Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
-
Morwen

Morwen zeszła na Ścieżkę jako jedna z ostatnich, zamykając pochód wysłanników Lazurowej Kompanii. Gdy stanęła przed czerniejącym wejściem w głąb, przyłapała się na chwili wahania. Czy na pewno był to dobry pomysł? Czy rzeczywiście tego pragnęła? A jeśli właśnie po raz ostatni widziała światło dnia i po raz ostatni wdychała chłodne, jesienne powietrze? Mogła już nigdy nie wrócić z tej wyprawy. Mogła też spotkać coś znacznie gorszego od śmierci.
Uśmiechnęła się tylko kącikiem ust, które niedawno musnęła bordową pomadką z czarnych jagód i dzikiej róży. Jej złociste oczy błysnęły w ostatnim świetle poranka. Wątpliwości rozproszyła równie szybko, jak się pojawiły. Poprawiła rzemyk spinający czarne włosy, rzuciła ostatnie spojrzenie na rozciągające się za plecami Drusdygg i ruszyła w ciemność - gnana ciekawością i determinacją.
Szli powoli i ostrożnie przez zrujnowane, splądrowane korytarze. Morwen przyglądała się mijanym pomieszczeniom z ciekawością, która szybko ustępowała czemuś na kształt rozczarowania. Komnaty były puste. Nie kryły niczego wartego uwagi. Nic dziwnego - ta część dawno już została zbadana i ogołocona z wszystkiego, co mogło mieć wartość.
Puste sale i wszechobecna cisza skrywały jednak coś jeszcze. Coś, czego nie dało się dostrzec gołym okiem ani usłyszeć zwyczajnym uchem. Coś, co wyczuwał tylko ktoś wrażliwy na subtelne arkana magii.
Morwen szybko zorientowała się, że nie ona jedna wyczuła drobinki mocy unoszące się jeszcze w tych korytarzach Ścieżki. Czy poczuła nieprzyjemne ukłucie na myśl, że nie jest jedyną magiczką w grupie? Być może. Czyżby nie wierzono w jej umiejętności i wiedzę, skoro zatrudniono więcej specjalistów od arkanów? A może obawiano się, że dawno opuszczone korytarze skrywają znacznie większe niebezpieczeństwa i woleli zabezpieczyć się na wszelki wypadek?
Pytania przemknęły jej przez myśl, gdy przyglądała się nowym towarzyszom. Odpowiedź była jednak tylko jedna - musiała udowodnić, że to właśnie ona okaże się niezastąpiona.
Gdy mistrz Wedryk zakończył swój wywód, kamień ucichł, a uczeni przystąpili do swoistego rytuału otwarcia wielkich, ciężkich i ziejących grozą wrót, Morwen przezornie cofnęła się o kilka kroków. Stukot jej obcasów odbił się echem od starych ścian.
Zatrzymała się za potężnym mnichem Ballo, wyglądając zza jego szerokich pleców z ciekawością na cały ten zabieg, z rękami splecionymi na piersi. Gdyby rzeczywiście doszło do zapowiadanego wybuchu energii - albo gdyby zza wrót wyskoczyło coś niepożądanego - Ballo stanowił całkiem dobrą osłonę dla drobnej czarodziejki.
Chwilę później schodzili już marmurowymi schodami. Morwen stawiała kroki ostrożnie, skupiona na pulsującej wokół magii. Energia była wszędzie. Było jej tyle, że drobne włoski na jej karku i przedramionach stawały dęba.
Była mniej więcej w połowie schodów, gdy ogromna sala nagle zajaśniała, jakby ktoś dotknął jej czarodziejską różdżką. Przez moment przyzwyczajała się do nagłej jasności, a gdy wreszcie odzyskała wyraźne widzenie, dostrzegła Eutalo stojącego przy mechanizmie w towarzystwie naukowców. Jasne więc stało się, skąd wzięło się światło.
- Obyśmy tylko tego nie pożałowali - mruknęła pod nosem.
Jakby na przekór tym słowom, chwilę później z drugiego końca sali dobiegły niepokojące dźwięki.
Morwen powędrowała wzrokiem za spojrzeniami tych, którzy pozostali jeszcze wyżej, próbując dostrzec to, co oni.
Nie była w stanie ocenić, czy zbroje rzeczywiście zaczynały się poruszać, czy był to jedynie cień złudzenia - gra światła albo jakaś iluzja. Zamiast jednak bezczynnie się przyglądać i czekać, aż potencjalne zagrożenie podejdzie bliżej, Morwen zawróciła i wspięła się po schodach z powrotem na górę. Dołączyła do reszty, mijając po drodze okutego w zbroję Randala, opasanego liną.
- Powodzenia - rzuciła, gdy się minęli.
Sama zajęła miejsce za znaną już sobie tarczą w postaci mnicha Ballo.
Nie zamierzała rzucać się do walki, jeśli nie było to konieczne. W pogotowiu miała oczywiście swój magiczny dar i zachowywała pełną czujność, lecz pierwsza linia należała do zbrojnych - a czarodziejka nie widziała powodu, by sprzeciwiać się tej zasadzie.
-
Światło spływające ze świeczników i kandelabrów wzmagało się, jakby miało na wyścigi wypalić ze świec cały wosk. Może i nastawione wcześniej na półcień oczy trochę oszukiwały, ale nawet dzieląc włos na czworo, szło dostrzec, że ogień na knotach rośnie jakby ktoś regulował go pociągnięciami sznurka. Magia. No tak, w tym wypadku całkiem dosłownie i dziwnym byłoby się jej nie spodziewać.
Dla ludzi magia zawsza miała w sobie pewien dziw i nawet mimo woli, gdy działa się w sposób zaplanowany i zrozumiały, ściągała spojrzenia i wzmagała uwagę. Górnicy, którzy wkroczyli na Ścieżkę za Hazarem patrzyli po hali ze zdumieniem, stopniując rozwarcie paszcz od ogromu samej przestrzeni, przez magiczne włączniki i regulowane płomienie po skaczący na podłodze metal.
Nie było, co im się dziwić. Każdy z obecnych oceniał majestat Ścieżki we własnej głowie, ale nikomu nie przyszłoby nań prychać. Tym bardziej zatem chłopakom Hazara, którzy byli solą tej ziemi i ludźmi swoich czasów. Ich zdumienie magią było naturalne.
Tak samo, jak naturalna musiała być magia dla starożytnych Suelów. Eutalo rozglądał się po ogromie komnaty i zastanawiał się, które elementy wokół były dziełem magii, które dzięki niej trwały i które robiły z niej użytek do dziś. Wiedział, że w dawnym Imperium arkana miały służyć człowiekowi także na co dzień. Nie tylko jako rytualna sztuka traktowana przez maluczkich z nabożnym lękiem.
Oeridyjczyk zamknął oczy i skupił myśli na zamkniętym w powidoku obrazie skaczącego metalu sprzed chwili. Czuł, że duża część hali jest naelektryzowana energią i zakładał, że mógł być to przykład magii, która wymknęła się spod kontroli.
Morwen nie dostrzegała, skąd ruch w dawno zamarłej przestrzeni, ale intuicja podpowiadała, że zapewne szyny czy reliefy stanowiły żyły przepływu Mocy i rozdarte na poziomie tak fizycznym, jak i astralnym, rozlewały magiczną energię jak wezbrany rynsztok.
Hazar i Marius czuli po swojemu, że podskakujący metal nie jest czekającą eksplozji pułapką. Nie umieli śledzić szlaków magii tak sprawnie jak Morwen czy nawet Eutalo, ale niejednokrotnie mieli tę przewagę nad ekspertami, że dostawali cynk czego się spodziewać z samej góry (albo dołu – zależnie od tego jak lokować szepczące im w głowie odgłosy).
Przestrzeń w dole nie gwarantowała bezpiecznego przejścia, ale nie była też jedną wielką zasadzką, którą ustawiono by polować na nowych. Randal wkroczył po stopniach w dół jako pierwszy, by przekonać się samemu, jak starożytność powita przybyszów z przyszłości.
