Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
-

Zadanie złożone : opór 3, dostępne 3 testy
Drogo Baggins zużywa nadzieję (pomaga w śpiewaniu)!
Prymula Brandybuck: pieśni (PT 14) - |
| 1, 1, 2 | - porażka!Zadanie złożone: opór 3
Bystrooka Lobelia Bracegirdle zużywa nadzieję (+2k6)!
Lobelia Bracegirdle: przenikliwość (PT 12) - |1,
| 1, 3, 5,
| - wielki sukces!
(opór zmniejsza się o 2)Griffo Noakes był przerażony wszędobylskim bzyczeniem. Biegał w kółko, a to pacając się po karku, a to wymachując ramionami w bezładzie. Nie mógł być jednak bardziej przerażony niż owadzi napastnicy na widok, podążającej w ich stronę, owianą dymem postać z siejącą postrach parasolką. Lobelia szybko zorientowała się w sytuacji i poznała wroga, z którym przyszło jej się mierzyć. Wiedziała też, że tak rozwścieczone szerszenie, nie dadzą łatwo za wygraną.
– Wskakuj do wody młodzieńcze, ale już! Tylko nie potop się tam! – Gdyby głos potrafił pchnąć kogoś od razu do pobliskiego stawu, to z pewnością byłby to jej głos.Zadanie złożone: opór 1
Lobelia Bracegirdle zużywa nadzieję!
Lobelia Bracegirdle: wiedza (PT 12) - | 4 | 2, 3, 5 | - sukces!
Zadanie złożone powiodło się!Ukontentowana, widząc, jak młody Griffo mknie do stawu, postanowiła zając się pszczołami. Osłaniając się fajkowym dymem, powkładała ramki na miejsce i zasłaniała otwarty ul, z którego to najpewniej ten nicpoń, pod nieobecność Noakesa chciał wyjeść cały miód! Chwile potem dobiegła do niej już Prymulka i razem upewniły się, że ani chłopcu, ani pszczołom nie stanie się już więcej krzywda. Wszak pszczoły potrafiły obronić się same, o ile ul nie był otwarty, a wylotki dostatecznie małe.
Chłopiec był użądlony w dwóch miejscach, ale wyglądało na to, że bardziej teraz doskwierało mu zimno z przemoczenia. Okazało się, że mieszka, zaraz obok dziadków, gdzie też Odo powiódł kolaskę w pierwszej kolejności. Na miejscu stary Noakes podziękował im serdecznie za ratunek wnuka, wręczając dzbanuszki miodu, a zaraz potem zebrał się w drogę by poszukać gniazda intruzów.
Zyskujecie pożyteczny przedmiot: dzbanki miodu (uprzejmość)!

Dalsza droga wiodła stale prosto przez Gościniec Wschodni, aż do Rozstajów. W prawdzie rozważali podróż prosto do Tukowej Skarpy, lecz ostatecznie stanęło na tym, że to w Postoju Wędrownika zdecydują co dalej. Gospoda ta znajdowała się w samym środku Rozstajów. Spodziewali się, że dotrą na miejsce szybciej od reszty i nie mylili się, mimo że gdy to nastało, dzień nawet dla nich już się kończył.
Rozstaje nie miały jednak zamiaru jeszcze się kłaść. Większość stołów przed gospodą Postój Wędrownika była wciąż zajęta. Pogoda wszak dopisała, zmrok z każdym dniem wiosny zapadał coraz dłużej, a nie było niczego przyjemniejszego niż wieczór w piwiarni pod otwartym niebem.
Większość gości stanowili hobbici, radośnie gaworzący ze sobą, ale dało się dostrzec też grupę krasnoludów. Popijali ciemne piwo i grali w młynka, którego nauczyli się zapewne od jakiegoś Tuka. Gdyby naostrzyć uszy, dałoby się usłyszeć tu niejedną historię. Tutaj także nie obyło się bez uprzejmych zagadywań i pytań o cel ich podróży i zdrowie Drogo. Na szczęście to już mieli przećwiczone. Niestety znalezienie miejsca na noc zakrawało już o większy wyczyn. Wszystkie łóżka w Postoju Wędrownika były już zajęte przez dużą grupę kupców fajkowego ziela, zmierzających do Longbottom.
Tutejszy ruch nie był wcale aż taki dziwny. Rozstaje - nazwa ta była podwójnie akuratna, wszak przecinały się tu szlaki, ale też schodzili się i rozchodzili hobbici z całej Zachodniej Ćwiartki, by wymienić zarówno towary, jak i najnowsze wieści. Przy większości domów stoją tu szopy, które w każdej chwili posłużyć mogą za skład albo stragan, gdy trzeba sprzedać coś podróżującym Gościńcem Wschodnim. Ruch był więc tu częsty i pożądany, nie zmieniało to jednak naglącej sprawy - nie mieli gdzie przenocować tej nocy, a drugiej grupy, jak nie było widać, tak wciąż nie było widać.
-
!Paladin Tuk Drugi.
Paladin zatrzymał się tak gwałtownie, że niemal wpadł na Rorimaka.
— Słyszysz?! — wyszeptał, choć szept w jego wykonaniu był tylko odrobinę cichszym mówieniem. — To nie jeleń. Jeleń nie robi „ghrrraugh”. Jeleń robi… no… bardziej godnie.
Znów rozległo się:
— GRRRrraUgh! khrrRrch…
Paladin skulił ramiona.
— Mówiłem, że to coś między dzikiem a niedzikiem. Takie… pół na pół. Może dzik, który się zastanawia nad swoim życiem.
Kiedy Rorimak rozchylił zarośla, Paddi instynktownie cofnął się o pół kroku.
— Jak wyskoczy, to ja mówię, że my tylko przechodzimy. Bardzo przechodzimy. I że...
Jeszcze jedno:
— Khrrr… chrrrap… khrrrr…
Paladin zmrużył oczy.
— To… to chrapie.Zrobił ostrożny krok naprzód, jakby spodziewał się, że łódka zaraz go ugryzie. Spojrzał do środka. Zobaczył Starego Brody’ego. Zobaczył jego brodę. Zobaczył, że źródłem potwora zza Zielonego Muru jest hobbit, który śpi jak rozwścieczony borsuk.
Przez chwilę milczał.
— To on? — zapytał z niedowierzaniem. — To całe „RRRghraugh” to… śpiący hobbit?
Wyprostował się powoli, z miną kogoś, kto właśnie został obrażony przez rzeczywistość.
— Ja się pytam, czy to jest w ogóle dozwolone, żeby tak chrapać w przestrzeni publicznej. — Pokręcił głową. — Hobbit śpi, a pół Bucklandu myśli, że potwór wyszedł zza muru.
Nachylił się bliżej łódki i przyjrzał linie przywiązanej do drzewa.
— A ja już rozważałem, czy wspinać się na drzewo.
Kolejne potężne:
— Khrrrrrr…
Paladin podskoczył mimo wszystko.
— No dobrze! — sapnął. — To nie dzik. Nie potwór. Nie nawet niedzik. To Brody.
Odetchnął głęboko, po czym dodał z urazą:
— Ale przyznam, że gdyby tak chrapał bliżej Tukowej Skarpy, to byśmy go wybrali na oficjalne ostrzeżenie przeciwko lisom.
Spojrzał na Rorimaka, poprawiając kamizelkę.
— Widzisz? Mówiłem, że nie wszystko, co brzmi strasznie, jest straszne. Czasem to tylko ktoś, kto zjadł za dużo kolacji i położył się w łódce.
Paladin zamarł z ręką uniesioną w pół gestu, gdy z łódki znów wyrwało się:
— Khrrr… chrrrap… khrrrr…
Spojrzał na Rorimaka.
Spojrzał na łódkę.
Spojrzał na linę.A potem bardzo powoli, bardzo uroczyście wskazał na tę ostatnią.
— No i masz — szepnął. — Lina.
Podszedł bliżej, zginając się w pół jak ktoś, kto chce być mniejszy niż jest. Co chwilę zerkał na śpiącego hobbitа.
— To jest zwykła lina — mruczał pod nosem. — Lina jak lina. Nikogo nie budzi. Liny są z natury ciche. Ja też potrafię być cichy. Czasami...
Kolejne potężne chrapnięcie sprawiło, że Paddi podskoczył i niemal przywarł do drzewa.
— On oddycha jak kuźnia w Michel Delving — syknął. — Jakby miech połknął.
Nachylił się znów do Rorimaka.
— Opcje są trzy. — Uniósł trzy palce, po czym jeden zaraz opuścił. — Dwie i pół.
Ściszył głos jeszcze bardziej.
— Pierwsza: bierzemy linę. Cichutko. Delikatnie. Jakby sama postanowiła się odwiązać. — Zrobił palcami ruch, który miał oznaczać subtelność, ale wyglądał raczej jak nerwowe skubanie. — Tylko że wtedy łódka… — spojrzał na wodę — …może odpłynąć. A wtedy Brody się obudzi, a jak się obudzi i nie ma łódki, to zacznie robić „RRRRAUGH” już świadomie.
Zamyślił się.
— Druga: budzimy go. Uprzejmie. Bardzo uprzejmie. Mówimy, że potrzebujemy łódki. Oficjalnie. — Skrzywił się. — Tylko że wtedy trzeba mu powiedzieć po co. A my… — zawahał się — …my mamy różne powody. I nie wszystkie są do opowiadania przy pierwszym śniadaniu.
Westchnął ciężko.
— No i jest jeszcze płot.
Spojrzał w dal, jakby gdzieś między drzewami czaiło się sumienie.
— On jeszcze nie wie. Ale się dowie. Płoty mają to do siebie, że ktoś zawsze wie, czy były całe.
Podrapał się po karku.
— Jak go obudzimy, to możemy powiedzieć: „Brody, drogi Brody, twój płot wyglądał na zmęczony i sam się położył”. — Zamyślił się chwilę. — Tylko że to brzmi jak coś, w co ja bym nie uwierzył. A ja jestem bardzo wyrozumiały.
Znów zerknął na linę.
Kolejne:
— KHrrrrrRRR…
Paladin znów drgnął.
— Dobrze — zdecydował nagle, choć w jego tonie było więcej nerwów niż pewności. — Ja podejdę do liny. Ty patrz na niego. Jak przestanie chrapać, to mnie kopnij. Tylko nie za mocno. Mam wrażliwe kostki. Wszyscy mamy dziś jakieś kostki.
Zrobił dwa ostrożne kroki w stronę drzewa, po czym zatrzymał się jeszcze raz.
— Rorimaku… — wyszeptał. — Jak mnie złapie, mów, że przyszedłem sprawdzić jakość węzła. Z troski. Ja wyglądam na kogoś, kto troszczy się o węzły.
I z miną hobbita, który sam nie wie, czy jest bohaterem, czy właśnie popełnia największą głupotę dnia, wyciągnął rękę w stronę liny.
-
Esmeralda Tuk


- Wiesz co, drogi kuzynie Milo? - zagaiła w pewnym momencie Esmeralda. - Masz rację, długo ich nie ma.
W jej głosie nie było jednak ani krzty zafrasowania - zupełnie jakby wcale nie przejmowała się ich losem. Nic bardziej mylnego.
- Skoro jest tam Paladin, to na pewno nic im strasznego nie grozi. Poradzą sobie! - dodała tonem pełnym pokrzepienia i posłała hobbitowi promienny uśmiech.
- Poczekajmy tu na nich. Pogoda taka ładna, a i ty prawie już skończyłeś z tymi palikami! No, chodź tutaj, klapnij obok i może wrzucimy coś na ząb? Przyznam, że zgłodniałam!
Jak wymyśliła, tak też uczyniła. Przysiadła na miękkiej, zielonej trawie i zaczęła przeszukiwać swój tobołek. Wyjęła kawałek placka od Bilba, trochę suszonych owoców i kilka innych rozmaitości, które przezornie zabrała na drogę.
- O, a gdybyś był tak miły i rozpalił małe ognisko, moglibyśmy zagotować wodę na herbatę! W sam raz, by przywitać Paladina i Rorimaka, gdy wrócą!
A sójka? Najwyraźniej musiała upodobać sobie Esmeraldę, bo wciąż siedziała na jej ramieniu, przekrzywiając łepek i badawczo przyglądając się wszystkiemu, co młoda hobbitka czyniła. Ona - to jest sójka - również doczekała się kilku przysmaków: paru jagód zebranych po drodze oraz kilku ziaren starannie zdrapanych z bochenka chleba, który Esmeralda zabrała jeszcze z domu.

-
Lobelia Bracegirdle 
– To załatwiliśmy sprawę śpiewająco, czyż nie? - zwróciła się do narzeczonych Lobelia, spoglądając swym bystrym okiem. – Dziękuję za ziele, wielce się przydało - tym razem słowa podziękowania skierowała do samego Drogo.

– Zaskoczona jestem - podczas dalszej podróży Lobelia postanowiła podzielić się ze współpasażerami swoimi przemyśleniami - że taka już aktywność owadów wiosną. Miód? W takich ilościach? Toż jeszcze nie czas. Takie anomalie nie zwiastują nic dobrego. Ależ miło ze strony Noaeksów. Dali mi tyle miodu! To pewnie jeszcze z zeszłorocznych zapasów!
Miody podróżowały bezpiecznie w koszyczku wraz z panną Bracegirdle i stanowiły teraz jej niekwestionowaną własność. Jakby nie było, sama jedna rozprawiła się z niebezpieczeństwem i zagrożeniem. Nawet okazała się na tyle wielkoduszna, że nie skomentowała pomocy udzielonej jej przez pozostałych. No cóż. Nie wszyscy mogą być tak bystrzy, jak ona.

– Nie dotarli jeszcze - skomentowała zastany stan rzeczy. - Mówiłam im, że rzeka pewnie wezbrana. Ale czy ktokolwiek z nich pomyślał, aby wziąć to pod uwagę i zabezpieczyć się w przydatne rzeczy przed wyruszeniem od Bilbo? A on sam, czy o tym pomyślał? Namówił ich na wyprawę nie bacząc na zdrowy rozsądek!
– O tej porze powinniśmy być już w Tukowej Skarpie - zatupała zdenerwowana Lobelia na wieść, że nie ma miejsc noclegowych w Rozstajach. - Wszystko winna tego smarkacza Griffo. Ojciec winien mu wygarbować skórę!
– Siadajmy na razie i posłuchajmy, co się dzieje. Może uda nam się usłyszeć coś ciekawego, co nasunie nam rozwiązanie.
-

Rorimak Brandybuck- Milo zna się na chodzeniu po lesie nie gorzej ode mnie, stąd pasuje do takiej podróżu, nie rozumiem skąd to rozstawianie Tuków, niech sami decydują - odparł stary Rori akcentując słowo rozstawianie, widząc że Tuków chciała przydzielać jak pionki
Ten post został usunięty! -

Rorimak BrandybuckRorimak w milczeniu przytakiwał Paladinowi, a gdy tylko rozchylił zarośla uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Dzik, jak dzik... - rzekł rozbawiony cicho, ale widać było po bananie na twarzy że podoba mu się ta zmiana, widać Milo się na dzikach średnio zna, ciekawe co robi w takim razie po lasach gdy tak często wychodzi. Rorimak był znanym myśliwym, zaś Makary, hm...
- Idź idź, jak coś powiemy że dowiązujemy co by nie odpłynął z tą łódką - zapewnił go gdy tamten chciał podkraść się pod linę
- A płot, cóż, widocznie dzik rozwalił - powiedział mrugając okiemPoszło łatwiej niż się mu wydawało się, myślałby kto, że stary Brody popił ostro, bo spał jak zabity, ale alkoholu żadnego nie wyczuwał. Wrócili prędko z liną, mogli się nią obwiązać, z palikami do oparcia już na pewno nurt ich nie porwie, tylko butów żal...
No nic, pora na przeprawę!
-
Prymula Brandybuck

Lobelia jednak wciąż była Lobelią i Prymulka, której Fortuna oszczędziła ukąszeń przez szerszenie, siedziała teraz wygodnie w kolasce trzymając Droga pod ramię i z grzecznym uśmiechem na twarzy przysłuchiwała się miodowym rozważaniom panny Bracegirdle.
- Rzeczywiście Lobelio - przytaknęła rozbawiona aneksją dzbanów - Zasłużyłaś na ten podarek bez wątpienia. A wiosna… Hmmm… Plastry miodu wydawały się pełne, a owady… pszczoły pracowite, a szerszenie… wściekłe.Wzdrygnęła się na wspomnienie atakujących ją insektów. Bardziej niż ona jednak ucierpiał Drogo, którego pod wpływem nagłej potrzeby ścisnęła mocniej za ramię.
- Ale przyznać trzeba, że łąki kwieciem pokryte gęsto i nie dziwota, że pszczołom praca się w łapkach paliła. Szerszeni zaś tłumaczyć nie trzeba. Z resztą i rady na nie większej nie ma. Trzeba się pogodzić, że istnieją nieprzyjemne stworzenia co w swej naturze mają zgryźliwość i miodowe łakomstwo.
Uśmiechnęła się uprzejmie, a Drogo zachichotał.***
Gwar był w Rozstajach niesłychany wręcz. Prymula być nie była nim jakoś bardzo zaskoczona, gdyż podobny widywano w Newbury przy Północnym Trakcie w Bucklandzie. Ale w Bucklebury, czy Crickhollow coś takiego zdarzało się co najwyżej podczas Festynów.
- Ależ to nie wina tego chłopca Lobelio. Pecha mamy, ot co. Oby nie towarzyszył on też naszym żądnym rzecznych przygód przyjaciołom. Z resztą Rory jest z nimi. Nie pozwoli by dopuścili się jakiejś bzdury ani nie przyzwoli nieszczęściu ich spotkać. Jestem tego pewna.Obrzuciła wzrokiem tłum hobbitów przeplatany pojedynczymi krasnoludami. Lubiła pogawędzić niemniej niż inni hobbici, ale ostrzenie uszu nie było jej ulubionym zajęciem. Nawet jeśli rzeczywiście nie mieli niczego lepszego na oku aktualnie. Chyba żeby…
Ilość pytań, powitań i pozdrowień była wprost proporcjonalna do tłumu, ale nie przesadnie nachalna. Radzili sobie z nią zupełnie dobrze. I być może można było to wykorzystać. Pozwoliła Lobelii czas jakiś na jej plotkarskie przyjemnostki, po czym wstała.
- Poczekajcie proszę. Odo… potowarzysz mi.
Ruszyli we dwoje z młodym Bolgerem w kierunku gospody i szynkwasu wymieniając zdawkowe pozdrowienia z postronnymi hobbitami, póki nie zwróciła na nich uwagi większa grupka hobbitów i hobbitek, w której prym wiódł kojarzony nieco przez Prymulę rosły Chubb.
- Powitać pani dziedziczko Prymulo! - ozwał się - Jak się miewa Buckland?
Prymula uśmiechnęła się i skinęła uprzejmie głową.
- Dziękuję Panie Chubb - odparła słabym głosem - Miewa? Ach Buckland… tak…
Po czym omdlewając osunęła się na ziemię. -
Lobelia Bracegirdle 
– Rozstąpcie się! Rozstąpcie! Zróbcie miejsce! Dajcie jej pooddychać! Wywracając w duszy oczyma panna Bracegirdle ruszyła w stronę omdlałej Prymuli.
– Proszę nie robić zbiegowiska, no już - używając swej parasolki uzyskała nieco miejsca wokół odgrywającej rolę swego życia Brandybuckówny. - Nuże, gospodarzu, trzeba ją gdzieś ułożyć na łóżku, by odpoczęła.
– W jej s-t-a-n-i-e - dodała konspiracyjnym szeptem - łatwo się przeforsować. Lepiej ją szybko stąd zabrać, bo jeszcze hobbity będą gadały. Drogo, kuzynie, potrzebna nam będzie woda do picia, oraz miska bądź cebrzyk z wodą i ścierka do robienia okładów na głowę. Drogo, to n-a-rz-e-cz-o-n-y Prymuli - zwierzyła się gospodarzowi po cichu.
– Proszę się jednak nie martwić - już nieco głośniej zwróciła się do karczmarza. - Pan Baggins pokryje wszelkie koszty. A jeżeli trzeba będzie udobruchać jakiś gości, by znaleźć dla niej miejsce... chociaż nie sądzę, aby którykolwiek szanujący się hobbit mógł mieć biedactwu to za złe! Jednak, mam tutaj coś dodatkowego. Garnuszek miodu, a i narzeczony może postawi dobrym duszom kolejkę piwa, jak myślisz Drogo?
– I proszę się nie martwić. P-a-n-n-ą Prymulą zajmę się osobiście. Będę z nią w pokoju przez całą noc. Nie możemy przecież pozwolić, by goście gadali, prawda?
-
Prymula Brandybuck

Prymula była zaskoczona! I to tak bardzo, że aż coś w niej niemal wrzało i chciało wydostać się na zewnątrz głośnym wybuchem śmiechu. Nie zwykła wszak czynić podobnych żartów. Zawsze starała się zachowywać grzecznie i przykładnie. A tymczasem ucieczka do fortelu przysporzyła jej wprost nieprzyzwoity ogrom zadowolenia. Zatroskane, pełne niepokoju głosy zwiedzionych podstępem biesiadników były niczym ciepły poranny wietrzyk nad brzegiem Brandywiny i gdyby nie sytuacja z przyjemnością wygrzewałaby się w nim jeszcze kilka chwil.
Otworzywszy na wpół oczy ujrzała nad sobą komenderujacą innymi Bracegirdlównę.
- Och… to Ty Lobelio… - powiedziała słabo nie wychodząc z roli - Taki wstyd… To pewnie przez te okropne szerszenie… Ależ nie trzeba kłopotać… Wrócimy do Bucklandu…- Bez dyskusji moja droga. Zostajemy - ucięła Lobelia i wróciła do wydawania poleceń, a Prymuli przez myśl przeszło, że hobbitka jako jedyna bodaj rozszyfrowała jej psikusa, bo Odo chodził w te i we wte bez pomysłu co z sobą począć, a nawet bystry przecież Drogo wyglądał niepewnie i zapragnęła go czym prędzej uspokoić. Nie chciała jednak rujnować dobrej sceny. Cóż. Musi Pan Baggins chwilę pocierpieć.
- Jak mi idzie? Widziałaś ich miny?? - syknęła cichutko do Lobelii z szelmowskim błyskiem w oku gdy chwilowo zostały we dwie.
-

Prymula Brandybuck +1k6 za okoliczności
Prymula Brandybuck: zagadki (PT 13) - |1, 6 | 1, 4, 5, 5 | - sukces!
Lobelia Bracegirdle: przekonywanie (PT 12) - | 9 | 2, 3 | - sukces!
Lobelia Bracegirdle: inspiracja (PT 12) - |
| - | - oblany!
Po tym pełnym grozy zdarzeniu, zgiełk w Postoju Wędrownika z czasem narastał ponownie, więc Lobelia i Prymulka miały okazję wymienić porozumiewawcze spojrzenia i słowa. Było tak, gdy oznajmione zostało, że nikomu nic poważnego się nie stało, a sytuacja została opanowana.
– Nami się nie przejmujcie – przypomniał znów do nich podchodząc kędzierzawy hobbit - właściciel, u którego boku stała pulchna hobbitka z garnuszkiem darowanego miodu – Z pewnością ktoś z naszych przyjaciół przenocuje nas u siebie... o! chyba już wiem kogo powinniśmy odwiedzić! – Chcąc potwierdzić swoją pomysłowość, popukał się w głowę, ale tak z uznaniem. – W każdym razie, tak będzie najlepiej. Za szynkwasem w prawo, nie ma potrzeby chodzić po schodach, a dodatkowe łóżka zaaranżujemy tak, że na pewno się wyśpicie. Nasza w tym głowa, byście pobyt u nas milo wspomnieli i... – nachylił się do Prymuli, puszczając oko – niczym więcej się już dzisiaj nie przejmowali.Tak oto Prymula, Lobelia, Drogo i Odo zaczęli urządzać się w pokoju na zapleczu, mieli też jeszcze czas by odpocząć, czy rozprawiać z mniej i bardziej znanymi im hobbitami, ostrząc uszy na wieści tak ze świata, jak i (przede wszystkim) z Michel Delving. Tymi zaś mogli już podzielić się z resztą drużyny Sprzysiężenia Czerwonej Księgi, bowiem wreszcie wymęczeni, ale weseli Esmeralda z bratem Paladinem na przedzie i Milo wraz z Rorimakiem, zamykającym drzwi zawitali w Postoju Wędrownika!

Śmiechów i wygłupów przy przeprawie było co nie miara, lecz pozwoliła im na to lina i Milowe podpórki. Bez nich strach pomyśleć co by się stało, gdyby jeden z nich został porwany przez nurt rzeki. Na szczęście tak i Rory, Paladin, tak i Milo i Esme dziarsko przebyli rzekę, a wiosenne słońce, które już wysoko wędrowało po nieboskłonie ogrzewało ich, kiedy przyrządzali ognisko, by się podsuszyć i ogrzać przed dalszym marszem.
Polany i pagórki były o tej porze roku wyjątkowo urokliwe. Mijali najpierw tereny wcale zagospodarowane, potem pojedyncze gospodarstwa, pola by wreszcie wejść na szlak i podążyć nim, aż słońce wyznaczyło koniec dnia i początek wieczora. Wtedy też zaczęli dostrzegać światła Rozstajów. Myśl o czekających ich smakołykach dodała animuszu i już chwilę później siedzieli wszyscy razem przy wspólnym stole, omawiając najnowsze wieści, które zebrała dla nich Lobelia, Prymulka i Drogo.
-
Lobelia Bracegirdle 
Panna Bracegirdle mocno głowiła się nad tym, czy bardziej podejrzane będzie witanie się ich grupy z pozostałymi, czy też bardziej podejrzane będzie od nich stronienie. Problem ten jednak rozwiązał się, jakby to rzec, sam, gdy spóźnieni przybysze jęli z radością wielką witać się z Drogo, a nawet z Lobelią. Zatem wyjścia nie było, należało prowadzić rozmowę jakoś nie wzbudzając zbytnich podejrzeń.
– Późno z drogi wróciliście - pouczyła przybyszów. - Miejsc już dawno nie ma, a noc zapadła. Doprawdy - zatupała - Paladinie, jak można tak narażyć młodą panienkę? Ale nic się nie martw Esmeraldo, znajdziemy ci miejsce w pokoju ze mną i Prymulą. Odo zaś może wyścielić sobie kolaskę i się tam zdrzemnąć, nieprawdaż chłopcze?
– Milo! Jest tu zagadka w sam raz dla ciebie! Zobacz, tam siedzi Baldo Bunce, bratanek Twojej stryjenki! Wyobraź sobie, bardzo mu w gospodarstwie doskwiera sowa. Jestem pewna, że jest to coś, w czym możesz mu pomóc. On się boi do domu wracać spać sam!
– To akurat jest okazja, abyś się z nim udał a przy okazji znajdziesz nocleg dla siebie, a może i dla kogo jeszcze - dodała szeptem.
– A teraz wybaczcie, bo właśnie miałam przysiąść się do innych gości, gdy przyszliście.
– Ludziom zbytnio wierzyć nie lza, panowie. My Bracegirdlowie mieszkamy tuż obok wzgórz Scary i solidnie swą pracę wykonujemy, pozyskując kamień pierwszej jakości. A ludzie tacy, jak ten Benin, to plotą czy po trzy, aby kolejkę za darmo zarobić i tylko uczciwym hobbitom szkodzą! Szkoda więc na nich strzępić języka, bo to tylko woda na ich młyn!
– Za to dużo milej słuchać o czynach dobrych i szlachetnych i o pożytkowi naszemu społeczeństwu przynoszących, pani Burrows. Chociaż przykro słychać, że porządny hobbit musi zamkiem się zastawiać, by jego prywatność nie była naruszona. Ale wiadomo, przez Michel Delving różni się przewijają. Kurę pani powiada? Toż to pomysł dziwaczny! Przynajmniej jaką korzyść z tego miała pani kustosz. Rosół albo na jajka mam nadzieję zostawiła. To i figlarzom miny by zrzedły, że ich psikus na dobre wyszedł.
– Ada, pani powiada? Tak, tak... Pani dziewierz pojął za żonę siostrę naszej Prymulki. No właśnie. Niech Pani opowiada, nie da się prosić, co tam u pani córki? Mieszka nadal z wami, czy może się już wyprowadziła? Którzy kawalerowie się wokół niej kręcą? Ależ musi być pani dumna z córki. Sama uwielbiam rozwiązywać zagadki. Ależ jej zazdroszczę! Jestem pewna, że poradzi sobie z ty problemem raz, dwa!
-

Z pewnością wielce niepotrzebne były Bracegirdlom jakieś wymyślone opowieści o nawiedzonych kamieniołomach i kopalniach, czy istotach nawet trochę tylko nikczemnych. Choćby z potencjalnego problemu z hobbitami chętnymi do pracy w tychże miejscach, a więc i dostępnością i cenami materiałów budowlanych. Należało więc takie bzdury tłumić w zalążku, co Lobelia właśnie uczyniła. Prymulka jednak taka pewna nie była, czy sprawę należałoby ot tak spławić. Słyszała przecież o górnikach z Borsuczych Jam i ich coraz to bardziej ponurym i nieuprzejmym (!) usposobieniu. Jak nic, mogła to powodować owa nikczemna istota, o której mawiał ów człowiek!
W każdym razie Lobelia słuchać więcej o tych wyssanych z palca historiach nie zamierzała i swą uwagę skierowała na milsze tematy. Rozmowa z panią Burrows była bardzo jednostronna, ilekroć schodziła na temat jej córki. Zaraz to Lobelia wiedziała o tym jakie wypieki najbardziej Ada lubiła, o tym łobuzie Robinie Roper z Małego Delving, co to jak teraz sobie o tym pomyślała zapytana, pewnie to z nim się na spacery po Białych Wzgórzach umawia. O tym, że teraz w Michel Delving mieszka i że książki czytać uwielbia i to tym bardziej cieszy ją praca w pobliżu i w samym Domu Mathom. O tym jaka to ona przykładna jest i dokładna i jaka zaradna, choć kapryśna czasem, ale tylko czasem. O tym jak włosy splata i jaki kolor lubi, o tym i o wiele więcej, byle tylko ktoś słuchać dalej chciał!
-
Prymula Brandybuck

Prymula lubiła czytać. Nie tylko dlatego, że czytanie było w dobrym hobbickim guście. Zwyczajnie była ciekawa tego co skrywały pożółkłe strony spisanych niedawno, lub przeciwnie lata temu ksiąg. A biblioteka Brandy Hallu była pod tym względem miejscem specjalnym w Shire, bo zawierała bodaj najwięcej dzieł. I to nie tylko takich co wyszły spod pióra Hobbita! Były tam też dzieła, bez wątpienia Dużych Ludzi, krasnoludów, a Prymula miała też podejrzenia, że niektóre pergaminy mogły być dziełem elfów. Niewiele hobbitka rozumiała z tych zagranicznych treści o dawnych czasach nierzadko przeplatanych nieznanymi jej językami. Ale były momenty, że potrafiła skojarzyć nieoczekiwanie żywe treści z aktualnymi wydarzeniami. Ot jak choćby teraz gdy Lobelia streściła o dziwnym świetle, które widziały krasnoludy.
- Czytałam, że w tych górach były krasnoludzkie pałace. Strażnice Dużych Ludzi. A w dolinie Sarn mieszkali Elfowie. Bardzo dawno temu - powiedziała z przejęciem swoim delikatnym głosem gdy usiedli w końcu razem - I wszystko przepadło gdy zjawiło się czarnoksięskie królestwo Angmaru. A teraz widać tam tajemnicze światło, co płoszy stwory… - zaraz jednak uśmiechnęła się przepraszająco jakby chcąc zatuszować zainteresowanie tak niestosowną historią - To doprawdy wspaniały temat na bajkę. Dla dziecka. Nie uważasz Drogo?
Hobbit pogładził się po surducie, upił piwa i zabrał się za czyszczenie fajki.
- Światełka w górach to nie temat dla szanujących się hobbitów - odparł poważnie, ale zaraz odwzajemnił uśmiech i dodał - szanujących się DOROSŁYCH hobbitów. Maggotowi wszak kurę to i myśmy w młodym wieku z Rory’m niegdyś… odpożyczyli. Pamiętasz druhu? Ale co się tyczy Borsuczych Jam to i ja słyszałem, że coś - obejrzał się i upewnił, że Lobelia rozmawia z panią Burrows - JEST na rzeczy. Taffy Proudfoot, której mąż mleko rozwozi też wspomina, że w osadzie górniczej nietęgie humory panują, a hobbici tam dziczeją. Bledną. Kaszlą. I mruczą pod nosem. Jak jakieś krasnoludy. Ktoś coś o czaszce Golfimbula mówił, że to jej sprawka. A teraz ten niby stwór tego Dużego Człowieka. No! Można rzecz, że pomysł mojego kuzyna jest w tym wszystkim tylko niewinnym bzikiem! Choć jak widać nie on jeden ma ochotę jej figla spłatać. Ciekawe, czy to nie maggotowa kura się w Domu Mathom znalazła! To byłaby heca!- Och nie pleć Drogo - odrzekła Prymula tłumiąc śmiech - Przecież to dzień drogi kolaską. Skąd by kura Maggota miała się wziąć w Domu Mathom. Zresztą Maggot też ma psy. A one pilnują mu kur. Jak jakaś ucieknie to w zębach przynoszą, a krzywdy nie zrobią…
-
Milo Makary Tuk
Kto się pracy nie boi, temu i przygoda nie straszna, myślał Milo. Aforyzm na co dzień nie plątał mu się na języku, ale w razie co pasował, by osłonić się, gdyby szacowni hobbici mieli wziąć pod lupę Milowe niecodzienności. Może i robił, co nie trzeba (i nie wiadomo po co, jak wielu by dodało), ale co trzeba też robił, prowadząc dom i ogród jak należy, nie migając się obowiązków i powinności.
Tym sobie dodawał otuchy i teraz, gdy mocząc nogi po same uda, w podwiniętych (nadaremnie) spodniach wbijał w dno rzeczki płotowe pachołki. Nie bał się ani wysiłku, sapiąc i pogwizdując przy brnięciu w wodę (trochę dla dodania sobie animuszu, bo jednak nurt rwał, oj rwał!), ani wyzwania. Tego jednak, że zostanie wzięty za wandala i przylgnie doń już nie tyle łatka dziwaka, co jeszcze chuligana, nieco się obawiał. Wynagrodzę co trzeba, sam zbiję i złożę. Płot będzie jak nowy, myślał przy każdym kolejnym kołku, który lądował wbity w dno, wyskubany z ogrodzenia.
Po jakimś czasie, mokry i zmarznięty, ale nadrabiając miną (bo szkoda było się dąsać, gdy miał taki doping od Esmeraldy i jej sójki-przyjaciółki), hobbit przeprawił się na drugi brzeg. Przejście było możliwe i przedostać mogli się oboje, ale wysiłek okazał się zbędnym, bo oto łodzią nadpłynęli Paladin i Rorimak.
– O do kroćset - zaklął pod nosem Tuk, smarkając w wierzbowy listek, gdy nikt nie widział. Rozbieranie parkaniku na marne i spadnie mu tu jeszcze odium psuja na darmo! Trzeba będzie Brody'emu wynagrodzić. Postawię i pomaluję ładnie, zapewniał w duchu Milo całe patrzące nań Shire. Pożytek będzie dla kogoś przynajmniej, jak przyjdzie im się przeprawić, usprawiedliwiał się.
– O panowie, skądeście wytrzasnęli taką linę? – Tuk zasalutował im, jak zdawało mu się, że robią duzi ludzie przy takich okazjach. - Widzisz Esme, czeka Cię nawet i wspinaczka po linie jak w małpim gaju! Tegoś na pewno nie planowała!
Z Wodą za plecami, z ciepłą ziemią pod stopami, problemy zniknęły z głowy Makarego. Hobbit zapomniał o obawach, zimnie, katarze i mokrych nogawkach. Szedł żywo, ciesząc się wiosną i gdy złapało go słonko, zaczął sobie podśpiewywać, nie czując jak robi to głośniej i głośniej.
♫♪Miast kapelusza mi chmura,
Gdy wiosna mnie słońcem otula,
Zbędne mi szaty i stroje
Gdy wiosna otwiera podwojeSzlak, ani siennik nie twardy,
Gdy błękit nade mną otwarty,
Nie straszny głód, ni pragnienie,
Gdy prosi lasu schronienieStaję za stają wędruję,
A wcale zmęczenia nie czuję,
Nie groźne podróży trudy,
Gdy grają piosenki nuty♪♫*- O! - przerwał nagle, ujmując z głowy kapelusz, którego podobno nie było mu trzeba. - Dotarliśmy! Poznaję gospodę! To Postój Wędrownika!
Nie byli na miejscu pierwsi i nie byli na miejscu w porę, ale dotarli. Pierwsza, mokra robota za nimi.

Milo ucieszył się na gwar i wesoły chaos Wędrownika, obeschły już całkiem i z myślami biegnącymi dalej w kalendarz. Nie myślał o konspiracji, gdy zobaczył Lobelię, Prymulkę i Droga, bo dziwniejszym byłoby chyba, aby hobbit nie zbratał się przy takiej okazji z każdym z kuzynostwa, które napotka (choćby na krótko i choćby kuzynostwo było to najodleglejsze).
Tuk, czując tak powinność, jak i przyjemność, postawił kolejkę korzennego piwa towarzyszom własnej przeprawy. Gawędzili wesoło i Milo zaśmiewał się, słuchając o dzikich pochrapywaniach Brody'ego, który za zasłoną tataraku był jak i Bestia za Murem. Tak, strach miewał wielkie oczy!
Milo – w przeciwieństwie do Lobelii, która bujdy o strasznościach traktowała tak jak się powinno, czyli jak bujdy, więc rzecz nie wartą rozmowy – na plotki o rzeczach niestworzonych i dziwacznych miał wielki apetyt. Nie był mąciwodą, ani plociuchem, więc jeśli nawet zasłyszał taką czy inną smakowitą dziwaczność, nie podawał jej bezmyślnie dalej, ani nie potakiwał opowiadaczom na każde ich wydumanie, trzymając raczej grzeczny, ale zaciekawiony dystans. Tam, gdzie Lobelia odpuściła, Makary był gotów podłapać wątek, chłonąc goryczkę piwa, ciepło kominka i iskrę przygody.
Z rzeczy konkretnych pozostawał jednak nocleg i tu pani Bracegirdle pokazała, że ma głowę na karku, pomyślawszy o wszystkim, nim jeszcze Wodniacy przybyli na miejsce. Milo rzeczywiście mógł pomóc Baldowi – kto wie, jaka to sowa pohukiwała mu pod dachem? Pomóc bliźniemu się wyspać było dobrym uczynkiem, a że przy okazji może dałoby radę podpatrzeć jakiś ciekawy gatunek? Sóweczkę? Włochatkę? Może pójdźkę, albo syczka? O, już mniejsza o sam nocleg, ale okazja na kanapkę przyjemnego w pożytecznym była przednia!
– Uszanowanie, Baldo – Hobbit zaszedł do stolika dalekiego krewniaka, kiwając głową i dając znak gospodarzowi, by podskoczył z zamówieniem. – Uwagi mej doszło, że Matka Natura uwzięła się na ciebie i noce masz nieprzespane.
– A szkoda gadać... – Bunce oczy miał podkrążone i chwilę łypał nimi na Tuka, nim wyłapał jego imię z pamięci. - Milo. Szkoda gadać, ptaszysko spać nie daje...
– Bieda, prawdziwie, drogi Baldo. Ale rzeknij, mógłbym zerknąć w sprawę ze swej perspektywy? - Milo pokiwał mu na zachętę, jakby samo zainteresowanie mogło już być pocieszeniem. - Znam się trochę na zwierzakach, słyszałeś pewnie, co o mnie plotą... Może będę w stanie pomóc przepłoszyć to sówsko...
Tuk miał nadzieję, że kuzyn nie da się prosić – widać było po worach pod oczami i mętnym wzroku, że za dobry sen zapłaciłby złotem. Makary planował już jak udając jastrzębia albo puchacza zdoła wystraszyć mniejszego ptaka i załatwi strapionemu Baldowi ukojenie... A w najgorszym razie, jeśli to nie pomoże, zgotuje mu ziółka, które przynajmniej dadzą biedakowi się wyspać.
-

Bunce zrazu oczy otworzył i sam jak sowa przez chwilę wyglądał.
– Ho, ho! Byłoby wspaniale! – Baldo nie wyjawił, że płoszyć ją już próbował, ale bez efektu, bo ptaszysko zaraz wracało, jakby na złość. – Mam gospodarstwo niecałe ćwierć mili stąd, a i... a co mi tam opłacę wam tu posiłek i trunek i coś na rano wezmę.
Rorimak, Paladin, Milo, Odo
Faktycznie, spacer był krótki nawet dla kogoś, kto miał już wilka staj w nogach. Gospodarstwo było niewielkie, acz sala wspólna przy palenisku miała swój urok. Bunce parał się uprawą różnych warzyw, ale też czasem zbierał drewno na opał dla siebie i na sprzedaż, miał więc zapas, który to ledwie tylko nadwyrężył, kiedy tylko usadowili się w środku i wziął się za przygotowanie ciepła dla gości (w czym później wyręczył go Milo).
Otrzymali od niego jeszcze koce, dzbanek piwa i koszyk ułomków chleba na noc, w razie gdyby komuś zaburczało w brzuchu. Bunce wcale, a wcale nie wtykał nosa w ich sprawy, upewniał się tylko, czy mają wszystko czego im potrzeba.
– Zjawia się zwykle o zmierzchu, lub trochę później, jak już podje trochę, ale może dzisiaj się mnie nie spodziewała, więc nie zjawi się wcale. Może się nam poszczęeee... – Baldo ziewnął przeciągle. – Na poddaszu zwykle przesiaduje, a wejście tam po drabinie od zewnątrz na szczycie do...
– HUUU-HU-HU-HUUUU! -
Esmeralda Tuk


Esmeralda ucieszyła się niezmiernie na widok własnego brata i towarzyszącego mu Rorimaka, wracających tryumfalnie z liną w dłoniach.
- Hejże, ho! - zakrzyknęła radośnie, podrywając się z trawy z takim impetem, że sójka, która odpoczywała na jej ramieniu, musiała czym prędzej wzbić się w powietrze, by nie spaść w niegodny sposób.
Hobbici całkiem sprawnie przeprawili się przez rzeczkę - choć trzeba przyznać, że była to przygoda niezmiernie niebezpieczna i ekscytująca zarazem… przynajmniej w oczach Esmeraldy. Tak też później, tego samego wieczoru, a nawet po latach, opowiadała z przejęciem, jak to woda niemal porwała Paladina, jak Rorimakowi stopa ugrzęzła między zdradliwymi kamieniami, jak konstrukcja z palików prawie rozpadła się w ostatniej chwili - oraz jak ogromny rzeczny potwór wynurzył się z odmętów, rozwierając paszczę, by pożreć całą czwórkę. Na szczęście Esmeralda zdzieliła bestię tukowym kosturem prosto w łeb, dzięki czemu wszyscy mogli czmychnąć na drugi brzeg.
- Naprawdę tak było! - zapewniała z poważną miną w gospodzie, popijając korzenne piwo.
I tylko sójka spoglądała na nią z wyraźnym powątpiewaniem, wiedząc doskonale, że żadna z tych dramatycznych scen nigdy nie miała miejsca.
W przeciwieństwie do Prymuli i Lobelii, Esmeralda nie przykładała wielkiej wagi do plotek - a już zwłaszcza do tych dotyczących córek ciotek stryjecznych od strony ojca zięcia czyjejś babki. Toteż jedynie ceremonialnie przewróciła oczami, gdy Parasolica odeszła od ich stolika, wyraźnie znudzona opowieściami o rzecznych potworach i innych niezwykłościach. Tukówna machnęła za nią ręką i wróciła do swojego kufelka, z o wiele większym zainteresowaniem przysłuchując się temu, co ją naprawdę pociągało - nawiedzonym kamieniołomom, tajemniczym i nikczemnym zjawom, wszystkiemu, co nieprawdopodobne i choć odrobinę niebezpieczne.
Gdy więc Prymula i Drogo zaczęli opowiadać o tajemniczych światełkach, Esmeralda przestała się wiercić, wytężyła słuch i skupiła całą uwagę na tej historii. Wyobraźnia porwała ją daleko w góry, gdzie wędrowała, wiedzioną duchem przygody i ciekawością nieprzystającą - jak mawiano - dorosłym i poważnym hobbitom z parasolkami.
Kiedy Milo postanowił wyruszyć, by pomóc w sprawie przerażającej sowy, Esmeralda była już niemal przy nim - jedną nogą gotowa do drogi. Drugą zaś tkwiła już w cieplutkim łóżeczku, pod kołderką, najedzona i gotowa do długiego snu. Ziewnęła przeciągle i cofnęła nogę, bo zmęczenie po długim dniu i rzecznych “zmaganiach” dało o sobie znać.
Rankiem bardzo chciała wyruszyć do Michel Delving, lecz wciąż pozostawała sprawa niecierpiąca zwłoki - spuchnięta i nieszczególnie sprawna noga biednego Droga. Esmeralda, choć pragnęła dalszych przygód, nie mogła opędzić się od współczucia, widząc Prymulę zatroskaną o ukochanego. Postanowiła więc odłożyć na bok własne kaprysy i pomóc w wyprawie do lekarza.
W myślach już uknuła plan: w drodze tam będzie rozweselać Droga, by dodać mu otuchy, a w drodze powrotnej to samo ofiaruje Prymuli - by pokrzepić jej zmartwione serce i zapewnić, że wszystko dobrze się skończy.

-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin drgnął tak gwałtownie, że omal nie wylał sobie piwa na kolana.
— No proszę — mruknął, mrużąc oczy. — Znowu coś, co brzmi jak coś, czym nie jest.
Z zewnątrz poniosło się przeciągłe:
— HUUU-HU-HU-HUUUU!
Paddi uniósł palec.
— To ma być sowa — oznajmił tonem hobbita, który już raz się pomylił i nie zamierza robić tego drugi raz. — Tylko że… — zawahał się — …czy sowa powinna tak bardzo się starać?
Spojrzał podejrzliwie na sufit.
— Bo ostatnio też było „grrr-ghrrr”, a wyszedł z tego hobbit w łódce. I to z brodą. — Pokręcił głową. — Ja już nie ufam odgłosom. Odgłosy są zwodnicze.
Znów:
— HUUU-HU-HU-HUUUU!
Paladin zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
— To może być sowa. — Skinął głową. — Ale równie dobrze może być hobbit, który próbuje być sową. Albo sowa, która próbuje być hobbitą. Świat jest skomplikowany.
Podszedł do drzwi i wyjrzał ostrożnie w stronę poddasza.
— Powiedziałeś, że zwykle przesiaduje na górze? — rzucił przez ramię do Bunce’a. — Bo jak to faktycznie sowa, to siedzi. A jak to hobbit… to też może siedzieć. Hobbici lubią siedzieć.
Zadarł głowę ku szczytowi domu, gdzie drabina prowadziła na poddasze.
— Można by sprawdzić — mruknął. — Tak dla pewności. Naukowo.
Zrobił krok w stronę wyjścia, po czym zatrzymał się.
— Chyba że ktoś inny chciałby. — Odchrząknął. — Bo ja oczywiście mogę. Drabiny nie są mi obce. Kiedyś wszedłem na stołek. To prawie to samo, tylko wyżej.
Znów huknęło:
— HUUU-HU-HU-HUUUU!
Paladin skrzywił się.
— To brzmiało trochę… obraźliwie.
Odwrócił się do Rorimaka, Milo i Oda.
— Dobrze, plan jest taki: ja wchodzę. Powoli. Cicho. Jeśli to sowa, to ją zobaczę. Jeśli to hobbit… to zobaczę też. A jeśli to coś trzeciego, to zawołam. Tylko nie za głośno, żeby nie spłoszyć czegokolwiek, co udaje cokolwiek.
Westchnął i złapał się pierwszego szczebla drabiny.
— I pamiętajcie — dodał półgłosem — jeżeli to znowu będzie zwykły, spokojny ktoś, kto tylko wydaje dziwne odgłosy… to ja nic nie mówiłem o wilkach. Ani o potworach. Ani o sowach-hobbitach.
Po czym zaczął się wspinać, mrucząc pod nosem:
— Huu-hu, powiada… zobaczymy, kto tu komu hu-hu…
-

Paladin Tuk II: polowanie (PT 15) - |
4, 7 | 1 | - porażka!Paladin Tuk Drugi coś zobaczył. Nie było to coś trzeciego, bo nie wołał. Ujrzał więc coś pierwszego lub drugiego, lub jeszcze coś kolejnego. Miało to pióra i oczy wielkie i dziób straszliwy, zakrwawiony świeżą zdobyczą (znaczy tak, zapewne niejeden hobbit później by to opowiadał). Pazury zdolne rozszarpać żywą istotę, a istot tych trochę leżało na poddaszu. Stwór przesiadywał w półmroku, groźny gotów do ataku. Dopiero, gdy Paladin szerzej otworzył drzwiczki, światło wpadło do poddasza, rozwiewając wszelkie wątpliwości co do sowości sowy, no chyba że coś bardzo dobrze sowę udawało. Cos lub ktoś. Pewności nigdy nie mógł mieć, więc należało działać ostrożnie. Tylko co właściwie należało zrobić?
– HU?
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin najpierw zobaczył oczy.
Potem zobaczył drugie oczy.
A potem zrozumiał, że to wciąż te same, tylko bardzo, bardzo duże.
Zamarł na drabinie, z jedną stopą w powietrzu i ręką kurczowo trzymającą framugę.
— Hu… huuu? — odpowiedział odruchowo, zanim zdążył pomyśleć, że właśnie rozmawia z czymś, co ma dziób większy niż jego łyżka do zupy.
Światło wpadło szerzej. Pióra. Dziób. Krew. Małe, bezsprzecznie martwe stworzonka rozsiane po poddaszu.
Paladin przełknął ślinę.
— To jest… — wyszeptał do siebie — …bardzo przekonujące przedstawienie sowy.
Sowa przekrzywiła głowę.
— HU?
— No właśnie! — syknął Paddi, unosząc palec, jakby prowadził uczoną dysputę. — Tak samo mówię. „Hu”. Bardzo sowio. Aż podejrzanie.
Zrobił maleńki krok w tył, ale drabina skrzypnęła i zatrzymał się w pół ruchu.
— Spokojnie — mruknął, bardziej do siebie niż do niej. — To nie wilk. Wilki nie mają piór. Chyba że wyjątkowo źle się potoczyło ich życie.
Sowa poruszyła skrzydłem. Pazury błysnęły.
Paladin wciągnął powietrze przez zęby.
— Dobrze. — Skinął głową bardzo poważnie. — Załóżmy roboczo, że jesteś sową. Prawdziwą. Autentyczną. Z krwi i… — zerknął na zdobycz — …z innych rzeczy.
Z dołu dobiegł czyjś szept.
Paladin nie odwrócił głowy, tylko odpowiedział półgłosem:
— To zdecydowanie sowa! Albo ktoś, kto sowę bardzo dobrze udaje! Ale stawiałbym na sowę!
Znów spojrzał w wielkie oczy.
— Nie mam nic przeciwko tobie osobiście — wyjaśnił uprzejmie. — Siedzisz tu. Huczysz. Zjadasz… co tam zjadasz. To bardzo w porządku zajęcie dla sowy.
Sowa zamrugała.
— Tylko wiesz — ciągnął dalej, coraz bardziej konfidencjonalnie — my tu nocujemy. I jak będziesz tak… teatralnie huczeć, to hobbici na dole będą sobie wyobrażać różne rzeczy. A wyobraźnia już nam dziś zrobiła kilka figli.
Zrobił jeszcze pół kroku w tył.
— Nie zamierzam cię ruszać. Ty nie ruszaj mnie. Uznajmy, że się widzieliśmy, ale nie znamy. To bardzo cywilizowane podejście.
Sowa wydała krótsze:
— Hu.
Paladin skinął głową z powagą.
— Właśnie tak. Rozsądnie.
I zamknąwszy ostrożnie drzwiczki do poddasza, powolutku, szczebel po szczeblu, zaczął schodzić na dół, mamrocząc pod nosem:
— Sowa jak malowana… z pazurami jak grabie… i z obiadem rozrzuconym po całym poddaszu… Zupełnie normalny wieczór. Zupełnie.
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin, już na dole, stał chwilę z rękami założonymi na brzuchu i miną stratega, który właśnie odkrył, że jego przeciwnik ma skrzydła.
— Dobrze — oznajmił półgłosem. — Mamy sowę. Prawdziwą. Zawodową. Z doświadczeniem w huczeniu.
Zadarł głowę ku sufitowi.
— A my chcemy spać. To są dwie potrzeby, które się gryzą. Jak pazury z poddasza.
Zaczął chodzić w tę i z powrotem, coraz bardziej nakręcając się własnymi pomysłami.
— Można ją… przekonać. Uprzejmie. — Wskazał palcem w górę. — Wejść i powiedzieć: „Szanowna Pani Sowo, czy rozważyłaby Pani zmianę lokalu?”. Tylko że ona wygląda na taką, co odpowiada wyłącznie „hu”, a z „hu” trudno wynegocjować ciszę nocną.
Zatrzymał się.
— Można ją przegonić hałasem. — Zmarszczył brwi. — Ale wtedy będziemy robić większy hałas niż ona. A ja już dziś nasłuchałem się różnych „rrrgh” i „huuu” na zapas.
Uniósł nagle palec.
— O! Można spróbować ją… znużyć.
Spojrzał na pozostałych z powagą.
— Jeśli będziemy huczeć w odpowiedzi. Równo. Jednostajnie. Bez pasji. To może uzna, że teren jest zajęty przez większą, bardziej monotonną sowę i się wyprowadzi.
Zamyślił się chwilę, po czym pokręcił głową.
— Albo przeciwnie. Uzna to za zaloty. A tego bym nie chciał rozwijać.
Westchnął.
— Można też wejść i delikatnie postukać w belki. Tak, żeby uznała, że dach jest… niestabilny. Sowy lubią stabilność. Ja też.
Przechylił głowę.
— Ewentualnie… — ściszył głos — …przenieść jej kolację. Te wszystkie drobne stworzonka. Jeśli uzna, że spiżarnia się pogorszyła, może zmienić adres.
Zaraz jednak skrzywił się.
— Tylko że to oznaczałoby wejście tam jeszcze raz. A ja już raz byłem bardzo blisko jej pazurów i uważam, że to wystarczy na jeden wieczór.
Znów spojrzał w sufit, gdy rozległo się przeciągłe:
— HUUU-HU-HUUU!
Paladin drgnął.
— Najrozsądniej — powiedział w końcu tonem kogoś, kto właśnie odkrył prawdę objawioną — będzie przekonać ją, że tu straszy. Nie my. Tylko dom.
Oczy mu błysnęły.
— Jeśli Milo porządnie rozdmucha ogień, a my zaczniemy chodzić ciężko, przeciągać ławy, postukiwać… niech pomyśli, że to miejsce jest głośne, ruchliwe i zupełnie nieodpowiednie dla sowy ceniącej spokój.
Nachylił się bliżej reszty.
— Sowa przyszła, bo było cicho. Zróbmy, żeby było niecicho. Ale z umiarem. Tak, żeby Bunce nie uznał, że to my jesteśmy potworem zza Zielonego Muru.
Po chwili dodał poważnie:
— A jeśli nic nie zadziała… to zawsze możemy spać na zmianę. Jedno ucho śpi, drugie słucha. Ja mam całkiem pojemne uszy. Może jedno wystarczy.