Przejdź do treści
GaranilG
Garanil jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
MilobM
Milob jako
Maksymilian Kruk
Dawny użytkownik?
Dawny użytkownik jako
Karol Wysocki
Niekatywny
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Michał Owczarek
NamiN
Nami jako
Wiktoria Wrońska
  • Rozgrywka

    Rozgrywka
    75
    3
    4 Głosy
    75 Posty
    2k Wyświetlenia
    MilobM
    Maksymilian „Maks” Kruk [image: 1782306220432-token_1.png] Herbata Zielińskiego była za słodka i parzyła w palce, ale nic w ostatnich dniach nie smakowało lepiej. Maks słuchał, jak gospodarz wykłada im swój plan – sklep, zapasy, przeczekać najgorsze – i z każdym zdaniem zgadzał się bardziej. Proste, logiczne, bez fajerwerków. Wyglądało na to, że Zieliński też nie potrzebował trzeciego papierosa, żeby zacząć planować. Przed snem postawili z Wiktorią wieżę z garnków pod drzwiami. Wyszła krzywa, ale stała. Maks oparł obok łom, sprawdził jeszcze raz telefon – wiadomość do matki dalej wisiała na „wysyłaniu” – i poszedł pomóc przy materacu. Sebastianowi przypadł przedpokój, co skwitował tekstem o korynckiej ladacznicy, a Maks, ku własnemu zaskoczeniu, parsknął śmiechem. Robił się z niego jakiś wesołek. Zasnął, jak tylko przyłożył głowę do materaca. W wojsku uczą tego szybciej niż strzelania. Raz obudził go szelest – Owczarek zbierał poduszkę i wymykał się z kuchni. Maks uchylił jedno oko, zarejestrował, że nic się nie pali, i zasnął z powrotem. Obudził go dźwięk. Znał go. Mył szyby w Mordorze, przy samym Okęciu, a samoloty schodziły tam do lądowania tak nisko, że czasem czuł, jak drży lina. Tylko że ten dźwięk był nie w tej tonacji. Silniki nie szumiały – wyły. Za nisko. Za blisko. Za szybko. Usiadł na materacu, zanim zdążył pomyśleć. Szyby w kuchni zadrżały. Potem przez szpary w roletach wlało się światło – krwawopomarańczowe, jasne jak w południe. Ciało zareagowało samo. Przetoczył się z materaca pod parapet i zakrył głowę ramionami. — Od okien! — ryknął w stronę pokoju. Jego krzyk utonął w huku. Blok jęknął jak stary statek. Podłoga przez sekundę falowała, a szyby zabrzęczały w ramach – ale wytrzymały. Na szkoleniu powtarzali to do znudzenia: przy wybuchu najczęściej zabija szkło. Leżał jeszcze chwilę, licząc oddechy, aż na zewnątrz rozwyły się alarmy samochodowe. Najpierw jeden, potem dziesięć, potem chyba wszystkie na Służewcu. Dopiero wtedy wstał i podciągnął roletę na kilka centymetrów. Kawałek dalej, między blokami, płonął samolot. Duży, pasażerski, przełamany jak zapałka. Nad wrakiem iskrzyły zerwane linie wysokiego napięcia, a ogień lizał ściany najbliższych budynków. Maks patrzył na to i przez długą chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym niż o tym, ilu ludzi było w środku. Potem odruchowo sięgnął po telefon. Naładowany do pełna. Wiadomość do matki: „Dostarczono”. Odpowiedzi brak. O czwartej rano to jeszcze nic nie znaczyło. Powtarzał to sobie, wciągając spodnie i sznurując buty. W progu dużego pokoju omal nie wpadł na Owczarka. Ratownik stał bez ruchu i patrzył. Maks podążył za jego wzrokiem – Wiktoria w pośpiechu się przebierała – i od razu odwrócił głowę. Owczarek nie odwrócił. Patrzył o sekundę za długo, zanim w końcu ruszył na balkon. Maks zanotował to sobie. Nic nie powiedział. Na balkonie zrobiło się tłoczno, więc został w drzwiach. Lornetki nie potrzebował, żeby zrozumieć, co widzi. Z bocznych uliczek wyłaniały się sylwetki – powolne, nieskładne, sunące w stronę ognia jak ćmy do lampy. Jedna rzuciła się na policjanta. Potem rozległy się strzały. Krótka broń, pojedyncze, nerwowe. Za mało. Z balkonu doleciało go słowo „szwendacze” – Zieliński najwyraźniej miał już na to nazwę. Sebastian się skrzywił, ale Maks uznał, że słowo pasuje. Wolałby, żeby nie pasowało. Wójcik stwierdziła, że jest gorzej, niż myślała, i Maks pomyślał, że to chyba najbardziej optymistyczne zdanie, jakie usłyszy dzisiaj. — Na to wygląda — odezwał się, kiedy Wiktoria zapytała, czy każdy zarażony reaguje na hałas. — Idą na dźwięk. Może i na światło. Czyli na ulicy żadnych latarek i żadnego gadania. Spojrzał na Sebastiana. — A z tą bezpieczną okolicą bym nie przesadzał. Alarmy wyją na całym Służewcu. Jeśli ich ciągnie hałas, to mają teraz z czego wybierać. — Zamyślił się na moment. — Ale jest i dobra strona. Przy tym jazgocie nikt nie usłyszy, jak otwieramy Żabkę. — Wiktoria ma rację — dodał, kiedy wspomniała o sklepie. — Za godzinę zrobi się jasno i pół Służewca wpadnie na ten sam pomysł. Teraz policja i… one są zajęte samolotem. Lepszej chwili nie będzie. — Na uwagę o filmach wzruszył ramionami. — Ja tam wiedzę mam z poligonu. Filmy najwyżej ją potwierdzają. Kątem oka zobaczył, jak Wiktoria odkłada adidasy Zielińskiego, bierze swoje eleganckie buty i bez ceregieli odłamuje w nich obcasy. — Pierwsza rozsądna rzecz, jaką ktoś tu dziś zrobił — mruknął z uznaniem. — Porządne buty i tak ci załatwię. Obiecałem. Poszedł do przedpokoju, podniósł łom spod drzwi i zważył go w dłoni. — Klucz uniwersalny — przyznał Sebastianowi. — Tylko że otwiera nie tylko drzwi. — Potem zwrócił się do wszystkich: — Idziemy w trzy, cztery osoby, nie więcej. Wchodzimy, bierzemy, wychodzimy. Dziesięć minut, nie dłużej. Najpierw woda, potem konserwy, baterie, plastry i coś przeciwbólowego. Zapalniczki. Papierosy. — Zerknął na Sebastiana. — Nie patrz tak, to inwestycja. I skarpety, jeśli będą. — Ostatnie zdanie skierował do Wiktorii. — A na ladzie zostawimy kasę. Póki pieniądze mają jakąś wartość, niech mają. Powiódł wzrokiem po pozostałych. — Ktoś musi zostać przy drzwiach i otworzyć nam bez pytań, jak wrócimy. Najlepiej ktoś z lornetką na balkonie, żeby widział, czy coś za nami nie idzie. Wiktoria zbierała już reklamówki i wypytywała Zielińskiego oraz Sebastiana tonem, jakim pewnie prowadziła rozmowy kwalifikacyjne. Nie musiał pytać, czy idzie. — Idziesz za mną — powiedział tylko. — Jak powiem „stój”, stoisz. Jak powiem „wracamy”, wracamy. Na dyskusje będzie czas potem. Ukląkł przy drzwiach i zaczął rozbierać wieżę z garnków, pokrywka po pokrywce, tak cicho, jak się dało. Jedna brzęknęła i wszyscy na moment zamarli, ale alarmy na zewnątrz zagłuszyły ją bez trudu. Za drzwiami wór ze smrodami, który wystawiła Wiktoria, wciąż trzymał wartę. — Wychodzimy za dwie minuty — rzucił przez ramię. — Kto idzie, niech zakłada buty.
  • Komentarze

    Komentarze
    13
    3 Głosy
    13 Posty
    328 Wyświetlenia
    GaranilG
    Gwoli wyjaśnienia dla czytaczy - Wrzuciłem 2 posty, ponieważ najpierw wrzuciłem wszystko to, co naspamiliśmy na discordzie, a potem faktyczny post ruszający akcję do przodu.
  • Materiały
  • Śmieszki i memy sesji

    Materiały
    6
    2 Głosy
    6 Posty
    189 Wyświetlenia
    NamiN
    Muszę-bo-się-uduszę. Odkąd została mi wypluta ta grafika, nie mogę się pozbierać. Dostałam taki Dark Romanse, że zatkało mnie nie mniej, niż gdy mama dała mi mentosa i mi utknął w gardle. A mama powiedziała jedynie "ojtam przejdzie ci, jakoś przełkniesz" (dobra, może to nie jest dobry dobór słowa biorąc pod uwagę posuwisto-zwrotny charakter obrazka). [image: 7E3mw75.png] To dostałam, gdy poprosiłam o "obrazek pasujący do snu". No nie mam Chatowi za złe, bo naprawdę nie sformuowałam "czego chcę", często liczę na jego inwencje twórczą (jestem zawsze ciekawa, co wymyśli). I cóż, tak... Ten sen opisany w sesji (znajduje się w moim poście) może sugerować takie rzeczy. Nie mniej jednak chciałam go zinterpretować poprawnie dla tych, którzy tutaj zbłądzili: Sen Wiktorii opowiada o utracie kontroli. Nie o romansie. Nie ma tam nic romantycznego ani erotycznego. Wygląd i zachowanie "wilka" ma obrazować naruszenie granic i utratę sprawczości, którą coś blokuje. Sen jest metaforyczny. Osadzony w baśniowym świecie Czerwonego Kapturka (ze względu na symbolikę koloru czerwonego - ostrzeżenie, niebezpieczeństwo, ale też dlatego, że miałam wenę). To tyle. Dziękuję PS: Leon S. Kennedy to Maks.
  • Bohaterowie Graczy

    Materiały
    5
    1
    1 Głosy
    5 Posty
    161 Wyświetlenia
    MilobM
    IMIĘ I NAZWISKO: Maksymilian Kruk ARCHETYP/PROFESJA: Były żołnierz / Alpinista przemysłowy WIEK: 26 lat [image: 1778698394428-e526216c-00ca-4ec5-a12a-38d44340f108-screenshot-2026-05-13-105938.jpg] Maksymilian urodził się i wychował w zapomnianej przez Boga dziurze na Pomorzu Zachodnim, gdzieś między upadłym PGR-em a ścianą lasu. Ojciec tyrał na wózku widłowym, matka dorabiała sprzątaniem. Zwykła rodzina bez wielkich ambicji, w miasteczku, w którym jedyną opcją dla młodych była robota za najniższą krajową w lokalnej fabryce mebli. Maksymilian miał jednak inne plany – wiedział, że jeśli tam zostanie, skończy z tanim piwem pod sklepem. Gdy tylko skończył osiemnaście lat, spakował plecak i poszedł w kamasze. Trafił do 25 Brygady Kawalerii Powietrznej. Wojsko dało mu wszystko, czego nie miał w domu: dyscyplinę, braterstwo i cel. Był dobry, szybki i opanowany. Niestety świat nie jest cukierkowy, a problem z wojskiem polega jednak na tym, że twoje życie zależy od przetargów, w których wygrywa najtańsza oferta. Wszystko posypało się podczas jednych, rutynowych ćwiczeń nocnych. Zjazd ze śmigłowca (fast-rope), pełne obciążenie, a potem trzask pękającego, taniego karabinka. Maks runął z kilku metrów prosto na beton. Otwarcie złamanie, strzaskane kolano, miesiące bólu. Wojskowa komisja lekarska nie miała sentymentów. Dostał "kategorię N" – niezdolny do służby zawodowej. Armia wypluła go z powrotem do cywila. Maksymilian postawił jednak na swoim, rehabilitacja trwała ponad rok. Kiedy w końcu stanął na nogi, musiał z czegoś żyć. Z wojska jedyne co wyniósł to uprawnienia wysokościowe, więc zatrudnił się w "Darpolu"- akurat szukali kogoś z jego umiejętnościami. Szybko zrozumiał, jak wielką ironią losu był ten wybór. Uciekł przed prowincjonalnym wyzyskiem, tylko po to, by skończyć w korporacyjnej wersji "Januszpolu". Wielka firma, lśniące biurowce, ale te same cięcia kosztów, ten sam brak szacunku do pracownika i te same śmieciowe umowy. Przeznaczenia nie oszukasz. I tak Maksymilian trwa w tym zawieszeniu, nie bardzo wiedząc, do czego właściwie dąży. Właśnie wisi w uprzęży na 44. piętrze szklanego biurowca. Klnie pod nosem, zeskrobując z szyby rozmazane wnętrzności i pióra jakiegoś pechowego ptaka, który rozbił się o elewację. Nagle w jego przypiętej do szelek krótkofalówce trzeszczy głos kierownika. Zamiast standardowego opierdolu za powolne tempo, Maks słyszy nerwowy, niemal paniczny rozkaz: ma natychmiast zjeżdżać z lin i wracać do środka budynku. Bez dyskusji. CECHY Empatia: 2 Polot 4 Siła 4 Zwinność 4 UMIEJĘTNOŚCI Wytrzymałość 1 Spostrzegawczość 2 Skradanie się 2 Ruch 2 Walka 1 Strzelanie 1 Sztuka Przetrwania 1 TALENT: SPECJALIZACJA W BRONI (Walka bez Broni) Doskonale władasz określonym typem broni. Gdy walczysz przy użyciu tego oręża, otrzymujesz modyfikator +2. Możesz wykupić ten Talent kilkukrotnie, za każdym razem wybierając inny typ broni. Można się specjalizować w walce bez broni. WIELKIE MARZENIE Bilet w jedną stronę- Odłożenie potężnej kwoty na wielomiesięczną, solową wyprawę wschodnią ścianą Cerro Torre w Patagonii. To jego ostateczny test umiejętności i ucieczka od szarej, polskiej rzeczywistości. I zostanie tam, jako przewodnik Wersja postapokaliptyczna: Znaleznie miejsca gdzie nie ma zombie DUMA Jego wola przetrwania została już przetestowana w najgorszy możliwy sposób podczas miesięcy brutalnej rehabilitacji strzaskanego kolana. Maksymilian wie, jak smakuje agonia i potrafi ją na chwilę wyłączyć z własnej świadomości. WYGLĄD: Krótko zgolone maszynką włosy, szorstki, kilkudniowy zarost. Twarz ogorzała od wiatru, ale w kącikach bystrych oczu kryją się zmarszczki od częstego, przekornego uśmiechu. Chodzi płynnie i spokojnie, starając się nie pokazywać, że lekko utyka na prawą nogę. DANE OSOBOWE: Imię i nazwisko: Maksymilian Kruk Wiek: 26 lat Zawód: Alpinista przemysłowy Stan cywilny: Kawaler Miejsce zamieszkania: Warszawa, Żoliborz