Lina była zdecydowanie za krótka na daleki wypad, ale póki co, marmur pod butami był twardy i nic nie waliło się na głowę. Sufit ciągle był wysoko i odbijał echem kroki podkutych butów paladyna. Pierwsze kroki na właściwej Ścieżce od wielu wieków.
Rycerz szedł powoli z bronią w pogotowiu. Broń jednak bronią, ale podstawą bezpieczeństwa jego bytu na dole był ogromny pawęż, który niedawno nabył. Tarcza ograniczała pole widzenia, więc Randal trzymał ją poniżej twarzy, napięty by w każdej chwili wznieść osłonę do gardy.
Do drgających metali był jeszcze spory kawał, a sir Bronson nie myślał, żeby robić przebieżkę na ukos przez nieznane sobie magiczne lochy, więc pozostałe na schodach i tarasie towarzystwo zaczęło wiercić się na miejscu. Niewielu jednak paliło się, by rwać się za paladynem.
Zachęty do drogi nie czekała Lara, która w odpowiedzi do rycerza, by mieć broń w pogotowiu, zwyczajnie zeszła za nim. Doktor Quatermain wyuczyła się lekarskiego fachu, ale renomę poza rodzinnym Greyhawk wyrobiła sobie jako archeolożka i eksploratorka dziczy – często łącząca oba obszary, bo nie przypadkiem dzicz i starożytność lubiły swoje towarzystwo. Kobieta zeszła z badawczego piedestału i z kolbą na ramieniu, łypiąc po okolicy za podejrzanym ruchem, szła naprzód obok Randala.
Widząc, że duet śmiałków ominął ostrożnie kamienne ławy i idzie naprzód, Hazar zszedł za nimi, nie mogąc dłużej wysiedzieć z tyłu. W głowie miał ciszę. Żadnego głosu i sumienia. Mówiły do niego tylko jego własne zmysły. Wzrok zdumiewał się i napawał kunsztem roboty, ale oczy męczyły od światła, a gałki łypały to z jednej, to z drugiej, gdy kąt spojrzenia chwytał kolejne podskakujące żelazne opiłki czy płytki. Uszy rejestrowały szuranie i stukot w całej hali, niby odosobnione i niezgrane, jakby czynione przypadkiem, a jednocześnie układające się w stały szum. Nos wietrzył metal... Żelazo i stal. Ale było tego więcej.
Czy po drugiej stronie sali... Tam hen, pod jednym z posągów przy wyjściowym portalu... Czy to nie leżały aby złote sztabki? Krasnolud wyostrzył spojrzenie zaczerwienionych ślepiów, ale na raz musiał skupić się na tym, co bliżej, bo trzy pokraczne zbroje zaczęły poczłapywać w jego stronę, ciągnąc za sobą podskakujące na podłodze sztabki i żelazne grudki.
- Tervetuloa, arvoisa sisar. Ovatko nämä epäpuhtaat tulleet tänne vieraiksesi? - Zagrał głos pod czaszką doktor Quatermain, gdy metal zaczął trzeć o metal, wzrastając w ruchome górki, który sunęły w jej stronę.
- Kyllä... - odpowiedziała odruchowo. - Kyllä, he ovat minun vieraitani.
- Też usłyszałaś? - zawołał z góry Quolleb, który wciąż pozostawał w dystansie, przyglądając się runom na konsolce obsługi windy. - Ktoś jeszcze?
Większość kompanii nie wiedziała o czym mowa. Część wysunęła się nieco poza schody, albo ustawiła bokiem, jakby planowała złowić dźwięki, o których wspomniał historyk, a których oni nie dosłyszeli. Jedynie Fenbo, młody, jasnowłosy górnik o mdłych, rybich oczach i zbielałej cerze zdawał się wiedzieć, o czym mowa.
Albo inaczej – nie miał bladego pojęcia. Ale też musiał usłyszeć coś, czego nie usłyszeli inni, bo na pytanie Quolleba odruchowo pokiwał głową, wypatrując w doktorze wskazówek.
- Ktoś lub coś... - Lara spojrzała niepewnie na pancerze, które ustawiły się do pionu i zaczęły pokracznie, w towarzystwie zbitych w kupę, podskakujących jak żabki skrawków metalu, zbliżać się do gości z zewnątrz. - Sugeruje, że na ciepłe przyjęcie mogą tu liczyć tylko niektórzy... Widać ci, którzy usłyszeli komunikat mają coś wspólnego. I pewnie nie tylko znajomość suelskiego...
- Astu alas ja toivota vieraamme tervetulleiksi - zawołał z góry historyk, mimo wyróżnienia przez Ścieżkę trzymając od jej gościny bezpieczny dystans.
Słowa spłynęły z tarasu jak podmuch, opadając na skołataną przestrzeń hali nagłym spokojem. Niby tylko dźwięki i zgłoski, a jednak komnata zamarła. Metal przestał drżeć i trzeszczeć, opadając w bezruch, jakby ktoś od spodu odjął gigantyczny magnes. Stojące pancerze, w kontrze do reszty staroci, nie opadły w pył, ale stanęły, trzymając pion i pozycję, których nie powtórzyłby niejeden gimnastyk.
Na halę wróciła cisza.
-

Ballo czuł się zadziwiająco spokojnie i komfortowo w tych murach. Ich dostojeństwo przypominało mu klasztor, który - jak wiele innych majestatycznych miejsc - powstał w miejscu, gdzie wcześniej była suelska budowla. Mury też mówiły do niego... niezwyczajne, ale dla niego nie była to zwykła wyprawa, bardziej poszukiwanie własnego przeznaczenia. Oraz oczywiście misja chronienia. Ballo nie szarżował na pierwszą linię, trzymał się nieco z tyłu, by nie spuszczać oka z uczonych i czarodziejów. Był ich tarczą. W uszach zabrzmiał gong pękniętego dawno dzwonu i ciało przygotowało się do walki, mięsień po mięśniu, nerw po nerwie. Było gotowe znosić ciosy i ignorować ból. Magazynowało witalną siłę, gotowe uwolnić ją w krótkim, szybkim zrywie, gdyby czyjeś życie było zagrożone.
-

Marius Utopiec
/- Czuje potężną magię zza tamtych drzwi te płytki to nie pułapki też przez nich jakaś magia przepływa potężna rzeka magii za tymi drzwiami - Powiedział Marius w końcu, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami, zauroczony przepływami magii zamilkł na dłuższą chwilę ale w końcu zebrał się w sobie.
Przywołał w dłoni kulę magicznej energii gotów strzelić w kierunku zbroi gdyby ich zaatakowały.
//- Może te zbroje i płyty na podłodze to jakaś zagadka ? Jestem nieco za głupi żeby ją rozwiązać - Podpowiedział.
// Ready action elderitch Blast w zbroje gdyby zaatakowały// -
Spokój na nowo wyostrzył obraz komnaty, jakby po drganiach i prześlizgach metalu świat zapadł w nowe ujęcie, które trzeba było obejrzeć ze wszech stron, by dostrzec zmiany detali. Zebrane wcześniej w pokraczne kształty bryłki żelaza, blaszki, gwoździe i reszta skrawków opadły z powrotem w nieład, krzyżując swoje zygazki z wzorami na płytkach marmuru. W pionie zostały tylko spięte jakąś metodą w stałą formę płytowe zbroje, które we wcześniejszym rozgardiaszu zbliżyły się nieco, dając się lepiej obejrzeć.
- I że to metal sam-ón tak idzie? - odezwał się Brago, niby to w głos, a może jednak upewniając się konkretnie u Hazara, którego zaszedł od lewej. Młody górnik miał prawo nie wiedzieć, bo i niejeden dał tu się zmylić, a im dłużej się patrzyło, tym jaśniejszym było, że sprawa to dla zebranych z drużyną magików.
– Tak, to konstrukty – wyjaśnił schodząc śmiało naprzód Eutalo, wyrwany z ostrożności podziwem dla mechanicznego kunsztu. – W środku nikogo nie ma... To znaczy, niechże się przyjrzę... Konstrukcja jest oparta na manekinach, na które nałożono sam pancerz. Zbroja nie trzyma się na samym drucie...
– Widać, że porządne – zgodził się Brago, choć był mniej lotny w obserwacji. – Tyle lat leży, a rdzy ani hu-hu.
Morwen nie umiała ocenić, czy przez konstrukty przechodzą nici transmutacji, ani czy ich krok jest zasilany energią wprost z astralnej otchłani. To jednak, że były magiczne i to inną magią, niż ta, która poruszała metal w komnacie czy zapalała świece wokół było dla niej jasne. Zbroje nie były tu intruzami w obcej sobie przestrzeni, ale też na tle żyjącej magii całej reszty Ścieżki zachowały odrębność.
Ballo nie wyznawał się na magii jak żyjący nią towarzysze, ani nie miał nawet za sobą przetrawionych tomów teorii, które pozwalałby wymądrzać się przy zerowej praktyce. I on miał jednak tu odczucie, które nie wszyscy znali.
Czy wręcz przeciwnie – znać, znali je wszyscy. Nie każdy jednak potrafił otworzyć się na nie, wyciszyć i wsłuchać weń. Większość przechodziła przez życie nieświadoma przepływu energii wokół i niezdolna, by zrozumieć, gdzie drzemie życie, dopóki życie to nie pomacha im żywo przed oczami.
Nie chodziło o bicie serca. Ballo wytężył słuch, by się upewnić, ale nic nie usłyszał. Nie zdziwił się. Mógłby nawet nie dosłyszeć cichutkiej kołatki mięśnia, bo jego zmysły były jeszcze zawodne i potrzebowały wiele pracy. Spodziewał się, że nic nie usłyszy i przeczuwał, że pod płytami stali nie ma mięśnia, ni kości.
Mimo tego czuł. Czuł, że w konstruktach jest to, co nauczyciele na zachodnią modłę nazywali ki. Czuł, że w puszkach zamknięte są prawdziwe dusze. Zimno, które już kiedyś wyśnił, zjeżyło mu włos.
– Można... - Doktor Quolleb zawahał się chwilę, ale pomyślał, że jego zapewnienie o bezpieczeństwie głupio by wyglądało z tarasu, więc zrobił krok na platformę windy i zwolnił mechanizm. – Myślę, że można spokojnie iść naprzód...
– Jakby pan doktor mógł podzielić się z nami, skąd taka pewność... – Randal w asyście doktor Quatermain obchodził konstrukty szerokim łukiem, jednocześnie obserwując bałagan wejściowej (czy może wyjściowej) hali.
– Magia tego miejsca reaguje na starosuelski – uspokoił historyk. – Wiemy tak ze źródeł pisanych, jak i trwającej magii, że w Imperium często stosowano tego typu rozwiązania. Genius loci, jak powiedzieliby na Wschodzie, czyli...
– Uproszczając, Suelowie stosowali formę pośredniej... Lub niekiedy pełnej świadomości, jako swoistej konsoli operacyjnej dla użytkowników ich narzędzi, magii czy po prostu przestrzeni – włączył się Eutalo, rozanielony obserwacją tego, co znał tylko z ksiąg. – Albo może prościej jeszcze... Żeby wszystko sprawnie im służyło, potrzebowali czegoś lub kogoś, kto wypowiedziane polecenia przełoży na magię i techniczne rozwiązania.
– Kimże byli owi przekładający? - zainteresował się Seweryn, który wkroczył na płyty posadzki w dole i ostrożnie spacerował, przyglądając się rozrzuconym na ziemi resztkom z dostawczych wózków.
– Demony... – rzucił sucho Hazar, który podążył naprzód, by przyjrzeć się konstruktom z bliska. Kunsztownie rzeźbione płytowe zbroje, opakowane wokół metalowego odlewu w środku. Być może osadzonego na czymś miększym i ruchliwszym. Może manekinie lub kukle, trudno było powiedzieć.
Sam metal był prima sort i nie postarzał się ani o dzień. Krasnoluda kusiło, by puknąć w płyty, ale rozsądek wstrzymał go z gestem. Mimo, że pancerze stały w bezruchu.
– Demony, owszem. Czasem. Często – zgodził się idący na krańcu pochodu doktor Quolleb. – Ale nie tylko! Czasem i duchy innego typu, nie kojarzące się nam tak... Jednoznacznie negatywnie. A czasem po prostu ludzkie dusze. Sami Suelowie jako przewodnicy dla współbraci.
– Łagodne ujęcie, doktorze. – Skrzywiła się Lara, która zwykle trzymała etnograficzny dystans wobec ocenianej materii, ale ten aspekt suelskiej magii oceniała krytycznie. – Zwykle skazańcy. Albo niewolnicy.
Quolleb rozłożył ramiona, jakby przyłapano go na figlu, który nie zdążył nacieszyć do końca. Badacz podszedł przed same konstrukty, stając obok Hazara i Randala, którzy byli najbliżej. Chwilę przyglądał się zbrojom i postukał nawet w jeden, emaliowany na złoto pancerz, ale nic się nie stało.
– Panie Hazarze, zapytam pana jako inżyniera... Gdzie nam teraz najlepiej zmierzać? Czy przed przejściem dalej, powinniśmy upewnić się, co do tych pobocznych komnat? - Archeolog brzmiał, jakby sam był nieco zaskoczony ogromem tego, co zastali i potrzebował zderzyć z kimś swoją opinię, a już najlepiej bez jej wcześniejszego wygłaszania. – Sir Randal zapewne też wspomoże nas wskazaniami z zakresu bezpieczeństwa... Czy możemy iść naprzód, czy wypada jakoś obstawić czy zapieczętować ujścia boczne?
- Dobrze byłoby wiedzieć, czego można się tu spodziewać... – wtrąciła Morwen. - Magii jest pełno tak przed nami, jak i dookoła... Ale gdybyśmy coś więcej usłyszeli na start o przeznaczeniu tego miejsca...
– To główny hall, który służył jako oś transportowa z głębi góry, albo może i jeszcze skądinąd... Stąd wyjeżdżały dostawy na zewnątrz i tędy docierały z zewnątrz – zawyrokował Eutalo. – Przed nami na pewno głębia Ścieżki, jej sanctum jest na pewno dalej... Ale po bokach mogą być różne rzeczy.
– Widać, że wiodły tam szyny, więc albo to składowiska czy magazyny, albo choćby kopalniane przodki. – Uprościł rzecz Hazar.
– Na pewno tak – potwierdził Oeridyjczyk. - Ale przy magii Suelii, te dostawy mogły być skądkolwiek... A magazyny... Wcale nie muszą wyglądać, tak jak się nam zwykle kojarzą.
- Czyli portale? - zaciekawiła się Morwen. – Portale i zagięcia przestrzeni eterem?
– Równie dobrze zwykłe spiżarki – ostudził podniecenie doktor Quolleb. – Ustalmy proszę kroki. Bezpieczeństwo ma tutaj priorytet.
-
- Mus na sprawdzić to za bocznymi przejściami - odrzekł Randal - nie możemy zostawić za plecami niezbadanych komnat. Raz, że to niebezpieczne, a dwa, wszak to archeologiczna wyprawa, tedy trza rupiecie przeszukać. Zbadajmy tu wszystko nim dalej pójdziemy. Tylko bez obmacywania, bo jeszcze jakieś gówno się uruchomi i szlag nas trafi.
-
- Zgadza się. - krasnolud poparł Randala - Jednak w pierwszej kolejności trzeba zdecydować czy idziemy wedle prawej czy lewej strony. Możemy zacząć iść w stronę gdzie jest ta magia. Ale idziemy tylko wedle jednej strony, zawsze pierwszymi napotkanymi drzwiami czy korytarzami, żeby sie nie pogubić. Resztę drzwi zapieczętować po naszemu, żeby mieć pewność, że coś z kądś nie wylezie. Albo przynajmniej narobi hałasu jak bedzie wyłazić. - krasnolud rozejrzał się zwracając uwagę na stan widocznych drzwi. - Przynajmniej tam gdzie to możliwe… - skinął głową w stronę przejścia gdzie wiodły szyny.
- Tak czy inaczej wszystko zależy od tego jak szybko chcemy się poruszać... czy na szybko oglądamy co gdzie się znajduje i przechodzimy przez wszystkie dostępne pomieszczenia żeby rozpoznać plan pomieszczeń, czy spokojnie skupiamy się na jednym pomieszczeniu kontynuując dopiero po dokładnym zabezpieczeniu aktualnego pomieszczenia? Czy też jakoś pomiędzy tymi sposobami... - Hazar podrapał się po swoich bliznach na głowie - Sugerowałbym nie poruszać się ani za szybko ani za wolno. Spokojnie najpierw zbadać pomieszczenia i korytarze pod względem bezpieczeństwa, stabilności, innych przejść czy pułapek. A przeszukać porządnie to możemy je sobie już po zabezpieczeniu w drodze powrotnej. Oczywiście uważając na potencjalne pułapki jakie mogliśmy przeoczyć.
Krasnolud powrócił do oceniania niedawno poruszających się konstruktom.
- A tego typu rzeczom powiązać kostki, tak żeby sie je spowolnić jeśli to możliwe. - zaproponował ustawiając się przed jednym z konstruktów jednocześnie ustawiając obronnie tarczę. - Ja osłaniam, ochotnik potrzebny do wiązania… czy ufamy im, że sie znowu nie poruszą? - zwrócił się do reszty. -
Oczywistości były oczywiste, ale niekiedy musiały wybrzmieć, by krok nabrał pewności, a spojrzenie światła. Hazar i Randal zdecydowali, że najpierw trzeba zabezpieczyć flanki, a przed dalszą eksploracją kuszących głębin zostawić czyste korytarze za sobą i zastawione alarmy.
Nie byli w tej myśli pewnie odosobnieni, ani oryginalni, choć krasnolud widział po niektórych swoich górnikach, że ich ręce już świerzbiły i palili się do tego, by leźć dalej, pakując po kieszeniach co się trafi. Któryś już, chyba Grosz, odbił na środek hallu i pokazywał kolegom rozbity w oddali składzik ze świecącym kryształem i kupę złotych sztabek na drugim końcu komnaty. Nim Hazar dojrzał jego wybryk wycofał się między kompanów, ale chłopaki myślami byli już przy zarobku.
– Ufać nie ma co – odparł Randal na pytanie krasnoluda o konstrukty. – Rozumne czy nierozumne, robią tu za pułapki, a z wilczym dołem czy zapadnią nie będziem się układać. Wiążemy.
– Ja mogę to zrobić – zaoferował się Eutalo, który może nie czuł ryzyka, a może był na nie gotów, byle tylko być bliżej antycznej maszynerii, która biła od magii. – Dajcie łańcuchy, albo sznury...
Drużyna była przygotowana, więc znalazły się nie tylko grube konopne liny, ale na początek nawet łańcuchy o stalowych ogniwach. Ustalono, że najlepiej będzie obwiązać zaklętych rycerzy przy kostkach sznurami, a do tego przypiąć każdego do jednej z kamiennych ław.
– No dobrze... – Oeridyjczyk zbliżył się do pierwszego celu. Pancerz leżał nieruchomo, ale kiedy historyk schylił się nad nim, drgnął jakby tknął go impuls, gdy ktoś zachodzi nas z tyłu. Hazar ruszył naprzód, ale Eutalo powstrzymał go dłonią. – Pysy maassa. Älä liiku. Palvele minua.
Zbroja zamarła, a badacz nawinął na dłoń pęto sznura i kucnął. Sprawne palce szybko uszykowały pętlę i lina zawisła na metalowej łydce... Która skoczyła wraz z całym pancerzem jak bagaż wyrzucony z wozu na wybojach!
Kopniak rąbnął Eutalo w pierś jak młot, wywracając biedaka na plecy aż nakrył się nogami. Hazar i Randal naparli na konstrukt tarczami, ale ich uderzenia odbiły się od porwanej spazmem zbroi jak gradowe kulki.
– Pysykää aloillanne. Älkää hyökätkö! - wypaliła pospiesznie Lara.
Słowa jak zaklęcie zadziałały natychmiast. Metalowi rycerze wyłączyli się, zamierając jakby nigdy nie byli niczym ponad zakurzoną ozdobą korytarza. Nie zareagowali nawet na prewencyjny już w tym momencie cios Hazara, który zadudnił na płytach pancerza aż echo poszło.
– Nie rozumiem... - wydusił dochodząc do siebie Eutalo. Posadzony na tyłku przez Ballo i doglądany już przez Seweryna, który chciał szybko ocenić stan poszkodowanego, Oeridyjczyk dyszał ciężko, trzymając się za pierś. Medyk rozpiął kamizelkę pacjenta i obejrzał poczerwieniały ślad. Szykował się dorodny siniak... Ale kości nie były złamane i wyglądało, że wszystko jest na swoim miejscu.
Oszołomiony Eutalo obserwował jak Hazar, Ballo i Randal uwiązują konstrukty przy ławkach, więzami krępując im nogi. Żaden z metalowych rycerzy nawet nie drgnął.
– Skoro jesteśmy już po prawej, to zmierzajmy do prawej – zasugerowała Morwen, gdy problem potencjalnych przeciwników został rozwiązany. – Tam też czuję magię... Jest jakiś przewiew, świeżość...
-

Seweryn Drachenwulf
– Jakaż to siła, duszę do metalu przyszywa? Jaka mroczna nić wiąże je ze światem doczesnym? – podjął cyrulik, gdy Ważni wdali się w dysputę o "przewodnikach" lecz został zapomniany przez magików i naukowców, zajętych owym miraculum.
Kiedy dalej dyskutowali, przemieszczał się ostrożnie po komnacie, nie chcąc uczynić czegoś, co skutkowałoby karcącymi spojrzeniami, tych co w magii rozeznawali się nie tylko w teorii, lecz i praktyce. Rozglądał się, dziwując i oceniając, lecz daleko się nie oddalając.
Obserwował też, zresztą podobnie jak inni, jak uczony Eutalo konstrukty począł liną obwiązywać i jak w pierś z impetem ucierpiał. Na szczęście nie trwale.
– Be...będzie pobolewać, panie Isebrand. Przy oddychaniu... głębokim, kichaniu, ale kości zdają się być całe. – dłonie Seweryna były nieprzyjemnie zimne, lecz wprawnie nimi operował, wyłuskując spomiędzy tkanek żebra.
– Skoro jesteśmy już po prawej, to zmierzajmy do prawej – zasugerowała Morwen, gdy problem potencjalnych przeciwników został rozwiązany. – Tam też czuję magię... Jest jakiś przewiew, świeżość...
– Poważnych obrażeń nie stwierdzam, tedy ruszać możemy – mówiąc to Rudowłosy cyrulik biegał swymi kaprawymi oczkami od jednej postaci, do drugiej, jakby próbując okreslić, kto właściwie przewodzi tej watasze. Z przyzwyczajenia może wzrok jego spoczął wreszcie na kamienną płytę posadzki.
-
Szli szeroko, obchodząc rozrzucone na ziemi sztabki żelaza, kawałki węgla i metalowe szpargały. Śruby, wkręty, nasady i gwinty walały się po marmurze, wywalone przed wiekami i pozostawione w przypadkowej krzyżówce. Dla większości były śmieciem niewartym uwagi, ale Eutalo – sapiąc przy zgięciach – pochylał się, co krok i przyglądał im z bliska, podziwiając precyzję roboty.
Nikt nie miał mu za złe, że pakował stalową drobnicę po kieszeniach, bo i nikt specjalnie nie krzywił się na górników, którzy przebierali oczami po całej hali, łypiąc za szansą na coś cenniejszego. Doktor Quolleb miał robić za przyzwoitkę wyprawy, ale rezerwował swe interwencje dla poważniejszych spraw niż zgarnięta z ziemi stara moneta. Wiedział, że wszyscy tu ryzykują i wiedział, że skarby, jakie skrywa góra są poza skalą, jaką znano we Wrotach, więc rugać kogokolwiek za uszczknięcie czegoś niedużego...
Brago uśmiechnął się po szelmowsku przy złowionym z podłogi groszu, pewny, że nikt nie zobaczył jego zdobyczy. Widzieli. Widzieli, ale to jeszcze nie był czas, by komukolwiek żałować. Jeszcze nie czas, by ciąć się między sobą. To czekało głębiej, gdy oczy zalśnią przy prawdziwych skarbach.
Randal puścił krasnoluda przodem, by obejrzał portal po lewej, pierwszy po wejściu na dolny poziom. Wysoki na dwadzieścia stóp i szeroki na piętnaście, boczny korytarz obramowany był szarymi, bazaltowymi pilastrami pożyłkowanymi zastygłym w nich minerałem – może złotym piaskiem, ale pewnie bardziej pirytem. Górę zwieńczał trójkątny fronton, na którym wyrzeźbiono postacie dmących w trąby zbrojnych. Wśród zdobień były motywy ptasie, anielskie i ogółem skrzydlate, a od drzwi bił lekki podmuch, więc Hazar zaczął przypuszczać, że może to oznaczenie ciągu wentylacyjnego. Niektóre krasnoludzkie cytadele, które schodziły głęboko pod ziemię korzystały z rozwiązań zaawansowanej pneumatyki i hydrauliki, dbając, by mieszkańcy nie podusili się w swych nie znających światła dziennego domach.
– Wielki Dech – odszyfrowała runy z portalu Lara. – Zapewne przestrzeń odpowiadająca za kontrolę przepływu świeżego powietrza... Może tam jest dostęp do tuneli, które rozgałęziają się po Ścieżce?
– Zapewne – potwierdził Hazar. – Wygląda solidnie, sprawdźmy...
Dotknięte zgrubiałymi palcami krasnoluda drzwi z cienkiego metalu rozstąpiły się, jakby górnik odrzucał z przejścia lekką kotarę. Na raz powiew wzmógł się, a oczom stojących ukazała się okrągła komnata z kopulastym, żelaznym piecem w środku... Czy też cokolwiek to było. Masywny metalowy stop w środku wyglądał trochę jak bunkier z którego odchodziły grube rury prowadzące to w górę, to w dół, to znów na boki... Jedna rura, rozerwana kawałem oderwanego stropu, kaszlała się i krztusiła na wprost od wejścia, sypiąc pyłem i...
– O kurwa!
Magia, czy nie magia, a może mechaniczne zaburzenie magicznego ekwilibrium utrzymującego przepływ powietrza pod kontrolą... Nagle zassane powietrze świsnęło do środka komnaty, ale zanim ktokolwiek zdążył zrobić krok, rozerwana rura rzygnęła zapchanym przepływem, bombardując przestrzeń gruzem, pyłem, kurzem, pajęczyną i zbitym w wilgotne kulki śmieciem.
Kawały gruzy poszły ze spustu jak z katapulty, waląc na ścianę zza której zerkał Hazar i ekipa. Krasnolud zakotłował się gorączkowo, ale nic więcej nie zrobił, wywalony spomiędzy framug portalu kawałem wapienia, który poniósł go kawał przez salę. Randal zareagował może o mgnienie szybciej i zdążył zasłonić się tarczą, ale uderzenie zgięło mu ręce, przybijając osłonę pawęży do czoła aż zadzwoniło. Metal zgiął się w dolnej części, a góra palnęła rycerza w głowę, waląc juchą na posadzkę w ujściu korytarza.
Lara i Eutalo, którzy też byli blisko centrum zdarzeń mieli może te pół metra więcej do tyłu, ale zrobili z niego dobry użytek. Oboje odskoczyli, jakby ktokolwiek mógł się spodziewać, co może gości czekać na pierwszym przystanku Ścieżki. Czy aby o tym nie przeczytali w znanych sobie suelskich runach na wejściu? Hm, jeśli tak, to ostrzeżeniem nie podzielili się z nikim.
Morwen, która była zaraz za nimi oberwałaby chyba najpaskudniej, ale z asystą przyszedł nastawiony, by chronić Ballo. Mnich nie popisał się gracją, spadając na dziewczynę ściętym ciężarem ciała, ale choć poturbowani świszczącymi odłamkami, oboje uniknęli losu posłanego w powietrze Hazara.
Rura krztusiła się jeszcze chwilę, wypluwając odłamki i śmieci, które dudniły o ścianę wewnątrz pomieszczenia Wielkiego Dechu, ale czasem wylatywały i w główny hol, świszcząc i gwiżdżąc. W przestrzeń spadały głównie kamienie ze skruszonych w kataklizmie kolumn, stropów i ścian, ale przez halę pofrunęło też trochę żelastwa, kawał roztrzaskanego mebla, coś co wyglądało jak pająk...
– Kościogryz – rozpoznał bezbłędnie Seweryn, który z dystansu mógł analizować sprawę z zimowym chłodem. – Dobrze, że wyleciał już w kawałkach...
W konwulsjach przewiewu na zewnątrz zaczęło wypływać coraz więcej ciepłego i w końcu gorącego powietrza, a wytłok wyrzucił też jakiś (najpewniej) ludzki zewłok. Trwało to dłuższą chwilę, w której górnicy dopadli do rzuconego dobrych kilkanaście stóp w tył Hazara.
– Barzûl! - wycharczał krasnolud, gramoląc się z powrotem na nogi przy wsparciu Brago i roztrzęsionego Elbira. Z ust wypluł krew i rozkasłał się, a jucha leciała dalej. Westchnął w końcu i zgramolił się na nogi.
Przynajmniej nie wyleciały zęby... Za to klatka pod pancerzem piekła, jakby obracali go na ruszcie. Ale żył, był cały i mógł normalnie chodzić. Wprawdzie nie bez bólu, który tłumił, wypuszczając powietrze nosem, ale jednak w pełnym spektrum ruchowym.
Akurat, żeby móc ruszyć do komnaty, kiedy było już po wszystkim. Albo prawie...
Rura przestała wypluwać gruz i nic już nie waliła o ściany, ale zwolniony przepływ syczał jeszcze. Przeszła może minuta, gdy przestał sypać pyłem, ale wtedy znów rozkasłał się, buchając kłębami pary.
– Może lepiej będzie odczekać na zewnątrz aż mechanizm wróci do ekwilibrium? - rzucił w przestrzeń doktor Quolleb, który propozycję podawał już ze schodów, przykucnięty na nich, niby to poprawiając buta.
– Coś teraz będzie – zawibrował głos pod czaszką Mariusa.
– Garn... - jęknął Hazar, który też to poczuł. Świst z rury wzmógł się, skłębiając parę, a coś jeszcze ewidentnie trzeszczało, upchnięte przed wylotem. – Na ziemię wszyscy!
Tym razem nikt nie dał się już zaskoczyć – większość przypadła do ściany, daleko od wejścia w komnatę, skąd napływał powiew gorąca, a górnicy, którzy zgarniali Hazara zalegli na ziemi, chowając głowy pod splotem dłoni.
– Dobry Pelorze! - zajęczał Elbir. – Diabły!
Wydmuch pary wyrzucił w hol wielki podmuch gorącej wilgoci, opadając na wyrzucone wcześniej kamienie szybko stygnącymi plamami. W oparze wznosiły się zaś bardzo konkretne, skrzydlate kształty. Nie takie wprawdzie, jakich można było się spodziewać po rzeźbieniach frontonu, ale bądź co bądź latające.– Mefity – powiedziała cicho Morwen, oblizując usta i wielkimi oczami obserwując ich przelot po sali.
W hallu para szybko opadała, więc dało się zrachować liczbę skrzydlatych diabłów kształt po kształcie. Parę wzleciało wysoko, prawie pod sam sufit, a inne rozleciały się po pomieszczeniu, jakby nie miały kontroli nad lotem. Razem było ich dziesięć.
A obok, blisko Hazara, były dwa jeszcze, którym szło lepiej się przyjrzeć... Bladobiałe, wychudzone zębate chochliki z nietoperzymi skrzydłami obciągniętymi skórzastą błoną. Miały czaszki... Nieco może podobne goblinom, ale z długimi nosami, niby nosale hełmów. Niektóre też, pewnikiem te, które Elbirowi zdały się najbardziej diabelskie, miały rogate wyrostki na łbach, ale widać było, że mimo podobieństwa, każdy jeden miał coś swojego i tylko niektóre straszyły wyrastającymi kośćmi, naroślami czy rogami. Były nieduże – niewiększe pewnie od niziołka, ale inaczej niż puszyste niziołki, stwory były kostropate i chudo-podłużne niby jakieś odlewy z soli, podobne stalaktytom.
Potworki latały wte i we wte – widać było, że w chaosie, gwiżdżąc jak nastawione na ogniu czajniki i trzepiąc desperacko poszarpanymi skrzydłami. Ciężko było zrachować, czy w tych gargulcowych łbach są jakieś myśli, ale możliwe, że jeśli tak, to kipiało tam tyle samo przestrachu, złości, co i bólu.
-
Morwen

Morwen otarła skroń, którą łaskotała ciepła strużka krwi. Skrzywiła się lekko, ale nie było to nic poważnego. Na szczęście chodząca tarcza w postaci postawnego mnicha zdała swój pierwszy test użyteczności. Któż by się spodziewał, że egzamin nadejdzie zaraz później?
- Mefity - wyszeptała Morwen, przyglądając się, jak te małe i podstępne żywiołaki przelatują przez salę, w której stali. Zdawało się, że jeszcze ich nie zauważyły, co dawało czarodziejce i jej towarzyszom przewagę zaskoczenia.
- To nie żadne diabły. Mefity są tchórzliwe, ale niedoceniane i w większej grupie potrafią narobić poważnych szkód. - Morwen skorzystała z chwilowego chaosu i nieuwagi stworzeń, zwracając się do stojących najbliżej towarzyszy. - Złośliwe i skore do psot… co można spróbować wykorzystać, by uniknąć starcia.
- Ach, no i co istotne… wybuchają przy śmierci. A przy tej liczbie… - urwała, posyłając znaczące spojrzenie i pozwalając, by wyobraźnia reszty dopowiedziała resztę.
- Część z nich mogę odciągnąć pomniejszą iluzją, to podzieli ich grupę - zaproponowała, a wokół jej palców zaczęły formować się purpurowe nici magicznej energii, dając znać, że jest gotowa do rzucenia zaklęcia.
-

Seweryn Drachenwulf
– Potrafisz wyczarować coś co je przestraszy? – Seweryn nie bez obaw, acz daleki od paraliżującego strachu objął wzrokiem salę i unoszące się istoty. – Mephitis, trujące wyziewy... – pomyślał i choć pewności nie miał, uznał iże nazwa ta nie bez przypadku została im nadana, nawet kojarzył coś na ten temat – Uważajcie na ich plwociny! Mogą trującymi się okazać!
Seweryn rozejrzał się po pomieszczeniu szukając przedmiotu, za którym zasłonić by się mógł. Ławki, stołu, który przewrócić można, lub nawet kawałka metalu duże dość, by jak tarczą się zasłonić, gdy zajdzie potrzeba.
– Zdać to się może! – Seweryn utwierdził w zamiarach Morwenę, pospiesznie kierując się w wybraną stronę. Ta pewnie takiego utwierdzenia wcale nie potrzebowała. Zdawała się znać te istoty lepiej od niego, który jedynie wzmianki czytywał w bibliotece Caspara van Leeuwen z Loftwock. -

Komnata Ożywionych Zbroi
Dusze szeptały do Ballo. Nie słowami, raczej krótkimi jękami w których słabość zatarła znaczenie. Ale przekaz był jednoznaczny. Więźniowie Dawnych Suelów pragnęli odejść i nie mogli, poprzez pęta magii przykuwające je do tego świata i tej służby. - Nawet jeżeli byli to skazańcy, nawet jeżeli były to demony, nie godzi się zostawić ich uwięzionych. Skazańcy odpokutowali, a demony też mają swoją rolę w świecie i służą bytom mocniejszym od nas. Uwolnię ich.
Po czym stanął nad ostatnim ze spętanych linami konstruktów i uniósł swoje brzemię nad jego głowę, głowicą w dół a trzonem w górę. Nie jak oręż, raczej jak starzec chcący stuknąć dołem swej laski o podłogę. - Ciało niewolnika należy do jego Pana, ale jego duch musi być wolny. Zniszczę ten przedmiot-klatkę i wszystkie pozostałe. Zanim jednak to zrobię, przyjmę radę bieglejszych ode mnie w tajemnych sztukach.
Z mefitami taniec przy rurze
Ballo oczywiście był gotowy na wszystko co wyleci z rury i był ruchomą tarczą osłaniającą medyków. Widok skrzydlatych potworków przyjął z właściwym sobie spokojem. Gorące, ale nie będzie gorzej niż uderzanie dłońmi w gorący piasek. Zabijać ich nie zamierzał, co najwyżej otwartą dłonią ogłuszyć. Odłożył Brzemię na ziemię. - Dlaczego jesteście tak agresywne? - zapytał, ale głównie sam siebie, nie mówił w języku mefitów, a one chyba nawet nie usłyszały. Wiedziony intuicją (i ich chuderlawym wyglądem) dobył przekąski którą zawsze miał pod ręką i rzucił w kłębiące się mrowie skrzydlaków.
-

Marius Utopiec
Komnata Ożywionych Zbroi
// - Zgadzam się z Panem Panie Ballo nawet jeżeli skazańcy czy inne duchy albo nawet ochotnicy już swoje odpracowali nie godzi się żeby tak ich zostawiać a same zbroje lepiej wynieść bo mogą się jakimś wojakom przydać albo ozdoby niech Pan zaczeka spróbuje poszukać jakiś run magicznych coby można było duchy uwolnić albo jakoś inaczej wyczuć magię w nich a jeżeli się inaczej nie da to pomogę zniszczyć - Powiiedział Marius i spróbował dokładniej zbadać zbroje.
Może rzut na Arkana ?
Z mefitami przy rurze
// - A czy na pewno chcemy je zabijać ? Może one tu powietrze czyszczą i sprzątają ? - Spytał Utopiec, ale widząc że inni palą się do walki przyzwał mistyczne macki Mistrza aby obezwładnić latające stworzenia był też gotów razić je magicznymi promieniami mocy.
Taktyka
Quick Action użycie macek
Action Elderitch Blast w mefity
Move zgodnie z potrzebami żeby pomóc w walce -
Hazar Baraz-Felak

Decyzja zapadła aby ruszyć od prawej strony. Hazar nie miał nic przeciwko. Podążył więc za wskazanym kierunkiem i sugestią aby iść pierwszym. Przed otworzeniem drzwi spodziewał się pomieszczenia prowadzącego do systemu wentylacyjnego ze względu na zauważalnie odczuwalny powiew powietrza. Albo przynajmniej pomieszczeń czy korytarzy wiodących gdzieś na powierzchnię. Po otwarciu drzwi zaczął się zastanawiać nad tym co widzi… trochę zbyt dokładnie poświęcając uwagę widocznemu piecu oraz rurom. Zastanawiał się bowiem, czy ta cała ścieżka używała wentylacji opartej na piecach używanych do zasysania powietrza z powierzchni. Dodatkowo poświęcił za dużo uwagi rozmyślaniu jak świeże powietrze jest odprowadzane do reszty kompleksu oraz jak powietrze po spaleniu jest odprowadzane na powierzchnię aby zanalizować wystającą w jego stronę rurę. Ledwie zauważył też co z tą rurą się działo albo aż tak znajomy z zasadami pneumatyki nie był aby domyślić się, że ciśnienie w zapchanej rurze zmienia ją w improwizowane działo. Dotarło to trochę zbyt późno aby zrobić cokolwiek poza zabluźnieniem kiedy był uderzany przez odblokowany z jakiegoś powodu zator.
Hazar został trzepnięty na tyle porządnie, że był zdecydowanie bliżej krasnoludzkiego rekordu lotów w płaszczyźnie poziomej niż by tego sobie życzył. Szczególnie biorąc pod uwagę masę zawodnika. Trochę na jego szczęście był krasnoludem, więc do ziemi nie miał tak daleko dzięki czemu sam upadek kończący lot zdał się mniej bolesny niż początkowe trzepnięcie jakie spowodowało jego odlot. Całokształt zdarzenia zdezorientował krasnoluda na tyle mocno, że dziękując za pomoc przeszedł na swój domyślny rodzimy język.
Obolały był zdecydowanie oraz dość porządnie. Uzębienia nie stracił, więc było dobrze… albo przynajmniej było zdecydowanie lepiej niż kiedyś. Nie narzekał więc za mocno a zdecydowanie bardziej skupiony na aktualnym zagrożeniu zdołał rzucić ostrzeżenie przed kolejnym epizodem związanym z rurą poza kontrolą.
Tym razem na scenę wkroczyły lokalni mieszkańcy. Hazarowi się to nawet podobało, gdyż pojawiło się coś na poprawienie zepsutego właśnie humoru. Tym bardziej mając dwa okazy to poobijania niedaleko siebie. Słysząc opis przeciwników postanowił jednak nie szarżować do ataku. Tym bardziej kiedy pojawił się plan uporania się z całą grupą przeciwników na raz.
- Przygotować się do uników… i niech magia zrobi swoje… - rzekł do górników aby spróbować dać im coś do zrobienia poza robieniem w gacie. Samemu również planował bardziej się bronić niż przeszkadzać atakowaniem. Przynajmniej dopóki reszta drużyny nie zdecyduje się na bardziej brutalne rozwiązania sytuacji dając mu znać co i gdzie bić. -
Biel pochwyciła ziemię głębokim chwytem, zasuwając wszelkie próby wydarcia się poza jednolitość kolejnymi stertami białego i poprawiając białym. Dominacji dawał opór tylko nie tak odległy barwnie, szklano-lodowy błękit nieba, który zamykał perspektywę nad horyzontem i linią gór. Gdzie nie spojrzeć, śnieg przytłaczał świat pod sobą, odbierając kolor kształtom i dając je poznać tylko po zarysach. Wzgórza wszędzie dokoła, rosłe świerki, zaspa nad studnią i zaspy w obejściu, kamienny prostokąt wciśnięty w pagórek...
Rzeczywiście! Jeśli wyrwać się spod hipnozy wyjącego wiatru i monotonii bieli, na zimowym pejzażu trafiała się dymiąca plamka. Kominek i zarys chaty odcinały się spod śniegu, a gdyby był ktoś, kto mógłby łypnąć przez zawieję, dojrzałby, że w środku płonie ogień. Można byłoby to dojrzeć tylko przez wąziutką szparę w okiennicy lub po drzwiami, bo domek był obity na grubo, by wytrzymać wichry i mrozy.
W środku chudziutka, czarnowłosa dziewczynka pochylała się z wielkimi oczami nad grubym woluminem z czerwonej skóry. Płomienie ze strzelającego dorzuconym drewnem kominka rzucały tańczące cienie na kolorowych, bogato ilustrowanych kartach księgi. Dziecko, bo bardziej to jeszcze był dzieciak niż dziewczę, płynęło wzrokiem po literkach w stanie głębokiej hipnozy, zapadając się w malowane obrazy z rosnącym rozdziawem różanych usteczek.
Było ciepło, przyjemnie, a robota i trening czekały dopiero wieczora. A może i upiekłoby jej się dziś jeszcze do rana? Do tego wafle z kominka i księga!
Poobgryzane palce przewróciły kartę grimuaru, ukazując kolejny fantastyczny obraz. Pokraczne, latające chochliki z nietoperzymi skrzydełkami i długimi jak sople nosami wirowały wokół osadzonego w fotelu czarodzieja w klasycznej, spiczastej czapie, jakiej nikt już nie nosił. Stworki rozrabiały ku irytacji magika, a najwięcej frajdy sprawiały im dymiące fajki, z których pociągały i w które dmuchały, buchając gęstym szarym oparem na całą lewą stronę zaczynającą rozdział.
Dziewczynka uśmiechała się od ucha do ucha, chłonąc bajkowy obraz figlarnych stworków, które w jej głowie prawie zrywały się z kartki i dymiły jej fajką w złote, wyściubione nad księgą oczy.
***
Morwen uśmiechnęła się na widok rozlatanych po hallu mefitów, tłukących skrzydłami niby kołatki i schodzących coraz niżej w ślepym miotaniu się wokół. Dziewczyna sięgnęła do kieszeni po kawałek runa czy filcu, ledwie drobny paproch, a materiał w sekundzie błysnął ognistą iskierką.
Nie każdy dostrzegł rzecz od razu, bo z pyłem i dymem w powietrzu, sapiącymi rannymi i świszczącymi mefitami, pojawienie się wagonika dymiących lekko drewnianych fajek mogło uciec uwadze rozlatanych dookoła oczu.
Mefity też nie dostrzegły jej od razu, a przynajmniej nie wszystkie, ale szybko te, które były najbliżej zajazgotały dodając sobie animuszu i spłynęły bliżej nowego zjawiska. Ich ruch nie uszedł uwadze tych, które wcześniej rozleciały się po sali i teraz cała zachodnia zgraja zaczęła z zaciekawieniem zlatywać w stronę, gdzie działo się najwięcej.
Niektórym górnikom nie trzeba było więcej zachęty, by oddalić się od zagrożenia i kupić w większej ludzkiej gęstwie, która zaczęła wyrastać wokół dochodzącego do siebie Hazara. Gdyby krasnolud był bardziej wylewny, może uśmiechnąłby się nawet na widok rosnącej wokół siebie trzódki, ale na razie łypał tylko w górę za białymi pokurczami, ciekaw czy aby któryś nie spadnie na niego, żeby dokończyć robotę, której nie zrobiła rura.
Ballo obserwował przylot, a teraz i przelot mefitów ze stoickim spokojem, właściwie nawet zadowolony, że stworki oderwały go od egzekucji golemów, która budziła w nim spore wątpliwości. Mnich nie miał wątpliwości, co do słuszności ścieżki – niewolę należało zwalczać, jak medyk chorobę. Obawę budziło jednak magiczne zaplecze zaczarowanych zbroi – czy rąbnięcie ich po puszkach wyzwoli ducha? Czy duch wyzwolony będzie duchem wolnym, czy może przyjdzie mu tu miotać się dalej, spętanym miejscem, ale już bez ciała? A może dusza musiałaby żyć nawet i w zbroi rozbitej na puch? Eksperci mogli doradzić i pchnąć Brzemię w słusznym kierunku, ale teraz na głowie były istoty nieporównanie żywsze niż metalowe posągi.
– Dlaczego jesteście tak agresywne? – zapytał Ballo, a w geście tak dobrej woli, jak i gry sprytem, posłał zaraz do najbliższego kłębowiska mefitów zabrany przez siebie kawałek słodkiej bułki. Wypiek posmakował, ale chyba nie docenił żarłoczności małych lotników.
Pochłonięte pieczywo wywołało ochotę na więcej, więcej, więcej, ale przede wszystkim u dwóch sąsiednich stworów, którym kolega zwędził jedzenie sprzed nosa. Teraz cała trójka skierowała wzrok skośnych oczek na olbrzyma i zaczęła powoli ku niemu dryfować, wypuszczając z pysków gorące, sinoszare obłoczki, jakby faktycznie puszczały fajkowy dymek. Świszczały przy tym rosnąco, co chyba należało poczytywać za groźbę. Masywna figura mnicha budziła respekt, ale bułka była jednak wyborna i możliwe, że przy wsparciu nadlatujących gdzieś od lewej kompanów, głód weźmie u chochlików górę nad rozsądkiem.
Mefit, który doleciał do wyczarowanych fajek jako pierwszy, zapiał po koguciemu i w tym niby-ptasim pianiu była nuta żywa, żwawa i bardziej złowroga niż wesoła. Białas czy to chuchnął, czy to splunął, dojść nie szło, ale w efekcie zadymił przestrzeń wokół wyczarowanej przez Morwen iluzji. Najpewniej przejrzał wybieg i dawał ujście wściekłości. Mogło też być tak, zaczynała się zastanawiać czarownica, że może jednak dopowiedziała sobie te fajki, że pamięć niosła barwny obrazek z bestiariusza, jakich wiele, ale wspomnienie zmąciło fakty?
– Pewnie jedno i drugie. – Pomyślała magiczka. Nawet jeśli, to jej iluzja kupiła im czas. Większość mefitów zmierzała w tę stronę, a oni dostali szansę na zbicie się w kupę (może w grupie żywiołaki ich nie ruszą? Nie słynęły przecież z odwagi!)... Albo przeciwnie, mogli rozdzielić się i rozbiec, albo w ogóle skierować kolumną do wyjścia.
Seweryn, który pozostał na miejscu, gotując się do czegokolwiek, co miałoby nadejść, zaobserwował coś jeszcze. Przypięte przez nich wcześniej żywe pancerze leżały twardo w bezruchu, jak powinny. Z wyjątkiem tego, przy którym pojawiła się fajczana iluzja wabiąca mefity. W bliskiej obecności stworków zbroja zaczęła ledwo zauważalnie drgać, jakby coś wślizgnęło się do niej od dołu. Mefity nie wirowały nad samą ziemią, a automaton był dodatkowo przypięty do kamiennej ławy i skrępowany, ale Drachenwulf czuł, że w martwym-żywym metalu jest coś z drapieżnika, który czeka aż ofiara zbliży się tylko w zasięg paszczy na schrupanie.
Nie wiedział, skąd niby ma takie przeczucie. Może to drapieżnik poznawał drapieżnika, niezależnie ile dzieliło ich wieków i tkanki?
– Pozbądźcie się ich stąd. – Zaszumiało w głowie Mariusa, który obserwował całą scenę wokół, jakby przyglądał się okazom w zwierzyńcu. Nieswoja myśl wyrwała z obserwacji. – Złapcie, wygońcie na zewnątrz, zabijcie. Nieważne. Nie dajcie im się rozlecieć po Ścieżce. Pobudzą, czego budzić nie trzeba...
Randal zwolnił w końcu trzymany kurczowo pawęż i znalazł chwilę, by przetrzeć krew z czoła chusteczką. Spojrzał w bok, w głąb sali, która wypluła im nowe zagrożenie. Uspokoiło się. Rura huczała i syczała, ale teraz już normalnie. Przepływem powietrza i kurzu. Nic nie dudniło i nie leciało na niego jak z procy. Paladyn oparł się o ścianę, osłonięty od wnętrza, skąd napływało powietrze, pospiesznie przetarł znów czoło chustką i naszykował miecz na to, co miało nadejść.
Porządek inicjatywy
Grosz (górnik) – 21 (rusza bliżej wyjścia)
Mefit Dymu #6 – 20 (pieje; komunikuje się z resztą po swojemu)
Morwen – 19 --> działa teraz jako pierwsza
Szwar (górnik) – 19
Hazar – 19
Mefit Dymu #5 – 18
Mavir (górnik) - 18
Randal - 17
Mefit Dymu #10 – 17
Ballo - 16
Mefit Dymu #1 – 16
Mefit Dymu #8 – 12
Eutalo - 12
Seweryn - 11
Mefit Dymu #9 – 11
Doktor Quolleb – 8
Brago (górnik) - 7
Lara – 5
Wulbar (górnik) - 5
Mefit Dymu #2 – 4
Mefit Dymu #3 – 4
Mefit Dymu #7 – 4
Elbir (górnik) - 3
Marius - 2Mapka
-
Morwen

Nici magicznej energii spłynęły po szczupłych palcach czarodziejki i w mgnieniu oka spowiły niewielki kawałek filcu spoczywający na jej otwartej dłoni. Morwen nakreśliła w powietrzu znak, ledwie dostrzegalny, subtelnym ruchem palców. W odpowiedzi nieopodal pojawił się wagonik pełen czegoś, co do złudzenia przypominało fajki.
Drobna, prosta iluzja. Nic popisowego. Miała tylko jeden cel - odwrócić uwagę części mefitów i dać górnikom oraz reszcie choć chwilę na przegrupowanie i zebranie myśli.
Zaklęcie pomniejszej iluzji nie było niczym szczególnym i Morwen doskonale o tym wiedziała. Wiedziała też, że użyte we właściwym momencie potrafi przynieść więcej niż najpotężniejsza kula ognia. Czy tak było i tym razem?
Poniekąd. Czarodziejka przez krótką chwilę obserwowała grupkę mefitów, które skierowały się ku iluzorycznym fajkom. Taka drobnostka… a jednak z dziecięcych opowieści pamiętała, że te małe diabliki nie potrafią oprzeć się pokusie dymu. Nie mieli jednak wiele czasu. Mefity może nie należały do bystrych, ale nawet najgłupsze stworzenie w końcu przejrzałoby iluzję, gdy nie byłoby w stanie jej pochwycić.
Morwen rozejrzała się wokół. Przez moment miała wrażenie, że wszyscy zastygli, jakby czekali, aż ktoś pierwszy podejmie decyzję. Dwie grupy mefitów. Pojedynczo byłyby niczym. Teraz jednak coś jej mówiło, że potyczki nie uda się uniknąć.
Sięgnęła do kieszeni. Chwilę później na jej dłoni spoczęła niewielka garść piasku. Magiczne nici ponownie spłynęły po jej palcach, otulając drobinki fioletowym blaskiem, unosząc je delikatnie w powietrzu.
- Koniec psot. Czas na sen.
Morwen chuchnęła w otwartą dłoń, a pył uniósł się i popłynął ku stworzeniom zebranym przy wagoniku, niesiony miękką, pulsującą energią zaklęcia snu.
-

Seweryn Drachenwulf
Z jednej strony, sprawdzić co by się stało, gdyby zwolnił pęta krępujące Slerotińskich Strażników pragnął, z drugiej jednak byłoby to ryzyko i niesubordynacja w zakresie, do którego nie został powołany. Ciekawość więc kusiła i wzrok jego co chwila przykuwała do tych przedziwnych metalowych bytów. Seweryn czasu na straty jednak nie poświęcił, przywarł plecami do boku biegnących po łuku schodów. Jakoś cudu dokonał, by zerkając na podrygującą zbroję i latających intruzów ustawiać przy tym lewarek i nałożyć bełt na "Kruszynkę". Jego dłonie doskonale operowały przy tej niewielkiej kuszy.
Nie była to idealna kryjówka, ale skrywała go od grupy nie zajętej magiczną iluzją. Przynajmniej na ten moment. Odchylając się nad stopień, wyostrzając zmysły i łowiąc komendy, ustawił na celowniku jednego z Mephtiów po prawej stronie sali.
-

- Cip cip cip! Taś taś taś! - Ballo rzucał mefitom różne jadło posiłkując się workiem - Chodźcie kochane, wyglądacie na głodne. Ludzie niesmaczne, spróbujcie tego. - Cały czas był w gotowości by zasłonić magów i uczonych, ale głównie skupiał się na angażowaniu mefitów w karmienie.
-
Hazar Baraz-Felak

Sytuacja zaczynała się coraz mniej podobać Hazarowi. Szczególnie przez brak dostępu do przeciwników. Jakby nie było, lekki nie był więc podskakiwać za mocno nie mógł. Niby miał w zanadrzu inne zagrania niż machnięcie młotkiem… ale czy chciał się takimi możliwościami tak otwarcie chwalić? Chociaż przetrwanie stawało się bardziej istotnym pytaniem. Szczególnie przy przeciwnikach wybuchających przy śmierci biorąc jednocześnie pod uwagę swój własny stan po oberwaniu improwizowanym działem. Zdecydowanie lepiej zdawało się walczyć z latającymi i plującymi piekliszczami na odległość… Póki co krasnolud mimo wszystko postanowił zdać się na polecenia reszty drużyny wiedzącej z czym mają do czynienia.
- To jak mocno wybuchają te mefity? Jak trzeba to mówcie kiedy zacząć lać albo co dalej… - dopytywał jaki był dalszy plan działania.
Jego plan był zdecydowanie prosty. Podejść albo poczekać aż któryś mefit do niego podejdzie i przyłożyć młotkiem. Problem polegał tylko na tym, że stojąc nie tak daleko od ziemi miał nikłe szanse na uderzenie latającego przeciwnika… co w zasadzie zmuszało go do wykorzystania swoich innych talentów… Dlatego póki co zamierzał być przygotowany bardziej do obrony niż ataku. Przynajmniej dopóki reszta drużyny nie zdecyduje, że przyszedł czas na zdecydowanie brutalniejsze podejście do sprawy.