Maksymilian
Maksymilian zdążył zejść na dół, akurat w momencie, w którym widział, jak Wiktoria, Michał, oraz dwóch sanitariuszy rozmawiają o czymś, a następnie kierują się w kierunku wind i schodów.
I zaczepił go ochroniarz.
-Hej, nie masz plakietki?- Zapytał, pokazując mu swoją, dyndającą na smyczy, na jego szyi. Zielona, plastikowa przepustla.
-Idź lepiej do tych od Hazmatu i niech cię zbadają i ci dadzą. Ludzie dostają pierdolca na punkcie tego. A jak nie masz, to już w ogóle. Jak jesteś zdrowy, to dadzą ci tę zieloną. Niby nikt nie mówił, że to obowiązkowe, ale nie wiadomo co ludziom do głowy strzeli. Na razie jest paranoja gorsza niż z kaszlem-19.
Michał i Wiktoria
Czas nikogo nie rozpieszczał. Zwłaszcza w takim miejscu i w takich warunkach.
Dwóch postawnych sanitariuszy z zielonymi przepustkami dołączyło do Michała i Wiktoria zaraz po tym, jak Dr. Wójcik odeszła do swoich zajęć, jakiekolwiek by one nie były. Stanęli przed trudnym orzechem do zgryzienia - dwóch potencjalnie zarażonych, którzy umknęli "obławie" i nie stawili się na badanie. Owszem - na podstawie słów epiodemiolożki, nie można było zagwarantować, że oświadczenie "budynek jest bezpieczny" otworzy im jakiekolwiek drzwi, ale odsunięcie potencjalnego wybuchu zarazy, czy to w czasie, czy w ogóle zapobiegnięcie takiemu, brzmiało jak niezgorszy plan.
Tak więc na początek ruszyli na 15-ste piętro, aby wpaść do działu księgowości.
Zmiana w nastawieniu i zachowaniu ludzi w ciągu zaledwie dwóch dni destabilizacji dotychczasowego porządku, była trudna do zignorowania. Pełne pracy i życia korytarze korporacyjnego molocha, tętniły złowrogą ciszą, miast hałasu. Sygnały telefonów, charakterystyczne kliknięcia klawiatur i zszywaczy, uderzenia pieczątek, biurowy szum przetykany rozmowami - wszystko to zniknęło. Większość drzwi była otwarta, ale biura były w większości puste. Większa część ludzi zgromadziła się na parterze, lub znalazła sobie jakieś spokojne miejsca ukryte przed ludzkim wzrokiem. I to właśnie stanowiło największy problem.
Na korytarzach w większości krzątali się raczej spece z działu technicznego, którzy nadal pilnowali sprawności działania budynku. Kierownik techników trzymał swoich ludzi krótko, ale też stał za nimi murem, więc oni odwdzięczali się dokładnie tym samym.
Ochoniarze, oraz technicy - dwie najbardziej zgrane ekipy tego biurowego piekła.
Dopiero po chwili błądzenia po cichych korytarzach, złapali ludzką aktywność, w jednym z głównych biur. Konkretnie w dziale archiwalnym księgowości. Było tam sporo miejsca, oraz całe sterty dokumentów, które były przechowywane w celach archiwalnych, zgodnie z ustawami typu "Przechowuj dokumenty przez lat X". Na bieżąco sporo dokumentów podlegało digitalizacji, a następnie przeniesieniu do archiwum cyfrowego, a same dokumenty można było wówczas zniszczyć.
Tu właśnie znaleźli grupę pracowników biurowych, która to miejsce obrała sobie na kwaterę. I co ciekawe - wszyscy mieli zielone przepustki.
[image: 1785950362567-archiwum.png]
Regały zostały zsunięte, aby zrobić miejsce na prowizoryczne posłania. Panował swoisty łado-nieład, porządek przetrwalniczy, zgodnie z którym wszystko co zbędne - odsunięto, w myśl zasady "będziemy się martwić później".
-A wy tu czego?! - padło głośne pytanie. Jeden z pracowników wystąpił do przodu. najwyraźniej będąc swoistym rzecznikiem całej grupy księgowych.
-Nic nie mamy, niczego nie chcemy, na badaniach już byliśmy, mamy zielone bilety. Może byście nam już dali spokój, co?- Bardziej stwierdził, niż zapytał. Najwidoczniej rozpoznał sanitariuszy Dr. Wójcik.
W powietrzu zapadła niezręczna cisza.