Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite

Mecenasi

Prywatna

Osoby sponsorujące utrzymanie fotum.

Posty


  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    Dobrze. Zajęło mi to jakieś sześć godzin, trochę cierpliwości i odrobinę wrodzonego uporu, ale rozpracowałem dla was odpis na tę turę. Mam nadzieję, że timeline został zachowany. Przyznam nieskromnie, że nawet dumien jestem z tej pracy i pochłonęło mnie pisanie, które przyniosło niezły fun. Nie chcę wyjść na pyszałka, ale chyba pobiłem swój rekord długości posta, ale za to macie dopieszczoną fabułę. Abstrahując od wszystkiego, objętość tekstu nawet mnie lekko zdumiewa. Zajmuje dokładnie:

    text alternatywny

    W każdym razie miłej lektury kochani. Do takiego posta dodałbym grafiki, ale zwyczajnie brak mi już energii. Jutro pomyślę, by to jakoś ukoronować, bo parę scen zasługuje. O terminie odpisów też dam znać jutro.

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Tomasimo i Łowca

    Tomasimo znalazł Sneidera na piętrze, w jednej z izb zajętych wcześniej przez Łowcę Czarownic. Drzwi pozostawały uchylone, a kiedy niziołek zajrzał do środka, Klaus siedział przy niewielkim stole, pochylony nad prowizoryczną mapą okolicy. Ciężki płaszcz zrzucił na oparcie krzesła, rękawice położył obok kałamarza, a na blacie rozłożył kilka kartek zapisanych krótkimi, oszczędnymi uwagami. Nie jawił się niziołkowi jako szczególnie przejęty, a już na pewno nie wyglądał jak człowiek, który właśnie wrócił z egzekucji pięciu osób. Miało się wrażenie, że po prostu zakończył jeden etap pracy i bez zbędnego odpoczynku zabrał się za kolejny.

    Tomasimo przekazał mu przebieg rozmowy w głównej izbie. Powiedział o Morizie, który nie zamierzał brać udziału w podpalaniu wioski, ale chciał udać się do lasu i mieć oko na ewentualnych uciekinierów. Wspomniał również o Heinrichu, który także odmówił, zabrał coś zza kontuaru i wyszedł w noc, rzucając, że idzie „odebrać co jego”. Niziołek nie ukrywał przy tym własnych podejrzeń ani negatywnego nastawienia. Przypomniał o wcześniejszych wątpliwościach dotyczących rudzielca i zwrócił uwagę, że jego zachowanie w obecnej sytuacji trudno było uznać za szczególnie rozsądne.

    Łowca Czarownic słuchał bez przerywania, wyjmując z połów swojego płaszcza suchą rację żywnościową i żując ją mozolnie w miarę wywodu niziołka. Ani razu nie wszedł Tomasimo w słowo. Dopiero kiedy raport dobiegł końca, odsunął krzesło, podniósł się i podszedł do okna. Szyba była zaparowana od środka, więc przetarł ją rękawem i przez chwilę patrzył na wieś. Z wysokości piętra widać było znaczną część drogi oraz kilka bocznych przejść między domami. Śnieg odbijał blade światło Mannslieba oraz ostatnie, upiorne migotanie stosów, które na placu dogasały już niemal całkowicie. W tej mętnej, niebieskawo-pomarańczowej poświacie można było jeszcze rozpoznać dwie oddalające się osobno sylwetki. Heinrich kierował się między zabudowania, Moriz zaś zmierzał w stronę skraju wsi.

    Sneider patrzył na nich dłuższą chwilę, po czym westchnął przez nos z wyraźnym niesmakiem.
    – Zmarnowane złoto. Na obu.
    Nie było w jego głosie furii, a jedynie nuta irytacji. Prychnął, jakby dotarło do niego właśnie teraz, że narzędzia, na które wyłożył złoto, nie szczędząc żadnego grosza, okazują się wadliwe wtedy, kiedy akurat są mu najbardziej potrzebne.
    – Niech idą. Nie będziemy za nimi nikogo posyłać. Nie warto.
    Oderwał wzrok od okna i spojrzał na Tomasimo, który nie krył konsternacji wywołanej jego decyzją. Podobna nieroztropność zakrawała na igranie z losem, lecz Łowca miał pewną siebie minę.
    – Znam się na ludziach jak mało kto, panie Ashfield. Popełniam pewne drobne błędy, ale nigdy nie mylę się co do istotnej części natury człowieka. Nie sądzę, żeby któryś pokrzyżował nam plany. Ostatecznie jakieś niepotrzebne zgrzyty sumienia mogą im nie pozwolić wziąć udziału w słusznej misji, ale nie są na tyle szaleni, by robić sobie ze mnie wroga. Herr Moriz za bardzo jest przywiązany do swojego życia, a Herr Heinrich przede wszystkim chce odmienić swój los. Nie zrobią tego, krzyżując ze mną ostrza. To nie są ludzie, którzy zmieniają świat na lepsze, ale są za to wystarczająco rozsądni, żeby wiedzieć, że nie warto otwarcie stawać przeciw woli Imperatora.

    Sneider wrócił do stołu i zaczął składać mapę, jakby właśnie zakończył temat.
    – Jeśli chcą umyć od tego ręce, niech tak będzie. Na wszelki wypadek przed wyjazdem sprawdzę jednak ich dobytek. Wątpię, by skusili się zawłaszczyć cokolwiek spaczonego, ale nie odmówię im chciwości, która uśpi ich sumienie. Ostatecznie niech przytulą parę fantów. Lepszy taki ich los niż to, by miały zniszczeć w płomieniach. Zazwyczaj nie popieram kradzieży i zwykłem nawet za nią karać, ale ostatecznie dzisiaj skupiamy się na ważniejszych... priorytetach.
    Dopiero po wypowiedzeniu tej kwestii zmienił ton na nieco spokojniejszy i mniej cierpki.
    – Ty, Herr Ashfield, i Herr Falk wywiązaliście się z zadania. To zostanie uwzględnione przy zapłacie.
    Tomasimo mógł zauważyć, że Sneider nie mówił tego jako pustego komplementu. Łowca Czarownic należał do ludzi, którzy rzadko rozdawali pochwały, a jeśli już to robili, zazwyczaj coś za nimi szło.
    – Jak, zdaje się, wspominałem, dostaniecie też ode mnie rekomendację. Jeśli będziecie kiedyś potrzebowali listu dla oficera, kwatermistrza albo urzędnika wojskowego, moje nazwisko powinno sprawić, że sprawy rozwiążą się po waszej myśli.

    Kiedy Tomasimo wspomniał o zamiarze przeszukania kaplicy, domu rzeźnika i domu kapłana, Sneider nie próbował go powstrzymywać.
    – Macie wolną rękę, Herr Ashfield. Tylko nie róbcie hałasu i nie pokazujcie się mieszkańcom bardziej, niż trzeba. Nie chcę, żeby ktoś zaczął zadawać pytania albo nabrał ochoty na nocny spacer.
    Po chwili wskazał ruchem głowy na dół.
    – Pan Falk zostaje tutaj. Ktoś musi mieć oko na gospodę i wieś. Powiedzcie mu, żeby co jakiś czas obchodził budynek, sprawdzał okna i dał znać, kiedy większość świateł pogasną. Skoro na reszcie nie można polegać, poradzimy sobie w trójkę.
    Nie zabrzmiało to ani bohatersko, ani szczególnie ponuro. Sneider stwierdził po prostu fakt, po czym wrócił do swoich notatek.

    text alternatywny

    Tomasimo w domu rzeźnika

    Dom Bruna był pierwszym miejscem, które Tomasimo postanowił sprawdzić pod kątem wskazówek. Jeśli Bruno rzeczywiście był kultystą, musiał coś po sobie zostawić. Jakiś ślad. Jakiś dowód. Z zewnątrz budynek nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród sąsiednich zabudowań. Niski dach, niewielkie okna, przybudówka służąca zapewne do przechowywania narzędzi i opału. Wewnątrz wciąż unosił się ciężki zapach tłuszczu i dymu. Było widać, że ktoś już wcześniej przeszukiwał pomieszczenia. Część szuflad pozostawiono wysuniętych, kilka drobnych przedmiotów zniknęło, a na podłodze ciągnęły się świeże ślady butów. Heinrich najwyraźniej interesował się przede wszystkim tym, co można było łatwo zabrać i później sprzedać albo wykorzystać. Tomasimo szukał czegoś zupełnie innego.

    Przez dłuższą chwilę chodził więc po domu, zaglądał pod meble, przeglądał papiery i przyglądał się ścianom. Nic nie pasowało jednak do obrazu tajnego kultysty. Na stole leżały rachunki za mięso, sól i opał. W jednej ze skrzynek znajdowały się zapiski o zakupie dwóch świń od gospodarza z sąsiedniej wsi, w innej kilka starych rachunków, gwoździe, kawałki sznurka i zużyte sprzączki. Drobnica. W szafie wisiały robocze koszule oraz płaszcz przesiąknięty charakterystycznym zapachem rzeźni. Na półce stał tani, drewniany symbol Taala, zapewne kupiony kiedyś na jarmarku, a obok niego niewielki koń z drewna, dziecięca zabawka z odłamanym uchem, wygładzona od częstego dotykania.

    Tomasimo sprawdził podłogę, ściany i skrzynie, lecz nie znalazł ani ukrytej komory, ani wyrytych symboli, ani ksiąg, które choćby z daleka przypominały teksty poświęcone Mrocznym Bogom. Nie było podejrzanych ołtarzy ani czegokolwiek, co kazałoby sądzić, że Bruno prowadził drugie życie poza tym, które znała cała wieś. Im dłużej niziołek przeszukiwał dom, tym bardziej rzeźnik jawił się jako człowiek szalenie pospolity. Kupował zwierzęta, liczył wydatki, martwił się ceną drewna i najwyraźniej przechowywał starą zabawkę należącą kiedyś do dziecka. Gdyby nie jego przyznanie się w obliczu ognia i znaleziony wcześniej sygnet, trudno byłoby wskazać cokolwiek, co łączyłoby go z kultem Khorne’a. Czy faktycznie nim był? Czy może w ostatniej chwili skusiła go obietnica lżejszej śmierci, której ostatecznie mu odmówiono? Dom nie udzielał odpowiedzi. Jeśli już, to zostawiał po sobie jeszcze więcej pytań.

    text alternatywny

    Tomasimo w kaplicy i domu kapłana

    Kaplica Ulryka stała nieco wyżej niż większość zabudowań Dunkelwaldu, na niewielkim wzniesieniu, z którego za dnia zapewne można było objąć wzrokiem sporą część wioski. Wiedział to, ponieważ całkiem niedawno odbył już drogę w tę stronę dwukrotnie. Nie miał jednak dobrej okazji przyjrzeć się kaplicy i domowi kapłana od środka. Przynajmniej nie dokładnie. Przed wejściem ktoś wcześniej odgarnął śnieg, pozostawiając po lewej stronie sporą hałdę białego puchu. W środku było niemal równie zimno jak na zewnątrz. Powietrze pachniało popiołem i wilczą sierścią, a niewielkie lampy dawały jedynie tyle światła, by odegnać mrok na parę metrów.

    Wnętrze nie miało nic wspólnego z bogatymi, wystawnymi świątyniami znanymi z większych miast. Nie było tu marmuru ani barwnych fresków. Na końcu głównej izby stał prosty kamienny ołtarz, nad którym wyrzeźbiono głowę wilka. Rzeźba była stara i surowa, z głęboko zaznaczonymi oczami i wyszczerzonymi kłami. Ktoś kiedyś pomalował je na jasnoszaro, lecz farba popękała i w wielu miejscach odpadła. Na ścianach wisiały wilcze skóry oraz trzy stare chorągwie. Jedna przedstawiała białą wilczą głowę na ciemnym tle, druga nosiła ślady tak wielu zim, że wzór niemal całkowicie wyblakł, a trzecia była miejscami przypalona. Pośrodku ustawiono kilka ciężkich, prostych ław. W żelaznych misach umieszczonych w czterech kątach kaplicy pozostawały resztki popiołu. Nie były już ciepłe, ale wciąż pozostawiały po sobie zapach spalonych ziół. W misie przy wejściu znajdowała się woda, którą teraz skuło wieczorne zimno.

    Tomasimo znalazł również kilka przedmiotów używanych podczas nabożeństw albo pozostawionych przez wiernych. Na ołtarzu leżał srebrny medalion z głową wilka, niewielki, lecz wykonany z prawdziwego kruszcu. Obok stały trzy znacznie tańsze amulety z kości i żelaza. Z drewnianego kołka zwisała srebrna zapinka do szaty kapłańskiej, uformowana na kształt wilczego kła. Niedaleko jednej z mis znajdował się rytualny nóż o rękojeści wykonanej z poroża, a w płóciennym woreczku leżało sześć przewierconych wilczych kłów, przygotowanych zapewne do nawleczenia na rzemyki. Przy ścianie stała jeszcze niewielka cynowa figurka wilka.

    Nic z tego nie wyglądało jednak podejrzanie. Kaplica nie nosiła śladów profanacji, ukrytych symboli ani rytuałów mogących kojarzyć się z Mrocznymi Bogami. Wszystko pozostawało dokładnie takie, jakiego można było spodziewać się po wiejskiej świątyni Ulryka. Dopiero kiedy Tomasimo wspiął się po drewnianej drabinie prowadzącej do niewielkiej wieżyczki, dostrzegł, że nie jest w kaplicy sam. Moriz siedział wysoko przy dzwonie, skąd przez otwory pomiędzy belkami można było obserwować główną drogę, znaczną część wioski oraz skraj lasu. Richter zauważył niziołka, ale nie wykazywał ochoty na rozmowę. Odpowiedział jedynie krótkim skinieniem głowy i ponownie skierował uwagę na zabudowania poniżej. Tomasimo mógł więc spokojnie kontynuować swoje poszukiwania.

    text alternatywny

    Moriz i kapliczka Ulryka

    Z wieżyczki kaplicy Dunkelwald wyglądał inaczej niż z poziomu ulicy. Moriz widział dachy przyprószone śniegiem, ciemne przerwy pomiędzy domami, prostą linię głównej drogi oraz miejsca, w których zabudowania ustępowały połaci lasu. Z wysokości łatwiej było dostrzec ruch, ale jednocześnie pojedyncze sylwetki szybko niknęły w cieniu.

    Na początku w wielu oknach wciąż paliło się światło. Mieszkańcy nie potrafili zasnąć po tym, co wydarzyło się na placu. W jednych domach ktoś chodził od okna do okna, w innych kilka osób siedziało przy stole, jeszcze gdzie indziej dziecięce sylwetki pojawiały się przy szybach, by po chwili zostać odciągnięte w głąb izby.

    Moriz siedział na wieży przez długi czas. Mróz stopniowo wciskał się pod ubranie i wnikał w mięśnie oraz kości. Drewno pod jego dłonią pokrywało się szronem, metal dzwonu błyszczał matowo, a oddech zamieniał się w coraz gęstsze obłoki pary. Wieś powoli cichła. Jedno po drugim gasły światła. W kolejnych domach zasuwano firany, przymykano okiennice i wygaszano lampy. Po jakimś czasie na ulicach nie było już prawie nikogo.

    Pierwszą uciekającą rodzinę Moriz zauważył tylko dlatego, że poruszali się zbyt ostrożnie. Najpierw z domu wyszedł mężczyzna z niedużym workiem przewieszonym przez ramię. Rozejrzał się po ulicy i odczekał chwilę, zanim dał znak pozostałym. Za nim pojawiła się kobieta i dwójka dzieci. Nie mieli ze sobą wiele, jedynie niewielkie pakunki i rzeczy, które można było unieść bez zwracania uwagi. Nie biegli. Trzymali się ścian i przechodzili od cienia do cienia, zatrzymując się za każdym razem, gdy gdzieś poruszył się ktoś obcy. Po kilku minutach dotarli do zachodniego skraju wsi i zniknęli między drzewami. Druga rodzina opuściła Dunkelwald mniej więcej godzinę później. Tym razem były to dwie dorosłe osoby i jedno dziecko. Wybrali niemal ten sam kierunek, prowadzący ku drodze ciągnącej się dalej na zachód, w stronę mniejszych osad i odległego Middenheimu.

    Później przez dłuższy czas nic się nie działo. Moriz mógł już zacząć zakładać, że reszta mieszkańców pogodziła się z losem i zamierza zostać w domach do rana, kiedy otworzyły się drzwi domu sołtysa. Mężczyzna wyszedł sam. Nie niósł dużego tobołka, nie ciągnął sań i nie zabrał ze sobą nikogo z rodziny. Przez chwilę stał w cieniu budynku, rozglądając się po ulicy, a następnie ruszył pomiędzy chatami. Nie poszedł jednak ani na zachód, ani na wschód, jak początkowo podejrzewał Moriz. Skierował się na południe, ku najgęstszej części lasu. Richter patrzył, jak sylwetka sołtysa znika pomiędzy ostatnimi zabudowaniami. Tomasimo odszedł z kaplicy już jakiś czas temu i jeśli Moriz chciał sprawdzić, dokąd zmierza sołtys, musiał zrobić to sam. Nawet jeśli niziołek był gdzieś w pobliżu, nie miał zresztą ochoty go w to angażować.

    Droga po drabinie zajęłaby zbyt wiele czasu. Kilka metrów niżej, tuż obok wejścia do kaplicy, leżała natomiast duża hałda śniegu pozostawiona po odśnieżaniu. Z góry nie wyglądała szczególnie zachęcająco, ale była wystarczająco głęboka, by zamortyzować upadek. Moriz zeskoczył. Wpadł w śnieg niemal po pas, przez chwilę walcząc o utrzymanie równowagi, lecz zaspa przyjęła ciężar jego ciała bez większej szkody. Chwilę później wydostał się na twardszy grunt i ruszył w stronę miejsca, gdzie zniknął sołtys.

    text alternatywny

    Tomasimo i dom kapłana

    Dom Berengara był zamknięty solidniej niż chata rzeźnika. Drzwi osadzono na grubych zawiasach, a porządny zamek nie dawał większych szans na ciche wejście. Jedno z bocznych okien zabezpieczono jednak znacznie gorzej. Przy odrobinie cierpliwości Tomasimo mógł dostać się do środka bez robienia hałasu. Wnętrze było skromne i uporządkowane. Jedna większa izba służyła Berengarowi za miejsce do pracy i codziennego życia. Stał tam ciężki stół, dwa krzesła, łóżko, skrzynia, niewielka szafa oraz półki pełne ksiąg i pergaminów. Ściany nie były ozdobione niczym poza wilczą skórą, prostym symbolem Ulryka i starą mapą Drakwaldu.

    Na półkach wyróżniały się cztery księgi. Pierwsza nosiła tytuł „Zimowy Wilk” i zawierała modlitwy, hymny oraz przypowieści związane z kultem Ulryka. Rogi stron były starte, a w wielu miejscach widać było ślady częstego czytania. Druga, „O wojnach Sigmara i Teutogenów”, była ciężką kroniką w ciemnej, skórzanej oprawie. Opisywała dawne konflikty i sojusze z czasów sprzed powstania Imperium. Trzecia, „Żywoty Kapłanów Północy”, zawierała historie znanych duchownych Ulryka. Marginesy pełne były krótkich dopisków Berengara, niekiedy polemicznych, niekiedy ograniczających się do kilku znaków zapytania. Najciekawsza okazała się jednak czwarta księga. „Bestie Drakwaldu” nie wyglądały na drukowany traktat, lecz na zbiór wieloletnich zapisków. Był to pierwszy trop wskazujący na jakiekolwiek powiązanie z Chaosem, choć nić była bardzo luźna. Zapiski miały raczej badawczy charakter i nie zawierały znamion fanatyzmu, a bardziej naukowy dryg, który najwyraźniej przejawiał kapłan. Pomiędzy stronicami znajdowały się opisy zwierzoludzi, mutantów i niebezpiecznych stworzeń, na które Berengar natknął się podczas wypraw w pobliskie góry. Część zapisków była stara, ale bardzo dużo sporządzono w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy Chaos mocniej rozplenił się po okolicy w związku z dobrze znanymi zawirowaniami, przez jakie przechodziło teraz Imperium. Tomasimo znajdował szkice, notatki o miejscach żerowania oraz krótkie uwagi dotyczące zachowań klanów zwierzoludzi. To było coś i nic zarazem. Teraz, gdy kapłan nie żył, nie mogli skonfrontować się z nim po raz wtóry, a niziołek mógł mieć na taką rozmowę niemałą ochotę.

    Poza księgami Tomasimo znalazł dwie kompletne szaty kapłańskie obszyte białym futrem, kilka arkuszy pergaminu, kałamarz, zapas piór, lak, pieczęć kapłańską oraz niewielki zestaw prostych lekarstw. W skrzyni leżały bandaże, maści na odmrożenia, igły i nici. Przy ścianie stał topór, który od razu odróżniał się od reszty wyposażenia. Nie był to zwyczajny oręż codziennego użytku. Ostrze wykonano z dobrej stali, a głowicę ozdobiono srebrnymi ornamentami przedstawiającymi stylizowane wilcze głowy. Rękojeść obciągnięto ciemną skórą, a całość była utrzymana w znacznie lepszym stanie niż większość rzeczy w domu. Broń wyglądała na ceremonialną, ale nikt rozsądny nie miałby wątpliwości, że w razie potrzeby można było użyć jej również w znacznie bardziej praktyczny sposób. Jej wartość mogła sięgać... trudno było ocenić, jak wiele, ale z pewnością niemało.

    text alternatywny

    Powrót Heinricha i niespokojne sny

    Heinrich wrócił do gospody znacznie później. W głównej izbie zastał jedynie Pietera. Nie było potrzeby wdawać się w dłuższą rozmowę. Krótkie, oschłe przywitanie wystarczyło, by zaznaczyć, że obaj zauważyli swoją obecność. Tomasimo wciąż nie wrócił, a Sneider pozostawał na piętrze. Kraus skierował się do jednej z wolnych izb na parterze. Pomieszczenie było niewielkie, wyposażone w łóżko, stół, krzesło i małe okno wychodzące na bok budynku, obecnie zaryglowane po ich wcześniejszej akcji. Na stole stała świeca, którą zapalił zaraz po wejściu. Drżący płomień ledwo dawał radę rozświetlić izbę.

    Po wydarzeniach całego dnia sen przyszedł do Heinricha szybko, niemal brutalnie, jakby organizm zwyczajnie odmówił dalszej współpracy i wykorzystał pierwszą chwilę bezruchu, by odciąć go od świata. Zasnął głębiej, niż zamierzał, bez zwykłego przejścia pomiędzy jawą a snem, bez czasu na uporządkowanie myśli. Być może dlatego to, co zobaczył później, od początku wydawało się nie tyle snem, ile czymś narzuconym z zewnątrz, obcym wobec jego własnej wyobraźni i zbyt spójnym, by można było łatwo uznać to za przypadkowy splot wspomnień.

    Dunkelwald pojawił się przed nim tak wyraźnie, jakby patrzył na wieś z miejsca zawieszonego wysoko ponad dachami, lecz nie był to Dunkelwald, który znał z dotychczasowych wydarzeń. Wszystko wyglądało znajomo i jednocześnie niepokojąco obco. Układ domów pozostawał ten sam, studnia stała w tym samym miejscu, droga przecinała wieś jak wcześniej, a mimo to całość sprawiała wrażenie obrazu przekształconego przez coś obcego. Proporcje były odrobinę niewłaściwe, cienie zbyt długie, a niebo miało ciężką, bezgwiezdną barwę, w której nie można było odnaleźć ani Mannslieba, ani nawet najniklejszego światełka gwiazd.

    Najbardziej rzucało się w oczy drzewo rosnące pośrodku wsi. Heinrich od razu wiedział, że patrzy na wilcze drzewo, choć w tej wizji było znacznie większe niż naprawdę. Jego pień wyrastał ponad dachy, gruby i niemal czarny, poorany głębokimi bruzdami, które w półmroku przypominały wyrżnięte w korze rany. Konary rozchodziły się szeroko nad zabudowaniami, nagie, poskręcane i ciężkie od czarnego ptactwa, które je obsiadło. Czarne pióra upstrzyły drzewo niczym nierealne, niepokojące owoce. Właściwie kruki obsiadały drzewo tak gęsto, że w niektórych miejscach całe gałęzie znikały pod czernią ich ciał. Heinrich widział setki drobnych ptaków stłoczonych obok siebie. Ich pazury zaciskały się na korze z podobną siłą, a głowy pochylały się pod tym samym kątem. Coś w tym widoku było bardziej niepokojące niż samo ich nagromadzenie. Ptaki nie zachowywały się jak ptaki. Nie przepychały się, nie skubały piór, nie podrywały do lotu i nie odpowiadały sobie ochrypłym krakaniem.

    Wszystkie kruki patrzyły w stronę studni. Heinrich dopiero wtedy zauważył ogień. Początkowo był to blask odbijający się w szybach i na śniegu, ale po chwili płomienie zaczęły wychodzić spod dachów, przebijać przez okiennice i lizać drewniane ściany. Jeden dom zajmował się od drugiego, jakby ogień nie potrzebował wiatru ani iskier. W krótkim czasie cały Dunkelwald tonął w pożarze. Płonęły dachy, belki pękały z głuchym hukiem, a ciężki dym rozlewał się nad zabudowaniami i zasnuwał niebo grubą warstwą sadzy.

    Pomiędzy domami poruszali się ludzie, lecz Heinrich nie potrafił rozpoznać żadnej twarzy. Widział jedynie sylwetki przecinające światło płomieni, czasem biegnące, czasem zataczające się, innym razem stojące zupełnie nieruchomo w miejscach, gdzie nikt rozsądny nie powinien zostawać. Nie słyszał krzyków. Cała scena rozgrywała się w przerażającej ciszy, jakby ogień trawił wieś za grubą szybą.

    Dopiero po chwili zorientował się, że śnieg nie jest czerwony wyłącznie od płomieni. Pomiędzy koleinami i zagłębieniami terenu płynęła krew. Najpierw zachowywała się naturalnie, zbierając się w najniższych miejscach i spływając pomiędzy domami zgodnie z nachyleniem ziemi. Cienkie strużki łączyły się ze sobą, przeciskały przez śnieg i znikały pod drewnianymi płotami. W miarę jak pożar pochłaniał kolejne zabudowania, krwi przybywało, aż czerwone linie zaczęły przecinać niemal całą wieś.

    Wtedy wydarzyło się coś, czego Heinrich nie potrafiłby pomylić z naturalnym ruchem cieczy. Strugi zaczęły zwalniać. Niektóre zatrzymały się całkowicie. Przez krótką chwilę krew leżała nieruchomo na śniegu, jakby coś wstrzymało jej bieg. Następnie pierwsza cienka smuga drgnęła i zaczęła przesuwać się w przeciwnym kierunku. Chwilę później zrobiła to druga, potem następna, aż cała czerwona sieć rozlana pomiędzy domami zaczęła zawracać. Krew płynęła pod górę. Nie przelewała się gwałtownie ani nie tryskała. Sunęła powoli, uporczywie, wbrew ukształtowaniu terenu, jak coś posiadającego własną wolę. Cienkie strużki łączyły się w szersze pasma, te zaś zbierały się w coraz większe potoki, aż stało się jasne, że wszystkie zmierzają w jedno miejsce. Omijały przeszkody, wspinały się po zaspach i przepływały przez koleiny, jakby znały drogę lepiej niż ktokolwiek żywy.

    Zmierzały do studni. Czerwona ciecz dotarła do kamiennego cembrowania i nie zatrzymała się. Zaczęła wspinać się po jego bokach, wypełniać szczeliny pomiędzy kamieniami i przelewać przez krawędź. Kolejne strugi dołączały do poprzednich, aż cała konstrukcja wyglądała, jakby ktoś oblał ją krwią od podstawy aż po sam otwór. Potem ciecz zaczęła znikać w czarnym wnętrzu studni, pochłaniana przez ciemność tak głęboką, że nawet światło płonącej wsi nie potrafiło jej rozproszyć.

    Kruki nadal siedziały na wilczym drzewie i obserwowały. Żaden nie poruszył się nawet wtedy, gdy płomienie z najbliższych domów zaczęły odbijać się czerwienią w ich czarnych oczach. Obraz zaczął się jednak powoli przesuwać, jakby spojrzenie Heinricha zostało siłą odciągnięte od wsi. Dachy i płomienie opadły niżej, a przed nim pojawiła się ciemna linia północnych gór. Ich stoki wyglądały jak jedna wielka, nieruchoma masa, niemal zlewająca się z nocnym niebem.

    Na jednym ze zboczy pojawił się drobny punkt światła. Heinrich początkowo mógł wziąć go za gwiazdę albo samotne ognisko. Chwilę później obok rozbłysło drugie, potem trzecie, a po nich kolejne. Punkty układały się w nieregularną linię biegnącą w dół stoku. Z każdą chwilą było ich więcej. Kilkanaście zmieniło się w dziesiątki, dziesiątki w setki, aż cała górska grań zaczęła migotać od ruchomych świateł. Dopiero kiedy znalazły się niżej, można było rozpoznać sylwetki niosące pochodnie.

    Były niewielkie, krępe, poruszały się szybko i niespokojnie. W bladym świetle śniegu dało się dostrzec zieloną skórę, długie nosy, ostre zęby i prymitywną broń unoszoną ponad głowami. Gobliny schodziły z gór całymi masami, rozlewając się po zboczach i wąskich przełęczach. Nie szły w równych szeregach, lecz w ogromnym, chaotycznym tłumie, który mimo to poruszał się w jednym kierunku. Ku dolinom. Ku wiosce.

    Im więcej ich pojawiało się na stokach, tym mniej można było rozróżnić pojedyncze stworzenia. Pochodnie zaczęły zlewać się w jeden szeroki pas ognia, który wił się po zboczu niczym rozpalony grzbiet olbrzymiego zwierzęcia. Z oddali cała horda przestawała przypominać armię, a zaczynała wyglądać jak coś żywego i potężnego, co zbudziło się wysoko w górach i teraz pełzło ku Imperium, niosąc ze sobą setki małych płomieni.

    W tej samej chwili kruki na wilczym drzewie poderwały się do lotu. Nie pojedynczo, lecz wszystkie naraz. Setki skrzydeł uderzyły jednocześnie, zasłaniając na moment płonącą wieś czarną chmurą. Drzewo, jeszcze przed chwilą niemal niewidoczne pod ich ciężarem, zostało nagie i puste, a ptaki wzbiły się nad Dunkelwald, zakrążyły nad studnią i ruszyły w ciemność. Wtedy wizja urwała się tak nagle, jakby ktoś zgasił światło.

    text alternatywny

    Pieter i obchód wokół domów

    Pieter wykonywał zadanie powierzone mu przez Sneidera cierpliwie. W powierzonej mu kwestii kryła się odpowiedzialność większa niż w przypadku pozostałych, toteż próbował wywiązywać się z niej sumiennie. Nie musiał tropić wroga w lesie ani zaglądać do cudzych domów. Jego obowiązek sprowadzał się do patrzenia, czekania i wyłapywania zmian, które dla kogoś mniej uważnego mogłyby pozostać niezauważone. Co pewien czas wychodził więc z gospody, obchodził budynek, zatrzymywał się przy drodze i spoglądał na najbliższe zabudowania, starając się zapamiętać, które okna nadal pozostają rozświetlone, gdzie poruszają się sylwetki i w których domach ludzie zaczynają już przegrywać ze zmęczeniem, a znużenie bierze górę nad niepokojem. Ostatecznie do wykonania ich planu potrzebowali, by wszyscy w wiosce spali, a Dunkelwald długo nie chciał zasnąć.

    Po tym, co wydarzyło się na placu, trudno było oczekiwać, że mieszkańcy po prostu pogaszą lampy i położą się do łóżek. W wielu domach światło paliło się jeszcze długo, mimo iż świece oraz oliwa nie należały do najtańszych. Za szybami dało się dostrzec ludzi siedzących przy stołach, pochylonych ku sobie w rozmowie albo milczących tak długo, że sami zaczynali przypominać nieruchome cienie. Czasami ktoś przechodził z jednego końca izby na drugi, poprawiał zasłonę, zaglądał przez okno i natychmiast cofał się w głąb pomieszczenia. W innych miejscach dzieci pojawiały się przy szybach tylko na chwilę, zanim dorośli odciągali je od okien.

    Z czasem jednak zmęczenie robiło swoje. Najpierw gasły pojedyncze świece, później całe izby tonęły w ciemności. W jednym domu ktoś zasunął ciężką firanę, w innym zatrzasnął okiennice tak gwałtownie, że dźwięk poniósł się przez pustą ulicę. Bywało też, że mieszkańcy czekali z tym do chwili, gdy zobaczyli Pietera. Wtedy ruch po drugiej stronie szyby nagle zamierał, twarz znikała, a światło po chwili przygasało. Obecność przepatrywacza wystarczała, żeby przypomnieć im, że choć Sneider zapewnił o końcu sądu, tej nocy nadal byli obserwowani. Woleli nie dawać się zapamiętać. Zabawne, że ostatecznie miało się to przyczynić do ich zguby.

    Pieter nie spieszył się z wyciąganiem wniosków. Obchodził gospodę kilkukrotnie, za każdym razem zauważając, że wieś staje się cichsza i ciemniejsza. W końcu większość okien przestała świecić, a ulice opustoszały niemal zupełnie. Z pozoru Dunkelwald wreszcie zasypiał. Podczas jednego z kolejnych obchodów przepatrywacz zauważył jednak coś, co nie pasowało do tego obrazu.

    Świeże ślady w śniegu. Nie prowadziły ku studni ani od jednego domu do drugiego, lecz wyraźnie w kierunku na zewnątrz wsi. Pierwszy trop zaczynał się pomiędzy dwoma chatami, w miejscu częściowo zasłoniętym przez płot i stos drewna. Było tam kilka większych odcisków butów, pomiędzy nimi zaś mniejsze, płytsze ślady dziecięcych stóp. Całość układała się w chaotyczny, ale czytelny ciąg. Ślady prowadziły na zachód. Ktoś opuścił dom nie samotnie i nie przypadkiem. To była rodzina.

    Pieter ruszył kawałek dalej i po krótkim czasie natrafił na drugi podobny trop. Ten zaczynał się w innym miejscu, ale prowadził w tym samym ogólnym kierunku. Znów dorosłe kroki mieszały się z mniejszymi odciskami, a miejscami widać było głębsze zapadnięcia śniegu po kimś niosącym cięższy pakunek. Obie grupy najwyraźniej zdecydowały się nie ufać zapewnieniom Sneidera i wykorzystały noc, by spróbować wydostać się z Dunkelwaldu, zanim ktokolwiek zmieni zdanie co do ich losu.

    Pieter przez chwilę obserwował ślady z miejsca, w którym znikały pomiędzy drzewami, ale nie ruszył ich tropem. Miał wyraźne polecenie i wiedział, że pogoń oznaczałaby pozostawienie gospody bez nadzoru właśnie wtedy, gdy Sneider najbardziej potrzebował kogoś na miejscu. Zamiast tego zapamiętał dwa punkty, w których rodziny opuściły zabudowania, a po powrocie do środka naniósł je węglem na prowizoryczną mapkę okolicy.

    Oba kierunki zbiegały się mniej więcej ku drodze prowadzącej dalej w stronę mniejszych osad i ostatecznie ku Middenheimowi. Był to wybór zrozumiały. Jeśli mieszkańcy rzeczywiście chcieli uciec jak najdalej od Dunkelwaldu, zachód dawał im jedyną rozsądną szansę dotarcia do cywilizacji, zanim las i mróz zaczną zbierać własne żniwo. Kiedy Pieter pokazał mapkę Sneiderowi, Łowca przez dłuższą chwilę przyglądał się zaznaczonym punktom. Nie wyglądał na zaskoczonego. Przeciwnie, jakby w pewien sposób spodziewał się, że ktoś nie wytrzyma napięcia i spróbuje szczęścia w nocy.

    – Zapamiętaj trasę – powiedział tylko i dalej wpatrywał się w okno. Na tym zakończył rozmowę, przynajmniej na razie. Dwie rodziny oddalały się właśnie od wioski, zapewne przekonane, że najgorsze zostawiły za sobą. Tymczasem gdzieś w górze strumienia nadal znajdowało się źródło skażenia, którego nie udało się dotąd odnaleźć, a sam Dunkelwald czekał na planowaną przez Sneidera nocną czystkę. Pieter nie wiedział jeszcze, co okaże się pilniejsze, jeśli przyjdzie wybierać pomiędzy pościgiem za uciekinierami, zbadaniem źródła zarazy a dokończeniem sprawy wioski. Wiedział jednak, że to Łowca najlepiej nakreśli priorytety.

    text alternatywny

    Przygotowania Tomasimo, Pietera i Łowcy

    Kiedy Tomasimo wrócił do gospody, Dunkelwald zdążył już wyraźnie przycichnąć. Wiele okien, które jeszcze godzinę wcześniej świeciły słabym, żółtawym blaskiem świec i lamp, tonęło teraz w ciemności. Gdzieniegdzie zza firan nadal przebijała smuga światła, lecz nawet tam ruch wewnątrz był coraz rzadszy. Wieś powoli poddawała się zmęczeniu po długim dniu, jakby mieszkańcy nie tyle ufali zapewnieniom Sneidera, ile zwyczajnie nie mieli już siły czuwać dłużej.

    W głównej izbie gospody panował półmrok. Pieter kończył kolejny obchód, a Sneider czekał przy stole, nad którym rozłożona była prowizoryczna mapa okolicy. Tomasimo przekazał mu po kolei to, co znalazł. Dom Bruna nie krył niczego, co pasowałoby do wyobrażenia o tajnym kulcie. Kaplica Ulryka również nie nosiła żadnych śladów profanacji ani wpływu Mrocznych Bogów. W domu Berengara sprawa wyglądała nieco mniej jednoznacznie z uwagi na odnalezione notatki, lecz, jak nadmienił Tomasimo, całość znacznie bardziej przypominała makabryczny materiał badawczy niż zapiski okultystycznego fanatyka. Takie były fakty, które w gruncie rzeczy nie miały większego znaczenia. Ich przedstawienie nie odbierało wcześniejszym podejrzeniom wiarygodności.

    Sneider wysłuchał wszystkiego bez większych emocji. Wyglądało na to, że mniej więcej tego się spodziewał. Kiedy skazywał ich na stos, nie miał przecież całkowitej pewności, że wina każdego ze skazanych jest równie namacalna. Mieli stanowić zasłonę dymną dla ogólnej puryfikacji wsi. Dlatego nie spodziewał się znaleźć w żadnym z miejsc odwiedzonych przez niziołka ukrytych ołtarzyków czcicieli Chaosu, ale też nie sprawiał wrażenia szczególnie uspokojonego brakiem kolejnych dowodów. Przez chwilę zadawał krótkie pytania o szczegóły, zwłaszcza o zapiski Berengara, po czym odłożył temat na później. Dla niego brak nowych śladów nie oznaczał jeszcze, że wieś była bezpieczna. Oznaczał jedynie, że tej nocy nie dowiedzieli się niczego, co zmieniałoby wcześniejszy plan.

    Nie było już więc czego odwlekać. Pozostała praca. W trójkę zeszli do piwnicy gospody, gdzie Kappel przechowywał zapasy oliwy i rozmaite rzeczy potrzebne do codziennego funkcjonowania karczmy. Pomieszczenie było chłodne, wilgotne i znacznie większe, niż mogło się wydawać z poziomu głównej izby. Pod ścianami stały beczki, skrzynie i naczynia, a w powietrzu mieszały się zapachy drewna, starego alkoholu i tłustej oliwy. Kilka większych pojemników ustawiono w głębi, obok zaś znajdowały się mniejsze dzbany i bańki, które znacznie łatwiej było przenosić.

    Sneider szybko znalazł również coś, co mogło ułatwić transport. W kącie, częściowo zasunięte workami i drewnianymi skrzynkami, stały niewielkie sanie. Nie były nowe. Płozy nosiły ślady wielokrotnego używania, lecz całość nadal wyglądała solidnie. Najwyraźniej zimą służyły Kappelowi do przewożenia cięższych rzeczy z magazynu albo do transportu beczek pomiędzy zabudowaniami. Przez następną dłuższą chwilę wszyscy trzej zajmowali się wyłącznie przygotowaniem ładunku. Nie była to praca efektowna. Oliwa ważyła swoje, większe naczynia trzeba było przenosić ostrożnie, a każde niepotrzebne uderzenie o podłogę mogło roznieść się po całej gospodzie. Dzbanki ustawiano ciasno obok siebie i zabezpieczano tak, żeby podczas jazdy nie przewróciły się na pierwszej nierówności. Do tego dochodziły liny i deski przygotowane wcześniej do blokowania drzwi. Część należało ułożyć na saniach, część zabrać osobno.

    Całe przygotowanie miało w sobie coś szczególnie ponurego właśnie przez swoją zwyczajność. Gdyby ktoś wszedł do piwnicy i nie znał celu tej pracy, mógłby uznać, że trzech ludzi przygotowuje zapasy do podróży albo nocny transport towaru. Sneider pracował razem z nimi. Nie stał z boku i nie ograniczał się do wydawania poleceń. Pomagał przenosić naczynia, sprawdzał wiązania i kilkukrotnie poprawiał sposób ułożenia ładunku, kiedy uznawał, że coś może się przesunąć. Widać było, że nie chce pozwolić sobie na bałagan właśnie teraz, kiedy brak Moriza i Heinricha oznaczał, że każdy błąd będzie kosztował pozostałą trójkę dodatkowy czas.

    W końcu sanie były gotowe. Pieter sprawdził jeszcze pasy, Tomasimo poprawił ułożenie mniejszych naczyń. Dopiero wtedy ruszyli z powrotem na górę. W gospodzie było już zupełnie cicho. Z zewnątrz nie dochodziły żadne głosy, a od strony wioski nie było słychać zupełnie nic. Jeśli dobrze się spiszą, plan Łowcy miał realne szanse powodzenia. Przez okna wpadało blade światło księżyca, które mieszało się z resztkami blasku świec.

    Sneider zatrzymał się jeszcze przed wyjściem. Jego wzrok przesunął się po korytarzu i zatrzymał na drzwiach izby, w której spał Heinrich. Łowca podszedł do nich spokojnie, bez pośpiechu. Wyciągnął pęk kluczy, który nie wiadomo kiedy wcześniej odebrał właścicielowi karczmy, po czym przekręcił zamek i sprawdził klamkę. Nie sprawdził nawet wcześniej, czy chłopak sam się nie zaryglował, ale nie miało to większego znaczenia. Nie chciał, by ten udał się na nocny spacer podczas ich sprawunków.
    – Nie chcę niespodzianek na ostatniej prostej – wyjaśnił dwójce, której był pewien. Nie było w tym złośliwości. Sneider nie wyglądał nawet na szczególnie zadowolonego z własnej przezorności.

    Chwilę później Pieter uchylił drzwi gospody. Do środka natychmiast wdarło się zimne nocne powietrze. Na zewnątrz Dunkelwald wyglądał niemal spokojnie. Dachy leżały pod równą warstwą śniegu, większość okien pozostawała ciemna, a wąskie uliczki sprawiały wrażenie pustych. Nie było widać paniki ani ruchu. Tylko kilka pozostawionych śladów w śniegu przypominało, że część mieszkańców zdecydowała się nie czekać do rana. Sneider spojrzał jeszcze raz na wieś, a potem chwycił za przód sań. Tomasimo i Pieter zajęli miejsca przy ładunku.

    text alternatywny

    Przebudzenie Heinricha

    Heinrich obudził się gwałtownie, jakby ktoś wyrwał go ze snu siłą. Przez pierwszych kilka sekund nie potrafił jeszcze rozdzielić tego, co wydarzyło się naprawdę, od obrazów, które dopiero co widział pod zamkniętymi powiekami. Kruki wciąż podrywały się całymi chmarami z konarów wilczego drzewa, czerwone strugi krwi pełzły po śniegu wbrew spadkowi terenu, a na północnych stokach zapalały się kolejne punkty ognia, schodzące z gór ku dolinom w długiej, wijącej się kolumnie. Dopiero znajomy kształt izby, nikły blask świecy i chłód nocnego powietrza przesączający się przez szpary w okiennicy zaczęły powoli przywracać rzeczywistości właściwe proporcje.

    W pomieszczeniu panował półmrok. Świeca wypaliła się niemal do końca i tkwiła teraz w niewielkiej kałuży zastygającego wosku, rzucając na ściany słabe, drżące światło. Heinrich był zlany potem, mimo że noc zdążyła wychłodzić izbę, a jego oddech przez chwilę pozostawał cięższy, niż powinien po zwykłym przebudzeniu. Za oknem panowała głęboka noc, znacznie późniejsza, niż mógł zakładać, kładąc się tylko na krótki odpoczynek. Cisza gospody również brzmiała inaczej niż wcześniej. Nie dochodziły już rozmowy z głównej izby, nie słychać było przesuwanych stołków ani kroków kilku ludzi krążących po korytarzu. Budynek sprawiał wrażenie opustoszałego.

    Kiedy Heinrich podszedł do drzwi i nacisnął klamkę, mechanizm zadziałał normalnie, lecz samo skrzydło zatrzymało się niemal natychmiast. Spróbował ponownie i poczuł wyraźny opór z drugiej strony. Nie chodziło o źle działające zawiasy, jak pomyślał w pierwszym odruchu. Ktoś zamknął go na klucz.

    Nie trzeba było długo zastanawiać się nad tym, kto wydał podobne polecenie. Sneider najwyraźniej uznał, że skoro Heinrich odmówił udziału w planie, najprościej będzie wyeliminować możliwość, że w ostatniej chwili postanowi jednak w niego ingerować. To była jego pierwsza myśl. Rozwiązanie było wręcz prostackie i przez to skuteczne. Łowca Czarownic nie potrzebował go przekonywać, pilnować ani stawiać przy nim strażnika. Wystarczyło, że dobrał się do pęku kluczy karczmarza.

    Miał jednak pecha w wyborze pokoju. Heinrich znał zabezpieczenie niewielkiego okna w tej izbie, ponieważ sam wcześniej miał z nim do czynienia. To on był jedną z osób barykadujących karczmę, a w pośpiechu nie przybił desek tak mocno, jak należało. Dlatego okno, choć wąskie i niewygodne, było na tyle duże, by dorosły człowiek mógł się przez nie przecisnąć. Sneider zamknął więc drzwi, ale nie zamknął Heinricha naprawdę. Jeśli Kraus chciał opuścić gospodę, przeszkodą nie było już więzienie, lecz jedynie decyzja, co zrobić po wydostaniu się na zewnątrz.

    Sen nie dawał przy tym o sobie zapomnieć. Im dłużej Heinrich pozostawał w półmroku izby, tym wyraźniej wracały poszczególne obrazy. Wilcze drzewo stojące w centrum płonącej osady. Kruki obsiadające jego nagie konary tak gęsto, że miejscami tworzyły niemal czarną koronę. Krew, która zamiast spływać zgodnie z ukształtowaniem ziemi, zawracała i wspinała się ku studni, jakby sama miała własną wolę. Wreszcie ognie schodzące z gór wraz z ogromną masą zielonoskórych, tak licznych, że ich pochodnie zlewały się ze sobą.

    Kruki należały do Morra. Każdy mieszkaniec Imperium wiedział tyle przynajmniej z opowieści, pogrzebowych obrzędów i znaków widywanych przy cmentarzach. To jednak nie odpowiadało na najważniejsze pytanie. Sen mógł być jedynie wynikiem wyczerpania, stresu i wydarzeń minionego dnia, które w głowie Heinricha zmieszały się ze strachem przed tym, co dopiero miało nadejść. Mógł jednak znaczyć coś więcej. Jeżeli rzeczywiście był ostrzeżeniem, pozostawiał po sobie przynajmniej dwa bardzo konkretne obrazy zagrożenia.

    Ludzie Sneidera mogli jeszcze nic o tym nie wiedzieć. Być może w tej samej chwili szli już pomiędzy domami z oliwą i linami, skupieni całkowicie na wykonaniu planu, który miał zakończyć sprawę Dunkelwaldu raz na zawsze. Heinrich miał drogę na zewnątrz i wystarczająco dużo informacji, by spróbować ich odnaleźć. Równie dobrze mógł jednak uznać, że człowiek, który zamknął go w izbie niczym niesforne dziecko, sam wybrał swój los. Decyzja należała do niego. O ile jego sny miały jakąkolwiek wartość.

    text alternatywny

    Moriz dogania Sołtysa

    Moriz tymczasem zdołał odnaleźć trop sołtysa jeszcze na skraju wioski. W świeżym śniegu odcisnęły się głębokie ślady pojedynczego człowieka, lecz im dalej prowadziły pomiędzy drzewa, tym trudniej było je śledzić. Las na południe od Dunkelwaldu nie przypominał szerokich duktów ani wygodnych ścieżek wydeptanych przez drwali. Drzewa rosły tu gęściej, śnieg zalegał nierówno, a miejscami stare świerki splatały gałęzie tak nisko, że trzeba było schylać głowę albo omijać całe skupiska. Pod najgęstszymi koronami ziemia pozostawała niemal odsłonięta, pokryta jedynie zmarzniętym igliwiem, korzeniami i cienką warstwą lodu, przez co kolejne ślady znikały na kilkanaście kroków, zanim znów pojawiały się tam, gdzie sołtys wszedł w głębszy śnieg.

    Mężczyzna wyraźnie znał teren. Nie trzymał się jednej linii ani żadnego oczywistego szlaku. Kilka razy prowadził między głazami, potem odbijał pomiędzy gęste młodniki, a w innym miejscu wykorzystał płytkie zagłębienie terenu, które z poziomu wioski pozostawało całkowicie niewidoczne. Nie wyglądało to jednak na chaotyczną ucieczkę spanikowanego człowieka. Sołtys zmierzał gdzieś konkretnie i robił to drogą, którą najpewniej znał od lat.

    Moriz musiał nadrabiać dystans własnym wyczuciem terenu, czasem ścinając zakręt. Nie zawsze było to roztropne. Kilka razy trop urywał się całkowicie i dopiero po paru minutach udawało się odnaleźć kolejny odcisk na bardziej miękkim gruncie. Gdyby nie zima, najpewniej by poległ, ale sprzyjał mu śnieg, który na tym etapie nie pozostawiał większych wątpliwości co do kierunku ucieczki. Innym razem zdradzała go złamana gałązka albo przesunięta warstwa śniegu na korzeniu. Im dalej od Dunkelwaldu prowadził ślad, tym bardziej znikały wszystkie inne punkty odniesienia. Światła wioski przepadły za drzewami, droga przestała być widoczna, a las powitał go tą szczególną nocną ciszą, która napawała lękiem. Szczególnie w tych stronach. Gdzieś daleko podczas jego pościgu za sołtysem pękała zamarznięta gałąź, a czasami z głębi knieji dobiegał krótki, trudny do rozpoznania odgłos zwierzęcia.

    Po dłuższym marszu Moriz zaczął jednak odnosić wrażenie, że dystans maleje. Ślady były świeższe, a w jednym miejscu w miękkim śniegu dało się nawet dostrzec, że sołtys przez chwilę zwolnił. Niedługo później pomiędzy pniami pojawił się słaby, ciepły blask, tak odmienny od zimnego światła księżyca, że trudno było go pomylić z czymkolwiek naturalnym. Początkowo wyglądał jak pojedyncza latarnia. Kiedy Moriz przesunął się kilka kroków w bok i spojrzał pomiędzy kolejnymi drzewami, dostrzegł więcej świateł. Nie były rozrzucone przypadkowo. Otaczały jedno miejsce.

    Las ustąpił przed nim niewielkiej polanie ukrytej głęboko pomiędzy drzewami. Śnieg leżał tam prawie nietknięty, z wyjątkiem kilku miejsc, w których ziemię wcześniej rozkopano albo udeptywano. Sołtys ustawił latarnie nisko. Ich blask nie rozświetlał całej polany, tylko tworzył niewielkie wyspy żółtawego światła otoczone głębokim cieniem. W tej scenerii stojący pośrodku mężczyzna wyglądał jak sylwetka wycięta z ciemności. Był odwrócony plecami do miejsca, z którego nadchodził Moriz. Nie wyglądał na człowieka ukrywającego się przed pościgiem. Stał spokojnie, skupiony na czymś znajdującym się przed nim, jakby dotarcie właśnie tutaj było od początku jedynym celem jego nocnego wyjścia z Dunkelwaldu.

    Dopiero kiedy Moriz znalazł lepszy kąt, zobaczył, na co mężczyzna patrzy. Przed sołtysem znajdował się stos ludzkich czaszek. Nie była to niewielka sterta kilku kości pozostawionych przez zwierzęta albo przypadkowo odkrytych w lesie. Czaszki ułożono świadomie, jedna na drugiej, w nieregularną piramidę sięgającą mężczyźnie niemal do pasa. Niektóre były stare, pożółkłe, pokryte drobnymi pęknięciami i ciemnymi nalotami. Kilka znajdowało się tam najwyraźniej od wielu lat, ponieważ śnieg i wilgoć zdążyły wygładzić ich powierzchnię. Inne wyglądały znacznie świeżej. Kość pozostawała na nich jaśniejsza, a w szczelinach można było dostrzec resztki zaschniętej tkanki, której zima jeszcze nie zdążyła całkowicie odebrać koloru. Część stosu wystawała z ziemi w taki sposób, że trudno było określić, czy wszystkie czaszki przyniesiono tutaj niedawno, czy może polana od dawna służyła komuś za miejsce składania podobnych trofeów.

    Sołtys trzymał w dłoni małą fiolkę wykonaną z ciemnoczerwonego szkła. W świetle latarni naczynie wyglądało niemal tak, jakby samo świeciło rubinową łuną. Mężczyzna uniósł je nad najwyżej ułożonymi czaszkami i powoli przechylił. Ze środka wypłynęła gęsta czerwona ciecz, która rozlała się po kości, wypełniła zagłębienie jednego oczodołu, a następnie spłynęła niżej, tworząc cienkie strużki pomiędzy szczękami i pęknięciami. Sołtys mówił przy tym coś pod nosem.

    Nie były to przypadkowe, rzucane bezładnie słowa. Mężczyzna wyraźnie wymawiał inkantację albo mantrę, jakby powtarzał z krótkimi przerwami fragmenty modlitwy lub wyuczonej formuły. Moriz znajdował się jednak jeszcze zbyt daleko, by rozpoznać poszczególne słowa. Mógł jedynie usłyszeć niski szept i dostrzec sposób, w jaki mężczyzna pochylał głowę nad czaszkami. Richter ruszył dalej, wykorzystując grube pnie drzew i cienie pomiędzy światłami latarni. Śnieg pomagał tłumić kroki, ale nawet tutaj nie dawał całkowitej ciszy. Pod butem mogła znaleźć się zamarznięta gałązka, a zbity puch czasami skrzypiał przy przenoszeniu ciężaru. Każdy kolejny metr odsłaniał więcej szczegółów polany, ale jednocześnie zmniejszał przestrzeń, która oddzielała go od człowieka stojącego przy stosie.

    W pewnym momencie szept urwał się. Sołtys znieruchomiał z pustą już fiolką w dłoni i przez kilka długich sekund po prostu stał, lekko pochylony nad czaszkami. Nie było wiadomo, czy naprawdę coś usłyszał, czy może wyczuł obecność kogoś za plecami w sposób, którego zwykły człowiek nie powinien posiadać. W końcu powoli uniósł głowę. Najpierw obrócił ją przez ramię, a dopiero później całe ciało. Kiedy jedna z latarni oświetliła jego twarz, różnica pomiędzy człowiekiem znanym z wioski a tym stojącym teraz na polanie stała się natychmiast widoczna. Białka jego oczu były gęsto przekrwione, tak mocno, że pomiędzy czerwonymi żyłkami pozostawały jedynie niewielkie fragmenty normalnej bieli. Twarz zachowała swoje zwyczajne rysy, ale uśmiech, który pojawił się na ustach, nie miał już nic wspólnego z ostrożnym i przygnębionym sołtysem próbującym wcześniej przetrwać wizytę Łowcy Czarownic.

    Mężczyzna spojrzał bezpośrednio w stronę Moriza. Przez chwilę nie powiedział nic. Jego wzrok przesunął się po sylwetce Richtera, jakby upewniał się, że rzeczywiście przybył sam.
    – Muszę przyznać, że nie sądziłem, że ktoś za mną pójdzie – powiedział w końcu.
    Nie brzmiał na przestraszonego. Bardziej na człowieka, któremu przytrafiła się nieprzewidziana niedogodność. Jego spojrzenie na moment powędrowało ku ciemnym drzewom za plecami Moriza, jakby sprawdzał, czy pomiędzy nimi nie porusza się nikt więcej. Dopiero wtedy ponownie utkwił wzrok w Richterze.
    – Ale jesteś sam.
    Na jego twarzy pojawił się szerszy uśmiech.
    – To upraszcza sprawę.
    Sołtys odstąpił o pół kroku od stosu czaszek i odwrócił się do Moriza już całym ciałem.
    – Dalej nie pójdziesz. Krew dla boga Krwi.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Kapitan kazał Gleesonowi zabrać się za panel kontrolny. Albo niech technik odzyska kontrolę nad panelem, albo niech odetnie blokadę, żeby dało się manualnie otworzyć/ zamknąć drzwi do ładowni w celu schronienia się przed syntetykami W-Y.

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    KetharianK Ketharian

    Chciałbym dla jasności obrazu sceny poprosić raz jeszcze o info na temat działania ekipy ratunkowej. Macie odczyt trzech zbliżających się od strony maszynowni rozbitków, czekacie na kontakt wzrokowy. Sadza nadal przepala roletę, Marcus jak to zawodowiec zmienia pozycję asekurując teraz lufą karabinu dalszą część korytarza w kierunku, z którego przyszliście. Joshua podtrzymuje Eliasa, kapitan dźwiga androida, Adam stoi w progu ciemnej ładowni w pozie takiej, aby móc bez problemu obserwować zarówno przedział transportowy jak i korytarz.

    Dobrze to zrozumiałem?

    Komentarze

  • [komty] Syreni Śpiew Neonów
    MarrrtM Marrrt

    @GreK napisał:

    Masz moją zgodę na użycie materiałów.

    And my axe👍

    Komentarze cyberpunk2077

  • [komty] Syreni Śpiew Neonów
    WilczyW Wilczy

    Również nie mam nic przeciwko 🙂

    Komentarze cyberpunk2077

  • Ścieżki Przeklętych - komentarze
    PiołunP Piołun

    @Ketharian napisał:

    @piołun , zakładam, że trop biegnący od strony pagórków będzie tym samym śladem, który został podjęty dalej w kierunku lądu przez drużynowych tropicieli - jeśli tak, czarodziej i najemnik bardzo szybko powinni zauważyć pasącego się na otwartej przestrzeni konia Rolfa.

    Może być. Ostatecznie jednak, kiedy piszę swój odpis, najpierw czytam fragmenty dotyczące bezpośrednio mojej postaci, potem odpowiadam, a dopiero później nadrabiam to, co dzieje się u reszty. Oczywiście mam tu na myśli sceny, w których moja postać nie brała udziału. Wspólne sceny czytam normalnie w całości przed odpisem.

    Ta metoda całkiem dobrze pomaga mi unikać grania metawiedzą i stąd wejście w las tak naprawdę. W każdym razie, odnośnie metawiedzy zazwyczaj po kilku pierwszych zdaniach, albo po nagłówkach, jeśli są używane, orientuję się, które partie tekstu „mi się należą”. W każdym razie zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie 🙂

    Powodzenia w skradaniu. Pamiętajcie, że w ewentualnej walce pamiętajcie o ciemnościach. Nie wiem jak będzie w naszej rozgrywce, ale bijatyki w ciemności zazwyczaj bardzo źle się skończyły w sesjach, w których uczestniczyłem, ale oczywiście pomagały skradankowemu stylowi. Trzymam kciuksy i mam nadzieje, że moja postać nie zepsuje podejścia. Osobiście wydaje mi się, że pewnie rozwinie się to tak, iż ściągnie uwagę i mam nadzieje, że ostatecznie podejście będzie od innej strony. Może być, że pojmano/powalonych osób jest więcej niż jedna.

    Komentarze warhammer ścieżkiprzeklętych

  • Ścieżki Przeklętych - komentarze
    KetharianK Ketharian

    @piołun , zakładam, że trop biegnący od strony pagórków będzie tym samym śladem, który został podjęty dalej w kierunku lądu przez drużynowych tropicieli - jeśli tak, czarodziej i najemnik bardzo szybko powinni zauważyć pasącego się na otwartej przestrzeni konia Rolfa.

    Wracając do naszej pary, Wulf skrada się kilkadziesiąt kroków w przodzie, sierżant posuwa się ostrożnie w ślad za Rapecke czekając na jakiś ostrzegawczy znak zwiadowcy. Wykonałem rzut na Skradanie się, uzyskałem wynik 7 na k100, co uznaję za ewidentny dowód przychylności Króla Bogów!

    Czekamy z @dekameron z wielką ekscytacją na dalszy rozwój wydarzeń!


    text alternatywny

    Komentarze warhammer ścieżkiprzeklętych

  • [komty] Syreni Śpiew Neonów
    GreKG GreK

    Nie zgadzam się z tym...
    ... że tam jest jakiś mój wkład intelektualny.

    Chętnie posłuchałbym takiego audiobooka.

    Masz moją zgodę na użycie materiałów.

    Komentarze cyberpunk2077

  • Polowanie w Lwiej Loży - Komentarze
    SantorineS Santorine

    Podsumowawszy:

    • Zaira bierze 20 strzał ze srebrnymi grotami i 2 x Fearflower Nectar, a także narzędzia do zakładania sideł.
    • Kraghul bierze 1 zwój Fear i 1 Elixir of Life, a także 4 zwoje Heal.
    • Jaithe bierze 1 zwój Fear i 1 zwój Illusory Creature.
    • Zakareth nie bierze nic, bo ma podczas walki w łapach kij.

    Identyfikacja zwojów i przyglądanie się scenerii zajmuje jakieś 30 minut. Jest 20:00 czasu gry.

    Poza tym:

    • Dorlivin odkrywa, że jest w stanie złożyć Wam sidła z komponentów znalezionych na ołtarzu Alocera (wartych, przypominam, 85 gp). Lista sideł jest tutaj: Sidła . Dorlivin złoży dowolne do sumy 85 gp.
    • Wgłębienie z klatką poniżej znajduje się 10 stóp poniżej. Wiedzie do niego “winda”, ale można się wspinać. Posągi na dole wyglądają, jakby zupełnie nie pasowały do tego miejsca.
    • Wewnątrz klatki wydaje się Wam, że widzicie jakiś humanoidalny kształt, ale z tej pozycji, gdzie jesteście, nie macie pojęcia, co to jest - może być trup lub jakaś góra brudnych szmat.
    • Drzwi w centrum loży (wizualnie pod niedźwiedziami w sali uczt) to miejsce, z którego Kraghul swoim duchowym zmysłem wykrywa coś złego 👹
    • Na lewo od tych drzwi (na lewo na mapce) wydaje się, że rozciąga się jakieś wyjątkowo małe, bardzo ciasne przejście.

    Czas do końca tury: 12.08 .

    Mapka (na nowym hoście - mam nadzieję, że będzie działać okej dla wszystkich):

    Mapka

    Komentarze

Lista członków

AdministratorA Administrator
DhratlachD Dhratlach
ArveeA Arvee
DeklineD Dekline
WilczyW Wilczy
PaniczP Panicz
PiołunP Piołun
GreKG GreK
SindarinS Sindarin
MarrrtM Marrrt
ZellZ Zell
JohnyTRSJ JohnyTRS
KetharianK Ketharian
SantorineS Santorine
Arthur FleckA Arthur Fleck
NamiN Nami
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa