Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite

Mecenasi

Prywatna

Osoby sponsorujące utrzymanie fotum.

Posty


  • Rozdział I - Jak zostać trepem?
    PiołunP Piołun

    Fineasz wpadł przez bramę Strielfortu razem z resztą rekrutów w stanie, który miesiąc wcześniej uznałby za ciężkie naruszenie zasad funkcjonowania ludzkiego organizmu. Jakiś niemal niemożliwy i zupełnie nikomu niepotrzebny limit osiągnął już mniej więcej w jednej trzeciej drogi, a mimo to dalej biegł. Plecak ciążył mu niemiłosiernie, nogi miał jak z ołowiu, a oddech rwał się przy każdym kolejnym kroku. Ostatni odcinek pokonał właściwie wyłącznie siłą uporu.

    Kiedy wreszcie padła komenda kończąca ćwiczenia, pochylił się z dłońmi opartymi o kolana i przez kilka chwil zajmował wyłącznie bardzo przyziemną sztuką odzyskiwania powietrza. Po prawdzie niewiele brakowało, żeby zwymiotował z wysiłku i przeforsowania organizmu. Choć był człowiekiem wątłej budowy, nie można mu było odmówić zacięcia, którego miał nieposkromione pokłady. Pięć minut odpoczynku przyjął więc niczym dar zesłany przez samego Sigmara.

    Dopiero kiedy trochę doszedł do siebie i zdołał ponownie stanąć prosto, zauważył komendanta Bergera. To wystarczyło, żeby ślady zmęczenia na moment zeszły na dalszy plan. Zupełnie jakby ktoś wylał na niego tuzin wiader lodowatej wody. Kapitan nie robił nic szczególnego. Stał jedynie nieco z tyłu i obserwował, ale w oczach Fineasza sam fakt noszenia tej rangi niemal automatycznie czynił z człowieka wzór cnót, siły i męstwa.

    Oczywiście czerwone od wysiłku oblicze Fineasza mogło nieco psuć efekt, jednak okoliczności wymagały od niego natychmiastowego powrotu do godności. Ojciec pozwolił mu przecież, w swej niezmierzonej łaskawości, wrócić do domu dopiero wtedy, gdy sam zostanie kapitanem. Teraz po raz pierwszy miał przed sobą człowieka, równego rangą do której sam zamierzał dojść, nie mógł prezentować się niegodnie. Należało więc wybić się na wyżyny wytrzymałości i przynajmniej wyglądać tak, jakby płuca wcale nie piekły go żywym ogniem.

    Wtem sierżant Russel zaczął mówić i dopiero wtedy do Fineasza dotarło, że to był ostatni dzień szkolenia. Z dwudziestu czterech poborowych zostało ich osiemnastu. Przez krótką chwilę pozwolił sobie rozejrzeć się po szeregu. Sześciu odpadło. On nie. Miesiąc wcześniej przyjechał do fortu z głową pełną wyobrażeń o wojsku, a teraz stał zmęczony, poobijany i brudny, ale nadal tutaj. To było chyba pierwsze osiągnięcie w całej tej wojskowej karierze. Naprawdę dotrwał do końca. Teraz będzie z górki, pomyślał optymistycznie. Punkt dla niego!

    |-https://i.imgur.com/WGnX3GW.png-|

    Fineasz wsłuchał się w przemowę. Kapitan Berger mówił krótko i bez zbędnego patosu, ale rekrut słuchał go tak uważnie, jakby od każdego słowa miała zależeć jego przyszłość. Dowódca wymieniał zagrożenia związane z żołnierskim życiem, takie jak śmierć, głód, wojnę, choroby i wszystko to, co zwykle idzie za nimi krok w krok. Oczywiście Fineasz znał te rzeczy z pierwszych lekcji w Akademii. Czymże jednak byłaby przygoda związana ze służbą Imperium bez takich drobnych przeciwności? Każde kolejne słowo powinno może studzić jego zapał, on jednak przyjmował je raczej jak następne elementy dobrze znanej konstrukcji. Wojsko miało swoje prawa, swoją cenę i swoją hierarchię, a wszystko to tylko utwierdzało go w przekonaniu, że znalazł się dokładnie tam, gdzie chciał.

    Odruchowo wyprostował się jeszcze bardziej. Właśnie to chciał usłyszeć. Nie nazwisko, nie urodzenie, nie odpowiedni herb nad drzwiami domu, ale ciężka praca i ambicja. System, który dało się zrozumieć. Drabina, po której można było wspinać się szczebel po szczeblu, jeśli tylko człowiek był wystarczająco dobry, pracowity i uparty. Niemal już czuł, jak zabiera się do wspinaczki. Jak powiedziałaby jego świętej pamięci pokojówka Zefiryna, najwyższa pora była teraz po prostu zakasać rękawy, zapierdalać i zdobywać kolejne szczeble tej drabiny trudów. W sekrecie bardzo kochał świętej pamięci Zefirynę, którą Morr zabrał do swych ogrodów w wieku gdy miał osiem lat, lecz jej mądrości zostały w nim po dziś dzień. Przynajmniej tak mógł oddać jej cześć i pamięć. Pamiętać jej słowa.

    Na moment spojrzał znowu na Bergera. Jeszcze chwilę wcześniej widział w nim po prostu kapitana i komendanta fortu, teraz jednak zaczął patrzeć na niego nieco inaczej. Jak na kogoś, kto już przeszedł kawałek drogi, którą Fineasz dopiero zaczynał, i kto samym swoim istnieniem potwierdzał, że wojskowa hierarchia nie jest jedynie tabelą stopni zapamiętaną z podręcznika.
    Ojciec postawił mu warunek. Imperium najwyraźniej dostarczyło metodę jego spełnienia. Fineasz uznał to za układ niemal wzorowo przejrzysty, a przejrzyste zasady zawsze budziły w nim zaufanie.

    Dzięki temu reszta przemowy, cała ta śmierć, głód, wojna i choroby, zabrzmiała dla niego odrobinę mniej odstraszająco, a bardziej jak cena wpisana w reguły gry. Wysoka, być może nawet absurdalnie wysoka, ale przynajmniej jasno określona.
    Brzmiało uczciwie.

    |-https://i.imgur.com/WGnX3GW.png-|

    Kiedy Russel wreszcie pozwolił im się rozejść, Fineasz przez chwilę nie bardzo wiedział, co właściwie zrobić z nagle odzyskaną swobodą. Przez ostatni miesiąc każda część dnia miała swój harmonogram i pilnowano, żeby nikt nie próbował wykorzystać wolnej chwili do czegoś przyjemnego. Teraz natomiast sierżant sam kazał im odpocząć, zjeść coś i nawet się zabawić. ZABAWIĆ? Brzmiało podejrzanie hojnie, ale Fineasz nie zamierzał kwestionować rozkazu, zwłaszcza takiego, który po raz pierwszy od kilku tygodni nie zawierał słów „biegiem”, „kamienie, kurwa, na grzbiet” albo „jeszcze raz”.

    Atmosfera rozluźniła się niemal natychmiast. Ktoś usiadł, ktoś inny zaczął gadać głośniej niż zwykle, a były rzeźnik Josef wyciągnął nie wiadomo skąd butelkę siwuchy i zaczął oblewać koniec szkolenia z każdym, kto był skłonny przyjąć poczęstunek. Fineasz obserwował to przez chwilę z pewnym dystansem, po czym uznał, że najwyraźniej ma przed sobą kolejny element wojskowego obyczaju, którego w Akademii z jakiegoś powodu nie uznano za wart osobnego wykładu. Zastanawiał się trochę, czym właściwie jest ta siwucha, ale zapewne był to jakiś trunek przeznaczony dla ludzi mądrych, wszak nawet swoją nazwą zdawał się brać przykład ze światłych, podeszłych wiekiem ludzi.

    W końcu uznał też, że integracja oddziału była przecież rzeczą ważną. Wzajemne zaufanie wpływało na morale, morale na skuteczność, a skuteczność na przeżywalność. Wszystko się zgadzało. Skoro więc żołnierze Imperium budowali więzi przy pomocy siwuchy i głośnych rozmów, nie widział powodu, dla którego miałby stać z boku. Przyszły oficer powinien znać ludzi, z którymi przyjdzie mu służyć. Najlepiej zanim zacznie nimi dowodzić.

    Z tą myślą podszedł bliżej do grupy z pewną siebie miną, która świadczyła o tym, że właśnie podejmuje bardzo świadomą decyzję natury społeczno-strategicznej. Kiedy podsunięto mu czarkę z siwuchą, przyjął ją z należytą powagą, jakby chodziło o jakiś stary wojskowy rytuał. Powąchał zawartość i od razu pożałował, ale pokręcił nosem i ustami niczym rasowy koneser. Zapach był tak intensywny, że przez moment miał wrażenie, iż wyżre mu nozdrza. Mimo to pociągnął łyk.
    Przez krótką chwilę nic się nie wydarzyło. Potem twarz Fineasza zesztywniała, oczy lekko zaszkliły, a gardło zapiekło go tak, jakby właśnie połknął niewielki fragment płonącego drewna. Przełknął jednak wszystko z godnością, której wymagała sytuacja, i oddał naczynie dalej bez jednego słowa skargi.
    – Zaiste... rozgrzewające i pokrzepiające – stwierdził w końcu, gdy odzyskał pełną kontrolę nad głosem.
    Uznał, że właśnie zdał kolejny test.

    Dopiero wtedy zaczął uważniej przyglądać się ludziom wokół. Przez miesiąc zdążył już wyrobić sobie o kilku z nich pierwsze opinie. Maxim Mees należał do nielicznych, którym powierzyłby pilnowanie swoich pleców. Ba, teraz, po łyku siwuchy, pomyślał nawet, że powierzyłby mu własne życie. Uczony, oczytany i obdarzony arcyciekawymi środkami erudycji. Cóż za fantastyczna postać! Fineasz bardzo to szanował.

    Gerhard Adlerhorst stanowił natomiast zupełnie inny przypadek. Wielki, małomówny i wyjątkowo sprawny z bronią. Podczas ćwiczeń Fineasz zauważył go dość szybko, bo jakoś tak wyróżniał się na tle pozostałych rekrutów, choć sam nie potrafił jeszcze dokładnie sprecyzować dlaczego. Nie wiedział do końca, co o nim sądzić. Po prostu... prowadził obserwację porównawczą.

