Przejdź do treści
  • Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka

    Rozgrywka pathfinder 2e golarion
    60
    2 Głosy
    60 Posty
    1k Wyświetlenia
    SantorineS
    Indagowany przez Jaithe, Dorlivin prychnął. – Nie wychodziłem z tej sali przez całe moje życie – fałszywy krasnolud uśmiechnął się nie bez jadu. – Gdzie ten bastard się podziewa, trudno rzec. ~ Dziennik Auldegrunda i leczenie ran W czasie, kiedy podróżnicy leczyli rany swoje i dwóch nowych towarzyszy: Dorlivina i Rathora, Jaithe poświęciła cenny czas na odcyfrowanie zapisków pana Lwiej Loży, Auldegrunda. W międzyczasie, jej kompani przesunęli łóżka z komnat gości w okolice ołtarza Alocera - cóż, upiorna to była sypialnia, jednak w okolicznościach, w których znaleźli się, nie mieli niczego lepszego. W tym samym czasie, Zaira z Rathorem zabarykadowali tajemne przejście, uprzednio niszcząc pentagram przywołania. ~ Trzeba było przyznać, że pismo starego krasnoluda zawierało sporo błędów gramatycznych i przekreśleń. Auldegrund zdawał się spisywać swój dziennik z manierą kogoś, kto próbował być rozmyślny i działać powoli, a jednocześnie drżące z podniecenia pióro miało w sobie niezaprzeczalny element obłędu. Tu i ówdzie w dzienniku można było znaleźć zwinięte i załączone fragmenty ksiąg. Niektóre, oczywiście, były o diabolizmie rodem z Cheliax, jednak parę - szczególnie te, które Jaithe znalazła u samego początku były odpisami kronikarzy, którzy dokumentowali dzieje rodu Ponurorytu, rodu, do którego należał Auldegrund Ponury. Zaklinaczka dowiedziała się, że kiedy Korvosa odłączyła się od Starego Cheliax u początku Ery Zaginionych Omenów, nie wszyscy, którzy hołdowali infernalnym tradycjom porzucili je. Niektórzy, tak jak ród Auldegrunda Ponurego, pojęli secesję Korvosy za afront. “Rewolucja wtedy została zdławiona” - pisał Auldegrund, komentując incydent w mieście, który zdarzył się parę lat po 4633 AR. “Dziad mój i jego dzieci zostały wybite do ostatniej nogi, a z nimi zapomniana został tradycja Krwawego Łowu. Jeno paru uszło z życiem i poczęło podróżować wzdłuż rzeki Jeggare, na północ. Reputacja mego dziada sprawiła, zdecydował ominąć Janderhoff.” “...tutaj, pod Obłędnymi Górami, rozpoczęli swe dzieło… Ale ciężko było, jak donoszą manuskrypta, Pan Łowów ciężko doświadczał tych, którym patronował… Teraz zaś jestem sam, jest 4705 AR” - brzmiał kolejny z wpisów. “Dorlivin nie żyje. Bestie rozerwały go na strzępy i żywcem poczęły pożerać, sam widziałem, kiedy z ludźmi podeszliśmy pod gniazdo. Wrzeszczał jeszcze. Kusze zrobiły robotę, ale złapaliśmy jedną z wywern dopiero dalej na grani. Dziwna rzecz, czemu były trzy? Z dziada pradziada żaden z nas nie widział więcej niż parę…” “Dziś staniesz się czymś więcej, niż byłeś za życia, bracie. Rozgrzebałem grób, te kości posłużą w rytuale. Jestem ostatni z rodu, ale dziś, dziś Ród Ponurorytu odrodzi się w cieniu Pana Łowu. Znalazłem kryptę mojego dziada i wszystko, co zapisał…” “...sześciu mnichów dało karku. Gracko poderżnąłem gardła każdemu z nich, uciekali wszakże, jak radziła księga. Język i mózg pierwszego rozdzieliłem na całe pasy. Kiedy żem skórę oprawiał, sługa Pana Łowów spojrzał na mnie. Pakt jest zawarty. Każda głowa ofiarowana na ołtarzu Krwawego Łowu zbliży mnie do UMYSŁU Pana Watahy. Ród odrodzi się, tegom pewien po dzisiejszym ofiarowaniu. Już żem nawet wysłał wiadomość do Domu Thrune…” “UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety…” “Wiadomość już wysłana. Dość musiałem się nachodzić za tymi bastardami zza Korvosy. Pogromcy goblinów w Popielnym Lesie? Nadadzą się, ano tak… Wyszykowałem już wspaniały rzeźnicki nóż na tą okazję. Klinga łaknie krwi.” To było wszystko. Jaithe odkryła, że w dzienniku zostało wyrwane parę stron w sekcjach, które zawierały przydługawe odpisy z ksiąg diabolistycznych, a także na samym końcu, jak gdyby stary krasnolud nie był w stanie zdecydować się, jaki powinien być jego następny krok lub też jak gdyby wahał się co do czegoś. Kiedy Jaithe skończyła odcyfrowywać notatki, które po sobie zostawił Auldegrund, podróżnicy, a także Rathor i Dorlivin zostali uleczeni ze swoich ran. ~ Dorlivin zakłada sidła W czasie, kiedy podróżnicy odpoczywali, Dorlivin tymczasem wydobył spod stołu rytualnego małą klatkę, w której uprzednio podróżnicy znaleźli narzędzia do zakładania sideł. Klatka wypełniona była małymi elementami, w których fałszywy krasnolud grzebał przez dłuższe parę chwil. – Za dużo tego nie ma, ale chyba styknie – rzekł Dorlivin, naciągając na próbę żyłki i przetrząsając mrowie małych elementów. – Hmm. Krasnolud wyciągnął z wnętrza parę fiol wypełnionych pomarańczowym i zielonym płynem, a także parę sprężyn i zacmokał z zadowoleniem znawcy. – Ano… Z tego to idzie złożyć parę takich małych, paskudnych, zjadliwych sukinkotów – Dorlivin rzucił fiolą parę razy i lustrując jej wnętrze. Rozumicie, towarzysze? Krasnolud zrobił wymowną pantomimę, która przedstawiała upadającą fiolę i wybuch. – Ale trza przemyślunku… Ale zrobić idzie! – Pfch – prychnął Rathor. – Te sztuczki nie są prawdziwe wojownika twierdzy Belkzen. – Szczęście, że nim nie jestem – wyrzekł krasnolud, który włożył szklane fiole z powrotem do swego pojemnika i uniósł się z klęczek. – A zatem… Do roboty. Zaira, która, powróciwszy z wcześniejszego zniszczenia pentagramu i barykadowania tajemnego przejścia, zaproponowała dodanie trucizny do sideł, spotkała się z aprobatą krasnoluda. – Dodam to do sideł – zgodził się Dorlivin. – Ale może być nieco słabsze. Trutka już leży tu jakiś czas, straciła moc od czasu uczty. Koniec końców, Dorlivin założył trzy pułapki: jedną zaraz przy wejściu do Lwiej Loży, drugą w korytarzu prowadzącym do jaskini, trzecią zaś zaraz przy drzwiach w komnacie z obrazami ku czci Alocera. ~ Łowcy Alocera KTOŚ nadchodził. Z początku było to tylko niejasne przeczucie, że właśnie coś miało się zdarzyć, aby, wreszcie – Daleki róg myśliwski rozbrzmiał złowrogo. Tubalny dźwięk zawibrował, najpierw z bardzo daleka, niemalże nie do odróżnienia od wichru dącego nad srebrnymi szczytami Obłędnych Gór. Parę dłuższych chwil później, róg zabrzmiał po raz wtóry, tym razem już znacznie bliżej, być może pośród drzew wokół Lwiej Loży. I wreszcie, na samym końcu, ktoś zadął w róg po raz trzeci, głośno i donośnie, a ponury dźwięk potoczył się echem po całej Loży, a ryk potoczył się aż przez ciemne zakamarki jaskini. Ktoś stał przed wrotami do Lwiej Loży. Jaithe, Zaira, Kraghul i Zakareth, a także Dorlivin i Rathor natychmiast poderwali się ze swych legowisk. Kroki. Ktoś skradał się przez dłuższy czas, a potem… WWRRRUUMM… KRAK!!! Nagła eksplozja przetoczyła się przez komnaty i jaskinię Lwiej Loży, akompaniowana przez dalekie syki i pojękiwania. Sidła Dorlivina zadziałały! Jednak parę chwil później, pośród rumoru, podróżnicy usłyszeli rytualne zaśpiewy i coś na kształt trzasków energii. Coś działo się po drugiej stronie drzwi. I potem więcej ciszy. Szepty. Zaraz potem, zamknięte drzwi eksplodowały. Ktoś, kto rozwarł drzwi na oścież, rzucił jakąś małą bombę zaraz przed siebie. Seria eksplozji odbiła się echem przez jaskinię, światło, swąd siarki. Drugie z sideł krasnoluda zatrzasnęło się, nie czyniąc nikomu krzywdy! Cztery sylwetki ubrane w skórznie przykryte szarymi, wytartymi i utytłanymi w błocie szatami wkroczyły do środka. Wyglądało na to, że to byli ludzie. Lub też, precyzyjniej było powiedzieć, że kiedyś, w którymś momencie, byli ludźmi. Szpony, podobne zwierzęcym, dzierżyły krótkie, myśliwskie łuki, zaś szare płaszcze, skrywające skórznie, nosiły na sobie ślady krwi. Na pancerzach wyryte były jakieś runy, zdaje się, zapisane Piekielnym. [image: cultist.png] – Na Toraga! – wrzasnął Dorlivin. – Tacyście mądrzy? Chodźcie, posmakujecie mego młota! Za ród Ponurorytuuu!!! – Psy Auldegrunda!? – ryknął Rathor, wymachując swym korbaczem. – Wzięliście mnie raz, drugi raz powrócicie do swego parszywego pana w Piekle!