Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 411 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez
    #64

    Lara (Alex)

    Quatermain nie przerywała procedury diagnozy medycznej.

    — A więc jednak chodzi o złoto! — sapnęła. — Nie wiem, czy winno mnie to dziwić. Może smucić? Jeśli na otarcie łez nie starczy wam to, co mam w mieszku... to cóż... może powinnam wystawić wam weksel? Uszczkniecie sobie coś z mojego majątku.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz
      napisał ostatnio edytowany przez
      #65

      Scena na mostku nad Zwrotką była iście witrażowa. Ranny, potrzebujący biedak – wędrowiec zrzucony z konia, słania się w pyle i kurzu, ale już-już, w sukurs idzie mu niewiasta. Niczym gołębica zlatuje ku niemu, jasna i czysta. Oddana, by nieść pomoc, niepomna na to co wokół. Za nią zaś, ruszając pędem i stając mężnie nad miłosierną, z tarczą wzniesioną wobec zagrożeń świata, wyrasta rycerz. Paladyn w zbroi lśniącej od popołudniowych promyków, napięty, uważny, wyniosły. Dzielny.

      I tło wokół – jeźdźcy na koniach, zbrojni, zaciekawieni, niepewni. Jedni patrzący z uwagą, może nawet współczuciem, sympatią czy podziwem. Inni zobojętniali, zimni, sami strwożeni, albo niechętni ryzyku. Niech pomoże ktoś inny, myślący.

      Wszystko pod ciepłym światłem popołudnia, na drewnianym mostku odcinającym wątłe, zeschnięte zarośla po lewej od zielonych pastwisk po prawej. Zaiste, scena mogłaby spokojnie ozdobić którąś z katedr Pelora, Rao czy Heironeousa (nie mówiąc już o Zodalu!), jasno wskazując niepiśmiennym wiernym kto dobry, a kto zły i jak żyć należy.

      Scena jednak, gdyby w nią prawdziwie wniknąć, pokazałaby nieco więcej złożoności. Ot, choćby wymiana zdań między doktor Quatermain a sir Randalem, miała w sobie zgłoski złośliwości. Rycerz, owszem, osłaniał i pomagał, ale biadolił przy tym, że lekarka wystawia się nieostrożnie na szwank, a medyczka nie pozostawiała jego gadania bez odpowiedzi, podkpiwając z jego zachowawczości.

      Wokół, konni naszykowali broń strzelecką i łypali po zaroślach i niecce rzeczki, wypatrując zasadzki, albo śladu tych, którzy tak załatwili rannego mężczyznę.

      Sam zaś poszkodowany, o... Kiedy dziewczyna zbliżyła się do niego, stężał w pierwszej chwili, ale widząc, że wyrasta za nią mężczyzna, szarpnął się gwałtownie, próbując odczołgać do tyłu. Ci najbliżej zobaczyli, że dłoń, którą ściśle trzymał płaszcz, owijając się pod szyję, również ma zakrwawioną. Wierzgnął próbjąc ruchu i przeciągnął tyłkiem po belkach mostku, kuląc się z podkurczoną jedną nogą, a drugą wywaloną pod siebie. Nogawica spodni była poszarpana i poplamiona od krwi.

      Lara w momencie ruchu człowieka, gdy odsłonił się nieznacznie, dostrzegła zranienia też na jego szyi. Ciężko było w ułamku fachowo ocenić, ale wyglądało na to, że... Jest pogryziony? Zdało jej się, że dostrzegła na ciele eliptyczne ślady ugryzień jakichś sporawych stworzeń. Szczęśliwie nie wyglądało na to, żeby cokolwiek wyrwało z niego cały płat mięsa, jak zdarzyło się z dogasającym obok wierzchowcem.

      Pewność ruchów i czystość intencji bijąca od dziewczyny wstrzymały pokraczne próby ewakuacji, ale po tym jak dotknęła go, by sprawdzić puls, mężczyzna pokiwał głową na boki w konfuzji i odsunął się gwałtownie.

      - Nie... Nie-nie! P-proszę... Z-zostaw mnie... – Stary miał chorobliwy przestrach w bladych, szarych oczach i aż szczękał zębami. - P-p-p... Panienko, zostaw... Zostaw mnie... To dl-l-l... Dla twojego dobra...

      - Spokojnie. – Coś Larę wewnętrznie tknęło, ale nie dała tego nawet po sobie poznać. Miała doświadczenie w udzielaniu pomocy w trudnych warunkach i – niezależne już od obranej medycznej ścieżki – stalowe nerwy. W dodatku nie była sama, otoczona przez zbrojnych kompanów i osłaniana z bliska tarczą paladyna. - Proszę powiedzieć, kto pana zaatakował? Co się stało? Spokojnie. Umiem opatrzyć te rany, zadbamy o pana.

      Traper popatrzył na dziewczynę głęboko, a w oczach zaczęły mu wzbierać łzy.

      - Zbóje – rzucił krótko. - Zbóje napadli. Zostawcie m-mnie... P-proszę was, zo-zostawcie...

      - Może go naprawdę... zostawić? – rzucił ktoś z tyłu, z suchej strony mostku. To chyba Ulef, ten wysoki.

      - No sam mówi! – dodał ktoś inny.

      - No jak to tak? – włączył się Grebo, którego głos już kojarzyli. - Kto to widział?

      - Cicho! – uciął Migdał. - Lekarka leczy, lekarka decyduje.

      Utopiec zeskoczył z konia, ale na razie nie zbliżał się do rannego, bo i po co? Fachowiec był już na miejscu, więc na co miał się tam pałętać jeszcze ktoś trzeci. Zamiast tego chwycił trójząb, gdyby coś miało wypaść na nich w zasadzce, ale nie było śladu niebezpieczeństwa. W dole szumiała rzeczka, w zaroślach dokazywało ptactwo i kumkające żaby.

      - Na twoim miejscu trzymałabym go na dystans trójzębu... – Rzeczka zaszumiała Mariusowi falistą myślą. - Coś z nim jest nie w porządku. Lepiej uważaj.

      I co było dalej?

      Lara pospiesznie zlustrowała sylwetkę trapera raz jeszcze, rachując w głowie, czy czegoś aby nie pominęła. Niepewna, przekrzywiła głowę i wbiła badawcze spojrzenie w jego załzawione oczy.

      - Idź! Odejdź! – burknął czy warknął traper. - Z-zostawcie m-mnie... B-błagam!

      Medyczka stanęła nieco bliżej, przysłaniając padające od zachodu promienie, które wcześniej mogły oślepiać mężczyznę. Randal bez słowa postąpił za nią, czujny i gotowy do odbicia ewentualnych ataków. Ataku z dołu się jednak nie spodziewał.

      Ranny zerwał się w błyskawicznym, nadludzkim wysiłku, wypadając na Larę szczupakiem. Chciał ją odepchnąć, albo może zepchnąć z mostku, ale mimo nagłego impulsu, na który się zdobył, ciągle był po prostu za słaby. Dziewczyna odskoczyła niepewnie, potykając się lekko, ale nie tracąc rezonu.

      - Rozszerzone źrenice, przyspieszony puls, drgawki – wyliczyła Lara, jakby komentowała jego nieudaną próbę zapaśniczego obalenia. - Do tego utrudniony kontakt wzrokowy, rozbieganie gałek ocznych... Ślinotok.

      - Wiesz co mu jest? – zagadnął Randal, który wszedł między lekarkę a pacjenta, osadzając tarczę między deskami niby gabinetowy parawan.

      - Pewności nie mam... – Medyczka zastanowiła się chwilę i spojrzała do tyłu. Seweryn, jakby odczytał jej myśli i kiwnął jej głową na potwierdzenie diagnozy, którą mieliła w głowie. Kai i pozostali na razie stali niepewnie, czekając decyzji. - Ulef, pomożesz mi tu z nim? Tylko delikatnie... Stanowczo, ale ostrożnie...

      Dryblas potwierdził i ruszył od razu, choć minę miał nietęgą. Brat – na bracie zawsze można było polegać – nieproszony poszedł za nim. Tak w razie czego.

      - N-nie, z-zostawcie mnie... Panienko, t-t-ty... T-ty jesteś d-dobra... Jak moja Sońka... – Traper wszedł na błagalne, rozstrzęsione rejestry. - T-t-to ja dla-dla c-ciebie nie chci-chciałem... Ch-chciałem żebyście o-odeszli... O-odejdźcie...

      - Proszę się uspokoić... Jest pan bezpieczny, dobrze? Pomożemy panu. – Lekarka patrzyła na ranego z mieszaniną współczucia i badawczej ciekawości. - Złapcie go proszę za ręce, dobrze? Ale ostrożnie!

      - N-nnnie! P-pani-panienko, szczury! Sz-sz-szczury!!! – wrzasnął jazgotliwie aż ptaki zerwały się trzcin pod mostkiem. - Zmie-zmienicie się! Ra-ratujcie... Bogowie! A precz! A przecz idźcie!

      Ranny w drgawkach i napadzie rozpaczy rozważał chyba coś przez chwilę, wystraszony nadejściem zbrojnych jak zwierzę w potrzasku. W desperackim ruchu, widząc że jego krzyki na nic, przesunął się ciut w tył i wychylił nad brzegiem przejścia... Właściwie nie wychylił. Wysunął, chciał skoczyć, upaść w szemrzącą strugę pod spodem.

      Ale Randal był obok. O krok. I zaskoczony wprawdzie, ale bez trudu odczytał co mężczyzna chce zrobić, więc złapał go za ramię i wciągnął na środek kładki. Ranny zawył i stężał, zaprzestając oporu. Opór stanowił teraz sam bezwład jego ciała, ale rycerz miał dość krzepy, by poradzić sobie z traperem, a Ulef i Sylv wsparli go natychmiastowo. Ranny leżał rozłożony na deskach pomostu, ręce i nogi przytrzymywane z obu stron, płaszcz ściągnięty, pokrwawione ciało odkryte.

      - Tylko delikatnie z nim, dobrze? Ma gorączkę... Pewnie halucynacje, albo zaburzenia percepcji. – Lara teraz mogła przyjrzeć mu się naprawdę z bliska. - Może to wycieńczenie i utrata krwi, może choroba, może działanie jakichś substancji psychodelicznych. Albo wszystko po trochu.

      Ostatnią formułkę Lara wypowiedziała spoglądając na spory woreczek, który wypadł spod płaszcza, a który traper wcześniej kurczowo trzymał w dłoni. Sakiewka rozsunęła się, odsłaniając zawartość w postaci zmielonej na drobne trocinki czarnej kory. Na tle hebanowych cząsteczek wykwitały gdzieniegdzie zielone smużki w kolorze świeżej trawy, niby żyłki wpuszczone w drewno. Wszyscy, którzy spojrzeli na proszek skojarzyli go od razu.

      Skałodrzew. Mielona kora egzotycznego krzewu była drogim, ale powszechnie znanym narkotykiem, który słynął w południowym Flanaess jako mocna pobudzajka i poprawiacz humoru. Lekarka pamiętała go z opisu i oglądanej kiedyś próbki, ale łypiący z tyłu Seweryn, który w międzyczasie podszedł bliżej, widywał go wielokrotnie i nie raz stosował. W medycynie, oczywiście. Jak to u niego - zawsze niekonewncjonalnej, ale praktycznej.

      Cyrulik dobrze znał środek i jego działanie, ale nie spotkał się jeszcze z mieszanką tego typu. Słyszał, że niektórym zdarzało się mieszać drobno zmielony skałodrzew z solami szamoliku, ale tamte były bielutkie i krystaliczne. Nie kojarzył, by ktokolwiek skłonny był rozrabiać tak drogi narkotyk z tanimi dodatkami innego rodzaju, a przynajmniej nie tak ordynarnie otwarcie.

      Jasne, ludzie zawsze kombinowali by zaoszczędzić, ale zwykle maskowali się z tym, doważając raczej zmielone, bezużyteczne cząstki czarnego dębu, czasem po prostu tytoniu albo tabaki, a w przypadkach naprawdę bezczelnych i głupkowatych cokolwiek, co było czarne czy dostatecznie ciemne. Jak osmolone trociny czy kawałki gleby.

      Kai wyglądał z drugiego rzędu, patrząc to na dygocącego, bezładnego trapera, to na woreczek. Też znał ten specyfik, bo obracając się w środowiskach, w których się obracał, trudno go było nie znać. Ale podobnie jak Drachenwulf, nie kojarzył nigdy takiej jego odmiany. Przesuwając językiem po zębach zastanawiał się, czy aby może o tym nie mówiła plotka, którą zasłyszał parę dni temu od kogoś w "Diamencie".

      - Kto pana tak załatwił? – spróbowała jeszcze Lara, szykując opatrunki i bandaże z lekarskiej torby.

      Rozłożony na deskach mężczyzna miał porozdzierane skórzane spodnie, a na górze, skrytą wcześniej pod obszernym płaszczem podróżnym, tylko rybacką kamizelkę, która też była w strzępach. Na ciele miał pełno ran. Część z nich to były niegłębokie, ale furiackie cięcia. Pewnie od noży, albo czegoś równie kompaktowego. Uwagę zwracały jednak ugryzienia. Facet miał na sobie pełno śladów zębisk i świeżych pokrwawień, a przy barku... Wyglądało jakby coś urwało mu kawałek ciała.

      - Oho – rzucił jakoś dziwnie cicho Seweryn z tyłu. - To będzie się paskudnie goić.

      Co ty nie powiesz, pomyślała Lara, strwożona obrazem przed sobą. Tak jak i cyrulik, rozpoznała, że większość pogryzień na ciele rannego jest od ludzkich zębów.

      - So on mówił? – Wincent wracał z drugiej strony przeprawy, po krótkim rekonesansie. Teraz zatrzymał się przy martwym już koniu i dokładnie oglądał jego rany. - Że zbóje go napadli? To z psami chiba byli... Bo koń widzę, że nie tilko ustrzelon, ale i pogryziony jes.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz
        napisał ostatnio edytowany przez Panicz
        #66

        Seweryn Drachenwulf (Rewik)

        Doczekać się na ową wymianę myśli nie mógł się i Seweryn. Rzecz jasna o Wedrykowej zapowiedzi czegoś na kształt rozprawy dla rozumu pożytkującej mowa. O tym też Seweryn mógł rozmyślać, kiedy Marius Utopiec wraz z Kudłatym na horyzoncie rośli. Temat nawet do wspólnej zadumy z mistrzem Wedrykiem wiodący by znalazł, a choćby i o tajemnicy lapis philosophorum zwanym, bądź, daleko nie szukając - o owym paladyńskim uzdrowieniu i późniejszych zdarzeniach. Choć tu musiałby dozę ostrożności zachować w swej wylewności.

        Nie trzeba znać Seweryna dobrze, by domyśleć się jak wielkie wrażenie zrobiło nań tamto użycie magyi, potem z bliska widok dziwowieży Wedryka, a teraz otwarte przyznanie się ich nowego towarzysza do bycia magiem... magiem bojowym. Cóż to za czas niezwykły! Ukłonił się toteż uniżenie.

        — Prawdziwie w sercu swoim czuję, iże Cza-czarne wrota, choć ostatnimi czasy sławne, to skromne i proste, nie godne są pomieścić w swych granicach aż trzech magów zarazem. Alem zaszczycony wielce poznać Waćpana.

        Choć słowa zdały się być w przyjaznym tonie wypowiedziane, sam rudzielec, odziany w znoszone szaty nie posiadał aparycji zachęcającej do poznania. W nerwowej drgawce coś często się uśmiechał, wzrok raczej kierował w stronę, gdzie nie spotka swego rozmówcy, a i obiektywnie urodziwy nie był. U pasa jego nie spoczywał oręż błyszczący, a pancerz nijaki nie zdobił mu ramion. Znak to, że umysł przepustką dlań do owej charałupy był, co Marius mógł poznać. Bo cóż też innego?

        text alternatywny

        Seweryn konia był dosiadł niezdarnie. Znać było, iże nie czyni tego na każdy dzień zwyczajny. Ostawał też w tyle, ilekroć "przednia straż" nazbyt tempo solidne nadawała. Może to też dlatego, bo medyk miał swoje do przemyślenia. Obfitość przeżyć wtrąciła go w swoiste emocjonalne rozedrganie. Obok magów i monstrum stały tajemnicze Wrzosiny i Pogorzel. Ale były i te bardziej przyziemne rozterki. Nowalijka Leder, bratanica stolarza okazała się być młodą dziewczyną, co bynajmniej sprawy nie ułatwiało, lecz pomocnika jakowegoś potrzebował ino prędko. Wiadomym było, iże nie pomoże w typowo medycznych sprawunkach pod jego nieobecność, lecz medicamentum zgodnie z zostawionym przepisem sporządzić mogła, a zapotrzebowanie na smarowidła na rany i poparzenia i inne schorzenia było. To od pracy w kuchni nie różniło się wielce. Na dni kilka przyjął to dziewczę, wcześniej z co ważniejszych rzeczy namiot oczyszczając, zabezpieczając się przed ewentualną kradzieżą. Słyszał bowiem o tym co działo się w Górniczej Doli. Opowieść ta również była interesująca... W każdym razie, prawdą było to co stolarz o dziewczynie i jej znajomości ziół wszelakich był prawił, więc odmówić grzechem by się jawiło. Nawet jeśli odmówić miałby później.

        Lecz to nie kres doznań wszelakich był.

        text alternatywny

        — Tako rzecze, iże zbóje. Ten ślad widzisz? Rozstaw zębów szeroki, dość płytkie wgryzienie. Wierzyć, że to ukąszenie świni, bym chciał ale wątpić zaczynam... — Po tych słowach skierowanych do przybyłego Wincenta, tym razem to Seweryn spojrzał na swoją żeńską odpowiedniczkę po fachu. Krótko, jakby była to rzecz nieprzystająca lub niestosowna. — Wielem słyszał, ale o grasujących w tych stronach świniach z nożami, zagryzających ludzi i... atakujących konie nie... nie słyszałem. To dlatego. — wyjaśnił z fascynacją jakąś przyglądając się rannemu mężowi, a po chwili wskazał worek z narkotykiem.

        — To zaś skałodrzewo, substantia o-odurzająca. Z czymś jeszcze. Może jak mu minie, powie coś więcej. Chyba warto. Może mieć długie zęby nie tylko na pomoc, Pani Quatermain, to i uważać trzeba podwójnie. — Seweryn przygotował się, by wraz z innymi przetransportować delikwenta w mniej odkryte miejsce, by tam być może, jeśli będzie to wskazane związać delikwenta i zająć się dalszą pomocą, której ratowany wcale nie chciał.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #67

          Marius (Brilchan)

          Jazda konna była dla Mariusa nowym i niezbyt przyjemnym doświadczeniem. Zwierze śmierdziało uryną i potem jak żeglarz mało dbający o higienę, a przy każdym kroku trzęsło niczym łódka na morzu... Niby znajomo, ale jednakże obco. Zajął znudzony umysł, śpiewając w duchu szanty popularne w pirackich tawernach jego dzieciństwa.

          text alternatywny

          Z ulgą zeskoczył ze śmierdzącego konia, nie spodziewał się ostrzeżenia, od Mistrza podziękował mu jednak w swoim sercu, serc.

          - Marnujecie czas na tego podejrzanego typa! Coś z nim jest nie tak: Jakieś przekleństwo czy inne diabli go wzięli! Waćpaństwo uzdrowiciele lepiej go zostawcie w pokoju albo odsuńcie się, to skończę jego cierpienia! Lepiej trzymać się odeń z daleka! Mam złe przeczucia co do tego trapera! - Krzyknął do uczonych i zaczął zbierać w lewej dłoni mistyczną energię barwy stalowoszarego wzburzonego morza gotów uwolnić ją w kierunku drącego mordę człowieka na wypadek, gdyby miał się zmienić w jakieś monstrum i pożreć dobrodusznych naiwniaków.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez
            #68

            Randal (Mike)

            - Nikogo nie wolno od tak, na pierwszy rzut oka oceniać - powiedział do towarzysza Randal - Na razie widać, że pomocy mu trzeba. A czy damy radę mu pomóc czy jeno ostatnie namaszczenia udzielić, to się okaże.

            - Co rzekniecie, wy w medycynie uczeni, myślicie. Ma słuszność nasz prędki do nieodwracalnych działań kompan?

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez
              #69

              Seweryn (Rewik)

              — Związek snadź jakiś ze wsią Pogorzel mieć może. Powrozem go skrępujmy, by krzywdy sobie i nam żadnej nie uczynił. A być może i uda się go zratować... wywiedzieć się czegoś. — Seweryn mówiąc to zachowywał cały czas rezerwę i bezpieczny dystans. — Teraz umysł mgłą ma przy...przysłonięty, tak... poraniony, pogryziony, insania jakowaś, delirium ciężkie umysł mu toczy. Stąd też ludzkie ślady zębów. Od skałodrzewa być może. Ale nie on sam siebie pogryzł, czujni być musimy. Ale przystanąć musimy. Podróż zaniechać... na czas jakiś. Podróż w czasie odłożyć.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz
                napisał ostatnio edytowany przez
                #70

                Lara (Alex Tyler)

                Twarz Lary wykrzywił przelotnie nieprzyjemny grymas. W tak naglącej sytuacji na liście bieżących priorytetów młodej medyczki zdecydowanie wyżej stało ratowanie ludzkiego życia, niż dumanie nad osobą pacjenta i towarzyszącymi mu okolicznościami. Poza tym uwaga Mariusa zdała jej się nie bardziej przytomną od słów ciężko rannego mężczyzny z zaburzeniami świadomości, któremu właśnie próbowała pomóc.

                — Na razie wypadałoby zadbać, by nie oddał ducha — oświadczyła z naciskiem. — Jeśli go zwiążemy liną, nie będę miała do niego odpowiedniego dostępu. Dopóki nie skończę, po prostu trzymajcie go w bezruchu. Tylko tak, by nie uczynić mu dodatkowej krzywdy.

                Dwoma ostatnimi zdaniami zwróciła się w domyśle do osiłków, którzy przytrzymywali pacjenta.

                — Po wszystkim możemy go spętać... dla jego własnego dobra. I zastanowić się nad tym wszystkim.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Niedostępny
                  PaniczP Niedostępny
                  Panicz
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #71

                  Scena na mostku była prawdziwie malownicza, co przełożyło się na wyciśnięcie jej przez Los do żywego. Piękna, witrażowa scena godna kościelnych nauczań pokrzepiłaby serca obserwatorów, ale nagle, za sprawą tajemniczego Mariusa, który świeżo co włączył się do drużyny, nabrała charakteru dreszczowca. Kapłan zamarł w bojowej pozie, wyglądając słowa czy gestu, który przesądziłby o przyszłości rannego trapera. Był gotów. Ledwo co dotąd płynąca struga w dole jakby wezbrała mocniej, wiatr zaszumiał żwawiej w tatarakach, a powietrze zakłębiło się chłodną wilgocią wokół dłoni magika, barwiąc rzeczywistość na stalowoszaro. Jeden agresywny gest, jedna decyzja.

                  O co może chodzić? – pomyślał Marius, przypominając sobie chłodny dreszcz, który wraz z myślą przepłynął przez niego ostrzeżeniem przed rannym. Miał faceta w garści...

                  Ale drużyna zdecydowała inaczej. Najpierw zareagował paladyn, który skupiał się na osłanianiu Lary, a teraz stanął tak, jakby w razie czego miał sobą ochronić też wijącego się na ziemi trapera. Oboje medycy wypowiedzieli się w moment potem, dodatkowo uspokajając sytuację. Szary wir rozmył się, kłębek energii rozwinął się w wątłe nici pary wodnej, spiętrzony szum Zwrotki ustał.

                  Doktor Quatermain odetchnęła lekko, czując jak wzmożenie w powietrzu, które udzieliło się wszystkim maleje. W oczach zmalał też ranny, który wycieńczony wiciem się pod pewnym, ale - na tyle na ile to było możliwe - ostrożnym chwytem osiłków, zaczął odpływać. Szczęśliwie w sen, a nie objęcia Nerulla.

                  Nim opadł w odrętwienie, lekarka zdołała napoić go jeszcze z własnego bukłaka, podtrzymując niepewną głowę. Facet pił chętnie i piłby łapczywie, ale brakło mu już sił choćby na ten niewielki wysiłek.

                  - Jeśli da radę, przenieście go na tę naszą stronę mostka... Tych parę kroków – zarządził przewodnik. - Łatwiej będzie się ukryć, albo wycofać... Gdyby jednak była potrzeba.

                  Medycy, ani tym bardziej nikt z reszty załogi nie zaprotestował. Ci pierwsi, bo wydobywali swoje medyczne utensylia z lekarskich toreb (choć Seweryn nie pchał się na pierwszy plan i zostawiał operacyjne działania młodszej koleżance), a ci drudzy, bo faktycznie nie w smak im było dać się zaskoczyć w najbardziej odsłoniętym miejscu w okolicy. Bądź, co bądź – facet od kogoś oberwał. I ten ktoś gdzieś tam wszak dalej musiał być.

                  Młoda pani doktor działała sprawnie i metodycznie, przemywając co paskudniejsze rany i nakładając na nie zwitki bandaży. Głębokie ugryzienie blisko szyi wymagało zatamowania, więc Lara sięgnęła po przygotowaną papkę z krwawnika, rozprowadzając ją na szarpnięciu pod miękkim bandażem. Nie było na razie mowy o szyciu tego obszaru.

                  Lekarka zakomenderowała by rozebrać pacjenta, ale nie miała cierpliwości do wahań i wątpliwości pomagierów, więc zaraz sama rozcięła skalpelem jego odzienie, zerkając czy gdzieś jeszcze nie ma dużych, otwartych zranień o której trzeba by zadbać. Słusznie. Udo odsłoniło drugie, duże ugryzienie, które skryło się jakoś pod zaciągniętym materiałem i również wymagało odkażenia i roślinych okładów.

                  Dziewczyna lekko podniosła głowę pacjenta, ale ten był bezwładny poza rzeczywistością. Odwróciła na moment spojrzenie i złapała wzrok Seweryna. Cyrulik zrozumiał w mig, albo sam pomyślał o tym wcześniej. W jego dłoni na raz znalazły się nożyce do strzyżenia i Lara zaczęła przycinać zmierzwione, zlepione krwią i potem kłaki trapera. Gęste siwe kępki opadały na piasek, odsłaniając napuchniętą, gołą skórę głowy.

                  Guz jeszcze nie wyrósł na tyle, na ile miał wyrosnąć, więc rana musiała być w miarę świeża. Ot, pewnie kwestia maksymalnie paru godzin. Czy tyle przepędził na tym ukropie, zakrwawiony i majaczący wśród własnych urojeń? Grunt, że teraz był pod opieką i wyglądał na twardego herbatnika. Bardziej właściwie jak wojskowy suchar, który niejeden dzień marszu może przetrwać na samym dnie, pod ciężarem codziennych trudności.

                  - Szyć to? – szepnęła do siebie Lara w zamyśleniu, niepewna czy to już właściwy ruch.

                  - Ja bym szył – włączył się Seweryn, który oglądał operację wykształconej gruntownie koleżanki z dużym zainteresowaniem. - O tam zobacz, w dołeczku jego... Głębiej jest, nie warto dopuścić, żeby się ruszył, bo to się może otworzyć. To wątłe jest, może pęknąć, zapoczątkować krwotok i pójdzie falą...

                  Dziewczyna mimowolnie podniosła brwi, ale po ułamku wahania kiwnęła głową. Rzeczywiście, ten nietypowy medyk wypatrzył to bystro i słusznie ocenił. Pod guzem i resztką wrośniętych włosów, które ciężko było dobyć na wgłębieniu ciemienia mogła tego nie zauważyć, a żyłkowanie odkrytej czaszki sugerowało, że przy gwałtowniejszym ruchu świeży strupek może puścić i dalsza, ciągle otwarta część rozszerzy się i... Kto wie, kto wie.

                  - Igłę poproszę – rzuciła krótko Lara, wystawiając dłoń jak przy operacji tysiące mil stąd. Trafna diagnoza Seweryna dodała jej pewności i sprawiła, że mężczyzna urósł w jej oczach. Kim by nie był i jak dziwne nie byłyby jego niektóre metody, faktycznie miał oko godne chirurga.

                  Lekarka zabezpieczyła narażone miejsce kojącym opatrunkiem i z pomocą aż czterech kompanów, wiodąc ich poleceniami w dziwaczną formę gimnastyki, gdzie dużym wysiłkiem mięśni operowali pacjentem tak, by ten pozostawał możliwie nieruchomy, ale ponad ziemią i z nieznacznie uniesioną, acz całkowicie stabilną głową, czyniła swą sztukę. Sztukę niby prostą w ruchach, kojarzoną z juchą i flakami, ale dla wszystkich, którzy patrzyli praktycznie nie do powtórzenia.

                  Wszystkich oprócz Seweryna. Ten oglądał całą operację z zaciekawieniem, samemu asystując w procesie i czasem aż ciągnęło go, by coś powiedzieć, albo samemu wykonać ruch, ale wiedział, że sprawa wymaga precyzji i ciszy. Widział zresztą, że ma do czynienia z prawdziwą ekspertką, więc sam niczego nie zrobiłby inaczej. No, może nie certoliłby się tak w paru momentach, inaczej szacując odporność pacjenta na ból.

                  - Już panowie... – Lara odsapnęła ciężko, odgarniając znad oczu pukiel włosów, który przeszkadzał jej w czasie operacji, a który dzielnie dotąd ignorowała. - Dziękuję wam.

                  Pacjent był z grubsza zabezpieczony i zadbany. O dalszym powodzeniu rekonwalescencji miała zadecydować siła jego organizmu, ale doktor Quatermain była dobrej myśli. Wcześniej sądziła, że z traperem może być krucho, ale teraz uznała, że wystarczy mu krótki odpoczynek i stała dbałość o rany w kolejnych godzinach i dniach, by znalazł się na dobrej drodze do zdrowia. Oczywiście, o ile nie wda się zakażenie... Albo nie zaraził się czymś, co wcześniej mógł sugerować w swoim bełkocie.

                  Seweryn widział to inaczej. Jego zdaniem facet ciągle był na granicy życia i śmierci, a dalsza droga z nim czy nawet próba przeniesienia go gdzieś bliżej mogła być w jedną stronę. Lara z kolei nabrała przekonania, że jeśli drużynie starczy sił (i ostrożności), to pacjenta będzie można spokojnie donieść do najbliższych Wrzosin, gdzie złoży się go w którejś z chat – na ławie czy może sienniku (jeśli coś się ostało), ale przynajmniej z dala od słońca. Ba, niemal pewnym było, że jeżeli iść powoli i mieć odpowiednio stabilne nosze, to da radę pechowca odstawić do lecznicy w Czarnych Wrotach, gdzie zajmą się nim już medycy w lazarecie.

                  - No, pani Laro, wie pani co robi – ogłosił Migdał z podziwem w głosie. - Co z nim dalej robimy? Krępujemy i jedziemy naprzód, tak jakeśmy gadali?

                  Spojrzenia wszystkich skupiły się na medyczce, która zadbała o poturbowaną znajdę jako pierwsza w akcji. Zarówno Lara jednak, jak i pozostali, widzieli, że tak drużynowa obstawa, jak i niektórzy z kompanii – być może idąc za wzrokiem pozostałych – zezują lekko na pokaźny worek narkotyku, który został rozwalony na deskach mosteczku.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz
                    napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                    #72

                    Marius (Brilchan)

                    Marius rozwiał magię, bo nie zamierzał z nową kompanią, na noże iść potrzebował ich żywymi i w dobrej komitywie, aby wypełnić misje. Uważnie obserwował całe zdarzenie, choć nie zbliżył się więcej, niż na uderzenie trójzębu to obserwował cały zabieg z uwagą i odetchnął z ulgą gdy nie doszło do najgorszego. Nabrał też szacunku do cyrulików, pomagał niegdyś w lazarecie, ale takich zdolnych szwaczy to nie widział! Na morzu odkażało się ranę ogniem, sypało się sól na krwawienia, ucinało się rozwalone giry i przemywało rany grogiem! Nikt nie cerował ludzi, jak portki co robiło wrażenie! Gdy było po wszystkim, kiwnął głową i rzekł:

                    - Naiwnymiście dobre serca macie azaliż ten Traper to pewno jakiś diabeł w nim siedzi, bo mięso Sereny zjadł czy inne selkie go ugryzło, pewno kontroli nad tym niema i dlatego tak ryj drze, bo wie, że za waszą dobroć może w każdej chwili ludzką skórę zrzucić i wam za waszą pomoc te rany to pewno z walki z ostatnimi ofiarami. Dobryście ludzie, ładno go zacerowaliście, poćwiczyliście swój zacny fach, kunszt macie w rękach wielki szacunku a podziwu godny! Ale na nic to jeżeli wam monstrum zdolne dłonie powyrywa... Szanse mu dałyście teraz w rękach Bogów jego los przy waszym udziale, lepiej go tutaj zostawić, jeżeli się uprzecie brać go z nami, to ja doń bliżej niż na odległość ciosu trójzębu nie podejdę i pewnie oka nie zmrużę, pilnując nas, przed waszymi dobrymi uczynkami - rzekł, a następnie podszedł do martwego konia.

                    Po obwąchaniu strzały i rany, które nie wydały się zatrute, wykroił sobie nieco mięsa na dodatkowe racje żywnościowe. Niby Kompania ich wyposażyła, ale Utopiec zbyt często w dzieciństwie przymierał głodem, aby teraz kręcić nosem na darmowe jedzeni.

                    Spróbował odciągnąć truchło nieco dalej od ścieżki, aby nie blokowało drogi i nie sprowadziło drapieżników zbyt blisko traktu. Jego bogini była patronką podróżnych. Marius nie miał czasu ani sił kopać dla zwierzęcia mogiły, ale spróbował zmniejszyć szkody dla innych, gdyż nie był wbrew pozorom samolubny, jeno nieco zgorzkniały wobec bliźnich.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #73

                      Seweryn (Rewik)

                      Myśl o przepotwarzeniu człowieka w monstrum jakoweś, rozbudzała wyobraźnię nie tylko osób posiadających otwarty umysł. Obraz ten wzbudzał przerażenie, lecz nie przez swą groteskową i makabryczną naturę, rozrywanej skóry, trzasku kości i mlaśnięć przeobrażających się tkanek, lecz przez ukryty przekaz owego ludzkiego strachu. Morbus lycanthropia objawiała w bezbronnym negliżu to co człowiek mógł skrywać w sobie i owe personificatio zła uderzało szczególnie dotkliwie, nawet jeśli bez pełnej świadomości człowieka dlaczego.

                      — Nie musicie, magistrze Mariusie obawiać się o mą dobroć i to że na manowce mnie zwiedzie. To iże więcej dobra uczynić mogę, w zdrowiu pozostając, doskonale rozumiem. Choć wiedzy tej często młodym brakuje. — Seweryn świdrował wzrokiem nieprzytomnego człowieka i poczynania Lary. Odnosiło się wrażenie, wbrew jego słowom, że z trudem powstrzymywał się przed wzięciem sprawy w swoje ręce, gdy przyszło do szycia ran. — Dobrze jednak prawicie, nie zawadzi, choćby w nocy, przypilnować. Zastanawia mnie, czy zdążyliście poznać się z magistrem Wedrykiem?

                      Mówiąc to Seweryn wzrok od zabiegu oderwał, zwilżył usta językiem, po czym podszedł, schylił się i sięgnął po worek z narkotykiem, zachowując ostrożność, by nie wzniecić dymu, czy proszku na dłonie nie sypnąć.

                      — To mag, na materii, o której prawicie wielce rozeznany. Byłby ciekaw przypadku, gdyby wasze słowa prawdą się okazały. Ja zaś wskazuję, jednak na to, jako możliwą przyczynę, choć ów dodatek do drzewoskały... co to takiego, nie rozeznaję.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Niedostępny
                        PaniczP Niedostępny
                        Panicz
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #74

                        Lara Quatermain (Alex Tyler)

                        Lara Quatermain nie lubiła dramatów. Zbyt często w jej życiu ich nadmiar kończył się śmiercią, a tej, mimo swojego medycznego fachu i pewnego doświadczenia w obcowaniu z nią, nie darzyła sympatią. Szczególnie w przypadku tych, których nie miała po drugiej stronie dwururki i mogła jeszcze ocalić.

                        Przy mostku czuła napięcie – iskrzące i szczypiące, jakby powietrze naładowano opowieścią, której zakończenie wciąż było pisane. W jej rękach spoczywało życie trapera, zanim do końca zrozumiała, kto i po co w ogóle próbował mu je odebrać. To jednak nie było istotne w danej chwili. Ją interesowało, co się dzieje pod skórą, czy tętnica nie jest rozerwana, czy tkanki zachowały ciągłość. I czy jeszcze warto szyć, zanim człowiek zacznie śnić na zawsze.

                        Z zadowoleniem odnotowała, że sytuacja się uspokoiła – nie dzięki krzykom i agresji, lecz jej prędkim decyzjom, trzeźwej logice i – w nieco mniejszym stopniu – ramionom osiłków oraz mocnym plecom Randala, gotowym osłonić. Dziwaczny Marius mógł sobie wymachiwać czarnoksięską aurą jak dramatyczną peleryną i gadać jak w gorączce, ale to nie on podawał wodę. Nie on rozcinał brudną tunikę. Nie on oczyszczał rany. On tylko stał z boku i przeszkadzał.

                        Mimo że była fizyczką, i w związku z tym chirurgia nie należała do jej specjalności, Lara działała sprawnie, jak zawsze w tych sprawach dowodząc, że jest metodyczna, szybka, zdeterminowana i wysoce wykwalifikowana. Skalpel, bandaż, zioła, ocena, cięcie, diagnoza, szew. Przez cały czas odczuwała pobudzające napięcie związane z uciekającym czasem i walką o życie. Nie była jednak w polowym szpitalu, tylko przy mostku nad rzeką – z jednym nieszczęsnym facetem, z rozbitą głową i masą niesionych szaleństwem ran oraz ugryzień. Splot wydarzeń był niejasny, ale to, co trzeba było zrobić – krystalicznie oczywiste.

                        A ten Seweryn... podejrzany i osobliwy, ale uważny. Jego spostrzeżenie trafiło w punkt – coś, co mogło jej umknąć. A to już coś znaczyło. Być może miał prawdziwy talent i dzięki niemu zdołał wybić się w swym cyrulickim fachu ponad masę typowych rzeźników.

                        text alternatywny

                        Po wszystkim Lara odetchnęła z wyraźną ulgą i poczuła, jak przepełnia ją ekscytacja. Każde zwycięstwo w takiej walce było dla niej niezwykle energetyzujące. Niewiele ustępowało skokom nad przepaściami, unikaniu zabójczych pułapek i pojedynkom z potworami. Kto wie – może właśnie dlatego przetrwała tyle lat żmudnych studiów?

                        Wolne ręce i umysł pozwoliły blondynce odnieść się do słów kolekcjonera środków odurzających i końskiego wykrawacza.

                        — Niewiele by się w nas człowieczeństwa ostało, gdybyśmy na podstawie przesądu zgładzili każdego, kto zda nam się podejrzany — zawyrokowała. — Jeszcze mniej, gdybyśmy oddawali ich na eksperymenty magiczne jakimś czarodziejom o niejasnych asumptach.

                        Poprawiła okulary i ubranie, po czym spojrzała na rannego, a następnie na Migdała.

                        — Zwiążemy go ostrożnie i udamy się do pobliskich Wrzosin — orzekła, choć jej słowom brakowało liderskiej pewności, jako że była samotniczką, nienawykłą do pracy w grupie, a co dopiero do jej przewodzenia. — Tam będziemy kurować biedaka, aż odzyska zmysły i przytomność. Wtedy wypytamy go o wszystko. To może nie być koincydencja... — widząc oblicza części obstawy, uczona ledwie dokończyła, po czym natychmiast się poprawiła. — To znaczy: przypadek, że coś takiego spotkało go w okolicy opustoszałych dwóch wiosek.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #75

                          Odpowiedzialność równała się niekiedy sprawczości i tym samym smakowała niektórym pysznie. Można by opisywać, że wolnością, że chłodno, orzeźwiająco, może pachniała lasem, a może morzem, ale to naprawdę były zupełnie subiektywne rzeczy. Zwykle jednak odpowiedzialność dla ludzi przywoływała wszystkie te niekorzystne skojarzenia z obowiązkami, z robotą, z byciem poganianym i poganianiem, z karbowym i brygadzistą, u niektórych nawet z kijem czy pejczem, a w lepszej sytuacji z surowym odmierzaniem marnych grosików (a nawet jeśli nie były to akurat grosiki, to zawsze co odmierzone i wypłacone malało w oczach).

                          Tym razem odpowiedzialność spadła na Larę z innej strony. Przyuczała się na lekarkę i to był jej zawód, ale nie wyruszyła na tę wyprawę, aby łatać napotkanych po drodze biedaków. Ruszyła, by zanurzyć się w wybijającą na powierzchnię przeszłość sprzed wieków. Zaczerpnąć zapomnianej wiedzy w prawdziwej przygodzie nim zniknie. Nim ją rozkradną.

                          Miała jednak tę podwójną słabość, która spowalniała pęd do przygody, gdy tylko po drodze trafiał się ktoś, kogo życie poobijało: dobre serce i umiejętności, by realnie pomagać tym w potrzebie. Choć myślami była przy niezgłębionym notatniku ze Ścieżki, rozłożona na sienniku z węgielkiem do notowania i kubkiem dobrego cydru, kłopoty bliźnich ściągały ją do tu i teraz.

                          - Ja myślę, że lepiej go nie ruszać – rzucił Seweryn, wyrywając ją ze skupienia nad nierównym oddechem rannego. - W sensie... Jeśli by go teraz przenosić... Bo tak ogólnie, no, to tak, to ma szanse.

                          Dziewczyna spojrzała na rudego niepewnie, pozytywnie już dziś zaskoczona jego wprawnym okiem chirurga. Wykazał się, więc dawała mu teraz więcej zaufania w kwestiach medycznych. Chwilę świdrowała go wzrokiem, licząc, że kolega po fachu pociągnie wątek, ale milczał. Gotowa działać samemu kiedy trzeba, ale wierząca też w naukową kolegialność, zdobyła się na niezwykły gest i zapytała nawet...

                          - Tak?

                          - N-no pewnie tak – odpowiedział jakby z wahaniem, ale mimo zachęcającego spojrzenia nie pociągnął już wątku, wycofując się na bok.

                          Znów spojrzenia były tylko na niej i tylko na niej ciążyła odpowiedzialność za los rannego. Niechciana, ale niestrącalna z ramion człeka, który raz wkroczy na Zodalową ścieżkę pomocy bliźnim.

                          - Panowie, pomóżcie go tu związać i wrzucimy pacjenta na nosze – zakomenderowała Lara, odzyskując rezon po nucie wątpliwości. - Raz-raz, proszę.

                          * * *

                          We Wrzosinach wszystko się zaczęło. I teraz, dla Grumwida miało się skończyć.

                          Tak przynajmniej myślał o tym Seweryn, kiedy widział jak niesiony na prowizorycznych noszach z derek traper miota się i rzęzi. Na temat początkowej roli Wrzosin w tym wszystkim, czyli gorączce Ścieżki Slerotina nie miał zdania. Słyszał, że chłopi z wioski pomagali odkrywcom prawie od początku, ale to by było na tyle.

                          W tym czym nie miał zdania – nie mylił się. Jakże by mógł? W temacie rannego dał się jednak zaskoczyć, bo ledwie może godzinę temu facet był bliski skończenia jak jego kobyła (z której Marius powykrajał już sobie co smakowitsze kąski, ku zdumieniu współpodróżników), a teraz zaczął odzyskiwać przytomność.

                          Złożony na dębowym stole, na końskich derkach wyłożonych na wiechciach siana, pacjent korzystał z przyjmnego cienia największej wioskowej chałupy. Dom był właściwie kamienno-gliniany, przynoszący w gorące dni chłodną ulgę i jedynie drewniany dach miał pokryty strzechą. Ta na dachu, słoma i siano wokół oraz porozbijane fragmenty glinianych naczyń stanowiły cały ulotny ludzki ślad, który pozostał w wiosce. Ulotny, bo zostały jeszcze same budynki i resztki płotów. Do tych zresztą też się już jednak dobierano i kolejne fragmenty użyteczenego w budowie drewna znikały, przenosząc resztki Wrzosin w cykl życiowy Czarnych Wrót. Wszystko inne, co mogło być praktycznym, albo takim się zdawało – zrabowano.

                          - Ech... – odezwał się traper pierwszym świadomym westchnięciem. Chciał i musiał pić, więc szybko go napojono. Brakło mu jeszcze sił, by żłopał z bukłaka samemu. No i poza wszystkim, miał związane ręce.

                          - Miałeś dużo szczęścia człowieku, że trafiłeś na panią doktor – ozwał się Randal, który wcześniej niby w transie czuwał na oknie za rannym. - Mów tedy szybko wszystko, o co zapytamy, a prawdziwie, bo dług wdzięczności jaki masz prawdziwie jest niespłacalny... I może jedynie być umorzony... Jeśli doktor tak zdecyduje.

                          Chłop z trudem pokiwał głową, krzywiąc się trochę to z bólu, a trochę z niewygody i rozczarowania więzami, które go krępowały, a które teraz prawdziwie poczuł. Próbując z początku podnieść kark, by patrzeć na rozmówców, po chwili syknął i dał za wygraną, składając ciemię na miękkim posłaniu z wzrokiem wlepionym w sufit.

                          - Jestem Grumwid... I dziękuję Wam wielce za pomoc... Dłużnym Wam jestem prawdziwie – do końca życia – mówił. - I byłoby to już niedługo... Gdyby nie Wy. I gdyby, jak słyszę, nie pani doktor. Pani... Pani zatem najniżej się kłaniam. Albo będę kłaniać, jak już mógł będę.

                          - Dziekuję – odpowiedziała grzecznie Lara, zadowolona, że pacjent wraca do siebie i zaskakująco szybko odzyskał kontakt z rzeczywistością. - Nie trzeba. Proszę przede wszystkim odpoczywać... Ale i – to prawda – odpowiedzieć na to, o co spytamy. Niebezpieczne to strony...

                          Grumwid przymknął oczy i wciągnął powietrze.

                          - Oj tak... Napadli mnie... Napadli mnie...

                          - No, kto taki? – włączył się Migdał, który nie umiał już powściągnąć ciekawości. Było nie było, wcześniej to on odpowiadał za bezpieczeństwo na szlakach w tych stronach.

                          - Kto... Kto, kto... Byliśmy... Byli my z Łoskotem i Krutem u Albrechta... – Traper znów przymknął oczy, ale mówił dalej. - Mieliśmy sporo skór na handel. Chcieliśmy sprzedać... Kuny, borsuki, łasice. I rysie... Albrecht ma faktorię, handluje, skupuje... Zbiera, sprzedaje, tak...

                          - To wiemy – skrócił wątek Randal, który słyszał o działającej na stokach faktorii, gdzie jakiś lokalny odludek prowadził punkt skupu naturalnych zdobyczy. Działał jeszcze zanim zaczęło się całe to wariactwo ze Ścieżką. - Tam was napadli? W drodze, czy z powrotem? Skór to u was nie było... Ale co innego żeśmy znaleźli.

                          - C-co-co? – zapowietrzył się Grumwid. - N-n-no, napadli... Napadli już po. Jakoś jak już tuśmy... Wracałem.

                          - To kto napadł... I kogo? – chwycił wątek Bronson.

                          - Bandyci... Bandyci napadli.

                          - I bandyci cię tak pogryźli? To już taka bieda, że nawet obucha, kamienia nie mają bandyci i gryźć muszą?

                          - N-n-no... – Traper gdyby mógł uciekłby pewnie z miejsca fizycznie, ale uciec mógł tylko wzrokiem. Z sufitu bliższego na dalszy. - Ż-żeśmy się zatrzymali po drodze tu-tu... N-no, niedaleko Pogorzeli. Ż-żeśmy no-nocowali... Iśmy trochę popili, no. Trochę popiliśmy się.

                          - Niech pan zmierza do brzegu – włączyła się ponownie Lara. - Musimy wiedzieć, co się stało.

                          Och, to musimy! To musimy zabrzmiało z tak gorącym przekonaniem i naturalnością potrzeby, że w Grumwidzie coś prawdziwie zatrzeszczało, odsuwając z gruchotem dostęp do prawdy.

                          - N-no... Ja nie wiem tak do samego końca, ale tam był Łoskot, czyli Łotfryd... Krut z Roscoe. Dalik... To taki jeden, co handluje czasem we faktorii – wyliczał. - I jeszcze... Jeszcze dwóch chyba? Jeden taki ciemny, jak Baklun jaki... No może nie tak aż, ale tak, no o... I jeden taki. Duży, wysoki... Szczurzy jakiś taki był...

                          - I cóżeście tam robili? – przejął pałeczkę Randal. - W tak zacnym gronie?

                          - Pili. Piliśmy – mówił traper, ale czując na sobie piekący wzrok paladyna pociągnął jednak dalej. - No i... Iśmy skałodrzwu trochu... Trochu tam próbowali.

                          - Trochu? Przy tobie, mój dobry handlarzu futer, cały worek znaleźliśmy. Wiesz, że tu głowa za rozprowadzanie tego gówna? Tośmy cię, dzięki pani doktor, wyratowali, a wychodzi, że po to tylko, żebyś nam, chłopie, zawisł.

                          Ranny milczał chwilę, rozważając co lepiej zrobić. Czy mówić, czy może udać że z sił opada i mówić niezdolny.

                          - Pomiłujcie panie... To nie... Nie moje było. Ja tylko... T-tylko wziąłem, bo... Bo szkoda było zostawić, nie?

                          - Gdzie zostawić?

                          - No... No my wzięli-wzięliśmy troc-troszkę na spróbowanie u Albrechta... Bo tam ktoś miał to-tam... Sprzedawał.

                          - Kto sprzedawał?

                          - No ja nie wiem...

                          - Dobra, rozwiążcie go – zarządził paladyn. - Z tych sznurów zrobimy szubienicę. Szkoda dobry sznur marnować.

                          - Ale nie, panie! No... No Albrecht tam dał to na spróbowanie... Że nowe jakieś mówił. Ja znałem ten skałodrzew, ale on drogi... A tu tanio było, to wziąłem próbkę. Z chłopakami wzięli-my.

                          - To nie jest próbka.

                          - N-no... N-no nie – plątał się traper. - Bo-bo to nie była ta... To ja... Podróżowaliśmy stamtąd tu z tymi dwoma, co mówiłem... Ten... Ten Baklun i ten szczur... To ich było. To oni mieli ten worek cały.

                          - Ukradłeś im... – paladyn zrobił pauzę, zaryzykował i strzelił. - Zabiłeś ich z kolegami i ukradliście im towar. A potem pożarliście się między sobą i stąd tak skończyłeś... Oj, bratku, mów prawdę i tylko prawdę, to spojrzymy łaskawiej.

                          Grumwid przestraszony nie na żarty był już wcześniej, ale teraz zrobił się cały blady i na moment spróbował nawet podnieść się na ramieniu.

                          - Nie-nie-nie! To nie było w ogóle tak, przysięgam... Na Pelora przysięgam!

                          Seweryn pokiwał głową z niesmakiem.

                          - Na Pelora nie wypada przysięgać – powiedział surowo. - Nie, jeśli nie mówi się całkiem szczerze.

                          - Ale... Ale ja szczerze mówię... Ten szczurzy... Biwak, biwak mieliśmy razem, piliśmy... I ten szczurzy, ten duży... On nas poczęstował tym... Tym dziwnym skałodrzewiem... I ja nie wiem... Nie wiem, co to... Co to było, co to się porobiło... Ale chłopy... Chłopy jakby rozum pogubili. Pogłupieli całkiem.

                          - No?

                          - Najpierw to... To nic. To tak, tak pobudza, nie? Pobudza, lepiej się człek czuje. Szybciej serce bije – tłumaczył. - Ale tak siedzimy... To było... To było dziś nad ranem jakoś, nad ranem już chyba, nie wiem... Pijemy i oni zaczęli tak dziwnie patrzeć na siebie nawzajem. Tak piana im zaczęła iść w ogóle... Warczeli...

                          - Którzy?

                          - Łoskot... Dalik, Krut, ten czarny... No wszyscy... – mówił, ale wycofał się za moment. - Nie, nie wszyscy... No ten szczurzy nie, nie on. Ale reszta, tak. Mi też oczy mgłą taką zaszły, w głowie szumy.

                          - On nie brał?

                          - Brał... Chyba. Nie wiem... Ja... N-nie wiem dokładnie, kto tam, co tam... Gryźć mi się zachciało tak strasznie... Szarpać. Rwać. Bogowie kochani! – Grumwid ciężko wypuścił powietrze. - Nie wiem, kiedy-jak to się zaczęło... Ale jeden się rzucił na drugiego... I bić, szarpać, walić. Dźgać. I gryźć.

                          - Zginęli?

                          - N-n-nie wiem... Ten Baklun... On chyba tak... Krut go... Tak mu się dorwał, przyssał do szyi, Peloreńku!

                          - A ty coś robił?

                          - Ja-ja... Ja czmychłem stamtąd, życie ratować.

                          - Mów – pogroził tonem Randal. - Mów, bo ja kłamstwo czuję jak smród gnojówki. I takoż jak na smród mnie mierzi i go nie znoszę, tak i kłamstwa wobec mnie nie odpuszczam.

                          - N-n-n... No ja nie wiem... Wszyscy my... W nas wszystkich coś wstąpiło, gryźlimy się, bili... Ten szczur... On był jak szczur prawdziwy, zmienił się? – Pacjent zaczął ciężko oddychać i zbledł jeszcze bardziej. - Nie... No to... To wykrzywiało głowę... W głowie mieszało. Tak nie mógł... Ale tak to pamiętam...

                          - I jak żeś ten worek zabrał? – Nie dawał za wygraną rycerz. - Jak się wyrwałeś stamtąd? To oni gryźli, bili, a ty sobie odjechałeś? Z workiem skałodrzewu? Pewnieś ich zabił wcześniej, to i pojechałeś.

                          - Nie-ni... Nie zabiłem, nie zabiłem nikogo! Ni-nie chciałem, bałem się, że mnie tam zabiją... Jak Krut tym nożem wywijał... – Traper pewnie przeżegnałby się na wspomnienie, ale ręce miał skrepowane. - Zabrałem ten worek z drzewa przed nami, z pniaka... I uciekłem, spłoszyłem im konie... Swojego pognałem...

                          - No?

                          - Strzelali... Ktoś tam z nich strzelać musiał, bo trafili... Ale to ja już się nie oglądałem – zarzekał się Grumwid. - Ja tylko uciekałem.

                          Marius przyglądał się skrępowanemu traperowi z zaciekawieniem. Jak błyszczącemu owadowi przewróconemu na plecy, miotającemu się bezwładnie i zdanemu kompletnie na łaskę obojętnego obserwatora. Czy ten człowiek rzeczywiście mógł być zagrożeniem? Może po tym narkotyku faktycznie, może wtedy, niesiony furią byłby groźny. Ale teraz? Może wtedy rzeczywiście coś się w nim zmieniało, może stawał się... Czymś więcej? Wcześniejszy głos z rzeki napełnił Utopca niepokojem i kapłan patrzył na bezbronnego człowieka z mimowolną obawą.

                          Kai patrzył na niego inaczej. Sam nie wiedział do końca jak nazwać tę mieszankę uczuć, które skłębiły się w jego podatnym na kłębienie się uczuć sercu. Była tam obawa i współczucie, był gniew, zdziwienie, może jakaś doza pogardy... Nie-nie, Kai nie chciał nigdy patrzeć na innych z góry. Od tego szybko uciekał, to nie mogło być to.

                          Było i śladowe rozczarowanie, ale i pewna ciekawość. On już ostatnio usłyszał o wywarze ze skałodrzewu, który pojawił się w jakiejś nowej wersji i miał wyzwalać w człowieku bestię. Czy też w wersji, w jakiej to słyszał – czynić go potężnym i niewrażliwym na ból. Podobno kolejny szatański wynalazek Bractwa.

                          Kai jako człowiek opowieści wiedział, ile z nich to duby smalone. Tych straszących Szkarłatnymi było bez liku, bo i mnisi naprawdę w ostatnich latach przestraszyli kontynent swoim brutalnym wyjściem z cienia, które kosztowało wolność całe narody. To i na ich konto wpadały wszelkie diabelstwa, prawdziwe i zmyślone. Czy ichnim był ten narkotyk czy nie, tego bard nie wiedział, ale że ta plotka mówi o prawdziwym zjawisku, a nie wielorybach płynących w górę Sheldomar czy Baklunach jedzących koty (bzdura kompletna – to były dla nich święte zwierzęta!), to było jasne.

                          Seweryn dumał nad słowami rannego i zastanawiał się, czy biedak mówi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, ale po reakcjach organizmu przepytywanego stwierdził, że tak. Że owszem, na początku indagowany może i coś kręcił, a w tym wszystkim chciał się możliwie wybielić, ale generalnie nie oszukiwał. Drachenwulf czuł, że potrafi wyczuć takie rzeczy, bo miał już kiedyś do czynienia z ludźmi na spytkach, gdzie sięgano po silniejsze motywatory odpowiedzi niż podniesiony głos i groźby. Nie, aby tamte doświadczenia znajdował jakoś specjalnie przyjemnymi, ale jak to u niego często bywało, również wobec rzeczy, które innych by prawdziwie strwożyły, znajdował je wielce pouczającymi.

                          Lara – zawsze głodna przygody i tajemnicy – była wątkiem tajemniczego narkotyku czy też trucizny zaciekawiona, ale męczenie człowieka, który ledwo co i to tylko dzięki jej opiece, uszedł z życiem, uznawała za... Niesmaczne? Wierzyła w to, co mówił, ale jednocześnie czuła, że to sprawa bardziej dla szeryfa Grafta czy Randala, jeśli ten lubuje się w takich kryminalnych zagadkach, a nie dla niej, tęskniącej już do Ścieżkowego mroku, jego adrenaliny, pułapek i zagadek.

                          Randal, który powiódł przesłuchanie, czuł że wydobył na wierzch prawdę, co zawsze dawało mu satysfakcję. Nie planował rozciągać tu rannego na madejowym łożu, ani naprawdę go wieszać (póki co), ale nie lubił się certolić, kiedy była robota do zrobienia.

                          I teraz tak, jak i pozostali, zastanawiał się, co dalej robić – zostawić tu trapera by dalej dochodził do siebie, albo odesłać do Czarnych Wrót czy może targać ze sobą? Mógłby wskazać miejsce, gdzie obozował z kompanami, ale mógłby też kopnąć w kalendarz, gdyby jednak podróż okazała się za ciężka (było-nie było, poważnie oberwał).

                          Z drugiej strony – czy był on w ogóle ich problemem? Nie był to człek prawdziwie niewinny (a któż był!), a raczej drobny kryminalista. Może kłusownik, albo i gorzej?

                          Tak czy owak, Migdał i miasteczkowa obstawa czekała na sygnał, co dalej – tym razem głównie od strony sir Randala i doktor Lary.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #76

                            Randal (Mike)

                            - Trza go odesłać do Czarnych wrót - powiedział Randal. - Misję mamy, tedy porzucić jej nie możemy. A i sprawa nie jest błaha.

                            Popatrzył na pomagierów Migdała.

                            - Wy dwaj, dalibyście go radę odstawić i wrócić do nas? Silne chłopy z was, więc wyrwać to on by wam się nie wyrwał. Pytam czy dla ułatwienia roboty nie ubilibyście go?

                            Spojrzał na nich uważnie, w twarzach szukając fałszu i krętactwa.

                            - Prawdę mi tu jeden z drugim rzec. Nie jest grzechem przyznać się do słabości, wtedy człek ma szansę lepszym się stać. Grzechem jest tej słabości ulec.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #77

                              Ulef i Sylv spojrzeli na siebie zdziwieni po słowach rycerza. Sylv zareagował pierwszy, zaczerwienił się i wystąpił naprzód, wzdęty w piersi i wzburzony.

                              - Słuchaj pan... - zaczął i - zły, ale ciągle jakoś przymuszony do trzymania formy - zrobił pauzę na grożące kręcenie głową i szukanie słów. - Słuchaj pan... Panie rycerz...

                              Co miał rycerz mieć powiedziane, powiedziane nie zostało, bo mający chłodniejszą głowę, a może mniej (czy wcale nie oburzony) sugestią Ulef wystąpił również i złapał brata mocno za ramię, klepiąc go drugą ręką na dobrze, dobrze.

                              - Możesz pan na nas liczyć - powiedział krótko dryblas. - Dostarczymy całego i zdrowego.

                              - A potem prosto do Pogorzeli - przypomniał Migdał. - A szybko.

                              - Potem prosto do - potwierdzili bracia.

                              - Dajcie mu jeszcze chwilę odpocząć - poradziła Lara. - A i my skorzystamy z tej przerwy... Może pan opisać tego człowieka od narkotyku?

                              Medyczka zwróciła się znów do rannego, który wcześniej z dużą ulgą przyjął wyłączenie go poza nawias rozmowy, a tym samym podejrzeń i domniemań.

                              - N-no... Wysoki taki. Jak ten on... - Grumwid nie mógł pokazać o kogo chodzi, ale magia języka tak działa, że niekiedy i bez jasnego wskazania, czym jest no, to-to czy ten-ten wiadomo o co chodzi. A chodziło oczywiście o Ulefa, który na pewno miał dobrze ponad sześć stóp, a pewnie i więcej niż sześć i pół. - Siwy taki i łysy... Znaczy, łysawy. Łysieje, krótkie włosy.

                              - Coś jeszcze? - włączył się Randal, który wiedział, że przy ludziach na bakier z prawem zawsze lepiej wiedzieć więcej niż najwięcej, żeby mieć pewność.

                              - No... Szczurzy on taki. Zęby takie... I pysk... Twarz znaczy... Chuda taka - ciągnął traper. - On sam... No taki chudy też, ale no... Nie całkiem może. Żylasty taki, nie? Silny.

                              - I gdzieście go spotkali? Tam u Albrechta?

                              - N-no... No tak - przyznał Grumwid, próbując sobie przypomnieć. - Tam gośmy widzieli po raz pierwszy. Potem ruszył z nami... Mówił, że jemu do Wrót później jechać... My nie do Wrót szli, a na Pogorzel, ale że razem po drodze było... To razem poszli.

                              - I gdzie urządziliście sobie ten... biwak? - wskoczyła tym razem Lara.

                              - Aa-a gdzie to, gdzie... Pod skałą taką, kotlinką. Tam już pewnie do wioski niedaleko, ale żeśmy pili to... Sami rozumiecie, nie chcieliśmy wjeżdżać jeszcze. Nie spieszyło się nam... Sprzedane mieliśmy, wolne.

                              - Może leżą tam dalej ranni i potrzebują pomocy. Niech pan mówi dokładniej, gdzie to było. Jak ich znaleźć.

                              - He... No ni-nie wiem... Na zachód to było od wioski. Pamiętam... - Pamięć wymogła chwilową pauzę. - Pamiętam, że tam taki zagajnik był... Stare drzewa zeschłe, ale nowe wschodziły, wierzby... I skała taka jakaś chyba... Bo popołudniem cień był.

                              - A jakiś konkret wyciągniemy? Coś więcej? - włączył się Migdał, który widać uznał, że odpowiedzi są nazbyt ogólnikowe. - Znam okolicę, to pełno tu tego, co gadasz. Jaka skała była? Czarna, szara? Kaktusy rosły?

                              - Ło matko, Farlanga buty... A żebym to ja wiedział, dokładnie tak pamiętał... Ale z tej skały to już wioskę było widać. Już nawet jak tam ktoś-tam coś-tam się krzątać mógł, to bym widział... No to niedaleko musiało być przecie.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Niedostępny
                                PaniczP Niedostępny
                                Panicz
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #78

                                Seweryn (Rewik)

                                Naskrobał był coś na pergaminie, przysłuchując się dalszej rozmowie. Pisać zaczął w moment, gdy Grumwid mówił o zamiarach Szczurzego, coby do Czarnych Wrót zawitać, a skończywszy Sylvowi notkę przekazał, nieomal od jego wielkiego brzucha się odbijając.

                                — O przekazanie tego Staroście Drusdygg, proszę jeszcze ja Was. — Seweryn cofnął się kilka kroków w tył od jednego z braci, po tym gdy wręczył pergamin. Nie był zabezpieczony w żaden sposób od oczu niepowołanych, acz Seweryn zawierzył w tej sprawie umiejętnościom prostych ludzi.

                                Do wyłącznych oczu Rodryka Saliny, starosty Drusdygg, przewodniczącego Rady Czarnych Wrót

                                Stało się, iż w trakcie naszej peregrynacyi napotkaliśmy człeka, co ratunku pilnie potrzebował, a który to podstępem w przedziwną zwadę uwikłan został. Zwada owa wynikła, w wyniku najpewniej w wyniku delirium ciężkiego od skałodrzewa, być może innego specyfiku. Ów człek rzecze nam o postaci niechybnie osobliwej. Opisał nam męża o "szczurzej" urodzie, wysokiego, siwego, łysiejącego nieco, chudego, acz o posturze silnej nie mało. Rzecze nam, iże podróżował z nim i rozeznaje się, iże Szczurzy do Czarnych Wrót zmierza. To on za posiadanie i rozprowadzanie skałodrzewa odpowiedzialny wedle słów zratowanego człowieka jest.

                                Zostawiam tedy w Twej mądrej rozwadze, Waćpanie, czy sprawa to wagi ważkiej być może. A jednak, z pokorą się ośmielę nadmienić, iż wedle mego rozeznania godzi się, Grumilda Grumwilda, bo tak się zwie poszkodowany przetrzymać w celi dni kilka lub innym ukryciu. Dla jego bezpieczeństwa, ale też jako świadka, co przestępcę z łatwością rozpozna. Być może niechaj w ten sposuób swe winy odkupi. Poraniony jest wielce, więc żywić i poić go trza dobrze, a i o ciepło zadbać. We wsi, kobiecina jest młoda, Nowalijka Leder, bratanica stolarza. Za miedziaków kilka w dojściu do zdrowia pomogłaby z radością.

                                Wasz przyjaciel w interesach,
                                Seweryn Drachenwulf

                                — Owa faktoryja w lesie, co to ją Albrecht prowadzi - nie pierwszy raz o niej słyszę... — rzekł teraz do reszty. — ...i nie pierwszy o tym, jakoby skałodrzewu tam nabyć było można, a i ponoć to i owo, co ze Ścieżki ludziom uda się przemycić. Powodzi się ponoć od czasu niedługiego owemu Albrechtowi, jakby kto złotem go obsypał. Ciekawem ile w tym prawdy, co za tym stoi, ale słowa które słyszałem, zda się słowa Grumwida potwierdzają. Tak czy inaczej, nie pozostaje nam nic jeno dalej ruszać — powiedział wyczekując consensum w sprawie dalszej podróży.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #79

                                  Wszelkie przygody w drodze do przygód opóźniały właściwą przygodę, a dla niektórych (a może i wszystkich) odwlekały jeszcze niepotrzebnie tę najprawdziwszą, dziejącą się w suelskich cieniach Ścieżki. Jeśli to tam, rzecz jasna, śmiałkowie – chwilowo pod Migdałowym przewodnictwem – mieli zapisać złotymi zgłoskami swe historie... Albo wyzionąć ducha. Albo jedno i drugie.

                                  Szczęśliwie, te wszystkie pozapętliwania losu i rozważania zostały na później, bo oto i Pogorzel, wychynęła na widok nieco w dole, odcinając się kanciastymi kształtami domków od łaciatej zieleni w tle. Po przebyciu mostku nad Zwrotką, droga prowadziła przez trawiasty step, który sprawdzał się jako pastwiska dla zwierząt z Wrzosin (ale i Pogorzeli, bo wioski dzieliły między sobą terytorium, którego i tak było dużo więcej niż potrzeba), mijała po lewej, w oddali, staw, gdzie chadzało się poić bydło i gdzie prywatności szukali gotowi już na konkretne kroki zakochani, a potem schodziła już w gorszy, bardziej piaszczysty teren, gdzie rosły głównie krzewinki i młode drzewka. Wyjątek stanowiły błyskawicznie rosnące wierzby i młode sosny, które wrastały w scenerię wszędzie tam, gdzie tylko przestrzeń pozwalała.

                                  Wrastać zaś miały gdzie, bo kawałek dalej zaczynało się przestronne wspomnienie po lesie. Wioska pierwotnie powstała na porębie jako osada leśna. Nazwę jednak dostała później, już w kolejnej swojej reinkarnacji, po tym jak to, co zdążyło odrosnąć po wyrębie strawił pożar. Wraz z nią.

                                  Od tego czasu odbudowaną wioskę nazywano Pogorzelą. Chłopi mogliby wprawdzie wybrać sobie na nowy start jakieś mniej wymagające miejsce – nie, żeby zaraz musieć karczować nową porębę, ale choćby zejść bliżej wody na południe, na żyźniejsze ziemie. Ale nie chcieli. Byli przywiązani do miejsca i chcieli zacząć znów tam, gdzie mieszkali ich ojcowie i dziadowie. Udział w tym miał ponoć czynnik nadludzki, bo mieszkańcy wierzyli, że w tym miejscu i na tej ziemi będą przez bogów chronieni.

                                  A konkretniej boginię. Pramatkę, Beory. W pobliżu wioski był wielki głaz, przy którym składano dla niej skromne ofiary, a gdzieś na wzgórzach na zachód, z wówczas jeszcze-nie-Pogorzelą na widoku, mieszkał w swojej chacie pustelnik, który miał mieć pieczę nad społecznością.

                                  Głoszono, że to druid, guślarz, albo jaki boży wybraniec, ale dziś był tylko wspomnieniem, więc nie sposób dojść prawdy. Z dużym prawdopodobieństwem był zielarzem i znał się na leczeniu, więc ludzie z wioski często zwracali się do niego o pomoc, a on, pobożny mąż, w barterze za wioskowe wyroby, pomagał naturalnie. Umarło mu się któregoś razu i młodzi, a głodni okazji wieśniacy położyli łapę na rzeczach z jego chaty, nim jeszcze złożono nieboszczyka w grobie.

                                  Kiedy to wyszło na jaw – o bogowie, o gromy na świętokradców! Uznano, że taki czyn pewnikiem ściągnie na wioskę nieszczęście i długo nie trzeba było czekać. Leśny pożar strawił osadę wraz z najbliższą okolicą w parę miesięcy później. Relacja przyczyny ze skutkiem nie była tu wprawdzie jasna, choć to już zależy według jakiej logiki patrzeć.

                                  Logika wieśniaków jasno mówiła, że był grzech, więc była i kara. Będąc zaś ludźmi zabobonnymi, ale i dobrego serca, pogorzelcy uznali, że mają w obowiązku odpokutować za swoje czyny, odbudowując wioskę, by zadbać o okolicę i pamięć pokrzywdzonego patrona, którego zaczęli nazywać Leśnym i czcić jako świętego męża Beory. Zostali zatem na miejscu, pracując ciężko i sumiennie i nie zapominając, aby przy świętym kamieniu nie zbrakło ofiar z leśnych dóbr dla sił, które miały ich chronić.

                                  - No, ale widać nie modlili się jak trzeba, bo znów na nich nieszczęście spadło... I tym razem na dobre już chyba – podsumował cierpko Migdał, który to podjął w drodze opowieść o wiosce. - A jak chcecie szukać tego obozu, gdzie się tam gryźli to potem może, co? Zajedźmy najpierw do wioski. Stamtąd na zachód pójdziemy, tak jak stary mówił.

                                  Nikt nie zaprotestował, bo i sens w tym był. Wprawdzie jeśli byli ranni do odratowania, to czas był w cenie, ale szukanie szeroką tyralierą idąc od wioski mogło być lepszą metodą niż objeżdżanie dziczy od zachodu. Do wioski zaś mieli już na tyle blisko, dostatecznie głęboko zapuszczeni w wypalony, na wpół martwy, a na wpół tętniący świeżym życiem las, że... Usłyszeli już dobrze, co się tam dzieje.

                                  Usłyszeli ryk. Ryk wściekły, ale krótki i zapunktowany przekleństwem. A przynajmniej czymś, co brzmiało jak przekleństwo, choć nie sposób było zgadnąć języka. Biorąc pod uwagę, że przed rykiem nastąpił głośny huk i tąpnięcie, jadący naprzód mieli w głowie już obraz jakiegoś przykrego wypadku... I dali jeszcze koniom po bokach.

                                  Wypadli z kruszejącego zagajnika spalonych dębów, które od ziemi zaczynała oblepiać zieloność kolejnego pokolenia, zatrzymując się na skraju wioskowej polany w wysokim podszycie z leszczyn i brzózek.

                                  Wioska, złożona z kilkunastu drewnianych domów, miała gościa. Na środku, szurając z mozołem dużą chatą z bali, którą udało się oderwać od fundamentów, sapał stwór ludzkiego podobieństwa, ale dwugłowy. I ogromny. No, a poza tym, zostawiając opinię o kwestii gustów jako opinię, paskudny prawdziwie. Olbrzym miał pewnie z piętnaście stóp, brudnoszarne, bulwiaste ciało z potężną klatką piersiową i łapskami jak młode dęby, a do tego te dwie głowy.

                                  Jedna i druga były grzywiaste, ze skołtunionymi długimi włosami i brodami. Odróżniały się jednak wyraźnie – jedna kruczą czernią włosów i szczeciny, a druga bladą, jasnożółtą. Stwór pyski miał trochę ludzkie, trochę orcze, a trochę jakby świńskie czy dzicze, bo poza tym, że ewidentnie humanoidalne, to z płaskimi nosami i wystającymi kłami jak u odyńca.

                                  Pełni anatomii obserwatorzy doświadczyli, kiedy olbrzym przesunął wreszcie chatę tam, gdzie chciał, mogąc dobrać się do skrytej dotąd spiżarni w środku. Ciała stwora nie skrywała przed światem żadna cywilizacyjna osłona w postaci choćby strzępów skórzanej spódniczki czy czegoś w podobie i dyndał tak sobie na wierzchu samą, dostosowaną do gigancich rozmiarów, naturą. Jeśli było coś, co mogłoby sugerować, że bestia jest rozumna, to może plamiste maźnięcia brązu i czerwieni na piersi, plecach i ramionach, acz umazanie przedstawiało bardzo podstawowy poziom estetyki, nie znający geometrii ni finezji.

                                  No tak, jako cherlawy dowód można byłoby uznać jeszcze wyrwany, zeschły klon, który wyglądał na taki w użytkowaniu, jakie dla ludzkich użytkowników mógłby mieć klonowy kijek. Ale było... Tak było coś jeszcze!

                                  Potwór, pomagając sobie dźwignią z klonowego bala (kto by pomyślał!), przewrócił chatę na bok i wybierał z niej coś łapskami, wrzucając sobie do pyska całe garnce jadła. Czarny łeb wyburczał coś przy tym, chyba dosyć pogodnie, widać zadowolony z łowu, mimo konieczności przegryzania się przez gliniane skorupki, a jasny odpowiedział wesołym śmiechem, głębokim i dudniącym. Stwór był zatem, zdaje się, zdolny do komunikacji... I chwilowo dobrze nastrojony. Ale jakim językiem władał – nikomu nie było wiadome.

                                  No, hola! Nie nikomu... Kai wiedział. W swej bogatej, acz zwykle dalekiej od naukowej precyzji, a czasem i zwykłej solidności, mozaice wiedzy z wszech świata stron, słyszał o takich kreaturach. Zwano je boglami, ettinami czy yettinami, albo po prostu dwugłowami. Były wyjątkowo głupie nawet jak na standardy prymitywniejszych olbrzymów, ale potrafiły gadać i rozumieć jakieś podstawowe formy giganciego, orczego i goblińskiego. Kai nie mógł powiedzieć, żeby potrafił gadać, ani rozumieć którykolwiek z tych języków, acz w drodze życiowego gromadzenia najróżniejszych doświadczeń poznał kilka stwierdzeń w każdym z nich. Gorzej, że zwykle przekleństw, którymi popisywali się poznani przy ogniskach poszukiwacze przygód i inni bardowie.

                                  Ettin przebierał łapą w przewróconej na bok chacie, wyciągając coś raz za razem, ale coraz częściej odrzucając znaleziska z niezadowoleniem. Bablał przy tym coś do siebie, jedną głową do drugiej, ale wśród ryczenia krów w oborze i meczenia kóz w zagrodzie trudno było dosłyszeć. Dobra wiadomość była taka, że przejęty, nie widział przybyszów na skraju wioski.

                                  To miało się jednak zmienić, gdy ogłaszając swój przyjazd okrzykiem, z tyłu zjawili się wracający z transportu więźnia-pacjenta Ulef i Sylv. Stwór wychylił się zza powalonej chaty i łypał uważnie po okolicy. Nie dość uważnie widać, bo po chwili powrócił do poszukiwania łakoci.

                                  - Cicho, kurwa, być – syknął do braci Migdał, ale już niepotrzebnie. Zmilkli od razu widząc, że ich obwołanie się jest nie w porę i coś czeka przed nimi. Widząc zaś co – zbledli i przypadli do końskich grzbietów.

                                  - Pierwszy raz takie dziwadło widzę... – Przewodnik nachylił się do Randala po prawej. - Giganci są w górach, to wiem. Ale takiego diabła nie znam. Zostawić go chyba będzie najlepiej... Tyle, że wioskę porujnuje...

                                  Ettin, jakby dla potwierdzenia przypuszczeń, rąbnął barkiem w bok chaty, spychając ją jeszcze na bok i rozbijając ogrodzenia sąsiednich gospodarstw. Zamarł po tym, wychylając szyję jednej głowy w jedną, a drugiej w drugą stronę. W dziwnej pantomimie rozmowy samego z sobą, wskazał potem palcem jednej dłoni na ziemię pod chatą, którą odsunął, uzyskując kiwaną aprobatę drugiej głowy. Przysiadł następnie niezręcznym ruchem w piachu przed resztkami chaty i zaczął stukać w obrębie jej fundamentów.

                                  Było oczywistym, że czegoś szuka, ale istotę sprawy w pełni zrozumiał tylko Marius, który może za sprawą boskiej pomocy, a może odpowiedniego wyciszenia na zewnętrzne bodźce, które pozwalało chwytać te silniejsze, usłyszał coś, co innym umknęło. Usłyszał krzyk dobiegający od wioski. Gdzieś stamtąd, gdzie pukał i stukał teraz olbrzym. Krzyk na samej granicy słyszalności, ale lokowany gdzieś pośród tych wyższych i dziecięcych.

                                  Utopiec chwilę potem zaczął zastanawiać się, czy to w ogóle możliwe, by coś usłyszał z tej odległości, a patrząc po twarzach kompanów, widział, że oni nic a nic nie usłyszeli. Ale nie. Miał pewność, że w tej jednej chwili, kiedy powietrze poniosło falę dźwiękową wprost jego uszom, rzeczywiście usłyszał dziecięcy (czy dziewczęcy) krzyk. To wiedział on. Jego bogini. I nikt więcej.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz
                                    napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                    #80

                                    Randal (Mike)

                                    - Sposobem by to bydlę trza załatwić - powiedział Randal przyglądając się stworowi. - Bo jak kogoś trafi to zbierać nie będzie co.

                                    Obejrzał się.

                                    - Jakby tu linę uwiązać, a potem ostrzelać go. I wycofać się. Na głupiego wygląda może się obali, wtedy kupą nią niego i niech bogowie będą dla nas łaskawi.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #81

                                      Lara (Alex)

                                      Lara Quatermain siedziała na progu opuszczonej wrzosińskiej chaty z kolanami przyciągniętymi do piersi, rozmazanym cieniem pod oczami, kurzem i plamkami krwi na białych rękawicach. Miała na sobie tyle brudu, ile zaskarbiła sobie szacunku – czyli nieprzyzwoicie dużo, zważywszy na to, jak bardzo starała się unikać rozgłosu. A teraz nawet nie mogła odpoczywać. Cień nadchodzącego z wolna zmierzchu zdawał się wypełzać zza lasu jak niemy zwierz, a ona słuchała głosów z wnętrza budynku – śmiechów, oddechów, jakiegoś pokasływania – i wciąż słyszała jedno zdanie, które nie padło dziś na głos:

                                      „To twoje decyzje trzymają go przy życiu”.

                                      Grumwid. Znowu miał kolor w policzkach. Znowu mówił. Może nie wszystko, może nie chętnie, może z wyrzutem, ale mówił. A jednak...

                                      Związała go.

                                      Nie, nie ona osobiście – rozkazała. Ale zrobiła to z przekonaniem, że odurzony i pogryziony człowiek ratujący się ucieczką z lasu, z licznymi ranami i obłędem w oczach, może być zagrożeniem. Jakby mógł stanowić niebezpieczeństwo większe niż jakiekolwiek ruiny, które kiedykolwiek eksplorowała. A przecież widziała ruiny, które... waliły się w oczach.

                                      Słowa podziękowania ze strony Grumwida wciąż brzmiały w jej pamięci z niezdrowym ciepłem. Takim, które człowiek rozważa tylko przed świtem, patrząc na gwiazdy, jakby one coś wiedziały. A przecież nie wiedziały nic. Tak jak i ona.

                                      Pociągnęła łyk wody. Była letnia, ale wciąż orzeźwiająca. Słońce nieustępliwie zmierzało ku horyzontowi, nieregularny cień padł na jej twarz. Twarz młodej kobiety, która zapragnęła odkrywać zapomniane światy, a nie lepić je z błota i potu, zszywać cudze brzuchy i rozplątywać czyjeś kłamstwa.

                                      A jednak… Znalazła się tutaj.

                                      Nieprzejednana ciekawość nie była jedynym motorem jej podróży. Miała w sobie coś więcej. Coś, czego nienawidziła, kiedy spoglądała w zwierciadło po kolejnej nocy spędzonej przy rannym. Coś, co przypominało głos jej wykładowcy z Szarego Koledżu w Greyhawk:

                                      „Laro, wiedza jest szlachetna. Ale uzdrawianie jest święte. Nie wolno ci wybierać, która służba jest ważniejsza, gdy przychodzi potrzeba”.

                                      Nie chciała być świętą. Chciała być bohaterką. Odkryć coś zapomnianego, wydobyć jakiś artefakt, który zamknie usta kilku cynicznym członkom Poszukiwaczy Tajemnic. Ale zamiast tego wciąż kończyła z igłą i nicią w dłoni, z cudzą krwią pod paznokciami i cudzymi losami w oczach.

                                      I dziś... znów to zrobiła.

                                      Zamiast czytać notatnik ze Ścieżki Slerotina, badać enigmatyczne znaki wyryte w ruinach Wrót, siedziała tu. Łatała. Ratowała. Wydawała rozkazy. Wzięła odpowiedzialność.

                                      Znowu.

                                      I to bolało bardziej niż rozpruty bok trapera. To nie była szlachetna rana. To było odzieranie się z iluzji.

                                      — Idiotka — mruknęła do siebie, głosem bardziej zmęczonym niż złośliwym. — Kiedyś przez to umrzesz. A przecież nie w taki sposób chcesz dokonać żywota, prawda?

                                      Zamknęła oczy, słysząc, jak świerszcze zagłuszają oddechy w chacie. Przez moment było cicho, zbyt cicho. Potem odgłos jakiegoś ptaka. Wiatr. Zapach siana i strachu.

                                      Wstała, otarła ręce o spodenki i wróciła do środka.

                                      Bo Grumwid miał jeszcze mówić. A ona musiała słuchać.

                                      Nie dla siebie.

                                      Dla sprawy.

                                      text alternatywny

                                      Pogorzel. Samo brzmienie tej nazwy przywodziło na myśl drażniącą woń sadzy. Miejscowość, która nosiła swoje traumy niczym wieniec pogrzebowy – z dumą, pokorą i nieznośną powtarzalnością. Ta cała okolica... Wszędzie towarzyszył ten sam zapach przypalonego chleba i niedopowiedzianej winy.

                                      Zajechała razem z innymi pod wioskę, której historia przypominała nieco opowieści z południowego Eryptu – o miejscach przeklętych, gdzie lwiogłowe bóstwo gniewu posiało ciszę, a ludzie posadzili na niej winę. Tutaj, oczywiście, winę postawiono na ołtarzyku i obdarzono czcią. Chłopskie myślenie – na swój sposób ujmujące, ale proste, jak siekiera wbita w pień. Kradną rzeczy pustelnika, ogień zjada im domostwa, więc dochodzą do logicznego wniosku, że to nie zwykły ogień, tylko kara. Doskonale. Bo czemu by nie?

                                      Na skraju wioski zatrzymała konia. Stanęła jak wryta, obrzucając wzrokiem przestrzeń zbyt surrealistyczną, by należeć do zwykłej codzienności. Jakby fragment jakiejś marnej ballady z oberży przytrafił się w rzeczywistości i nie pasował do niej ani trochę. Dwugłowy olbrzym. Zdaniem Kai'a Ettin. Drewniana chata – w jego łapach. Słowa, które brzmiały jak przekleństwa, choć dla niej równie dobrze mogłyby być modlitwą. To było niemal jak... manifestacja czegoś pierwotnego. Jakby sama Beory zesłała tu duchowego guza o dwóch twarzach, żeby przypomnieć ludziom, że ziemia nie zapomina. Tylko że ludzi już tutaj nie było...

                                      Quatermain siedziała w sidole, trawiąc słowa Randala jak antyczny manuskrypt o dawno zapomnianej gramatyce. W końcu zabrała głos.

                                      — To pewna śmierć. Nikłe szanse powodzenia... Na co jeszcze czekamy? — uśmiechnęła się zuchwale. — Wykorzystajmy przewagę prędkości, jaką dają nam konie. I broń zasięgową. Możemy się rozproszyć, wymieniać jego uwagą. Pułapka też brzmi dobrze. Ponadto, choć nie znam się na magii, to gdybym miała do jakiejś dostęp, rozważyłabym jakieś zaklęcia wpływające na motorykę i umysł. Nie sprawia wrażenia zbyt zgrabnego i mentalnie sprawnego.

                                      Ostatnie dwa wypowiedziane zdania brzmiały bardziej jak puszczona w przestrzeń sugestia, niż przelotna konstatacja.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Niedostępny
                                        PaniczP Niedostępny
                                        Panicz
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #82

                                        Seweryn (Rewik)

                                        — Dlaczegoż by nie oddalić się i nie odczekać, aż sobie pójdzie? — Seweryn był wyraźnie zdumiony tym pędem ku przygodzie, która to wcale nie musiała mieć dobrego zakończenia.

                                        Zajrzał do juk, przytroczonych do konia... i owszem, sięgnął po broń. Niewielką kuszę, można by powiedzieć kobiecą, co to ją pod suknią łatwo schować można, choć o celowość takiego chowania można by się było spierać. I dobrał do niej z płóciennego worka bełcik, taki nie za wielki, na wszelki wypadek.

                                        Ładował broń mówiąc:
                                        — Twoich ludzi zdrowie ryzykować teraz niepotrzebne, Migdał, a i moje - sercu memu jest bliskie — powiedział cicho, pociągając za śmiesznie krótką cięciwę i sięgnął po uśmiechnięty bełcik. Seweryn raz jeszcze zerknął na olbrzyma, po czym na swa kuszę.

                                        — To jakby z halabardą na grzyby ruszyć — dodał, lecz nie speszył się swą uwagą. Cechował go spokój, charakterystyczny dla wytrawnych grzybiarzy.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Niedostępny
                                          PaniczP Niedostępny
                                          Panicz
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #83

                                          Marius (Brilchan)

                                          W większości przypadków Marius byłby za tym, żeby po prostu ominąć potwora, zamiast niepotrzebnie ryzykować życie i zdrowie. Nie poświęcałby się również dla pomocy potrzebującym, bo jemu mało kto pomagał.... Był od tej reguły jeden wyjątek: Gdy w potrzebie było dziecko, Utopiec czuł potrzebę bycia, tym dorosłym, którego sam niegdyś potrzebował i którego z woli Bogini napotkał, więc miał obowiązek spłacać ten dług naprzód. Stąd słysząc pytanie Pana Seweryna, odpowiedział zdecydowanie:

                                          - Choćby dlatego, że potworna poczwara dobiera się do jakiegoś dziecka. Z tego, co słyszę jest to jakaś dziewczynka małoletnia, nie jestem mości rycerzem bogów jak imć Randal, ani ratownikiem rannych jak wy czy Jaśniepani Lara, ale nie pozwolę, żeby dziatkom się krzywda działa jeżeli mogę temu zapobiec - wysyczał szeptem, do pozostałych o zaczął szykować magię.

                                          Wpierw zamierzał przyzwać moc swego Pana i Władcy w postaci macek, a następnie zdzielić potwora za pomocą magicznego promienia.

                                          Bonus action
                                          Grasp of the Deep
                                          As a bonus action, you create a 10-foot-long tentacle within 60 feet of you, and can make a melee spell attack against a creature within 10 feet of the tentacle, for 1d8 cold or lightning damage and on a hit, reduces the creature's speed by 10 feet until the start of your next turn.

                                          Action Eldritch Blast

                                          Movement rusza się tak, żeby Ettin był w zasięgu zaklęć jeżeli Marius nie jest w odległości 60 stóp.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy