Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 410 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Online
    PaniczP Online
    Panicz
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #174

    sir Randal Bronson (Mike)

    - Mądrze mówisz, ale wtedy może być już za późno dla porwanych - rzekł Randal. - Zresztą, małej grupie łatwiej ujść uwadze niż dużemu oddziałowi. Spróbujmy to otworzyć i zajrzeć, wtedy zdecydujemy co dalej.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Online
      PaniczP Online
      Panicz
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #175

      Seweryn (Rewik)

      Obawy Mariusa co do snucia podejrzeń przez Seweryna względem jego zdolności, czy też samego ich źródła, bynajmniej nie były bezpodstawne. Cyrulik wykazywał niemałe zainteresowanie magią, co to się raz wnikliwym spojrzeniem, to znów ostrożnem pytaniem objawiało. Jednakże podobna ciekawość zdradzał i wobec mocy nadanych przez bogów Randalowi, czy nawet względem elfa. Z jakiegoś powodu jednak - zdawać się mu mogło - iże to względem jego osoby zainteresowanie było wyższe i mniej... niechętne? Powód takiego stanu rzeczy był teraz nie do odgadnięcia, choć można było snuć domysłów wiele.

      Spędziwszy nieco więcej czasu w podróży tak teraz, jako i w tej co to ich do jeziora powieść dopiero miała, Marius mógł poznać się na tym, iże Seweryn bynajmniej w dziedzinie kunsty czarnoksięskiej indoctus wcale nie był, choć wiedzę swą zda się maskował, w pytania ją odziewając, miast wypowiadać tezę od razu. Nigdy jednak nie przejawiał zdolności magicznych, mimo znaku Pelora, jaki z dumą nosił na piersi.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Online
        PaniczP Online
        Panicz
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #176

        Wieczór. Róż na szczytach, fioletowe wstęgi na niebie niknące w granat, światło gasnące powoli jak świeczka nieudolnie zdmuchiwana przez pięciolatka. Świerszcze grające bis za bisem, cichnące beki owiec zapakowanych do zagrody, trzask ognia nad paleniskiem i ziemia oddająca ciepło pod tyłkiem, osadzonym na nagrzanych kamieniach.

        Wieczór w Drusdygg potrafił być przyjemny. Jeśli nie wchodzić w szczegóły. Jeśli nie myśleć, że zapadł jak niewidzialne grodzie, wiążąc wysłanych w góry kompanów gdzieś hen, z dala od ludzi. Przyciśniętych nocą do miejsca, gdzie przyszło im znaleźć schronienie. Gdziekolwiek to było.

        Jeśli w ogóle było. Czarne myśli przelatywały przez głowę Mariusa i Seweryna, gdy łączyli wspomnienia z planami na jutro. Czy kompani znaleźli porwanych było odpalaną w mózgu formułką, na którą można było wzruszyć ramionami i prychnąć w powątpiewaniu, dobrze życząc, ale pozwalała przynajmniej odgonić obawę, że może nie o porwanych trzeba się teraz martwić, ale o to, czy towarzysze zostali w ogóle w jednym kawałku.

        Nie byli właściwie w najlepszej formie. Niby zszyci i opatrzeni (choć Kai demonstracyjnie z pomocy Seweryna nie skorzystał), ale jednak słabsi. Randal trzymał się twardo, nawykły do tłumienia emocji i znoszenia niewygód z kamienną twarzą, ale boskie z nim moce czy nie, był tylko człowiekiem. Człowiekiem nie z tych stron. Nocą, w górach, na tropie zlanym krwią.

        Seweryn współczuł na ile potrafił, ale on nie pisał się na awanturnika. Dalsza wyprawa trąciła przygodową brawurą, a jego życie nie było chrustem do rzucenia na pusty ogień. Był medykiem i miał leczyć. Miał żyć, żeby pomagać. Uczyć się... I doskonalić. Ludziom na ratunek i Pelorowi na chwałę.

        Marius znał całą bandę krócej i w tej krótkiej relacji z kompanami ciągle trzymał dystans, nie schodząc nawet na Ty, mimo nacisków Kaia i przewracanych oczu. On też miał swoje powody, by nie szafować życiem lekko, wyratowany niegdyś z otchłani oceanu nie po to, żeby zdechnąć gdzieś w suchości Drusdygg.

        Obaj mężczyźni, swoista ariegarda drużyny, zdecydowali, że nazajurz skoro świt ruszą nad Cudny Staw, zerknąć na ślady po Grumwidowej jatce. A dalej... Co dalej, przyjdzie ustalić już potem, gdy do wioski przybędą posiłki. I co owe posiłki powiedzą. Kto z nimi przybędzie i czego zażąda...

        - Że co? – powiedział tylko Wincent w odpowiedzi na potok słów Utopca, który postanowił strażnikowi przedstawić od razu całe zaplecze ich tropienia i bitwy, wprowadzając od razu wątki i domniemania, które faceta aż usadziły.

        Seweryn trzymał na razie język za zębami, ale mimochodem rzucił okiem na twarz Sylva i Wincenta, gdy kapłan paplał im o goblinach bawiących się umysłem Kaia, czarnych krasnoludach, czy zjednoczeniu podziemnych plemion, by napadać wioski i składać ofiary mrocznym bogom. Obaj chyba nie dowierzali własnym uszom, ale o ile ten pierwszy mógł jeszcze mieć swoją opinię po wyprawie, o tyle ten drugi powoli układał sobie historyjkę po swojemu. I można było już się domyślać, że pójdzie ona dalej, plotką i opowieścią rosnąc aż groza spadnie na całe Czarne Wrota.

        Wyzwoliciele (zmartwiałej póki co) Pogorzeli nie mieli okazji rozsiąść się na dobre przy ogniu, bo niebawem, nim zmrok całkiem zapadł nad doliną, do wioski zjechał oddział konnych z miasteczka. Była ich jedenastka – grupę wiódł wysłany po nich Grebo, ale pieczę nad całością sprawował dziesiętnik, Varlund.

        Dowódcę kojarzyli tylko z widzenia – był chyba najemnikiem w służbie którejś z kompanii, albo ochoniarzem któregoś z zesłanych do Wrót oficjeli, ale przede wszystkim był żołnierzem. Widać to było po kroku, sposobie w jaki się nosił i jak trzymał broń – bez fanfaronady i ozdobników. Było też zresztą widać po bujnym sumiastym wąsie, który musiał być wąsem sierżanckim, bo mało kto byłby w stanie wyhodować takiego krzaka pod nosem nie dostępując przynajmniej podoficerskiego żywota. Naturalnie, bywali ludzie zupełnie cywilni, którzy zarastali gęsto, ale w tym typie gąszczu zaprogramowana była żołnierskość, buta, rozkazy, ostre picie, zmęczenie życiem i duma.

        - Jestem Varlund – ogłosił wąsacz po przyjeździe. - Dostałem tu komendę nad wydzielonym oddziałem od pana starosty. Grebo opowiedział już trochę, ale widzę, że was tu, panowie, mam... To lepiej powiecie.

        Żołdak zeskoczył z konia i dał komendę ludziom, żeby dać zwierzętom popas. Jeśli przyjazd nie miał zastać ich w bitwie, ani tarapatach, to pewnikiem mogli trochę odpocząć. Oby do rana...

        – Znaleźliście coś? I więcej was chyba tu miało być, co? Gdzie panienka? I ten pan rycerz?

        Varlund mówił bezpośrednio do Seweryna, miarkując, że on chyba tu najważniejszy i wiedzieć będzie najlepiej. Kojarzył go jako wioskowego medykusa, a tym samym osobę światlejszą niż czeladź i żołdactwo, a może i starosta szepnął mu coś o Drachenwulfie, który ostatnio tak dobrze sprawdził się na salonach.

        Dziesiętnik przywiódł ze sobą zbrojny oddział, z którego część twarzy była jeszcze nieopatrzona, ale Seweryn ucieszył się na widok Hansa, który ledwie dzień temu pomagał mu przy transporcie rannych do lazaretu. Zbrojny zapewniał, że ranni dochodzą już do siebie i przekazywał medykowi podziękowania, które przesyłali.

        Reszta była nieznana ani Mariusowi, ani cyrulikowi, acz parę postaci mocno rzucało się w oczy. Niewysoki, szczupły albinos przyciągał uwagę wszystkich. Tak, jak i towarzyszący mu wielki, kudłaty Baklun z brodą jak ketyjski imam.

        Seweryn i Marius mogli powiedzieć, co chcieli, pozbawieni dogadywań Sylva, który zmarkotniał i zmilkł. Grunt, że szybko poinformowali grupę o konkretach, co skłoniło dowódcę, by oddział zanocował, bo ani porwani, ani reszta grupy nie są nigdzie pod nosem i jazda dalej niewiele teraz pomoże.

        Wzmocnieni solidną drużyną i sprzętem, który przywieźli, opiekunowie Pogorzeli usypali dla Migdała godny kurhanik, a cielsko cuchnącego ettina obłożyli chrustem, zalali oliwą i spalili, sawiając nocną straż od znęconych smrodem drapieżników.

        Ogniska zapłonęły wśród wioski, na nowo wpuszczając weń światło i życie. Na razie.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Online
          PaniczP Online
          Panicz
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #177

          Seweryn (Rewik)

          Ostatnie muśnięcia długich różanych palców zachodzącego słońca kładły troskliwie do snu świat, a z nim sam Drusdygg. Lecz ludzie byli krnąbrni i nie kładli się spać jeszcze, ognie palili i sprawy swe załatwiali.

          Seweryn milcząco przyjął powitanie Varlund'a póki ten nie zeskoczył z konia i posławszy żołdaków do zadań, ponownie nie obrócił się i zwrócił się zarazem w jego stronę. Cyrulik zmrużył oczy, bowiem patrzył akurat w stronę zachodnią.

          — Było... jest... — poprawił się zaraz — ...nas jeszcze trójka. — W stronę zachodu, gdzie patrzył, za plecy Varlunda i w stronę gór wskazał. — Rozdzielili my się z ki...kilku powodów. — Seweryn uśmiechem odwzajemnił pozdrowienie Hansa i jął mówić dalej. — Doktor Quatermain, panicz Bronson i Kai, półelf ruszyli dalej tropem, coby go nie zgubić, póki świeży. Ja, jako żem nie do takich wypraw stworzon, powróciłem, nieboszczyka Claude pochować i waszmościów przywitać i w sprawę wtajemniczyć.

          Seweryn celowo odchodził ode ogni palonych, by wywabić wąsatego "sierżanta" od niepotrzebnych uszu.

          — Sprawa niepewna jest i tajemnicza. Wiemy na pewno iże wioskowi porwani i do gór poprowadzeni żywymi. Może mieć to sakralne causa, tutejsze miejsce kultu sprofaaanowali. Śladu walk w za zasadzie nie było. Znaczy na moje, niezwykle sprawna zasadzka i nie byle kto. Jeśli mnie spytacie nie na nasze siły, nasze czyli mojej grupy. Wiedzieć tego nie możemy na pewno, ale może tak być, że pościgu się spodziewali, że goblinom zło-złootem poświecili, by życie nam struć. I struli. Pan Claude w walce zginął, po tym jak podejść grupa zwiadowcza się dała. Odważne to, choć niemądre, ale trójka ta postanowiła dalej ruszać. Z jednej to dobrze, tropu nie stracą, z drugiej być może pościg zdradzą... Ale nie moja w tym głowa, a panicza Randala i jak przemyśliwuję Wasza, mnie jeno rannych zszywać. Czerwone z czerwonym, żółte z żółtym łączyć.

          Seweryn opisał jak najdokładniej miejsce rozstania, a Varlund kiwnął głową, lecz swoje myśli o odwadze i głupocie dla siebie pozostawił.

          — To wszystko? - upewnił się.

          — Ciekawym znaleziskiem może się z wami Sylv podzielić. Zachował trochę monet, które najpewniej z dalekich krain pochodzą, a w posiadaniu goblinów były. Jeśli jest jak myślę, pochodzenie intruzów może zdradzić. Różne pomysły co do ich pochodzenia słyszałem, nawet takie, że to od podziemnych ludów być może, ja w głowę zachodzę, czy to może Szkarłatne Bractwo w te strony dotarło. Dużo się o nich słyszy ostatnio, że rozpad mają i że po świecie w różnych miejscach się ich widuje.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Online
            PaniczP Online
            Panicz
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #178

            Marius (Brilchan)

            - Dobrze Pan cyrulik Seweryn prawi ja to żem mało nie zmarł walcząc z Ettinem co chciał tu miejscowego dzieciaka co się ukrył przed goblinami złapać i zażreć i żyje tylko dlatego, że mnie Pan Seweryn pozszywał jak mnie poczwara, o drzewo rąbną, to chciałem ubezpieczać człeka co mnie wyratował a jakbym się po górach wspinał, zanim się wygoi to by się jeszcze potwierały rany, ale teraz jakbyśmy siłą poszli to pójdę z wami w końcu za to mi płacą i magię mogę znów wymodlić - poparł czerwonowłosego.

            - Najważniejsze to Panie dowódco już wam Pan cyrulik powiedział, ale to wam powtórzę co tu już mówiłem - zacytował z pamięci to co już z siebie wyrzucił, żeby nie było, że co kłamię:

            - Wstrętne gobliny miały moc naginia umysłów dobrały się do mózgu biednego Pana Kaia i zmusiły go, żeby wprowadził nas w pułapkę, gdyby nie świętej pamięci Pan Migdał wszyscy byśmy zginęli i nikt by nie wiedział o porwaniu mieszkańców wioski, stąd się rozdzieliliśmy, bo ktoś musiał powiadomić Kompanie, co się stało a druga, część drużyny poszła tropem porwanych - Rzucił żołnierzowi jeden z rzeźbionych kłów.

            - Co dziwne te plemiona zwykle siedzą głęboko pod ziemią według Pani Profesórki Lary i innych mądrych głów ci, co ich zabiliśmy, mieli ze sobą monety co "potworniaste" czarne krasnoludy z podziemi je wykuli... Na moją głowę coś strasznego musiało się wykluć, w podziemiach co spowodowało, że podziemne straszydła, które zwykle rzucają się sobie do gardzieli, zjednoczyły się i teraz te plemienia goblinów porywają naszych ludzi z góry jako niewolników czy na ofiary dla jakiś mrocznych bogów nic to dobrego dla nas nie wróży, nie wiem, czy nie wysłać umyślnego z listem do szefostwa, żeby wiedzieli, co się dzieje?

            - Teraz jak o tym, myślę, to nie sądzę, żeby to plemię goblinów miało więcej, niż jednego takiego szamana co nagina umysły, bo to rzadki talent i one się boją zwykle takich rzeczy, może jednego miał czeladnika? Tak bym stawiał złoto przeciw orzechom, Osprem mi świadkiem ja chce tylko pomóc pójdę tam, gdzie mi nakażecie chodziło mi jeno o to, żeby informacja o tym, stadzie goblinów co ludzi porywają nie zginęła razem z nami - Szczerze chciał pomóc Kompanii i wykonać porządnie zadanie, za które mu płacą, ale nie zamierzał tego robić własnym kosztem.

            Nie przejmował się tym, że z jego słów mogą narosnąć plotki czy że Kaia mogą spotkać problemy wszystko, co mówił, było jego zdaniem prawdą.

            Jeden z przybyłych wojów zgodził się odsprzedać mu sieć za sztukę złota, w którą Marius miał nadzieje złapać tego młodego goblina psionika, o którym mówił Mistrz. Wcześniej przy jednej z chałup znalazł sieci rybackie, ale tamtymi dałoby się spętać jeno ryby i nawet naostrzona skała mogłaby je przerwać, za to nowe kupione zwoje nadawały się do pętania zwierząt i człekokształtnych.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Online
              PaniczP Online
              Panicz
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #179

              Marius i Seweryn

              fabc2c56-bcef-4dd2-9662-a432d54b7564-image.png dd201427-11a1-4bde-8c59-d732c5c624b6-image.png

              Przybycie odsieczy – mile widzianej, acz nieco, wobec odrębnych planów Seweryna i Mariusa, problematycznej – wlało w wieczór gwar i ludzkie ciepło. Pogorzel była stęskniona takiej atmosfery. Wraz z ludźmi wyrwano z niej duszę i sens istnienia, ale krzątanina gości potrafiła wlać pozory przytulności nawet w jałową pustkę. A tu – no przecież – aż tak ponuro nie było.

              I może tliła się jeszcze jakaś nadzieja?

              Varlund nie dał po sobie poznać, czy jest człowiekiem nadziei, czy tym od a nie mówiłem, zanim cokolwiek gruchnie, ale raportu obu wysłanników Kompanii wysłuchał z uwagą. Głową kiwał, wąsa podkręcał i słuchał. Potem zaś pytał.

              Pytał ile to czy tamto stąd było, pytał gdzie dokładnie, bo ciekaw był znaków w przestrzeni, pytał o liczby – goblinów, zbiegów, śladów, godzin na szlaku i staj od wioski. Pytał dokładnie, a Seweryn i Marius nie mieli wyjścia jak równie dokladnie odpowiadać. Kiedy czegoś przywołać nie potrafili, może mniej obeznani w gatunkach drzew czy nazwach strumieni, polan i wzgórz, po których okolicę można śledzić, w sukurs przychodził Sylv. Młody tropiciel miał łeb na karku, a choć nie rwał się pierwszy do gadania, to umiał przywołać obrazy do najmniejszego detalu.

              - Z temi goblinami to dziwnie rzeczecie, panie – Dziesiętnik zmrużył oczy przy spojrzeniu na Mariusa. - Znaczy twierdzicie, że to gobliny porwały tę tu wioskę? Całą?

              Kapłan skrzyżował spojrzenie jasnych oczu z kocim wzrokiem sierżanta i przytaknął.

              - Dawno tu problemów takich z łachudrami już nie było... Czasem to-to wyłaziło, ale rzadko do wiosek. – Varlund dał znak, by przysiedli obok mniejszego ogniska, gdzie byli sami. - Ja też nie z Drusdygg rodzony, ale już trochę tu siedzę, ale tegośmy dawno nie mieli... To już chyba bliżej wieku niż mniej będzie jak czarodzieje wytępili wszystko w tych górach. Wypalali wtedy, zabijali. Zawzięli się. Wiecie, za ten klasztor.

              - Coś słyszałem – potwierdził Utopiec dla podtrzymania rozmowy. - Ale powiecie coś więcej, panie?

              Seweryn nadstawił ucha, bo wiedział, że w Dolinie był opuszczony klasztor Braci Księgi, jednego z zakonów Delleba – boga-skryby, który patronował uczonym i pisarzom. Dotąd nie miał okazji podpytać, co zaszło, ani odkąd monastyr stoi pusty, ale czas wreszcie przyszedł.

              - A, to było chyba kole pięćset pięćdziesiątego czy czterdziestego... No ja nie pamiętam sam tego, przecie, ale jakoś tak. – Zadumał się Varlund, postukując w menażkę. - Wtedy więcej było tego obesraństwa – tych goblinów, orków, gnomów... I inszego tam jesczcze dziadostwa w tych górach.

              - Gnomów? – zaciekawił się Marius.

              - Czy gnolów, nie wiem – te takie hienowate, wilkołaki takie. Więcej się ich w górach lęgło i ponoć zdarzało się czasem im rwać do wiosek, ale też nic nie zapowiadało tego, co potem... – Sierżant pokiwał sobie na potwierdzenie i – zasłużywszy – nabrał zupy z gara do menażki. - No też bierzcie, gorąca, dobra grochówa. Macie michy czy nie?

              - Mamy – zapewnił Seweryn, miarkując, że michy się znajdą, a zupy wystarczy, ale jak Varlund straci wątek, to może i historia uleci. - I co te orki i gnolle zrobiły?

              - Ano, więcej ich było, grozę siały, ale niby ludzie myśleli – zagrozić to najwięcej co wiosce biednej. A tu patrzaj, niby podchody robiły, ktoś tam zginął, słyszałem, ale jak z gór spadły... – Żołnierz zrobił pauzę, by zagryźć pajdą chleba. - To od razu na ten klasztor spadły. Nikt by wtedy nie pomyślał, że zdobyć go mogą, bo tam mury, kamień... To nie była taka wioseczka, że ogień zaprószyć i koniec. A jednak spadli i klasztor wzięli. Ludzi wyrżnęli, złoto złupili. I stoi teraz, pusty.

              - I jak im się tak udało? Coś więcej wiadomo? – ciągnął medyk. - Co potem było?

              - No ktoś ich tam nasłać musiał. Coś mi się kołacze, ale to może Angrama spytajcie, on lepiej historię znać będzie – pono jaka zła siła czy inny czarownik ich tam zebrał do tego. Czegoś tam szukali i chyba dostali. – Varlund siorbał zupę odświeżając szczegóły w pamięci. - Musiała być duża sprawa, bo potem w góry cała wyprawa ruszyła tych tam kapłanów i czarodziejów. Palili wtedy wszystko żywym ogniem, a nie oszczędzali nic pono. Zdaje się, w paru miejscach, ot z południa tam choćby, za Zawojem, to całe zbocza lasów popalili, żeby nikogo nie oszczędzić.

              - A to co tam z klasztoru skradziono... – Seweryn schwycił ciekawą żyłkę. - Odnaleźli? Zwrócono?

              • A panie, a co mi tam wiedzieć o tych ich sprawach tak dokładnie – żachnął się wojak. - Klasztor pusty stoi, nie wrócili. To i pewnie nie było po co wracać. Wioska co tam w dole była, Opacionka, została. Kiedyś służebna była dla klasztoru, a teraz na swój rachunek żyją. Tyle dobrego z tego, co dla tych chłopów... Im zelżało chociaż.

              - Zawsze tak falą płynie – rzucił enigmatycznie Marius, zalewając skołowaną menażkę zupą.

              * * *

              Ranek w Drusdygg nieodmiennie malował okolicę w superlatywach. Zła nie było, świat jest piękny, drogo prowadź!

              Ptaki grały, oranż nad górami ciągnął kąciki ust w górę nawet u zakapiorów, a rześki, ale nie za rześki chłodek dawał oddychać.

              Marius i Seweryn chcieli ruszyć nad jeziorko za śladami jatki, ale dozorująca na straży dwójka nie zgodziła się ich puścić. Obaj poranni spacerowicze próbowali siłować się na argumenty i tłumaczyć, że przed dalszą drogą chcą sprawdzić wątek, który dla sprawy może być istotny, ale warta była nieugięta.

              - Pan Varlund kazał nie puszczać... – Zaspany dryblas zmitygował się po chwili. - Nikogo kazał nie puszczać.

              Oho, a zatem mieli przykazane mieć baczenie na ludzi Kompanii.

              - Wcześnie jeszcze, pośpijcie sobie panowie – zachęcił drugi, jeszcze ze śladami zacięć po porannym, może nieco rauszowym, goleniu. - Później pogadacie, ustalicie, da się na pewno.

              - To pana Varlunda trzeba teraz budzić, żeby wam rozkaz dał? – Uniósł się teatralnie Seweryn. - Na drodze stajecie, bezmyślnie, więc jak inaczej nie lza, to sierżanta budźcie.

              Tu widać, blefując, ale przecież nieodległy w rozumieniu porządku świata wojskowego, Seweryn poruszył właściwą nutę. Obaj strażnicy schmurnieli i stawiali się jeszcze, ale w końcu zgodzili się, że obu raniuszków puszczą, ale nie bez obstawy. Postawili na nogi kolejną zmianę warty, a sami podążyli z cyrulikiem i kapłanem, służąc ochroną, ale i dozorem.

              Droga nie była długa, ani specjalnie kłopotliwa, bo gdy tylko las się przerzedził, jeziorko w dole było dobrze widocze, pobłyskując w poranku. Śladów krwi, ani jatki nie szło teraz łatwo uświadczyć, ale Seweryn pamiętał, gdzie doszedł ich ostatnio i krok po kroku podążył założonym tropem.

              W pobliżu samej wody, gdy krzewy się zagęściły, ślad odżył po długiej ciszy. Tu, na gałęzich tarniny znalazły się fragmenty rozerwanej koszuli i krew... Uciekającego lub pogoni. Albo może kogoś jeszcze, bo układ jatki w Grumwidowym obozie nie dawał pewności, kto był kim i czy aby nie każdy był tu każdym jednocześnie. Ofiarą i oprawcą, mianowicie.

              Ostrożnie dojście nad wodę odsłoniło ciało – martwość potwierdzała ostateczny status ofiary, ale co było wcześniej skryła śmierć. Młody Baklun leżał na piasku w samych bryczesach, pokrwawiony, pocięty i ponadgryzany. Resztka koszuli wisiała gdzieś obok na tatarakach, a ślady po drodze sugerowały, że nie dotarł tu sam. Były ślady ludzkie, ale było też sporo zwierzęcych.

              Teraz Baklun też nie był sam. Nad jego ciałem, wgryzając się w ponadjadane już ciało, powarkiwał czy poszczekiwał duży wilkowaty stwór. Pysk miał umorusany juchą, popielaty, sylwetkę masywną, trochę wilczą, ale trochę jakby kocią. Psowate uszy stały na baczność i nasłuchiwały, a czarne węgielki oczu rejestrowały każdy ruch czwórki przybyszów.

              - Takiej dużej jeszcze nie widziałem – szepnął Jul, dobywając bastarda. - Trza uważać, bo hieny rzadko tam same bywają.

              - Ja bym zostawił – wzruszył ramionami Gurb, który wcześniej był stroną ogoloną i ugodową, a takie widać miał podejście i poza obozem. - Jemu już nie pomożemy, a zwierz duży. Jak tam sobie panowie chcecie, ja łuk mam, o, ale ja myślę, że jak nie trzeba, to nie trzeba.

              Żołnierze niewątpliwie nie palili się do starcia z nietypową hieną, a tym bardziej już z daleka od obozu, ale też chować się nie zamierzali. Niechętni, szykując broń, czekali na decyzję Kompanii.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Online
                PaniczP Online
                Panicz
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                #180

                Marius (Brilchan)

                Rozmowa z Varlundem

                Marius słuchał uważnie, popijając grochówkę - No Panie Varlund ja właśnie sądzę, że to właśnie jakieś czarownik czy podziemny czarnoskóry krasnal, czy inne diabelstwo wypędziło te gobliny na górę i im zapłaciło albo zastraszyło coby porywali ludzi, z okolicznych wiosek w jakimś celu, choć dowodów na to nie mam tak jak mawiacie zwykle gobliny i inne tego typu siedzą głęboko pod ziemią i zajmują się swoimi sprawami, jeżeli coś mądrzejszego i silniejszego ich nie zmusi albo nie zachęci - dorzucił od siebie.
                Rozśmieszyło go, że żołdak pomylił gnomy z gnollami, ale nie każdy miał szczęście dorastać w mieście portowym gdzie się różne nacje i rasy mieszały dzięki potędze morza, które pozwalało na podróże i handel.

                - Panie Seweryn ja nie jestem tak uczony, jak Waćpan albo Doktórka Quatermain, ale te ruiny klasztory brzmią ciekawe... Może zahaczymy tam kiedyś? Może znajdziemy tam jakiś ciekawe książki? Nawet jeżeli nie znajdziemy nic, co nas nie zainteresuje to może coś, za co kapłani Delleba nam zapłacili ? Warto takie miejsca od czasu do czasu sprawdzać, żeby monstra się nie lęgły w ruinach! Kto wie, czy tam się to stado co ludzi porywa nie zamieszkało? - Rozmyślał na głos, chcąc zachęcić towarzysza do sprawdzenia ciekawego tropu.

                Jezioro, trupy i dziwny zwierz

                Mariusa nie wiele obchodziło śledzenie jakichś rzeczy czy kłótni zaćpanych łowców, chciał po prostu skorzystać z okazji, żeby zanurzyć się w większym ciele wody, choć nie było to morze jego ukochanej Osprem, za którym tęsknił... Widok zbezczeszczonych ciał i zwierzęcia zmienił jego zdanie.

                - Normalnie nie lubię podejmować niepotrzebnego ryzyka, ale jeżeli ten zwierz zasmakuję w ludzkim mięsie, to zacznie atakować dzieci w wioskach albo podróżnych na szlaku. A trupy trzeba chować, bo inaczej może się rozsiać zaraza. Nie wspominając o tym, że Pelor, Osprem i większość dobrych bóstw jest za tym, aby chować zmarłych głównie z powodów zarazy. - Po tonie głosu dało się znać, że też nie palił się do walki, od której można zranić się bądź umrzeć, ale i tak próbował przekonać resztę do walki.

                - Mój pomysł jest taki rzucić na bestyjkę sieć i potem jak się zaplączę wykończyć magią i łukiem ewentualnie ciosami z doskoku, żeby na nas nie skoczyło - Zaproponował taktykę spokojnym głosem.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Online
                  PaniczP Online
                  Panicz
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #181

                  Seweryn (Rewik)

                  — Strzały, którymi za-zabito psy w Pogorzeli, były zatrute, ale dobrej roboty, raczej nie przez gobliny robione. Inne niż te goblińskie, co potem nieodżałowanego Migdała tutej zwanym zabiły. Ten kordelas... — Seweryn poklepał wiszącą zdobycz u pasa — ...wprawdzie też niezgorszej roboty, a i monety obce w cywilizacyji wytworzone... Jeżeli gobliny, to nie same. Do pomocy raczej wzięte. Nie same one, nie same Pogorzel spustoszyły.


                  — To co w klasztorze ukryte, ciekawość moją budzi maestro Mariusie, lecz myśli mo-moje wciąż wracają do lecznicy, którom musiał opuścić i pacjentów moich. Może gdyby doktor Quatermain w swej wspaniałości zgodziła się przez dni parę zastąpić moją skromną osobę lub, gdybym choć uczennicę moją niedoszłą Nowalijkę zdążył wdrożyć, tedy droga do onego klasztoru niechybnie bliższą mi się zda.


                  — Ogniem przepędzić by się może zdało. Czy faktycznie więcej ich tu nie ma? Może na drzewa wejdźmy i z wysoka przepędźmy. Ciało może mieć przy sobie coś dla sprawy istotnego, ale waszym zdrowiem ryzykować nie chcę. Rychło nie działajmy.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Online
                    PaniczP Online
                    Panicz
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                    #182

                    Lara, Kai i Randal

                    34 - yOBjA7e.png text alternatywny text alternatywny

                    Księżycowy lampion wisiał już wysoko nad Drusdygg, przyświecając nocnym aktywnościom istot, które zmrok zapadł w górach. Jedne były tu u siebie, ciemność czy nie. Inne szukały schronienia i kupiły się razem, by doczekać świtu, a jeszcze inne, właśnie nocą wychodziły na żer.

                    Byli też i tacy, których noc w górach zastała mimo woli i mimo szczerych chęci, by być daleko stąd. W swoim szaleństwie zaś – a może słusznej determinacji, bo pojęcia gubiły się po zmroku – miast umykać, wciskały się głębiej w ciemność.

                    Lara i Randal ważyli swoje racje, wykładając ich słuszność na światło Luny, ale debatować nie było czasu. Kai, trzeci, nieparzysty tryb Losu, przynosił rozstrzygnięcie.

                    - Zejdźmy i zerknijmy chociaż – zdecydował bard. - Randal słusznie prawi.

                    Medyczka westchnęła ledwo zauważalnie i poprawiła nienagannie umocowany okular, jakby ułożenie spraw nie po jej myśli fizycznie naruszyło porządek jej osoby. Tyle poświęcając tylko na komentarz, rozwinęła zaraz ciężki, tachany dotąd na plecach tobół z narzędziami.

                    - Czyń honory, rycerzu – zachęciła Randala, wskazując na łom.

                    - Zawsze zdumiewało mnie, jak wiele niezwykłych rzeczy można znaleźć w torebce damy – Bronson uśmiechnął się chwytając narzędzie. - Ale widać teraz dopiero, że ta przezorność jest wielce słuszna.

                    Paladyn wcisnął łom w otwór włazu, próbując podciągnąć go do góry. Pierwsza próba rwania na nic, ciężar metalu ani drgnął. Lara nie umiała odczytać run na pokrywie, ale powtarzalność pewnych symboli sugerowała, że może być to wejście do jakiejś klanowej czy rodowej siedziby.

                    Tym samym wejść łatwo nie było. Randal wytężył się znów, ale poszło niewiele lepiej.

                    - No nic – sapnął. - Bokiem stanę...

                    Rycerz złożył na bok przeskadzający osprzęt i zacisnął łapska w rękawicach na wygiętym metalu, pchając i pchając. Zgiął się jak przy przysiadzie i zrobił cały czerwony, ale ciężar włazu powoli uniósł się w górę. Rycerz napierał, a ciężko było go wesprzeć przy krótkim łomie, ale Lara działała prędko.

                    Kiedy tylko szpara zrobiła się dość duża, by ją przyblokować, szybko wcisnęła w lukę młotek. Paladyn długo by nie wytrzymał, ale ten moment starczył, by kompani wpakowali obok młotka coś jeszcze, co utrzymało właz uchylonym. Ciepły opar zaczął unosić się na powierzchnię.

                    - Uff... – Randal podciągnął rękawice. - To teraz skombinujmy jakąś dźwignię, żeby nie spadło nam na łapy i spróbujmy odtachać na boczek.

                    Drużyna, w duchu drużynowego zjednoczenia, które budowało się najmocniej przy fizycznych aktywnościach z tachaniem, targaniem i przeciąganiem, rosła w siłę. I ramię przy ramieniu, sapiąc i dysząc, znajdowała razem siły, o które by się nie posądzała.

                    - Olidammaro spraw, żeby to już było szczytem – Kai ceremonialnie strząsnął pył z ciuchów, podnosząc się po upadku, gdy członki odmówiły posłuszeństwa z wysiłku. - Co więcej?

                    Lara i Randal wstali, zdyszani i z krwią pulsującą mocno, ale zadowoleni. Właz był obok, zsunięty z wejścia, pokonany. Wiedzieli, że jeśli ktoś był tam niżej, to musiał ich słyszeć. Nie jęczeli, ani nie krzyczeli, by dodać sobie animuszu, ale ciężki zgrzyt metalu o kamień był nie do uniknięcia.

                    Zresztą, co czynić? Teraz i tak musieli oświecić sobie drogę naprzód pochodnią. Półelf zerknął w głąb jako pierwszy, na razie nie zaprószając dodatkowego ognia, ale do zobaczenia było niewiele. Wbite w litą skałę metalowe drabinki wiodące może z dziesięć stóp niżej, wydłubany w granicie prosty chodnik i coś pomiędzy komnatą a naturalną grotą, ciągnącą się kawałek do zakrętu w prawo. Na ziemi widać było ślady krwi, ale niewiele ponad to. Przestrzeń była pusta, bez ozdobników czy choćby użytkowych stempli lub kolumn.

                    - Wiedzieliśmy, że będzie trzeba zejść. – Randal wzruszył ramionami. - Idę zatem.

                    Paladyn zszedł po drabince, przyglądając się górniczemu korytarzykowi i prostej sali wyrytej w naturalnej grocie. Na ziemi były krople krwi, ale dalej przy zakręcie, obok stalagmitów, które ktoś skruszył niedawno, juchy było więcej. Rycerz nasłuchiwał chwilę, ale jedyne, co wyłapał to dudnienie wody gdzieś w oddali.

                    Ruszył naprzód, już nie sam, w asyście kompanów z bronią i nadzieją, że ta broń nie będzie w rychłym użyciu. Za załomem korytarza krwi było sporo, ale ciała brak. Jaskinia była tu naturalnym tunelem ciągnącym się wyboistą ścieżką poza zasięg pochodni i elfiego wzroku. Podłoże było nierówne, acz wychodzone butami, ale już ściany i sufit prezentowały cały górski chaos natury w bogactwie skalnych form. Korytarz co jakiś czas miewał wnęki to z lewej, a to z prawej, poszerzał się albo zawężał, czy to na boki, czy zawyżając strop. Albo obniżając – tak, że w pewnym momencie Randal musiał pochylić głowę i nieco skulić się w sobie, wystawiając pochodnię przed zawężenie, by poświecić sobie pod nogami.

                    Uderzenia spadły na niego jedno po drugim, prawie jednocześnie, między jednym zabiciem serca a drugim. Coś potężnie pacnęło go w pierś – pacnęło było dobrym określeniem, bo cios był miękki, jakby na odlew, niby to macką, ale bez lekkości psoty. To było mokre rąbnięcie, po którym Randal aż skulił się w sobie, wytrącony z równowagi, wyzbyty z oddechu, jakby ktoś przetrącił mu zmysły.

                    Ból zapulsował od razu, ale pieczenie w piersi odczuł dopiero po chwili. Kolczuga i skórzane wypełnienie pod nią przyjęły większość impetu, a bez nich pacnięcie pewnie przebiłoby klatkę piersiową rycerza, a przynajmniej zgruchotało mu kości.

                    Randal odruchowo zanurkował w bok, rzucając pochodnię na ziemię i osłaniając się tarczą. Nie miał wiele przestrzeni do ruchu i musiał albo cofnąć się, albo wypaść dalej, by dopuścić kompanów do siebie. Miejsce na zasadzkę było nieprzypadkowe. Pochodnia nie oświetlała stropu za przewężeniem, ale rycerz złowił zarys przygarbionej, ludzkiej sylwetki z pokracznymi, długimi łapskami, gibiącej się w stałym ruchu na skraju światła, nim nie objął jej mrok.


                    Randal trafiony za 4. Porządek inicjatywy:

                    Randal 18
                    Kai 15
                    Ktoś 14
                    Lara 12

                    Randal jest krok czy dwa za przewężeniem, gdzie stanie tylko jedna osoba – w miejscu gdzie jest na sztywno mogą stać dwie obok siebie. Przed przewężeniem podobnie. Im dalej (naprzód czy w tył), tym bardziej korytarz rozszerza się (na max 3 osoby obok siebie). Stworzenia dokładnie nie widzicie (musicie przejść przez przewężenie [tzn. Randal nie musi]), ale (słabo) słyszycie.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Online
                      PaniczP Online
                      Panicz
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #183

                      Randal (Mike)

                      Zaciskając zęby paladyn osłonił się tarcza i ruszył naprzód, świadom, że kompanie niewiele mu pomogą, gdy będą stłoczeni za jego plecami.

                      Nie planował ruszać w pościg za wrogiem. I być może wpaść w kolejna zasadzkę.
                      Chciał tylko wydostać się z przewężenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Online
                        PaniczP Online
                        Panicz
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #184

                        Marius (Brilchan)

                        - Nie sądzę, żeby bestia dała nam dużo czasu na przygotowania, ale kto chcę, niech się wspina na drzewa, ja zostanę tu i spróbuje je związać walką też nie zamierzam ryzykować życia, innych, ale nie będę bawił się w odstraszanie ogniem, bo ani nie wygląda to coś naturalnie ani ze mnie czciciel Starej Wiary - odpowiedział na Dictum Seweryna.

                        Wiedział, że niepotrzebnie ryzykuje, ale aż go świerzbiło, żeby wypróbować nowe dary od Mistrza, z którymi się dzisiaj obudził! Mistrz dał mu kolejny okruch swej wielkiej potęgi jego istota wykraczała poza ludzkie zrozumienie a pamięć sięgała zapomnianych eonów, gdyby chciał mógłby z łatwością wypalić mózg Mariusa...

                        Najwyraźniej był jednak zadowolony, gdyż dziś rano Utopiec obudził się z nowym zaklęciem w głowie a jego promień stał się silniejszy nie było przy tym żadnych mów pochwalnych Mistrz był ponad takie ludzkie drobnostki.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Online
                          PaniczP Online
                          Panicz
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                          #185

                          Marius i Seweryn

                          text alternatywnytext alternatywny

                          Sycząca nad zwłokami hiena, przydybana nad śniadaniem, była w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Trochę już zdążyła Bakluna ponadgryzać, brudząc popielate futro juchą, ale nie zdążyła jeszcze ukoić napędzonego krwią głodu. A dwunogi przyszły, w przewadze, ze swoimi kłujami i łupaczami, strasząc i sadząc się na zdobycz, przy której nie byli pierwsi.

                          Ten blady, który zdawał się dziwny od początku, od którego śmierdziało czymś mokrym i starym, sadził się najbardziej. Musiał być wygłodniały, ale mógłby zaczekać na swoją kolej. Trup nie był duży, ale choćby z samych kości starczyłoby soczku dla każdego...

                          Ale blady nie chciał się dzielić. Wystąpił przed swoich i zamruczał coś strasznie aż powietrze zadrżało, a podmuch położył tataraki przy brzegu.

                          Hiena najeżyła się i naprężyła, warcząc, ale drogę w głąb lądu miała odciętą. Szarość zionęła ku niej zimnym podmuchem, ale nim magia zmaterializowała się w uderzenie, sprowokowany zwierz ruszył naprzód. Czar zelektryzował powietrze i palnął mokrym chłodem po trzcinach, przyspieszając tylko bieg bestii.

                          Zwierz skoczył przez piach, susem którego nikt się po tak masywnej sylwetce nie spodziewał. Strażnicy próbowali strzelać, ale ludojad był szybki. Seweryn był dla Utopca ostatnią deską ratunku...

                          Kruszynka szczęknęła mechanicznie. Bełt poszedł z ukosa, ściął przez kosmate futro stwora. I przeszedł dalej, nie upijając nic z hienowego życia. Bestia skoczyła na Mariusa i nie było siły, żeby magik ustał. Sam impet starczyłby do powalenia i przy zwierzu o połowę lżejszym, a te mięśnie i pęd złożyły Utopca jak dywanik.

                          Zęby stworzone do miażdżenia kości rozprułyby skórznię niczym szmacianą zabawkę i jedyne co kapłan zdążył zrobić, to osłonić twarz i szyję rękoma, dając bestii zasłonę z gryzaków.

                          Potwór jednak z okazji nie skorzystał. Odbił się od przewróconego Mariusa i sypiąc piachem spod łapsk przy zakłóconej wykrętce, skoczył dalej, byle dalej od dwunogów, zostawiając ich w kurzawie i waląc w zarośla.

                          - Norebo z tobą, bratku! – Zaśmiał się nerwowo Jul. - Zagraj dziś w kości, póki masz falę!

                          Marius podniósł się szybko, teatralnie wypuszczając powietrze. Fart miał, to prawda.

                          Albo to Ty czuwasz, mój Panie, pomyślał.

                          - Dużo śladów od noża, ale są i te gryzienia, co u Grumwida. – Seweryn gruszek w popiele nie zasypiał i już był na analizach przy truposzu. - Zabity nie przez zwierza, to wszystko potem.

                          - To jakiś druh, waszmości? – zagadnął Gurb, zbliżając się z lewej.

                          - Nie-ee – zaprzeczył medyk. - Ale chodźcie wszy-scy, zobaczcie, czy aby wy go nie kojarzycie. Czy on nie z Wrót, mo-oże.

                          Identyfikacja po zmasakrowanej, napęczniałej twarzy nie byłaby łatwa, jeśli w ogóle możliwa. Ale też i nie była potrzebna. We Wrotach rezydowało ledwie paru Baklunów i to nie był żaden z tych. Tamci byli wszyscy starsi i potężniejszej budowy, a temu było może z dwadzieścia wiosen, kiedy zabrakło mu piasku w klepsydrze. Nie, truposz był dla wszystkich enigmą, choć zdawał się pasować do Grumwidowej opowieści.

                          - Pan... Panowie go chcecie brać? – zapytał niepewnie Gurb. - Może pchnąć go tam dalej do wody i ruszyć, bo hieny się jeszcze zlezą i szczęście się skończy.

                          - Ano – potwierdził Jul. - Jak nas ominęła jatka, to może trzymajmy się tego.

                          Kai, Lara i Randal

                          34 - yOBjA7e.png text alternatywny text alternatywny

                          Ciosy, choćby mieliły i młóciły, Randalowi były nie pierwszyzną. Stać się częścią Zakonu Karzącej Ręki oznaczało stać jak mur. Potrafić wystać i ustać największe cięgi i nie złamać szyku, gdy kroczy się z braćmi ramię przy ramieniu, albo osłania słabszych czy rannych.

                          Bronson wytrzymał uderzenie, nie zluzował gardy i pod osłoną, sprawnie, przeszedł w bok, wychodząc w szerszy skrawek korytarza. Połyskliwa w świetle pochodni, lepka i podłużna sylwetka zwinęła się pod strop, uciekając poza zasięg broni, ale rycerz widział ją w półmroku, rozciągniętą między ścianą a osłoną stalaktytów.

                          Paladyn czuł już niemal pod dłonią ucisk drewna oszczepu, którym mógłby dosięgnąć żylastego oślizglaka, ale wolał nie ryzykować odsłonięcia się. Wiedział już, że stwór – cokolwiek to było – rusza się diabelnie szybko. Mógł spróbować wyczekać, gdy znów zaatakuje i odpowiedzieć kontrą – jeśli uda się złowić cios na tarczę i przejąć impet, to lekkie spowolnienie może starczyć, by ciąć napastnika po łapie.

                          Kai i Lara tupali w zamieszaniu, próbując zająć dogodną pozycję, by dojrzeć wroga, ale nie odsłonić się na atak. Atak zaś nadejść mógł z każdej strony...

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Online
                            PaniczP Online
                            Panicz
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #186

                            Marius (Brilchan)

                            Marius był wstrząśnięty, ale spróbował zakryć strach młodzieńczą butą

                            - Nie będziemy zatruwać stojącej wody nadgniłym trupem! Gdyby to było morze to rekiny i inne stworzenia dałby sobie radę, ale skoro jesteśmy na lądzie, trzeba go zakopać w ziemi zakryć kamieniami i omodlić! Był to jednak człek czy jakbyście wy zmarli to chcielibyście, aby wasz zwłok był poniewierany? - Powiedział niedoszły kapłan i chwycił śmierdzącego trupa, aby zanieść go w kierunku wioski.

                            - Panie Seweryn czy coś jeszcze tutaj chcieliście obaczyć? Ja chciałem zanurzyć się w wodzie, może świeżych ryb dla nas złowić? Cóż, święte obowiązki wobec zmarłych mają pierwszeństwo!

                            - Będzie trzeba pożyczyć od kogoś łopatę... Przynajmniej przerobione ryty pogrzebowe przećwiczył na biednej dziewczynce z zupy.

                            Starał się nadrabiać dobrą miną i głośnym zdecydowanym tonem, lecz był poruszony. W myślach zmówił modlitwę dziękczynną do Osprem i Mistrza, że sam zwłokami nie został.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Online
                              PaniczP Online
                              Panicz
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #187

                              Seweryn (Rewik)

                              Trup Bakluna leżał w połowie na ziemi suchej, w połowie w błocku, co to na granicy jeziorka radośnie powstało.

                              — D...d...rugi to już raz Waszmość otarł się o kosę. — Głos Seweryna był przytłumiony, powiem zakrywał nos tkaniną swego ubrania — Osprem doprawdy ma Maestro w opiece. Czy po upa... upadku, czujecie jakiś ból w żebrach? W miejscu poprzedniego uderzenia? — zapytał sprawdzając czy bryczesy Bakluna mają kieszenie, czy jakie poukrywane znaleziska, a kiedy Utopiec zapewnił, że wszystko w porządku, przytaknął — Dziękujcie swej bogini, dziękujcie.

                              Zapytany o dalsze plany, wskazał coś na prawo od niego.
                              — Jul, sprawdźcie koszulę, o tam, tutaj, na tych pałkach. — Przeszedł na drugą stronę hienowej przekąski, człapiąc butami w błocie. Tunika jego była już naprawdę brudna, zwłaszcza do kolan, ale to od trudów także dni poprzednich. Zdobił ją też sczerniały szkarłat na skrwawionym wcześniej ramieniu. — Szukamy monet, takich takich jak wcześniej byliśmy znaleźli. Ale może i co innego znajdziemy.

                              — Skoro ten tu to Baklun, to... — cyrulik rozciął materiał, bo zdało mu się, że znalazł ukrytą kieszeń — ...to on wraz ze szczurzym skałodrzew mieli. W faktorii mogą wiedzieć co za jeden. Może ma jakieś pamiątki, rodzinne albo co tylko dla niego typowego. Rozejrzyjcie się po okolicy, zwłaszcza przy tej ko..koszuli. W wodzie też tam, a może i dalej - ktoś mógł coś do jeziora wrzucić. — Mówiąc to samemu także zamiar taki miał.

                              ***

                              Jednak nim do spełniania zamiarów tych przystąpił, zbadał zawartość sakiewki, którą był znalazł w wewnętrznej kieszeni. Prócz drobnicy, nie było tam nic więcej. Żadnej tajemniczej monety, ani godnych odnotowania bogactw. Dłonie nieboszczka obejrzał też. Był tam srebrny sygnet, przy czym "był" było jego cechą szczególną. Znalazł się prędko i skrycie w Sewerynowej tunice. I do gęby był nasz cyrulik zajrzał. Pogmerał też w kieszeni swojej, złotego zęba dopasował, głową pokiwał, lecz raczej z niezadowoleniem, pomimo to iż ten pasował.

                              Wreszcie z kucek powstał i samemu do wody się skierował, dłonie obmywszy, przeszedł w miejsce gdzie owa koszula w tatarakach miejsce rozpoczętych poszukiwań znaczyła.

                              — Widać coś tam jeszcze?

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Online
                                PaniczP Online
                                Panicz
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                                #188

                                Kai, Lara i Randal

                                34 - yOBjA7e.png text alternatywny text alternatywny

                                Czarny, pofałdowany korytarz wzrósł ratownikom na drodze pierwszym poważnym wybojem. Zasadzką oślizgłego grotołaza. Obrzydliwiec zdzielił Randala pokracznym łapskiem, jakby chciał wyrwać mu serce z piersi, ale metal kolczugi osłonił rycerza.

                                Paladyn jęknął i aż zgięło go do półprzysiadu, ale zmysły miał wytężone i czekał na kolejny atak, by sięgnąć przeciwnika i odpłacić mu bez zmiłowania.

                                Kai zsunął się bliżej zimnej, wilgotnej ściany, dając kompanom przestrzeń ruchu i unikając pierwszoliniowej brawury. Zamiast tego zanucił coś pod nosem, a ciche, uformowane w czar słowa wezbrały zaraz w piekącą kpinę.

                                - Szoruj ścianę ślepy szczurze! - Słowa nie były głośne, ale przez powietrze przeszły ze zgrzytem, który przyprawiał o gęsią skórkę. - Won do skorupy ślimaczy wymiocie!

                                Nicowane magią obelgi kłuły w uszy, choć na pajęczą pokrakę spadły bez efektu. Może pełzak potrafił wyślizgnąć się spod każdego ciężaru, może podziemia uczyniły go odpornym na proste czary, a może po prostu nie miał rozwiniętego mózgu, na który można by wpłynąć.

                                To ostatnie zdawało się najmniej prawdopodobne, bo w ruchach i furii ataków stwora był spryt, którego brakowało zwierzętom. Diabeł mamił unikami nim w końcu uderzył, a ruszał się tak szybko, że ciężko było czasem załapać gdzie kończy się jego rozedrgane cielsko.

                                Randal nie próbował uników. Osłonił się szeroką tarczą, przyjmując palnięcia na metal raz za razem, w szybkiej serii niby ataki bijącego w gruszkę boksera. Wyczekał. Złapał moment.

                                Dostrzegł, kiedy seria uderzeń zwolniła, a impet spadł i poluzował osłonę, waląc ostrzem po mackowatej łapie. Potwór wizgnął i natychmiast zwinął się w sobie, jakby ból rany odbił go z powrotem pod sufit.

                                Lepka, podobna osoczu krew skapnęła na podłoże, cuchnąć muliście i ciepło.

                                Pierwsza krew wroga zawsze wzmagała morale. Lara i Kai ruszyli naprzód, śmielej, przeciskając się obok stężałego za osłoną paladyna. Cała trójka wiedziała, że stwora trzeba ubić możliwie szybko, bo szczęk broni czy sam zapach juchy nieść mogły się po korytarzach hen daleko, bogowie wiedzą dokąd. Dudniąca w oddali woda tłumiła dźwięki, ale istoty, które nawykły do życia bez światła, rozwijały inne zmysły, wyczulone na choćby najmniejsze drgania podłoża czy ruchy powietrza.

                                Okoliczności odbierały Larze jej dudniący atut i drużynowa snajperka musiała sięgnąć po bakluński bułat, wchodząc w bezpośrednie zwarcie. Dopaść zaczepionego pod sufitem ścianołaza nie było jednak łatwo, jeśli sam nie wystawiał się pod zasięg broni.

                                Quatermain i Bronson chcieli uderzyć z dwóch stron, szarżując na wroga z półkola. Korytarz nie zostawiał wiele przestrzeni, ale już przestrzeń wyżej była tu wysoko wysklepiona i nie było mowy, by sięgnąć potwora nawet i z długą halabardą. No, może starczyła by pika, a to i taka z tych dłuższych, stawianych przeciw konnym.

                                - Rozbijże ryja, zaropiały robalu! - Zaklął z dziką soczystością Kai, aż ślina poniosła magiczne nitki ponowionego zaklęcia. On nie musiał sięgać za bydlakiem aż pod sufit. - Splącz się na supeł szkarado!

                                Może tym razem arsenał obelg był trafniejszy, a zagrożenie zaplątania przy mackowatej budowie stwora groźniejsze, bo upiór syknął wściekle i sprowokowany, runął na Kaia w sprężynowym ataku.

                                Moc barda musiała weń mocno wniknąć, bo pierwsze uderzenie, choć z bliska, było furiacko niecelne. Łapsko pacnęło w ścianę za muzykiem jak kilof, a utracone sekundy były czasem Randala.

                                Rycerz skoczył naprzód tnąc od góry, ukosem, by objąć cięciem możliwie najwięcej przestrzeni, by choćby dźgnąć szybkołapego drapieżcę. Nie pomylił się, wchodząc klingą głęboko i spowalniając podjęty atak.

                                Druga, pazurzasta, obrośnięta wypustkami łapa była już jednak w powietrzu, na drodze do Kaia i tego wyroku nie dało się uniknąć. Cios spadł na klatkę piersiową jak grom, usadzając półelfa na ziemi, czerwonego i z trudem łapiącego powietrze.

                                Ale nokdaun zadany Kaiowi był już ostatnim, na jaki zdobył się stwór. Raniony wcześniej, podrażniony zaklęciem i teraz zahaczony przez Bronsona, który naparł na miecz z całej siły, wróg został ściągnięty na ziemię.

                                I tu robotę dokończył bułat pani doktor, która powaloną bestię sieknęła prosto między oczy, dowodząc prawdziwie chirurgicznej precyzji - czy przy stole, czy w ciemnościach korytarzy Piekielnych Pieców.

                                Kai dostał za 5 PW. Stwór martwy. Gratuluję

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Online
                                  PaniczP Online
                                  Panicz
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #189

                                  dr Lara Quatermain (Alex Tyler)

                                  Z jednej strony Lara wiedziała, że to zły pomysł jeszcze zanim Randal wcisnął jej łom we właz. Z drugiej cieszyła się, że był on kimś, kto gotów jest wziąć na siebie odpowiedzialność za ryzyko, na które narażona będzie reszta. Sama nie miała odwagi szafować cudzymi żywotami, jedynie własny niejako lekce sobie ważyła.

                                  Góry wokół Drusdygg stanowiły jeden wielki ropień niepewności, który najpewniej lekkomyślnie postanowili naciąć w środku nocy.

                                  Blondynka poprawiła okulary nie dlatego, że się zsunęły, lecz by przywrócić sobie chociaż pozór porządku. Właz z runami krasnoludzkiego klanu, którego nie znała, pachniał historią i kłopotami. Ciepły opar, który uniósł się, gdy metal wreszcie ustąpił, uderzył ją w twarz znajomą nutą — jak oddech pacjenta z gorączką lub powiew z antycznego pustynnego grobowca. Zamknięte przestrzenie, wysoka temperatura, krew na posadzce… to był zestaw objawów, który w każdym lazarecie zwiastowałby komplikacje.

                                  Schodząc po drabince, czarnooka liczyła oddechy Randala, tak jakby ich rytm ją uspokajał.

                                  Zawodowo nauczyła się rozpoznawać moment, w którym ból zaczyna wygrywać z wolą. Gdy pierwszy cios niespodziewanie uderzył w pierś paladyna, usłyszała, jak powietrze ucieka z niego jak z przebitego miecha. Zanim obejrzała ranę, wiedziała już, że kolczuga ocaliła mu życie — ton jęku i sposób, w jaki zachwiał się, mówiły jej więcej niż jakiekolwiek zaklęcie diagnozujące.

                                  Nie przepadała, gdy zmuszano ją do walki wręcz na ślepo. Jej atutem była odległość, lufa, optyka, czas na ocenę wektora. Tutaj miała tylko bakluński bułat, śliską skałę pod stopami i potwora, który poruszał się jak choroba w ciele — za szybko, by ją łatwo wytropić. Kiedy lepka krew skapnęła na ziemię po pierwszym cięciu Randala, poczuła znajomy przypływ adrenalinowej koncentracji. Pierwsza krew zawsze coś zmieniała — w polu bitwy tak samo jak na sali sekcyjnej, czy polowaniu w dziczy.

                                  Gdy stwór runął na Kaia, jej świat zwęził się do kilku punktów anatomicznych. Kąt łapy, miejsce uderzenia w klatkę barda, torsja tułowia potwora w momencie, gdy Randal wbił miecz. Zobaczyła przerwę — trwające ułamek uderzenia serca rozluźnienie mięśni, otwartą linię między oczami bestii. Wsunęła się w nią jak skalpel w skórę.

                                  Cięcie było krótkie, czyste, prowadzone nie gniewem, lecz nawykiem. Tak samo unieruchamiała staw, czy przecinała mostek. Tylko że tutaj zamiast sterylnych narzędzi miała krew na rękawiczkach, pył w płucach i świadomość, że Piekielne Piece jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa.

                                  — Wszystko w porządku? — zapytała z wyczuwalną troską obu towarzyszy, przyglądając się lekarskim okiem miejscom, gdzie przyjęli ciosy.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Online
                                    PaniczP Online
                                    Panicz
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #190

                                    Nad wodą

                                    - Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. – Jul skrzywił się jakby rozgryzał cytrynę. - Mamy czas na to? Te hieny, prze-sz, prze-sz, mogą zleźć się tu, no?

                                    Gurb wzruszył ramionami i palnął o cięciwę przewieszonego na ramieniu łuku, jakby grał na kontrabasie. Dalszy wytrzeszcz kompana zbył machnięciem ręki, dając znak, że nie ma co gadać.

                                    Marius wpakował się do jeziorka na kąpiel i pławił się w chłodnej, porannej wodzie w najlepsze. Kurz i brud zniknęły w sekundę, gdy Utopiec dał nura pod grążele, wynurzając się po dłuższej chwili z mokrą czupryną i zatkanym uchem. Odprężony, spłynął na plecy i złożony na tafli patrzył jak wiatr wpędza wątłe białe chmurki na pastwisko bladego nieba. Dzień zapowiadał się pogodny. Gorący, słoneczny i suchy. Podobny wielu ostatnim, tak licznym tego lata.

                                    - Odprawisz-odprawisz pochówek tego człowieka? – zawołał z brzegu Seweryn, ściągając błękit oczu Mariusa na ziemię. Zatracony w relaksie, kapłan spłynął pod zieleń flory i wynurzył się już bliżej brzegu, czując grunt pod nogami.

                                    Widział, że medyk i strażnicy usypali zabitemu kopczyk z bazaltowych skrawków, których w Drusdygg nie brakowało, chowając rozerwane zwłoki przed zębami drapieżców. A przynajmniej tych mniej zapalczywych i natrętnych. Zawsze coś. W końcu liczył się gest.

                                    - A ryby? – zapytał niepewnie kapłan, stając na piasku przy ciuchach, ważąc czy zarzucać je już, czy może ma jeszcze chwilę. Twarde spojrzenie Seweryna i parsknięcie Gurba przyspieszyły decyzję. Pływak zarzucił szaty na mokrą sylwetkę, miarkując, że do modłów nad nieboszczykiem wypada zakryć się choć odrobinę i ruszył odprawiać to, czego oczekiwano.

                                    Ostatnie pożegnanie. Dużo ostatnio miał tych pożegnań, co sporo mówiło o naturze doliny. Marius był tu ledwie trzeci dzień, a i to niepełny, a już robił za etatowego grabarza i żałobnika. Jeśli był tu zawód dla medyka, to kapłan z ostatnim namaszczeniem w pakiecie idealnie pasował na partnera w biznesie. Seweryn powinien poważnie rozpatrzyć kandydaturę czarownika.

                                    Modły, gesty, trochę prostej poezji marynarskich pieśni i grupa wypadowa mogła wracać do Pogorzeli. Niewiele osiągnęli, ale też nic nie stracili. Kolejny fragment Grumwidowej układanki złożony w całość – to się sprawdziło. Traper nie kłamał.

                                    No i kąpiel. To Marius traktował jak mały sukces.

                                    - Co żeście, panowie, wymyślili? – Varlund powitał ich na przedpolu wioski, w miejscu, gdzie przedwczoraj ubili szalejącego ettina. Ziemia dalej śmierdziała trupem i spoconym, zgniłym fetorem, który toczył giganta jeszcze za życia. Sierżant radził sobie kopcąc potężnego tytoniowego skręta. - Nie mogliście wczoraj powiedzieć, że pilno wam nad jezioro?

                                    - Wspomniałem chyba nawet... – zastanowił się Seweryn, ale pomyślał, że tak czy owak, nie planuje się nikomu tłumaczyć. A przynajmniej nie Varlundowi. - Ale załatwiliśmy, co mieliśmy załatwić. I szybko – już jesteśmy.

                                    - Dobrze. – Wąsacz kiwnął na zbycie sprawy i złapał mocnego sztacha. - Szykujemy się do drogi, ale przyszedł przodem wypad z Roscoe... Mają być niebawem, to i zaczekamy wszystkich.

                                    Pogorzel znów żyła. Znów w krzątaninie, pyle i ruchu. Tymczasowo. Ale jednak.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Online
                                      PaniczP Online
                                      Panicz
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #191

                                      Seweryn (Rewik)

                                      Korzystając z chwili oczekiwania, Seweryn przygotował napar z jakiś znowu znalezionych ziół. Pachniał przyjemnie, choć trochę mdło. Część jego do kubka nalał, część zaś do misy w wiosce znalezionej i sadzając tak ją , jak i siebie niedaleko Sylva i Grebo nogi swe począł moczyć, bowiem pęcherze miał od wielu mil przebytych. Grebo najwyraźniej bardziej nawykły do długich podróży wymienili z nim jakąś kąśliwą, acz chyba przyjazną uwagę. Sylv zaś cały czas był jakiś markotny.

                                      — Mojej mamy to sposób... Dla was też przygotuję — stwierdził, a może zaproponował — Nie pytałem was jeszcze czy udało się dostarczyć wtedy mój list do starosty Sa...saliny? - zagaił cyrulik Sylva, chcąc zmienić temat, który najwyraźniej nie leżał mu.

                                      Sylv, podpiwszy coś z procentem rumiany był bardziej jeszcze niż poranne słońce. Zdawał się nie przypominać nic o liście w pierwszej chwili, acz potem odparł zgodnie ze swoją wiedzą.

                                      — I co się z nim stało? Powieszą go? — brak zrozumienia na twarzy Grebo, zmusił go doprecyzować pytanie — Tego, cośmy na mostku znaleźli, Grumwida, pewnie na święto, c...co to w środku wrzeeeśnia ma być jako atrakcje stracą?

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Online
                                        PaniczP Online
                                        Panicz
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #192

                                        Marius Utopiec (Brilchan)

                                        Przemyślenia na temat pochówku

                                        Utopiec czuł się lepiej zanurzony, tęsknił za tym uczuciem, kiedyś marzył o tym, aby oddychać pod wodą jak ryba widział jak Mistrz zmienia innych w swoje sługi bezmyślnych rybo - ludzi za pomocą mazi którą wydzielał ze swojego ciała a potem łamał ich umysły jego postanowił jednak wybrać do innej służby przynajmniej na razie...

                                        Marius miał jednak dwóch Panów! Choć zaprzedał ciało i duszę a także umysł Mistrzowi w zamian za ocalenie oraz magiczne moce jego modły wciąż był wznoszone do Osprem ze szczerą intencją. W końcu to słudzy Bogini dali mu bezpieczną przystań. Czasami żałował że nie kontynuował nauki na kapłana może byłby szczęśliwszy ? Wtedy jednak cierniem w duszy byłoby mu niewypełnienie ostatniej woli Matki teraz z perspektywy czasu widział że nie była dobrym rodzicem a jej mózg przeżarty był chorobom ale dokonał pomsty na łotrze który ją syfem zaraził choć do niczego młodej wdowy nie przymuszał siłą...

                                        Co się stało to się nie odstanie nie było co marnować energii myślowej na rozważania o rzeczach szczególnie że energię tą najwyraźniej można było kształtować niczym moce mistyczne za pomocą jakiś tajemnych Ścieżek o których wspominał Mistrz. Czy w pewnym sensie nie był kapłanem ? Nawet jeżeli nie miał święceń niósł posługę żywym i martwym w imieniu Osprem Mistrzowi daje światło moich czynów a dla Bogini zbieram łój tam gdzie mogę aby sporządzić z nich nowe świece jak robił to za czasów posługi świątynnej.

                                        Pocieszony tą myślą pożegnał się z jeziorem i ruszył wykonać obowiązki względem zmarłych.

                                        W wiosce

                                        Sierżant Varlund miał w sobie coś, takiego co, przypomniało Mariusowi jego kapitana i kapłanów nie zamierzał okazywać mu braku szacunku przed jego podwładnymi oraz robić sobie z niego wroga. Zasalutował przed nim stając na baczność.
                                        - Musieliśmy pochować zmarłych do trupa zaczęły się dobierać hieny nie chciałem żeby się gnolle znów zmrowiły albo wybuchła zaraza od trupa! - Krzyknął krótki raport tak jak uczono go gdy został żeglarzem.

                                        Nie czekał jednak na "spocznij", gdyż nie był bezpośrednim podwładnym Varlunda. Jego życie było sztuką kompromisów. więc uznając, że dał żołnierzowi wystarczające wyrazy szacunku przyjął pozę rozluźnioną, poprawił mokre włosy i dodał:
                                        - Nie chciałem żeby dziki zwierz zanadto przywykł do smaku ludzi bo zacznie na nas patrzeć jak na posiłek a nie zagrożenie ale dało się przepędzić, więc nie jest jeszcze tak źle.

                                        Nie cieszyła, go perspektywa jazdy konnej ale jak mus to mus.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Online
                                          PaniczP Online
                                          Panicz
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #193

                                          Randal (Mike)

                                          - Gorsze razy zdarzało się mi przyjmować - odparł Randal. - Pancerz zatrzymał większość impetu. Oddalmy się stąd, bo ktoś może chcieć sprawdzić co to za hałasy.

                                          Szybkim cięciem odrąbał stworowi łeb i kopnął go z dala od stwora.

                                          - Dla pewności. Nawet jakby ożył to bez głowy ciężej będzie mu nam nabruździć.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy