Fineasz wpadł przez bramę Strielfortu razem z resztą rekrutów w stanie, który miesiąc wcześniej uznałby za ciężkie naruszenie zasad funkcjonowania ludzkiego organizmu. Jakiś niemal niemożliwy i zupełnie nikomu niepotrzebny limit osiągnął już mniej więcej w jednej trzeciej drogi, a mimo to dalej biegł. Plecak ciążył mu niemiłosiernie, nogi miał jak z ołowiu, a oddech rwał się przy każdym kolejnym kroku. Ostatni odcinek pokonał właściwie wyłącznie siłą uporu.
Kiedy wreszcie padła komenda kończąca ćwiczenia, pochylił się z dłońmi opartymi o kolana i przez kilka chwil zajmował wyłącznie bardzo przyziemną sztuką odzyskiwania powietrza. Po prawdzie niewiele brakowało, żeby zwymiotował z wysiłku i przeforsowania organizmu. Choć był człowiekiem wątłej budowy, nie można mu było odmówić zacięcia, którego miał nieposkromione pokłady. Pięć minut odpoczynku przyjął więc niczym dar zesłany przez samego Sigmara.
Dopiero kiedy trochę doszedł do siebie i zdołał ponownie stanąć prosto, zauważył komendanta Bergera. To wystarczyło, żeby ślady zmęczenia na moment zeszły na dalszy plan. Zupełnie jakby ktoś wylał na niego tuzin wiader lodowatej wody. Kapitan nie robił nic szczególnego. Stał jedynie nieco z tyłu i obserwował, ale w oczach Fineasza sam fakt noszenia tej rangi niemal automatycznie czynił z człowieka wzór cnót, siły i męstwa.
Oczywiście czerwone od wysiłku oblicze Fineasza mogło nieco psuć efekt, jednak okoliczności wymagały od niego natychmiastowego powrotu do godności. Ojciec pozwolił mu przecież, w swej niezmierzonej łaskawości, wrócić do domu dopiero wtedy, gdy sam zostanie kapitanem. Teraz po raz pierwszy miał przed sobą człowieka, równego rangą do której sam zamierzał dojść, nie mógł prezentować się niegodnie. Należało więc wybić się na wyżyny wytrzymałości i przynajmniej wyglądać tak, jakby płuca wcale nie piekły go żywym ogniem.
Wtem sierżant Russel zaczął mówić i dopiero wtedy do Fineasza dotarło, że to był ostatni dzień szkolenia. Z dwudziestu czterech poborowych zostało ich osiemnastu. Przez krótką chwilę pozwolił sobie rozejrzeć się po szeregu. Sześciu odpadło. On nie. Miesiąc wcześniej przyjechał do fortu z głową pełną wyobrażeń o wojsku, a teraz stał zmęczony, poobijany i brudny, ale nadal tutaj. To było chyba pierwsze osiągnięcie w całej tej wojskowej karierze. Naprawdę dotrwał do końca. Teraz będzie z górki, pomyślał optymistycznie. Punkt dla niego!

Fineasz wsłuchał się w przemowę. Kapitan Berger mówił krótko i bez zbędnego patosu, ale rekrut słuchał go tak uważnie, jakby od każdego słowa miała zależeć jego przyszłość. Dowódca wymieniał zagrożenia związane z żołnierskim życiem, takie jak śmierć, głód, wojnę, choroby i wszystko to, co zwykle idzie za nimi krok w krok. Oczywiście Fineasz znał te rzeczy z pierwszych lekcji w Akademii. Czymże jednak byłaby przygoda związana ze służbą Imperium bez takich drobnych przeciwności? Każde kolejne słowo powinno może studzić jego zapał, on jednak przyjmował je raczej jak następne elementy dobrze znanej konstrukcji. Wojsko miało swoje prawa, swoją cenę i swoją hierarchię, a wszystko to tylko utwierdzało go w przekonaniu, że znalazł się dokładnie tam, gdzie chciał.
Odruchowo wyprostował się jeszcze bardziej. Właśnie to chciał usłyszeć. Nie nazwisko, nie urodzenie, nie odpowiedni herb nad drzwiami domu, ale ciężka praca i ambicja. System, który dało się zrozumieć. Drabina, po której można było wspinać się szczebel po szczeblu, jeśli tylko człowiek był wystarczająco dobry, pracowity i uparty. Niemal już czuł, jak zabiera się do wspinaczki. Jak powiedziałaby jego świętej pamięci pokojówka Zefiryna, najwyższa pora była teraz po prostu zakasać rękawy, zapierdalać i zdobywać kolejne szczeble tej drabiny trudów. W sekrecie bardzo kochał świętej pamięci Zefirynę, którą Morr zabrał do swych ogrodów w wieku gdy miał osiem lat, lecz jej mądrości zostały w nim po dziś dzień. Przynajmniej tak mógł oddać jej cześć i pamięć. Pamiętać jej słowa.
Na moment spojrzał znowu na Bergera. Jeszcze chwilę wcześniej widział w nim po prostu kapitana i komendanta fortu, teraz jednak zaczął patrzeć na niego nieco inaczej. Jak na kogoś, kto już przeszedł kawałek drogi, którą Fineasz dopiero zaczynał, i kto samym swoim istnieniem potwierdzał, że wojskowa hierarchia nie jest jedynie tabelą stopni zapamiętaną z podręcznika.
Ojciec postawił mu warunek. Imperium najwyraźniej dostarczyło metodę jego spełnienia. Fineasz uznał to za układ niemal wzorowo przejrzysty, a przejrzyste zasady zawsze budziły w nim zaufanie.
Dzięki temu reszta przemowy, cała ta śmierć, głód, wojna i choroby, zabrzmiała dla niego odrobinę mniej odstraszająco, a bardziej jak cena wpisana w reguły gry. Wysoka, być może nawet absurdalnie wysoka, ale przynajmniej jasno określona.
Brzmiało uczciwie.

Kiedy Russel wreszcie pozwolił im się rozejść, Fineasz przez chwilę nie bardzo wiedział, co właściwie zrobić z nagle odzyskaną swobodą. Przez ostatni miesiąc każda część dnia miała swój harmonogram i pilnowano, żeby nikt nie próbował wykorzystać wolnej chwili do czegoś przyjemnego. Teraz natomiast sierżant sam kazał im odpocząć, zjeść coś i nawet się zabawić. ZABAWIĆ? Brzmiało podejrzanie hojnie, ale Fineasz nie zamierzał kwestionować rozkazu, zwłaszcza takiego, który po raz pierwszy od kilku tygodni nie zawierał słów „biegiem”, „kamienie, kurwa, na grzbiet” albo „jeszcze raz”.
Atmosfera rozluźniła się niemal natychmiast. Ktoś usiadł, ktoś inny zaczął gadać głośniej niż zwykle, a były rzeźnik Josef wyciągnął nie wiadomo skąd butelkę siwuchy i zaczął oblewać koniec szkolenia z każdym, kto był skłonny przyjąć poczęstunek. Fineasz obserwował to przez chwilę z pewnym dystansem, po czym uznał, że najwyraźniej ma przed sobą kolejny element wojskowego obyczaju, którego w Akademii z jakiegoś powodu nie uznano za wart osobnego wykładu. Zastanawiał się trochę, czym właściwie jest ta siwucha, ale zapewne był to jakiś trunek przeznaczony dla ludzi mądrych, wszak nawet swoją nazwą zdawał się brać przykład ze światłych, podeszłych wiekiem ludzi.
W końcu uznał też, że integracja oddziału była przecież rzeczą ważną. Wzajemne zaufanie wpływało na morale, morale na skuteczność, a skuteczność na przeżywalność. Wszystko się zgadzało. Skoro więc żołnierze Imperium budowali więzi przy pomocy siwuchy i głośnych rozmów, nie widział powodu, dla którego miałby stać z boku. Przyszły oficer powinien znać ludzi, z którymi przyjdzie mu służyć. Najlepiej zanim zacznie nimi dowodzić.
Z tą myślą podszedł bliżej do grupy z pewną siebie miną, która świadczyła o tym, że właśnie podejmuje bardzo świadomą decyzję natury społeczno-strategicznej. Kiedy podsunięto mu czarkę z siwuchą, przyjął ją z należytą powagą, jakby chodziło o jakiś stary wojskowy rytuał. Powąchał zawartość i od razu pożałował, ale pokręcił nosem i ustami niczym rasowy koneser. Zapach był tak intensywny, że przez moment miał wrażenie, iż wyżre mu nozdrza. Mimo to pociągnął łyk.
Przez krótką chwilę nic się nie wydarzyło. Potem twarz Fineasza zesztywniała, oczy lekko zaszkliły, a gardło zapiekło go tak, jakby właśnie połknął niewielki fragment płonącego drewna. Przełknął jednak wszystko z godnością, której wymagała sytuacja, i oddał naczynie dalej bez jednego słowa skargi.
– Zaiste... rozgrzewające i pokrzepiające – stwierdził w końcu, gdy odzyskał pełną kontrolę nad głosem.
Uznał, że właśnie zdał kolejny test.
Dopiero wtedy zaczął uważniej przyglądać się ludziom wokół. Przez miesiąc zdążył już wyrobić sobie o kilku z nich pierwsze opinie. Maxim Mees należał do nielicznych, którym powierzyłby pilnowanie swoich pleców. Ba, teraz, po łyku siwuchy, pomyślał nawet, że powierzyłby mu własne życie. Uczony, oczytany i obdarzony arcyciekawymi środkami erudycji. Cóż za fantastyczna postać! Fineasz bardzo to szanował.
Gerhard Adlerhorst stanowił natomiast zupełnie inny przypadek. Wielki, małomówny i wyjątkowo sprawny z bronią. Podczas ćwiczeń Fineasz zauważył go dość szybko, bo jakoś tak wyróżniał się na tle pozostałych rekrutów, choć sam nie potrafił jeszcze dokładnie sprecyzować dlaczego. Nie wiedział do końca, co o nim sądzić. Po prostu... prowadził obserwację porównawczą.
Może właśnie dlatego usiadł bliżej nich, wciąż z lekko piekącym gardłem po trunku, którym się raczył, ale za to z coraz lepszym humorem. Po miesiącu biegania, czołgania się, marznięcia i słuchania rozkazów po raz pierwszy siedzieli obok siebie nie jako materiał do obróbki dla sierżanta Russela, lecz jako ludzie, którzy następnego dnia mieli zostać żołnierzami.
To brzmiało całkiem nieźle. Nawet jeśli rzekomy środek zapoznawczy smakował jak środek do czyszczenia rapierów, było fajnie!

Wieczór ciągnął się dalej, a Fineasz z każdą chwilą czuł, jak ciężar ostatniego miesiąca powoli z niego schodzi. Jeszcze rano był jednym z wielu rekrutów ganianych z kamieniami na plecach, a jutro miał złożyć przysięgę i oficjalnie stać się żołnierzem Ostlandu. Sam ten fakt brzmiał w jego głowie niezwykle poważnie. „Ba, nawet grzywkę obciąłem już wczoraj specjalnie na tę okazję”, pomyślał, po czym nagle beknął, bo siwucha, którą raczyli się tego wieczora, najwyraźniej robiła coś dziwnego z jego żołądkiem.
„Swoją drogą fryzurę chyba będzie trzeba jeszcze poprawić. Poproszę Helmuta. Mój kochany Helmut. Co ja bym bez niego zrobił”, dopowiedział w myślach, przecierając lekko przekrwione oczy. Rozejrzał się po siedzących wokół ludziach i dostrzegł Klarę. Przypomniał sobie, że zaoferowała innym materiał na cerowanie mundurów. Bardzo rozsądnie. Bardzo pożytecznie. Helmut pewnie ją polubi. Ktoś taki powinien być odpowiednio wynagradzany. Kiedy już dojdzie do władzy, da jej za to awans. „Nadszeregowy? Szeregowy specjalny? Jak to właściwie szło?” Fineasz zmarszczył brwi, próbując wydobyć z pamięci odpowiedni termin. „Aaaa... starszy szeregowy.”. Tak, to będzie brzmiało dostojnie i będzie jej pasować, pomyślał. Nie wiedzieć czemu, czuł, że ma dziwnie zamroczony umysł, choć bawił się całkiem przednio.
Napił się jeszcze jednej czarki siwuchy w ramach ucztowania i to chyba był błąd. A może nie? Obraz zaczynał mu się lekko zamazywać, a wszystkie rozmowy wokół brzmiały jakby odrobinę wolniej niż wcześniej. W każdym razie patrzył po twarzach pozostałych i po raz pierwszy nie widział w nich przypadkowej zbieraniny ludzi wrzuconych do jednego namiotu, za jaką dotąd ich uważał. Za chwilę mieli być oddziałem. Ludźmi, z którymi przyjdzie mu maszerować, walczyć, a w późniejszym terminie, oczywiście, również kiedyś dowodzić. Ta ostatnia perspektywa szczególnie mu się podobała.
Uśmiechnął się pod nosem, potem trochę szerzej, choć właściwie nie było ku temu żadnego konkretnego powodu. Oparł się wygodniej, na ile pozwalały zmęczone plecy, i przez chwilę siedział tak z lekko zamglonym spojrzeniem oraz miną człowieka, który doszedł właśnie do jakiegoś niezwykle ważnego wniosku, tylko chwilowo zapomniał jakiego. Cały ten miesiąc był przecież dopiero początkiem. Prawdziwa kariera miała zacząć się jutro. Fineasz był tego absolutnie pewien.
Tylko siwucha zaczynała mu poważnie przeszkadzać w poprawnym ustalaniu faktów. Niemniej czuł się gotowy na tuzin dysput i był święcie przekonany, że ktoś siedzący obok właśnie porusza niezwykle istotny, ważki i zapewne wymagający jego natychmiastowej opinii temat.




