Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 410 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #176

    Wieczór. Róż na szczytach, fioletowe wstęgi na niebie niknące w granat, światło gasnące powoli jak świeczka nieudolnie zdmuchiwana przez pięciolatka. Świerszcze grające bis za bisem, cichnące beki owiec zapakowanych do zagrody, trzask ognia nad paleniskiem i ziemia oddająca ciepło pod tyłkiem, osadzonym na nagrzanych kamieniach.

    Wieczór w Drusdygg potrafił być przyjemny. Jeśli nie wchodzić w szczegóły. Jeśli nie myśleć, że zapadł jak niewidzialne grodzie, wiążąc wysłanych w góry kompanów gdzieś hen, z dala od ludzi. Przyciśniętych nocą do miejsca, gdzie przyszło im znaleźć schronienie. Gdziekolwiek to było.

    Jeśli w ogóle było. Czarne myśli przelatywały przez głowę Mariusa i Seweryna, gdy łączyli wspomnienia z planami na jutro. Czy kompani znaleźli porwanych było odpalaną w mózgu formułką, na którą można było wzruszyć ramionami i prychnąć w powątpiewaniu, dobrze życząc, ale pozwalała przynajmniej odgonić obawę, że może nie o porwanych trzeba się teraz martwić, ale o to, czy towarzysze zostali w ogóle w jednym kawałku.

    Nie byli właściwie w najlepszej formie. Niby zszyci i opatrzeni (choć Kai demonstracyjnie z pomocy Seweryna nie skorzystał), ale jednak słabsi. Randal trzymał się twardo, nawykły do tłumienia emocji i znoszenia niewygód z kamienną twarzą, ale boskie z nim moce czy nie, był tylko człowiekiem. Człowiekiem nie z tych stron. Nocą, w górach, na tropie zlanym krwią.

    Seweryn współczuł na ile potrafił, ale on nie pisał się na awanturnika. Dalsza wyprawa trąciła przygodową brawurą, a jego życie nie było chrustem do rzucenia na pusty ogień. Był medykiem i miał leczyć. Miał żyć, żeby pomagać. Uczyć się... I doskonalić. Ludziom na ratunek i Pelorowi na chwałę.

    Marius znał całą bandę krócej i w tej krótkiej relacji z kompanami ciągle trzymał dystans, nie schodząc nawet na Ty, mimo nacisków Kaia i przewracanych oczu. On też miał swoje powody, by nie szafować życiem lekko, wyratowany niegdyś z otchłani oceanu nie po to, żeby zdechnąć gdzieś w suchości Drusdygg.

    Obaj mężczyźni, swoista ariegarda drużyny, zdecydowali, że nazajurz skoro świt ruszą nad Cudny Staw, zerknąć na ślady po Grumwidowej jatce. A dalej... Co dalej, przyjdzie ustalić już potem, gdy do wioski przybędą posiłki. I co owe posiłki powiedzą. Kto z nimi przybędzie i czego zażąda...

    - Że co? – powiedział tylko Wincent w odpowiedzi na potok słów Utopca, który postanowił strażnikowi przedstawić od razu całe zaplecze ich tropienia i bitwy, wprowadzając od razu wątki i domniemania, które faceta aż usadziły.

    Seweryn trzymał na razie język za zębami, ale mimochodem rzucił okiem na twarz Sylva i Wincenta, gdy kapłan paplał im o goblinach bawiących się umysłem Kaia, czarnych krasnoludach, czy zjednoczeniu podziemnych plemion, by napadać wioski i składać ofiary mrocznym bogom. Obaj chyba nie dowierzali własnym uszom, ale o ile ten pierwszy mógł jeszcze mieć swoją opinię po wyprawie, o tyle ten drugi powoli układał sobie historyjkę po swojemu. I można było już się domyślać, że pójdzie ona dalej, plotką i opowieścią rosnąc aż groza spadnie na całe Czarne Wrota.

    Wyzwoliciele (zmartwiałej póki co) Pogorzeli nie mieli okazji rozsiąść się na dobre przy ogniu, bo niebawem, nim zmrok całkiem zapadł nad doliną, do wioski zjechał oddział konnych z miasteczka. Była ich jedenastka – grupę wiódł wysłany po nich Grebo, ale pieczę nad całością sprawował dziesiętnik, Varlund.

    Dowódcę kojarzyli tylko z widzenia – był chyba najemnikiem w służbie którejś z kompanii, albo ochoniarzem któregoś z zesłanych do Wrót oficjeli, ale przede wszystkim był żołnierzem. Widać to było po kroku, sposobie w jaki się nosił i jak trzymał broń – bez fanfaronady i ozdobników. Było też zresztą widać po bujnym sumiastym wąsie, który musiał być wąsem sierżanckim, bo mało kto byłby w stanie wyhodować takiego krzaka pod nosem nie dostępując przynajmniej podoficerskiego żywota. Naturalnie, bywali ludzie zupełnie cywilni, którzy zarastali gęsto, ale w tym typie gąszczu zaprogramowana była żołnierskość, buta, rozkazy, ostre picie, zmęczenie życiem i duma.

    - Jestem Varlund – ogłosił wąsacz po przyjeździe. - Dostałem tu komendę nad wydzielonym oddziałem od pana starosty. Grebo opowiedział już trochę, ale widzę, że was tu, panowie, mam... To lepiej powiecie.

    Żołdak zeskoczył z konia i dał komendę ludziom, żeby dać zwierzętom popas. Jeśli przyjazd nie miał zastać ich w bitwie, ani tarapatach, to pewnikiem mogli trochę odpocząć. Oby do rana...

    – Znaleźliście coś? I więcej was chyba tu miało być, co? Gdzie panienka? I ten pan rycerz?

    Varlund mówił bezpośrednio do Seweryna, miarkując, że on chyba tu najważniejszy i wiedzieć będzie najlepiej. Kojarzył go jako wioskowego medykusa, a tym samym osobę światlejszą niż czeladź i żołdactwo, a może i starosta szepnął mu coś o Drachenwulfie, który ostatnio tak dobrze sprawdził się na salonach.

    Dziesiętnik przywiódł ze sobą zbrojny oddział, z którego część twarzy była jeszcze nieopatrzona, ale Seweryn ucieszył się na widok Hansa, który ledwie dzień temu pomagał mu przy transporcie rannych do lazaretu. Zbrojny zapewniał, że ranni dochodzą już do siebie i przekazywał medykowi podziękowania, które przesyłali.

    Reszta była nieznana ani Mariusowi, ani cyrulikowi, acz parę postaci mocno rzucało się w oczy. Niewysoki, szczupły albinos przyciągał uwagę wszystkich. Tak, jak i towarzyszący mu wielki, kudłaty Baklun z brodą jak ketyjski imam.

    Seweryn i Marius mogli powiedzieć, co chcieli, pozbawieni dogadywań Sylva, który zmarkotniał i zmilkł. Grunt, że szybko poinformowali grupę o konkretach, co skłoniło dowódcę, by oddział zanocował, bo ani porwani, ani reszta grupy nie są nigdzie pod nosem i jazda dalej niewiele teraz pomoże.

    Wzmocnieni solidną drużyną i sprzętem, który przywieźli, opiekunowie Pogorzeli usypali dla Migdała godny kurhanik, a cielsko cuchnącego ettina obłożyli chrustem, zalali oliwą i spalili, sawiając nocną straż od znęconych smrodem drapieżników.

    Ogniska zapłonęły wśród wioski, na nowo wpuszczając weń światło i życie. Na razie.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #177

      Seweryn (Rewik)

      Ostatnie muśnięcia długich różanych palców zachodzącego słońca kładły troskliwie do snu świat, a z nim sam Drusdygg. Lecz ludzie byli krnąbrni i nie kładli się spać jeszcze, ognie palili i sprawy swe załatwiali.

      Seweryn milcząco przyjął powitanie Varlund'a póki ten nie zeskoczył z konia i posławszy żołdaków do zadań, ponownie nie obrócił się i zwrócił się zarazem w jego stronę. Cyrulik zmrużył oczy, bowiem patrzył akurat w stronę zachodnią.

      — Było... jest... — poprawił się zaraz — ...nas jeszcze trójka. — W stronę zachodu, gdzie patrzył, za plecy Varlunda i w stronę gór wskazał. — Rozdzielili my się z ki...kilku powodów. — Seweryn uśmiechem odwzajemnił pozdrowienie Hansa i jął mówić dalej. — Doktor Quatermain, panicz Bronson i Kai, półelf ruszyli dalej tropem, coby go nie zgubić, póki świeży. Ja, jako żem nie do takich wypraw stworzon, powróciłem, nieboszczyka Claude pochować i waszmościów przywitać i w sprawę wtajemniczyć.

      Seweryn celowo odchodził ode ogni palonych, by wywabić wąsatego "sierżanta" od niepotrzebnych uszu.

      — Sprawa niepewna jest i tajemnicza. Wiemy na pewno iże wioskowi porwani i do gór poprowadzeni żywymi. Może mieć to sakralne causa, tutejsze miejsce kultu sprofaaanowali. Śladu walk w za zasadzie nie było. Znaczy na moje, niezwykle sprawna zasadzka i nie byle kto. Jeśli mnie spytacie nie na nasze siły, nasze czyli mojej grupy. Wiedzieć tego nie możemy na pewno, ale może tak być, że pościgu się spodziewali, że goblinom zło-złootem poświecili, by życie nam struć. I struli. Pan Claude w walce zginął, po tym jak podejść grupa zwiadowcza się dała. Odważne to, choć niemądre, ale trójka ta postanowiła dalej ruszać. Z jednej to dobrze, tropu nie stracą, z drugiej być może pościg zdradzą... Ale nie moja w tym głowa, a panicza Randala i jak przemyśliwuję Wasza, mnie jeno rannych zszywać. Czerwone z czerwonym, żółte z żółtym łączyć.

      Seweryn opisał jak najdokładniej miejsce rozstania, a Varlund kiwnął głową, lecz swoje myśli o odwadze i głupocie dla siebie pozostawił.

      — To wszystko? - upewnił się.

      — Ciekawym znaleziskiem może się z wami Sylv podzielić. Zachował trochę monet, które najpewniej z dalekich krain pochodzą, a w posiadaniu goblinów były. Jeśli jest jak myślę, pochodzenie intruzów może zdradzić. Różne pomysły co do ich pochodzenia słyszałem, nawet takie, że to od podziemnych ludów być może, ja w głowę zachodzę, czy to może Szkarłatne Bractwo w te strony dotarło. Dużo się o nich słyszy ostatnio, że rozpad mają i że po świecie w różnych miejscach się ich widuje.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #178

        Marius (Brilchan)

        - Dobrze Pan cyrulik Seweryn prawi ja to żem mało nie zmarł walcząc z Ettinem co chciał tu miejscowego dzieciaka co się ukrył przed goblinami złapać i zażreć i żyje tylko dlatego, że mnie Pan Seweryn pozszywał jak mnie poczwara, o drzewo rąbną, to chciałem ubezpieczać człeka co mnie wyratował a jakbym się po górach wspinał, zanim się wygoi to by się jeszcze potwierały rany, ale teraz jakbyśmy siłą poszli to pójdę z wami w końcu za to mi płacą i magię mogę znów wymodlić - poparł czerwonowłosego.

        - Najważniejsze to Panie dowódco już wam Pan cyrulik powiedział, ale to wam powtórzę co tu już mówiłem - zacytował z pamięci to co już z siebie wyrzucił, żeby nie było, że co kłamię:

        - Wstrętne gobliny miały moc naginia umysłów dobrały się do mózgu biednego Pana Kaia i zmusiły go, żeby wprowadził nas w pułapkę, gdyby nie świętej pamięci Pan Migdał wszyscy byśmy zginęli i nikt by nie wiedział o porwaniu mieszkańców wioski, stąd się rozdzieliliśmy, bo ktoś musiał powiadomić Kompanie, co się stało a druga, część drużyny poszła tropem porwanych - Rzucił żołnierzowi jeden z rzeźbionych kłów.

        - Co dziwne te plemiona zwykle siedzą głęboko pod ziemią według Pani Profesórki Lary i innych mądrych głów ci, co ich zabiliśmy, mieli ze sobą monety co "potworniaste" czarne krasnoludy z podziemi je wykuli... Na moją głowę coś strasznego musiało się wykluć, w podziemiach co spowodowało, że podziemne straszydła, które zwykle rzucają się sobie do gardzieli, zjednoczyły się i teraz te plemienia goblinów porywają naszych ludzi z góry jako niewolników czy na ofiary dla jakiś mrocznych bogów nic to dobrego dla nas nie wróży, nie wiem, czy nie wysłać umyślnego z listem do szefostwa, żeby wiedzieli, co się dzieje?

        - Teraz jak o tym, myślę, to nie sądzę, żeby to plemię goblinów miało więcej, niż jednego takiego szamana co nagina umysły, bo to rzadki talent i one się boją zwykle takich rzeczy, może jednego miał czeladnika? Tak bym stawiał złoto przeciw orzechom, Osprem mi świadkiem ja chce tylko pomóc pójdę tam, gdzie mi nakażecie chodziło mi jeno o to, żeby informacja o tym, stadzie goblinów co ludzi porywają nie zginęła razem z nami - Szczerze chciał pomóc Kompanii i wykonać porządnie zadanie, za które mu płacą, ale nie zamierzał tego robić własnym kosztem.

        Nie przejmował się tym, że z jego słów mogą narosnąć plotki czy że Kaia mogą spotkać problemy wszystko, co mówił, było jego zdaniem prawdą.

        Jeden z przybyłych wojów zgodził się odsprzedać mu sieć za sztukę złota, w którą Marius miał nadzieje złapać tego młodego goblina psionika, o którym mówił Mistrz. Wcześniej przy jednej z chałup znalazł sieci rybackie, ale tamtymi dałoby się spętać jeno ryby i nawet naostrzona skała mogłaby je przerwać, za to nowe kupione zwoje nadawały się do pętania zwierząt i człekokształtnych.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #179

          Marius i Seweryn

          fabc2c56-bcef-4dd2-9662-a432d54b7564-image.png dd201427-11a1-4bde-8c59-d732c5c624b6-image.png

          Przybycie odsieczy – mile widzianej, acz nieco, wobec odrębnych planów Seweryna i Mariusa, problematycznej – wlało w wieczór gwar i ludzkie ciepło. Pogorzel była stęskniona takiej atmosfery. Wraz z ludźmi wyrwano z niej duszę i sens istnienia, ale krzątanina gości potrafiła wlać pozory przytulności nawet w jałową pustkę. A tu – no przecież – aż tak ponuro nie było.

          I może tliła się jeszcze jakaś nadzieja?

          Varlund nie dał po sobie poznać, czy jest człowiekiem nadziei, czy tym od a nie mówiłem, zanim cokolwiek gruchnie, ale raportu obu wysłanników Kompanii wysłuchał z uwagą. Głową kiwał, wąsa podkręcał i słuchał. Potem zaś pytał.

          Pytał ile to czy tamto stąd było, pytał gdzie dokładnie, bo ciekaw był znaków w przestrzeni, pytał o liczby – goblinów, zbiegów, śladów, godzin na szlaku i staj od wioski. Pytał dokładnie, a Seweryn i Marius nie mieli wyjścia jak równie dokladnie odpowiadać. Kiedy czegoś przywołać nie potrafili, może mniej obeznani w gatunkach drzew czy nazwach strumieni, polan i wzgórz, po których okolicę można śledzić, w sukurs przychodził Sylv. Młody tropiciel miał łeb na karku, a choć nie rwał się pierwszy do gadania, to umiał przywołać obrazy do najmniejszego detalu.

          - Z temi goblinami to dziwnie rzeczecie, panie – Dziesiętnik zmrużył oczy przy spojrzeniu na Mariusa. - Znaczy twierdzicie, że to gobliny porwały tę tu wioskę? Całą?

          Kapłan skrzyżował spojrzenie jasnych oczu z kocim wzrokiem sierżanta i przytaknął.

          - Dawno tu problemów takich z łachudrami już nie było... Czasem to-to wyłaziło, ale rzadko do wiosek. – Varlund dał znak, by przysiedli obok mniejszego ogniska, gdzie byli sami. - Ja też nie z Drusdygg rodzony, ale już trochę tu siedzę, ale tegośmy dawno nie mieli... To już chyba bliżej wieku niż mniej będzie jak czarodzieje wytępili wszystko w tych górach. Wypalali wtedy, zabijali. Zawzięli się. Wiecie, za ten klasztor.

          - Coś słyszałem – potwierdził Utopiec dla podtrzymania rozmowy. - Ale powiecie coś więcej, panie?

          Seweryn nadstawił ucha, bo wiedział, że w Dolinie był opuszczony klasztor Braci Księgi, jednego z zakonów Delleba – boga-skryby, który patronował uczonym i pisarzom. Dotąd nie miał okazji podpytać, co zaszło, ani odkąd monastyr stoi pusty, ale czas wreszcie przyszedł.

          - A, to było chyba kole pięćset pięćdziesiątego czy czterdziestego... No ja nie pamiętam sam tego, przecie, ale jakoś tak. – Zadumał się Varlund, postukując w menażkę. - Wtedy więcej było tego obesraństwa – tych goblinów, orków, gnomów... I inszego tam jesczcze dziadostwa w tych górach.

          - Gnomów? – zaciekawił się Marius.

          - Czy gnolów, nie wiem – te takie hienowate, wilkołaki takie. Więcej się ich w górach lęgło i ponoć zdarzało się czasem im rwać do wiosek, ale też nic nie zapowiadało tego, co potem... – Sierżant pokiwał sobie na potwierdzenie i – zasłużywszy – nabrał zupy z gara do menażki. - No też bierzcie, gorąca, dobra grochówa. Macie michy czy nie?

          - Mamy – zapewnił Seweryn, miarkując, że michy się znajdą, a zupy wystarczy, ale jak Varlund straci wątek, to może i historia uleci. - I co te orki i gnolle zrobiły?

          - Ano, więcej ich było, grozę siały, ale niby ludzie myśleli – zagrozić to najwięcej co wiosce biednej. A tu patrzaj, niby podchody robiły, ktoś tam zginął, słyszałem, ale jak z gór spadły... – Żołnierz zrobił pauzę, by zagryźć pajdą chleba. - To od razu na ten klasztor spadły. Nikt by wtedy nie pomyślał, że zdobyć go mogą, bo tam mury, kamień... To nie była taka wioseczka, że ogień zaprószyć i koniec. A jednak spadli i klasztor wzięli. Ludzi wyrżnęli, złoto złupili. I stoi teraz, pusty.

          - I jak im się tak udało? Coś więcej wiadomo? – ciągnął medyk. - Co potem było?

          - No ktoś ich tam nasłać musiał. Coś mi się kołacze, ale to może Angrama spytajcie, on lepiej historię znać będzie – pono jaka zła siła czy inny czarownik ich tam zebrał do tego. Czegoś tam szukali i chyba dostali. – Varlund siorbał zupę odświeżając szczegóły w pamięci. - Musiała być duża sprawa, bo potem w góry cała wyprawa ruszyła tych tam kapłanów i czarodziejów. Palili wtedy wszystko żywym ogniem, a nie oszczędzali nic pono. Zdaje się, w paru miejscach, ot z południa tam choćby, za Zawojem, to całe zbocza lasów popalili, żeby nikogo nie oszczędzić.

          - A to co tam z klasztoru skradziono... – Seweryn schwycił ciekawą żyłkę. - Odnaleźli? Zwrócono?

          • A panie, a co mi tam wiedzieć o tych ich sprawach tak dokładnie – żachnął się wojak. - Klasztor pusty stoi, nie wrócili. To i pewnie nie było po co wracać. Wioska co tam w dole była, Opacionka, została. Kiedyś służebna była dla klasztoru, a teraz na swój rachunek żyją. Tyle dobrego z tego, co dla tych chłopów... Im zelżało chociaż.

          - Zawsze tak falą płynie – rzucił enigmatycznie Marius, zalewając skołowaną menażkę zupą.

          * * *

          Ranek w Drusdygg nieodmiennie malował okolicę w superlatywach. Zła nie było, świat jest piękny, drogo prowadź!

          Ptaki grały, oranż nad górami ciągnął kąciki ust w górę nawet u zakapiorów, a rześki, ale nie za rześki chłodek dawał oddychać.

          Marius i Seweryn chcieli ruszyć nad jeziorko za śladami jatki, ale dozorująca na straży dwójka nie zgodziła się ich puścić. Obaj poranni spacerowicze próbowali siłować się na argumenty i tłumaczyć, że przed dalszą drogą chcą sprawdzić wątek, który dla sprawy może być istotny, ale warta była nieugięta.

          - Pan Varlund kazał nie puszczać... – Zaspany dryblas zmitygował się po chwili. - Nikogo kazał nie puszczać.

          Oho, a zatem mieli przykazane mieć baczenie na ludzi Kompanii.

          - Wcześnie jeszcze, pośpijcie sobie panowie – zachęcił drugi, jeszcze ze śladami zacięć po porannym, może nieco rauszowym, goleniu. - Później pogadacie, ustalicie, da się na pewno.

          - To pana Varlunda trzeba teraz budzić, żeby wam rozkaz dał? – Uniósł się teatralnie Seweryn. - Na drodze stajecie, bezmyślnie, więc jak inaczej nie lza, to sierżanta budźcie.

          Tu widać, blefując, ale przecież nieodległy w rozumieniu porządku świata wojskowego, Seweryn poruszył właściwą nutę. Obaj strażnicy schmurnieli i stawiali się jeszcze, ale w końcu zgodzili się, że obu raniuszków puszczą, ale nie bez obstawy. Postawili na nogi kolejną zmianę warty, a sami podążyli z cyrulikiem i kapłanem, służąc ochroną, ale i dozorem.

          Droga nie była długa, ani specjalnie kłopotliwa, bo gdy tylko las się przerzedził, jeziorko w dole było dobrze widocze, pobłyskując w poranku. Śladów krwi, ani jatki nie szło teraz łatwo uświadczyć, ale Seweryn pamiętał, gdzie doszedł ich ostatnio i krok po kroku podążył założonym tropem.

          W pobliżu samej wody, gdy krzewy się zagęściły, ślad odżył po długiej ciszy. Tu, na gałęzich tarniny znalazły się fragmenty rozerwanej koszuli i krew... Uciekającego lub pogoni. Albo może kogoś jeszcze, bo układ jatki w Grumwidowym obozie nie dawał pewności, kto był kim i czy aby nie każdy był tu każdym jednocześnie. Ofiarą i oprawcą, mianowicie.

          Ostrożnie dojście nad wodę odsłoniło ciało – martwość potwierdzała ostateczny status ofiary, ale co było wcześniej skryła śmierć. Młody Baklun leżał na piasku w samych bryczesach, pokrwawiony, pocięty i ponadgryzany. Resztka koszuli wisiała gdzieś obok na tatarakach, a ślady po drodze sugerowały, że nie dotarł tu sam. Były ślady ludzkie, ale było też sporo zwierzęcych.

          Teraz Baklun też nie był sam. Nad jego ciałem, wgryzając się w ponadjadane już ciało, powarkiwał czy poszczekiwał duży wilkowaty stwór. Pysk miał umorusany juchą, popielaty, sylwetkę masywną, trochę wilczą, ale trochę jakby kocią. Psowate uszy stały na baczność i nasłuchiwały, a czarne węgielki oczu rejestrowały każdy ruch czwórki przybyszów.

          - Takiej dużej jeszcze nie widziałem – szepnął Jul, dobywając bastarda. - Trza uważać, bo hieny rzadko tam same bywają.

          - Ja bym zostawił – wzruszył ramionami Gurb, który wcześniej był stroną ogoloną i ugodową, a takie widać miał podejście i poza obozem. - Jemu już nie pomożemy, a zwierz duży. Jak tam sobie panowie chcecie, ja łuk mam, o, ale ja myślę, że jak nie trzeba, to nie trzeba.

          Żołnierze niewątpliwie nie palili się do starcia z nietypową hieną, a tym bardziej już z daleka od obozu, ale też chować się nie zamierzali. Niechętni, szykując broń, czekali na decyzję Kompanii.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
            #180

            Marius (Brilchan)

            Rozmowa z Varlundem

            Marius słuchał uważnie, popijając grochówkę - No Panie Varlund ja właśnie sądzę, że to właśnie jakieś czarownik czy podziemny czarnoskóry krasnal, czy inne diabelstwo wypędziło te gobliny na górę i im zapłaciło albo zastraszyło coby porywali ludzi, z okolicznych wiosek w jakimś celu, choć dowodów na to nie mam tak jak mawiacie zwykle gobliny i inne tego typu siedzą głęboko pod ziemią i zajmują się swoimi sprawami, jeżeli coś mądrzejszego i silniejszego ich nie zmusi albo nie zachęci - dorzucił od siebie.
            Rozśmieszyło go, że żołdak pomylił gnomy z gnollami, ale nie każdy miał szczęście dorastać w mieście portowym gdzie się różne nacje i rasy mieszały dzięki potędze morza, które pozwalało na podróże i handel.

            - Panie Seweryn ja nie jestem tak uczony, jak Waćpan albo Doktórka Quatermain, ale te ruiny klasztory brzmią ciekawe... Może zahaczymy tam kiedyś? Może znajdziemy tam jakiś ciekawe książki? Nawet jeżeli nie znajdziemy nic, co nas nie zainteresuje to może coś, za co kapłani Delleba nam zapłacili ? Warto takie miejsca od czasu do czasu sprawdzać, żeby monstra się nie lęgły w ruinach! Kto wie, czy tam się to stado co ludzi porywa nie zamieszkało? - Rozmyślał na głos, chcąc zachęcić towarzysza do sprawdzenia ciekawego tropu.

            Jezioro, trupy i dziwny zwierz

            Mariusa nie wiele obchodziło śledzenie jakichś rzeczy czy kłótni zaćpanych łowców, chciał po prostu skorzystać z okazji, żeby zanurzyć się w większym ciele wody, choć nie było to morze jego ukochanej Osprem, za którym tęsknił... Widok zbezczeszczonych ciał i zwierzęcia zmienił jego zdanie.

            - Normalnie nie lubię podejmować niepotrzebnego ryzyka, ale jeżeli ten zwierz zasmakuję w ludzkim mięsie, to zacznie atakować dzieci w wioskach albo podróżnych na szlaku. A trupy trzeba chować, bo inaczej może się rozsiać zaraza. Nie wspominając o tym, że Pelor, Osprem i większość dobrych bóstw jest za tym, aby chować zmarłych głównie z powodów zarazy. - Po tonie głosu dało się znać, że też nie palił się do walki, od której można zranić się bądź umrzeć, ale i tak próbował przekonać resztę do walki.

            - Mój pomysł jest taki rzucić na bestyjkę sieć i potem jak się zaplączę wykończyć magią i łukiem ewentualnie ciosami z doskoku, żeby na nas nie skoczyło - Zaproponował taktykę spokojnym głosem.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #181

              Seweryn (Rewik)

              — Strzały, którymi za-zabito psy w Pogorzeli, były zatrute, ale dobrej roboty, raczej nie przez gobliny robione. Inne niż te goblińskie, co potem nieodżałowanego Migdała tutej zwanym zabiły. Ten kordelas... — Seweryn poklepał wiszącą zdobycz u pasa — ...wprawdzie też niezgorszej roboty, a i monety obce w cywilizacyji wytworzone... Jeżeli gobliny, to nie same. Do pomocy raczej wzięte. Nie same one, nie same Pogorzel spustoszyły.


              — To co w klasztorze ukryte, ciekawość moją budzi maestro Mariusie, lecz myśli mo-moje wciąż wracają do lecznicy, którom musiał opuścić i pacjentów moich. Może gdyby doktor Quatermain w swej wspaniałości zgodziła się przez dni parę zastąpić moją skromną osobę lub, gdybym choć uczennicę moją niedoszłą Nowalijkę zdążył wdrożyć, tedy droga do onego klasztoru niechybnie bliższą mi się zda.


              — Ogniem przepędzić by się może zdało. Czy faktycznie więcej ich tu nie ma? Może na drzewa wejdźmy i z wysoka przepędźmy. Ciało może mieć przy sobie coś dla sprawy istotnego, ale waszym zdrowiem ryzykować nie chcę. Rychło nie działajmy.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                #182

                Lara, Kai i Randal

                34 - yOBjA7e.png text alternatywny text alternatywny

                Księżycowy lampion wisiał już wysoko nad Drusdygg, przyświecając nocnym aktywnościom istot, które zmrok zapadł w górach. Jedne były tu u siebie, ciemność czy nie. Inne szukały schronienia i kupiły się razem, by doczekać świtu, a jeszcze inne, właśnie nocą wychodziły na żer.

                Byli też i tacy, których noc w górach zastała mimo woli i mimo szczerych chęci, by być daleko stąd. W swoim szaleństwie zaś – a może słusznej determinacji, bo pojęcia gubiły się po zmroku – miast umykać, wciskały się głębiej w ciemność.

                Lara i Randal ważyli swoje racje, wykładając ich słuszność na światło Luny, ale debatować nie było czasu. Kai, trzeci, nieparzysty tryb Losu, przynosił rozstrzygnięcie.

                - Zejdźmy i zerknijmy chociaż – zdecydował bard. - Randal słusznie prawi.

                Medyczka westchnęła ledwo zauważalnie i poprawiła nienagannie umocowany okular, jakby ułożenie spraw nie po jej myśli fizycznie naruszyło porządek jej osoby. Tyle poświęcając tylko na komentarz, rozwinęła zaraz ciężki, tachany dotąd na plecach tobół z narzędziami.

                - Czyń honory, rycerzu – zachęciła Randala, wskazując na łom.

                - Zawsze zdumiewało mnie, jak wiele niezwykłych rzeczy można znaleźć w torebce damy – Bronson uśmiechnął się chwytając narzędzie. - Ale widać teraz dopiero, że ta przezorność jest wielce słuszna.

                Paladyn wcisnął łom w otwór włazu, próbując podciągnąć go do góry. Pierwsza próba rwania na nic, ciężar metalu ani drgnął. Lara nie umiała odczytać run na pokrywie, ale powtarzalność pewnych symboli sugerowała, że może być to wejście do jakiejś klanowej czy rodowej siedziby.

                Tym samym wejść łatwo nie było. Randal wytężył się znów, ale poszło niewiele lepiej.

                - No nic – sapnął. - Bokiem stanę...

                Rycerz złożył na bok przeskadzający osprzęt i zacisnął łapska w rękawicach na wygiętym metalu, pchając i pchając. Zgiął się jak przy przysiadzie i zrobił cały czerwony, ale ciężar włazu powoli uniósł się w górę. Rycerz napierał, a ciężko było go wesprzeć przy krótkim łomie, ale Lara działała prędko.

                Kiedy tylko szpara zrobiła się dość duża, by ją przyblokować, szybko wcisnęła w lukę młotek. Paladyn długo by nie wytrzymał, ale ten moment starczył, by kompani wpakowali obok młotka coś jeszcze, co utrzymało właz uchylonym. Ciepły opar zaczął unosić się na powierzchnię.

                - Uff... – Randal podciągnął rękawice. - To teraz skombinujmy jakąś dźwignię, żeby nie spadło nam na łapy i spróbujmy odtachać na boczek.

                Drużyna, w duchu drużynowego zjednoczenia, które budowało się najmocniej przy fizycznych aktywnościach z tachaniem, targaniem i przeciąganiem, rosła w siłę. I ramię przy ramieniu, sapiąc i dysząc, znajdowała razem siły, o które by się nie posądzała.

                - Olidammaro spraw, żeby to już było szczytem – Kai ceremonialnie strząsnął pył z ciuchów, podnosząc się po upadku, gdy członki odmówiły posłuszeństwa z wysiłku. - Co więcej?

                Lara i Randal wstali, zdyszani i z krwią pulsującą mocno, ale zadowoleni. Właz był obok, zsunięty z wejścia, pokonany. Wiedzieli, że jeśli ktoś był tam niżej, to musiał ich słyszeć. Nie jęczeli, ani nie krzyczeli, by dodać sobie animuszu, ale ciężki zgrzyt metalu o kamień był nie do uniknięcia.

                Zresztą, co czynić? Teraz i tak musieli oświecić sobie drogę naprzód pochodnią. Półelf zerknął w głąb jako pierwszy, na razie nie zaprószając dodatkowego ognia, ale do zobaczenia było niewiele. Wbite w litą skałę metalowe drabinki wiodące może z dziesięć stóp niżej, wydłubany w granicie prosty chodnik i coś pomiędzy komnatą a naturalną grotą, ciągnącą się kawałek do zakrętu w prawo. Na ziemi widać było ślady krwi, ale niewiele ponad to. Przestrzeń była pusta, bez ozdobników czy choćby użytkowych stempli lub kolumn.

                - Wiedzieliśmy, że będzie trzeba zejść. – Randal wzruszył ramionami. - Idę zatem.

                Paladyn zszedł po drabince, przyglądając się górniczemu korytarzykowi i prostej sali wyrytej w naturalnej grocie. Na ziemi były krople krwi, ale dalej przy zakręcie, obok stalagmitów, które ktoś skruszył niedawno, juchy było więcej. Rycerz nasłuchiwał chwilę, ale jedyne, co wyłapał to dudnienie wody gdzieś w oddali.

                Ruszył naprzód, już nie sam, w asyście kompanów z bronią i nadzieją, że ta broń nie będzie w rychłym użyciu. Za załomem korytarza krwi było sporo, ale ciała brak. Jaskinia była tu naturalnym tunelem ciągnącym się wyboistą ścieżką poza zasięg pochodni i elfiego wzroku. Podłoże było nierówne, acz wychodzone butami, ale już ściany i sufit prezentowały cały górski chaos natury w bogactwie skalnych form. Korytarz co jakiś czas miewał wnęki to z lewej, a to z prawej, poszerzał się albo zawężał, czy to na boki, czy zawyżając strop. Albo obniżając – tak, że w pewnym momencie Randal musiał pochylić głowę i nieco skulić się w sobie, wystawiając pochodnię przed zawężenie, by poświecić sobie pod nogami.

                Uderzenia spadły na niego jedno po drugim, prawie jednocześnie, między jednym zabiciem serca a drugim. Coś potężnie pacnęło go w pierś – pacnęło było dobrym określeniem, bo cios był miękki, jakby na odlew, niby to macką, ale bez lekkości psoty. To było mokre rąbnięcie, po którym Randal aż skulił się w sobie, wytrącony z równowagi, wyzbyty z oddechu, jakby ktoś przetrącił mu zmysły.

                Ból zapulsował od razu, ale pieczenie w piersi odczuł dopiero po chwili. Kolczuga i skórzane wypełnienie pod nią przyjęły większość impetu, a bez nich pacnięcie pewnie przebiłoby klatkę piersiową rycerza, a przynajmniej zgruchotało mu kości.

                Randal odruchowo zanurkował w bok, rzucając pochodnię na ziemię i osłaniając się tarczą. Nie miał wiele przestrzeni do ruchu i musiał albo cofnąć się, albo wypaść dalej, by dopuścić kompanów do siebie. Miejsce na zasadzkę było nieprzypadkowe. Pochodnia nie oświetlała stropu za przewężeniem, ale rycerz złowił zarys przygarbionej, ludzkiej sylwetki z pokracznymi, długimi łapskami, gibiącej się w stałym ruchu na skraju światła, nim nie objął jej mrok.


                Randal trafiony za 4. Porządek inicjatywy:

                Randal 18
                Kai 15
                Ktoś 14
                Lara 12

                Randal jest krok czy dwa za przewężeniem, gdzie stanie tylko jedna osoba – w miejscu gdzie jest na sztywno mogą stać dwie obok siebie. Przed przewężeniem podobnie. Im dalej (naprzód czy w tył), tym bardziej korytarz rozszerza się (na max 3 osoby obok siebie). Stworzenia dokładnie nie widzicie (musicie przejść przez przewężenie [tzn. Randal nie musi]), ale (słabo) słyszycie.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Niedostępny
                  PaniczP Niedostępny
                  Panicz
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #183

                  Randal (Mike)

                  Zaciskając zęby paladyn osłonił się tarcza i ruszył naprzód, świadom, że kompanie niewiele mu pomogą, gdy będą stłoczeni za jego plecami.

                  Nie planował ruszać w pościg za wrogiem. I być może wpaść w kolejna zasadzkę.
                  Chciał tylko wydostać się z przewężenia.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #184

                    Marius (Brilchan)

                    - Nie sądzę, żeby bestia dała nam dużo czasu na przygotowania, ale kto chcę, niech się wspina na drzewa, ja zostanę tu i spróbuje je związać walką też nie zamierzam ryzykować życia, innych, ale nie będę bawił się w odstraszanie ogniem, bo ani nie wygląda to coś naturalnie ani ze mnie czciciel Starej Wiary - odpowiedział na Dictum Seweryna.

                    Wiedział, że niepotrzebnie ryzykuje, ale aż go świerzbiło, żeby wypróbować nowe dary od Mistrza, z którymi się dzisiaj obudził! Mistrz dał mu kolejny okruch swej wielkiej potęgi jego istota wykraczała poza ludzkie zrozumienie a pamięć sięgała zapomnianych eonów, gdyby chciał mógłby z łatwością wypalić mózg Mariusa...

                    Najwyraźniej był jednak zadowolony, gdyż dziś rano Utopiec obudził się z nowym zaklęciem w głowie a jego promień stał się silniejszy nie było przy tym żadnych mów pochwalnych Mistrz był ponad takie ludzkie drobnostki.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                      #185

                      Marius i Seweryn

                      text alternatywnytext alternatywny

                      Sycząca nad zwłokami hiena, przydybana nad śniadaniem, była w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Trochę już zdążyła Bakluna ponadgryzać, brudząc popielate futro juchą, ale nie zdążyła jeszcze ukoić napędzonego krwią głodu. A dwunogi przyszły, w przewadze, ze swoimi kłujami i łupaczami, strasząc i sadząc się na zdobycz, przy której nie byli pierwsi.

                      Ten blady, który zdawał się dziwny od początku, od którego śmierdziało czymś mokrym i starym, sadził się najbardziej. Musiał być wygłodniały, ale mógłby zaczekać na swoją kolej. Trup nie był duży, ale choćby z samych kości starczyłoby soczku dla każdego...

                      Ale blady nie chciał się dzielić. Wystąpił przed swoich i zamruczał coś strasznie aż powietrze zadrżało, a podmuch położył tataraki przy brzegu.

                      Hiena najeżyła się i naprężyła, warcząc, ale drogę w głąb lądu miała odciętą. Szarość zionęła ku niej zimnym podmuchem, ale nim magia zmaterializowała się w uderzenie, sprowokowany zwierz ruszył naprzód. Czar zelektryzował powietrze i palnął mokrym chłodem po trzcinach, przyspieszając tylko bieg bestii.

                      Zwierz skoczył przez piach, susem którego nikt się po tak masywnej sylwetce nie spodziewał. Strażnicy próbowali strzelać, ale ludojad był szybki. Seweryn był dla Utopca ostatnią deską ratunku...

                      Kruszynka szczęknęła mechanicznie. Bełt poszedł z ukosa, ściął przez kosmate futro stwora. I przeszedł dalej, nie upijając nic z hienowego życia. Bestia skoczyła na Mariusa i nie było siły, żeby magik ustał. Sam impet starczyłby do powalenia i przy zwierzu o połowę lżejszym, a te mięśnie i pęd złożyły Utopca jak dywanik.

                      Zęby stworzone do miażdżenia kości rozprułyby skórznię niczym szmacianą zabawkę i jedyne co kapłan zdążył zrobić, to osłonić twarz i szyję rękoma, dając bestii zasłonę z gryzaków.

                      Potwór jednak z okazji nie skorzystał. Odbił się od przewróconego Mariusa i sypiąc piachem spod łapsk przy zakłóconej wykrętce, skoczył dalej, byle dalej od dwunogów, zostawiając ich w kurzawie i waląc w zarośla.

                      - Norebo z tobą, bratku! – Zaśmiał się nerwowo Jul. - Zagraj dziś w kości, póki masz falę!

                      Marius podniósł się szybko, teatralnie wypuszczając powietrze. Fart miał, to prawda.

                      Albo to Ty czuwasz, mój Panie, pomyślał.

                      - Dużo śladów od noża, ale są i te gryzienia, co u Grumwida. – Seweryn gruszek w popiele nie zasypiał i już był na analizach przy truposzu. - Zabity nie przez zwierza, to wszystko potem.

                      - To jakiś druh, waszmości? – zagadnął Gurb, zbliżając się z lewej.

                      - Nie-ee – zaprzeczył medyk. - Ale chodźcie wszy-scy, zobaczcie, czy aby wy go nie kojarzycie. Czy on nie z Wrót, mo-oże.

                      Identyfikacja po zmasakrowanej, napęczniałej twarzy nie byłaby łatwa, jeśli w ogóle możliwa. Ale też i nie była potrzebna. We Wrotach rezydowało ledwie paru Baklunów i to nie był żaden z tych. Tamci byli wszyscy starsi i potężniejszej budowy, a temu było może z dwadzieścia wiosen, kiedy zabrakło mu piasku w klepsydrze. Nie, truposz był dla wszystkich enigmą, choć zdawał się pasować do Grumwidowej opowieści.

                      - Pan... Panowie go chcecie brać? – zapytał niepewnie Gurb. - Może pchnąć go tam dalej do wody i ruszyć, bo hieny się jeszcze zlezą i szczęście się skończy.

                      - Ano – potwierdził Jul. - Jak nas ominęła jatka, to może trzymajmy się tego.

                      Kai, Lara i Randal

                      34 - yOBjA7e.png text alternatywny text alternatywny

                      Ciosy, choćby mieliły i młóciły, Randalowi były nie pierwszyzną. Stać się częścią Zakonu Karzącej Ręki oznaczało stać jak mur. Potrafić wystać i ustać największe cięgi i nie złamać szyku, gdy kroczy się z braćmi ramię przy ramieniu, albo osłania słabszych czy rannych.

                      Bronson wytrzymał uderzenie, nie zluzował gardy i pod osłoną, sprawnie, przeszedł w bok, wychodząc w szerszy skrawek korytarza. Połyskliwa w świetle pochodni, lepka i podłużna sylwetka zwinęła się pod strop, uciekając poza zasięg broni, ale rycerz widział ją w półmroku, rozciągniętą między ścianą a osłoną stalaktytów.

                      Paladyn czuł już niemal pod dłonią ucisk drewna oszczepu, którym mógłby dosięgnąć żylastego oślizglaka, ale wolał nie ryzykować odsłonięcia się. Wiedział już, że stwór – cokolwiek to było – rusza się diabelnie szybko. Mógł spróbować wyczekać, gdy znów zaatakuje i odpowiedzieć kontrą – jeśli uda się złowić cios na tarczę i przejąć impet, to lekkie spowolnienie może starczyć, by ciąć napastnika po łapie.

                      Kai i Lara tupali w zamieszaniu, próbując zająć dogodną pozycję, by dojrzeć wroga, ale nie odsłonić się na atak. Atak zaś nadejść mógł z każdej strony...

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Niedostępny
                        PaniczP Niedostępny
                        Panicz
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #186

                        Marius (Brilchan)

                        Marius był wstrząśnięty, ale spróbował zakryć strach młodzieńczą butą

                        - Nie będziemy zatruwać stojącej wody nadgniłym trupem! Gdyby to było morze to rekiny i inne stworzenia dałby sobie radę, ale skoro jesteśmy na lądzie, trzeba go zakopać w ziemi zakryć kamieniami i omodlić! Był to jednak człek czy jakbyście wy zmarli to chcielibyście, aby wasz zwłok był poniewierany? - Powiedział niedoszły kapłan i chwycił śmierdzącego trupa, aby zanieść go w kierunku wioski.

                        - Panie Seweryn czy coś jeszcze tutaj chcieliście obaczyć? Ja chciałem zanurzyć się w wodzie, może świeżych ryb dla nas złowić? Cóż, święte obowiązki wobec zmarłych mają pierwszeństwo!

                        - Będzie trzeba pożyczyć od kogoś łopatę... Przynajmniej przerobione ryty pogrzebowe przećwiczył na biednej dziewczynce z zupy.

                        Starał się nadrabiać dobrą miną i głośnym zdecydowanym tonem, lecz był poruszony. W myślach zmówił modlitwę dziękczynną do Osprem i Mistrza, że sam zwłokami nie został.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #187

                          Seweryn (Rewik)

                          Trup Bakluna leżał w połowie na ziemi suchej, w połowie w błocku, co to na granicy jeziorka radośnie powstało.

                          — D...d...rugi to już raz Waszmość otarł się o kosę. — Głos Seweryna był przytłumiony, powiem zakrywał nos tkaniną swego ubrania — Osprem doprawdy ma Maestro w opiece. Czy po upa... upadku, czujecie jakiś ból w żebrach? W miejscu poprzedniego uderzenia? — zapytał sprawdzając czy bryczesy Bakluna mają kieszenie, czy jakie poukrywane znaleziska, a kiedy Utopiec zapewnił, że wszystko w porządku, przytaknął — Dziękujcie swej bogini, dziękujcie.

                          Zapytany o dalsze plany, wskazał coś na prawo od niego.
                          — Jul, sprawdźcie koszulę, o tam, tutaj, na tych pałkach. — Przeszedł na drugą stronę hienowej przekąski, człapiąc butami w błocie. Tunika jego była już naprawdę brudna, zwłaszcza do kolan, ale to od trudów także dni poprzednich. Zdobił ją też sczerniały szkarłat na skrwawionym wcześniej ramieniu. — Szukamy monet, takich takich jak wcześniej byliśmy znaleźli. Ale może i co innego znajdziemy.

                          — Skoro ten tu to Baklun, to... — cyrulik rozciął materiał, bo zdało mu się, że znalazł ukrytą kieszeń — ...to on wraz ze szczurzym skałodrzew mieli. W faktorii mogą wiedzieć co za jeden. Może ma jakieś pamiątki, rodzinne albo co tylko dla niego typowego. Rozejrzyjcie się po okolicy, zwłaszcza przy tej ko..koszuli. W wodzie też tam, a może i dalej - ktoś mógł coś do jeziora wrzucić. — Mówiąc to samemu także zamiar taki miał.

                          ***

                          Jednak nim do spełniania zamiarów tych przystąpił, zbadał zawartość sakiewki, którą był znalazł w wewnętrznej kieszeni. Prócz drobnicy, nie było tam nic więcej. Żadnej tajemniczej monety, ani godnych odnotowania bogactw. Dłonie nieboszczka obejrzał też. Był tam srebrny sygnet, przy czym "był" było jego cechą szczególną. Znalazł się prędko i skrycie w Sewerynowej tunice. I do gęby był nasz cyrulik zajrzał. Pogmerał też w kieszeni swojej, złotego zęba dopasował, głową pokiwał, lecz raczej z niezadowoleniem, pomimo to iż ten pasował.

                          Wreszcie z kucek powstał i samemu do wody się skierował, dłonie obmywszy, przeszedł w miejsce gdzie owa koszula w tatarakach miejsce rozpoczętych poszukiwań znaczyła.

                          — Widać coś tam jeszcze?

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                            #188

                            Kai, Lara i Randal

                            34 - yOBjA7e.png text alternatywny text alternatywny

                            Czarny, pofałdowany korytarz wzrósł ratownikom na drodze pierwszym poważnym wybojem. Zasadzką oślizgłego grotołaza. Obrzydliwiec zdzielił Randala pokracznym łapskiem, jakby chciał wyrwać mu serce z piersi, ale metal kolczugi osłonił rycerza.

                            Paladyn jęknął i aż zgięło go do półprzysiadu, ale zmysły miał wytężone i czekał na kolejny atak, by sięgnąć przeciwnika i odpłacić mu bez zmiłowania.

                            Kai zsunął się bliżej zimnej, wilgotnej ściany, dając kompanom przestrzeń ruchu i unikając pierwszoliniowej brawury. Zamiast tego zanucił coś pod nosem, a ciche, uformowane w czar słowa wezbrały zaraz w piekącą kpinę.

                            - Szoruj ścianę ślepy szczurze! - Słowa nie były głośne, ale przez powietrze przeszły ze zgrzytem, który przyprawiał o gęsią skórkę. - Won do skorupy ślimaczy wymiocie!

                            Nicowane magią obelgi kłuły w uszy, choć na pajęczą pokrakę spadły bez efektu. Może pełzak potrafił wyślizgnąć się spod każdego ciężaru, może podziemia uczyniły go odpornym na proste czary, a może po prostu nie miał rozwiniętego mózgu, na który można by wpłynąć.

                            To ostatnie zdawało się najmniej prawdopodobne, bo w ruchach i furii ataków stwora był spryt, którego brakowało zwierzętom. Diabeł mamił unikami nim w końcu uderzył, a ruszał się tak szybko, że ciężko było czasem załapać gdzie kończy się jego rozedrgane cielsko.

                            Randal nie próbował uników. Osłonił się szeroką tarczą, przyjmując palnięcia na metal raz za razem, w szybkiej serii niby ataki bijącego w gruszkę boksera. Wyczekał. Złapał moment.

                            Dostrzegł, kiedy seria uderzeń zwolniła, a impet spadł i poluzował osłonę, waląc ostrzem po mackowatej łapie. Potwór wizgnął i natychmiast zwinął się w sobie, jakby ból rany odbił go z powrotem pod sufit.

                            Lepka, podobna osoczu krew skapnęła na podłoże, cuchnąć muliście i ciepło.

                            Pierwsza krew wroga zawsze wzmagała morale. Lara i Kai ruszyli naprzód, śmielej, przeciskając się obok stężałego za osłoną paladyna. Cała trójka wiedziała, że stwora trzeba ubić możliwie szybko, bo szczęk broni czy sam zapach juchy nieść mogły się po korytarzach hen daleko, bogowie wiedzą dokąd. Dudniąca w oddali woda tłumiła dźwięki, ale istoty, które nawykły do życia bez światła, rozwijały inne zmysły, wyczulone na choćby najmniejsze drgania podłoża czy ruchy powietrza.

                            Okoliczności odbierały Larze jej dudniący atut i drużynowa snajperka musiała sięgnąć po bakluński bułat, wchodząc w bezpośrednie zwarcie. Dopaść zaczepionego pod sufitem ścianołaza nie było jednak łatwo, jeśli sam nie wystawiał się pod zasięg broni.

                            Quatermain i Bronson chcieli uderzyć z dwóch stron, szarżując na wroga z półkola. Korytarz nie zostawiał wiele przestrzeni, ale już przestrzeń wyżej była tu wysoko wysklepiona i nie było mowy, by sięgnąć potwora nawet i z długą halabardą. No, może starczyła by pika, a to i taka z tych dłuższych, stawianych przeciw konnym.

                            - Rozbijże ryja, zaropiały robalu! - Zaklął z dziką soczystością Kai, aż ślina poniosła magiczne nitki ponowionego zaklęcia. On nie musiał sięgać za bydlakiem aż pod sufit. - Splącz się na supeł szkarado!

                            Może tym razem arsenał obelg był trafniejszy, a zagrożenie zaplątania przy mackowatej budowie stwora groźniejsze, bo upiór syknął wściekle i sprowokowany, runął na Kaia w sprężynowym ataku.

                            Moc barda musiała weń mocno wniknąć, bo pierwsze uderzenie, choć z bliska, było furiacko niecelne. Łapsko pacnęło w ścianę za muzykiem jak kilof, a utracone sekundy były czasem Randala.

                            Rycerz skoczył naprzód tnąc od góry, ukosem, by objąć cięciem możliwie najwięcej przestrzeni, by choćby dźgnąć szybkołapego drapieżcę. Nie pomylił się, wchodząc klingą głęboko i spowalniając podjęty atak.

                            Druga, pazurzasta, obrośnięta wypustkami łapa była już jednak w powietrzu, na drodze do Kaia i tego wyroku nie dało się uniknąć. Cios spadł na klatkę piersiową jak grom, usadzając półelfa na ziemi, czerwonego i z trudem łapiącego powietrze.

                            Ale nokdaun zadany Kaiowi był już ostatnim, na jaki zdobył się stwór. Raniony wcześniej, podrażniony zaklęciem i teraz zahaczony przez Bronsona, który naparł na miecz z całej siły, wróg został ściągnięty na ziemię.

                            I tu robotę dokończył bułat pani doktor, która powaloną bestię sieknęła prosto między oczy, dowodząc prawdziwie chirurgicznej precyzji - czy przy stole, czy w ciemnościach korytarzy Piekielnych Pieców.

                            Kai dostał za 5 PW. Stwór martwy. Gratuluję

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #189

                              dr Lara Quatermain (Alex Tyler)

                              Z jednej strony Lara wiedziała, że to zły pomysł jeszcze zanim Randal wcisnął jej łom we właz. Z drugiej cieszyła się, że był on kimś, kto gotów jest wziąć na siebie odpowiedzialność za ryzyko, na które narażona będzie reszta. Sama nie miała odwagi szafować cudzymi żywotami, jedynie własny niejako lekce sobie ważyła.

                              Góry wokół Drusdygg stanowiły jeden wielki ropień niepewności, który najpewniej lekkomyślnie postanowili naciąć w środku nocy.

                              Blondynka poprawiła okulary nie dlatego, że się zsunęły, lecz by przywrócić sobie chociaż pozór porządku. Właz z runami krasnoludzkiego klanu, którego nie znała, pachniał historią i kłopotami. Ciepły opar, który uniósł się, gdy metal wreszcie ustąpił, uderzył ją w twarz znajomą nutą — jak oddech pacjenta z gorączką lub powiew z antycznego pustynnego grobowca. Zamknięte przestrzenie, wysoka temperatura, krew na posadzce… to był zestaw objawów, który w każdym lazarecie zwiastowałby komplikacje.

                              Schodząc po drabince, czarnooka liczyła oddechy Randala, tak jakby ich rytm ją uspokajał.

                              Zawodowo nauczyła się rozpoznawać moment, w którym ból zaczyna wygrywać z wolą. Gdy pierwszy cios niespodziewanie uderzył w pierś paladyna, usłyszała, jak powietrze ucieka z niego jak z przebitego miecha. Zanim obejrzała ranę, wiedziała już, że kolczuga ocaliła mu życie — ton jęku i sposób, w jaki zachwiał się, mówiły jej więcej niż jakiekolwiek zaklęcie diagnozujące.

                              Nie przepadała, gdy zmuszano ją do walki wręcz na ślepo. Jej atutem była odległość, lufa, optyka, czas na ocenę wektora. Tutaj miała tylko bakluński bułat, śliską skałę pod stopami i potwora, który poruszał się jak choroba w ciele — za szybko, by ją łatwo wytropić. Kiedy lepka krew skapnęła na ziemię po pierwszym cięciu Randala, poczuła znajomy przypływ adrenalinowej koncentracji. Pierwsza krew zawsze coś zmieniała — w polu bitwy tak samo jak na sali sekcyjnej, czy polowaniu w dziczy.

                              Gdy stwór runął na Kaia, jej świat zwęził się do kilku punktów anatomicznych. Kąt łapy, miejsce uderzenia w klatkę barda, torsja tułowia potwora w momencie, gdy Randal wbił miecz. Zobaczyła przerwę — trwające ułamek uderzenia serca rozluźnienie mięśni, otwartą linię między oczami bestii. Wsunęła się w nią jak skalpel w skórę.

                              Cięcie było krótkie, czyste, prowadzone nie gniewem, lecz nawykiem. Tak samo unieruchamiała staw, czy przecinała mostek. Tylko że tutaj zamiast sterylnych narzędzi miała krew na rękawiczkach, pył w płucach i świadomość, że Piekielne Piece jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa.

                              — Wszystko w porządku? — zapytała z wyczuwalną troską obu towarzyszy, przyglądając się lekarskim okiem miejscom, gdzie przyjęli ciosy.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Niedostępny
                                PaniczP Niedostępny
                                Panicz
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #190

                                Nad wodą

                                - Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. – Jul skrzywił się jakby rozgryzał cytrynę. - Mamy czas na to? Te hieny, prze-sz, prze-sz, mogą zleźć się tu, no?

                                Gurb wzruszył ramionami i palnął o cięciwę przewieszonego na ramieniu łuku, jakby grał na kontrabasie. Dalszy wytrzeszcz kompana zbył machnięciem ręki, dając znak, że nie ma co gadać.

                                Marius wpakował się do jeziorka na kąpiel i pławił się w chłodnej, porannej wodzie w najlepsze. Kurz i brud zniknęły w sekundę, gdy Utopiec dał nura pod grążele, wynurzając się po dłuższej chwili z mokrą czupryną i zatkanym uchem. Odprężony, spłynął na plecy i złożony na tafli patrzył jak wiatr wpędza wątłe białe chmurki na pastwisko bladego nieba. Dzień zapowiadał się pogodny. Gorący, słoneczny i suchy. Podobny wielu ostatnim, tak licznym tego lata.

                                - Odprawisz-odprawisz pochówek tego człowieka? – zawołał z brzegu Seweryn, ściągając błękit oczu Mariusa na ziemię. Zatracony w relaksie, kapłan spłynął pod zieleń flory i wynurzył się już bliżej brzegu, czując grunt pod nogami.

                                Widział, że medyk i strażnicy usypali zabitemu kopczyk z bazaltowych skrawków, których w Drusdygg nie brakowało, chowając rozerwane zwłoki przed zębami drapieżców. A przynajmniej tych mniej zapalczywych i natrętnych. Zawsze coś. W końcu liczył się gest.

                                - A ryby? – zapytał niepewnie kapłan, stając na piasku przy ciuchach, ważąc czy zarzucać je już, czy może ma jeszcze chwilę. Twarde spojrzenie Seweryna i parsknięcie Gurba przyspieszyły decyzję. Pływak zarzucił szaty na mokrą sylwetkę, miarkując, że do modłów nad nieboszczykiem wypada zakryć się choć odrobinę i ruszył odprawiać to, czego oczekiwano.

                                Ostatnie pożegnanie. Dużo ostatnio miał tych pożegnań, co sporo mówiło o naturze doliny. Marius był tu ledwie trzeci dzień, a i to niepełny, a już robił za etatowego grabarza i żałobnika. Jeśli był tu zawód dla medyka, to kapłan z ostatnim namaszczeniem w pakiecie idealnie pasował na partnera w biznesie. Seweryn powinien poważnie rozpatrzyć kandydaturę czarownika.

                                Modły, gesty, trochę prostej poezji marynarskich pieśni i grupa wypadowa mogła wracać do Pogorzeli. Niewiele osiągnęli, ale też nic nie stracili. Kolejny fragment Grumwidowej układanki złożony w całość – to się sprawdziło. Traper nie kłamał.

                                No i kąpiel. To Marius traktował jak mały sukces.

                                - Co żeście, panowie, wymyślili? – Varlund powitał ich na przedpolu wioski, w miejscu, gdzie przedwczoraj ubili szalejącego ettina. Ziemia dalej śmierdziała trupem i spoconym, zgniłym fetorem, który toczył giganta jeszcze za życia. Sierżant radził sobie kopcąc potężnego tytoniowego skręta. - Nie mogliście wczoraj powiedzieć, że pilno wam nad jezioro?

                                - Wspomniałem chyba nawet... – zastanowił się Seweryn, ale pomyślał, że tak czy owak, nie planuje się nikomu tłumaczyć. A przynajmniej nie Varlundowi. - Ale załatwiliśmy, co mieliśmy załatwić. I szybko – już jesteśmy.

                                - Dobrze. – Wąsacz kiwnął na zbycie sprawy i złapał mocnego sztacha. - Szykujemy się do drogi, ale przyszedł przodem wypad z Roscoe... Mają być niebawem, to i zaczekamy wszystkich.

                                Pogorzel znów żyła. Znów w krzątaninie, pyle i ruchu. Tymczasowo. Ale jednak.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #191

                                  Seweryn (Rewik)

                                  Korzystając z chwili oczekiwania, Seweryn przygotował napar z jakiś znowu znalezionych ziół. Pachniał przyjemnie, choć trochę mdło. Część jego do kubka nalał, część zaś do misy w wiosce znalezionej i sadzając tak ją , jak i siebie niedaleko Sylva i Grebo nogi swe począł moczyć, bowiem pęcherze miał od wielu mil przebytych. Grebo najwyraźniej bardziej nawykły do długich podróży wymienili z nim jakąś kąśliwą, acz chyba przyjazną uwagę. Sylv zaś cały czas był jakiś markotny.

                                  — Mojej mamy to sposób... Dla was też przygotuję — stwierdził, a może zaproponował — Nie pytałem was jeszcze czy udało się dostarczyć wtedy mój list do starosty Sa...saliny? - zagaił cyrulik Sylva, chcąc zmienić temat, który najwyraźniej nie leżał mu.

                                  Sylv, podpiwszy coś z procentem rumiany był bardziej jeszcze niż poranne słońce. Zdawał się nie przypominać nic o liście w pierwszej chwili, acz potem odparł zgodnie ze swoją wiedzą.

                                  — I co się z nim stało? Powieszą go? — brak zrozumienia na twarzy Grebo, zmusił go doprecyzować pytanie — Tego, cośmy na mostku znaleźli, Grumwida, pewnie na święto, c...co to w środku wrzeeeśnia ma być jako atrakcje stracą?

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #192

                                    Marius Utopiec (Brilchan)

                                    Przemyślenia na temat pochówku

                                    Utopiec czuł się lepiej zanurzony, tęsknił za tym uczuciem, kiedyś marzył o tym, aby oddychać pod wodą jak ryba widział jak Mistrz zmienia innych w swoje sługi bezmyślnych rybo - ludzi za pomocą mazi którą wydzielał ze swojego ciała a potem łamał ich umysły jego postanowił jednak wybrać do innej służby przynajmniej na razie...

                                    Marius miał jednak dwóch Panów! Choć zaprzedał ciało i duszę a także umysł Mistrzowi w zamian za ocalenie oraz magiczne moce jego modły wciąż był wznoszone do Osprem ze szczerą intencją. W końcu to słudzy Bogini dali mu bezpieczną przystań. Czasami żałował że nie kontynuował nauki na kapłana może byłby szczęśliwszy ? Wtedy jednak cierniem w duszy byłoby mu niewypełnienie ostatniej woli Matki teraz z perspektywy czasu widział że nie była dobrym rodzicem a jej mózg przeżarty był chorobom ale dokonał pomsty na łotrze który ją syfem zaraził choć do niczego młodej wdowy nie przymuszał siłą...

                                    Co się stało to się nie odstanie nie było co marnować energii myślowej na rozważania o rzeczach szczególnie że energię tą najwyraźniej można było kształtować niczym moce mistyczne za pomocą jakiś tajemnych Ścieżek o których wspominał Mistrz. Czy w pewnym sensie nie był kapłanem ? Nawet jeżeli nie miał święceń niósł posługę żywym i martwym w imieniu Osprem Mistrzowi daje światło moich czynów a dla Bogini zbieram łój tam gdzie mogę aby sporządzić z nich nowe świece jak robił to za czasów posługi świątynnej.

                                    Pocieszony tą myślą pożegnał się z jeziorem i ruszył wykonać obowiązki względem zmarłych.

                                    W wiosce

                                    Sierżant Varlund miał w sobie coś, takiego co, przypomniało Mariusowi jego kapitana i kapłanów nie zamierzał okazywać mu braku szacunku przed jego podwładnymi oraz robić sobie z niego wroga. Zasalutował przed nim stając na baczność.
                                    - Musieliśmy pochować zmarłych do trupa zaczęły się dobierać hieny nie chciałem żeby się gnolle znów zmrowiły albo wybuchła zaraza od trupa! - Krzyknął krótki raport tak jak uczono go gdy został żeglarzem.

                                    Nie czekał jednak na "spocznij", gdyż nie był bezpośrednim podwładnym Varlunda. Jego życie było sztuką kompromisów. więc uznając, że dał żołnierzowi wystarczające wyrazy szacunku przyjął pozę rozluźnioną, poprawił mokre włosy i dodał:
                                    - Nie chciałem żeby dziki zwierz zanadto przywykł do smaku ludzi bo zacznie na nas patrzeć jak na posiłek a nie zagrożenie ale dało się przepędzić, więc nie jest jeszcze tak źle.

                                    Nie cieszyła, go perspektywa jazdy konnej ale jak mus to mus.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #193

                                      Randal (Mike)

                                      - Gorsze razy zdarzało się mi przyjmować - odparł Randal. - Pancerz zatrzymał większość impetu. Oddalmy się stąd, bo ktoś może chcieć sprawdzić co to za hałasy.

                                      Szybkim cięciem odrąbał stworowi łeb i kopnął go z dala od stwora.

                                      - Dla pewności. Nawet jakby ożył to bez głowy ciężej będzie mu nam nabruździć.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Niedostępny
                                        PaniczP Niedostępny
                                        Panicz
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #194

                                        Dławiciel, dusiołek, gardziołap, dechwionsz, ślizgon albo gumistaw, zwany po krasnoludzku hrakkirem, to czart podziemny, znany górnikom jak świat szeroki. Potwór dwunogi, sylwetki niby ludzkiej w kształcie, ale pokraczny potwornie, a paskudny przy tem.

                                        Niewielki, a przez swój wieczny przykurcz jakby jeszcze skulony, dławiciel jest jednak bestyją wielkiej siły. Łapy obleczone ma niby to drapką siatką jak raszpla tartaczna, a przy tem lepką, dającą podpór przy każdem ruchu, choćby szedł ścianą bokiem, albo i całkiem do góry nogami.

                                        D. czai się w mrokach, w kopalniach, kanałach i piwnicach czy gdziekolwiek tylko uda mu się wpełznąć, gdzie wiecznie ciemność i wilgoć. Szczególnej budowy, niby to gumiasty jak masa na ciasto drożdżowe, ale gdy zaciska chwyt na ofierze, ciało tężeje jakby kogo łańcuchem żelaznym spętać.

                                        D. uderza z zasadzki jak zbójca, celując szyi, by górnika nieszczęsnego zadusić, skąd jego nazwa wzięta, ale przy tej sile jego piekielnej, zwykle starczy, że człeka trafi, a kości pomiażdży i ubije na miejscu. Wtedy zwykle najsampierw krew spija, na którą prawdziwie jest łasy, a potem dopiero, jeśli prawdziwie jest głodny, ciało szarpie tam, gdzie miększe i gdzie wgryźć się potrafi, bowiem zęby ma słabe, ludzkim podobne.

                                        Mówi się, że d. stąd się biorą, że gdy zawał w kopalni górnikow przywali, a którzyś żywcem zostaną nim ich skała nie zadusi, albo jak nieszczęścia więcej, powietrze jest i dłuższa męka przez to, że potrafią z choroby i pragnienia zemrzeć, to ci co w godzinie próby od Pelora się odwrócą i dobra wyrzekną, prosząc złe o łaskę, zostają przeklęci, by zawsze już skuleni w ciemności człapać.

                                        Pamiętajcie zatem, żeby zawsze imię Pana Naszego, Pelora, wielbić i w pokorze nosić na miejscu pierwszym, a gdyby nieszczęście spadło, uwięzienie i tortury, trwać wypatrując Jego woli, a samemu nie kusić złego i nie ważyć się na życie własne porywać, bo nie nasze ono, a z góry dane. Kto zaś od Światła się odwraca i waży, że jemu znane lepiej plany, co było mu zapisane w księgach żywota, ten ryzykuje zgubę wieczną, pogardę, głód nienasycony i ciemność.

                                         
                                        ojciec Rożamb Ekklys, Ze Światłem przez mroki. Przewodnik pobożnego awanturnika

                                        Bułat sieknął pokrakę z mokrym plaskiem, zgranym z jej lepko-oślizgłą fizjonomią, lejąc bladą juchą na ziemię, skały i szaty. Lara skrzywiła usta, ale pomoc miała prymat nad porządkiem. Pobrudzona szata musiała zaczekać, ranni towarzysze nie mogli.

                                        Albo i mogli, jak się zaraz, szczęśliwie okazało. Randal był twardy, zgrywał twardziela, albo miał solidnej roboty kolczugę. Właściwie, pewnie wszystko po trochu, ale to porządna płatnerska robota ocaliła mu życie. Nie po raz pierwszy. Siniaki i krwawą opuchliznę pod spodem mógł zgnieść. Znosił już wcześniej. Również nie raz.

                                        Może zniósłby ją i Kai, bo przez większość życia nie cukrzył się w zbytkach. Swojego cierpienia i niewygód w ciszy by jednak nie zostawił. Teraz też, gramoląc się z ziemi, jęknął teatralnie, ale uchylił się od nadmiernej ekspresji, świadomy gdzie trafili.

                                        Jemu lekka skórznia by nie pomogła, gdyby atak wpadł całym impetem. Czar musiał faktycznie splątać koordynację stwora, bo mimo trafienia, które wydusiło z muzyka całe powietrze, żebra i klatka były w porządku.

                                        - Dławiciel – syknął cicho Kai, głosem jakby nieswoim, wątłym w oddechu. - Jeśli wierzyć temu, co słyszałem, to polują samotnie... Zatem chociaż tyle dobrego.

                                        - I bogom dzięki, bo pokurcz taki, a bije jak taran. – Randal spojrzał w mrok za odkopaną głową stwora, którą odrąbał. - Chodźmy, zanim inny jaki czart tu nie zlezie.

                                        Larę, zawsze ciekawską i żądną w swym szukaniu odpowiedzi empirii najbardziej namacalnej, ów dławiciel szalenie kusił. Przypadek tak dziwnego stworzenia – niby to kręgowca, ale o tkance i strukturze zwierząt niższych, a przy tym czaszce tak bardzo ludzkiej – musiał ciekawić.

                                        Ale doktor Quatermain zawsze umiała porządkować priorytety. Bułat w dłoni, pochodnia w drugiej i podróżniczka ruszyła naprzód. Randal dalej kroczył pierwszy, dla pewności mając już tarczę w pogotowiu, przysłaniając nią lekko ogień pochodni, by światło nie płynęło zbyt daleko.

                                        Kai szedł w środku, wypracowanym sposobem klepiąc czasem rycerza po ramieniu, by ten przystanął i skrył ogień, dając mu wypatrzyć co przed nimi. Elfi wzrok pozwalał mu spoglądać dalej nawet w wątłym świetle, gdzie towarzyszom skały zlewały się już w jednolitą czarną papkę.

                                        Kroczyli ostrożnie, powoli ważąc kroki, ale potem przyspieszyli. Korytarz ciągnął się długi kawałek, jaskiniowo nierówny wybojami i porytym stropem, ale jednocześnie na tyle prosty, by podejrzewać, że ktoś nad nim kiedyś pracował. Im dalej szli, tym głośniej słychać było spadek wody.

                                        Zastanawiali się, czy to podziemny strumień, czy może gorące źródła jak te, których piękno zmąciła makabryczna ofiara na górze, ale wzmagający się huk szybko uświadomił ich, że pod ziemią płynie wodospad. Korytarz ciążył cały czas w dół, poszerzając się mocniej i mocniej ku naturalnej grocie aż wreszcie wypluł ratowników na szeroką, wilgotną od kropel półkę skalną.

                                        Jaskinia była – a jakżeby inaczej – całkowicie czarna, ale świeżość w powietrzu i potęga opadu sugerowały, że przestrzeń wokół jest wielka. Wodospad dudnił z lewej, rozmywając kamień tak, że szło się przez drobne niecki wyślizgane jak brukowe kostki na targach Gradsulu. Szczęśliwie opadał za półką, po której szli, mocząc oparem, ale nie zalewając całkiem pełgających pochodni.

                                        Ostrożni, tym razem w baczeniu na śliskość, zeszli półką w lewo, prowadzeni niżej i niżej zakrętami wyrytej w otwartej ścianie ścieżki. Skała była skuwana w nierówne boki i ciosana na tyle, by kolejne spadki dawały możliwość zejścia niżej bez konieczności skoków, czy podciągania się. Prawdziwym komfortem i odmianą od górskiego kozicowania były jednak powbijane gdzieniegdzie słupki, a czasem pełne poręcze z kutego żelaza.

                                        Ogień odsłaniał detale oparć: prosty, przerdzewiały już metal w formie cylindrycznych pachołków bez zdobień, ale z symetrycznymi żlebieniami od ziemi do kopuły na górze. Pożarte przez korozję uchwyty na bokach gdzieniegdzie trzymały resztki łańcuchów, a gdzie indziej wspomnienia po nich. Na paru wysuniętych bardziej zakrętach trafiały się jednak pełne poręcze, dające osłonę od spadku do dziś.

                                        W mroku czas płynął inaczej, ale cała trójka potrafiła szacować takie rzeczy, choć każde z nich nabrało wprawy w inny sposób. Randal po żołniersku potrafił mierzyć kroki, miarkując nawet odległości, które jego zdaniem przebyli. Zgadywał, że w prostej linii pewnie nie przeszli nawet mili, ale z tymi kluczeniami i zakosami mogli do niej dobijać.

                                        Kai sądził, że od ich zejścia w ciemność gór nie upłynęło dłużej niż pół godziny. Nie raz znajdował się w sytuacjach, gdzie mimo chaosu i emocji wszędzie wokół, dodatkowy zmysł musiał odmierzać mu czas i przypominać, że czas uderzać. Albo umykać.

                                        Lara, która znała życie w dziczy z pierwszej ręki, szacowała podobnie. Kiedy zeszła na koniec wstążki prowadzącej na dół, nad brzeg jeziora, do którego wpadał lodowaty wodospad, wiedziała, że ponad Piecami księżyc stoi pewnie w północy. Albo lekko po.

                                        Dotarli na dół, na koniec drogi. Do niewielkiej zatoczki, gdzie skała wypuściła w mrok jeziora grzebieniastą, wyciosaną od góry groblę. Mokra, podłużna wypustka była dość szeroka, by szło nią parę osób ramię w ramię. I może tak właśnie szły, bo były tu ewidentnie.

                                        Tak można było wnieść z naniesionego na groblę błocka. Tak można by zgadywać z urwanej tu ścieżki, która zostawiała poszukiwaczy z czarnym jeziorem przed nimi i ścianą za plecami. Dedukcja sugerowałaby, że wbite w groblę wypustki – cumy – trzymały tu łodzie. Kiedyś...

                                        Albo całkiem niedawno. Za tym ostatnim, w bezsprzecznym dowodzie, przemawiały rozrzucone na wodzie, pływające albo zamokłe na brzegu chłopskie ciuchy. Koszule, sukmany, spodnie. Rozdarte czy porozcinane. Ale nie skrwawione.

                                        Nie, tu nie było już juchy. Ani trupów. Nie było nikogo. Zostały tylko mokre szmaty.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Panicz odniósł się do tego tematu
                                        • PaniczP Panicz odniósł się do tego tematu
                                        • PaniczP Niedostępny
                                          PaniczP Niedostępny
                                          Panicz
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                                          #195

                                          31 sierpnia, 591 WR

                                          Konni jechali ostrożnym kłusem. Rozciągnięci w długą kawalkadę, rozglądali się na boki i łypali to do tyłu, to do przodu, łowiąc najbliższych towarzyszy. Leśna ścieżyna wiła się nierówno, to wpuszczając przerzedzeniami nieco światła i przestrzeni do jazdy, to kurcząc do węża, którym ledwie wóz by przejechał.

                                          Znali drogę. Wiedzieli, gdzie mają jechać. Sylv, Marius i Seweryn już tam byli. Prowadzili na pewniaka. Ale po ich opowieści las nie był już taki, jak wcześniej. Najwięcej zrobiły słowa Mariusa. Kapłan nie gryzł się w język i nim zaświtało, jego historie żyły już własnym życiem, a każdy strach upasł się na strachu poprzedników, którzy przekazywali wieść dalej.

                                          Pauzy w ptasich świergotach – naturalny moment na brawa – teraz budziły niepokój. Wzmagały wzajemne spojrzenia, podnosiły w siodłach, wstrzymywały myślotok. Uszy strzygły za nieznanymi nutami, trzask gałązek zrywał ręce z uzd do kulbak i pasów.

                                          Przebieżka, która miała być dla koni przyjemnością zmieniła się w zmorę. Zwierzętom udzielił się niepokój jeźdźców. Szły niechętnie, obijając się o siebie i parskając. Ogary, które przyprowadziła drużyna z Roscoe biegły im między nogami i powarkiwały, dodając jeźdźcom nowe źródło wybojów. Psy też musiały wyniuchać coś niedobrego. Czy chwyciły niebezpieczeństwo drzemiące w lesie, czy po prostu przejęły wiszący nad grupą strach... To miała pokazać przyszłość.

                                          Varlund jechał z Sylvem na przedzie. Jechał dziarsko, bujając się w siodle jakby zajeżdżał pod oberżę pokazać się dziewczętom. Wstrzymał się od podgwizdywania, ale co i rusz przypalał gasnące tytoniowe skręty i cmokał, kopcąc. Nie bał się. Nie bał się, albo ludzie mieli widzieć, że się nie boi. Działało. Trochę. Dobry przykład trzymał kompanię w ryzach.

                                          – Tu zginął pan Claude – zaraportował Sylv, gdy zajechali na skrwawioną polanę. Goblińskie trupy były rozwleczone po trawie. Nadżarte, ale niedojedzone do końca. – Tu się rozdzieliliśmy... Oni pojechali dalej, tamtędy.

                                          Sierżant poklepał tropiciela po plecach, jakby starszak pocieszał kumpla przy kieliszku. Żołnierz znał smak porażki. Wiedział, co to śmierć. Także śmierć dowódcy. Miał gest suchy jak zimowa trawa i nic poza tym. Nie wierzył w słowa.

                                          – Panie Kroll, zdajemy się na wasze pieski. – Spojrzenie wąsacza mimo woli powędrowało na poniewierające goblińskie truchło bloodhoundy. – Dajcie im trop i ruszajmy.

                                          023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png

                                          Droga pod górę poszła prędko. Górskie wiatry i wyziewy gorących źródeł wywietrzyły trop porwanych, ale ślady Randala, Kaia i Lary były jeszcze świeże. W miarę. Dość, by Sylv z pomocą Krolla gładko poprowadził odsiecz najszybszą drogą.

                                          Znaleźli ich nieco po południu, gdy słońce weszło w największy wygrzew, a wiatr zelżał, wzmagając echo każdego dźwięku. Góry niosły stukot podkutych koni, niepewne kroki i rozmowy. Z jednej i z drugiej strony.

                                          – Tutaj! – Usłyszeli gdzieś z dołu, z kotlinki, którą kosodrzewina obrosła jak cierniowa korona.

                                          Już wcześniej usłyszeli rżenie konia, ale teraz mieli pewność.

                                          – To półelf – rzucił sucho Seweryn. – Zachowajmy jescze... Ostrożność - doradził.

                                          Marius wiedział, skąd rozwaga i chłód cyrulika, ale sam nie ważył ryzyka. Może wiedział, że tym razem Kai mówi swoim głosem, a może czuł, że jest mu coś winien. Jemu i reszcie, która przebyła noc w górach.

                                          – Ahoj! – Kapłan wynurzył się zza osłony krzewów i wpadłby do niecki w dole, gdyby nie kostropata gałąź na skraju. – Oj... Potrzebujecie pomocy... Chodźcie, trzeba ich wciągnąć na górę!

                                          – Nie trzeba – zadudnił zimno głos Randala. – Sumienie ruszyło?

                                          Paladyn zebrał się z ziemi i rzucił w głąb kotliny kijek, którym się drapał. Wyglądał na poobijanego i zmęczonego, ale nie krwawił. Był cały.

                                          Kai na pierwszy rzut oka wyglądał gorzej, ale może to przez to, że zrzucił buty i ciuchy, zostając w samych spodniach, a na jego chudym, spoconym i poranionym ciele obraz porażki rysował się mocniej.

                                          Najsłabiej miała się jednak Lara, która leżała na sienniku, z poduszkami pod głową zrolowanymi z szat towarzyszy. Już normalnie była alabastrowa, ale teraz jaśniała jak pobielana chata. Oddychała płytko, ze wzrokiem spuszczonym nisko i niezdrowo ciemnymi, siniejącymi aureolami wokół oczu.

                                          Żyła jednak. Żyła i widać duch wojowniczki jej nie opuścił, bo widząc jak Marius wyrasta u góry, podparła się na łokciach i przysiadła oparta o skałę, machając przybyszom.

                                          W kotlince rozbili obóz, korzystając z tego, że rzęsa kosodrzewiny zawisła nad schronieniem, dając osłonę od słońca i gorącego, niosącego pył i siarkowe wyziewy wiatru. Został im jeden koń, który prychał wesoło, czując, że głód dobiega końca.

                                          Rycerz i bard pomogli Larze wywlec się na ścieżkę ponad dolinką, a Sylv i ludzie Varlunda zebrali rozłożone przedmioty grupy i wyprowadzili na powierzchnię kasztankę, której zaraz wróciła werwa. Widać z nią przyroda obeszła się delikatniej niż z dwunogami.

                                          Drugi koń znalazł się też niedługo potem – spłoszony wlazł na grań na końcu jednej ze ścieżek i nie potrafił wrócić, a zmęczona grupa wypadowa nie miała siły go ściągnąć. Ze wsparciem żołnierzy ratunek przyszedł sprawnie. Trzeciego już nie znaleźli. Przepadł po tym, jak wszystkie trzy, pozostawione bez opieki, zerwały się w nocy, zbiegając w dół przełęczy.

                                          – Widać, że ciężka noc za wami, moi państwo. – Varlund podszedł do znalezionych ratowników, zdejmując czapkę i dygając lekko przed Larą. – Napijcie się, posilcie i dajcie chyżo znać, czy złapaliście ślad wieśniaków z Pogorzeli... Myśmy tą grupą, którą przysłano wam sukurs. Jestem Varlund, ci żołnierze w mojej pieczy. A to pan Kroll, prowadzi oddział z Roscoe.

                                          Masywny chłop w przetartej przeszywanicy kiwnął głową i na moment zdjął skórzany kapelusz, przydając szarej okolicy kolor swymi rudymi, ledwo co ulizanymi do tyłu strąkami.

                                          – Dajcie się obejrzeć, bo w-widzę, że ran doznaliście. – Seweryn wynurzył się spośród ciekawskich, niosąc pod pachą swój lekarski tobołek. Najsłabsza, Lara była naturalnym celem. – Musicie pić dużo, to na pewno... Ale i pokażcie, to zaraz uradzę co więcej zda się...

                                          – Maestro Seweryn niech swoje robi, a wy, państwo, rzeknijcie coście znaleźli? – Varlund przysiadł obok osadzonej na kocach trójki i dojrzał, by każdy dostał solidny bukłak. – Będzie kogo ratować jesczcze?

                                          Randal spojrzał w oczy sierżanta, wypuszczając słowa z ust jakby trzeba było wyciągać je spod imadła.
                                          – To... Trudna sprawa.

                                          023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png

                                          Płomień pochodni drgał nerwowo wśród oparów wilgoci, skracając pole widzenia do obłych plam ledwie na krok czy dwa na bok. Poza tym ciemność, szum i dudniąca woda. Szli nabrzeżem u stóp skalnego uskoku, przykurczeni, by dać opór zimnu i wodzie, które zasadzały się na ich światło.

                                          Nie doszli daleko. Kamienna grzęda schodziła w toń, nie dając żadnych nadziei na obejście jeziora. Gorzki powrót nasiąkł strachem, gdy ognie zgasły pod nagłym podmuchem. Nasiąkłe wilgocią żagwie mogły już nie zapłonąć...

                                          Dobrze, że Kai mógł odwołać się do swych sztuk, które jeszcze parę dni temu skrywał przed większością świata. Prosty czar zapalił pochodnie na nowo i delikatne tupanie naprzód odżyło. Trio poszukiwaczy, odważnych ratowników, teraz przygarbionych i przygiętych grozą, że zapadną tu w mrok, a pamięć o nich zginie, podjęło marsz.

                                          Drugi skraj skalnej, nadwodnej półki, która robiła za naturalną przystań, kończył się zaraz za wiodącymi w górę schodami. Nie było innej ścieżki. Woda była zimna. I... Zapewne głęboka.

                                          Lara odetchnęła ciężko i dla naukowej pewności wetknęła długi łom w zimną taflę. Woda była świeża, czysta, omotana wokół parą wodną z opadu. Ale pani doktor odliczała każdy ułamek sekundy do chwili, gdy będzie mogła już wyrwać dłonie poza toń. Zebrała się z kolan i szybko odeszła na wiodące wyżej stopnie. Ruszyła w górę chwiejnie, szybciej niż w jej zwyczajowym pewnym, gibkim i eleganckim marszowym kroku, dziękując sobie, że już po.

                                          Woda była głęboka. Lara nie chciała wiedzieć już jak bardzo. Czuła, że jest cała przemoczona, a opar osiadał na niej niby spojrzenia zza węgła. Niedobre, niepewne, niknące, gdy poświęcić im wzrok.

                                          Randal, Lara i Kai ruszyli z powrotem, kilkakrotnie jeszcze korzystając z mocy barda, który musiał przywracać pochodniom słabnący płomień. Jego magia nie potrafiła wyczarować ognia sama z siebie. Umiał wykrzesać go z najmniejszej iskry, jeśli było tam jeszcze coś, co mogło zapłonąć. Ale nasączone oliwą pochodnie, nawet zwinięte pod szaty, ukrywane od podmuchu wodospadu, były coraz bardziej mokre.

                                          Gdy dotarli na górę, do korytarza, skąd wyszli, płonęła już tylko jedna. Ogień pełgał coraz słabiej i modlili się, by wytrzymał do końca ścieżki. Droga była pełna wybojów, nierówności, szczerb, wyżłobień i niecek. Półelf zdecydował, że pójdzie pierwszy. Narażał się... Ale on widział najlepiej.

                                          Szli powolutku, trzymając się jedno drugiego, mokrzy od wilgoci jaskini i własnego potu.

                                          A ogień w końcu zgasł. Zgasł i nie dał się już przywrócić.

                                          Zostało im polegać na wątłym powidoku Kaia, który sam już nie wiedział, czy wiedzie ich wedle tego, co niknie mu przed oczami, czy wizji spod powiek, które zostają zamknięte.

                                          Nie wiedzieli, ile im zeszło na ślepej tułaczce przez korytarz, ale kiedy dotarli w zasięg słabego światła Luny, które wpadało przez zdjęty właz, czuli jakby minęły lata. Nie widzieli się dobrze, ale w szarych sylwetkach jaśniała im siwizna, a w twarzach odcinały się zmarszczki. Jakiż był ich szok, gdy na powierzchni dojrzeli, że choć zmarnieli na twarzach jak po głodówce, dojrzana starość była tylko omamem steranych umysłów.

                                          Zmartwiali niemal od chorej gry na zmysłach, które przez godziny wbijała w nich ciemność, nie mieli już siły by zrobić cokolwiek więcej. Randal, pchany chyba jedynie boską łaską patrona, zdołał zebrać ostatek mocy i zepchnąć właz z powrotem na swoje miejsce. Niezdolni, by wspiąć się z powrotem, ani by zleźć niżej, wszyscy troje zalegli ciałami na pokrywie. Liczyli, że choć swoim, martwym ciężarem utrudnią gatunkom podziemi wyjście na żer...

                                          023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png

                                          - Dotarliśmy tak daleko jak się dało. Ktoś porwał ich w głębiny... Przepłynęli podziemne jezioro, ale my musieliśmy zostać na brzegu. – Randal splunął na kępę trawy, zły na samo wspomnienie własnej niemocy. - Zejść tam jest cięzko, ale da się... Ale trzeba mieć jak przepłynąć. Oni mieli.

                                          – Nie trafiliśmy ich śladów, ale właz, te monety, które widzieliście... Schody i poręcze w korytarzu. – Lara wyglądała lepiej z każdą minutą, ale cienie wokół oczu pewnie miały z nią zostać na wiele dni. – To sugeruje, że za porwaniem mogą stać... Z ogromnym prawdopodobieństwem stoją szare krasnoludy. Duergarowie. To podziemna rasa. Słyszałam, że handlują niewolnikami... Ale nie wiedziałam, że bytują w tej okolicy.

                                          Varlund podczas opowieści spalił całego ćmika i teraz już żuł tylko mokrą końcówkę, ważąc myśli.

                                          – Co zatem radzicie robić dalej? - Sierżant pochylił się ku drużynie, zniżając głos. – Zrobim co trzeba, choć ludzie... Będą się bali. Z tego, co mówicie, to nie na takich jak oni to sprawunki...

                                          - Na pewno trzeba mieć tam światło. Duuuużo światła – zapewnił Kai, a towarzysze pokiwali jak w hipnozie. - I jak się przeprawić przez wodę. Najlepiej do jednego i drugiego, żeby była magia...

                                          - Magia? - zdziwił się Kroll, który dotąd przysłuchiwał się wszystkiemu w ciszy.

                                          - Ano – zgodził się z ulgą Varlund. - Nie na nasze to głowy i pewno magika trzeba... No nic. Wskażecie, gdzie ten właz, to zawali się kamieniami, by nic nie wylazło, ni wlazło...

                                          Randal i Kai spojrzeli po sobie, a paladyn fuknął, ale wstrzymał słowa.

                                          – Tyle możem zrobić teraz. Sami mówicie – rozgrzeszył się żołnierz. – Łodzie trzeba albo wystrugać, albo ściągnąć aż z Czarnorogu czy Zawoju... To i tak dwa dni najmniej zejdzie. No i do pana starosty donieść, co i jak. Niech radzi z mistrzem Weldem, on na magii się wyznaje, to jemu tu władza.

                                          Lara zebrała się z ziemi i zaczęła zbierać swoje tobołki, zarzucając je do juków wolnego konia. Ruchy ciągle miała niemrawe, jakby uczyła się wszystkiego na nowo.

                                          – Pan Varlund ma rację, choć i mi ciężko się z tym pogodzić... By się tam przeprawić, trzeba dobrego przygotowania. My zrobiliśmy, co w naszej mocy. Czas, żeby pan Salina sięgnął po więcej środków. – Lekarka oparła się o konia z przyjemnością gładząc miękką sierść na szyi zwierzaka. Takie doświadczenia jak to, które przeszli wzmagały radość z prostych rzeczy. Kusiły do zwykłego życia. Kazały zeń czerpać, póki trwa. - Zrobiliśmy swoje. Teraz dopilnujmy, by zrobiła i reszta.

                                          Drużyna i dowódcy oddziału pokiwali sobie głowami na potwierdzenie, jakby cała sytuacja wymagała jakiejś niemej kropki od każdego z rozmówców.

                                          - I jeszcze jedno, panie Varlund. – Lara musiała to dodać. - Ten gigant, to porwanie, gobliny... Coś poruszyło te góry. Wszyscy musimy się teraz mieć na baczności, bo to nie wygląda na koniec.

                                          Tak, zaszumiał kojąco głos w głowie Mariusa. To dopiero początek.

                                           

                                          KONIEC

                                           

                                          (acz ciąg dalszy nastąpi...)

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          1
                                          • PaniczP Panicz odniósł się do tego tematu
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy