Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
-
- Mus na sprawdzić to za bocznymi przejściami - odrzekł Randal - nie możemy zostawić za plecami niezbadanych komnat. Raz, że to niebezpieczne, a dwa, wszak to archeologiczna wyprawa, tedy trza rupiecie przeszukać. Zbadajmy tu wszystko nim dalej pójdziemy. Tylko bez obmacywania, bo jeszcze jakieś gówno się uruchomi i szlag nas trafi.
-
- Zgadza się. - krasnolud poparł Randala - Jednak w pierwszej kolejności trzeba zdecydować czy idziemy wedle prawej czy lewej strony. Możemy zacząć iść w stronę gdzie jest ta magia. Ale idziemy tylko wedle jednej strony, zawsze pierwszymi napotkanymi drzwiami czy korytarzami, żeby sie nie pogubić. Resztę drzwi zapieczętować po naszemu, żeby mieć pewność, że coś z kądś nie wylezie. Albo przynajmniej narobi hałasu jak bedzie wyłazić. - krasnolud rozejrzał się zwracając uwagę na stan widocznych drzwi. - Przynajmniej tam gdzie to możliwe… - skinął głową w stronę przejścia gdzie wiodły szyny.
- Tak czy inaczej wszystko zależy od tego jak szybko chcemy się poruszać... czy na szybko oglądamy co gdzie się znajduje i przechodzimy przez wszystkie dostępne pomieszczenia żeby rozpoznać plan pomieszczeń, czy spokojnie skupiamy się na jednym pomieszczeniu kontynuując dopiero po dokładnym zabezpieczeniu aktualnego pomieszczenia? Czy też jakoś pomiędzy tymi sposobami... - Hazar podrapał się po swoich bliznach na głowie - Sugerowałbym nie poruszać się ani za szybko ani za wolno. Spokojnie najpierw zbadać pomieszczenia i korytarze pod względem bezpieczeństwa, stabilności, innych przejść czy pułapek. A przeszukać porządnie to możemy je sobie już po zabezpieczeniu w drodze powrotnej. Oczywiście uważając na potencjalne pułapki jakie mogliśmy przeoczyć.
Krasnolud powrócił do oceniania niedawno poruszających się konstruktom.
- A tego typu rzeczom powiązać kostki, tak żeby sie je spowolnić jeśli to możliwe. - zaproponował ustawiając się przed jednym z konstruktów jednocześnie ustawiając obronnie tarczę. - Ja osłaniam, ochotnik potrzebny do wiązania… czy ufamy im, że sie znowu nie poruszą? - zwrócił się do reszty. -
Oczywistości były oczywiste, ale niekiedy musiały wybrzmieć, by krok nabrał pewności, a spojrzenie światła. Hazar i Randal zdecydowali, że najpierw trzeba zabezpieczyć flanki, a przed dalszą eksploracją kuszących głębin zostawić czyste korytarze za sobą i zastawione alarmy.
Nie byli w tej myśli pewnie odosobnieni, ani oryginalni, choć krasnolud widział po niektórych swoich górnikach, że ich ręce już świerzbiły i palili się do tego, by leźć dalej, pakując po kieszeniach co się trafi. Któryś już, chyba Grosz, odbił na środek hallu i pokazywał kolegom rozbity w oddali składzik ze świecącym kryształem i kupę złotych sztabek na drugim końcu komnaty. Nim Hazar dojrzał jego wybryk wycofał się między kompanów, ale chłopaki myślami byli już przy zarobku.
– Ufać nie ma co – odparł Randal na pytanie krasnoluda o konstrukty. – Rozumne czy nierozumne, robią tu za pułapki, a z wilczym dołem czy zapadnią nie będziem się układać. Wiążemy.
– Ja mogę to zrobić – zaoferował się Eutalo, który może nie czuł ryzyka, a może był na nie gotów, byle tylko być bliżej antycznej maszynerii, która biła od magii. – Dajcie łańcuchy, albo sznury...
Drużyna była przygotowana, więc znalazły się nie tylko grube konopne liny, ale na początek nawet łańcuchy o stalowych ogniwach. Ustalono, że najlepiej będzie obwiązać zaklętych rycerzy przy kostkach sznurami, a do tego przypiąć każdego do jednej z kamiennych ław.
– No dobrze... – Oeridyjczyk zbliżył się do pierwszego celu. Pancerz leżał nieruchomo, ale kiedy historyk schylił się nad nim, drgnął jakby tknął go impuls, gdy ktoś zachodzi nas z tyłu. Hazar ruszył naprzód, ale Eutalo powstrzymał go dłonią. – Pysy maassa. Älä liiku. Palvele minua.
Zbroja zamarła, a badacz nawinął na dłoń pęto sznura i kucnął. Sprawne palce szybko uszykowały pętlę i lina zawisła na metalowej łydce... Która skoczyła wraz z całym pancerzem jak bagaż wyrzucony z wozu na wybojach!
Kopniak rąbnął Eutalo w pierś jak młot, wywracając biedaka na plecy aż nakrył się nogami. Hazar i Randal naparli na konstrukt tarczami, ale ich uderzenia odbiły się od porwanej spazmem zbroi jak gradowe kulki.
– Pysykää aloillanne. Älkää hyökätkö! - wypaliła pospiesznie Lara.
Słowa jak zaklęcie zadziałały natychmiast. Metalowi rycerze wyłączyli się, zamierając jakby nigdy nie byli niczym ponad zakurzoną ozdobą korytarza. Nie zareagowali nawet na prewencyjny już w tym momencie cios Hazara, który zadudnił na płytach pancerza aż echo poszło.
– Nie rozumiem... - wydusił dochodząc do siebie Eutalo. Posadzony na tyłku przez Ballo i doglądany już przez Seweryna, który chciał szybko ocenić stan poszkodowanego, Oeridyjczyk dyszał ciężko, trzymając się za pierś. Medyk rozpiął kamizelkę pacjenta i obejrzał poczerwieniały ślad. Szykował się dorodny siniak... Ale kości nie były złamane i wyglądało, że wszystko jest na swoim miejscu.
Oszołomiony Eutalo obserwował jak Hazar, Ballo i Randal uwiązują konstrukty przy ławkach, więzami krępując im nogi. Żaden z metalowych rycerzy nawet nie drgnął.
– Skoro jesteśmy już po prawej, to zmierzajmy do prawej – zasugerowała Morwen, gdy problem potencjalnych przeciwników został rozwiązany. – Tam też czuję magię... Jest jakiś przewiew, świeżość...
-

Seweryn Drachenwulf
– Jakaż to siła, duszę do metalu przyszywa? Jaka mroczna nić wiąże je ze światem doczesnym? – podjął cyrulik, gdy Ważni wdali się w dysputę o "przewodnikach" lecz został zapomniany przez magików i naukowców, zajętych owym miraculum.
Kiedy dalej dyskutowali, przemieszczał się ostrożnie po komnacie, nie chcąc uczynić czegoś, co skutkowałoby karcącymi spojrzeniami, tych co w magii rozeznawali się nie tylko w teorii, lecz i praktyce. Rozglądał się, dziwując i oceniając, lecz daleko się nie oddalając.
Obserwował też, zresztą podobnie jak inni, jak uczony Eutalo konstrukty począł liną obwiązywać i jak w pierś z impetem ucierpiał. Na szczęście nie trwale.
– Be...będzie pobolewać, panie Isebrand. Przy oddychaniu... głębokim, kichaniu, ale kości zdają się być całe. – dłonie Seweryna były nieprzyjemnie zimne, lecz wprawnie nimi operował, wyłuskując spomiędzy tkanek żebra.
– Skoro jesteśmy już po prawej, to zmierzajmy do prawej – zasugerowała Morwen, gdy problem potencjalnych przeciwników został rozwiązany. – Tam też czuję magię... Jest jakiś przewiew, świeżość...
– Poważnych obrażeń nie stwierdzam, tedy ruszać możemy – mówiąc to Rudowłosy cyrulik biegał swymi kaprawymi oczkami od jednej postaci, do drugiej, jakby próbując okreslić, kto właściwie przewodzi tej watasze. Z przyzwyczajenia może wzrok jego spoczął wreszcie na kamienną płytę posadzki.
-
Szli szeroko, obchodząc rozrzucone na ziemi sztabki żelaza, kawałki węgla i metalowe szpargały. Śruby, wkręty, nasady i gwinty walały się po marmurze, wywalone przed wiekami i pozostawione w przypadkowej krzyżówce. Dla większości były śmieciem niewartym uwagi, ale Eutalo – sapiąc przy zgięciach – pochylał się, co krok i przyglądał im z bliska, podziwiając precyzję roboty.
Nikt nie miał mu za złe, że pakował stalową drobnicę po kieszeniach, bo i nikt specjalnie nie krzywił się na górników, którzy przebierali oczami po całej hali, łypiąc za szansą na coś cenniejszego. Doktor Quolleb miał robić za przyzwoitkę wyprawy, ale rezerwował swe interwencje dla poważniejszych spraw niż zgarnięta z ziemi stara moneta. Wiedział, że wszyscy tu ryzykują i wiedział, że skarby, jakie skrywa góra są poza skalą, jaką znano we Wrotach, więc rugać kogokolwiek za uszczknięcie czegoś niedużego...
Brago uśmiechnął się po szelmowsku przy złowionym z podłogi groszu, pewny, że nikt nie zobaczył jego zdobyczy. Widzieli. Widzieli, ale to jeszcze nie był czas, by komukolwiek żałować. Jeszcze nie czas, by ciąć się między sobą. To czekało głębiej, gdy oczy zalśnią przy prawdziwych skarbach.
Randal puścił krasnoluda przodem, by obejrzał portal po lewej, pierwszy po wejściu na dolny poziom. Wysoki na dwadzieścia stóp i szeroki na piętnaście, boczny korytarz obramowany był szarymi, bazaltowymi pilastrami pożyłkowanymi zastygłym w nich minerałem – może złotym piaskiem, ale pewnie bardziej pirytem. Górę zwieńczał trójkątny fronton, na którym wyrzeźbiono postacie dmących w trąby zbrojnych. Wśród zdobień były motywy ptasie, anielskie i ogółem skrzydlate, a od drzwi bił lekki podmuch, więc Hazar zaczął przypuszczać, że może to oznaczenie ciągu wentylacyjnego. Niektóre krasnoludzkie cytadele, które schodziły głęboko pod ziemię korzystały z rozwiązań zaawansowanej pneumatyki i hydrauliki, dbając, by mieszkańcy nie podusili się w swych nie znających światła dziennego domach.
– Wielki Dech – odszyfrowała runy z portalu Lara. – Zapewne przestrzeń odpowiadająca za kontrolę przepływu świeżego powietrza... Może tam jest dostęp do tuneli, które rozgałęziają się po Ścieżce?
– Zapewne – potwierdził Hazar. – Wygląda solidnie, sprawdźmy...
Dotknięte zgrubiałymi palcami krasnoluda drzwi z cienkiego metalu rozstąpiły się, jakby górnik odrzucał z przejścia lekką kotarę. Na raz powiew wzmógł się, a oczom stojących ukazała się okrągła komnata z kopulastym, żelaznym piecem w środku... Czy też cokolwiek to było. Masywny metalowy stop w środku wyglądał trochę jak bunkier z którego odchodziły grube rury prowadzące to w górę, to w dół, to znów na boki... Jedna rura, rozerwana kawałem oderwanego stropu, kaszlała się i krztusiła na wprost od wejścia, sypiąc pyłem i...
– O kurwa!
Magia, czy nie magia, a może mechaniczne zaburzenie magicznego ekwilibrium utrzymującego przepływ powietrza pod kontrolą... Nagle zassane powietrze świsnęło do środka komnaty, ale zanim ktokolwiek zdążył zrobić krok, rozerwana rura rzygnęła zapchanym przepływem, bombardując przestrzeń gruzem, pyłem, kurzem, pajęczyną i zbitym w wilgotne kulki śmieciem.
Kawały gruzy poszły ze spustu jak z katapulty, waląc na ścianę zza której zerkał Hazar i ekipa. Krasnolud zakotłował się gorączkowo, ale nic więcej nie zrobił, wywalony spomiędzy framug portalu kawałem wapienia, który poniósł go kawał przez salę. Randal zareagował może o mgnienie szybciej i zdążył zasłonić się tarczą, ale uderzenie zgięło mu ręce, przybijając osłonę pawęży do czoła aż zadzwoniło. Metal zgiął się w dolnej części, a góra palnęła rycerza w głowę, waląc juchą na posadzkę w ujściu korytarza.
Lara i Eutalo, którzy też byli blisko centrum zdarzeń mieli może te pół metra więcej do tyłu, ale zrobili z niego dobry użytek. Oboje odskoczyli, jakby ktokolwiek mógł się spodziewać, co może gości czekać na pierwszym przystanku Ścieżki. Czy aby o tym nie przeczytali w znanych sobie suelskich runach na wejściu? Hm, jeśli tak, to ostrzeżeniem nie podzielili się z nikim.
Morwen, która była zaraz za nimi oberwałaby chyba najpaskudniej, ale z asystą przyszedł nastawiony, by chronić Ballo. Mnich nie popisał się gracją, spadając na dziewczynę ściętym ciężarem ciała, ale choć poturbowani świszczącymi odłamkami, oboje uniknęli losu posłanego w powietrze Hazara.
Rura krztusiła się jeszcze chwilę, wypluwając odłamki i śmieci, które dudniły o ścianę wewnątrz pomieszczenia Wielkiego Dechu, ale czasem wylatywały i w główny hol, świszcząc i gwiżdżąc. W przestrzeń spadały głównie kamienie ze skruszonych w kataklizmie kolumn, stropów i ścian, ale przez halę pofrunęło też trochę żelastwa, kawał roztrzaskanego mebla, coś co wyglądało jak pająk...
– Kościogryz – rozpoznał bezbłędnie Seweryn, który z dystansu mógł analizować sprawę z zimowym chłodem. – Dobrze, że wyleciał już w kawałkach...
W konwulsjach przewiewu na zewnątrz zaczęło wypływać coraz więcej ciepłego i w końcu gorącego powietrza, a wytłok wyrzucił też jakiś (najpewniej) ludzki zewłok. Trwało to dłuższą chwilę, w której górnicy dopadli do rzuconego dobrych kilkanaście stóp w tył Hazara.
– Barzûl! - wycharczał krasnolud, gramoląc się z powrotem na nogi przy wsparciu Brago i roztrzęsionego Elbira. Z ust wypluł krew i rozkasłał się, a jucha leciała dalej. Westchnął w końcu i zgramolił się na nogi.
Przynajmniej nie wyleciały zęby... Za to klatka pod pancerzem piekła, jakby obracali go na ruszcie. Ale żył, był cały i mógł normalnie chodzić. Wprawdzie nie bez bólu, który tłumił, wypuszczając powietrze nosem, ale jednak w pełnym spektrum ruchowym.
Akurat, żeby móc ruszyć do komnaty, kiedy było już po wszystkim. Albo prawie...
Rura przestała wypluwać gruz i nic już nie waliła o ściany, ale zwolniony przepływ syczał jeszcze. Przeszła może minuta, gdy przestał sypać pyłem, ale wtedy znów rozkasłał się, buchając kłębami pary.
– Może lepiej będzie odczekać na zewnątrz aż mechanizm wróci do ekwilibrium? - rzucił w przestrzeń doktor Quolleb, który propozycję podawał już ze schodów, przykucnięty na nich, niby to poprawiając buta.
– Coś teraz będzie – zawibrował głos pod czaszką Mariusa.
– Garn... - jęknął Hazar, który też to poczuł. Świst z rury wzmógł się, skłębiając parę, a coś jeszcze ewidentnie trzeszczało, upchnięte przed wylotem. – Na ziemię wszyscy!
Tym razem nikt nie dał się już zaskoczyć – większość przypadła do ściany, daleko od wejścia w komnatę, skąd napływał powiew gorąca, a górnicy, którzy zgarniali Hazara zalegli na ziemi, chowając głowy pod splotem dłoni.
– Dobry Pelorze! - zajęczał Elbir. – Diabły!
Wydmuch pary wyrzucił w hol wielki podmuch gorącej wilgoci, opadając na wyrzucone wcześniej kamienie szybko stygnącymi plamami. W oparze wznosiły się zaś bardzo konkretne, skrzydlate kształty. Nie takie wprawdzie, jakich można było się spodziewać po rzeźbieniach frontonu, ale bądź co bądź latające.– Mefity – powiedziała cicho Morwen, oblizując usta i wielkimi oczami obserwując ich przelot po sali.
W hallu para szybko opadała, więc dało się zrachować liczbę skrzydlatych diabłów kształt po kształcie. Parę wzleciało wysoko, prawie pod sam sufit, a inne rozleciały się po pomieszczeniu, jakby nie miały kontroli nad lotem. Razem było ich dziesięć.
A obok, blisko Hazara, były dwa jeszcze, którym szło lepiej się przyjrzeć... Bladobiałe, wychudzone zębate chochliki z nietoperzymi skrzydłami obciągniętymi skórzastą błoną. Miały czaszki... Nieco może podobne goblinom, ale z długimi nosami, niby nosale hełmów. Niektóre też, pewnikiem te, które Elbirowi zdały się najbardziej diabelskie, miały rogate wyrostki na łbach, ale widać było, że mimo podobieństwa, każdy jeden miał coś swojego i tylko niektóre straszyły wyrastającymi kośćmi, naroślami czy rogami. Były nieduże – niewiększe pewnie od niziołka, ale inaczej niż puszyste niziołki, stwory były kostropate i chudo-podłużne niby jakieś odlewy z soli, podobne stalaktytom.
Potworki latały wte i we wte – widać było, że w chaosie, gwiżdżąc jak nastawione na ogniu czajniki i trzepiąc desperacko poszarpanymi skrzydłami. Ciężko było zrachować, czy w tych gargulcowych łbach są jakieś myśli, ale możliwe, że jeśli tak, to kipiało tam tyle samo przestrachu, złości, co i bólu.
-
Morwen

Morwen otarła skroń, którą łaskotała ciepła strużka krwi. Skrzywiła się lekko, ale nie było to nic poważnego. Na szczęście chodząca tarcza w postaci postawnego mnicha zdała swój pierwszy test użyteczności. Któż by się spodziewał, że egzamin nadejdzie zaraz później?
- Mefity - wyszeptała Morwen, przyglądając się, jak te małe i podstępne żywiołaki przelatują przez salę, w której stali. Zdawało się, że jeszcze ich nie zauważyły, co dawało czarodziejce i jej towarzyszom przewagę zaskoczenia.
- To nie żadne diabły. Mefity są tchórzliwe, ale niedoceniane i w większej grupie potrafią narobić poważnych szkód. - Morwen skorzystała z chwilowego chaosu i nieuwagi stworzeń, zwracając się do stojących najbliżej towarzyszy. - Złośliwe i skore do psot… co można spróbować wykorzystać, by uniknąć starcia.
- Ach, no i co istotne… wybuchają przy śmierci. A przy tej liczbie… - urwała, posyłając znaczące spojrzenie i pozwalając, by wyobraźnia reszty dopowiedziała resztę.
- Część z nich mogę odciągnąć pomniejszą iluzją, to podzieli ich grupę - zaproponowała, a wokół jej palców zaczęły formować się purpurowe nici magicznej energii, dając znać, że jest gotowa do rzucenia zaklęcia.
-

Seweryn Drachenwulf
– Potrafisz wyczarować coś co je przestraszy? – Seweryn nie bez obaw, acz daleki od paraliżującego strachu objął wzrokiem salę i unoszące się istoty. – Mephitis, trujące wyziewy... – pomyślał i choć pewności nie miał, uznał iże nazwa ta nie bez przypadku została im nadana, nawet kojarzył coś na ten temat – Uważajcie na ich plwociny! Mogą trującymi się okazać!
Seweryn rozejrzał się po pomieszczeniu szukając przedmiotu, za którym zasłonić by się mógł. Ławki, stołu, który przewrócić można, lub nawet kawałka metalu duże dość, by jak tarczą się zasłonić, gdy zajdzie potrzeba.
– Zdać to się może! – Seweryn utwierdził w zamiarach Morwenę, pospiesznie kierując się w wybraną stronę. Ta pewnie takiego utwierdzenia wcale nie potrzebowała. Zdawała się znać te istoty lepiej od niego, który jedynie wzmianki czytywał w bibliotece Caspara van Leeuwen z Loftwock. -

Komnata Ożywionych Zbroi
Dusze szeptały do Ballo. Nie słowami, raczej krótkimi jękami w których słabość zatarła znaczenie. Ale przekaz był jednoznaczny. Więźniowie Dawnych Suelów pragnęli odejść i nie mogli, poprzez pęta magii przykuwające je do tego świata i tej służby. - Nawet jeżeli byli to skazańcy, nawet jeżeli były to demony, nie godzi się zostawić ich uwięzionych. Skazańcy odpokutowali, a demony też mają swoją rolę w świecie i służą bytom mocniejszym od nas. Uwolnię ich.
Po czym stanął nad ostatnim ze spętanych linami konstruktów i uniósł swoje brzemię nad jego głowę, głowicą w dół a trzonem w górę. Nie jak oręż, raczej jak starzec chcący stuknąć dołem swej laski o podłogę. - Ciało niewolnika należy do jego Pana, ale jego duch musi być wolny. Zniszczę ten przedmiot-klatkę i wszystkie pozostałe. Zanim jednak to zrobię, przyjmę radę bieglejszych ode mnie w tajemnych sztukach.
Z mefitami taniec przy rurze
Ballo oczywiście był gotowy na wszystko co wyleci z rury i był ruchomą tarczą osłaniającą medyków. Widok skrzydlatych potworków przyjął z właściwym sobie spokojem. Gorące, ale nie będzie gorzej niż uderzanie dłońmi w gorący piasek. Zabijać ich nie zamierzał, co najwyżej otwartą dłonią ogłuszyć. Odłożył Brzemię na ziemię. - Dlaczego jesteście tak agresywne? - zapytał, ale głównie sam siebie, nie mówił w języku mefitów, a one chyba nawet nie usłyszały. Wiedziony intuicją (i ich chuderlawym wyglądem) dobył przekąski którą zawsze miał pod ręką i rzucił w kłębiące się mrowie skrzydlaków.
-

Marius Utopiec
Komnata Ożywionych Zbroi
// - Zgadzam się z Panem Panie Ballo nawet jeżeli skazańcy czy inne duchy albo nawet ochotnicy już swoje odpracowali nie godzi się żeby tak ich zostawiać a same zbroje lepiej wynieść bo mogą się jakimś wojakom przydać albo ozdoby niech Pan zaczeka spróbuje poszukać jakiś run magicznych coby można było duchy uwolnić albo jakoś inaczej wyczuć magię w nich a jeżeli się inaczej nie da to pomogę zniszczyć - Powiiedział Marius i spróbował dokładniej zbadać zbroje.
Może rzut na Arkana ?
Z mefitami przy rurze
// - A czy na pewno chcemy je zabijać ? Może one tu powietrze czyszczą i sprzątają ? - Spytał Utopiec, ale widząc że inni palą się do walki przyzwał mistyczne macki Mistrza aby obezwładnić latające stworzenia był też gotów razić je magicznymi promieniami mocy.
Taktyka
Quick Action użycie macek
Action Elderitch Blast w mefity
Move zgodnie z potrzebami żeby pomóc w walce -
Hazar Baraz-Felak

Decyzja zapadła aby ruszyć od prawej strony. Hazar nie miał nic przeciwko. Podążył więc za wskazanym kierunkiem i sugestią aby iść pierwszym. Przed otworzeniem drzwi spodziewał się pomieszczenia prowadzącego do systemu wentylacyjnego ze względu na zauważalnie odczuwalny powiew powietrza. Albo przynajmniej pomieszczeń czy korytarzy wiodących gdzieś na powierzchnię. Po otwarciu drzwi zaczął się zastanawiać nad tym co widzi… trochę zbyt dokładnie poświęcając uwagę widocznemu piecu oraz rurom. Zastanawiał się bowiem, czy ta cała ścieżka używała wentylacji opartej na piecach używanych do zasysania powietrza z powierzchni. Dodatkowo poświęcił za dużo uwagi rozmyślaniu jak świeże powietrze jest odprowadzane do reszty kompleksu oraz jak powietrze po spaleniu jest odprowadzane na powierzchnię aby zanalizować wystającą w jego stronę rurę. Ledwie zauważył też co z tą rurą się działo albo aż tak znajomy z zasadami pneumatyki nie był aby domyślić się, że ciśnienie w zapchanej rurze zmienia ją w improwizowane działo. Dotarło to trochę zbyt późno aby zrobić cokolwiek poza zabluźnieniem kiedy był uderzany przez odblokowany z jakiegoś powodu zator.
Hazar został trzepnięty na tyle porządnie, że był zdecydowanie bliżej krasnoludzkiego rekordu lotów w płaszczyźnie poziomej niż by tego sobie życzył. Szczególnie biorąc pod uwagę masę zawodnika. Trochę na jego szczęście był krasnoludem, więc do ziemi nie miał tak daleko dzięki czemu sam upadek kończący lot zdał się mniej bolesny niż początkowe trzepnięcie jakie spowodowało jego odlot. Całokształt zdarzenia zdezorientował krasnoluda na tyle mocno, że dziękując za pomoc przeszedł na swój domyślny rodzimy język.
Obolały był zdecydowanie oraz dość porządnie. Uzębienia nie stracił, więc było dobrze… albo przynajmniej było zdecydowanie lepiej niż kiedyś. Nie narzekał więc za mocno a zdecydowanie bardziej skupiony na aktualnym zagrożeniu zdołał rzucić ostrzeżenie przed kolejnym epizodem związanym z rurą poza kontrolą.
Tym razem na scenę wkroczyły lokalni mieszkańcy. Hazarowi się to nawet podobało, gdyż pojawiło się coś na poprawienie zepsutego właśnie humoru. Tym bardziej mając dwa okazy to poobijania niedaleko siebie. Słysząc opis przeciwników postanowił jednak nie szarżować do ataku. Tym bardziej kiedy pojawił się plan uporania się z całą grupą przeciwników na raz.
- Przygotować się do uników… i niech magia zrobi swoje… - rzekł do górników aby spróbować dać im coś do zrobienia poza robieniem w gacie. Samemu również planował bardziej się bronić niż przeszkadzać atakowaniem. Przynajmniej dopóki reszta drużyny nie zdecyduje się na bardziej brutalne rozwiązania sytuacji dając mu znać co i gdzie bić. -
Biel pochwyciła ziemię głębokim chwytem, zasuwając wszelkie próby wydarcia się poza jednolitość kolejnymi stertami białego i poprawiając białym. Dominacji dawał opór tylko nie tak odległy barwnie, szklano-lodowy błękit nieba, który zamykał perspektywę nad horyzontem i linią gór. Gdzie nie spojrzeć, śnieg przytłaczał świat pod sobą, odbierając kolor kształtom i dając je poznać tylko po zarysach. Wzgórza wszędzie dokoła, rosłe świerki, zaspa nad studnią i zaspy w obejściu, kamienny prostokąt wciśnięty w pagórek...
Rzeczywiście! Jeśli wyrwać się spod hipnozy wyjącego wiatru i monotonii bieli, na zimowym pejzażu trafiała się dymiąca plamka. Kominek i zarys chaty odcinały się spod śniegu, a gdyby był ktoś, kto mógłby łypnąć przez zawieję, dojrzałby, że w środku płonie ogień. Można byłoby to dojrzeć tylko przez wąziutką szparę w okiennicy lub po drzwiami, bo domek był obity na grubo, by wytrzymać wichry i mrozy.
W środku chudziutka, czarnowłosa dziewczynka pochylała się z wielkimi oczami nad grubym woluminem z czerwonej skóry. Płomienie ze strzelającego dorzuconym drewnem kominka rzucały tańczące cienie na kolorowych, bogato ilustrowanych kartach księgi. Dziecko, bo bardziej to jeszcze był dzieciak niż dziewczę, płynęło wzrokiem po literkach w stanie głębokiej hipnozy, zapadając się w malowane obrazy z rosnącym rozdziawem różanych usteczek.
Było ciepło, przyjemnie, a robota i trening czekały dopiero wieczora. A może i upiekłoby jej się dziś jeszcze do rana? Do tego wafle z kominka i księga!
Poobgryzane palce przewróciły kartę grimuaru, ukazując kolejny fantastyczny obraz. Pokraczne, latające chochliki z nietoperzymi skrzydełkami i długimi jak sople nosami wirowały wokół osadzonego w fotelu czarodzieja w klasycznej, spiczastej czapie, jakiej nikt już nie nosił. Stworki rozrabiały ku irytacji magika, a najwięcej frajdy sprawiały im dymiące fajki, z których pociągały i w które dmuchały, buchając gęstym szarym oparem na całą lewą stronę zaczynającą rozdział.
Dziewczynka uśmiechała się od ucha do ucha, chłonąc bajkowy obraz figlarnych stworków, które w jej głowie prawie zrywały się z kartki i dymiły jej fajką w złote, wyściubione nad księgą oczy.
***
Morwen uśmiechnęła się na widok rozlatanych po hallu mefitów, tłukących skrzydłami niby kołatki i schodzących coraz niżej w ślepym miotaniu się wokół. Dziewczyna sięgnęła do kieszeni po kawałek runa czy filcu, ledwie drobny paproch, a materiał w sekundzie błysnął ognistą iskierką.
Nie każdy dostrzegł rzecz od razu, bo z pyłem i dymem w powietrzu, sapiącymi rannymi i świszczącymi mefitami, pojawienie się wagonika dymiących lekko drewnianych fajek mogło uciec uwadze rozlatanych dookoła oczu.
Mefity też nie dostrzegły jej od razu, a przynajmniej nie wszystkie, ale szybko te, które były najbliżej zajazgotały dodając sobie animuszu i spłynęły bliżej nowego zjawiska. Ich ruch nie uszedł uwadze tych, które wcześniej rozleciały się po sali i teraz cała zachodnia zgraja zaczęła z zaciekawieniem zlatywać w stronę, gdzie działo się najwięcej.
Niektórym górnikom nie trzeba było więcej zachęty, by oddalić się od zagrożenia i kupić w większej ludzkiej gęstwie, która zaczęła wyrastać wokół dochodzącego do siebie Hazara. Gdyby krasnolud był bardziej wylewny, może uśmiechnąłby się nawet na widok rosnącej wokół siebie trzódki, ale na razie łypał tylko w górę za białymi pokurczami, ciekaw czy aby któryś nie spadnie na niego, żeby dokończyć robotę, której nie zrobiła rura.
Ballo obserwował przylot, a teraz i przelot mefitów ze stoickim spokojem, właściwie nawet zadowolony, że stworki oderwały go od egzekucji golemów, która budziła w nim spore wątpliwości. Mnich nie miał wątpliwości, co do słuszności ścieżki – niewolę należało zwalczać, jak medyk chorobę. Obawę budziło jednak magiczne zaplecze zaczarowanych zbroi – czy rąbnięcie ich po puszkach wyzwoli ducha? Czy duch wyzwolony będzie duchem wolnym, czy może przyjdzie mu tu miotać się dalej, spętanym miejscem, ale już bez ciała? A może dusza musiałaby żyć nawet i w zbroi rozbitej na puch? Eksperci mogli doradzić i pchnąć Brzemię w słusznym kierunku, ale teraz na głowie były istoty nieporównanie żywsze niż metalowe posągi.
– Dlaczego jesteście tak agresywne? – zapytał Ballo, a w geście tak dobrej woli, jak i gry sprytem, posłał zaraz do najbliższego kłębowiska mefitów zabrany przez siebie kawałek słodkiej bułki. Wypiek posmakował, ale chyba nie docenił żarłoczności małych lotników.
Pochłonięte pieczywo wywołało ochotę na więcej, więcej, więcej, ale przede wszystkim u dwóch sąsiednich stworów, którym kolega zwędził jedzenie sprzed nosa. Teraz cała trójka skierowała wzrok skośnych oczek na olbrzyma i zaczęła powoli ku niemu dryfować, wypuszczając z pysków gorące, sinoszare obłoczki, jakby faktycznie puszczały fajkowy dymek. Świszczały przy tym rosnąco, co chyba należało poczytywać za groźbę. Masywna figura mnicha budziła respekt, ale bułka była jednak wyborna i możliwe, że przy wsparciu nadlatujących gdzieś od lewej kompanów, głód weźmie u chochlików górę nad rozsądkiem.
Mefit, który doleciał do wyczarowanych fajek jako pierwszy, zapiał po koguciemu i w tym niby-ptasim pianiu była nuta żywa, żwawa i bardziej złowroga niż wesoła. Białas czy to chuchnął, czy to splunął, dojść nie szło, ale w efekcie zadymił przestrzeń wokół wyczarowanej przez Morwen iluzji. Najpewniej przejrzał wybieg i dawał ujście wściekłości. Mogło też być tak, zaczynała się zastanawiać czarownica, że może jednak dopowiedziała sobie te fajki, że pamięć niosła barwny obrazek z bestiariusza, jakich wiele, ale wspomnienie zmąciło fakty?
– Pewnie jedno i drugie. – Pomyślała magiczka. Nawet jeśli, to jej iluzja kupiła im czas. Większość mefitów zmierzała w tę stronę, a oni dostali szansę na zbicie się w kupę (może w grupie żywiołaki ich nie ruszą? Nie słynęły przecież z odwagi!)... Albo przeciwnie, mogli rozdzielić się i rozbiec, albo w ogóle skierować kolumną do wyjścia.
Seweryn, który pozostał na miejscu, gotując się do czegokolwiek, co miałoby nadejść, zaobserwował coś jeszcze. Przypięte przez nich wcześniej żywe pancerze leżały twardo w bezruchu, jak powinny. Z wyjątkiem tego, przy którym pojawiła się fajczana iluzja wabiąca mefity. W bliskiej obecności stworków zbroja zaczęła ledwo zauważalnie drgać, jakby coś wślizgnęło się do niej od dołu. Mefity nie wirowały nad samą ziemią, a automaton był dodatkowo przypięty do kamiennej ławy i skrępowany, ale Drachenwulf czuł, że w martwym-żywym metalu jest coś z drapieżnika, który czeka aż ofiara zbliży się tylko w zasięg paszczy na schrupanie.
Nie wiedział, skąd niby ma takie przeczucie. Może to drapieżnik poznawał drapieżnika, niezależnie ile dzieliło ich wieków i tkanki?
– Pozbądźcie się ich stąd. – Zaszumiało w głowie Mariusa, który obserwował całą scenę wokół, jakby przyglądał się okazom w zwierzyńcu. Nieswoja myśl wyrwała z obserwacji. – Złapcie, wygońcie na zewnątrz, zabijcie. Nieważne. Nie dajcie im się rozlecieć po Ścieżce. Pobudzą, czego budzić nie trzeba...
Randal zwolnił w końcu trzymany kurczowo pawęż i znalazł chwilę, by przetrzeć krew z czoła chusteczką. Spojrzał w bok, w głąb sali, która wypluła im nowe zagrożenie. Uspokoiło się. Rura huczała i syczała, ale teraz już normalnie. Przepływem powietrza i kurzu. Nic nie dudniło i nie leciało na niego jak z procy. Paladyn oparł się o ścianę, osłonięty od wnętrza, skąd napływało powietrze, pospiesznie przetarł znów czoło chustką i naszykował miecz na to, co miało nadejść.
Porządek inicjatywy
Grosz (górnik) – 21 (rusza bliżej wyjścia)
Mefit Dymu #6 – 20 (pieje; komunikuje się z resztą po swojemu)
Morwen – 19 --> działa teraz jako pierwsza
Szwar (górnik) – 19
Hazar – 19
Mefit Dymu #5 – 18
Mavir (górnik) - 18
Randal - 17
Mefit Dymu #10 – 17
Ballo - 16
Mefit Dymu #1 – 16
Mefit Dymu #8 – 12
Eutalo - 12
Seweryn - 11
Mefit Dymu #9 – 11
Doktor Quolleb – 8
Brago (górnik) - 7
Lara – 5
Wulbar (górnik) - 5
Mefit Dymu #2 – 4
Mefit Dymu #3 – 4
Mefit Dymu #7 – 4
Elbir (górnik) - 3
Marius - 2Mapka
-
Morwen

Nici magicznej energii spłynęły po szczupłych palcach czarodziejki i w mgnieniu oka spowiły niewielki kawałek filcu spoczywający na jej otwartej dłoni. Morwen nakreśliła w powietrzu znak, ledwie dostrzegalny, subtelnym ruchem palców. W odpowiedzi nieopodal pojawił się wagonik pełen czegoś, co do złudzenia przypominało fajki.
Drobna, prosta iluzja. Nic popisowego. Miała tylko jeden cel - odwrócić uwagę części mefitów i dać górnikom oraz reszcie choć chwilę na przegrupowanie i zebranie myśli.
Zaklęcie pomniejszej iluzji nie było niczym szczególnym i Morwen doskonale o tym wiedziała. Wiedziała też, że użyte we właściwym momencie potrafi przynieść więcej niż najpotężniejsza kula ognia. Czy tak było i tym razem?
Poniekąd. Czarodziejka przez krótką chwilę obserwowała grupkę mefitów, które skierowały się ku iluzorycznym fajkom. Taka drobnostka… a jednak z dziecięcych opowieści pamiętała, że te małe diabliki nie potrafią oprzeć się pokusie dymu. Nie mieli jednak wiele czasu. Mefity może nie należały do bystrych, ale nawet najgłupsze stworzenie w końcu przejrzałoby iluzję, gdy nie byłoby w stanie jej pochwycić.
Morwen rozejrzała się wokół. Przez moment miała wrażenie, że wszyscy zastygli, jakby czekali, aż ktoś pierwszy podejmie decyzję. Dwie grupy mefitów. Pojedynczo byłyby niczym. Teraz jednak coś jej mówiło, że potyczki nie uda się uniknąć.
Sięgnęła do kieszeni. Chwilę później na jej dłoni spoczęła niewielka garść piasku. Magiczne nici ponownie spłynęły po jej palcach, otulając drobinki fioletowym blaskiem, unosząc je delikatnie w powietrzu.
- Koniec psot. Czas na sen.
Morwen chuchnęła w otwartą dłoń, a pył uniósł się i popłynął ku stworzeniom zebranym przy wagoniku, niesiony miękką, pulsującą energią zaklęcia snu.
-

Seweryn Drachenwulf
Z jednej strony, sprawdzić co by się stało, gdyby zwolnił pęta krępujące Slerotińskich Strażników pragnął, z drugiej jednak byłoby to ryzyko i niesubordynacja w zakresie, do którego nie został powołany. Ciekawość więc kusiła i wzrok jego co chwila przykuwała do tych przedziwnych metalowych bytów. Seweryn czasu na straty jednak nie poświęcił, przywarł plecami do boku biegnących po łuku schodów. Jakoś cudu dokonał, by zerkając na podrygującą zbroję i latających intruzów ustawiać przy tym lewarek i nałożyć bełt na "Kruszynkę". Jego dłonie doskonale operowały przy tej niewielkiej kuszy.
Nie była to idealna kryjówka, ale skrywała go od grupy nie zajętej magiczną iluzją. Przynajmniej na ten moment. Odchylając się nad stopień, wyostrzając zmysły i łowiąc komendy, ustawił na celowniku jednego z Mephtiów po prawej stronie sali.
-

- Cip cip cip! Taś taś taś! - Ballo rzucał mefitom różne jadło posiłkując się workiem - Chodźcie kochane, wyglądacie na głodne. Ludzie niesmaczne, spróbujcie tego. - Cały czas był w gotowości by zasłonić magów i uczonych, ale głównie skupiał się na angażowaniu mefitów w karmienie.
-
Hazar Baraz-Felak

Sytuacja zaczynała się coraz mniej podobać Hazarowi. Szczególnie przez brak dostępu do przeciwników. Jakby nie było, lekki nie był więc podskakiwać za mocno nie mógł. Niby miał w zanadrzu inne zagrania niż machnięcie młotkiem… ale czy chciał się takimi możliwościami tak otwarcie chwalić? Chociaż przetrwanie stawało się bardziej istotnym pytaniem. Szczególnie przy przeciwnikach wybuchających przy śmierci biorąc jednocześnie pod uwagę swój własny stan po oberwaniu improwizowanym działem. Zdecydowanie lepiej zdawało się walczyć z latającymi i plującymi piekliszczami na odległość… Póki co krasnolud mimo wszystko postanowił zdać się na polecenia reszty drużyny wiedzącej z czym mają do czynienia.
- To jak mocno wybuchają te mefity? Jak trzeba to mówcie kiedy zacząć lać albo co dalej… - dopytywał jaki był dalszy plan działania.
Jego plan był zdecydowanie prosty. Podejść albo poczekać aż któryś mefit do niego podejdzie i przyłożyć młotkiem. Problem polegał tylko na tym, że stojąc nie tak daleko od ziemi miał nikłe szanse na uderzenie latającego przeciwnika… co w zasadzie zmuszało go do wykorzystania swoich innych talentów… Dlatego póki co zamierzał być przygotowany bardziej do obrony niż ataku. Przynajmniej dopóki reszta drużyny nie zdecyduje, że przyszedł czas na zdecydowanie brutalniejsze podejście do sprawy. -
Nie każde spotkanie musiało się kończyć walką. Ale i tak często kończyło się walką. Na razie paladyn zachowywał czujność i gotowość do niepochamowanej przemocy. Jego pokojowa dusza radowała się, że być może uda się jej uniknąć. Praktyczny umysł zaś rzucał kamieniami i wyśmiewał się z duszy. Można chcieć dobrze, ale wyjdzie tak jak zawsze.
-
Mephitis nazwę swą biorą od trujących wyziewów, które większość z ich gatunków nieustannie roznosi, ziejąc nimi gdzie popadnie dla własnej uciechy i na szkodę wszech istot. Stworzenia są to złośliwe i niecne, skore do szkodzenia i krzywdzenia, jeśli tylko je to zabawia. Choć dają się spętać magią i przymusić do służby, to stanowią sługi krnąbrne i mało pojętne w nauce. Płochliwe i choleryczne, nie radzą sobie wobec bardziej złożonych zadań, skore oszukać mistrza, jeśli tylko oszczędzi im to wysiłku.
Bynajmniej jednak nie są całkiem głupie i to nie tylko w pojęciu zwierzęcego sprytu, którego im nie brak. Mają inteligencję przeciętną, przewyższającą niekiedy zacofane chłopstwo Keolandii, ale nie robią z niej właściwego użytku, co pośrednio może wypływać z ich zaburzonej percepcji czasu.
Mephitis zdają się funkcjonować we wszelkości swych zachowań, ruchów i myśli w swoistym przyspieszeniu, rzadko zdolne skupić się na czymś na dłużej. Najpewniej jest to odbiciem ich krótkiego żywota, w którym za jedyny cel stawiają sobie doraźne zaspokajanie potrzeb, gromadząc przyjemności nim niewielka klepsydra ich czasu przesypie się dla nich.
Mówią językami odpowiednimi dla sfery żywiołów, która je zrodziła, ale wszystkie rozumieją żywiołaczą lingua oeridea, jaką stanowi mowa prymordialna. Ich wokabularz jest ubogi, za to pełno w nim onomatopei i ogólnego hałasu.
Czarodziejom, którzy chcą w służbie Sztuki eksperymentować na stworzeniach, które mają rozwinięte struktury umysły i przez to nadają się do praktyki ars fascinationis, mefity poleca się jako tani i plastyczny materiał prac. Ostrzega się jednak o ostrożności przy skupianiu ich w większej liczbie i nadmiernym zużyciu – przy śmierci eksplodują, co przy dużej kolonii może prowadzić do reakcji łańcuchowej. Zaleca się odpowiednie wzmocnienie konstrukcji, w których są przetrzymywane, by uniknąć ich uszkodzenia przy niekontrolowanych wybuchach
Mistrz Zielonej Wieży, Sztuka Magiczna w Codziennej Praktyce. Rozwiązania i Porady (Przede Wszystkim) UtylitarneZaklęcia szkoły uroków miały właśnie szybki test praktyczny. Morwen skupiła wiedźmi wzrok na aurach mefitów, chuchnęła, dmuchnęła i złoty pył spadł na skłębione skupisko dymiących stworków. Liczyła pewnie, że mgiełka otuli całą skrzydlatą rodzinę, ale ich stałe trzepotanie i wzloty z miejsca na miejsce dały czarowi odpór. Jeden tylko, ten rozpiany wcześniej w ostrzeżeniu wobec reszty, dał się pochwycić urokiem i opadł na ziemię jak liść strącony nagłym podmuchem.
Zasnął, ale to nie wystraszyło pozostałych. Może gdyby zaklęcie położyło większą liczbę, reszta potworków zaczęłaby zmykać. Teraz jednak, skonfrontowane z drużyną poprzez coś więcej niż okruszki od Ballo, poirytowały się i zaczęły gniewnie bzyczeć.
Górnicy zerkali niepewnie w stronę dymiących, świszczących diabelstw i widać było, że nie czytali Mistrza Zielonej Wieży, bo czuli wobec stworów pokaźny respekt. Z pierwszej łapanki jednak tu nie przyszli, co najdobitniej chciał pokazać Szwar.
Zwykle małomówny, ale pierwszy do mordobicia, uznawał, że w obawie i niepewności należy ostro skonfrontować się z jej źródłem. Metoda co do zasady warta uwagi, ale wymagająca elastycznego stosowania. Tym razem chłop nie oglądał się na niuanse i podpunkty i pognał z rykiem naprzód, przeskakując przez ławkę, wymijając Mariusa i biorąc dziki zamach kilofem na zlatującego do okruszków mefita.
Trafił mocno, waląc latacza po gargulcowym nosie aż świst poszedł, a w ślad za tym wrząca jucha i wściekły jazgot potworka. Hazar krzyknął coś z tyłu poirytowany zachowaniem narwańca, ale nie mógł już nic zaradzić. Rąbnięty mefit wciągnął powietrze jakby miał zaraz dmuchać świeczki i dmuchnął faktycznie, ale dymiącą falą żrącego popiołu, jakby wysypywał na głowy rozgrzane węgla z głębi kominka.
Szwar jęknął i zakrył twarz, a powietrze przeszedł charakterystyczny swąd palonej skóry. Górnik przyjął na siebie większość parującego wyziewu mefita, ale zionięcie – jak na tak liche stworzenie – rozniosło się dużo dalej gorącym stożkiem, który sięgnął aż po stojących wyraźnie dalej Morwen, Larę i Eutalo. Opar owionął też Mariusa i Ballo – ten pierwszy poczuł gryzienie w nozdrzach i pieczenie oczu, które odruchowo zacisnął, co sił. Mnich zasłonił twarz potężną łapą i nawet nie poczuł bólu, a jedynie lekko parzące mrowienie, jak przy wyławianiu czegoś na szybko z wrzątku.
Morwen, Lara i Eutalo mieli dość przestrzeni, by osłonić ślepia, więc jedynymi, którzy krzywili się i przecierali oczy byli Marius i Szwar, choć prawdziwy ból dotknął tylko krewkiego górnika.
Randal przetarł skrawione czoło i rozejrzał się po sytuacji. Widział parzący podmuch mefita, widział jak Mavir biegnie w stronę kompanii, a Ballo próbuje udobruchać mefity rzucając im jedzenie. Z początku były głodne i ciekawskie, ale teraz zjeżyły się na drużynę, choć mnich – tak pewnie przez swoją potężną sylwetkę, jak i rzuconą stworkom jałmużnę – wypracował sobie neutralny status i był przez nie omijany.
Zamiast tego dwa rzuciły się na Szwara, machając pazurami jak rozeźlone koty. Jeden zdawał się w tym śmiesznie nieporadny i chyba niewiele zrobił przykulonemu górnikowi, ale drugi dziabnął go już poważnie aż pawiment zalał się krwią. Randal nie palił się do rozbijania diablich stworków, choć może to i byłoby po paladyńsku, ale do roboty zmusiła konieczność. Rycerz wyskoczył naprzód, by odegnać żywiołaki od oślepionego górnika i ciął tego, który już wcześniej oberwał, rozdzierając mu kawał skrzydła. Rana nie była śmiertelna, ani nawet dość mocna, by przygwoździć wijącego się lotnika.
Spojrzenie w tył pokazało, że chyba trzeba będzie bić mocniej, bo mefity rozzuchwaliły się i dwa podleciały bliżej wyjścia. Jeden był w zasadzie obok Braga, ale zwolnił w ostatniej chwili przed atakiem i górnik zdążył odskoczyć. Drugi zaczaił się na doktora Quolleba, który nie potrzebował większej zachęty i podjął kierunek ewakuacyjny. Eutalo spróbował strzelić w natręta, który przegonił historyka, ale chybił o spory dystans.
Swojej szansy nie zmarnował za to Seweryn, który ze swoją misterną kuszynką, reagował na wydarzenia, jakby każde kolejne prowadziło do pułapki, którą zawczasu nastawił. Mefici atak na dotkora sporo kosztował żywiołaka, bo posłany precyzyjnie pocisk trafił prosto w środek jego skrzaciego ciałka, zraszając płytki dymiącą juchą. Stwór zajazgotał i chyba stracił serce do psot.
Ten, który zamachnął się na Brago też chyba stracił rezon, bo górnik odwinął mu się potężnie, waląc kilofem, jakby rozbijał skałę. Mefit nie dał się rozbić na szczapy, ale przeorana łapa musiała naprawdę go boleć, bo trafiony zagwizdał wściekle aż z uszu poszła mu para. Wulbar biegł już kompanowi na pomoc, gotów poprawić z drugiej strony, a Elbir cofał się niepewnie, wodząc wzrokiem za Hazarem i czekając, co zdecyduje krasnolud.
Mefity, które dotąd były rozleciane w dalekich zakątkach hali, teraz zlatywały bliżej wydarzeń, ale przestrzeń była ogromna, więc nawet na nietoperzych skrzydłach nie dało się dolecieć z jednego końca na drugi tak raz-dwa. Lara miała strzelbę w pogotowiu i mogła swym bystrym okiem złowić diabliki w locie niczym kaczki, ale to nie zgrywało się z jej podejściem do sięgania po oręż. Nie lubiła zabijać, a już absolutnie wystrzegała się tego, gdy nie było całkiem pewności, czy aby wróg na pewno jest wrogiem i na ile może być zabójczy...
Przy rozumnych istotach, które nie wykazały w pierwszych odruchach jednoznacznej agresji, doktor Quatermain miała skrępowane ręce. Nie chciała na razie sięgać ani po kule, ani po bułat, licząc że mefity może uda się odstraszyć, albo przegonić. Zastanawiała się, czy aby najlepszego efektu, by usadzić lataczy na tyłkach nie zrobi niesiony echem strzał z jej fuzji... Z drugiej strony wiedziała, że usłyszą go wszyscy, którzy (jeszcze) żyli na Ścieżce, a tego rozgłosu nie chciała.
– Häipykää täältä! – krzyknęła w końcu, przekonana, że może stwory znają starosuelski, skoro znalazły się w ruinach imperium. – Lähde nyt ja elä tai jää ja kuole!
Jej wezwanie, by chochliki wyniosły się gdzie pieprz rośnie i postawiona im groźba pewnikiem zadziałałyby świetnie, gdyby tylko mefity cokolwiek tu zrozumiały. Suelski był im jednak kompletnie obcy, więc wokalizacje Lary znaczyły dla nich tyle samo, co charknięcia i warknięcia pozostałych.
Marius słyszał, że potworki nic z tego nie rozumieją i ogólnie zdają się zupełnie skonfundowane, niepewne kim są ludzie, których napotkali i własnej roli w tym miejscu. Gwizdy, świsty, piski, jazgoty, plumkania i wizgi to była przedziwna kakofonia, bliska wyjącemu w mroźny dzień wichrowi, który wpada w zakamarek zagrać na czym popadnie.
Wiatr niczego jednak nie mówił, nawet jeśli zawodził i tylko zdawało się, że niesie prawdziwe słowa, tak jak ślimacza muszla szumiała morsko, ale nie niosła odgłosów morza.
Ale... Czy... Czy na pewno? Marius znów miał wrażenie, że słyszy coś w parujących gwizdach mefitów... Coś jakby wyseplenione, syczące i świszczące słowa... Słowa języka, który znał.
- Tak! – Ucieszył się kapłan, kiedy udało mu się w końcu skoncentrować na tyle, by z nieustannej, meficiej kakofonii wyłuskać dźwięki, które przypominały słowa. Tak, to były słowa. Nie miał teraz już wątpliwości. Mefity syczały swoim dymnym, powietrznym dialektem, ale część dźwięków dawała się zidentyfikować.
Język prymordialny, albo mowa żywiołów... Mało kto spośród śmiertelników władał językiem, który niósł się szeroko przez Plany, ale burzliwa historia Utopca dała mu ten przywilej.
- Wróg... Uciekać?! Pyszne! Pluć-pluć ich! Duży! Rura bić, rura!
Marius wytężał uszy i słuchał, nie zawsze składając kawałki w sens, ale z każdą chwilą radząc sobie w tym coraz lepiej. Sprawy nie ułatwiało, że co jeden mefit, to inny komunikat, a specyfika wokalna czyniła głos każdego stworka absolutnie unikalnym...
Ale jeśli on w miarę je rozumiał, to może i one zrozumiałyby jego wodnisty, szumiący morsko prymordialny?
Kolejność zdarzeń:
Grosz (górnik) – 21 (rusza bliżej wyjścia)
Mefit Dymu #6 – 20 (pieje; komunikuje się z resztą po swojemu; zostaje uśpiony)
Morwen – 19 (usypia mefita #6)
Szwar (górnik) – 19 – atakuje Mefita #5; najpierw lekko ranny w ataku, później ciężej (jest bliski upadku)
Hazar – 19 (defensywa)
Mefit Dymu #5 – raniony poważnie przez Szwara i Randala, ale nie na skraju śmierci
Mavir (górnik) – 18 (biegnie bliżej reszty)
Randal – 17 (trafia mocno mefita #5)
Mefit Dymu #10 – 17 (pudło w Szwara)
Ballo – 16 (karmi mefity)
Mefit Dymu #1 – 16 (atak na Brago – pudło; Brago odpowiada mocnym atakiem)
Mefit Dymu #8 – 12 (atak na dr. Quolleba – pudło)
Eutalo – 12 (pudło)
Seweryn – 11 (trafienie krytyczne – mocne uderzenie w mefita #8, który jednak nie jest jeszcze półmartwy)
Mefit Dymu #9 – 11 (ruch w stronę skupiska ludzi)
Doktor Quolleb – 8 (kierunek: wyjście)
Brago (górnik) – 7 (atakuje mefita #1 i mocno trafia)
Lara – 5 (próbuje odstraszyć mefity w starosuelskim)
Wulbar (górnik) – 5 (rusza pomóc Brago)
Mefit Dymu #2 – 4 (rusza bliżej)
Mefit Dymu #3 – 4 (rusza bliżej)
Mefit Dymu #7 – 4 (rusza bliżej)
Elbir (górnik) – 3 (defensywa)
Marius - 2 (?) -
Piekący ból z oparów dymnych wyrwały go z zaskoczenia jakie poczuł na słowa Mistrza
//- Musimy je złapać, wygonić na zewnątrz, albo zabić! Nie można pozwolić żeby rozlazły się po Ścieżce! Uruchomią rzeczy które nie powinny być uruchomione wydaje mi się że dam radę się z nimi dogadać ich język jest podobny do mowy istot wody której uczyli mnie we świątyni... - Na swoją modłę spróbował przekazać im informacje od Mistrza ukrytą w kłamstwie.
// - Zastanówcie się, czy możemy je wypuścić?! Bo mogą stanowić zagrożenie dla ludzi, ale może lepsze to niż próbować walczyć ? Nie tchórze ale nie chce powtórki sytuacji z Świętej Pamięci Panem Migdałem! - Krzyknął do towarzyszy we wspólnym.
Następnie spróbował przemówić do mefitów w Primodialnym. Jego mowa miała chlupoczący akcent, starał się używać prostych słów, miał nadzieje być tłumaczem dla sprytniejszych członków drużyny w negocjacjach z potworkami.
//- Wy Przestać! My lepiej nie walczyć, bo rany mogą być! Układ zamiast walka ? - Zaoferował.
-
Rozpętująca się zawierucha wzmagała się podlana dymem i adrenaliną, gotowa przejść w totalny chaos, gdy padną wszelkie wątpliwości, a gniew stłumi pozostałe odczucia. Awantura miała zapach popiołu i grała wysokimi, piskliwymi nutami mefitów, które w swym kakofonicznym wzmożeniu przebijały wszystkich i nadawały scenie własny ton. Ton świszcząco-szczebiotliwie-szumiący.
Nikt nie spodziewał się, że w wysokie nuty wpłynie dudniący, chlupiący nieskładnie sylabami głos Mariusa. Utopiec... Ciężko było to określić, bo powiedzieć, że wydarł się nie pasowało do bulgotliwych dźwięków, które wypadły z jego ust w imitacji bądź to mowy, bądź odgłosów nurkowania. Marius wybił się jednak na chwilę ponad ogólny gwar, co kosztowało go stracony dech i pokaźne rumieńce. Zagulgotał coś bardzo głośno, jakby dmuchał w rurę, a dziwaczność dźwięku stawiało go gdzieś między naśladowaniem mowy, a naśladowaniem natury.
Gulgot zaskoczył wszystkich, ale najmocniej chyba same mefity, które jakby stężały w locie, zmieniając coś nieznacznie w sposobie, w jakim wymachiwały skrzydełkami. Teraz wisiały w powietrzu nieco inaczej, bardziej... Nasłuchująco?
Grosz, który obrał już kierunek wyjściowy, jak i niektórzy inni członkowie drużyny, których ciała były już w ruchu, zwolnili kroku. Marius wybulgotał swoje, a dla wzmocnienia efektu, kapnął na koniec kroplą magii, wyczarowując spod ziemi wielgachną mackę, która zaczęła pełzać wśród metalowych resztek.
Mefity zdawały się zwolnić trzepot jeszcze bardziej. Chochlicze, złośliwe i trzpiotowate pyski stworków zmieniły się. Oczy żywiołaków rozszerzyły się ponad zwyczajowe szparki, a uszy stanęły wysoko w pionie.
– Czego chcecie? – zaświszczał jeden z potworków. Ten, który wcześniej zionął na Szwara i pechowców stojących za nim. – Czemu tu jesteśmy?
Dla słuchaczy wokół sytuacja była niezrozumiała, a słowa mefita już zupełnie. Dla nikogo zresztą poza Mariusem słowami nie były, a tylko kolejnymi gwizdami dzikiego stworzenia.
Odmianę w postawie mefitów dostrzegli jednak wszyscy i czy wiązali to z bulgotaniem Mariusa, wyczarowaną spod ziemi macką, czy po prostu pierwszą przelaną krwią, zrozumieli, że sytuację można jeszcze odwrócić.
– Czego chcecie?
– Bulgoczesz wodniku, ale nie służymy tobie!
– Czemu nas wezwaliście?
– Skąd... Skąd my-wy tu-tutaj?
– Niech was przewieje na wszystkie strony, smrodliwcy!
Marius skupił uwagę na dźwiękach wysyłanych przez mefity, teraz bezbłędnie już odgadując każdą nutę ich słów. Przebijały się jeden przez drugiego, ale ich wzmożenie ewidentnie zelżało. Wodziły wzrokiem to za Utopcem, to za ślizgającą się na marmurze macką, która nadała wezwaniu kapłana dodatkowej powagi. Nie mogły przestać dogadywać i świszczeć, ale było jasne, że na ile mogą, skupiają uwagę na tym, co będą mogły zaraz usłyszeć.
Marius - używa Grasp of the Deep.Komunikacja z mefitami:
Perswazja --> 15 i 20 na kości (advantage za użycie 'dodatkowego straszaka'; krytyczny sukces).
20 = sukces -> mefity (chwilowo) wstrzymują ataki/kontrataki, zarzucają Mariusa pytaniami i chcą wysłuchać, co ma do powiedzenia.
-
Marius wykonał gest uniesienia dwóch rąk w geście pokojowym zabulgotał do Mefitów
//- My was nie wezwać, ci co was wezwać dawno tu nie być, ja zapytać się magików jak was odesłać. Powiedział następnie przeszedł na wspólny aby zwrócić się do reszty obecnych:
// - Mogę się z nimi dogadać, nie atakujcie one nie chcą tu być. Nie atakujcie na razie proszę... Pani Morweno czy może Pani ich odesłać ? Mogę tłumaczyć wasze słowa, ale proszę o proste komunikaty, bo język wody i innych żywiołów który nauczyłem się w świątyni nie nadaję się na uczone dysputy. - Powiadomił resztę. Utopiec przetłumaczył również to co mu stworzenia odpowiedziały na jego wezwanie o rozmowę.