Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
U bram raju
PaniczP
Panicz jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
BrilchanB
Brilchan jako
Marius Utopiec
Niekatywny
MikeM
Mike jako
Randal Bronson
TomaszKT
TomaszK jako
Ballo Białe Serce
Pan ElfP
Pan Elf jako
Morwen
RewikR
Rewik jako
Seweryn Drachenwulf
Niekatywny
eToE
eTo jako
Hazar Baraz-Felak

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
105 Posty 8 Uczestników 3.1k Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Online
    PaniczP Online
    Panicz jako Mistrz Gry
    Mecenas
    napisał ostatnio edytowany przez Panicz
    #87

    Otiak krążył wśród wojowników jak dżuma, zwalając z nóg i przeciągając na czarną stronę jednym dotknięciem. Był nieprzejednanym żywiołem, który nic sobie nie robił z ludzkich prób zatrzymania.

    Ostrzeliwali go wszyscy: Seweryn, Eutalo, Bolvar, Varlund. Magiczne pociski ze wszech rodzajów energii, świętej i nieświętej, lepili Morwen, Hazar, Marius i Saskia. Razy spadały na wielorybie cielsko z hukiem, ryjąc krwawe szramy w glutowatej skorupie potwora. Ale ciągle było mu mało.

    Część uderzeń znosił, jakby spadały nań letnim deszczem, a nie gradem potężnych, metalowych uderzeń. Kilka bełtów odbiło się od wywijających na prawo i lewo macek, zmuszając strzelców do repetowania, gdy zębiska bestii szykowały już zacisk na kolejnej ofierze.

    Szło powoli, niebezpiecznie powoli, ale krok po kroku, udawało się jednak ukruszyć nieco życia z Otiakowej skały. A to szczęśliwy strzał Seweryna wprost w pysk, a to drażniąca macki magia Utopca. Do tego Saskia, która wymodliła znienacka świelistą smugę, okalającą teraz Pożeracza jasnością, jak scenicznego aktora. Ognista wiązka wyrzucona z dłoni Morwen osmoliła cielsko maszkary, a zbroje okładały ją metodycznie, choć – mimo nieludzkiej siły – nie zawsze skutecznie.

    Randal czuł jak dłoń pod pawężem mięknie pod uderzeniami stwora i wiedział, że musi się wycofać, albo garda całkiem padnie, a ostatni paladyński opór niegodziwościom tego świata postawi już tylko sama zbroja w przepastnym żołądku otiaka. Rycerz rozpoczął odwrót, korzystając z natarcia sojuszników. Nawet jeśli nie byli skuteczni, mącili w wynaturzonym móżdżku stwora, dając drużynie taktyczną przewagę.

    Ten zaczynał atakować coraz bardziej w amoku. Rzucił się na powrót w stronę Varlunda, którego próbował dosięgnąć macką, ale sierżant podskoczył jakby robił manewr na skakance. Zbudował sobie łokieć dystansu, by nie dać się dziabnąć zębiskom bestii, ale przed następną macką nie miał już gdzie się schronić i rąbnięty przez biodro, zawył jak raniony kojot i potoczył się bezładnie do tyłu.

    W oczy żołnierza zajrzała śmierć i każdy widział, że stary wisi już na ostatnim strzępku życia. Kto mógł, rzucił się dołożyć swoją cegiełkę do kaźni otiaka. Cholerstwo musiało wreszcie zginąć nim nie zabierze kogoś ze sobą!

    Lara odciągnęła ze sobą wyratowanego złodzieja, dalej od zagrożenia i zaraz wróciła, szybko sypiąc proch do wystrzału. Może gdyby strzeliła szybciej powstrzymałaby Pożeracza nim połamał Varlunda? Nie sposób dociec – potwór wciąż tam był, a jego głód nie znał ukojenia.

    ***

    Paszcza dalej szczękała nierównymi zębiskami, ziejąc smrodem i głębokim zaprzeczeniem piękna symetrii. W świetlistej glorii otiak wyglądał wyjątkowo plugawie. Bluźnierstwo przeciw naturze postawione na złoty piedestał biło obrzydlistwem po oczach bardziej niż wcześniej.

    Marius aż ryknął złowrogo, czy to przerażony, czy rozeźlony na stałą, niezmywalną obecność bestii, a za jego słowami popłynęła moc, która wstrząsnęła stworem. Morwen znała ten czar, ale w takim wykonaniu widziała go po raz pierwszy. Plugawy Żart, Wiedźmi Rechot, Paskudny Śmiech Tashy czy – jak kiedyś nazwała go sama autorka – Drażniący Chichot Iggwilv. Magia mąciła ofierze w głowie, zwalając ją z nóg i porywając w chore napady śmiechu, które mogły trwać i trwać.

    Wielu czarodziejów łączyło zaklęcie ze słowami naturalnego języka, a bardowie upodobali sobie wplatać w nie kpiny i żarty, ale w tak drastycznej formie Morwen dotąd go nie widziała. Cel nie musiał nawet rozumieć języka, ani w ogóle słyszeć słów, a magia i tak robiła swoje, wbijając pojmanego w urok w stan maniakalnego śmiechu i umysłowego bezładu.

    Chyba, że przezwycięży zaklęcie. Otiak słyszał – bo i ten jego zmysł był mocno rozwinęty i podatny na bodźce – ale nogi pod nim nie drgnęły. Nie było drgawek, tupania, szalonego tańca, ani bezładnych wymachów macek. Bestia sapnęła tylko i zawinęła się tyłem do Mariusa, szykując szarżę na towarzystwo zebrane wokół Hazara.

    Krasnolud zaśmiał się złowrogo, jakby to on sam wpadł pod Plugawy Rechot, machając samobójczo na stwora, by nacierał. Wojownik wiedział, że bestia zmiecie go z powierzchni ziemi, jednak nie tchórzył. Mimo całej swej burzliwej historii był w końcu krasnoludem. Mavir ulotnił się gdzieś w międzyczasie, a reszta górników bezpiecznie odprowadzała jeńców po schodach, ale sztygar nie stał w walce sam.

    Szwar, z nietęgą miną, ale kilofem dalej w łapach, stał obok szefa. Saskia, choć nie po drodze było jej z gotowym obijać szabrownikó Hazarem, czarowała dalej, dorzucając świętego ognia do gasnącej wokół otiaka powłoki. Grebo, który zobaczył, że jedno pacnięcie macką i Varlund zejdzie z tego świata, a za nim pójdą krasnolud i kolejni, porzucił ataki z dystansu i rycząc niegorzej niż rury Wielkiego Dechu przy wypluciu mefitów, rzucił się na pożeracza z toporkiem.

    Lara strzelała z tyłu, strzelał Bolvar, ktoś krzyczał, inny czarował, szczękały kusze, tupały nogi. Zbroje waliły w osaczonego coraz mocniej otiaka niby w mokrą szmatę, a macki bestii zacinały dookoła, łupiąc płytki z podłóg i zginając w kontrze metal żywych pancerzy. Ballo poczuł, że życie Otiaka Pożeracza Dzieci iskrzy się niepewnym żywiołem i potrzebuje popchnięcia. W jedną stronę, albo drugą.

    Mnich wciągnął głęboko powietrze, świadomy ryzyka. Był większy niż ktokolwiek w okolicy i pewnie silniejszy niż większość. Miał zręczność, jaka przy tej masie była niespotykana, a lata treningów utwardziły jego ciało niby dębowe drewno. I miał świadomość, że frontalny atak na otiaka – jeśli dać bestii szansę skontrować – skończy się dla niego śmiercią, albo ciężkim kalectwem.

    Ale miał też świadomość pola bitwy. Tego, co dzieje się wokół. Przepływów życia i energii. Widział ruchy kompanów, śledził ich gesty, czytał z nieodczytywalnej fizjonomii otyugha, co dzieje się w jego bryle. Varlund odczołgiwał się na bok, ale nie miał dość czasu. Hazar był osłabiony, zbyt wolny do odskoku. Tarcza też nic by nie dała...

    Potwór słabł, a jego duch gasł, ale głód w nim ciągle buchał po skraj bytu. Otiak chciał pożerać, co żywe i Ballo musiał zatrzymać go jeszcze ten moment dłużej, nim drużyna i zbroje nie ugaszą w końcu żarłoczności przydeptując bestię do ziemi.

    Białe Serce uderzył się po udach i z pędem, jakby zjeżdżał na saniach, zwalił się na pożeracza.

    Ale...

    Zodalu, czymże była ta bestia? Ballo natarł z uderzeniami pięści, jakie zrąbałyby dębową ławę... A stwór odbił łapy mnicha macką jakby od niechcenia, odklepując je z irytacją, która miała poprzedzić wbicie zapaśnika w ziemię jak kołka.

    Ale Ballo nie był tu sam. Randal, wcześniej prawie złamany ciężarem uderzenia otiaka, teraz powracał z furią, wkładając w pchnięcie oszczepem całą swoją energię. Rzut miotnął pociskiem i samym paladynem, który aż zakręcił się, ledwo wyłapując równowagę przed upadkiem. Siła zrobiła swoje. Oszczep strzyknął jak chrząstka i pękł na kawałki, ale większa, centralna część ze stalowym grotem wbiła się w bulwiastą wypustkę na łbie otiaka, zrywając osłonę z łusek i zaskorupiałego brudu.

    Tam, gdzie nie zadziałał czar, tam potężne uderzenie zgięło nogi potwora i wraz słoniowe kulasy popędziły bezładnie naprzód. Ballo odczuł ten moment. Przecięta nić życia puściła z jękiem, a potwór potoczył się jeszcze przez chwilę, grożąc zmiażdżeniem wszystkich po drodze i upadł, powoli tężejąc.

    Macki pełzały jeszcze przez chwilę wokół, niby puszczone samopas, ale w końcu i one ucichły. Ogień z naftowej bańki dogasał, a dźwięki Ścieżki na powrót schodziły z rejestrów walki i rozpaczy niżej. Nieco niżej. Na bliższy codzienności awanturników poziom napięcia i zagrożenia.

    text alternatywny

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • eToE Niedostępny
      eToE Niedostępny
      eTo jako Hazar Baraz-Felak
      napisał ostatnio edytowany przez
      #88

      Padającego na ziemię potwora Hazar przywitał nieco głośniejszym zaśmianiem się, które w żebrach go trochę bolało. Tak czy inaczej podobało mu się wykończenie przeciwnika. Teraz tylko trzeba było uporać się ze złodziejami wywabiającymi potwory z dalszych części. Wyglądało na to, że złodzieje albo będą próbowali dotrzeć do wyjścia, albo uciekać głębiej w Ścieżkę wywabiając nie wiadomo jakie inne potwory.
      Hazar nie próżnował więc dalej. Mimo obolałego ciała ruszał dalej aby podnieść swój młot upuszczony przy utracie przytomności. Jeśli mógł go dostrzec i szybko podnieść. Nie zamierzał bowiem marnować czasu, jakby nie było złodzieje również nie zamierzali czekać. Po podniesieniu młota truchtem skierował się do wejścia zamierzając odciąć drogę ucieczki.
      - Dobrze, nie wypuszczać żadnego kradnącego ścierwa! - powiedział do górników znajdujących się na schodach kiedy do nich docierał. Zamierzał ustawić się na łączeniu schodów aby zablokować jedyną drogę ucieczki. Problem polegał na tym, że zwierzęta zagonione do rogu bez drogi ucieczki potrafią być więc złodzieje mogą zdecydować się ruszyć w głąb Ścieżki aby spróbować się ukryć... przy okazji uwalniając kolejne potwory. Dlatego jeśli Hazar dostrzegł któregoś ze złodziei próbującego otworzyć albo przejść przez jakieś drzwi zamierzał odłożyć normalny młot, dobyć ten eteryczny i posłać go w stronę złodzieja próbującego otwirać albo przejść przez drzwi prowadzące głębiej w Ścieżkę.

      "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
      "- You can't let them run around inside of dead people!

      • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • Pan ElfP Niedostępny
        Pan ElfP Niedostępny
        Pan Elf jako Morwen
        napisał ostatnio edytowany przez
        #89

        Czarodziejka rozejrzała się po pobojowisku, które pozostało po starciu z dwoma mackowatymi potworami. Upewniwszy się, że bestie rzeczywiście nie żyją - przez dłuższą chwilę obserwowała je z bezpiecznej odległości - podeszła ostrożnie bliżej, by przyjrzeć się im dokładniej. Nigdy wcześniej nie spotkała podobnych stworzeń. Nawet w starych, zakurzonych księgach, które przeglądała za dziecięcych lat pomiędzy kolejnymi obowiązkami młodej uczennicy wiedźmy, nie przypominała sobie wzmianki o czymś podobnym.

        – Niesamowite. Obrzydliwe i śmiertelnie niebezpieczne... ale jednak niesamowite – skomentowała półgłosem, wpatrując się w ogromne, martwe cielsko otiaka.

        Zgodnie z naukami swojej mentorki postanowiła sprawdzić, czy z któregoś z potworów da się pozyskać coś wartościowego. Wiedziała, że z podobnych bestii często udawało się wydobyć rzadkie komponenty przydatne do zaklęć, eliksirów lub rytuałów. Szkoda byłoby zmarnować taki okaz.

        Dopiero potem jej uwagę przykuła Saskia.

        Morwen podniosła się i, ostrożnie omijając trupy, gruzy oraz zwęglone szczątki, podeszła do kobiety.

        – Może to dobry moment, żeby wyjaśnić, co właściwie tutaj robisz i dlaczego twoi "towarzysze" próbują rozkraść wszystko, co wpadnie im w ręce, nie zważając na niebezpieczeństwa, które przy tym mogą uwolnić? – zagadnęła, zatrzymując się obok niej. – Przynajmniej zanim krasnolud postanowi wziąć ich los we własne ręce.

        Swoją drogą, Morwen zaczynała się zastanawiać, czy Hazar przypadkiem nie łaknął krwi złodziejaszków odrobinę bardziej, niż wymagała tego cała sytuacja.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • MikeM Niedostępny
          MikeM Niedostępny
          Mike jako Randal Bronson
          napisał ostatnio edytowany przez Mike
          #90

          Paladyn głęboko odetchnął. Było ciężko. Szybko zebrał oszczepy, które nie połamały się i starł się odgrodzić złodziei od wejść w głąb Ścieżki.
          – Jak który tylko spróbuje leźć dalej, to może być pewien, że nie zginie z powodu potwora. Usiekę gnoja na miejscu.
          – Pani Laro, jeśli można, przydało by mi się trochę pani kunsztu.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Online
            PaniczP Online
            Panicz jako Mistrz Gry
            Mecenas
            napisał ostatnio edytowany przez
            #91

            Krew chlupała z rozoranych cielsk otiaków, pompowana ostatnimi ruchami ich dziwacznych, organicznych mechanizmów. Potwory były okazami prawdziwie niezwykłej anatomii. Gratka dla biologów, medyków i magików.

            Jako reprezentantka tej ostatniej grupy, kurs na trupi przegląd obrała Morwen, a z tyłu pobieżał za nią i wiecznie ciekawski Eutalo. Olbrzymie cielska, powleczone skorupą brudu, czy może – jak wskazywał bliższy ogląd - jakiejś formy filmu z gliniastej mączki, śmierdziały tak znajomym smrodem biologii, jak i chemicznym odorem, który sączył się z zębatych pysków. Ballo wiedział, że otyughy są zdolne pożreć i strawić niemal każdą substancję, jaką napotkają. Siarkowy, gryzący smród kwasu był potwierdzeniem, że nawet po śmierci trzeba na nie uważać, a nieostrożność przy sekcji może skończyć się ciężkimi poparzeniami (jeśli nie gorzej!).

            Morwen miała z takim paskudztwem do czynienia po raz pierwszy, ale intuicja podpowiadała jej, że coś, co można pewnie zgarnąć w miarę bezpiecznie, a co może mieć sporą wartość dla uczonych to macki otiaka. Były rozciągliwe i chwytliwe jak u ośmiornicy, a jednocześnie niszczycielskie twardością hartowanego metalu. Jeżeli nawet nie miały alchemicznego zastosowania w żadnej wiedźmiej miksturze, musiały coś znaczyć dla kolekcjonerów dziwactw i badaczy osobliwości.

            Nim jednak przyszedł czas tryufmu i obszarpywania truchła z trofeów, rozstrzygnąć się musiał los dwójki złotych szabrowników. Tylko oni, szybkonogi Gamir i wiecznie szukający guza Durgo, dosięgli prawdziwego bogactwa. I tylko oni spośród szabrowników byli nadal na Ścieżce, cali i zdrowi. No i wolni.

            Nie czekali, co będzie dalej i niewiele robili sobie z okrzyków Hazara i Randala. Walili dzikim pędem w stronę schodów, nieskorzy porzucać lepszego życia, którego wykup łomotał im po kieszeniach. Paladyn odciął im drogę z tyłu i w głębi ducha odetchnął, że nie musi prać ich po łbach. Szaleńcy ani myśleli skręcać w niezbadane ścieżki. Gnali tam, skąd przyszli.

            To wstrzymało atak Hazara, ale krasnolud nie tracił czujności. Wiedział, że przyparci do muru, złodzieje są zdolni zrobić rzeczy głupie i niespodziewane. Oni zaś widzieli, że nie przebiją się przez stojących na dolnych stopniach Varlunda, Mavira i samego Hazara. Musieli...

            Nie poddać się nie musieli i nie mogli! Nie po tym, ile zaryzykowali i co zdobyli! Musieli... Musieli obiec ich z drugiej strony!

            Krasnolud warczał swoje komendy, rycerz groził im z tyłu. Zbroje, które załatwiły Rurika dalej człapały i chrzęściły płytami metalu. Ten skurwiel, który zabił Mitrama i postrzelił Kalba też tam był. Pewnie znowu gotów strzelać do ludzi, pewnie i w plecy, bo co to dla takiego pachołka bez honoru.

            Górnicy trzymali Dermiana i kuchcika twardo, ale obaj nie próbowali się nawet wyrywać. Na nich nie było co liczyć. Kaleka i tak nie dał by rady dwóm chłopom... A ten kuchenny, po co on tu w ogóle przylazł? Przygłup, pewnie sam nie wiedział i teraz dał się ciągać z otwartą gębą...

            – Dajcie im przejść, to na tym to wszystko się skończy. – Saskia spojrzała na krasnoluda z całą zapalczywością fanatyczki. Głos – jak i ona – był młody i cienki. Ale wszyscy zobaczyli już, że kapłance nie brakuje odwagi, a patron nie żałuje jej magii. Hazar nie kojarzył jej symbolu, a nawet jeśli i by kojarzył, nie wyznawał się na tych ludzkich bogach i ich filozofiach. – Mało ci krwi? Pomyślałabym, że dumny khazad nie będzie robił dla ludzkich szefów za klawisza i kata, ale proszę!

            Morwen nie znała dziewczyny, ale znała boga, którym ta się pieczętowała. Trithereon. Wyzwoliciel. I Mściciel... Patron maluczkich, którzy buntowali się wobec tyranii i stawiali opór władzy. Jego kler leczył, nauczał i pomagał potrzebującym. Ale przy tym nierzadko zbroił i szkolił wieśniaków w sztuce wojennej, pakując im jeszcze do głowy wzniosłe i niebezpieczne hasła o wolności, równości i braterstwie. Przy tym ostatnim nie zawsze obejmującym władze i ich przedstawicieli...

            – Wal się krasnalu! – Wydarł się nie zwalaniając biegu śniady Durgo. – Widzę chłopy, że karłowi się teraz kłaniacie... To pewnie do ziemi trzeba się teraz zginać!

            – Cicho! - ryknęła na zbójnika Saskia. – Rzućcie to złoto w cholerę, to dadzą wam odejść... Oni rzucą, a wy puśćcie ich wolno! Wszystkich!

            Te słowa dziewczyna wykrzyczała już z powrotem do krasnoluda, ale po drodze łapała też wzrokiem resztę drużyny, szukając zrozumienia i poparcia. Patrzyła na Morwen, która próbowała rozmawiać. Na ogromnego Ballo. Na żołnierzy i biegnącą w oddali Larę, która zaopiekowała się jednym z rannych. Liczyła, że rozsądek innych przeważy nad upartością Hazara...

            Jenot zwolnił na sekundę, schwytany w pół ruchu apelem kapłanki. Jego wzrok był rozogniony, ale lekko niepewny. Mężczyzna trącił się po kieszeniach, jakby sprawdzał, czy jest gotów przystać na żądanie Saskii i przygryzł wargi. Może i był?

            Durgo nie zakładał nawet takiej opcji. Dekady żył jak pies, więc jeśli miał wątłą szansę, by ten los odmienić... A niechaj zginie, ale nie odda! Co dał mu Norebo i junacka fantazja – nie odda!

            – Nie dam wam przelać więcej ich krwi... – Saskia ściągnęła brwi ku sobie i nasrożyła się, na ile tylko jej młoda, pogodna buzia pozwalała. Przeskakiwała spojrzeniem od Hazara do Eutalo, któremu ciskała prawdziwe gromy i widać było, że nie żartuje.

            text alternatywny

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • eToE Niedostępny
              eToE Niedostępny
              eTo jako Hazar Baraz-Felak
              napisał ostatnio edytowany przez eTo
              #92

              - Dajcie im przejść, to na tym to wszystko się skończy. - Błagała dziewczyna, dokładnie tak jak słaba przywódczyni. Do boju jeśli jest się silniejszym i skamlać o litość jak konsekwencje swoich decyzji nie przynoszą zamierzonych rezultatów.
              - Mało ci krwi? Pomyślałabym, że dumny khazad nie będzie robił dla ludzkich szefów za klawisza i kata, ale proszę!
              Hazar musiał przyznać, że było mu trochę mało krwi. Więcej oberwał od pułapki oraz potworów wywabionych przez złodziei niż im przyłożył. Może po prostu nie był taki silny aby móc postawić się potworowi jaki go znokautował ale z ludźmi wiedział jak sobie radzić.

              Przypomniało mu się jak podczas swoich podróży obozował przy strumieniu z jakimś ludzkim podróżnikiem idącym w tą samą stronę. Kolega podróżnik łowił kolację podczas gdy Hazar zajmował się ogniskiem. W pewnym momencie człowiek złapał małą rybkę którą wypuścił.
              - Nie lepiej użyć jej jako przynęty? - zapytał nie znając się tak dobrze na łowieniu ryb.
              - Nie, bo inaczej nie poskarży się większym braciom. - odrzekł człowiek łapiąc większą rybę kilka dłuższych chwil później.

              - Wal się krasnalu! - wyrwało z lekkiego zamyślenia Hazara. Miał on jednak wyjście, jakie może przynieść mu więcej rozrywki później.
              - Robie za co mam płacone i nie jestem zdurniałą dupą w swoim zawodzie żeby decydować sie kraść! - odkrzyknął dziewczynie przygotowując się do starcia ze zdesperowanymi złodziejami.
              Niby sposób na rozwiązanie sporu był… ale zapewniał on tylko więcej kłopotów w przyszłości kiedy złodzieje lepiej przygotują się do swojej “pracy” ze względu na brak jakichkolwiek konsekwencji. No może i kilku ze złodziei zginęło, ale to był ich problem. Z pewnością ci pozostali mieli w większym poważaniu zawartość swoich kieszeni niż zdrowie któregokolwiek ze swoich kolegów. Byle tylko samemu uniknąć konsekwencji własnych decyzji jednocześnie skamlając na pokaz jacy to oni są biedni i zreformowani.
              - Jak zostawią co ukradli razem z ubraniami to przepuszcze. Idiotą nie jestem żeby nie wiedzieć, że mają sekretne kieszenie! - odpowiedział idąc na mały kompromis. Jakby nie było komuś kradnącemu nie można było ufać, że nagle grzecznie odda skradzione dobra. Będzie z tego problem później, kiedy ludzie się poskarżą kolego i postanowią zemścić się na tym złym krasnoludzie nie pozwalającym im kraść i robić co chcą…
              - Nie chciałaś rozlewu krwi, to trzeba było ich powstrzymać przed rabunkiem zamiast organizować bandycki najazd. - dodał nadal uważając dziewczynę za organizatorkę najazdu oraz odpowiedzialną za wszelkie straty zdrowia jakie ponieśli podwładni jej złodzieje.
              Hazar oceniając potencjalne poczynania przeciwników zaczął wycofywać się na schody zamierzając zablokować je przy wyjściu.
              - Varlund, zablokujmy górę schodów… - zaproponował aby nie bawić się w ganianego wokół tylko raz a porządnie odciąć złodziejom drogę ucieczki. Haraz nadal zachowywał czujność godną zadawania się ze złodziejami, czyli zero zaufania i gotowość do ciśnięcia eterycznym młotem w kogokolwiek próbującego zagrozić jego towarzyszom.
              - Dobrze, dobrze, nie puszczajcie ale wyprowadźcie troche… - dodał górnikom pod jego komendą wyglądającym jakby oczekiwali więcej poleceń jednocześnie przemieszczając obolałe ledwie współpracujące ciało po schodach w górę aby raz a porządnie zablokować wyjście.

              "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
              "- You can't let them run around inside of dead people!

              • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • PaniczP Online
                PaniczP Online
                Panicz jako Mistrz Gry
                Mecenas
                napisał ostatnio edytowany przez
                #93

                Saskia błyskała oczami od jednego celu do drugiego, niepewna z której strony może przyjść uderzenie. Ciągle miała swoją tarczę dla osłony, ale nawet przy swoich magicznych atutach pisana jej była bardzo nierówna walka.

                – Zobacz, o. – Wskazała głową na Gamira, który przystanął niepewnie. Skinęła na niego zachęcająco, aby wysypał, co napakował w kieszenie. Mężczyzna krzywił się, jakby rozgryzał tuzin cytryn, ale zaczął powoli wysypywać złote łupki, które zgromadził. – Puśćcie tych, których trzymacie. Niech wracają do wioski. Nic stąd nie zabrali.

                Górnicy popatrzyli na Hazara z nadzieją, niechętni swej roli w przepychankach z bywalcami tych samych knajp. Wiedzieli już, że po tym wszystkim będzie gadane. Wódka, branie na krechę, karty... Wszystko będzie inaczej.

                – Wy puścicie najpierw tamtych, ci dwaj zostawią złoto - zapewniła kapłanka. – Ja to zagwarantuję. Wtedy dacie im odejść. Wszystkim.

                Dziewczyna miała świadomość, że Durgo niekoniecznie pójdzie na kompromis i sprawa wisi na włosku... Ale wyglądało na to, że bierze to na siebie. Nosiło ją, ale wstrzymała moc, choć oczy jarzyły jej się złotym poblaskiem, jak ogień buchający spod kociołka.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • eToE Niedostępny
                  eToE Niedostępny
                  eTo jako Hazar Baraz-Felak
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #94

                  - Zostawią łachy na ziemi to pójdą... - krasnolud jak zdecydował tak twardo stał na swoim. - Obietnicy złodzieja, że ma puste kieszenie nie da sie ufać. Nie podobają się konsekwencje napadu i kradzieży? Trzeba było tu nie wchodzić... - stwierdził zdecydowanie zimnym tonem na końcu zniżając go nieco.
                  - Chyba, że Kompania zadecyduje rozwiązać ten problem inaczej... - dodatkowo krasnolud zaproponował kolejną drogę wyjścia do której zamierzał się oczywiście dostosować ze względu na umowę ze swoim pracodawcą. Było jednak jasne, że zdecydowanie nie jest zadowolony z rozwiązań bez znaczących konsekwencji dla złodziei.

                  "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
                  "- You can't let them run around inside of dead people!

                  • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • MikeM Niedostępny
                    MikeM Niedostępny
                    Mike jako Randal Bronson
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #95
                    • Za głupotę się płaci - poparł krasnoluda paladyn. - Niech udowodnią, że nic nie ukradli, wtedy droga wolna.
                      Podszedł bliżej, widząc, że nikt nie kwapi się na samobójczy bieg w głąb tuneli.
                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • Pan ElfP Niedostępny
                      Pan ElfP Niedostępny
                      Pan Elf jako Morwen
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #96

                      Czarodziejka przewróciła oczami, przysłuchując się z ubocza wymianie zdań pomiędzy zaciętym krasnoludem, wtórującym mu paladynem o wątpliwej moralności a Saskią, która wyglądała, jakby zaraz miała wybuchnąć z frustracji.

                      Morwen była znudzona zaistniałą sytuacją. Być może to jeszcze adrenalina nie opadła po walce z potworami, a być może - i co bardziej prawdopodobne - najzwyczajniej nie przybyła na Ścieżkę, by bronić starych rupieci i kamyków przed bandą złodziejaszków. I to za wszelką cenę.

                      - Marnujemy tylko czas i energię, które można spożytkować w lepszy sposób. Nie wiem czy waszej dwójce bardziej zależy na jakimś chorym poczuciu sprawiedliwości, czy może na tym, by obejrzeć sobie ich gołe tyłki, ale czuję, że potrzebny tu jest kompromis, bo ani jedna, ani druga strona nie zamierzają się ugiąć.

                      Morwen pokręciła głową z dezaprobatą i pewną dozą wyższości.

                      - Odprowadźmy ich na zewnątrz, oddajmy w ręce strażników - zaproponowała znużonym tonem. - Nie zaszkodzi nam chwila odpoczynku i ochłonięcie, bo w takich nastrojach to zaraz i sobie do gardeł zaczniemy skakać. Będzie też okazja przedyskutować dalsze plany w spokoju, zanim wrócimy na Ścieżkę.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Online
                        PaniczP Online
                        Panicz jako Mistrz Gry
                        Mecenas
                        napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                        #97

                        Impas przedłużał się, jednym grając na nerwach, a innym podchodząc do gardła ciężką gulą i wizją szubienicy. Saskia srożyła się, gotowa do ostateczności w obronie tych, którzy desperacją czy głupotą, napytali sobie biedy i ściągnęli na siebie gromy. Hazar mierzył ją wzrokiem i mełł w ustach przekleństwa, ważąc na co może się zgodzić. Randal wsparł go z tyłu równie surową postawą, gotów egzekwować uczciwość szabrowników. Przez myśl przeszło mu, że nie dalej jak miesiąc temu sam zwędził złoto z korytarzy Ścieżki, a za klejnoty, które wyniósł stąd sir Grimley sprawił sobie zbroję, która wyratowała go przed zgubą ze strony otiaka.

                        Cóż, na wspomnienie zacisnął mocniej zęby i prychnął, wchodząc we własny, wewnętrzny impas. Stał jednak tam, gdzie wcześniej i krasnolud mógł na niego liczyć. Eutalo szykował już kuszę, by bardziej groźbą niż prośbą umocnić decyzję Hazara, ale Varlund machnął na niego poirytowany, pokazując, żeby popukał się w czoło.

                        – Puśćmy tych – zadecydował sierżant, dając najsamprzód sygnał Bolvarowi i Grebowi, którzy raportowali do niego. Może to litość, rozsądek, a może obawa przed tym, co może zrobić przyparta do muru kapłanka? – Widziałeś mości Hazarze, że te głuptaki ledwo co zlazły ze schodów. Nie mieli nawet kiedy się obłowić.

                        – Dobra, sprawdźcie, ale tych nie puścimy – zgodził się krasnolud. – Nie bez gruntownego obszukania. Sami nie wylezą.

                        Saskia nie złagodniała w spojrzeniu, ale ponagliła Gamira, by sypał złotem na ziemię, nie skrywając niczego. Jego kumpel był głuchy na apele, ale dziewczyna nie dawała za wygraną.

                        – Tamtych puścili. – Dziewczyna pokazała na przetrzepane pobieżnie przez górników i Bolvara towarzystwo, które ochoczo posypało się do wyjścia. – Wywal złoto, zostaw je, to pozwolą ci odejść. Za biedę, głód... Nawet za głupotę – mogę zginąć. Ale nie będę umierać za chciwość.

                        Seweryn obserwował, co zrobi Durgo zza Randala, w szybkim triażu oceniając, co dalej z paladynem. Rycerz trzymał się całkiem nieźle jak na uderzenia, które dostał, ale żeby porządnie o niego zadbać, musiałby zdjąć płytową zbroję... Czemu okoliczności ciągle nie sprzyjały.

                        Jenot podniósł ręce do góry i czekał, a Bolvar podszedł do niego, bez ceregieli łapiąc go za szmaty i raz po raz zaciskając każdy punkt, gdzie mogło skrywać się złoto. Sakiewka była pusta (nie licząc paru miedziaków, ale te były nie do pomylenia ze znaleziskami Ścieżki), a sukmana chyba nie skrywała nic wartościowego. Żołnierze spojrzeli niepewni w stronę sierżanta, bokiem łypiąc też na to, co powie rozeźlony na złodziei krasnal. Faktycznie mieli go rozbierać do naga i krępować, czy tyle starczy?

                        – Pierdolę to! – warknął śniady Durgo, który wybiegł już poza dogasające płomienie i wbijał wzrok w schody przed sobą. Ważył chyba, czy w pełnym biegu uda mu się przebić przez ewentualną zasłonę. Gdyby chwycił za nóż... Ale rękoma trzymał poły szaty, w którą nazbierał złotych kamyków. Musiałby puścić, stracić co wyrwał od losu. – Wasze to, że tak bronicie? Wasze, kurwa? Sami nachapani, ale drugiemu nie dadzą, niech zdycha!

                        – LEŻ! - Kobiecy głos zadzwonił po sali aż po kandelabry na górze. Magia wzniosła go poza zwyczajnie osiągalne rejestry, ale to nie głośność, a boski autorytet przygiął szabrownika do ziemi.

                        – Obszukajcie go dokładnie i puśćcie i tych – zakomenderowała Saskia. – Dopełniam swojej strony układu.

                        Istotnie, Gamir pokornie poddał się przeszukaniu, a Durgo – typ niepokorny – musiał mieć kark przygięty magią do ziemi. Teraz, położony rozkazem Saskii, znalazł się między Mariusem a Ballo, którzy odciągnęli mu ręce za siebie, aby nie próbował łobuzować. Czarownik myszkował po zakamarkach brudnej szaty czy też szmaty cwaniaczka, a potężny mnich gwarantował, że proces będzie bezproblemowy.

                        Lara, która nadeszła bliżej, prowadząc pokornie idącego przed nią Kalba, czuła świerzbienie w palcach i ciągły niepokój. Ceniła historię Ścieżki i jej dziedzictwo, ale żywot tych obdartusów pewnikiem był wart więcej niż parę garści złotego kruszcu. Widziała jak górnicy łypią za spadającymi na ziemię kawałkami złota i była pewna, że gdyby ich pryncypał nie patrzył, sami naładowaliby kiermany Slerotinowym bogactwem. Położyła rękę na ramieniu rannego, żeby go uspokoić. On był następny w kolejce do obszukania. Wiedziała, że co najwyżej zebrał z wagonika parę bryłek fluorytu, który nie był żadnym unikatem, czy rzadkim kuriozum. Ot, życie na szali dla kawałka bezwartościowej skały!

                        – Czyści? – Zapytała Saskia, gdy Marius podniósł się znad przygniecionego do ziemi Durga. – To puśćcie ich wolno, wedle umowy. I nie bredźcie o sprawiedliwości, bo jej tu nie ma. Nie kiedy w okolicy znikają wioski, a pojawiają się gildie i spółki. Nie kiedy ludzie znikają z wioski i znajdują się w lesie na gałęzi... Och te zaoczne wyroki!

                        Hazar miał gagatków w garści i tylko od niego zależało teraz, czy ich wypuści. Owszem, inni mogli mieć swoje zdanie i może nawet chcieć je aktywnie przeforsować... Ale pierwsze (albo i ostatnie) słowo należało do niego.

                        text alternatywny

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • eToE Niedostępny
                          eToE Niedostępny
                          eTo jako Hazar Baraz-Felak
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #98

                          - Zgadza sie, sprawiedliwości tutaj nie ma, bo złodzieje wychodzą stąd bez konsekwencji... i nie groź mi powieszeniem bo więcej problemów jest z puszczenia wolno złodziei żeby mogli sie mścić i kraść dalej... - Hazar podsumował z widocznym niezadowoleniem. Miał jednak w głębi ducha nadzieję, że wypuszczenie przestępców przyniesie później problemy, dzięki którym będzie mógł zrobić krótką przerwę od tyrania w kopalni i trochę się zabawić...
                          Za mało wsparcia, za dużo minimalnego podejścia do sprawy. Aby tylko wypełnić minimum obligacji jednocześnie pilnując własnego interesu. Prawdę mówiąc krasnolud też pilnował własnego interesu. Dlatego pozwalając złodziejom wynosić wszystko co popadnie nie było w jego najlepszym interesie. Co prawda nie szukał na Ścieżce wybitnych bogactw, ale cel dla którego postanowił odwiedzić Ścieżkę został tak po prostu ukradziony.
                          - Niech idą. Brak konsekwencji dla złodziei mi się nie podoba, ale niech idą wszczynać dalej problemy gdzieś indziej... - powiedział w końcu poddając się.
                          Hazar wiedział, że prawo może i nie rządziło w tych stronach jak się należy, ale kompletny brak konsekwencji w obliczu bandyckiego najazdu mu się zdecydowanie nie podobał.

                          "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
                          "- You can't let them run around inside of dead people!

                          • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Online
                            PaniczP Online
                            Panicz jako Mistrz Gry
                            Mecenas
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #99

                            Cieme jak węgle oczy Saskii skrzyżowały się ze złym spojrzeniem Hazara. Hardość dziewczyny tyle bawiła krasnoluda, co irytowała. Mierzyli się przez chwilę, ubrani w surowe miny, ale maska młódki pękła, gdy górnik przywołał jej groźbę. Pękła, odsłaniając w szeroko otwartych, głębokich i naiwnych jeszcze oczach, zdumienie.

                            – Nie wiesz o czym mówię? - zdziwiła się. – Przecież nie tobie grożę! Kiedy kompanie zlazły się tu, by wyłupywać złoto dla siebie, zaraz zniknęła jedna wioska i wszyscy mieszkańcy. Teraz niedawno druga... Pogorzeli już nie ma, ale tartak na miejscu szybko postawili, co?

                            Lara i Randal spojrzeli po sobie. Wiedzieli, że oni dotarli bliżej prawdy, co spotkało wieśniaków z Pogorzeli niż ktokolwiek inny. Saskia wiedziała, że gdzieś dzwoni, ale nie wiedziała w której świątyni. Ślady wiodły w góry, pod ziemię, w ciemność. Nie do gabinetów kupieckich. To nie noże płatnych oprychów skrwawiły chłopów z wioski i to nie ich więzy ich skrępowały. Plotki miały w Drusdygg żyzną ziemię do wzrostu.

                            Hazar spojrzał najpierw na Bolvara i Grebo, a potem na Mariusa i Ballo. Czarownik pomachał, że oporny uciekinier już spacyfikowany i ogołocony ze wszystkiego. Nie ostał mu się nawet kamyczek. A trzeba przyznać, że z wagonika z urobkiem nabrali całkiem sporo. Brudne, nieoczyszczone jeszcze bryłki złotej rudy w kawałkach skały. Z rzadka czyste, ale spore. Po oporządzeniu i przetopieniu warte pewnie więcej niż obaj cwaniacy zarobiliby w rok.

                            – A kiedy mówiłam o wieszaniu... - ciągnęła Saskia. – Nie groziłam tobie. To nie wy żeście znaleźli niedawno wisielca w lesie, paladynie?

                            Kapłanka spojrzała pytająco na Randala, ale nie czekała odpowiedzi. Mówiła swoje, a kiedy już zaczynała, buzia jej się nie zamykała.

                            – No – uśmiechnęła się kwaśno. – To pewnie słyszałeś, że to nie ostatni taki, co? Pan Starosta i jego porządek.
                            – A wy bronicie ludziom skrawków ze stołu – fuknęła.

                            Krasnolud nawet nie mrugnął, ani nie zluzował uchwytu na młocie, ale irytowały go już te ceregiele. Czarny głos w trzewiach potwierdzał mu, że dziewczyna nie kłamie. Mówiła w co wierzy, co wie i co jej się wydaje, ale Hazara nie bardzo interesowały te ludzkie przepychanki.

                            – Niech idą – machnął na złodziei i męczącą dziewuchę. Mógł zdzielić ją po łbie i razem z opryszkami wywlec za fraki, ale widział niepewność reszty. Poza tym był już zwyczajnie wkurwiony i miał dość. – Niech idą wszczynać problemy, gdzie indziej. Wejdą nam jeszcze w drogę - ostrzeżeń nie będzie.

                            Gamir zebrał się z ziemi w try miga i pomknął po schodach na górę za pozostałymi, którzy opuścili hall niemal tak szybko, jak zasuwał po złoto. Durgo zwlókł się z ziemi obolały, gniewny i zły jak osa. Rzucał kose spojrzenia, jakby kroił już nożem, ale do końca jeszcze nie zgłupiał.

                            – Idź, a prędko – rzucił mu sucho Ballo i nicpoń ruszył. Dostał drugą szansę i wiedział, że trzeciej się nie doczeka.

                            Saskia odprowadziła go wzrokiem na schody i pokręciła głową rozpromieniona, nie do końca dowierzając w rozwiązanie kryzysu. Może to i adrenalina zeszła z niej wreszcie, ale pobladłe lico nabrało barw i kapłanka znów bardziej wyglądała na dziewczynę, której prędzej pleść wianki i tańczyć przy sobótce, niż wojować z potworami.

                            – A jednak duszę masz dobrą – oceniła Hazara, znów naiwnie błądząc. – Dobrze zrobiłeś.
                            Krasnolud skinął jej głową na schody, by zabierała się w cholerę i nie trwoniła już więcej jego czasu. Zamiast tego dziewczyna wzniosła ręce do jakichś czarowań, niewdzięcznica!
                            Hazar wystąpił o krok, młot gotów uderzyć, ale Saskia był tym razem szybsza. Moc buchnęło na niego ciepłem ogniska, przechodząc przez skórę gorącym orzeźwieniem. Ból... Ból zelżał i khazad czuł, że rany mrowią i swędzą jak przy gojeniu.

                            Saskia machnęła mu ręką i odwróciła się, podbiegając po schodach drobnymi susami aż znalazła się obok stoickiego jak posąg doktora Quolleba. Ścieżka znów należała tylko do nich...

                            Saskia używa Leczenia lekkich ran na Hazarze. Hazar odzyskuje 9 PW.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • TomaszKT Niedostępny
                              TomaszKT Niedostępny
                              TomaszK jako Ballo Białe Serce
                              napisał ostatnio edytowany przez TomaszK
                              #100

                              Ballo obserwował wszystko z boku, gotów interweniować i służyć radą, gdyby negocjacje utkwiły, albo prowadziły donikąd. Była to też dobra okazja do obserwowania towarzyszy jak sobie poradzą w takiej sytuacji. Cicho, ledwie poruszając wargami nucił mantrę do swoich patronów w intencji powodzenia i dobrego rozwiązania sporu. W tym przypadku dobre rozwiązanie będzie takie, że nikt nie zginie.
                              Obserwował więc w ciszy Hazara, tak gniewnego wobec tych ludzi, a jednocześnie umiejącego opanować gniew. Randal przypominał mu bardziej hardego najemnika niż wojownika światła, ale to bogowie zaglądają w serce człowieka nim obdarzą go mocą, a kim był on, by się z nimi kłócić? Morwen dążyła do dobrego kompromisu, błogosławiona to ścieżka.
                              Ostatecznie, kompromis udało się osiągnąć i to nawet bez interwencji mnicha. I był on z tego bardzo zadowolony. To znak, że bogowie błogosławią tą wyprawę.
                              Podziękował w myślach Czcigodnemu Rao, seniorowi swojego patrona.
                              A potem zajął się rannymi, opatrując rany oraz rozmasowując stłuczenia.

                              Jestem heroldem świata snów ze słów
                              Niewinną zwidą w głębi waszych głów

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • eToE Niedostępny
                                eToE Niedostępny
                                eTo jako Hazar Baraz-Felak
                                napisał ostatnio edytowany przez eTo
                                #101

                                Hazar nie przejął się zbytnio wywodami na temat plotek jakie zasłyszał czasem przy kuflu bądź w kopalni, kiedy górnicy plotkowali zamiast pracować. Coś tam niby słyszał, że coś tam się gdzieś stało. Bardziej skupiał się na swojej robocie niż jątrzeniu cudzych spraw jakie go nie dotyczyły. Dlatego odczytał wspomnienie o plotce jako jawną groźbę spodziewanej zemsty złodziei. Wyczuwał jednak przekonanie i szczerość przekonań przeciwniczki. Czyli może nie groziła ale Hazar był przekonany, że może mieć problemy z ludźmi próbującymi się mścić więc był nastawiony zdecydowanie defensywnie.
                                Spostrzeżenie na temat swojej duszy starał się zignorować. Tak samo jak śmiech brzmiący w jego umyśle płynący ze źródła swojej magicznej mocy zarówno jak jego własny. Wiedział bowiem, że nie puszczał wolno złodziei dzięki swej dobrej duszy… a puszczał ich aby mieli później okazję żeby razem z większą grupą kolegów spróbować się zemścić. Dzięki temu miałby pretekst do obrony własnej skóry co zamierzał uczynić w najbrutalniejszy sposób jaki przyszedłby mu do głowy…
                                Tak czy inaczej był bardzo zdziwiony, że poczuł w swoim ciele jak ból przechodzi w ciepłe mrowienie po czym powraca zdecydowanie lżejszy. Nie podziękował tylko zabrał się za dalszą robotę. Nie było nad czym się zastanawiać tylko przeć dalej żeby pracodawcy nie mogli powiedzieć, że ich interes nie był zignorowany mimo podążania za swoim własnym interesem.
                                - Dzięki Szwar, wisze ci dobrą beczułkę piwa za wyciągnięcie mnie od tego czegoś. - stwierdził spoglądając na górnika jednocześnie pochylając głowę w podziękowaniu.
                                Następnie krasnolud rzucił okiem po polu walki biorąc większy oddech rozluźniając się i opuszczając młot.
                                - Nie żebym narzekał, ale przydałoby mi sie trochę interwencji medycznej… bo trochę mocno oberwałem od tego czegoś. - tym razem Hazar skinął głową w stronę martwych przeciwników. - Czy to tutaj, czy to przy przegrupowaniu na zewnątrz, wszystko mi jedno. - dodał zamierzając się dostosować do decyzji reszty drużyny.
                                Samemu skierował się jednak w stronę potrzebnych mu zasobów drewna.
                                - Dobra, to kto ma topór czy siekierę? - zwrócił się do kolegów górników. - Trzeba zrobić kliny do zabezpieczenia drzwi… - niemalże bez zawahania Hazar przeszedł do wykonywania swojej pracy mając zamiar przerwać na małą przerwę, bądź na tyle czasu ile drużyna zdecyduje się poświęcić na odpoczynek… and dopiero po odpowiednim zabezpieczeniu drzwi.

                                "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
                                "- You can't let them run around inside of dead people!

                                • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Online
                                  PaniczP Online
                                  Panicz jako Mistrz Gry
                                  Mecenas
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                                  #102

                                  Macki stężały, ogień z rozbitej bańki dogasł, a pospieszne kroki niedoszłych bogaczy (obecnie gołodupców) ucichły za plecami poobijanej drużyny eksploratorów. Poobijanej, ale w tym samym składzie osobowym, co już zakrawało na co najmniej grubego farta. Było nie było, otiaki-połykacze, czy jak tam tym mackostworom było, na skali niebezpieczeństw były o wiele oczek wyżej niż sraczka od brudnej wody czy obozowa awantura po pijaku, a te rutyny niejednokrotnie pochłaniały niejedno życie.

                                  – Jakby taki mnie ośmiornic poskładał, to byłoby zejście. – Varlund zaśmiał się, przebijając się przez kaszel. – Ale o dziwo, wszyscyśmy uszli. Chłopy, zabezpieczcie wejścia w raz jak pan Hazar mówi i trzeba odsapnąć.

                                  Górnicy, Bolvar i Grebo szybko zabrali się do roboty, szykując prowizoryczne barykady. Cały oddział wycofał się w tym czasie na taras, skąd bliżej było do potencjalnego odwrotu i łatwiej do ewentualnej obrony.

                                  Tu ranni z pomocą kompanów – szczególnie Randal, opuchnięty od uderzeń jak groch namoczony w wodzie – pozbyli się pancerzy i dali się opatrzyć medykom. Lara sięgnęła po zawiniątka ściśnięte mocno w lekarskiej torbie i rozpoczęła opatrywanie skrwawionego pacjenta. Zestaw maści i balsamów swoje mógł pomóc, ale okazało się, że mistrzowska technika masażu w aplikacji tychże, jaką zastosował Ballo, dodaje medycznej precyzji mistycznego kopa. Może była to ciągle buzująca adrenalina, może kojąca ulga mentolu, a może pobudzone punktowo masażem mięśnie, ale paladyn szybko poczuł się dużo lepiej.

                                  Wiedział, że jest w rękach ekspertów, ale na pełne dojście do siebie będzie potrzebował czasu i odpoczynku. Alternatywą była magia. Tej miał niewiele i w pierwszej kolejności należała się Varlundowi (skoro Hazar stanął już na nogi z pomocą Saskii), który ciągle ledwo stał na nogach.

                                  – Na mnie szkoda zabiegów. – Sierżant wstrzymał próby pomocy tak ze strony Randala, jak i uczonych medyków. – Prawie mię to diabelstwo złamało i trzeba to wyleżeć, nie, pani Laro? Zlezę teraz ze Ścieżki z tym naszym rannym ‘więźniem’, co by nie prysnął… Tam mnie opatrzą, ja powiem co tu się święci i niech przyślą solidne wsparcie.

                                  – Doglądnę pana jednak, panie Varlundzie. Nie ma co tego zostawiać szansie – zaoferował się Seweryn. – Wyprowadzimy razem tego rzezimieszka i zobaczę, czy aby te powietrzne diabliki nie pokrzywdziły kogoś w wiosce. Może… Może trzeba będzie ars medicinae i łaski Pelora, to i, to i przydam się tam bardziej niż tutaj.

                                  Lara wystąpiła naprzód, skupiając na sobie spojrzenia Ballo, Morweny i Randala. Wyglądała jakby walczyła ze sobą, ale w końcu westchnęła i opuściła ręce po bokach, zdejmując broń z ramienia.

                                  – Tu… Tu chciałabym być, ale… Seweryn może mieć rację. Może trzeba tam opatrywać rannych… - Dziewczyna popatrzyła po zebranych, szukając bardziej wyrzutu niż zrozumienia. – Życie ludzkie to wartość ponadczasowa. A skoro to wspominam… Ty, Eutalo, pójdziesz z nami.

                                  Głos kobiety stwardniał jak zbity w zaspę śnieg. Nie nienawidziła, ale w spojrzeniu, jakie spadło na młodego szlachcica była niechęć i pogarda, które jeszcze przyciemniły jej węgielkowe oczy.

                                  – Tak, pan kusznik pójdzie z nami – poparł dziewczynę Varlund. – Bez dyskusji, drogi mój panie.

                                  Isebrand parsknął, ale sierżant nie żartował. Grebo wyrósł obok Oeridyjczyka jak góra, zawieszając na nim spojrzenie niby oprych obcinający ofiarę pakującą się w nie tę alejkę co trzeba. Szlachcic zmierzył go złym spojrzeniem, ale osiłek nie ustąpił.

                                  – Doktorze Quolleb! – Historyk był święcie oburzony, ale widząc niechęć, albo przynajmniej obojętność kompanów wobec jego sprawy, stracił rezon i głos mu osłabł. – Co to za heca? Pan to słyszy? Proszę wydać polecenia i kontynuujmy!

                                  Przywołany z nazwiska Quolleb wydął usta i rozłożył lekko ręce przed sobą, jakby nie do końca rozumiał, dlaczego stawiano go w tej sytuacji.

                                  - Panie kolego, pan rozumie, że jutro też jest dzień… Jutro też jest dzień, prawda? – zapytał retorycznie archeolog. – Polała się krew… To są emocje, to… No, było, zdarzyło się, wiadomo, ale trzeba ochłonąć po czymś takim. Nie można tak na hurra naprzód, trzeba odpocząć.

                                  – Panie doktorze! – zaprotestował Oeridyjczyk. – To nie jest stawianie młyna w Koziej Wólce! To jest wejście na Ścieżkę Slerotina! Tu trzeba ekspertów, wiedzy! Ja tu jestem, żeby tłumaczyć, poznawać, badać! Sam pan to zrobi?

                                  Quolleb miał usta ściśnięte w linię.

                                  – No… Rozumiem, że pan jest ekspertem, nie o to mi chodziło, że nie, ale przecież potrzeba tu wsparcia! To wielkie… WIELKIE przedsięwzięcie!

                                  - Panie kolego… - Emil Quolleb uśmiechnął się nieśmiało, jakby przepraszająco, ale nie było jasne kogo teraz przeprasza – szlachcica czy resztę zebranych. – Wielkie przedsięwzięcie, więc jutro też będzie stało, prawda? Proszę trochę odetchnąć, bo mówię – chłodne głowy… Chłodne głowy, prawda? To najważniejsze przy takich dziełach!

                                  Eutalo popatrzył po twarzach kompanów, desperacko szukając kogoś, kogo może się uczepić, ale nie było kogo. Hazar nie potępiał go za ustrzelenie rabusia i potem poprawienie drugiemu, ale skoro Varlund, ani Quolleb go tu nie chcieli, to krasnoluda mało obchodził los tego młokosa. Nieźle radził sobie z kuszą, ale widać, że to był żaden wojownik. Na co mu zatem było go bronić?

                                  - Ty zostań, Lara – wtrącił się w scenę Randal. Krótki moment zdziwienia i nadziei odmalował się na twarzy dziewczyny. – Pomożesz rannym, fakt, ale tam mają medykusów i klechę… I będą mieć Seweryna. A tutaj zrobisz prawdziwą różnicę. Dobrze mówię, doktorze?

                                  I tym razem Quolleb poczuł niechęć, by odpowiadać na wywołanie do tablicy, ale opór był mniejszy. Cenił Larę jako ekspertkę. Isebrand był zdolnym samoukiem, który pysznił się znajomością starosuelskiego, ale panna Quatermain była genialną archeolożką z uznanej rodziny badaczy. Może i stary wolałby sam spijać śmietankę odkryć, ale jeśli miał się nią z kimś podzielić, to wolał z uznanym nazwiskiem, a nie bogatym laikiem, który wkupił się do wyprawy.

                                  - Pan rycerz ma rację – przyznał po chwili doktor. – Pani obecność będzie istotna dla powodzenia całej wyprawy. Proszę nam towarzyszyć… Jeśli pani może, to przynajmniej na tym jeszcze etapie.

                                  Lara nie oponowała, a skory oponować Eutalo w końcu odpuścił i grupa rozdzieliła się. Na miejscu zostali Morwen, Ballo, Randal i Hazar z górnikami oraz Quolleb, Lara i Bolvar z Grebem.

                                  Ci ostatni zablokowali ciężkimi ławami wejście do ostatniej z sal po prawej stronie hallu, a górnicy w tym czasie zablokowali zepchniętymi wagonikami wejście do komnaty w środku po lewej stronie korytarza.

                                  A Marius… Do diaska, wszyscy na chwilę zapomnieli o Utopcu, którego zobaczyli dopiero teraz!

                                  Roztrzęsionego i podskakującego dziwnie, jakby w jakichś pierwotnych pląsach, zmierzającego szybko do pomieszczenia, skąd wcześniej wychynęły otiaki. Kapłan od dłuższej chwili z nikim nie rozmawiał, ale jego wypad w stronę nieznanego był tyle dziwaczny, co niebezpieczny.

                                  - Marius, stój! – krzyknęła Morwen.

                                  Marius jednak zdawał się nie słyszeć świata wokół i twardo pędził w ciemność.

                                  13 PW przywróconych przez Larę Randalowi.
                                  Randal przywraca Hazarowi 8 PW poprzez Nakładanie rąk (zostają mu 2 PW w puli).

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • MikeM Niedostępny
                                    MikeM Niedostępny
                                    Mike jako Randal Bronson
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #103
                                    • Oszalałeś? Zatrzymaj się!
                                      Randal złapał tarczę, która ostatnio uratowała mu życie, i ruszył biegiem za Utopcem, chcąc go pochwycić. Jeśli zaszła by potrzeba, gotów był dać mu po łbie. Przeszli razem nie jedno, ale jeśli mieli przejść jeszcze coś, paladyn musiał ukrócić to wariackie bieganie.
                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Online
                                      PaniczP Online
                                      Panicz jako Mistrz Gry
                                      Mecenas
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #104

                                      Ogrom hallu ogrywał numer po numerze, zmieniając jedną dramatyczną nutę na drugą. Rozbujany bieg Mariusa ku ciemności, która przyniosła potwory, był cichszy niż wszystkie sceny dotychczas, ale ściągnął spojrzenia wszystkich widzów.

                                      Randal zareagował najszybciej. Krzyknął, wyrwał do przodu, zadudnił na stopniach ciężkimi buciorami. Lara wrzasnęła coś z tyłu. Słuch podpowiadał, że za szaleńcem wyrwali Ballo i Hazar. Ciężar obu, gwałtownie rozpędzonych i walących po parę schodów naraz, wbijał się w uszy niby gwoździe. Pod tym dudnieniem, słów Morwen praktycznie nie dało się odtworzyć. Słychać było tylko kęsy. Urwane półsłówka, głoski. Ścinki nie do złożenia w sensowny głos.

                                      Ale nawet gdyby słyszeć całość, słowa były nie do powtórki. Morwen wyrzuciła je w śpiewnej zbitce sylab, które nie miały sensu. Nie dla laików. Dla świata wokół były kodem.

                                      Były poleceniem dla sił poza zmysłami, które zakręciły Mariusem w powietrznym wirze, obracając omotanym umysłem i ciałem jak rozpędzona karuzela. Utopiec zaskamlał coś równie bezsensownego dla reszty jak magiczne sylaby czarownicy i padł plackiem u progu komnaty, gdzie pędził.

                                      Był nieprzytomny. Nieprzytomny, ale zdrów i cały. Przynajmniej na ciele, bo czego można się było od niego spodziewać po ocuceniu, nie wiedział nikt.

                                      – Dla jego dobra? – Randal był przy Mariusie pierwszy, pokazując reszcie sznur, który zaczął rozwijać. – I dla naszego. Jakby go, powiedzmy, wzięło na czary.

                                      Hazar przyglądał się kapłanowi z ciekawością, choć przy jego zwyczajowej ekspresji można to było wziąć za coś pomiędzy groźbą a pogardą. Utopiec był dla krasnoluda zagadką. Nie znał go praktycznie wcale, choć coś tam o nim usłyszał. Przyglądał się jego magii i była zupełnie inna niż to, po co sięgał on sam. A jednak... Jednak coś podpowiadało Hazarowi, że obaj mają sporo wspólnego.

                                      Uśpiony został szybko obwiązany u kostek i w przegubach rąk, a konsensus spojrzeń zezwolił i na lekkie zakneblowanie ust magika bandażami. Marius mógł podziękować Larze, że użyczyła na knebel jedynej czystej materii jak okiem sięgnąć.

                                      Wiążący szybko ściągnęli pacjenta z dala od nieznanej komnaty, ale jeszcze schylając się do niego, zdążyli złowić coś tam ze środka. Na ile pozwalało światło z zewnątrz, dało się dostrzec rozciągniętą na kaflach podłogi kałużę. Woda była rozlana na środku, długą plamą od strony, z której musiały nadbiec otiaki. Z głębi, z cichej, niezmąconej dźwiękiem przestrzeni, która niknęła w cieniu.

                                      Oczy krasnala widziały lepiej. On zobaczył jeszcze długie granitowe bloki wzdłuż środka sali, roztrącone resztki krzeseł i przez chwilę skalne półki i wnęki w ścianach zastawione dziesiątkami pudeł, puszek i słojów.

                                      – Kuchnia, spiżarnia albo coś podobnego – podzielił się z resztą, gdy odeszli nieco na bok. – Albo kantyna.

                                      Co pociągnęło Mariusa do stołówki – bo zapewne nie był to głód – na razie było poza czyimkolwiek zgadywaniem. Może śpioch wyjaśniłby to po ocuceniu, ale czy dać mu się wypowiedzieć, czy nie, to było już w gestii krępujących go solidnie kompanów.

                                      Morwen patrzyła, jak młody kapłan oddycha miarowo. Spokój na twarzy i w piersi, jakby nie czuł więzów na sobie. Nie mogła mieć pewności, ale nie czuła, żeby jej urok wślizgnął się w umysł młodzika, zastępując coś innego.

                                      To nie była reguła, a zaawansowane zaklęcia potrafiły czasem skrywać się w głębi ofiary, ale niekiedy, wpływając na czyjąś jaźń, dawało się poczuć, czy ma już niechcianego lokatora. Morwen nie miała wrażenia, żeby jej sen spadł na Mariusa w miejsce innego uroku czy rozkazu, który nim włada. Nie odczuła, żeby jedna magia ścięła się z inną, aby ją zwalczyć.

                                      Nie miała pewności i mieć nie mogła. Nie w takim miejscu, gdzie od magii aż kipiało i nie z samej – jakby nie patrzeć – magicznej natury rzeczy. Nie wiedziała, ale odważyła się zgadywać. I zgadywała, że problem nie przyszedł z zewnątrz. Że był już w Mariusie. Lub z Mariusem.

                                      Jego magia... Każda zostawiała swój stempel w widzianej i niewidzianej rzeczywistości. Jego magiczna sygnatura pachniała żywiołem, głębią i mocą. Przestrzenią i ogromem. Ale to nie był boski ogrom. Morwen nie znała żadnego kapłana Osprem, ale zetknęła się z wieloma innymi sługami bogów. Ich moc – czy dymiąca siarką czy kojąca spokojem – zwykle pachniała inaczej.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      2
                                      • PaniczP Online
                                        PaniczP Online
                                        Panicz jako Mistrz Gry
                                        Mecenas
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #105

                                        Marius dryfował. Lekki, z czystą głową i białymi barankami nad sobą, dawał się unosić toni. Nie poruszał członkami. Nie machał choćby dłonią.

                                        Leżał, a fale podnosiły go same. Miarowo, jakby to babcia kołysała go delikatnie na bujanym fotelu. Umysł miał pusty i cichy. Nie myślał. Nikt mu nie towarzyszył. Był sam w słodkim bezwładzie. Nie słyszał nawet głosu...

                                        – Cholera.

                                        Jednak pomyślał. Jestestwo dobiło się uwagi gdzieś na skraju świadomości, zajrzało przez lufcik. A potem było już tylko trudniej i tylko gorzej. Głos na razie nie wrócił. Głos Mistrza.

                                        Ale Marius już o nim myślał. Już... Spodziewał się zaraz go usłyszeć. Wyglądał go. Oczekiwał. Nie z pragnieniem. Nie z poczuciem braku czy niepokojem.

                                        Mechanicznie. Mechanicznie czy naturalnie, zwał jak zwał, ale z wrażeniem niepełności świata, w którym brakowało podstawowych składników. Jakby ująć część liter z alfabetu i zacząć dukać to samo bez ładu i składu, albo wyjąć z palety któryś z podstawowych kolorów i nazywać cze... Mhm, ten, hmm, nie ten zielony, nie-niebieski. Jak żółty, ale inny. Nie, nie, inny-inny zupełnie. Wiesz, o którym mówię!

                                        Mariusowi brakowało głosu dzwoniącego pod czaszką i z samym tylko swoim wewnętrznym narratorem, czuł się dziwnie. Jak człowiek zaskoczony echem we własnym domu, gdy remont wypchnie mu meble na korytarz. To był ten stan docelowy? Ciekawe, że tego już nie pamiętał.

                                        Ale długo braku znosić nie musiał. Nie był już sam.

                                        ***

                                        – Obudził się – Hazar uważnie lustrował wracającego do siebie kapłana.

                                        Utopiec chciał coś odparsknąć, ale bandaż zdusił słowa. Na machnięcie rękami też nie było przestrzeni. Zero miejsca na protest i bunt Mariusa objawił się w skrępowanym, półleżącym pląsie. Kapłan nie rozumiał, o co chodzi – dlaczego jest związany i zakneblowany. Ale twarze wokół znał. Znał i nie spodziewał się nigdy oglądać ich z dołu, z perspektywy więźnia.

                                        – Spokojnie – miękko szepnęła Morwen. – Nic ci nie grozi. Musieliśmy cię związać, bo... Pamiętasz?

                                        Młodzik patrzył na czarownicę, jakby na bieżąco zliczał coś i składał do kupy. Jakby wyostrzał rozbitą mozaikę w ludzki kształt. Trwało to krótką chwilę, ale w końcu skinął jej głową na potwierdzenie. Tak, tak, wiedział, pamiętał.

                                        – W takim razie sam rozumiesz – wytłumaczyła się magiczka. – Przestraszyłeś nas.

                                        Oczy kapłana przebiegały od osoby do osoby, rejestrując wszystko, co wyrażały znajome twarze. Utopiec przetoczył się na ziemi i przysiadł z pomocą Randala, dziękując skinieniem. Powiódł wzrokiem po reszcie, a oczy miał przepraszające i smutne.

                                        – Takie miejsce... Może źle wpływać na niektórych – włączył się milczący od dłuższego czasu doktor Quolleb. – Odpocząć i wzmocnić się będzie rozwagą. Panie Hazar?

                                        – Ta? - Krasnolud czuł bicie mocy spod każdego kafla Ścieżki. Kusiła go. Ale wiedział też, że z otiakami mieli kupę szczęścia i następny taki hazard mógł być dla nich ostatnim. Domyślał się, czego może chcieć stary.

                                        – Zabezpieczy pan otwarte korytarze? Wtedy cofniemy się do obozu... – Badacz widział, jak po jego słowach twarze górników zajaśniały nadzieją. – Odsapniemy trochę.

                                        Hazar się nie sprzeciwiał. Zebrał pomagierów i na początek zastawili wejście przed sobą ciężkimi ławami. Machnął na resztę, by zmajstrowali solidniejszą dokładkę. Górnicy ruszyli stawiać do pionu wywrócone wagoniki i ściągać na wózkach ciężkie, rozrzucone po hallu belki. Wojownik nie zwykł siedzieć na tyłku, gdy inni pracowali, ale Morwen zatrzymała go na miejscu.

                                        Odeszli na bok z Ballo, Randalem i Larą. Zmarnowany Marius siedział teraz na ławie na środku sali, posadzony przez Bolvara i uspokajany przez cedzącego coś powoli Quolleba. Zbroje – jeszcze przed chwilą żądne krwi golemy – stały teraz w rządku w rogu komnaty i kołysały się miarowo.

                                        – Wrócił do siebie – powiedziała cicho czarownica. – I dlatego teraz poczułam to wyraźnie. Ktoś mu towarzyszy. Jest... Jakby w środku?

                                        – To kapłan – Ballo nie miał pojęcia, co to za heca z Mariusem, ale nie chciał by kogokolwiek sądzono bez choćby krztyny wątpliwości przy ocenie. – Jego bogini pewnie jest przy nim.

                                        – Przed chwilą na pewno nie była – żachnął się Randal. – Władowałby się w ciemno w nieznane i tyle by było z boskości.

                                        Hazar słuchał i mechanicznie kiwał głową, podpierając się młotem. Nie miał takiej pewności jak Morwen, ale wolał dmuchać na zimne. W robocie nie było miejsca na wariatów.

                                        – Możesz doprecyzować swoją ocenę? - Lara poczekała na pauzę. – Chodzi mi o rodzaj tej obecności, jeśli potrafisz to zdiagnozować. Nawet tu, w samym Drusdygg, natrafiliśmy na różne przypadki manipulacji umysłem. Może mogą mieć związek.

                                        Czarodziejka rozłożyła ręce i zaczęła gestykulować, szukając odpowiedniego słowa, by opisać przeczucie, które miała. Przeczucie, nie pewność.

                                        – Nasz kompan, Kai... Znasz go zresztą. – Lara skorzystała z okazji, by wprowadzić kontekst. – Miesiąc temu natrafiliśmy w lesie za Pogorzelą na gobliny. Sam Marius tłumaczył potem, że był wśród nich przypadek rzadkiego mutanta, który potrafił manipulować umysłami. Kai przez pewien czas zachowywał się wtedy kompletnie irracjonalnie... Czy inaczej – racjonalnie, acz nieświadomie realizował rozkazy goblinów, które chciały wciągnąć nas w pułapkę. Sam zachował świadomość i pamięć wydarzeń, ale bez późniejszej możliwości wyjaśnienia swojego zachowania. Mówił, że w tamtym czasie nie miał cienia wątpliwości, że postępuje właściwie.

                                        – Pamiętasz, że długo – i z bliska – przyglądał się tamtemu trupowi? - przypomniał Randal.

                                        – Nie wiem – zabezpieczyła się Morwen. – Nie wiem, czy to może mieć związek. Może? Pewne... No, prawie pewne, że siedzi w nim coś jeszcze, czego być nie powinno.

                                        Czarownica pomyślała o mistrzu Wedryku, który mógłby to rozstrzygnąć ponad wszelką wątpliwość. Dziewczyna myślała o czarodzieju z szacunkiem i głęboką obawą, nieskora, żeby się do niego zbliżać, albo wywoływać wilka z lasu choćby wspomnieniem. Może starczy tu kapłan?

                                        – Jak siedzi, to pewnie widzi i słyszy, co mówimy i robimy. Nie ma co... – Randal podrapał się po obolałych plecach. – Wynośmy się stąd i jego wynośmy. Może to on – nie mówię, że specjalnie – wywołał z cienia te mackostwory?

                                        ***

                                        Pytań było wiele, ale Morwen nie czuła się na siłach odpowiadać na gdybania. Nie wiedziała, a nie chciała kłamać. Paladyn miał jednak rację – jeśli ktoś kontrolował Mariusa – znał wszystkie ich kroki. Trzeba było się przegrupować, przetasować karty i spróbować jeszcze raz.

                                        Prowizoryczne bariery zastawiły wejścia do korytarzy odchodzących z hallu, a kompania nie traciła czasu, by sprawdzać ich solidność. Na wyjściu, dla pewności, przywiązano jeszcze ożywione zbroje do kolumn schodowych i ruszono do światła. Rażące słońce na twarzach cieszyło jak pierwsza trawa po zimie.

                                        Tłum strażników patrzył na mrużących oczy badaczy Ścieżki z podziwem i niepokojem. Wracali żywi i na własnych nogach, choć jednego ze swoich wlekli jak podróżny tobołek. Jednego dnia i jednego popołudnia wpłynęli na losy osady na tyle sposobów, że na rozrysowanie wszystkich scenariuszy wyobraźni nie starczyłoby nawet drobiazgowej i skrupulatnej Larze.

                                        Teraz mieli odpocząć i basta. Paru osiłków poklepało ich po plecach, gdy przechodzili między nimi, a ktoś z przodu klaskał. Najwyższym dowodem uznania strażniczej braci był jednak fakt, że nikt nawet nie próbował ich obszukać. Ach, gdyby tylko wcześniej skorzystali z okazji!

                                        Szpaler gwardzistów kończył się przy ustawionych w zaporę wozach. Tam, oddzieleni od wioski już tylko suchą przestrzenią, zdobywcy Ścieżki byli wystawieni na wzrok i ocenę mieszkańców. I tam czekali na nich ich mocodawczyni – Wylla van Coen oraz rozpromieniony, patronujący wyprawie arcymag Wedryk Weld.

                                        – Brawo, brawo. Doprawdy, czuję się, jakbym był tam z Wami! – Czarodziej uśmiechnął się sfinksem. – Ale zawsze mało mi przyjemności słuchania opowieści z pierwszej ręki, więc doczekać się nie mogę posłuchania.

                                        – Pewnie nie jest mistrz sam w tym pragnieniu – włączyła się płynnie Wylla. – Dobrostan moich pracowników wymaga jednak, żeby najpierw przeszli ocenę zdrowotną i odpoczęli psychicznie. Pozwolisz zatem, Wedryku, że nim priorytet przejmie poznawanie prawdy, zadbamy o bezpieczeństwo każdego z naszych kolegów.

                                        Pogodne spojrzenia i ciepłe uśmiechy starły się w serdecznym zwarciu.

                                        – Pan doktor Quolleb, naturalnie, nie jest zobowiązany do spełniania reguł naszej organizacji. Zachęcam jednak i pana, panie doktorze, aby w pierwszej kolejności zadbać o siebie. Wiedza i Prawda, tak utęsknione, pozwolą na siebie zaczekać.

                                        Troska o pracowników była naprawdę wyświechtanym frazesem i brzmiała zabawnie, wyciągnięta na pierwszy plan gry pozorów między Wyllą a Wedrykiem. Kompania Lazurowa broniła swoich interesów wszelkimi możliwymi sposobami, a stawką w tym momencie było pierwszeństwo informacji. Nie szło wyłącznie o władzę i poczucie tryumfu. Znaleziska Ścieżki miały wymierną wartość finansową nie tylko w formie wywleczonych spod ziemi złotych sztabek i czarodziejskich artefaktów.

                                        Kto wiedział pierwszy, wyprzedzał konkurentów w inwestycjach, planach i decyzjach. Kto wiedział pierwszy, nadawał ton narracji o Ścieżce i tych, którzy ją kształtowali. Kto wiedział pierwszy... Mógł zdecydować, co przydarzyło się Mariusowi, co czeka go dalej i jak wpłynie to na codzienność Czarnych Wrót.

                                        – Bezpieczeństwo przede wszystkim – uśmiechnął się Randal. – Sam mistrz rozumie.

                                        Paladyn poklepał Mariusa po plecach i pociągnął go ze sobą w stronę budynku Kompanii. Reszta ruszyła za nim. Czuli, że dokonali lepszego wyboru. Ale wyboru, który nie pozostanie bez konsekwencji.

                                        KONIEC

                                        CDN

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        3

                                        Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                        Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                        Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                        Zarejestruj się Zaloguj się
                                        Odpowiedz
                                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                        • Najpierw najstarsze
                                        • Najpierw najnowsze
                                        • Najwięcej głosów


                                        • Zaloguj się

                                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                        Powered by NodeBB Contributors
                                        • Pierwszy post
                                          Ostatni post
                                        0
                                        • Kategorie
                                        • Ostatnie
                                        • Tagi
                                        • Popularne
                                        • Świat
                                        • Użytkownicy
                                        • Grupy
                                        • Strona startowa