Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 411 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez
    #113

    Lara Quatermain (Alex Tyler)

    Lara Quatermain zetknęła się z fascynującą mozaiką śmierci i zagadki. W jej osłoniętych okularami oczach, owładniętych nie tyle żalem, ile naukowym zapałem, rozgrywał się spektakl, w którym każdy detal mówił więcej niż tysiąc słów. Zatrucie — słowo tak suche, wręcz mechaniczne — dla niej było nie tylko surową diagnozą, lecz pieśnią biologicznego chaosu, w której trucizna tańczyła między mięśniami, zatykając żyły i wyłączając światło życia w psich ciałach. Widziała posiniaczone dziąsła, zwiotczałe łapy, blednące oczy i czuła na języku odór ziemi i grzybów, jakby sam las szeptał jej mroczne tajemnice. To było nie tylko badanie; to była symfonia umierania, do której słuch obserwatora tak uważnego jak ona się wyostrzał.

    Czarnooka Suelka, od dawna już wyrobiona w sztuce tropienia i analizowania, podążała za Migdałem jak odkrywca za przewodnikiem po świecie śladów — miejscu, gdzie każdy odcisk stopy, każda wydeptana kępka trawy była niczym zapis w księdze nieznanej opowieści. Mimo że wiedziała, że to jego specjalność, sama nie mogła powściągnąć ciekawości i oderwać wzroku od detali, wyławiając z chaosu pozornie nieistotne szczegóły.

    Obrana przez nich ścieżka prowadziła nie tylko przez ziemię, ale przez warstwy ludzkiego dramatyzmu, strachu i bezsilności. Im głębiej blondynka wchodziła w las, tym bardziej zagęszczała się atmosfera, tak jakby sama natura pilnowała, by ślady nie zdradziły więcej, niż było konieczne.

    Kiedy natrafiła na strzęp szarej sukmaniny zaczepiony o kolce jeżyny, jej umysł rozbłysnął niczym iskra w ciemności. To nie był zwykły ślad — to było świadectwo ludzkiego losu wplątanego w dzikość. Migdał, z pozoru twardy i beznamiętny tropiciel, zdawał się w tym momencie niepewny, jakby cienka granica między opanowaniem a bezsilnością drgała gdzieś w jego spojrzeniu. Lara wyczuła tę subtelną zmianę, ten cień w oczach towarzysza, który choć wiedział, że ich trop prowadzi na wzgórza i w góry, nie mógł przewidzieć, co tam czeka.

    Wszystko to, co tej pory Quatermain widziała, było jak fragmenty układanki, której brakujące elementy z trudem dopasowywał jej bystry, analityczny umysł. Wiedziała, że to nie było tylko śledztwo — to była wyprawa przez cieniste granice między życiem a śmiercią, między ludzką wolnością a przemocą, która odebrała wieśniakom ich spokój.

    Gdy stali pośród sosnowego gaiku, gdzie cienie gór rzucały swoje chłodne objęcia, Lara czuła, jak adrenalina miesza się w niej z napięciem — wiedziała, że są coraz bliżej odpowiedzi, choćby ta odpowiedź miała przynieść kolejne pytania. I mimo że zmrok otulał ich jak ciężka zasłona, w jej sercu rozbrzmiewała nieugaszona iskra naukowej ciekawości i niepokojącej nadziei. Gdyby nie jej towarzysz, pewnie gotowa byłaby kontynuować tropienie.

    — Jak pan uważa — oznajmiła z nutą żalu, jakby zawrócono ją o krok od antycznego skarbu. — Zdaje się, że ktoś z Pogorzeli im pomógł. Albo porywacze poświęcili dużo czasu na zaznajomienie się z okolicą i rutyną wioski. Tak czy inaczej, to robota dobrze zorganizowanych profesjonalistów.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz
      napisał ostatnio edytowany przez
      #114

      Kai i Vuk

      Zbiorowisko zrzedło. Placyk wokół studni zebrał całe złote światło wieczora na pozostałej na scenie dwójce. Uśmiechniętym serdecznie Kaiu i bujającym się z nogi na nogę Vuku. Chłopiec niepewnie łypał za nieznajomymi, którzy przyszli z ratunkiem, a teraz rozłazili się na wszystkie strony nie wiadomo po co.

      Półelf widział, że mały, dzielny, wystraszony człowieczek potrzebuje otuchy, więc robił co w jego aktorskiej mocy, by przywołać uśmiech na twarz ocaleńca. Załatwienie mu czystych ciuchów było dobrą podstawą, by nawiązać nić porozumienia. Bard kombinował dalej i zaraz zaproponował, że nagrzeje wody na kąpiel, aby młodzik mógł się przemyć, a on w tym czasie upichci coś pysznego na ognisku.

      Podróże w cyrkowym gronie, pełnym ludzi i nieludzi różnego pochodzenia, ale przecież i różnego wieku nauczyły go otwartości na potrzeby innych. W Kompanii Sióstr Sarper byli starcy, którzy za sobą mieli już nie tyle lata scenicznej sławy, co w ogóle lata jakiejkolwiek obozowej przydatności. Innego życia jednak nie znali i wlekli się w karawanie, licząc w cichej godności, że nie będą dla nikogo zbytnim ciężarem, a może i jeszcze nawet przydadzą się na co.

      Były i gromady dzieciaków. Jedne przygarniano, gdy na gigancie zmykały z domów czy terminów u surowych majstrów, licząc z cyrkiem na lepsze życie. Albo przynajmniej bezpieczny przejazd do innego miasta, gdzie obiecywały sobie gruszki na wierzbie.

      Inne były obozowe – zrodzone z kwitnących między członkami trupy uczuć, które czasem trwały jak trwała sama Kompania, a czasem wygasały zdmuchnięte silniejszym podmuchem. Dzieci jednak zostawały, młodzi obywatele cyrkowej republiki. Synowie i córki swoich rodziców, ale większą część wychowania odbierający w komunie cyrkowych dziwaków.

      Kai sam był owocem przygodnego romansu matki, nieodzownej członkini Kompanii, z jakimś elfim absztyfikantem, który nawinął się i namącił, a potem zniknął znienacka. Czy to wtapiając w złocisty zachód czy rozpływając w księżycowych promieniach – jak to elfy potrafią.

      Grunt, że wyjątkowość Kaia w tym gronie ludzi luźnych i barwnych wyjątkową nie była. Każdy był każdemu bratem (czy siostrą), a jak trzeba było to matką, ojcem, babką, stryjem, księdzem, nauczycielem i oczywiście przyjacielem. No, tak z grubsza, bo sympatie-antypatie bywały, a przy artystach obrażalskość potrafiła być monumentalna, wiadomo.

      Półelf potrafił zatem zatroszczyć się o innych i zrozumieć ich potrzeby, więc szybko zrozumiał czego trzeba chłopakowi i zadbał o niego najlepiej jak umiał. Po kwadransie czy dwóch, wymyty, przebrany i przebierający tym razem nogami z niecierpliwości na kiełbaski, które Flan obracał dla niego nad ogniskiem, chłopiec był nie do poznania. Uspokojony, silniejszy i bezpieczny. Gotów mówić.

      Kai spojrzał na niego znad kubka z winem, wpatrzonego w ognisko nad którym obracał już trzecią z kolei kiełbaskę.

      - Powiedz... Jak to się stało, że wylądowałeś tam w spiżarce?

      - Mmm... No. Tato mnie tam wrzucił.

      - Tak? - Kai miał cierpliwość. Nie narzucał rozumienia sytuacji, pytał prosto, nie podpowiadał. Nie pouczał i nie pocieszał. Teraz chciał tylko zrozumieć.

      - Tak-no... - Chłopiec wyciągnął kiełbaskę z ognia i ułożył na pniaku, zajmując miejsce na drugim obok. Spojrzał na grajka smutno, a płomienie odbijające refleksy w oczach tylko podkręciły melancholię spojrzenia. - A myśli pan, że... No że wrócą? Że mama, tato - wrócą?

      - A wiesz dokąd poszli? - zapytał z głupia frant Kai.

      - No ja... No pewnie z nimi, no - żachnął się chłopak. - No z tymi, co przyszli. Tate mię przed nimi chował. Mama Suryę chciała, ale nie zdążła pewnie... Zabrali ich w nocy.

      - Widziałeś kto?

      Kręcenie głową. A zatem co za oni, jacy oni? Rodzice wiedzieli, że przyjdą? Spodziewali się?

      - A... – Bard zastanowił się chwilę. - Wiesz, kto to mógł być? Rodzice spodziewali się, że ktoś może napaść wioskę?

      - Nie-e. – Ponowił kręcenie Vuk. - Ja nie wiem kto to... Psy zaczęły... Szczekali, ale krótko. Chwilę. Tata mnie zerwał z siennika, wziął szybko, ja spałem jeszcze prawie...

      Aktor pochylił się, dał znać, że słucha, ciekawy każdego słowa.

      - Zrzucił mnie tak, że aż tak się obtłukłem... O, tu mam jeszcze. – Pokazał nabitego siniaka na chudym ramieniu. - I klapę zamknął, coś grzmotło. Stół zwalił... Mama coś krzyczała, ale ojciec krzyczał, że cicho, że wszyscy cicho być...

      - I co dalej było? – Kai dał znak, żeby przed odpowiedzią chłopak spokojnie podgryzł sobie kiełbaski. - Bardzo dzielny jesteś, wiesz?

      Vuk mówił teraz przeżuwając, prosta przyjemność łagodząca traumę wspomnienia.

      - Ja nie widziałem kto... Ale słyszałem!

      - O! A co słyszałeś?

      - N-n-no... No nie tak, że dużo słyszałem... – Chłopiec zmiarkował się w chwilowym napływie werwy. - Ale mówili nie po naszemu. Niedużo coś mówili... Ale tak inaczej jakoś... Inaczej jak no... No nie wiem jak...

      Kai zastanowił się przez moment. Chłopiec mówił dotąd tylko po keolandzku, czy jak to mówili wszyscy tutaj, po keolsku. Mówił z akcentem, mocnym, dźwięcznym, trochę śpiewnym, a trochę brzęczącym. Tak się mówiło w Yeol, a zwłaszcza na południu i na wsiach.

      - Czy mówili może tak?

      – zagadnął półelf, zmieniając mowę na wspólny i celowo utwardzając głoski.

      Przeczenie. Praktycznie natychmiastowe.

      - Nie-e. – Energicznie zaprzeczył Vuk. - Nie tak... Tę mowę ja znam. Tata czasem tak trochu gadał, jak jeździł coś sprzedać gdzieś... Albo jak ci ludzie z Wrót tam przyjeżdżali... Ale to nie tak gadali.

      - A może mówili tak? W taki sposób?

      – Półelf przeszedł płynnie na bakluński.

      - Co? – Zdziwił się chłopak, kończąc kiełbaskę. - A że po takiemu... Nie-no... To nie znam, ale tak nie mówili... Jaka to mowa?

      - Bakluńska. Daleko z północy i zza gór – wyjaśnił bard. - Znałem kiedyś bardzo mądrego Bakluna, który mówił tym językiem i opowiadał najpiękniejsze bajki na świecie. Znał wszystkie, wszystkie możliwe historie!

      Chłopak chwycił wątek i na moment rozbłysł tą iskrą, która napędza dzieci do zabawy, choćby się wokół waliło i paliło. Ale zaraz zszedł na ziemię, oblizując opieczony patyk i zrzucając go w trawę.

      - Nie-e. To nie po takiemu było... – zasępił się. - Tak ciężko jakoś gadali... Twardo... Jak wojsko jakie.

      - Że pojedyncze słowa? Jak rozkazy? – spróbował Kai.

      - Thraggo! Gillikha! Barrokh!

      Dzieciak zdziwił się, że aż podskoczył na gardłowy pokaz orczego w wykonaniu barda. Bądź co bądź, aktor nie znał tej mowy, ale jako obieżyświat i żarłok wiedzy podłapał czasem parę fraz z tego i owego, choćby po to, by potem popisywać się przy kieliszku.

      - N-n-nie wiem... Tak dobrze to nie słyszałem wcale... – Zastanawiał się chłopiec. - Ale no... No na pewno tak, że tak krótko... Że jak mówisz pan... Że jak rozkazy... I tak-no... No twardziej tak.

      - Mów do mnie Kai, dobrze Vuk? Bardzo nam teraz pomagasz i jesteśmy kolegami, panować sobie nie musimy. – Uśmiechnął się bard. - Zapytam cię jeszcze tylko o parę rzeczy, ale potem odpoczniemy, dobrze? Musisz się wyspać, na jutro mieć siły... Zobaczysz, zaraz wszyscy wrócą. Ja wam coś zagram, ułożysz się wygodnie...

      Chłopiec pokiwał głową, trochę z grzeczności, a trochę jakby ze zrezygnowania, zmęczony i niepewny co dalej. Trafił mu się ratunek, ale odpędzić natrętne myśli o rodzinie i co z nią było trudno. I coraz trudniej, gdy gasły kolejne bodźce.

      * * *

      Niedługo jednak wszyscy wrócili, tak jak obiecywał Kai, zjeżdżając na środek wioski i znajdując barda brzdąkającego lekko przy ognisku. Lara i Migdał mieli dobre wiadomości. Znaleźli trop. Znaleźli ewidentny ślad porwania mieszkańców. Trop wiodący w głąb lasu, na wzgórza, a może i jeszcze dalej. Wiodący w noc i niemożliwy do podjęcia, gdy zostaje tylko światło pochodni. Ale prawdziwy i już nie do zbycia.

      - Poślemy jutro po psy... Może po tamtym kawałku sukmany pójdą. Albo po czym innym z wioski – rzucił Migdał na podsumowanie znalezisk, gdy już siedzieli z kubkami przy wieczornym ogniu. - W Roscoe mają dobre ogary... Ale to się zejdzie, nim tu z nimi zjadą.

      Seweryn dumał nad raportem badaczki i tropiciela. W tamtą stronę szło się też na Łoh, do innej wioski. Może tam coś wiedzieli? Chyba, że coś wspólnego miało to z tą faktorią Albrechta, która też była gdzieś tam na zachodzie, pod samymi górami. Ten pokąsany dziwak z dziś to byłby ot taki sobie w tym wszystkim przypadek?

      - Pana Randala jeszcze widzę nie ma, ale i my opowiemy, cośmy znaleźli. – Przeciął minutę ciszy Marius. - Ktoś sprofanował wioskowy święty kamień tam na wschodzie... Zalał go czymś, o. Tu mam próbkę, kto chce zobaczyć... Czymś takim czarnym jak smoła... Ale nie, nie smoła to.

      Zainteresowani zbliżyli się do zdrapanych skorupek czerni, przyglądając się im dokładnie. Najbardziej ciekawscy – Lara i Migdał – nie umieli powiedzieć z czym mają do czynienia ponad to, że pewnie jakaś to farba. Kai przyglądał się jej wnikliwie, a potem sztachnął się zapachem i przymknął na moment oczy. Moment, który dłużył się na tyle, że Ulef w pewnym momencie dla zgrywy szturchnął barda sprawdzając czy ten aby nie śpi.

      Poza chwilowym zluzowaniem atmosfery medytatywna analiza barda nie przyniosła mu nic więcej niż obserwacja pozostałych. On jednak też miał swoje znaleziska, które zdobył od chłopca i którymi zaraz postanowił się podzielić. Zdążył akurat skończyć referować, co mówił mu Vuk – nie szczędząc chłopcu zgrabnych komplementów o dzielności i sprycie, które chłopcy wchodzący w wiek nastoletni uwielbiają wysłuchiwać – kiedy do ogniska zaszedł Grebo, zajęty wcześniej oporządzaniem zwierząt, a i chyba rozglądaniem się po wioskowych obejściach.

      - Wziąłem tu takie co nieco małe. – Wojak zrzucił na wolny pniak duży kawał mięsa, kusząco dopasowany kolorem pod czerwień u podstawy ogniska. - I coś do picia jeszcze. Zwierzaki nakarmione, obejrzane... Zamknięte na noc.

      - Ktoś zaraz pójdzie zmienić Wincenta przy tym truchle giganta, co Ulef? – Migdał dał zbrojnemu pociągnać z gąsiorka, który przyniósł Grebo, ale obowiązki wzywały. - A ja zaczynam niepokoić się, co tam też tak długo panu Randalowi z Sylvem się schodzi... We dwie strony chyba ślady nie poszły?

      Randal i Sylv

      Tropiciel, wilkową obecnością i nadchodzącym wieczorem niechętny tropieniu oraz paladyn, moźe i też niechętny, ale wiedziony obowiązkiem. Jeden rozglądał się za śladami na ziemi, a co chwila rusz i coraz bardziej za śladami obecności gdzieś dalej wśród drzew, a drugi za pierwszym. I za czymś ulotnym, co złowił nie zmysłami, a czymś głębszym.

      Może intuicją, może rycerskim kompasem, a może czym innym jeszcze, czego sam nazwać nie potrafił.

      Szli obaj, z Sylvem łypiącym przy ziemi. Tropiciel często kręcił głową, a nawet próbował słownie wyłożyć, że nie ma już co i nie warto, ale żelazny lider duetu był prawdziwie mężem obowiązku. Póki jeszcze resztki słońca pozwalały coś dojrzeć, mieli szukać. Toteż szukali, leząc w głąb lasku i oddalając się coraz bardziej od śladów wczorajszego przyjazdu Bidruna i reszty handlarzy.

      W końcu słońce dało już za wygraną i Sylv myślał, że i oni mogą. Ale akurat wtedy, będąc już właściwie na skraju lasu, bo zbliżyli się do jego wschodniej granicy u przesymku, usłyszeli śmiech. Chichot właściwie, diaboliczny i straszny aż ciarki przechodziły do żywego, jeżąc włoski nawet i na paladyńskiej skórze.

      - Co za czorty? – szepnął Randal do towarzysza, najciszej jak umiał dobywając ostrza.

      - To hieny – wyjaśnił łowca, ale rozpoznaniem nocnego śmiechu wcale nie uspokoił swoich nerwów. - Zda-zdarzają się w tych stronach.

      - Ha, ciekawe... Na żywo nigdym ich nie widział. – Doczesne źródło dźwięków rycerza uspokoiło dużo bardziej niż Sylva. - Do padliny zawsze lezą... Zobaczmy tedy, co znalazły.

      Grubemu pomysł był głęboko nie w smak, ale Bronson postawił na taktykę faktów dokonanych. Z początku próbował się skradać razem z kompanem, ale gdy tamten nadto mitrężył, rycerz z bronią i tarczą, dodając sobie rezonu uderzaniem metalu o metal, wyszedł na skraj lasu przed pokraczny stary dąb, przed którym zgromadziły się hieny.

      Było ich kilka, chyba cztery i nie były to duże sztuki, więc paladyńska odwaga starczyła, aby szybko je przegonić. Spłoszone klątwami Bronsona dały za wygraną i porzuciły próby dobrania się do zwisającej z drzewa padliny.

      Światło księżyca, który wzeszedł już na niebo, srebrny jak talar, jasno oświetlało niedoszłą zdobycz padlinożerców. Czy można było to, co wisi uznać za padlinę? - Pewnie jakby spadło to tak, zażartował wisielczo Randal, mrucząc do siebie.

      Istotnie, dyndającego na sznurze owiniętym wokół wbitego głęboko w główny pień dębu paliku wisielca na razie nie można było uznać za padlinę. Trzeba było za zdobycz. To było jasne jak księżyc tej nocy. Powieszony na drzewie facet miał skrępowane z tyłu, skrawione ręce i ociekał posoką, skapując na piach u dołu. Jeśli był samobójcą, to wyjątkowym. Zapewne jednym z tych speców od odwiązywania się z łańcuchów i wydobywania z zalanych wodą kufrów, który akurat postanowił tym razem wywinąć sztukę w odwrotną stronę.

      - O... O biedak, dobrze że go jeszcze nie dopadły. – Sylv minę miał nietęgą, ale odwaga Randala podbudowała i jego pewność siebie. - Prawie go tu capnęły za nogę, sięgnęły... Kawałek buta, o... Ale... O masz!

      - No co?

      - Ja znam go... – Tropiciel podszedł bliżej i przytrzymał za buta dyndającego trupa, by uspokoić kołysanie. - Jak się zwie to nie powiem... Ale on z Wrót. Z kompanii którejś, w oberży gom widział.

      - Z kim się zadawał wiesz?

      - Gdzie tam! – Pokręcił głową Sylv. - Z widzenia tylko kojarzę. Nie nasz, nie ze służby... No nie z Pogorzeli też na pewno.

      - Na pewno?

      - Nie, on nie stąd. Po naszemu słabo mówił jak go słyszałem kiedy. – Pewność siebie pewnością, ale narastające tym razem dla odmiany od hienich chichotów wilcze wycia zaczęły nadżerać zapas męstwa, który pozostał grubemu. - Tam już na pewno panikują w obozie... Wracajmy może, co? Bo nie chcemy ich w nerwy już wpędzać, dobra?

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz
        napisał ostatnio edytowany przez
        #115

        Kai (Aro)

        Kai jakby nie był sobą, odkąd opuścili Czarne Wrota i obrali kierunek na Pogorzel. Nie, właściwie to z początku dobry nastrój trzymał się go jeszcze. Najpierw rzucał ciekawskie spojrzenia na obcych i nowopoznanych, z którymi miał dzielić szlak – z jakiegoś, sobie tylko znanego powodu, najobficiej obdarzając nimi Mariusa – a później zagadywał to tego, to owego, by umilić sobie jazdę niezobowiązującą pogadanką, ale już szło dostrzec, że typowa dlań werwa zaczynała przygasać. By zgasnąć zupełnie na krótko po natknięciu się na poważnie rannego Grumwida ze skałodrzewem i nie rozgorzeć na nowo nawet przy batalii z potężnym ettinem. Półelf ożył dopiero przy przeszukiwaniu opustoszałej wioski, gdy natknęli się na małoletniego biedaka Vuka. Zrazu przebudził się w nim opiekuńczy instynkt, głęboko zakorzeniony weń przez jego koczowniczą rodzinę Kompanii Wolnych Artystów. Nie raz i nie dwa przyszło im zajmować się sierotami, młodocianymi zbiegami czy porzuconymi dziećmi. Częściej niż rzadziej same lgnęły do obwoźnego cyrku, lecz bywały i wyjątki. Bywało też i tak, że w ciepłym blasku ognisk pomiędzy kolorowymi namiotami, znajdowały się, eufemistycznie rzecz ujmując, istotki po szeroko pojętych "przejściach". Uciekające spojrzeniami, kulące się na nagłe ruchy, nieskłonne wyszeptać choćby jedno słowo. Kai nie tylko napatrzył się na te przypadki. Odgrywał w nich wiodącą rolę. Naturalna charyzma i mało groźna aparycja czyniły zeń wręcz idealnego kandydata do burzenia takowych grubych, mocnych murów. Artysta zatem wyrobił sobie nie tylko czułość serca na dzieci z traumą, a również metodologię Pierwszego zeń Kontaktu.

        Także to Kai właśnie wziął na siebie opiekę nad Vukiem. Bo któż inny pośród nich niby się do tego nadawał? Marius, który odnalazł z nim junaka w ciemnej piwniczce, epatował zbyt... osobliwą osobowością i z łatwością przytłoczyłby biedaka nadmiarem wylewanych w jego stronę słów. Randal, Migdał, czy inszy ze zbrojnych? Zbyt groźni, zbyt bezpośredni, zbyt gwałtowni. Seweryn? Półelf wątpił, by cyrulik kłopotał się przyjazną manierą ze swymi pacjentami, a co dopiero małoletnimi znajdami. Doktor Quatermain? Ona jedyna poza nim mogłaby tutaj się sprawdzić, wyglądając równie niegroźnie co on. Naiwni pewnie też zaznaczyliby, że jej bycie kobietą byłoby też atutem, lecz Kai nie przywykł do tak zaściankowej mentalności. Płeć nie oznaczała wszak wrodzonych predyspozycji do określonych czynów. Nieważne jak bardzo wiele społeczeństw wzdłuż i wszerz Flanaess głosiło tę łeż.

        Chociaż Kai sporą część pochwał, jakie słał w stronę Vuka podczas rozmowy, celowo poddał "artystycznej egzageracji", nie znaczyło to wcale, że były one kłamstwami. Nie, junak doprawdy dzielnie odpowiadał na zadawane pytania, biorąc pod uwagę tragedię Pogorzeli, brak rodziców, strach przed pozostaniem podwieczorkiem ettina i wreszcie widok obcych ludzi pod bronią. Nawet jeśli przez jego odpowiedzi tajemnica tylko się pogłębiała, podobnie jak niepokój półelfa. Aktor początkowo w duchu rysował Ścieżkę Slerotina jako wątek główny jego pobytu w Drusdygg. Los zaginionych wiosek, Pogorzeli i Wrzosin, z kolei jako wątek poboczny, drugorzędny; ot, pomniejszą historię. Grumwid, skałodrzew – to był już wątek trzeciorzędny. Nawet jeśli nowe substancje odurzające, wpędzające ludzi w szaleństwo i motywujące ich do gryzienia bliźnich (tudzież kanibalizmu, wampiryzmu czy zwykłej wścieklizny), pobudzały w nim niemałą dozę pewnej niezdrowej fascynacji. Teraz jednak Kai zaczynał rozważać, czy to wszystko nie było ze sobą aby połączone. A właściwie czy wątki poboczne nie zrodziły się aby z tego głównego. Wszak odnalezienie Ścieżki zwabiło w te strony wiele przeróżnych osób, instytucji i konsorcjów. Każde z nich snuło własne plany, inaczej widziało swój udział w tej prospericie i wręcz nieuchronnym było, że intrygi wreszcie zaczną puchnąć i mnożyć się potwornie, a wraz z nimi szkody uboczne. Nie wspominając nawet o zagranicznej interwencji z manią na punkcie szkarłatu, która destabilizację regionu widziała najpewniej jako rację stanu.

        Koniec końców jednak Kai, gdy już przygotował Vukowi posłanie w chatce nieopodal ogniska, zajął się odpędzaniem tychże galopujących myśli. Wystarczająco już namyślał się wcześniej, raz po raz, w zapętlającej się formie, wspominając prośbę Nyssy i zastanawiając się, jak jej właściwie pomóc. Dlatego też chwycił za swoją lutnię i, usadowiwszy się przy ogniu, uderzył w struny. Nuty rozbrzmiały ponad trzaskiem bierwion, cichy śpiew dołączył doń po chwili.

        ♪ Dokąd wcięło mężów stąd
        I gdzież bogowie są? ♪

        "Ups, nieco niefortunny dobór pieśni," półelf parsknął w myślach. Pusta Pogorzel wokół, z której mieszkańcy zniknęli jak kamień w wodę, jednak nie oburzyła się na wybór artysty.

        ♪ Gdzież Rexfelis, sprytny wódz,
        Co zwinność ma jak kot?

        Gdzież też bard, co strofy śle
        I lutnią w dłoni gra?

        Myśli te przez noc dręczą mnie
        I o jednym tylko śnię...

        Chcę bohatera!
        Tak tego właśnie mi trze— ♪

        — O, jesteście już!

        Cicha pieśń urwana została nagle, wpół refrenu, gdy tylko Kai dostrzegł pierwszych powracających towarzyszy. Nie zaprzestał jednak muskania strun palcami podczas kolejnych sprawozdań z nowych odkryć, z trudem opanowując impuls mocniejszych zań szarpnięć, by akcentować dramatyzm rewelacji. O ile jednak wieść o odnalezieniu przez Larę i Migdała tropów napawała optymizmem, tak profanacja świętego kamienia... To strapiło półelfa. I na nowo rozbudziło poprzednie myśli, jakie pętliły się mu pod czupryną. Pogłębiło nawet. Ciężko, doprawdy ciężko przychodził Kaiowi opór przed daniem się porwać temu nurtowi. Być może dlatego zdecydował się nie opierać. Zwyczajnie zaprzestał szturchania strun i, bez zbędnego wstępu, wypalił do wszystkich wokoło i nikogo zarazem.

        — Zna ktoś z was suelski może? — Kai mimowolnie zerknął w stronę Lary. Cóż poradzić, ze wszystkich to ona wyglądała najbardziej suelsko. Co w pewnych kręgach było komplementem, a w innych śmiertelną obelgą. — Albo parę słów chociaż? Jakieś komendy, cokolwiek?

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #116

          Randal (Mike)

          - Wracamy - zawyrokował Bronson. - Trzymaj go, ja sznur odetnę. Pokazać trza trupa medykom, może co wywęszą.

          Tropiciel stęknął, gdy trup całym ciężarem spoczął na nim.

          - Idź, będę cię osłaniał, jakby te wesołki miały chęć coś przegryźć.

          Tropiciel zaklął. Zdarzało mu się wracać po nocy wespół ze sztywnym znajomkiem z karczmy. Ale pierwszy raz, to było tak dosłownie. No i sznur strasznie krzaków się czepiał.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez
            #117

            Lara (Alex Tyler)

            Lara siedziała blisko ognia, z kubkiem w dłoniach, czując, jak ciepło płomieni rozprasza chłód, który przyniosła ze sobą z lasu. W myślach wciąż wracała do obrazu wąskiej ścieżki wijącej się ku wzgórzom. Trop był względnie świeży, niemal żywy, pachniał ruchem i lękiem, a jednocześnie znikał w bezwzględnym mroku. Nie cierpiała bezczynności, ledwie zebrała w sobie dyscyplinę, by poczekać do świtu — mimo że wiedziała, że w takiej pracy pośpiech był sojusznikiem pomyłki.

            Kiedy Migdał mówił o psach z Roscoe, medyczka uniosła brew, nie z powątpiewania, lecz kalkulacji. Wiedziała, że to dobra myśl, choć czas działał na korzyść tych, których ścigali. W jej drugiej profesji, tej z zamiłowania — czy to w ruinach pustynnego Eryptu, czy w leśnych ostępach Keolandu — trop miał swoją temperaturę. Z każdą godziną stygnął, tracił ostrość, stawał się zaledwie cieniem opowieści.

            Gdy Marius przedstawił swój „czarny” dowód, Quatermain nachyliła się nad próbką, obracając ją w białych palcach rękawiczek. Światło ognia wydobywało z powierzchni matowy poblask. I ani on, ani zapach, nie zdołały doprowadzić jej do wniosku głębszego, niż stwierdzenie, że jest to jakaś farba.

            Kiedy Grebo zrzucił mięso na pniak, Lara poczuła, jak żołądek przypomina o sobie po długim dniu pełnym intensywnych doznań, ale wraz z tym odczuciem pojawiło się też napięcie. Randal i Sylv wciąż nie wrócili. Doświadczyła w życiu wystarczająco wypraw, by wiedzieć, że zbyt długa cisza w terenie pełnym znaków niepokoju nigdy nie wróżyła nic dobrego. Obserwała płomienie, słuchając rozmów, lecz jej myśli były już na ścieżce ku wzgórzom, gdzie kryły się odpowiedzi — i zbyt wiele pytań.

            — Ja znam — oznajmiła, odpowiadając błyskawicznie na sugestywne spojrzenie półelfa.
            — Ale nie dlatego, że jestem Suelką - dodała w ramach krotochwili.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez
              #118

              Noc była już w pełni, kiedy zarośla zakotłowały się, wygięły gałęzie i w końcu wypluły na wierzch spóźnioną dwójkę, wlokącą ze sobą pasażera po przejściach.

              Wcześniej, przy ognisku, gdzie przyjemnie siedziało się to w chłodnym powiewie wieczoru, to znów w pachnącym szyszkami cieple, gdy podmuch zadął od ognia, trwały niemrawe debaty na temat tego, czy wybrać się grupą poszukiwawczą za Randalem i Sylvem.

              Za byli oczywiście wszyscy, ale różnie odmierzano czas konieczny, by wysłać im kogoś w sukurs. Nie wszyscy też naturalnie mogli czy chcieli uczestniczyć w poszukiwaniach. Migdał oznajmił w końcu, bez sprzeciwu, bo każdy po trochu czuł, że może rzeczywiście stało się coś niedobrego (choć kto znał trochę Randala, wiedział, że twarda to sztuka), że jak księżyc stanie w północy, ruszy na poszukiwanie z resztą swoich ludzi.

              Kai lubił wygodę, atmosferę ogniskowej komitywy i atencję, jaką darzyli go słuchacze jego nocnych ballad, więc nie w smak mu było zrywać się z miejsca, ale nie zostawiłby jednak kompanów w potrzebie. Było nie było, choć bliższa była mu jedność stołu czy sceny, bitewne braterstwo też się liczyło. Tyle, że teraz miał ważniejsze zadanie, bo jako ojciec z przypadku, musiał zadbać o bezpieczeństwo Vuka, więc niechętny szybkim dobranocom, zebrał się od ognia pierwszy, by wyszykować w sołtysiej chacie miejsca do spania dla siebie i chłopca. Reszta, jeśli chciała, mogła dołączyć. Sienniki czekały w pogotowiu, a dom był czysty i kojąco chłodny.

              Zanim jednak chłopak zasnął przy ogniu, a bard zabrał go śpiącego na rękach na nocleg, biesiadujące pod gwiazdami towarzystwo próbowało odpytać chłopca o coś więcej z tego, co usłyszał. Muzyk sugerował by spróbować przedstawić mu frazy w obcych językach, ale niewiele to dało. Doktor Quatermain, której porcelanowa buzia przyciągała oczy młodego sierotki tak pięknem, jak i odmiennością od widywanych na co dzień, śniadych chłopskich lic, spróbowała swoich językowych kompetencji. Ani jednak hasła po starosuelsku, starobakluńsku, ani nawet starooreidyjsku nie pasowały do wątłego wspomnienia, które Vuk wychwycił spod desek podłogi.

              Bystra ogniskowa kompania zrachowała, że bardziej miękki, kobiecy głos pani doktor może nie oddawać ciężkości wojskowych głosów (jak niektórzy zaczęli mówić o tym, co chłopiec zasłyszał – słusznie lub nie) i swoich sił z podsuniętymi przez Larę frazami spróbowali zarówno Marius, Kai, jak i Seweryn. Ten ostatni okazał się niezłym poliglotą, sprawnie imitującym akcenty i intonacje, ale i to nie pomogło.

              Pozostało wszystkim zatem dumać, co też chłopiec mógł zasłyszeć i czy cokolwiek rzeczywiście niezwykłego. Wszak może przez podłogę, wystraszony, otumaniony uderzeniem, snem i strachem, zasłyszał ledwo co jakieś urywki zwykłej bandyckiej grypsery? Albo i nawet nie to – krzyczeli jego rodzice, napastnicy mogli mówić wyraźnie, by się nawzajem dogadać, ale niekoniecznie na tyle, by cokolwiek rozpoznawalnego dotarło do małego biedaka w ciemności.

              Dając sobie przestrzeń na rozmyślania, wybawcy Pogorzeli (na razie tylko jej fizycznych zabudowań, Vuka i zwierząt kopytnych) zebrali się jeszcze do obszukania wszystkich lokalnych chat nim chłopiec poszedł spać, wypytując go, czy aby gdzieś indziej nie ma też skrytek i spiżarek. Nie było co ryzykować, że umknie im inny rozbitek tragedii, którego mogliby nie dosłyszeć.

              Znaleziska przyniosły obfity zapas owczych i kozich serów, dżemów, miodu i palinki, co osłodziło zerowy rezultat w osobach ludzkich. Poszukiwania dokumentów czy innych, namacalnych śladów wioskowych problemów również niczego nie wykazały.

              Sołtys miał księgę, w której ktoś – jak się okazało po szybkim przeglądzie, Berenika, kapłanka Atroi z okolicy – poświadczał ważniejsze umowy i momenty dla wioski. Umowy i momenty dotyczyły wzajemnych transakcji między mieszkańcami, jak i większych sprzedaży dóbr na zewnątrz, w tym drewna do Czarnych Wrót. Sołtys poświadczał je z początku iksem, a potem koślawymi inicjałami MK, których pisania musiał się z czasem wyuczyć. Widać było, że hołubiona księga prawnie jest mocno wątpliwym dokumentem i wszystko co w niej spisane, rozrzucone datami od jednej wizyty do drugiej, zależy od wizyty siostry Bereniki. Dla wioski miała jednak znaczenie, a przez obecność w sołtysowym domu przydawała mu powagi na wzór szamańskich amuletów u wioskowych znachorów i wiedźm.

              Obszukania domów jasno wykazały, że porwania miały miejsce nagle i nie po dobroci. Tu i ówdzie widać było plamy krwi, trafiły się strzępy rozdartych szat i ewidentne ślady szarpaniny widoczne po roztrąconych czy nawet rozbitych meblach. Większość chat była jednak opróżniona bez śladów batalii, bardziej pokornie, choć i tam sienniki były w nieładzie, jakby kogoś zrywano ze snu nagle.

              Chaty miały drzwi zamykane na proste skoble, ale nie widać było, aby któreś z nich wybijano taranem czy wyrąbywano toporkiem. Nie, wyglądało na to, że albo ufni mieszkańcy nie zaryglowali domostw na noc, albo prośbą czy groźbą zmuszono ich, by pootwierali napastnikom. Spalenie zamkniętych żywcem zawsze brzmiało bardzo nieprzyjemnie, więc przy przewadze liczebnej nieprzyjaciela czasem taki terror wystarczał, by wymóc co się chciało. Może i tak było tym razem, choć śladów podpalenia w Pogorzeli nie było. Nie, tym razem nomen nie było omen.

              Detektywi zrobili na dziś, co mogli i ogniskową biesiadę ze śliwkową brandy i serami miała im przedwcześnie odebrać już tylko wyprawa poszukiwawcza... Szczęśliwie odwołana, gdy dwóch umęczonych spóźnialskich z truposzem u holu wykolebało się w końcu na przestrzeń wioski.

              Randal wcześniej kierował robotą Sylva, nakazując grubemu, aby tachał nieboszczyka, kiedy on będzie osłaniał ich pochód, ale zapędził się w swym menedżerskim zarządzaniu. Cierpliwość, jak i ludzkie siły zmęczonego i wystraszonego tropiciela miały swoje granice, więc umęczony zbrojny w końcu zaprzestał przemarszu, kategorycznie deklarując, że on ma to wszystko w chuju i wraca do wioski sam, a jeśli paladyn chce z nim iść to niech sobie idzie, nic go już to w ogóle nie obchodzi.

              Na twarde dictum nie było rady – prośbą, ani groźbą niewiele można już było wskórać, więc rycerz musiał zejść z roli zarządzczej i pomóc dźwigać trupa. Nie było łatwo, bo co innego wspomagać zalanego kolegę, choćby i na kocich łbach portowej uliczki, a co innego nosić po nocy przez las martwy ciężar. Zasapani i poznaczeni szramami od napotkanych znienacka gałęzi, junacy dodrałowali na miejsce, gdzie przesyłkę przejęła od nich świeższa reszta załogi.

              Można rzec, że każda z ekip wysłanych na poszukiwania wróciła z nich zwycięsko, bo i każda czegoś się doszukała. W duecie Randal-Sylv euforii było jednak najmniej, a rycerz wiedział już, że w grubym wyrobił sobie jeśli nie wroga, to przynajmniej zatwardziałego przeciwnika. Może nie musiał go aż tak cisnąć? Cóż, nawyki wyniesione ze szkoły, gdzie wyżsi rangą ciężko przejeżdżali się po rekrutach czasem wchodziły w krew nawet tym, którzy kroczyli po tej dobrej stronie.

              Inna rzecz, że Randalowe poczucie obowiązku, które nakazywało sprawdzić trop do końca i zakładało, że każdy ma spełniać swoje zadanie – choćby i najtrudniejsze, ale takie które mu przypisano – nie zawsze przystawało do realiów dnia powszedniego. Ot, nauka i dla niego.

              - Uduszony sznurem, już po wciągnięciu na gałąź – zawyrokował Seweryn, który przyjrzał się trupowi pierwszy, pomagając go nieść. - Widać, że trochę tam sobie podyndał. Krew z powrozów na rękach nie miała wpływu na śmierć.

              Lara obejrzała nieboszczyka dokładnie, ale na słowa Drachenwulfa mogła tylko przytaknąć. Ktoś zawlókł tego człowieka do lasu, zawiesił go tam albo wciągnął skrępowanego i śmierć nastapiła przez uduszenie. Nie przez zerwany rdzeń kręgowy, więc nie była to nagła, ani profesjonalna egzekucja, ale okoliczności jasno stanowiły, że nie było to samobójstwo.

              Grebo, kiedy Migdał poszedł zmienić go przy cielsku ettina, przyjrzał się ciału truposza z bliska, przyświecając sobie odpaloną od ogniska żagwią. Za refleksją pewności, która przeszła przez jego lico, kiedy już upewnił się, że rozpoznał martwego, przyszlo fuknięcie i charch śliny na trawę.

              - Znałem go. Robił w Żelaznej. Ochroniarz od ich górników. Skurwysyn. – Zbrojny spojrzał po zebranych jakby chciał się wytłumaczyć za ostre słowa. - Ja wiem, wiem... O zmarłych to nie wypada. Ale to łajza była... Oszust, w kartach naciągał i potem zgrywał drakę, że to kto inny kłamie... Awantury wszczynał, ludzi tłukł, pożyczał i nie oddawał, a sam jak pożyczał, to ściągał potem wszystek z człeka...

              - I z ciebie też? – spytał Randal, który zaczął patrzeć na martwy ładunek u stóp inaczej.

              - Nie, ze mną to by mu tak łatwo nie przyszło – oburzył się Grebo. Istotnie, był z niego kawał chłopa, ale i śniady truposz na ziemi był spory. Był dryblasem, a choć bardziej żylasty niż zbity żołnierz oglądający go z góry, to widać było, że miał w sobie siłę. Zapewne mocny kark był jednym z powodów, dla których sznur zadusił go, a nie złamał mu rdzeń. - Ścięliśmy się kiedyś i już go nawet złapałem... A on mię... Ale sierżant akurat pokazał się w sali, to... No to puściłem. Oszukał mnie wtedy na dwa srebrne, menda jedna...

              Wygadanego Kaia, który nastawiał ucho za plotkami nie było akurat na miejscu, by podpytać, co on słyszał o umarlaku, ale zbiorowym wysiłkiem reszty drużyny udało się dojść, że zmarły nazywał się (chyba) Vresh albo Wrash i pochodził z Żelaznych Wrót (i rzeczywiście mówił głównie po oeridyjsku i we wspólnym, słabiutko znając keolandzki). Dla większości był personą kompletnie nieznaną, ale na niepochlebne o nim słowa Greba i Sylva niektórzy przywołali jakieś wątłe skojarzenia, że Vresh/Wrash chyba faktycznie nie cieszył się we Wrotach najlepszą opinią.

              Los wisielca dodatkowo zamącił w wydarzeniach ostatniej doby, ale zmęczone członki i umysły śledczych musiały zaznać w końcu ulgi, bo następny dzionek miał rzucić ich na trop porwanych. Lara, Seweryn i Marius zebrali się zatem od ogniska, choć przyszło im to ciężej niż ubicie ettina, ruszając na zasłużony spoczynek. Randal, który wiedział, że część załogi czuwa jeszcze przy gigancie oraz pilnuje obozu wziął następną wartę, zwalniając Sylva, ale rotacja składu pozwoliła każdemu tej nocy złapać dość odpoczynku, by sprawnie przebierać nogami dnia następnego.

              Może to świeże powietrze, może upojenie zwycięstwem, a może piękno jutrzenki wlewającej się do doliny jak płynne złoto, ale jaki powód czy powody by za tym nie stały, wybudzeni wczesnym rankiem bohaterowie byli na siłach stawiać czoła nowym wyzwaniom. Mocniejsi, mądrzejsi, pewniejsi. I każdy z nich na swój sposób inny, niż kiedy jeszcze zamykał oczy pod dachami opuszczonej wioski.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz
                napisał ostatnio edytowany przez
                #119

                Seweryn Drachenwulf (Rewik)

                Wcześniej przy ognisku

                Seweryn jeszcze przed zmrokiem przechadzał się po Pogorzeli, szukając czegoś, czego znaleźć nie było mu dane. Na wieczorną odprawę przybył dopiero przy gasnącym słońcu, w jego rudej poświacie. Stał tak chwilę bez celu, dłużej niźli wypadało, jakby niepewien czy do reszty przyłączyć się winien. Jakby rozumując, że mile widziany nie będzie, albo sam nie wiedząc czy mu się widzi zasiąść przy ogniu, dłużących się opowieściach i muzyce.

                — Nigdzie po tym wiadra, ni beczki, ani robótarni należytej nie napotkałem — rzekł wreszcie, gdy Lara oglądała próbkę czarnej mazi z obeliska. — Najpewniej ze sobą to przynieśli — rzekł, wykorzystując to wtrącenia jako wymówkę, by jednak usiąść gdzieś przy ogniu. - Wiecie, czy w Loh, lubo Czarnowoju... czy... czy innych, czy może raczej z emporium owego Albrechta to pochodzić musiało?

                Poczynił pauzę i rozejrzał się niepewien czy kto odpowie. Podjął ponownie po dłuższej chwili, gdy rozmowy znów zboczyły w innym kierunku.

                — Gru-mwid mawiał... — zaczął powtórnie, bo pierwszy raz, nikt nie zasłyszał — ...mawiał, że nocleg niedaleko Pogorzeli urządzili, gdy z emporium do Czarnych Wrót podążali. W głowę zachodzę, dlaczego nie zaszli do samej wioski, jeno tuż niedaleko obozowisko rozbili. Acz o drzewoskałę mogło się rozchodzić... Noc po ataku to miejsce miało, wedle tego com podliczył... o ile dawka substantiae duża nie była. Zmie...erzam do tego, że miejsce to może biec w tym samym kierunku co trop przez was odnaleziony iże dwa te wydarzenia, a przedziwne one, zdają się, mogą powiązane być. Czy wedle słów Grumwida podążając miejsce to zdołacie odnaleźć? — upewnił się, pytając drużynowy zwiad.

                Po powrocie Randala i Sylva

                Seweryn zakończył swe oględziny Vresh'a dziwnie czule gładząc jego martwy policzek, jakby z żalem przeżywając tę rozłąkę. Wzrok jego, pełen zadumy, błądził po znajomych odciskach i przetarciach, jakby chciał zatrzymać w pamięci każdy szczegół, albo wręcz przeciwnie - wyrzucić je stamtąd, lecz nie mógł tego dokonać.

                Zapewne było to spowodowane tym, że śmierć była dlań zwykle wielką stratą, nawet jeśli Vresh łajzą nad łajzy był. Mogło to też jednako świadczyć o czymś innym, głębszym i trudnym do pojęcia dla kogokolwiek, kto nie rozumował jak on — o potrzebie bliskości z tym, co minęło, jednako o fascynacji samą istotą życia i śmierci, której granice tak często wspominał, a która była dlań tak bardzo niejasna i tajemnicza. Och... była to też okazja, by bezkarnie rozkroić czyjeś szczątki i zszyć je z powrotem, by zajrzeć w głąb tkanek, badać ich strukturę, prawidła i ich potencjalne vitium. Okazja, która nie zdarzała się wcale tak często, a on tym razem zmuszony był odstapić od swego cultus medicinae z dwóch powodów - braku sił i oczu, co zewsząd patrzyły.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Niedostępny
                  PaniczP Niedostępny
                  Panicz
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #120

                  30 sierpnia, 591 WR

                  Poranny śpiew ptaków, ażurowe mgły od lasu, słońce skapujące zza gór plamami ciepła. Rześkość stawiająca na sztorc włoski na skórze, ale bez przeszywającego chłodu, otulająca przyjemnie jak zimny kompres na zmęczone członki. Błogość poranka mogłaby przyćmić wspomnienie wczorajszych wydarzeń i pamięć o zbrodni, jaka spadła na Pogorzel.

                  Mogłaby, ale śpiący twardo Vuk nie dawał zapomnieć. Kai został przy nim, ale zaczął już zbierać się do drogi, szykując śniadanie i wrzątek. Pozostali, a przynajmniej Lara, Seweryn i Migdał byli na nogach już od jakiegoś czasu. Medyk przypomniał przed nocą o Grumwidowych losach, więc cała trójka wybrała się, by poszukać jego obozowiska.

                  Szukania nie było dużo, bo na zachód od wioski rzeczywiście trafiła się niewielka, piaszczysta polanka pod skałą, gdzie widać było resztki paleniska. I potwierdzenie tego, o czym traper opowiadał.

                  Na miejscu było pełno krwi. Zeszchłej, ale jednak. Jucha musiała lać się tutaj szeroko i widać, że nie z jednej rany, ale z dziesiątek większych i mniejszych rozbryzgnięć. Dawno wsiąkła już w piasek, ale ślady pozostały.

                  Palenisko z prostych kamieni było w nieładzie – kamyki rozrzucone jakby rozkopane na wszystkie strony, a garnek (który się znalazł) leżał w pokrzywach kawałek od obozu. Na ziemi leżała rozdarta i poplamiona krwią koszula (ot, prosty biały kubrak na kogoś przeciętnej chłopskiej budowy – znaczy takiej, gdzie krzepa jest, ale nie nadmiernie wysokiej, jak mogłoby pasować do tajemniczego dryblasa z opowieści Grumwida). O, zresztą po przejrzeniu okolicznych zarośli i rozgarnięciu piachu znalazło się więcej rzeczy.

                  W ogólnym nieładzie leżało trochę drobnych monet, kość do gry, srebrny ząb (ale nie szło dojść, czy akurat teraz wybity czy może robiący za walutę), kościany grzebyk, chochla, podarty kawałek lnianej torby i unurzany w zeschłej posoce zębaty nóż. Nóż był do krojenia pieczywa, albo mięsa, ale nie pierwszej młodości. Widać, że ktoś ewidentnie używał go z werwą, ale narzędzie nie było bronią zabójcy czy rzeźnika.

                  Ślady wokół obozowiska, gdy przyszło szukać, kto gdzie się zapodział, sugerowały ucieczkę albo pogoń w kierunku wioski, ale potem skręcały na południe. Ciężko było porachować, ile osób było dokładnie, ale najpewniej trzy albo cztery. W pewnym momencie widać było większą krwawą plamę i pękniętą gałąź dębu, która zwisała nisko, a na którą ktoś zapewne z impetem opadł. Wpadając, albo będąc rzuconym.

                  Ślady dalej rozbiegały się w różne strony. Tu były już ślady kopyt, a dalej rozbitych z impetem krzewów przez które musiało lecieć spłoszone i ranne zwierzę. Zapewne rumak, który wyratował Grumwida z obozowej opresji. Koni było jednak więcej.

                  Ktoś pokrwawiony ruszył na południe, ku jeziorku, które miejscowi zwali po swojemu Cudnym. Tak przynajmniej mówił Migdał. Dojść jednak nad taflę tego zbiornika (które nazwę zawdzięczało byciu miejscem schadzek młodzieży, zażywającej tam romantyczności) zajęłoby im chwilę, a czas gonił.

                  - Wygląda na to, że stary mówił prawdę... No, tyle o ile. – Skrzywił się tropiciel. - On bieżał na wschód, ktoś za nim, a ktoś tam na południe szedł... Ale mamy czas badać to teraz?

                  Seweryn i Lara spojrzeli po sobie, ważąc w myślach priorytety wyprawy. Był ciągle wczesny ranek, pewnie na zegarowych ustrojstwach wybijałaby szósta czy może siódma. Ale którą nić warto by ciągnąć pierwszą: tę z Pogorzeli, starszą, ale wiążącą losy całej wioski, czy tę tu, nowszą i krwawą?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #121

                    Lara Quatermain (Alex Tyler)

                    Poranek otulał Larę jasnością, która bardziej drażniła, niż koiła. Ptaki, ten niestrudzony chór życia, śpiewały, jakby nie znały ostatnich wydarzeń, jakby tragedia Pogorzeli była tylko snem. A przecież jeszcze pachniało nią w powietrzu – żelazem psiej krwi i rozpaczą, która osiadała w piersi niczym pył. W takim świetle nawet krople rosy na trawie zdawały się przeźroczystymi łzami, których ziemia nie zdążyła otrzeć.

                    Obozowisko Grumwida nie wyglądało na miejsce, które mogłoby zachować tajemnicę. Krew mówiła głośniej niż słowa trapera. Quatermain patrzyła na piach, w którym czerwone ślady uparcie trwały, jakby ziemia odmówiła przyjęcia takiej ofiary. Każdy rozbryzg, każda chaotyczna smuga zdawała się obrazem gwałtu zadanego ciału i światu. Koszula, kubrak byle jakiego chłopa – nic niezwykłego, a jednak zabrudzona posoką wydawała się relikwią. Nóż, zwykłe narzędzie kuchenne, ociekał już tylko historią przemocy. Ślady przemawiały do niej bardziej niż ktokolwiek z towarzyszy; widziała je oczami badaczki, ale i sercem kobiety, która już za wiele razy oglądała granicę, na której życie ustępuje miejsca śmierci.

                    Zastanowiła się, ile osób naprawdę tu było. Trzy, może cztery — w takich sytuacjach liczby zawsze są bezlitosne w swej niepewności. Zgięta gałąź dębu wyglądała na stygmat czyjejś klęski, na znak, że nawet drzewa uczestniczą w tragediach ludzi. A potem ślady — koni, ludzi, krwi. Obraz pościgu, ucieczki, szarpaniny. Gdzieś w tym chaosie kryła się prawda, ale zapalona archeolożka wiedziała, że czas jest najokrutniejszym przeciwnikiem badacza: pozwala spojrzeć na trop, ale już niekoniecznie podążyć za nim.

                    Kiedy Seweryn zwrócił na nią spojrzenie, wyczuła w nim echo własnych wahań. Kierunki rozchodziły się jak nici losu, a każde zerwanie mogło kosztować więcej niż tylko jedną opowieść. Pogorzel — starsza rana, ale większa, obejmująca całą wioskę. Ślady Grumwida — świeże, pulsujące jeszcze krwią. Słońce wschodziło coraz wyżej, a ona miała wrażenie, że wybór, który przyjdzie im teraz podjąć, będzie jak nacięcie skalpela: jeden ruch, który zdecyduje, co zostanie odcięte, a co ocaleje.

                    — Nie, panie Migdale — oznajmiła ze swoim charakterystycznym akcentem i nienaganną dykcją. — Lepiej wracajmy.

                    Grumwida zdołała już ocalić, a dla losu mieszkańców Pogorzeli każda chwila mogła być na wagę mitralu.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #122

                      Świat stał na tragediach ludzkich. Stał, albo leżał, zwał jak zwał. Ci bliżsi filozofii połowy szklanek takich, a takich, powiedzieliby, że urobiony był jak przekładaniec z dobrych chwil i nieszczęść. Różniliby się pewnie w podejściu do receptury, inaczej miarkując ile jest czego, a czego. Poza posępnymi szczególnie jednostkami, mało kto jednak szedłby w zaparte, że ino samo złe jest, a życie to nieustanny kierat.

                      Zasada była wszędzie ta sama, ale optyka gdzieniegdzie jednak inna. W Drusdygg, co śmiałkowie z krain dalekich poznawali, życie tragedią było nakrapiane wyjątkowo gęsto. Fakt, że los pchnął ich w sam środek zdarzeń tak, że nie mogli skupiać się na błogości krajobrazu z perspektywy werandy, ale w ostatnie dwa dni naprawdę serwowano im niemal samo gorzkie.

                      Teraz choćby, stali wobec rozdroża dwóch nieszczęść i choć tliła się nadzieja (mikra i zwiewna), że może za Grumwidową nicią zostało do uratowania jeszcze jakieś życie, to muszą zarzucić ją, by mierzyć się z większą tragedią. Nieszczęściem większej skali, mnożonym w dwójnasób, a przez to może z większą szansą, by wydobyć zeń kogoś na wierzch.

                      Lara zobaczyła, co miała zobaczyć, a co swoje zobaczył też Seweryn. Czas im było w drogę, więc bez zwłoki zostawili obozowe pobojowisko za sobą i na nowo stanęli w wybudzonej, acz ponurej pustką Pogorzeli. Kai i reszta śniadali właśnie, zapraszając przybyłych do ogniskowego posilenia. Marius, wierny specyficznym smakom, opiekał sobie na ogniu wczorajszą koninę, ale reszta korzystała z lokalnych bogactw, nie żałując sobie twarogów, serów, miodów i parodniowego chleba.

                      - Trzeba ustalić zaraz, co i jak dalej – zaczął Migdał, przegryzając swoje porcje w pośpiechu. - Do Roscoe się wypuścić po psy, a i do Wrót dać znać, cośmy znaleźli.

                      - Jest-li na to czas? – rzekł twardo Randal. - Trzeba iść za tropem póki świeży, nie rozdrabniać się.

                      Lara myślała tak samo i w duchu podziękowała paladynowi, że wyszedł naprzeciw łowcy z takim dictum. Wiedziała, że Migdał ma wiele słuszności w ściąganiu psów tropiących i wsparcia, ale nici tropu nie można było wypuszczać z rąk. Wiedziała też, że sama nie odpuści, choćby inni rozeszli się na wszystkie świata strony i znaleźli sto i jeden mądrzejszych i bezpieczniejszych sposobów, by odpowiedzieć na to wyzwanie. Ale w chłodnej ocenie szacowała, że to z Migdałem mają najlepsze szanse, by odnaleźć porwanych, choć nie wiedziała jak to wypowiedzieć, by pogodzić wszystkie strony.

                      - No dobrze... – żachnął się tropiciel. - Ale jak zostaniemy z niczym, to... To spadnie na nas. Wy... Wy może sobie tego nie bierzecie tak do siebie, panie Randal, ale to będzie moja odpowiedzialność.

                      - Będzie moja – przeciął wątpliwość rycerz. - Ja tak zdecydowałem, a wy posłuchaliście rozkazu. Występuję tu teraz jako Paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości, a was powołuję do wspomożenia w śledztwie.

                      - No... – pokiwał głową Migdał, a z nim pokiwali głowami pozostali, którzy dotąd tkwili w wątpliwościach. - No skoro tak, to tak.

                      - Tak trzeba zrobić – stwierdził krótko Randal. - Jakby ktoś miał to potem podważać, biorę to na siebie.

                      Seweryn, Marius, Lara i Kai nic nie odpowiedzieli na władczy ton paladyna, w gruncie rzeczy zadowoleni, że rycerz odegrał swą rolę, by nastawić rzecz na właściwe tory.

                      - Podzielmy tylko może jeszcze obowiązki, bo wszyscy... – Bard wskazał lekko głową na niemrawo podgryzającego chleb Vuka. - Za tropem nie pójdziemy. Niedaleko ta inna wioska, Łoh bodaj, tak?

                      - Tak. Kawałek, za wzgórzami, ale niedaleko – potwierdził Migdał. - Zróbmy tak... Pan Kai... Pojedziesz pan z Sylvem i Ulefem do Łohu, zawieziecie chłopca. Sylv zna drogę, to pójdzie raz-dwa.

                      - Dobrze – zgodził się bard, wyczekując jaki jest dalszy plan.

                      - Ulef, ty polecisz dalej, dać znać do Roscoe. Czy nam tu pójdzie czy nie, wiedzieć muszą.

                      - Słusznie – pochwaliła Lara, której zależało by o sprawę zadbać prawdziwie pieczołowicie.

                      - Grebo, ty za to leć do Wrót, do pana starosty – ciągnął Migdał. - Niech też przyślą ludzi, by tę wioskę upilnować, bo inaczej zlezie się tu ścierwojadów i wilków w try miga. Powiedz wszystko, co zaszło i leć.

                      - Zaszątzasz tak pan, panie Claude, to i co dla mnie zostanie? – wtrącił Wincent, który widać poczuł się pominięty.

                      - Ty zostaniesz tu na miejscu, Win – zakończył przydziały Migdał, którego imię wyszło wreszcie na wierzch w rozmowie. - Reszta pójdzie za tropem, ale żeby potem pan Kai mógł z Sylvem dołączyć, to przed południem ustawmy popas w tych ruinach, co są na wzgórzach za wioską. Cofniemy się tam od tropu wyczekać jak będzie trzeba, ale do południa nie dalej. Zatem nie mitrężyć, a prędko!

                      - Pospieszymy się – rzucił krótko Kai, łypiąc smutno na chłopca, który miał przejść w kolejne ręce, nie znając co niesie mu przyszłość i który dom będzie mu domem na stałe, a który przystankiem w tułaczce.

                      - Zbierajmy się zatem i w drogę. – Randal wszedł z powrotem w generalskie buty. - Wincent, pochowasz nieboszczyka? Był jaki był, ale na trochę ziemi nad sobą chyba zasłużył.

                      Kusznik kiwnął głową, że pewnie, że czemu nie. Skoro i tak miał siedzieć na miejscu, to choćby i dla zabicia czasu może sobie pokopać.

                      Ptasie trele – swej roli nieświadome – wygrywały wzmożeniem równą godzinę siódmą. Natura wzmagała śpiew ptactwa, przykrywając beczenie i meczenie trzody przyjemniejszymi melodiami, zastępującymi dźwięki ludzkiej obecności, którą z Pogorzeli brutalnie wyrwano.

                      I znów, kolejne jednostki odrywały się od osady, ustępując miejsca przyrodzie. Niektórzy odchodzili z nadzieją, że uda się jeszcze przywrócić osadzie życie i jej mieszkańcy są do odratowania. Inni odjeżdżali bez takiej nadziei, nie odwracając się za pustymi chałupami.

                      Niektórzy odchodzili nieświadomi, że Pogorzeli – jakie to losy nie byłyby jej pisane – więcej już nie zobaczą.

                      Kai i Sylv

                      Cała tropicielska załoga – zarówno ci sprawniejsi w tropieniu, jak i ci nadrabiający werwą – ruszyła po śladach, które Migdał i Lara wydobyli z leśnego rozgardiaszu wieczór wcześniej. Trop, jak to bywało w żywym ekosystemie, zanikał, dotknięty ruchami natury, która nie zamierała na noc.

                      Szczęśliwie samo wspomnienie ubiegłego zmierzchu było tak wyraźne, że oboje poszukiwacze na razie szli po śladach jak po sznurze. Zatrzymali się dopiero zdrowy kawałek od wioski, gdzie las prześwitem odsłaniał szaro-żółte pagórki między Pogorzelą a Łohem.

                      Krótki zjazd z trasy, by ocenić okolicę ze wzgórza, gdzie stały ruiny chatki pustelnika (przywołanego już wcześniej przy ogniskowych gawędach Leśnego, który wrósł w lokalny panteon świętych) dał przyjemny widok na Drusdygg.

                      Na zachód zbocza wznosiły się przez las, piętrząc się koronami zieleni, aż w pewnym momencie wystrzelały ponad nie ostre skalne wypustki Pieców. Czarno-szare, niby rzeczywiście okopcone w zgodzie z nazwą. Korony Pieców zamykały dolinę od zachodu, południa i wschodu, na północy dając obietnicę ulgi niższymi spiętrzeniami spłowiałych kopców.

                      Miejsce nie było najwyższe i nie szło stąd zobaczyć żadnej ludzkiej osady prócz Pogorzeli, ale otwierało się na przestwór pastwisk między nią a Wrzosinami. Spokojna, pulsująca zielona pustka. Można było mieć pewność, że nic nie nadejdzie przynajmniej z tamtej strony.

                      Z drugiej otwierała się niecka sąsiedniej dolinki, gdzie za pagórkami leżał Łoh. Tam wartkim nurtem spływała rzeczka, za którą zaczynały się już żyźniejsze ziemie, zdatne do uprawy i służenia ludziom. Spływ kończył bieg pod kamienną wieżą, stróżującą nad okolicą. Ktoś musiał mieć tam dobry widok tak na północne łany, kaktusowe, spiczaste pagórki, sam Łoh, pewnie Pogorzel, a może i co więcej.

                      - Tam w dół wam droga – wygłosił oczywistość Migdał. - Nie mitrężcie i tu się niebawem widzimy.

                      - Mówiłeś, że dziadka tam masz, Vuk? – zagaił chłopca bard.

                      - Dziadko – pokręcił głową młody. - Jemu tak mówią, ale to żaden dziadek. No... Nie mój na pewno.

                      - To dobry człek, choć... Osobliwy nieco – potwierdził tropiciel. - Powodzenia chłopcze. Ducha nie gaś.

                      Kai nie dał już chłopakowi odpowiedzieć, choć nieszczególnie spodziewał się, żeby Vuk miał ochotę na podziękowania i pożegnania. Szkoda było czasu na puste gesty ludzi, którzy nie wiedzieli nawet jak mają zachować się wobec sieroty (albo i nie sieroty, choć myśli w głowach kłębiły się czarne, oj czarne), skrępowani własną niepewnością.

                      Bard zaciął konia i z Vukiem przed sobą pognali zboczem w dół, dając chłopakowi nałapać się powietrza i adrenaliny, gdy szusowali między pojedynczymi dębiakami. Sylv, ostrożniejszy, może w naturze swej nieco nawet osowiały, dojechał za duetem dopiero po chwili, chwytając jeszcze widok śmiejącego się chłopca, który zmazywał z twarzy rozbryzgi błota.

                      Do wioski był jeszcze kawałek, ale widząc ile radochy sprawia Vukowi szybka jazda, obaj jeźdźcy nie żałowali koni. Zajechali w środek osady osaczeni niepewnymi spojrzeniami, mimo że opowiedzieli się przed wjazdem, kto nadchodzi. Parę kobiet pieliło coś w przydomowych ogródkach, ale wyjść naprzeciw obcym pokusiło się tylko trzech młokosów z cepami, którzy widać wzięli sobie za punkt honoru bronić wioski pod nieobecność starszych. Niepewna hardość gówniarzy nie przeszła testu, bo Sylv zagaił miejscowych z ichnim akcentem i dał znak, by puścić Vuka między spoglądającą niepewnie dzieciarnię.

                      Napięcie i obawa zeszły jak dziecięcy foch po obietnicy cukierka. Kai – oglądany przez wszystkich z zaciekawieniem, a dzięki sympatii chłopca w tym zaciekawieniu postrzegany jakoś cieplej – znalazł szybko drogę do porozumienia z lokalną dziatwą i kobietami.

                      Dziadko był tym razem na spacerze dla zdrowotności, więc półelf nie miał wyjścia i musiał powierzyć opiekę nad chłopakiem do jego powrotu Alfirze, która rekordowym w wiosce potomstwem potwierdzała pedgagiczne predyspozycje. A przynajmniej na tyle, na ile wiejskiemu chłopakowi było trzeba. Dostał jeść, ciuch na dupę i uśmiech do tego, więc wcale nie mało.

                      I już-już Kai myślał, że ruszy po szybkim bywaj, niepewny czy aby się nie roztkliwi, gdyby miał misiować się z Vukiem, ale chłopiec rzucił się na niego jak kuna. I nie puszczał. Bardowski czar i wymowa działały cuda gdzie indziej, ale teraz nie było łatwo.

                      Trzeba było naprawdę nadejścia Dziadka i solennych zapewnień, że muzyk wróci tu jeszcze z dobrymi dla chłopca wiadomościami (o bogowie, czy to było już kłamstwo i czy godzi się?), aby okowy puściły.

                      - Jak tylko coś wiedzieć będziemy, zjedziemy dać ci znać – zapewnił bard. - Bądź tu...

                      Kai zastanowił się chwilę, bo co niby chciał mu powiedzieć? Żeby był grzeczny? Ha, dobre sobie!

                      - Jedz-jedz na zdrowie i baw-baw się tu z dzieciakami – zanucił wesoło Kai. - A zobaczysz, czas zleci, wieści... Wieści nadejdą.

                      Sylv – już na koniu – spojrzał na towarzysza wymownie, dając mu znać, że teraz albo nigdy, chodu, bo zaraz znów wpadnie w pułapkę. Półelf skoczył niezręcznie, ale dał radę jakoś wkolebać się na rumaka przed podśmiewającą się publiką nadrabiając miną... I jak pędem zjechał, tak zaciął konia i teraz, zostawiając Vuka, Dziadka, Łoh i całą odnogę tej historii za sobą.

                      Nie było jeszcze dziesiątej, kiedy wszyscy wybawcy Pogorzeli powołani na trop spotkali się w ruinach chaty i razem już, skupieni na ścieżce, ruszyli... W pogoń? Na ratunek? Z odwetem?

                      A może na swoją zgubę?

                      Ruszyli. Na razie po prostu ruszyli. W głąb lasu, na zachód, pnąc się wśród liści ku górom.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Niedostępny
                        PaniczP Niedostępny
                        Panicz
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #123

                        Seweryn (Rewik)

                        Seweryn modlił się o poranku, kiedy pozostała dwójka zebrała się by na Grumwidowe miejsce podejść. Czynił to w sposób nienaganny, jak przykładne dziecko, z odpowiednią starannością, gorliwością i twarzą zwróconą w stronę wschodzącego słońca. Ktoś uszczypliwy, dodałby zapewne także, że i z kompletnym brakiem zrozumienia. Nie trwało długo, aż wstał z klęczek, unosząc nieco swe szerokie szaty i dołączył do Migdała i Lary, widząc, że chcą już ruszać.

                        Polanka pod skałami, ugościła ich widokami, świadczącymi o brutalności, a nawet i o bitewnym rozgardiaszu. Seweryn milkliwy był. Nie tylko dzisiaj. Za to uważny, ale w swej uważności trochę nerwowy. Wzrok rzucał na różne strony, przeskakując z jednego miejsca, na drugie w sposób zachłanny i nienasycony.

                        Dopiero ząb znaleziony w pokrzywach jego wzrok zogniskował na dłużej. Nie omieszkał też skorzystać z okazji i przywłaszczyć go sobie.

                        — Jak już wrócimy z pewnością przyda się w mojej pracy, do czegoś więcej jak za walutę — wytłumaczył z niepewnym uśmiechem, dlaczego to on powinien go zabrać. Ząb spoczął w kieszonce na piersi. Seweryn starannie zapiął guziczek, coby nie wypadł.

                        Nie znaleźli czegoś szczególnie istotnego, ale przynajmniej potwierdzili sobie zdarzenia przytoczone przez Grumwida, a kiedy czas nadszedł, by oględziny zakończyć i zdecydować co dalej, Seweryn zgodził się z decyzją doktor Quatermain, choć z początku zdało się, że nie do końca na temat zaczął mówić.

                        — Były tam, w wiosce rzeczy, których banda w lesie schowana nie zostawiłaby. Konfitury, bogactwa różne jadalne i niejadalne. Za to ludzie, dorośli – kobiety i mężowie, a i nieletni, nawet niemowlęcia, jeśli takie tu na świat niedawno przyszły, zniknęli. Nie wygląda by chodziło o konkretną grupę, a przez to trudno odgadnąć cel ich, tych porywaczy. Ale... albo jadła mają pod dostatkiem, albo na śmierć ich wiodą, tedy spieszyć się nam trzeba. Trzeba nam prędko pobieżyć za tropem, jak pa-pani doktor mówi.

                        ***

                        Śniadanie zjedli, rozprawiając jakie jeszcze kroki poczynić dalej i w efekcie każdy pewne kroki poczynił. Jedni pewnie ruszyli do Loh, inni za tropem, jeszcze inni, być może z ulgą, acz też pewnie do Wrót. Seweryn jednakże jeszcze nim podróżny plecak na garb zarzucił, na odchodne do Wincentego się zbliżył i nieboszczka Vresh'a.

                        — Jeszcze raz sprawdzić nie zaszkodzi, bo i czemu nie, a może się trafi — zagaił do Wincentego, który kompletnie nie wiedział o co mu chodzi. Seweryn rozchylił usta nieboszczyka, oglądając jego uzębienie, coś powiedział do siebie, lecz niezrozumiałego, a to co zobaczył zachował dla siebie.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #124

                          Kai (Aro)

                          — Ja znam — oznajmiła Lara, odpowiadając błyskawicznie na sugestywne spojrzenie półelfa. — Ale nie dlatego, że jestem Suelką.

                          — W tych stronach, i wielu innych, to doprawdy wielki atut, dr Quatermain — półelf odparł z uśmiechem, przeciągając palcami po strunach nim odstawił lutnię na bok. — To dobrze. To spróbujmy raz jeszcze, tym razem po suelsku!

                          Próby po suelsku jednak zakończyły się tak samo, jak jego wcześniejsze. Nawet zejście w starsze formy współczesnych języków okazało się być równie trafne, co Kai przyjął zaledwie skinieniem głowy, tylko lekko zawiedziony. Pomimo że nie spodziewał się bowiem wielkiego sukcesu, to niemożność identyfikacji choćby języka porywaczy Pogorzeli nadal przyniosła mu frustrację. Pomysł na jeszcze jedną próbę wpadł mu do głowy, lecz zdusił go prędzej niż przyszedł mu na myśl. O ile bowiem inscenizacja tragedii Pogorzeli, by odtworzyć mniej lub bardziej wiernie warunki w których Vuk słyszał tajemnicze komendy, pasowała do jego artystycznej duszy, o tyle niosła ze sobą dwa problemy. Raz, że byłaby przesadnym działaniem o małej korzyści. Dwa (co ważniejsze), że nie miał serca by ponownie zamknąć chłopaka w piwniczce i widział to jako zbędne okrucieństwo, nawet gdyby wyraził na to zgodę.

                          W zamian, wraz z innymi, artysta ruszył przeszukiwać opustoszałą wioskę w poszukiwaniu... Cóż, właściwie sam nie był pewien czego. Odnalezione wcześniej ślady były wszak najbardziej obiecującym tropem. Lepszego nie znaleźli. Jedynie resztki krwi, opuszczone domostwa i, znalezisko najciekawsze acz ostatecznie niepowiązane z zagadką, księgę w chacie sołtysa. W której przewijało się imię kapłanki Bereniki. Służka Atroi bywała tutaj, jak się okazało, częstym gościem i Kai zrazu stwierdził, że warto byłoby ją odwiedzić w jej kapliczce (o ile tam się znajdowała, a nie odwiedzała akurat sioła w okolicy). Nie po to jednak by wypytać ją o Pogorzel, a powierzyć Vuka jej opiece, jeśli jego rodzina miała nigdy się nie znaleźć. Bądź znaleźć nieżywa. Była to jednak pozycja dalsza w nader luźnym planie działania Kaia. Wcześniej już podpytany chłopiec zdradził wszak, że w Łoh mieszkał “dziadko”, który mógłby zająć się nim na krótki okres. Ta wioska była im o wiele bliżej i, jeśli odnaleziony trop miał utrzymać swój kierunek, mogła okazać się właściwie po drodze. Zatem to tam Kai planował odstawić Vuka.

                          Powrót w ciepły okrąg światła rzucanego przez ognisko zwiastował prawdziwy już początek noclegu i możliwość potrzebnego odpoczynku. Długo nie trzeba było czekać, nim słowa zaczęły wypełniać nocną ciszę.

                          — Gru-mwid mawiał... — zaczął powtórnie Seweryn, bo pierwszy raz, nikt nie zasłyszał — ...mawiał, że nocleg niedaleko Pogorzeli urządzili, gdy z emporium do Czarnych Wrót podążali. W głowę zachodzę, dlaczego nie zaszli do samej wioski, jeno tuż niedaleko obozowisko rozbili. Acz o drzewoskałę mogło się rozchodzić... Noc po ataku to miejsce miało, wedle tego com podliczył... o ile dawka substantiae duża nie była. Zmie...erzam do tego, że miejsce to może biec w tym samym kierunku co trop przez was odnaleziony iże dwa te wydarzenia, a przedziwne one, zdają się, mogą powiązane być. Czy wedle słów Grumwida podążając miejsce to zdołacie odnaleźć? — upewnił się, pytając drużynowy zwiad.

                          — Emporium? Em-po-rium? — Kai zaśmiał się przyjaźnie na słowa cyrulika. — Wyście emporium z prawdziwego zdarzenia chyba nigdy nie widzieli, panie Sewerynie. Emporia to są w Loftwick, Niole Dra, Gradsulu! A nie, tu, o, na tym...

                          Półelf ugryzł się w język, zakasłał po aktorsku.

                          — ...tym urokliwym skrawku prowincji Wolnej Ligi, prawdziwie przepięknym okazie rustykalizmu — dokończył kpiarsko. — Bez urazy dla naszych dzielnych towarzyszy, lokalnych dygnitarzy i soli tej ziemi!

                          Przepił przy tym w stronę Migdała i spółki, wznosząc zrabowaną z którejś spiżarki butelkę wiśniówki. Minęło ładnych parę chwil, nim półelf wymienił trunek na swą lutnię i przeciągnął palcami po strunach. Nie zaczął jednak znowu śpiewać, a mówić. Adresując wszystkich i nikogo jednako, poddając się patologicznie artystycznej potrzebie wypełnienia ciszy.

                          — Ten skałodrzew, coście znaleźli przy Grumwidzie... Ta nowa mieszanka... Słyszałem już powiastki o niej — westchnął wieloznacznie. — Powiadają, że zza granicy to idzie, od Książąt. Że niby Szkarłatni używają tych substancji jako stymulantów dla swych wojów. Dodają do tego jakieś roślinki czy inne ziółka z Amedio... Amedio to ta dżungla, parna kraina na południu, za Lazurowym! Duszna, gorąca, podobno intensywnie zielona i kolorowa!

                          Kai powiódł brązowym spojrzeniem po towarzyszach, wykładając geografię. Zupełnie przypadkiem faworyzując przy tym chłopów, którym przydzielono ich w Czarnych Wrotach.

                          — No, i wieść niesie, że ta mieszanka to nie tylko mocno uderza w czerep, ale i wyostrza zmysły. Dodaje sił i wzmacnia odporność! I to tak, że człek po tym nietykalny. O, i libido też! Libido też pobudza, że ho-ho, proszę uważać i nie schylać się niepotrzebnie, by uniknąć... niezręczności…

                          Półelf zaśmiał się z własnych słów. Śliwkowa brandy puszczona w obieg prędko uderzała do głowy przyzwyczajonej do gradsulskich win i już wcześniej zaprawionej wiśniówką.

                          — Eee, ale to pewnikiem nie ta sama mieszanka. Jeno marna imitacja — zawyrokował, przybierając poważny wyraz. — Bo że miałaby inspirować kanibalizm, to nie słyszałem. Bez ochyby komuś zamarzyły się po prostu zyski i próbuje replikować, mieszając tam bogowie wiedzą co. Nie byłby pierwszym. A takie replikacje to rzadko kiedy kończą się dobrze. Ooo tak, o tym to mam wiele historii! Był w Bissel taki jeden gnom, co fortunę zbił na swej wersji fajkowego ziela. Wołano to cudo "całuskiem Boccoba", heh. Bo podobno jak się wzięło jego dech, to widziało się emocjonalne aury ludzi. I że podobnież biły w rytm serc. I przepływ magii też się widziało, jak magik jakowyś, i gwiazdy do człeka śpiewały. Gnom, wiecie, on sam nigdy nie zdradził, z czym mieszał te zioła, ale mówiono że z jakimś kwiatkiem z Doliny Maga. Do tego rozumnym, ha! No, ale mniejsza co on tam właściwie dodawał. Jakby nie było, trafił się taki jeden nieszczęśnik co bardzo polubił tego "całusa", a jeszcze bardziej te halucynacje, bo dawały mu ucieczkę przed smutnym życiem. Tak się chłop uzależnił, że pewnego razu nawdychał się za wiele i, PRZYSIĘGAM!, łeb mu wybuchł od środka tęczowymi kolorami. Tęczowymi! No i po tym, to wiecie, ta fortuna gnoma, wszystkie zyski...

                          Artysta gwizdnął przeciągle, gestem imitując równię pochyłą. Tudzież lot nurkujący.

                          — Z kolei w Gradsulu... — kontynuował, nie przejawiając rychłego zamiaru wstrzymania się od słowotoku. — W Gradsulu był niegdyś kryzys gzów. Zważcie, jakiemuś szlachetce zamarzyła się kariera winiarza. Nieszczęśliwie jednak nie miał za miedziaka talentu ni wiedzy na temat tej wspaniałej i chwalebnej sztuki. Ale szczęśliwie miał koneksje. I owe koneksje sprowadzały mu... hm, jakby to ująć... "trasami o wątpliwej legalności"...

                          — Przemycały mu — ktoś wtrącił parsknięcie.

                          — "Trasami o wątpliwej legalności" — Kai powtórzył z uporem — sprowadzały mu kawałki gwiazdokrzewu z Celene. To ciut myląca nazwa, bo to żaden tam krzaczek. Bardziej karłowate drzewko. Albo przerośnięty krzew. No, ale ładne podobno, bo srebrzyste i migoczące w świetle księżyców. Widziałem ja kiedyś iluzję takowego w Niole Dra. No, i on te kawałki spopielał, a popioły dodawał do wina. Zagęszczały je nieco i barwiły na srebro, jakby żywe srebro! Magiczny był to trunek, oj bardzo. Potężny afrodyzjak i halucynogen. Na salonach zrobił furorę, zamtuzy gotowe były bić się o choćby kroplę tego cudu, a starzy możni wykupowali na potęgę, bo i impotencję leczył! Rzecz jednak w tym, że ten gwiazdokrzew to świętość w Celene. Powiada się, że pierwsze nasienie to był dar od samych Tel'Seldarine. Więc jak elfy złapały tych... khem, "przewoźników"... co szlachetce dostarczali jego kawałki, to oni wszystko wyśpiewali i zrobił się wielki skandal. Celene poselstwo do Gradsulu wysłało, a jak tam im odmówiono, to do Niole Dra, na królewski dwór. Nie, by tam więcej szczęścia znaleźli. Wzięli więc sprawy w swoje ręce, najęli ludzi i posłali ich do szlachetki z nową dostawą. Tylko że do tej partii to dodali larwy czy jaja gzów jakowychś. Mówiono, że zaklętych, "jak to elfy mają w zwyczaju", pffft!

                          Kai na chwilę przybrał wyraz obrazy na twarzy, jakby obruszony w imieniu elfów i własnej, elfickiej połowy.

                          — No i jak się domyślacie, to ten nowy rocznik jak zaczął być sprzedawany, to zaczęło się... W ludziach zalęgały się... I później z nich... Ughhh, nie, nie mogę! Zbyt obrzydliwe! — pokręcił gwałtownie głową, zaciskając powieki. — Sami sobie dokończcie!

                          Aktor pozieleniał na twarzy, jakby miał za chwilę zwrócić kolację w trzaskające ognisko. Błogosławiona cisza nie trwała jednak długo. Gdy tylko opanował obrzydzenie, znowu się odezwał.

                          — A w Rel Astrze...! Ooo, w Rel Astrze to dopiero cuda i dziwy się dzieją. Nie dalej jak pięć lat temu...

                          Historie Kaia o używkach wszelakich i jak dziwne czy obrzydliwe rzeczy zwykło się doń dodawać ciągnęły się doprawdy długo. Z czasem nieco wolniej, acz nie mniej chaotycznie, w mocniej przeciąganych nutach zaczynających zwiastować wiśniowo-śliwkowy bełkot. Ostatecznie jednak, ku niemalże powszechnej uldze, półelf poddał się zmęczeniu i górę wzięły opiekuńcze instynkty. Pożegnawszy towarzyszy przesadnie teatralnym ukłonem, ujął drzemiącego już Vuka i zniknął z nim w chacie zawczasu przygotowanej na nocleg.

                          text alternatywny

                          — Radosny Olidammaro, zlitujże się nad biednym, cierpiącym artystą… EUGH, nigdy więcej… Nigdy, przenigdy…!

                          Typowe jęki, stękania i żałości towarzyszyły Kaiowi o poranku, gdy efekty zeszłonocnego, radosnego mieszania wiśni i śliwek w formie płynno-alkoholowej uderzyły w niego całą mocą. Samo zebranie się z posłania było dlań wyzwaniem godnym bohaterów z legend. Być może dlatego, gdy już wyłonił się na zewnątrz, w oślepiający blask porannego słońca, początkowo wziął ciało nieopodal za złudzenie. Wpatrywał się weń przez długie chwile, zamarły z koszulą na wpół wciągniętą na śniady tors, powoli mrugając oczami, jakby nie wierząc w to, co widziały. Dopiero gdy przywdział odzienie i przetarł powieki paroma ślimaczymi ruchami, a trup nie zniknął w międzyczasie, przyjął do wiadomości jego faktyczne istnienie. Co tylko zwarzyło jego już i tak marny nastrój.

                          — Ugh, zostawić was tylko samych i zrazu znajdujecie trupa! — wyrzucił w stronę Randala i zbrojnych kręcących w pobliżu. — Skąd żeście go właśc… Nie, nie chcę wiedzieć. Jeszcze nie. Muszę się wpierw porządnie obudzić. Wrócę niebawem.

                          Machnąwszy wieloznacznie dłonią, półelf oddalił się na stronę, by w spokoju i ciszy oddać się porannym ablucjom. W nadziei na rychłą poprawę nastroju, która ostatecznie okazała się być płonną. I chociaż czuł, jakby czaszkę rozpłatywano mu toporem, i nie można było mówić, by był rozbudzony bardziej niż minuty wcześniej, nie zwlekał z prośbą o sprawozdanie dotyczące trupa. Podobnie jak o zapytanie, gdzie znajdowała się reszta ich towarzyszy. Odpowiedzi przyjął zdawkowymi pomrukami i mrugnięciami oczu. Kiwanie głową było dlań bowiem nadal zbyt bolesne.

                          Wisielec okazał się być, w oparciu o diagnozę dr Quatermain i Seweryna oraz domniemany czas zgonu, zupełnie niepowiązany z tragedią Pogorzeli, a losową ofiarą nie tak losowej zbrodni. Vresh, tudzież Wrash, czy jakkolwiek miał właściwie na imię, nawet pośmiertnie był określony przez zbrojnych Migdała jako oszust i okrutnik, zatem jego grono przyjaciół za życia było nader wybrakowane. O ile nie zupełnie nieistniejące. Co innego grono tych, którzy życzyć mogli mu jak najgorzej. Kai jednak nie bawił tychże myśli długo. Odgłos ruchu z chaty, gdzie Vuk najwyraźniej właśnie przebudzał się, zmotywował go do działania. Sycząc przy nagłym ruchu, zerwał obrus czy prześcieradło smętnie bujające się na sznurze pod pobliskim domostwem i czym prędzej zarzucił je na trupa wisielca. Rychło w czas, gdyż młodziak właśnie zjawił się w progu.

                          — Ach, Vuk! Piękny mamy dziś poranek, nieprawdaż? — półelf powitał go wylewnie, z szerokim uśmiechem. — Gdybyś zapytał się mnie, cóż takiego czyni poranek pięknym, to odparłbym: “brak wiedzy o tym, co tak naprawdę się dzieje”. Czego z całego serca szczerze ci dzisiaj życzę!

                          Przesuwając się przy tym tak, jakby jego kunia sylwetka miała w jakikolwiek znaczący sposób ukryć osłonięte naprędce zwłoki przed młodzieńczą ciekawością jedynego potwierdzonego ocaleńca w Pogorzeli. Bądź z nadzieją, że chłopak nie dostrzeże w tym nic podejrzanego, humanoidalny garb pod obrusem biorąc po prostu za bardzo nietypową ludową instalację artystyczną.

                          text alternatywny

                          — Kai…?

                          Vuk nieśmiało przerwał ciszę zapadłą przed chatą, gdzie czekali na powrót reszty kompanów. Zerknął przy tym niepewnie w stronę Kaia, który szykował mu talerz ze śniadaniem. Lub mini-ucztą, biorąc pod uwagę jego kopiatość.

                          — Słucham cię uważnie, mój młody przyjacielu.

                          — A te twoje historie, te wczoraj… — młodziak zająknął się na chwilę. — To one tak, no… To prawdziwe takie?

                          — Nie inaczej — półelf odparł. Kąciki jego ust zadrgały, jakby aprobując pytanie.

                          — Bo brzmiały letko nieprawdziwie. Ale podobały mi się! Były dobre. Naprawdę dobre!

                          Szelmowski uśmiech wykwitł już w pełni na twarzy Kaia, a iskry zatańczyły w jego oczach. Wręczył Vukowi przyszykowany dlań talerz z jedzeniem, nim odparł.

                          — Ach, widzisz, to dlatego że ja — wypiął dumnie pierś — nigdy nie pozwalam faktom stanąć na drodze dobrej historii!

                          text alternatywny

                          Śniadanie trwało już w pełni, gdy reszta ich towarzyszy powróciła ze zwiadu i wizyty w obozowisku Grumwida. Kai, który w tak zwanym międzyczasie wyrychtował jeszcze pakunek z paroma rzeczami dla Vuka, zebranymi z jego domu, przywitał towarzystwo radosnym machnięciem i szczerym uśmiechem, nadal jednak wyblakłym przez męczące go skutki zeszłonocnej libacji. Z plecami wspartymi o płotek i wyciągnięty w komfortowej pozie w sprawozdaniu i deliberacjach na temat następnych udzielał się zdawkowo, bardziej skupiony na notowaniu czegoś w dzienniczku obitym prostą, barwioną na żółć skórą. Można było odnieść wręcz wrażenie, że wcale nie interesowały go słowa kompanów. Nic jednak bardziej mylnego. Półelf słuchał ich nader uważnie, korzystając zwyczajnie z podzielnej uwagi.

                          Słuchał i powierzał ich słowa stronicom, dołączając nowe fakty do “Czarnych Wrót, Doliny Drusdygg i Tajemnic Ścieżki Slerotina”, jak roboczo zatytułował skromną kronikę ich dotychczasowych losów. No, “kronika” było słowem na wyrost. Nie szło tu jednak bynajmniej o skalę, zawartość czy dokładność zapisków – o nie, co to, to nie! – a ich formę. Notatnik był bowiem kolekcją mogącą uchodzić za apogeum artystycznego nieładu, złożoną z rymów różnej jakości, strof, stanz, zwrotek, didaskaliów i nawet mniej lub bardziej udanych, przerysowanych szkiców. Był niczym pisany szyfrem metafor bez sensownego klucza, zrozumiałym tylko i wyłącznie dla Kaia.

                          Jedna jeno rzecz podczas rozmowy przykuła uwagę półelfa. Tak gwałtownie, że poderwał głowę znad notatnika.

                          - Zaszątzasz tak pan, panie Claude, to i co dla mnie zostanie? – wtrącił Wincent, który widać poczuł się pominięty.

                          — ...”Claude”!? — wyrwało się aktorowi.

                          Kai wnet zakasłał niezręcznie na to drobne, mimowolne faux pas, lecz nawet nie starał się zamaskować swego zdziwienia na poznanie prawdziwego imienia Migdała. Otaksował go przy tym spojrzeniem i wydał z siebie ciche “huh”, nim przewrócił stronę w tył w notatniku i naskrobał coś prędko nad szkicem czegoś, co podejrzanie przypominało zantropomorfizowany orzech z łukiem. Po czym zatrzasnął dzienniczek, gdyż planowanie dobiegło końca i nadszedł czas, by ruszyć w drogę.

                          — Swoją drogą, panie Migdale, vel Claude…

                          ”Nie, nie Claude, zdecydowanie nie Claude, nawet w ustach źle leży,” zawyrokował w duchu.

                          — Nie ma potrzeby mi panować. Na “pana”, jak zwykło się mówić, to trza mieć wygląd, nazwisko i złoto. A ja nie mam nawet dostatecznie ludzkiej krwi — uśmiechnął się zawadiacko, po przyjacielsku klepnął tropiciela w ramię. — Kai w zupełności zatem wystarczy, druhu.

                          text alternatywny

                          Pozostawiwszy resztę kompanii i wzgórze za plecami, galopując w letnim słońcu, wszelkie zmartwienia i niepokoje zostały tymczasowo zapomniane, a samopoczucie Kaia w żwawym tempie szybować na zwyczajowe wyżyny. Śmiech Vuka posadzonego w siodle przed nim, niezdławiony nijak wiatrem, pozwalał też łatwiej koncentrować się na dobrej myśli że – jakimkolwiek finał tajemnicy Pogorzeli by się nie okazał – młodziak był żyw i zdrów. Przynajmniej na ciele, lecz czas leczył wszak wszelkie rany i nawet wspomnienia nie były w stanie oprzeć się entropii. Półelf zatem czerpał przyjemność z jazdy szaleńczej tylko dla samej radości, unikając nisko zawieszonych gałęzi, z chustą wokół szyi trzepoczącą niczym kawaleryjski proporzec i łomotem kopyt płoszącym stworzonka w mijanych zaroślach. Nic nie mogło jednak wiecznie trwać. Gdy tylko zabudowania wioski Łoh wyłoniły się przed ich oczami, nastał nieuchronny moment powrotu do rzeczywistości.

                          Półelf był zbyt świadom tego, jak gościnność wobec nieludzi, Baklunów i Flanów zwykła się zbyt często objawiać w miejscach takich jak to. Mimowolnie napiął się niczym struna na widok trojga młokosów z cepami, którzy wyszli im na powitanie, czując na sobie podejrzliwe spojrzenia zewsząd. Nie bez powodu miejsce przewodnie przed wjazdem do Łoh odstąpił Sylvowi i pozwolił mu mówić, nie wtrącając choćby słówka. Znajomy akcent zbrojnego prędko zapewnił im otwarcie niezbędne do nawiązania dalszej rozmowy, a obecność Vuka – jak i jej zdawkowo-lakoniczne wyjaśnienia – złagodziła początkową podejrzliwość i zapoczątkowała przychylność. A nawet gościnność, pomimo że była ograniczona do samego ocaleńca, którego Alfira potraktowała prawie że jak swojego – nakarmiła owsianką i kazała przebrać w czysty odziewek, podebrany od któregoś z jej licznego potomstwa.

                          Gdyby nie kompulsja (tudzież instynkt opiekuńczy), by tego rozdziału wątku Vuka dopilnować do właściwego końca, aktor zapewne nie kłopotałby się z czekaniem na powrót Dziadka ze spaceru (“Ha, spacer dla zdrowia! Czyżbyśmy trafili na żarliwego wyznawcę Korda?”). Chociaż mogłoby mu to nie być dane, biorąc pod uwagę jak prędko otoczyli go miejscowi, łaknący szczegółów o tym, co właściwie wydarzyło się w Pogorzeli. Chociaż Kai starał się jak mógł, by złagodzić powagę historii i nie wzbudzać zbędnej trwogi, to sam fakt zniknięcia ich sąsiadów wstrząsnął i rozdygotał miejscowych. Winą zrazu zaczęli obarczać wszystko co gnieździło się w okolicy bliższej lub dalszej. Od wszechobecnych band goblinów, przez chichoczące jak szalone gnolle (w lokalnym narzeczu nazywane też “hieniakami”, co było wyborną lingwistyczną ciekawostką dla Kaia), aż po olbrzymów. Nawet wycie jakiejś sfory zeszłej nocy, w obliczu zniknięcia Pogorzeli, jeden z chłopów zaczął przypisywać likantropom, a ktoś inny wieszczyć zaczął, że miało wnet być gorzej, niż w Sterich za ostatniej wojny.

                          — Łolbrzym bez ochyby! — wyrokował uparcie jeden z młokosów od cepów, bliski użycia argumentów siłowych do przeforsowania swojej racji. — Wszyscy słyszelim przecie ryki! Łolbrzym jak nic. Nie tak, półelfie? Gadojże czy łolbrzym, czy nie! Chyżo!

                          — Eeeee… — aktor zająknął się, niechętny wzbudzać panikę potwierdzeniem.

                          — A nie mówiłem! Łolbrzym!

                          — O Pelorze najjaśniejszy! O Heironeousie Niezwyciężony! Chrońta nas!

                          — Atroo, zmiłuj się!

                          — A co jak on tu nas nawiedzi? O bogowie, co wtedy!?

                          — Ooo, nie! Nie, nie, dobrzy ludzie, tym nie musicie się martwić! — Kai wzniósł dłonie i głos, przekrzykując trwożną litanię. — Ten olbrzym – (a właściwie to ettin, ale któż by się tam frasował precyzyjną kategoryzacją!) – już nikomu nie będzie uprzykrzać życia. No, chyba że mowa o uprzykrzaniu życia gniciem i smrodem, to wtedy tak. Bo myśmy, widzicie, rozwiązali ten gigantyczny problem zeszłego wieczoru. A było to tak…

                          Trwoga nie odeszła zupełnie, lecz zelżała znacznie, gdy Kai podzielił się z mieszkańcami Łoh opowieścią o batalii z dwugłowym ettinem. Rzecz jasna mającą niewiele wspólnego z faktycznym jej przebiegiem, a będąca wersją heroiczną, odpowiednio przesadną i żywo ubarwioną. Miejscowi nie usłyszeli zatem o podstępnie zastawionej lince-potykaczu, nękaniu stwora jak w wojnie podjazdowej czy nokaucie Mariusa, nieomal przerobionego na płaskorzeźbę. O nie, półelf w zamian dał im mężnych bohaterów stawiających czoła ettinowi w otwartym polu, majestatyczne salwy posyłane przez nienaruszalną linię strzelców oraz kapłana Osprem przewodzącego chwalebnej szarży z szantą na ustach.

                          Historia nie miała być wiarygodna.

                          Wystarczyło, że uspokajała i pokrzepiała.

                          text alternatywny

                          Dziadko okazał się być człowiekiem bardzo rzeczowym i odświeżająco bezpośrednim (nawet jeśli ciut obcesowym w tej bezpośredniości), wobec czego rozmowa z nim nie zajęła zbyt długo. Historię o Pogorzeli przyjął ze względnym spokojem, marszcząc się tylko smutnie na wspomnienie o piwniczce i że to w niej znaleźli Vuka, ratując go przed zostaniem przekąską ettina. Podpytany o wydarzenia i zagrożenia, jak jego sąsiedzi wcześniej, podzielił się też fragmentem lokalnej historii, starym jak świat zwyczajem ustnego przekazu przekazując opowieść własnego ojca nowemu pokoleniu. Kai, zawsze łasy na historie mniejsze i większe, przyjął to z wdzięcznością i podziękował mu ślicznie. Nawet pomimo tego, że Dziadko mówcą był słabym i historia o kapłanach Księgi, wypalających tutejsze cholerstwa magią, jakimś cudem w jego ustach wiała nudą.

                          Ostatecznie mężczyzna zgodził się też zaopiekować chłopcem i zadbać o jego bezpieczeństwo na najbliższy czas, co półelf również przyjął z uśmiechem. Wręczył mu przy tym tobołek z rzeczami zgarniętymi z vukowego domu, wyuczoną sztuczką prestidigitatora wciskając też dwie złote monety w splamioną dłoń. Szczęśliwie zdążył wymienić keolandzkie lwy na tutejsze wolne złote, inaczej stypendium mogło okazać się mało lub nic niewarte.

                          — To na jego potrzeby, przyjacielu — aktor podkreślił dobitnie. — Jakby czegoś wam było trza, albo jakieś kłopoty pojawiły, to poślijcie wiadomość do Czarnych Wrót, do Lazurowej Kompanii. Do mnie. Lub do Wylli van Coen, ale powołujcie się na mnie.

                          Dziadko mruknął tylko przytakująco w odpowiedzi.

                          — No, to niech Olidammara się do was uśmiecha! — bard pożegnał mężczyznę.

                          Pożegnanie z Vukiem nie poszło mu już tak łatwo. Nie chodziło bynajmniej o uczucia Kaia – wmawianie sobie, że była to jedyna racjonalna opcja i innego wyjścia nie było działało cuda – a fakt, że młodziak dopadł go i wczepił się weń jak kościogryz w sir Grimleya dzień wcześniej, w podziemnej komnacie. I nawet srebrny język półelfa, zapewnienia i obietnice powrotu, nie były w stanie złamać uporu chłopca, niewątpliwie potęgowanego świeżą traumą. Szczęśliwie Dziadko przyszedł mu w sukurs i, wyzwolony z zaskakującego silnego uścisku, półelf nie zwlekał z wskoczeniem w siodło.

                          — Zobaczymy się jeszcze — rzucił na pożegnanie, z wymuszonym uśmiechem. Czymże bowiem była jeszcze jedna obietnica, mogąca okazać się fałszywą nadzieją? — Do następnego, Vuk!

                          Po czym ściął konia i, nie czekając na Sylva, wystrzelił naprzód. Jak wicher przemknął między domostwami, furkocząc chustą, gotów czym prędzej zostawić Łoh daleko za plecami. Kai gnał przed siebie.

                          Tak, jakby chciał prześcignąć chęć obejrzenia się przez ramię.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #125

                            Późny poranek, 30 sierpnia, 591 WR

                            Nieobecność Kaia szybko uleciała z pamięci tropiących. Mieli co robić. Za dnia, w dogodnym świetle i z wzniecieniem we krwi, poszukiwacze przeczesywali zarośla i wykroty, jakby liczyli znaleźć tam złote samorodki. Przetrząsali rowy i nory, zerkali w dziuple i kępy zielska, wykręcając na wszystkich zmysłach najwyższe osiągi. Do tego pocili się niemal od skupienia na detalu, robiąc mózgom prawdziwą ścieżkę zdrowia.

                            Zależało im. W końcu mieli nadzieję, że więcej jest takich Vuków, których da się jeszcze uratować. Poza tym zaś wzniosłym pragnieniem, po prostu dobrze im szło. Dobrze im szło i pod okiem Migdała, który teraz, w porannym świetle prawdziwie błyszczał, co chwila znajdowali kolejne skrawki prowadzące ich naprzód.

                            Zaiste, były to skrawki, bo forsowny marsz porywaczy prowadzony był sprawnie i miał w sobie coś z mylenia tropów. Zdarzało się, że wątłe linie naruszeń leśnego porządku, które w przymrużonych oczach coraz mocniej rysowały się grubym dłutem w twarde szlaki, znikały nagle. Znikały i bywało, że nagle las otaczał poszukiwaczy pustą już tylko przestrzenią zwykłości.

                            Wtedy rozglądali się desperacko, błądzili, cofali i krążyli, czując wzbierającą frustrację. Ale udawało się. Do tej pory jeszcze udawało się pójść dalej, wychwycić coś jeszcze, co ciągnęło wątek i po ciszy niezmąconego ludzkimi stopami mchu (czyżby?) na powrót trafić na Ślad.

                            W pewnym momencie Migdał zalecił przegrupowanie, by część drużyny cofnęła się w umówione miejsce zgarnąć pozostałych. On miał powoli drążyć naprzód. Zaangażowanie w zbożne dzieło ratowania wszystkim pasowało bardziej niż odbieranie spóźnionych, ale Marius i Randal zrobili co trzeba.

                            Choć Utopiec lepiej czuł się na otwartych przestrzeniach niż w leśnych gęstwinach, a paladyn lepiej tropił ofiary w miejskiej dżungli, to we dwóch dali radę łatwo znaleźć drogę w tę i z powrotem. Przy powrocie zresztą, już we czwórkę, mogli polegać na leśnej ekspertyzie Sylva. Choć facet wyglądał bardziej jak przerośnięty leprechaun (prócz brody!) niż człowiek dziczy, to wczoraj udowodnił już, że w tropieniu nie jest hobbystą.

                            - Jesteście – ucieszył się Claude vel Migdał, którego nowo odkryta natura niektórym jakoś nie zgrywała się z jego osobą. - Las się zmienia, przechodzi w iglak. Sosna, świerk. Są jeszcze buki, ale mniej liści będzie... I gleba inna.

                            - To lepiej-gorzej? – zapytał prosto z mostu Marius, który nie miał co udawać speca przy specu.

                            - Momentami bardziej piaszczyste tu zbocze, usypiska... To łatwiej – wyjaśnił przewodnik. - Ale nie wszędzie. Zresztą, zależy jak szli.

                            - Przekonamy się – zszedł na konkrety Randal. - Chcemy tu gdzieś przywiązać konie, będzie gdzie? Czy idziemy z nimi?

                            - Na razie pociągniemy tu jeszcze kawałek... Tam dalej będzie polanka, zepniemy je.

                            Zjednoczeni i wytężeni, tropiący trochę motali się w kółko, ale w końcu znaleźli czego szukali. Polankę – z czym akurat problemu nie było – i ślady, których szukali.

                            Jaśniejący nagrzanym piaskiem przesmyk między dwoma zagajnikami nosił liczne tropy. To było skrzyżowanie, zwierzęce rozdroże. Tu widzieli wilcze i jelenie ślady. Tędy chodziły sarny i borsuki, a Lara wypatrzyła też i rysia, który wybrał się na spacer z młodymi.

                            Co jednak ważniejsze, na skraju przesmyku (ach, łachudry, musieli zatem uważać, wiedzieli co robią!), odcisnęły się ślady ludzkie. Ślady części zagonionych w korowodzie, którzy zahaczyli o piasek, ale też paru zaganiających, którzy musieli podbiec od lewej by utrzymać szyk grupy.

                            Tropów było kilka, podobnych wielkością i mogących robić za ludzkie. Pewnikiem grupa była większa, a tu trafiło się tylko parę jednostek pilnujących jednej strony. Wszyscy mieli jednakie obuwie, niemal płaskie i bez bieżnika. Niedopasowane do górskich wędrówek, a jednak stąpające w równych odstępach, miękko i sprężyście.

                            - Mnożąc ich tu, wedle założeń, że każda część przemarszu byłaby obstawiona w co najmniej równym stopniu... – Lara zrobiła minę sugerującą, że rozmawiamy teraz wstępnie i na luzie, proszę nie brać tego jeszcze za dane naukowe – To mamy do czynienia z grupą co najmniej szesnastu porywaczy. Przyjęłabym jednak, niezależnie od ich sprawności, że przy całej wiosce byłoby ich pewnie bliżej dwudziestu.

                            - Zapewne tak, ale tropy są bardzo podobne... – zgodził się Migdał. - Ciężko oszacować tak dokładnie, bo wiele śladów po drodze... Śladów tych, co napadli, znaczy się... No, nie mają w sobie dużo, no, jakby to rzec... Charakteru?

                            - Unikalności – dopowiedział Seweryn, rozumiejąc co tropiciel ma na myśli.

                            - A właśnie. Często jak ktoś kroczy, to idzie po swojemu. Bardziej jedna noga, druga. Trochę włóczy, zaciąga, tempo zmienia – tłumaczył łowca. - A tu idą bardzo podobnie. Jak wojsko. O, szkolona banda, psia ich mać.

                            - Zjedźmy może tu przywiązać konie, co? – wtrącił się Sylv. - Szkoda, żeby który zadeptał co przypadkiem, a tu już możemy iść szerzej.

                            - Ciii! – Bardziej właściwie pokazał niż syknął Randal, ale w połączeniu z gestem palca i ekspresją na jego twarzy wszyscy usłyszeli paladyna jakby niemal zagwizdał z echem.

                            Rycerz wracał po cichu od strony polanki, gdzie mieli spiąć zwierzęta, wygnany w awangardę pierwotnymi potrzebami, których w pobliżu damy załatwiać się nie ważył.

                            Oddaleni o dobry kawałek, z rękoma na końskich chrapach i blisko ziemi, poszukiwacze przykulili się blisko siebie, by wysłuchać dokładniejszego raportu.

                            - Gobliny. Na polanie mają obóz. Gotują coś chyba – opisywał rycerz. - Czterech, pięciu było na pewno. Więcej nie widziałem. Cofnąłem się cicho, tyłem. Nie mogli mnie dostrzec.

                            - A jednak gobliny? – zdziwił się Sylv.

                            - Nie widziałem z nimi nikogo – wzruszył ramionami Randal. - Może przypadek, ale coś blisko tu jeden przypadek drugiego się trafia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz
                              napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                              #126

                              Kai (Aro)

                              ♪ Bo mam ostrogi, co brzęczą-dźwięczą-brzęczą (Dźwięczą-brzęczą),

                              Gdy radośnie w siodle jadę w dal! (Dźwięczą-brzęczą)

                              I śpiewają "czyż wolność nie jest słodka?" (Dźwięczą-brzęczą)

                              I ta śpiewka prawdę w sobie ma! (Dźwięczą-brzęczą) ♪

                              Wioskę Łoh dawno już zostawili daleko za plecami. W sensie fizycznym. W sensie metaforycznym... już mniej. Kai miał z tym nie lada problem. Myśli bowiem uparcie powracały do Vuka i tego, co mogła przynieść mu przyszłość. Teraźniejszość oferowała im jedynie trop ku niewiadomej, nic ponad to, a los rodziny chłopaka i reszty mieszkańców Pogorzeli miał utrzymywać się w tajemnicy aż po kres tej ścieżki. Jedyne pocieszenie – marne, bo marne, acz nadal lepsze niż żadne – szło odnaleźć, paradoksalnie, w niepewności właśnie. Dopóty mógł sobie pozwolić na optymizm w kwestii zniknięcia wioski, dopóki natknęli się na twarde dowody to uniemożliwiające. Zupełnie tak, jak w przypadku "myślowego eksperymentu" – cokolwiek ten termin oznaczał, Kai nie był pewien – szalonego maga Zrodengera z Greyhawk, kot którego był jednocześnie żyw i martwy tak długo, jak skrzynia w której się znajdował pozostawała zamknięta. Czy coś w tym duchu. Aktor bowiem zupełnie nie rozumiał celu tegoż doświadczenia, gdy zasłyszał oń lata temu, wobec czego samą historię pamiętał mgliście. I po dziś dzień nie rozumiał, czy bardziej chodziło weń o kota, czy o skrzynię.

                              Dlatego też podczas jazdy powrotnej wyciszał myśli przyśpiewkami, dobierając radosne pozycje ze swojego obszernego repertuaru. Zarówno podczas podróży tylko z Sylvem, i później, gdy spotkali się z sir Randalem i Mariusem w wyznaczonych wcześniej ruinach. Kai zaprzestał śpiewów dopiero przy przegrupowaniu z resztą hanzy, gdy podążanie tropem porywaczy wymagało względnej ciszy i dyskrecji. I o ile półelf nie udzielał się przy śledzeniu śladów, doprawdy słabo wyznając się na takich sprawach i pozostawiając je w rękach fachowców, to nie zamilkł zupełnie. Naprawdę słabo bowiem znosił zupełną bezczynność, o ile nie towarzyszyły jej pokaźne zapasy wina i wygodne siedzisko (bądź inny mebel, najlepiej obity eleganckim pluszem i obłożony chmarą poduch). Zatem gdy obserwował poczynania tropicieli-przewodników, dłonie zajął pleceniem końskiej grzywy przed nosem w warkoczyki flańskim zwyczajem, a myśli – narracją rzeczonych poczynań. Półgłosem, acz niepozbawionym patosu godnego desek teatru.

                              "Klaudio Bystrooki, co ślad mrówki z siodła dostrzeże;
                              Tropiciel wprawny, od wierchów wysokich aż po nabrzeże;
                              Pogromców olbrzyma w knieje coraz wyższe wiedzie,
                              By porwanych ratować i ludzkiej zapobiec biedzie."

                              "Hmmm, wymaga dalszych szlifów," ocenił w duchu. Nigdy nie przyznałby się do tego na głos, zwłaszcza przed innymi, lecz był samemu sobie najgorszym krytykiem.

                              "Choć panną się jawi dla męskiego oka;
                              To bynajmniej nie nimfa, a światła uczona!,
                              W wojaczce i tropieniu jednako wykształcona,
                              Tropy tuż za nim śledzi Laura Czworooka!"

                              — Zbieżność osób, imion i wydarzeń całkowicie przypadkowa! — Kai obwieścił przy tym w pewnej chwili, sięgając po formułkę uwielbianą zwłaszcza przez co bardziej przewrotowych artystów, lubiących dzierżyć rymy wobec możnych i wpływowych. Takowa "wiarygodna zaprzeczalność" bywała im naprawdę efektywną egidą, choć nie zawsze zapobiegała procesom o zniesławienie.

                              Półelf z doprawdy wielkim trudem powstrzymał się od reakcji, gdy wygnany naprzód za potrzebą sir Randal powrócił i powiadomił o grupce goblinów obozujących na polance. A właściwie to wyrażenia takowej. W duchu bowiem parsknął z rozbawieniem.

                              "Jak to dobrze, że pojawiły się gobliny!," zachwycił się. "Teraz już będę mógł opowiadać tę historię bez wyrzutów sumienia, że brakuje weń obowiązkowego elementu!"

                              W istocie tak już się utarło wzdłuż i wszerz Flanaess, że te prymitywne humanoidy wręcz musiały pojawić się w każdej opowiadanej historii. Najczęściej pełniły jednak nader prostą rolę, redukowane były do puenty niskolotnych i mało wyszukanych żartów, bądź do szkodników pozbawionych instynktów samozachowawczych, o ambicji mięsa armatniego, samemu pchających się pod ostrza, co zakrawało po prostu na samobójstwo z dodatkowymi krokami. W nielicznych jeno opowieściach, snutych przez wprawnych gawędziarzy, nie były one lekceważone i były właściwie przedstawiane, jako przebiegłe humanoidy, nie głupsze od ludzi, mogące napsuć naprawdę wiele krwi. Prymitywność wszak, wbrew powszechnemu przesądowi, nie oznaczała skrajnej głupoty.

                              Kai, pomimo że świadom był tychże rzeczy i daleko mu było do bagatelizowania czego- i kogokolwiek, nie widział w grupie goblinów na polanie większego zagrożenia. Prędzej niewielką przeszkodę na ich drodze. Mieli w końcu dwa naprawdę spore atuty po swej stronie – element zaskoczenia i liczebność – a on sam w swym magicznym repertuarze kołysankę, która mogła znacząco przeważyć szalę na ich korzyść, jak nie całkowicie rozwiązać napotkany problem. O ile Olidammara miał się doń uśmiechnąć przy jej wykorzystaniu. Niechętny jednak obnosić się ze swym talentem Kai musiał zdać się na kreatywne podejście.

                              - Gobliny. Na polanie mają obóz. Gotują coś chyba – opisywał Randal. - Czterech, pięciu było na pewno. Więcej nie widziałem. Cofnąłem się cicho, tyłem. Nie mogli mnie dostrzec.

                              - A jednak gobliny? – zdziwił się Sylv.

                              - Nie widziałem z nimi nikogo – wzruszył ramionami Randal. - Może przypadek, ale coś blisko tu jeden przypadek drugiego się trafia.

                              — Blisko, blisko, lecz nie takie już przypadki Flanaess widziało. Przecież ślady były ludzkie, tak? Niewykluczone jednak, że ta kompania porywaczy najęła gobliny, by pilnowały im tyłów. Acz mało prawdopodobne — zawyrokował Kai szeptem, wodząc spojrzeniem po kompanach. Odchrząknął, nim kontynuował. — Jak weźmiemy ich żywcem, to możemy zapytać, może któryś zna Wspólny. Mozna ich podejść, zerknąć co tam robią, nim zadziałamy. Poza tym, to nocne istoty, w dzień lubią sobie pospać, może złożą się zaraz do snu i będzie nam łatwiej.

                              Półelf nawet okiem nie mrugnął, łżąc jak z nut o rzekomej naturze goblinów.

                              — Albo, o!, wy tu przygotujcie sidła, ja się podkradnę i spróbuję ich tutaj ściągnąć — zaproponował alternatywę. — Potrafię imitować sokółkę keolandzką, to może być nasz sygnał!

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Niedostępny
                                PaniczP Niedostępny
                                Panicz
                                napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                #127

                                Randal (Mike)

                                - Nie działajmy pochopnie - ostudził Kaia Randal. - Warto by sprawdzić ślady wokoło polany. Zawsze zdążymy urządzić pułapkę.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #128

                                  Seweryn (Rewik)

                                  — Ty z Lazurowej Kompanii, nie? To dzieje się teraz u was, nad tym Lazurowym Morzem, oj, Lazurowe... Czyli, że niebieskie, nie? No, to zaraz chyba się zrobi czerwone, spłynie krwią... Ale nie, nie – spokojnie! Mówię, że tam ci wasi leją Szkarłatnych i piratów teraz, walą aż się niesie przez bagna! Może wreszcie wyplenią tę szarańczę, tfu, kurewskie nasienie i będzie spokój... Ale to trzeba naprawdę, poważnie mówię, wygnieść ich wszystkich, wybić, wypalić. Aż morze szczerwienieje...

                                  — Jak zarazę. — Seweryn pokiwał głową, bardziej chyba dla pozorów, jak w wyniku faktycznego zainteresowania, jego uwaga była skupiona na czymś innym, czymś co należało oczyścić, najlepiej ogniem przypalić.

                                  — Ale łatwo to chyba nie będzie, bo chociaż tam się coś posypało Szkaradom w środku i bunty mają, to fanatycy to są straszni... Walczą jak szaleni i nigdy się nie poddają, a jeden może dziesięciu zabić sam... Mam nadzieję, że uda się ich tam zagonić i ubić raz na zawsze, ale boję się, że się rozlazą wszędzie i niektórzy i do nas trafią... A z nimi to jak z wężami normalnie... Wyciągasz nogi, łączka ładna, słoneczko, cisza i syk, ugryzie i nie ma człowieka. Tak i te, Szkarady jedne, jak węże w trawie. Ubijać mówię, ubijać twardo!

                                  Szkapa pod zadem Seweryna miotała się czasem niespokojnie, zwłaszcza na początku, jakoby przypadkiem strącić jeźdźca zamierzała. Jeździec zaś odwzajemniał się szarpanymi ruchami i uderzeniami, które niejeden wprawny konny za przekroczenie dobrego smaku by poczytał. Zwierzę to z pewnością byłoby szczęśliwsze, nawet nosząc na grzbiecie Utopca.

                                  Wlókł się za resztą, rozmyślając zapewne głównie o powinnościach zaniedbanych w Czarnych Wrotach. W jaki sposób owa wyprawa miała go ku celom jego przywieść? Przysługa bywała niewdzięczną kartą. Jednakże było coś w owych Pogorzelowych i przedtem Wrzosinowych zniknięciach intrygującego. Wydarzenia te, wnosząc po zbrukanym miejscu kultu, miały w sobie niemal na pewno zabarwienie religijne, a i charakteru rytualnego zapewne nie brakło - gdyż pojmani, w Seweryna mniemaniu, rolę ofiar pełnić mieli w bliżej nieznanym obrzędzie. Okultyzm zaś tego rodzaju fascynował, nawet jeśli burzył przy tym wszelkie granice tego co dobre i złe. Fascynował on i Seweryna, rzecz jasna w sposób naturalny i niewinny. Tak, owa tajemniczość wodziła za nos, obiecywała wiele jednocześnie nie mówiąc nic... a więc podążał dalej i dalej, przesuwając swoje kolejne granice.

                                  Cyrulik zmrużył oczy, obserwując nadchodzacego Randala, który swym objawieniem wszelkie rozmowy w szepty zamienił, gdy o obecności goblinów obwieścił i wsłuchał innych.

                                  — Czy to aby na pewno sprawa nasza? - zapytał medyk, bakałarz. — Któryś snadź ranny zostanie i marsz spowolni. Sprawdzić można, czy uciekiniera może jakiegoś na śniadanie nie szykują, lecz potem w drogę trza nam ruszać.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #129

                                    Lara (Alex Tyler)

                                    Lara patrzyła na świat jak na mapę zasnutą skazami: tu rysa Pogorzeli, tam plama po Grumwidowym obozie — wszystko to dało się odczytać, jeśli podejść z czułym, lecz zimnym okiem. Dwie tragedie stały przed nimi jak rozwidlenie ścieżek: jedna — cienka i bardziej osobista, druga — szeroka, mnoga w ofiary. W sercu Quatermain zakwitła stara arytmetyka trudnych wyborów: czy warto zaryzykować istnienie niewielu, by zyskać szansę na uratowanie wielu? Wiedziała, że los nie daje rabatów na sentymenty. To nie był moment na sentymentalne cierpienia — była tu, by liczyć, mierzyć i działać. I tak też uczyniła.

                                    W duchu podziękowała Randalowi, który za nią podciął filary Migdałowej argumentacji. Doceniła gest, który zdjął z jej pleców brzemię przekonywania. Claude miał rację co do psów i wsparcia — ale trop był jeszcze ciepły. Przypominał włókno, które trzeba trzymać palcami, nie puszczać, bo rozplącze się i przepadnie. Medyczka rozumiała to z profesorską chłodnością: każdy rozdział śledztwa to siatka decyzji, a ona nie zamierzała pozwolić, by czyjś dobry zamiar rozerwał nitkę, którą jeszcze mogli pociągnąć.

                                    Kiedy odchodzili, zapachy porzucanego obozu przyklejały się do powietrza jak małe wspomnienia tego, co jeszcze można było uratować. W jej piersiach zamigotał gniew przeciwko tym, co zamieniają ludzkie losy w towar. Nie rzucała manifestów — działała. Empatia Lary nie była teatralna: była narzędziem, które napędzało jej działanie.

                                    Na skraju przesmyku włączył się jej śledczy instynkt: detale, które inni przeoczyli, wyrastały przed nią wyraźne jak znaki na kamieniu. Ślady ludzkie przetykane śladami zwierzyny, równe w kroku, niemal bez indywidualnego „akcentu” — coś jak wojsko, albo dobrze wyszkolona banda. Quatermain, z matematyczną bezlitosnością, szacowała liczebność: konstelacja tropów mówiła o co najmniej szesnastu, może bliżej dwudziestu. Nie była to spekulacja z pozycji literackiej melancholii, lecz chłodny rachunek, który dawał planowi wagę i odpowiedzialność.

                                    Gdy Randal wrócił z raportem o goblinach, strzelczyni przez chwilę ważyła możliwość, że ktoś wynajął te stworzenia jako tylną straż. Gobliny w dzień niedaleko wioski — to sygnał albo przypadkowej koniunktury, albo sprytnej zasłony. Można było spróbować wziąć ich żywcem i wyciągnąć obciążające informacje, można było też zastawić w spokoju. Lara lubiła opcje, które pozwalały żyć pytaniom: jeśli by ich nie zabili, może dowiedzieliby się czegoś, co rozplątałoby większą szaradę? W jej głowie zaczęły się układać przybliżone manewry, ciche i precyzyjne jak operacja chirurgiczna.

                                    I tak przez chwilę stała, niespokojna dłoń blisko rękojeści bułatu — nie z powodu strachu, ale z powodu głodu skutku. Wiedziała, że wybór jednej drogi oznaczał poświęcenie innej. Znała wartość tej matematyki tragedii. Ale była też przekonana, że im więcej działań podejmą teraz — z rozmysłem i bez fanaberii — tym większa szansa, że choć część z tych rozszarpanych nici da się zszyć. Czarnooka blondynka spojrzała jeszcze raz na las, na tropy w piasku i na ludzi, którzy oddawali się dyskusji. W jej oczach odbijała się odpowiedzialność i drobna, ekscentryczna radość łowcy, który zyskał właśnie zagadkę do rozwiązania.

                                    — Przyznam, że plan Kaia brzmi nieźle, ale nie wiem, czy mamy uzasadniony powód do agresji — przemówiła. — Sugerowałabym przeprowadzić szybki, ale i dokładniejszy zwiad. Sprawdzić, czy te istoty mogą być przydatne w rozwiązaniu naszej sprawy, albo czy ich likwidacja przyniesie jakikolwiek pożytek Dolinie Drusdygg. Miałam wiele do czynienia z kulturami prostymi i nie uważam, że same szorstkie obyczaje legitymizują prawo do zabijania.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #130

                                      Narady, co do zasadności zasadzki na gobliny trwały pewnie parę pacierzy (Marius mógłby potwierdzić, że takich Ospremowych to nawet i więcej, bo bogini lubiła konkret), ale też nie za długo. Ostatecznie półszeptem, w napięciu i skuleniu średnio się gadało. Szybko wyszlo też, że w drużynie więcej ostrożności i humanizmu niż można by się spodziewać (może ogółem więcej w tym miksie było tego pierwszego, acz doktor Lara miała odmienne proporcje od reszty).

                                      Grunt, że na razie postanowiono zwiadować, a ewentualne interakcje z goblinami – spodziewane jako bicie i wleczenie – zostawiono sobie na nienamacalne może tak, może nie.

                                      Migdał przyjął swój udział w wypadzie naprzód za oczywisty. Kai, skoro już sam zaproponował podkradnięcie do obozujących, wycofać się nie mógł i nie chciał, a Lara – jak to Lara – bladła jeszcze poniżej swej zwyczajowej bladości, jeśli dłużej nie dane jej było zażywać przygody i emocji. Szczęściem cała trójka wiedziała, co robi i umiała poruszać się cicho i z gracją.

                                      Sokółka keolandzka pozostała umówionym sygnałem, a lekkostope trio ruszyło przed siebie. Uszy strzygły, oczy łypały, a nosy niuchały. Kocie kroki prowadziły ich zgrabnie, choć kiedy z piasku śródleśnego, naturalnego traktu zeszli na omszałe kępy bliżej polany, zrobiło się trudniej.

                                      Mech, ma się rozumieć, wygłuszał kroki, ale poza sosnami i świerkami trafiały się tu też buki i brzozy, które przez ostatnie suchoty zrzuciły nieco listowia, tworząc szeleszczące mozaiki. Migdał manewrował między nimi jakby szedł z pamięci po własnej izbie, ale Lara i Kai mieli już więcej problemów i każdemu zdarzyło się parę razy zatrzeszczeć.

                                      O ile jednak by ich usłyszeć trzeba by nieźle wytężyć uszu, albo przynajmniej być w pobliżu, o tyle goblinów w ogóle nie było słychać. Skradacze nie chcieli podchodzić zbyt blisko, ale musieli mieć przynajmniej nieco rozeznania w sytuacji. Duży zwalony pień dębu, który zdążył już nieco zbutwieć, obrosnąć mchem i paprociami tworzył doskonały przystanek przed wystawieniem się na czyjkolwiek widok.

                                      Wyglądało jednak na to, że pokazać się, albo i nie pokazać, nie ma komu. Polana była pusta. Randal nie oszukiwał, na trawie rzeczywiście były ślady paleniska, a widać, że poruszone było niedawno. Wokół leżały też rozrzucone szmaty i kawałki drewna, a odłamki mówiły, że w ruchu wcześniej były też butle.

                                      Wszyscy troje ponownie przykurczyli się za zasłoną, chłonąc z bliska woń grzybów i czując pod palcami chropowatość drewna przetykaną gąbką porostów. Nasłuchiwali. Nie mówili. Czekali.

                                      Kai ze swym słuchem nie minął się z powołaniem jako muzyk. Umiał wychwycić delikatne nuty i dysonanse między nimi. I teraz ta czułość przydała się, bo kiedy pozostała dwójka trwała w ciszy z półprzymkniętymi oczami, on dał im znać gestem, że coś wychwycił.

                                      Ktoś był poza polaną i zaszeleścił gdzieś w gąszczu. Gdzieś po drugiej stronie, w głębi i więcej niż raz. Nie jak mysz czy inna wiewiórka, pełniej. Cicho, na granicy słyszalności, a może i poza ludzką granicą, ale półelf był pewien. Ktoś, przynajmniej jeszcze przed chwilą, tam był.

                                      Mapka

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Niedostępny
                                        PaniczP Niedostępny
                                        Panicz
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #131

                                        Seweryn (Rewik)

                                        Cyrulikowi kolejny już raz przyszło sięgnąć po ręczną kuszę "kruszynkę". Przygotował, co lepiej było przygotować teraz, niż później z goblinami dziurawiącymi go w międzyczasie na durszlak. Wyjął także nóż, który to miał zwyczaj nosić przy sobie. Uczynił to jakby dla przypomnienia jego obecności i ciężaru. Było to dość długie ostrze, jak na podręczny nożyk. Z zadziwiającą (jak na pobożnego i skromnego konowała) sprawnością pobawił się nim, to obracając w dłoni wokół osi wzdłużnej, to poprzecznej. Robił to raczej nieświadomie, odruchowo, bowiem uwagę skupił na lustrowaniu okolicy. Odszedł też naście kroków, starając się uszanować jednogłośnie zarządzoną ciszę, by i tam sobie popatrzeć. Raz czy dwa coś zwróciło jego uwagę na chwilę, lecz nie dość długą by uznać, że znalazł coś interesującego. Ale to pewnie i lepiej. Sokółki keolandzkiej póki co nie słyszał. Nie wiedział też za bardzo jak taka sokółka... no właśnie ćwierka, trela, gwiżdże, trzeszczy? Ale zdało mu się to zbędną wiedzą. Wystarczyło nasłuchiwać czegoś, czego wcześniej w tym lesie nie słyszał i co będzie brzmieć jak udawane gęganie, czy kwilenie. Drzewiej zwykle to wystarczało. Wtedy jak mniemał do reszty należałoby pobieżyć.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Niedostępny
                                          PaniczP Niedostępny
                                          Panicz
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #132

                                          Przeciągłe, wysokie tirli-tirli sokółki keolandzkiej nie trafiało się w lasach zbyt często. Sokółka, jak i jej krewniaczka pustułka, wolała otwarte przestrzenie, gdzie mogła wisieć sobie wysoko pod słońcem i wypatrywać ofiar rozkołysana na podmuchach wiatru. W gęstwinach jej bystry wzrok był na nic. Co po nim, gdy konary i krzewiny zasłaniały widok.

                                          A jednak dziś sokółka się odezwała. Odezwała i to w samym sercu lasu.

                                          Kai nie spodziewał się sokółki, kiedy rozdzielał się z kompanami skręcając przy samej ziemi w lewo, wśród grzybów i paproci raczkując w cieniu ogromnego świerku. Lara też nie myślała jak wybrzmi umówiony sygnał, gdy dała cichego nura między paproć a głóg i potem jak myszka przeciskała się za obrośnięty akantem głaz.

                                          Wiedziała, że może być gorąco już wcześniej, ale kiedy bard wytrzeszczył na nią ślepia i dał jej i Migdałowi niemy sygnał, że tam-tam jest ktoś-ktoś (choć gdyby tłumaczyła komunikat z kiwania i pokazywania na mówiony, pewnikiem ułożyłaby to w zdanie złożone), poczuła, że pot spływa jej po szyi, a serce podbija tempo. Lubiła adrenalinę, ale wiedziała też, że z czatowań i podchodów rzadko wszyscy wychodzili cało. A na pewno nie ci, którzy czatowali i podchodzili gorzej niż ci drudzy. Ona zaś słyszała kwiczoła, brzęczenie osy, dalszy świergot kosa i bicie własnego serca. Czatujących w zasadzce – jeśli ktoś był tam w ogóle – nie słyszała nic a nic.

                                          Spojrzała niepewnie na Migdała, który prześliznął się do niej bezszelestnie i przypadł bliziutko aż się skuliła. Na moment, mimowolnie. Normalnym było, że musi być blisko. Kamień dawał jako taką osłonę dla jednej osoby, ale przy dwóch było już licho.

                                          Wymienili spojrzenia. Nic. Nic a nic. Migdał wzniósł wysoko brwi nad bladymi, szarymi oczami. Nie, on też nic nie słyszał. Musieli podejść bliżej.

                                          Przekradli się w kuckach po suchym igliwiu, cicho jak jeże. Byli za niedużym świerczkiem. Migdał dał susa pierwszy. Lara nie wiedziała właściwie jak to zrobił – było nie było, wysoki facet – ale przesadził wąski prześwit od polany do następnej kępy paproci praktycznie nie wystawając ponad trawy.

                                          Jej poszło gorzej, bo pod butem zachrzęścił kawałek muchomora, dodając swój mięsisty skrecz do leśnych odgłosów. Ale to była sekunda, a Lara była już dalej, w gąszczu bujnych paproci, gdzie cień zapadał na przypadłych do gleby jak zamkowa brama, odcinając twardo świat dookoła.

                                          Nie słyszeli ani goblinów, ani skradającego się Kaia. Sam bard zresztą z początku też nic nie słyszał. Ani własnych ruchów, które składały się z leśnym podłożem jak idealnie dopasowane puzzle. Ani goblińskich. Wyłapał jednak coś na granicy zmysłu. Jeśli nawet nie ruch, to coś.

                                          Przekradł się pod koroną niedawno zwalonej topoli, ciągle gęstej i kryjącej jak wieczorna szarówka. Stąd czuł już niemal ciepło od zgaszonego niedawno ognia i zapach mięsa. Coś było tu pieczone. Ale niedługo. Mocniej czuć było alkohol, który wylał się z przewróconego antałka zwalonego gdzieś w trawie. Słodkawy smród bimbru niósł się przez polanę ściągając owady.

                                          Bard leżał w runie niby wąż w zasadzce, ale po chwili nasłuchiwania, kiedy znów nie wyłapał żadnego dźwięku, przesunął się naprzód, korzystając z osłony wyrwanego drzewa. Na końcu pnia był spory wykrot, gdzie planował przypaść, by wybadać ciąg dalszy.

                                          Kai lubił spanie pod gołym niebem i leśne przechadzki, ale brudzenie się i szorowanie brzuchem wśród grzebiącego w ziemi robactwa było nieco dalej na skali życia w zgodzie z naturą niż jego granica komfortu.

                                          Ale co było robić? Nie był tu sam. Ryzykował nie dla siebie. Grał drużynowo. Musiał iść. Szedł.

                                          A w zasadzie czołgał się, wychodząc poza wykrot i między gęstwinę leszczyn i paproci.

                                          To stamtąd dobiegł reszty pięknie imitowany trzebiot sokółki keolandzkiej. Stamtąd, choć skąd dokładnie wiedział tylko sam Kai, bo na razie był poza czyimkolwiek zasięgiem wzroku.

                                          Ale zaraz pokazał się Larze i Migdałowi, zamajaczył z początku wyrastając nagle spośród paproci po drugiej stronie polany.

                                          - Chodźcie tutaj, czysto – zawołał uspokojony, machając do kompanów ponad zielskiem. - Można przejść.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy