uległ jej pierwszy. Fakt, że jako jedyny z walki wyszedł faktycznie bez szwanku, więc oddechów i kontemplacji życia trzeba było mu mniej niż reszcie, która mocniej zwarła się ze śmiercią (może i Lara nie spojrzała jej głęboko w ślepia i dla niej skończyło się na otarciach, ale już samo skrępowanie i bezsilność w obliczu zagrożenia – nawet chwilowe – wstrząsały człowiekiem). A może po prostu pozostali mieli dość rozsądku, by wstrzymać się chwilę i dojść do siebie, o co zadbała doktor Quatermain.
Medyczka fachowo zadbała o obu pacjentów, sięgając po swoją nieodłączną torbę lekarską. Wyszło na to, że obaj byli zaskakująco twardzi (jak na rycerzy Karzącej Ręki przystało, ma się rozumieć), więc żadnemu nie trafiła się otwarta rana, ani nic w podobie. Posiniaczenia, obtarcia, ogólne poturbowanie, a u Grimleya może nawet jakieś wewnętrzne uszkodzenia, ale kojące maści, opatrunki skaleczeń i parę kropel przeciwbólowego wywaru na bandażach starczyły, by obaj panowie od razu poczuli się dużo lepiej. Może to i samo poczucie bycia zaopiekowanym (tak rzadkie im), a do tego przez niewiastę i osobę fachową w swej opiece sprawiło, że rycerze szybciutko odżyli.
- Co tam widzisz? – szepnął w mrok Randal po dłuższej chwili, ściskając mocniej tarczę, na wypadek, gdyby zamiast Kaia miało na zewnątrz wyskoczyć coś innego.
Bard żachnął się na takie wywołanie, próbując skradać się przez półmrok w skupieniu, wdzięczny (rzadkim przypadkiem) ojcu za elfie geny, które pozwalały lepiej odławiać kształty w ciemności. Muzyk porozglądał się chwilę, polując przede wszystkim na jakiekolwiek oznaki ruchu, ale na marne. Odcięta dotąd rumowiskiem komnata była martwa. Albo taką się zdawała.
- Jest czysto – odpowiedział kompanom zza gruzów. Pewny, że nikt nie patrzy, sobie tylko znanym sposobem odpalił pochodnię, która wygasła po pajęczym staranowaniu bariery. Kompani byli jeszcze po drugiej stronie, więc korzystając z okazji odpalił zaraz parę świec, które przetrwały w wiszących gdzieniegdzie lichtarzach. Światło buchnęło radośnie, powoli rozjaśniając wątpliwości, co do natury miejsca.
W rogu sali, za marmurowym blokiem biurka, na wyciętym równo skalnym siedzeniu siedział dawny opiekun tego obszaru. Szkielet skruszał w dużej mierze i nie utrzymałby formy, ale w miejscu spinała go jeszcze noszona za życia zbroja. Metal uległ zębiskom czasu, choć kiedyś – bez rdzy i oblekającej go pleśni – musiał robić piękne wrażenie. Napierśnik były bity po mistrzowsku, a liściasty, drzewny motyw, który zdobił też sejfową płaskorzeźbę dawał się rozpoznać nawet teraz.
Cóż, zbroja może i twarda, ale bełty, przeszły ponad nią. Kawały metalu (bo strzał nie był jeden) sterczały sponad napierśnika, wbite w oparcie marmurowego siedziska, gdzieś na wysokości, gdzie posadzony kiedyś musiał mieć szyję. Po tych dwóch strzałach z pewnością stracił sporo z niej, bo bełty były potężne, krótkie wprawdzie, ale grube niemal jak harpuny na wieloryba. Facet (to zobaczyła potem już doktor Quatermain, oceniając szybko po resztkach szkieletu) nie zdążył pewnie nawet wstać, więc albo ktoś wtargnął tu kompletnie z zaskoczenia, albo atak był niespodziewany, ze strony kogoś, kto atakować nie powinien. To szło wyczytać tak z postawy trupa, braku broni w pobliżu (a może po prostu zabrali, he?), jak i ogólnego porządku na biurku, gdzie leżały poskładane tubusy i woluminy, a na środku, przyciśnięty odważnikiem dokument, nad którym pracował nieboszczyk. Pech, że dziś kompletnie już nieodczytywalny.
Reszta drużyny powoli wpakowała się do części magazynu, archiwum czy skarbca (czymkolwiek to ostatecznie było), którą tąpnięcie odgrodziło od reszty Ścieżki. Tym razem Randal otwierał szyk, z doktor Larą za sobą i milczącym Grimleyem na końcu. Oświetlona już przez barda komnata była w ogólnych zrębach podobna wcześniejszym, choć nieco mniejsza od tej, gdzie potykali się z insekcio-trupim zagrożeniem.
Za marmurowym stanowiskiem pracy, w granitowej ścianie podobnej tym z poprzednich przestrzeni, czekały podłużne zagłębienia zapchane archiwami. Przytulnie wąskie i skryte, półki lepiły się od pajęczyn i wciśniętych między resztki ksiąg kokonów. Między nimi zalegało kilka bulwiastych narośli, a więcej jeszcze takich samych leżało popękanych na ziemi, sugerując, że kościogryzy przedłużyły gatunek nim przybysze dokonali eksterminacji ich kolonii.
- Jeszcze jeden! – oznajmił z nutą tryumfu Randal, zdeptując miniaturkę ubitych wcześniej pająków, która próbowała czmychnąć spod odwalonej przez niego skrzyni.
Komnata musiała być legowiskiem pajęczej matrony. Zapewne kiedy wybrała leże była jeszcze mniejsza i mogła swobodnie przechodzić przez zwalisko. Szczęśliwie mogła liczyć na swoje potomstwo, bądź partnerów (a zapewne jedno i drugie), bo mniejsze kościogryzy naznosiły jej różnych zdobyczy – od jaszczurek, kretów i szczurów po brakujące fragmenty górników.
Może zaś przylazła w ogóle skądinąd, bo pochodnie odsłoniły za firaną pajęczyn wybite w ścianie jamy. Jamy, szerokie na dorodnego krasnoluda, acz wysokie raczej na niziołka, wyglądały trochę jak skuwane, trochę wyryte, a trochę wydziobane w kamieniu. Były trzy, choć jedna płyciutka na łokieć, wnęka bardziej niż jama.
Ściana po lewej również otwierała się wnękami bibliotecznymi, choć tu zamiast resztek ksiąg zalegały kuferki i sejfiki – pootwierane, na pierwszy rzut oka ogołocone w pośpiechu. Zapewne to ich zawartość, a raczej to z niej co porzucono, leżała między kawałkami rozbitych skał i niezjedzonych ofiar nagromadzonych w tej części pomieszczenia. Kai stawiał kroki ostrożnie, trochę brzydząc się w sandałach dotykać nagromadzonego na ziemi pajęczo-mięsnego syfu, ale oczy z zainteresowaniem śledziły, co ciekawego można by tu wyłowić spomiędzy świństwa.
Pojedyncze monety, poniszczone pergaminy czy skorodowana broń pewnikiem były warte uwagi z racji na sam swój rodowód, jednak musiały poczekać na swoją kolej, bo w oczy rzucił się od razu inny obiekt. Podłużna, zrobiona z kości słoniowej rolka była brudna jak wszystko wokół, ale w formie zachowana bez szwanku. A formę miała piękną – w jednej, szerszej części przypominała spłaszczoną w kształcie miniaturę cedru, który pojawiał się jako motyw już wcześniej. Na końcu zaś zwężała się w ośmiobok, bez zgadywania pasujący do niedalekiego sejfu.
Kai uśmiechnął się i spojrzał za kompanami w głębi komnaty. Lara na razie z uwagą przeglądała resztkę czarno-białej mozaiki na resztkach stropu, a obaj paladyni przewalali skrzynie po prawej stronie, głównie puste, albo załadowane dobrami, z którymi czas obszedł się niełaskawie. Zbutwiałe płótna, zwietrzałe olejki i skorodowana broń zajmowały najwięcej miejsca, zapewne skrywając i coś łatwiej spieniężalnego. Pogrążeni w chwili, zostawili barda sam na sam z kluczem do skarbca.
I półelf mógł z nim zrobić, co mu się podoba.
-
Lara Quatermain (Alex Tyler)
Lara zarzuciła z powrotem na ramię swój dwulufowy arkebuz i żwawym krokiem ruszyła udzielić pomocy medycznej dwóm rannym wojownikom. Choć raptem parę chwil temu zakończyła się walka z niezwykle groźnym zwierzęciem i ledwie wyrwała się z okropnej pajęczynowej pułapki, praktycznie nie dało się tego po niej dostrzec. Strach, niebezpieczeństwo i ryzyko jej nie paraliżowały, ani nie deprymowały, a wręcz odwrotnie – energetyzowały. Młoda dama ze szlachetnego rodu Quatermainów nie była wielbicielką romansów, popołudniowych herbatek i ploteczek, jak większość jej rówieśniczek o podobnym pochodzeniu, tylko śmiercionośnych grobowców, zabójczych pułapek i dzikich ostępów. Naturalne w takich sytuacjach drżenie ciała jawiło jej się jako przyjemne mrowienie, a ocieranie się o śmierć wywoływało kolejne przypływy ekscytacji, nakręcając na podejmowanie jeszcze większego ryzyka. Charakteryzująca się odpowiednią prezencją, czarująca, wrażliwa, układna i wypowiadająca starannie artykułowane słowa o dźwięcznie cyzelowanych głoskach naznaczone wyraźnym akcentem, tak ją widziano w codziennych sytuacjach, co doskonale maskowało fakt, jaka stawała się w obliczu niebezpieczeństwa. Zuchwała, brawurowa i skrajnie zdeterminowana, by pokonać wszelkie przeciwności. W duchu uważała, że spokojne życie niewarte było przeżycia. A nawet z trudem można było je nazwać życiem. Dlatego dopiero w takich miejscach jak Ścieżka Slerotina odżywała, zrywając z konwenansami i uwalniając się od wielu pozorów, które inni wytworzyli na jej temat. To właśnie w pachnących odległymi wiekami podziemiach i przy akompaniamencie dymu wytworzonego z zapłonu i eksplozji czarnego prochu, pośród woni śmierci, brudu, krwi i potu mogła odetchnąć pełną piersią. Do tego właśnie czuła się stworzona. I dlatego właśnie powoli dusiła się pod koniec studiów medycznych i w swojej lecznicy. Zew przeznaczenia był zbyt silny. Wręcz nieodparty.
Na szczęście obaj mężczyźni nie mieli poważniejszych obrażeń, więc medyczce poszło całkiem szybko i obyło się bez konieczności głębszych ingerencji w ich organizmy. Po jej zabiegach byli już prawie jak zdrowi. Następnie blondynka powróciła do analizowania płaskorzeźby, lecz nie rozgryzła sposobu na otworzenie jej bez brakującego elementu, którego notabene nie było w pomieszczeniu, co w krótkim czasie odkryła. Jednak mógł być gdzieś dalej. Dlatego podążyła za resztą do kolejnej komnaty. Na miejscu zbadała architekturę wnętrza i stwierdziła płeć szkieletu, oceniając po czaszce, miednicy i kościach długich. Pozwoliła sobie również odgadnąć okoliczności i przyczynę zgonu jego właściciela. Wnętrze jeszcze do niedawna służące zabitemu pająkowi za leże, pełne było znalezisk interesujących i ponurych. To te pierwsze pochłonęły praktycznie całą uwagę pasjonatki archeologii, gdy reszta drużyny zdawała się zajęta plądrowaniem lub mordowaniem resztek niewyrosłego potomstwa wielkiego ośmionoga.
-
Nie, Kai nie był taki. Co to, to nie. Choć samo posiadanie wygrzebanego spod pajęczyn bloczku z kości słoniowej mogło kusić jego duszę estety, nie wahał się wcale. Machnął na kompanów, celując głównie w uwagę doktor Quatermain, ale nie z poczuciem, że będzie coś przed kimś skrywał, albo dzielił się znaleziskiem tylko z nią. Po prostu wiedział, że jeśli ktoś jest właściwą osobą do oceny dóbr sprzed milenium, to właśnie ona.
Schylił się po kostkę i zebr… Auuuuuuu!
Uwagę wszystkich zdobył już wcześniej, ale teraz kompania przeszła przez sekundowy wstrząs i zaraz biegiem ruszyła do porażonego bólem półelfa. Pierwszy dopadł go Randal, który na odgłos zagrożenia przebił się przez gruz i rozwalone skrzynie jak kometa.
Powalony Kai padł między pajęczyny, roztrącając nagromadzony syf dookoła. Coś zachrzęściło, ruszyło się, mały kościogryz wypadł z kamiennej kryjówki, odruchowo uciekając od narobionego rabanu. Na małych nóżkach niewiele mógł zdziałać. Rycerz dopadł go i bach, rozgniótł podkutym butem, plamiąc skrzynki wokół.
- Ugryzł cię? – rzucił Bronson, z bronią w pogotowiu, wyglądając większego okazu. Lara i Grimley byli już obok, oboje gotowi nieść pomoc lub śmierć – w zależności od potrzeby.
- Nie. – Kai zebrał się z ziemi i otrzepał z niesmakiem, spoglądając na dłoń, którą chwycił za bloczek. – To… Poparzyło mnie?
Dłoń była nietknięta, bez śladu oparzenia, obtarcia, siniaka choćby. Jasne, zdarzało się po oparzeniach, że skóra ledwie czerwieniała na starcie, by potem, po czasie, zachodzić bąblami i paskudzić się. Ale to nie było to. Nie było nawet zaczerwienienia. Ani śladu bólu, który przecież nie gasł zwykle jak płomień świecy, ale zawsze promieniował po nerwach chociaż chwilę.
Co by jednak nie mówić – ból był realny. Kai poczuł, a przynajmniej tak to w swej bogatej wyobraźni odmalował, jakby rękę zżerała mu gorąca lawa. Bard skrzywił się, nie do końca pewny, co się właściwie stało.
Lara obejrzała jego dłoń, umorusaną tylko, a w żaden sposób nienaruszoną zewnętrznie. Niepewna, wyrwała z lekarskiej torby parę grubych kawałków jedwabiu, do tego ubezpieczona rękawicami, które nosiła i schyliła się złap… Aaaach!
Odskoczyła jak – hm, było-nie było – oparzona i potknęła się, o mało nie spadły jej okulary. Ściągnęła szybko rękawiczkę, zerkając na białą dłoń, ale było jak u Kaia. Nic, zero. Ani śladu urazu. Bystro spojrzała zaraz za upuszczonymi skrawkami materiału. Były nietknięte. Żadnej czerni, sadzy, popiołu, strzępu czy naderwania.
A bloczek jak leżał, tak leżał. I nie biło od niego żadne ciepło, zimno, ani nic właściwie, co rejestrowało by zbliżone do niego ludzkie ciało.
Tymczasem u Seweryna
Medyk czuł, że stąpa po cienkim lodzie. Wyratował, a przynajmniej zdawało się, że wyratuje Berta i jego nowatorska, ryzykancka metoda przyniesie skutek. Ale tego było mu mało.
Bolvar miał się już przecież lepiej, aż szkoda było nie skorzystać z okazji. Zebrany z pająka jad wsączał się przez rurkę do gardła nieprzytomnego górnika. Kapu-kap, ściekał wąziutką ścieżką. Cyrulik dozował wielkość dawki, obserwując niespokojny oddech pacjenta.
W pewnym momencie poluzował ścisk na zbierającej jad rurce, dając truciźnie płynąć. Odmierzał sekundy, licząc raz, dwa, trzy i dalej, dalej, tak do dziesięciu. Widząc jak pierś rannego zaczyna falować coraz bardziej niespokojnie zamarł na moment.
Nie wiadomo, ile w tym momencie przeliczył, ile rachunków rozwiązał w głowie, ale nagle stwierdził, że dość. Że dobrze. Że jak na taki eksperyment wystarczy na razie. Odstawił naczynie i odciągnął rurkę, obserwując jak organizm radzi sobie ze szkodliwą substancją.
Tym razem liczył dłużej. Dużo dłużej. Aż zaczął się niecierpliwić!
Ale oddech zelżał w końcu. Uspokoił się. Górnik zaczął oddychać miarowo, swobodnie. Niemal jak w naturalnym, choć pewnie nie błogo-słodkim, śnie. Toteż i Seweryn mógł odetchnąć, lżej i swobodniej, przechodząc do medycznych, rutynowych standardów, którym nie towarzyszyły już takie emocje.
Ukontentowany pełnym sukcesem karkołomnej procedury, zadbał o chorych z pomocą Divraka, dodając scenie uroku wydzierganymi skarpetami w zwierzątka, które trafiły na stopy rannych. Zaopiekowanych właściwie, choć wcześniej rzuconych na poważny hazard, zostawił w spokoju i sam zaczął dochodzenie do siebie.
Wyciągnął wygodnie nogi, wystawiając się do słońca na zrąbanym krzywo pieńku przed namiotem. Popijał ziółka z glinianego kubka i popadł nawet w tym relaksie w błogi uśmiech.
Takim zastał go nadchodzący od baraków Curze, zwany za plecami Kudłaczem. Wysoki, barczysty i ze srogą, poznaczoną bliznami po ospie i nie po ospie gębą, Kurt Curze, drugi we Wrotach po szeryfie, szybko zdobywał uwagę wszystkich. To znaczy zdobywał, kiedy jej żądał. Bo kiedy nie, nagle wszyscy rozbudzali w sobie zainteresowanie światem wokół – a to patrząc wysoko w niebo, a to znów szukając ciekawostek mikrokosmosu pod nogami.
- Hej medyku! – zadudnił Curze. – Zrobiłeś swoje?
Seweryn spojrzał w ciemne, wiecznie przymrużone oczy wojaka i pociągnął łyk ziółek.
- A pewnie, panie Kurt. A zrobiłem. Wyleżeć muszą, wypocząć, ale zdrowi będą.
- Dobra. – Pan Kurt poczuł się jakoś dziwnie, potraktowany jakby bez strachu, ale i bez wyzwania. – To dobrze. Mówili, że dziwak jesteś, że na ręce ci patrzeć, ale widać fach znasz. To dobrze, dobrze.
- Czyny, nie słowa – rzucił krótko Seweryn, czekając czego będą od niego chcieli.
- Taaak… No tak – zamruczał Kudłacz. – Jak zadbani, to chodź zaraz ze mną do pana Saliny. Zdasz raport, coś widział.
- Już dopijam. – Rudy kiwnął grzecznie, ale ziółek wylewać nie chciał. Ani zostawiać aż ostygną. Wtedy to już nie to samo, a szkoda marnować.
Curze zmarszczył czoło, niepewny tego całego Drachenwulfa i nie wiedząc jak czytać jego dziwną manierę.
- Dopijaj i chodź – mruknął. – Pamiętaj, że wszystko masz powiedzieć. Wszystek, tak?
- No tak, tak. – Seweryn osuszył kubeczek i odstawił do rynienki z brudnymi naczyniami przed namiotem.
- Wszystek – podkreślił mocno Curze. – Tak jak pani van Coen obiecała.
-
Randal (Mike)
Oglądając co też medyczka wyczynia Bronson podrapał się po szczęce, chruszcząc dwudniowym zarostem.
- A jakby tak sznur zadzierzgnąć? Wiecie jak z tą mandragorą się robi. Albo jedną deską na drugą wturlać? - rzucił pomysłem, powalając innym ewentualne przejść do czynów, samemu zadowalając się pracą koncepcyjną.
-
Seweryn Drachenwulf (Rewik)
– Czystek, czystek – rzekł Seweryn, wspomnieniem jakimś rozbawiony i wyprostował się po kubeczka odłożeniu. Podsuszył po owych słowach swe przednie siekacze w utrzymującym się mu na licu dziwnie długo uśmiechu, bynajmniej nie wrogim.
Cyrulik już drzewiej nawykł był do oglądania oblicza, jak to Kurta – pooranego bliznami i ponacinanego zmarszczkami wrogości i złości. Były to często oblicza, których nazwanie twarzą byłoby potwarzą dla innych twarzy. Niewykluczone nawet, iż Kurt przypominał mu kogoś, kogo znał. W każdym jednym razie, czy to z sympatii, czy ze strachu (jednakowoż dobrze skrywanego), nie zamierzał się mu sprzeciwiać. Było im po drodze, tak po prawdzie, może więc była to zwykła kalkulacja.
– Ruszajmy tedy. – Seweryn złapał za drewniany kij, co to się ich do usztywnień i unieruchomień bez liku tu zaległo - do oparcia, bowiem opatrzona już w prawdzie raniona noga wciąż trochę mu przeszkadzała.
Kudłacz mruknął coś w odpowiedzi, może realnie, a może po niedźwiedziemu i ruszył. Zerknął przez ramię, czy Seweryn idzie za nim, ale medyk nie miał zamiaru nigdzie zmykać. Szedł spokojnie, marszowym tempem i zaraz trafili pod rezydencję Saliny.

Rodryk czekał przed drzwiami, ale widząc nadchodzących, szerokim gestem zaprosił do środka, wyganiając z hallu krzątających się pomagierów. Rwał się, by dowiedzieć się wszystkiego, więc na przechodzenie do gabinetu nie było czasu. Służba pospiesznie opuściła budynek i Salina zaraz wypalił, zanim jeszcze zdążyli podejść do zestawionych w rogu foteli.
- I co, co tam? I co z górnikami? – Mężczyzna wypalił swoje, kiwając na rudego, by nie tracił czasu. - Co znaleźli? Co tam jest? No mów, mów, złociutki, mów, a już!
Dla odmiany, Seweryn teraz wrażenie onieśmielonego sprawiał. Niegroźnym i nieco nieżyciowym się zdawał. Z lekkim trudem podkuśtykał do fotelu i ostrożnie, nogę prostując usiadł w nim nieco skrępowany. Uśmiechał się tez jakoś nerwowo, obejrzawszy zdawkowo izbę, w której dane było im rozmowę zacząć.
- Je-jesteśmy tu my dwaj jeno? - upewnił się wprzód, nim dalej mówić zaczął, kończąc podziwianie Salinowych bogactw - Miejsce miało zdarzenie, które możecie chcieć, by światła nie ujrzało. - Seweryn spojrzał kaprawymi oczkami, niby z obawą w ślepia starosty - Górnicy pozostawieni tam, za ścianą, pomarli prócz jednego co zbiec zdołał. Jednak i jego toxinum powaliło. Toxinum owe od monstrum Araneus Ammorsus pochodziło - to inszekt pająka przypominającego, wielkości kota, albo psa mniejszego. Może wam znany, bo słyszałem o jego bytności u południowego podnóża Piekielnych Piecy.
- O na bogów! Takie to paskudztwa po tym świecie chodzą? - wtrącił Salina, lecz nie wybił tym Seweryna z kolejki do mówienia, przeciwnie wręcz zachęcał by dalej referował.
Seweryn przytaknął, a że miał referować, tedy referował co wiedział. O istotach tych przedziwnych i ich zwyczajach, o wyglądzie bardziej szczegółowo słów kilka wtrącił, a także o przecudacznej właściwości venenum pająków.
- ...poleciłem naocznym świadkom, by także dla ich własnego dobra o Araneus Ammorsus nie opowiadali. Pomyślałem, że dla pokoju miasteczka, tak lepiej będzie. Jednak prędzej, niźli później wieść ta wśród gawiedzi niechybnie się rozejdzie. - wtrącił przerywając na chwilę opis owego venenum działania.
- Ad rem... nie uśmierca ono w pełni, nie zawsze, czaszem w bezwolnego, niby homunculusa jakiego, jeno z ciała prawdziwego przeobraża. Nieszczęśnika to trafiło Bertem, z tego com się dowiedział zwa-zwanym. Na szczęście trafił pod moją rękę wraz z Bolvarem, którego podczas ratowania jeden Araneus Ammorsus był pokąsał. Pelor Servavit - Seweryn uczynił charakterystyczny gest wyznawców Pelora - uratował ich od zapomnienia, choć szanse ich nikłe były. Teraz spoczywają w moim lazarecie, pozostawając w stanie poprawę obiecującym. Kapliczka na Jego cześć by się zdała, bo czuwa nad naszą mieściną.
Seweryn dopowiedział jeszcze co zapamiętał z pomieszczenia, w którym się znalazł. A że było tego niewiele, Salina nieco się zniecierpliwił.
- Pani Wylla rzecze, że będziesz pan współpracować, macie pomagać w pełni. W pełni, rozumie się? To jest na razie tutaj, dla nas, to nie ma się co bać na razie, ale wiedzieć musimy.
- Mu-musielibyście resztę przepytać, oni tam zostali, może jakie ciekawe przedmioty wynieśli, co je jak mniemam wasi sztrażnicy przejęli. Pomny Waszych słów, by górników ratować w pierwszej kolejności to żem uczynił. Powodu nie mam by nie współpracować. Zależy mi by okolica rozwijała się, a sam z chęcią osiadłbym tutaj i swą lecznicę prowadził. - Cyrulik pochylił się, lekko swą chorą nogę począwszy masować - Tego pani Wylli nie powiadajcie, Panie, lecz bardziej nawet mnie na dobroci Czarnych Wrot i ludzi tutejszych zależy, niźli na interesach spółki jakowyś. Moje powołanie, to nieść ludziom ulgę w cierpieniu. Muszę więc zapytać Waszmości, czy i jakowejś oferty dla Was, znaczy mieszkańców nie mógłbym uczynić? Swoje skromne usługi zaoferować. W zamian za fundusze, na rozwój placówki rzecz jasna. I na kapliczkę. Dla Pelora, co to nas dzisiaj tak obłaskawił...
-
Seweryn na audiencji
Rumiana twarz Rodryka przechodziła przez opowieść Seweryna różnobarwnie, prawdziwie podatna na emocje przedstawianej historii. Starosta wiercił się na fotelu naprzeciwko medyka, a to klaszcząc w dłonie, a to kiwając głową z niedowierzaniem, a to wznosząc ręce do nieba. Salina miał w sobie sporo południowej ekspresji – tak mówiło się w wiosce już wcześniej, wspominając, że jak szef się śmieje to całym sobą, a jak ryczy wściekły to też się nie miarkuje. Zagniewanym póki co cyrulik go nie widział (i do śmiechu też ostatnio mu nie było), ale emocji Rodryk w sobie nie ściskał aż brzuch rozboli. Dawał im ujście.
Zdrowo, pomyślał Seweryn. Jak ktoś za dużo dusi w sobie, to potem odbija się na jelitach.
Medyk też starał się – mimo lekkiej nerwowości – wypaść w rozmowie naturalnie. Czuł, że dobrze mu wychodziło. Zadowolony z raportu o polepszającym się stanie zdrowia górników, Salina klepnął go nawet w ramię jak kamrata, całkiem ścinając szefowski dystans.
- A kapliczkę Pelorowi to i sam postawię! A co! – Starosta plasnął potężną dłonią o kolano. - To masz pan, panie Drachenwulf, Sewerynie drogi, jak-jak w banku. Załatwimy i będzie piękna kapliczka, duma na całe Wrota!
- Dziękuję, dziękuję bardzo – Cyrulik uśmiechnął się skromnie i schylił głowę. - Na chwałę Jaśniejącego wszystko... Dobrze, że ludzie będą mieć gdzie się pomodlić, dziękować za łaski.
- A pewnie, pewnie – zgodził się Salina. - I cóżeś tam jeszcze mówił, mój drogi, drogi panie?
- Jakbym mógł jeszcze jakoś pomóc – a ja zawsze chętnie pomogę... – Seweryn był obrazem bożego sługi, grzeczny i oddany. - To za pomoc jakoś... Docenieniem będzie dla mnie mej medycyny wsparcie. Żebym mógł lepiej leczyć. Mam na razie mały taki lazarecik, namiocik... Ale chciałbym szerzej pomagać, bardziej. Więcej.
- O, zbożnie, zbożnie. Takich tu ludzi trzeba, takich trzeba – Starosta zebrał się z fotela z lekkim stęknięciem. Masywny, choć poruszał się sprawnie, swoje jednak ważył i kolana musiały to czuć. - Chodźmy, za powodzenie tej twojej, panie Sewerynie, medycyny i pomocy... Wypijemy może kieliszeczek. Mam tu rocznik dobry, domowych butli trochę wziąłem, skosztujemy.
Medyk uśmiechnął się bez słowa, płynąc po sali za swoim gospodarzem.
- Zapraszam, zapraszam. – Starosta wyjął z magazynku za biurkiem portiera butelkę i rozlał odrobinę po kielichach. - Zaczekamy tutaj na kompanów pana, poleciłem też ich tu przyprowadzić jak już skończą. Pewnie będą niebawem, nie widzę inaczej. O... O, tymczasem za tę medycynę, za jej powodzenie i za pańskie wypijmy!
Cyrulik zbliżył naczynie do ust, pociągając nieduży łyk. Wino było niezłe – dość cierpkie, ale soczyste i orzeźwiające, głęboko owocowe.
- Bardzo dobre – podziękował medyk, spijając kolejne krople.
Salina był ekspresyjny: dość serdeczny, może trochę narwany, emocjonalny. Dobrze sprawdzał się jako rozmówca. Pokazywał, że słucha tak uwagą, jak i gestykulacją, angażował się całym sobą. Seweryn obserwował go nieśmiało, ciekawy tego człowieka. Może faktycznie miał południowy temperament i łatwo się zapalał... Ale Drachenwulf w paru momentach nabrał wątpliwości.
Rejestrował wszystko bardzo dokładnie i często potem analizował różne obrazy, mieląc w głowie przeżyte scenki. Niekiedy jeszcze na bieżąco, wracając do tekstów czy wymian ledwie sprzed chwili. I w tym swoim próbowaniu się ze zrozumieniem ludzi i świata emocji, Seweryn zaczął zastanawiać się, czy aby pan Rodryk nie nazbyt umiejętnie wpasowuje się reakcjami w to, co akurat idealnie by pasowało. W to, czego rozmówca by oczekiwał.
Może tak się zdawało, bo Drachenwulf nie należał do lwów salonowych i ktoś obyty i towarzyski mógł go po prostu zaskoczyć tym jak łatwo być naturalnym. A mogło być też i tak, że Salina – człowiek przecież otrzaskany w polityce – nauczył się grać i jednak nie był do końca szczery w swojej jowialnej fasadzie.
-
Lara (Alex)

Kiedy Kai przywołał wszystkich machnięciem ręki, przede wszystkim skupiając uwagę na Larze, dziewczyna migiem oderwała czarne spojrzenie od stropu i pospieszyła w jego kierunku. Wielce ciekawa natury jego znaleziska. Wpół drogi zmroziło ją, gdy półelf z okrzykiem bólu wypuścił z dłoni przedmiot i padł na brudną posadzkę. W rezultacie czego ruszyła biegiem, po chwili stając nad nim.
— Poparzyło? — zdziwiła się medyczka, słysząc wyjaśnienie barda.
Następnie wnikliwie obejrzała jego dłoń fachowym okiem, nie znajdując na niej choćby najmniejszych oznak poparzenia, czy nawet śladów elektrycznego porażenia. Podobnie osobliwe wydało jej się natychmiastowe ustanie bodźca bólowego po ustaniu kontaktu z przedmiotem. W efekcie zaczęła podejrzewać działanie jakiejś dziwnej magii, ciężko bowiem było, by Kai momentalnie wytworzył aż taką awersję do nieznanego mu przedmiotu, by odczuwać efekty somatyczne. W ramach testu postanowiła sama podnieść obiekt, zawierzając rękawiczkom i kawałkom materiału. W konsekwencji czego ze zdumieniem (i bólem) odkryła, że mimo to efekt zetknięcia z przedmiotem był identyczny, jak w przypadku towarzysza.
Quatermain dokładnie obejrzała tajemniczy bloczek. Nie wydzielał ciepła ani zimna, nie skrzył się, nie przyciągał ani nie odtrącał, w ogóle nie wykazywał żadnych szczególnych fizycznych właściwości. Badając jego wygląd, doszła do luźnego wniosku, że naniesiony nań symbol to jakiś symbol rodowy, religijny lub znak jakiejś organizacji pochodzącej z Imperium Suelskiego, raczej nie motyw zdobniczy ani graficzna sygnatura twórcy. Więcej nie udało jej się wywnioskować, chociaż obracała przedmiotem za pomocą nożyka do listów, za każdym razem mierząc się z porażającym bólem. Choć nurtowało ją, dlaczego akurat taki bodziec towarzyszy jego dotykaniu, również za pośrednictwem innych przedmiotów.
Bazując na tych skromnych informacjach, jakie zdołała dotąd zebrać, Lara doszła do wniosku, że szkieletowy rezydent komnaty w pancerzu oznaczonym takim samym wizerunkiem drzewa cedrowego powinien być istotą, która jest w stanie bezpiecznie operować przedmiotem. Wiele bowiem wskazywało na to, że bloczek stanowi klucz do ukrytego pod płaskorzeźbą z poprzedniego pomieszczenia, a martwego mężczyznę łączy z nimi jakiś związek. W następstwie tego rozumowania okularnica z czystej grzeczności przeprosiła szkielet, po czym dokonała zbezczeszczenia jego zwłok, zabierając kościaną rękę zamkniętą w zardzewiałej kolczej rękawicy. Następnie, po krótkiej chwili wahania towarzyszącej każdej przełomowej chwili, niezwykle ostrożnie zacisnęła jej palce wokół klucza i wyraźnie zadowolona z powodzenia operacji podniosła rękę do góry. „Udało się!” aż cisnęło jej się na usta. Wniosek był poprawny, ponieważ ból nie wystąpił na żadnym z etapów. Teraz tylko musiała jakoś donieść przedmiot do wnęki w płaskorzeźbie, trzymając go wątłą szkieletową ręką. I tu właśnie tkwił problem. Nawet przy jej wyjątkowej zręczności było to nie lada wyzwanie, a nie była to nawet największa przeszkoda. Tę stanowiły upływające wieki, które osłabiły pancerz i szkielet, czyniąc je niebywale delikatnymi. O czym Lara doskonale wiedziała. Dlatego gdy ciężar walcowatego obiektu po kilku krokach sprawił, że rozleciały się na kawałki, wydała z siebie jedynie ciche westchnięcie zawodu.
Po tej porażce zaczęła myśleć nad lepszym i wygodniejszym rozwiązaniem. Przyjrzała się dokładniej napierśnikowi szkieletu przez polerowane szkiełka. Szybko dochodząc do wniosku, że dałoby radę go założyć. I może to nadałoby noszącemu prawa do dzierżenia klucza. Właściwie gotowa była od razu zdjąć górę ubrania i założyć pancerz szkieletu, gdy nagle uzmysłowiła sobie, że przecież nie jest sama w pomieszczeniu. Dworska obyczajność nie pozwoliłaby jej tak zwyczajnie odsłonić sporych fragmentów nagiego ciała przed trójką obcych mężczyzn, dlatego poprosiła Kaia, by ją zastąpił. Na co półelf niechętnie przystał. Niestety eksperyment okazał się fiaskiem, za co Quatermain go mocno przeprosiła. Tym samym wróciła do punktu wyjścia. Lecz nie zamierzała się poddawać. Kolejnym jej pomysłem było zastosowanie lusterka na metalowej rączce – które nosiła w swoim zestawie narzędzi do rozbrajania pułapek – jako wzmocnienia drugiej kościanej ręki. Przymocowana do żelaznego trzonka ręka jednak wytrzymała niewiele dłużej, niż ta pierwsza. Nie stłumiło to jednak zapału czarnookiej blondynki. Kolejny raz przepraszając właściciela szkieletu, porwała jego czaszkę, zamierzając użyć szczęk do przeniesienia klucza. Lecz nawet przy manualnych zdolnościach, jakimi odznaczała się córka wybitnych archeologów, nie było to proste zadanie. W efekcie cały proces kosztował ją kilka, nieraz bolesnych, potknięć i omsknięć. Ale ostatecznie się udało. Bloczek z drzewiastym motywem wylądował we wnęce, a Lara odetchnęła z wyraźną ulgą.
— Odsuńcie się, proszę — ostrzegła dobrodusznie towarzyszy. — W razie gdyby nastąpiło coś niespodziewanego, lepiej byście nie stali w pobliżu.
Następnie przeszła do z dawna wyczekiwanej czynności, z mieszaniną obawy i ekscytacji naciskając płytę. Na jej szczęście nic podejrzanego ani groźnego się nie stało. Ukryty pod płaskorzeźbą sejf otworzył się gładko, odsłaniając lukę w ścianie. W skrytce panował zdumiewający porządek i czystość. Na widok jej zawartości pokryte cieniem powieki blondynki uniosły się na całą wysokość, a czarne oczy rozbłysły w zachwycie. Bacząc na zanieczyszczenia pozostałe na białym materiale swych rękawiczek, zaczęła ostrożnie wydobywać zawartość sejfu.
Najmniej uwagi Quatermain poświęciła sakiewce z suelskimi drachmami i kasetce z miękkim obiciem, w której znajdowało się sześć oszlifowanych kamieni szlachetnych. Po krótkich oględzinach odłożyła je na bok, domyślając się, że wkrótce padną łupem co bardziej przedsiębiorczych z jej kompanów. W dużo większym stopniu zainteresowały ją za to: oznaczona dobrze znanym drzewnym symbolem Księga dóbr i inwestycji Towarzystwa Wschodniej Ekspansji, złota obrączka z grawerunkiem wewnątrz „Ildraen – na zawsze”, tubusy z listami wierzytelnymi dla banków i wekslami (uwierzytelniały one Ildraena Sigroza do poboru bardzo wysokich sum w drachmach z szeregu instytucji), perłowa gemma z kobietą o ułożonych wysoko, ufryzowanych włosach i pogodnej twarzy, berło z kości słoniowej ze złotą gałką w kształcie brylantu oraz dwa małe posążki psów wykonane z kości słoniowej, podobne do figur szachowych i oznaczone runami, jedna suelskim, „A”, druga suelskim „D”.
Lara zamierzała dogłębnie zapoznać się z każdym z tych przedmiotów, swe badania rozpoczęła zaś od kamei z wizerunkiem nieznanej kobiety. Ciekawiło ją czy przedstawia jakąś znaną personę lub bóstwo, a może kogoś szczególnie ważnego dla samego właściciela skrytki, którym zdawał się być niejaki Ildraen Sigroz. Niewykluczone, że była to jego przyszła narzeczona. Lecz medyczka wolała wpierw wykluczyć inne wersje.