    Może właśnie dlatego usiadł bliżej nich, wciąż z lekko piekącym gardłem po trunku, którym się raczył, ale za to z coraz lepszym humorem. Po miesiącu biegania, czołgania się, marznięcia i słuchania rozkazów po raz pierwszy siedzieli obok siebie nie jako materiał do obróbki dla sierżanta Russela, lecz jako ludzie, którzy następnego dnia mieli zostać żołnierzami.
    To brzmiało całkiem nieźle. Nawet jeśli rzekomy środek zapoznawczy smakował jak środek do czyszczenia rapierów, było fajnie!

    |-https://i.imgur.com/WGnX3GW.png-|

    Wieczór ciągnął się dalej, a Fineasz z każdą chwilą czuł, jak ciężar ostatniego miesiąca powoli z niego schodzi. Jeszcze rano był jednym z wielu rekrutów ganianych z kamieniami na plecach, a jutro miał złożyć przysięgę i oficjalnie stać się żołnierzem Ostlandu. Sam ten fakt brzmiał w jego głowie niezwykle poważnie. „Ba, nawet grzywkę obciąłem już wczoraj specjalnie na tę okazję”, pomyślał, po czym nagle beknął, bo siwucha, którą raczyli się tego wieczora, najwyraźniej robiła coś dziwnego z jego żołądkiem.

    „Swoją drogą fryzurę chyba będzie trzeba jeszcze poprawić. Poproszę Helmuta. Mój kochany Helmut. Co ja bym bez niego zrobił”, dopowiedział w myślach, przecierając lekko przekrwione oczy. Rozejrzał się po siedzących wokół ludziach i dostrzegł Klarę. Przypomniał sobie, że zaoferowała innym materiał na cerowanie mundurów. Bardzo rozsądnie. Bardzo pożytecznie. Helmut pewnie ją polubi. Ktoś taki powinien być odpowiednio wynagradzany. Kiedy już dojdzie do władzy, da jej za to awans. „Nadszeregowy? Szeregowy specjalny? Jak to właściwie szło?” Fineasz zmarszczył brwi, próbując wydobyć z pamięci odpowiedni termin. „Aaaa... starszy szeregowy.”. Tak, to będzie brzmiało dostojnie i będzie jej pasować, pomyślał. Nie wiedzieć czemu, czuł, że ma dziwnie zamroczony umysł, choć bawił się całkiem przednio.

    Napił się jeszcze jednej czarki siwuchy w ramach ucztowania i to chyba był błąd. A może nie? Obraz zaczynał mu się lekko zamazywać, a wszystkie rozmowy wokół brzmiały jakby odrobinę wolniej niż wcześniej. W każdym razie patrzył po twarzach pozostałych i po raz pierwszy nie widział w nich przypadkowej zbieraniny ludzi wrzuconych do jednego namiotu, za jaką dotąd ich uważał. Za chwilę mieli być oddziałem. Ludźmi, z którymi przyjdzie mu maszerować, walczyć, a w późniejszym terminie, oczywiście, również kiedyś dowodzić. Ta ostatnia perspektywa szczególnie mu się podobała.

    Uśmiechnął się pod nosem, potem trochę szerzej, choć właściwie nie było ku temu żadnego konkretnego powodu. Oparł się wygodniej, na ile pozwalały zmęczone plecy, i przez chwilę siedział tak z lekko zamglonym spojrzeniem oraz miną człowieka, który doszedł właśnie do jakiegoś niezwykle ważnego wniosku, tylko chwilowo zapomniał jakiego. Cały ten miesiąc był przecież dopiero początkiem. Prawdziwa kariera miała zacząć się jutro. Fineasz był tego absolutnie pewien.
    Tylko siwucha zaczynała mu poważnie przeszkadzać w poprawnym ustalaniu faktów. Niemniej czuł się gotowy na tuzin dysput i był święcie przekonany, że ktoś siedzący obok właśnie porusza niezwykle istotny, ważki i zapewne wymagający jego natychmiastowej opinii temat.

    Rozgrywka

  • [Zew Cthulhu 7ed.] Kroczący we Wichrze [18+]
    MarrrtM Marrrt

    @Decybelka

    Spox. Chętnie nawiążę mniej lub bardziej chętną współpracę z obojgiem. Wolisz mieć zaprzęg w tradycyjnym stylu Inupiak czyli rozgałęzionym, czy pary psów jak w filmach w stylu Athabaska?

    Fajnie by było nas zróżnicować.

    Rekrutacje

  • The Haunting of Harrowstone
    PiołunP Piołun

    9 Pharast 4711 AR, około ósmej rano
Carrion Hill, Versex

    Ostatnie uderzenie rozniosło się suchym trzaskiem po niewielkim dziedzińcu i ucichło pomiędzy kamiennymi ścianami. Morgrin jeszcze przez moment trwał pochylony nad płytą, z dłonią zaciśniętą na rękojeści dłuta, jakby wsłuchiwał się w odpowiedź kamienia. Jasny pył osiadł mu na rękawach, skórzanym fartuchu i dolnych pasmach długiej, siwej brody, znacząc ciemny materiał bladym nalotem. Nagrobek był już niemal ukończony. Prosty, pozbawiony zbędnych ornamentów, wykonany z ciemnego kamienia o delikatnym żyłkowaniu. Na jego powierzchni widniało nazwisko zmarłego, daty oraz kilka zdań wybranych przez rodzinę, które nawet spodobały się krasnoludowi. "A przecież nie cały umieram, bo to, co we mnie niezniszczalne, trwać będzie" brzmiał napis. Morgrin znał treść inskrypcji niemal na pamięć, a mimo to przeczytał ją jeszcze raz, powoli, sprawdzając nie tyle słowa, co ich wykonanie. Kciuk zatrzymał mu się na ostatniej literze. Jedna z krawędzi była nieznacznie płytsza od pozostałych. Sięgnął po węższe dłuto i poprawił ją kilkoma ostrożnymi uderzeniami. Młodszy pomocnik, który od pewnego czasu kręcił się w pobliżu, zerknął na płytę i zauważył, że przecież już wcześniej wyglądała dobrze.
    – Dobrze, ale nie wystarczająco dobrze. W tym zakładzie nie robimy rzeczy po prostu dobrze. – odparł Morgrin, nie odrywając wzroku od kamienia.
    Na tym rozmowa się skończyła. Kto pracował u Bonecarverów wystarczająco długo, szybko uczył się, że różnica między rzeczą wykonaną dobrze a wykonaną jak należy miała dla Morgrina wielkie znaczenie. Kamień pozostawał długo po tym, jak znikały głosy, twarze i wspomnienia. Jeśli miał nosić czyjeś imię, powinien robić to bez śladu niedbałości kamieniarza.

    Poranek był chłodny i wilgotny. Carrion Hill budziło się powoli pod warstwą nisko zawieszonej mgły, która wciskała się między dachy i osiadała kroplami na murach. Wąskie uliczki były jeszcze niemal puste, poza kilkoma handlarzami otwierającymi stragany i robotnikami zmierzającymi do swoich zajęć. Z sąsiednich warsztatów dochodził głuchy stuk młotów, skrzypienie drewna i przeciągłe odgłosy przesuwanych po bruku wozów. Dziedziniec Bonecarverów wyglądał jak miejsce, w którym wszystko miało swoje zastosowanie. Pod ścianami stały przygotowane bloki kamienia oznaczone kredą, a obok nich leżały małe fragmenty płyt. Były to resztki wcześniejszych prac i odłamki zbyt małe na nagrobki, lecz zbyt dobre jakościowo, by je wyrzucić. Na stole pod zadaszeniem spoczywały dłuta, młotki i pilniki, niektóre starsze od samego krasnoluda. Kilka z nich należało jeszcze do jego ojca, a ich rękojeści przez lata wygładziły się od dotyku dłoni.

    Morgrin oczyścił świeżo poprawioną literę z pyłu, przesunął dłonią po całej inskrypcji i dopiero wtedy odłożył narzędzia. Tym razem niczego więcej nie znalazł. Praca była skończona. Kiedy już miał zawołać swojego ucznia, by pomógł mu z przeniesieniem płyty, od strony ulicy dobiegł stuk końskich kopyt. Morgrin początkowo nie zwrócił na niego większej uwagi, bowiem w Carrion Hill każdego ranka przewijali się kupcy, posłańcy i urzędnicy, a odgłos podkutego konia nie należał do rzeczy niezwykłych. Dopiero gdy zwierzę zatrzymało się przed bramą, a chwilę później ktoś wypowiedział jego nazwisko, krasnolud niespiesznie, niemal flegmatycznie, uniósł głowę.

    Przy wejściu stał przemoczony mężczyzna w ciężkim płaszczu podróżnym. Woda spływała mu z kaptura, koń za jego plecami parskał ciężko, a skórzana torba przewieszona przez ramię nosiła wyraźne ślady długiej drogi. Posłaniec wydobył z niej kopertę zabezpieczoną woskowanym płótnem i oznajmił, że przywiózł list z Ravengro. Morgrin wyciągnął po niego rękę, lecz zatrzymał ją na moment, gdy dostrzegł nazwisko nadawcy.
    Lorrimor.
    To nazwisko natychmiast przywołało wspomnienia, w większości dobre i zaskakująco ciepłe. Odebrał przesyłkę, obejrzał pieczęć i jeszcze raz przesunął wzrokiem po zapisanych literach. Jasny pył z jego palców pozostawił na kopercie kilka drobnych smug. Nie otworzył jej jednak od razu. Najpierw zapytał posłańca, kiedy ten zamierza ruszyć w drogę powrotną do Ravengro, po czym wręczył mu kilka monet i poprosił, by zaczekał choć chwilę, najlepiej przy czymś ciepłym w pobliskiej gospodzie. Cokolwiek znajdowało się w liście, Morgrin darzył profesora i jego córkę zbyt dużym szacunkiem, by zostawić wiadomość bez rychłej odpowiedzi.

    text alternatywny

    Otworzył list dopiero wtedy, gdy został sam. Wrócił do wnętrza warsztatu, gdzie panował miły jego oczom półmrok. Usiadł przy ciężkim stole, odsunął na bok kilka drobnych narzędzi i ostrożnie złamał pieczęć, nie uszkadzając bardziej papieru, niż było to konieczne. Czytał powoli, w skupieniu, tak, że tyko jego wzrok przesuwał się po kolejnych wersach. Przy wzmiance o śmierci Petrosa zatrzymał się na dłużej, lecz poza lekkim napięciem szczęki nic nie zdradziło jego reakcji. Po skończeniu nie odłożył listu. Wygładził go dłonią i przeczytał jeszcze raz, tym razem jeszcze uważniej, jakby w słowach Kendry mogło kryć się coś, czego nie dostrzegł za pierwszym razem, ale niczego takiego nie było.

    Przez chwilę siedział bez ruchu, zatrzymując wzrok na nazwisku widniejącym pod wiadomością. Potem wspomnienie przyszło samo, bez wyraźnej przyczyny. Morgrin przeżył z profesorem kilka chwil, z których niejedna nadawałaby się do opowieści przy kuflu, a ktoś bardziej skłonny do przesady mógłby nazwać je nawet przygodami. Tym razem jednak nie przypomniała mu się żadna z nich.Przyszedł mu na myśl drobiazg. Widział Petrosa pochylonego nad odzyskaną księgą, z wyraźnym żalem odkładającego ją na bok. Pamiętał też szacunek, jaki profesor okazał wtedy nie tylko jego obowiązkom, lecz przede wszystkim zmarłemu, do którego należała. To właśnie w tamtej chwili Morgrin po raz pierwszy pomyślał, że Lorrimor należy do tych nielicznych uczonych, którym naprawdę mógłby zaufać. A teraz ten człowiek nie żył.

    Krasnolud złożył list i jeszcze przez moment trzymał go w dłoni, patrząc gdzieś ponad stołem. Nie pozwolił sobie na więcej. Żal mógł poczekać. Obowiązki nie. Wstał i bez zwłoki zabrał się za odpowiedź. Pisał szybko, lecz starannie, pilnując należnej formy. Gotowy list przekazał jednemu z uczniów, polecając mu odnieść go posłańcowi czekającemu w gospodzie. Dopiero potem opuścił warsztat. Na odchodnym nakazał zabezpieczyć narzędzia, dopilnować ukończonej płyty i poinformować rodzinę, że może ją odebrać, a zapłatę za pracę przyjmie po powrocie. Sam ruszył do domu, by przygotować się do podróży. Do Ravengro zamierzał wyruszyć następnego dnia o świcie.

    text alternatywny

    text alternatywny

    Droga do Ravengro upływała mu głównie w milczeniu i głębokiej zadumie. Wyruszył o świcie, zabierając ze sobą wszystko, co uznał za konieczne, a ponieważ nie wiedział, jak długo przyjdzie mu pozostać na miejscu, jego bagaż okazał się całkiem pokaźny. Pierwszą część podróży odbył na wozie kupieckim zmierzającym na południe. Później, gdy drogi jego i kupca się rozeszły, dalszy odcinek pokonywał już pieszo, z płaszczem szczelnie zapiętym pod szyją. Dociągnął mocniej pas i poprawił ekwipunek tak, by ciężar możliwie równomiernie rozłożył się na ramionach. Nie należał do ludzi, którzy zwykli narzekać na trudy drogi, ale nie wybrał się w lekką podróż. Mimo wszystko, błoto, zimno czy obolałe nogi były problemami prostymi, a przez to znacznie łatwiejszymi do zniesienia niż te, których nie dało się rozwiązać siłą rąk ani cierpliwością.

    Wczesna wiosna w Ustalavie niewiele miała wspólnego z łagodnością. Ziemia rozmiękła po zimie i ustępowała pod ciężarem butów. Koleiny wypełniała brunatna woda, a chłód wciskał się pod ubranie razem z wilgocią. Im dalej na południe, tym częściej nad traktem zawisała drobna mżawka, czasem zanikająca na godzinę lub dwie tylko po to, by później powrócić bez ostrzeżenia. Pola ciągnęły się szare i ciężkie, przydrożne drzewa stały całkiem ogołocone z liści, a mijane osady sprawiały wrażenie ospałych i ponurych.

    Przez całą drogę, mimo prób zajęcia myśli czymś innym, Morgrin niezmiennie wracał do listu Kendry. Nie było w nim niczego, co pozwalałoby podejrzewać więcej, niż zostało napisane. Pharasma mu świadkiem, śmierć przychodziła zarówno po szanowanych profesorów, jak i po prostych żebraków z ulicy. Morgrin miał zbyt wiele doświadczenia płynącego z organizacji pochówków, by wszędzie doszukiwać się spisku. Ludzie ginęli od upadków, chorób, złej pogody, nieuwagi i setek innych przyczyn, które nie miały nic wspólnego z klątwami. Petros Lorrimor nie był jednak człowiekiem, którego zajęcia pozwalały całkowicie odsunąć podobne myśli. Im bliżej Ravengro się znajdował, tym częściej wracało do niego pytanie, czy profesor rzeczywiście zginął wskutek zwyczajnego nieszczęścia? Próbował nie gdybać, wszakże nie znał okoliczności, a budowanie przypuszczeń na podstawie kilku zdań uznawał za głupie i godne raczej jego uczniów, niż jego samego. Pamiętał jednak dobrze, czym Petros zwykł się zajmować. Warto nadmienić, że uczony nie szukał niebezpieczeństwa dla samej przyjemności, lecz zbyt często pracował tam, gdzie ono już czekało.

    Jakby nie było, Morgrin postanowił niczego nie rozstrzygać, nawet jeśli własne myśli nie zawsze chciały się temu podporządkować. Jeśli śmierć Petrosa okaże się przyziemnie zwyczajna, odda mu należny zmarłemu hołd, wysłucha Kendry, wesprze na ile będzie potrafił i wróci do Carrion Hill. Jeżeli jednak kryło się za nią coś więcej, na miejscu zatrzyma się na dłużej. Tak sobie obiecał.

    text alternatywny

    text alternatywny

    Do Ravengro dotarł dzień przed planowanym pogrzebem, późnym popołudniem. Nie próbował narzucać się Kendrze ani zaglądać do domu Lorrimorów po zmroku. Po długiej drodze znalazł nocleg w jednej z miejscowych gospod, zostawił część bagażu i ograniczył się do upewnienia, że nic nie zmieniło się w harmonogramie ceremonii. Nocleg okazał się równie skromny jak te, które trafiały mu się wcześniej przy trakcie. Pokój był ciasny, chłodny i urządzony bez większej troski o wygodę. Tynk na ścianach gdzieniegdzie odchodził płatami, siennik pamiętał zapewne lepsze czasy, a przez niedomknięte okno wciskało się wilgotne, nocne powietrze. Krasnolud nie miał jednak w zwyczaju narzekać, więc i tym razem tego nie zrobił. Zostawił bagaż przy ścianie, zdjął cięższe elementy ekwipunku i położył się bez zbędnych przygotowań. Sen nie przyszedł jednak szybko. Przez długi czas leżał na plecach, wpatrując się w ciemną plamę wilgoci rozlaną na suficie nad łóżkiem. W słabym świetle jej kształt przypominał ludzką twarz, choć równie dobrze mógł to być tylko kaprys zmęczonego umysłu, dopasowującego kształty, tam gdzie stanowczo nie winno ich być. Morgrin śledził wzrokiem jej nieregularne krawędzie tak długo, aż obraz zaczął się przed nim rozmywać, po czym w końcu zasnął.

    text alternatywny

    text alternatywny

    Rankiem zjawił się przy domu Lorrimorów wcześniej niż większość żałobników. Był już odświętnie ubrany i przygotowany do pogrzebu, choć w jego przypadku oznaczało to przede wszystkim starannie oczyszczony strój, uporządkowaną brodę i ekwipunek ułożony z właściwą sobie pedanterią. Nigdzie nie dostrzegł Kendry, ale nie zamierzał jej szukać po całym domu ani kłopotać jej swoją osobą o poranku, który i bez tego musiał być dla niej ciężki. Zatrzymał się więc tam, gdzie spoczywał Petros. Przy zamkniętej trumnie spędził więcej czasu, niż początkowo zamierzał. Choć z racji swojego fachu bez trudu mógłby znaleźć pretekst, by przyjrzeć się przygotowaniom dokładniej, nie ingerował w nic, co zostało już powierzone miejscowym kapłanom. Stał po prostu w ciszy, jedną dłoń opierając o olchowe drewno, drugą zaciskając wokół medalionu Pharasmy. Odmówił krótką modlitwę, tę samą, którą szeptał przy wielu innych zmarłych, lecz tym razem znane słowa ciążyły inaczej.

    Dopiero kiedy dom zaczął wypełniać się przybyłymi, odsunął się od trumny, nie chcąc swoją obecnością wprawiać nikogo w zakłopotanie. Gdy wreszcie dostrzegł Kendrę, poczekał, aż skończy witać innych, po czym podszedł do niej bez pośpiechu.
    – Przybyłem wczoraj, ale nie chciałem niepokoić cię po zmroku. Przyjmij Pani proszę, moje kondolencje z powodu śmierci ojca.
    Na tym poprzestał. Potrafił czytać ludzi na tyle dobrze, by wiedzieć, że w podobnych chwilach nadmiar słów rzadko pomaga. Nie zamierzał pocieszać jej pustymi formułami ani religijnymi zapewnieniami wynikającymi z kultu, któremu sam służył. Widział zbyt wiele pogrzebów, by wierzyć, że istnieją zdania zdolne zmniejszyć ciężar świeżej straty. Najczęściej były jedynie potrzebą mówiącego, i nie niosły ulgi dla żałobnika.

    Dopiero potem zwrócił uwagę na resztę obecnych. Dostrzegł miejscowych akolitów Pharasmy i przyjął ich obecność z cichym spokojem. Ceremonia pozostawała w rękach ludzi znających obrządek, więc nie widział powodu, by się wtrącać.
    Znacznie bardziej przyciągnęła jego uwagę młoda zakonnica stojąca na uboczu. Czarny habit, kosa, bose stopy i niezwykła bladość tworzyły obraz osobliwy nawet jak na Ustalav. Morgrin nie przyglądał jej się jednak natarczywie. Po prostu zapamiętał ją odrobinę wyraźniej niż pozostałych. Zauważył również skromną liczbę żałobników. Kiedy Kendra wspomniała mimochodem, że trudno się temu dziwić, zważywszy na to, co dzieje się obecnie w mieście, nie próbował ciągnąć jej za język. Jeśli rzeczywiście działo się coś, o czym powinien wiedzieć, prędzej czy później i tak trafi to do jego uszu. Na razie był tu dla Petrosa.

    text alternatywny

    Kiedy nadszedł czas właściwego pożegnania, Morgrin ponownie podszedł do trumny. Wokół słychać było szmer przesuwanych kroków, ciche oddechy i przytłumione głosy, które milkły przy katafalku. Gdy jednak stanął obok olchowego wieka, wszystko inne na moment straciło znaczenie. Położył dłoń na drewnie i przez chwilę trwał tak bez słowa. Znał ten gest dobrze. Wykonywał go przy niezliczonych pochówkach, nieraz wobec ludzi, których znał ledwie z imienia. Zwykle potrafił zachować wobec śmierci spokojny dystans, tym razem jednak było inaczej. Nie przez obrządek, nie przez miejsce ani nawet przez samą stratę, lecz przez prosty fakt, że po drugiej stronie wieka spoczywał człowiek, którego naprawdę cenił.
    Morgrin zacisnął palce na medalionie Pharasmy i odmówił pod nosem krótką modlitwę. Słowa były dobrze znane, powtarzane tyle razy, że zwykle przychodziły bez najmniejszego wysiłku. Teraz każde z nich zdawało się ważyć nieco więcej. Na koniec nakreślił nad trumną znak spirali i jeszcze przez moment nie cofał dłoni z wieka.
    – Niech dusza twoja odnajdzie właściwą drogę, profesorze. Niech Pharasma przyjmie cię na swój sąd i nic nie odciągnie cię od przeznaczonego spoczynku.
    To wystarczyło. Nie szukał dalszych słów. Jeśli Petros odszedł tak, jak odchodzą inni ludzie, reszta należała już do Pharasmy.

    Kiedy miejscowy akolita wystąpił przed katafalk i rozpoczął modlitwę, krasnolud odsunął się na swoje miejsce pośród żałobników. Nie próbował dołączać do prowadzących ani w żaden sposób podkreślać własnej pozycji. Znał jednak wypowiadane formuły i słuchał ich z należytą uwagą, dodając swój głos tam, gdzie wymagał tego obrządek. Gdy duchowny nakreślił w powietrzu spiralę Pharasmy, Morgrin powtórzył gest niemal odruchowo, spokojnie i bez ostentacji.
    Pytanie o niesienie trumny przyjął bez większej reakcji. Wystarczyło jedno spojrzenie na uchwyty i ludzi, którzy mieli ją unieść, by wiedzieć, że z racji wzrostu bardziej by przeszkadzał, niż pomagał. Nie było w tym nic uwłaczającego. Każdy miał swoją rolę, a jego tego dnia nie polegała na dźwiganiu olchowej trumny.

    Kiedy ją podniesiono, Morgrin ustawił się w orszaku możliwie blisko Kendry, lecz nie na tyle, by naruszać miejsce należne rodzinie. Nie próbował z nią rozmawiać. Sama obecność wydawała mu się w tej chwili wystarczająca.
    Po chwili drzwi domu otwarto szerzej i do wnętrza wdarło się chłodne, wilgotne powietrze. Szmer deszczu stał się wyraźniejszy. Żałobnicy kolejno ruszyli ku wyjściu, a wraz z nimi Morgrin. Kiedy przekroczył próg, poprawił płaszcz na ramionach i uniósł wzrok ku ciężkiemu, szaremu niebu.

    Rozgrywka

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    KetharianK Ketharian

    Mieszkanie sąsiadki Shivy


    Pani domu okazała się nie tylko głową licznej rodziny, ale też zadeklarowaną aktywistką społeczną. Stając w przedpokoju apartamentu niemal łudząco podobnego do jego własnego lokum, Houston przesunął spojrzeniem po twarzyczkach obserwujących go dzieci, po porozrzucanych wszędzie ubraniach, pudełkach po śmieciowym jedzeniu i zdewastowanych zabawkach oraz wiszących na ścianach plakatach wieszczących rychłe nadejście Nowej Wakandy.

    - Bruce, zrób miejsce na kanapie! - rzuciła ostrym matrona sięgając jednocześnie po papierosa i telefon - Zabierz to brudne pranie!

    Jeden z dzieciaków, ośmiolatek na oko Dawna, zrzucił stertę byle jak poskładanych ubrań na podłogę robiąc gościowi wolne miejsce.

    - Na stół połóż, gnojku! - ryknęła matrona - Czego na podłogę rzucasz, znowu będę musiała składać! Same kłopoty z nim, taki sam jak jego ojciec. Gdzie ja oczy miałam, a tyle mnie matka przestrzegała.

    Houston nie skorzystał z okazji do zajęcia miejsca między parą mniejszych dzieci, które znacząco spoglądały to na niego to na wbudowany w ścianę paśnik All Foods, na którego wyświetlaczu pulsował napis „Tylko gotówka”.

    - Nie odbiera, łapserdak jak jego ojciec! - oznajmiła pani domu przyciskając do ucha telefon i próbując jednocześnie podpalić zapalniczką papierosa - Same z nimi wszystkimi kłopoty, a jeszcze trzeba ich samej ubrać i wyżywić! Kupiłbyś coś dzieciakom z automatu, nie wyglądasz na takiego, co głoduje… Tyrone, gdzie ty się szwendasz, jakiś gość do ciebie przyszedł, pytał o ciebie i Donga. Jakieś interesy mieliście robić.

    - Jestem od SuperHitSuperStar - podpowiedział usłużnie Dingo, zręcznie wyłuskując z kieszeni własną zapalniczkę i oferując matronie ogień.

    Jej uroczy uśmiech wdzięczności zmroził mu krew w żyłach - tym bardziej, że HiFi mógł tylko podsłuchiwać całą konwersację, a nie mógł tego złowieszczego zalotnym wyrazem uśmiechu ujrzeć.

    - Tyrone, słyszałeś, to ktoś od SuperHitSuperStar. Nie mały, chudy i do szczura podobny, tylko bardzo miły i przystojny mężczyzna z manierami dżentelmena. Że gdzie? A co ty tam robisz?! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś przestał się z nimi zadawać, te dziewczyny to zdziry bez cienia szacunku dla siebie, złapią cię na bachora i będziesz harował na nie jak twój ojciec. Jak Dong też tam jest? Co się tam odpierdala?

    Promotorka Nowej Wakandy słuchała przez chwilę ze skupieniem, błądząc jednocześnie wzrokiem po twarzy Houstona, potem rozłączyła się bez dalszych wyzwisk.

    - Mój chłopiec jest u Adeoli Ogunlesi, to taka wredna baba z drugiej strony bloku, ma dwie córki-zdzirki. Podobno kogoś tam ktoś zadźgał, a jacyś znajomi tego SuperHita, co ich mój Tyrone widział w mieszkaniu tego Hita tam są i operują kogoś, a Dong to nadzoruje i pilnuje, żeby nic nie popierdolili. A mój synek im pomaga, nawet krew z apteki przyniósł. Mój mały bohater, po całemu wdał się we mnie. To jakby co, to oni wszyscy tam są, a teraz daj ze dwie dychy na prepak, dzieciaki głodne, sama nie uciągnę z taką ferajną, bądź żesz człowiek, choćby nawet biały.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • XIII - Martwa godzina
    PiołunP Piołun

    Mercer uniósł lekko brwi na wyjaśnienie Vivienne dotyczące Kapłanki. Cała ta opowieść o energii, intencji i połączeniu z kartami trafiała dokładnie w tę część jego umysłu, która stanowczo odrzucała podobną synergie z talią kart. I tym razem powstrzymał się komentarzem. Zwłaszcza informacja, że karta pojawiła się dopiero po wyjściu O’Hary, była wystarczająco dziwna, żeby przynajmniej jej nie ignorować. Czy pęknięcia mogły objawiać się w tak wąskim zakresie?
    – Dobra. To już brzmi ciekawiej niż zwykły zbieg okoliczności – przyznał krótko.
    Kiedy Vivienne zwróciła uwagę na rachunek za dodatkowe pomieszczenie na strychu, Daniel od razu odłożył papiery. To był wreszcie trop, którego nie trzeba było interpretować.
    – Strych ma sens. Jeśli chciał coś trzymać poza mieszkaniem, trudno o lepsze miejsce.
    Na pytanie o dalsze przeszukiwanie rozejrzał się jeszcze raz po gabinecie.
    – Mieszkanie nie ucieknie. Najpierw sprawdźmy to pomieszczenie, a jeśli nic tam nie znajdziemy, wrócimy tutaj i przejdziemy wszystko dokładniej.
    Zabrał torbę ze sprzętem i ruszył za Hernandezem w stronę wyjścia.
    – Postaram się nie zwracać uwagi – dodał po chwili. – Chociaż przy trzech osobach skradających się nocą na strych może być z tym różnie. – zauważył, pozwalając sobie na żart.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MarrrtM Marrrt

    - Co?? Co wy?? Nadia. Nadiunia, nie żartuj. Ty dobra dziewczyna jesteś! - Ergo wlepił wzrok w markietankę, która przytrzymała zaskakująco mocno jego ręce i niby nigdy nic gadała sobie o Hieronimie jak o parszywej pogodzie.

    - Ulrich, Ulryś, Rysiu kochaniutki... chyba nie zamierzasz... Auuuuuu!!! O do chu... uaaaaa!!! Żeż w pizdu, jak boli!!! Zoostaaaaa.... !!! Nie. Nienienie... nie szarp! Auuuu!!! By cię skurdlony, kurw... Aaaaaaa!

    A to był dopiero początek. Trzeba było przyznać, że tusza i gabaryt były wielkimi sprzymierzeńcami w fachu cyrulika, bo drobny Ergo choć się szamotał ile sił, to nie mógł przeszkodzić Ulrichowi w jego pracy. Natomiast tyle rabanu przy tym cyrkowiec robił, tyle nazwyzywał swojego dobrodzieja, zbójów co go postrzelili i nawet samego wynalazcę kusz, a prawie się i Imperatorowi dostało, że w końcu jeden z wojów ulitował się nad swoimi uszami i cierpliwością lejtnanta i wpakował do ust Ergo szyjkę bukłaka i wlał mu w gardziel żołnierskiej berbeluchy. Cyrkowiec zakrztusił się, targnął ciałem jeszcze dwa razy i złapawszy dech jął od nowa złorzeczyć. Tym razem jednak z chwili na chwilę, przekleństwa zaczęły się łączyć ze sobą tworząc coraz bardziej kuriozalne twory aż w końcu Ergo zaczął błądzić półprzytomnie oczami po swoich oprawcach.
    - Nadiusia... a wież, że Ty mi zie podobarz?? Takkk... bardzo... wież? Ja bym dzi tego nie... ale wież... jagbym umar przz tego jeblonego kowonał... to żebyź wie...
    I zasnął.
    Żołnierz, który chyba jeszcze w całym swoim życiu nie widział podobnego panikarza nawet wśród ośmiolatków, pokręcił tylko głową z politowaniem i wyszedł.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    JohnyTRSJ JohnyTRS

    Spokojnie, jak się nie wyrobimy to nie mam żadnego problemu przedłużyć terminu.

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    ZellZ Zell

    - Świętym mężem to ten nasz na bank nie jest. - Nadja dodała nim krzyki miały się rozpocząć - To typowy dziad co by na boku wydupcył gdyby okazja była. - uchwyciła nadgarstki Ergo gotując się na szarpaninę, pozostawiając nogi medykowi z przeceny.

    ***

    - Myślisz, że Hieronim naprawdę wierzy w swoją świętość czy tylko robi wodę z mózgu tym mięśniom? - zapytała Urlicha - Może to jego sposób by kontrolować półgłówka jak Kurt?

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    @Ketharian napisał:

    Elias zobaczy na ekranie detektora jak jedno źródło ruchu napiera na windę, a drugie prawdopodobnie odpędza trzecie w głąb kadłuba (trudno te odczyty jednoznacznie zinterpretować).

    Dobrze! Zaczęły walczyć między sobą o ofiarę!
    Plan Sadzy zaczyna się realizować. Chyorty wykończą się same.

    Komentarze

  • Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)
    DeklineD Dekline

    Doskonale Cię rozumiem. Ja tym działaniem zwyczajnie podjudzam do wykonania ruchów, stosuje zaczepki slowne, grzeje się w boksie, aby lepiej wczuc się w postać i rozpocząć kator... przygodę, od razu na pełnej.

    Komentarze

Lista członków

AdministratorA Administrator
Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi
DhratlachD Dhratlach
ArveeA Arvee
DeklineD Dekline
WilczyW Wilczy
PaniczP Panicz
PiołunP Piołun
GreKG GreK
SindarinS Sindarin
MarrrtM Marrrt
ZellZ Zell
JohnyTRSJ JohnyTRS
KetharianK Ketharian
SantorineS Santorine
Arthur FleckA Arthur Fleck
NamiN Nami
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa