DANDERBROCK:
Uwielbiam ten piorunujący efekt: niepozorny Niziołek w eleganckim ubiorze wchodzi do najgorszej speluny, zamawia dla siebie cały dzban wina, po czym ignorując spojrzenia miejscowych uśmiecha się głupkowato, sącząc podły trunek i czekając na nieuchronną drakę.
Tym razem przybytek w okolicy portu nawet nie miał szyldu. Kilku miejscowych łebków zachęconych miedziakami wskazało lokal zwany “Pod Linami”, jako że współdzielił ściany z warsztatem produkującym konopne sznury, a szopą w której splatano i naprawiano sieci, które po rozwieszeniu na stelażach na podwórzu, tworzyły prawdziwy labirynt. Wiedziałem że na zewnątrz już skrzyknęła się ekipa, która chętnie oskubie “niskoludzia”. Ale kto nie ryzykuje nie je ciasta z kremem.
Tym razem poszło szybko. Na wstępie już sam “karczmarz” chciał osobiście złapać mnie za kołnierz i wykopać, ale jak zwykle bywa, sypnięcie złodziejską gadką powodowało ten wspaniały moment zawieszenia. Fircyk i obcy, a gada w rozumnej mowie. Skąd on, kogo zna i inne takie. Wszystkie te myśli bez problemu odmalowywały się na prostackich twarzach miejscowych.
Test: Kontakty. Wyniki: 5, 6, 6. Sukces.
Uwielbiam klarowne sytuacje. Proste komunikaty względem oczekiwań, trochę czekania, wymienionych historyjek i parę kufli postawionych na mój koszt i oto siedzę i rozmawiam z właściwym człowiekiem. Bez ckliwych opowiadań - leci bajka o zagrabionych rodzinnych pamiątkach, których część wypłynęła właśnie tutaj. Ciekaw jestem kto sprzedawał i jaka jest cena za tą wiedzę. Po bardzo satysfakcjonujących negocjacjach mam trzy nazwiska: Ruprechta Karsa, Ernsta Lugermeiera oraz Svena Witta (Obiecujący trop).
Mimochodem wspomniałem o chęci najęcia dla mojego mocodawcy kilku silnorękich z wojskowym doświadczeniem. I tu ciekawostka. Władze miejskie zapewniają byłym weteranom skromne chaty na granicy z Lasem Drakwald. Roztropnie.