'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
Kai
Słońce wpadało do sypialni Demedisów w kawałkach, pocięte na jaśniejące kry pozaciąganymi nierówno zasłonami. Świetlne plamy na pościeli, na kielichach, na rozrzuconej po dywanie odzieży, na wyglądającym znad łóżka gąsiorku wina. Wpuszczona do komnaty jasność interpretowała scenę po swojemu, nadawała jej specyficznego charakteru.
Rozciągnięty na łożu Kai, świeżo obudzony, w pełnym negliżu, skryty pruderią przypadku przez skotłowaną okrutnie kołdrę, podkreślał tylko jednoznaczność sytuacji. Lorens Demedis złowił ruch w pościeli i uśmiechnął się pod nosem, widząc jak chłopak po kociemu przeciąga się i mruży oczy. Sam wstał już wcześniej, siedział teraz przy hebanowym sekretarzyku w narzuconym na gołe ciało muślinowym szlafroku i przerzucał dokumenty. Myślał, że ma jeszcze chwilę, ale niedoczekanie. Półelf zmaterializował się za nim bez zapowiedzi, zdmuchując z blatu papierzyska, które szlachcic podpisywał i pieczętował rodowym sygnetem.
- No proszę bardzo, zdmuchnąłeś swoje włości w nicość! – Lorens teatralnie wyrzucił ręce do góry i wypuścił pióro na ziemię. – Akurat przepisywałem ci pałacyk w Barisco, ale przepadło!
- Widać nie był mi pisany – zanucił Kai. – Widać domem mi szlak, niebo baldachimem. Przypisane toboły: pałace i lasy, pola i zamki - nie ciążą. Przypisano mi imię… Nazwisko nie ciąży, do ziemi nie wiąże…
Chłopak mieszał melodie, improwizując nieskładnie, ale rześko, świeżo, głosem może lekko zachrypniętym po nocy, ale wciąż dźwięcznym i przyjemnym.
- Ładnie, ładnie, mój drogi. – Szlachcic spojrzał na barda ciepło. Lubił go, naprawdę go lubił. Czuł się przy nim lżejszy, nasłoneczniony, napomniany o świecie za oknem. O oliwnych gajach, kwitnących jabłonkach, o śmiechu młodych, o miodowym winie, o galopie przez łąki, o górach, o morzu. Chciał zebrać się z fotela i potarmosić bujną, splecioną w warkocze czuprynę chłopaka. Ale zamiast tego schylił się i podniósł z ziemi upuszczone pióro. – Napij się może lepiej wody z cytryną - stoi na komodzie - a wino zostaw na po występie.
Bard przytaknął ochoczo… Ale jako, że miał już to wino pod ręką, to dygnął po nie i zatańczył wokół stolika na środku komnaty, obficie pociągając z gąsiorka. Miał dzisiaj występ, to prawda, ale do wieczora kawał czasu. Słońce wlewało się od południa już obficie, jak to latem, acz kotary ciągle dawały jeszcze odpór, trwały na straży spokojnego poranka.
- Pamiętasz jak rozmawialiśmy o tych Wrotach, tym co znaleźli?
- O podróży – poprawił Kai. – O szansach. Mieliśmy sami sprawdzić, co kryje ta starożytność…
- I będzie można – zgodził się Lorens, nagle znów odwrócony tyłem i coś tam przebierający w papierach. – Załatwiłem ci miejsce w ekspedycji, która tam rusza. Dopuścił mnie ojciec Matyldy, zainwestowałem przez niego, mogę mieć udziały w surowcach… A ty będziesz moim plenipotentem na miejscu, będziesz doglądać, żebyśmy nie wyszli stratni. Przygoda…
- Przygoda – Kai przerwał cierpko, odstawiając osuszony gąsior. – …odbędzie się bez ciebie. Ja mam ruszać, czarodziejskie korytarze czekają, szlak czeka, a ty będziesz siedział i liczył ile „surówki” przyjdzie? Chcesz to przegapić?
- Wiesz… – Demedis w końcu westchnął i odwrócił się do przyjaciela. – Wiesz, że to ciebie zelówki pieką, żeby ruszyć w drogę. Że to ty lubisz spać na sianie, trykać się kubkiem w toastach z obcymi, których połączył trakt, że tobie plucha i piach w butach niestraszne, jeśli na końcu czeka ognisko i butla wina. Ja… Przygodę lubię, ale… Lokalnie.
- Mhm. – Kai prychnął i podszedł do sekretarzyka. Spojrzał Lorensowi przez ramię, wychylił się nad nim aż ten musiał skulić się w fotelu i zgarnął z mebla niewielki portrecik w szylkretowej oprawie. – A ona ma w tym właściwie jakąś rolę, czy zostajesz, bo jej ojciec jest w mieście i będzie robił przegląd aktywów?
- Przestań. – Demedis westchnął sucho, jakby powtarzał to już mechanicznie po raz enty. – Chciałeś jechać, ciekawiło cię? Załatwiłem. Czego ode mnie oczekujesz? Tak, ja nie mogę latać po świecie bez zmartwień. Nie teraz, jeszcze nie.
Półelf nic nie powiedział. Pogładził obrazek po ramce, zdobionej prostą geometrią kwadratów. Był zazdrosny? Dziewczyna na malunku, trzeba oddać sprawiedliwość artyście, była wiernym oddaniem tej prawdziwej. A była piękna. Jasna, śnieżnie niemal opalizująca skóra kontrastowała z czernią migdałowych oczu, wielkich, głębokich, patrzących spod atramentowych brwi i rzęs z nieśmiałością i niepewnością świata. Gęste, czarne loki miała spięte diademikiem, ujarzmione chwilowo, inaczej opadałyby nisko, sięgały pewnie łopatek. Piękna, Kai musiał przyznać.
Może był zazdrosny, może powinien? Ale nie, bardziej irytowało go chyba, że nie musi. Że biedna, piękna Matylda de Ruyter, choć przecież powinna budzić w nim zazdrość, budziła litość. Że ta słodka, młoda istota, sama nie doczeka uczucia. Że będzie musiała zwiędnąć nim dojrzeje, żyć życie wśród substytutów, przyjęć, herbatek i wernisaży, gdzie, w centrum uwagi, będzie schła sama, z mężem u boku. Albo nie wytrzyma, w końcu pójdzie za pragnieniem czułości, ale będzie wiecznie gryzła się ze sobą, nigdy do końca szczęśliwa, pod cieniem sumienia, które każe być wierną. Bycie środkiem do celu! Jakże okrutni potrafili być bliscy, obracać czyimś losem dla interesu.
- Nigdy nie pojedziesz – stwierdził chłodno Kai. – Teraz będziesz brylował, kombinował, budował więzi, relacje. Robił inwestycje i przerzucał się kwotami. Zrobisz majątek, pomnożysz. Może zrobisz dzieciaki, bo taka forma, taki nakaz.
- Dajże spokój, Kai!
- Potem będą inne interesy, rady i spółki. Będą odskocznie, pewnie, tak jak my tutaj. – Półelf odstawił portret na miejsce i pogłaskał Lorensa po głowie. – Zrobisz się tłustym wujkiem, jak ci których wyśmiewasz, pokazując ważniaków w operowych lożach. Zawsze coś będzie czekać, jakiś interes, akcja, coś do omówienia.
- Wiesz, że teraz trzeba, jak to się mówi, kuć żelazo. – Szlachcic zirytował się, wcisnął pióro do kałamarza aż na blat poleciały kleksy. – Kuć póki gorące!
- Ja wiem, wiem. – Bard uśmiechnął się. – Kuj tutaj, kuj. Ja pojadę. Środkiem do celu będzie ta droga, stanowisk nie trzeba mi dokładać.
Cel sam sobie wyznaczę, pomyślał Kai. Albo znajdę.
Niech będzie tym plenipotentem, niech finansują mu i ustawiają koneksje. Niech Lorens układa tu sobie, co dalej, rozkłada środki na liczydłach, rauty i lunche w kalendarzu. On sam skorzysta, oj skorzysta ile się da, to owszem. Ale środkiem do celu nie będzie.
-
Dr Lara Quatermain
Biblioteka Królewska w Gradsulu wyglądała pięknie. Budynek dawnego opactwa Boccoba, który został znacjonalizowany po kasacie zakonu Przyjaciół Mądrości, wznosił się na białym klifie w górnej części miasta, wyciągając przed alabastrowym gmachem głównego czworoboku potężny portyk z kolumnami grubymi i wysokimi jak sekwoje. Umiłowanie zakonników do klasycznej, ale przy tym monumentalnej formy dawało o sobie znać w całym przedsięwzięciu. Od rozległych, pielęgnowanych z nabożnością ogrodów opasających klasztor wokół, przez ogromne marmurowe halle, aż po wyrosłą nad całością ażurową wieżę astronomiczną, każdy krok stąpał tu ciężko, jakby chciał zapaść się w zastanej perfekcji.
Keolandzka Korona rozbudowała jeszcze potężną konstrukcję, dostawiając od północy dwa skrzydła, gdzie mieściły się nowe skryptoria, lektoria i składy ksiąg. Nie chcąc ustępować w skali pierwotnym budowniczym, ale też iść z duchem czasu, królewscy architekci postawili te dwa bloki niby lustrzane katedry, dzieląc się splendorem Biblioteki z biedniejszymi dzielnicami za wzgórzem. Strzeliste wieże fasad rzucały cień nad doliną, ale same budynki, pełne witraży i maswerków, z przeszklonym dachem nad głównymi nawami, czerpały słońce szeroko, pozwalając czytać woluminy bez świec praktycznie do zmierzchu.
Dr Lara Quatermain przemierzała już korytarze Biblioteki wielokrotnie, tak że woźni i wózkowi znali ją i kiwali jej głową, gdy mijała ich z rękoma zaciśniętymi kurczowo wokół pokaźnego pakietu ksiąg. Miała swoje ulubione zakątki: świetlistą, przeszkloną aulę w Skrzydle Królowej Maud, galeryjkę z wyżłobionymi biurkami nad przepastną Arcana Cœlestia, gdzie z góry patrzyła na wielokolorowy labirynt regałów, stare lektorium z sufitem jak pożółkły pergamin, zapisanym czarodziejskimi symbolami Boccoba czy Tchnienie Prawdy, ogromny, półotwarty hall od strony morza, w który często wpadała świeża bryza. W tym ostatnim, na kunsztownych, kutych w zawijasy ławeczkach nie można było czytać ksiąg z wnętrza Biblioteki – powiewy, wilgotność, mówiono – ale dla Lary czasem robiono wyjątek.
Nie ustając jednak w podziwie dla wielkości i historii zamkniętej w Bibliotece, dziewczyna swoje ulubione miejsce miała poza nią. Najbardziej lubiła spędzać czas w ogrodach klasztoru od południa, a konkretniej nawet, na niewielkim, wyciągniętym nad klif tarasie, gdzie na żwirowanych alejkach stały ledwie dwie-trzy ławeczki, wciśnięte nieśmiało między krzewy bzu i dzikiej róży. To tu, z Historią Prowincji po starosuelsku i grubym wokabularzem dla wsparcia, Larę zastał Benji, stary znajomy jej ojca. Książka leżała rozwarta na ławce, zakładki powciskane między kartki słownika, ale pani doktor przysnęło się, fantastyczną drzemką pod promykami majowego słonka.
- Wiesz co dobre – roześmiał się Benji, kiedy dziewczyna wybudziła się, wyszarpnięta ze snu skrzekiem mewy. – Dzień dobry, Lara. Dobrze cię widzieć.
- Benji! – Dziewczyna, kobieta, pani doktor właściwie (choć ewidentnie nie rocznikowo, bo – szczególnie teraz, ledwo na jawie, jeszcze bez przyjęcia akademickiej powagi – wyglądała jak świeży pierwszoroczniak) zerwała się z ławki i skoczyła na starca, przytulając go całą sobą. W mgnieniu refleksji stężała na chwilę (nie była już dzieciakiem, który wskakiwał na wujka Benjamina jak kot, no nie wypadało), ale - luzując nieco uścisk – zaraz znów, kapkę dostojniej, przywarła do niego w przytulasie.
- Chwilę ci zeszło, żeby do nas wrócić, co? – Benji odwzajemnił uścisk i poklepał ją po plecach. Kiedyś pewnie, gdy brykała po skryptorium, kiedy z jej rodzicami przeglądali stare woluminy, pogładziłby ją po złotej grzywie. Jak to niesfornego dzieciaka, którym była, gdy nie poświęcano jej dość uwagi, nie wiedzieć czemu skupiając się na starych tomiszczach zamiast bawić z nią w chowanego między regałami biblioteki. No, ale teraz – no, pani doktor. Czas płynie. – Przeczytałaś już w Greyhawk całą bibliotekę Zagyga?
- To ciebie dobrze widzieć! – Promieniała. – Ile to lat będzie? Pięć?
- Siedem – poprawił Benji, ale bez satysfakcji. – Słyszałem, że ostatnio mniej cię ciągnęło na szlak. Edukowałaś się.
Bibliotekarz pochylił się lekko, zamiatając przed dziewczyną słomkowym kapeluszem. Oj, nie tylko posiwiał, ale i stracił sporo ze swojej dawnej grzywy.
- Gratuluję, pani doktor. – Uśmiechnął się na wspomnienie akademii, gdy dygnęła starannie. – Słyszałem, że summa cum laude. Przeszłaś przez program błyskawicznie, a potem praca – chwalona, cytowana. Dotarły mnie strzępki. Ciekawym reszty, nie powiem.
- Wybacz Benji, naprawdę. – Lara uśmiechnęła się przepraszająco, ale uśmiech jakoś z niej spłynął. – Trochę mnie zjadło… To całe studiowanie. Nie pisałam dawno. Nawet, kiedy tata zniknął i pisałeś… Przepraszam. Jakoś nie umiałam znaleźć słów po tym… Odejściu.
Benji z początku nic nie powiedział, zgarnął książki na bok i usiadł na ławeczce, wskazując żeby siadła przy nim. Wyklepał zgięte dno kapelusza od spodu i nałożył na siwą koronę wokół łysinki, filuternie wyginając rondo pod górę.
- Trzeba się pilnować od słońca – szturchnął ją łokciem. – Ja w moim wieku tym bardziej, ale i ty powinnaś. Słonko każdego grzeje. Twój ojciec wiedział – kapelusz zawsze ze sobą, wymiętolony, pogięty, ale zawsze ze sobą.
- Nie bądźmy chmurni w taką wiosnę – podjął za moment. – Cieszę się, że jesteś, że rozkwitasz. Że wyszłaś znów na świat, poza bibliotekę, poza akademię. Jak stary skryba gada, że najwięcej nauczysz się z ludźmi, w świecie, w podróży, to – chociaż mi płacą za siedzenie tutaj, w kurzu i literkach – to słuchaj, słuchaj, bo prawda.
- Amen i nie gadaj – Mrugnął, gdy chciała zaprotestować, czy to na gadkę czy na starego skrybę, bo dla niej zawsze był kompanem ojca i matki. A oni, nawet teraz, jawili się żywi, żywotni, od życia tętniący, zawsze pełni werwy, dowcipu, rozlatani po pokojach i nigdy cicho. Młodzi.
- Gdzie cię teraz ciągnie, powiedz? – Podjął. – Dobrze, że nie na wschód, tam źle się dzieje. A tu – ciekawie. Przyjechałaś, bo doszła cię Ścieżka? Słyszałaś?
- Ścieżka? – Zawahała się, szukając skojarzeń.
- Ścieżka Slerotina. Znaleźli ją w Yeol, na południu. Ma prowadzić przez Piece na drugą stronę – zreferował. – Podobno.
Lara otworzyła oczy szerzej. Czarne przy jej jasnej cerze sprawiały, że dziwiła się jeszcze bardziej.
- Patrzyłem, że suelskie księgi u ciebie, Historia Prowincji. Myślałem, że wiesz. Że szukasz – wyjaśnił. – Żeś już na tropie. A widzisz, czasem wiem coś przed tobą.
- Mhm – zrugała go kpiąco. – Bo akurat ktoś wie coś przed tobą, Benji, daj spokój. Mów! Mów więcej! Co z tą Ścieżką? Prawda czy następny Ur-Zaator wykopali?
- Pamiętasz Emila Quolleba? Historyk z Dyvers, spec od Suelii.
- Pamiętam – Skinęła. – Rodzice nie za bardzo go lubili.
- Nie dalej jak tydzień był tutaj, przetrząsał księgi w starym skryptorium. W tym temacie. – Benji ściągnął ręce na kolanach i wystawił się do słońca. – Radził się, ale zna się na rzeczy. Jeśli on szuka, to wie skąd wiatr wieje. Co by nie mówić, spec. A jak tego mało…
- No, no? – zaciekawiła się Lara.
- Obiło mi się o uszy, że Kompania Lazurowa… I inne zresztą, bo i w samym Yeol też, szukają ludzi. Speców. Chcą ruszać tam, szukać – tłumaczył. – Czego to możemy sami zgadywać, ale na miraż to nie wygląda.
- Przyjść do ciebie, zawsze człowieka ozłocisz! – Uradowała się. – Skąd ty zawsze wiesz to wszystko?
Benji uśmiechnął się szelmowsko i wskazał kciukiem na gmach za sobą.
- Robię w biznesie opartym na wiedzy.
- I mógłbyś coś z tego wreszcie mieć.
- Wiem z kim i jak najszybciej dostać się na miejsce, by wejść w skład grupy eksploracyjnej. – Mężczyzna mówił spokojnie, niby to bez wyrazu, ale powoli na usta zaczął wpełzać mu lekki uśmiech zadowolenia. – Obiło mi się o uszy, że będziesz w tych stronach…
- Nie! – Dziewczyna aż podskoczyła.
- Rozmawiałem ze znajomymi, że gdyby potrzeba było sprawdzonego eksperta… Czy ekspertki. – Starzec łypnął na nią spod kapelusza. – To mogą szykować umowę, bo na dniach będę mieć kogoś do polecenia.
- Benji! – Lara zaśmiała się, nie dowierzając. – Ty draniu!
* * *
- Pani podpisze, tu, tu i tu. – Młody brunet z mgiełką wąsa pod nosem wskazał palcem na wolne pola w zalanym literkami dokumencie. Miał okulary z dolną ramką, bez górnej oprawy i opiętą kamizelkę w romby. Wyglądał jakby ironicznie odgrywał starego księgowego, ale w zachowaniu był arcypoważny. – Dokument zawiera załączniki, które proszę przeczytać przed zobowiązaniem. Muszę zaznaczyć jako kluczowe, choć podkreśla to oczywiście sama umowa, że całe przedsięwzięcie objęte jest tajemnicą handlową. Pani udział nie może być zgłaszany żadnym podmiotom zewnętrznym bez zgody jednostki koordynującej, a wszystko, co zostanie znalezione i wszelki przebieg wydarzeń nie może być komunikowane nikomu spoza uczestników przedsięwzięcia objętych umową, czy to w formie ustnej, pisemnej czy jakiejkolwiek innej. Wszystkie przedmioty, surowce, dobra materialne, jak i informacje o potencjalnych…
- Dobrze, dobrze – Lara przerwała mu niecierpliwie. Powtarzali te formalności już chyba trzeci kwadrans i jej dobre wychowanie drżało w posadach. – Zorganizowaliście mi proch? Kule? Przygotowano osprzęt wedle wytycznych?
Urzędas trajkotał swoje i przebierał papierami i dziewczyna bała się, że w tym wszystkim zapomni o najważniejszym. Musiała mieć pewność.
- Kwestie dotyczące ekwipunku, jak i kwaterunku, transportu czy…
- Książę. – Dziewczyna spojrzała na niego, kręcąc głową. Ile jeszcze takich meandrów? – Poluzuj trochę kubrak, dobrze ci zrobi. Mów po ludzku – macie, co potrzeba?
Młody prawnik zdawał się zbity z pantałyku. Z półotwartymi ustami wyglądał jak kiełb.
- T-tak – potwierdził krótko. – Kwatermistrz zorganizował komplet produktów z przedstawionej listy.
- No i świetnie – powinszowała Lara. – Daj to podpiszę.
- Pani doktor. – Urzędnik położył dłoń na dłoni i splótł palce w gimnastyce. – Bardzo nas cieszy, że Wulberg-Salzton będzie mieć panią na pokładzie. Dla pełnej jasności muszę tylko raz jeszcze powtórzyć, że wszelkie obserwacje w spisanej formie - także w prywatnych dziennikach! - oraz ewentualne późniejsze publikacje naukowe, będą podlegały wglądowi jednostki koordynującej przed ich upublicznieniem…
Lara Quatermain miała dać się cenzurować bandzie chciwych gryzipiórków? Większość z nich pewnie nie odróżniłaby nawet starosuelskiej amfory od bakluńskiej urny pogrzebowej, a tu czelność mieli pakować się jeszcze z zapisami o możliwej redakcji w jej pracy naukowej!
Cóż zrobić, pomyślała, stawiając zamaszysty podpis w każdym z punktów. Dla bycia w takim miejscu jako jedna z pierwszych pewnie podpisałaby cyrograf i z samym Asmodeuszem. Żywa historia, żywe dzieje! Chciała tam być, póki coś jeszcze zostało z tej starożytności. Na miejsce, nim rozdziobią je do reszty! A co dalej - będziemy się martwić później.
-
Czarne Wrota wzrosły z niczego, dosłownie. Jeśli szukać by drobiazgowych zgryźliwców, którzy czepią się czegokolwiek, mogliby mówić: A nie, nie. A co z szopą, w której chronili się pasterze z Wrzosin? Ruinami szopy, trzeba by uściślić, bo chatynka w której czasem podsypiał Elbrecht Bregg (opiekun nad kozami), miała dziury w dachu i drzwi zawisłe na ostatnim zawiasie.
Ale i ci nie mieliby racji, bo pierwsze kijki i kamyki – prosta podstawa wieczornych ognisk – zmieniły swoje miejsce w układzie kijków i kamyków doliny kilkaset stóp dalej. I od tego się zaczęło, od utoczonych z kawałków piaskowca i wątłych gałęzi ognisk, przy których rozbijano namioty. Pierwsze i kolejne. Szybko wobec ich braku zaczęto klecić z dostępnego drewna szałasy i osłony – bardziej od słońca niż chłodu, bo temperatura z każdym dniem wiosny rosła, a słońce w Drusdygg potrafiło solidnie przygrzewać. Szczególnie tu, w swoistej niecce między Piecami a wzgórzami, które rozkładały się wokół, budując pod samymi zboczami gór piaszczysty, surowy kocioł.
Do namiotów i szałasów niebawem dołączyły tabory. Owszem, na początku było już parę wózków, ale większość towaru docierała na miejsce w końskich jukach. Oraz na grzbietach osiołków i mułów, które cierpliwie kluczyły między jarami i pagórkami doliny. Ściągnięcie poważniejszych wozów to był kawał roboty i często większość ładunku zostawała w tymczasowym obozie za Czarnorogiem, skąd do Wrót przerzucano go partiami na plecach i grzbietach.
Nie wiedzieć kiedy, obóz wrósł w krajobraz. Zaczęto go nazywać Kotłem i był pierwszym zetknięciem z Drusdygg dla większości przybyszów, którzy ściągali z północy. Stał się pomocniczym filarem do zaopatrywania osady, która w cieniach Ścieżki postawiła już pierwsze drewniane chaty, a szykowała się zaraz awansować w surowcach do kamienia.
Grimley, Randal, Seweryn i Lara, a niedługo wcześniej i Kai - wszyscy w drodze na miejsce przeszli przez Kocioł. Najpierw zetknęli się z tymi, którzy przybywali na miejsce, pełni nadziei i rzutcy w planach na przyszłość. I z tymi, których życie już zweryfikowało i którzy wynosili się z doliny, klnąc na czym świat stoi. Tych drugich nie brakowało, ale póki co, obietnica bogactwa zasysała tych pierwszych szerokim strumieniem.
Kiedy dotarli do Czarnych Wrót, jak któryś z pierwszego rzutu poszukiwiaczy fortuny ochrzcił obóz w pobliżu wejścia w głąb Ścieżki (której to nazwa nie była już w powszechnym użytku – tę znali nieliczni oczytani eksperci, którzy skojarzyli, że w starej literaturze suelskiej pojawiały się wzmianki o korytarzu pod górami wytyczonym przez arcymaga Slerotina), osada była już właściwie miasteczkiem.
Miała piętrową rezydencję przedstawiciela władz Ligi, Rodryka Saliny, która to rezydencja dumnie wznosiła ponad inne budynki powiewającą flagę Zjednoczonych Prowincji. Miała baraki wojskowe dla skromnego kontyngentu ściągniętych tu żołnierzy i strażników z Westburn. Szeryfem, który zawzięcie próbował skoordynować współpracę między zlepkiem różnych obecnych na miejscu sił (i który nie bał się brać sprawiedliwości we własne ręce, gdy nadarzała się okazja – a te nadarzały się częściej niż nie) był Owain Graft. Siwy jak gołąbek, ale ciągle krzepki (o czym pijani awanturnicy przekonywali się regularnie) weteran z Keolandii, wciągnięty na listę obywateli Ligi po odsłużeniu w jej wojskach dwóch ciężkich dekad. Jemu też (skromna nobilitacja, patrząc po budynkach, które postawiły kompanie ekspedycyjne, ale zawsze jakaś) powierzono własny adres, choć jego chacie bliżej było do niedużej leśniczówki niż rezydencji notabla.
Na co dzień dzielił obowiązki z Kurtem Curze, zwanym za plecami Kudłaczem (po prawdzie, ksywka mu nie przeszkadzała, ale chętnych na poufałość nie było) – robiącym tu raz za bajlifa, raz za sierżanta, a de facto odciążającym po prostu Grafta jako jego zastępca. Ten był z profesji łowczym, ale swoje w najemnym kontyngencie, który Wolna Liga wysłała do Keolandii odrobił, poznając wojskowy dryl i wojskowe picie. We Wrotach znany był zwłaszcza z drugiego, bo jego kwaterę stanowił pokój na górze gospody Górnicza Dola (zwanej krócej Górnikiem), więc nie miał daleko na biesiadną i po robocie, a czasem i w trakcie, zachodził na dół wychylić dwa, albo dwadzieścia.
Karczmy we Wrotach były dwie – wspomniana wyżej i pierwsza, Czarny Diament, gdzie karmiono nieco lepiej, ale bez szału. Zresztą - klienci nie zwykli narzekać na żarcie, póki było czym je zapijać. Oprócz tego Żelazna Kompania Ekspedycyjna (jeden z handlowych potentatów we wschodniej części Morza Lazurowego) postawiła swoją kantynę, gdzie z początku wstęp mieli tylko pracownicy, ale pieniądz nie śmierdzi, więc szybko otwarto się na klienta.
Na uboczu, z bezpiecznym dystansem wobec pojawiających się kolejnymi falami namiotów i szałasów, stanęła budowla inna od wszystkich. Miała dziwaczną, powstałą ze skalnych bloków (jakby z nieba runęły!) konstrukcję. Tu pomieszkiwał główny doradca Saliny, mistrz Wedryk Weld. Czarodziej oczywiście, czego nie ukrywał, a co podkreślały dziwaczne rekwizyty, które walały się wokół jego pracowni.
Swoje budynki postawili też najważniejsi gracze w całym zamieszaniu, czyli wielkie handlowe czy inwestycyjne spółki. Na początku finansowane z daleka ekspedycje zaczynały od namiotów, wokół których koliście rozrastały się kolejne, ale kiedy na miejsce wkroczyła polityka i do działania na miejscu potrzeba było włączyć szczególnego sortu specjalistów, szybko postawiono podmurowane rezydencje. Teraz każda z finansowych machin miała już na miejscu swoją siedzibę, ale też często magazyny, sklepy i faktorie otwarte dla poszukiwaczy i inne, bardziej wyspecjalizowane przybytki.
Za taki specjalny przybytek należało uznać polowy szpital Żelaznej Kompanii (nazwa była może nieco naciągana, ale budynek nie był już ledwie jurtą i mógł na raz przyjąć kilkunastu chorych i rannych), a z przybyciem Seweryna Drachenwulfa swoje ambicje w tym kierunku planowała też rozwinąć spółka Wulberga-Salztona. Pewni, że na tym stratni nie będą, inwestorzy z Loftwick postawili z kolei na zamtuz, celnie odpowiadając na potrzeby zdziczałych mężczyzn z nadmiarem wolnego czasu. Czego by nie mówić, zapewnili sobie niezłą kontrolę nad przepływem informacji w miasteczku i spory dopływ złota, gdy rozochoceni poszukiwacze w godzinie konieczności gotowi byli płacić tym, co wyłupali ze skał.
Innym źródłem straty dla ofiar złotej gorączki, a zysku dla zagranicznego kapitału było kasyno czy dom gry, jak nazwano niewielką szulernię z pokerem, kośćmi i stołem do wintraka. Dopełnieniem potrzeb mieszkańców była opieka duchowa, którą nad społecznością objął brat Karl Glidwalt – młody i energiczny kapłan Zilchusa. Jak przystało na sługę boga, który czuwał nad handlem i pieniądzem, brat Karl był bardzo przedsiębiorczy, ferując pakietami błogosławieństw zależnymi od wysokości datków i dbając, by na żadną z kompanii handlowych nigdy nie padło złe słowo. Mógł nie być całkiem bezinteresowny, szczególnie wobec Aerdyjskiej Grupy Rozwojowej, która to spółka postawiła na miejscu kapliczkę dla jego boga – od razu z przyjemną zakrystią do zamieszkania.
Kai, Lara, Seweryn, Randal i Grimley trafili na miejsce, gdy nie było już zlepkiem namiotów, ale jeszcze nie pełnoprawnym miastem. Trafili na miejsce w czas wielkiego ferworu, rywalizacji między kompaniami i tajemniczych wydarzeń dookoła. W czas euforii i niepewności.
Dano im odczuć, że są tu nieprzypadkowo i coś odróżnia ich od szarych twarzy mijanych dookoła. Mieli być istotni dla interesów spółki, jak tłumaczono i obiecywano im, że wkrótce dostąpią zaszczytu wejścia w głąb Ścieżki. Do tego czasu nie brakowało im zajęć, ale w powietrzu czuło się napięcie i oczekiwanie. Wulberg-Salzton miał chwilowo wstrzymaną możliwość eksploracji korytarza, bo któryś z konkurentów złośliwym manewrem zakwestionował ważność licencji górniczej spółki, ale wybój był do przebycia. Rzucanie sobie wzajem kłód pod nogi było w końcu w Czarnych Wrotach codziennością.
***
28 sierpnia, 591 WR
Budynek Kompanii Lazurowej, która dzieliła swe progi ze spółką Wulberga-Salztona – w opinii niektórych niepotrzebnie namnażając byty, skoro i tak było wiadomo, kto tu rządzi (ten kto wykłada najwięcej kasy, to jasne!) - z zewnątrz nie wyglądał może nadto okazale, ale w środku urządzony był już w ponadlokalnym standardzie.
Całą, pokaźną konstrukcję zbito z bali nawiezionych ze wzgórz w pobliżu, stawiając zwykły prostokąt z jednym piętrem i niskim dachem bez strychu. Zapowiedź, że wnętrze może być ciekawsze niż nudnawa bryła stanowiły drzwi – pomalowane na lazurowo, szersze niż drzwiowa norma i z metalową kołatką w kształcie keolandzkiego, kroczącego lwa (nie zwykłej tam płaskiej lwiej głowy, ale prawdziwej figurki, do tego zwiezionej z samego Gradsulu).
Środek otwierał się ogólną izbą z długim biurkiem recepcji, gdzie zbywano petentów i odławiano frajerów do golenia. By jedni i drudzy mogli poczuć respekt wobec instytucji, ściany ozdabiały keolandzkie i gradsulskie tarcze herbowe, niekiedy ze skrzyżowanymi szablami czy mieczami, albo innym orężem. W jednym rogu zawieszono herbowy pawęż z Longspear, oddając skinienie dla lokalnego junior partnera w całym przedsięwzięciu. Miłośnicy militariów mogli gapić się na ściany z obitych niebieskim zamszem drewnianych foteli i ław, które rozstawiono wokół sali, ale na zaplecze nie mieli już wstępu.
Tam zaś, w przestrzeni kompanijnej, mieściły się biura, magazynki i pokoje mieszkalne dla paru istotnych dla inwestycji figur. Tam skromny pokoik (skromny jak dla kogo, bo z wygodnym siennikiem, kufrem i nawet biurkiem!) dostał Kai i tam swój gabinet miała Wylla van Coen, która dostała ambitne zadanie wyciśnięcia z Drusdygg ile wlezie. Na chwałę akcjonariuszom!
Dziś, po raz pierwszy razem w tym gronie za drzwiami jej biura, spotkali się Kai, Lara, Randal, Grimley i Seweryn. Znali się już, krócej-dłużej i lepiej-gorzej, a każdy wiedział też (na tyle na ile można się było w tym połapać), co inni mają tu robić. Tu, w znaczeniu Czarnych Wrót i roli w działaniach Kompanii. Bo tu, w znaczeniu jej gabinetu, jasności nie miał nikt z nich.
- Przejdźmy do rzeczy. – Preszła do rzeczy Wylla, zgrabnie odprawiając wcześniej z każdym i z grupą wespół grzecznościowe formułki. Usadziła ich wygodnie – na miejscu były już krzesła dla każdego, więc wiedzieli, że to nie spontan. - Zastanawiacie się, czemu widzimy się tu w tym składzie – i zgadujecie, że kręci się to wokół Ścieżki i tego, dlaczego wciąż nie postawiliście tam jeszcze nogi. Nad tym też pewnie dumacie, choć Kai mógł już coś wam pisnąć.
Parę spojrzeń prześlizgnęło się po półelfie, ale aktor nawet nie mrugnął.
- Dobrze zgadnięte. Powody polityczne, by oszczędzić detali, wstrzymały w ostatnich tygodniach nasz dostęp do Ścieżki. Lokalna władza ma problemy i potrzebuje wycisnąć od inwestorów ile może. Przy okazji zasłaniając się nami od zarzutu, że nic z tymi problemami nie robi. – Kobieta miała przyjemny głos, dość niski jak na niewiastę i z lekką chrypką, ale teatralny czy salonowy może, staranny przy każdym słowie i zgłosce. Nie dało się pominąć, że mówiła perfekcyjnym wspólnym jak z serca Greyhawk, choć dobrze wiedziała, że wszyscy zebrani (poza Larą) częściej na co dzień mówili po keolandzku. Sama też zresztą mówiła zwykle w tym języku i to bez cienia akcentu, ale za drzwiami gabinetu czy w sprawach Kompanii, momentalnie przełączała się na Wspólny. - Poza aspektami finansowymi i pochodnymi, którymi nie muszę was kłopotać, dla powodzenia naszej współpracy z lokalną reprezentacją Zjednoczonych Prowincji, istotny jest też aspekt osobowy. Dedykowanie personelu, który – że tak to wyrażę – dowiedzie działającego partnerstwa publiczno-prywatnego w sprawach Doliny Drusdygg i zaangażowania obu stron w rozwiązywanie napotkanych problemów. Konkretnie: Was.
- Pani Wyllo... – ośmielił się Seweryn. W kobiecie było coś, co napawało go respektem, może i swego rodzaju tremą. To jak się wyrażała, poruszała czy nosiła - nawet gdy wrzucała na luz i w koleżeńskiej atmosferze pozwalała sobie na szklaneczkę bisselskiego brandy (po pracy oczywiście). Z drugiej strony ciągnęło go do niej – piękna, jasnoskóra, elfia niemal, z włosami w kolorze miedzi i błękitnymi oczami, przypominała mu matkę. Nie pamiętał wiele, ale wspomnienie z dzieciństwa zawsze upiększa.
- Sewerynie – odpowiedziała ciepło, ale stanowczo. - Umawialiśmy się, że mówimy sobie wszyscy po imieniu. Proszę, jesteśmy tutaj kolegami.
Kai znów wytrwał bez gestu, ale w środku bardzo chciał parsknąć.
- Pan Rodryk Salina - który stanowi tu przewodniczącego Rady Wrót, jak nazwano powołany organ współpracy władz lokalnych i eksploratorów Ścieżki, co pewnie już wiecie - potrzebuje pomocy przy sprawie "znikniętej wioski". - Wylla podjęła po pauzie, widząc że medyk wycofał się z mówienia. - Słyszeliście już o niewyjaśnionej sprawie z zaginionymi mieszkańcami Wrzosin. Teraz, o czym pewnie jeszcze nie wiecie, ale długo w ciszy to nie zostanie, zawieruszyła się im kolejna. Wybaczcie, może nie powinnam...
Kobieta ściągnęła usta i ciągnęła dalej: - Potrzeba, aby sprawie przyjrzał się ktoś z naszego sektora, zdejmując część odpowiedzialności z pana Saliny i uchylając zarzutów, że jego władza jest niekompetentna i nie współpracuje z partnerami. Wasz udział tu jest nieprzypadkowy: dwaj paladyni Zakonu Karzącej Ręki Sprawiedliwości, dwoje uznanych ekspertów z zakresu medycyny i reprezentant skrzydła biznesowego naszej organizacji mają dać rękojmię, że do rozwikłania sprawy zaangażowano najlepszych ekspertów.
- Oho – mruknął Grimley. - Szukają kozłów? Mamy wystawiać się na odstrzał?
- Zapewniam was, że nie o takich ekspertów chodzi. Nie, poza pudrowaniem sprawy faktycznie potrzebują kogoś kompetentnego. Politycznie nic wam nie grozi – jesteście pod opieką Kompanii i moją, dopóki coś tutaj znaczę. – Pani Dyrektor skinęła im dyrektorsko. - A wierzę, że coś znaczę.
- O jaką wioskę tym razem chodzi? – włączył się Randal.
- Jeszcze nie wiem, ale jutro wtajemniczy was pan Salina. Czas to pieniądz, mówią, ale pan Salina próbuje wynegocjować jeszcze korzystniejszy układ z naszymi konkurentami i wstrzymał naszą gotowość. – Wylla wzruszyła ramionami. - Szkoda, ale rezultat ten sam. Nie dostanie lepszej umowy i jutro będzie rozmawiać z wami.
- Abstrahując od doniosłości sprawy, nie sposób nie zauważyć, że jest to temat poboczny wobec Ścieżki – zwróciła uwagę Lara. Los wioski nie był jej obojętny, ale nie znosiła niedokończonych wątków i kłuło ją, że wprowadzony na początku temat Ścieżki zawisł gdzieś w powietrzu.
- Przywrócenie nam dostępu do Ścieżki, jak i wasz udział w jej eksploracji, który, jak wiem Laro, jest dla ciebie szczególnie istotny i jako wielkiej sympatyczki nauki, upragniony również przeze mnie, ma być formą odpłaty za wasze zaangażowanie w pomoc panu Salinie – wyjaśniała van Coen. - Wasza pomoc ma objąć różne obszary, a z dobrego źródła wiem, że niekompetencja niektórych czynników doprowadzi do tego, że szybciej niż później będziecie też pewnie musieli pomagać i w głębi Ścieżki. Co jest dla nas wielce pożądanym rezultatem.
- Mamy robić za sprzątaczy dla Saliny? – uruchomił się Kai. - Ludzie od brudnej roboty?
- Nie spodziewam się, aby to była szczególnie brudna robota na poziomie etycznym, jeśli to masz na myśli, Kai. Choć, jasna sprawa, etyka w biznesie bywa trudna w utrzymaniu. – Kobieta pozwoliła sobie na lekki uśmiech. - Ogółem, możliwe, że będzie trzeba pobrudzić się w sensie dosłownym. Nie wiem, czego dokładnie pan Salina będzie od was oczekiwać, ale bardzo chciałabym wiedzieć. I mam nadzieję, że wiecie jak ważne jest, abyście dzielili się ze mną informacjami. Tymi i wszystkimi innymi, które nabędziecie w ramach tej współpracy.
- Jasne – przytaknął półelf. - Wiemy dla kogo ostatecznie pracujemy.
* * *
29 sierpnia, 591 WR
- ...Także tak jak to sobie panowie omówiliśmy... I pani, ma się rozumieć... Pani doktor. – Salina stukał ołówkiem w papiery przed sobą, jakby omawiał czy odhaczał kolejne punkty w założonej agendzie. - Także jak sobie omówiliśmy, będę na panów-panią, liczył. Zakładam, że podejmiecie się działania, ma się rozumieć, bez zwłoki i – oczywiście-jasne? - w absolutnym zaufaniu, nie dzieląc się z nikim tymi naszymi sprawami...
- Oczywiście-jasne – potwierdził ochoczo Grimley. Nie wiadomo, kpiąco czy z powagą.
- Właśnie, właaaśnie. Zaufanie i tuuutaj, tutaj miałem dla panów... Pani... Jedną, niedużą sprawę na początek. – Salina przebierał ołówkiem i wiercił się w fotelu. - Na Ścieżce ostatnio niby roboty wstrzymano... Ale ktoś tam kopał-działał, no, tutaj górnicy nasi kopali trochę, bo był zawalony korytarzyk... Trzeba było odkopać. Słyszałem, że trochę się im tam coś popsuło, obsunęło. No, że wczoraj tam znaleźli jakiegoś stwora czy coś i nie znali się, co z tym zrobić.
Oho, pomyślała Lara, w myślach słysząc już szczęk spustu. Zaczyna się.
- Chciałbym, dobrze-dobrze by było, żebyście tam pan... Państwo się rozglądnęli, zajęli tym-tym, co to tam znaleźli. Ubili może, jak będzie trzeba, albo zgarnęli, nie wiem. – Rodryk odłożył ołówek i skrzyżował potężne dłonie, postukując nimi nerwowo o blat. - Tam jest korytarzyk taki... Z potencjałem. Że warto się rozejrzeć-że można, rozumiecie państwo, od razu... To byście tę sprawę rozwiązali i od razu mogli przepatrzeć, co to-to tam... Pani by oceniła, spojrzała, pani doktor. Bo to historia może być, rzeczy wiekowe...
Mężczyzna odchylił się na moment w fotelu, skrzypiąc tyłkiem na skórzanym obiciu. Wysoki i wielki, nie gruby, choć trochę i gruby, ale wielki, Salina dudnił przy każdym kroku, stukał, skrzypiał, albo w inny sposób dawał dźwiękowo znać o swoim istnieniu. Zaraz miał zadudnić znowu.
- Panie starosto!
Drzwi do gabinetu Saliny otwarły się z hukiem. Do środka wpadł młody górnik i byłby wtargnął w swym impecie nawet poza dywanik pod drzwiami, ale w końcu wyhamowało go dwóch zbójów, stojących na straży przed drzwiami. Potrzeba było jeszcze trzeciego, by usadzić rozpędzonego kopacza i by furiat zaczął wreszcie mówić o co chodzi.
- No weszli-my, no mieli nie, ale weszli-my...
- C-co takiego? – Zadudnił Salina, tym razem tak głosem, jak i pięścią o biurko.
- No weszli tam w korytarz i dziabło ich... Znowu dziabło – mamrotał przerażony górnik. - Zamknęli-my, ale chłopy zostali tam...
- DO JASNEJ... – Starosta chciał zakląć głośno, ale wyhamował i wściekłość przerzucił na głuchy ryk. - AAARGH!
- Szybko tam, medyk może być potrzebny... I reszta też! – gorączkował się Salina. - O tym gadałem wam, lecieć tam! Bert, Grebo, Hans – lecieć z nimi, biegiem!
* * *
Bieg do Wrót i w głąb samej Ścieżki rzeczywiście był szybki. Niemal jak lot. Sprinterzy, choć czując, że bez broni się nie obejdzie, zdążyli zgarnąć swój oręż, rozglądać się po drodze nie mieli czasu. Prowadzeni przez Hansa, który kojarzył, gdzie mają lecieć, wyhamowali dopiero na miejscu.
Byli w niedużej, półokrągłej komnacie na końcu niedawno odgruzowanego korytarza. Na ziemi paliła się górnicza latarnia, przy drgnięciach płomienia rzucając na ściany fantastyczne cienie. Kai potrafił lepiej niż inni dostrzec geometryczne, labiryntowe reliefy w granitowych płytach, które obudowały pomieszczenie ze wszystkich stron. Reszta musiała mocniej wytężać wzrok, ale wszyscy dostrzegli ruch w prawym kącie sali. Jeśli nawet by nie dostrzegli, ruch zaraz dał o sobie znać głosem. Jękiem i charkotem.
W rogu leżał mężczyzna, młody robotnik w rozchełstanej koszuli i bryczesach, przebierający nogami w drgawkach aż pospadały mu buty. Obok był oskard i rozbita lampa, a parę kroków od niego kształt w ścianie rysował się w drzwi. Coś musiało wypaść na niego zza drzwi, to jasne.
- Tym-to – Hans podszedł bliżej zaznaczonej lekkim wgłębieniem bryły, która mogła być drzwiami i wskazał nerwowo na prostokątną, wyślizganą płytkę w ścianie. - T-t-to otwiera...
W tym czasie Grebo schylił się, odpalając pochodnię od płomienia stojącej na środku lampy. Ogień buchnął na moment mocniej, odsłaniając wszystkie rogi komnaty, gdzie zalegał gruz i szczurze szczątki. Cienie zafalowały nerwowo, niestabilnie. Prawie jak nogi pod trójką zbrojnych, którzy mieli asystować bohaterom Kompanii.
Ktoś przełknął ślinę, gdzieś kapnęła woda. Minęły może sekundy, ale poza jękiem mężczyzny w rogu, przestrzeń wypełniała wyłącznie cisza.
-
dr Lara Quatermain (Alex Tyler)
Krople wiosennego dżdżu tłukły niestrudzenie w stare zdobne okna ze szczeblinami, wybijając na ich gładkiej powierzchni miarową melodię. Przy akompaniamencie tej naturalnej kompozycji blady księżycowy blask korzystając z przychylności rozsuniętych zasłon, spływał wprost z roniącego łzy nieba i wykazując się podobną kroplom deszczu upartością, próbował dostać się przez zanieczyszczone kwatery do wnętrza skrywanego przez nie gabinetu. Odgrodzone przez ponad cal szkła pomieszczenie było całkiem okazałe, światło przygasającej olejowej lampy posadzonej na rzeźbionym biurku z furyondzkiego orzecha ledwie muskało jego najdalsze zakamarki. Pierwszą rzucającą się w oczy rzeczą były wszechobecne ślady zaniedbania, wszystkie zgromadzone pośród jego ścian meble i eksponaty oprószone były popielatym kurzem, a górne kąty pokrywały zwoje pajęczyn. Jakby dla podkreślenia tego wszystkiego wewnątrz zalegało ciężkie, zastałe powietrze. Zarazem tańczący płomień gorejącej lampy odsłaniał jego imponujący wystrój, godny najwspanialszych muzeów. Albowiem prócz pięknie wykończonych, acz nieco zaniedbanych biblioteczek, konsol, żardinier i kabinetów, a także wytwornego kominka i eleganckiego biurka, wnętrze wypełnione było dziesiątkami archeologicznych skarbów. Składały się na nie umieszczone w oszklonych gablotach, powieszone na ścianach albo wystawione na stojakach najprzeróżniejsze eksponaty pochodzące z tak zapomnianych miejsc, jak starożytne Miasto Letnich Gwiazd i Zaginione Miasto Sueli, Imperium Flan czy Suel, Stare Ferrond, Cesarstwo Bakluńskie, a także Cesarstwo Torhoon. Przebywająca wewnątrz młoda kobieta zdawała się jakby niepomna tych wszystkich świadectw dawno utraconych cywilizacji, głęboko skupiona na zupełnie czym innym. Zasiadając przy biurku z orzecha, pochylała się nad jakimś starym dziennikiem i korzystając z blasku lampy, z zapałem wertowała jego stronice. Niedaleko jej lewej ręki, zaraz obok rodzinnego obrazka przedstawiającego wytwornych rodziców z jasnoblond córką i palącej się lampy, spoczywał też jakiś wystrzępiony welin. W końcu dziewczyna natrafiła na to, czego szukała, co też zaakcentowała mimowolnym cichym sapnięciem. Wbrew jej oczekiwaniom nie było tego wiele, ale skreślone na marginesie ogólnikowe uwagi autora niewątpliwie dotyczyły interesujących ją aktualnie południowych rejonów Starego Keolandu.

Tragiczny morski wypadek, który pozbawił nastoletnią Larę Quatermain matki, lady Amelii Livingstone, a ją samą cisnął wprost na jedną z bezludnych wysp tropikalnego archipelagu położonego między południowym wybrzeżem zachodniego Oerik a Polarią, gdzie zupełnie osamotniona musiała przetrwać wiele ciężkich tygodni w leśnej dziczy, sprawił, że na wiele długich lat wygasła w niej rodzinna pasja do podróży i antycznych tajemnic. Z jej ojcem stało się wręcz odwrotnie, śmierć żony i tymczasowe zaginięcie córki tylko je nasiliły. Niewątpliwie musiały stanowić dlań swego rodzaju ucieczkę od nieprzyjemnych myśli.
W ciągu następnych lat, gdy prof. sir David Quatermain, znamienity członek greyhawskich Poszukiwaczy Tajemnic, systematycznie wyprawiał się w coraz dalsze zakątki Oerik na jeszcze kosztowniejsze i niebezpieczniejsze archeologiczne ekspedycje, w przerwach pomiędzy nimi nie zabawiając na dłużej niż kilka tygodni w domu, jego powoli wchodząca w dorosłość córka studiowała zapamiętale nauki medyczne i ślęczała samotnie po nocach nad podręcznikami w popadającej w zaniedbanie rodowej posiadłości. Nie potrafiła go jednak za to winić, skoro sama również szukała sobie sposobu na poradzenie z rodzinną tragedią. Stąd też czuła, że nie ma prawa go oceniać, zwłaszcza że zawsze był dla niej wspaniały. Dziewczyna z czasem uzyskała stopień naukowy doktora i rozpoczęła praktykę zawodową jako medyk. Mimo to daleko jej było do poczucia spełnienia. Czegoś jej w życiu brakowało. I doskonale wiedziała czego, ale instynktowny lęk zrodzony przez traumę sprzed lat był silniejszy. Czas słabo goił rany bowiem jej noce do tej pory bywały niespokojne.
Acz kiedy miesiące później nadeszła w duchu z dawien spodziewana, wielce nieprzyjemna wiadomość o losie jej ojca, zaginionego podczas ostatniej z wypraw do położonej w centralnym Oerik Zindii, po kilku dniach pełnych smutku i zatroskania zaszła w niej gwałtowna przemiana. Nagle postanowiła, że niezależnie od konsekwencji, z szacunku dla swych rodziców i samej siebie już nigdy nie odrzuci przepełniającej ją miłości do archeologicznych odkryć i przygód. Państwo Quatermain byli pełnymi pasji badaczami, gotowymi poświęcić życie dla pogoni za antycznymi tajemnicami. Urodzonymi poszukiwaczami przygód i uczonymi. I ona też taka była. Nie potrafiła już dłużej tego w sobie tłumić, nie mogła porzucić tak wspaniałego dziedzictwa, szczególnie jako jego ostatnia powierniczka. Z dnia na dzień zamknęła swoją lecznicę i podążając za zewem swej krwi, wyruszyła w daleką podróż.

Skromna drewniana weranda jeszcze skromniejszej chaty zaskrzypiała pod nierównymi krokami. Wkrótce potem rozległo się bezładne pukanie. W odpowiedzi nierówno osadzone drzwi uchyliły się z mozołem, uwalniając zgromadzony wewnątrz fetor i zaduch.
— To jak byndzie, idziesz na poprawiny do „Górniczej Doli”? — zapytał wsparty o futrynę, ewidentnie wczorajszy Gert.
— A dajże spokój, po cóż płacić wydrwigroszowi! — odparł na propozycję równie sponiewierany gospodarz – Rogvor. — Może i raz ci siem poszczęściło, ale z kupra samorodkami ni miotasz. Tako i ja. Mam zacniejszy plan. Lepij wstąp do mje, napijmy się moji księżycówki. Ostała mi siem jeszcze butelczyna, czy dwie. Zaświadczam, iż przedni towar.
— Taki przedni, że ino raz mi starczy — zapewnił towarzysz od kielicha. — Twój zajzajer jezd niby pożyczka u lichwiarza. Za wysoki procent i trza szybko zwracać. Ha! Przedni to po nim jeno zwrot, jak bogi kocham.
— A to laga ci w rzyć!
— I tobie, na podobie w dziobie... Ty! — rozmówca nagle stuknął gospodarza łokciem. — Patrz tylko, jaka panna idzie!Obaj doświadczeni kociokwikiem panowie kulturalnie uchylili czapki w pozdrowieniu, a przechodząca przyjezdna, ładnie ubrana Suelanka o jasnych włosach, w odpowiedzi skinęła im delikatnie głową i wymówiła dźwięczne „Dzień Dobry”. Wyglądało, jakby dokądś się spieszyła.
— Wielkomiastowa jaka, z Loftwick abo nawet Gradsul — stwierdził Gert.
— Naschodzili się niby świnie do koryta paniska i kupce, paść się bogactwach ziemi naszych dziadów, na naszym pocie i krwawicy żerować. Ucziwem ludziom prace odbierać. Hatfu!
— A dajże spokój, ta akurat miła. Uśmiechła się, dzień dobry rzekła. Nosa ni zadziero.
— Co innego mogłaby zadrzeć. Hje, hje.
— Powiedział szermierz, co krótkim mieczem operuje, do tego stempionym. Zresztom łuna nie miała nawyt kiecy jeno te, no... pludry. Ino jakie obcinsłe.
— Snadź tako siem noszo paniska miastowe.
— A niech siem noszo. Potym przez obcisk skończo jako impotenty. Takoż jak ty.
— Dziołcha to, toteż jeji to nie grozi… takoż i tobie.Pełna przekomarzań rozmowa czerwonolicych górników trwała jeszcze w najlepsze, gdy prędko przebierająca nogami młoda kobieta zdążyła im zniknąć z oczu.
Ówczesny poranek nie był najfortunniejszym dla Lary Quatermain. Noc bez mała zeszła jej na wertowaniu ksiąg mogących rzucić nieco światła na zawartość Ścieżki Slerotina. W efekcie zatracenia się we frapującej lekturze bardzo późno poszła spać i bardzo późno się obudziła. Zdawszy sobie sprawę, że za niedługo odbędzie się umówione spotkanie z Wyllą van Coen, zerwała się gwałtownie z posłania, w wielkim i chaotycznym pośpiechu przystępując do porannej toalety i narzucenia na siebie przyodziewku. Na sam koniec wciągnęła pończochy i wzuła buty pod kolano wykonane z giętkiej, acz wytrzymałej skóry, by chwilę później, niemalże wybiegając, opuścić swój pokój w „Czarnym Diamencie”. Przechodząc chyżym krokiem przez gospodę, mimo oczywistej ochoty musiała zrezygnować ze zwyczajowej porannej herbaty. Niemniej zgodnie z zasadami dobrego wychowania pozdrowiła oberżystę i dziewki służebne, po czym wdarła się na ulice Czarnych Wrót. Na szczęście napędzany lekkim stresem marsz po świeżym powietrzu szybko i definitywnie ją rozbudził.
Dopiero po dostaniu się do środka budynku Kompanii Lazurowej, dzielącej swe progi ze spółką Wulberga-Salztona, niewiasta odetchnęła z ulgą. Spóźniła się, a i owszem, ale chyba nieznacznie. Wkrótce po pokonaniu recepcji dostała się na zaplecze i stanęła przed drzwiami biura van Coen, objawiając się w całej krasie i przy lekkiej zadyszce swoim przyszłym czterem kompanom. Lara Quatermain etnicznie była suelanką ze Zjednoczonego Królestwa Ahlissa, należącą do rodu mogącego prześledzić swe korzenie aż do pierwszych suelskich osadników w tamtym regionie, aczkolwiek jej rodzina przeniosła się do Wolnego Miasta Greyhawk niedługo po druzgocącym podboju kraju przez wojska rozrastającego się Królestwa Aerdy. Awanturniczka miała jasną cerę, sięgające za ramiona i spięte w półkucyk włosy w kolorze jasnego blondu oraz praktycznie niespotykane w tej kombinacji czarne oczy o bystrym spojrzeniu. Liczyła sobie dwadzieścia cztery wiosny i mimo obszernej wiedzy oraz okularów budzących powierzchowne skojarzenia ze stereotypowym uczonym była bardzo wysportowana i wygimnastykowana, co wręcz doskonale odzwierciedlała jej budowa ciała. Znak szczególny dziewczyny stanowił mały pieprzyk nad lewym kącikiem ust.

Wówczas delikatnie pognieciony, ale ogółem zadbany strój Lary trafnie oddawał wyobrażenie młodej damy z dobrego domu prowadzącej awanturniczy tryb życia. Złożony był z eleganckich i dobrze skrojonych, materiałowo wytrzymałych elementów utrzymanych w białej tonacji, a uzupełniał go wymyślny skórzany pancerz uzupełniony o bardzo krótkie szorty. Małe okulary znajdujące się na jej skromnym nosie miały okrągłe szkiełka w pozłacanej, drucianej oprawie.
Dziewczyna kulturalnie przywitała się ze wszystkimi. Mówiła w sposób energiczny, acz dystyngowany i uprzejmy, z wyrazistym i charakterystycznym akcentem. Głos miała nieco niski, przyjemny dla ucha.

Wymuszony biurokratyczną obstrukcją okres przestoju stanowił dla Lary wolny czas rozciągający się na długość, jak się okazało, tygodnia. Został on spędzony przez nią w dużej mierze w Czarnych Wrotach, tak więc bezczynnie jeśli chodziło o eksplorację podziemi, ale bynajmniej bezproduktywnie. Awanturniczka wykorzystała go na zorientowanie się w panującej sytuacji i poszerzenie wiedzy o okolicy oraz bezpośrednie z nią zaznajomienie. Przede wszystkim jednak poszerzała wiedzę teoretyczną na temat Ścieżki Slerotina korzystając z każdego dostępnego fragmentu wyłuskanego z osiągalnego lokalnie i zabranego ze sobą księgozbioru.
Kres oczekiwania na wejście do górskiej otchłani nadszedł w jej ulubiony sposób, nagły i emocjonujący. Naglący pośpiech sprawił jednak, że na pierwszą wizytę nie zabrała swojego całego dobytku. Zaledwie służące jej za środki ostateczne do samoobrony: bakluński bułat i arkebuz o dwóch lufach. A także zawierający podstawowy ekwipunek mały plecak w kształcie podobnym kostki. Z tego samego powodu nie miała okazji porządnie przyjrzeć się architekturze, i tak z grubsza rozgrabionego, wnętrza, zaledwie przelatując wzrokiem pokonywane komnaty. Na miejscu zaś jej uwagę przykuł mężczyzna w potrzebie. Skupiając się na odruchu serca i obowiązującej ją medycznej przysiędze Allitura ledwie zerknęła na płaskorzeźby zdobiące granitowe płyty i wskazaną przez Hansa płytę dotykową, przypadając szybko do górnika w pokrwawionej koszuli.
— Dzień Dobry, jestem dr Lara Quatermain. Jak pan się czuje? — zapytała grzecznie, zarazem mając w zamiarze zbadać poziom reakcji i przytomność rannego. — Gdzie pana boli?
Od razu też przeszła do próby diagnozy. Na szczęście miała w plecaczku akcesoria medyka, gdyby niezbędne było udzielenie natychmiastowej pomocy.
-
sir Randal Bronson (Mike)

Randal Bronson był człowiekiem nad wyraz życiowym nawet jak na paladyna. Nie narzucał się z modłami, nie namawiał do postów czy innego umartwiania się. Co więcej, gdy kamień wpadł mu do buta to zamiast uznać to za boską interwencję i dzielnie znosić niewygody, on go jak zwykły świecki człowiek wysypał go.
Nosił się skromnie, ale czysto. Kolczuga, tarcza czy miecz nie miały śladu rdzy. Ale nie popadał też w przesadę i nie doprowadził uzbrojenia do połysku. Złoty środek. Tego się trzymał. Umiar we wszystkim, nawet w czynieniu dobra. Bo wiedział, iż dobro trzeba czynić z głową! Bo bez głowy trudno cokolwiek czynić. I tą prawdę Randal wykorzystywał podczas pełnienia obowiązków paladyna. Sprawiał, iż nie budzący nadzieję na resocjalizację osobnicy nie mogli już czynić zła… ani nic innego.
Czas w podróży i po przybyciu spędził zaznajamiając się z ludnością. Potrafił być uroczym rozmówcą, ale jak ktoś się zastanowił, to dostrzegał iż Bronson może i lubi rozmawiać, ale suma sumarum, to specjalnie dużo to on nie mówi, za to więcej pozwala się wygadać rozmówcy.
***
Widząc, że ranny otrzymał pomoc Randal wyjął miecz i osłonięty tarczą stanął tak by odgradzać rannego i medyczkę od drzwi.
- Jeśli można go przenieść to go zabierzcie. Nie wiadomo czy to coś nie czai się tuż za drzwiami.
- Czy ktoś widział co tu się stało? - rzucił do Hansa. -
Kai (Aro)
"O cudzie! Jak wiele
Wspaniałych istot! Jak piękna jest ludzkość!
Nowy, szczęśliwy świat z takimi ludźmi!"William Shakespeare, "Burza"

Postęp. Jak każda rzecz w życiu, tak i postęp miał swoją cenę. Praktycznie niezauważalną w większości przypadków, tam gdzie starzejące się fundamenty drążył spokojnie i leniwie niby kropla skałę. Z kolei odczuwalną już o wiele dotkliwiej tam, gdzie przechodził niczym klęska żywiołowa czy inszy przejaw gniewu natury, uderzając gwałtownie, z całą mocą. W tymże wydaniu zmiany następowały, mierząc skalą historyczną, praktycznie w mgnieniu oka, jedna za drugą z trzecią już depczącą im po piętach, jak pod zaklęciem wprawnego chronomanty. Koszta szaleńczo pędzącego progresu częściej niż rzadziej, jak świat długi i szeroki, opadały na barki pospolitego ludu, na ludzi (i nieludzi) którym u jego początku trawa zdawała się zieleńsza i lepsze jutro rysowało się na horyzoncie. Miraż rychłej prosperity prędko jednak rozwiewał się pod ledwie jednym ciosem rzeczywistości, okrutnie weryfikującej naiwnie optymistyczne założenia. Tak też stało się w Dolinie Drusdygg.
Odnalezione po wiekach starożytne ruiny, wypełnione po brzegi przeróżnymi skarbami, były zwiastunem gwałtownych zmian, awansując ten nic nieznaczący kraniec Flanaess na kraj możliwości; swoisty róg obfitości dla zuchwalców, gotowych spróbować chwycić okazję za nogi; domenę oportunistów wszelkiego sortu - zwykłych ludzi z odrobiną ambicji, desperatów, najmitów, wagabundów, wyrzutków, awanturników. Stan ten nie potrwał jednak zbyt długo. Cywilizacja prędko poczęła ujarzmiać tą dziką rubież pod Piekielnymi Piecami, rozpuszczając wszędzie swe oligarchiczne macki. Możni i wpływowi wnet przywłaszczyli sobie całość możliwości i obietnicę prosperity, załatwili nań monopol mniej lub bardziej bezosobowymi tworami spółek, kompanii i towarzystw. Jak zwykle w tymże układzie znalazło się miejsce dla wspomnianej rzeszy oportunistów, jednak nie przy przysłowiowym stole, a na peryferiach całego przedsięwzięcia, gdzie liczyć mogli tylko na rzucane im pańskim gestem ochłapy. Kapitał, jak to kapitał, zredukował już i tak maluczkich do ludzkich zasobów, aktorów nader dalekiego planu, mających być co najwyżej przypisami w pisanej historii nowoodnalezionej Ścieżki Slerotina.
Nic zatem dziwnego, że oznaki rozczarowania nową rzeczywistością Doliny, coraz już częściej szło nie tylko dostrzec, lecz również dosłyszeć. Zwłaszcza tak wczesnym południem w “Czarnym Diamencie”, gdy nie przeżywał on oblężenia i nie trzeba było obawiać się obecności szeryfa Grafta czy zastępcy Kudłacza, którzy zwykłe psioczenie nad kuflami mogliby nieopatrznie wziąć za groźne malkontenctwo. Nie, żeby kwintet robotników w tym miejscu i o tym czasie za specjalnie frasował się czymkolwiek ponad własną niedolą. Zwolnieni z lukratywnie stałego kontraktu z Aerdyjską Grupą Rozwojową - z racji “redukcji siły roboczej wskutek restrukturyzacji”, cokolwiek to miało znaczyć - przepijali obecnie odłożone oszczędności, topiąc smutki. Marynowali tym samym solidnie gorycz w pokaźnej ilości alkoholu, przez co decorum zostało już dawno zapomniane i narzekania coraz mocniej zagłuszały skromny występ kolorowego półelfa. Artysta zdawał się pozostawać jednak nieporuszony ową zniewagą dla praktykowanej sztuki, w pełni oddając się grze na lutni i śpiewowi.
♪ Jest taki Dom w Gradsulu, zwany Wschodzącym Słońcem
Był już zgubą dla wielu dusz i, bogowie, jam jedną z nich ♪— A chędożyć ich wszystkich, chędożyć! Zaraza na nich wszystkich, pomór i plaga! — Po raz już wtóry zadudnił Keven, brzuchaty brodacz i niekwestionowany lider kwintetu. — Restru… res… chędożyć, mówię!
— Chędożyć ich — przytaknął smętnie flegmatyczny Rolf. — Miało być tak pięknie, na bogato… Skarby, złoto…
♪ Ma matka była krawcową, uszyła mi piękny kubrak
Mój ojciec był szulerem, w lazurowym Gradsulu ♪— Skarby! Gdzie te skarby! — wtrącił ryży Marvin, żywą gestykulacją rozlewający cenny trunek. — Słyszałżem, że jaki czas temu znaleźli cudo. Pancerz jakowyś, dziwaczny. I gdzie on tera? No, gdzie?
— Gdzie, gdzie, jak to gdzie! Wywieźli złodzieje! — Keven rąbnął pięścią w stół, dla podkreślenia oburzenia, że ktoś inny ubiegł ich w położeniu łapy na skarbie. — Pewnikiem już się oń żrą na aukcyjach w Loftwick! Jak nie, TFU!, w Niole Dra.
— Wszystko rozkradną i wywiozą do możnych, sępy przeklęte — westchnął Rolf, kręcąc głową.
♪ Jedynym, co trza szulerowi, jego torba i czysty fart
A jedynym, co niesie mu radość, pełen kielich ♪— A mosze, mosze by tak — wtrącił najmłodszy (i najmocniej już nasączony) Vernan, czkając wierutnie — mosze… wybyś dalej, hę? Podob… podobniesz gdziesz tam idzie… idzie wyłowiś… w strumykach słoto. Godoli przecie niedawno…
Odpowiedział mu chór mrukliwych przytaknięć i zadumy. W samych Wrotach coraz ciężej było o pracę dla ludzi wolnych, niezwiązanych nijak z głównymi aktorami, ale wzdłuż pogórza czy na umownych krańcach Doliny… Tam dzika rubież jeszcze ostawała się potopowi postępu i zakorzeniającej się na dobre cywilizacji.
♪ Oj matki, uczcie swe dziatki, by nie czyniły jak ja czyniłem
By nie żyły w grzechu i niedoli, w Domu Wschodzącego Słońca ♪— Właściwie to jak dziwaczny? — Keven zwrócił rozmowę na nową ścieżkę.
— Hm?
— Ten pancerz. Dziwaczny, mówiłeś.
— A, tak — Marvin bęknął potężnie, nim kontynuował. — Czorny jak smoła, gadali jedni. Drudzy, że lepki w dotyku. Że jakby z kryształu, niby czorny, a lśniący. Niby z jakiego szkła on.
— Ha!, ze szkła. Szklany pancerz! — ryknął brodacz. — Dobre sobie! Widziałby kto, pancerz ze szkła!
Salwa śmiechu wybuchła wokół chybotliwego stolika. Kwintet robotników zamilkł na parę chwil, to siorbiąc, to stukając kuflami przy kolejnych haustach piwa.
♪ Jedną nogą w strzemieniu, drugą na grząskim gruncie
Wrócę kiedyś do Gradsulu, by zniknąć po wsze czasy ♪Cisza ze strony robotników nie potrwała jednak długo.
— EJŻE, MIESZAŃCU! — Keven gwizdnął przez ramię na półelfa. — Zagrajże no coś normalnego, a nie jakie, TFU!, keolandzkie smęty. “Wał Cudów”. Grajże no “Wał Cudów”!
— “Wał Cudów”! “Wał Cudów”! — ożywił się dotąd milczący piąty robotnik, którego wołano Golemem, klaszcząc w dłonie. Przydomek trafnie podsumowywał nie tylko potężną budowę chłopa, lecz również jego zdolności umysłowe. Mocno ograniczone, eufemistycznie rzecz ujmując.
Dopiero wtedy, przerwawszy pieśń i wygrywanie melodii na strunach lutni, Kai pozwolił sobie na zwrócenie pełni uwagi w stronę kwintetu. Po prawdzie uczynił to już o wiele wcześniej, strzygł spiczastymi uszami i zawierzał ich słowa pamięci, jedynie pozorując bezbrzeżne oddanie się w ramiona muzy. Teraz po prostu, wspierając łokieć o gruszkowaty korpus instrumentu, uczynił to jawnie. Pochylił się w ich stronę z przyjaźnie pogodnym uśmiechem, nijak niezmąconym okazaną mu obcesowością. Przywdziewanie różnych masek przychodziło artyście z łatwością, korzyść wieloletniego doskonalenia aktorskiego rzemiosła. Nie, żeby ubodło go jakoś bycie nazwanym “mieszańcem” - gorsze już epitety bywały kierowane ku jego osobie. Nie, nie, co to, to nie, o wiele bardziej ubodło go samo żądanie brodacza. Podrzędni tylko grajkowie bądź amatorzy ocierający się o bycie szarpidrutami, ledwie co nauczeni gry na strunach, trzymali w swym repertuarze “Wał Cudów”. I chociaż zmysł artystyczny półelfa krwawił, nie śmiał odmówić nasączonym robotnikom.
— Życzenia mej widowni są dla mnie rozkazem — skinął usłużnie głową Kevenowi i spółce, z szerokim uśmiechem na obliczu. — Niechaj tak będzie. To teraz “Wał Cudów”!

— To powiadacie, że coś tam stanęło na drodze dzielnym pionierom i teraz nie lza iść głębiej? — Kai podjął temat Ścieżki, tasując wyblakłe karty, pamiętające lepsze czasy. — I rozrastają się teraz te podziemia niby korona sędziwego dębu, w różne strony?
— Taaa — przytaknął albinos Quentyn, podnosząc swoje rozdanie i zrazu krzywiąc się wyraźnie. Po części z racji poruszonej kwestii, acz w większości na widok słabych kart. Cóż poradzić, nie każdy potrafił trzymać kamienną twarz. — Coś w tym duchu. Pas.
Rozczarowanie w Dolinie Drusdygg nie dotykało jedynie prostych robotników, jak Keven i spółka. Nader egalitarnie obdarzało swą uwagą legion wolnych strzelców, nie dyskryminując, acz przybierając ciut inną formę w niektórych przypadkach. Wszak jak wiadomo, zbrojni najmici zawsze mogli liczyć na nieco więcej, zdolni wyrąbać sobie - nierzadko całkiem dosłownie - własną okazję zarobku. Niewielka hanza zwąca się Bagiennikami, z którą Kai pogrywał czasami w pokera, narzekała zatem nie na bezrobocie i topniejące oszczędności, a - niezwykle prozaicznie - na nudę. Nie było co się temu dziwić. Dla młodych kondotierów, zaprawionych w bojach na podmokłym pograniczu Wolnej Ligi i Morskich Książąt (gdzie też ukuli nazwę swej skromnej grupy), bycie oddelegowanym do stróżowania przy magazynach czy ochrony dostaw ciągnących z i do Westburn, prędko stało się męcząco nużące. Na ich nieszczęście, nie zanosiło się na to, by głód wrażeń miał prędko zostać zaspokojony wyprawą w trzewia ziemi.
Ze wszystkich najemników, którzy ściągnęli do Czarnych Wrót, Bagiennicy najprędzej i najmocniej przypadli Kaiowi do gustu. Wiele było w tym zasługi wieczornych gier w karty, pośród kolorowych namiotów, w blasku trzaskających bierwion, z butelkami wina na podorędziu. Mocno przypominały mu dawno już przeszłe czasy, poprzedni żywot w gronie rodziny, krążenie szlakami przecinającymi Kotlinę Sheldomarską, dawno zapomnianą słodycz wolności.
— No ale to co właściwie, hę? — Półelf ponowił. — Cóż to za przeszkoda tam wyrosła? Bariera jakowaś? Czekam. Brama? Lita skała?
— Kij go wie — odburknął Quentyn, nadal niepocieszony pechowym rozdaniem.
— Strasznieś skory… podbijam!... ciągnąć nas za języki, Kai — wtrąciła ścięta na krótko Nyssa, łuczniczka z połową twarzy pomarszczoną bliznami po oparzeniach. — Ażebyś tak skory był do mówienia o sobie…
— A cóż tu do mówienia — odparł niewinnie. — Jam prostym, biednym artystą. Wolną duszą… podbijam, czemu nie… co poczuła zew świata, zapragnęła zasmakować życia na szlakach, awanturniczych emoc…
— Dobra, dobra, ty już tu nas nie czaruj — dziewczyna przerwała z parsknięciem. — Widzielim przeca, żeś zjechał tu z tą całą van Coen i innymi ważniakami. Do tegoż lubisz strasznie mielić ozorem i gadasz jak Keolandczyk. I to nie byle jaki kmiot, a miastowy. Gdzie w tobie ten biedny artysta, co? Bo coś go tu nie widzę.
— W sercu, słodka Nysso. Gdzie indziej, jak w sercu — wymijającej odpowiedzi towarzyszyło złożenie dłoni na piersi.
— Ha! Zabawnyś, Pięknisiu!
— Ale ta van Coen, to powiem wam… czekam… ta van Coen — odezwał się najmłodszy z bandy Kester, z rozmarzeniem w głosie i na twarzy. Jurny młodzian, który ledwie co wytarł mleko spod nosa dwa księżyce temu, był nader wylewny w wyrażaniu swych uczuć i sekretem nie było, że wzdychał do Wylli odkąd tylko zjawiła się we Wrotach. Jak i rzeszy innych, starszych odeń kobiet. — To jak nimfa jakowaś, czy ta, no… dryjada. Że ona tak w tej Spółce waszej… Przeca nie pasuje tam wcale taka piękność!
— Ślinisz się, Kes — Nyssa szturchnęła kamrata. — Ale z tym to racyja, że nie pasuje. Chłopa jakowegoś siem spodziewała. Jak to zawsze bywa, nie? Grubasa jakiegoś, Oeridyjczyka czy Suela, co to poci się jak knur, a nie jakiej białogłowej. Dziwne, no.
— “Chcąc świat oszukać, stosuj się do świata” — Kai zadeklamował melodyjnie w odpowiedzi, kiwając głową. — “Ubierz w uprzejmość oko, dłoń i usta. Wyglądaj jako kwiat niewinny, lecz niechaj pod kwiatem tym wąż się ukrywa.”
— A ten znowu swoje — żachnął się barczysty Baklun Nassim. Kai do tej pory nie był pewien, co bardziej imponowało mu w jego fizysie - rozległa sieć srebrzystych blizn na muskularnym ciele, czy otaczające je jak knieja gęsto-bujne owłosienie. Pewien był tylko, że przydomek “Niedźwiedzia” pasował doń jak ulał. — Weźże… czekam… weźże mów jak zwykły człek, shaeir. Że co, że groźna niby?
— Wpływowa. Zaradna. Skuteczna — aktor przeciągnął zwłaszcza to ostatnie. — Sami przecież… ha, podbijam!
— Chędoż się! Pasuję — oznajmił ponuro Kester.
— Kol khara, shaeir! — Nassim zaklął po bakluńsku i cisnął karty precz, idąc w ślady towarzysza.
— Sami przecież wiecie — Kai ciągnął, z szerokim uśmiechem przyjmując ich kapitulację — jak niesprawiedliwie paskudna jest niewieścia dola na tym świecie. Niewiele lepsza od losu klaczy rozpłodowej. A Wylla van Coen…
— Podbijam — Nyssa nie poddawała się łatwo.
— Też — aktor ani myślał jej ustąpić. — No, a Wylla van Coen, pewnikiem pojmiecie w czym rzecz, przyjaciele, to musiała pracować dwa razy ciężej, by zyskać choćby połowę uznania w kręgach, gdzie dominują te pocące się knury. Jak to ich zgrabnie określiła słodka Nyssa.
— Ejże, tylko nie właź mi w paradę! — Kester zawołał niby-grożąco.
— Ani myślę. Poza tym, przyjacielu, tyś bardziej w mym guście — ripostował półelf, puszczając młodzianowi oczko.
Salwa śmiechu rozbrzmiała przy ognisku, zrazu jednak zastąpiona przez wyczuwalne doskonale napięcie, gdy Nyssa przesunęła całość swych miedzianych żetonów na środek beczki, która służyła im za stół do gry.
— Pośmialim się, a teraz na poważnie. Za wszystko, Pięknisiu — oczy dziewczyny błysnęły drapieżnie, wyzywająco. — Co, skłonnyś do ryzyka? No?
Kai przez chwilę przesuwał zmrużonym spojrzeniem po bliznowatej twarzy w poszukiwaniu… cóż, czegokolwiek. Próba była zdecydowanie płonna, nigdy bowiem nie potrafił stwierdzić, czy Nyssa blefowała. Przysłowiową gardę potrafiła trzymać jak mało kto. Gdyby grali w popularny wśród młodzieży wariant rozbierany, dziewczyna zbiłaby fortunę na sprzedaży wygranego przyodziewku.
— Argh!, a idźże w diabły! — skapitulował z nadąsanym fuknięciem, odrzucając karty i chwytając za gąsiorek z winem.

Kai potrzebował paru dni, by przyzwyczaić się do swej nowej kwatery, którą (trzeba było przyznać nader hojnie) przydzielono mu w łączonej siedzibie Spółki Wulberga-Salztona i Lazurowej Kompanii. Nie, by problemem był tutaj skromny standard - wszak mimo że ostatnimi laty nawykł do miejskich wygód pod patronatem Lorensa, to nieobce były mu o wiele mniej gościnne warunki. Nie, problemem okazały się być herbowe tarcze, którymi ozdobiono główną izbę i które naprawdę irytująco przypominały mu o rzeczach, o jakich wolałby nie myśleć. Przez pierwszy tydzień ilekroć przyszło mu przecinać wejściową salę, jego spojrzenie wędrowało uparcie i mimowolnie w tamtą stronę. Nie w stronę największego godła na (jakżeby inaczej!) honorowym miejscu, czarnego lwa Keolandii, wokół którego cała reszta zdawała się orbitować, a nieco dalej, poza gradsulski okręt w biało-błękitnym polu. Kai nie spodziewał się dostrzec tam najbardziej znajomego mu herbu - pięciu czerwonych kul na żółtym tle - bo chociaż nadal nie był do końca pewien, gdzie dokładnie plasował się tytuł “baroneta” w feudalnej hierarchii, to wiedział że niezwykle nisko i z pewnością nie zasługiwał tutaj na własną tarczę.
Półelf był za to doskonale świadom, że pozycja polityczna Demedisów była dla Lorensa boleśnie niska. Świeżo upieczony i jedyny dziedzic winiarskiej fortuny miał naprawdę wielkie ambicje i dalekosiężne plany, których pełnego wymiaru nawet Kai nie był pewien. Owe prywatne zmartwienia niejako przesądziły o ponownym ruszeniu w świat, zacieśniając jedwabną pętlę wokół szyi i w wyrazistych barwach malując poczucie, że Gradsul zaczynał być mu złoconą klatką. Nie łudził się nigdy, że patrycjusz przedłożyłby podróż na kraniec Flanaess ponad polityczne aspiracje, lecz mimo to cień żalu barwił myśli o pozostawionym w keolandzkim klejnocie koronnym życiu. Dlatego też miał czasami ochotę, zwłaszcza nasączony winem, zerwać te wszystkie herby i spalić je na popiół. Szczęśliwie wraz z upływem kolejnych dni w Czarnych Wrotach, żal począł lżeć i nawet srebrny medalik z grawerowanym herbem Demedisów, kryjący pukiel jasnych włosów, przestał mu ciążyć nieprzyjemnie na szyi.
Kolejna korzyść takiego, a nie innego kwaterunku, objawiła się gdy w końcu - W KOŃCU!, Kai coraz to mocniej zaczynał się niecierpliwić - przyszło do oficjalnego spotkania z Wyllą van Coen w jej gabinecie. Nie przyszło mu przy tym wędrować daleko. Ba!, gdyby nie kultura i znajomość konwenansów (jak i zdrowa doza szacunku do przełożonej), mógłby zjawić się tam tylko w barwnych szarawarach, tuż po kąpieli. Przezorność jednak - oraz cicha nadzieja, że sprawy przybiorą już, teraz, zaraz na dynamice - zmotywowała go do stawienia się na miejscu w tym, co nazywał swym ubraniem roboczym. Do wspomnianych już bufiastych, bakluńskich spodni z wysokim stanem dołączyły solidne sandały, przywodzące na myśl obrazy aerdyjskich gladiatorów, stylowo rozchełstana jasna koszula i wyblakła przez lata brązowawa, skórzana kurta. Kolorową chustę z cekinami we flańskie wzory, nieodłączny element już i tak barwnej garderoby, półelf owinął tym razem luźno wokół szyi. Upewniwszy się, że wysoko-smukła sylwetka wyglądała wystarczająco reprezentatywnie, w przeciwieństwie do kędzierzawej brązowej grzywy wiecznie trzymanej w artystycznym nieładzie plecionych i kręconych warkoczyków, Kai gotów był stawić się w gabinecie van Coen, błyskając srebrnymi kolczykami w spiczastych uszach, estetycznie kontrastującymi z brunatną skórą. Na wszelki wypadek nie omieszkał też zabrać ze sobą swych lekkich noży, które zwyczajowo poukrywał w warstwach odzienia.

Znał już te osoby, z którymi miało przyjść mu współpracować. Chociaż nie, “znał” było tu słowem nieco na wyrost - co najwyżej je kojarzył. Dwóch ciężkich zbrojnych bowiem, sir Grimleya i Bronsona, celowo omijał najszerszym łukiem z możliwych, odkąd tylko zjawili się we Wrotach. Kai nie należał do osób religijnych, co najwyżej sympatyzując z patronami wartości bliskich jego sercu, lecz kult Heironeousa był mu względnie znany, jako że był jednym z najbardziej rozpowszechnionych. Co prawda paladyni Niezwyciężonego podlegali rycerskiemu kodeksowi i mieli być wzorami cnót wszelakich, ale ci tutaj należeli do jakiejś sekty, której sama już nazwa nie zachęcała do bliższego zapoznania się z ich etosem. Półelf miarkował, że niewiele by trzeba było Karzącej Ręce, by sięgnęła po stalową garotę, rozpaliła stosy i ku chwale Arcypaladyna bezlitośnie egzekwowała własne pojęcie sprawiedliwości.
Cyrulik Seweryn Drachenwulf prezentował się o wiele przyjaźniej od paladynów - acz po prawdzie nie było to wyzwaniem, Kai widywał już przyjaźniej wyglądające dzikie bestie - lecz i z nim nie zamienił dotąd więcej, jak parę błahych uprzejmości gdy wpadali na siebie w miasteczku. Z kolei rzecz miała się zgoła inaczej, gdy szło o doktor Quatermain. Półelf od małego uwielbiał historie wszelakie i zbierał je niczym sroka świecidełka, a młoda uczona okazała się być prawdziwą ich skarbnicą. Owszem, jej opowieściom brakowało nieco artyzmu i były ciut zbyt… naukowe, jak na gust młodzieńca, lecz nijak to jej nie umniejszało. Wszak nie każdy miał duszę artysty jak on sam!
Podczas spotkania z Wyllą, wyciągnięty w komfortowej pozie Kai w dużej mierze trzymał swoje ekstrawertyczne tendencje i impulsy na wodzy, acz nie był w stanie całkowicie powstrzymać drygającej to w górę, to w dół nogi. Nie krył też wcale wyrazu zawodu, jaki wykwitł na jego twarzy o ostrych rysach, odziedziczonych po bliżej mu nieznanym ojcu elfie. Ścieżka była w końcu cały czas na wyciągnięcie ręki, tak blisko że mógł praktycznie czuć smak skarbów tam ukrytych, a jednocześnie tak odległa, co mroźne rubieże daleko za domeną Iuza. Nie, by lekce sobie ważył fakt zniknięcia kolejnej wioski - nie, gdy nadal szeptano o Wrzosinach - podziemne ruiny były po prostu o wiele mocniej go nęcącą tajemnicą. Kai był nie tylko świadom własnych obligacji wobec przełożonych-oligarchów, a i los zaginionych dusz nie był też mu wcale obojętny, wobec czego, koniec końców, przytaknął tylko Wylli.
Cierpliwość zdecydowanie nie była jego forte, lecz potrafił po nią sięgnąć, gdy wymagały tego okoliczności.

Los bywał jednak przewrotny i, jak się okazało, Kai nie musiał czekać zbyt długo, by wreszcie zejść w czarne podziemia. Okazja pojawiła się znikąd, nagle i gwałtownie, w postaci młodego górnika przerywającego spotkanie z mości starostą, Rodrykiem Saliną. Z czystym sercem mógł przyznać, że nie tak wyobrażał sobie pierwszą wyprawę w głąb Ścieżki, nie w szaleńczym biegu na złamanie karku. Rzecz jasna, nie zamierzał jednak narzekać, chociaż kłuło go trochę, że nie lza było zatrzymać się i uważniej przyjrzeć mijanym pomieszczeniom, pobudzającym wyobraźnię. Zakłuło go też i w boku, gdy wreszcie zatrzymali się jedno po drugim w półokrągłej komnacie, w której krańce nie sięgało światło porzuconej latarni. Półelf skonstatował, że przecenił swoją kondycję nadwątloną latami miejskich wygód i powinien był poświęcić trochę czasu przez ostatnie dwa tygodnie na ćwiczenia. Zgięty wpół, ze smukłymi dłońmi wspartymi o kolana, potrzebował bowiem chwili, by złapać oddech. Zaraz jednak wyprostował się, potrząsając grzywą.
— Akt pierwszy, scena pierwsza! Bohaterowie dzielnie wkraczają na scenę, gotowi iść w sukurs i nieść pom… o żesz! Eugh, bleurgh…
Kaiowi, jak stwierdziłby on sam, naprawdę daleko było do bycia delikatnym kwiatem o słabym żołądku. Pewne jednak rzeczy wymagały odeń mentalnej gotowości, której tutaj zabrakło. Nie był zupełnie przygotowany na widok drgającego dziko górnika z zakrwawioną koszulą. Właściwie to samej posoki, którą - mimo że siłowe rozwiązania nie były mu obce (acz przemoc była dlań naprawdę ostateczną ostatecznością) - tolerował naprawdę słabo. Zmuszony poświęcić chwilę na opanowanie torsji i wyrównanie oddechów, kątem oka przyjrzał się bliżej przejściu dalej. Odzyskawszy w końcu rezon, wyminął sir Randala, skrupulatnie ignorując brązowym spojrzeniem rannego górnika, który mógł już liczyć na fachową pomoc doktor Quatermain w asyście cyrulika.
Kai po wstępnych oględzinach przeciągnął długimi palcami po kamieniu przed twarzą, bacząc by przypadkiem nie aktywować płytki otwierającej przejście. Ciche “hmmm” i “mhm” towarzyszyły inspekcji półelfa, gdy jeszcze tu stuknął, tam puknął, by ostatecznie przycisnąć ucho do skały. Druga dłoń zaraz uniosła się i zakryła lewy profil twarzy, coby lepiej szły mu próby dosłyszenia czegokolwiek po drugiej stronie. Zimny kamień był naprawdę przyjemny po szaleńczym biegu i wcześniejszym powietrzu rozgrzanym letnim żarem, oj tak. Ale odgłos szurania, jaki dobiegł jego uszu, już nie. To już budziło uzasadniony niepokój.
— Eee, coś tam szura — oznajmił, nadal przyklejony do przejścia, zniżając głos do półszeptu.
— Sz-sz-szura? Ale c-co? Mon-monstrum jakie? — zapytał się… któryś z ludzi Saliny. Wstyd przyznać, Kai nie miał zielonego pojęcia, który był którym. Chyba Bert.
— Tego to już nie jestem w stanie stwierdzić, przyjacielu — odparł półelf. — Wbrew plotkom o korzyściach domieszki elfiej krwi, me uszy nie są wcale lepsze od ludzkich.
Młodzian odsunął się przy tych słowach od przejścia i wycofał za ciężkozbrojnych współpracowników. Mógł im nie ufać i nie podzielać ich wartości, ale nie zamierzał odmawiać im przydatności w takich oto sytuacjach, gdzie Karzące Ręce wyśmienicie sprawdziłyby się jako pierwsza linia obrony. Nie spodziewał się, by ewentualny stwór potrafił otworzyć sobie drzwi - zdroworozsądkowo zakładając, że szło je otworzyć i z drugiej strony - ale wolał dmuchać tutaj na zimne.
— Ale pewnikiem jak nie to, co “dziabło” tego nieszczęśnika — machnął dłonią w stronę rannego robotnika — to jego kamraci. Bo biedakom mogło tam się utknąć.
-
Seweryn Drachenwulf (Rewik)

Wybity bark wskoczył na swoje miejsce na długo nim ucichł krzyk mężczyzny. Szarpnięcie z pewnością było mocne i pozbawione skrupułów. W odpowiedzi, padlinożerne ptactwo żerujące w nieodległym dole, zerwało się w popłochu, dokładając swe ptasie narzekania do chwilowej kakofonii wrzasków. Większość nie bardzo daleko, ledwie łokci kilka.
Ziemia była tu bogata w żelazo, naturalnie zabarwiona czerwienią, lecz i trawa często barwiła się wokół namiotu szkarłatem, zaś w powietrzu czuć było elektryzujący zapach. Pokrwawione szmaty prano, a różowiutkie wieszano na sznurkach, by wraz z ziołami suszyły się na górskich wiatrach i letnim słońcu, po tym jak służyły za opatrunki i bandaże różnorakie. Woda zaś, barwy niczym wino przelewana była za głazem rozmiarów stodoły. Zdarzały się tu i kąski wyjątkowo smakowite, toteż czarne corvidae wracały uparcie, by ucztować na ludzkich odpadach. To było i przez jeszcze jakiś czas miało być ich nowym ulubionym miejscem.
Kończyny łamane i te zwichnięte, nastawiano i nieruchomienia tu doznawały. Czasem łamano je ponownie. Zęby rwano, rany zszywano. Przyżeganie bywało konieczne, gdy rana nie chciała się zasklepić, lub piła szła w ruch, okrajając bezpowrotnie co do uratowania było niepodobne.
Namiot posiadał naszyte symbole. Symbole wszech i wobec ogłaszające, iż stanowi on własność Towarzystwa Inwestycyjno-Ekspedycyjnego Wulberga i Salztona z Longspear, ale też naszyte później litery "LM", mające Locum Medicinae oznaczać.
Przed namiotem często buchał żar z ogniska, którego płomień podtrzymywano nie rzadko cały dzień, mimo letniego ukropu. Napary tu szykowano, czasem zwykłego wrzątku przygotowywano do oblucji lub innych praktyk.
Posłaniec zgiął się lekko, wkraczając do prowizorycznego lazaretu.
Oczywiście znajdował się tam, gdzieżby indziej. Seweryn Drachenwulf we własnej, nie za wysokiej osobie. Stał za centralnym stołem wykonanym z drewna opitego krwią niczym wąpierz. Sam on również, zwłaszcza w księżycowym świetle zwykł jako wąpierz się jawić, z tymi zębami do przodu wysuniętymi i może nie teraz, latem, ale zimą z pewnością, z cerą bladą jak u monstrum ghūlem zwanym. Obsługiwał on akurat straszyciela wron i gawronów, obwiązując ramię i łokieć, celem kończyny unieruchomienia.
***
Kaprawe oczy Seweryna biegały rozbiegane po twarzach zebranych ludzi i półludzi, nim nie natrafiły na prowodyrkę spotkania, kobietę zwaną Wylla van Coen. Wtedy to, również dlatego że zaczęła opowiadać o istocie spotkania, jego wzrok spoczął na niej na dłużej, niby uspokojony.
Strój Seweryna tego dnia był prosty, szaro-brązowy, przybrudzony plamami koloru brunatnej czerwieni zaschniętej krwi, lecz rdzawe włosy na ogół w nieładzie, tym razem niebrzydko zaczesane miał. Towarzyszyła mu silna woń, przywodzącej na myśl zgniłe owoce, czy może zapachu octu, wymieszanego z czymś metalicznym. Niezbyt ciekawy zapach, będąc zgodnym z prawdą, ale bynajmniej wcale nie przypominający bywalców miejskich spelun, czy wiejskiego zapachu gówna. W niektórych kręgach, z odrobiną wyrozumiałości, znaczyć mogło to, że była to osoba jednak dystyngowana.
Zrobił wrażenie osoby raczej wycofanej, niby onieśmielonej majestatem, tytułami, czy sławą towarzyszy (nawet jeśli nie zawsze było to prawdą). Zrobił wrażenie osoby wątpiącej raczej w nieomylność osoby raczącej przytroczyć go, niby muła do mającej ruszyć karocy. Było takie wrażenie. To pierwsze. Bardzo ważne. Wylla van Coen wiedziała jednak, że nie bez kozery Laskonogi polecił akurat Seweryna, mówiąc coś o gotowej do zerwania pieczareczce, co to na placku krowim na brukowanych ulicach Longspear wyrosła. Zapewne jej wrażenie było więc nieco inne, zaryzykuję stwierdzenie - bardziej zabawne.
***
Nie miał przy sobie broni, jeśli nie liczyć dłuższego nożyka, który nosił przy sobie w tych czasach każdy, co to mu mgła umysłu nie owinęła. Herstować u starosty w chałupie spodziewać, się nie spodziewał, a i medyk obładowany białym żelastwem czy bronią do odległego dźgania przeznaczoną mógł wzbudzać pewne pytania. Do Wrót dotarł więc jak stał, niemal na golasa ze skórzaną torbą na wierzchu. Śpieszę wyjaśnić - torbą rzecz jasna, co to porwał wpadając do namiotu, na szybcika, kiedy reszta broń szykowała i inne szczegóły dopracowywała.
Pod samo wejście dotarł może trochę spóźniony, ledwie kilka zziajanych oddechów później. Ściskał swą torbę pod pachą i nóż miał schowany, gdzie łatwo było go dobyć. Przed nim jawił się korytarz i odgruzowana komnata, gdzie wraz z innymi wszedł, niby w paszczę lwa.
Seweryn zmienił nieco kierunek, omijając półelfa. Na czoło orszaku się nie wysuwał, lecz plwocin, czy wymiocin do wtóry innych cinae, które zapewne w życiu doświadczył, nie koniecznie chciał mieć na sobie. Kiedy weszli głębiej, podjął z ziemi porzuconą i świecącą jeszcze lampę. Podszedł z nią do rannego górnika oraz doktor Lary. Odstawił swoją torbę z cyrulicznymi utensyliami. Mógł zrobić chociaż to, co asystentowi przystało - znaczy się poświecić. Ale poświecić dobrze. Poświecić tylko, bo nic więcej z tego co ustalili nie dało się zrobić.
- Niech światło Pelora go prowadzi - rzekł, rozpoznając to samo, co rozpoznała doktor Lara Quatermain. Seweryn Drachenwulf przez czas jakiś obdarzył jeszcze oceniającym spojrzeniem poczynania kobiety i stan samego nieszczęśnika, po czym bez słowa skierował się w stronę drzwi dzielących ich od Czegoś Co Szura, przynajmniej wedle słów półelfa, bo usłyszeć to wcale nie było łatwo.
- Nie mitrężmy, tam wciąż mogą być ludzie - rzucił ruszając, by nacisnąć przycisk na ścianie.Zagrożenia zdawał się nie dostrzegać. Trudno powiedzieć czy w potwory nie wierzył, czy zakładał że ludzie ci znaleźli coś i nawzajem się pozabijali. Pewnie nie, widział rany i skutki jadu. Może więc chodziło o głód wiedzy i niezaspokojoną ciekawość oraz pogardę do tych, którym przyjdzie walczyć w pierwszej linii. Z cała pewnością nie. Należało ratować ludzi. Ocalić życie. To musiał być ten prawdziwy powód.
Przystanął tylko na chwilę, by podnieść czekający nań przy rozbitej lampie oskard. Uśmiechał się przy tym jakby trochę nerwowo.
-
Czwartek, 25 sierpnia, 591 WR
Ciężka robota to dla chłopaków z brygady Zygiego była nie pierwszyzna. Niektórzy ryli już za złotem na Małych Wzgórzach, gdzie korytarze były często niskie i schodziły głęboko pod ziemię, żeby dostać się jeszcze do kruszca, którego nie wykopały wcześniej gnomy i krasnoludy, dawni właściciele tych kopalń. Inni, robili w żupach solnych w Kryształowych Mgłach, łomocąc w nierówne ściany w zakamarkach, które – podatne na tąpnięcia – potrafiły zamknąć się nagle, pochłaniając dziobiących za minerałami bezpowrotnie. Niektórzy wyjeżdżali, pracowali w pocie czoła w odkrywkach, na Dobrych Wzgórzach w Keolandii, gdzie na słońcu wyrobiska nagrzewały się jak kotły i gwizdek dźwięczał codziennie, zgłaszając porządkowym, by zgarnęli wycieńczonych, którzy padali pod udarem. Jedni ruszali bliżej, do Torsów, zachodnich Pieców, inni dalej, na Kopce w Sterichu, nawet do Lortmilów, albo jeszcze gdzieś, gdzie skusiła ich obietnica zarobku.
W porównaniu z tym, co mieli za sobą, robota na Ścieże to była igraszka. Dobra, to nie były wakacje i mięśnie pracowały na okrągło - rozbijając zwaliska głazów, które zatarasowały boczne tunele, wywlekając, nierzadko na kolanach, wory gruzu, wkuwając się pod ściany i wbijając prowizoryczne stemple.
Ale praca, chociaż nie dla ułomków, była w ludzkich warunkach i na ludzkich zasadach. Korytarze były chłodne i w miarę nawietrzone. Ścieżka, którą mieli oczyścić odbijała niedaleko od głównego holu, do którego docierało jeszcze powietrze z zewnątrz i z paru szybów, które udało się zlokalizować i przeczyścić, wpuszczając do środka pierwsze od wieków światło słoneczne.
Oczyszczali głaz po głazie zawalone boczne korytarze, ale te nie rwały się nagle, ani nie zapadały czy nawet nie przechodziły w miększą skałę, która wisiałaby nad głową jak katowski topór. Nie, podziemny kompleks w wielu miejscach fragmentarycznie runął, ale większość twardo trwała w miejscu mimo stuleci, zachowanym kształtem chodników czy komnat jasno wytyczając, gdzie kopać dalej. No i do tego płacono. Płacono na czas, dawano przyzwoicie żryć i się wyspać. Było dobrze.
Do czasu aż odgruzowano ostatni zator i Zygi na czele chłopaków wkroczył dumnie do czarnej, granitowej komnaty porytej meandrami i prostokątami.
- No chłopy. – Sztygar uśmiechnął się całą, wybrakowaną miejscami klawiaturą. - Zrobiliśmy! Zrobiliśmy, co mieli zrobić i doszliśmy, gdzie czysto. I wiecie co?
- A co, panie Zygi? – zapytał się najmłodszy w drużynie, Todar, pętak ze Sterichu i straszny osioł.
- A to, że my tu pierwsi od bogowie wiedzą kiedy! Pierwsi i nikogo przed nami! - cieszył się kierownik, wysupłując z kieszeni drelichu fajkę z resztką tytoniu, która czekała na taką okazję. - I wiecie co to oznacza?
Załoga wiedziała, że pytanie jest retoryczne. Po części wiedziała, co to oznacza, po części domyślała się, a po części czekała po prostu aż kierownik powie im za chwilę, bo po co gadać, jak można słuchać. Ale Todar, nie widząc może w świetle latarni, albo niepomny spojrzeń, które na niego padały, zapytał i tak.
- A co, panie Zygi?
- Ha! – Sztygar wypiął pierś zadowolony i podszedł do zarysowanego w ścianie kształtu drzwi. - To znaczy, że premia nas czeka, wypłacą jak nic. Ale to znaczy przede wszystkiem, bo wiecie, żem o tym... Wiecie, że ja uczciwy z wami?
Humory dopisywały przy skończonej robocie, a nikt też nie miał powodu zaprzeczać. Nie-no, co to, to nie. Zygi był dobry górnik i dobry majster, a do tego uczciwy, między załogę dzielił po równo. Zamruczeli pogodnie potakując, niektórzy potwierdzili nawet, że a pewnie-a juści, a któryś tam nawet w dłonie klasnął na znak, że z panem Zygim to taka robota!
- No to wiecie... O to mi idzie, że my tu pierwsi i tam czekać może skarb. Taki prawdziwy – skarb. – Majster mówił teraz zniżając głos, a do tego z fajką w zębach, więc wszyscy musieli podejść bliżej, skupić się w okręgu wokół kierownika. - I wiem, że będą trzepać na wyjściu jak zawsze trzepią. Ale jak dobrze to ułożymy, dobrze pomyślimy... To tutaj może naprawdę być kawał dobra dla nas do podziału, naprawdę może być...
Tak, domyślali się. Wiedzieli też, że straże trzepią i będą trzepać na wyjściu, ale jak ktoś robił w kopalni złota, albo drogich kamieni, to słyszał i znał sposoby, by coś tam zachachmęcić na swoje. Zygi robił. I paru jego chłopaków robiło, więc nawet jeśli Todar jeszcze nie kojarzył o czym mowa, to reszcie już dawno oczy świeciły się do przyszłych majątków.
- Dobra-no, to tak... – Sztygar podszedł do bryły drzwi i opukał ją po trochu, odkładając fajkę na powrót do kieszeni, zdecydowany, że dymka odpali dopiero na prawdziwym finiszu. - Weźmy tu kliny jakieś, dziesiątki może, zaraz podważymy trochę, stukniem...
- A tu kafelek się rusza! – Ucieszył się Todar, wciskając dłoń na klocek przy drzwiach, które przełożony chciał ostukiwać i opukiwać. Ledwie płytka zagłębiła się w ścianie pod jego naciskiem, zaraz coś zadrżało i nie dalej jak trzy głębokie oddechy, powietrze w komorze poruszyło się... I zaraz, żółwio ociężale z początku, ale po drodze, im była wyżej przyspieszając, kamienna bryła drzwi zaczęła dryfować w górę, odsłaniając na snopy światła od wieków niewidziane ciemności.
Górnicy oświetlili przestrzeń przed sobą, nieśmiało półkrocząc przez drzwi, wyciszeni niepewnością, co napotkają, ale przede wszystkim wspólnotą tajemnicy. Nikt nic nie mówił, łypiąc za czymkolwiek, co będzie można tryumfalnie zakomunikować pozostałym. Sala przed nimi nie była wielka, więc długo nie trzeba było czekać.
- Widzicie? – zapytał jako pierwszy Ernst. I dobrze zrobił. Większość widziała, co miała nie widzieć, ale ktoś musiał powiedzieć to na głos. Pod ścianą, naprzeciwko wejścia, stały metalowe kufry i skrzynie. Niektóre na ziemi, porozbijane, inne na wrytych w skałę półkach, które wyglądały jak nisze w katakumbach. Na podłodze zalegały odbite kawałki granitu ze ścian, cząstki zniszczonych, nierozpoznawalnych już mebli i to, co powypadało ze zgromadzonych ładunków.
- Zło-to – zawiadomił z zadowoleniem sztygar. – Widzę, że sztaby, ale coś musiało się odłupać. Sami wiecie.
Zygi podszedł do potężnego żelaznego kufra, który upadł na ziemię rozbijając płyty podłogowe. Miał rozłupane wieko i odsłaniał swoją lichą, niezrabowaną zawartość. Jakieś płytki, porwane worki, przegniłe lub zardzewiałe szczątki czegoś, co kiedyś było czymś innym… Ale tak, na ziemi, wywalone w piachu, leżały dwie, ciężkie sztaby złota. Brudne, przykurzone, ale kiedy spadło na nie światło płomienia, witające się błyszczącymi plamami, które wyglądały spod pyłu.
- A dawaj no tu, jeden z drugim, poświeć – zakomenderował kierownik i raz-dwa, latarnie zlądowały na środku sali. Ktoś z tyłu zaczął odpalać pochodnie, wtykając żagwie w wyrwy w ścianach. Światło objęło całość magazynku, odsłaniając przestronny prostokąt z kratowanym wejściem do mniejszej izby na końcu. W rogach pełno było pajęczyn i widać było, że tu i ówdzie walały się szczątki szczurów czy jaszczurek. Ciężko było dociec, bo ponadgryzane resztki ledwo wystawały spod kokonów.
- A kysz! – Divrak przegonił długonogiego pająka, który zaczaił się w dziurze, awansowanej teraz do uchwytu na pochodnię.
- Tak zróbmy, chłopaki... Polecieć po wózki raz-raz, mówić na razie, że do odgruzowania – Zygi przetarł sztaby rękawem drelichu, zadowolony wydobywając na światło bogatsze blaski. – Potem załadujemy wszystko, co tu się zbierze i umyślimy… Jak tu wyjść z korzyścią.
- Może Tordak niech poleci? – Kelan, drużynowy jajcarz i złośliwiec, suszył zęby w uśmiechu. – Bolo, poleć z Tordakiem raz-raz. Szybki jesteś, a on lotny jeszcze bardziej, to zaraz obrócicie…
- A pierdol się – syknął Bolo i splunął między pajęczyny. – Sam se poleć, cymbale.
- Cichaj jeden z drugim! – Sztygar przewrócił oczami, zaczynało się. – Wszyscy trzej siad na dupach i siedzieć. Divrak, ty stań tam w korytarzu dalej na czatach, a reszta śmigać po wózki. I pilniki weźcie, przepiłujemy te kraty, co tam zostały w rogu.
* * *
Zygi był dobrym kierownikiem. Uczciwym, rozsądnym. Umiał ludźmi zarządzić i nawet jak kogoś nie lubił, a mało kogo lubił, bo na stare lata odwidziało mu się towarzystwo (ale co zrobić w tej robocie!) i wolał pykać fajkę na górce za miastem zamiast mielić te same tematy po stokroć, to nie dawał poznać i traktował należycie. Równiacha.
Chłopaki bardzo go żałowały, ale Divrak, który widział go jako ostatni, mówił potem, że nic się nie dało zrobić. Że nie ma co, pomóc już nie było można i że sam ledwo z życiem uszedł, bo w porę drzwi zapadły. - Tyle. – Pokazywał na kciuku. – Tyle byłem od śmierci!
Wierzyli, bo – choć Baklun – chłop z tym swoim religijnym podejściem był taki, że nigdy nie kłamał. Kłamać, widać, nie umiał. Nawet w kartach nie potrafił blefować, robiony przez wszystkich jak dziecko. Wierzyli, że za drzwiami może czekać śmierć. Zgłosili zatem przełożonym, co zaszło i czekali. Ale wiedzieli też, że za drzwiami czeka złoto. I bogowie raczyli wiedzieć, co jeszcze. Dlatego cierpliwości nie starczyło im na długo.
29 sierpnia, 591 WR
Teraz... Albo może raczej: przed chwilą
Ustawiona na środku latarnia rzucała na ściany jasne snopy, co chwila rozrywane karuzelą cieni, które kręciły się wokół komnaty, to w jedną, to w drugą stronę.
Lara Quatermain, jak wszyscy powiedziona najpierw przed granitowy portal naprzód, zaraz wyrwała w róg sali jako pierwsza. Tak wyuczone odruchy ze studiów, jak i zwykły odruch serca sprawiły, że była przy wierzgającym górniku przed wszystkimi. Na kolanach, pochylona, zaczęła od standardowej formuły, by wybadać reakcję pacjenta, ale kiedy spadło na niego więcej światła, zobaczyła, że rozmowy nie będzie.
Chłopak umierał. Raniony na piersi, w rozdartej, poplamionej juchą koszuli, rzucał się jak piskorz w mule, wymachując członkami i rżeżąc. Z pyska zaczęła iść mu piana, a oczy drgały, łapiąc jeszcze źrenicami ostatki światła, nim na widoku zostaną same białka.
Kai, porażony nagłością i drastycznością sceny, rzygnął, potykając się i tańcząc wśród cieni. Prawie wpadł na cyrulika, który skokiem dopadł do medyczki, przyświecając jej fachowo.
- Niech światło Pelora go prowadzi – powiedział cicho, przekonany, że niewiele już można zrobić. I on, i Lara byli zgodni, co do wstępnej diagnozy, choć nie zdążyli wymienić słowa.
Ona widziała już takie rany. Na Akademii, w Szarym Koledżu, trafiały się różne przypadki i profesorowie dbali o to, by studentom nie zbrakło okazji ich przestudiować. Kiedyś szyła rybaka – miał szczęście być ciekawym okazem, że zajęto się nim właściwie – którego przypadkiem ugryzł nieduży rekin, kiedy wyciągał sieci na łajbę. Seweryn miał inną okazję: trafił mu się zawzięty kibic psich walk, który tak się podekscytował w dopingu obstawianego zwierza, że wparował na samą arenę i dał się brutalnie poszarpać. Wygrał zakład, a pod opieką cyrulika udało mu się też zachować cztery z pięciu palców w dłoni, którą udziabał pitbull, więc wieczór zaliczał sobie na plus.
Tu przypadek był inny, to pewne, ale charakter ugryzienia na pierwsze spojrzenie chyba podobny – gryzacz nie mógł być duży, na rozmiar pies albo wilk. Choć... Może spory kot, bo ślady po kłach, nieduże w rozstawie, były jednak dość głębokie i symetryczne?
Nie mieli czasu rozważać, uwagę przejęły symptomy zatrucia. Takie też znali. Lara bardziej z opisów, ale niemal na pamięć znała studium podróżnika, którego ugryzła czarna mamba, a którego stan dokumentował w pamiętnikach doktor Maison. Seweryn wężowych ukąszeń nie widział, choć zatrucia mu się zdarzały. W półświatku Longspear, wielu było w eliminacji rywali brutalnych i nudnych, ale niekiedy by dobrać się do wroga potrzeba było finezji i wtedy wkraczała trucizna. Drachenwulf parę razy próbował ratować ofiary jadowitych spisków. Raz czy dwa udało się nawet, gdy trafili się nieudolni zabójcy-amatorzy. Kiedy jednak dawka trucizny była solidna, tak jak tutaj, niewiele już można było zrobić. Śmierć była tylko kwestią minut.
Medyk pokiwał głową. Może coś się w niej ułożyło, a może dźgnął go po prostu smutek nad losem młodego górnika. Grunt, żeby nie mitrężyć. Widział, że Kai wrócił do siebie i opukał przejście dla bezpieczeństwa, a obaj paladyni ustawili się defensywnie. - Tam wciąż mogą być ludzie. – Zadźwięczało w komnacie, gdy rudy oderwał się od rannego i ruszył do płytki w ścianie.
- Są, są! – wysapał zziajany biegacz, który z dudnieniem wpadł do komnaty. Ten sam, który wcześniej wpadł do Rodryka, teraz dogonił ich, niosąc zadyszane ponaglenie. - Zo... Ech-hhh... Khe-hh... Zostal... Zostali tam!
- Ten człowiek umrze, jeśli zaraz nie zneutralizujemy trucizny! – dr Quatermain była skupiona i precyzyjna w ruchach, ale adrenalina sytuacji nie pozwalała na grzecznościowe komendy. Sprawdziła puls ofiary, upewniła się, że można go przenieść, zdążyła nawet migiem docisnąć do rany wydobytą nie wiadomo kiedy gazę, nasączoną koagulantem. Wiedziała, że to nie pomoże, ale przy ludzkim życiu walczyła do końca. Czasem nawet wbrew własnej diagnozie, nie wierząc sobie. - Tylko cud może pomóc... Ale nie! Nie, zdążymy! Zdążymy, razem, bierzcie go, szybko-tu!
Zebrani poruszyli się, jedni żwawiej, inni mniej pewni w ruchach. Hans rzucił się ku lekarce, próbując podnieść pacjenta z ziemi, Kai był tuż przy nim. Obejrzał się, widząc, że cyrulik zbliża się do płytki i syknął na niego, by odstąpił, ale na więcej nie było czasu. Grebo, który pokuśtykał niepwnie za nim, wpadł na obu, prawie ich wywracając.
Ale w najważniejszym wyprzedził ich Randal. Rycerz skoczył bez słowa, roztrącając zebranych i twardo uderzając kolanem w ziemię, pochylił się nad otrutym, prawie go zasłaniając. Rozbrykane w pędzie płomienie i szybkość wszystkiego ścinały sceny, szatkowały je, nie dawały się połapać, co dzieje się w jakiej kolejności. Nikt nie widział, co dokładnie zrobił paladyn, ale na mgnienie oka sam zabłysnął własnym światłem i powietrze wokół zawibrowało. Ranny drgnął jeszcze potężniej niż dotąd, jakby rażony prądem i stężał.
Na chwilę. Zaraz drgawki wróciły, ale słabsze, mniejsze. Gasnące. Lara otworzyła usta w zachwycie, widząc jak mężczyzna krztusząc się próbuje złapać powietrze. I łapie.
Algernon Grimley patrzył na to wszystko bez słowa, wydobywszy z jaszczura swój ogromny miecz, wielki jak tasak i długi niby tyka. Ciężkie ostrze szurało po ziemi, kiedy stary wojownik człapał w stronę przejścia dalej. Niepewny, ale nadrabiający miną, Bert, który miał ze sobą drewniany obuch, podążył za rycerzem, ustawiając się z drugiej strony. Kiedy cyrulik, gnany misją ratowania bliźniego, zbliżył się do przełączanej płytki, ochroniarz przełknął mocno ślinę i zasapał, ale stanął twardo, nauczony stać twardo na niejednej warcie.
Seweryn nie oglądał się na nikogo i wcisnął płytkę aż na pięść zapadła się w ścianę. I tyle. Nic się nie stało.
- Uważaj...! – wyszepto-krzyczał górnik z tyłu, który dobiegł na miejsce spóźniony. Mimo półcienia wokół i ciemnej, bakluńskiej karnacji chłopaka, jego oczy, rozszerzone do granic, odcinały się jasnymi białkami, zalane łzami przerażenia.
Przez krótki moment rzeczywiście nic się nie działo. Ale zaraz coś drgnęło i prastary mechanizm ruszył. Granitowa bryła zaszurała w rytych prowadnicach, tłumiąc szuranie po drugiej stronie. Droga stawała otworem.
29 sierpnia, 591 WR
Przed chwilą... Ale nieco dłuższą
- Ernst, zostawmy to może w cholerę... – Chłopak oświetlał czarną bryłę drzwi i drgał cały, sypiąc z pochodni świetliste cętki. - Słyszałeś, przyślą kogoś, mają przysłać. Zajmą się, zrobią porządek...
- Div, ty weź nie pierdol, proszę ja cię... – Starszy górnik wyglądał blado, ale nadrabiał miną. Co postanowione, to postanowione, tłumaczył sobie. - Przyjdą jutro i zabiorą wszystko, nam – nic nie zostanie. Po to pan Zygi zginął, żeby na marne było?
- I reszta – dodał Trav. - Kelan... I Tordak.
Tak, Kelan i Tordak też zostali. Za nimi nikt aż tak bardzo nie przepadał. Tordak może i nieszkodliwy, ale głupek okropny. A Kelan? Kelan był menda. Śmieszny, ale menda straszna.
- No tak, tak – potwierdził Bolo. - Oni też zostali przecież... No to może tym bardziej, wiecie... Trzeba dziś, zanim, wiecie... Dziś, a nie jutro, nie czekać. Może siedzą?
Nie czekać, dobre sobie! Po tym jak zginął kierownik brygady, a dwaj koledzy zostali z nim w zamkniętej komorze, nie palili się od razu zgłaszać. Owszem, Ernst powiedział szefom, że sztygar zginął na miejscu. Że zagryzły go jakieś stwory, pająki czy ki chuj, coś tam zagryzło i został martwy. Zginęli też Tordak i Kelan, razem z majstrem. Tak powiedzieli, choć jak Bolo spierdalał ile sił, to nie widział, czy oni też padli, a Divrak mówił, że słyszał jeszcze jak krzyczeli, kiedy już zamknął przejście. I nie wiedział, zaklinał się, co dalej z nimi, kiedy Ernst kazał mu powiedzieć, że na pewno pomarli.
- No właśnie! – ochoczo potwierdził Ernst, dodając reszcie rezonu wejściem na pozytywne tony. - Pewno siedzą jeszcze, bo co niby ma być z nimi? Głodni, obszczani ze strachu, he-he-he... Wyratujemy im dupska i będą nam dłużni jeszcze. Zobaczycie zaraz!
- No, no! – I sobie dodał rezonu Urtak. - Szpadle mamy, łopaty! Sieć tę wielką... Mamy? Mamy! No to nie ma się co bać, wtedyśmy się posrali, a teraz my gotowi... Wejdziem, najpierw sieć rozłożym, to nic nie wlyzie tu, jakby miało... Potem, jak co, łopaty mamy, szpadle, damy radę!
- No pewnie... Pewnie, że tak! – zgodził się Bolo, tryumfalnie wznosząc do góry szpadel i oskard, które zabrał na misję, odsuwając się przy tym na tył, żeby przypadkiem nie być blisko awangardy. Co dokładnie wtedy widział - nie widział... Ale pamiętał, że strachu najadł się jak nigdy w życiu. A na wojnie był, więc swoje przeszedł.
- No i dobra, to wiemy. Rozciągnąć tę sieć najpierw... No, ale wyżej, wyżej chłopy! – Ernst wprowadzał słowa w czyn, widząc siebie w roli następcy nieodżałowanego pana Zygiego. - Podzielimy się tak, jak się mieliśmy podzielić, a jutro, normalnie, jak miało być, przyprowadzimy tu tych, których przyślą. Niech se zabiorą, kurwy, skarb, wywiozą... A tfu! Niedoczekanie, że cały. Co dziś weźmiemy – nasze!
- A chyba że! – zawtórował Trav, ściskając trzonek łopaty aż drewno się grzało.
- No! – Samozwańczy lider 'misji ratunkowej' dał sygnał Divrakowi, by wcisnął płytkę. Sieć była rozciągnięta i czekała. - To na trzy... Raz... Dwa... Trzy!
29 sierpnia, 591 WR
Teraz
Czarna bryła drzwi odjechała do góry, odsłaniając na światło latarni zatęchłe, śmierdzące rozkładem pomieszczenie. Szur przesuwanego mechanizmu ustał, ale ustał i ten po drugiej stronie. A może nie było go wcale? Może Kai słyszał jakieś części machiny, które pracowały w ścianie już wcześniej?
Grimley splunął pod nogi, wychylił się w ciemność i rzucił w nią pochodnię, którą zabrał od Greba. Żagiew spadła na środek komnaty, akurat obok rozłożonego na środku trupa starszego mężczyzny, który leżał wygięty w dziwacznej gimnastyce. Wokół leżał gruz, jakieś przedmioty, coś jakby rozbite skrzynie? Kufry?
Paladyn wszedł do środka, wywijając młyńca potężnym ostrzem. Może nie wyglądał, dotknięty wiekiem i życiorysem, ale siłę miał byczą. Rozejrzał się, w półmroku ściany pełne geometrii i boniowań oblazły pajęczyną. Złowił ruch, szuranie. To nie był Bert, który wszedł za nim, stąpając krok w krok z bronią w górze. To nie był Seweryn, który wszedł jako trzeci. Nieść pilną pomoc.
Szurał górnik. Wysoki, żylasty, w utytłanym, pokrwawionym drelichu. Wygięty dziwaczanie... Z wybitym barkiem? Z głową zawisłą na bok, wykrzywioną na ramię, jakby wtulał się w siebie. A może... Nie, szurał ku nim powoli, ale był i drugi, dalej, od strony okratowanego przejścia w rogu. Ten był wyprostowany i też wysoki, choć tęgi. Szedł niby, ale nogi miał zgięte, niepewne ciężaru. I byli inni.
Jeden też ruszał się jeszcze. Drgał przygnieciony wiekiem skrzyni, kopiąc leżącą u stóp łopatę. Inni nie kopali. Leżeli tylko, zalani juchą, rozłożeni po rogach.
- Uwaga! – krzyknął Grimley i wyskoczył naprzód, unikając zderzenia z kształtem, który wyrwał się spod leżącej na ziemi, podziurawionej sieci rybackiej.
Aaa!
Bert zdążył tylko krzyknąć, nawet nie machnąć swoim obuchem, kiedy duży, obły, pająkowaty kształt na krabich, kościstych odnóżach wyskoczył na niego, wpadając z impetem i znacząc sieć krwią. Ochroniarz potknął się, wizgnął, przyduszony, poczuł jak paszczęki stwora zaciskają się mu na szyi, wgryzając i puszczając jad.
- O Pelorze!
Seweryn zbladł jak kartka i poczuł, że nogi ma ciężkie jak kłody. Świsnął oskardem w powietrzu, jakby chciał się osłonić od tego, co wokół. Prawie krzyknął, kiedy zobaczył z bliska jak pajęczak wielkości żbika rzuca się ku niemu i przypadkiem odbija na desperackim zamachu.
Pelorze-Srelorze, pomyślał Grimley, widząc jak coś kotłuje się w pajęczynach przed nim. Bogowie tu nie pomogą jak dup nie zepniemy.
Stwór skoczył na niego z lewej, ale tego zobaczył, w porę uskakując o krok. Drugiego dojrzeć nie zdążył i poczuł jak paskudztwo spada na niego z góry, strącajac kapelusz i kapiąc jadem na łysą czaszkę. Wierzgnął dziko, robiąc niemal fikołka w tył, zrzucając stwora nim zdążył się wgryźć.
Przypadł na kolano, wystawiając zweihander przed siebie jak zasłonę. Małe cholerstwa przebierały odnóżami, obchodząc go wokół i szykując się, by skoczyć. Ten rudy z tyłu, Seweryn, też spodobał się jednemu, ale najgorzej było z tym-tam, jakże mu... Bertem.
Ten zwalił się na zimne kafle sali, wypuszczając broń i próbując zerwać z siebie intruza, który wgryzł mu się w szyję. Znalazł się przy nim i drugi, który spróbował dziabnąć go w nogę, ale wijący się w dzikiej walce ochroniarz odkopał go, posyłając przypadkiem między zwalone dalej trupy.
Odnóża mlaskały na pajęczynach, a wygięci górnicy szurali powoli, zaintrygowani ruchem i światłem, sunąc ku świeżym bohaterom. Kolejnym spragnionym bogactw Ścieżki Slerotina.
Pająk #5 (atakował Seweryna) - 20 + 3 = 23
Pająk #3 (był na głowie Grimleya) - 17 + 3 = 20
Pająk #4 (uniknięty przez Grimleya) - 17 + 3 = 20
Żylasty szuracz - 19 - 3 = 16
Grimley 13 + 1 = 14
Bert (ochroniarz na ziemi) - 12 + 0 = 12
Randal 11 + 0 = 11
Lara - 7 + 3 = 10
Tęgi szuracz - 13 - 3 = 10
Pająk #1 (gryzie Berta) - 6 + 3 = 9
Seweryn 6 + 2 = 8
Kai 5 + 3 = 8
Pająk #2 (kopnięty) - 5 + 3 = 8
Hans (ochroniarz, który pomógł przy rannym) - 5 + 1 = 6
Divrak (górnik, który nadbiegł) - 5 + 1 = 6
Grebo (ochroniarz od pochodni) - 2 + 0 = 2Ranny górnik (Bolo) jest ustabilizowany, ale nieprzytomny

-
Randal (Mike)
Randal Bronson, jako paladyn powinien zawezwać wrogów do poddania się, niektórzy mówią, że nawet po trzykroć. Oczywiście istnieją odstępstwa od tej zasady względem zwierząt, wiatraków i polityków. Szczęśliwym trafem można było pominąć wezwanie i runąć na wroga niczym tona cegieł, co też Bronson uczynił. Wznosząc okrzyk, bynajmniej nie religijny, wskoczył do komnaty osłaniając się tarczą i natarł na pająki dobierające się do niejakiego Berta.
-
Seweryn (Rewik)
Seweryn wcisnął, a raczej wepchnął (co sił w rękach miał) kamienny blok z szuraniem nie mniej złowrogim, co owe zasłyszane wcześniej głównie przez maestro o elfiej krwi.
Owo wcześniejsze szuranie usłyszał i cyrulik, kiedy stał wyczekująco. Nie zdążył jednakże ułożyć sobie w głowie owych dźwięków - czy to mechanism, czy monstrum, czy jeszcze inne dziwo. Coś wydarzyło się bowiem w komnacie za jego plecami.
Poczuł ruch powietrza, a odwracając się dostrzegł błysk światła na tyle jednak krótki, że nie zdążył wywiedzieć się jakie arcanum eventum miało przed chwilą miejsce. Spojrzał jednakże z zaciekawieniem na zbrojnego Randala, który podnosił się z kamiennego podłoża, dobierając oręża. Czyżby? Spojrzenia innych osób ogniskowały się właśnie na wojowniku. Oczy Seweryna łakomie pochłaniały zdziwienia i zachwyty z twarzy tych, którzy byli świadkami owego zdarzenia. Płomień dzierżonej przezeń lampy zagościł w jego źrennicach, gdy oceniał ponownie zastygłego w bezruchu, lecz żywego najwyraźniej górnika.
Coś znów zaszurało i prastary mechanism ruszył. Seweryn odsunął się i zrobił miejsce bardziej biegłym w walce. Granitowa bryła zazgrzytała w rytych prowadnicach, powoli odsłaniając tonące w mroku pomieszczenie. Seweryn musiał odwieść swe pełne ciekawości spojrzenie od stojącego obok Randala Bronsona.
Ścisnął rękojeść cierżnika, gdy Griimley rozświetlił komnatę przed nimi, a ich oczom ukazało się spoczywające na posadzce ciało wygięte od agonalnych konwulsji. Dostrzegł wśród gruzu, stare skrzynie i kufry. Postąpił za zbrojnym wypatrując czegoś jeszcze gorszego.
Mimo pewnej dozy, można by rzec wprawy, nie był jednak w pełni gotów zobaczyć paskudztwa jakie mieli przed sobą. Seweryn zbladł jak kartka i poczuł, że nogi ma ciężkie jak kłody. Świsnął oskardem w powietrzu, jakby chciał się osłonić od tego, co wokół. Prawie krzyknął, kiedy zobaczył z bliska jak pajęczak wielkości żbika rzuca się ku niemu i przypadkiem odbija na desperackim zamachu. Tylna, z zasady podporowa noga ugięła się pod nim, w nieprzygotowanym uniku. Cofnął się kilka kroków przed grozą, jaką roztaczał wokół siebie jego nienazwany przeciwnik. Prawdziwe monstrum, niby krabopająk, nigdy wcześniej przezeń nie widziany, dzięki czemu wiosen trzydziestu ośmiu był dożył.
Choć herstować wbrew pozorom potrafił, monstrum miało przewagę. Osiem odjąć dwa - sześciu odnóży i było widać to w jego desperackich trudach odpierania wroga. Ciosy niby na oślep wyprowadzane, zamaszyste, byleby odegnać stwora z dala od siebie. Wystarczyłby jednakże jeden dobry moment by oliwą z lampionu przeciwnika oblać, albo precyzyjnie wymierzony cios by nieuchronny los odegnać, na który Seweryn czekał. Wiedział, że w tym jednym musi być niezwykle precyzyjny.
-
Lara Quatermain (Alex Tyler)
Być może Lara Quatermain była zbyt młoda i za mało doświadczona zawodowo, by pogodzić się z nieraz ponurymi realiami wyuczonej profesji, a może zwyczajnie zbyt optymistyczna i dobroduszna, lecz za nic nie mogła sobie odpuścić gdy chodziło o ludzkie życie. Nie bacząc na to, że nie miała na podorędziu antytoksyny, a stan pacjenta zdiagnozowała jako bardzo ciężki, zanim w ogóle stwierdziła obecność jadu w jego ciele, zamierzała walczyć do samego końca. Nawet jeśli nie miało to większego sensu.
Już miała podrywać rannego z ziemi razem z jednym z ochroniarzy, gdy niespodziewanie zbliżył się ku nieszczęśnikowi jeden z zatrudnionych przez Wyllę van Coen zbrojnych. Pochylając się i nakładając dłonie na konającego, uczynił... coś, po czym nastąpił nadnaturalny rozbłysk światła i zapulsowało powietrze. Pacjent blondynki w odpowiedzi wyprężył się i momentalnie znieruchomiał, jakby nagle skonał. Rychło jednak zorientowała się, że wciąż żyje. A mimochodem rzucone słowo o cudzie ciałem się stało. Co prawda medycyna nie wyjaśniała takich przypadków, ale to, co było dla niej najważniejsze, było nad wyraz jasne. Jad tak jakby wyparował z ciała ofiary ugryzienia, a wszelkie objawy zatrucia natychmiast ustąpiły. Nie był to jednak koniec zmagań o życie mężczyzny. Nadal potrzebował pilnie znaleźć się w lecznicy.
— Panowie proszę, zabierzcie go szybko do szpitala — powiedziała.

Nim zdążono ewakuować rannego górnika, uruchomiony dotykiem antyczny mechanizm ujawnił wyryte w kamieniu przejście. Za nim zaś znajdowała się komnata przesycona znanymi Larze odorami. A także zagrożeniem, ujawnionym światłem latarni i pochodni. Dziewczyna miała już okazję walczyć z takimi istotami, choć nie tego konkretnego gatunku. Miała nawet tę wyjątkową nieprzyjemność kosztować ich mięsa, lata temu przymuszona surowymi wymogami przetrwania w tropikalnej dziczy. Zdejmując z pleców drżącymi z ekscytacji dłońmi dwulufowy arkebuz Quatermain skrzywiła jasne oblicze na widok porozrzucanych po wnętrzu ciał nieszczęśników, urządzonych tak przez łaknące żeru przerośnięte pajęczaki. Silną motywację do raptownego działania dziewczyna czerpała z faktu, że jeden z ujrzanych górników zdawał się być jeszcze żyw. Kiedy wyuczonymi, dokładnymi ruchami przeładowywała pionierską i zarazem eksperymentalną broń, drgnęła gwałtownie, usłyszawszy donośny krzyk zaatakowanego ochroniarza. Po odciągnięciu kurków, nasypaniu prochu na panewki i umieszczeniu patronów w tyle odryglowanych luf, zaryglowała zamek z powrotem i przygotowała się do oddania strzału. Licząc, że trafi, a wywołane w wyniku wystrzału huk i chmura dymu nie wystraszą jej towarzyszy. Aczkolwiek same agresywne zwierzęta jak najbardziej by mogły. Bądź co bądź, Lara już od pierwszych minut wizyty w Ścieżce Slerotina nie mogła narzekać na brak wrażeń. I to jej się właśnie bardzo podobało.
-
Kai (Aro)
"Raz, przyjaciele, jeszcze do wyłomu!"
William Shakespeare, "Król Henryk V"

Wycofawszy się prędkimi krokami za ciężkozbrojnych towarzyszy po oględzinach przejścia głębiej, Kai przestępował tylko w miejscu z nogi na nogę, w imię przezorności osadzając piwne spojrzenie na kamiennej płycie. Nie spodziewał się, by coś lub ktoś miałoby je otworzyć z drugiej strony - a przynajmniej oceniał takową możliwość na niezwykle niską - lecz pomagało mu to zwyczajnie w niespoglądaniu w stronę opatrywanego rannego. Przynajmniej do czasu, aż kątem oka nie wyłowił nagłego, nienaturalnego blasku sączącego się z mocarnej sylwetki sir Bronsona. Przy tym już okręcił głowę na prawo, po części wiedziony głęboko zakorzenionym, naturalnym instynktem, który wymuszał zwracanie uwagi na ruch i światło w polu wizji, acz w większości zwyczajną ciekawością. Nigdy nie było mu bowiem dane podziwiać ni z bliska, ni z daleka paladyńskich cudów, jakimi błogosławili ich ich boscy patroni. Z na wpół otwartymi ustami i oczami jak keolandzkie lwy, błyszczącymi też niby złoto podziwem, wpatrywał się zachłannie w całe magiczne wydarzenie i działanie rąk, które leczyły, skrzętnie zawierzając każdy detal sceny swej pamięci.
Chwila zachwytu jednak, jak to chwile miały w zwyczaju, była nader ulotna. Kolejny ruch przykuł uwagę Kaia, tym razem ze strony cyrulika Drachenwulfa. Za nic mając wcześniejsze syknięcie półelfa, przestrzegające go przed zbyt pochopnym otwarciem przejścia, mężczyzna z jakiegoś niezrozumiałego (i wielce nieroztropnego) powodu postanowił pchnąć płytkę, za którą ukryty był starożytny mechanizm operujący osobliwymi drzwiami. Być może kierowała nim wręcz patologiczna i krótkowzroczna chęć niesienia pomocy bliźnim bez względu na konsekwencje, być może zwykła brawura częściej spotykana u młodszych, być może mieszanka tychże dwóch - Kai nie zamierzał dociekać tej kwestii. Naburmuszył się tylko, zachmurzył, ostre rysy twarzy wyostrzyły się jeszcze mocniej, a tyczkowata sylwetka napięła jak struna. Półelf postąpił krok w tył i obrócił dobyty z fałdów odzienia lekki nóż w smukłych palcach, w duchu tylko konstatując, że przy narodzinach Seweryna Święty Cuthbert był najwyraźniej diablo zajęty i do tej pory cyrulik uchodził jego uwadze.
Zgrzytające szuranie i szurające zgrzyty rozbrzmiały w podziemnej komnacie po krótkiej chwili, gdy granitowa płyta ociężale powędrowała ku górze. Ścieżka głębiej stanęła otworem, ziejąc cienistym nieznanym i wionąc zatęchłym rozkładem, marszczącym nosy. Kai uważnie śledził ruch ponurego sir Grimleya, który - niczym odważny pionier z opowieści o egzotycznych krainach - pierwszy ruszył badać tę swoistą terra incognita, uprzednio rozpędzając mrok ciśniętą żagwią. Detale komnaty, choć dostrzeżone przez śledzącego rozwój wydarzeń półelfa, prędko jednak odeszły na doprawdy odległy plan, gdy zagrożenie powzięło w swe sidła zarówno starszego paladyna, jak i podążających zań śmiałków jednako. W tej niezbadanej, podziemnej rubieży - nie mniej groźnej od białych plam na mapach - rzeczone zagrożenie przyjęło jednak formę zgoła inną od kartograficznych smoków. Mniejszy rozmiar nadrabiającą liczniejszymi odnóżami i mnogimi paciorkowatymi oczami, a ognisty dech zastępującą równie straszliwym jadem.
"Pająki! Dlaczego to musiały być pająki!?", żachnął się w duchu Kai, przełykając ślinę nagle nabiegłą do ust na widok pajęczaków oblegających towarzyszy. Jakby tego było mało, dziwacznie wygięte humanoidalne sylwetki - źródło dosłyszanego przezeń wcześniej szurania - nie przejawiały wcale przyjaznych zamiarów, sunąc ku bojownikom. Zupełnie jakby jadowite ukąszenia zmieniły górników-nieszczęśników w marionetki na jedwabnych sznurkach. Półelf zadrżał na tą myśl. Niepewien jednak, czy takowa rzecz była możliwa, postanowił zapytać się później o to doktor Quater...
— NA OPASŁĄ RZYĆ IUZA, MOJE USZY!
Nagły huk od prawicy wydarł z gardła aktora bolesny krzyk, rozbrzmiewając i przetaczając się po podziemnej komnacie niczym kanonada armat. Kai odskoczył od uczonej jak oparzony, z dłońmi przyłożonymi do uszu, w które werżnął się natrętnie irytujący, przeciągły pisk. Mimowolnie kuląc się w miejscu, potrząsnął dziko głową i zakaszlał, gdy sięgnął go rozrzedzający się, siwawy dym. Skupił się jednak na rzeczach ważniejszych, niż słanie pretensji w kierunku pani doktor (wszak co się odwlecze, to nie uciecze), łypiąc spode łba na tęgą sylwetkę nadchodzącą od strony jakiejś kratownicy w granitowej ścianie. Półelf odetchnął głęboko, determinacja zalśniła stalowo w spojrzeniu.
— Hejże, towarzysze, nasz wróg musi być jakowymś wizjonerem strategii! — melodyjny tenor rozbrzmiał ponad rumor walki. Przyjemnie i dźwięcznie, tonem wyćwiczonym przez lata. Ciut tylko dziwacznym, jakby podszytym nieziemskim echem, rozbrzmiewającym parokroć w wielu rejestrach naraz. — Patrząc na te mozolne ruchy, planuje nas chyba zabić znudzeniem!
Vicious Mockery na Tęgiego Szuracza (?). Rzut obronny na WIS (DC 13), w przypadku porażki 1d4 obrażeń psychicznych i utrudnienie (disadvantage) do następnego ataku przed końcem jego następnej tury. W dalszych rundach, jeśli będą rozliczane w ramach posta MG, naprzemiennie będzie kpić i rzucać nożami.
-
Araneus ammorsus, zwany w mowie potocznej Kościogryzem, to jeden z najbardziej agresywnych gatunków pająków we wschodnim Oeriku. Występuje w Amedio, na Wyspach Olmskich oraz u podnóża południowych Piekielnych Piecy. Poluje, uderzając na ofiarę z wyskoku, zwykle z zasadzki. Dzięki potężnym odnóżom potrafi skakać nawet na ponad 20 stóp, wykorzystując impet, by przewrócić zdobycz, albo przygwoździć ją do ziemi. W przypadku mniejszych ofiar, przydusza je i zjada żywcem, wygryzając kawałki ciała dzięki potężnym, zębatym szczękoczułkom, które mają specyficzny kształt okrągłego, najeżonego kłami zacisku. Przy większych ofiarach, stara się wgryźć głęboko, by wpuścić do ciała jad, który działa bardzo szybko. W ciągu minuty – w przypadku ofiar wielkości człowieka - następuje porażenie ośrodków nerwowych, ograniczające zdolność ruchu, a w odstępie do 2-3 minut utrata kontroli nad ciałem i przytomności. Często jad powoduje śmierć w ciągu kilku-kilkunastu minut, ale zdarza się, że ofiara przeżywa i pozostaje w stuporze. Niezjedzone w pełni, martwe czy sparaliżowane zdobycze, bywają magazynowane na później i konsumowane w rozłożnym czasie.
Aranearum a. wykazują silny dymorfizm płciowy. Samice wyrastają znacznie bardziej, są brunatno-rude, mają nawet do 3 łokci w kłębie i rozpiętość odnóży do 6 łokci. Samice też jako jedyne mają zdolność snucia sieci. Samce są mniejsze – od wielkości kota domowego przy młodych osobnikach do średniego psa przy dorosłych.
Przy obserwacji Aranearum a. odnotowano dziwną prawidłowość w przypadku niezjedzonych ofiar, które nie zginęły od razu. Część upolowanych istot odzyskiwała zdolność poruszania się po 2-3 dobach od ugryzienia i wykazywała stosunkowo dużą agresję wobec innych stworzeń, jak i obiektów pozostających w ruchu (ale nie wobec samych pająków gatunku A. a.). Jednocześnie wykazano radykalne porażenie złożonych zdolności kognitywnych takich ofiar i niewrażliwość na bodźce bólowe.
Dwitram Wert, Bezkręgowce południowego Flanaess
O paskudztwo jakie, fuj... O szwagier! Skurwysyn jaki jebany, chce mię wskoczyć tu... Szwagieeer! Aaaaa!
Szmul zwany Sinym, Samo Życie=|
Heroizm pięknie sprawdzał się w pieśniach. Każdy, kto wkroczył do skrytej za kamiennym prztyczkiem komnaty, znał takie pieśni. Każdy (no, może nie Seweryn, ale on był szczególnym dzieckiem) nasłuchał się ich w dzieciństwie, albo dorastając. Czy to z rodzicami na występach w teatrze, czy to wystając na zapleczu za biesiadną, gdy grajkowie rżnęli szlagiery – słuchając jednym uchem, a drugim strzygąc czy nie idzie gospodarz i nie opierdoli, że ziemniaki jeszcze nie obrane, albo podłoga nie wymyta. Ba, trafił się nawet i Kai, który w życiu bywał w tych wszystkich rolach – a to słuchając ballad na salonach, a to wspinając się wystraszony, by coś podejrzeć i podsłuchać z zewnątrz, a to w końcu dając światu sztukę od siebie. Sam na scenie.
Musieli przyznać, ballady bohaterskie i historyjki o walkach z potworach jedno, a życie drugie. Potrafiło dotkliwie smagać, śmierdziało potworniej niż same potwory i w mgnieniu oka działo się w nim więcej niż szło pojąć, a wtedy to było już. Już po.
Dlatego działali szybko. Los splótł ich niby po omacku, zgarniając z różnych ścieżek, ale dobrał na raz nie takich, którzy by łatwo tracili zimną krew i certolili się, kiedy przychodziło do brudnej roboty. Zgoda, u każdego codzienność, która ich ulepiła równała się innym wyzwaniom, ale nikogo nie ominęły takie, gdzie trzeba było myśleć i działać w try miga, albo światełko zgaśnie. Toteż działali. W try miga i gwałtownie, pobudzeni adrenaliną, ale i nastraszeni obrzydliwością i agresją tej drapieżnej egzotyki, która trafiła się już pierwszego dnia na Ścieżce.
Nie mieli zresztą wyjścia. Długonogie, ciągle przebierające odnóżami pajęczaki były w ruchu bez przerwy, niemal mieniąc się w oczach. Ledwo co Seweryn odtrącił jednego dramatycznym zamachem oskarda, stwór zaraz wrócił znowu. Odbił się jak wańka-wstańka i znów był przy cyruliku, który robił, co mógł by nie narazić się na ukąszenie. Dramatyczne wymachy działały, ale małe bestie były cholernie szybkie i w końcu pająk przemknął się pod zamachem. Medyk też jednak refleks miał nie lada i jeszcze w tej chwili, czując jak żuwaczki kłapią przed nim, rzucił się do tyłu. Nie wyratował tylko koszuli, z której kościogryz urwał poważny kawałek, pewnikiem niezadowolony. Wypchany na moment, zwolnił w ruchach, a Drachenwulf gruszek w popiele nie zasypiał. Odbił się od ściany w impecie i walnął oskardem aż iskry poszły, rozdzierając włochate cielsko stwora i zdzierając karapaks w rozbryzgu posoki. Wizg, który wydał pająk był niemożliwy.
I równie niemożliwe zdawało się to, że potwór przetrwał uderzenie. Prymitywny instynkt drapieżcy był widać najsilniejszy i rozharatany pajęczak, kołysząc się okaleczony, dalej wyglądał okazji do skoku.
Niedobrze, pomyślał Grimley, który złowił kątem oka sytuację po lewej stronie. Ułamek i zlustrował zaraz i tę po prawej. Tam jeszcze gorzej. Bert, któremu dostały się dwa pająki odkopał wcześniej jednego, a w ryku odrazy i wściekłości zdążył strącić z siebie i drugiego, waląc go potężnie pałą przez owadzie ślepia aż kilka trysnęło na wierzch. Poderwał się tryumfalnie, chcąc dokończyć, co zaczął, ale najpierw wyrwany w górę wściekłym skokiem, równie nagle poczuł jak odcina mu powietrze. Spróbował zawyć, ale z ust wyrwał mu się tylko suchy świst, gdy wpompowana w ciało trucizna uderzyła w najważniejsze organy, zwalając nieprzytomnego na ziemię.
Paladyn chciał pomóc, to byłoby zaiste po paladyńsku, ale przed sobą miał dwa pajęczaki, które krążyły wokół, doskakując i odskakując, atakując i odbijając się od rycerza, który młócił młyńcami na lewo i prawo. Wiedział, że na tego przeciwnika dobrał kiepski oręż.
Szczęście w nieszczęściu, że żylasty górnik, który szurał od gruzowiska z lewej wybrał sobie za cel właśnie Algernona, rozczapierzając łapska i kuśtykając agresywnie. Na takiego przeciwnika potężny zweihander był jak znalazł i tutaj Grimley nie mógł skrewić. Odskoczył na krok, by osłonić się od pająków i zebrać na zamach i palnął-walnął, runął i rąbnął. Ciachnął tak, że zsiniałe ciało człowieka złamało się w pół jak herbatnik - nogi w jedną, góra w drugą. Impet poniósł rycerza naprzód, prosto na pająki. Jeden zdążył odskoczyć, chowając się między kufry, ale drugiego ostrze przeorało bezlitośnie, znacząc przestrzeń wokół cząstkami kościogryza. Przygnieciony uderzeniem, stwór ześlizgnął się w tył, niesiony pierwotnym instynktem, ale po kapiącej z niego posoce widać było, że niewiele zostało w nim już życia. W rozpołowionym górniku życia też być nie mogło, bo jakże po czymś takim? Mimo tego, góra rozrąbanego przebierała jeszcze łapami i terkotała na ziemi, kotłując się nieporadnie wśród śmieci i kokonów.
Lepiej, pomyślał Grimley. I rzeczywiście, dłuższe przymknięcie oczu, a sytuacja od razu się polepszyła i nie wyglądała już tak dramatycznie jak przed chwilą. No, może nie dla Berta, ale dla reszty lepiej.
Randal wypadł ciężko na wrogów, dudniąc podkutymi butami i tnąc szybkimi zygzakami od lewej do prawej. Ostre wejście wystarczylo by odegnać od Berta pająki, które chciały go dobić – zarówno tego wcześniej kopniętego i tego, którego zbrojny zdążył zdzielić obuchem, nim jad rozłożył go na łopatki. Dopaść paskud jednak się nie udało, rozhasane trzymały dystans, szczękając odnóżami wokół rycerza i sycząc.
Szkaradztw nie zdołała ubić nawet dr Quatermain, która do rozstrzygnięć przygotowała najgrubszy oręż. Wyuczonymi ruchami, jak mnich przebierający palcami po paciorkach różańca w pospiesznej modlitiwe, przygotowała starannie swój arkebuz mimo chaosu wokół i palnęła aż zatrzęsły się ściany. Kai zaklął wściekle, a w tyle ktoś krzyknął ze strachem, ale mimo huku i dymu, kościogryzy hulały dalej. Strzał chybił, uderzeniem zrywając wieko z jednej ze skrzyń w głębi komnaty.
Lara sama zaklęłaby chyba szpetnie, może i niepomna na maniery damy, ale nie było tak źle. Nie było, myślała. I miała rację – uratowała dziś już jedno życie. Razem z paladynem, może i głównie dzięki niemu, ale bez jej diagnozy chłopak pewnie by skonał. A tak, mimo chybionego strzału, wciąż pewnie wznosiła głowę do góry. Zakomenderowani przez nią 'panowie' – Hans i górnik, który przybiegł za nimi na miejsce – ochoczo poderwali z ziemi niedoszłą ofiarę kościogryzów i szybko zniknęli wszystkim z pola widzenia. Dwa razy nie trzeba było im powtarzać. Ba, wystarczyło by skinienie czy nawet przypadkowe kichnięcie (w tej chwili nabrali szczególnej umiejętności czytania znaków), by zaoferowali się z pomocą i mogli honorowo wycofać się z niebezpieczeństwa.
Pewnie nie usłyszeli już jak Kai w rozśpiewanej kpinie próbuje zatrzymać tęgiego, obrzmiałego człapacza, który szurał od kratownicy na środek sali. Grimley, który robił najwięcej zamętu i przebierał ogromnym ostrzem jak płatem wiatraka, był kusząco widoczny. Ruch, i to tak żywy, był dla byłego górnika najbardziej atrakcyjną zachętą. Ruch został zarejestrowany i szuracz runął na starego paladyna w swej pokraczności, chwytając go w nieuwadze, gdy motał się z pająkami i resztką drugiego górnika.
- Co do jasnej cholery?!, pomyślał bard, widząc, że jego wyzwiska w ogóle nie zrobiły wrażenia na człapiącym. Jasne, bydlak mógł być wyjątkowo gruboskórny, ale na magię, która nicowała rzucone słowa dość gruboskórnym być nie mógł. Czar nie zadziałał, więc nawet jeśli w niektórych szczególny zaśpiew Kaia zrodził wątpliwość, czy za kpiną nie stoi coś jeszcze, to wobec braku efektu podejrzenia wygasły. A Grimley dostał poważnie po łbie, raz-raz, uderzeniem z czaszki, kiedy wykpiony górnik spróbował go obalić i ugryźć.
Stary wyga potrafił sobie jednak radzić i z takimi typami. Zdzielił napastnika łokciem i poprawił z kopa, odpychając niebezpieczeństwo na moment, ale ani słowa, ani ciosy nie wpływały na agresję nabrzmiałego, sinego górnika. Sprawę rozwiązywały tylko drastyczne, potężne ciosy.
Taki właśnie, choć w pająka, a nie w byłego kolegę, wyszedł od Greba. Kiedy Hans dawno był już w drodze na zewnątrz, pokornie słuchając doktor Lary, Grebo wściekł się i zdusił w sobie strach i wątpliwość. Kiedy zobaczył jak Bert upada – Bert, z którym popijał piwo na warcie w Westburn, kiedy sierżant nie patrzył – gniew ścisnął go jak powróz. Mięśnie napięły się, oczy zmrużyły, a ruchy wyostrzyły. Grebo wpadł do komanty w trzech susach i zwalił na czmychającego kościogryza nieuchronnie jak grawitacja, waląc obuchem z taką siłą, że pająk został dosłownie przybity do ziemi.
Wściekły zbrojny powiódł wzrokiem po rozmytym w półcieniach pobojowisku, wyglądając gdzie skrył się następny drapieżnik. Jeden kościogryz, ten, którego wcześniej Bert zdążył odkopać, a Randal odegnać, przemykał się między kamieniami, czekając na dogodny moment do ataku. Drugi, mocno kapiący juchą, liczył na nieuwagę Seweryna, a dwa ostatnie, które przeżyły, sadziły się na Grimleya. Te miały łatwiej, bo paladyn musiał jeszcze opędzać się od dawnego gwarka, który mimo ślamazarności potrafił walić naprawdę mocno. Stary rycerz był w trudnym położeniu, ale czy nie w trudniejszym jeszcze był Bert, który zaczął już nagle drgać i jęczeć z wywróconymi oczami? A może w pierwszej kolejności trzeba było pomóc Urtakowi (bo tego można było poznać po butach z czubem, które jeszcze przed momentem podrygiwały skocznie)? Teraz już nie ruszał się nazbyt - może jeszcze drgnął czy coś? - ale jeszcze mgnienie temu kotłował się w konwulsjach pod wiekiem ogromnej skrzyni.
Wybory musiały być natychmiastowe. Na szczęście, chyba jednak to nie przypadek zebrał ich tutaj, bo różni czy nie, wszyscy bohaterowie tragedii na Ścieżce myśleli błyskawicznie. I wiedzieli już, co muszą zrobić w następnych krokach.
Porządek inicjatywy:
Pająk #5 (atakuje Seweryna; poważnie ranny)
Pająk #3 (atakuje Grimleya; jest na skraju śmierci)
Pająk #4 (atakuje Grimleya; bez obrażeń)
Grimley (11/15 PW; dostał tępe uderzenia w głowę)
Bert (krytyczna porażka w teście trucizny; umierający)
Randal (bez obrażeń)
Lara (bez obrażeń)
Tęgi szuracz (atakuje Grimleya; bez obrażeń)
Seweryn (bez obrażeń)
Kai (bez obrażeń)
Pająk #2 (atakuje Randala; średnio ranny)
Grebo (bez obrażeń)Poza walką:
Żylasty szuracz – szura sobie na ziemi i nikomu już nie zaszkodzi (no, a przynajmniej jeśli nie będziecie się schylać za blisko)
Pająk #1 (zabity przez Grebo)
Hans, Divrak i niesiony przez nich Bolo (ranny, wyleczony górnik) opuścili scenęDodatkowe informacje:
Kai i Seweryn gdzieś w swych żywotach spotkali się z informacjami o tym gatunku pająków – może Kai podsłuchał tego kiedyś przy ognisku, spotykając jakiegoś podróżnika z egzotycznych stron? Może Seweryn usłyszał od jakiegoś entuzjasty trucizn (i lekarstw), który napatoczył się w Anzelmowych kręgach o takim paskudnym, ale ciekawym stworzeniu jak kościogryz?Jakkolwiek to było (to po Waszej stronie) – macie tę wiedzę (oczywiście nie w takiej formie jak spisano), która jest na początku posta. Trafiły się krytyczne sukcesy
Reszta wie tyle, co widzi – egzotyczne, dziwaczne, agresywne i jadowite pająki (i niezdane testy )https://imgur.com/a/mWmS1bE
-
Seweryn (Rewik)
Haemolympha zwykła, inaczej niż krew u ludzi, obmywać narządy tej poczwary. Miast meandrować przez zawiłe kanaliki, żyły i tętnice, ściekała teraz po kościogryzie jak miód po naruszonym plastrze. Lepki soczek kapał na posadzkę przed Sewerynem, czyniąc ją niezwykle śliską i lepką zarazem. Cyrulik dyszał ciężko, intensywnością walki zmożon, ale też i w wyniku szansy którą dostrzegł po oderwaniu oskardem kawałka niby-skorupy, czy chityny.
Delikatne tkanki, nęciły by ponowić uderzenie. W założeniu uderzeniem z chirurgiczną precyzją, w praktyce jednak... zrobiło się trochę ciemniej, a potem jaśniej.
- Dupa nie skorupa - pomyśleć mógł, wyciągnąwszy oskard z odwłoka, mógł też pomyśleć, że może i lepiej że mama tego nie widzi. Byłaby dumna, to na pewno, ale też przerażona nie mniej jak on sam. Niewiele brakowało, by i Seweryn podskakiwał teraz w konwulsjach na ziemi, obok rozbitej lampy. Płomień zatańczył triumfalnie na rozlanej oliwie trawiąc ją coraz mocniej po tym jak pająk skoczył, a on poślizgnął się przy zamachu. Zamach był o zakończeniu szczęśliwym, bo ostrym w miękkim.
Poruszył w przód i w tył dwa razy, luzując oskard z odwłoka niby-pająka, wyminął niegroźne ognisko oliwne. Na szczęście, przez chwilę choć, nic go nie atakowało. Taktyka zdawała się być skuteczna. Postąpił na tyły wroga, okrążając kościogryzy atakujące paladyna o ponurym nazwisku. Miał zamiar dobrać im się do zada.
-
Randal (Mike)
Bronson widząc kątem oka, że Grimley popadł w tarapaty i jeszcze chwila, ale może paść pod przeważającymi siłami wroga zdecydował się wspomóc go w potrzebie. Wciąż trzymając tarczę między sobą, a pająkiem chlasnął mieczem przez plecy szuracza. Może to i nie po rycersku, ale szuracz coś mu się jawił nad wyraz bezbożnie. Miast leżeć jak przyzwoity trup na życie swych wybawców godził.
-
Lara (Alex Tyler)
Gdyby nie chodziło o ludzkie życie, Lara może nie przejęłaby się spudłowaniem. Tyle dobrego, że drugi ochroniarz i rycerz-cudotwórca zdołali odpędzić napastników od ciężko rannego. Toteż jej zamiar, tak czy inaczej, się ziścił. W danej sytuacji nie pozostawało jej więc nic innego, niż podjąć się medycznych czynności ratunkowych. Jako że ratowanie życia w jej przekonaniu było dużo ważniejsze, od jego odbierania. Miała pełną świadomość, że w głębi sali był też ciężko ranny górnik z uwięzionej grupy, ale ochroniarz był praktycznie pod ręką i w jego przypadku miała absolutną pewność, że jeszcze żyje i pilnie potrzebuje pomocy. Zarzuciła więc z powrotem na ramię swój dwulufowy arkebuz i z dobytym zestawem medyka doskoczyła do bliskiego śmierci Berta, żywiąc nadzieję, że szybka interwencja przynajmniej opóźni działanie krążącej w jego żyłach toksyny.
-
Ostatnie lata - a przez ostatnie należałoby rozumieć całkiem długie lata, bo Grimley miał wrażenie, że czas mu się ostatnio sprasował i funkcjonował w dwóch długich fazach: sprzed rozmytej, porozciąganej cezury, kiedy stawał się tym, kim być chciał i był oraz po niej, kiedy stawał się i stał tym, kim być nie chciał – ostatnie lata... Ostatnie lata były dla Grimleya niezbyt łaskawe.
Przykładny paladyn prestiżowego – równie groźnego, co podziwianego - Zakonu Karzącej Ręki Sprawiedliwości ze swej paladyńskości zatracił sporo. Sławę, urodę, pozycję – to zawsze przemija, machnąć (karzącą) ręką. Wewnętrzny kompas, który nieomylnie prowadził przez życiowe wyboje – to musiało być inaczej, czas zwalił na to ciężar lat, jak tu pamiętać? Może wcale nie był taki nieomylny, może nie ma czego żałować? Ambicję, dumę, honor?
Och, do stu tysięcy sukkubów, odczepilibyście się wreszcie? Natracił się tego i owego, a do tego zdecydowanie stracił cierpliwość. Ale przede wszystkim w ostatnich latach opuściło go szczęście. Fortuna, która kiedyś stale sprzyjała, jeśli teraz się uśmiechała, to tylko krzywo. Gdy tylko coś szło dobrze, kiedy się udawało, kiedy rodziła się jakaś szansa – zaraz musiało się spierdolić.
Grimley dawał się ostatnio życiu tarmosić, albo nawet i – bez zmiękczania - młócić jak cepem. Można by zaryzykować twierdzenie, że sam pakował się w tarapaty i do egzystencjalnego obijania szedł na ochotnika, ale to była tylko w połowie prawda. Czasem tak, ale czasem w tarapaty pakowali się inni wokół. I jemu przychodziło potem zbierać za nich cięgi. Niekiedy bo tak, bo faktycznie był tam, gdzie nie trzeba. A niekiedy, bo ciągle coś tam kotłowało się w środku i ciągnęło go w otchłań. Musiał tylko jeszcze odpowiedzieć sobie, czy to została w nim ta rycerska troska o innych, których osłaniał i za których zbierał razy, czy powoli szukał już po prostu ostatecznego wyjścia dla siebie. I żeby było to wyjście z twarzą.
Jeśli to ostatnie, to kiepsko trafił wychodząc w starciu przed szereg, bo po ostatnim wymachu, odsłonił się i pajęczak skoczył na niego, przejeżdżając mu przez pysk żuwaczką. Płytko, bo płytko, ale znacząc lico krwawiącym szlaczkiem. Szczęście, że gryzący w przelocie stwór nie zdołał wypuścić jadu. Ale szramę zostawił i Grimley znów obrywał.
Kompani szli mu w sukurs, odwagi bracie!
Seweryn w swoim tańcu z oskardem rozbił oliwną lampę, wzniecając w ciemnościach łapczywe płomienie. Rozbił też jednak na mięsiste szczapy grożącego rycerzowi pająka z prawej. Ten wyskok przypłacił dziabnięciem, kiedy w nogę urąbał go drugi – ciężko było się połapać, który jest gdzie, gdy ogień zaczął falować, mącąc wizję, a drapieżniki wpadły w szaleństwo.
Randal, zwolennik działania prosto i efektywnie, zaatakował górnika, który przed chwilą wypłacił drugiemu paladynowi uderzenia czacha w czachę i teraz, odzyskując wątpliwy balans, próbował poprawić ugryzieniem. W pierwszej chwili nic się nie stało – rąbnięty przez bark nieboszczyk (bo chyba już można było go takim uznać?) przystanął pod uderzeniem, ale wstrzymany wyłącznie fizyką. Nie bólem, czy obrażeniami po ciosie.
I byłby dopadł Grimleya, gdyby ten nie wkopał mu pod nogi truchła pająka, którego świeżo co ubił medyk. Szuracz załamał się w ruchu, prawie że wywracając, a powrót do pionu zajął mu o wiele za długo. W tych to sekundach rozstrzygnęła się walka.
Zwolniony na ułamek chwili z konieczności baczenia na górnika, Algernon skupił się na pająkach. Skoczył całym sobą, ogarniając wyprężoną sylwetką jak najwięcej przestrzeni i sięgnął końcem miecza stwora, który leciał ostatkiem sił. Zahaczony ledwie, ale wcześniej już skrawiony, kościogryz padł, pośmiertnie przebierając odnóżami w komicznym marszu.
Po tym trzeba było skorzystać z impetu, więc Grimley przedłużył ruch piruetem i odbił się od skrzyni, spadając na górnika z palnięciem, które oderwało mu połowę twarzy. Świetne wystawienie, trzeba powiedzieć, bo wstrzymanego walnięciem trupa strupił do reszty Randal, odcinając mu szyję tuż nad barkiem. Tęga postać dawnego górnika opadła od razu jak firana, gdy zamknięte okno odcina przeciąg, a rozbita głowa wpadła do którejś skrzyni, kończąc szurany pochód.
Gdyby ostatni na polu bity kościogryz potrafił liczyć zamiast wgryzać się w kości, to pewnie spróbowałby uciec którymś z wybitych pod sufitem szybów napowietrzających. Ale nie umiał. Kai rzucił w niego nożem, wyciskając z bestii trochę posoki. Robal miał to za nic i rzucił się na Randala z impetem, który słabszego mężczyznę mógłby powalić na ziemię. Żuwaczki spłynęły jadem, gdy pająk próbował wgryźć się w ludzkie ciało.
Przez kolczugę przegryźć się nie mógł i tylko zahaczył się kłami w splocie metalowych ogniw, kolebiąc dziko. Randal zdzielił go raz, drugi i trzeci, strącając z siebie z obrzydzeniem i rozdeptując na miazgę podkutymi butami.
W tym wszystkim mogłoby umknąć inne zwycięstwo, które stało się udziałem Lary. Może na razie częściowe i chwiejne, ale prawdziwe. Zaaplikowana brutalnie pierwsza pomoc wymagała sporo tężyzny i odporności, ale lekarka w swej misji działała jak w transie. Grube rzemienie skórzni rozerwała nie wiedzieć kiedy, raniąc palce, ale nie zwalniając, by dostać się do klatki piersiowej i jak najszybciej zacząć masaż serca. Bert był nieprzytomny, przestał oddychać i zdaje się, że zgasł już całkiem, zupełnie tężejąc w ruchach. Jego organizm przegrał z jadem, ale dr Quatermain chciała dać mu jeszcze jedną szansę do walki.
Cisnęła mocno, a kiedy trzeba było dmuchać w usta pacjenta – ziejące tytoniem i zepsutymi zębami – dmuchała. Nie wiedziała, ile to trwało – to dudnienie w pierś ochroniarza i wpompowywanie weń powietrza – ale kiedy zziajana przestała, gdy ciało Berta drgnęło jak w konwulsjach i zaczęło poruszać się w rytm własnego oddechu, wszyscy stali już wokół niej, a po pająkach i szurających trupach nie było śladu.
No nie, ślady zostały. Pajęcze zwłoki rozlały się posoką po całej komnacie, a żylasty górnik, którego górną połowę Grimley zrąbał wcześniej jak pniak, kotłował się na podłodze, wściekle kłapiąc posiniałą gębą.
To wszystko były ledwie chwile, ale na rozjaśnioną żywszymi płomieniami przestrzeń komnaty patrzyło się teraz inaczej. Dostrzegało więcej. Widać było trupy górników, rozłożone po kątach, pokrwawione i ze śladami pajęczego ucztowania. Widać było jeszcze niedawno ostatniego żywego górnika, który teraz był już absolutnie znieruchomiały. Widać było lśnienia i pobłyski przedmiotów rozrzuconych między skrzyniami, gruzem i jucho-mięsną, pobitewną breją. Pewnie w większości szmelcu i starzyzny, ale z domieszką obietnicy i bogactwa. Widać było, że opuszczana kratownica blokująca dostęp do pomieszczenia w rogu ma nieopodal siebie płytkę podobną do tej, która otworzyła tę komnatę. I widać było, albo można było domniemywać z prostoty ścian, że pomieszczenie miało kiedyś funkcjonalną rolę. Było magazynkiem czy przechowalnią z licznymi ściennymi wnękami, gdzie składowano ładunki.
Prowadziła z niego droga, którą eksploratorzy wkroczyli i druga, za kratą. Sufit był względnie nisko, cały opleciony baldachimem pajęczyn, ale te poruszały się czasem pod lekkim, idącym z góry podmuchem. Gdzieś w oddali poniosło się echo wojskowych komend i odpowiedź Hansa. Bert sapał ciężko, wodząc powoli oczami po stojących, uciszony przez Larę, by nie mówił. Jemu też potrzebna była szybka pomoc, jeśli jad miał być zneutralizowany. Bez tego cały wysiłek pani doktor poszedłby na marne. Tyle, że po wyjściu na zewnątrz mogli nie mieć od razu świeżego wstępu z powrotem. Pewnie władza wolałaby najpierw przestrząsnąć nowe komnaty, wybrać wszystko, co wartościowe i do zbadania zostawić co najwyżej historyczne ciekawostki wyryte na ściennych tabliczkach. Każde działanie miało swój koszt.
Stan drużyny:
Grimley 10/15 PW
Seweryn 6/8 PW -
Lara (Alex Tyler)
Ratowanie życia nie było dla Lary jeno ponurą koniecznością. To była jej moralna powinność i święty obowiązek. Choć jak dość niedawno odkryła, jej serce najmocniej biło dla czegoś innego – pierwotnym, prawdziwym i rodzinnym powołaniem Quatermain okazała się być bowiem archeologia, poszukiwanie skarbów i awanturnictwo, mimo to nie zapomniała, dlaczego odebrała właśnie takie wykształcenie. Bardzo lubiła pomagać, czynić cudze życie lepszym, lub przynajmniej mniej uciążliwym. Przywoływać uśmiech lub ulgę na stroskane twarze. Dawać drugie szanse. Dlatego gdy zachodziła potrzeba, bez okazania wahania i starannie wyuczonymi ruchami czyniła to co należało, zawsze walcząc do samego końca. Bez względu na sytuację. W skrajnych wypadkach, gdyby pacjent był szczególnie niehigieniczny lub mógł przenosić jakieś choroby zakaźne, zawsze mogła przy metodzie usta-usta skorzystać ze specjalnego ustnika, lub utworzyć prowizoryczny przy użyciu palców dłoni.
W każdym razie kiedy udało jej się przywrócić pracę serca i samoistny oddech, przeszła do kolejnych kroków. Poprosiła ledwie oprzytomniałego, by nie próbował mówić i się poruszać, ponieważ to mogło przyspieszyć roznoszenie jadu po krwioobiegu. Poza tym już wcześniej, na samym początku akcji ratunkowej, położyła go w pozycji, w której głowa i ukąszona szyja były lekko pochylone w stosunku do reszty ciała, a zwłaszcza serca, tak by jeszcze bardziej utrudnić roznoszenie się toksyny. Na dany moment tylko tyle mogła uczynić.
— Tak jak tamten biedny górnik, on również musi być czym prędzej zabrany do lecznicy, celem bezzwłocznego zaaplikowania mu antytoksyny — poinformowała Grebo, który już wcześniej wykazał się troską o kompana. — To znaczy podania odtrutki — poprawiła się pospiesznie na wszelki wypadek, zrozumiawszy, że mężczyzna, do którego się zwróciła może nie do końca zrozumieć co właściwie miała na myśli.
Następnie zbliżyła się do znieruchomiałego ciała jeszcze do niedawna ostatniego ocalałego z uwięzionych górników. Niestety znany wszystkim medykom dylemat się ziścił. Musiała w okamgnieniu wybierać między udzieleniem pilnej pomocy jemu a ochroniarzowi. Bardzo ciążyły jej konsekwencje tego wyboru. Jednak jako niepoprawna optymistka postanowiła, że przynajmniej potwierdzi jego zgon. Dopiero potem mogła znaleźć chwilę na żałobę i zbadanie komnaty pod względem materialnej zawartości, a przede wszystkim wielowiekowego kulturowego dziedzictwa.
-
Randal (Mike)
- Dziś już nie jestem w stanie nikomu pomóc - powiedział Randal i pozostawił rannych w gestii lepiej wykształconych w tym kierunku osób. Sam zajął się sporządzeniem prowizorycznej pochodni, na trzonek złamanej łopaty nawinął szmatę i podpalił to od gorejącego ognia. Tak uzbrojony zajął się badaniem pomieszczenia.
-
Stan osobowy eksploratorów Ścieżki na dzień 29 sierpnia 591 roku Wspólnej Rachuby, na wczesne, ciepłe, acz nieco pochmurne popołudnie, był taki sam jak na ciepłe, pochmurne przedpołudnie, gdy Wylla van Coen uczyniła zebranych podwładnych drużyną. Taki sam, czyli kompletny. Ani jednego z wysłanych nie utracono, a dr Quatermain zadbała, by żywotu nie postradał też nikt z tych braci mniejszych, którzy w dziennikach kompanii i spółek zapisywani byli w jednym wierszu, bez wyszczególnień.
O bliźnich zawsze dbał też Seweryn, zaprawiony w pomaganiu pod Pelorowym sztandarem i teraz też nie stroniący od miłosierdzia. Razem z Larą upewnili się, że ranny górnik, który na starcie starcia podrygiwał jeszcze jest już we władzy Nerulla i nic dlań zrobić nie można (może tylko mały pacierz i święcony znak słońca, który Drachenwulf pospiesznie uczynił), a potem medyk zerwał się szybko i ruszył z Grebem holować porażonego trucizną do szpitala. W głowie miał już cały plan jak pomóc obu pacjentom i w planie tym splatał ich losy jak rzemienie w biczu. Prawie już wystartowali, kiedy medyk przypomniał sobie o czymś jeszcze, przeprosił na moment i odstąpił od rannego, wkraczając z powrotem na pobojowisko.
Rozglądał się, szukał, łypał za czymś i nagle – jakby zaskoczył – wynalazł przy którymś z truposzy duży, solidny worek jak na urobek. Zdaje się, że szukanie tego zajęło mu więcej niż prawdziwy cel, bo kiedy torba już była, po zawartość zanurkował bezbłędnie: najmniej zmasakrowany okaz kościogryza trafił od razu do wora, który Seweryn zasznurował i przerzucił przez ramię. Nie odpowiadając nikomu na co i po co mu to, rudy zaraz złapał się za niesienie Berta razem z drugim ochroniarzem i tyle go było widać.
Pozostali w komnacie kompani popatrzyli po sobie – można było zgadywać różne odczucia, ale finalnie wszyscy przeszli po prostu do przeszukiwania pomieszczenia. Randal zmajstrował prowizoryczną pochodnię, odsłaniając przy przechadzce między kuframi i trupami więcej szczegółów przestrzeni. Można było ocenić, że komnata ma jakieś trzydzieścikilka stóp długości na czterdzieścikilka szerokości, a opleciony pajęczynami strop wznosi się nie wyżej niż dwadzieścia stóp do góry. Gęsty baldachim pajęczyn miał parę rozdarć, mocniej widocznych w miejscach, gdzie drgały one pod wątłymi muśnięciami powietrza, które pewnie docierało tu przez wąskie kominy z powierzchni.
Na ziemi dało się teraz na spokojnie doliczyć wszystkich ofiar pajęczych ukąszeń. Oprócz biedaka w czubatych butach, dla którego pomoc przyszła tylko o minutę za późno, dookoła porozwlekani byli ponadgryzani pechowcy, którzy wyglądali już gorzej. Z dwoma badacze tajemnic mieli już bezpośrednio do czynienia – żylasty Kelan i masywny Tordak (choć nikt ich tu nikomu nie przedstawiał) byli zsiniali i napuchnięci, a teraz dodatkowo rozbici na kawałki. Kawałek jednego był nadał ruchomym kawałkiem, gasnącym wprawdzie, ale czasem – gdy uwagę wszystkich przykuwało akurat coś innego – potrafiącym nagle postawić każdego do pionu swoim gulgotem, albo ślepym biciem w metalowe skrzynie. Wśród ofiar było jeszcze trzech mężczyzn: jeden starszy, ewidentnie parodniowy i cuchnący z brakującymi kawałkami ciała tu i ówdzie oraz dwóch trzydziestolatków o zdrowych, muskularnych sylwetkach. Gdyby żyli mogliby naprawdę robić za okazy zdrowia. Ale nie żyli. Widać było, że umarli niedawno i gwałtownie, ciągle skapując krwią między zagłębienia w płytkach podłogi.
Kai schylił się niepewnie nad jednym i delikatnie wyciągnął spod niego pochodnię, która musiała zgasnąć w szamotaninie wcześniej. Zbliżył się do paladyna i odpalił ją od jego żagwi, a za moment swoje źródło ognia miał już każdy z badaczy, rozjaśniając przypadkowy grobowiec jak za dnia. Błyski dwóch potężnych złotych sztab zrobiły się częstsze i bardziej zachęcające, ale pod zaproszeniem ognia, refleksy metalu i nie tylko dały o sobie znać w wielu miejscach wokół.
Najłatwiej było dostrzec złote monety, które – zrobione z czystego kruszcu – nie skorodowały, ani nie zaśniedziały przez wieki. Rozrzucone po całej komnacie, chowały się wśród gruzu, pajęczyn, flaków i krwi, pyłu i wysypanej ze skrzyń, nieidentyfikowalnej już dziś starzyzny. Nie szło oszacować ile ich jest – dużo czy mało? - ale co jakiś czas każdy schylał się łapiąc złoty błysk. Najwięcej, bo tuzin takich monet wyzbierał Kai, ale każdy z pozostałych też trafił po kilka.
Monety były okrągłe, o niewielkiej średnicy, ale kunsztownym wzorze. Na przedzie trafiały się różne wzory – dominował monarcha na tronie z regaliami w dłoniach, ale na paru była też czaszka z pustymi oczodołami, spiczasta gwiazda czy góra ze słoneczną aureolą. Rewers był wszędzie zbliżony – literki, które Lara odszyfrowała jako daty bicia monet, panującego władcę i mennice, a dla estetyki wieńce laurowe i podobne motywy.
Doktor Quatermain, pochłonięta pasją obcowania ze starożytnością starszą niż większość współczesnych miast, zapomniała zupełnie o bożym świecie. Z nadzieją, która co i raz niknęła, by zaraz znów rozbłysnąć, przebierała zawartość skrzyń i skrzynek. Wiele dawnych tubusów i zwojów rozpadało się w rękach, a wiele pozostałych było w szczątkach. Co i rusz, gdy coś się trafiało, okazało się nieodczytywalne i poza ratunkiem. Dla badaczki stało się jasne, że pomieszczenie pełniło rolę magazynku, bądź skarbca... A może depozytu?
Radość w pani doktor wezbrała aż do otwarcia ust w zachwycie, gdy natrafiła na jeden kuferek, który ocalał nienaruszony, szczelnie zamknięty i po wyważeniu odkrył przyzwoicie zachowaną zawartość. Dokumenty, zwoje, oprawione pergaminy!
Trzęsącymi się rękoma przebrała pierwszych kilka, natrafiając na dokumentację handlową. Język sprawiał kłopoty, ale mogła dociec, że szło o bilanse i inwestycje oraz przepływy dóbr. Gdyby żyła tysiąc lat wcześniej pewnie zbiłaby tu fortunę, bo wśród papierów były też akty własności ziem i weksle handlowe na niemałe kwoty. Dziś cieszyło ją samo obcowanie z utraconym światem, w który mogła wejrzeć za pośrednictwem zeschniętych liter i cyfr.
Tym, co ucieszyło ją najbardziej i przy czym westchnęła na głos, kiwając głową z niedowierzaniem i czując jak szklą jej się oczy, był mały skrawek codzienności sprzed wieków wciśnięty między formalne tony dokumentacji handlowej. Z niewielkiego metalowego tubusa z runiczną inskrypcją inicjałów właściciela, jakowegoś DeeRa, wydobyła zwój, do którego przypięto niewielką karteczkę.
Lara nie była specjalistką od magicznych arkanów, ale zwój był jednym z najpowszechniej spotykanych do dzisiaj i choć sposób zapisywania run się zmienił, a sama nie do końca potrafiła je zrozumieć, to łatwo zrachowała, że trafiła na pospolitą kopię starego, dobrego Magicznego Pocisku. Odczytała przypiętą na rzemyku karteczkę dyndającą przy papirusie...
Synku, raz jeszcze gratulujemy Ci z ojcem przyjęcia na Akademię. Jesteśmy bardzo dumni. Przyjmij to na początek Twojej kolekcji. Niech będzie pierwszą kartą w Twojej podróży przez magię. Niech Rubinowa Pani Cię prowadzi!
Bądź zdrów! - Mama
Na zewnątrz
Seweryn spieszył się w swej misji niesienia pomocy, obchodząc się z niesionym ochroniarzem bez większej kurtuazji. Nie żeby nie miał na uwadze dobrostanu pacjenta, ale widocznie reprezentował chłodniejszy, pragmatyczny i wyrobiony codziennością model medycznej profesji. Pewnie tak z tej racji, jak i ze względu na samą powierzchowność opiekuna, leczeni woleli poddać się opiece dr Quatermain niż mistrza Drachenwulfa. Ten ostatni jednak nic sobie z tego nie robił. Robił swoje. Szybko, konkretnie, czasem nieco brutalnie i bez oglądania się na grzecznostki. Był skuteczny i w czasie krótkiego stażu w Czarnych Wrotach pomógł już paru osobom, więc kredyt zaufania miał absolutny.
Strażnicy stojący przy odsuniętej na bok, zbitej z desek barykadzie przed wejściem do Ścieżki kojarzyli rudego jako lekarza, więc kiedy ten zakomenderował krótko, że musi przenieść rannego do siebie jak najszybciej, żeby ratować mu życie, nikt nie robił mu pod górkę. Ba, jeden z osiłków wyręczył nawet mistrza medykusa, biorąc na siebie część tachania pokąsanego Berta, z którym znał się z czasów służby w Westburn.
Wyzwolony spod ciężaru rannego, Seweryn szybko ruszył za zmierzającymi do głównego lazaretu Divrakiem i Hansem, którzy nieśli wyratowanego górnika. Ich też wypuszczono, ale tylko pod eskortą dwóch strażników, którzy mieli dopilnować, że poszkodowany trafi pod opiekę lekarską, a jego wybawicieli będzie można potem dokładnie obszukać.
- Nie, nie tam. – Zamachał na nich Seweryn. – Chodźcie do mnie, wiem, co trzeba zrobić. Raz-raz, nie traćcie czasu!
Niosący pacjenta nic nawet nie powiedzieli tylko od razu zmienili kierunek i zasapani podążyli za medykiem. Zbrojna eskorta w osobie dwóch podobnych ogrom wielkoludów (człeczego gatunku, rzecz jasna) spojrzała po sobie, ale co oni tu mieli do gadania. Medyk jest medyk, figura.
Zrobiono zatem tak jak zarządził i zaraz obaj pacjenci zlądowali na przygotowanych do operacji stołach w namiocie mistrza Drachenwulfa, bakałarza medycyny z Loftwick. Mistrz nie potrzebował dalszej pomocy, przeciwnie – potrzebował spokoju i ciszy, więc pospiesznie wygonił wszystkich przeszkadzaczy ze swego królestwa i zabrał się do roboty.
Pierwszy ranny, Bolo - pełniej Bolvar, ale szkoda sylaby – dochodził do siebie dużo lepiej. Był przytomny, choć osłabiony i z ciekawością rozglądał się po zastawionym narzędziami i medykamentami wnętrzu namiotu. Od niektórych wolał uciekać wzrokiem, ale słoje i retorty przykuwały wzrok i kusiły egzotyczną zawartością.
- To ci pomoże. – Seweryn zjawił się przy górniku znienacka, praktycznie bez zapowiedzi. – Ćśśśś, będzie dobrze.
Nasączona w medykamencie gąbka wjechała chłopakowi pod nos i oczy zaszły mu mgłą lada chwila. Na początku patrzył na cyrulika z niedowierzaniem, potem chciał coś powiedzieć, ale osłabiony zaniemógł, spróbował nawet się podnieść, ale o tym w ogóle nie było już mowy. Długo to nie potrwało i za chwilę Bolo z powrotem był nieprzytomny. Seweryn pochylił się nad nim, przyciskając ucho do piersi na rozdartej wcześniej koszuli. Było dobrze. Wszystko właściwie.
Oddech górnika uspokoił się. Zasnął, ale serce i płuca pracowały stabilnie. Medyk podszedł jeszcze sprawdzić stan drugiego pacjenta – Berta. Z tym było gorzej i tu nie trzeba było stosować żadnego wspomagacza śpiączki. Osiłek stracił przytomność na nowo jeszcze po drodze i oddychał ciężko, jak pod niespokojnym snem, który kończy się krzykiem. Tu organizm był na krawędzi. Nie można było ryzykować dodatkowej anestezji.
Seweryn zasznurował wejście do namiotu i zabezpieczony, zrzucił na ziemię wór ze zdobyczą. Wyjął na zewnątrz zewłok pająka i umieścił go na bocznym stoliku, przez dłuższą chwilę nie mogąc oderwać wzroku od ociekających jadem szczękoczułek potwora.
- No nic… – Seweryn podwinął rękawy i otworzył kuferek z narzędziami pracy. – Nie zrobimy, to się nie przekonamy… Wspomóż Pelorze!
Bohaterowie na Ścieżce
Kai obszedł komnatę magazynku kilkukrotnie, co jakiś czas pochylając się za drobnymi monetami, które znajdował na ziemi. Nie miał wiele więcej szczęścia, bo jeśli trafiał na coś innego, co go zaciekawiło, okazywało się doprowadzone przez czas do skraju zniszczenia. A jeśli nawet coś było jeszcze rozpoznawalne, to i tak niesprawne – wagi czy inne instrumenty pomiarowe dawno nie nadawały się do użytku. Bard obszukał jeszcze wyryte w ścianie luki, gdzie niby w kamiennych grobowcach składowano kiedyś ładunki, których powywlekane resztki leżały na ziemi, ale tam też nie trafił na nic wartego uwagi.
W przeciwieństwie do Randala! Tu musiał dobrze działać jakiś paladyński kompas, bo rycerz co i rusz trafiał bezbłędnie. Owszem, na początku schylał się głównie po drobne monety, ale w pewnym momencie wyciągnął spod pajęczyny coś paskudnie zielonego…
Co po przetarciu szmatą okazało się być jednak przyjemnie zielone i było malachitową figurką otyłego mężczyzny w bogatym szatach, osadzonego na potężnym fotelu czy tronie. Żartobliwe przedstawienie „obiektu posadzonego” sugerowałoby, że posążek nie miał religijnej natury i pewnie był po prostu eleganckim przyciskiem do papieru na biurku jakiegoś ważniaka. Teraz sięgnęła po niego ręka sprawiedliwości, nieco rozczarowana pęknięciami na kamieniu i naderwanym kawałkiem głowy, ale kontent, że trafiło się coś ładnego.
A to nie był koniec… Randal także przetrzepał kamienne kasety w ścianie i tam, gdzie bard okazał się nieuważny, paladyn natrafił na nieduży kordzik. Srebrne ostrze zaśniedziało, ale robota była fachowa i po mnogości floralnych motywów na całej długości broni (paradnej, tu nie było wątpliwości) poznać szło, że warto wycenić ją z fachowcem.
Grimley, który jako gończy ogar sprawiedliwości również miał dobrego nosa, przyjął inną metodykę pracy. On łaził po sali i odwalał ciężkie skrzynie, albo kawały kamienia, które zwaliły się kiedyś z sufitu. Nie miał też moralnej czkawki przy przetrząsaniu zwłok zabitych górników i nie brzydziło go brodzenie wśród pajęczyn. O ile przy kopaczach znalazł ledwie parę drobnych monet, o tyle włażąc w lepki gąszcz pajęczyn nadział się na zalepiony pod spodem kufer. Ten był nienaruszony.
Algernon nie pytał nikogo o zdanie, ani nie zbierał się na ostrożność. Uderzeniem szybko zbił kłódkę z metalowej skrzyni i zwalił wieko. Środek wypełniała zastawa stołowa misternej roboty. Część była złota i dobrze przetrwała próbę czasu, a część srebrna, więc sczerniała przez wieki. Kielichy, sztućce, lichtarze, a przede wszystkim nawiązujący kształtem do drzewa cedrowego kandelabr – wszystko wyglądało obiecująco, ale tylko w cząstce nadawało się do poupychania po kieszeniach.
Kai – biorąc kurs na drogę w głąb skarbca – zaczął przyglądać się włącznikowi. Zobaczył, że mechanizm był podobny do płytki, która otworzyła magazynek, ale tu w środku przygotowano miejsce na geometryczny klucz czy pieczęć. Aktor chwilę gmerał przy ustrojstwie, ale stwierdził, że to nie jego specjalizacja… I wtedy właśnie w ramię klepnął go Randal, który zjawił się za nim, trzymając w dłoni podłużny, pięciokątny bloczek z wyślizganego marmuru.
- Sprawdzisz?
Bard delikatnie wsunął przedmiot w otwór i przycisnął, czując jak kamień zgrzyta leciutko. Coś się kręciło, ale nie tak od razu. Najpierw powoli, ale potem mocniej, kręcąc klockiem w zużytym mechanizmie, Kai zaczął rolować kratownicę do góry. Dziadostwo szło przez jakiś czas z trudem, potem przechodząc na znaczny trud, a w końcu stanęło… Pewnikiem nie tak kiedyś miało działać i wymagać tyle kręcenia, ale swoją robotę spełniło. Kraty podniosły się na parę stóp, tak że pochylając się każdy mógł spokojnie wejść dalej.
Ta salka była ewidentnie mniejsza niż magazyn obok i doświadczona tąpnięciem, bo tu zwalił się cały kawał stropu, zagruzowując mocno przejście dalej, w południowej części komnaty. Można było się tam przedrzeć, ale to wymagałoby już odrobiny gimnastyki i przeciśnięcia się przez w głąb po zwalonych kamieniach. Oczywiście, przy odrobinie pracy przejście można było odgruzować i poszerzyć.
W mniejszej komnacie, przy pochodniach w każdej dłoni nie było problemu z dokładnym zlustrowaniem całości. Tu znajdował się chyba właściwy skarbczyk czy zaplecze magazynu, więc szaber całości zaczął się w tym miejscu. Kufry były już ogołocone do cna, ale za płaskorzeźbą w ścianie, która przypominała z bliska oglądaną z góry koronę drzewa, coś mogło jeszcze się ostać. Tutaj jednak też działać musiał jakiś mechanizm, bo na środku okrągłej wypustki ziała ośmiokątna dziura.
Towarzystwo zaczęło przyświecać sobie wzajemnie, próbując zajrzeć do środka, ale takie kupienie się było nie dla Grimleya. Stary paladyn poszedł tam, gdzie realnie dało się coś zrobić i kopniakiem zsunął kawał zwaliska, które blokowało drogę na południe, próbując zajrzeć w ciemność. Coś zaszurało złowróżbnie (bo od paru minut szurania miały dla eksploratorów Ścieżki wyłącznie złowróżbny wymiar) i rycerz spróbował rzucić na to nieco światła.
Wdrapał się na gruz i rzucił do środka pochodnię, wyglądając za nią. Ogień oświetlił komnatę podobną do tej obok, bardziej obszerną i chyba nieco lepiej zachowaną. Grimley wyściubił oczy, szukając źródła szurania…
I wtedy zasyczał boleśnie, a w ślad za sykiem bólu zwalił się na plecy, dudniąc zbroją na kamieniach. To dudnienie było jednak cichsze od rąbnięcia, które przyszło sekundę potem. Wszyscy zobaczyli jak coś z drugiej strony wbiło się z impetem na barierę, wzbijając tumany pyłu i sycząc.
Znali ten syk i szczękanie. Teraz były głośniejsze. Bo i ich źródło było znacząco większe.
Grimley wił się na ziemi i przecierał ręką oczy, sycząc i kurwiąc wściekle, a potężny kościogryz za gruzowiskiem syczał równie wściekle… Próbując wydostać się na zewnątrz.
Grimley traci 2 PW – pająk napluł mu jadem w twarz. Obecny stan PW: 8/15