Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 411 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Online
    PaniczP Online
    Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez
    #68

    Randal (Mike)

    - Nikogo nie wolno od tak, na pierwszy rzut oka oceniać - powiedział do towarzysza Randal - Na razie widać, że pomocy mu trzeba. A czy damy radę mu pomóc czy jeno ostatnie namaszczenia udzielić, to się okaże.

    - Co rzekniecie, wy w medycynie uczeni, myślicie. Ma słuszność nasz prędki do nieodwracalnych działań kompan?

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Online
      PaniczP Online
      Panicz
      napisał ostatnio edytowany przez
      #69

      Seweryn (Rewik)

      — Związek snadź jakiś ze wsią Pogorzel mieć może. Powrozem go skrępujmy, by krzywdy sobie i nam żadnej nie uczynił. A być może i uda się go zratować... wywiedzieć się czegoś. — Seweryn mówiąc to zachowywał cały czas rezerwę i bezpieczny dystans. — Teraz umysł mgłą ma przy...przysłonięty, tak... poraniony, pogryziony, insania jakowaś, delirium ciężkie umysł mu toczy. Stąd też ludzkie ślady zębów. Od skałodrzewa być może. Ale nie on sam siebie pogryzł, czujni być musimy. Ale przystanąć musimy. Podróż zaniechać... na czas jakiś. Podróż w czasie odłożyć.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Online
        PaniczP Online
        Panicz
        napisał ostatnio edytowany przez
        #70

        Lara (Alex Tyler)

        Twarz Lary wykrzywił przelotnie nieprzyjemny grymas. W tak naglącej sytuacji na liście bieżących priorytetów młodej medyczki zdecydowanie wyżej stało ratowanie ludzkiego życia, niż dumanie nad osobą pacjenta i towarzyszącymi mu okolicznościami. Poza tym uwaga Mariusa zdała jej się nie bardziej przytomną od słów ciężko rannego mężczyzny z zaburzeniami świadomości, któremu właśnie próbowała pomóc.

        — Na razie wypadałoby zadbać, by nie oddał ducha — oświadczyła z naciskiem. — Jeśli go zwiążemy liną, nie będę miała do niego odpowiedniego dostępu. Dopóki nie skończę, po prostu trzymajcie go w bezruchu. Tylko tak, by nie uczynić mu dodatkowej krzywdy.

        Dwoma ostatnimi zdaniami zwróciła się w domyśle do osiłków, którzy przytrzymywali pacjenta.

        — Po wszystkim możemy go spętać... dla jego własnego dobra. I zastanowić się nad tym wszystkim.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Online
          PaniczP Online
          Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #71

          Scena na mostku była prawdziwie malownicza, co przełożyło się na wyciśnięcie jej przez Los do żywego. Piękna, witrażowa scena godna kościelnych nauczań pokrzepiłaby serca obserwatorów, ale nagle, za sprawą tajemniczego Mariusa, który świeżo co włączył się do drużyny, nabrała charakteru dreszczowca. Kapłan zamarł w bojowej pozie, wyglądając słowa czy gestu, który przesądziłby o przyszłości rannego trapera. Był gotów. Ledwo co dotąd płynąca struga w dole jakby wezbrała mocniej, wiatr zaszumiał żwawiej w tatarakach, a powietrze zakłębiło się chłodną wilgocią wokół dłoni magika, barwiąc rzeczywistość na stalowoszaro. Jeden agresywny gest, jedna decyzja.

          O co może chodzić? – pomyślał Marius, przypominając sobie chłodny dreszcz, który wraz z myślą przepłynął przez niego ostrzeżeniem przed rannym. Miał faceta w garści...

          Ale drużyna zdecydowała inaczej. Najpierw zareagował paladyn, który skupiał się na osłanianiu Lary, a teraz stanął tak, jakby w razie czego miał sobą ochronić też wijącego się na ziemi trapera. Oboje medycy wypowiedzieli się w moment potem, dodatkowo uspokajając sytuację. Szary wir rozmył się, kłębek energii rozwinął się w wątłe nici pary wodnej, spiętrzony szum Zwrotki ustał.

          Doktor Quatermain odetchnęła lekko, czując jak wzmożenie w powietrzu, które udzieliło się wszystkim maleje. W oczach zmalał też ranny, który wycieńczony wiciem się pod pewnym, ale - na tyle na ile to było możliwe - ostrożnym chwytem osiłków, zaczął odpływać. Szczęśliwie w sen, a nie objęcia Nerulla.

          Nim opadł w odrętwienie, lekarka zdołała napoić go jeszcze z własnego bukłaka, podtrzymując niepewną głowę. Facet pił chętnie i piłby łapczywie, ale brakło mu już sił choćby na ten niewielki wysiłek.

          - Jeśli da radę, przenieście go na tę naszą stronę mostka... Tych parę kroków – zarządził przewodnik. - Łatwiej będzie się ukryć, albo wycofać... Gdyby jednak była potrzeba.

          Medycy, ani tym bardziej nikt z reszty załogi nie zaprotestował. Ci pierwsi, bo wydobywali swoje medyczne utensylia z lekarskich toreb (choć Seweryn nie pchał się na pierwszy plan i zostawiał operacyjne działania młodszej koleżance), a ci drudzy, bo faktycznie nie w smak im było dać się zaskoczyć w najbardziej odsłoniętym miejscu w okolicy. Bądź, co bądź – facet od kogoś oberwał. I ten ktoś gdzieś tam wszak dalej musiał być.

          Młoda pani doktor działała sprawnie i metodycznie, przemywając co paskudniejsze rany i nakładając na nie zwitki bandaży. Głębokie ugryzienie blisko szyi wymagało zatamowania, więc Lara sięgnęła po przygotowaną papkę z krwawnika, rozprowadzając ją na szarpnięciu pod miękkim bandażem. Nie było na razie mowy o szyciu tego obszaru.

          Lekarka zakomenderowała by rozebrać pacjenta, ale nie miała cierpliwości do wahań i wątpliwości pomagierów, więc zaraz sama rozcięła skalpelem jego odzienie, zerkając czy gdzieś jeszcze nie ma dużych, otwartych zranień o której trzeba by zadbać. Słusznie. Udo odsłoniło drugie, duże ugryzienie, które skryło się jakoś pod zaciągniętym materiałem i również wymagało odkażenia i roślinych okładów.

          Dziewczyna lekko podniosła głowę pacjenta, ale ten był bezwładny poza rzeczywistością. Odwróciła na moment spojrzenie i złapała wzrok Seweryna. Cyrulik zrozumiał w mig, albo sam pomyślał o tym wcześniej. W jego dłoni na raz znalazły się nożyce do strzyżenia i Lara zaczęła przycinać zmierzwione, zlepione krwią i potem kłaki trapera. Gęste siwe kępki opadały na piasek, odsłaniając napuchniętą, gołą skórę głowy.

          Guz jeszcze nie wyrósł na tyle, na ile miał wyrosnąć, więc rana musiała być w miarę świeża. Ot, pewnie kwestia maksymalnie paru godzin. Czy tyle przepędził na tym ukropie, zakrwawiony i majaczący wśród własnych urojeń? Grunt, że teraz był pod opieką i wyglądał na twardego herbatnika. Bardziej właściwie jak wojskowy suchar, który niejeden dzień marszu może przetrwać na samym dnie, pod ciężarem codziennych trudności.

          - Szyć to? – szepnęła do siebie Lara w zamyśleniu, niepewna czy to już właściwy ruch.

          - Ja bym szył – włączył się Seweryn, który oglądał operację wykształconej gruntownie koleżanki z dużym zainteresowaniem. - O tam zobacz, w dołeczku jego... Głębiej jest, nie warto dopuścić, żeby się ruszył, bo to się może otworzyć. To wątłe jest, może pęknąć, zapoczątkować krwotok i pójdzie falą...

          Dziewczyna mimowolnie podniosła brwi, ale po ułamku wahania kiwnęła głową. Rzeczywiście, ten nietypowy medyk wypatrzył to bystro i słusznie ocenił. Pod guzem i resztką wrośniętych włosów, które ciężko było dobyć na wgłębieniu ciemienia mogła tego nie zauważyć, a żyłkowanie odkrytej czaszki sugerowało, że przy gwałtowniejszym ruchu świeży strupek może puścić i dalsza, ciągle otwarta część rozszerzy się i... Kto wie, kto wie.

          - Igłę poproszę – rzuciła krótko Lara, wystawiając dłoń jak przy operacji tysiące mil stąd. Trafna diagnoza Seweryna dodała jej pewności i sprawiła, że mężczyzna urósł w jej oczach. Kim by nie był i jak dziwne nie byłyby jego niektóre metody, faktycznie miał oko godne chirurga.

          Lekarka zabezpieczyła narażone miejsce kojącym opatrunkiem i z pomocą aż czterech kompanów, wiodąc ich poleceniami w dziwaczną formę gimnastyki, gdzie dużym wysiłkiem mięśni operowali pacjentem tak, by ten pozostawał możliwie nieruchomy, ale ponad ziemią i z nieznacznie uniesioną, acz całkowicie stabilną głową, czyniła swą sztukę. Sztukę niby prostą w ruchach, kojarzoną z juchą i flakami, ale dla wszystkich, którzy patrzyli praktycznie nie do powtórzenia.

          Wszystkich oprócz Seweryna. Ten oglądał całą operację z zaciekawieniem, samemu asystując w procesie i czasem aż ciągnęło go, by coś powiedzieć, albo samemu wykonać ruch, ale wiedział, że sprawa wymaga precyzji i ciszy. Widział zresztą, że ma do czynienia z prawdziwą ekspertką, więc sam niczego nie zrobiłby inaczej. No, może nie certoliłby się tak w paru momentach, inaczej szacując odporność pacjenta na ból.

          - Już panowie... – Lara odsapnęła ciężko, odgarniając znad oczu pukiel włosów, który przeszkadzał jej w czasie operacji, a który dzielnie dotąd ignorowała. - Dziękuję wam.

          Pacjent był z grubsza zabezpieczony i zadbany. O dalszym powodzeniu rekonwalescencji miała zadecydować siła jego organizmu, ale doktor Quatermain była dobrej myśli. Wcześniej sądziła, że z traperem może być krucho, ale teraz uznała, że wystarczy mu krótki odpoczynek i stała dbałość o rany w kolejnych godzinach i dniach, by znalazł się na dobrej drodze do zdrowia. Oczywiście, o ile nie wda się zakażenie... Albo nie zaraził się czymś, co wcześniej mógł sugerować w swoim bełkocie.

          Seweryn widział to inaczej. Jego zdaniem facet ciągle był na granicy życia i śmierci, a dalsza droga z nim czy nawet próba przeniesienia go gdzieś bliżej mogła być w jedną stronę. Lara z kolei nabrała przekonania, że jeśli drużynie starczy sił (i ostrożności), to pacjenta będzie można spokojnie donieść do najbliższych Wrzosin, gdzie złoży się go w którejś z chat – na ławie czy może sienniku (jeśli coś się ostało), ale przynajmniej z dala od słońca. Ba, niemal pewnym było, że jeżeli iść powoli i mieć odpowiednio stabilne nosze, to da radę pechowca odstawić do lecznicy w Czarnych Wrotach, gdzie zajmą się nim już medycy w lazarecie.

          - No, pani Laro, wie pani co robi – ogłosił Migdał z podziwem w głosie. - Co z nim dalej robimy? Krępujemy i jedziemy naprzód, tak jakeśmy gadali?

          Spojrzenia wszystkich skupiły się na medyczce, która zadbała o poturbowaną znajdę jako pierwsza w akcji. Zarówno Lara jednak, jak i pozostali, widzieli, że tak drużynowa obstawa, jak i niektórzy z kompanii – być może idąc za wzrokiem pozostałych – zezują lekko na pokaźny worek narkotyku, który został rozwalony na deskach mosteczku.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Online
            PaniczP Online
            Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez Panicz
            #72

            Marius (Brilchan)

            Marius rozwiał magię, bo nie zamierzał z nową kompanią, na noże iść potrzebował ich żywymi i w dobrej komitywie, aby wypełnić misje. Uważnie obserwował całe zdarzenie, choć nie zbliżył się więcej, niż na uderzenie trójzębu to obserwował cały zabieg z uwagą i odetchnął z ulgą gdy nie doszło do najgorszego. Nabrał też szacunku do cyrulików, pomagał niegdyś w lazarecie, ale takich zdolnych szwaczy to nie widział! Na morzu odkażało się ranę ogniem, sypało się sól na krwawienia, ucinało się rozwalone giry i przemywało rany grogiem! Nikt nie cerował ludzi, jak portki co robiło wrażenie! Gdy było po wszystkim, kiwnął głową i rzekł:

            - Naiwnymiście dobre serca macie azaliż ten Traper to pewno jakiś diabeł w nim siedzi, bo mięso Sereny zjadł czy inne selkie go ugryzło, pewno kontroli nad tym niema i dlatego tak ryj drze, bo wie, że za waszą dobroć może w każdej chwili ludzką skórę zrzucić i wam za waszą pomoc te rany to pewno z walki z ostatnimi ofiarami. Dobryście ludzie, ładno go zacerowaliście, poćwiczyliście swój zacny fach, kunszt macie w rękach wielki szacunku a podziwu godny! Ale na nic to jeżeli wam monstrum zdolne dłonie powyrywa... Szanse mu dałyście teraz w rękach Bogów jego los przy waszym udziale, lepiej go tutaj zostawić, jeżeli się uprzecie brać go z nami, to ja doń bliżej niż na odległość ciosu trójzębu nie podejdę i pewnie oka nie zmrużę, pilnując nas, przed waszymi dobrymi uczynkami - rzekł, a następnie podszedł do martwego konia.

            Po obwąchaniu strzały i rany, które nie wydały się zatrute, wykroił sobie nieco mięsa na dodatkowe racje żywnościowe. Niby Kompania ich wyposażyła, ale Utopiec zbyt często w dzieciństwie przymierał głodem, aby teraz kręcić nosem na darmowe jedzeni.

            Spróbował odciągnąć truchło nieco dalej od ścieżki, aby nie blokowało drogi i nie sprowadziło drapieżników zbyt blisko traktu. Jego bogini była patronką podróżnych. Marius nie miał czasu ani sił kopać dla zwierzęcia mogiły, ale spróbował zmniejszyć szkody dla innych, gdyż nie był wbrew pozorom samolubny, jeno nieco zgorzkniały wobec bliźnich.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Online
              PaniczP Online
              Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez
              #73

              Seweryn (Rewik)

              Myśl o przepotwarzeniu człowieka w monstrum jakoweś, rozbudzała wyobraźnię nie tylko osób posiadających otwarty umysł. Obraz ten wzbudzał przerażenie, lecz nie przez swą groteskową i makabryczną naturę, rozrywanej skóry, trzasku kości i mlaśnięć przeobrażających się tkanek, lecz przez ukryty przekaz owego ludzkiego strachu. Morbus lycanthropia objawiała w bezbronnym negliżu to co człowiek mógł skrywać w sobie i owe personificatio zła uderzało szczególnie dotkliwie, nawet jeśli bez pełnej świadomości człowieka dlaczego.

              — Nie musicie, magistrze Mariusie obawiać się o mą dobroć i to że na manowce mnie zwiedzie. To iże więcej dobra uczynić mogę, w zdrowiu pozostając, doskonale rozumiem. Choć wiedzy tej często młodym brakuje. — Seweryn świdrował wzrokiem nieprzytomnego człowieka i poczynania Lary. Odnosiło się wrażenie, wbrew jego słowom, że z trudem powstrzymywał się przed wzięciem sprawy w swoje ręce, gdy przyszło do szycia ran. — Dobrze jednak prawicie, nie zawadzi, choćby w nocy, przypilnować. Zastanawia mnie, czy zdążyliście poznać się z magistrem Wedrykiem?

              Mówiąc to Seweryn wzrok od zabiegu oderwał, zwilżył usta językiem, po czym podszedł, schylił się i sięgnął po worek z narkotykiem, zachowując ostrożność, by nie wzniecić dymu, czy proszku na dłonie nie sypnąć.

              — To mag, na materii, o której prawicie wielce rozeznany. Byłby ciekaw przypadku, gdyby wasze słowa prawdą się okazały. Ja zaś wskazuję, jednak na to, jako możliwą przyczynę, choć ów dodatek do drzewoskały... co to takiego, nie rozeznaję.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Online
                PaniczP Online
                Panicz
                napisał ostatnio edytowany przez
                #74

                Lara Quatermain (Alex Tyler)

                Lara Quatermain nie lubiła dramatów. Zbyt często w jej życiu ich nadmiar kończył się śmiercią, a tej, mimo swojego medycznego fachu i pewnego doświadczenia w obcowaniu z nią, nie darzyła sympatią. Szczególnie w przypadku tych, których nie miała po drugiej stronie dwururki i mogła jeszcze ocalić.

                Przy mostku czuła napięcie – iskrzące i szczypiące, jakby powietrze naładowano opowieścią, której zakończenie wciąż było pisane. W jej rękach spoczywało życie trapera, zanim do końca zrozumiała, kto i po co w ogóle próbował mu je odebrać. To jednak nie było istotne w danej chwili. Ją interesowało, co się dzieje pod skórą, czy tętnica nie jest rozerwana, czy tkanki zachowały ciągłość. I czy jeszcze warto szyć, zanim człowiek zacznie śnić na zawsze.

                Z zadowoleniem odnotowała, że sytuacja się uspokoiła – nie dzięki krzykom i agresji, lecz jej prędkim decyzjom, trzeźwej logice i – w nieco mniejszym stopniu – ramionom osiłków oraz mocnym plecom Randala, gotowym osłonić. Dziwaczny Marius mógł sobie wymachiwać czarnoksięską aurą jak dramatyczną peleryną i gadać jak w gorączce, ale to nie on podawał wodę. Nie on rozcinał brudną tunikę. Nie on oczyszczał rany. On tylko stał z boku i przeszkadzał.

                Mimo że była fizyczką, i w związku z tym chirurgia nie należała do jej specjalności, Lara działała sprawnie, jak zawsze w tych sprawach dowodząc, że jest metodyczna, szybka, zdeterminowana i wysoce wykwalifikowana. Skalpel, bandaż, zioła, ocena, cięcie, diagnoza, szew. Przez cały czas odczuwała pobudzające napięcie związane z uciekającym czasem i walką o życie. Nie była jednak w polowym szpitalu, tylko przy mostku nad rzeką – z jednym nieszczęsnym facetem, z rozbitą głową i masą niesionych szaleństwem ran oraz ugryzień. Splot wydarzeń był niejasny, ale to, co trzeba było zrobić – krystalicznie oczywiste.

                A ten Seweryn... podejrzany i osobliwy, ale uważny. Jego spostrzeżenie trafiło w punkt – coś, co mogło jej umknąć. A to już coś znaczyło. Być może miał prawdziwy talent i dzięki niemu zdołał wybić się w swym cyrulickim fachu ponad masę typowych rzeźników.

                text alternatywny

                Po wszystkim Lara odetchnęła z wyraźną ulgą i poczuła, jak przepełnia ją ekscytacja. Każde zwycięstwo w takiej walce było dla niej niezwykle energetyzujące. Niewiele ustępowało skokom nad przepaściami, unikaniu zabójczych pułapek i pojedynkom z potworami. Kto wie – może właśnie dlatego przetrwała tyle lat żmudnych studiów?

                Wolne ręce i umysł pozwoliły blondynce odnieść się do słów kolekcjonera środków odurzających i końskiego wykrawacza.

                — Niewiele by się w nas człowieczeństwa ostało, gdybyśmy na podstawie przesądu zgładzili każdego, kto zda nam się podejrzany — zawyrokowała. — Jeszcze mniej, gdybyśmy oddawali ich na eksperymenty magiczne jakimś czarodziejom o niejasnych asumptach.

                Poprawiła okulary i ubranie, po czym spojrzała na rannego, a następnie na Migdała.

                — Zwiążemy go ostrożnie i udamy się do pobliskich Wrzosin — orzekła, choć jej słowom brakowało liderskiej pewności, jako że była samotniczką, nienawykłą do pracy w grupie, a co dopiero do jej przewodzenia. — Tam będziemy kurować biedaka, aż odzyska zmysły i przytomność. Wtedy wypytamy go o wszystko. To może nie być koincydencja... — widząc oblicza części obstawy, uczona ledwie dokończyła, po czym natychmiast się poprawiła. — To znaczy: przypadek, że coś takiego spotkało go w okolicy opustoszałych dwóch wiosek.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Online
                  PaniczP Online
                  Panicz
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #75

                  Odpowiedzialność równała się niekiedy sprawczości i tym samym smakowała niektórym pysznie. Można by opisywać, że wolnością, że chłodno, orzeźwiająco, może pachniała lasem, a może morzem, ale to naprawdę były zupełnie subiektywne rzeczy. Zwykle jednak odpowiedzialność dla ludzi przywoływała wszystkie te niekorzystne skojarzenia z obowiązkami, z robotą, z byciem poganianym i poganianiem, z karbowym i brygadzistą, u niektórych nawet z kijem czy pejczem, a w lepszej sytuacji z surowym odmierzaniem marnych grosików (a nawet jeśli nie były to akurat grosiki, to zawsze co odmierzone i wypłacone malało w oczach).

                  Tym razem odpowiedzialność spadła na Larę z innej strony. Przyuczała się na lekarkę i to był jej zawód, ale nie wyruszyła na tę wyprawę, aby łatać napotkanych po drodze biedaków. Ruszyła, by zanurzyć się w wybijającą na powierzchnię przeszłość sprzed wieków. Zaczerpnąć zapomnianej wiedzy w prawdziwej przygodzie nim zniknie. Nim ją rozkradną.

                  Miała jednak tę podwójną słabość, która spowalniała pęd do przygody, gdy tylko po drodze trafiał się ktoś, kogo życie poobijało: dobre serce i umiejętności, by realnie pomagać tym w potrzebie. Choć myślami była przy niezgłębionym notatniku ze Ścieżki, rozłożona na sienniku z węgielkiem do notowania i kubkiem dobrego cydru, kłopoty bliźnich ściągały ją do tu i teraz.

                  - Ja myślę, że lepiej go nie ruszać – rzucił Seweryn, wyrywając ją ze skupienia nad nierównym oddechem rannego. - W sensie... Jeśli by go teraz przenosić... Bo tak ogólnie, no, to tak, to ma szanse.

                  Dziewczyna spojrzała na rudego niepewnie, pozytywnie już dziś zaskoczona jego wprawnym okiem chirurga. Wykazał się, więc dawała mu teraz więcej zaufania w kwestiach medycznych. Chwilę świdrowała go wzrokiem, licząc, że kolega po fachu pociągnie wątek, ale milczał. Gotowa działać samemu kiedy trzeba, ale wierząca też w naukową kolegialność, zdobyła się na niezwykły gest i zapytała nawet...

                  - Tak?

                  - N-no pewnie tak – odpowiedział jakby z wahaniem, ale mimo zachęcającego spojrzenia nie pociągnął już wątku, wycofując się na bok.

                  Znów spojrzenia były tylko na niej i tylko na niej ciążyła odpowiedzialność za los rannego. Niechciana, ale niestrącalna z ramion człeka, który raz wkroczy na Zodalową ścieżkę pomocy bliźnim.

                  - Panowie, pomóżcie go tu związać i wrzucimy pacjenta na nosze – zakomenderowała Lara, odzyskując rezon po nucie wątpliwości. - Raz-raz, proszę.

                  * * *

                  We Wrzosinach wszystko się zaczęło. I teraz, dla Grumwida miało się skończyć.

                  Tak przynajmniej myślał o tym Seweryn, kiedy widział jak niesiony na prowizorycznych noszach z derek traper miota się i rzęzi. Na temat początkowej roli Wrzosin w tym wszystkim, czyli gorączce Ścieżki Slerotina nie miał zdania. Słyszał, że chłopi z wioski pomagali odkrywcom prawie od początku, ale to by było na tyle.

                  W tym czym nie miał zdania – nie mylił się. Jakże by mógł? W temacie rannego dał się jednak zaskoczyć, bo ledwie może godzinę temu facet był bliski skończenia jak jego kobyła (z której Marius powykrajał już sobie co smakowitsze kąski, ku zdumieniu współpodróżników), a teraz zaczął odzyskiwać przytomność.

                  Złożony na dębowym stole, na końskich derkach wyłożonych na wiechciach siana, pacjent korzystał z przyjmnego cienia największej wioskowej chałupy. Dom był właściwie kamienno-gliniany, przynoszący w gorące dni chłodną ulgę i jedynie drewniany dach miał pokryty strzechą. Ta na dachu, słoma i siano wokół oraz porozbijane fragmenty glinianych naczyń stanowiły cały ulotny ludzki ślad, który pozostał w wiosce. Ulotny, bo zostały jeszcze same budynki i resztki płotów. Do tych zresztą też się już jednak dobierano i kolejne fragmenty użyteczenego w budowie drewna znikały, przenosząc resztki Wrzosin w cykl życiowy Czarnych Wrót. Wszystko inne, co mogło być praktycznym, albo takim się zdawało – zrabowano.

                  - Ech... – odezwał się traper pierwszym świadomym westchnięciem. Chciał i musiał pić, więc szybko go napojono. Brakło mu jeszcze sił, by żłopał z bukłaka samemu. No i poza wszystkim, miał związane ręce.

                  - Miałeś dużo szczęścia człowieku, że trafiłeś na panią doktor – ozwał się Randal, który wcześniej niby w transie czuwał na oknie za rannym. - Mów tedy szybko wszystko, o co zapytamy, a prawdziwie, bo dług wdzięczności jaki masz prawdziwie jest niespłacalny... I może jedynie być umorzony... Jeśli doktor tak zdecyduje.

                  Chłop z trudem pokiwał głową, krzywiąc się trochę to z bólu, a trochę z niewygody i rozczarowania więzami, które go krępowały, a które teraz prawdziwie poczuł. Próbując z początku podnieść kark, by patrzeć na rozmówców, po chwili syknął i dał za wygraną, składając ciemię na miękkim posłaniu z wzrokiem wlepionym w sufit.

                  - Jestem Grumwid... I dziękuję Wam wielce za pomoc... Dłużnym Wam jestem prawdziwie – do końca życia – mówił. - I byłoby to już niedługo... Gdyby nie Wy. I gdyby, jak słyszę, nie pani doktor. Pani... Pani zatem najniżej się kłaniam. Albo będę kłaniać, jak już mógł będę.

                  - Dziekuję – odpowiedziała grzecznie Lara, zadowolona, że pacjent wraca do siebie i zaskakująco szybko odzyskał kontakt z rzeczywistością. - Nie trzeba. Proszę przede wszystkim odpoczywać... Ale i – to prawda – odpowiedzieć na to, o co spytamy. Niebezpieczne to strony...

                  Grumwid przymknął oczy i wciągnął powietrze.

                  - Oj tak... Napadli mnie... Napadli mnie...

                  - No, kto taki? – włączył się Migdał, który nie umiał już powściągnąć ciekawości. Było nie było, wcześniej to on odpowiadał za bezpieczeństwo na szlakach w tych stronach.

                  - Kto... Kto, kto... Byliśmy... Byli my z Łoskotem i Krutem u Albrechta... – Traper znów przymknął oczy, ale mówił dalej. - Mieliśmy sporo skór na handel. Chcieliśmy sprzedać... Kuny, borsuki, łasice. I rysie... Albrecht ma faktorię, handluje, skupuje... Zbiera, sprzedaje, tak...

                  - To wiemy – skrócił wątek Randal, który słyszał o działającej na stokach faktorii, gdzie jakiś lokalny odludek prowadził punkt skupu naturalnych zdobyczy. Działał jeszcze zanim zaczęło się całe to wariactwo ze Ścieżką. - Tam was napadli? W drodze, czy z powrotem? Skór to u was nie było... Ale co innego żeśmy znaleźli.

                  - C-co-co? – zapowietrzył się Grumwid. - N-n-no, napadli... Napadli już po. Jakoś jak już tuśmy... Wracałem.

                  - To kto napadł... I kogo? – chwycił wątek Bronson.

                  - Bandyci... Bandyci napadli.

                  - I bandyci cię tak pogryźli? To już taka bieda, że nawet obucha, kamienia nie mają bandyci i gryźć muszą?

                  - N-n-no... – Traper gdyby mógł uciekłby pewnie z miejsca fizycznie, ale uciec mógł tylko wzrokiem. Z sufitu bliższego na dalszy. - Ż-żeśmy się zatrzymali po drodze tu-tu... N-no, niedaleko Pogorzeli. Ż-żeśmy no-nocowali... Iśmy trochę popili, no. Trochę popiliśmy się.

                  - Niech pan zmierza do brzegu – włączyła się ponownie Lara. - Musimy wiedzieć, co się stało.

                  Och, to musimy! To musimy zabrzmiało z tak gorącym przekonaniem i naturalnością potrzeby, że w Grumwidzie coś prawdziwie zatrzeszczało, odsuwając z gruchotem dostęp do prawdy.

                  - N-no... Ja nie wiem tak do samego końca, ale tam był Łoskot, czyli Łotfryd... Krut z Roscoe. Dalik... To taki jeden, co handluje czasem we faktorii – wyliczał. - I jeszcze... Jeszcze dwóch chyba? Jeden taki ciemny, jak Baklun jaki... No może nie tak aż, ale tak, no o... I jeden taki. Duży, wysoki... Szczurzy jakiś taki był...

                  - I cóżeście tam robili? – przejął pałeczkę Randal. - W tak zacnym gronie?

                  - Pili. Piliśmy – mówił traper, ale czując na sobie piekący wzrok paladyna pociągnął jednak dalej. - No i... Iśmy skałodrzwu trochu... Trochu tam próbowali.

                  - Trochu? Przy tobie, mój dobry handlarzu futer, cały worek znaleźliśmy. Wiesz, że tu głowa za rozprowadzanie tego gówna? Tośmy cię, dzięki pani doktor, wyratowali, a wychodzi, że po to tylko, żebyś nam, chłopie, zawisł.

                  Ranny milczał chwilę, rozważając co lepiej zrobić. Czy mówić, czy może udać że z sił opada i mówić niezdolny.

                  - Pomiłujcie panie... To nie... Nie moje było. Ja tylko... T-tylko wziąłem, bo... Bo szkoda było zostawić, nie?

                  - Gdzie zostawić?

                  - No... No my wzięli-wzięliśmy troc-troszkę na spróbowanie u Albrechta... Bo tam ktoś miał to-tam... Sprzedawał.

                  - Kto sprzedawał?

                  - No ja nie wiem...

                  - Dobra, rozwiążcie go – zarządził paladyn. - Z tych sznurów zrobimy szubienicę. Szkoda dobry sznur marnować.

                  - Ale nie, panie! No... No Albrecht tam dał to na spróbowanie... Że nowe jakieś mówił. Ja znałem ten skałodrzew, ale on drogi... A tu tanio było, to wziąłem próbkę. Z chłopakami wzięli-my.

                  - To nie jest próbka.

                  - N-no... N-no nie – plątał się traper. - Bo-bo to nie była ta... To ja... Podróżowaliśmy stamtąd tu z tymi dwoma, co mówiłem... Ten... Ten Baklun i ten szczur... To ich było. To oni mieli ten worek cały.

                  - Ukradłeś im... – paladyn zrobił pauzę, zaryzykował i strzelił. - Zabiłeś ich z kolegami i ukradliście im towar. A potem pożarliście się między sobą i stąd tak skończyłeś... Oj, bratku, mów prawdę i tylko prawdę, to spojrzymy łaskawiej.

                  Grumwid przestraszony nie na żarty był już wcześniej, ale teraz zrobił się cały blady i na moment spróbował nawet podnieść się na ramieniu.

                  - Nie-nie-nie! To nie było w ogóle tak, przysięgam... Na Pelora przysięgam!

                  Seweryn pokiwał głową z niesmakiem.

                  - Na Pelora nie wypada przysięgać – powiedział surowo. - Nie, jeśli nie mówi się całkiem szczerze.

                  - Ale... Ale ja szczerze mówię... Ten szczurzy... Biwak, biwak mieliśmy razem, piliśmy... I ten szczurzy, ten duży... On nas poczęstował tym... Tym dziwnym skałodrzewiem... I ja nie wiem... Nie wiem, co to... Co to było, co to się porobiło... Ale chłopy... Chłopy jakby rozum pogubili. Pogłupieli całkiem.

                  - No?

                  - Najpierw to... To nic. To tak, tak pobudza, nie? Pobudza, lepiej się człek czuje. Szybciej serce bije – tłumaczył. - Ale tak siedzimy... To było... To było dziś nad ranem jakoś, nad ranem już chyba, nie wiem... Pijemy i oni zaczęli tak dziwnie patrzeć na siebie nawzajem. Tak piana im zaczęła iść w ogóle... Warczeli...

                  - Którzy?

                  - Łoskot... Dalik, Krut, ten czarny... No wszyscy... – mówił, ale wycofał się za moment. - Nie, nie wszyscy... No ten szczurzy nie, nie on. Ale reszta, tak. Mi też oczy mgłą taką zaszły, w głowie szumy.

                  - On nie brał?

                  - Brał... Chyba. Nie wiem... Ja... N-nie wiem dokładnie, kto tam, co tam... Gryźć mi się zachciało tak strasznie... Szarpać. Rwać. Bogowie kochani! – Grumwid ciężko wypuścił powietrze. - Nie wiem, kiedy-jak to się zaczęło... Ale jeden się rzucił na drugiego... I bić, szarpać, walić. Dźgać. I gryźć.

                  - Zginęli?

                  - N-n-nie wiem... Ten Baklun... On chyba tak... Krut go... Tak mu się dorwał, przyssał do szyi, Peloreńku!

                  - A ty coś robił?

                  - Ja-ja... Ja czmychłem stamtąd, życie ratować.

                  - Mów – pogroził tonem Randal. - Mów, bo ja kłamstwo czuję jak smród gnojówki. I takoż jak na smród mnie mierzi i go nie znoszę, tak i kłamstwa wobec mnie nie odpuszczam.

                  - N-n-n... No ja nie wiem... Wszyscy my... W nas wszystkich coś wstąpiło, gryźlimy się, bili... Ten szczur... On był jak szczur prawdziwy, zmienił się? – Pacjent zaczął ciężko oddychać i zbledł jeszcze bardziej. - Nie... No to... To wykrzywiało głowę... W głowie mieszało. Tak nie mógł... Ale tak to pamiętam...

                  - I jak żeś ten worek zabrał? – Nie dawał za wygraną rycerz. - Jak się wyrwałeś stamtąd? To oni gryźli, bili, a ty sobie odjechałeś? Z workiem skałodrzewu? Pewnieś ich zabił wcześniej, to i pojechałeś.

                  - Nie-ni... Nie zabiłem, nie zabiłem nikogo! Ni-nie chciałem, bałem się, że mnie tam zabiją... Jak Krut tym nożem wywijał... – Traper pewnie przeżegnałby się na wspomnienie, ale ręce miał skrepowane. - Zabrałem ten worek z drzewa przed nami, z pniaka... I uciekłem, spłoszyłem im konie... Swojego pognałem...

                  - No?

                  - Strzelali... Ktoś tam z nich strzelać musiał, bo trafili... Ale to ja już się nie oglądałem – zarzekał się Grumwid. - Ja tylko uciekałem.

                  Marius przyglądał się skrępowanemu traperowi z zaciekawieniem. Jak błyszczącemu owadowi przewróconemu na plecy, miotającemu się bezwładnie i zdanemu kompletnie na łaskę obojętnego obserwatora. Czy ten człowiek rzeczywiście mógł być zagrożeniem? Może po tym narkotyku faktycznie, może wtedy, niesiony furią byłby groźny. Ale teraz? Może wtedy rzeczywiście coś się w nim zmieniało, może stawał się... Czymś więcej? Wcześniejszy głos z rzeki napełnił Utopca niepokojem i kapłan patrzył na bezbronnego człowieka z mimowolną obawą.

                  Kai patrzył na niego inaczej. Sam nie wiedział do końca jak nazwać tę mieszankę uczuć, które skłębiły się w jego podatnym na kłębienie się uczuć sercu. Była tam obawa i współczucie, był gniew, zdziwienie, może jakaś doza pogardy... Nie-nie, Kai nie chciał nigdy patrzeć na innych z góry. Od tego szybko uciekał, to nie mogło być to.

                  Było i śladowe rozczarowanie, ale i pewna ciekawość. On już ostatnio usłyszał o wywarze ze skałodrzewu, który pojawił się w jakiejś nowej wersji i miał wyzwalać w człowieku bestię. Czy też w wersji, w jakiej to słyszał – czynić go potężnym i niewrażliwym na ból. Podobno kolejny szatański wynalazek Bractwa.

                  Kai jako człowiek opowieści wiedział, ile z nich to duby smalone. Tych straszących Szkarłatnymi było bez liku, bo i mnisi naprawdę w ostatnich latach przestraszyli kontynent swoim brutalnym wyjściem z cienia, które kosztowało wolność całe narody. To i na ich konto wpadały wszelkie diabelstwa, prawdziwe i zmyślone. Czy ichnim był ten narkotyk czy nie, tego bard nie wiedział, ale że ta plotka mówi o prawdziwym zjawisku, a nie wielorybach płynących w górę Sheldomar czy Baklunach jedzących koty (bzdura kompletna – to były dla nich święte zwierzęta!), to było jasne.

                  Seweryn dumał nad słowami rannego i zastanawiał się, czy biedak mówi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, ale po reakcjach organizmu przepytywanego stwierdził, że tak. Że owszem, na początku indagowany może i coś kręcił, a w tym wszystkim chciał się możliwie wybielić, ale generalnie nie oszukiwał. Drachenwulf czuł, że potrafi wyczuć takie rzeczy, bo miał już kiedyś do czynienia z ludźmi na spytkach, gdzie sięgano po silniejsze motywatory odpowiedzi niż podniesiony głos i groźby. Nie, aby tamte doświadczenia znajdował jakoś specjalnie przyjemnymi, ale jak to u niego często bywało, również wobec rzeczy, które innych by prawdziwie strwożyły, znajdował je wielce pouczającymi.

                  Lara – zawsze głodna przygody i tajemnicy – była wątkiem tajemniczego narkotyku czy też trucizny zaciekawiona, ale męczenie człowieka, który ledwo co i to tylko dzięki jej opiece, uszedł z życiem, uznawała za... Niesmaczne? Wierzyła w to, co mówił, ale jednocześnie czuła, że to sprawa bardziej dla szeryfa Grafta czy Randala, jeśli ten lubuje się w takich kryminalnych zagadkach, a nie dla niej, tęskniącej już do Ścieżkowego mroku, jego adrenaliny, pułapek i zagadek.

                  Randal, który powiódł przesłuchanie, czuł że wydobył na wierzch prawdę, co zawsze dawało mu satysfakcję. Nie planował rozciągać tu rannego na madejowym łożu, ani naprawdę go wieszać (póki co), ale nie lubił się certolić, kiedy była robota do zrobienia.

                  I teraz tak, jak i pozostali, zastanawiał się, co dalej robić – zostawić tu trapera by dalej dochodził do siebie, albo odesłać do Czarnych Wrót czy może targać ze sobą? Mógłby wskazać miejsce, gdzie obozował z kompanami, ale mógłby też kopnąć w kalendarz, gdyby jednak podróż okazała się za ciężka (było-nie było, poważnie oberwał).

                  Z drugiej strony – czy był on w ogóle ich problemem? Nie był to człek prawdziwie niewinny (a któż był!), a raczej drobny kryminalista. Może kłusownik, albo i gorzej?

                  Tak czy owak, Migdał i miasteczkowa obstawa czekała na sygnał, co dalej – tym razem głównie od strony sir Randala i doktor Lary.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Online
                    PaniczP Online
                    Panicz
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #76

                    Randal (Mike)

                    - Trza go odesłać do Czarnych wrót - powiedział Randal. - Misję mamy, tedy porzucić jej nie możemy. A i sprawa nie jest błaha.

                    Popatrzył na pomagierów Migdała.

                    - Wy dwaj, dalibyście go radę odstawić i wrócić do nas? Silne chłopy z was, więc wyrwać to on by wam się nie wyrwał. Pytam czy dla ułatwienia roboty nie ubilibyście go?

                    Spojrzał na nich uważnie, w twarzach szukając fałszu i krętactwa.

                    - Prawdę mi tu jeden z drugim rzec. Nie jest grzechem przyznać się do słabości, wtedy człek ma szansę lepszym się stać. Grzechem jest tej słabości ulec.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Online
                      PaniczP Online
                      Panicz
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #77

                      Ulef i Sylv spojrzeli na siebie zdziwieni po słowach rycerza. Sylv zareagował pierwszy, zaczerwienił się i wystąpił naprzód, wzdęty w piersi i wzburzony.

                      - Słuchaj pan... - zaczął i - zły, ale ciągle jakoś przymuszony do trzymania formy - zrobił pauzę na grożące kręcenie głową i szukanie słów. - Słuchaj pan... Panie rycerz...

                      Co miał rycerz mieć powiedziane, powiedziane nie zostało, bo mający chłodniejszą głowę, a może mniej (czy wcale nie oburzony) sugestią Ulef wystąpił również i złapał brata mocno za ramię, klepiąc go drugą ręką na dobrze, dobrze.

                      - Możesz pan na nas liczyć - powiedział krótko dryblas. - Dostarczymy całego i zdrowego.

                      - A potem prosto do Pogorzeli - przypomniał Migdał. - A szybko.

                      - Potem prosto do - potwierdzili bracia.

                      - Dajcie mu jeszcze chwilę odpocząć - poradziła Lara. - A i my skorzystamy z tej przerwy... Może pan opisać tego człowieka od narkotyku?

                      Medyczka zwróciła się znów do rannego, który wcześniej z dużą ulgą przyjął wyłączenie go poza nawias rozmowy, a tym samym podejrzeń i domniemań.

                      - N-no... Wysoki taki. Jak ten on... - Grumwid nie mógł pokazać o kogo chodzi, ale magia języka tak działa, że niekiedy i bez jasnego wskazania, czym jest no, to-to czy ten-ten wiadomo o co chodzi. A chodziło oczywiście o Ulefa, który na pewno miał dobrze ponad sześć stóp, a pewnie i więcej niż sześć i pół. - Siwy taki i łysy... Znaczy, łysawy. Łysieje, krótkie włosy.

                      - Coś jeszcze? - włączył się Randal, który wiedział, że przy ludziach na bakier z prawem zawsze lepiej wiedzieć więcej niż najwięcej, żeby mieć pewność.

                      - No... Szczurzy on taki. Zęby takie... I pysk... Twarz znaczy... Chuda taka - ciągnął traper. - On sam... No taki chudy też, ale no... Nie całkiem może. Żylasty taki, nie? Silny.

                      - I gdzieście go spotkali? Tam u Albrechta?

                      - N-no... No tak - przyznał Grumwid, próbując sobie przypomnieć. - Tam gośmy widzieli po raz pierwszy. Potem ruszył z nami... Mówił, że jemu do Wrót później jechać... My nie do Wrót szli, a na Pogorzel, ale że razem po drodze było... To razem poszli.

                      - I gdzie urządziliście sobie ten... biwak? - wskoczyła tym razem Lara.

                      - Aa-a gdzie to, gdzie... Pod skałą taką, kotlinką. Tam już pewnie do wioski niedaleko, ale żeśmy pili to... Sami rozumiecie, nie chcieliśmy wjeżdżać jeszcze. Nie spieszyło się nam... Sprzedane mieliśmy, wolne.

                      - Może leżą tam dalej ranni i potrzebują pomocy. Niech pan mówi dokładniej, gdzie to było. Jak ich znaleźć.

                      - He... No ni-nie wiem... Na zachód to było od wioski. Pamiętam... - Pamięć wymogła chwilową pauzę. - Pamiętam, że tam taki zagajnik był... Stare drzewa zeschłe, ale nowe wschodziły, wierzby... I skała taka jakaś chyba... Bo popołudniem cień był.

                      - A jakiś konkret wyciągniemy? Coś więcej? - włączył się Migdał, który widać uznał, że odpowiedzi są nazbyt ogólnikowe. - Znam okolicę, to pełno tu tego, co gadasz. Jaka skała była? Czarna, szara? Kaktusy rosły?

                      - Ło matko, Farlanga buty... A żebym to ja wiedział, dokładnie tak pamiętał... Ale z tej skały to już wioskę było widać. Już nawet jak tam ktoś-tam coś-tam się krzątać mógł, to bym widział... No to niedaleko musiało być przecie.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Online
                        PaniczP Online
                        Panicz
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #78

                        Seweryn (Rewik)

                        Naskrobał był coś na pergaminie, przysłuchując się dalszej rozmowie. Pisać zaczął w moment, gdy Grumwid mówił o zamiarach Szczurzego, coby do Czarnych Wrót zawitać, a skończywszy Sylvowi notkę przekazał, nieomal od jego wielkiego brzucha się odbijając.

                        — O przekazanie tego Staroście Drusdygg, proszę jeszcze ja Was. — Seweryn cofnął się kilka kroków w tył od jednego z braci, po tym gdy wręczył pergamin. Nie był zabezpieczony w żaden sposób od oczu niepowołanych, acz Seweryn zawierzył w tej sprawie umiejętnościom prostych ludzi.

                        Do wyłącznych oczu Rodryka Saliny, starosty Drusdygg, przewodniczącego Rady Czarnych Wrót

                        Stało się, iż w trakcie naszej peregrynacyi napotkaliśmy człeka, co ratunku pilnie potrzebował, a który to podstępem w przedziwną zwadę uwikłan został. Zwada owa wynikła, w wyniku najpewniej w wyniku delirium ciężkiego od skałodrzewa, być może innego specyfiku. Ów człek rzecze nam o postaci niechybnie osobliwej. Opisał nam męża o "szczurzej" urodzie, wysokiego, siwego, łysiejącego nieco, chudego, acz o posturze silnej nie mało. Rzecze nam, iże podróżował z nim i rozeznaje się, iże Szczurzy do Czarnych Wrót zmierza. To on za posiadanie i rozprowadzanie skałodrzewa odpowiedzialny wedle słów zratowanego człowieka jest.

                        Zostawiam tedy w Twej mądrej rozwadze, Waćpanie, czy sprawa to wagi ważkiej być może. A jednak, z pokorą się ośmielę nadmienić, iż wedle mego rozeznania godzi się, Grumilda Grumwilda, bo tak się zwie poszkodowany przetrzymać w celi dni kilka lub innym ukryciu. Dla jego bezpieczeństwa, ale też jako świadka, co przestępcę z łatwością rozpozna. Być może niechaj w ten sposuób swe winy odkupi. Poraniony jest wielce, więc żywić i poić go trza dobrze, a i o ciepło zadbać. We wsi, kobiecina jest młoda, Nowalijka Leder, bratanica stolarza. Za miedziaków kilka w dojściu do zdrowia pomogłaby z radością.

                        Wasz przyjaciel w interesach,
                        Seweryn Drachenwulf

                        — Owa faktoryja w lesie, co to ją Albrecht prowadzi - nie pierwszy raz o niej słyszę... — rzekł teraz do reszty. — ...i nie pierwszy o tym, jakoby skałodrzewu tam nabyć było można, a i ponoć to i owo, co ze Ścieżki ludziom uda się przemycić. Powodzi się ponoć od czasu niedługiego owemu Albrechtowi, jakby kto złotem go obsypał. Ciekawem ile w tym prawdy, co za tym stoi, ale słowa które słyszałem, zda się słowa Grumwida potwierdzają. Tak czy inaczej, nie pozostaje nam nic jeno dalej ruszać — powiedział wyczekując consensum w sprawie dalszej podróży.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Online
                          PaniczP Online
                          Panicz
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #79

                          Wszelkie przygody w drodze do przygód opóźniały właściwą przygodę, a dla niektórych (a może i wszystkich) odwlekały jeszcze niepotrzebnie tę najprawdziwszą, dziejącą się w suelskich cieniach Ścieżki. Jeśli to tam, rzecz jasna, śmiałkowie – chwilowo pod Migdałowym przewodnictwem – mieli zapisać złotymi zgłoskami swe historie... Albo wyzionąć ducha. Albo jedno i drugie.

                          Szczęśliwie, te wszystkie pozapętliwania losu i rozważania zostały na później, bo oto i Pogorzel, wychynęła na widok nieco w dole, odcinając się kanciastymi kształtami domków od łaciatej zieleni w tle. Po przebyciu mostku nad Zwrotką, droga prowadziła przez trawiasty step, który sprawdzał się jako pastwiska dla zwierząt z Wrzosin (ale i Pogorzeli, bo wioski dzieliły między sobą terytorium, którego i tak było dużo więcej niż potrzeba), mijała po lewej, w oddali, staw, gdzie chadzało się poić bydło i gdzie prywatności szukali gotowi już na konkretne kroki zakochani, a potem schodziła już w gorszy, bardziej piaszczysty teren, gdzie rosły głównie krzewinki i młode drzewka. Wyjątek stanowiły błyskawicznie rosnące wierzby i młode sosny, które wrastały w scenerię wszędzie tam, gdzie tylko przestrzeń pozwalała.

                          Wrastać zaś miały gdzie, bo kawałek dalej zaczynało się przestronne wspomnienie po lesie. Wioska pierwotnie powstała na porębie jako osada leśna. Nazwę jednak dostała później, już w kolejnej swojej reinkarnacji, po tym jak to, co zdążyło odrosnąć po wyrębie strawił pożar. Wraz z nią.

                          Od tego czasu odbudowaną wioskę nazywano Pogorzelą. Chłopi mogliby wprawdzie wybrać sobie na nowy start jakieś mniej wymagające miejsce – nie, żeby zaraz musieć karczować nową porębę, ale choćby zejść bliżej wody na południe, na żyźniejsze ziemie. Ale nie chcieli. Byli przywiązani do miejsca i chcieli zacząć znów tam, gdzie mieszkali ich ojcowie i dziadowie. Udział w tym miał ponoć czynnik nadludzki, bo mieszkańcy wierzyli, że w tym miejscu i na tej ziemi będą przez bogów chronieni.

                          A konkretniej boginię. Pramatkę, Beory. W pobliżu wioski był wielki głaz, przy którym składano dla niej skromne ofiary, a gdzieś na wzgórzach na zachód, z wówczas jeszcze-nie-Pogorzelą na widoku, mieszkał w swojej chacie pustelnik, który miał mieć pieczę nad społecznością.

                          Głoszono, że to druid, guślarz, albo jaki boży wybraniec, ale dziś był tylko wspomnieniem, więc nie sposób dojść prawdy. Z dużym prawdopodobieństwem był zielarzem i znał się na leczeniu, więc ludzie z wioski często zwracali się do niego o pomoc, a on, pobożny mąż, w barterze za wioskowe wyroby, pomagał naturalnie. Umarło mu się któregoś razu i młodzi, a głodni okazji wieśniacy położyli łapę na rzeczach z jego chaty, nim jeszcze złożono nieboszczyka w grobie.

                          Kiedy to wyszło na jaw – o bogowie, o gromy na świętokradców! Uznano, że taki czyn pewnikiem ściągnie na wioskę nieszczęście i długo nie trzeba było czekać. Leśny pożar strawił osadę wraz z najbliższą okolicą w parę miesięcy później. Relacja przyczyny ze skutkiem nie była tu wprawdzie jasna, choć to już zależy według jakiej logiki patrzeć.

                          Logika wieśniaków jasno mówiła, że był grzech, więc była i kara. Będąc zaś ludźmi zabobonnymi, ale i dobrego serca, pogorzelcy uznali, że mają w obowiązku odpokutować za swoje czyny, odbudowując wioskę, by zadbać o okolicę i pamięć pokrzywdzonego patrona, którego zaczęli nazywać Leśnym i czcić jako świętego męża Beory. Zostali zatem na miejscu, pracując ciężko i sumiennie i nie zapominając, aby przy świętym kamieniu nie zbrakło ofiar z leśnych dóbr dla sił, które miały ich chronić.

                          - No, ale widać nie modlili się jak trzeba, bo znów na nich nieszczęście spadło... I tym razem na dobre już chyba – podsumował cierpko Migdał, który to podjął w drodze opowieść o wiosce. - A jak chcecie szukać tego obozu, gdzie się tam gryźli to potem może, co? Zajedźmy najpierw do wioski. Stamtąd na zachód pójdziemy, tak jak stary mówił.

                          Nikt nie zaprotestował, bo i sens w tym był. Wprawdzie jeśli byli ranni do odratowania, to czas był w cenie, ale szukanie szeroką tyralierą idąc od wioski mogło być lepszą metodą niż objeżdżanie dziczy od zachodu. Do wioski zaś mieli już na tyle blisko, dostatecznie głęboko zapuszczeni w wypalony, na wpół martwy, a na wpół tętniący świeżym życiem las, że... Usłyszeli już dobrze, co się tam dzieje.

                          Usłyszeli ryk. Ryk wściekły, ale krótki i zapunktowany przekleństwem. A przynajmniej czymś, co brzmiało jak przekleństwo, choć nie sposób było zgadnąć języka. Biorąc pod uwagę, że przed rykiem nastąpił głośny huk i tąpnięcie, jadący naprzód mieli w głowie już obraz jakiegoś przykrego wypadku... I dali jeszcze koniom po bokach.

                          Wypadli z kruszejącego zagajnika spalonych dębów, które od ziemi zaczynała oblepiać zieloność kolejnego pokolenia, zatrzymując się na skraju wioskowej polany w wysokim podszycie z leszczyn i brzózek.

                          Wioska, złożona z kilkunastu drewnianych domów, miała gościa. Na środku, szurając z mozołem dużą chatą z bali, którą udało się oderwać od fundamentów, sapał stwór ludzkiego podobieństwa, ale dwugłowy. I ogromny. No, a poza tym, zostawiając opinię o kwestii gustów jako opinię, paskudny prawdziwie. Olbrzym miał pewnie z piętnaście stóp, brudnoszarne, bulwiaste ciało z potężną klatką piersiową i łapskami jak młode dęby, a do tego te dwie głowy.

                          Jedna i druga były grzywiaste, ze skołtunionymi długimi włosami i brodami. Odróżniały się jednak wyraźnie – jedna kruczą czernią włosów i szczeciny, a druga bladą, jasnożółtą. Stwór pyski miał trochę ludzkie, trochę orcze, a trochę jakby świńskie czy dzicze, bo poza tym, że ewidentnie humanoidalne, to z płaskimi nosami i wystającymi kłami jak u odyńca.

                          Pełni anatomii obserwatorzy doświadczyli, kiedy olbrzym przesunął wreszcie chatę tam, gdzie chciał, mogąc dobrać się do skrytej dotąd spiżarni w środku. Ciała stwora nie skrywała przed światem żadna cywilizacyjna osłona w postaci choćby strzępów skórzanej spódniczki czy czegoś w podobie i dyndał tak sobie na wierzchu samą, dostosowaną do gigancich rozmiarów, naturą. Jeśli było coś, co mogłoby sugerować, że bestia jest rozumna, to może plamiste maźnięcia brązu i czerwieni na piersi, plecach i ramionach, acz umazanie przedstawiało bardzo podstawowy poziom estetyki, nie znający geometrii ni finezji.

                          No tak, jako cherlawy dowód można byłoby uznać jeszcze wyrwany, zeschły klon, który wyglądał na taki w użytkowaniu, jakie dla ludzkich użytkowników mógłby mieć klonowy kijek. Ale było... Tak było coś jeszcze!

                          Potwór, pomagając sobie dźwignią z klonowego bala (kto by pomyślał!), przewrócił chatę na bok i wybierał z niej coś łapskami, wrzucając sobie do pyska całe garnce jadła. Czarny łeb wyburczał coś przy tym, chyba dosyć pogodnie, widać zadowolony z łowu, mimo konieczności przegryzania się przez gliniane skorupki, a jasny odpowiedział wesołym śmiechem, głębokim i dudniącym. Stwór był zatem, zdaje się, zdolny do komunikacji... I chwilowo dobrze nastrojony. Ale jakim językiem władał – nikomu nie było wiadome.

                          No, hola! Nie nikomu... Kai wiedział. W swej bogatej, acz zwykle dalekiej od naukowej precyzji, a czasem i zwykłej solidności, mozaice wiedzy z wszech świata stron, słyszał o takich kreaturach. Zwano je boglami, ettinami czy yettinami, albo po prostu dwugłowami. Były wyjątkowo głupie nawet jak na standardy prymitywniejszych olbrzymów, ale potrafiły gadać i rozumieć jakieś podstawowe formy giganciego, orczego i goblińskiego. Kai nie mógł powiedzieć, żeby potrafił gadać, ani rozumieć którykolwiek z tych języków, acz w drodze życiowego gromadzenia najróżniejszych doświadczeń poznał kilka stwierdzeń w każdym z nich. Gorzej, że zwykle przekleństw, którymi popisywali się poznani przy ogniskach poszukiwacze przygód i inni bardowie.

                          Ettin przebierał łapą w przewróconej na bok chacie, wyciągając coś raz za razem, ale coraz częściej odrzucając znaleziska z niezadowoleniem. Bablał przy tym coś do siebie, jedną głową do drugiej, ale wśród ryczenia krów w oborze i meczenia kóz w zagrodzie trudno było dosłyszeć. Dobra wiadomość była taka, że przejęty, nie widział przybyszów na skraju wioski.

                          To miało się jednak zmienić, gdy ogłaszając swój przyjazd okrzykiem, z tyłu zjawili się wracający z transportu więźnia-pacjenta Ulef i Sylv. Stwór wychylił się zza powalonej chaty i łypał uważnie po okolicy. Nie dość uważnie widać, bo po chwili powrócił do poszukiwania łakoci.

                          - Cicho, kurwa, być – syknął do braci Migdał, ale już niepotrzebnie. Zmilkli od razu widząc, że ich obwołanie się jest nie w porę i coś czeka przed nimi. Widząc zaś co – zbledli i przypadli do końskich grzbietów.

                          - Pierwszy raz takie dziwadło widzę... – Przewodnik nachylił się do Randala po prawej. - Giganci są w górach, to wiem. Ale takiego diabła nie znam. Zostawić go chyba będzie najlepiej... Tyle, że wioskę porujnuje...

                          Ettin, jakby dla potwierdzenia przypuszczeń, rąbnął barkiem w bok chaty, spychając ją jeszcze na bok i rozbijając ogrodzenia sąsiednich gospodarstw. Zamarł po tym, wychylając szyję jednej głowy w jedną, a drugiej w drugą stronę. W dziwnej pantomimie rozmowy samego z sobą, wskazał potem palcem jednej dłoni na ziemię pod chatą, którą odsunął, uzyskując kiwaną aprobatę drugiej głowy. Przysiadł następnie niezręcznym ruchem w piachu przed resztkami chaty i zaczął stukać w obrębie jej fundamentów.

                          Było oczywistym, że czegoś szuka, ale istotę sprawy w pełni zrozumiał tylko Marius, który może za sprawą boskiej pomocy, a może odpowiedniego wyciszenia na zewnętrzne bodźce, które pozwalało chwytać te silniejsze, usłyszał coś, co innym umknęło. Usłyszał krzyk dobiegający od wioski. Gdzieś stamtąd, gdzie pukał i stukał teraz olbrzym. Krzyk na samej granicy słyszalności, ale lokowany gdzieś pośród tych wyższych i dziecięcych.

                          Utopiec chwilę potem zaczął zastanawiać się, czy to w ogóle możliwe, by coś usłyszał z tej odległości, a patrząc po twarzach kompanów, widział, że oni nic a nic nie usłyszeli. Ale nie. Miał pewność, że w tej jednej chwili, kiedy powietrze poniosło falę dźwiękową wprost jego uszom, rzeczywiście usłyszał dziecięcy (czy dziewczęcy) krzyk. To wiedział on. Jego bogini. I nikt więcej.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Online
                            PaniczP Online
                            Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                            #80

                            Randal (Mike)

                            - Sposobem by to bydlę trza załatwić - powiedział Randal przyglądając się stworowi. - Bo jak kogoś trafi to zbierać nie będzie co.

                            Obejrzał się.

                            - Jakby tu linę uwiązać, a potem ostrzelać go. I wycofać się. Na głupiego wygląda może się obali, wtedy kupą nią niego i niech bogowie będą dla nas łaskawi.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Online
                              PaniczP Online
                              Panicz
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #81

                              Lara (Alex)

                              Lara Quatermain siedziała na progu opuszczonej wrzosińskiej chaty z kolanami przyciągniętymi do piersi, rozmazanym cieniem pod oczami, kurzem i plamkami krwi na białych rękawicach. Miała na sobie tyle brudu, ile zaskarbiła sobie szacunku – czyli nieprzyzwoicie dużo, zważywszy na to, jak bardzo starała się unikać rozgłosu. A teraz nawet nie mogła odpoczywać. Cień nadchodzącego z wolna zmierzchu zdawał się wypełzać zza lasu jak niemy zwierz, a ona słuchała głosów z wnętrza budynku – śmiechów, oddechów, jakiegoś pokasływania – i wciąż słyszała jedno zdanie, które nie padło dziś na głos:

                              „To twoje decyzje trzymają go przy życiu”.

                              Grumwid. Znowu miał kolor w policzkach. Znowu mówił. Może nie wszystko, może nie chętnie, może z wyrzutem, ale mówił. A jednak...

                              Związała go.

                              Nie, nie ona osobiście – rozkazała. Ale zrobiła to z przekonaniem, że odurzony i pogryziony człowiek ratujący się ucieczką z lasu, z licznymi ranami i obłędem w oczach, może być zagrożeniem. Jakby mógł stanowić niebezpieczeństwo większe niż jakiekolwiek ruiny, które kiedykolwiek eksplorowała. A przecież widziała ruiny, które... waliły się w oczach.

                              Słowa podziękowania ze strony Grumwida wciąż brzmiały w jej pamięci z niezdrowym ciepłem. Takim, które człowiek rozważa tylko przed świtem, patrząc na gwiazdy, jakby one coś wiedziały. A przecież nie wiedziały nic. Tak jak i ona.

                              Pociągnęła łyk wody. Była letnia, ale wciąż orzeźwiająca. Słońce nieustępliwie zmierzało ku horyzontowi, nieregularny cień padł na jej twarz. Twarz młodej kobiety, która zapragnęła odkrywać zapomniane światy, a nie lepić je z błota i potu, zszywać cudze brzuchy i rozplątywać czyjeś kłamstwa.

                              A jednak… Znalazła się tutaj.

                              Nieprzejednana ciekawość nie była jedynym motorem jej podróży. Miała w sobie coś więcej. Coś, czego nienawidziła, kiedy spoglądała w zwierciadło po kolejnej nocy spędzonej przy rannym. Coś, co przypominało głos jej wykładowcy z Szarego Koledżu w Greyhawk:

                              „Laro, wiedza jest szlachetna. Ale uzdrawianie jest święte. Nie wolno ci wybierać, która służba jest ważniejsza, gdy przychodzi potrzeba”.

                              Nie chciała być świętą. Chciała być bohaterką. Odkryć coś zapomnianego, wydobyć jakiś artefakt, który zamknie usta kilku cynicznym członkom Poszukiwaczy Tajemnic. Ale zamiast tego wciąż kończyła z igłą i nicią w dłoni, z cudzą krwią pod paznokciami i cudzymi losami w oczach.

                              I dziś... znów to zrobiła.

                              Zamiast czytać notatnik ze Ścieżki Slerotina, badać enigmatyczne znaki wyryte w ruinach Wrót, siedziała tu. Łatała. Ratowała. Wydawała rozkazy. Wzięła odpowiedzialność.

                              Znowu.

                              I to bolało bardziej niż rozpruty bok trapera. To nie była szlachetna rana. To było odzieranie się z iluzji.

                              — Idiotka — mruknęła do siebie, głosem bardziej zmęczonym niż złośliwym. — Kiedyś przez to umrzesz. A przecież nie w taki sposób chcesz dokonać żywota, prawda?

                              Zamknęła oczy, słysząc, jak świerszcze zagłuszają oddechy w chacie. Przez moment było cicho, zbyt cicho. Potem odgłos jakiegoś ptaka. Wiatr. Zapach siana i strachu.

                              Wstała, otarła ręce o spodenki i wróciła do środka.

                              Bo Grumwid miał jeszcze mówić. A ona musiała słuchać.

                              Nie dla siebie.

                              Dla sprawy.

                              text alternatywny

                              Pogorzel. Samo brzmienie tej nazwy przywodziło na myśl drażniącą woń sadzy. Miejscowość, która nosiła swoje traumy niczym wieniec pogrzebowy – z dumą, pokorą i nieznośną powtarzalnością. Ta cała okolica... Wszędzie towarzyszył ten sam zapach przypalonego chleba i niedopowiedzianej winy.

                              Zajechała razem z innymi pod wioskę, której historia przypominała nieco opowieści z południowego Eryptu – o miejscach przeklętych, gdzie lwiogłowe bóstwo gniewu posiało ciszę, a ludzie posadzili na niej winę. Tutaj, oczywiście, winę postawiono na ołtarzyku i obdarzono czcią. Chłopskie myślenie – na swój sposób ujmujące, ale proste, jak siekiera wbita w pień. Kradną rzeczy pustelnika, ogień zjada im domostwa, więc dochodzą do logicznego wniosku, że to nie zwykły ogień, tylko kara. Doskonale. Bo czemu by nie?

                              Na skraju wioski zatrzymała konia. Stanęła jak wryta, obrzucając wzrokiem przestrzeń zbyt surrealistyczną, by należeć do zwykłej codzienności. Jakby fragment jakiejś marnej ballady z oberży przytrafił się w rzeczywistości i nie pasował do niej ani trochę. Dwugłowy olbrzym. Zdaniem Kai'a Ettin. Drewniana chata – w jego łapach. Słowa, które brzmiały jak przekleństwa, choć dla niej równie dobrze mogłyby być modlitwą. To było niemal jak... manifestacja czegoś pierwotnego. Jakby sama Beory zesłała tu duchowego guza o dwóch twarzach, żeby przypomnieć ludziom, że ziemia nie zapomina. Tylko że ludzi już tutaj nie było...

                              Quatermain siedziała w sidole, trawiąc słowa Randala jak antyczny manuskrypt o dawno zapomnianej gramatyce. W końcu zabrała głos.

                              — To pewna śmierć. Nikłe szanse powodzenia... Na co jeszcze czekamy? — uśmiechnęła się zuchwale. — Wykorzystajmy przewagę prędkości, jaką dają nam konie. I broń zasięgową. Możemy się rozproszyć, wymieniać jego uwagą. Pułapka też brzmi dobrze. Ponadto, choć nie znam się na magii, to gdybym miała do jakiejś dostęp, rozważyłabym jakieś zaklęcia wpływające na motorykę i umysł. Nie sprawia wrażenia zbyt zgrabnego i mentalnie sprawnego.

                              Ostatnie dwa wypowiedziane zdania brzmiały bardziej jak puszczona w przestrzeń sugestia, niż przelotna konstatacja.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Online
                                PaniczP Online
                                Panicz
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #82

                                Seweryn (Rewik)

                                — Dlaczegoż by nie oddalić się i nie odczekać, aż sobie pójdzie? — Seweryn był wyraźnie zdumiony tym pędem ku przygodzie, która to wcale nie musiała mieć dobrego zakończenia.

                                Zajrzał do juk, przytroczonych do konia... i owszem, sięgnął po broń. Niewielką kuszę, można by powiedzieć kobiecą, co to ją pod suknią łatwo schować można, choć o celowość takiego chowania można by się było spierać. I dobrał do niej z płóciennego worka bełcik, taki nie za wielki, na wszelki wypadek.

                                Ładował broń mówiąc:
                                — Twoich ludzi zdrowie ryzykować teraz niepotrzebne, Migdał, a i moje - sercu memu jest bliskie — powiedział cicho, pociągając za śmiesznie krótką cięciwę i sięgnął po uśmiechnięty bełcik. Seweryn raz jeszcze zerknął na olbrzyma, po czym na swa kuszę.

                                — To jakby z halabardą na grzyby ruszyć — dodał, lecz nie speszył się swą uwagą. Cechował go spokój, charakterystyczny dla wytrawnych grzybiarzy.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Online
                                  PaniczP Online
                                  Panicz
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #83

                                  Marius (Brilchan)

                                  W większości przypadków Marius byłby za tym, żeby po prostu ominąć potwora, zamiast niepotrzebnie ryzykować życie i zdrowie. Nie poświęcałby się również dla pomocy potrzebującym, bo jemu mało kto pomagał.... Był od tej reguły jeden wyjątek: Gdy w potrzebie było dziecko, Utopiec czuł potrzebę bycia, tym dorosłym, którego sam niegdyś potrzebował i którego z woli Bogini napotkał, więc miał obowiązek spłacać ten dług naprzód. Stąd słysząc pytanie Pana Seweryna, odpowiedział zdecydowanie:

                                  - Choćby dlatego, że potworna poczwara dobiera się do jakiegoś dziecka. Z tego, co słyszę jest to jakaś dziewczynka małoletnia, nie jestem mości rycerzem bogów jak imć Randal, ani ratownikiem rannych jak wy czy Jaśniepani Lara, ale nie pozwolę, żeby dziatkom się krzywda działa jeżeli mogę temu zapobiec - wysyczał szeptem, do pozostałych o zaczął szykować magię.

                                  Wpierw zamierzał przyzwać moc swego Pana i Władcy w postaci macek, a następnie zdzielić potwora za pomocą magicznego promienia.

                                  Bonus action
                                  Grasp of the Deep
                                  As a bonus action, you create a 10-foot-long tentacle within 60 feet of you, and can make a melee spell attack against a creature within 10 feet of the tentacle, for 1d8 cold or lightning damage and on a hit, reduces the creature's speed by 10 feet until the start of your next turn.

                                  Action Eldritch Blast

                                  Movement rusza się tak, żeby Ettin był w zasięgu zaklęć jeżeli Marius nie jest w odległości 60 stóp.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Online
                                    PaniczP Online
                                    Panicz
                                    napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                    #84

                                    Dawno temu

                                    - Szlimy wtedy ze dworku, hrabia pałacyk taki miał. Myśliwski. – Karl odkroił nożem kawałek suszonej kiełbasy i zapakował do ust, mieląc między słowami. - Byłem ja tam i ze dwudziestu... No...

                                    Łowca dziabnął kolejny krążek mięsa i memląc uściślił: Może piętnastu bliżej niż dwudziestu, ale dobrze ponad dziesięciu, bo ja byłem ze swoimi chłopakami... To nas siedmiu, a do tego rządca tam z eskortą i jakaś służba... To ich razem było na pewno tyle co nas. Albo i więcej nawet...

                                    - Podzielisz się? – zapytała nieśmiało Brilda, która łypała na podsuszaną już od jakiegoś czasu.

                                    - A, no pewnie. Masz, masz. – Myśliwy podał dziewczynie pęto kiełbasy wraz z nożem i dla zastępstwa od podjadania, chwycił za bukłak. - Moi to byli wszystko dobre chłopy. Ale i ci od hrabi... No on tam miał dobrą służbę, szkoloną. Sam strzelać szkoliłem.

                                    Kai chciał już wyrwać się do raptownego "no i co dalej?", ale jako bard, wiedział dobrze, że nie przerywa się opowieści. Wstrzymał wodze, przejmując bukłak od Karla i pociągając łyk mocnego wina.

                                    - To był początek wtedy. Jeszcze właściwie przed. Ktoś tam gadał, że więcej tej psiej juchy z gór złazi, że zielone mordy się lęgną gęściej, ale nie... Nikt się nie spodziewał, co potem będzie. – Karl, upewniwszy się, że Kai nie ma akurat ochoty na kiełbasę, odebrał swój wiktuał z obiegu i dziabnął jeszcze trochę. - Wiedzieliśmy o gigantach i nawet zdarzyło się ściąć kiedyś... Ale ten bydlak prawdziwie był paskudny. Śmierdział. Śmierdział z daleka tak, że zaskoczeni być nie mogliśmy. Ale...

                                    Brilda i Edwin słuchali uważnie, ale Kai był prawdziwie wczuty, z młodymi, szerokimi oczami łypiącymi na rozmówcę, jakby słowa, które wyrzucał z siebie Karl dały się pozbierać niby złote dukaty.

                                    - Ale i tak, daliśmy się nieco zaskoczyć. Temu, jaki bydlak był szybki jak na te swoje pokraczne, wielkie cielsko. – Łowca wytarł nóż o skraj skórzanych rękawic z łosiowej skóry, zaciągniętych wysoko aż pod łokcie. - Kiedy go zobaczylim... Część się zesrała, bo to i wielkie bydlę, ale dałem komendę... To stali twardo. Okrzyknęliśmy bestię, bo widzielim że głupia. Może da się nastraszyć, ale nie. No to hyc, ja z moim Drexem z lewej, z Bibim, z Dzidzią... A reszta znak, że na prawo, że od drugiej.

                                    Myśliwy powstał lekko znad pniaka, zamaszystym ruchem waląc nożem przez powietrze, imitując ciosy czy strzały, które padały w przywoływanej walce. Mówił, przerywał i nagle zrywał się, albo szarpał, wczuty i przejęty jakby znów był tam wtedy, w Geoffie. Państwie, które upadło. I Kai tam był, razem z nim. Zanurzony w opowieści, niemy obserwator wydarzeń sprzed swoich narodzin.

                                    I jeszcze dawniej...

                                     

                                    Rządca spiął konia i zakręcił, próbując uspokoić i zawrócić spłoszone zwierzę. Jemu nie w smak było zbliżać się choćby i ciut do tej dwugłowej pokraki, która nawinęła się na przełęczy. Zlazła z wysoka, skusiła się na dary, które chłopi składali w kapliczce na rozdrożu szlaków. Może wyczuła zapach, może czaiła się już wcześniej i przyciągnął ją ruch?

                                    - Prawa – strzelać! – ryknął Karl. Miał może ze trzydzieści lat, ale w głosie był jak monarcha. Ludzie szli za nim jak w dym. Piękny jest, pomyślał rządca. Łowca miał twarz surową, jasną, ale w tej białości ściętą cieniem czarnego, gęstego zarostu i krzaczastych brwi. Czarnosiwe włosy rzadko skrywał pod czapą, chyba tylko w najchłodniejsze dni, pozwalając im rosnąć swobodnie i swobodnie rozkładać się puklami aż na ramiona, schodząc w każdą stronę niby bluszcz.

                                    - Lewa, strzelać! – powtórzył zaraz. Ryknięcie monstrum po pierwszej salwie było krótkie, bolesne podrażnienie, a nie przestrach. Teraz kusze i łuki palnęły z lewej, ludzie rządcy Sigfrida z przodu też strzelili, nie wyczekali. Bestia – dwugłowe wzgórze szarobrązowych mięśni – miała w sobie już chyba z pół tuzina pocisków. A oba jej pyski, zębate długimi kłami, ziejące smrodem i bulwiaste, zawyły unisono przekleństwem nieznanego języka.

                                    - Rozjazd, rozjazd! – krzyknął Karl, dając sygnał, by lewa strona, która przykuła główną uwagę stwora rozpierzchła się. W porę, bo olbrzym poderwał się do sprintu praktycznie z miejsca, dudniąc po trawiastej polanie jak goryl. W tym pędzie rzucił przed siebie jakiś konar, który mógłby robić za filar werandy. Trafił Mirsowego konia i żałość ogromna, bo rumak zawizgał przeraźliwie, możliwe że z kośćmi przetrąconymi trafieniem, a Mirs, wytrącony z kulbaki, runął na łąkę i przekoziołkował w dół.

                                    Mogło być gorzej, pomyślał. Mogło. Mógł nie żyć, a wraz z nim inni, których trafiłby gniew olbrzyma. Karl zgarnął go z ziemi, przejeżdżając szybko i biorąc zryw w górę stoku. Dalej zaczynała się stromizna i konie musiały zwolnić, a opierający się po małpiemu na łapach ettin gnał ile sił w członkach. Dzidzia i Dante zrozumieli swój błąd za późno.

                                    Pierwszy spiął konia i chciał zmienić kierunek, ale zabrakło mu już pola manewru. Olbrzym nadbiegał od środka. Młody wariat zaryzykował i ruszył na stwora z włócznią, próbując cisnąć w pokrakę z bliska i na bliskiej prostej zmienić kurs. Dante zobaczył szaleństwo kuzyna i zajechał bliżej, strzelając maszkarze w plecy, by odwrócić jej uwagę i skupić wściekłość na sobie.

                                    Guzowaty łeb z wyłupiastymi oczami zwrócił się za strzelcem, który nadjechał w sukurs młodemu. Ale już drugi, zębiasty ryjec z połamanymi kłami, pozostał głuchy na prowokację i śledził tylko szaleńczą szarżę. W dowodzie wirtuozerii zgrania, lewa strona wychyliła się w gorylim bujnięciu i klepnęła jeźdźca jak dzwonek recepcji, a druga pociągnęła całe ciało zaraz potem w wyskoku, przypadając nad Dantem i wbijając go do ziemi niby śledź przy namiocie.

                                    *Krzyk rozpaczy i wściekłości z tuzina gardeł poniósł się po stoku. Bestia, jeśli nawet przygłupia, dość rozumiała by zaryczeć tryumfalnie, straszliwie, dziko. Wyczuć, że morale upada. I ruszyć w pogoń.

                                    Bukłak cyrkulował wokół ogniska, ale chyba zakończył drogę. Trafił z powrotem do Karla, a ten pił teraz długo i powoli. Do końca. A potem gapił się w ogień i nic nie mówił, aż Kai chciał zapytać już, czy wszystko gra (czego zwykle nie robił, świadomy, że niektóre opowieści miały wpisane w swój charakter efektowne, a nawet i efekciarsko przydługie pauzy).

                                    - To była masakra.

                                    Wszyscy czekali, dając Karlowi chwilę. Jedni w ciszy, inni przebierając coś w manatkach, by puścić w ruch kolejny napitek.

                                    - Zabiliśmy bydlaka. Odrąbałem mu potem oba te łby i wypchane wisiały... Jeden u nas w izbie, a jeden tam w tym pałacyku... Nim go spalili.

                                    - Jak... Jak tegoście dokonali? – spytała niecierpliwie Brilda.

                                    - Wciągnęliśmy go w jar... Wpadł tam, złamał chyba nogę. Można było go dopaść – wyjaśniał w końcu łowca. - Dobiliśmy go... Bo mieliśmy cholernie dużo szczęścia.

                                    Stary zmarszczył się i zmilkł, skupiając ślepia na ognisku, z dala od pytających oczu, które lepiły się do niego nie pozwalając się skupić.

                                    - Zginęło wtedy sześciu ludzi. Sześciu ludzi – wysapał ciężko. - Czterech poniosło rany i jeden, Albit z dworku, pamiętam go, bo to był młody chłopak... Ten jeden już się nie pozbierał. Został kaleką do końca.

                                    Sześciu ludzi, pomyślał Kai. Sześciu zabitych i czterech rannych. Tyle, ile nas akurat.

                                    Bard nie palił się do walki i nie był w tym sam. Seweryn robił dobrą minę do złej gry, ale też wolałby zostawić olbrzyma samemu sobie. Migdał i jego sfora ani myśleli ruszać do zbrojnej rozprawy i to nawet takiej, która miałaby charakter dystansowy, bez zbliżania się do ettina bliżej niż na zdrowy zasięg dobrze naciągniętego łuku.

                                    Nastawienie eskorty zmienił Marius. Nowoprzybyły tajemniczy kapłan, który dotąd trzymał się nieco na uboczu i zachowywał dziwnie i "po swojemu". Deklaracją, że z wioski dobiegł go dziecięcy głos, odpalił prawdziwą bombę.

                                    - N... N-na pewno? – zabezpieczał się Ulef, który wypowiedział to, co wszyscy pomyśleli. Jakim cudem facet mógł coś usłyszeć z tej odległości?

                                    - Absolutnie i na pewno – potwierdził bystrouchy i dla zaznaczenia, że on z boku stać nie będzie, zaczął stępa zbliżać się do wioski, na razie jeszcze szukając osłony w krzewach jaśminu i czeremchy, które robiły dla Pogorzeli za coś na kształt wjazdowego szpaleru.

                                    - Pomóż tutaj. – Tym razem to Randal wyrwał eskortę z odrętwienia, ściągając Wincenta, by pomógł mu, wraz z Larą, która udostępniła swoją linę, zmontować z dwóch sznurów, skryty w listowiu potykacz. - A chyżo!

                                    - No... Tak, słuchajcie sir Randala – odezwał się w końcu Migdał, który po zignorowaniu przez bardziej rzutkich awanturników propozycji "przeczekania burzy", zdecydował się włączyć do akcji. - Jak... Jak jest tam ktoś w potrzebie... No to trzeba, nie? Trzeba pomóc...

                                    - Jedziemy powoli, póki nas nie zauważy, skracamy dystans. Szeroko jak da radę, ale nie za szeroko. Jak będziemy już wszyscy w zasięgu łuków i kusz – walimy... Ale nie na ślepo. Nie na ślepo, kurwa... Tylko celujemy, tak? Jak pan Randal da komendę... Albo ja... To strzelamy! – zaczął tłumaczyć majstrowany na szybce plan. - Zgoda?

                                    Strażnik spojrzał na Randala i przelotnie na Larę, która także pakowała się do przodu, to u nich szukając potwierdzenia.

                                    - Dystans, strzelamy i cofamy się. Jak nomadzi. Nie ryzykować niepotrzebnie – potwierdził paladyn. - Spróbujmy najpierw zwabić go tutaj. Jak się wyłoży – ciach, pierzemy go, walimy. Jakby się nie udało – dystans. Trzymać ten dystans.

                                    - Spróbujemy – uśmiechnęła się zawadiacko Lara, z bronią naszykowaną już w pogotowiu do salwy. Musiała tylko dosypać proch na panewkę, wycelować i... Liczyć, że będzie dość czasu, by wpakować kule w gigancie łby nim monstrum spadnie na nich jak lawina.

                                    - Jedziemy! – Machnął na resztę Migdał, wydobywając łuk z sajdaka i w drodze sprawnie szykując już strzałę na majdanie. Wysforował się naprzód, zostając w tyle jedynie za prącym twardo przed siebie Mariusem, który chciał niebezpiecznie skrócić dystans.

                                    Słyszeli jak gigant rechoczce, gaworzy i wkurwia się, klnąc w twardej, brzydko brzmiącej mowie, która przypominała gardłowe chrząkania przed splunięciem i gulgot jak przy płukaniu gardła. Zajęty próbą dobrania się do piwniczki pod chatą (drzwi pewnie udało mu się już oberwać, ale nie mógł jeszcze sięgnąć do środka), nie zauważył jeszcze jak drużyna śmiałków zbliżyła się do niego.

                                    Byli może ze sto pięćdziesiąt stóp od olbrzyma, skryci jeszcze cieniem krzewów. Wyjechanie dalej, na pustą, porośniętą tylko wydeptaną trawą przestrzeń przed wioską oznaczałoby już z dużą pewnością zwrócenie uwagi bestii, a już z absolutną pewnością, gdyby ruszyć mieli wszyscy. Większość łuczników i kuszników, ale też Lara z jej arkebuzem znaleźli się już blisko osiągalnego zasięgu swych broni, choć daleko im było do pożądanej sytuacji. I tylko biedak Seweryn, zbrojny w sprytną i poręczną kuszynkę-kruszynkę, która musiała świetnie sprawdzać się przy rozstrzyganiu wątpliwości w niedużych pomieszczeniach, nie mógł nawet marzyć, by z tej pozycji dosięgnąć mamroczącej burko-bluzgi bestii.

                                    Spotkanie z bliska (byle nie z za bliska)

                                    Ciche podjeżdżanie miało swój kres u progu wioski. Stan rzeczy w smak niektórym, bo na co było ryzykować i zbliżać się bardziej, skoro jakoś tam można było ostrzelać olbrzyma z dystansu. Duży był przecież, trafi się jakoś, może nie trafi, czego ci ludzie chcą, włazić tej bestii pod topór?

                                    Topór metaforyczny oczywiście, bo ettin nie miał w arsenale żadnej giganciej broni, ale co to dla niego, urwać kawałek tego czy owego i zaraz mieć dość, by wbić człowieka jak gwóźdź w deskę.

                                    - Jadę dalej – oznajmił krótko Marius, którego Migdał spróbował wstrzymać, sceptyczny wobec za bliskiego obcowania z górską demolką.

                                    - Niech jedzie... A ktoś musi blisko – niech podjeżdża bliżej – zawyrokowała najwyższa bitewna instancja na pokładzie, czyli Randal. Powołana tak na mocy doświadczenia, jak i pozorów (które tu akurat nie myliły). - Czekamy, niech Marius zrobi co ma zrobić, ale od razu potem – kto może: salwa... I wycofujemy się kawałek, niech potwór leci za nami.

                                    Taki układ smakował niechętnym ryzykanctwu już jakoś lepiej, bo miał w sobie awangardę w postaci Mariusa, który dawał sobą bufor bezpieczeństwa wobec wybuchu wściekłości bestii. Skromny, ale dość dobry, by nawet co bardziej pokojowi zwolennicy koegzystencji ludzi i olbrzymów zdecydowali się podjechać bliżej, w efektywny zasięg swoich broni.

                                    Kapłan na wysuniętej pozycji zaczął jakieś swoje magiczne dziwactwa, bo miast jak kto zdrów wyszykować łuk czy kuszę do strzału, zamarł z rękoma przy skroniach i z pochyloną głową. Nie za mądrze, Marius, jak chcesz coś zrobić w ten sposób, przecież nawet nie patrzysz przed siebie!

                                    Ale Marius dobrze wiedział co robi. On czuł, jak krążąca podziemnymi strumieniami i żyłami wodnymi energia wzbiera momentalnie, gdy wezwał ją ku sobie. Wzbiera i wybucha w impulsie mentalnej inktanty, gdy pęka bariera światów.

                                    - Pelorze miej w opiece! – rzucił któryś z braci na drugiej linii, widząc jak siły odległe od Pelorowych schodzą na ziemię, by pomóc ich sprawie.

                                    Długa, wijąca się macka czarnej energii wyślizgnęła się spod ziemi niczym wij czy stonoga, obrzydliwie ruchoma i zdradziecka. Jedni widzieli w niej coś na kształt krakeniego odnóża, inni mroczne pnącze czy konar, a olbrzym przed nimi po prostu nagle wyrastającą, ciemną plamę, która – bach! - pacnęła go zimnym obuchem, odrywając od gmerania w deskach rozbitej chaty.

                                    Stwór spojrzał po sobie łbem na łeb i poderwał się na nogi, ale ruch nie był tak płynny, jakim byłby zwykle, bo zimna oślizgłość spoza świata przywarła do ciała bestii i zwalniała jej ruchy. Potężne cielsko szarpnęło naprzód, zwolnione, ale niepowstrzymane, próbując wyrwać magiczną przeszkodę, ale skłębionej energii nie dało się wyrwać z ziemi, ani schwytać.

                                    Schwytać można było próbować malca, który zjawił się gdzieś tam z przodu i który wymachem rękoma i jakimś krzykiem posłał w stronę ettina mokrą, zimną wiązkę energii. Olbrzym poczłapał w tamtą stronę, węsząc nochalem jednego z łbów, a drugim rozglądając się na boki. Choć wyczarowany pocisk spudłował, to wijąca się przeszkoda u stóp dość spowolniła jego marsz, by na razie ledwie nastraszyć wyrośniętych przed gigantem mikrych napastników, ale jeszcze nie dosięgnąć żadnego z nich.

                                    Koń Mariusa szarpnął się niespokojnie, wytrącając kapłana z równowagi i tylko płaskie przypadnięcie do grzbietu zwierzęcia uchroniło magika od upadku. W barwnym kontraście do niespokojnego wypadku czarownika była akcja Lary, która po profesorsku poprowadziła konia bliżej stwora, sypiąc proch na panewkę i praktycznie samymi udami kontrolując pracę zwierzęcia. Może trafił jej się jakiś wyjątkowy okaz, ale wypuszczony przed majaczącą nad nim sylwetkę ettina ogier nie spłoszył się ani drapieżcą, ani nawet nagłym, dymiącym buchnięciem z arkebuza, które zadudniło w dolinie. Smuga dymu na moment zasnuła spojrzenie strzelczyni, ale dziewczyna zaraz zobaczyła, że mimo dobrego poprowadzenia akcji strzał był chybiony.

                                    Bywało i tak. Inni mieli okazję, by się wykazać i pokazać, ile są warci.

                                    Pierwszy był Wincent, który kuszę miał naszykowaną do ataku już od dłuższej chwili, ale konia ewidentnie nie. Przestraszone wystrzałem zwierzę poruszyło się, kiedy snajper celował i oręż o mało co nie wypadł mu z rąk, śląc pocisk gdzieś między osty i pokrzywy. Lepiej zdarzenia zniosła szara klacz Greba, ale znany już śmiałkom z wypadu na Ścieżkę ochroniarz sam się nie popisał i jego bełt wbił się w strzechę zwalonej przez ettina chaty, nie zwracając nawet jego uwagi.

                                    Ulef poradził sobie jeszcze gorzej, bo jego zwierz po arkebuzowym huku, zwielokrotnionym przestraszonym rżeniem koni wokół, praktycznie stanął dęba. Silne ramiona próbowały utrzymać wodze, ale zawiódł refleks i osiłek wylądował dupskiem na ziemi.

                                    Pechowca wyminął Kai, który wcześniej zaspał i teraz dopiero doszlusował do Lary ze swoją ręczną kuszą... Wobec ogromu wroga zdawała się śmiesznie mała, ale co było robić? Grało się rozdanymi kartami czy jak to tam. Bard tym razem nie marudził tylko wymierzył jak umiał najlepiej i – wdzięczny Norebo! - trafił jak złoto! Mimo ograniczonego zasięgu (bo nie paliło mu się podjeżdżać za blisko) i skromnej broni, wystrzelony bełt poleciał prościutko w pokryty guzami łeb z lewej, trafiając w samo czoło. Może gdyby była to pełnowartościowa kusza, a głowa ettina nie była stwardniała i zrogowaciała od guzów i uderzeń, trafienie byłoby nokautującym, ale teraz jedynie zirytowało stwora. Zirytowało i to boleśnie, bo uderzony ryj zawył, a drugi, zębaty, odpowiedział orczym przekleństwem.

                                    Irytacji miało spotkać go więcej, bo oto nadchodziły kolejne ataki. Randal podjechał dość blisko, by rzucić w stwora oszczepem, ale człapiący naprzód gigant zasłonił się potężnym łapskiem i paladyn na razie był jeden oszczep do tyłu bez konkretnego trafienia. Punktu nie mógł doliczyć też sobie ani Migdał, ani Sylv. Ten pierwszy strzelił wprawdzie nieźle, ale strzała z jego długiego, cisowego łuku przeszła o włos od orczego ryjca, zostawiając jego przeklinanie bezkarnym. Drugi nie tylko nie strzelił, ale też o mało co nie spadł z konia – wyjątkowo płochego podjezdka, który słabo sprawdzał się w takich gorączkowych rozprawach.

                                    Seweryn nie mógł zakończyć serii wystrzałów trafieniem, bo preferując rozsądek ponad brawurę (a przynajmniej przy tym konkretnym układzie sił), został kapkę z tyłu, szykując się w zasadzce, by wkroczyć do gry, gdy będzie potrzeba.

                                    Potrzeba zaś mogła nadejść szybko, bo olbrzym wyzwolił się już spod efektu mackowego odrętwienia i – ciągle nieco oszołomiony – parł naprzód, skracając dystans. Odebrało to Larze szansę, by poprawić się po pierwszym wystrzale, bo na razie zmuszona była uspokoić poruszonego srokacza, odstawiając strzelanie na dogodniejszy moment. Dobrze, że stworzenie, choć lekko spłoszone, było dość posłuszne, by wycofać się kawałek, dając swojej pani szansę repety już za moment.

                                    Jej arkebuz głośnością niewątpliwie przykuwał uwagę, ale póki co rodzaj broni niewiele znaczył, bo po kolejnej salwie, Grebo, Wincent i Ulef spudłowali z kusz i łuków, zostawiając dotąd udane trafienie tylko malutkiej kuszy Kaia.

                                    Poprawić zdołał się za to Sylv, którego kusza osadziła bełt głęboko w piersi stwora, wydobywając z niego zgodne, dwupyskowe ryczenie, które na nowo wstrząsnęło końmi. Zwłaszcza tym Kaia, który uznał, że jeździec podprowadził go zbyt blisko centrum wydarzeń i wziął teraz, wbrew bardowi, kierunek 'cała w tył', nie dając mu szansy na strzelecką poprawkę.

                                    Poprawić zdołał się Marius, który na nowo szył ataki energią spoza siebie, uderzając w potwora mrożącą wiązką kotłującej się morskiej szarości. Ettin mruknął coś po trafieniu, ale nie ustał w ruchach. Szczęściem dla kapłana, miał jeszcze kawałek, kawałek...

                                    Tyle, że ten koń! Przeklęty koń, znarowiał niespodzianie i zaczął rzucać się zamiast posłusznie podjąć narzucony kierunek zwrotu. Uwaga wszystkich skupiła się na Mariusie, który został niebezpiecznie blisko olbrzyma, który wydostał się już poza zasięg macki i miał chrapkę na czarodziejskiego ludzika...

                                    Jego pochód spróbowali powstrzymać Migdał i Randal, ale ich pociski nie dosięgły celu, gdy rozpędzony ettin skulił sylwetkę w podbiegu.

                                    - UCIEKAJ! – zadudnił głos w głowie Mariusa, już nie szmerem strumyka czy szumem fal, ale grzmotem wodospadu. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, gdy wierzchowiec nie słucha, a góra sunie na ciebie, wzrastając wyżej i wyżej i wznosząc już niemal kontynenty łapsk, by zgnieść cię na miazgę...

                                    - Prr, prr! – Próbował uspokoić zwierzę Marius. - Cichaj, prr! Jedziemy!

                                    Kapłan miał chwilę, by ostrogami, groźbą, prośbą, szarpnięciem czy choćby krzykiem przywieźć konia do posłuszeństwa i wziąć nogi za pas. Jeśli zdąży, mógł spokojnie zbudować bezpieczny dystans między sobą a postępującą ettinową demolką. Musiał tylko zdążyć...

                                    Porządek walki:
                                    Lara 16
                                    Wincent 15
                                    Grebo 15
                                    Ulef 13
                                    Kai 11
                                    Marius 10
                                    Migdał 9
                                    Sylv 9
                                    Randal 8
                                    Seweryn 6
                                    Ettin 0

                                    PS Wyczarowana macka jest aktywna, ale w tej rundzie nie trafiła ettina (który zrobił dash w stronę kapłana i jest już poza jej zasięgiem). Teoretycznie to bonus action, ale nie policzyłem tego bonusa na wypadek, gdyby Marius chciał go użyć do ruchu – tyle, że przerażenie zwierzęcia uniemożliwiło mu ruch (przez oblane testy) po udanym trafieniu Eldritch Blastem.

                                    Jak widzicie wg porządku rund, Marius (i wszyscy) będą mogli jeszcze zareagować przed ettinem, więc jeśli powiedzie mu się animal handling (albo po prostu zwierzak sam da spierdolkę [a Utopcowi uda się test na Dex i nie spadnie], co bardzo możliwe), to ucieknie.

                                    PS2 Mimo 'literackiego' opisu ettin nie ruszył się w pierwszej rundzie z mechanicznego punktu widzenia.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Online
                                      PaniczP Online
                                      Panicz
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #85

                                      Seweryn (Rewik)

                                      Seweryn z dudniącym w skroniach tętnem obserwował zaczyn bitewnego chaosu w ukryciu. — O mamo! — Całe szczęście, że w ukryciu. Co też tam się działo, a cóżeż nie działo w te parę chwil. Przeraźliwe konie to dęba stawały, z oczyma strachem rozpalonymi, nadeszłymi czerwienią do biegu się zrywały. Rżąc w trwodze, chcą gnać przez kępy traw i niskie listowie, ale jeźdźcy starają się zapanować nad dzikim zwierzem. A za nimi? A za nimi bieży kolos, co w ręku dzierży zielony badylek. Każde jego kroczysko ziemię wgniata, jakby chcąc z niej wszystkie soki wycisnąć. Dobrze, że Seweryn w ukryciu przebywał. Miał jeszcze wybór, czy chce być jak ta kapusta przez ich nadbiegającego smakosza zgnieciony, czy jednak nie wychyli się zanadto. Może jak ta mysz pod miotłą grozę przeczeka?

                                      Kusza jego w pogotowiu oczekiwała, przymierzył nawet się już na próbę, lecz dystansu jeszcze zbyt wiele ich dzieliło. Nikt nie pokładałby jednak w tej kruszynce wielkiej wiary, chyba że zdoła strzał wyjątkowo celny oddać. A potem? A potem w zależności od sytuacji ratować się ucieczką albo też dać porwać się chwili i do mordu się rzucić, jak to onegdaj na ulicach biedoty w Loftwick robiono.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Online
                                        PaniczP Online
                                        Panicz
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #86

                                        Marius (Brilchan)

                                        - Głupi koń! Przeklęta Szkapa! Jak mi Pani Podróży miła niech cię prądy porwą na służbę demonom! Żadna z ciebie łódź, przeklęte lądowe stworzenie! Na żarcie się jeno nadajecie, bo mięso wasze słodkie! - Marius wyklinał zestrachane zwierzę. Doszedł do wniosku, że większą szansę ma po prostu zeskoczyć z bydlęcia niż próbować go uspokoić.

                                        Spróbował zeskoczyć z konia i przeturlać się na plecy, bo sądził, że lepiej walczyć z potworem będąc na własnych nogach. Czy miał rację? To już z woli bogów się za chwilę okaże...

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Online
                                          PaniczP Online
                                          Panicz
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #87

                                          Oczy szperały za kształtami w oddali, za ruchem. Łowiły to, co burzyło porządek. Wyrywało się z pozycji. Niewiele.

                                          Ale nos węszył. Nosy węszyły. Węszyli. I uszy słuchały. Słuchali.

                                          Muczenie. Muu-muu. To znał. Znali. I bee-bee. To też. Widzieli zapach. Tłusty, kwaśny, wiszący. Był tam pot, strach, smród. Był zapach człowieka. Ale nie świeży. Nie było czuć ognia. Dymu.

                                          Spojrzał, spojrzeli. Ten ryj!

                                          Paskudny ryjec po lewej. Uch, te ślepia, guzy, krosty! Uch!

                                          Ta? A ten po prawej? Właziło to w oko, zawsze widać! Gdzie spojrzeć to widać! Śmierdzi ryjec! Śmierdziryjec! Tak go nazywał, śmierdziucha, obżartucha!

                                          - Idziem.

                                          - Hppfff!

                                          - Hmpf?

                                          - N-nnnn-no!

                                          - Nnn-nno mówię... Idziem?!

                                          - Ta – zgodził się zirytowany Śmierdziryjec, któremu nie w smak było, że wygląda to tak, jakby to nie on, a ten zasraniec Spurchlak to wymyślił. - Mówię – idziem.

                                          - Ja mówię!

                                          - G-gnoju ty, kurwa, Spurchalku śmierdzący... Idziem, mówię.

                                          - Ryj-stul-pysk-już. Mówim. Mówim, tak? – Zdobył się na dyplomację łeb numer 1. - Idziem?

                                          - Mhhhhhhmmmm.

                                          - Czuje-czujemy? – pociągnął nochalem ten pierwszy.

                                          - Nie ogień. Nie chodzą.

                                          - Ale żryć. Żryć jest, jest.

                                          - M-hm-hhhehe-he-mmmhh – zaśmiałomlaskał guzowaty. - Jest żryć.

                                          Zapach zwierząt. Odchodów, bąków. Muczenie niewydojonych krów. Potu i łoju. Dobre, obiecujące. Ale gorzałka! Piwko! O, coś było, było. Było czuć. I tłusty ser, nos niuchał-niuchali.

                                          Największa chata w końcu dała się przesunąć, odsunąć, zepchnąć. Runęła na bok. Można było rozbijać środek jak skorupki. Opychać się.

                                          Żeby tak być raz sam... Raz samemu! Żeby nie musieć widzieć jak te ręce... Moje, moje! Moje wpychają w pysk i temu-jemu... Że ja nie mogę sam-sam, ale i ten...

                                          Kruszyli skrzynki pełne serów. Zgnietli wędzarnię pełną kiełbas i mięs, zjedli co się da. Oblizali drewienka jak lizaka, ściągając jęzorami całe smugi sadzy ze środka rozbitego domku. Ściskali beczki z piwem, zgryzali, spijali, wciskali do pysków paluchy namoczone w rozbełtanej mieszaninie wszystkiego co rozlało się tam w środku, mieszając gorzkie-słodkie-tłuste-lepkie-dobre-i-niedobre.

                                          Uczta! Smak! Już nawet trudno, że ten tam... Spurchlak jeden... I ten on, u-u, Śmierdziryjec. Niech zje już, no, niech ma, niech je!

                                          ALE NIE!

                                          Czego? CZEGO? CZEGO-TO?

                                          Wizyta Dzielnej Dziesiątki była ettinowi bardzo nie w smak, bo przerwała istocie – mimo całej jej ogólnej obrzydliwości – prawdziwie hedonistycznej, największą z jej wielkich, pierwotnych przyjemności. Obżeranie się (w tym wypadku połączone z podlewaniem się alkoholem) było czasem wyjątkowym, świątecznym. Festiwalem. Dla stworzenia tego pokroju można by rzec, że najwznioślejszym i przez mnogość bodźców sensorycznych, niemalże quasi-religijnym.

                                          Przemoc, również prymitywna, choć było nie było, wymyślona ewolucyjnie nieco później niż odżywanie się, zajmowała wśród ettinowych przyjemności wysokie miejsce. Może nawet na podium. I skoro już musiała zastąpić, czy przerwać gastrodoznania, to Śmierdziryjec i Spurchlak – istoty, które jak dzień miały chwytać to naprawdę aż ten dzień zapiszczy w ścisku – zamierzali zatracić się w niej całkowicie.

                                          Na pohybel ekspedycji z Czarnych Wrót. A najbardziej jej dziarskiej awangardzie w postaci magicznie przerywającego posiłki Mariusa.

                                          Gigant zaryczał dziko dwugłowym unisono, skacząc ku motającej się na koniu ofierze, ale nim miał spaść na nią z wyrokiem śmierci, na niego samego spadła cała seria uderzeń.

                                          Pierwsza miała strzelić Lara. Znała precyzję, znała praktykę batalii. Wiedziała, co i jak. Proch, panewka, lont. Idzie iskra... Ale i broń idzie z rąk!

                                          Zwierz, spłoszony gigancim rykiem, skoczył, ściągnięte cugle, odruch, refleks, arkebuz leci!

                                          Lara runęła w bok, wyciągnięta w strzemionach, a właściwie w jednym, uwalniając nogę z drugiego, by odpowiednio się wygiąć... I w porę jeszcze złapać w locie broń, która prawie wypadła pod kopyta, między polne chwasty.

                                          Wincent nie patrzył na nią, choć gdzieś tam przez przecinek ciszy w bitewnym zamęcie przemknęło mu jej westchnienie ulgi. Kusznik skupił się na zdobyczy. Za cel obrał guzowaty łeb, ten lewy. Strzelił, zwolnił, palnął... I trafił!

                                          Trafił, ale pocisk skubnął tylko narośle na czole olbrzyma, kropiąc je krwawo, ale bieg kończąc dalej, poza szaroburą, głazowatą głową stwora.

                                          Ale nic straconego. W tej kanonadzie nie był sam. Miał druhów przy boku.
                                          A tym razem, może już otrząśnięci z pierwszego wstrząsu spotkania z siłą, która dudni ziemią pod nogami, kompani strzelali celnie.

                                          Grebo strzelił z kuszy i ulokował bełt w łapsku bestii, wciskając go między mięśnie jak męczący cierń. Potem był Ulef, ledwo celny, ale dziubiący po trochu, odpryskiem z pocisku odsączający z żywej góry kolejne krople krwi.

                                          Następny miał być Kai. Oszczędny w broni, ale ostrożnie spokojny, nauczony pierwszym trafieniem, że da się. Że można.

                                          Ha! Może i można, ale cel w ruchu – nawet tak ogromny – to cel w ruchu. To nieustanny hazard, gdzie celownicze estymacje robione na bieżąco potrafią wziąć w łeb, gdy mięśnie porwą cel do skrętu. Tak, jak zadziało się akurat w tej chwili.

                                          Ettin porwał się do skrętu widząc trwogę w oczach swej najbliższej ofiary. Albo też i jej rumaka, bo nie odróżniał do końca osoby Mariusa od jego konia, który w życiu nie wpadłby na taki pomysł z atakowaniem wielkoluda.

                                          Wierzchowiec zatańczył na tylnych nogach, ale dał się jeszcze ściągnąć w odpowiednią stronę i może nawet dałby kapłanowi ujście w dobrą stronę i w dobrą porę... Ale rozwścieczony magik nie chciał już dłużej polegać na zwierzęcych instynktach i postawił na własny. Wyswobodził się z siodła, ześlizgnął...

                                          A właściwie spróbował ześlizgnąć... Wystraszone zwierzę nad którym przeleciał kawałek pniaka kopniętego mimo woli przez szarżującego naprzód ettina, wierzgnęło jeszcze i Marius postanowił gwałtownie się puścić... Padając plackiem w trawę.

                                          Koń porwał przed siebie, w stronę pozostałych, preferujących większy dystans strzelców, a Utopiec został na ziemi, z bólem w krzyżu.

                                          - RUSZAJ! – zawył głos z głębin, dudniący w uszach Mariusa jak w studni. Kapłan nie miał jednak dość czasu. Nie miał tego ułamka przestrzeni, który dałby mu możliwość wybić się na nogi i dać w długą.

                                          Nim jeszcze to zrobi, nim jeszcze to zrobi mógł walczyć... Na ziemi, w półsiadzie, pchnął ręce naprzód jakby zrzucał kogoś z klifu, dziką siłą zwalniając nagromadzoną w ciele energię. Zimnoszare promienie pacnęły w oba ettinie łby, dzwoniąc im w uszach, jakby ktoś wbił im kubły na głowy.

                                          Olbrzym zachwiał się w pędzie, ale nie mógł już się zatrzymać. Nie zatrzymał go wystrzał z łuku Migdała, który skrwawił go blizną na szyi. Nie zatrzymał go bełt Sylva, który buchnął giganta w brzucho, wyrywając zeń krwiste przekleństwo. I nie zatrzymał go nawet Randal.

                                          Randal, który naprawdę dał z siebie wszystko i w popisie godnym hippicznych mistrzostw świata, poprowadził konia pędem po prostopadłej do stwora linii, skręcając możliwie blisko i biorąc dodatkowy impet ze skrętu do miotnięcia oszczepem, który zapocił się już w nerwowym uścisku.

                                          Pocisk rąbnął w bark stwora, strzaskując kość i rozbijając się w drzazgi, które w migocie krwawych kropli obsiadły prawą stronę olbrzyma.

                                          Seweryn patrzył z daleka-niedaleka, ale widział, że nawet teraz, bestia ma jeszcze wolę walki. Że jej gniew narasta. Że zbliża się do ujścia i będzie dudnić jak gejzer dopóki nie ustaną pierwotne procesy w głębinie. Ukorzone wydudnieniem całej agresji w fali śmierci, którą przyniesie przerywaczom posiłku. Albo wygaszone wraz z biciem jej serc.

                                          - RAB!

                                          Olbrzym skoczył z wzniesioną pięścią i opadł nad Mariusem, wbijając kończynę w ziemię, gdzie Utopiec leżał sekundę temu. Kapłan zdążył odturlać się, pchnąć się do wysiłku. Podskoczyć. Prawie, że do powstania. Prawie, że na równe nogi. Na równe nogi właściwie! Tak!

                                          Był już w ruchu i ruszał, gdy łapa z drugiej strony rąbnęła go od prawej, łamiąc żebra i posyłając na brzózkę parę metrów dalej. Ciało Mariusa wbiło się w drewno, łamiąc drzewko i czując jak łamie się coś w nim samym. Kapłan wypuścił powietrze, mieszając wymuszony wydech z krwawym rzygiem i zemdlał.

                                          Porządek walki:
                                          Lara 16
                                          Wincent 15
                                          Grebo 15
                                          Ulef 13
                                          Kai 11
                                          Marius 10 [nieprzytomny, -3 PW]
                                          Migdał 9
                                          Sylv 9
                                          Randal 8
                                          Seweryn 6
                                          Ettin 0 [poważnie ranny]

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy