Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 410 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #167

    Marius (Brilchan)

    - Ja też wolę wrócić, nikt mi nie płaci za ratowanie każdej wioski po drodze. Straciliśmy cennego członka grupy, bez którego śledzenie potworów będzie trudniejsze. Jeżeli padniemy w walce, nikt nie będzie wiedział, co się dzieje... Wolę wrócić i przekazać szefostwu... Jeżeli wydadzą rozkaz stanę do walki, nie będę nikogo powstrzymywał. Jeżeli czujecie potrzebę być bohaterem pieśni bohaterskiej, ale po otarciu się o śmierć przy ratowaniu Vuka i stracie Pana Migdała nie mam już chęci na takie zachowania - Marius miał wyraźnie zły humor, bolała go głowa, a informacje przekazane przez Mistrza też nie nastrajały go pozytywnie.

    Nie mógł przekazać tego co powiedział mu Mistrz, bo i tak zaczynali na niego patrzeć podejrzliwe... Ważne, że źródło jego mocy był chwilowo zadowolony, ale Utopiec zupełnie nie czuł potrzeby, aby samemu, z siebie biec w kierunku zagrożenia jeżeli nie musiał.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #168

      Randal (Mike)

      - Plany można robić znając całą sytuację. Nie wiadomo co zastaniemy na miejscu - odparł Sewerynowi Randal. - Ale wiedz, że nie zamiaruję z pieśnią na ustach ruszać na wroga, gdy tylko go zobaczę. Działać będę wtedy, gdy szansa powodzenia jest. Zrobisz co zechcesz, przymuszał cię nie będę.

      Spojrzał na Mariusa i odrzekł:
      - Nie o bohaterstwo tu idzie, ale o zwykłą przyzwoitość. Pomóc możemy. Bywajcie więc i szczęśliwej drogi. I życzę by nikt was nie zmierzył waszą własną miarą, gdy ratunku potrzebować będziecie.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #169

        Tak jak w walce szale wagi przeginały się to na jedną, to na drugą, obiecując tryumf a to dzielnym awanturnikom, a to niecnym goblinom, tak i teraz, w dyskusji wahadło słuszności było raz tu, raz tam.

        Choć, po prawdzie, może porównanie chybiało skali. Tu niektórzy byli twardo okopani na swoich pozycjach, ale bywały chwile, że tym podatniejszym na argumenty czy wolę drużyny, myśl zadrgała. Takim człowiekiem był Sylv, który – choć nie lwiej odwagi – serce miał dobre, ale nie wyrósł do przygody. Nie słysząc poważniejszej zachęty od Kaia czy Lary, przyznając w myślach pewną słuszność sir Randalowi, któremu jednak po nocnej przebieżce był niechętny, pozostał przy pierwotnej idei, by ruszyć w dół i najpierw zająć się godnym pochówkiem towarzysza.

        Seweryn badał sens słów paladyna, ważąc czy aby nie przemówią one do niego twardymi faktami silniejszymi niż serce i troska, którą mógł dać potrzebującym w Dolinie... Ale nie przemówiły. Rycerz był sprytny i rozważny, ale medyk rachował, że mimo tego zanadto wiedziony ideą, gdy obaj musieli wiedzieć, że ich wypad za porwanymi na tym etapie skazany już jest na porażkę. Co najwyżej mogli wywiedzieć się, gdzie zabrano wieśniaków, ale czy kiedy (i jeśli) wrócą, by podać miejsce grupie pościgowej, to będzie jeszcze ktokolwiek do odratowania? Albo czy porywacze nie ujdą wyżej w góry?

        - Ró-różnie na sprawy można patrzać, ale... Niech Was Pelor prowadzi – Pobłogosławił kompanów Seweryn, nim odszedł ku koniom, by wspomóc Sylva z bezpiecznym ulokowaniem zwłok Migdała.

        - I Osprem – dodał Marius. - Niech Was wiodą pomyślne wiatry... I wróćcie bezpiecznie.

        Trójka kompanów nie odpowiadała już więcej, zostając przy pożegnaniu, które wcześniej wygłosił Randal i stępa ruszyła naprzód.

        Czy to lawina, która kiedyś tu zeszła, czy może jakiś dawny ślad po dukcie uczyniły dalszą drogę jaśniejszą i lżejszą. Wyższe drzewa igliły się po bokach, zostawiając piaszczystą smugę pośrodku mikrym braciom, którzy walczyli dopiero, by wzrosnąć. Na tej ziemi trop pojawiał się coraz obficiej. Być może było to za sprawą podatniejszej gleby, a może po prostu porywacze czuli, że są już dość daleko od wioski, by nie martwić się o zacieranie śladów i ostrożność.

        Bądź, co bądź, tropiący mieli wiele szczęścia, że wpadli w ogóle na ścieżkę, którą bieżali zbiegowie. A i potem, po drodze, było wiele okazji, by zgubić drogę, bo ktokolwiek uprowadził chłopów, był fachowcem w swojej robocie. Biegłym w poruszaniu się po lesie, górach i po nocy.

        Gdyby porwana grupa była mniejsza, zatarcie śladów byłoby pewnie kompletne, a zatem to głównie za sprawą mnogości dudniących na piachu stóp udało się 'pościgowi' złapać właściwy kierunek. Teraz czuli się już całkiem pewnie, więc jeśli nawet nie widzieli tropu przez jakiś czas, wciąż nie schodzili z koni, powoli wypatrując wskazówek. Zwykle coś trafiało się prędzej czy później i wiedzieli, że są na dobrej drodze, ale kilka razy musieli jednak zejść na ziemię i przyjrzeć się bliżej.

        Trop nie wiódł cały czas wyżłobioną ścieżką, ale zaczął potem schodzić w bok i wić się, ciągnąc wyżej i wyżej, aż dotarł do skalistych zboczy, gdzie w bruzdach ziemi wzrastała kosodrzewina. Tu widać było pełniej bazaltowe nasienie Piekielnych Pieców, które wypluwały kawały skał po całej okolicy. Tropiciele rozglądali się niepewnie, świadomi, że są teraz na szerszej ekspozycji dla tych, którzy byli wyżej. Jeśli, oczywiście, ktokolwiek tam był.

        Ciepły wiatr hulał tu nieskrępowany, co i rusz sypiąc w oczy pyłem. Poza ciepłem, niósł też smrodliwy, siarkowy opar. Z początku zapach irytował, ale z czasem szło się przyzwyczaić. Podróżni słyszeli, że na rubieżach Drusdygg trafiają się gorące źródła i parujące rozpadliny.

        Lara, Kai i Randal mieli dość czasu, by przyzwyczaić się do atmosfery, bo ślad praktycznie zniknął. Na twardszej skale nie sposób było odnaleźć odcisków stóp, a oznaki przejścia, które mógłby zdradzać piach czy pył nikły przez gorące podmuchy halnego. Jedyna nadzieja pozostawała w penetracji coraz to kolejnych rozwidleń i rozstępów między zbitą warstwą roślinności i skalnymi wyrostkami.

        Słońce weszło już głęboko w popołudnie, wybijając pewnie smakoszom w dolinie czas podwieczorku, gdy zmęczony półelf zamachał do towarzyszy na znak, że w jego odnodze widać ślad buta. Zasypany w naturalnej kotlince piach zaległ tu na dobre, więc ktoś, kto nieopatrznie wpadł w ten rowek, zostawił autograf na dość długo.

        Trop był słuszny, ale dalsza droga była za trudna, by wieść wyżej konie. Zwierzęta trzeba było przywiązać i puścić się dalej pieszo. Na tym etapie, ścieżka czy też jakkolwiek zwać zerodowany, odsłonięty kawałek zbocza, byłaby jeszcze dość szeroka dla dwóch osób idących obok, ale na tyle nierówna, że prowadzenie konia byłoby mordęgą.

        Bujna zieleń zniknęła całkiem, zostawiając swój blady odcień i zabiedzoną szarość porostów, które oblepiały skalne zbocza. Na wierzchu zaczęła dominować czerń bazaltu, skrywająca granitową szarość, wydobytą na wierzch przy zboczach o większym spadku. Dla młodych i zdrowych ścieżka była przebieżką dla formy, ale dla słabszych droga musiała być już nie lada wyzwaniem.

        Siarczany smród, który zabił nagłym podmuchem z dołu odsłonił dla kogo podejście było nazbyt wymagające. Wyjście na skraj zbocza, gdzie grzbiet zakręcał, odsłoniło w dole, o może sto stóp niżej, nie więcej, gorącą, bulgocącą kipiel. Rozpadlina była miejscem, skąd wypływała parująca, wrząca woda, rozlewająca się w jezioro w szerokiej na kilkadziesiąt łokci niecce. Jeziorko właściwie, bo kotlinka była niewielka i płytka, choć stale zasilana bijącym z wnętrza ziemi ukropem.

        W tym ukropie, mieniącym się od wypłukanych minerałów, widać było kilka zrzuconych ciał. Wrzątek robił swoje i wiele było już na dobre rozgotowanych, tracąc indywidualny charakter, ale szło dojrzeć, że trafili tam ludzie starsi. Wyglądając z góry szło zrachować cztery osoby, ale może był ktoś jeszcze, kto zaległ głębiej, ale zdążył już rozpuścić się w ukropie. Gorąco, które biło z dołu nie pozwalało przyglądać się zbyt wnikliwie, a gulgot dochodzący spod ziemi rodził obawę, że źródło może w pewnym momencie lunąć w górę wrzącym strumieniem.

        Randal, Lara i zmęczony, nieprzygotowany (choćby w zakresie obuwia) na taką wędrówkę Kai czuli, że są już blisko. A przynajmniej mieli nadzieję. Tu pozbyto się tych, którzy nie byli w stanie iść dalej, ale skoro ciągnięto ich taki kawał, to chyba musiał mieć tu miejsce jakiś ostateczny rachunek?

        Chyba, że coś – albo ktoś – przymusił porywaczy do zwiększenia tempa i leciwych, spowalniających przemarsz wieśniaków trzeba było porzucić. Do tej pory był to najmocniejszy i niemożliwy do podważenia ślad, że grupa pościgowa była na dobrej drodze.

        Wzmocnieni pewnością, poszukiwacze ruszyli dalej. Natrafili jeszcze na parę kropel krwi, ale później trop się urywał. Nie przejęli się tym nadto, bo już nie raz po drodze tracili nadzieję, a szlak porwanych skręcał, wił się i mamił, uciekając oczom tropicieli. Czasem zaś, na bardzo długo nawet, znikał kompletnie. Szli zatem naprzód, ku górze, niezmordowani i dzielni.

        Opasający zbocze góry grzbiet czy wypustka skalna, którą wcześniej zdążali, zaczęła tulić się do ściany coraz mocniej, zostawiając mniej i mniej przestrzeni, by iść naprzód. Z czasem nie było już drogi, by dwóch ludzi szło koło siebie, ale potem zbrakło jej, by iść choćby gęsiego, a dalej widać było, że skalny występ staje się ledwie wstążką, po której ledwo co można by stawiać stopę za stopą.

        - Jeśli nie wzlecieli w niebo, to coś musieliśmy przeoczyć – westchnął Randal. - Trzeba się cofnąć niżej... Tam było coś, jakby boczny uskok.

        Słowa prawdy i oczywistości, więc nikt nawet nie odpowiedział, a manerw w tył zwrot był naturalny. Cofnęli się i zaczęli przetrząsać ścieżynę krok po kroku. Jeśli widzieli jakieś ślady, to tylko swoje własne. Wtuleni w zbocze, kroczyli w dół, aż dotarli do wspomnianego "rozwidlenia".

        Szparę między potężnymi blokami granitu ciężko było wziąć za otwarcie na nowy "szlak", ale to faktycznie było chyba ostatnie miejsce przed zawróceniem, gdzie droga dawała wątpliwość. Wyrwa między skałami była zasypana bazaltową, pokruszoną drobnicą, ale wiatr często strącał w dół wolne kawałki, więc zwałowisko nie nosiło świeżych śladów stóp, ani przejścia.

        Kai był gotów przecisnąć się na drugą stronę jako pierwszy (w jego przypadku nie trzeba by się zresztą przeciskać), ale Randal ostudził jego zapał. Wychylenie się na drugą stronę mogło odsłonić ich na pułapkę, a przy niepewności podłoża, pakować się tam tak w sandałach...

        Rycerz poszedł na pierwszy ogień i szpara okazała się dostateczna, by przeszedł przezeń bez siłowania się z kamieniem. Może o włos, ale obyło się bez kurczenia się, kulenia w sobie i przede wszystkim zdejmowania zbroi.

        Po drugiej stronie nie było żadnej wyraźnej ścieżki (ta, którą dotarli tu tropiciele też nią de facto nie była), a jedynie skaliste, zasypane opadającym żwirem i bazaltowym pyłem zbocze. Idąc powoli dało się utrzymać pion, a wzrastające co parę kroków, osadzone w skale kawały głazów dawały naturalne oparcie, ale na dłuższą metę było tu niebezpiecznie. Niepewny krok sypał kamieniami w dół, a tak samo kamienie schodziły tu z góry. Trzeba było mieć baczenie na każdym ruchu.

        Pierwszy przekonał się o tym Kai, któremu otoczaki dostały się pod stopę, kłując i wystarczył ten drobny impuls, by złe postawienie kroku skończyło się osuwiskiem... A półelf zleciał w dół, ściągając za sobą deszcz kamyków. Spadek w dół był długi i bardzo kanciasty...

        Bard miał szczęście, że Randal schwycił go w porę. Ale półelf, choć szczupak, piórkiem nie był i nagłe pociągnięcie martwego ciężaru w dół nie dało rycerzowi szansy. Bronson zacisnął zęby aż zadźwięczało i razem z kompanem zjechał w dół. Pył podniósł się wysoko, zostawiając Larę w szarym obłoku niepewności.

        Bogom dzięki, nie zjechali daleko. Stalowy osprzęt i grube rękawice Randala dały mu podparcie na jednym z wystających granitowych zębów. Rycerz wyhamował, ale nie utrzymałby Kaia. Półelf odzyskał już jednak rezon i zwyczajową zręczność, która tym razem pozwoliła mu niemal po kreciemu wbić się rękoma głęboko w usypisko i uchwycić jakiejkolwiek nierówności.

        Oj, teraz byli już uważni, a każdy krok mierzyli po krawiecku. Wwlekli się z powrotem do Lary, ale koszt całego zjazdu w siniakach był niemały, a pot przemoczył ich do bielizny. Musieli teraz zważać na ruchy, a wszystko wydłużyło się niemiłosiernie.

        Przetrząsnęli zbocze na sto i jeden sposobów, ale w końcu musieli otwarcie przyznać przed sobą, że trop jest martwy. Siniaki i guzy, a wszystko na marne. Wycofali się przed wyrwę i z powrotem na ścieżkę, ale tu mieli jeszcze kawał do przejrzenia. Szli i szli, macając skałę dla własnego bezpieczeństwa, jak i rachując, że może gdzieś kryje się jakaś szpara, czy ślad, który odsłoni im drogę. Zeszli z powrotem nad kipiel, gdzie gotowała się ludzka zupa już niemal pod wieczór.

        Źli i zrezygnowani, z początku nie odzywali się do siebie. Musieli jednak wymienić myśli, zastanowić się, co dalej i zdecydować czy tu ich droga się kończy...

        - Możliwe, że poszli jednak inną drogą, a tu wydelegowali fragment grupy, by pozbył się ciał – myślała głośno Lara. - Wówczas nie ciał jeszcze, oczywiście, ale porwanych, którzy mieliby problem przejść wyżej... Albo w głąb czegoś... Tunelu? Szybu?

        - Nie widzę innego wyjścia – zgodził się Randal. - Musimy zbadać dokładniej jeszcze tę część poniżej. Może większość odbiła tam, a tu odprowadzono tych uznanych za niepotrzebnych. Niżej, jeszcze przy piętrze kosodrzewiny, było parę możliwych ścieżek odbicia.

        - Zgoda, zgoda. – Uśmiechnął się smutno Kai. - Ale baczcie, że zmrok nas tu niedługo zastanie, trzeba wrócić do koni, a bez światła nie tylko nic nie znajdziemy, ale najpewniej połamiemy się tutaj...

        - Nie trwońmy czasu – odrzekł paladyn, którego często porywał impuls. Ruszył od razu.

        - Nie trwońmy – odparł plecom rycerza bard. - Nie chciałbym dawać rudemu tej satysfakcji, że miał rację...

        Szukanie dalej przebiegało jeszcze wnikliwiej i z każdą chwilo, gdy światło zaczęło zanikać, bardziej rozpaczliwie. Poszukiwacze przetrzepywali zbocze, jakby dokonywali wiosennych porządków w mieszkaniu, odkurzając każdy kąt i przeglądając każdy kamyk. W końcu zdecydowali, że muszą wrócić do koni i spróbują przejrzeć końcówkę drogi z pochodniami.

        Zwierzęta były niespokojne i głodne. Resztki słońca na grzebieniach Pieców dawały ostatnią tamę przed wilczym wyciem, którego koncert nadchodził. Randal nakarmił konie, a pozostali przygotowali ogień na ostatni, właściwie desperacki, wypad poszukiwawczy.

        Finalny fragment ściezki nie przyniósł żadnego rozwiązania, choć wykazał, że przy grubym naciągnięciu rzeczywistości, można by uznać, że tropieni mogli odbić w któryś z niewielkich żlebów na boki. Przejście tam byłoby dla dużej grupy praktycznie niemożliwe, ale może przy świetle dnia warto było dać temu szansę? Zawsze zostawało jeszcze parę szlaków odbijających w zaroślach kosodrzewiny, o których mówił Randal. Wróg mógł skręcić i tam, zostawiając odwód ze skazańcami nieco w tyle. Potem mogliby przecież dogonić swoją grupę, zwolnieni od balastu.

        Tylko ta krew w górze za kipielą... Może znali tam ścieżkę, którą mogli nadrobić drogę? Albo mieli osprzęt, więc mogli zwyczajnie zjechać w dół, nadrabiając straty? Ale czy... Czy to wszystko nie śmierdziało też magią? Bo czy mogli się pomylić i musieć zawracać? Pasowałoby to do nich?

        Do nich, czyli do kogo właściwie?, pomyślał Randal. W głowie układali już wizję jakichś super-skutecznych porywaczy, którzy umykali im nieomylnie, a grupę prowadzili jak baranki na rzeź. Ale ile było takich spraw, gdzie strach, chaos natury i zwykłe przypadki sprawiały, że banda prostych zbójów rosła w oczach pospólstwa do rangi czartów czy wilkołaków?

        - Muszę się cofnąć tam wyżej! – palnął nagle Kai, a pochodnie kompanów rzuciły na niego światło. - Muszę... Muszę to sprawdzić. Przeoczyłem... Może nic, ale spokoju mi nie da, jak nie sprawdzę.

        Półelf, choć złotousty, nie umiał do końca powiedzieć, co go tak poruszyło. Wcześniej, zjeżdżając tam po zboczu, zobaczył coś. Jakiś poblask. Mgnienie, lśnienie. Zwał, jak zwał. Wiedział, że prócz zwykłych szarych skał trafiają się tu minerały. Kwarce, kamienie księżycowe, piryty. Ba, te góry przecież miały w sobie złoto i srebro. Była siarka, żelazo. Słyszało się o topazach z Drusdygg. Nie mówiąc o wszechobecnej mice, krzemieniach i skaleniach. To mogło być przecież cokolwiek...

        Bard ruszył naprzód, ale ponowna droga pod górę dawała się we znaki. Randal wyprzedził go, oświetlając ścieżkę pochodnią i pytająco zerkając na druha. Już dziś, raz, Kai wciągnął ich w tarapaty. Swoim zachowaniem ściągnął na nich burzę i kosztował ich śmierć towarzysza. Czy teraz... Mógł znów wieść ich na manowce? Może to wcale nie goblin namotał mu w głowie?

        Lara została nieco z tyłu. Wysportowana, gibka, silna, a jeszcze silniejsza umysłem, potrafiła często zmotywować swoje ciało do działań, które przekraczały ludzkie wyobrażenie. Jej wypady w dzicz uczyniły ją twardą i nieskorą do narzekań na przeciwności. Teraz jednak, znokautowana wcześniej i mocno ranna, zaczęła szybko opadać z sił. Kompani zaczęli oddalać się bardziej i bardziej, a członki pani doktor piekły mocniej i mocniej...

        Kai przesadził raz jeszcze wyrwę, którą wcześniej przekraczali. Skok był nadto entuzjastyczny, ale już po drugiej stronie bard wyhamował i uspokoił ruchy. Osadził pochodnię wśród skał i zaczął obwiązywać się liną, której koniec przytroczył do stożkowatego skalenia. Randal przyświecał mu ostrożnie, dumając co druh wyczynia. Lara nadeszła na miejsce dopiero po chwili, spocona, obolała i dysząca, patrząc jak asekurowany przez paladyna, bard opuszcza się parę łokci w dół.

        Półelf zsuwał się po zboczu powoli, osadzając stopy głęboko pod kamieniami, by dać im oparcie, ale pochodnią w drugiej ręce oświetlał wszystko wokół, szukając bogowie-wiedzą-czego. I znalazł. Znalazł i teraz wiedział, że się nie pomylił.

        - Krew! – syknął z dołu, wstrzymując krzyk, który chciał wznieść wcześniej. - Mignęło mi wtedy... I nie przypadek...

        - Gdzie? – Wyjrzał z góry Randal. - Nie nasza? Jak zjechaliśmy tam po skale, trochę dupsko obtarło.

        - Nie-nie... – Kai był pewny. - Widziałem dokładnie tu jak spadałem. To była taka chwila... Wątpiłem, ale jednak. Jednak widziałem.

        - Schodzisz niżej? – Lara oparła się o ramię paladyna, gdy w oczach jej pociemniało po wykroku nad zboczem.

        - Taaak... – Półelf był już niżej, ale lina nie mogła sięgnąć dużo dalej. - Spróbuję.

        Bard był teraz już bardzo ostrożny. Stawiał kroki jakby grał w klasy na zwolnionych obrotach, każdą stopą omijając każdą linię i skalny kant. Miał wolną tylko jedną rękę, bo w drugiej trzymał pochodnię, więc pochód był podwójnie powolny.

        Ale już kilkanaście stóp niżej ze ściany wystawał ogromny głaz, sterczący w bok jak jeleni róg. Skała dawała oparcie przed spadkiem niżej i zbierała sypiące się z góry kamienie i pył. Muzyk-wspinacz musiał odwiązać linę i te ostatnie metry przebyć bez asekuracji. Zrzucił delikatnie ogień poniżej, modląc się, by nie wygasł i oświetlił mu zejście.

        Nic z tego. Zejście przyszło mu kończyć po ciemku, ale stężały niemal w ruchach Kai dopiął swego i na skałę dotarł w całości. Tu odpalił ogień na nowo i... No właśnie, co dalej? Przysiadł na kamieniu i wychylił się nad brzegiem, śledząc rumowisko w dole.

        I znalazł. Znalazł to, za czym tutaj przybyli.

        text alternatywny

        - Mam! – syknął z dołu najgłośniej jak potrafił, niepewny czy taki syk jest w ogóle bezpieczniejszy niż zwykłe zawołanie. - Jest przejście!

        Każdy z poszukiwaczy stracił Punkt Inspiracji (założyłem, że zależy Wam na tym tropie, więc podjąłem taką decyzję). Szczęśliwy rzut (20) przypadł w udziale Kaiowi na powtórzeniu po Inspiracji i tym samym to on odnalazł tajemniczy właz.

        Kai: Używa swojego jedynego punktu Inspiracji i ma (aktualnie) zero.
        Lara: Używa swojego ostatniego (póki co) punktu i też ma zero (użyła 1 punktu, by wyratować się od śmierci, a jednego, by powtórzyć nieudane Leczenie Kaia).
        Randal: Zużywa 1, zostaje mu jeden.

        PW: Kai traci 1 PW spadając ze skał. Randal traci 3 PW (mocniej go widać obiło w tej puszce).

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #170

          Marius i Seweryn

          e820f0ca-0fd3-4ffe-87cc-3b4ade931548-image.png2c35dc10-2d86-4d49-93a2-3003612d1436-image.png

          Droga w dół, bez niebezpieczeństw na horyzoncie, w popołudniowym, ciepłym słońcu i z wiatrem w plecy byłaby całkiem przyjemnym zwieńczeniem sierpniowych dni. Jadący bok w bok jeźdźcy nie mieli jednak dobrych humorów. Ich misja zakończyła się fiaskiem. Trzech konnych i jeden martwy pasażer. Nikt nie miał apetytu na rozmowy, więc ciszę wypełniały nieprzystające do min ptasie trele. Las śpiewał, słoneczko grzało, a konie parskały wespoło pobudzone, czując powrót do bezpieczeństwa.

          Grupa zjechała do Pogorzeli, kiedy było już dobrze na podwieczorek. Pewnie dałoby radę szybciej, ale zanurzeni w myślach, wędrowcy nie śledzili dokładnie szlaku, jadąc na pewniaka, czym dołożyli sobie nieco drogi.

          Wincent powitał ich na miejscu machając radośnie, ewidentnie wspomagany w pilnowaniu wioskowymi piwniczkami. Podlana radocha błyskawicznie z niego wywietrzała, gdy tylko zobaczył, że Migdał wrócił z wyprawy tylko ciałem. Zbladły, strażnik wybąkał tylko...

          - A reszta?

          - Pojechali dalej, tropem porwanych – odparł Marius. - Myśmy uznali, że to już bezcelowe i zbyt niebezpieczne.

          - C-c-co oni? Pofszaleli? – zapytał Wincent w pierwszym odruchu, ale zaraz zafrasował się, zaczął coś sobie układać pod czaszką i westchnął aż przysiadł. - I fdzie ten ślad fiedzie? Fiecie, kto ludzi porwał? Z nimi się feście fsięli?

          Ani Marius, ani Seweryn, ani tym bardziej Sylv, który duchem był niemal nieobecny nie mieli nastroju na rozmowy, jednak coś odpowiedzieć było trzeba. Wincent miał prawo wiedzieć, co spotkało jego przywódcę i czy tajemnica Pogorzeli wyjaśniła się choć trochę. Medyk zaś i czarownik rozumieli, że takich wyjaśnień będą musieli udzielić dużo więcej i to nie tylko prostemu żołdakowi, ale i oficjelom we Wrotach.

          Co powie starosta? Czy będzie ich winił, że weszli w zasadzkę i stracili człowieka? Ale czy nie gorzej, jeśli surowo oceni to, że zamiast ruszyć dalej z resztą za tropem, zawrócili bez rezultatów? A co jeżeli Lara, Kai i Randal zginą tam w górach? Albo – choć Marius i Seweryn powątpiewali w to nieco – odnajdą zaginionych i wrócą tryumfalnie, nie pomijając bierności towarzyszy w kluczowym momencie?

          Seweryn zaczął się zastanawiać, czy bard – gdyby jego grupka odniosła sukces – nie wykorzysta go, by uderzyć w kompana z którym się ściął. Czy śpiewak był mściwy? Na pewno był groźny –choć na pozór stroił się na fiu-bździu lekkoducha, to jednak miał gadane i głupi nie był. Pewnie umiałby zrobić dobry użytek z informacji, a przecież w samej Kompanii był chyba najważniejszy z całej drużyny. Ta jego niejasna rola jako... Kogo właściwie? Konsultanta czy tam plenipotenta któregoś z inwestorów zdawała się krętactwem. Kai nie był przecież figurantem. Raczej nadzorcą, który pewnie miał patrzeć im na ręce, a może i kontrolować ruchy? Szpiegiem i człowiekiem 'Góry' na miejscu.

          A może nie? Cyrulik sam nie miał pewności, co ma myśleć, ale uznał, że tak czy owak muszą z Mariusem i Sylvem ustalić jasno szczegóły tego, co się wydarzyło, aby potem karnie nie oberwać. Kapłan rwał się już do drogi do Czarnych Wrót, ale medyk chciał jeszcze odbić za śladem krwawej bójki, w której brał udział Grumwid.

          - Zofańcie już tutaj – namawiał Wincent, w czym znalazł poparcie u Sylva. - Grebo polfeciał z rana do Frót, więc pefnikiem lutsie fjadą tu nietługo. A fto wie, mofsze i Ulef fróci z posiłkami z Foscoe pfszed nocą.

          - Może, może – zanucił pod nosem Marius. - Ale sprawy mamy też własne. I odpowiadamy przed Kompanią.

          - Ja zostaję – stwierdził sucho Sylv. - Przyjadą, będą pytać. Potrzebować, żeby im wskazać, co i jak. Gdzie dalej ruszać. Będziemy potrzebni.

          - No, no – zgodził się Wincent. - I pana Claude'a pochofajmy też. Tu niech spofnie. Tę fioskę ratował.

          - Zrobią, co uznają – wzruszył ramionami Sylv. - Ale tak, złóżmy go tutaj. Zginął jak bohater. Jeśli ludzie tu wrócą... Niech on im będzie patronem.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #171

            dr Lara Quatermain (Alex Tyler)

            Migdał leżał zbyt spokojnie jak na człowieka, który jeszcze niedawno przepatrywał każdy kamień na drodze. Lara złapała się na tym, że uporczywie poprawiała mu pancerz — gest całkowicie zbędny, groteskowy przy ciele, które już niczego nie potrzebowało. Urękawiczone palce miała wilgotne od jego krwi i od własnej, a mimo to czuła nieznośną pokusę, by zrobić cokolwiek, co choć odrobinę przywracałoby światu pozory ładu. W Wolnej Lidze ziemia była sucha, kamienista, ale przyjmowała z zaskakującą łatwością i zabitych, i ziarno. Dolina Drusdygg najwyraźniej preferowała to pierwsze.

            Palce drżały jej nie od wysiłku — ten znała dobrze — lecz od tej specyficznej mieszanki złości i bezradności, która zawsze wracała, kiedy śmierć zjawiała się zbyt szybko, zbyt bezsensownie lub wbrew wszelkim rachubom. Claude... Migdał, wolał, żeby mówiono na niego Migdał — jakby sam siebie chciał sprowadzić do byle przekąski łapanej w biegu — miał przeprowadzić ich przez dolinę. Nie umrzeć na przypadkowej polanie jak zwykły, zagubiony w lesie człowiek.

            Spór Kaia z Sewerynem docierał do niej początkowo jak echo zza grubej szyby. Podnoszone głosy, ten charakterystyczny ton urażonej dumy, gdy półelf próbował zasłonić się ironią, oraz ostry, cięty gniew cyrulika — wszystko to składało się na dźwiękowy szum, który wreszcie przekształcił się w wyraźne słowa. Quatermain uniosła głowę dopiero wtedy, gdy w powietrzu aż zaiskrzyło groźbą przemocy. Seweryn z nożem, Kai z tą swoją sceniczną pozą — jakby nawet w chwili, gdy ktoś chce mu poderżnąć gardło, wciąż nie potrafił przestać grać.

            Była naocznym świadkiem całego zdarzenia. Widziała wystarczająco, by złożyć fakty w całość. To Kai ich wywabił. Jego głos, jego gest, jego sygnał — nie głos goblina, nie szept mrocznego bóstwa, tylko znajome, przyjazne dźwięki. Potem rozpoczęła się desperacka walka, magia, śmigające strzały, uśpione gobliny, huk dwulufowego arkebuza... świat, który stanął w płomieniach — i z tego wszystkiego został trup towarzysza na trawie, dziecko w garnku i półelf, który każe się trzymać z daleka.

            Gdy Marius wspomniał o czarowniku, o telepatii, o umysłach naginanych jak sprężysty metal, coś w niej zaskoczyło. „Widziałam już ludzi, którzy zabijali »pod wpływem«”, pomyślała, zaciskając zęby, gdy pod opatrunkiem coś znów nieprzyjemnie zapiekło. Najwidoczniej nie był sobą, bo kierowała nim obca wola za pośrednictwem zaklęcia. Ludzkie ciała miały jednak tę okrutną właściwość, że nie czyniły różnicy między ostrzem kierowanym z własnej woli, a ostrzem prowadzonym cudzą ręką. Rana wyglądała tak samo.

            Im dłużej patrzyła na martwego goblińskiego szamana — na tatuaże, na runy, na tę nienaturalnie ciepłą jeszcze głowę — tym mocniej czuła, że gniew Seweryna bije w złe miejsce. Ktoś grzebał w głowie Kaia jak w otwartej szufladzie. Ktoś popchnął jego dłoń, nim ta sięgnęła po właściwy akord. Półelf był nierozważny, próżny i niebezpiecznie lubił dramatyzować, ale nie widziała w nim mordercy własnych towarzyszy. Nie z premedytacją. Nie z wyboru.

            Claude nadal jednak nie żył. I między tymi dwoma faktami — że Kai był sterowany, a Migdał martwy — rozciągała się przepaść, której nie potrafiła zasypać żadnym teologicznym ani magicznym wyjaśnieniem.

            centered paragraph

            Kiedy wreszcie docisnęła bandaż na własnym ciele tak, że przestał przesiąkać, nagle poczuła, jak próżnię po adrenalinie wypełnia ciężar zmęczenia. Kolana zmiękły, świat zwęził się do rytmu jej oddechu i ściszonego szmeru głosów wokół. Powinna była usiąść już wcześniej — to wiedziała. Ale wiedza teoretyczna miała tę wadę, że często przychodziła za późno.

            Seweryn próbował w tym czasie zbliżyć się do Kaia z apteczką, demonstracyjnie, w milczącym stylu. Półelf odtrącił go gestem, który w każdej tawernie świata publiczność nagrodziłaby śmiechem. Tutaj tylko pogłębił ciszę. Lara przyglądała się temu z dystansu, który sama sobie narzuciła, lecz wiedziała, że każda taka scena odkładała się w ludziach jak kolejna warstwa osadu: uprzedzenia, urazy, drobne antypatie, które z czasem twardniały w kruszec nieufności.

            Kai był ranny. To widziała od razu: sposób, w jaki trzymał głowę, napięcie mięśni szyi, płytki oddech. Drobne, niepotrzebne spięcie, kiedy ktoś podchodził zbyt blisko — instynktowna reakcja człowieka, który sam już nie wie, gdzie kończy się jego wola, a zaczyna cudza. Quatermain znała ten odruch, widziała go u żeglarzy wyciągniętych z topieli, u rekonwalescentów po gorączce z majakami.

            Podniosła się w końcu, podpierając się dłonią o pobliski pień, i sama podeszła do barda. Bez komentarzy, bez aktorskich gestów. Tylko bandaże, igła, alkohol.

            — Pokaż — powiedziała cicho, dość beznamiętnie. Nie jak szanowany doktor medycyny z Greyhawk, nie jak dama z dobrego domu, tylko okrętowy łapiduch do marynarza.

            Kai z westchnieniem odjął dłoń od skroni. Pierwsza rana okazała się paskudna, ale nie śmiertelna. Zwykłe skaleczenie w innym miejscu świata, w innym czasie. Tu, w Dolinie Drusdygg, wszystko nabierało jakoś cięższej wagi.

            Dopiero gdy alkohol spadł na rozcięcie, a półelf skręcił się jak rażony gromem i runął z pniaka, Lara zobaczyła właściwy problem. Włosy odsunęły się jak kurtyna i ukazały rozcięcie na szyi — niebezpiecznie blisko wszystkiego, co w szyi cenne. Impuls strachu był ostry, lodowaty, ale jej ręce pozostały pewne. Dociśnięty jałowy opatrunek, szybkie, krótkie ruchy — tak techniczne i przetrenowane, że niemalże nieludzkie.

            To wszystko już widziała. Krew na statku. Krew na piasku plaży. Krew na deskach sali sekcyjnej. Nigdy jednak nie była to ta krew, ten człowiek, ten półelf, który przed chwilą wkładał całą swoją próżność i talent w to, by rozbroić napięcie żartem.

            Kiedy wreszcie skończyła, a oddech Kaia się wyrównał, poczuła, jak napięcie zaczyna odpływać. Choć nie do końca. Jak zwykle coś zostawało — cienka żyłka lęku, że przeoczyła drobnostkę, że jedno włókno na szyi pęknie za godzinę, nie teraz. Ale wraz z wydłużającą się drzemką barda, z każdą jego spokojniejszą nutą oddechu — bo nawet śpiąc oddychał teatralnie — ciężar na jej sercu malał.

            Dopiero wtedy pozwoliła spojrzeniu powędrować ku Mariusowi i Sewerynowi, pochylonym nad goblińskim trupem. Dziwna para: osobliwy kapłan z głową przytrzymaną przy czole potwora i niewiele normalniejszy medyk, który liczył impulsy ciepła pod dłonią trupa. Ich wymiana szeptów docierała do Lary tylko strzępami: mutacja, telepatia, mówiący, plemię w jaskiniach.

            A potem: metaliczny dźwięk monet przesypywanych z dłoni do dłoni.

            — Pokażcie, proszę — rzekła nieco nadwyrężonym głosem.

            Seweryn, najwyraźniej przywykły do tonów medyków i kapłanów, nawet się nie zająknął, tylko wysypał jej na dłoń zawartość znaleziska. Złoto Wolnej Ligi, zwykłe miedziaki, parę srebrników — to wszystko rozpoznała jednym spojrzeniem. Ale były tam i inne krążki. Kanciaste. Pięciokątne. Zbyt starannie wykonane jak na goblińskie rzemiosło. Nie była to z pewnością robota żadnej leśnej bandy „szaraków”.

            Zbliżyła jedną z monet do wzmocnionych okularami czarnych oczu, mrużąc powieki. Runiczne napisy obiegały krawędzie figury, w środku zaś — symbole: forteca, ścięty krzyż, korona z toporem i tarczą. Ciężar krążka różnił się od ludzkich monet. Rozkład masy był jakiś… zbyt surowy, zbyt praktyczny.

            — Zdaje mi się, że to nie zwykłe krasnoludzkie bicie — wymknęło jej się półgłosem. — Zbyt kanciaste, zbyt chłodne.

            W pamięci przywołała ryciny z podręczników, rzuty monet widywanych w kolekcjach numizmatycznych w Greyhawk. Runy różniły się nieco od tych, które standardowo wiązano z klanami z okolicznych gór. Linie były prostsze, twardsze, mniej ozdobne. Jakby ktoś wziął klasyczne krasnoludzkie pismo i odarł je z wszelkiego zbytku, zostawiając tylko ostrza i kąty.

            „Szare krasnoludy…” — powiedziała w końcu w myślach, a owe słowa zaciążyły jej tak, że niemal wypowiedziała je głośno. Duergarowie. Podziemne plemiona, o których krążyły opowieści równie mętne, co gorące źródła Piekielnych Pieców. „Albo ktoś, kto od nich się uczył”.

            Goblińscy szamani, monety spod ziemi, telepatyczne manipulacje, znikające wioski i porywane dzieci. Całość zaczynała układać się w mapę, na której Dolina Drusdygg nie była już tylko dzikim pograniczem Wolnej Ligi, lecz gardłem, z którego coś — ktoś — zaczynał się przeciskać na powierzchnię.

            centered paragraph

            Rozstanie z resztą drużyny było krótkie, rzeczowe, lecz przez to wcale nie mniej bolesne. Sylv, z uporem, którego Quatermain nie mogła mu odmówić, trwał przy swoim: Migdał wraca z nimi. Seweryn — wierny swoim rachubom, ale i własnemu wewnętrznemu kompasowi — skłaniał się ku dolinie. Marius, rozdarty między podszeptami swojej „bogini” a ryzykownym obowiązkiem, ostatecznie również skierował wzrok ku ścieżce wiodącej ku Pogorzeli.

            Randal, Kai i Lara zostali na polanie, gdy konie ruszyły z powrotem. Powietrze w Dolinie Drusdygg pachniało ostatnio siarką, potem i rodzajem milczenia, które nie było spokojem, lecz oczekiwaniem.

            — Trójka przeciw niewiadomej — skwitowała w duchu, patrząc, jak sylwetki towarzyszy maleją. — Statystycznie rzecz biorąc, marny układ...

            A jednak nie potrafiła zawrócić. Migdał już nie żył. A każda uciekająca chwila stanowiła ryzyko, że porwani mogli zniknąć bezpowrotnie w trzewiach gór. W pamięci odgrzebywała mapy, które szkicowała w głowie zawsze, gdy ruszała w teren: ścieżki, uskoki, naturalne gardziele, miejsca, które sprzyjały kryjówkom. Zbyt wiele śladów prowadziło w górę, by można było je teraz zignorować.

            — ... na szczęście nie jestem statystyczką — dodała z cieniem uśmiechu, jakby pod wpływem wagi zadania powróciła jej część dawnego rezonu i brawury.

            centered paragraph

            Widok kipieli, do której doprowadziły ją tropy, był próbą nawet dla jej zahartowanego lekarskiego żołądka. Wrzące jeziorko, bulgoczące jak kocioł alchemika, w którym ktoś zapomniał zmniejszyć płomień, ciała unoszące się jak rozgotowane kukły. Stopy, ręce, strzępy ubrań. Starsi ludzie porzuceni jak zepsute narzędzia.

            Quatermain odwróciła się w końcu, wciągając powietrze przez zaciśnięte zęby. Zawodowe skrzywienie mówiło swoje: mogłaby opisać temperaturę wody, szacunkowy czas rozkładu tkanek, określić mniej więcej okres, jaki upłynął od wrzucenia pierwszego ciała. Żaden z tych faktów nie przynosił jednak ulgi.

            — To nie efekt zwykłego okrucieństwa — powiedziała w końcu półgłosem, jakby usprawiedliwiając przed samą sobą, że idą dalej. — To techniczne pozbycie się balastu.

            Brzmiało to tak zimno, że aż zawstydziła się własnych słów. Chociaż była to najuczciwsza diagnoza, na jaką było ją stać.

            Kolejne godziny wspinaczki były już tylko mechaniczną procedurą: krok za krokiem, odłamek za odłamkiem, płuca protestujące przeciwko siarkowemu miazmatowi i mięśnie, które coraz wyraźniej przypominały, że ktoś nimi niedawno potrząsnął jak bezwładnym ciężarem. Trop gubił się, odnajdywał, wyparowywał na skale i powracał w piachu.

            Zawrócenie było w pewnym momencie nie tyle decyzją, ile kapitulacją przed geometrią gór. Ścieżka zbyt wąska, zbyt krucha. Wrócili, przetrząsnęli zbocze raz, drugi, wreszcie trzeci. Lara czuła, jak rośnie w niej gniew — nie ten buchający, jak niedawny Sewerynowy, lecz zimny, cichy, który zastyga w kościach jak jeszcze jedna warstwa zmarzliny.

            Kiedy Kai nagle oznajmił, że musi wrócić „tam wyżej”, że coś widział, bodajże jakiś błysk, Quatermain miała przez ułamek sekundy ochotę powiedzieć po prostu: nie. Nie po tym wszystkim. Nie po Migdale, nie po goblińskiej magii, nie po tym, jak półelf — z własnej winy czy nie — zdążył już raz wepchnąć ich w śmierć.

            Zamiast tego tylko westchnęła i poprawiła pasek torby.

            „Jeśli ma rację, a my tu zostaniemy, to będę musiała żyć z tym, że kazałam zawrócić” — skonstatowała w myślach. — „A jeśli jej nie ma, to przynajmniej będę miała kolejny powód, by go udusić”.

            Nie był to klasyczny kodeks Pelora, Lydii ani Celestiana. Ale był jej.

            centered paragraph

            Wspinaczka do rozłamu w skale tym razem bolała bardziej. Każdy krok ciągnął za sobą echo wcześniejszych, a Piekielne Piece znały się na zadawaniu pytań o sens wędrówki. Lara dotarła do szpary jako ostatnia. Oddychając ciężko, czuła też tłuste, lepko-ciepłe krople potu spływające wzdłuż kręgosłupa. Światło pochodni drgało na ścianach, zamieniając skały w poruszającą się powłokę jakiegoś kamiennego stwora.

            Randal przeszedł pierwszy, ostrożny do przesady, jakby każdy kamień mógł okazać się fałszywym stopniem. Kai wślizgnął się za nim niemal bezszelestnie, jeszcze chudszy na tle kamiennej szczeliny. Quatermain zawahała się tylko na chwilę, po czym wciągnęła powietrze i przecisnęła się za nimi.

            Z tej strony zbocze wyglądało jak coś, co natura ulepiła w pośpiechu. Bazaltowy żwir, żebra skał, które rwały się w dół pod własnym ciężarem, i ten nieustanny syp, jakby ziemia próbowała ich z siebie zrzucić.

            Przy pełgających pochodniach Kai zszedł w dół na linie, rozsądniej i ostrożniej. Widział krew, mówił. Mignięcie czerwieni na skale. Ślad, który wówczas zbagatelizował.

            Blondynka wiedziała z doświadczenia, że takie mgnienia potrafią prześladować całe życie. Niedostrzeżony szczegół na wykopaliskach. Zignorowany objaw u pacjenta. Cień w rogu kamiennej sali, który okazuje się początkiem czegoś dużo większego.

            Quatermain opierała się o skałę, czując, jak stopy ślizgają jej się na drobnym żwirze. Pochodnia paladyna rysowała ruchomy krąg światła, a bard schodził coraz niżej, małymi, ostrożnymi krokami. A potem był tylko głos, znów trochę zbyt teatralny, ale tym razem niosący ze sobą treść, której wszyscy potrzebowali:

            — Mam! — syknął z dołu Kai najgłośniej, jak potrafił, niepewny, czy taki syk jest w ogóle bezpieczniejszy niż zwykłe zawołanie. — Jest przejście!

            Lara poczuła, jak coś w niej się prostuje, jakby kręgosłup nagle przypomniał sobie, że zrobiono go z czegoś więcej niż zmęczenia.

            — Zejdę do niego – powiedziała do Randala. — Muszę zobaczyć, co znalazł.

            Podróż na dół była powolna, metodyczna, wyliczona co do kroku. Każdy kamień sprawdzony czubkiem buta, każdy chwyt w skale dwukrotnie potwierdzony palcami.

            Kiedy dotarła do Kaia, światło jego pochodni rzucało drgające refleksy na coś, co z początku wzięła za zwykły cień w ścianie. Dopiero po chwili zauważyła linię — zbyt równą jak na kaprys skały. Potem pełniejszy kamienny kształt, ledwie wystający spod nalotu pyłu i tufowego osadu.

            Właz.

            Był wbudowany w skałę, pokryty runicznymi napisami i pozbawiony czegokolwiek, co przypominałoby otwór na klucz.

            Lara przyklękła, ostrożnie odgarniając pył dłonią. Pod palcami poczuła ostre nacięcia prostych i kanciastych znaków. Zbyt podobnych do tych na pięciokątnych monetach, by mogło to być przypadkiem.

            — To nie jest ludzkie — powiedziała cicho. — Ani goblińskie. I nie wydaje się też pracą zwykłych krasnoludów.

            Kai spojrzał na nią pytająco.

            — Te monety przy szamanie — przypomniała. — Pomyślałam o szarych krasnoludach. Jeśli mam rację… ten właz może prowadzić do czegoś, co niekoniecznie przywita gości z powierzchni z otwartymi ramionami.

            Dotknęła wnęki, rozglądała się, gdzie może tkwić jakiś mechanizm. Pokrętło, dźwignia, może coś bardziej wymyślnego.

            W głowie czarnookiej zarysowała się prosta sekwencja: porwani wieśniacy prowadzeni w góry, starzy i słabi wrzuceni w kipiel, ci, którzy zostali, przepchnięci przez właz w skalnym zboczu.

            Podniosła się ostrożnie.

            — Możemy zrobić trzy rzeczy — powiedziała, bardziej do siebie niż do Kaia. — Spróbować otworzyć to od razu i zaryzykować, że cokolwiek jest po drugiej stronie, nie jest na nas gotowe. Albo spróbować zablokować na stałe właz, udając, że niczego nie widzieliśmy — i żyć potem z tym, co stanie się w dole…

            Zawiesiła głos, czując, jak gdzieś w piersi zaciska się ta znajoma, trudna mieszanina brawury, rozsądku i sumienia.

            — …albo wrócić po resztę, po więcej światła i stali, i zejść przygotowani. Wiedząc, że czas działa przeciw nam, ale nie wchodząc na ślepo w głąb góry jak kolejne baranki na rzeź.

            Przesunęła palcami po runie na krawędzi włazu, nawet przez materiał czując zimno metalu, który tkwił tu od dziesiątek, może setek lat.

            — Osobiście — dodała w końcu twardszym, rzeczowym tonem. — Proponowałabym trzecią opcję. Serce opowiada się za pierwszą, lecz... otwieranie nieznanych, krasnoludzkich — a może duergarskich — włazów w trzy osoby, po zmroku, bez zapasu bandaży i porządnego planu, zbyt mocno kłóci się z moją medyczną i archeologiczną etyką.

            Pochyliła się jeszcze na moment, jakby chciała zapamiętać każdą krawędź włazu, każdą rysę w skale, każdy detal, który później mogą zniekształcić zmęczone wspomnienia. Jednak zaraz potem gwałtownie potrząsnęła głową.

            — Najlepiej, jeśli obaj wrócicie — oznajmiła. — Zbierzcie ludzi i zorganizujcie wszystko, co potrzebne. Ja tu zostanę i przypilnuję wejścia, będę przede wszystkim obserwowała z ukrycia. Być może przy okazji rozgryzę, jak dostać się do środka, albo dowiem się, kto dokładnie za tym wszystkim stoi.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #172

              Seweryn Drachenwulf (Rewik)

              Uśmiech wykrzywił twarz Seweryna, lecz był to chyba grymas maskujący myśli kotłujące się w jego głowie. Zapewne wierzył, że dobrze uczynił, zmierzając tam gdzie jeszcze mógł się dobru przysłużyć, lecz wątpliwości zawsze mąciły w głowach, tak altruistycznych osób, jak on.

              — O...obawiam się, czy moja przedłużająca się nieobecność, nie dobija się na zdrowiu mo-ich pacjentów. — Seweryn kiwał głową, na racje Wincentego, bo i słuszne były. — Ale prawdę rzeczesz, gdyby posiłki przyszły, sprawę to odmieniłoby niechybnie, a tedy i dla moich umiejętności może tak się zdarzyć, miejsce będzie w tej wyprawie. Chciałem w stronę je-jeziora wybrać się. Tam gdzie ślad wiódł z miejsca, gdzie Grumwid i reszta rąchtowali się wzajem. Tedy skoro świt wstanę, jako w zwyczaju mam i tam się udam, skoro i tak na resztę przyjdzie nam czekać.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #173

                Marius (Brilchan)

                Czas podróży powrotnej Marius spędził, zastawiając się jak ułożyć w głowie i przekazać innym informacje, które Mistrz wyciągnął z głowy goblina psionika bez wzbudzania podejrzeń co do źródła swych mocy oraz informacji. Po walce nerwy wszystkich były, zbyt napięte czuł, że samo wzięcie w obronę Kaia wzbudziło zbyt duże podejrzenia.

                Fałszywy kapłan wziął, jedną sztukę złota z puli zysków po gobosach planując kupić sieci, które mógłby użyć nie tylko do łapania ryb, ale także do pętania wrogów, ale gdy usłyszał, że Pan Seweryn chcę iść, nad jakieś jezioro nie mógł się powstrzymać, gdyż zbyt długo był z dala od większej wody jego natura i wychowanie oraz to skąd czerpał magię, sprawiło, że pójście nad jakiekolwiek ciało wody było nie do odparcia, może byłoby lepsze, lecz na bezrybiu i rak ryba. Wpierw jednak strażnikowi należała się odpowiedź:

                - Wstrętne gobliny miały moc naginia umysłów dobrały się do mózgu biednego Pana Kaia i zmusiły go, żeby wprowadził nas w pułapkę, gdyby nie świętej pamięci Pan Migdał wszyscy byśmy zginęli i nikt by nie wiedział o porwaniu mieszkańców wioski, stąd się rozdzieliliśmy, bo ktoś musiał powiadomić Kompanie, co się stało a druga, część drużyny poszła tropem porwanych - rzucił żołnierzowi jeden z rzeźbionych kłów.

                - Co dziwne te plemiona zwykle siedzą głęboko pod ziemią według Pani Profesórki Lary i innych mądrych głów ci, co ich zabiliśmy, mieli ze sobą monety co "potworniaste" czarne krasnoludy z podziemi je wykuli... Na moją głowę coś strasznego musiało się wykluć, w podziemiach co spowodowało, że podziemne straszydła, które zwykle rzucają się sobie do gardzieli, zjednoczyły się i teraz te plemienia goblinów porywają naszych ludzi z góry jako niewolników czy na ofiary dla jakiś mrocznych bogów nic to dobrego dla nas nie wróży, nie wiem, czy nie wysłać umyślnego z listem do szefostwa, żeby wiedzieli, co się dzieje? - Zastanowił się na głos, wciąż obawiając, się czy Pan Seweryn albo kto inny nie wykryje jego sekretnych motywów? Umiał całkiem dobrze kłamać, życie na ulicy go tego nauczyło, ale miał do czynienia z prawdziwe łebskimi uczonymi....

                Naprawdę chciał pomóc ludziom i Kompanii, choć nie zamierzał w tym celu biegać po górach jak Pan Randal błogosławiony przez bogów.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Niedostępny
                  PaniczP Niedostępny
                  Panicz
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #174

                  sir Randal Bronson (Mike)

                  - Mądrze mówisz, ale wtedy może być już za późno dla porwanych - rzekł Randal. - Zresztą, małej grupie łatwiej ujść uwadze niż dużemu oddziałowi. Spróbujmy to otworzyć i zajrzeć, wtedy zdecydujemy co dalej.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #175

                    Seweryn (Rewik)

                    Obawy Mariusa co do snucia podejrzeń przez Seweryna względem jego zdolności, czy też samego ich źródła, bynajmniej nie były bezpodstawne. Cyrulik wykazywał niemałe zainteresowanie magią, co to się raz wnikliwym spojrzeniem, to znów ostrożnem pytaniem objawiało. Jednakże podobna ciekawość zdradzał i wobec mocy nadanych przez bogów Randalowi, czy nawet względem elfa. Z jakiegoś powodu jednak - zdawać się mu mogło - iże to względem jego osoby zainteresowanie było wyższe i mniej... niechętne? Powód takiego stanu rzeczy był teraz nie do odgadnięcia, choć można było snuć domysłów wiele.

                    Spędziwszy nieco więcej czasu w podróży tak teraz, jako i w tej co to ich do jeziora powieść dopiero miała, Marius mógł poznać się na tym, iże Seweryn bynajmniej w dziedzinie kunsty czarnoksięskiej indoctus wcale nie był, choć wiedzę swą zda się maskował, w pytania ją odziewając, miast wypowiadać tezę od razu. Nigdy jednak nie przejawiał zdolności magicznych, mimo znaku Pelora, jaki z dumą nosił na piersi.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #176

                      Wieczór. Róż na szczytach, fioletowe wstęgi na niebie niknące w granat, światło gasnące powoli jak świeczka nieudolnie zdmuchiwana przez pięciolatka. Świerszcze grające bis za bisem, cichnące beki owiec zapakowanych do zagrody, trzask ognia nad paleniskiem i ziemia oddająca ciepło pod tyłkiem, osadzonym na nagrzanych kamieniach.

                      Wieczór w Drusdygg potrafił być przyjemny. Jeśli nie wchodzić w szczegóły. Jeśli nie myśleć, że zapadł jak niewidzialne grodzie, wiążąc wysłanych w góry kompanów gdzieś hen, z dala od ludzi. Przyciśniętych nocą do miejsca, gdzie przyszło im znaleźć schronienie. Gdziekolwiek to było.

                      Jeśli w ogóle było. Czarne myśli przelatywały przez głowę Mariusa i Seweryna, gdy łączyli wspomnienia z planami na jutro. Czy kompani znaleźli porwanych było odpalaną w mózgu formułką, na którą można było wzruszyć ramionami i prychnąć w powątpiewaniu, dobrze życząc, ale pozwalała przynajmniej odgonić obawę, że może nie o porwanych trzeba się teraz martwić, ale o to, czy towarzysze zostali w ogóle w jednym kawałku.

                      Nie byli właściwie w najlepszej formie. Niby zszyci i opatrzeni (choć Kai demonstracyjnie z pomocy Seweryna nie skorzystał), ale jednak słabsi. Randal trzymał się twardo, nawykły do tłumienia emocji i znoszenia niewygód z kamienną twarzą, ale boskie z nim moce czy nie, był tylko człowiekiem. Człowiekiem nie z tych stron. Nocą, w górach, na tropie zlanym krwią.

                      Seweryn współczuł na ile potrafił, ale on nie pisał się na awanturnika. Dalsza wyprawa trąciła przygodową brawurą, a jego życie nie było chrustem do rzucenia na pusty ogień. Był medykiem i miał leczyć. Miał żyć, żeby pomagać. Uczyć się... I doskonalić. Ludziom na ratunek i Pelorowi na chwałę.

                      Marius znał całą bandę krócej i w tej krótkiej relacji z kompanami ciągle trzymał dystans, nie schodząc nawet na Ty, mimo nacisków Kaia i przewracanych oczu. On też miał swoje powody, by nie szafować życiem lekko, wyratowany niegdyś z otchłani oceanu nie po to, żeby zdechnąć gdzieś w suchości Drusdygg.

                      Obaj mężczyźni, swoista ariegarda drużyny, zdecydowali, że nazajurz skoro świt ruszą nad Cudny Staw, zerknąć na ślady po Grumwidowej jatce. A dalej... Co dalej, przyjdzie ustalić już potem, gdy do wioski przybędą posiłki. I co owe posiłki powiedzą. Kto z nimi przybędzie i czego zażąda...

                      - Że co? – powiedział tylko Wincent w odpowiedzi na potok słów Utopca, który postanowił strażnikowi przedstawić od razu całe zaplecze ich tropienia i bitwy, wprowadzając od razu wątki i domniemania, które faceta aż usadziły.

                      Seweryn trzymał na razie język za zębami, ale mimochodem rzucił okiem na twarz Sylva i Wincenta, gdy kapłan paplał im o goblinach bawiących się umysłem Kaia, czarnych krasnoludach, czy zjednoczeniu podziemnych plemion, by napadać wioski i składać ofiary mrocznym bogom. Obaj chyba nie dowierzali własnym uszom, ale o ile ten pierwszy mógł jeszcze mieć swoją opinię po wyprawie, o tyle ten drugi powoli układał sobie historyjkę po swojemu. I można było już się domyślać, że pójdzie ona dalej, plotką i opowieścią rosnąc aż groza spadnie na całe Czarne Wrota.

                      Wyzwoliciele (zmartwiałej póki co) Pogorzeli nie mieli okazji rozsiąść się na dobre przy ogniu, bo niebawem, nim zmrok całkiem zapadł nad doliną, do wioski zjechał oddział konnych z miasteczka. Była ich jedenastka – grupę wiódł wysłany po nich Grebo, ale pieczę nad całością sprawował dziesiętnik, Varlund.

                      Dowódcę kojarzyli tylko z widzenia – był chyba najemnikiem w służbie którejś z kompanii, albo ochoniarzem któregoś z zesłanych do Wrót oficjeli, ale przede wszystkim był żołnierzem. Widać to było po kroku, sposobie w jaki się nosił i jak trzymał broń – bez fanfaronady i ozdobników. Było też zresztą widać po bujnym sumiastym wąsie, który musiał być wąsem sierżanckim, bo mało kto byłby w stanie wyhodować takiego krzaka pod nosem nie dostępując przynajmniej podoficerskiego żywota. Naturalnie, bywali ludzie zupełnie cywilni, którzy zarastali gęsto, ale w tym typie gąszczu zaprogramowana była żołnierskość, buta, rozkazy, ostre picie, zmęczenie życiem i duma.

                      - Jestem Varlund – ogłosił wąsacz po przyjeździe. - Dostałem tu komendę nad wydzielonym oddziałem od pana starosty. Grebo opowiedział już trochę, ale widzę, że was tu, panowie, mam... To lepiej powiecie.

                      Żołdak zeskoczył z konia i dał komendę ludziom, żeby dać zwierzętom popas. Jeśli przyjazd nie miał zastać ich w bitwie, ani tarapatach, to pewnikiem mogli trochę odpocząć. Oby do rana...

                      – Znaleźliście coś? I więcej was chyba tu miało być, co? Gdzie panienka? I ten pan rycerz?

                      Varlund mówił bezpośrednio do Seweryna, miarkując, że on chyba tu najważniejszy i wiedzieć będzie najlepiej. Kojarzył go jako wioskowego medykusa, a tym samym osobę światlejszą niż czeladź i żołdactwo, a może i starosta szepnął mu coś o Drachenwulfie, który ostatnio tak dobrze sprawdził się na salonach.

                      Dziesiętnik przywiódł ze sobą zbrojny oddział, z którego część twarzy była jeszcze nieopatrzona, ale Seweryn ucieszył się na widok Hansa, który ledwie dzień temu pomagał mu przy transporcie rannych do lazaretu. Zbrojny zapewniał, że ranni dochodzą już do siebie i przekazywał medykowi podziękowania, które przesyłali.

                      Reszta była nieznana ani Mariusowi, ani cyrulikowi, acz parę postaci mocno rzucało się w oczy. Niewysoki, szczupły albinos przyciągał uwagę wszystkich. Tak, jak i towarzyszący mu wielki, kudłaty Baklun z brodą jak ketyjski imam.

                      Seweryn i Marius mogli powiedzieć, co chcieli, pozbawieni dogadywań Sylva, który zmarkotniał i zmilkł. Grunt, że szybko poinformowali grupę o konkretach, co skłoniło dowódcę, by oddział zanocował, bo ani porwani, ani reszta grupy nie są nigdzie pod nosem i jazda dalej niewiele teraz pomoże.

                      Wzmocnieni solidną drużyną i sprzętem, który przywieźli, opiekunowie Pogorzeli usypali dla Migdała godny kurhanik, a cielsko cuchnącego ettina obłożyli chrustem, zalali oliwą i spalili, sawiając nocną straż od znęconych smrodem drapieżników.

                      Ogniska zapłonęły wśród wioski, na nowo wpuszczając weń światło i życie. Na razie.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Niedostępny
                        PaniczP Niedostępny
                        Panicz
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #177

                        Seweryn (Rewik)

                        Ostatnie muśnięcia długich różanych palców zachodzącego słońca kładły troskliwie do snu świat, a z nim sam Drusdygg. Lecz ludzie byli krnąbrni i nie kładli się spać jeszcze, ognie palili i sprawy swe załatwiali.

                        Seweryn milcząco przyjął powitanie Varlund'a póki ten nie zeskoczył z konia i posławszy żołdaków do zadań, ponownie nie obrócił się i zwrócił się zarazem w jego stronę. Cyrulik zmrużył oczy, bowiem patrzył akurat w stronę zachodnią.

                        — Było... jest... — poprawił się zaraz — ...nas jeszcze trójka. — W stronę zachodu, gdzie patrzył, za plecy Varlunda i w stronę gór wskazał. — Rozdzielili my się z ki...kilku powodów. — Seweryn uśmiechem odwzajemnił pozdrowienie Hansa i jął mówić dalej. — Doktor Quatermain, panicz Bronson i Kai, półelf ruszyli dalej tropem, coby go nie zgubić, póki świeży. Ja, jako żem nie do takich wypraw stworzon, powróciłem, nieboszczyka Claude pochować i waszmościów przywitać i w sprawę wtajemniczyć.

                        Seweryn celowo odchodził ode ogni palonych, by wywabić wąsatego "sierżanta" od niepotrzebnych uszu.

                        — Sprawa niepewna jest i tajemnicza. Wiemy na pewno iże wioskowi porwani i do gór poprowadzeni żywymi. Może mieć to sakralne causa, tutejsze miejsce kultu sprofaaanowali. Śladu walk w za zasadzie nie było. Znaczy na moje, niezwykle sprawna zasadzka i nie byle kto. Jeśli mnie spytacie nie na nasze siły, nasze czyli mojej grupy. Wiedzieć tego nie możemy na pewno, ale może tak być, że pościgu się spodziewali, że goblinom zło-złootem poświecili, by życie nam struć. I struli. Pan Claude w walce zginął, po tym jak podejść grupa zwiadowcza się dała. Odważne to, choć niemądre, ale trójka ta postanowiła dalej ruszać. Z jednej to dobrze, tropu nie stracą, z drugiej być może pościg zdradzą... Ale nie moja w tym głowa, a panicza Randala i jak przemyśliwuję Wasza, mnie jeno rannych zszywać. Czerwone z czerwonym, żółte z żółtym łączyć.

                        Seweryn opisał jak najdokładniej miejsce rozstania, a Varlund kiwnął głową, lecz swoje myśli o odwadze i głupocie dla siebie pozostawił.

                        — To wszystko? - upewnił się.

                        — Ciekawym znaleziskiem może się z wami Sylv podzielić. Zachował trochę monet, które najpewniej z dalekich krain pochodzą, a w posiadaniu goblinów były. Jeśli jest jak myślę, pochodzenie intruzów może zdradzić. Różne pomysły co do ich pochodzenia słyszałem, nawet takie, że to od podziemnych ludów być może, ja w głowę zachodzę, czy to może Szkarłatne Bractwo w te strony dotarło. Dużo się o nich słyszy ostatnio, że rozpad mają i że po świecie w różnych miejscach się ich widuje.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #178

                          Marius (Brilchan)

                          - Dobrze Pan cyrulik Seweryn prawi ja to żem mało nie zmarł walcząc z Ettinem co chciał tu miejscowego dzieciaka co się ukrył przed goblinami złapać i zażreć i żyje tylko dlatego, że mnie Pan Seweryn pozszywał jak mnie poczwara, o drzewo rąbną, to chciałem ubezpieczać człeka co mnie wyratował a jakbym się po górach wspinał, zanim się wygoi to by się jeszcze potwierały rany, ale teraz jakbyśmy siłą poszli to pójdę z wami w końcu za to mi płacą i magię mogę znów wymodlić - poparł czerwonowłosego.

                          - Najważniejsze to Panie dowódco już wam Pan cyrulik powiedział, ale to wam powtórzę co tu już mówiłem - zacytował z pamięci to co już z siebie wyrzucił, żeby nie było, że co kłamię:

                          - Wstrętne gobliny miały moc naginia umysłów dobrały się do mózgu biednego Pana Kaia i zmusiły go, żeby wprowadził nas w pułapkę, gdyby nie świętej pamięci Pan Migdał wszyscy byśmy zginęli i nikt by nie wiedział o porwaniu mieszkańców wioski, stąd się rozdzieliliśmy, bo ktoś musiał powiadomić Kompanie, co się stało a druga, część drużyny poszła tropem porwanych - Rzucił żołnierzowi jeden z rzeźbionych kłów.

                          - Co dziwne te plemiona zwykle siedzą głęboko pod ziemią według Pani Profesórki Lary i innych mądrych głów ci, co ich zabiliśmy, mieli ze sobą monety co "potworniaste" czarne krasnoludy z podziemi je wykuli... Na moją głowę coś strasznego musiało się wykluć, w podziemiach co spowodowało, że podziemne straszydła, które zwykle rzucają się sobie do gardzieli, zjednoczyły się i teraz te plemienia goblinów porywają naszych ludzi z góry jako niewolników czy na ofiary dla jakiś mrocznych bogów nic to dobrego dla nas nie wróży, nie wiem, czy nie wysłać umyślnego z listem do szefostwa, żeby wiedzieli, co się dzieje?

                          - Teraz jak o tym, myślę, to nie sądzę, żeby to plemię goblinów miało więcej, niż jednego takiego szamana co nagina umysły, bo to rzadki talent i one się boją zwykle takich rzeczy, może jednego miał czeladnika? Tak bym stawiał złoto przeciw orzechom, Osprem mi świadkiem ja chce tylko pomóc pójdę tam, gdzie mi nakażecie chodziło mi jeno o to, żeby informacja o tym, stadzie goblinów co ludzi porywają nie zginęła razem z nami - Szczerze chciał pomóc Kompanii i wykonać porządnie zadanie, za które mu płacą, ale nie zamierzał tego robić własnym kosztem.

                          Nie przejmował się tym, że z jego słów mogą narosnąć plotki czy że Kaia mogą spotkać problemy wszystko, co mówił, było jego zdaniem prawdą.

                          Jeden z przybyłych wojów zgodził się odsprzedać mu sieć za sztukę złota, w którą Marius miał nadzieje złapać tego młodego goblina psionika, o którym mówił Mistrz. Wcześniej przy jednej z chałup znalazł sieci rybackie, ale tamtymi dałoby się spętać jeno ryby i nawet naostrzona skała mogłaby je przerwać, za to nowe kupione zwoje nadawały się do pętania zwierząt i człekokształtnych.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #179

                            Marius i Seweryn

                            fabc2c56-bcef-4dd2-9662-a432d54b7564-image.png dd201427-11a1-4bde-8c59-d732c5c624b6-image.png

                            Przybycie odsieczy – mile widzianej, acz nieco, wobec odrębnych planów Seweryna i Mariusa, problematycznej – wlało w wieczór gwar i ludzkie ciepło. Pogorzel była stęskniona takiej atmosfery. Wraz z ludźmi wyrwano z niej duszę i sens istnienia, ale krzątanina gości potrafiła wlać pozory przytulności nawet w jałową pustkę. A tu – no przecież – aż tak ponuro nie było.

                            I może tliła się jeszcze jakaś nadzieja?

                            Varlund nie dał po sobie poznać, czy jest człowiekiem nadziei, czy tym od a nie mówiłem, zanim cokolwiek gruchnie, ale raportu obu wysłanników Kompanii wysłuchał z uwagą. Głową kiwał, wąsa podkręcał i słuchał. Potem zaś pytał.

                            Pytał ile to czy tamto stąd było, pytał gdzie dokładnie, bo ciekaw był znaków w przestrzeni, pytał o liczby – goblinów, zbiegów, śladów, godzin na szlaku i staj od wioski. Pytał dokładnie, a Seweryn i Marius nie mieli wyjścia jak równie dokladnie odpowiadać. Kiedy czegoś przywołać nie potrafili, może mniej obeznani w gatunkach drzew czy nazwach strumieni, polan i wzgórz, po których okolicę można śledzić, w sukurs przychodził Sylv. Młody tropiciel miał łeb na karku, a choć nie rwał się pierwszy do gadania, to umiał przywołać obrazy do najmniejszego detalu.

                            - Z temi goblinami to dziwnie rzeczecie, panie – Dziesiętnik zmrużył oczy przy spojrzeniu na Mariusa. - Znaczy twierdzicie, że to gobliny porwały tę tu wioskę? Całą?

                            Kapłan skrzyżował spojrzenie jasnych oczu z kocim wzrokiem sierżanta i przytaknął.

                            - Dawno tu problemów takich z łachudrami już nie było... Czasem to-to wyłaziło, ale rzadko do wiosek. – Varlund dał znak, by przysiedli obok mniejszego ogniska, gdzie byli sami. - Ja też nie z Drusdygg rodzony, ale już trochę tu siedzę, ale tegośmy dawno nie mieli... To już chyba bliżej wieku niż mniej będzie jak czarodzieje wytępili wszystko w tych górach. Wypalali wtedy, zabijali. Zawzięli się. Wiecie, za ten klasztor.

                            - Coś słyszałem – potwierdził Utopiec dla podtrzymania rozmowy. - Ale powiecie coś więcej, panie?

                            Seweryn nadstawił ucha, bo wiedział, że w Dolinie był opuszczony klasztor Braci Księgi, jednego z zakonów Delleba – boga-skryby, który patronował uczonym i pisarzom. Dotąd nie miał okazji podpytać, co zaszło, ani odkąd monastyr stoi pusty, ale czas wreszcie przyszedł.

                            - A, to było chyba kole pięćset pięćdziesiątego czy czterdziestego... No ja nie pamiętam sam tego, przecie, ale jakoś tak. – Zadumał się Varlund, postukując w menażkę. - Wtedy więcej było tego obesraństwa – tych goblinów, orków, gnomów... I inszego tam jesczcze dziadostwa w tych górach.

                            - Gnomów? – zaciekawił się Marius.

                            - Czy gnolów, nie wiem – te takie hienowate, wilkołaki takie. Więcej się ich w górach lęgło i ponoć zdarzało się czasem im rwać do wiosek, ale też nic nie zapowiadało tego, co potem... – Sierżant pokiwał sobie na potwierdzenie i – zasłużywszy – nabrał zupy z gara do menażki. - No też bierzcie, gorąca, dobra grochówa. Macie michy czy nie?

                            - Mamy – zapewnił Seweryn, miarkując, że michy się znajdą, a zupy wystarczy, ale jak Varlund straci wątek, to może i historia uleci. - I co te orki i gnolle zrobiły?

                            - Ano, więcej ich było, grozę siały, ale niby ludzie myśleli – zagrozić to najwięcej co wiosce biednej. A tu patrzaj, niby podchody robiły, ktoś tam zginął, słyszałem, ale jak z gór spadły... – Żołnierz zrobił pauzę, by zagryźć pajdą chleba. - To od razu na ten klasztor spadły. Nikt by wtedy nie pomyślał, że zdobyć go mogą, bo tam mury, kamień... To nie była taka wioseczka, że ogień zaprószyć i koniec. A jednak spadli i klasztor wzięli. Ludzi wyrżnęli, złoto złupili. I stoi teraz, pusty.

                            - I jak im się tak udało? Coś więcej wiadomo? – ciągnął medyk. - Co potem było?

                            - No ktoś ich tam nasłać musiał. Coś mi się kołacze, ale to może Angrama spytajcie, on lepiej historię znać będzie – pono jaka zła siła czy inny czarownik ich tam zebrał do tego. Czegoś tam szukali i chyba dostali. – Varlund siorbał zupę odświeżając szczegóły w pamięci. - Musiała być duża sprawa, bo potem w góry cała wyprawa ruszyła tych tam kapłanów i czarodziejów. Palili wtedy wszystko żywym ogniem, a nie oszczędzali nic pono. Zdaje się, w paru miejscach, ot z południa tam choćby, za Zawojem, to całe zbocza lasów popalili, żeby nikogo nie oszczędzić.

                            - A to co tam z klasztoru skradziono... – Seweryn schwycił ciekawą żyłkę. - Odnaleźli? Zwrócono?

                            • A panie, a co mi tam wiedzieć o tych ich sprawach tak dokładnie – żachnął się wojak. - Klasztor pusty stoi, nie wrócili. To i pewnie nie było po co wracać. Wioska co tam w dole była, Opacionka, została. Kiedyś służebna była dla klasztoru, a teraz na swój rachunek żyją. Tyle dobrego z tego, co dla tych chłopów... Im zelżało chociaż.

                            - Zawsze tak falą płynie – rzucił enigmatycznie Marius, zalewając skołowaną menażkę zupą.

                            * * *

                            Ranek w Drusdygg nieodmiennie malował okolicę w superlatywach. Zła nie było, świat jest piękny, drogo prowadź!

                            Ptaki grały, oranż nad górami ciągnął kąciki ust w górę nawet u zakapiorów, a rześki, ale nie za rześki chłodek dawał oddychać.

                            Marius i Seweryn chcieli ruszyć nad jeziorko za śladami jatki, ale dozorująca na straży dwójka nie zgodziła się ich puścić. Obaj poranni spacerowicze próbowali siłować się na argumenty i tłumaczyć, że przed dalszą drogą chcą sprawdzić wątek, który dla sprawy może być istotny, ale warta była nieugięta.

                            - Pan Varlund kazał nie puszczać... – Zaspany dryblas zmitygował się po chwili. - Nikogo kazał nie puszczać.

                            Oho, a zatem mieli przykazane mieć baczenie na ludzi Kompanii.

                            - Wcześnie jeszcze, pośpijcie sobie panowie – zachęcił drugi, jeszcze ze śladami zacięć po porannym, może nieco rauszowym, goleniu. - Później pogadacie, ustalicie, da się na pewno.

                            - To pana Varlunda trzeba teraz budzić, żeby wam rozkaz dał? – Uniósł się teatralnie Seweryn. - Na drodze stajecie, bezmyślnie, więc jak inaczej nie lza, to sierżanta budźcie.

                            Tu widać, blefując, ale przecież nieodległy w rozumieniu porządku świata wojskowego, Seweryn poruszył właściwą nutę. Obaj strażnicy schmurnieli i stawiali się jeszcze, ale w końcu zgodzili się, że obu raniuszków puszczą, ale nie bez obstawy. Postawili na nogi kolejną zmianę warty, a sami podążyli z cyrulikiem i kapłanem, służąc ochroną, ale i dozorem.

                            Droga nie była długa, ani specjalnie kłopotliwa, bo gdy tylko las się przerzedził, jeziorko w dole było dobrze widocze, pobłyskując w poranku. Śladów krwi, ani jatki nie szło teraz łatwo uświadczyć, ale Seweryn pamiętał, gdzie doszedł ich ostatnio i krok po kroku podążył założonym tropem.

                            W pobliżu samej wody, gdy krzewy się zagęściły, ślad odżył po długiej ciszy. Tu, na gałęzich tarniny znalazły się fragmenty rozerwanej koszuli i krew... Uciekającego lub pogoni. Albo może kogoś jeszcze, bo układ jatki w Grumwidowym obozie nie dawał pewności, kto był kim i czy aby nie każdy był tu każdym jednocześnie. Ofiarą i oprawcą, mianowicie.

                            Ostrożnie dojście nad wodę odsłoniło ciało – martwość potwierdzała ostateczny status ofiary, ale co było wcześniej skryła śmierć. Młody Baklun leżał na piasku w samych bryczesach, pokrwawiony, pocięty i ponadgryzany. Resztka koszuli wisiała gdzieś obok na tatarakach, a ślady po drodze sugerowały, że nie dotarł tu sam. Były ślady ludzkie, ale było też sporo zwierzęcych.

                            Teraz Baklun też nie był sam. Nad jego ciałem, wgryzając się w ponadjadane już ciało, powarkiwał czy poszczekiwał duży wilkowaty stwór. Pysk miał umorusany juchą, popielaty, sylwetkę masywną, trochę wilczą, ale trochę jakby kocią. Psowate uszy stały na baczność i nasłuchiwały, a czarne węgielki oczu rejestrowały każdy ruch czwórki przybyszów.

                            - Takiej dużej jeszcze nie widziałem – szepnął Jul, dobywając bastarda. - Trza uważać, bo hieny rzadko tam same bywają.

                            - Ja bym zostawił – wzruszył ramionami Gurb, który wcześniej był stroną ogoloną i ugodową, a takie widać miał podejście i poza obozem. - Jemu już nie pomożemy, a zwierz duży. Jak tam sobie panowie chcecie, ja łuk mam, o, ale ja myślę, że jak nie trzeba, to nie trzeba.

                            Żołnierze niewątpliwie nie palili się do starcia z nietypową hieną, a tym bardziej już z daleka od obozu, ale też chować się nie zamierzali. Niechętni, szykując broń, czekali na decyzję Kompanii.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                              #180

                              Marius (Brilchan)

                              Rozmowa z Varlundem

                              Marius słuchał uważnie, popijając grochówkę - No Panie Varlund ja właśnie sądzę, że to właśnie jakieś czarownik czy podziemny czarnoskóry krasnal, czy inne diabelstwo wypędziło te gobliny na górę i im zapłaciło albo zastraszyło coby porywali ludzi, z okolicznych wiosek w jakimś celu, choć dowodów na to nie mam tak jak mawiacie zwykle gobliny i inne tego typu siedzą głęboko pod ziemią i zajmują się swoimi sprawami, jeżeli coś mądrzejszego i silniejszego ich nie zmusi albo nie zachęci - dorzucił od siebie.
                              Rozśmieszyło go, że żołdak pomylił gnomy z gnollami, ale nie każdy miał szczęście dorastać w mieście portowym gdzie się różne nacje i rasy mieszały dzięki potędze morza, które pozwalało na podróże i handel.

                              - Panie Seweryn ja nie jestem tak uczony, jak Waćpan albo Doktórka Quatermain, ale te ruiny klasztory brzmią ciekawe... Może zahaczymy tam kiedyś? Może znajdziemy tam jakiś ciekawe książki? Nawet jeżeli nie znajdziemy nic, co nas nie zainteresuje to może coś, za co kapłani Delleba nam zapłacili ? Warto takie miejsca od czasu do czasu sprawdzać, żeby monstra się nie lęgły w ruinach! Kto wie, czy tam się to stado co ludzi porywa nie zamieszkało? - Rozmyślał na głos, chcąc zachęcić towarzysza do sprawdzenia ciekawego tropu.

                              Jezioro, trupy i dziwny zwierz

                              Mariusa nie wiele obchodziło śledzenie jakichś rzeczy czy kłótni zaćpanych łowców, chciał po prostu skorzystać z okazji, żeby zanurzyć się w większym ciele wody, choć nie było to morze jego ukochanej Osprem, za którym tęsknił... Widok zbezczeszczonych ciał i zwierzęcia zmienił jego zdanie.

                              - Normalnie nie lubię podejmować niepotrzebnego ryzyka, ale jeżeli ten zwierz zasmakuję w ludzkim mięsie, to zacznie atakować dzieci w wioskach albo podróżnych na szlaku. A trupy trzeba chować, bo inaczej może się rozsiać zaraza. Nie wspominając o tym, że Pelor, Osprem i większość dobrych bóstw jest za tym, aby chować zmarłych głównie z powodów zarazy. - Po tonie głosu dało się znać, że też nie palił się do walki, od której można zranić się bądź umrzeć, ale i tak próbował przekonać resztę do walki.

                              - Mój pomysł jest taki rzucić na bestyjkę sieć i potem jak się zaplączę wykończyć magią i łukiem ewentualnie ciosami z doskoku, żeby na nas nie skoczyło - Zaproponował taktykę spokojnym głosem.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Niedostępny
                                PaniczP Niedostępny
                                Panicz
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #181

                                Seweryn (Rewik)

                                — Strzały, którymi za-zabito psy w Pogorzeli, były zatrute, ale dobrej roboty, raczej nie przez gobliny robione. Inne niż te goblińskie, co potem nieodżałowanego Migdała tutej zwanym zabiły. Ten kordelas... — Seweryn poklepał wiszącą zdobycz u pasa — ...wprawdzie też niezgorszej roboty, a i monety obce w cywilizacyji wytworzone... Jeżeli gobliny, to nie same. Do pomocy raczej wzięte. Nie same one, nie same Pogorzel spustoszyły.


                                — To co w klasztorze ukryte, ciekawość moją budzi maestro Mariusie, lecz myśli mo-moje wciąż wracają do lecznicy, którom musiał opuścić i pacjentów moich. Może gdyby doktor Quatermain w swej wspaniałości zgodziła się przez dni parę zastąpić moją skromną osobę lub, gdybym choć uczennicę moją niedoszłą Nowalijkę zdążył wdrożyć, tedy droga do onego klasztoru niechybnie bliższą mi się zda.


                                — Ogniem przepędzić by się może zdało. Czy faktycznie więcej ich tu nie ma? Może na drzewa wejdźmy i z wysoka przepędźmy. Ciało może mieć przy sobie coś dla sprawy istotnego, ale waszym zdrowiem ryzykować nie chcę. Rychło nie działajmy.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                                  #182

                                  Lara, Kai i Randal

                                  34 - yOBjA7e.png text alternatywny text alternatywny

                                  Księżycowy lampion wisiał już wysoko nad Drusdygg, przyświecając nocnym aktywnościom istot, które zmrok zapadł w górach. Jedne były tu u siebie, ciemność czy nie. Inne szukały schronienia i kupiły się razem, by doczekać świtu, a jeszcze inne, właśnie nocą wychodziły na żer.

                                  Byli też i tacy, których noc w górach zastała mimo woli i mimo szczerych chęci, by być daleko stąd. W swoim szaleństwie zaś – a może słusznej determinacji, bo pojęcia gubiły się po zmroku – miast umykać, wciskały się głębiej w ciemność.

                                  Lara i Randal ważyli swoje racje, wykładając ich słuszność na światło Luny, ale debatować nie było czasu. Kai, trzeci, nieparzysty tryb Losu, przynosił rozstrzygnięcie.

                                  - Zejdźmy i zerknijmy chociaż – zdecydował bard. - Randal słusznie prawi.

                                  Medyczka westchnęła ledwo zauważalnie i poprawiła nienagannie umocowany okular, jakby ułożenie spraw nie po jej myśli fizycznie naruszyło porządek jej osoby. Tyle poświęcając tylko na komentarz, rozwinęła zaraz ciężki, tachany dotąd na plecach tobół z narzędziami.

                                  - Czyń honory, rycerzu – zachęciła Randala, wskazując na łom.

                                  - Zawsze zdumiewało mnie, jak wiele niezwykłych rzeczy można znaleźć w torebce damy – Bronson uśmiechnął się chwytając narzędzie. - Ale widać teraz dopiero, że ta przezorność jest wielce słuszna.

                                  Paladyn wcisnął łom w otwór włazu, próbując podciągnąć go do góry. Pierwsza próba rwania na nic, ciężar metalu ani drgnął. Lara nie umiała odczytać run na pokrywie, ale powtarzalność pewnych symboli sugerowała, że może być to wejście do jakiejś klanowej czy rodowej siedziby.

                                  Tym samym wejść łatwo nie było. Randal wytężył się znów, ale poszło niewiele lepiej.

                                  - No nic – sapnął. - Bokiem stanę...

                                  Rycerz złożył na bok przeskadzający osprzęt i zacisnął łapska w rękawicach na wygiętym metalu, pchając i pchając. Zgiął się jak przy przysiadzie i zrobił cały czerwony, ale ciężar włazu powoli uniósł się w górę. Rycerz napierał, a ciężko było go wesprzeć przy krótkim łomie, ale Lara działała prędko.

                                  Kiedy tylko szpara zrobiła się dość duża, by ją przyblokować, szybko wcisnęła w lukę młotek. Paladyn długo by nie wytrzymał, ale ten moment starczył, by kompani wpakowali obok młotka coś jeszcze, co utrzymało właz uchylonym. Ciepły opar zaczął unosić się na powierzchnię.

                                  - Uff... – Randal podciągnął rękawice. - To teraz skombinujmy jakąś dźwignię, żeby nie spadło nam na łapy i spróbujmy odtachać na boczek.

                                  Drużyna, w duchu drużynowego zjednoczenia, które budowało się najmocniej przy fizycznych aktywnościach z tachaniem, targaniem i przeciąganiem, rosła w siłę. I ramię przy ramieniu, sapiąc i dysząc, znajdowała razem siły, o które by się nie posądzała.

                                  - Olidammaro spraw, żeby to już było szczytem – Kai ceremonialnie strząsnął pył z ciuchów, podnosząc się po upadku, gdy członki odmówiły posłuszeństwa z wysiłku. - Co więcej?

                                  Lara i Randal wstali, zdyszani i z krwią pulsującą mocno, ale zadowoleni. Właz był obok, zsunięty z wejścia, pokonany. Wiedzieli, że jeśli ktoś był tam niżej, to musiał ich słyszeć. Nie jęczeli, ani nie krzyczeli, by dodać sobie animuszu, ale ciężki zgrzyt metalu o kamień był nie do uniknięcia.

                                  Zresztą, co czynić? Teraz i tak musieli oświecić sobie drogę naprzód pochodnią. Półelf zerknął w głąb jako pierwszy, na razie nie zaprószając dodatkowego ognia, ale do zobaczenia było niewiele. Wbite w litą skałę metalowe drabinki wiodące może z dziesięć stóp niżej, wydłubany w granicie prosty chodnik i coś pomiędzy komnatą a naturalną grotą, ciągnącą się kawałek do zakrętu w prawo. Na ziemi widać było ślady krwi, ale niewiele ponad to. Przestrzeń była pusta, bez ozdobników czy choćby użytkowych stempli lub kolumn.

                                  - Wiedzieliśmy, że będzie trzeba zejść. – Randal wzruszył ramionami. - Idę zatem.

                                  Paladyn zszedł po drabince, przyglądając się górniczemu korytarzykowi i prostej sali wyrytej w naturalnej grocie. Na ziemi były krople krwi, ale dalej przy zakręcie, obok stalagmitów, które ktoś skruszył niedawno, juchy było więcej. Rycerz nasłuchiwał chwilę, ale jedyne, co wyłapał to dudnienie wody gdzieś w oddali.

                                  Ruszył naprzód, już nie sam, w asyście kompanów z bronią i nadzieją, że ta broń nie będzie w rychłym użyciu. Za załomem korytarza krwi było sporo, ale ciała brak. Jaskinia była tu naturalnym tunelem ciągnącym się wyboistą ścieżką poza zasięg pochodni i elfiego wzroku. Podłoże było nierówne, acz wychodzone butami, ale już ściany i sufit prezentowały cały górski chaos natury w bogactwie skalnych form. Korytarz co jakiś czas miewał wnęki to z lewej, a to z prawej, poszerzał się albo zawężał, czy to na boki, czy zawyżając strop. Albo obniżając – tak, że w pewnym momencie Randal musiał pochylić głowę i nieco skulić się w sobie, wystawiając pochodnię przed zawężenie, by poświecić sobie pod nogami.

                                  Uderzenia spadły na niego jedno po drugim, prawie jednocześnie, między jednym zabiciem serca a drugim. Coś potężnie pacnęło go w pierś – pacnęło było dobrym określeniem, bo cios był miękki, jakby na odlew, niby to macką, ale bez lekkości psoty. To było mokre rąbnięcie, po którym Randal aż skulił się w sobie, wytrącony z równowagi, wyzbyty z oddechu, jakby ktoś przetrącił mu zmysły.

                                  Ból zapulsował od razu, ale pieczenie w piersi odczuł dopiero po chwili. Kolczuga i skórzane wypełnienie pod nią przyjęły większość impetu, a bez nich pacnięcie pewnie przebiłoby klatkę piersiową rycerza, a przynajmniej zgruchotało mu kości.

                                  Randal odruchowo zanurkował w bok, rzucając pochodnię na ziemię i osłaniając się tarczą. Nie miał wiele przestrzeni do ruchu i musiał albo cofnąć się, albo wypaść dalej, by dopuścić kompanów do siebie. Miejsce na zasadzkę było nieprzypadkowe. Pochodnia nie oświetlała stropu za przewężeniem, ale rycerz złowił zarys przygarbionej, ludzkiej sylwetki z pokracznymi, długimi łapskami, gibiącej się w stałym ruchu na skraju światła, nim nie objął jej mrok.


                                  Randal trafiony za 4. Porządek inicjatywy:

                                  Randal 18
                                  Kai 15
                                  Ktoś 14
                                  Lara 12

                                  Randal jest krok czy dwa za przewężeniem, gdzie stanie tylko jedna osoba – w miejscu gdzie jest na sztywno mogą stać dwie obok siebie. Przed przewężeniem podobnie. Im dalej (naprzód czy w tył), tym bardziej korytarz rozszerza się (na max 3 osoby obok siebie). Stworzenia dokładnie nie widzicie (musicie przejść przez przewężenie [tzn. Randal nie musi]), ale (słabo) słyszycie.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #183

                                    Randal (Mike)

                                    Zaciskając zęby paladyn osłonił się tarcza i ruszył naprzód, świadom, że kompanie niewiele mu pomogą, gdy będą stłoczeni za jego plecami.

                                    Nie planował ruszać w pościg za wrogiem. I być może wpaść w kolejna zasadzkę.
                                    Chciał tylko wydostać się z przewężenia.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #184

                                      Marius (Brilchan)

                                      - Nie sądzę, żeby bestia dała nam dużo czasu na przygotowania, ale kto chcę, niech się wspina na drzewa, ja zostanę tu i spróbuje je związać walką też nie zamierzam ryzykować życia, innych, ale nie będę bawił się w odstraszanie ogniem, bo ani nie wygląda to coś naturalnie ani ze mnie czciciel Starej Wiary - odpowiedział na Dictum Seweryna.

                                      Wiedział, że niepotrzebnie ryzykuje, ale aż go świerzbiło, żeby wypróbować nowe dary od Mistrza, z którymi się dzisiaj obudził! Mistrz dał mu kolejny okruch swej wielkiej potęgi jego istota wykraczała poza ludzkie zrozumienie a pamięć sięgała zapomnianych eonów, gdyby chciał mógłby z łatwością wypalić mózg Mariusa...

                                      Najwyraźniej był jednak zadowolony, gdyż dziś rano Utopiec obudził się z nowym zaklęciem w głowie a jego promień stał się silniejszy nie było przy tym żadnych mów pochwalnych Mistrz był ponad takie ludzkie drobnostki.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Niedostępny
                                        PaniczP Niedostępny
                                        Panicz
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                                        #185

                                        Marius i Seweryn

                                        text alternatywnytext alternatywny

                                        Sycząca nad zwłokami hiena, przydybana nad śniadaniem, była w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Trochę już zdążyła Bakluna ponadgryzać, brudząc popielate futro juchą, ale nie zdążyła jeszcze ukoić napędzonego krwią głodu. A dwunogi przyszły, w przewadze, ze swoimi kłujami i łupaczami, strasząc i sadząc się na zdobycz, przy której nie byli pierwsi.

                                        Ten blady, który zdawał się dziwny od początku, od którego śmierdziało czymś mokrym i starym, sadził się najbardziej. Musiał być wygłodniały, ale mógłby zaczekać na swoją kolej. Trup nie był duży, ale choćby z samych kości starczyłoby soczku dla każdego...

                                        Ale blady nie chciał się dzielić. Wystąpił przed swoich i zamruczał coś strasznie aż powietrze zadrżało, a podmuch położył tataraki przy brzegu.

                                        Hiena najeżyła się i naprężyła, warcząc, ale drogę w głąb lądu miała odciętą. Szarość zionęła ku niej zimnym podmuchem, ale nim magia zmaterializowała się w uderzenie, sprowokowany zwierz ruszył naprzód. Czar zelektryzował powietrze i palnął mokrym chłodem po trzcinach, przyspieszając tylko bieg bestii.

                                        Zwierz skoczył przez piach, susem którego nikt się po tak masywnej sylwetce nie spodziewał. Strażnicy próbowali strzelać, ale ludojad był szybki. Seweryn był dla Utopca ostatnią deską ratunku...

                                        Kruszynka szczęknęła mechanicznie. Bełt poszedł z ukosa, ściął przez kosmate futro stwora. I przeszedł dalej, nie upijając nic z hienowego życia. Bestia skoczyła na Mariusa i nie było siły, żeby magik ustał. Sam impet starczyłby do powalenia i przy zwierzu o połowę lżejszym, a te mięśnie i pęd złożyły Utopca jak dywanik.

                                        Zęby stworzone do miażdżenia kości rozprułyby skórznię niczym szmacianą zabawkę i jedyne co kapłan zdążył zrobić, to osłonić twarz i szyję rękoma, dając bestii zasłonę z gryzaków.

                                        Potwór jednak z okazji nie skorzystał. Odbił się od przewróconego Mariusa i sypiąc piachem spod łapsk przy zakłóconej wykrętce, skoczył dalej, byle dalej od dwunogów, zostawiając ich w kurzawie i waląc w zarośla.

                                        - Norebo z tobą, bratku! – Zaśmiał się nerwowo Jul. - Zagraj dziś w kości, póki masz falę!

                                        Marius podniósł się szybko, teatralnie wypuszczając powietrze. Fart miał, to prawda.

                                        Albo to Ty czuwasz, mój Panie, pomyślał.

                                        - Dużo śladów od noża, ale są i te gryzienia, co u Grumwida. – Seweryn gruszek w popiele nie zasypiał i już był na analizach przy truposzu. - Zabity nie przez zwierza, to wszystko potem.

                                        - To jakiś druh, waszmości? – zagadnął Gurb, zbliżając się z lewej.

                                        - Nie-ee – zaprzeczył medyk. - Ale chodźcie wszy-scy, zobaczcie, czy aby wy go nie kojarzycie. Czy on nie z Wrót, mo-oże.

                                        Identyfikacja po zmasakrowanej, napęczniałej twarzy nie byłaby łatwa, jeśli w ogóle możliwa. Ale też i nie była potrzebna. We Wrotach rezydowało ledwie paru Baklunów i to nie był żaden z tych. Tamci byli wszyscy starsi i potężniejszej budowy, a temu było może z dwadzieścia wiosen, kiedy zabrakło mu piasku w klepsydrze. Nie, truposz był dla wszystkich enigmą, choć zdawał się pasować do Grumwidowej opowieści.

                                        - Pan... Panowie go chcecie brać? – zapytał niepewnie Gurb. - Może pchnąć go tam dalej do wody i ruszyć, bo hieny się jeszcze zlezą i szczęście się skończy.

                                        - Ano – potwierdził Jul. - Jak nas ominęła jatka, to może trzymajmy się tego.

                                        Kai, Lara i Randal

                                        34 - yOBjA7e.png text alternatywny text alternatywny

                                        Ciosy, choćby mieliły i młóciły, Randalowi były nie pierwszyzną. Stać się częścią Zakonu Karzącej Ręki oznaczało stać jak mur. Potrafić wystać i ustać największe cięgi i nie złamać szyku, gdy kroczy się z braćmi ramię przy ramieniu, albo osłania słabszych czy rannych.

                                        Bronson wytrzymał uderzenie, nie zluzował gardy i pod osłoną, sprawnie, przeszedł w bok, wychodząc w szerszy skrawek korytarza. Połyskliwa w świetle pochodni, lepka i podłużna sylwetka zwinęła się pod strop, uciekając poza zasięg broni, ale rycerz widział ją w półmroku, rozciągniętą między ścianą a osłoną stalaktytów.

                                        Paladyn czuł już niemal pod dłonią ucisk drewna oszczepu, którym mógłby dosięgnąć żylastego oślizglaka, ale wolał nie ryzykować odsłonięcia się. Wiedział już, że stwór – cokolwiek to było – rusza się diabelnie szybko. Mógł spróbować wyczekać, gdy znów zaatakuje i odpowiedzieć kontrą – jeśli uda się złowić cios na tarczę i przejąć impet, to lekkie spowolnienie może starczyć, by ciąć napastnika po łapie.

                                        Kai i Lara tupali w zamieszaniu, próbując zająć dogodną pozycję, by dojrzeć wroga, ale nie odsłonić się na atak. Atak zaś nadejść mógł z każdej strony...

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Niedostępny
                                          PaniczP Niedostępny
                                          Panicz
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #186

                                          Marius (Brilchan)

                                          Marius był wstrząśnięty, ale spróbował zakryć strach młodzieńczą butą

                                          - Nie będziemy zatruwać stojącej wody nadgniłym trupem! Gdyby to było morze to rekiny i inne stworzenia dałby sobie radę, ale skoro jesteśmy na lądzie, trzeba go zakopać w ziemi zakryć kamieniami i omodlić! Był to jednak człek czy jakbyście wy zmarli to chcielibyście, aby wasz zwłok był poniewierany? - Powiedział niedoszły kapłan i chwycił śmierdzącego trupa, aby zanieść go w kierunku wioski.

                                          - Panie Seweryn czy coś jeszcze tutaj chcieliście obaczyć? Ja chciałem zanurzyć się w wodzie, może świeżych ryb dla nas złowić? Cóż, święte obowiązki wobec zmarłych mają pierwszeństwo!

                                          - Będzie trzeba pożyczyć od kogoś łopatę... Przynajmniej przerobione ryty pogrzebowe przećwiczył na biednej dziewczynce z zupy.

                                          Starał się nadrabiać dobrą miną i głośnym zdecydowanym tonem, lecz był poruszony. W myślach zmówił modlitwę dziękczynną do Osprem i Mistrza, że sam zwłokami nie został.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy