Conan Bibliotekarz
-
Dawno miałem napisać, ale ciągle czasu brakowało.
Gdy przygotowywałem sondę szukałem książek na temat Numidów i to, co udało mi się wtedy dostać i przeczytać to stare wydanie (tzw. seria ceramowska) Masynissa Tadeusza Kotuli.

I powiem wam, jak na książkę historyczną, bardzo mnie wciągnęła. Opowieść o człowieku, który od zera, wyzuty ze swej spuścizny przez stryjów czy wujów (już nie pamiętam), bez niczego, lawirujący między ścierającymi się mocarstwami (Rzym i Kartagina) wykuwa sobie potężne królestwo na terenie północnej Afryki. Królestwo, którego jego spadkobiercy nie dali rady utrzymać. Królestwo, o którym praktycznie nie słyszałem. Ani o samym Masynissie. Rzym - tak. Kartagina - tak. Ale że był tam jakiś Masynissa? Nie.
Dla tych, którym niestraszna książka faktograficzna (tak to chyba należy nazwać?) nieokraszona beletrystyką. I dla tych, którzy losów Masynissy nie znają - polecam.
Ja swoją książkę wypożyczyłem w miejskiej bibliotece. Ale potem się okazało, że u mojego Taty na półce stoi taka sama. Więc jest spora szansa, że i wam uda się ją gdzieś znaleźć.
Nie wystawiam jej oceny, bo ze względu na rodzaj książki, nie czuję się na siłach.
Jej lektura podtrzymała we mnie chęć zagrania kiedyś Galami u Numidów (mimo, że po długowiecznym i - jak mawiali rzymianie - jurnym Masynissie pozostała u mieszkańców Numidii jedynie pamięć po wielkim wodzu).
Pomysłu na tę sesję nie zrealizuję w tym roku, ale będzie gdzieś u mnie wysoko na liście. -
A tak z ciekawostek, na FB rzuciło mi się info, że Copernicus sprzedaje polską wersję Salzenmundu. Cena 150zł.
-
W swoim wątku w inny miejscu @Kynikos podał kilka książek jego zdaniem wartych uwagi:
- Kleopatra. Biografia, Stacy Schiff.
- Najwspanialsze miasta w dziejach świata, redagowane przez Johna Juliusa Norwicha
- Medyceusze. Mecenasi sztuki, tyrani, kochankowie, Paul Strathern.
Po szerszy opis odsyłam do w/w wpisu.
-
Raczej wątek mojego autorstwa, a nie "mój wątek", nie roszczę sobie do niego własności.
Ale tak, jak najbardziej polecam tamte tytuły również tutaj. Dlaczego? To już możecie przeczytać tam.Tutaj wrzucę parę tytułów, bo akurat ostatnio wziąłem się za porządkowanie swojej biblioteki (i czemu nie). Chociaż czuję się zobligowany do wspomnienia o swoich ulubionych klasykach, jak choćby Pratchetcie, Le Guin czy Christie, to sobie odpuszczę. Myślę, że w oczytanym towarzystwie nie ma co o takich wspominać. Ograniczę się też do trzech tytułów, których rekomendacje będą mocno zabarwione nostalgią. Młody-ja bardzo je lubił i czytał z wypiekami na twarzy, stary-ja podchodzi do nich już krytyczniej.
Grom, Dean Koontz – thriller opowiadający o losach Laury Shane, urodzonej podczas burzy i mającej swojego własnego anioła stróża. Jego przybycie zawsze poprzedza tytułowy grom, pojawia się w kluczowych momentach na przestrzeni lat i nierzadko ratuje jej życie. Nie zdradzając zbyt wiele, Koontz tutaj wszedł na śliski grunt podróży w czasie, ale twist pod tym względem, wg młodego-mnie, był naprawdę dobry i przypadł mi do gustu. Stary-ja jednak już zdaje sobie sprawę z problematyki fabuły, gdzie anioł stróż powinien dostać sądowy zakaz zbliżania się do Laury. Akcentem thrillerowym tej książki dla mnie dzisiaj jest właśnie obsesja tego "anioła", jego "miłość" do bohaterki i absolutna kontrola nad tym, co w jej życiu ma prawo się wydarzyć, a co nie. Poza tym, nie zdradzając wiele (choć to nadal spojler) – good Nazi exception. Książka jako luźna lektura krytycznym okiem jednak do polecenia, z zastrzeżeniem że to Koontz z lat 80. Problematyczny w inny sposób niż King, ale nadal problematyczny.
Tutaj też wykazuję się powściągliwością, bo powinienem wspomnieć o serii Odd Thomas, ale to może kiedy indziej.
Trylogia Czarnego Maga, Trudi Canavan – seria, której główną bohaterką jest Sonea, dziecko ze slumsów Imardinu, stolicy państwa, w którym magowie stanowią odrębną, elitarną klasę rządzącą. Co roku rzeczeni magowie zbierają się, by wypędzić z ulic biedotę, żebraków i włóczęgów, sami osłonięci magiczną tarczą. Podczas jednego z takich zgromadzeń młoda Sonea rzuca w nich kamieniem (zgodnie z tradycją ciskania przedmiotami przez wypędzanych) który, napędzany jej emocjami, przebija barierę i rani jednego z panów magów. Wybucha panika i rozpoczyna się polowanie na rzekomego renegata, bo magom nawet nie przychodzi do głowy, że szukają prostej dziewczyny ze slumsów. Bohaterka zostaje oczywiście ostatecznie złapana i niechętnie przyjęta do szkoły magicznej, ale to dopiero początek jej losów.
Seria może pachnieć typowym YA fantasy, zwłaszcza że Sonea rzeczywiście okazuje się ponadprzeciętnie silna w magii, ale wytłumaczenie działa: magowie po prostu ignorują biedotę i nawet nie testują jej pod kątem zdolności magicznych. Niektóre postaci zresztą wprost punktują to w fabule. Książki nie boją się poruszać tematów uprzywilejowania, klasizmu, elitaryzmu, uprzedzeń czy prześladowania, a przyjęcie Sonei do szkoły nie sprawia magicznie, że jej pochodzenie przestaje mieć znaczenie. Ba, jest wręcz źródłem wielu konfliktów.
Później pojawia się jednak znacznie większy problem, gdy bohaterka trafia pod osobistą pieczę Akkarina, najmłodszego w historii arcymaga, również niezwykle silnego w magii i – jakżeby inaczej – przystojnego, a między nimi zaczyna rozwijać się "romans". Tutaj YA wchodzi o wiele silniej. Młody-ja już patrzył na ten wątek krzywo; starego-mnie zwyczajnie skręca, bo przepaść w tej relacji jest ogromna na wielu polach. Trylogia ledwo, ale jednak, broni się wspomnianymi wyżej motywami oraz wątkami pobocznymi, zwłaszcza historią maga Dannyla. To właśnie tutaj pojawia się arcyciekawy motyw magicznego tłamszenia "nienaturalnych tendencji" oraz dochodzenia do akceptacji samego siebie. Głównie przez ten wątek seria zapadła mi w pamięć.
Trylogia "Czarodzieje", Lev Grossman – seria współczesnego fantasy opowiadająca o losach Quentina Coldwatera, outsidera-intelektualisty z depresją i obsesją na punkcie fikcyjnej serii Fillory and Further (takiej Narnii) który odkrywa, że magia naprawdę istnieje. Zdaje egzamin wstępny i dostaje się do Brakebills, uczelni kształcącej magów.
Wiem, że brzmi to jak YA fantasy i seria ma trochę jego elementów, ale broni się ciekawymi, nierzadko oryginalnymi motywami. Przede wszystkim porusza tematy alienacji, depresji czy eskapizmu, odwracając przy tym większość założeń podobnych historii. Nauka magii jest żmudna i wymaga realnego wysiłku, a jej praktykowanie potrafi poważnie odbić się na organizmie. Fillory okazuje się prawdziwym światem równoległym, ale nie spełnieniem eskapistycznej fantazji, a samo Brakebills jest rzeczywistą uczelnią z całym jej instytucjonalnym bagażem.
Seria ma jednak znaczący problem: chociaż porusza dojrzałe tematy, bardzo lubi popadać w edżyzm i sygnalizować tą "dojrzałość" wyświechtanym zestawem seksu, alkoholu i narkotyków – czyli nastoletnim wyobrażeniem o dorosłości. Mimo to przyzwoita seria. Motyw polimorfii w pierwszej książce i gęsiego lotu na biegun pamiętam do tej pory.
Trylogię mógłbym podsumować prosto: Hogwart, gdyby był prawdziwą uczelnią magiczną pełną dysfunkcyjnych studentów; Narnia, gdyby była rzeczywistym światem równoległym, a nie chrześcijańską alegorią dla dzieci.
Trzy tytuły (no dobra, jeden i dwie trylogie, oszukiwałem trochę) barwione nostalgią spisane, ale dorzucę też jeszcze jeden, który czytałem nie tak dawno temu:
Ogień i krew, George R.R. Martin – nie byłbym sobą, gdyby nie pojawił się tutaj Martin.
Książka opowiada wcześniejszą historię rodu Targaryenów, będąc swojego rodzaju lorebookiem. Ma jednak oryginalny format, całość jest bowiem stylizowana na królewską kronikę powstałą w Westeros: zbiór tamtejszych źródeł historycznych zredagowany ręką maestera Gyldayne’a. Nie dostajemy wobec tego jednej słusznej wersji historii, lecz często sprzeczne ze sobą relacje, teorie i przypuszczenia, nierzadko zabarwione stronniczością autorów. To właśnie jest w niej najlepsze, zręczne wykorzystanie motywu unreliable narrator. Sami musimy śledzić te przekazy z uwagą i czytać pomiędzy przysłowiowymi wierszami, by wyłuskać coś zbliżonego do neutralnej wersji wydarzeń. Dla fanów Westeros i worldbuildingu jest to w zasadzie pozycja obowiązkowa.Oczywiście, jak to u Martina, początkowo książka miała objąć całość historii Targaryenów, ale rozrosła się i została rozbita na dwa tomy. Ten kończy się na regencji Aegona III, już po Tańcu Smoków, więc dostajemy wzlot, zenit i katastrofalne załamanie potęgi smoczej dynastii. Kontynuacja ma objąć jej późniejszy zmierzch i ostateczny upadek. Narracyjnie wyszło zatem nawet lepiej.
-
Czy ktoś czytał przygody Gotreka z serii z Maleneth i może się o nich wypowiedzieć?
4 pierwsze omnibusy, jeszcze z Felixem, mam przeczytane. Poziom tamtych czterech był... różny, częściej słabszy niż lepszy, ale nie odbiegający od czytadeł ze świata D&D. Nie są to książki warte polecenia, ale dla tych, którzy badają świat WH do przeczytania.
Aczkolwiek po przeczytaniu tych 4 pierwszych omnibusów nie mam jakiegoś mocnego przekonania, czy chcę kupować kolejny.
-
Okej, mały update z tego co ostatnio słuchałem i na temat czego mogę się wypowiedzieć.

Trylogia Licaniusa to długa, rozbudowana opowieść i zdecydowanie nie dla każdego. Widać tu inspiracje Brandonem Sandersonem i epicką fantastyką w stylu Drogi Królów. Historia rozwija się stopniowo, a kolejne tomy odsłaniają coraz większą prawdę o świecie, jego historii i zależnościach między bohaterami. Największą zaletą cyklu są dla mnie liczne problemy filozoficzne i społeczne. Wolna wola, przeznaczenie, pamięć, tożsamość, magiczne narzucanie swojej woli jako forma zniewolenia, współdzielenie wspomnień czy zbiorowa świadomość. Autor naprawdę ma tu sporo ciekawych pomysłów i potrafi interesująco je rozwijać. Do tego dochodzą ograniczone time-jumpy oraz ciekawa struktura społeczna Strażników i magów.
Największym minusem są natomiast sami główni bohaterowie, którzy momentami podchodzą do bardzo złożonych problemów zbyt naiwnie i idealistycznie. Paradoksalnie bardziej racjonalni wydawali mi się długowieczni, odradzający się dzięki zachowanym wspomnieniom antybohaterowie, którzy patrzą na świat zdecydowanie bardziej pragmatycznie. Początek pierwszego tomu, zwłaszcza pierwsze około 200 stron, może sprawiać wrażenie fantasy skierowanego do młodszego odbiorcy. Później jednak fabuła bardzo wyraźnie się komplikuje i wymaga już znacznie większej uwagi. Możliwe, że młody wiek bohaterów miał częściowo tłumaczyć ich idealizm?
Całość to około 90-100 godzin audiobooka w 3 tomach, więc jest to naprawdę ogromna przygoda. Subiektywnie dałbym około 4/5, może odrobinę mniej. Głównie przez naiwność części postaci, która nie pozwoliła mi całkowicie zanurzyć się w historii. Mimo tego zdecydowanie rozumiem wysokie oceny trylogii i raczej polecam, zwłaszcza fanom długiego, złożonego fantasy i fabuł opartych na stopniowym odkrywaniu prawdy.

Może pare słów o trylogii, którą obecnie kończe też. Trylogia „Krwiopijcy” Jarosława Dobrowolskiego to dla mnie naprawdę ciekawy przykład urban dark fantasy, które łatwo mogło skręcić w stronę przesady albo zwyczajnej śmieszności, a jednak autorowi udało się tego w dużej mierze uniknąć. Ma przy tym dość charakterystyczny styl pisania, który ostatecznie mnie kupił, choć po pierwszym tomie nie byłem jeszcze do końca przekonany, w jakim kierunku całość pójdzie.
Przy „Delirium” zastanawiałem się jeszcze, czy podobieństwa do Wampira Maskarady są zamierzone, czy po prostu wynikają z poruszania podobnej tematyki. Pierwszy tom sprawia trochę wrażenie, jakby autor dopiero badał grunt i szukał własnej wersji tego świata. Mamy wampira próbującego zaszyć się w Bieszczadach, sporo jego moralnych problemów związanych z własną naturą, trochę motywów kojarzących się z wilkołakami i do tego całkiem sporo słowiańskiego folkloru. Wszystko jest jeszcze stosunkowo kameralne i mocno skupione na samym bohaterze.
Przy „Cyjanie” moje wątpliwości właściwie zniknęły. Tutaj inspiracje Maskaradą są już bardzo wyraźne. Akcja przenosi się do miasta, pojawiają się koterie, lokalna polityka wampirów, władcy domen będący bardzo czytelnymi odpowiednikami książąt i cała sieć zależności między poszczególnymi grupami. Formalnych klanów nie ma, ale ich duch zdecydowanie jest obecny. Jedna z ekip pojawiających się w drugim tomie od pierwszych scen bardzo mocno kojarzyła mi się chociażby z Brujah.
Momentami podobieństwa są wręcz na tyle duże, że zacząłem się zastanawiać, gdzie właściwie przebiega tutaj granica praw autorskich. Autor dość zręcznie omija charakterystyczną terminologię WoD i nie kopiuje tego świata jeden do jednego, ale niektóre koncepty, zależności i określenia są na tyle bliskie, że inspiracja przestaje być tylko domysłem.
Nie nazwałbym jednak „Krwiopijcy” polskim Wampirem Maskaradą. To nadal osobny świat, z własnymi bohaterami, mitologią i pomysłami, zwłaszcza że autor mocno miesza klasyczne motywy wampiryczne z elementami słowiańskimi. Gdybym miał bardzo roboczo określić stopień podobieństwa do World of Darkness, powiedziałbym może około 60%. Wystarczająco dużo, żeby fan Maskarady bez problemu rozpoznawał kolejne tropy, ale nadal za mało, żeby można było mówić o prostym przeniesieniu settingu.
I właśnie dlatego dla fanów Świata Mroku wydaje mi się to naprawdę ciekawą propozycją. Jest tu sporo znajomych mechanizmów i klimatów, ale podanych przez polskiego autora, osadzonych częściowo w naszych realiach i przepuszczonych przez słowiańską mitologię. Im dalej w serię, tym wyraźniej widać też, że autor nabiera pewności co do świata, który tworzy.
A wychodząc z butów recenzenta...
Ale po tej pierwszej stronie już tak różowo nie jest. Książkę się czyta dość dobrze, chociaż gdybym tak prowadził przygodę dla moich graczy jak leci fabuła, to by mnie zakrzyczeli. Niestety, autor strasznie grubymi nićmi szył całość, czasami coś doklejał butaprenem, a czasami coś tam luźno latało. Książka też nie ma spójnego klimatu. Dałbym jej 5/10. Jeżeli macie możliwość pożyczenia jej i przeczytania, to warto. Ale na kupno jej raczej byłoby mi szkoda pieniędzy.
Rozumiem te zarzuty i w sumie trudno mi się z częścią z nich nie zgodzić. Sam też nie polecałem Chóru dlatego, że uważam go za jakąś wybitnie spójną czy perfekcyjnie skonstruowaną książkę. U mnie bardzo mocno zadziałał przede wszystkim klimat z początku, noszący znamiona space horroru i motyw wychodzenia z kapsuły. Muszę przyznać, że mam słabość do takiej tematyki i mogłem nieco przez to zawyżyć ocenę.
-
Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli. Nieznane baśnie braci Grimm (Eliza Pieciul-Karmińska, 2023)

Praktycznie wszystkie polskie wydania Baśni braci Grimm są tłumaczeniem ich ostatniego, siódmego wydania z 1857 roku. A różniło się ono dość mocno od wydania pierwszego. W kolejnych edycjach teksty wygładzano, pozbywano się erotyki i kontrowersji, poprawiano ich warstwę dydaktyczną. Krótko mówiąc: czyniono je bardziej odpowiednimi dla dzieci. Wiele baśni z pierwszego wydania w ogóle wyleciało, z różnych względów. Nigdy więc nie mieliśmy możliwości przeczytać ich po polsku. Aż do teraz.
Nieznane baśnie braci Grimm to wybór pięćdziesięciu takich fabuł. Jest wśród nich parę pierwotnych wersji popularnych baśni (jak Kopciuszek czy Roszpunka), większość stanowią jednak teksty, które pojawiły się wyłącznie w pierwszym wydaniu "Baśni dla dzieci i dla domu". Są to teksty "nieoszlifowane", spisane w takiej formie, w jakiej poznali je Grimmowie. Czasem są drastyczne, czasem absurdalne, często brakuje w nich jakiegokolwiek morału. W większości z nich widać, że nie były tworzone przez pisarzy, którzy mają jakieś pojęcie o snuciu opowieści, a przez prostych ludzi, którzy marzą o tym, by ich los się odmienił, lub by zaznać choć odrobinę niezwykłości. Powtarzającym się motywem jest więc ubogi chłopak zostający królem lub dziewczyna poznająca księcia.
Czy warto po to sięgnąć? Jako ciekawostkę, jeśli jesteście zainteresowani tematem - jak najbardziej. Jeśli jednak szukacie do poczytania czegoś z sensem (albo dla dzieci) to już niekoniecznie.
Wieczna wojna (J. Haldeman, 1974)

Powieść zaczyna się trochę jak "Kawaleria Kosmosu" Heinleina. Ziemianie toczą jakąś wielką kosmiczną wojnę, więc trwa pobór do wojska. Rekrutów pakuje się w pancerze wspomagane i poddaje morderczemu szkoleniu, z którego nie wszyscy wychodzą żywi. W końcu wyruszają na front, przemieszczając się z prędkościami relatywistycznymi dzięki tzw. "skokom kolapsarowym". I tu właśnie robi się ciekawie, bo dzięki dylatacji czasu, choć zakontraktowany przez nich czas służby wynosi zaledwie dwa lata, dla świata "na zewnątrz" mija znacznie więcej czasu. Wynika z tego parę rzeczy. Np. pierwszy atak na bazę Tauryńczyków jest praktycznie rzezią - wrogowie są nieprzygotowani, nie mają broni, nie potrafią się bić. Potem jednak mają dość czasu, by się przeorganizować i opracować technologię, która pozwoli dogonić i boleśnie ostrzelać ten sam statek, który ich pierwotnie zaatakował. Dla Ziemian wyglądało to trochę tak jakby napadli na bezbronnych Indian, a w drodze powrotnej ci sami Indianie dogonili ich i ostrzelali atomówkami.
I to się dzieje w każdym aspekcie. Ziemia zmienia się nie do poznania. Nawet gdyby weteranom po tych dwóch latach pozwolono wrócić do cywila (na co wojsko nieszczególnie ma ochotę) to okazuje się, że ich ojczysta planeta nie przypomina już domu. Mając do wyboru wojnę, która jest piekłem ale w pewien sposób oswojonym i znanym, a świat zewnętrzny, który jest niewiele lepszy a przy tym całkiem obcy nie ma się co dziwić, że wielu wraca na front.
Zdecydowanie antywojenna historia. O tym, że armia to maszynka do mięsa, która przeżuje cię i wypluję (w międzyczasie faszerując cię jeszcze prochami, żebyś był skuteczniejszy). O tym, że dla wielu żołnierzy nie ma z niej powrotu (nie tylko z powodu wysokiej śmiertelności). Jednocześnie niesamowicie aktualna, nie tylko dlatego że mamy prawdziwą wojnę niepokojąco blisko naszych granic. Także przez to, że mówi o szybko zmieniającym się świecie, za którym nie nadążamy i dla wielu z nas jest to przerażające.
-
Chciałbym polecić trylogię „Znak Kruka” Eda McDonalda. Dobrze się słuchało. Mroczne, surowe fantasy dla tych, którzy lubią światy nieco brudne światy i ciężki klimat.

Historia osadzona w świecie po wielkiej wojnie między "Panami Głębi" (których można porównać luźno do Bogów Chaosu z uniwersum Warhammera, choć trochę zalatują też Cthulhu, przez fakt na głębinowe pochodzenie tych Panów Głębi), a Bezimiennymi (z braku powiązania porównałbym do loży magów, którzy przekroczyli swoją śmiertelną granicę na wskutek zwiększania swoich mocy). Ludzie, a przynajmniej ta część z nich, która jest opisywana w trylogii, żyję w opisywanym świecie na granicy cywilizacji i koszmaru (kraina nazywana "Nieszczęściem" to miejsce gdzie doszło do wielkiego zderzenia mocy, które wypaczyło cały dość spory obszar lądu). Podtrzymują oni straż na granicy "Nieszczęścia", gdzie są posterunki podpiętę do czegoś co nazywa się "Maszynerią Nala", a która to działa trochę jak ogrodzenie pod napięciem. Seria ma bardzo mocny klimat grimdarku. Jest ciężka, brutalna, ponura. Dużo daje jej także czarne poczucie humoru. Rozpoczyna się w momencie, kiedy po 70 iluś latach od ostatnich wielkich potyczek, czujność ludzi została osłabiona. Praktycznie żadnych spoilerów nie dałem, bo to wyjaśnia parę pierwszych rozdziałów.
Ostatnio przesłuchałem całą trylogię i muszę przyznać, że pierwsza część nie porwała mnie od razu. Za to dwie kolejne części naprawdę mnie kupiły. Historia nabiera rozpędu, świat robi się ciekawszy. I co rzadko się zdarza, autor nie zepsuł końcówki. Finał dowiózł. Nie miałem poczucia, że seria rozpadła się pod własnym ciężarem albo coś w tym stylu.
Ogólnie polecam jak ktoś nie wie za co się zabrać!
Czarnoskrzydły
Chciałbym polecić trylogię „Znak Kruka” Eda McDonalda
Jestem po lekturze pierwszej części. Przemyślenia? Oceniam książkę na średnią/przyzwoitą. Do poczytania, nawet jest szansa, że sięgnę po drugi tom (co samo w sobie jest docenieniem książki), jednak niekoniecznie poleciłbym komuś jako koniecznie przeczytaj.
Z plusów
Dość wartka akcja, chętnie się czyta i oczekuje kolejnych wydarzeń. Jednak nie aż tak, aby się nie dało oderwać i trzeba było czytać do późna w nocy.
Znośne tempo przedstawiania świata, nie jesteśmy zasypani mnogością obco brzmiących terminów.
Również znośne tłumaczenie, które mnie nie bolało, gdy czytałem książkę po polsku. Co prawda z czasem znalazłem kilka słabych elementów, ale na tle wielu przykrych doświadczeń z kiepskimi tłumaczeniami tak książka wypada dobrze.
In plus oceniam też konstrukcję ogólnej intrygi (bez szczegółów, aby nie psuć przyjemności czytania innym).Z minusów
Jeden minus warty, by o nim wspomnieć, to bardzo sztampowe rozwiązanie jednej z głównych zagadek - aż bolało, gdy to czytałem (bez szczegółów, aby nie psuć przyjemności czytania innym).
Rok polski. Obyczaj i wiara.

Jedna z książek, które trafiły mi się odziedziczone. W stanie fatalnym, jakby ją coś solidnie nadżarło. Kornik, który zamiast drewna papier żarł. Pewnie mól książkowy. Tak czy inaczej, książka w stanie tak fatalnym, że ani jej wystawić na sprzedaż, ani nawet oddać komuś. Zanim jednak wyrzuciłem ją do śmieci papierowych, zacząłem czytać. A gdy skończyłem, postanowiłem, że mimo swego stanu, nie trafi na śmieci, lecz na półkę.
Tę książkę chciałbym wam polecić, więc zerknijcie do lokalnych bibliotek, czy jej tam nie znajdziecie: Rok polski. Obyczaj i wiara. Zofia Kossak.
Nie jest to jednak książka przygodowa. Jest to książka dokumentująca polskie zwyczaje. Napisana w latach 50-tych XX wieku opisuje zwyczaje na wsi. Zdumiało mnie to, co wg autorki działo się w Polsce ubiegłego stulecia. Opisane tam elementy pasowałyby mi do starszych dziejów, nawet wstecz do średniowiecza. Można się nimi inspirować, sięgać garściami, by tworzyć własny klimat licznych przygód, w różnych przygodach i systemach. Dla mnie coś otwierającego oczy, bo nie tak sobie Polskę wyobrażałem te niecałe 100 lat temu.
Czy wam się spodoba? Nie wiem. Jest inna. Specyficzna. Nie każdemu sprawi jej przeczytanie frajdę. Ale też nie jest gruba. Kilka dni, gdy zamiast przewijania ekranu lub męczeniu pilota w poszukiwaniu czegoś wartego obejrzenia poświęcicie tyle samu czasu na jej lekturę. A potem dajcie mi znać, czy warto było.Bloodborn

Świat warhammera, autor: Nathan Long.
Opisuję wersję angielską, bo taką czytałem, ale polska też powinna być dostępna (ew. jako cykl wydanego niedawno Omnibusu).
Odkryta całkiem niedawno na mojej półce, gdy @Ketharian dopytywał o wampiry w świecie WH. Zapomniałem, że ją kiedyś (kiedy?) kupiłem i odstawiłem. A skoro już znalazłem to stwierdziłem - niech będzie, czytam. Od razu ostrzegam - to jest książka, której nie polecam, a trafia tutaj tylko przy okazji tworzenia tego wpisu i tylko dlatego, że właśnie skończyłem ją czytać. Ku przestrodze, a nie jako polecajka.
Niestety, okazała się bardzo rozczarowująca. Żeby to jeszcze były jakiś bardzo wczesny Warhammer. Ale nie, książka wydana w 2010r. Główna bohaterka, Ulrika Magdova Strahov, świeżo przemieniona w wampira, co było opisane w jednej z przygód Gotreka (nie pamiętam której), doczekała się swojej własne trylogii (spin-off). Niestety, wampiry w pierwszej książek z cyklu są istotami wielce nieporadnymi z tyloma bagażami wad, nieprzemyślanych działań, emocji, że bardziej przypominają człowieka, niż istoty żyjące od setek lat (poza Ulriką, kóra jest młoda).
Do tego są to wampiry, których życie jest co chwilę zagrożone, często przez zwykły ludzki motłoch.
Krótko mówiąc, gdyby napisać tę samą książkę, tylko zamiast wampirów obsadzić w tych samych rolach postaci ludzkie, trzeba by zmienić naprawdę niedużą część tego „dzieła” i zbytnio by się nie różniło.
Zatem, gdyby jakiś fan młotka postanowił się skusić i kupić książkę... to niech lepiej się dwa razy zastanowi. -
@Gladin, mam pytanie, poniekąd związane z tematem polecajek. Chciałbym się dowiedzieć, jakie książki z fantastyki cenisz naprawdę wysoko i mógłbyś z czystym sumieniem polecić komuś w ciemno. Mógłbyś podać kilka tytułów? Chciałbym po prostu trochę lepiej wyczuć Twój gust czytelniczy i zobaczyć, co u Ciebie uchodzi za naprawdę dobrę czytadło.
-
Książki z obu łorhamerów w ogóle strasznie grafomanią walą. Na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które były zjadliwe. Jako źródło lore też są fatalne, bo autorzy nie robią riserczu (lub robią go pobieżnie). To produkty bardziej dla takich, co są bardzo głodni uniwersum i nie oczekują za wiele. Lub chcą wesprzeć markę.
-
@Gladin, mam pytanie, poniekąd związane z tematem polecajek. Chciałbym się dowiedzieć, jakie książki z fantastyki cenisz naprawdę wysoko i mógłbyś z czystym sumieniem polecić komuś w ciemno. Mógłbyś podać kilka tytułów? Chciałbym po prostu trochę lepiej wyczuć Twój gust czytelniczy i zobaczyć, co u Ciebie uchodzi za naprawdę dobrę czytadło.
akie książki w fantastyki cenisz naprawdę wysoko i mógłbyś w czystym sumieniem polecić komuś w ciemno.
Ale mi zabiłeś ćwieka tym pytaniem. By móc odpowiedzieć, ruszyłem przejrzeć moją biblioteczkę. Początkowo wydawało mi się, że będzie mi bardzo trudno coś polecić. Jednak idąc od półki do półki wracały wspomnienia przeczytanych książek, a wraz ze wspomnieniami zaczęła się tworzyć lista. Na początek postanowiłem wybrać pięć pozycji, ułożonych wg kolejności, w jakich bym je polecił. Planuję jednak za tydzień, może dwa, podać dalsze elementy.
1. Terry Pratchett

Cykl Świata Dysku to jest to, co bez wątpienia polecam każdemu, kto lubi klimaty fantasy. Z zastrzeżeniem, że winno się to czytać już po tym, gdy się trochę tego fantasy poczyta. Pewnie też wskazane jest, by wyjść z okresu nastoletniego/dorastania, by bardziej docenić detale i szczegóły.
Do tego bardzo dobre tłumaczenia Piotra Cholewy na ogół pozwalają zachować niuanse oryginału. Jeżeli ktoś jednak ma możliwość przeczytania tekstu w oryginale, to oryginał jeszcze przewyższa tłumaczenie. Z tego cyklu mam przeczytane i skolekcjonowane wszystko po polsku a także większość po angielsku - kwestią czasu jest, zanim skompletuję i przeczytam resztę. To są książki, o których myślę, że jeszcze kiedyś do nich wrócę.
Nie wszystkie trzymają ten sam poziom, ale bez wnikania w szczegóły, cały cykl to mój numer jeden.
Do tego Terry napisał też inne książki i właściwie każda, którą czytałem, była dobra i śmiało można po nie sięgać. Przykładowo „Księgi nomów” czy „Dobry omen”.2. Kroniki Ilmoor, David Lee Stone

Na pozycję numer dwa wskakują pewnie dlatego, że widzę pewne podobieństwo do Pratchetta. Drugim powodem jest to, że gdyby wyszła nowa książka w serii, to chciałbym ją kupić i przeczytać. I właśnie przy okazji pisania tej odpowiedzi sprawdziłem i okazało się, że co prawda nowa nie wyszła, ale jest jedna, której nie mam i zapoluję, by ją nabyć.
Polecam cały ten cykl, chociaż nie doczekał on się chyba polskiego wydania - a szkoda.3. Trylogia Władcy Pierścienia, Tolkien

Czy mi się podobała? Bardzo. Hobbita przeczytałem ok. 6. klasy podstawówki, na trylogię trafiłem w czasach liceum. Hobbit był fajny jak na podstawówkę, ale potem do niego nie wracałem. Trylogię czytałem wielokrotne przez następne lata. Łącznie z 8 razy. To była chyba pierwsza książka (książki), które przeczytałem po angielsku, kupiona w antykwariacie w Londynie w czasach, gdy nie było internetu, by sobie coś zamówić. Zresztą, długa to historia tego wyjazdu, nie czas i miejsce na nią. Mój najkrótszy czas przeczytania trylogii to dwa dni, tak mnie wtedy wciągała.
Wszystko powyższe, aby pokazać, jak bardzo mi się podobała. Mimo, że nie uważam, aby Tolkien wybitnym pisarzem był. Może po prostu książka trafiła do mnie w dobrym momencie, było mało pozycji dostępnych w Polsce, ja byłem nastolatkiem i przeczytanych książek na koncie miałem dużo mniej, niż dziś.
Gdybym pierwszy raz siadł do jej czytania teraz, być może skrytykowałbym ją w góry do dołu. Ale tak nie jest i mam do niej sentyment. A „polecam w ciemno” przeczytanie, gdyż uważam to za klasykę gatunku. I nawet, jeżeli komuś się nie spodoba, to po prostu wg mnie lektura obowiązkowa. Zachęcajcie też młodych czytelników, takich jeszcze niepełnoletnich, by po to sięgali. Zanim wyrosną w optymalnego okresu, gdy warto ją przeczytać. I zanim obejrzą film oparty na tej trylogii.4. Solaris. Stanisław Lem


Stara pozycja i też czytałem ją za młodych czasów. Nie wracałem do niej od ~30 lat i opieram się wyłącznie na wrażeniu, jakie mi pozostało. Chyba kolejna pozycja, którą dodam do listy lektur sentymentalnych i przeczytam ją jeszcze raz. Z wszystkich książek Lema, ta do mnie najbardziej przemówiła i gdybym miał polecić do przeczytania jedną, to właśnie tę. Dobrze wspominam też „Fiasko”, „Katar”, „Eden” - również polecam. Chociaż „Katar” to bardziej książka detektywistyczna niż fantastyczna. W przypadku „Opowieści o kapitanie Pirxie” nie pamiętam już dość dobrze. Na pewno były tam dobre opowiadania warte polecenia, których fabułę pamiętam do dziś. Musiałbym jednak przeczytać całość raz jeszcze, czy nie przeplatają się tam dobre opowiadania ze złymi.
Natomiast niezbyt przypadły mi do gustu udziwnione opowiadania, zebrane w „Bajkach robotów” czy też w „Cyberiadzie”. Nie mniej postaci Ijona Tichego, kapitana Pirxa czy profesora Dońdy zapadły mi w pamięć aż po dziś.5. Gra Endera. Orson Scott Card


Chyba najbardziej „flagowa” pozycja Carda zwłaszcza, że opowieści o Alvinie Stwórcy mnie nie wciągnęły. Sama „Gra Endera” to bardziej książka „łatwa, lekka i przyjemna”, materiał na jakiś hit kinowy, a nie skłaniająca do refleksji. Ale czyta się dobrze, a nie robię tutaj rankingu największych dzieł, lecz listę książek do polecenia, które mi się podobały. Kolejne części przygód Endera, jego towarzyszy i rodziny są mniej znane. Z całego tego zbioru poleciłbym jeszcze „Mówcę umarłych”, książkę bardziej dojrzałą - tak samo, jak bardziej dojrzały jest w niej sam Ender.
Ogólnie cenię sobie Carda mimo, że stworzył też masę książek, które bym określił co najwyżej jako „poprawne” - ot do przeczytania. Z jego twórczości wskazałbym jeszcze „Mistrza pieśni” jako wartą polecenia. -
akie książki w fantastyki cenisz naprawdę wysoko i mógłbyś w czystym sumieniem polecić komuś w ciemno.
Ale mi zabiłeś ćwieka tym pytaniem. By móc odpowiedzieć, ruszyłem przejrzeć moją biblioteczkę. Początkowo wydawało mi się, że będzie mi bardzo trudno coś polecić. Jednak idąc od półki do półki wracały wspomnienia przeczytanych książek, a wraz ze wspomnieniami zaczęła się tworzyć lista. Na początek postanowiłem wybrać pięć pozycji, ułożonych wg kolejności, w jakich bym je polecił. Planuję jednak za tydzień, może dwa, podać dalsze elementy.
1. Terry Pratchett

Cykl Świata Dysku to jest to, co bez wątpienia polecam każdemu, kto lubi klimaty fantasy. Z zastrzeżeniem, że winno się to czytać już po tym, gdy się trochę tego fantasy poczyta. Pewnie też wskazane jest, by wyjść z okresu nastoletniego/dorastania, by bardziej docenić detale i szczegóły.
Do tego bardzo dobre tłumaczenia Piotra Cholewy na ogół pozwalają zachować niuanse oryginału. Jeżeli ktoś jednak ma możliwość przeczytania tekstu w oryginale, to oryginał jeszcze przewyższa tłumaczenie. Z tego cyklu mam przeczytane i skolekcjonowane wszystko po polsku a także większość po angielsku - kwestią czasu jest, zanim skompletuję i przeczytam resztę. To są książki, o których myślę, że jeszcze kiedyś do nich wrócę.
Nie wszystkie trzymają ten sam poziom, ale bez wnikania w szczegóły, cały cykl to mój numer jeden.
Do tego Terry napisał też inne książki i właściwie każda, którą czytałem, była dobra i śmiało można po nie sięgać. Przykładowo „Księgi nomów” czy „Dobry omen”.2. Kroniki Ilmoor, David Lee Stone

Na pozycję numer dwa wskakują pewnie dlatego, że widzę pewne podobieństwo do Pratchetta. Drugim powodem jest to, że gdyby wyszła nowa książka w serii, to chciałbym ją kupić i przeczytać. I właśnie przy okazji pisania tej odpowiedzi sprawdziłem i okazało się, że co prawda nowa nie wyszła, ale jest jedna, której nie mam i zapoluję, by ją nabyć.
Polecam cały ten cykl, chociaż nie doczekał on się chyba polskiego wydania - a szkoda.3. Trylogia Władcy Pierścienia, Tolkien

Czy mi się podobała? Bardzo. Hobbita przeczytałem ok. 6. klasy podstawówki, na trylogię trafiłem w czasach liceum. Hobbit był fajny jak na podstawówkę, ale potem do niego nie wracałem. Trylogię czytałem wielokrotne przez następne lata. Łącznie z 8 razy. To była chyba pierwsza książka (książki), które przeczytałem po angielsku, kupiona w antykwariacie w Londynie w czasach, gdy nie było internetu, by sobie coś zamówić. Zresztą, długa to historia tego wyjazdu, nie czas i miejsce na nią. Mój najkrótszy czas przeczytania trylogii to dwa dni, tak mnie wtedy wciągała.
Wszystko powyższe, aby pokazać, jak bardzo mi się podobała. Mimo, że nie uważam, aby Tolkien wybitnym pisarzem był. Może po prostu książka trafiła do mnie w dobrym momencie, było mało pozycji dostępnych w Polsce, ja byłem nastolatkiem i przeczytanych książek na koncie miałem dużo mniej, niż dziś.
Gdybym pierwszy raz siadł do jej czytania teraz, być może skrytykowałbym ją w góry do dołu. Ale tak nie jest i mam do niej sentyment. A „polecam w ciemno” przeczytanie, gdyż uważam to za klasykę gatunku. I nawet, jeżeli komuś się nie spodoba, to po prostu wg mnie lektura obowiązkowa. Zachęcajcie też młodych czytelników, takich jeszcze niepełnoletnich, by po to sięgali. Zanim wyrosną w optymalnego okresu, gdy warto ją przeczytać. I zanim obejrzą film oparty na tej trylogii.4. Solaris. Stanisław Lem


Stara pozycja i też czytałem ją za młodych czasów. Nie wracałem do niej od ~30 lat i opieram się wyłącznie na wrażeniu, jakie mi pozostało. Chyba kolejna pozycja, którą dodam do listy lektur sentymentalnych i przeczytam ją jeszcze raz. Z wszystkich książek Lema, ta do mnie najbardziej przemówiła i gdybym miał polecić do przeczytania jedną, to właśnie tę. Dobrze wspominam też „Fiasko”, „Katar”, „Eden” - również polecam. Chociaż „Katar” to bardziej książka detektywistyczna niż fantastyczna. W przypadku „Opowieści o kapitanie Pirxie” nie pamiętam już dość dobrze. Na pewno były tam dobre opowiadania warte polecenia, których fabułę pamiętam do dziś. Musiałbym jednak przeczytać całość raz jeszcze, czy nie przeplatają się tam dobre opowiadania ze złymi.
Natomiast niezbyt przypadły mi do gustu udziwnione opowiadania, zebrane w „Bajkach robotów” czy też w „Cyberiadzie”. Nie mniej postaci Ijona Tichego, kapitana Pirxa czy profesora Dońdy zapadły mi w pamięć aż po dziś.5. Gra Endera. Orson Scott Card


Chyba najbardziej „flagowa” pozycja Carda zwłaszcza, że opowieści o Alvinie Stwórcy mnie nie wciągnęły. Sama „Gra Endera” to bardziej książka „łatwa, lekka i przyjemna”, materiał na jakiś hit kinowy, a nie skłaniająca do refleksji. Ale czyta się dobrze, a nie robię tutaj rankingu największych dzieł, lecz listę książek do polecenia, które mi się podobały. Kolejne części przygód Endera, jego towarzyszy i rodziny są mniej znane. Z całego tego zbioru poleciłbym jeszcze „Mówcę umarłych”, książkę bardziej dojrzałą - tak samo, jak bardziej dojrzały jest w niej sam Ender.
Ogólnie cenię sobie Carda mimo, że stworzył też masę książek, które bym określił co najwyżej jako „poprawne” - ot do przeczytania. Z jego twórczości wskazałbym jeszcze „Mistrza pieśni” jako wartą polecenia.Mimo, że nie uważam, aby Tolkien wybitnym pisarzem był.
Zależy jak rozpatrywać wybitność.
Jeśli mówimy o kwestiach rozrywkowych, to był totalnym nudziarzem. Nie umiał opisywać wielkich bitew, scen akcji ani sekwencji przygodowych. Lektura w wielu miejscach potrafi się niemiłosiernie ciągnąć i nużyć. W tym aspekcie można uczciwie uznać go za pisarza mocno średniego.
Prawdziwy geniusz Tolkiena leży w drobiazgowym worldbuildingu i głęboko przemyślanej filozofii. Biorąc to pod uwagę, w pełni zasługuje on na swoje prestiżowe miejsce w popkulturze. W porównaniu do znacznej większości współczesnego fantasy Legendarium Tolkiena ujmuje wyrafinowaniem i głębią. Kiedy czasami porównuję sobie elementy lore Tolkiena do światów pokroju Warhammera Fantasy czy Zapomnianych Krain z D&D, w wielu miejscach boleśnie uderza mnie ich prymitywizm i infantylizm koncepcyjny. Zresztą w dyskusjach na temat Władcy Pierścieni nagminnie widać, że wielu odbiorców ma ogromne problemy ze zrozumieniem niuansów tego uniwersum. Wynika to z patrzenia na nie przez gogle współczesnego fantasy. To są produkty zupełnie innego paradygmatu myślenia — Tolkien nie tworzył z myślą o współczesnych power levelach czy systemach magii opartych na manie i punktach obrażeń.
Z samym Hobbitem problem jest taki, że to książka skierowana do dzieci, stąd w pewnym wieku staje się zbyt infantylna w odbiorze. Nie dziwią mnie drastyczne zmiany wprowadzone przez Jacksona przy kinowej adaptacji, wierna ekranizacja byłaby po prostu zbyt niepoważna.
-
@gladin dzięki! Ciekawe zestawienie. Wymienione pozycje dzieli w sobie zupełnie inne pokłady literackiej przyjemności. Solaris jest bodaj jedną z moich ulubionych książek, a audiobook superprodukcji z aktorami przesłuchałem przynajmniej z 3 razy. Lem w tej książce i jeszcze w "Niezwyciężonym" sprawił, że naprawdę poczułem strach i ciarki, a to trudno przy lekturach. Pratchett znany i lubiany za drobne mądrości życiowe i poziom humoru. Nie jestem fanem pióra Tolkiena, ale umiem docenić jego wkład w gatunek. Gra Endera kiedyś mnie odrzuciła czymś, i nigdy nie sięgnąłem znów po te serię. Może warto wrócić? Spróbuje w wolnym czasie. Z kolei o Kronikach Ilmoor nigdy nie słyszałem. Muszę sobie poczytać więcej o tej serii. W każdym razie dzięki za polecajki!
-
Widzę, że trochę ominęła mnie ciekawa literatura. Trylogię Czarnego Maga czytałem — coś tam pamiętam ze świata, ale nie byłbym sobą, gdybym nie polecił też Charakternika Jacka Piekary albo Ja, inkwizytor. Książka doczekała się nawet fajnej, choć krótkiej adaptacji w grze.
No i oczywiście Trylogia Husycka — chyba nawet lepsza niż Wiedźmin, przynajmniej tak ją zapamiętałem. Pamiętam jeszcze jedną książkę fantasy, Granicę…a i jescze oczywiascie A jeśli ktoś nie traktuje fantastyki zbyt poważnie i woli coś lżejszego, to polecam twórczość Andrzeja Pilipiuka, a szczególnie serię przygód Jakuba Wędrowycza, w której znajdzie się chyba wszystko, co można sobie wyobrazić.

-
Mimo, że nie uważam, aby Tolkien wybitnym pisarzem był.
Zależy jak rozpatrywać wybitność.
Jeśli mówimy o kwestiach rozrywkowych, to był totalnym nudziarzem. Nie umiał opisywać wielkich bitew, scen akcji ani sekwencji przygodowych. Lektura w wielu miejscach potrafi się niemiłosiernie ciągnąć i nużyć. W tym aspekcie można uczciwie uznać go za pisarza mocno średniego.
Prawdziwy geniusz Tolkiena leży w drobiazgowym worldbuildingu i głęboko przemyślanej filozofii. Biorąc to pod uwagę, w pełni zasługuje on na swoje prestiżowe miejsce w popkulturze. W porównaniu do znacznej większości współczesnego fantasy Legendarium Tolkiena ujmuje wyrafinowaniem i głębią. Kiedy czasami porównuję sobie elementy lore Tolkiena do światów pokroju Warhammera Fantasy czy Zapomnianych Krain z D&D, w wielu miejscach boleśnie uderza mnie ich prymitywizm i infantylizm koncepcyjny. Zresztą w dyskusjach na temat Władcy Pierścieni nagminnie widać, że wielu odbiorców ma ogromne problemy ze zrozumieniem niuansów tego uniwersum. Wynika to z patrzenia na nie przez gogle współczesnego fantasy. To są produkty zupełnie innego paradygmatu myślenia — Tolkien nie tworzył z myślą o współczesnych power levelach czy systemach magii opartych na manie i punktach obrażeń.
Z samym Hobbitem problem jest taki, że to książka skierowana do dzieci, stąd w pewnym wieku staje się zbyt infantylna w odbiorze. Nie dziwią mnie drastyczne zmiany wprowadzone przez Jacksona przy kinowej adaptacji, wierna ekranizacja byłaby po prostu zbyt niepoważna.
@Marika Może dlatego, że proza Tolkiena była przeniesieniem doświadczeń z I wojny światowej? Proto-Sauronem jest tu nie kto inny, jak pewien austriacki malarz, który przejmuje władzę w Niemczech w latach 30. Pozostałe nacje można z kolei uznać za państwa alianckie. Ale to tylko luźna aluzja, a nie wiadomo, czy rzeczywiście takie były intencje autora.Ktoś, kto patrzył na wojnę na własne oczy, kto przeżył jej koszmar, nie jest w stanie opisać jej w tak epicki sposób.
-
Inspiracji było wiele, w tym sama mitologia germańska. Ale kluczowe były właśnie doświadczenia z I WŚ, niechęć do industrializacji i chrześcijańska filozofia.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się