'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
Randal (Mike)
- Ruszajmy dalej, martwym poza pochówkiem więcej pomóc nie możemy, a taszczyć zwłoki przedkładając je ponad życie porwanych? Głupota i grzech. I konflikt prawny, bośmy zobowiązali się do wykonania zadania, a wracając porzucimy je - Randal zaatakował werbalnie z trzech frontów naraz. - Musimy ruszać dalej, nim trop ostygnie.
-
Składamy się do kupy...
Leśna polana, której należało się po krwawej bitwie jakieś miano, wyróżniające ją spośród innych górskich polan Drusdygg, schwytała przybyszów w swą przestrzeń, zatapiając ich niby w żywicy. Zbliżmy jednak oko na sprawy Kompanii, nie patrząc tak bezosobowo i z wysoka.
Czas zdawał się rozciągać i rozciągać na Migdałowej Polanie, zaś pytania pozostawały bez odpowiedzi, decyzje niepodjęte, a groźby w powietrzu i złe spojrzenia nieugaszone. Rewelacje Mariusa o czarowniku wśród goblinów ostudziły krew Seweryna, ale nikt spośród obu zwaśnionych towarzyszy nie palił się, by wyjaśniać więcej czy przepraszać.
Cyrulik demonstracyjnie schował nóż i widząc, że półelf wciąż wykapuje na trawę, równie demonstracyjnie wydobył zawiniątko robiące za najbardziej mobilną z apteczek. Nie mówił nic, złagodził minę i twarz miał zwyczajną (czyli po swojemu nieprzyjemną), ale gestem jasno dał znać, że chce pomóc. Kai jednak machnął ręką z aktorską wprawą, która potrafiła prostym gestom nadawać dziesiątki znaczeń. I tak, niby to tą ręką prychał, że nic-to i nie-ma-co, nie ma potrzeby pomagać, trochę osłaniał się z surowym nie podchodź, trochę odganiał Seweryna jak natręta, a jeszcze haczykiem sięgał po oschłe dzięki, jak przy machnięciu niepotrzebnemu kelnerowi.
Medyk wzruszył na to ramionami, schował swą mini-apteczkę i poszedł za Mariusem, który zbliżył się do goblińskiego szamana na oględziny. Czarownik – jeśli był nim w istocie – fizycznie nie odróżniał się zanadto od pozostałych, choć Seweryn sprawdził fachowo, że głowa dziwnie długo trzyma u niego temperaturę jak na kogoś ewidentnie zabitego. Medyk rachował, że z niejasnego powodu – mimo niebijącego już serca – krew pod czaszką nadal krążyła, a zatem pewnie mózg zachowywał szczątkową aktywność.
Marius nie był ekspertem od anatomii, ale czując łączność z siłami poza anatomicznym poznawaniem, również odnotował resztkę obecności goblińskiego ducha. Znał podobne odczucie, gdy myśl płynąca do niego Stamtąd wwiercała się pod czaszkę i rozkazywała, by potem stopniowo odpłynąć, ale zostawić po sobie pełgający posmak, który dawał wrażenie, że Ktoś Wciąż Tam Jest (mimo zatraconego kontaktu). Goblin musiał umieć korzystać z telepatii, a jego magia miała raczej źródła w umyśle niż w inkantach z ksiąg, czy modłach do bogów.
Oględziny ciała ukazały chuderlawą, kościstą sylwetkę, która była pokryta szeregiem prostych tatuaży. Część była prostą geometrią, ale trafiały się też czachy czy jakieś formy run ułożonych w nieznane nikomu słowa. To co było wspólne dla Szczuja i jego pobratymców (tam, gdzie pobieżny przegląd pozwolił dojrzeć), to tatuaże z czarnym ptakiem, dziabane w różnych miejscach, acz z dominacją rąk i szyi.
Goblin miał prosty, acz ewidentnie niegobliński kordelas i kilka zwykłych noży. Poza tym – jak i pozostałe – kołczan i krótkie łuki, ale dziwnej, dostosowanej do pokurczy konstrukcji, która sprawiała, że niewygodnie było je chwytać. Przy sznurowanym pasku czarownik miał swoją skórzaną saszetę, ale z racji, że nie sięgał po magię w standardowym wydaniu, brakło tam spodziewanych ziół czy eliksirów. Zamiast tego było trochę bezwartościowych błyskotek, mały mieszek z monetami, królicza łapa (w nienajlepszym stanie) i spora bryłka – tak, tak – złota.
Złoty samorodek był nie większy niż piąstka niemowlaka i nieco zanieczyszczony, ale musiał mieć solidną wartość. Przy przeglądzie monet Mariusa i Seweryna zaciekawiła proweniencja niektórych: kilka złociszy było standardem Wolnej Ligi, zaś poza tym trzepotały się tam ludzkie miedziaki i parę srebrników. Wśród monet był też jednak z tuzin takich, jakich obaj patrzący nigdy nie widzieli. Kanciastych, pięciokątnych i bardzo starannie odlanych. Tu nie było nierówności standardowej prasy, ale dobrze do siebie pasujące wzorce. Każdy z pięciokątów okalały runiczne opisy, zaś w środku na awersie i rewersie znajdowały się symbole. Raz była to forteca, raz ścięty krzyż, a przy innej monecie półotwarta korona z toporem i tarczą. Poza tym duże, pojedyncze runy.
Nie sposób było zrachować, czy zrozumieć znaczenia tego, co na monetach, ale pewnym było, że nie są goblińskiej roboty. Mniej pewnym, ale łatwym do wydedukowania było, że robota ma coś wspólnego z krasnoludzką, albo podobną, acz nic ponad to nie przychodziło obserwatorom do głowy.
* * *
Kai został na pniaku w aktorskiej pozie zbolałego twardziela, któremu wszystko jedno, ale Lara dostrzegła fachowym okiem, że bard bez pomocy się nie obejdzie. I choć aktor odrzucił pomoc Seweryna, a pani doktor sama wciąż była nie do końca na siłach, to załatać jakoś było go trzeba.
Badaczka – ciągle sceptyczna po wcześniejszym odpale półelfa, który okazał się mieć źródła w hipnozie czy innym zaklinaniu – zbliżyła się do kompana z pakunkiem bandaży, prosząc by odsłonił ranę. Tym razem muzyk już nie oponował i odjął dłoń od twarzy, pokazując ściekającą strużkę krwi. Medyczka zabrała się do bandażowania raz-dwa i ulga miała przyjść szybko. Wcześniej trzeba było tylko przemyć i odkazić ranę, w którą brudne łapsko naniosło piachu...
Ale ostry impuls, gdy alkohol spadł na skaleczenie tak zapiekł Kaia (może za sprawą umysłu podrażnionego przez magię, a przez to wyczulonego na bodźce), że muzyk zgiął się pokracznie w bok i spadł z pniaka. Ciepło rozlało się po nim szybko schodzącą w dół falą, a oczy zaciążyły. Bard słyszał teraz kołysankę, którą sam wcześniej śpiewał.
Piękny głos, pomyślał. Nie ma co, czasem brzmię naprawdę klasa.
Lara skoczyła za omdlałym pacjentem i zobaczyła to, co wcześniej skryły rozpuszczone włosy śpiewaka. Na szyi odłamek wyciął poważniejszą ranę, która teraz – poruszony gwałtownym skrętem karku – otworzyła się i siknęła krwią.
Doktor Quatermain poczuła chłodny dreszcz, ale takie rzeczy, choć ciągle mogły zaskoczyć, nie wstrzymywały jej ruchów. Kobieta sięgnęła po ukrojony na takie okazje opatrunek, przypiliła go mocno do rany i zaczęło szybko bandażować. Dalsze minuty opieki, kojący balsam i odpowiednie ułożenie pacjenta sprawiły, że mimo bolesnych przejść, Kai poczuł się dużo lepiej. Sporą zasługę miała też w tym chyba przymusowa drzemka, która pozwoliła na moment zapomnieć o okrucieństwach wokół: posiekanych dzieciach, zabitych przyjaciołach i mącących w głowach diabłach, które były gotowe postawić druha przeciw druhowi.
Lara wyrzuciła 1 przy teście leczenia... Ale używa Inspiracji, więc bard zamiast obumrzeć, wraca do siebie po poprawnym drugim teście.
Kai odzyskuje 8 PW (tzn. ma teraz 9/13 PW). Lara wydatkuje na to 1 ładunek z Healer's Kit.
Znaleziska:
5 sztuk złota w lokalnej walucie
5 sztuk srebra (już podliczając z miedziakami) w lokalnej walucie
12 sztuk elektrum nieznanej waluty
Złoty samorodek wartości ~15-20 sztuk złota
Kordelas - 1d6 [traktujemy jak krótki miecz], ale jest porządnej roboty (niegoblińskiej i nieludzkiej), więc dobrze leży w łapie -> stąd +1 do rzutów na trafienie (ale nie na obrażenia)Jak te inne rzeczy będą Was interesowały, to mogę rozpisać
-
Seweryn (Rewik)
Gdy emocje opadły, Seweryn zaproponował opatrzenie ran, bo i takie obowiązki jego były, acz spodziewał się odmowy i nic z nią nie poczynił. Wśród obowiązków swych dla odmiany nie wliczał walki z olbrzymami, czy tępienia goblinów. Miał też swoje obowiązki w lazarecie, toteż na całą sprawę dalszego wędrowania patrzył coraz mniej przychylnie. Podszedł do rzekomego goblina psiona, gdzie stał już Marius.
— Skąd w tobie pewność, co do tego, iże został magią omamiony? Nie mogłeś tego widzieć, jako i ja. — Cyrulik z zaciekawieniem obserwował krasnoludzkie monety, które znalazł Marius, zastanawiając się, czy już kiedyś widywał symbole nań wytłoczone.
W myślach Seweryn zapewne dalej obwiniał Kaia o to co się zdarzyło. Oj, zawiść za szyderstwa nie była tu bez znaczenia, ale nawet jeśli tak, jak Marius mówi omamiono go zaklęciami, nie zmienia to faktu, iże najpierw dał się podejść i został zauważony.
Medyk wzruszył ramionami, mówiąc coś niewiele znaczącego o monetach, po czym przyjrzał się bliżej goblinowi.
— Według ciebie dalej dycha i jest świadom? Mimo tych ran? — Seweryn przeszukał się, w poszukiwaniu czegoś konkretnego. Jego palce namacały coś w ukryciu, ale nie zdecydował się tego wyjąć. — Baczaj, może być, że to kolejna sztuczka — ni to stwierdził ni zapytał, a miast po tajemniczą rzecz, sięgnął znów za nóż. -
Marius (Brilchan)
- Miałem doświadczenia, z bytami o podobnej mocy Panie Seweryn ta magia myślowa ma pewien znajomy... Posmak, że tak to ujmę, stąd wiem - odpowiedział na pytanie cyrulika.
- Nie ma tutaj zdrady, jeno wróg, któremu udało się nagiąć wolę jednego z nas. Płacą mi, żeby chronić naszą karawanę, zawiodłem Pana Migdała, nie mogę pozwolić, żebyście się nawzajem pozarzynali i pozwolić naszym martwym wrogom odnieść pośmiertny sukces - dodał.
-
Seweryn
Seweryn długo trawił odpowiedź Mariusa, wreszcie przytaknął na znak przyjęcia, zaproponowanej przez swego rozmówcę stanu rzeczy.
— Skoroście z podobnymi ars mentis mieli do czynienia, wprost pytanie zadam: czy to sztuka na tyle potężna, by zwodzić i śmierć udawać tak doskonale?
-
Marius (Brilchan)
- Sądzę, że jest martwy Panie Sewerynie. Udawanie śmierci może i jest możliwe, ale ja się z czymś takim nie spotkałem.... Po prostu zostawia, po sobie ślad jak zapach albo trop w błocie. - Wsłuchał się w wolę Mistrza, który potwierdził, że pomiot nie żyje i wydał kolejne polecenie.
- Poczekajcie Panie Sewerynie, chcę czegoś spróbować - powiedział i przyłożył własne czoło, do czaszki martwego goblina i jednocześnie zamknął oczy.
-
Opuszczając Migdałową Polanę...
Czas płynął, a rany się goiły. W ujęciu wysoce ogólnym wiele tego czasu się nie usypało - więc co niby miało się tak na szybko wygoić? - ale po paru minutach odpoczynku i kilku spędzonych na spacerowym okrążaniu Migdałowej Polany w poszukiwaniu śladów i obszukiwaniu zwłok, ranni otrząsnęli się z szoku i po trosze doszli do siebie.
W tym czasie mogli obserwować z zaciekawieniem (bądź innym uczuciem, które nazwali by po swojemu), jak Marius przytula się czoło w czoło z ubitym goblinem, którego wcześniej obrzynał z kłów i rozdzierał z szat. Młody kapłan sterczał tak w dziwnym uścisku przez parę minut, choć w swej własnej percepcji zdało mu się, jak potem mówił, że ledwo co zamknął oczy.
Przybliżenie głowy do ubitego Szczuja nie przyniosło Mariusowi żadnego przyływu wizji, mocy, ani niczego innego, co mógłby barwnie opisywać. Czuł tylko krew, brud i pot na pomarszczonym czole goblina, którego dotykał, ale zaraz coś odezwało się w nim samym. Coś, co kojarzył z przeszłości, a co wypływało gdzieś z głębi. Niby z trzewi, wyrywając się ku górze jak ofiara umykająca z gardzieli bestii. Paskudne uczucie pokrewne torsjom...
Ale to był moment. Potem głowa zapulsowała bólem, wzmożeniem, wznieceniem zmysłów. Marius zacisnął oczy i pięści, mimowolnie chroniąc się przed nieprzyjemnym impulsem. I zaraz było zaraz.
A właściwie już chwilę potem, co doszło do kapłana później, gdy zobaczył, że towarzysze nie są już w tych samych pozach i miejscach, w których widział ich przed momentem, gdy zamykał oczy. On sam nie doświadczył żadnej łączności z goblinem, ani przechadzki po jego wspomnieniach, ale "bogini" zdawała się zadolowona.
- Wyjątkowy okaz. I nie jedynak w swoim plemieniu. – Zaszumiał kojąco głos w głowie. - Rzadka mutacja, ale w tym odgałęzieniu rozwinęła się częściej. Szkoda, że głupcy zabijali większość swoich Mówiących ze strachu, zamiast dać im rozwinąć skrzydła.
- Ale dla was ludzi i waszych lepianek w dole to może i lepiej. – Woda zjechała po kamieniach wodospadu niby w dudniącym śmiechu. - Plemię zabitego żyje gdzieś niedaleko w jaskiniach. Wcześniej chowali się głębiej i unikali powierzchni, ale coś wypchnęło ich wyżej. Pod ziemią czuć poruszenie. I strach.
~Mistrzu... Czy ten okaz będzie Ci jeszcze potrzebny? – Połączył się myślą Marius. - Zabierać go? Myślałem, aby wracać w dół... Sprawy, które się liczą są w dole... We Wrotach, prawda?
- Zostaw go, wszystko już jasne. W jego plemieniu jest jeszcze jeden taki młody mutant... Ten mógłby być cenny, gdyby dostać go żywym. – Głos skapywał sylaba po sylabie, jakby myśl sączyła się gdzieś z wysoka. - Ale to poboczna sprawa. Co dalej rób według siebie, co najlepiej przyczyni się byś niebawem mógł wejść na Ścieżkę.
Seweryn wyrwał Mariusa z zadumy zdrowym klepnięciem w plecy. Medyk nie był pierwszy do takiej gwałtowności, ale wzbierająca bladość na twarzy magika i ciągłe milczenie trochę go zaniepokoiły, a że był najbliżej, skusił się...
- Tak, tak panie Sewerynie, jestem – burknął otrzeźwiały Marius. - Po goblinach pożytku już nie ma. Zbierzmy, co mają i spalmy ścierwo. Dziewczynkę i pana Migdała pochowajmy szybko, odprawię modły, a potem ktoś postawi jakiś porządniejszy nagrobek...
- Mowy nie ma! – wtrącił się Sylv, który nadszedł od prawej. Wcześniej wściekał się, a potem zawodził cicho nad ciałem towarzysza. - Zabieramy go stąd, nie będzie leżał gdzieś w środku lasu, żeby zeżarły go lisy!
- Dobrze, dobrze – zgodził się kapłan. - Zabierzemy go zatem... Ale dziecko ciężej będzie przenieść w tej... Formie. Zakopmy szybko i zabezpieczmy kamieniami. Choć tyle.
Ta część nie wzbudziła oporów u nikogo, a sam podział pracy poszedł sprawnie. Odnalezione szcząki nieszczęsnego dziecka złożono w płytkim grobie, który Marius, Randal i Sylv obłożyli ciężkimi kamieniami, by leśne stwory nie miały łatwego dostępu do zwłok. Krótka modlitwa do Osprem musiała dziewczynce wystarczyć, choć jej droga na drugą stronę niewiele miała wspólnego z marynarską "wieczną wachtą", czy "spokojem wód". Kapłan miał wypracowany repertuar, ale z racji okoliczności, zmienił nieco brzmienie paru formułek, dopasowując je do lądowego charakteru.
Goblińskie ciała zostały złożone do kupy i pozbawione kosztowności. W płytkim wykopie można było zasypać je chrustem i zalać oliwą, albo zostawić na żer wilkom i borsukom. Sylv przyprowadził konie i czekał, komu gdzie w drogę. Słowa Randala o konflikcie prawnym przyjął w milczeniu. Trawił coś w głowie i może nawet zaczął się wahać, czy aby rycerz nie ma racji, ale nic nie powiedział. Czekał tylko, na czym stanie.
Lara przepatrzyła pobieżnie trop w okolicy. Był rwany jak wcześniej, ale ewidentie dążył w górę, gdzie zaraz, pewnie jakieś pół stai dalej, las rzedł i przechodził w kosodrzewinę. Zebrani przy koniach patrzyli po sobie i czekali, kto pierwszy podejmie ruch, by mogli zdeklarować się w którą stronę podążą.
-
Seweryn (Rewik)
— Po-porzucić trop, zdaje się błędem. — Seweryn musiał to przyznać, nawet jeśli w tamtym momencie nie pragnął nim podążać. — Odpowiedzmy na pyta-anie, cóż chcecie osiągnąć, panie Randal? Czy, czy kilku ludzi ma rzucić się na watahę, co całą wieszę zdołała porwać? Czy też jedynie wywiedzieć, kim ci są, i przyjąć, że teraz pomocy im przynieść niepodobna?
— Jeślibyście i moje zdanie wzięli pod rozwagę, radziłbym rozdzielić się nam. Duża grupa, niosąca za sobą ciało i konie prędko by została spostrzeżona. Nie wydaje mnie się, by tamci nie zadbali o tyłów przepatrywanie, widząc co w wiosce dokonali. Mniejszej grupie może się udać. Może się udać. Tak.
-
Randal (Mike)
- Rzucać się na przeważające siły jest głupotą - oznajmił Randal. - Trzeba używać głowy, a do tego jako medykus chyba jesteście przeszkoleni. Musimy uratować tych ludzi. Nie przeczę, ryzyko jest. Ale ryzyko jest zawsze. Można wszak po prostu z konia zlecieć i kark skręcić, jadąc prostą drogą.
- Wożenie zwłok jest złym pomysłem. Nasz towarzysz był przyzwoitym kompanem i pochówek mu się należy, ale czy na pewno na skraju zasranego miasteczka, gdzie pewnie zaraz ktoś go wykopie by ograbić zwłoki? Tu, w głuszy bardziej mu przystoi spocząć. Wszak leśne ostępy były mu domem, niechaj więc po śmierci wróci do domu.
-
Seweryn (Rewik)
— Różnica to ludzi leczyć i dobro nieść, a zasadzkę i wojaczkę planować. Na twej głowie to będzie, nie mojej. A manewr baczaj, zakończyć się walką musi w ten czy inny sposób. Jeśli zratować bez niej nam przyjdzie porwanych, w pościg ruszą, a zbiec z niewolnymi nie zdołamy. Nim ruszę dalej z wami, wiedzieć bym chciał co planujesz, inaczej nasze drogi się tu rozchodzą i wracam do Czarnych Wrót, więcej tam dobra będę niósł, jak tutaj na własną rzeź idąc.
-
Marius (Brilchan)
- Ja też wolę wrócić, nikt mi nie płaci za ratowanie każdej wioski po drodze. Straciliśmy cennego członka grupy, bez którego śledzenie potworów będzie trudniejsze. Jeżeli padniemy w walce, nikt nie będzie wiedział, co się dzieje... Wolę wrócić i przekazać szefostwu... Jeżeli wydadzą rozkaz stanę do walki, nie będę nikogo powstrzymywał. Jeżeli czujecie potrzebę być bohaterem pieśni bohaterskiej, ale po otarciu się o śmierć przy ratowaniu Vuka i stracie Pana Migdała nie mam już chęci na takie zachowania - Marius miał wyraźnie zły humor, bolała go głowa, a informacje przekazane przez Mistrza też nie nastrajały go pozytywnie.
Nie mógł przekazać tego co powiedział mu Mistrz, bo i tak zaczynali na niego patrzeć podejrzliwe... Ważne, że źródło jego mocy był chwilowo zadowolony, ale Utopiec zupełnie nie czuł potrzeby, aby samemu, z siebie biec w kierunku zagrożenia jeżeli nie musiał.
-
Randal (Mike)
- Plany można robić znając całą sytuację. Nie wiadomo co zastaniemy na miejscu - odparł Sewerynowi Randal. - Ale wiedz, że nie zamiaruję z pieśnią na ustach ruszać na wroga, gdy tylko go zobaczę. Działać będę wtedy, gdy szansa powodzenia jest. Zrobisz co zechcesz, przymuszał cię nie będę.
Spojrzał na Mariusa i odrzekł:
- Nie o bohaterstwo tu idzie, ale o zwykłą przyzwoitość. Pomóc możemy. Bywajcie więc i szczęśliwej drogi. I życzę by nikt was nie zmierzył waszą własną miarą, gdy ratunku potrzebować będziecie. -
Tak jak w walce szale wagi przeginały się to na jedną, to na drugą, obiecując tryumf a to dzielnym awanturnikom, a to niecnym goblinom, tak i teraz, w dyskusji wahadło słuszności było raz tu, raz tam.
Choć, po prawdzie, może porównanie chybiało skali. Tu niektórzy byli twardo okopani na swoich pozycjach, ale bywały chwile, że tym podatniejszym na argumenty czy wolę drużyny, myśl zadrgała. Takim człowiekiem był Sylv, który – choć nie lwiej odwagi – serce miał dobre, ale nie wyrósł do przygody. Nie słysząc poważniejszej zachęty od Kaia czy Lary, przyznając w myślach pewną słuszność sir Randalowi, któremu jednak po nocnej przebieżce był niechętny, pozostał przy pierwotnej idei, by ruszyć w dół i najpierw zająć się godnym pochówkiem towarzysza.
Seweryn badał sens słów paladyna, ważąc czy aby nie przemówią one do niego twardymi faktami silniejszymi niż serce i troska, którą mógł dać potrzebującym w Dolinie... Ale nie przemówiły. Rycerz był sprytny i rozważny, ale medyk rachował, że mimo tego zanadto wiedziony ideą, gdy obaj musieli wiedzieć, że ich wypad za porwanymi na tym etapie skazany już jest na porażkę. Co najwyżej mogli wywiedzieć się, gdzie zabrano wieśniaków, ale czy kiedy (i jeśli) wrócą, by podać miejsce grupie pościgowej, to będzie jeszcze ktokolwiek do odratowania? Albo czy porywacze nie ujdą wyżej w góry?
- Ró-różnie na sprawy można patrzać, ale... Niech Was Pelor prowadzi – Pobłogosławił kompanów Seweryn, nim odszedł ku koniom, by wspomóc Sylva z bezpiecznym ulokowaniem zwłok Migdała.
- I Osprem – dodał Marius. - Niech Was wiodą pomyślne wiatry... I wróćcie bezpiecznie.
Trójka kompanów nie odpowiadała już więcej, zostając przy pożegnaniu, które wcześniej wygłosił Randal i stępa ruszyła naprzód.
Czy to lawina, która kiedyś tu zeszła, czy może jakiś dawny ślad po dukcie uczyniły dalszą drogę jaśniejszą i lżejszą. Wyższe drzewa igliły się po bokach, zostawiając piaszczystą smugę pośrodku mikrym braciom, którzy walczyli dopiero, by wzrosnąć. Na tej ziemi trop pojawiał się coraz obficiej. Być może było to za sprawą podatniejszej gleby, a może po prostu porywacze czuli, że są już dość daleko od wioski, by nie martwić się o zacieranie śladów i ostrożność.
Bądź, co bądź, tropiący mieli wiele szczęścia, że wpadli w ogóle na ścieżkę, którą bieżali zbiegowie. A i potem, po drodze, było wiele okazji, by zgubić drogę, bo ktokolwiek uprowadził chłopów, był fachowcem w swojej robocie. Biegłym w poruszaniu się po lesie, górach i po nocy.
Gdyby porwana grupa była mniejsza, zatarcie śladów byłoby pewnie kompletne, a zatem to głównie za sprawą mnogości dudniących na piachu stóp udało się 'pościgowi' złapać właściwy kierunek. Teraz czuli się już całkiem pewnie, więc jeśli nawet nie widzieli tropu przez jakiś czas, wciąż nie schodzili z koni, powoli wypatrując wskazówek. Zwykle coś trafiało się prędzej czy później i wiedzieli, że są na dobrej drodze, ale kilka razy musieli jednak zejść na ziemię i przyjrzeć się bliżej.
Trop nie wiódł cały czas wyżłobioną ścieżką, ale zaczął potem schodzić w bok i wić się, ciągnąc wyżej i wyżej, aż dotarł do skalistych zboczy, gdzie w bruzdach ziemi wzrastała kosodrzewina. Tu widać było pełniej bazaltowe nasienie Piekielnych Pieców, które wypluwały kawały skał po całej okolicy. Tropiciele rozglądali się niepewnie, świadomi, że są teraz na szerszej ekspozycji dla tych, którzy byli wyżej. Jeśli, oczywiście, ktokolwiek tam był.
Ciepły wiatr hulał tu nieskrępowany, co i rusz sypiąc w oczy pyłem. Poza ciepłem, niósł też smrodliwy, siarkowy opar. Z początku zapach irytował, ale z czasem szło się przyzwyczaić. Podróżni słyszeli, że na rubieżach Drusdygg trafiają się gorące źródła i parujące rozpadliny.
Lara, Kai i Randal mieli dość czasu, by przyzwyczaić się do atmosfery, bo ślad praktycznie zniknął. Na twardszej skale nie sposób było odnaleźć odcisków stóp, a oznaki przejścia, które mógłby zdradzać piach czy pył nikły przez gorące podmuchy halnego. Jedyna nadzieja pozostawała w penetracji coraz to kolejnych rozwidleń i rozstępów między zbitą warstwą roślinności i skalnymi wyrostkami.
Słońce weszło już głęboko w popołudnie, wybijając pewnie smakoszom w dolinie czas podwieczorku, gdy zmęczony półelf zamachał do towarzyszy na znak, że w jego odnodze widać ślad buta. Zasypany w naturalnej kotlince piach zaległ tu na dobre, więc ktoś, kto nieopatrznie wpadł w ten rowek, zostawił autograf na dość długo.
Trop był słuszny, ale dalsza droga była za trudna, by wieść wyżej konie. Zwierzęta trzeba było przywiązać i puścić się dalej pieszo. Na tym etapie, ścieżka czy też jakkolwiek zwać zerodowany, odsłonięty kawałek zbocza, byłaby jeszcze dość szeroka dla dwóch osób idących obok, ale na tyle nierówna, że prowadzenie konia byłoby mordęgą.
Bujna zieleń zniknęła całkiem, zostawiając swój blady odcień i zabiedzoną szarość porostów, które oblepiały skalne zbocza. Na wierzchu zaczęła dominować czerń bazaltu, skrywająca granitową szarość, wydobytą na wierzch przy zboczach o większym spadku. Dla młodych i zdrowych ścieżka była przebieżką dla formy, ale dla słabszych droga musiała być już nie lada wyzwaniem.
Siarczany smród, który zabił nagłym podmuchem z dołu odsłonił dla kogo podejście było nazbyt wymagające. Wyjście na skraj zbocza, gdzie grzbiet zakręcał, odsłoniło w dole, o może sto stóp niżej, nie więcej, gorącą, bulgocącą kipiel. Rozpadlina była miejscem, skąd wypływała parująca, wrząca woda, rozlewająca się w jezioro w szerokiej na kilkadziesiąt łokci niecce. Jeziorko właściwie, bo kotlinka była niewielka i płytka, choć stale zasilana bijącym z wnętrza ziemi ukropem.
W tym ukropie, mieniącym się od wypłukanych minerałów, widać było kilka zrzuconych ciał. Wrzątek robił swoje i wiele było już na dobre rozgotowanych, tracąc indywidualny charakter, ale szło dojrzeć, że trafili tam ludzie starsi. Wyglądając z góry szło zrachować cztery osoby, ale może był ktoś jeszcze, kto zaległ głębiej, ale zdążył już rozpuścić się w ukropie. Gorąco, które biło z dołu nie pozwalało przyglądać się zbyt wnikliwie, a gulgot dochodzący spod ziemi rodził obawę, że źródło może w pewnym momencie lunąć w górę wrzącym strumieniem.
Randal, Lara i zmęczony, nieprzygotowany (choćby w zakresie obuwia) na taką wędrówkę Kai czuli, że są już blisko. A przynajmniej mieli nadzieję. Tu pozbyto się tych, którzy nie byli w stanie iść dalej, ale skoro ciągnięto ich taki kawał, to chyba musiał mieć tu miejsce jakiś ostateczny rachunek?
Chyba, że coś – albo ktoś – przymusił porywaczy do zwiększenia tempa i leciwych, spowalniających przemarsz wieśniaków trzeba było porzucić. Do tej pory był to najmocniejszy i niemożliwy do podważenia ślad, że grupa pościgowa była na dobrej drodze.
Wzmocnieni pewnością, poszukiwacze ruszyli dalej. Natrafili jeszcze na parę kropel krwi, ale później trop się urywał. Nie przejęli się tym nadto, bo już nie raz po drodze tracili nadzieję, a szlak porwanych skręcał, wił się i mamił, uciekając oczom tropicieli. Czasem zaś, na bardzo długo nawet, znikał kompletnie. Szli zatem naprzód, ku górze, niezmordowani i dzielni.
Opasający zbocze góry grzbiet czy wypustka skalna, którą wcześniej zdążali, zaczęła tulić się do ściany coraz mocniej, zostawiając mniej i mniej przestrzeni, by iść naprzód. Z czasem nie było już drogi, by dwóch ludzi szło koło siebie, ale potem zbrakło jej, by iść choćby gęsiego, a dalej widać było, że skalny występ staje się ledwie wstążką, po której ledwo co można by stawiać stopę za stopą.
- Jeśli nie wzlecieli w niebo, to coś musieliśmy przeoczyć – westchnął Randal. - Trzeba się cofnąć niżej... Tam było coś, jakby boczny uskok.
Słowa prawdy i oczywistości, więc nikt nawet nie odpowiedział, a manerw w tył zwrot był naturalny. Cofnęli się i zaczęli przetrząsać ścieżynę krok po kroku. Jeśli widzieli jakieś ślady, to tylko swoje własne. Wtuleni w zbocze, kroczyli w dół, aż dotarli do wspomnianego "rozwidlenia".
Szparę między potężnymi blokami granitu ciężko było wziąć za otwarcie na nowy "szlak", ale to faktycznie było chyba ostatnie miejsce przed zawróceniem, gdzie droga dawała wątpliwość. Wyrwa między skałami była zasypana bazaltową, pokruszoną drobnicą, ale wiatr często strącał w dół wolne kawałki, więc zwałowisko nie nosiło świeżych śladów stóp, ani przejścia.
Kai był gotów przecisnąć się na drugą stronę jako pierwszy (w jego przypadku nie trzeba by się zresztą przeciskać), ale Randal ostudził jego zapał. Wychylenie się na drugą stronę mogło odsłonić ich na pułapkę, a przy niepewności podłoża, pakować się tam tak w sandałach...
Rycerz poszedł na pierwszy ogień i szpara okazała się dostateczna, by przeszedł przezeń bez siłowania się z kamieniem. Może o włos, ale obyło się bez kurczenia się, kulenia w sobie i przede wszystkim zdejmowania zbroi.
Po drugiej stronie nie było żadnej wyraźnej ścieżki (ta, którą dotarli tu tropiciele też nią de facto nie była), a jedynie skaliste, zasypane opadającym żwirem i bazaltowym pyłem zbocze. Idąc powoli dało się utrzymać pion, a wzrastające co parę kroków, osadzone w skale kawały głazów dawały naturalne oparcie, ale na dłuższą metę było tu niebezpiecznie. Niepewny krok sypał kamieniami w dół, a tak samo kamienie schodziły tu z góry. Trzeba było mieć baczenie na każdym ruchu.
Pierwszy przekonał się o tym Kai, któremu otoczaki dostały się pod stopę, kłując i wystarczył ten drobny impuls, by złe postawienie kroku skończyło się osuwiskiem... A półelf zleciał w dół, ściągając za sobą deszcz kamyków. Spadek w dół był długi i bardzo kanciasty...
Bard miał szczęście, że Randal schwycił go w porę. Ale półelf, choć szczupak, piórkiem nie był i nagłe pociągnięcie martwego ciężaru w dół nie dało rycerzowi szansy. Bronson zacisnął zęby aż zadźwięczało i razem z kompanem zjechał w dół. Pył podniósł się wysoko, zostawiając Larę w szarym obłoku niepewności.
Bogom dzięki, nie zjechali daleko. Stalowy osprzęt i grube rękawice Randala dały mu podparcie na jednym z wystających granitowych zębów. Rycerz wyhamował, ale nie utrzymałby Kaia. Półelf odzyskał już jednak rezon i zwyczajową zręczność, która tym razem pozwoliła mu niemal po kreciemu wbić się rękoma głęboko w usypisko i uchwycić jakiejkolwiek nierówności.
Oj, teraz byli już uważni, a każdy krok mierzyli po krawiecku. Wwlekli się z powrotem do Lary, ale koszt całego zjazdu w siniakach był niemały, a pot przemoczył ich do bielizny. Musieli teraz zważać na ruchy, a wszystko wydłużyło się niemiłosiernie.
Przetrząsnęli zbocze na sto i jeden sposobów, ale w końcu musieli otwarcie przyznać przed sobą, że trop jest martwy. Siniaki i guzy, a wszystko na marne. Wycofali się przed wyrwę i z powrotem na ścieżkę, ale tu mieli jeszcze kawał do przejrzenia. Szli i szli, macając skałę dla własnego bezpieczeństwa, jak i rachując, że może gdzieś kryje się jakaś szpara, czy ślad, który odsłoni im drogę. Zeszli z powrotem nad kipiel, gdzie gotowała się ludzka zupa już niemal pod wieczór.
Źli i zrezygnowani, z początku nie odzywali się do siebie. Musieli jednak wymienić myśli, zastanowić się, co dalej i zdecydować czy tu ich droga się kończy...
- Możliwe, że poszli jednak inną drogą, a tu wydelegowali fragment grupy, by pozbył się ciał – myślała głośno Lara. - Wówczas nie ciał jeszcze, oczywiście, ale porwanych, którzy mieliby problem przejść wyżej... Albo w głąb czegoś... Tunelu? Szybu?
- Nie widzę innego wyjścia – zgodził się Randal. - Musimy zbadać dokładniej jeszcze tę część poniżej. Może większość odbiła tam, a tu odprowadzono tych uznanych za niepotrzebnych. Niżej, jeszcze przy piętrze kosodrzewiny, było parę możliwych ścieżek odbicia.
- Zgoda, zgoda. – Uśmiechnął się smutno Kai. - Ale baczcie, że zmrok nas tu niedługo zastanie, trzeba wrócić do koni, a bez światła nie tylko nic nie znajdziemy, ale najpewniej połamiemy się tutaj...
- Nie trwońmy czasu – odrzekł paladyn, którego często porywał impuls. Ruszył od razu.
- Nie trwońmy – odparł plecom rycerza bard. - Nie chciałbym dawać rudemu tej satysfakcji, że miał rację...
Szukanie dalej przebiegało jeszcze wnikliwiej i z każdą chwilo, gdy światło zaczęło zanikać, bardziej rozpaczliwie. Poszukiwacze przetrzepywali zbocze, jakby dokonywali wiosennych porządków w mieszkaniu, odkurzając każdy kąt i przeglądając każdy kamyk. W końcu zdecydowali, że muszą wrócić do koni i spróbują przejrzeć końcówkę drogi z pochodniami.
Zwierzęta były niespokojne i głodne. Resztki słońca na grzebieniach Pieców dawały ostatnią tamę przed wilczym wyciem, którego koncert nadchodził. Randal nakarmił konie, a pozostali przygotowali ogień na ostatni, właściwie desperacki, wypad poszukiwawczy.
Finalny fragment ściezki nie przyniósł żadnego rozwiązania, choć wykazał, że przy grubym naciągnięciu rzeczywistości, można by uznać, że tropieni mogli odbić w któryś z niewielkich żlebów na boki. Przejście tam byłoby dla dużej grupy praktycznie niemożliwe, ale może przy świetle dnia warto było dać temu szansę? Zawsze zostawało jeszcze parę szlaków odbijających w zaroślach kosodrzewiny, o których mówił Randal. Wróg mógł skręcić i tam, zostawiając odwód ze skazańcami nieco w tyle. Potem mogliby przecież dogonić swoją grupę, zwolnieni od balastu.
Tylko ta krew w górze za kipielą... Może znali tam ścieżkę, którą mogli nadrobić drogę? Albo mieli osprzęt, więc mogli zwyczajnie zjechać w dół, nadrabiając straty? Ale czy... Czy to wszystko nie śmierdziało też magią? Bo czy mogli się pomylić i musieć zawracać? Pasowałoby to do nich?
Do nich, czyli do kogo właściwie?, pomyślał Randal. W głowie układali już wizję jakichś super-skutecznych porywaczy, którzy umykali im nieomylnie, a grupę prowadzili jak baranki na rzeź. Ale ile było takich spraw, gdzie strach, chaos natury i zwykłe przypadki sprawiały, że banda prostych zbójów rosła w oczach pospólstwa do rangi czartów czy wilkołaków?
- Muszę się cofnąć tam wyżej! – palnął nagle Kai, a pochodnie kompanów rzuciły na niego światło. - Muszę... Muszę to sprawdzić. Przeoczyłem... Może nic, ale spokoju mi nie da, jak nie sprawdzę.
Półelf, choć złotousty, nie umiał do końca powiedzieć, co go tak poruszyło. Wcześniej, zjeżdżając tam po zboczu, zobaczył coś. Jakiś poblask. Mgnienie, lśnienie. Zwał, jak zwał. Wiedział, że prócz zwykłych szarych skał trafiają się tu minerały. Kwarce, kamienie księżycowe, piryty. Ba, te góry przecież miały w sobie złoto i srebro. Była siarka, żelazo. Słyszało się o topazach z Drusdygg. Nie mówiąc o wszechobecnej mice, krzemieniach i skaleniach. To mogło być przecież cokolwiek...
Bard ruszył naprzód, ale ponowna droga pod górę dawała się we znaki. Randal wyprzedził go, oświetlając ścieżkę pochodnią i pytająco zerkając na druha. Już dziś, raz, Kai wciągnął ich w tarapaty. Swoim zachowaniem ściągnął na nich burzę i kosztował ich śmierć towarzysza. Czy teraz... Mógł znów wieść ich na manowce? Może to wcale nie goblin namotał mu w głowie?
Lara została nieco z tyłu. Wysportowana, gibka, silna, a jeszcze silniejsza umysłem, potrafiła często zmotywować swoje ciało do działań, które przekraczały ludzkie wyobrażenie. Jej wypady w dzicz uczyniły ją twardą i nieskorą do narzekań na przeciwności. Teraz jednak, znokautowana wcześniej i mocno ranna, zaczęła szybko opadać z sił. Kompani zaczęli oddalać się bardziej i bardziej, a członki pani doktor piekły mocniej i mocniej...
Kai przesadził raz jeszcze wyrwę, którą wcześniej przekraczali. Skok był nadto entuzjastyczny, ale już po drugiej stronie bard wyhamował i uspokoił ruchy. Osadził pochodnię wśród skał i zaczął obwiązywać się liną, której koniec przytroczył do stożkowatego skalenia. Randal przyświecał mu ostrożnie, dumając co druh wyczynia. Lara nadeszła na miejsce dopiero po chwili, spocona, obolała i dysząca, patrząc jak asekurowany przez paladyna, bard opuszcza się parę łokci w dół.
Półelf zsuwał się po zboczu powoli, osadzając stopy głęboko pod kamieniami, by dać im oparcie, ale pochodnią w drugiej ręce oświetlał wszystko wokół, szukając bogowie-wiedzą-czego. I znalazł. Znalazł i teraz wiedział, że się nie pomylił.
- Krew! – syknął z dołu, wstrzymując krzyk, który chciał wznieść wcześniej. - Mignęło mi wtedy... I nie przypadek...
- Gdzie? – Wyjrzał z góry Randal. - Nie nasza? Jak zjechaliśmy tam po skale, trochę dupsko obtarło.
- Nie-nie... – Kai był pewny. - Widziałem dokładnie tu jak spadałem. To była taka chwila... Wątpiłem, ale jednak. Jednak widziałem.
- Schodzisz niżej? – Lara oparła się o ramię paladyna, gdy w oczach jej pociemniało po wykroku nad zboczem.
- Taaak... – Półelf był już niżej, ale lina nie mogła sięgnąć dużo dalej. - Spróbuję.
Bard był teraz już bardzo ostrożny. Stawiał kroki jakby grał w klasy na zwolnionych obrotach, każdą stopą omijając każdą linię i skalny kant. Miał wolną tylko jedną rękę, bo w drugiej trzymał pochodnię, więc pochód był podwójnie powolny.
Ale już kilkanaście stóp niżej ze ściany wystawał ogromny głaz, sterczący w bok jak jeleni róg. Skała dawała oparcie przed spadkiem niżej i zbierała sypiące się z góry kamienie i pył. Muzyk-wspinacz musiał odwiązać linę i te ostatnie metry przebyć bez asekuracji. Zrzucił delikatnie ogień poniżej, modląc się, by nie wygasł i oświetlił mu zejście.
Nic z tego. Zejście przyszło mu kończyć po ciemku, ale stężały niemal w ruchach Kai dopiął swego i na skałę dotarł w całości. Tu odpalił ogień na nowo i... No właśnie, co dalej? Przysiadł na kamieniu i wychylił się nad brzegiem, śledząc rumowisko w dole.
I znalazł. Znalazł to, za czym tutaj przybyli.

- Mam! – syknął z dołu najgłośniej jak potrafił, niepewny czy taki syk jest w ogóle bezpieczniejszy niż zwykłe zawołanie. - Jest przejście!
Każdy z poszukiwaczy stracił Punkt Inspiracji (założyłem, że zależy Wam na tym tropie, więc podjąłem taką decyzję). Szczęśliwy rzut (20) przypadł w udziale Kaiowi na powtórzeniu po Inspiracji i tym samym to on odnalazł tajemniczy właz.
Kai: Używa swojego jedynego punktu Inspiracji i ma (aktualnie) zero.
Lara: Używa swojego ostatniego (póki co) punktu i też ma zero (użyła 1 punktu, by wyratować się od śmierci, a jednego, by powtórzyć nieudane Leczenie Kaia).
Randal: Zużywa 1, zostaje mu jeden.PW: Kai traci 1 PW spadając ze skał. Randal traci 3 PW (mocniej go widać obiło w tej puszce).
-
Marius i Seweryn


Droga w dół, bez niebezpieczeństw na horyzoncie, w popołudniowym, ciepłym słońcu i z wiatrem w plecy byłaby całkiem przyjemnym zwieńczeniem sierpniowych dni. Jadący bok w bok jeźdźcy nie mieli jednak dobrych humorów. Ich misja zakończyła się fiaskiem. Trzech konnych i jeden martwy pasażer. Nikt nie miał apetytu na rozmowy, więc ciszę wypełniały nieprzystające do min ptasie trele. Las śpiewał, słoneczko grzało, a konie parskały wespoło pobudzone, czując powrót do bezpieczeństwa.
Grupa zjechała do Pogorzeli, kiedy było już dobrze na podwieczorek. Pewnie dałoby radę szybciej, ale zanurzeni w myślach, wędrowcy nie śledzili dokładnie szlaku, jadąc na pewniaka, czym dołożyli sobie nieco drogi.
Wincent powitał ich na miejscu machając radośnie, ewidentnie wspomagany w pilnowaniu wioskowymi piwniczkami. Podlana radocha błyskawicznie z niego wywietrzała, gdy tylko zobaczył, że Migdał wrócił z wyprawy tylko ciałem. Zbladły, strażnik wybąkał tylko...
- A reszta?
- Pojechali dalej, tropem porwanych – odparł Marius. - Myśmy uznali, że to już bezcelowe i zbyt niebezpieczne.
- C-c-co oni? Pofszaleli? – zapytał Wincent w pierwszym odruchu, ale zaraz zafrasował się, zaczął coś sobie układać pod czaszką i westchnął aż przysiadł. - I fdzie ten ślad fiedzie? Fiecie, kto ludzi porwał? Z nimi się feście fsięli?
Ani Marius, ani Seweryn, ani tym bardziej Sylv, który duchem był niemal nieobecny nie mieli nastroju na rozmowy, jednak coś odpowiedzieć było trzeba. Wincent miał prawo wiedzieć, co spotkało jego przywódcę i czy tajemnica Pogorzeli wyjaśniła się choć trochę. Medyk zaś i czarownik rozumieli, że takich wyjaśnień będą musieli udzielić dużo więcej i to nie tylko prostemu żołdakowi, ale i oficjelom we Wrotach.
Co powie starosta? Czy będzie ich winił, że weszli w zasadzkę i stracili człowieka? Ale czy nie gorzej, jeśli surowo oceni to, że zamiast ruszyć dalej z resztą za tropem, zawrócili bez rezultatów? A co jeżeli Lara, Kai i Randal zginą tam w górach? Albo – choć Marius i Seweryn powątpiewali w to nieco – odnajdą zaginionych i wrócą tryumfalnie, nie pomijając bierności towarzyszy w kluczowym momencie?
Seweryn zaczął się zastanawiać, czy bard – gdyby jego grupka odniosła sukces – nie wykorzysta go, by uderzyć w kompana z którym się ściął. Czy śpiewak był mściwy? Na pewno był groźny –choć na pozór stroił się na fiu-bździu lekkoducha, to jednak miał gadane i głupi nie był. Pewnie umiałby zrobić dobry użytek z informacji, a przecież w samej Kompanii był chyba najważniejszy z całej drużyny. Ta jego niejasna rola jako... Kogo właściwie? Konsultanta czy tam plenipotenta któregoś z inwestorów zdawała się krętactwem. Kai nie był przecież figurantem. Raczej nadzorcą, który pewnie miał patrzeć im na ręce, a może i kontrolować ruchy? Szpiegiem i człowiekiem 'Góry' na miejscu.
A może nie? Cyrulik sam nie miał pewności, co ma myśleć, ale uznał, że tak czy owak muszą z Mariusem i Sylvem ustalić jasno szczegóły tego, co się wydarzyło, aby potem karnie nie oberwać. Kapłan rwał się już do drogi do Czarnych Wrót, ale medyk chciał jeszcze odbić za śladem krwawej bójki, w której brał udział Grumwid.
- Zofańcie już tutaj – namawiał Wincent, w czym znalazł poparcie u Sylva. - Grebo polfeciał z rana do Frót, więc pefnikiem lutsie fjadą tu nietługo. A fto wie, mofsze i Ulef fróci z posiłkami z Foscoe pfszed nocą.
- Może, może – zanucił pod nosem Marius. - Ale sprawy mamy też własne. I odpowiadamy przed Kompanią.
- Ja zostaję – stwierdził sucho Sylv. - Przyjadą, będą pytać. Potrzebować, żeby im wskazać, co i jak. Gdzie dalej ruszać. Będziemy potrzebni.
- No, no – zgodził się Wincent. - I pana Claude'a pochofajmy też. Tu niech spofnie. Tę fioskę ratował.
- Zrobią, co uznają – wzruszył ramionami Sylv. - Ale tak, złóżmy go tutaj. Zginął jak bohater. Jeśli ludzie tu wrócą... Niech on im będzie patronem.
-
dr Lara Quatermain (Alex Tyler)
Migdał leżał zbyt spokojnie jak na człowieka, który jeszcze niedawno przepatrywał każdy kamień na drodze. Lara złapała się na tym, że uporczywie poprawiała mu pancerz — gest całkowicie zbędny, groteskowy przy ciele, które już niczego nie potrzebowało. Urękawiczone palce miała wilgotne od jego krwi i od własnej, a mimo to czuła nieznośną pokusę, by zrobić cokolwiek, co choć odrobinę przywracałoby światu pozory ładu. W Wolnej Lidze ziemia była sucha, kamienista, ale przyjmowała z zaskakującą łatwością i zabitych, i ziarno. Dolina Drusdygg najwyraźniej preferowała to pierwsze.
Palce drżały jej nie od wysiłku — ten znała dobrze — lecz od tej specyficznej mieszanki złości i bezradności, która zawsze wracała, kiedy śmierć zjawiała się zbyt szybko, zbyt bezsensownie lub wbrew wszelkim rachubom. Claude... Migdał, wolał, żeby mówiono na niego Migdał — jakby sam siebie chciał sprowadzić do byle przekąski łapanej w biegu — miał przeprowadzić ich przez dolinę. Nie umrzeć na przypadkowej polanie jak zwykły, zagubiony w lesie człowiek.
Spór Kaia z Sewerynem docierał do niej początkowo jak echo zza grubej szyby. Podnoszone głosy, ten charakterystyczny ton urażonej dumy, gdy półelf próbował zasłonić się ironią, oraz ostry, cięty gniew cyrulika — wszystko to składało się na dźwiękowy szum, który wreszcie przekształcił się w wyraźne słowa. Quatermain uniosła głowę dopiero wtedy, gdy w powietrzu aż zaiskrzyło groźbą przemocy. Seweryn z nożem, Kai z tą swoją sceniczną pozą — jakby nawet w chwili, gdy ktoś chce mu poderżnąć gardło, wciąż nie potrafił przestać grać.
Była naocznym świadkiem całego zdarzenia. Widziała wystarczająco, by złożyć fakty w całość. To Kai ich wywabił. Jego głos, jego gest, jego sygnał — nie głos goblina, nie szept mrocznego bóstwa, tylko znajome, przyjazne dźwięki. Potem rozpoczęła się desperacka walka, magia, śmigające strzały, uśpione gobliny, huk dwulufowego arkebuza... świat, który stanął w płomieniach — i z tego wszystkiego został trup towarzysza na trawie, dziecko w garnku i półelf, który każe się trzymać z daleka.
Gdy Marius wspomniał o czarowniku, o telepatii, o umysłach naginanych jak sprężysty metal, coś w niej zaskoczyło. „Widziałam już ludzi, którzy zabijali »pod wpływem«”, pomyślała, zaciskając zęby, gdy pod opatrunkiem coś znów nieprzyjemnie zapiekło. Najwidoczniej nie był sobą, bo kierowała nim obca wola za pośrednictwem zaklęcia. Ludzkie ciała miały jednak tę okrutną właściwość, że nie czyniły różnicy między ostrzem kierowanym z własnej woli, a ostrzem prowadzonym cudzą ręką. Rana wyglądała tak samo.
Im dłużej patrzyła na martwego goblińskiego szamana — na tatuaże, na runy, na tę nienaturalnie ciepłą jeszcze głowę — tym mocniej czuła, że gniew Seweryna bije w złe miejsce. Ktoś grzebał w głowie Kaia jak w otwartej szufladzie. Ktoś popchnął jego dłoń, nim ta sięgnęła po właściwy akord. Półelf był nierozważny, próżny i niebezpiecznie lubił dramatyzować, ale nie widziała w nim mordercy własnych towarzyszy. Nie z premedytacją. Nie z wyboru.
Claude nadal jednak nie żył. I między tymi dwoma faktami — że Kai był sterowany, a Migdał martwy — rozciągała się przepaść, której nie potrafiła zasypać żadnym teologicznym ani magicznym wyjaśnieniem.

Kiedy wreszcie docisnęła bandaż na własnym ciele tak, że przestał przesiąkać, nagle poczuła, jak próżnię po adrenalinie wypełnia ciężar zmęczenia. Kolana zmiękły, świat zwęził się do rytmu jej oddechu i ściszonego szmeru głosów wokół. Powinna była usiąść już wcześniej — to wiedziała. Ale wiedza teoretyczna miała tę wadę, że często przychodziła za późno.
Seweryn próbował w tym czasie zbliżyć się do Kaia z apteczką, demonstracyjnie, w milczącym stylu. Półelf odtrącił go gestem, który w każdej tawernie świata publiczność nagrodziłaby śmiechem. Tutaj tylko pogłębił ciszę. Lara przyglądała się temu z dystansu, który sama sobie narzuciła, lecz wiedziała, że każda taka scena odkładała się w ludziach jak kolejna warstwa osadu: uprzedzenia, urazy, drobne antypatie, które z czasem twardniały w kruszec nieufności.
Kai był ranny. To widziała od razu: sposób, w jaki trzymał głowę, napięcie mięśni szyi, płytki oddech. Drobne, niepotrzebne spięcie, kiedy ktoś podchodził zbyt blisko — instynktowna reakcja człowieka, który sam już nie wie, gdzie kończy się jego wola, a zaczyna cudza. Quatermain znała ten odruch, widziała go u żeglarzy wyciągniętych z topieli, u rekonwalescentów po gorączce z majakami.
Podniosła się w końcu, podpierając się dłonią o pobliski pień, i sama podeszła do barda. Bez komentarzy, bez aktorskich gestów. Tylko bandaże, igła, alkohol.
— Pokaż — powiedziała cicho, dość beznamiętnie. Nie jak szanowany doktor medycyny z Greyhawk, nie jak dama z dobrego domu, tylko okrętowy łapiduch do marynarza.
Kai z westchnieniem odjął dłoń od skroni. Pierwsza rana okazała się paskudna, ale nie śmiertelna. Zwykłe skaleczenie w innym miejscu świata, w innym czasie. Tu, w Dolinie Drusdygg, wszystko nabierało jakoś cięższej wagi.
Dopiero gdy alkohol spadł na rozcięcie, a półelf skręcił się jak rażony gromem i runął z pniaka, Lara zobaczyła właściwy problem. Włosy odsunęły się jak kurtyna i ukazały rozcięcie na szyi — niebezpiecznie blisko wszystkiego, co w szyi cenne. Impuls strachu był ostry, lodowaty, ale jej ręce pozostały pewne. Dociśnięty jałowy opatrunek, szybkie, krótkie ruchy — tak techniczne i przetrenowane, że niemalże nieludzkie.
To wszystko już widziała. Krew na statku. Krew na piasku plaży. Krew na deskach sali sekcyjnej. Nigdy jednak nie była to ta krew, ten człowiek, ten półelf, który przed chwilą wkładał całą swoją próżność i talent w to, by rozbroić napięcie żartem.
Kiedy wreszcie skończyła, a oddech Kaia się wyrównał, poczuła, jak napięcie zaczyna odpływać. Choć nie do końca. Jak zwykle coś zostawało — cienka żyłka lęku, że przeoczyła drobnostkę, że jedno włókno na szyi pęknie za godzinę, nie teraz. Ale wraz z wydłużającą się drzemką barda, z każdą jego spokojniejszą nutą oddechu — bo nawet śpiąc oddychał teatralnie — ciężar na jej sercu malał.
Dopiero wtedy pozwoliła spojrzeniu powędrować ku Mariusowi i Sewerynowi, pochylonym nad goblińskim trupem. Dziwna para: osobliwy kapłan z głową przytrzymaną przy czole potwora i niewiele normalniejszy medyk, który liczył impulsy ciepła pod dłonią trupa. Ich wymiana szeptów docierała do Lary tylko strzępami: mutacja, telepatia, mówiący, plemię w jaskiniach.
A potem: metaliczny dźwięk monet przesypywanych z dłoni do dłoni.
— Pokażcie, proszę — rzekła nieco nadwyrężonym głosem.
Seweryn, najwyraźniej przywykły do tonów medyków i kapłanów, nawet się nie zająknął, tylko wysypał jej na dłoń zawartość znaleziska. Złoto Wolnej Ligi, zwykłe miedziaki, parę srebrników — to wszystko rozpoznała jednym spojrzeniem. Ale były tam i inne krążki. Kanciaste. Pięciokątne. Zbyt starannie wykonane jak na goblińskie rzemiosło. Nie była to z pewnością robota żadnej leśnej bandy „szaraków”.
Zbliżyła jedną z monet do wzmocnionych okularami czarnych oczu, mrużąc powieki. Runiczne napisy obiegały krawędzie figury, w środku zaś — symbole: forteca, ścięty krzyż, korona z toporem i tarczą. Ciężar krążka różnił się od ludzkich monet. Rozkład masy był jakiś… zbyt surowy, zbyt praktyczny.
— Zdaje mi się, że to nie zwykłe krasnoludzkie bicie — wymknęło jej się półgłosem. — Zbyt kanciaste, zbyt chłodne.
W pamięci przywołała ryciny z podręczników, rzuty monet widywanych w kolekcjach numizmatycznych w Greyhawk. Runy różniły się nieco od tych, które standardowo wiązano z klanami z okolicznych gór. Linie były prostsze, twardsze, mniej ozdobne. Jakby ktoś wziął klasyczne krasnoludzkie pismo i odarł je z wszelkiego zbytku, zostawiając tylko ostrza i kąty.
„Szare krasnoludy…” — powiedziała w końcu w myślach, a owe słowa zaciążyły jej tak, że niemal wypowiedziała je głośno. Duergarowie. Podziemne plemiona, o których krążyły opowieści równie mętne, co gorące źródła Piekielnych Pieców. „Albo ktoś, kto od nich się uczył”.
Goblińscy szamani, monety spod ziemi, telepatyczne manipulacje, znikające wioski i porywane dzieci. Całość zaczynała układać się w mapę, na której Dolina Drusdygg nie była już tylko dzikim pograniczem Wolnej Ligi, lecz gardłem, z którego coś — ktoś — zaczynał się przeciskać na powierzchnię.

Rozstanie z resztą drużyny było krótkie, rzeczowe, lecz przez to wcale nie mniej bolesne. Sylv, z uporem, którego Quatermain nie mogła mu odmówić, trwał przy swoim: Migdał wraca z nimi. Seweryn — wierny swoim rachubom, ale i własnemu wewnętrznemu kompasowi — skłaniał się ku dolinie. Marius, rozdarty między podszeptami swojej „bogini” a ryzykownym obowiązkiem, ostatecznie również skierował wzrok ku ścieżce wiodącej ku Pogorzeli.
Randal, Kai i Lara zostali na polanie, gdy konie ruszyły z powrotem. Powietrze w Dolinie Drusdygg pachniało ostatnio siarką, potem i rodzajem milczenia, które nie było spokojem, lecz oczekiwaniem.
— Trójka przeciw niewiadomej — skwitowała w duchu, patrząc, jak sylwetki towarzyszy maleją. — Statystycznie rzecz biorąc, marny układ...
A jednak nie potrafiła zawrócić. Migdał już nie żył. A każda uciekająca chwila stanowiła ryzyko, że porwani mogli zniknąć bezpowrotnie w trzewiach gór. W pamięci odgrzebywała mapy, które szkicowała w głowie zawsze, gdy ruszała w teren: ścieżki, uskoki, naturalne gardziele, miejsca, które sprzyjały kryjówkom. Zbyt wiele śladów prowadziło w górę, by można było je teraz zignorować.
— ... na szczęście nie jestem statystyczką — dodała z cieniem uśmiechu, jakby pod wpływem wagi zadania powróciła jej część dawnego rezonu i brawury.

Widok kipieli, do której doprowadziły ją tropy, był próbą nawet dla jej zahartowanego lekarskiego żołądka. Wrzące jeziorko, bulgoczące jak kocioł alchemika, w którym ktoś zapomniał zmniejszyć płomień, ciała unoszące się jak rozgotowane kukły. Stopy, ręce, strzępy ubrań. Starsi ludzie porzuceni jak zepsute narzędzia.
Quatermain odwróciła się w końcu, wciągając powietrze przez zaciśnięte zęby. Zawodowe skrzywienie mówiło swoje: mogłaby opisać temperaturę wody, szacunkowy czas rozkładu tkanek, określić mniej więcej okres, jaki upłynął od wrzucenia pierwszego ciała. Żaden z tych faktów nie przynosił jednak ulgi.
— To nie efekt zwykłego okrucieństwa — powiedziała w końcu półgłosem, jakby usprawiedliwiając przed samą sobą, że idą dalej. — To techniczne pozbycie się balastu.
Brzmiało to tak zimno, że aż zawstydziła się własnych słów. Chociaż była to najuczciwsza diagnoza, na jaką było ją stać.
Kolejne godziny wspinaczki były już tylko mechaniczną procedurą: krok za krokiem, odłamek za odłamkiem, płuca protestujące przeciwko siarkowemu miazmatowi i mięśnie, które coraz wyraźniej przypominały, że ktoś nimi niedawno potrząsnął jak bezwładnym ciężarem. Trop gubił się, odnajdywał, wyparowywał na skale i powracał w piachu.
Zawrócenie było w pewnym momencie nie tyle decyzją, ile kapitulacją przed geometrią gór. Ścieżka zbyt wąska, zbyt krucha. Wrócili, przetrząsnęli zbocze raz, drugi, wreszcie trzeci. Lara czuła, jak rośnie w niej gniew — nie ten buchający, jak niedawny Sewerynowy, lecz zimny, cichy, który zastyga w kościach jak jeszcze jedna warstwa zmarzliny.
Kiedy Kai nagle oznajmił, że musi wrócić „tam wyżej”, że coś widział, bodajże jakiś błysk, Quatermain miała przez ułamek sekundy ochotę powiedzieć po prostu: nie. Nie po tym wszystkim. Nie po Migdale, nie po goblińskiej magii, nie po tym, jak półelf — z własnej winy czy nie — zdążył już raz wepchnąć ich w śmierć.
Zamiast tego tylko westchnęła i poprawiła pasek torby.
„Jeśli ma rację, a my tu zostaniemy, to będę musiała żyć z tym, że kazałam zawrócić” — skonstatowała w myślach. — „A jeśli jej nie ma, to przynajmniej będę miała kolejny powód, by go udusić”.
Nie był to klasyczny kodeks Pelora, Lydii ani Celestiana. Ale był jej.

Wspinaczka do rozłamu w skale tym razem bolała bardziej. Każdy krok ciągnął za sobą echo wcześniejszych, a Piekielne Piece znały się na zadawaniu pytań o sens wędrówki. Lara dotarła do szpary jako ostatnia. Oddychając ciężko, czuła też tłuste, lepko-ciepłe krople potu spływające wzdłuż kręgosłupa. Światło pochodni drgało na ścianach, zamieniając skały w poruszającą się powłokę jakiegoś kamiennego stwora.
Randal przeszedł pierwszy, ostrożny do przesady, jakby każdy kamień mógł okazać się fałszywym stopniem. Kai wślizgnął się za nim niemal bezszelestnie, jeszcze chudszy na tle kamiennej szczeliny. Quatermain zawahała się tylko na chwilę, po czym wciągnęła powietrze i przecisnęła się za nimi.
Z tej strony zbocze wyglądało jak coś, co natura ulepiła w pośpiechu. Bazaltowy żwir, żebra skał, które rwały się w dół pod własnym ciężarem, i ten nieustanny syp, jakby ziemia próbowała ich z siebie zrzucić.
Przy pełgających pochodniach Kai zszedł w dół na linie, rozsądniej i ostrożniej. Widział krew, mówił. Mignięcie czerwieni na skale. Ślad, który wówczas zbagatelizował.
Blondynka wiedziała z doświadczenia, że takie mgnienia potrafią prześladować całe życie. Niedostrzeżony szczegół na wykopaliskach. Zignorowany objaw u pacjenta. Cień w rogu kamiennej sali, który okazuje się początkiem czegoś dużo większego.
Quatermain opierała się o skałę, czując, jak stopy ślizgają jej się na drobnym żwirze. Pochodnia paladyna rysowała ruchomy krąg światła, a bard schodził coraz niżej, małymi, ostrożnymi krokami. A potem był tylko głos, znów trochę zbyt teatralny, ale tym razem niosący ze sobą treść, której wszyscy potrzebowali:
— Mam! — syknął z dołu Kai najgłośniej, jak potrafił, niepewny, czy taki syk jest w ogóle bezpieczniejszy niż zwykłe zawołanie. — Jest przejście!
Lara poczuła, jak coś w niej się prostuje, jakby kręgosłup nagle przypomniał sobie, że zrobiono go z czegoś więcej niż zmęczenia.
— Zejdę do niego – powiedziała do Randala. — Muszę zobaczyć, co znalazł.
Podróż na dół była powolna, metodyczna, wyliczona co do kroku. Każdy kamień sprawdzony czubkiem buta, każdy chwyt w skale dwukrotnie potwierdzony palcami.
Kiedy dotarła do Kaia, światło jego pochodni rzucało drgające refleksy na coś, co z początku wzięła za zwykły cień w ścianie. Dopiero po chwili zauważyła linię — zbyt równą jak na kaprys skały. Potem pełniejszy kamienny kształt, ledwie wystający spod nalotu pyłu i tufowego osadu.
Właz.
Był wbudowany w skałę, pokryty runicznymi napisami i pozbawiony czegokolwiek, co przypominałoby otwór na klucz.
Lara przyklękła, ostrożnie odgarniając pył dłonią. Pod palcami poczuła ostre nacięcia prostych i kanciastych znaków. Zbyt podobnych do tych na pięciokątnych monetach, by mogło to być przypadkiem.
— To nie jest ludzkie — powiedziała cicho. — Ani goblińskie. I nie wydaje się też pracą zwykłych krasnoludów.
Kai spojrzał na nią pytająco.
— Te monety przy szamanie — przypomniała. — Pomyślałam o szarych krasnoludach. Jeśli mam rację… ten właz może prowadzić do czegoś, co niekoniecznie przywita gości z powierzchni z otwartymi ramionami.
Dotknęła wnęki, rozglądała się, gdzie może tkwić jakiś mechanizm. Pokrętło, dźwignia, może coś bardziej wymyślnego.
W głowie czarnookiej zarysowała się prosta sekwencja: porwani wieśniacy prowadzeni w góry, starzy i słabi wrzuceni w kipiel, ci, którzy zostali, przepchnięci przez właz w skalnym zboczu.
Podniosła się ostrożnie.
— Możemy zrobić trzy rzeczy — powiedziała, bardziej do siebie niż do Kaia. — Spróbować otworzyć to od razu i zaryzykować, że cokolwiek jest po drugiej stronie, nie jest na nas gotowe. Albo spróbować zablokować na stałe właz, udając, że niczego nie widzieliśmy — i żyć potem z tym, co stanie się w dole…
Zawiesiła głos, czując, jak gdzieś w piersi zaciska się ta znajoma, trudna mieszanina brawury, rozsądku i sumienia.
— …albo wrócić po resztę, po więcej światła i stali, i zejść przygotowani. Wiedząc, że czas działa przeciw nam, ale nie wchodząc na ślepo w głąb góry jak kolejne baranki na rzeź.
Przesunęła palcami po runie na krawędzi włazu, nawet przez materiał czując zimno metalu, który tkwił tu od dziesiątek, może setek lat.
— Osobiście — dodała w końcu twardszym, rzeczowym tonem. — Proponowałabym trzecią opcję. Serce opowiada się za pierwszą, lecz... otwieranie nieznanych, krasnoludzkich — a może duergarskich — włazów w trzy osoby, po zmroku, bez zapasu bandaży i porządnego planu, zbyt mocno kłóci się z moją medyczną i archeologiczną etyką.
Pochyliła się jeszcze na moment, jakby chciała zapamiętać każdą krawędź włazu, każdą rysę w skale, każdy detal, który później mogą zniekształcić zmęczone wspomnienia. Jednak zaraz potem gwałtownie potrząsnęła głową.
— Najlepiej, jeśli obaj wrócicie — oznajmiła. — Zbierzcie ludzi i zorganizujcie wszystko, co potrzebne. Ja tu zostanę i przypilnuję wejścia, będę przede wszystkim obserwowała z ukrycia. Być może przy okazji rozgryzę, jak dostać się do środka, albo dowiem się, kto dokładnie za tym wszystkim stoi.
-
Seweryn Drachenwulf (Rewik)
Uśmiech wykrzywił twarz Seweryna, lecz był to chyba grymas maskujący myśli kotłujące się w jego głowie. Zapewne wierzył, że dobrze uczynił, zmierzając tam gdzie jeszcze mógł się dobru przysłużyć, lecz wątpliwości zawsze mąciły w głowach, tak altruistycznych osób, jak on.
— O...obawiam się, czy moja przedłużająca się nieobecność, nie dobija się na zdrowiu mo-ich pacjentów. — Seweryn kiwał głową, na racje Wincentego, bo i słuszne były. — Ale prawdę rzeczesz, gdyby posiłki przyszły, sprawę to odmieniłoby niechybnie, a tedy i dla moich umiejętności może tak się zdarzyć, miejsce będzie w tej wyprawie. Chciałem w stronę je-jeziora wybrać się. Tam gdzie ślad wiódł z miejsca, gdzie Grumwid i reszta rąchtowali się wzajem. Tedy skoro świt wstanę, jako w zwyczaju mam i tam się udam, skoro i tak na resztę przyjdzie nam czekać.
-
Marius (Brilchan)
Czas podróży powrotnej Marius spędził, zastawiając się jak ułożyć w głowie i przekazać innym informacje, które Mistrz wyciągnął z głowy goblina psionika bez wzbudzania podejrzeń co do źródła swych mocy oraz informacji. Po walce nerwy wszystkich były, zbyt napięte czuł, że samo wzięcie w obronę Kaia wzbudziło zbyt duże podejrzenia.
Fałszywy kapłan wziął, jedną sztukę złota z puli zysków po gobosach planując kupić sieci, które mógłby użyć nie tylko do łapania ryb, ale także do pętania wrogów, ale gdy usłyszał, że Pan Seweryn chcę iść, nad jakieś jezioro nie mógł się powstrzymać, gdyż zbyt długo był z dala od większej wody jego natura i wychowanie oraz to skąd czerpał magię, sprawiło, że pójście nad jakiekolwiek ciało wody było nie do odparcia, może byłoby lepsze, lecz na bezrybiu i rak ryba. Wpierw jednak strażnikowi należała się odpowiedź:
- Wstrętne gobliny miały moc naginia umysłów dobrały się do mózgu biednego Pana Kaia i zmusiły go, żeby wprowadził nas w pułapkę, gdyby nie świętej pamięci Pan Migdał wszyscy byśmy zginęli i nikt by nie wiedział o porwaniu mieszkańców wioski, stąd się rozdzieliliśmy, bo ktoś musiał powiadomić Kompanie, co się stało a druga, część drużyny poszła tropem porwanych - rzucił żołnierzowi jeden z rzeźbionych kłów.
- Co dziwne te plemiona zwykle siedzą głęboko pod ziemią według Pani Profesórki Lary i innych mądrych głów ci, co ich zabiliśmy, mieli ze sobą monety co "potworniaste" czarne krasnoludy z podziemi je wykuli... Na moją głowę coś strasznego musiało się wykluć, w podziemiach co spowodowało, że podziemne straszydła, które zwykle rzucają się sobie do gardzieli, zjednoczyły się i teraz te plemienia goblinów porywają naszych ludzi z góry jako niewolników czy na ofiary dla jakiś mrocznych bogów nic to dobrego dla nas nie wróży, nie wiem, czy nie wysłać umyślnego z listem do szefostwa, żeby wiedzieli, co się dzieje? - Zastanowił się na głos, wciąż obawiając, się czy Pan Seweryn albo kto inny nie wykryje jego sekretnych motywów? Umiał całkiem dobrze kłamać, życie na ulicy go tego nauczyło, ale miał do czynienia z prawdziwe łebskimi uczonymi....
Naprawdę chciał pomóc ludziom i Kompanii, choć nie zamierzał w tym celu biegać po górach jak Pan Randal błogosławiony przez bogów.
-
sir Randal Bronson (Mike)
- Mądrze mówisz, ale wtedy może być już za późno dla porwanych - rzekł Randal. - Zresztą, małej grupie łatwiej ujść uwadze niż dużemu oddziałowi. Spróbujmy to otworzyć i zajrzeć, wtedy zdecydujemy co dalej.
-
Seweryn (Rewik)
Obawy Mariusa co do snucia podejrzeń przez Seweryna względem jego zdolności, czy też samego ich źródła, bynajmniej nie były bezpodstawne. Cyrulik wykazywał niemałe zainteresowanie magią, co to się raz wnikliwym spojrzeniem, to znów ostrożnem pytaniem objawiało. Jednakże podobna ciekawość zdradzał i wobec mocy nadanych przez bogów Randalowi, czy nawet względem elfa. Z jakiegoś powodu jednak - zdawać się mu mogło - iże to względem jego osoby zainteresowanie było wyższe i mniej... niechętne? Powód takiego stanu rzeczy był teraz nie do odgadnięcia, choć można było snuć domysłów wiele.
Spędziwszy nieco więcej czasu w podróży tak teraz, jako i w tej co to ich do jeziora powieść dopiero miała, Marius mógł poznać się na tym, iże Seweryn bynajmniej w dziedzinie kunsty czarnoksięskiej indoctus wcale nie był, choć wiedzę swą zda się maskował, w pytania ją odziewając, miast wypowiadać tezę od razu. Nigdy jednak nie przejawiał zdolności magicznych, mimo znaku Pelora, jaki z dumą nosił na piersi.
-
Wieczór. Róż na szczytach, fioletowe wstęgi na niebie niknące w granat, światło gasnące powoli jak świeczka nieudolnie zdmuchiwana przez pięciolatka. Świerszcze grające bis za bisem, cichnące beki owiec zapakowanych do zagrody, trzask ognia nad paleniskiem i ziemia oddająca ciepło pod tyłkiem, osadzonym na nagrzanych kamieniach.
Wieczór w Drusdygg potrafił być przyjemny. Jeśli nie wchodzić w szczegóły. Jeśli nie myśleć, że zapadł jak niewidzialne grodzie, wiążąc wysłanych w góry kompanów gdzieś hen, z dala od ludzi. Przyciśniętych nocą do miejsca, gdzie przyszło im znaleźć schronienie. Gdziekolwiek to było.
Jeśli w ogóle było. Czarne myśli przelatywały przez głowę Mariusa i Seweryna, gdy łączyli wspomnienia z planami na jutro. Czy kompani znaleźli porwanych było odpalaną w mózgu formułką, na którą można było wzruszyć ramionami i prychnąć w powątpiewaniu, dobrze życząc, ale pozwalała przynajmniej odgonić obawę, że może nie o porwanych trzeba się teraz martwić, ale o to, czy towarzysze zostali w ogóle w jednym kawałku.
Nie byli właściwie w najlepszej formie. Niby zszyci i opatrzeni (choć Kai demonstracyjnie z pomocy Seweryna nie skorzystał), ale jednak słabsi. Randal trzymał się twardo, nawykły do tłumienia emocji i znoszenia niewygód z kamienną twarzą, ale boskie z nim moce czy nie, był tylko człowiekiem. Człowiekiem nie z tych stron. Nocą, w górach, na tropie zlanym krwią.
Seweryn współczuł na ile potrafił, ale on nie pisał się na awanturnika. Dalsza wyprawa trąciła przygodową brawurą, a jego życie nie było chrustem do rzucenia na pusty ogień. Był medykiem i miał leczyć. Miał żyć, żeby pomagać. Uczyć się... I doskonalić. Ludziom na ratunek i Pelorowi na chwałę.
Marius znał całą bandę krócej i w tej krótkiej relacji z kompanami ciągle trzymał dystans, nie schodząc nawet na Ty, mimo nacisków Kaia i przewracanych oczu. On też miał swoje powody, by nie szafować życiem lekko, wyratowany niegdyś z otchłani oceanu nie po to, żeby zdechnąć gdzieś w suchości Drusdygg.
Obaj mężczyźni, swoista ariegarda drużyny, zdecydowali, że nazajurz skoro świt ruszą nad Cudny Staw, zerknąć na ślady po Grumwidowej jatce. A dalej... Co dalej, przyjdzie ustalić już potem, gdy do wioski przybędą posiłki. I co owe posiłki powiedzą. Kto z nimi przybędzie i czego zażąda...
- Że co? – powiedział tylko Wincent w odpowiedzi na potok słów Utopca, który postanowił strażnikowi przedstawić od razu całe zaplecze ich tropienia i bitwy, wprowadzając od razu wątki i domniemania, które faceta aż usadziły.
Seweryn trzymał na razie język za zębami, ale mimochodem rzucił okiem na twarz Sylva i Wincenta, gdy kapłan paplał im o goblinach bawiących się umysłem Kaia, czarnych krasnoludach, czy zjednoczeniu podziemnych plemion, by napadać wioski i składać ofiary mrocznym bogom. Obaj chyba nie dowierzali własnym uszom, ale o ile ten pierwszy mógł jeszcze mieć swoją opinię po wyprawie, o tyle ten drugi powoli układał sobie historyjkę po swojemu. I można było już się domyślać, że pójdzie ona dalej, plotką i opowieścią rosnąc aż groza spadnie na całe Czarne Wrota.
Wyzwoliciele (zmartwiałej póki co) Pogorzeli nie mieli okazji rozsiąść się na dobre przy ogniu, bo niebawem, nim zmrok całkiem zapadł nad doliną, do wioski zjechał oddział konnych z miasteczka. Była ich jedenastka – grupę wiódł wysłany po nich Grebo, ale pieczę nad całością sprawował dziesiętnik, Varlund.
Dowódcę kojarzyli tylko z widzenia – był chyba najemnikiem w służbie którejś z kompanii, albo ochoniarzem któregoś z zesłanych do Wrót oficjeli, ale przede wszystkim był żołnierzem. Widać to było po kroku, sposobie w jaki się nosił i jak trzymał broń – bez fanfaronady i ozdobników. Było też zresztą widać po bujnym sumiastym wąsie, który musiał być wąsem sierżanckim, bo mało kto byłby w stanie wyhodować takiego krzaka pod nosem nie dostępując przynajmniej podoficerskiego żywota. Naturalnie, bywali ludzie zupełnie cywilni, którzy zarastali gęsto, ale w tym typie gąszczu zaprogramowana była żołnierskość, buta, rozkazy, ostre picie, zmęczenie życiem i duma.
- Jestem Varlund – ogłosił wąsacz po przyjeździe. - Dostałem tu komendę nad wydzielonym oddziałem od pana starosty. Grebo opowiedział już trochę, ale widzę, że was tu, panowie, mam... To lepiej powiecie.
Żołdak zeskoczył z konia i dał komendę ludziom, żeby dać zwierzętom popas. Jeśli przyjazd nie miał zastać ich w bitwie, ani tarapatach, to pewnikiem mogli trochę odpocząć. Oby do rana...
– Znaleźliście coś? I więcej was chyba tu miało być, co? Gdzie panienka? I ten pan rycerz?
Varlund mówił bezpośrednio do Seweryna, miarkując, że on chyba tu najważniejszy i wiedzieć będzie najlepiej. Kojarzył go jako wioskowego medykusa, a tym samym osobę światlejszą niż czeladź i żołdactwo, a może i starosta szepnął mu coś o Drachenwulfie, który ostatnio tak dobrze sprawdził się na salonach.
Dziesiętnik przywiódł ze sobą zbrojny oddział, z którego część twarzy była jeszcze nieopatrzona, ale Seweryn ucieszył się na widok Hansa, który ledwie dzień temu pomagał mu przy transporcie rannych do lazaretu. Zbrojny zapewniał, że ranni dochodzą już do siebie i przekazywał medykowi podziękowania, które przesyłali.
Reszta była nieznana ani Mariusowi, ani cyrulikowi, acz parę postaci mocno rzucało się w oczy. Niewysoki, szczupły albinos przyciągał uwagę wszystkich. Tak, jak i towarzyszący mu wielki, kudłaty Baklun z brodą jak ketyjski imam.
Seweryn i Marius mogli powiedzieć, co chcieli, pozbawieni dogadywań Sylva, który zmarkotniał i zmilkł. Grunt, że szybko poinformowali grupę o konkretach, co skłoniło dowódcę, by oddział zanocował, bo ani porwani, ani reszta grupy nie są nigdzie pod nosem i jazda dalej niewiele teraz pomoże.
Wzmocnieni solidną drużyną i sprzętem, który przywieźli, opiekunowie Pogorzeli usypali dla Migdała godny kurhanik, a cielsko cuchnącego ettina obłożyli chrustem, zalali oliwą i spalili, sawiając nocną straż od znęconych smrodem drapieżników.
Ogniska zapłonęły wśród wioski, na nowo wpuszczając weń światło i życie. Na razie.