Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 411 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez
    #57

    Skąd wziął się tu Marius Utopiec?

    Mariusa ciągnęło do wody. Zawsze, od małego. Urodził się w Onnwalu, w Scant, dzieląc miejsce urodzenia ze słynnym w świecie czarodziejem Bigbym. Bardziej jednak niż śledzić plotki o kolejnych przygodach sławnego rodaka, Marius wolał słuchać o morskich wyprawach, pirackich skarbach, bitwach galer i karawel oraz o zapomnianych, skrytych hen w głębinie tajemnicach. Poza tym lubił po prostu pluskać się w morzu, a choć przydomek mógł mylić, pływak był z niego nie lada. Oddanie się w służbę Osprem, bogini żeglarzy i morskich podróży, pasowało zatem w tym całym porządku jak ryba do frytek.

    I dziwnym tylko było teraz, spotkać kapłana Pani Fal tak daleko od morza. Ale! Mało to razy ludzie szukali fortuny z dala od tego, co im przynależne i bliskie? Jak świat światem, gdy głód przycisnął, emigranci nie znając obcej mowy i zwyczajów, szli przed siebie szukać nowego domu. A poszukiwacze przygód, ten szczególny gatunek niebieskich, wędrownych ptaków, zawsze miał pomysł, by wcisnąć się tam, gdzie nie trzeba (i czasem też tam, gdzie potrzeba).

    Z Mariusem było niby podobnie, choć pierwszy raz dopiero tak długo przebywał z dala od szumu morza i mewich wrzasków. Bytował tu i tam, pływał na okrętach, kręcił się po portach i dokach, a w młodych latach pomagał nawet ojcu przy połowach na rybackiej łodzi. W Gradsulu, nadmorskiej perle Keolandii, był zatem jak najbardziej na miejscu. Przechadzał się alejkami wśród palm i platanów, chłonąc bryzę znad Lazuru, od morza ściągając inspirację do kolejnych kroków.

    Do Kompanii zgłosił się niby przypadkiem, choć przypadki wśród takich postaci rzadko były całkowicie przypadkowe. Marius musiał wyczuć pismo nosem, bo kiedy trafił do biura spółki, prowadzili akurat zaciąg na specjalistów do operacji w Wolnej Lidze, w egzotycznie brzmiącej Dolinie Drusdygg. Tak, plotki krążyły już na wietrze i nie ominęły Utopca. Skarby, bogactwa, tajemnice. Pradawna Ścieżka Slerotina otwierała swoje podwoje przed śmiałkami ze wszech świata stron...

    Rekurterowi ciężko było zrozumieć dlaczego kapłan morskiej bogini miałby chcieć pakować się na wyprawę, która ani z morzem, ani nawet z wodą nie miała nic wspólnego, ale już jego przełożony, któremu Marius zdecydował się pokazać w ramach podkręcenia CV nieco swych czarodziejskich sztuczek, zgodził się, że taki najmita to dla Kompanii będzie skarb. Było-nie było, czarowników czy tam kapłanów, nie siali, a każdy taki cudak stanowił istotną przewagę konkurencyjną w poważnym biznesie. Utopiec dostał swój angaż i po krótkim szkoleniu, podpisaniu paru dokumentów i zebraniu ekwipunku, był gotów wyruszyć z karawaną kierującą się na Czarne Wrota.

    Nie byłby jednak sobą, gdyby nie naciskał w tym wszystkim, aby zrobić coś po swojemu, więc ostatecznie udało mu się trochę wymóc, trochę wyprosić, a trochę wyperswadować, aby mógł przetestować inną drogę dotarcia na miejsce, niż sprawdzony, ale znacznie dłuższy północny szlak przez Longspear. On wolał popłynąć morzem na południe, aż do Czerwonego Brzegu, gdzie miała bazę keolandzka flota i stamtąd ruszyć z wojskowymi barkami zaopatrzenia do Zachodniej Twierdzy w głębi Bagien Hool.

    Biznes unikał Bagnisk, bo były terenem wysoce niestabilnym – dopiero niedawno odbite siłom Szkarłatnego Bractwa, które okupowały ziemie Morskich Książąt, ciągle roiły się od maruderów i renegatów z pokrwawionych armii. Te zaś – armie, znaczy się – były na mokradłach Hool jedynym właściwie w miarę bezpiecznym zgrupowaniem sił, którego stworzenia i siły mieszkające pod wodą i wśród zarośli nie ważyły się atakować. Samotni wędrowcy, łodzie patrolowe czy skracające sobie drogę karawany szybko wchodziły w trawienny obieg ekosystemu, który był tu wyjątkowo drapieżny. Rozbójnicy, rozpuszczone bandy wojenne, partyzanci spod Szakrłatnego Znaku, ale przede wszystkim plemiona dzikich bagiennych stworzeń i bestie, które czaiły się wśród grzęzawisk czyniły zapuszczanie się poniżej załomu rzeki na parę mil od Zachodniej Twierdzy szaleństwem.

    Mimo tego, głosząc wszystkim, że prowadzony przez Osprem jest bezpieczny (a wraz z nim wszyscy wokół), póki jest na wodzie, Marius zdołał wynająć niewielką łódź rzeczną wraz z załogą, by ruszyć w górę Javan i pokazać, że krótsza trasa pomiędzy Gradsulem a Wolną Ligą jest możliwa. Jako kapłan i człowiek niepośledniej charyzmy, Utopiec namówił paru narwańców na drogę, którą sobie uroił. Same dobre słowa i obietnica boskiej protekcji wciąż mogłyby jednak nie starczyć, gdyby mężczyzna nie obiecał dzielnym współ-eksploratorom sowitej nagrody od Kompanii Lazurowej, kiedy zjadą wraz z nim do Czarnych Wrót.

    Osprem chyba naprawdę musiała czuwać nad swoim sługą, bo to że stateczek dotarł do Newick, a załoga przetrwała w całości naprawdę zakrawało na cud. Napad ze strony dziwacznych, żabich stworów, które obrzuciły łódź dzirytami, zderzenie z brodzącym w bagnisku smokożółwiem (który w gniewie strzaskał prawą burtę) i wizyta na pokładzie ogromnego pytona, który zsunął się ze zwisających nisko gałęzi niemalże Mariusowi na głowę, dodały każdemu z załogantów po ładnych parę lat. Ale przeżyli. Grunt, że przeżyli. I przepłynęli bagnisty odcinek Javan wśród mokradeł Hool, dowodząc, że to możliwe.

    Utopiec miał kluczową rolę w powodzeniu całej misji. Nie raz gromy boskiego gniewu Osprem, które miotał w niebezpieczeństwa na brzegach i za burtą odstraszały lgnące do łodzi tałatajstwo i nie raz udało mu się rozwiać gęstą, kłębiącą się mgłę, która zdawała się zmrażać łódź w miejscu i pozbawiać załogę nadziei na znalezienie dalszej drogi wśród morza tataraków i trzcin. Flisacy uznali, że Marius prawdziwie jest bożym wybrańcem i jeszcze przed dopłynięciem do celu składali mu już wyrazy dozgonnej wdzięczności.

    Utopiec miał kluczową rolę w powodzeniu całej misji. Nie raz gromy boskiego gniewu Osprem, które miotał w niebezpieczeństwa na brzegach i za burtą odstraszały lgnące do łodzi tałatajstwo i nie raz udało mu się rozwiać gęstą, kłębiącą się mgłę, która zdawała się zmrażać łódź w miejscu i pozbawiać załogę nadziei na znalezienie dalszej drogi wśród morza tataraków i trzcin. Flisacy uznali, że Marius prawdziwie jest bożym wybrańcem i jeszcze przed dopłynięciem do celu składali mu już wyrazy dozgonnej wdzięczności.

    Dobre sobie, mógł pomyśleć Marius, biorąc pod uwagę, że to przez niego i jego jątrzące w środku pragnienie podróży tą i tą właśnie drogą, ryzykowali życiem. Cóż, obeszło się bez ofiar, więc nie było co zgrywać fałszywej skromności. Utopiec czuł, że jest prowadzony przez Wyższe Siły, więc szacunek bliźnich, którym pomagał i chciał pomagać... Trochę mu się jednak, jakby nie patrzeć, należał - co nie?

    Trójka z sześcioosobowej załogi zdecydowała się zostać w Newick i nie ciągnąć już dalej, pewna że nie dla nich lądowe życie. Marius, ze specjalnym listem żelaznym, który upoważniał jednostki Kompanii do wypłaty wynagrodzenia w czasie podróży, wypłacił flisakom skromniejszą, ale zadowalającą ich działkę i ruszył dalej na zachód z pozostałą trójką.

    Irthak, Murg i Broga zwany Wydrą mieli sporo historii do opowiedzenia i szczęśliwie było do kogo gębę otworzyć w czasie dłużącej się, lądowej podróży. Można było słuchać ich gaworzenia o portowych dziewkach, rumowych zawodach i jakiej to kto ryby nie złapał, albo zwierza nie upolował, zamiast gryźć się, czy aby odbijanie na tę ścieżkę (i tę Ścieżkę) to był rozsądny pomysł.

    text alternatywny

    - Nieduże spóźnienie... Co – biorąc pod uwagę drogę, którą przyjąłeś – budzi podziw – Wylla van Coen powitała Mariusa ciepłym, solidnym uściskiem dłoni. - Jestem Wylla i wybacz, że od razu przeszłam na Ty, ale wierzę, że w takiej, koleżeńskiej, atmosferze powinniśmy tu działać.

    - Marius – przedstawił się krótko kapłan. - Dziękuję za uznanie. Droga prosta nie była, ale... Ciekawa.

    - Słyszałam, że miałeś już szansę na postój i odświeżenie się w Kotle po drodze. Jeśli zatem chciałbyś mi o niej opowiedzieć od razu – może natenczas w krótszej wersji - chętnie posłucham. – Kobieta gestem wskazała fotel, kiedy weszli do gabinetu. - Tobie też muszę zdać sprawę z paru rzeczy, bo koledzy z którymi przewidzieliśmy dla ciebie współpracę mają zaraz wyruszyć z misją i chciałabym szybko wdrożyć cię w czekające zadania i życie miasteczka wokół.

    - Chętnie opowiem, a jeszcze chętniej posłucham – zgodził się Marius z kurtuazyjnym uśmiechem. - Im bliżej tego miejsca, tym głośniej o nim. Zdaję się nieustannie słyszeć o tej Ścieżce. Dzień i noc, dzień i noc. Dobrze będzie poznać zatem konkrety... Od konkretnej osoby.

    - Przygotowanie to połowa sukcesu – Wylla odwzajemniła uśmiech. - Powiedz czego się napijesz i zacznij proszę mówić, a ja rozejrzę się za kubkami.

    text alternatywny

    Marius był wyszykowany do drogi, ale jako ten nowy, musiał zaliczyć spóźnienie, kiedy reszta wyruszała spod stajni. Miasteczko nie było duże, ale wskazówki jak dotrzeć tam, gdzie miał dotrzeć na początku go przerosły. Zabawne u człowieka, który żeglował i wędrował przez obszary, gdzie czasem nie sposób było nawet odgadnąć północnego kierunku.

    Irthak, Wydra i Murg zostali na razie w Kotle, gdzie coraz mocniej selekcjonowano osoby, które mogły powędrować w głąb Doliny. Wypłacono im wynagrodzenie, ale – przynajmniej póki co – nie mogli podążyć za Mariusem. Teraz miał wędrować w nowej kompanii, a z tego co słyszał, diablo interesującej.

    Doktor Lara Quatermain była zwykle wymieniana jako pierwsza z paczki, co miało dowodzić, że jest postacią słynną w wielu kręgach. Marius akurat wcześniej o niej nie słyszał (jak i pewnie wielu prostych ludzi rzuconych w wir Drusdygg), ale plotki o osobach, które ktoś kogo znam znał ze słyszenia od kogoś znajomego miały swoisty pęd i większą siłę rażenia. Marius nie wiedział czego ma się spodziewać po słynnej medyczce i badaczce starożytności, której egzotyczne przygody stanowiły inspirację dla wielu dziewcząt i chłopców w greyhawskiej socjecie, ale liczył, że nudno nie będzie.

    Randal Bronson też zjawił się w pogłoskach, które dotarły do Utopca gdzieś po drodze. Paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości. Rycerz Heironeousa. Jego zakon słynął z bezwględnego zwalczania wszelkich złoczyńców i kryminalistów, zyskując w stronach Mariusa miano Miażdżących Pięści (Sprawiedliwości, ma się rozumieć – acz nie każdy dopowiadał już całość formułki). Już na pierwszy rzut oka było widać, że Bronson to wojownik nie w kij dmuchał, ale ciężko na razie było oceniać, ile z famy jego Zakonu jest w samym rycerzu. Jego kolega, niejaki Grimley, podobnież również paladyn, został świeżo co odesłany do Kotła. Cóż, wszędzie zdarzały się przesunięcia na inny odcinek frontu, ale to pachniało Mariusowi degradacją i podpowiadało, że może rycerze Heironeousa nie zawsze są tacy nieskazitelni jak ich malują.

    Seweryn Drachenwulf został mu przedstawiony jako zdolny medyk, który w swym lazarecie sprawuje opiekę nad potrzebującymi pacjentami lokalnej społeczności. Wspomniano mu pokrótce o wykształceniu w Loftwick i umiłowaniu do Pelora, z którym cyrulik się nie krył, więc Marius wyobraził go sobie jako jakiegoś lekko świętojebliwego ważniaka. Osprem nie miała nic do Pelora – była boginią morza i znała porządek świata, w którym musi być miejsce na słońce i księżyć, dzień i noc, morze i góry, no i całą resztę... Pelor był jednak bogiem łagodnym i dobrotliwym jak letnie popołudnie na piaszczystej plaży. Niezdolnym chyba pobudzić swoich wyznawców, by patrzyli na świat, jakim był naprawdę. Zmiennym – owszem, niekiedy pięknym i łagodnym, ale często niebezpiecznym i miotanym przez sztormy.

    Był jeszcze Kai, któremu Wylla poświęciła sporo uwagi, choć Marius nie do końca zrozumiał dlaczego. Chłopak funkcjonował tu jako jakiś wysłannik i był chyba spowinowacony z kimś ważnym, albo miał inne chody... Może robił w tej grupie za szpicla, albo nadzorcę całości? Uwagi o artystycznej duszy i mnogości talentów Kaia osłodzały nieco percepcję tego człowieka, ale na razie Utopiec nie wiedział jeszcze co ma myśleć o tej postaci. Coś wewnątrz sprawiło, że poczuł ukłucie niepokoju na myśl o młodym półelfie, ale kiedy zobaczył go razem z innymi, chłopak wydał mu się sympatyczny i raczej niegroźny.

    - Dzięki, panie Curze. – Marius skinął głową Kudłaczowi, wdzięczny za przedstawienie reszcie i poprowadzenie na właściwe miejsce.

    Migdał, przewodnik grupy, który miał też w niej robić za tropiciela, nalegał na szybki wyjazd, ale Utopiec zdążył się już rozeznać, że droga nie będzie długa. Nie powinni zatem spieszyć się, co koń wyskoczy i trafi się okazja, by przyjrzeć się bliżej nowym kompanom. Poznać ich. I dać im się poznać.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz
      napisał ostatnio edytowany przez
      #58

      Marius Utopiec (Brilchan)

      text alternatywny

      Wrażenia z podróży

      Utopiec potrzebował wyróżnić się z tłumu chętnych, aby dołączyć do kompanii. Niektórzy rzekliby, że było to niepotrzebne ryzyko, lecz młodzian cieszył się z okazji do przetestowania swych nowo zdobytych umiejętności na żabo-ludach i bagiennych potworach, choć spotkanie ze Smokożółówiem mało nie przyprawiło go o apopleksje to udana ucieczka przed tym, stworem oraz utrzymanie morale wśród kilku żeglarzy, na których łódce podróżował, dodały mu nieco pewności siebie.

      Powitanie drużyny

      Marius zdawał się młodym facetem nie więcej niż dwudziestu paru wiosen, cerę miał bladą, ale widoczne mięśnie i wprawa, z jaką broń, egzotyczną w tych broń stronach trójząb świadczyły, że wybiera się raczej na pierwszą linię walki. Wniosek ten wspomagała skórzana zbroja z ćwiekami uformowanymi na kształt morskich zwierząt, zwisający z jego szyj święty symbol Osprem suelskiej bogini morskich podróży, statków i żeglarzy wyjaśniały morskie motywy w jego ubiorze.

      - Powitać szanownego Państwa na imię mi Marius zwany Utopcem, gdyż za dziecka miałem wypadek w morzu, z którego wyratowali mnie kapłani, Morskiej Matki zaprzysiągłem się więc w jej służbę i przyobiecałem sobie zyskać na sile, tak więc w nowicjacie, skupiłem się na magii bojowej, ale jakom słyszał, są pośród waszmościów, zacni uzdrowiciele więc z przyjemnością wezmę na siebie ciosy przeciwników, którzy stanął na drodze Kompanii, a w zamian odpłacę magią oraz zębami mej broni - Uśmiechnął się promienie z lekkością młodego neofity, którego szkolono do zjednywania sobie ludzi.

      - Domyślam się, że moja obecność z dala od morza czy nawet rzeki może wydawać się osobliwa. Wyjaśnienie jest jednak proste: Mam nadzieje zdobyć na tej misji fundusze, aby zbudować własny chram w Onnwal na chwałę Mojej Pani - Wyjaśnił, chcąc wyprzedzić naturalne w tej sytuacji pytanie.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz
        napisał ostatnio edytowany przez Panicz
        #59

        Co na drodze, co po drodze...

        Wycieczka pod sierpniowym niebem Drusdygg, nawet mimo zmęczenia członków czy ponurego celu na końcu drogi, zawsze wlewała w serce trochę ciepłego pokrzepienia. Owszem, większość dni była na tyle upalna, że trzeba było czaić się w cieniu i dobrze planować kroki, by nie skończyć z udarem na piaszczystej patelni, ale w umiarze, w zdrowym dawkowaniu, słońce południa Ligi czarowało jak nigdzie indziej.

        Dziś zaś, w odmianie od gorąca ostatnich dni, popołudnie osiadło nad Doliną w miodnym, temperaturowym optimum. Rozsądek nakazywał chronić się przed słońcem i w takie dni, bo nawet bez upału promienie potrafiły spiec na raczka, ale pora była naprawdę przyjemna i nie wymagała już od podróżnych strategicznego planowania zajęczych skoków od jednego wodopoju do drugiego czy od jednej cienistej osłony do kolejnej.

        Wiedzeni konną kawalkadą przez Migdała, człowieka stąd, myśliwego z Roscoe, który przez wiele lat polował w lasach u podnóża Pieców nim trafiła mu się fucha strażnika traktu do Westburn na obszarze od Szaregoboku, jeźdźcy nie skupiali się na drodze tak bardzo jak na sobie. Piaszczyste, zarośnięte rzadką makią pagórki zostawili za plecami i lekkim kłusem sadzili przez pylaste pustkowie przed Wrzosinami. Słyszeli już przed sobą lekki szum Zwrotki i trel trzciniaków buszujących w zaroślach na jej brzegach. Zabudowania wioseczki, parę biało-szarych chatynek, kilka drewnianych chałupek i drewniane ogrodzenia pastwisk mieli po lewej. Spojrzenia spadły na opuszczone sioło całą serią. Przewodnik jednak nie zaplanował postoju i co bardziej zamyśleni wędrowcy ocucili się dopiero widząc jak jego plecy na przedzie przechodzą w coraz mniejszą plamkę.

        Buty pod boki i konie spoźnialskich szybko nadrobiły stratę. Dużo zresztą nadganiać nie musiały, bo podróżni najbliżej tropiciela usłyszeli jego krótkie stać i zobaczyli dany ręką znak stopu jeszcze przed mostkiem przez Zwrotkę.

        Na drewnianej, szerokiej może ledwie na półtora wozu przeprawie, leżał koń. Zwierzę toczyło pianę, ale nie wierzgało już nawet, wchodząc w ostatni etap umierania. Było pokrwawione na bokach i na szyi, a gdzieś ponad zadem sterczała z niego długa strzała z czarną lotką.

        Przewodnik migiem wydobył łuk z sajdaka i wychylił się z konia, by rozejrzeć się szerzej, czy ktoś wokół nie kryje się w zasadzce. Rzeczka była płytka, ale na brzegach, w dole, sporo miała zarośli i bujnych traw, które lgnęły do życiodajnej wody. Dalej od mostku, tak w jedną, jak i drugą stronę, więcej było trzcin i grążeli, a na zachodzie ciek kończył swoją ścieżkę w mokradłach, które odcinały się od okolicy spiętrzoną w górę zielenią. Cisza. W trawach nadawały tylko trzciniaki i pokrzewki. Nikogo nie było słychać. Ani widać.

        Poza samotnym mężczyzną już po tej stronie mostu, skąd przybywali. Zwalonym na ziemię, pokrwawionym i z rozbitą głową, która miała całość jego siwej czupryny pozlepianą od juchy. Człowiek stękał coś pod nosem i czołgał się nieporadnie, ewidentnie mając problem z prawą nogą, która pewnie była złamana albo zwichnięta. W tym wszystkim czepliwie osłaniał się szerokim płaszczem, jedną ręką pomagając sobie w człapliwym przesuwaniu się po piasku, a drugą trzymając poły płaszcza tak, by przylegał wyraźnie do jego ciała.

        text alternatywny

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #60

          dr Lara Quatermain (Alex Tyler)

          Salina starał się być człekiem gładkim jak jedwab z Niebiańskiego Cesarstwa Shao Feng, a jednak czuło się, że gdzieś tam drapie niczym włosiennica. Niby prawił o dobru wspólnym, a jednak Lara czuła się jak wtedy, gdy po raz pierwszy trzymała w dłoniach zabytek i usłyszała z ust plenipotenta fundatora ekspedycji: „To zostanie w sejfie, panienko Quatermain, dla dobra firmy”. A kto niby decydował, czym było to dobro?

          Miała mu wierzyć, bo starał się sympatycznie mówić i rozkładał ręce niczym aktor na forum, prawiąc o cywilizacji? A może powinna, bo przynajmniej mówił, a nie tylko brał? Nie, nie wystarczało mówić. Zresztą, nie po to uczyła się przez całe życie starożytnych alfabetów, żeby ktoś inny, byle laik, decydował, które znalezisko „lepiej przysłuży się społeczności”. Kiedy ostatnio tłum szewców i pasterzy decydował, co zrobić z pieczęcią z Zindii datowaną na Epokę Chwały? Nie była głupia. Wiedziała, że nauka potrzebuje funduszy, a historia – polityki. Ale czy to znaczyło, że miała przyklaskiwać kolejnemu rozdawnictwu dziedzictwa, doprawionemu propagandą o „dobrze ludu”?

          Salinie wydawało się, że jest uczciwy. Tak myślał. I to w tym wszystkim było najtrudniejsze. A jednak… coś jej nie pasowało. Czy to źle, że nie chciała rzekomo dobroczynnego dochodu z ruin? Że wolała, żeby fragmenty przeszłości leżały zamknięte w chłodnym muzeum, gdzie nie będą wyprzedawane w kawałkach pod pozorem uzdrawiania kraju? Nie była pewna. Wiedziała tylko, że ten dziennik… ten szyfr… stanowi prawdę. A prawda nie znosi kompromisu. Kiedy ją znajdzie – nie będzie już miejsca na uśmiechy, ukłony i polityczne androny. „Będzie tylko ona. I ja”.

          text alternatywny

          Spóźniona Quatermain spojrzała badawczo na trójkę mających towarzyszyć jej najemników kompanii. Różnorodne umiejętności dobrze wróżyły. Ale równie dobrze mogliby być trupą teatralną – bo kompetencje to jedno, a lojalność? Lojalność nie wykwitała na polu namiotowym, tylko w ogniu i błocie. I to powoli. Lara była wobec nich profesjonalna, dworsko grzeczna, nawet nieco koleżeńska, ale pod spodem chłodna jak ranek na pustyni przed wschodem słońca. To nie tak, że nie ceniła towarzystwa – wręcz przeciwnie, ale najpierw musieli dowieść, że nie zginie przez ich głupotę, zanim pozwoli im nalać sobie herbaty.

          Co prawda pierwszy test zdali, ale nie decydował on o wyniku końcowym całego egzaminu. Medyczka starała się być ostrożna, bo przez swój nadmierny optymizm i zbytnie zaufanie już parę razy się zawiodła. A zsyłka Grimleya? Miała pewien sens. Rzeczywiście sprawiał wrażenie najbardziej niestabilnego elementu. No i go usunięto. Ale kim byli ci, co zostali? Lara analizowała ich z chłodną przenikliwością, jak lekarz oglądający pacjenta z objawami, ale jeszcze bez diagnozy. Czy naprawdę wystarczająco zdążyła ich poznać? Przeczucie sugerowało że tak, zwłaszcza w przypadku Kaia, ale rozum nadal nie był przekonany. Tyle że nie on tu ustalał zasady.

          Fascynatka archeologii wysłuchała zapewnień przewodnika wyprawy zwanego Migdałem. Woda, jedzenie i broń – słusznie. Ale ktoś tu zapomniał o opatrunkach, ziołach przeciwzakażeniowych lub przynajmniej spirytusie. Na szczęście miała to wszystko. A w razie czego potrafiła znaleźć dla nich substytuty w dziczy.

          Co do zbrojnej obstawy, to Greba już znała. Wincent zaś zdawał się nadmiernie chełpić swoją kuszą.

          — Wspaniale. Może i elegancki mechanizm, ale czy masz do tego naboje… i powód, by strzelać? — zapytała żartobliwie.

          Następnie spojrzała na braci Ulefa i Sylva. To musiał być jakiś lokalny folklor. Zawsze jeden niski, korpulentny i gładki jak operowy śpiewak, a drugi wysoki, zarośnięty i mocarny jak yeti. Ciekawiło ją, który z nich prędzej się potknie, i o co.

          Kiedy dokooptowano im nowego Lara natychmiast zesztywniała. Ale nie z lęku – o nie! – tylko z tego wewnętrznego napięcia, jakie ogarnia człowieka, gdy ma się do czynienia z czymś nieautoryzowanym, niesprawdzonym i narzuconym z góry. „Wysłannik pani van Coen? A więc ma jakieś plecy. Ale czy ma mózg?”, przeszło jej przez myśl „Wdrażanie go to nasza sprawa? Świetnie. Kolejne ryzyko powierzone bez konsultacji. Czyli standard”. Mimo to była grzeczna wobec Mariusa. Uprzejma. Nawet rzuciła mu delikatny uśmiech. Ale to był ten rodzaj uśmiechu, który mówi: „Zrobię ci opatrunek, kiedy stracisz nogę, ale nie miej złudzeń – zanim cię naprawdę polubię, musisz przejść przez ogień”.

          text alternatywny

          — Musimy stanąć! — rzuciła blondwłosa okularnica przepełnionym troską głosem, zanim jeszcze Migdał skończył unosić dłoń.

          Jej rumak zastrzygł uszami, a ona sama zsunęła się z siodła, szybko i sprawnie jak wojskowy zwiadowca, a nie szlachcianka z Greyhawk.

          — Zraniony koń. Krwawienie z boków i szyi, strzała... czarna lotka — mówiła bardziej do siebie niż do towarzyszy, przemykając ku mostkowi. — Ktoś z tutejszych, czy obcy? Dziki humanoid? A może... ktoś chce, żebyśmy tak myśleli?

          „Lubię przedstawienia, ale nie takie” pomyślała, zaciskając zęby. Skupiła spojrzenie czarnych oczu na trzcinach i mokradłach, przesuwając powoli głowę. Chciała udzielić pomocy rannemu, ale nie chciała się też głupio narażać. Głupio, czyli w jej stylu.

          A tu cisza. Tylko trzciniaki. Aż za cicho.

          — Konający koń. Ranny starzec. A może przynęta? — zadała pytanie bez oczekiwania odpowiedzi, jej myśli pobiegły już pięć kroków dalej. Ostrożnie kucnęła przy mężczyźnie, ściągnęła białą rękawiczkę i z rzadką w jej zawodzie czułością dotknęła jego szyi – puls był nieregularny, ale obecny. — Jestem doktor Lara Quatermain, słyszy mnie pan? Kto panu to zrobił? Jest pan sam?

          W tle szeleścił Migdał, wciąż z łukiem w gotowości, a Lara, nie zważając nań, zerknęła na drugi brzeg rzeki.

          — Trzeba zabezpieczyć teren. Ktoś go musiał go tu przeciągnąć – albo sam się doczołgał.

          Obróciła głowę w stronę towarzyszy. Jej spojrzenie było ostre jak słońce Suchych Stepów.

          — Nie jesteśmy tu przypadkiem. A co jeśli ktoś się nas spodziewał i obserwuje? Może to nie napaść, czy rabunek, tylko ostrzeżenie? Pytanie brzmi – przed czym?

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez
            #61

            sir Randal Bronson (Mike)

            Randal skinął nowoprzybyłemu taksując go spojrzeniem. Co tam wypatrzył i do jakich wniosków doszedł, nie dało się odczytać z jego twarzy. Ale miał zasadę, że pierwsze wrażenie uznawał, za nic nie warte. Czas i uczynki pozwalały dopiero wyciągać wnioski.

            *

            Podczas krótkiego postoju, gdy musieli napoić konie oddalił się za "potrzebą". W to, że potrzeba była inna niż się spodziewano nikt nie wnikał. Znalazłszy charakterystyczny głaz zakopał pod nim sztylet i figurkę oraz stare monety. Wygładził ziemię, posypał igliwiem, a potem dla pewności jednak dodał potrzebę, którą udawał idąc w zarośla. Nie czuł co prawda pilnej potrzeby, ale żelazna wola wykuta w służbie sprawiedliwości pozwoliła mu na wykonanie zadania.

            *

            Widząc, że medyczka wbrew zdrowemu rozsądkowi idzie do rannego zanim udało się orzec czy to nie pułapka, zaklął i też zsiadł. Odczepił do siodła tarczę.

            - Osłaniajcie nas. - Rzucił do kompanów i ruszył za Larą. Przyklęknął koło medyczki osłaniając tarczą ją i siebie na tyle na ile się dało.

            - Kobieto, chwali się, że chcesz pomoc nieść, ale rób to z głową. Nikomu nie pomożesz jak ktoś ci bełt wrazi. - powiedział półgłosem - Ja ci nie mówię jak robić twoją robotę, ty daj mi robić moją. A jak cię ktoś ustrzeli to będą mi suszyć głowę. Osobiście też by mi było trochę przykro gdyby trza cię zakopać przy drodze.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez
              #62

              Lara (Alex)

              Lara oderwała na chwilę wzrok od pacjenta.

              — Śmierć zabierze mnie, gdy na to zasłuży — oświadczyła Randalowi z buńczucznym uśmiechem, a po chwili dodała: — Ale gdyby do tego doszło, upoważniam was do zrzucenia całej winy na mą osobę i pozostawienia ciała na pastwę losu.

              Następnie wróciła do badania rannego.

              — Niemniej, dziękuję za troskę — rzekła niedługo potem.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Niedostępny
                PaniczP Niedostępny
                Panicz
                napisał ostatnio edytowany przez
                #63

                Randal (Mike)

                - Już widzę jak nasi pryncypałowie skaczą z radości słysząc, żeś kazała swoje zwłoki porzucić przy drodze i że to twoja wina - odparł Randal z krzywym uśmiechem. - Pewnikiem, każą służbie z taczkami do skarbca biec i premię nam uszykować.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Niedostępny
                  PaniczP Niedostępny
                  Panicz
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #64

                  Lara (Alex)

                  Quatermain nie przerywała procedury diagnozy medycznej.

                  — A więc jednak chodzi o złoto! — sapnęła. — Nie wiem, czy winno mnie to dziwić. Może smucić? Jeśli na otarcie łez nie starczy wam to, co mam w mieszku... to cóż... może powinnam wystawić wam weksel? Uszczkniecie sobie coś z mojego majątku.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #65

                    Scena na mostku nad Zwrotką była iście witrażowa. Ranny, potrzebujący biedak – wędrowiec zrzucony z konia, słania się w pyle i kurzu, ale już-już, w sukurs idzie mu niewiasta. Niczym gołębica zlatuje ku niemu, jasna i czysta. Oddana, by nieść pomoc, niepomna na to co wokół. Za nią zaś, ruszając pędem i stając mężnie nad miłosierną, z tarczą wzniesioną wobec zagrożeń świata, wyrasta rycerz. Paladyn w zbroi lśniącej od popołudniowych promyków, napięty, uważny, wyniosły. Dzielny.

                    I tło wokół – jeźdźcy na koniach, zbrojni, zaciekawieni, niepewni. Jedni patrzący z uwagą, może nawet współczuciem, sympatią czy podziwem. Inni zobojętniali, zimni, sami strwożeni, albo niechętni ryzyku. Niech pomoże ktoś inny, myślący.

                    Wszystko pod ciepłym światłem popołudnia, na drewnianym mostku odcinającym wątłe, zeschnięte zarośla po lewej od zielonych pastwisk po prawej. Zaiste, scena mogłaby spokojnie ozdobić którąś z katedr Pelora, Rao czy Heironeousa (nie mówiąc już o Zodalu!), jasno wskazując niepiśmiennym wiernym kto dobry, a kto zły i jak żyć należy.

                    Scena jednak, gdyby w nią prawdziwie wniknąć, pokazałaby nieco więcej złożoności. Ot, choćby wymiana zdań między doktor Quatermain a sir Randalem, miała w sobie zgłoski złośliwości. Rycerz, owszem, osłaniał i pomagał, ale biadolił przy tym, że lekarka wystawia się nieostrożnie na szwank, a medyczka nie pozostawiała jego gadania bez odpowiedzi, podkpiwając z jego zachowawczości.

                    Wokół, konni naszykowali broń strzelecką i łypali po zaroślach i niecce rzeczki, wypatrując zasadzki, albo śladu tych, którzy tak załatwili rannego mężczyznę.

                    Sam zaś poszkodowany, o... Kiedy dziewczyna zbliżyła się do niego, stężał w pierwszej chwili, ale widząc, że wyrasta za nią mężczyzna, szarpnął się gwałtownie, próbując odczołgać do tyłu. Ci najbliżej zobaczyli, że dłoń, którą ściśle trzymał płaszcz, owijając się pod szyję, również ma zakrwawioną. Wierzgnął próbjąc ruchu i przeciągnął tyłkiem po belkach mostku, kuląc się z podkurczoną jedną nogą, a drugą wywaloną pod siebie. Nogawica spodni była poszarpana i poplamiona od krwi.

                    Lara w momencie ruchu człowieka, gdy odsłonił się nieznacznie, dostrzegła zranienia też na jego szyi. Ciężko było w ułamku fachowo ocenić, ale wyglądało na to, że... Jest pogryziony? Zdało jej się, że dostrzegła na ciele eliptyczne ślady ugryzień jakichś sporawych stworzeń. Szczęśliwie nie wyglądało na to, żeby cokolwiek wyrwało z niego cały płat mięsa, jak zdarzyło się z dogasającym obok wierzchowcem.

                    Pewność ruchów i czystość intencji bijąca od dziewczyny wstrzymały pokraczne próby ewakuacji, ale po tym jak dotknęła go, by sprawdzić puls, mężczyzna pokiwał głową na boki w konfuzji i odsunął się gwałtownie.

                    - Nie... Nie-nie! P-proszę... Z-zostaw mnie... – Stary miał chorobliwy przestrach w bladych, szarych oczach i aż szczękał zębami. - P-p-p... Panienko, zostaw... Zostaw mnie... To dl-l-l... Dla twojego dobra...

                    - Spokojnie. – Coś Larę wewnętrznie tknęło, ale nie dała tego nawet po sobie poznać. Miała doświadczenie w udzielaniu pomocy w trudnych warunkach i – niezależne już od obranej medycznej ścieżki – stalowe nerwy. W dodatku nie była sama, otoczona przez zbrojnych kompanów i osłaniana z bliska tarczą paladyna. - Proszę powiedzieć, kto pana zaatakował? Co się stało? Spokojnie. Umiem opatrzyć te rany, zadbamy o pana.

                    Traper popatrzył na dziewczynę głęboko, a w oczach zaczęły mu wzbierać łzy.

                    - Zbóje – rzucił krótko. - Zbóje napadli. Zostawcie m-mnie... P-proszę was, zo-zostawcie...

                    - Może go naprawdę... zostawić? – rzucił ktoś z tyłu, z suchej strony mostku. To chyba Ulef, ten wysoki.

                    - No sam mówi! – dodał ktoś inny.

                    - No jak to tak? – włączył się Grebo, którego głos już kojarzyli. - Kto to widział?

                    - Cicho! – uciął Migdał. - Lekarka leczy, lekarka decyduje.

                    Utopiec zeskoczył z konia, ale na razie nie zbliżał się do rannego, bo i po co? Fachowiec był już na miejscu, więc na co miał się tam pałętać jeszcze ktoś trzeci. Zamiast tego chwycił trójząb, gdyby coś miało wypaść na nich w zasadzce, ale nie było śladu niebezpieczeństwa. W dole szumiała rzeczka, w zaroślach dokazywało ptactwo i kumkające żaby.

                    - Na twoim miejscu trzymałabym go na dystans trójzębu... – Rzeczka zaszumiała Mariusowi falistą myślą. - Coś z nim jest nie w porządku. Lepiej uważaj.

                    I co było dalej?

                    Lara pospiesznie zlustrowała sylwetkę trapera raz jeszcze, rachując w głowie, czy czegoś aby nie pominęła. Niepewna, przekrzywiła głowę i wbiła badawcze spojrzenie w jego załzawione oczy.

                    - Idź! Odejdź! – burknął czy warknął traper. - Z-zostawcie m-mnie... B-błagam!

                    Medyczka stanęła nieco bliżej, przysłaniając padające od zachodu promienie, które wcześniej mogły oślepiać mężczyznę. Randal bez słowa postąpił za nią, czujny i gotowy do odbicia ewentualnych ataków. Ataku z dołu się jednak nie spodziewał.

                    Ranny zerwał się w błyskawicznym, nadludzkim wysiłku, wypadając na Larę szczupakiem. Chciał ją odepchnąć, albo może zepchnąć z mostku, ale mimo nagłego impulsu, na który się zdobył, ciągle był po prostu za słaby. Dziewczyna odskoczyła niepewnie, potykając się lekko, ale nie tracąc rezonu.

                    - Rozszerzone źrenice, przyspieszony puls, drgawki – wyliczyła Lara, jakby komentowała jego nieudaną próbę zapaśniczego obalenia. - Do tego utrudniony kontakt wzrokowy, rozbieganie gałek ocznych... Ślinotok.

                    - Wiesz co mu jest? – zagadnął Randal, który wszedł między lekarkę a pacjenta, osadzając tarczę między deskami niby gabinetowy parawan.

                    - Pewności nie mam... – Medyczka zastanowiła się chwilę i spojrzała do tyłu. Seweryn, jakby odczytał jej myśli i kiwnął jej głową na potwierdzenie diagnozy, którą mieliła w głowie. Kai i pozostali na razie stali niepewnie, czekając decyzji. - Ulef, pomożesz mi tu z nim? Tylko delikatnie... Stanowczo, ale ostrożnie...

                    Dryblas potwierdził i ruszył od razu, choć minę miał nietęgą. Brat – na bracie zawsze można było polegać – nieproszony poszedł za nim. Tak w razie czego.

                    - N-nie, z-zostawcie mnie... Panienko, t-t-ty... T-ty jesteś d-dobra... Jak moja Sońka... – Traper wszedł na błagalne, rozstrzęsione rejestry. - T-t-to ja dla-dla c-ciebie nie chci-chciałem... Ch-chciałem żebyście o-odeszli... O-odejdźcie...

                    - Proszę się uspokoić... Jest pan bezpieczny, dobrze? Pomożemy panu. – Lekarka patrzyła na ranego z mieszaniną współczucia i badawczej ciekawości. - Złapcie go proszę za ręce, dobrze? Ale ostrożnie!

                    - N-nnnie! P-pani-panienko, szczury! Sz-sz-szczury!!! – wrzasnął jazgotliwie aż ptaki zerwały się trzcin pod mostkiem. - Zmie-zmienicie się! Ra-ratujcie... Bogowie! A precz! A przecz idźcie!

                    Ranny w drgawkach i napadzie rozpaczy rozważał chyba coś przez chwilę, wystraszony nadejściem zbrojnych jak zwierzę w potrzasku. W desperackim ruchu, widząc że jego krzyki na nic, przesunął się ciut w tył i wychylił nad brzegiem przejścia... Właściwie nie wychylił. Wysunął, chciał skoczyć, upaść w szemrzącą strugę pod spodem.

                    Ale Randal był obok. O krok. I zaskoczony wprawdzie, ale bez trudu odczytał co mężczyzna chce zrobić, więc złapał go za ramię i wciągnął na środek kładki. Ranny zawył i stężał, zaprzestając oporu. Opór stanowił teraz sam bezwład jego ciała, ale rycerz miał dość krzepy, by poradzić sobie z traperem, a Ulef i Sylv wsparli go natychmiastowo. Ranny leżał rozłożony na deskach pomostu, ręce i nogi przytrzymywane z obu stron, płaszcz ściągnięty, pokrwawione ciało odkryte.

                    - Tylko delikatnie z nim, dobrze? Ma gorączkę... Pewnie halucynacje, albo zaburzenia percepcji. – Lara teraz mogła przyjrzeć mu się naprawdę z bliska. - Może to wycieńczenie i utrata krwi, może choroba, może działanie jakichś substancji psychodelicznych. Albo wszystko po trochu.

                    Ostatnią formułkę Lara wypowiedziała spoglądając na spory woreczek, który wypadł spod płaszcza, a który traper wcześniej kurczowo trzymał w dłoni. Sakiewka rozsunęła się, odsłaniając zawartość w postaci zmielonej na drobne trocinki czarnej kory. Na tle hebanowych cząsteczek wykwitały gdzieniegdzie zielone smużki w kolorze świeżej trawy, niby żyłki wpuszczone w drewno. Wszyscy, którzy spojrzeli na proszek skojarzyli go od razu.

                    Skałodrzew. Mielona kora egzotycznego krzewu była drogim, ale powszechnie znanym narkotykiem, który słynął w południowym Flanaess jako mocna pobudzajka i poprawiacz humoru. Lekarka pamiętała go z opisu i oglądanej kiedyś próbki, ale łypiący z tyłu Seweryn, który w międzyczasie podszedł bliżej, widywał go wielokrotnie i nie raz stosował. W medycynie, oczywiście. Jak to u niego - zawsze niekonewncjonalnej, ale praktycznej.

                    Cyrulik dobrze znał środek i jego działanie, ale nie spotkał się jeszcze z mieszanką tego typu. Słyszał, że niektórym zdarzało się mieszać drobno zmielony skałodrzew z solami szamoliku, ale tamte były bielutkie i krystaliczne. Nie kojarzył, by ktokolwiek skłonny był rozrabiać tak drogi narkotyk z tanimi dodatkami innego rodzaju, a przynajmniej nie tak ordynarnie otwarcie.

                    Jasne, ludzie zawsze kombinowali by zaoszczędzić, ale zwykle maskowali się z tym, doważając raczej zmielone, bezużyteczne cząstki czarnego dębu, czasem po prostu tytoniu albo tabaki, a w przypadkach naprawdę bezczelnych i głupkowatych cokolwiek, co było czarne czy dostatecznie ciemne. Jak osmolone trociny czy kawałki gleby.

                    Kai wyglądał z drugiego rzędu, patrząc to na dygocącego, bezładnego trapera, to na woreczek. Też znał ten specyfik, bo obracając się w środowiskach, w których się obracał, trudno go było nie znać. Ale podobnie jak Drachenwulf, nie kojarzył nigdy takiej jego odmiany. Przesuwając językiem po zębach zastanawiał się, czy aby może o tym nie mówiła plotka, którą zasłyszał parę dni temu od kogoś w "Diamencie".

                    - Kto pana tak załatwił? – spróbowała jeszcze Lara, szykując opatrunki i bandaże z lekarskiej torby.

                    Rozłożony na deskach mężczyzna miał porozdzierane skórzane spodnie, a na górze, skrytą wcześniej pod obszernym płaszczem podróżnym, tylko rybacką kamizelkę, która też była w strzępach. Na ciele miał pełno ran. Część z nich to były niegłębokie, ale furiackie cięcia. Pewnie od noży, albo czegoś równie kompaktowego. Uwagę zwracały jednak ugryzienia. Facet miał na sobie pełno śladów zębisk i świeżych pokrwawień, a przy barku... Wyglądało jakby coś urwało mu kawałek ciała.

                    - Oho – rzucił jakoś dziwnie cicho Seweryn z tyłu. - To będzie się paskudnie goić.

                    Co ty nie powiesz, pomyślała Lara, strwożona obrazem przed sobą. Tak jak i cyrulik, rozpoznała, że większość pogryzień na ciele rannego jest od ludzkich zębów.

                    - So on mówił? – Wincent wracał z drugiej strony przeprawy, po krótkim rekonesansie. Teraz zatrzymał się przy martwym już koniu i dokładnie oglądał jego rany. - Że zbóje go napadli? To z psami chiba byli... Bo koń widzę, że nie tilko ustrzelon, ale i pogryziony jes.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Niedostępny
                      PaniczP Niedostępny
                      Panicz
                      napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                      #66

                      Seweryn Drachenwulf (Rewik)

                      Doczekać się na ową wymianę myśli nie mógł się i Seweryn. Rzecz jasna o Wedrykowej zapowiedzi czegoś na kształt rozprawy dla rozumu pożytkującej mowa. O tym też Seweryn mógł rozmyślać, kiedy Marius Utopiec wraz z Kudłatym na horyzoncie rośli. Temat nawet do wspólnej zadumy z mistrzem Wedrykiem wiodący by znalazł, a choćby i o tajemnicy lapis philosophorum zwanym, bądź, daleko nie szukając - o owym paladyńskim uzdrowieniu i późniejszych zdarzeniach. Choć tu musiałby dozę ostrożności zachować w swej wylewności.

                      Nie trzeba znać Seweryna dobrze, by domyśleć się jak wielkie wrażenie zrobiło nań tamto użycie magyi, potem z bliska widok dziwowieży Wedryka, a teraz otwarte przyznanie się ich nowego towarzysza do bycia magiem... magiem bojowym. Cóż to za czas niezwykły! Ukłonił się toteż uniżenie.

                      — Prawdziwie w sercu swoim czuję, iże Cza-czarne wrota, choć ostatnimi czasy sławne, to skromne i proste, nie godne są pomieścić w swych granicach aż trzech magów zarazem. Alem zaszczycony wielce poznać Waćpana.

                      Choć słowa zdały się być w przyjaznym tonie wypowiedziane, sam rudzielec, odziany w znoszone szaty nie posiadał aparycji zachęcającej do poznania. W nerwowej drgawce coś często się uśmiechał, wzrok raczej kierował w stronę, gdzie nie spotka swego rozmówcy, a i obiektywnie urodziwy nie był. U pasa jego nie spoczywał oręż błyszczący, a pancerz nijaki nie zdobił mu ramion. Znak to, że umysł przepustką dlań do owej charałupy był, co Marius mógł poznać. Bo cóż też innego?

                      text alternatywny

                      Seweryn konia był dosiadł niezdarnie. Znać było, iże nie czyni tego na każdy dzień zwyczajny. Ostawał też w tyle, ilekroć "przednia straż" nazbyt tempo solidne nadawała. Może to też dlatego, bo medyk miał swoje do przemyślenia. Obfitość przeżyć wtrąciła go w swoiste emocjonalne rozedrganie. Obok magów i monstrum stały tajemnicze Wrzosiny i Pogorzel. Ale były i te bardziej przyziemne rozterki. Nowalijka Leder, bratanica stolarza okazała się być młodą dziewczyną, co bynajmniej sprawy nie ułatwiało, lecz pomocnika jakowegoś potrzebował ino prędko. Wiadomym było, iże nie pomoże w typowo medycznych sprawunkach pod jego nieobecność, lecz medicamentum zgodnie z zostawionym przepisem sporządzić mogła, a zapotrzebowanie na smarowidła na rany i poparzenia i inne schorzenia było. To od pracy w kuchni nie różniło się wielce. Na dni kilka przyjął to dziewczę, wcześniej z co ważniejszych rzeczy namiot oczyszczając, zabezpieczając się przed ewentualną kradzieżą. Słyszał bowiem o tym co działo się w Górniczej Doli. Opowieść ta również była interesująca... W każdym razie, prawdą było to co stolarz o dziewczynie i jej znajomości ziół wszelakich był prawił, więc odmówić grzechem by się jawiło. Nawet jeśli odmówić miałby później.

                      Lecz to nie kres doznań wszelakich był.

                      text alternatywny

                      — Tako rzecze, iże zbóje. Ten ślad widzisz? Rozstaw zębów szeroki, dość płytkie wgryzienie. Wierzyć, że to ukąszenie świni, bym chciał ale wątpić zaczynam... — Po tych słowach skierowanych do przybyłego Wincenta, tym razem to Seweryn spojrzał na swoją żeńską odpowiedniczkę po fachu. Krótko, jakby była to rzecz nieprzystająca lub niestosowna. — Wielem słyszał, ale o grasujących w tych stronach świniach z nożami, zagryzających ludzi i... atakujących konie nie... nie słyszałem. To dlatego. — wyjaśnił z fascynacją jakąś przyglądając się rannemu mężowi, a po chwili wskazał worek z narkotykiem.

                      — To zaś skałodrzewo, substantia o-odurzająca. Z czymś jeszcze. Może jak mu minie, powie coś więcej. Chyba warto. Może mieć długie zęby nie tylko na pomoc, Pani Quatermain, to i uważać trzeba podwójnie. — Seweryn przygotował się, by wraz z innymi przetransportować delikwenta w mniej odkryte miejsce, by tam być może, jeśli będzie to wskazane związać delikwenta i zająć się dalszą pomocą, której ratowany wcale nie chciał.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Niedostępny
                        PaniczP Niedostępny
                        Panicz
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #67

                        Marius (Brilchan)

                        Jazda konna była dla Mariusa nowym i niezbyt przyjemnym doświadczeniem. Zwierze śmierdziało uryną i potem jak żeglarz mało dbający o higienę, a przy każdym kroku trzęsło niczym łódka na morzu... Niby znajomo, ale jednakże obco. Zajął znudzony umysł, śpiewając w duchu szanty popularne w pirackich tawernach jego dzieciństwa.

                        text alternatywny

                        Z ulgą zeskoczył ze śmierdzącego konia, nie spodziewał się ostrzeżenia, od Mistrza podziękował mu jednak w swoim sercu, serc.

                        - Marnujecie czas na tego podejrzanego typa! Coś z nim jest nie tak: Jakieś przekleństwo czy inne diabli go wzięli! Waćpaństwo uzdrowiciele lepiej go zostawcie w pokoju albo odsuńcie się, to skończę jego cierpienia! Lepiej trzymać się odeń z daleka! Mam złe przeczucia co do tego trapera! - Krzyknął do uczonych i zaczął zbierać w lewej dłoni mistyczną energię barwy stalowoszarego wzburzonego morza gotów uwolnić ją w kierunku drącego mordę człowieka na wypadek, gdyby miał się zmienić w jakieś monstrum i pożreć dobrodusznych naiwniaków.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #68

                          Randal (Mike)

                          - Nikogo nie wolno od tak, na pierwszy rzut oka oceniać - powiedział do towarzysza Randal - Na razie widać, że pomocy mu trzeba. A czy damy radę mu pomóc czy jeno ostatnie namaszczenia udzielić, to się okaże.

                          - Co rzekniecie, wy w medycynie uczeni, myślicie. Ma słuszność nasz prędki do nieodwracalnych działań kompan?

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #69

                            Seweryn (Rewik)

                            — Związek snadź jakiś ze wsią Pogorzel mieć może. Powrozem go skrępujmy, by krzywdy sobie i nam żadnej nie uczynił. A być może i uda się go zratować... wywiedzieć się czegoś. — Seweryn mówiąc to zachowywał cały czas rezerwę i bezpieczny dystans. — Teraz umysł mgłą ma przy...przysłonięty, tak... poraniony, pogryziony, insania jakowaś, delirium ciężkie umysł mu toczy. Stąd też ludzkie ślady zębów. Od skałodrzewa być może. Ale nie on sam siebie pogryzł, czujni być musimy. Ale przystanąć musimy. Podróż zaniechać... na czas jakiś. Podróż w czasie odłożyć.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #70

                              Lara (Alex Tyler)

                              Twarz Lary wykrzywił przelotnie nieprzyjemny grymas. W tak naglącej sytuacji na liście bieżących priorytetów młodej medyczki zdecydowanie wyżej stało ratowanie ludzkiego życia, niż dumanie nad osobą pacjenta i towarzyszącymi mu okolicznościami. Poza tym uwaga Mariusa zdała jej się nie bardziej przytomną od słów ciężko rannego mężczyzny z zaburzeniami świadomości, któremu właśnie próbowała pomóc.

                              — Na razie wypadałoby zadbać, by nie oddał ducha — oświadczyła z naciskiem. — Jeśli go zwiążemy liną, nie będę miała do niego odpowiedniego dostępu. Dopóki nie skończę, po prostu trzymajcie go w bezruchu. Tylko tak, by nie uczynić mu dodatkowej krzywdy.

                              Dwoma ostatnimi zdaniami zwróciła się w domyśle do osiłków, którzy przytrzymywali pacjenta.

                              — Po wszystkim możemy go spętać... dla jego własnego dobra. I zastanowić się nad tym wszystkim.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Niedostępny
                                PaniczP Niedostępny
                                Panicz
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #71

                                Scena na mostku była prawdziwie malownicza, co przełożyło się na wyciśnięcie jej przez Los do żywego. Piękna, witrażowa scena godna kościelnych nauczań pokrzepiłaby serca obserwatorów, ale nagle, za sprawą tajemniczego Mariusa, który świeżo co włączył się do drużyny, nabrała charakteru dreszczowca. Kapłan zamarł w bojowej pozie, wyglądając słowa czy gestu, który przesądziłby o przyszłości rannego trapera. Był gotów. Ledwo co dotąd płynąca struga w dole jakby wezbrała mocniej, wiatr zaszumiał żwawiej w tatarakach, a powietrze zakłębiło się chłodną wilgocią wokół dłoni magika, barwiąc rzeczywistość na stalowoszaro. Jeden agresywny gest, jedna decyzja.

                                O co może chodzić? – pomyślał Marius, przypominając sobie chłodny dreszcz, który wraz z myślą przepłynął przez niego ostrzeżeniem przed rannym. Miał faceta w garści...

                                Ale drużyna zdecydowała inaczej. Najpierw zareagował paladyn, który skupiał się na osłanianiu Lary, a teraz stanął tak, jakby w razie czego miał sobą ochronić też wijącego się na ziemi trapera. Oboje medycy wypowiedzieli się w moment potem, dodatkowo uspokajając sytuację. Szary wir rozmył się, kłębek energii rozwinął się w wątłe nici pary wodnej, spiętrzony szum Zwrotki ustał.

                                Doktor Quatermain odetchnęła lekko, czując jak wzmożenie w powietrzu, które udzieliło się wszystkim maleje. W oczach zmalał też ranny, który wycieńczony wiciem się pod pewnym, ale - na tyle na ile to było możliwe - ostrożnym chwytem osiłków, zaczął odpływać. Szczęśliwie w sen, a nie objęcia Nerulla.

                                Nim opadł w odrętwienie, lekarka zdołała napoić go jeszcze z własnego bukłaka, podtrzymując niepewną głowę. Facet pił chętnie i piłby łapczywie, ale brakło mu już sił choćby na ten niewielki wysiłek.

                                - Jeśli da radę, przenieście go na tę naszą stronę mostka... Tych parę kroków – zarządził przewodnik. - Łatwiej będzie się ukryć, albo wycofać... Gdyby jednak była potrzeba.

                                Medycy, ani tym bardziej nikt z reszty załogi nie zaprotestował. Ci pierwsi, bo wydobywali swoje medyczne utensylia z lekarskich toreb (choć Seweryn nie pchał się na pierwszy plan i zostawiał operacyjne działania młodszej koleżance), a ci drudzy, bo faktycznie nie w smak im było dać się zaskoczyć w najbardziej odsłoniętym miejscu w okolicy. Bądź, co bądź – facet od kogoś oberwał. I ten ktoś gdzieś tam wszak dalej musiał być.

                                Młoda pani doktor działała sprawnie i metodycznie, przemywając co paskudniejsze rany i nakładając na nie zwitki bandaży. Głębokie ugryzienie blisko szyi wymagało zatamowania, więc Lara sięgnęła po przygotowaną papkę z krwawnika, rozprowadzając ją na szarpnięciu pod miękkim bandażem. Nie było na razie mowy o szyciu tego obszaru.

                                Lekarka zakomenderowała by rozebrać pacjenta, ale nie miała cierpliwości do wahań i wątpliwości pomagierów, więc zaraz sama rozcięła skalpelem jego odzienie, zerkając czy gdzieś jeszcze nie ma dużych, otwartych zranień o której trzeba by zadbać. Słusznie. Udo odsłoniło drugie, duże ugryzienie, które skryło się jakoś pod zaciągniętym materiałem i również wymagało odkażenia i roślinych okładów.

                                Dziewczyna lekko podniosła głowę pacjenta, ale ten był bezwładny poza rzeczywistością. Odwróciła na moment spojrzenie i złapała wzrok Seweryna. Cyrulik zrozumiał w mig, albo sam pomyślał o tym wcześniej. W jego dłoni na raz znalazły się nożyce do strzyżenia i Lara zaczęła przycinać zmierzwione, zlepione krwią i potem kłaki trapera. Gęste siwe kępki opadały na piasek, odsłaniając napuchniętą, gołą skórę głowy.

                                Guz jeszcze nie wyrósł na tyle, na ile miał wyrosnąć, więc rana musiała być w miarę świeża. Ot, pewnie kwestia maksymalnie paru godzin. Czy tyle przepędził na tym ukropie, zakrwawiony i majaczący wśród własnych urojeń? Grunt, że teraz był pod opieką i wyglądał na twardego herbatnika. Bardziej właściwie jak wojskowy suchar, który niejeden dzień marszu może przetrwać na samym dnie, pod ciężarem codziennych trudności.

                                - Szyć to? – szepnęła do siebie Lara w zamyśleniu, niepewna czy to już właściwy ruch.

                                - Ja bym szył – włączył się Seweryn, który oglądał operację wykształconej gruntownie koleżanki z dużym zainteresowaniem. - O tam zobacz, w dołeczku jego... Głębiej jest, nie warto dopuścić, żeby się ruszył, bo to się może otworzyć. To wątłe jest, może pęknąć, zapoczątkować krwotok i pójdzie falą...

                                Dziewczyna mimowolnie podniosła brwi, ale po ułamku wahania kiwnęła głową. Rzeczywiście, ten nietypowy medyk wypatrzył to bystro i słusznie ocenił. Pod guzem i resztką wrośniętych włosów, które ciężko było dobyć na wgłębieniu ciemienia mogła tego nie zauważyć, a żyłkowanie odkrytej czaszki sugerowało, że przy gwałtowniejszym ruchu świeży strupek może puścić i dalsza, ciągle otwarta część rozszerzy się i... Kto wie, kto wie.

                                - Igłę poproszę – rzuciła krótko Lara, wystawiając dłoń jak przy operacji tysiące mil stąd. Trafna diagnoza Seweryna dodała jej pewności i sprawiła, że mężczyzna urósł w jej oczach. Kim by nie był i jak dziwne nie byłyby jego niektóre metody, faktycznie miał oko godne chirurga.

                                Lekarka zabezpieczyła narażone miejsce kojącym opatrunkiem i z pomocą aż czterech kompanów, wiodąc ich poleceniami w dziwaczną formę gimnastyki, gdzie dużym wysiłkiem mięśni operowali pacjentem tak, by ten pozostawał możliwie nieruchomy, ale ponad ziemią i z nieznacznie uniesioną, acz całkowicie stabilną głową, czyniła swą sztukę. Sztukę niby prostą w ruchach, kojarzoną z juchą i flakami, ale dla wszystkich, którzy patrzyli praktycznie nie do powtórzenia.

                                Wszystkich oprócz Seweryna. Ten oglądał całą operację z zaciekawieniem, samemu asystując w procesie i czasem aż ciągnęło go, by coś powiedzieć, albo samemu wykonać ruch, ale wiedział, że sprawa wymaga precyzji i ciszy. Widział zresztą, że ma do czynienia z prawdziwą ekspertką, więc sam niczego nie zrobiłby inaczej. No, może nie certoliłby się tak w paru momentach, inaczej szacując odporność pacjenta na ból.

                                - Już panowie... – Lara odsapnęła ciężko, odgarniając znad oczu pukiel włosów, który przeszkadzał jej w czasie operacji, a który dzielnie dotąd ignorowała. - Dziękuję wam.

                                Pacjent był z grubsza zabezpieczony i zadbany. O dalszym powodzeniu rekonwalescencji miała zadecydować siła jego organizmu, ale doktor Quatermain była dobrej myśli. Wcześniej sądziła, że z traperem może być krucho, ale teraz uznała, że wystarczy mu krótki odpoczynek i stała dbałość o rany w kolejnych godzinach i dniach, by znalazł się na dobrej drodze do zdrowia. Oczywiście, o ile nie wda się zakażenie... Albo nie zaraził się czymś, co wcześniej mógł sugerować w swoim bełkocie.

                                Seweryn widział to inaczej. Jego zdaniem facet ciągle był na granicy życia i śmierci, a dalsza droga z nim czy nawet próba przeniesienia go gdzieś bliżej mogła być w jedną stronę. Lara z kolei nabrała przekonania, że jeśli drużynie starczy sił (i ostrożności), to pacjenta będzie można spokojnie donieść do najbliższych Wrzosin, gdzie złoży się go w którejś z chat – na ławie czy może sienniku (jeśli coś się ostało), ale przynajmniej z dala od słońca. Ba, niemal pewnym było, że jeżeli iść powoli i mieć odpowiednio stabilne nosze, to da radę pechowca odstawić do lecznicy w Czarnych Wrotach, gdzie zajmą się nim już medycy w lazarecie.

                                - No, pani Laro, wie pani co robi – ogłosił Migdał z podziwem w głosie. - Co z nim dalej robimy? Krępujemy i jedziemy naprzód, tak jakeśmy gadali?

                                Spojrzenia wszystkich skupiły się na medyczce, która zadbała o poturbowaną znajdę jako pierwsza w akcji. Zarówno Lara jednak, jak i pozostali, widzieli, że tak drużynowa obstawa, jak i niektórzy z kompanii – być może idąc za wzrokiem pozostałych – zezują lekko na pokaźny worek narkotyku, który został rozwalony na deskach mosteczku.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz
                                  napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                  #72

                                  Marius (Brilchan)

                                  Marius rozwiał magię, bo nie zamierzał z nową kompanią, na noże iść potrzebował ich żywymi i w dobrej komitywie, aby wypełnić misje. Uważnie obserwował całe zdarzenie, choć nie zbliżył się więcej, niż na uderzenie trójzębu to obserwował cały zabieg z uwagą i odetchnął z ulgą gdy nie doszło do najgorszego. Nabrał też szacunku do cyrulików, pomagał niegdyś w lazarecie, ale takich zdolnych szwaczy to nie widział! Na morzu odkażało się ranę ogniem, sypało się sól na krwawienia, ucinało się rozwalone giry i przemywało rany grogiem! Nikt nie cerował ludzi, jak portki co robiło wrażenie! Gdy było po wszystkim, kiwnął głową i rzekł:

                                  - Naiwnymiście dobre serca macie azaliż ten Traper to pewno jakiś diabeł w nim siedzi, bo mięso Sereny zjadł czy inne selkie go ugryzło, pewno kontroli nad tym niema i dlatego tak ryj drze, bo wie, że za waszą dobroć może w każdej chwili ludzką skórę zrzucić i wam za waszą pomoc te rany to pewno z walki z ostatnimi ofiarami. Dobryście ludzie, ładno go zacerowaliście, poćwiczyliście swój zacny fach, kunszt macie w rękach wielki szacunku a podziwu godny! Ale na nic to jeżeli wam monstrum zdolne dłonie powyrywa... Szanse mu dałyście teraz w rękach Bogów jego los przy waszym udziale, lepiej go tutaj zostawić, jeżeli się uprzecie brać go z nami, to ja doń bliżej niż na odległość ciosu trójzębu nie podejdę i pewnie oka nie zmrużę, pilnując nas, przed waszymi dobrymi uczynkami - rzekł, a następnie podszedł do martwego konia.

                                  Po obwąchaniu strzały i rany, które nie wydały się zatrute, wykroił sobie nieco mięsa na dodatkowe racje żywnościowe. Niby Kompania ich wyposażyła, ale Utopiec zbyt często w dzieciństwie przymierał głodem, aby teraz kręcić nosem na darmowe jedzeni.

                                  Spróbował odciągnąć truchło nieco dalej od ścieżki, aby nie blokowało drogi i nie sprowadziło drapieżników zbyt blisko traktu. Jego bogini była patronką podróżnych. Marius nie miał czasu ani sił kopać dla zwierzęcia mogiły, ale spróbował zmniejszyć szkody dla innych, gdyż nie był wbrew pozorom samolubny, jeno nieco zgorzkniały wobec bliźnich.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #73

                                    Seweryn (Rewik)

                                    Myśl o przepotwarzeniu człowieka w monstrum jakoweś, rozbudzała wyobraźnię nie tylko osób posiadających otwarty umysł. Obraz ten wzbudzał przerażenie, lecz nie przez swą groteskową i makabryczną naturę, rozrywanej skóry, trzasku kości i mlaśnięć przeobrażających się tkanek, lecz przez ukryty przekaz owego ludzkiego strachu. Morbus lycanthropia objawiała w bezbronnym negliżu to co człowiek mógł skrywać w sobie i owe personificatio zła uderzało szczególnie dotkliwie, nawet jeśli bez pełnej świadomości człowieka dlaczego.

                                    — Nie musicie, magistrze Mariusie obawiać się o mą dobroć i to że na manowce mnie zwiedzie. To iże więcej dobra uczynić mogę, w zdrowiu pozostając, doskonale rozumiem. Choć wiedzy tej często młodym brakuje. — Seweryn świdrował wzrokiem nieprzytomnego człowieka i poczynania Lary. Odnosiło się wrażenie, wbrew jego słowom, że z trudem powstrzymywał się przed wzięciem sprawy w swoje ręce, gdy przyszło do szycia ran. — Dobrze jednak prawicie, nie zawadzi, choćby w nocy, przypilnować. Zastanawia mnie, czy zdążyliście poznać się z magistrem Wedrykiem?

                                    Mówiąc to Seweryn wzrok od zabiegu oderwał, zwilżył usta językiem, po czym podszedł, schylił się i sięgnął po worek z narkotykiem, zachowując ostrożność, by nie wzniecić dymu, czy proszku na dłonie nie sypnąć.

                                    — To mag, na materii, o której prawicie wielce rozeznany. Byłby ciekaw przypadku, gdyby wasze słowa prawdą się okazały. Ja zaś wskazuję, jednak na to, jako możliwą przyczynę, choć ów dodatek do drzewoskały... co to takiego, nie rozeznaję.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #74

                                      Lara Quatermain (Alex Tyler)

                                      Lara Quatermain nie lubiła dramatów. Zbyt często w jej życiu ich nadmiar kończył się śmiercią, a tej, mimo swojego medycznego fachu i pewnego doświadczenia w obcowaniu z nią, nie darzyła sympatią. Szczególnie w przypadku tych, których nie miała po drugiej stronie dwururki i mogła jeszcze ocalić.

                                      Przy mostku czuła napięcie – iskrzące i szczypiące, jakby powietrze naładowano opowieścią, której zakończenie wciąż było pisane. W jej rękach spoczywało życie trapera, zanim do końca zrozumiała, kto i po co w ogóle próbował mu je odebrać. To jednak nie było istotne w danej chwili. Ją interesowało, co się dzieje pod skórą, czy tętnica nie jest rozerwana, czy tkanki zachowały ciągłość. I czy jeszcze warto szyć, zanim człowiek zacznie śnić na zawsze.

                                      Z zadowoleniem odnotowała, że sytuacja się uspokoiła – nie dzięki krzykom i agresji, lecz jej prędkim decyzjom, trzeźwej logice i – w nieco mniejszym stopniu – ramionom osiłków oraz mocnym plecom Randala, gotowym osłonić. Dziwaczny Marius mógł sobie wymachiwać czarnoksięską aurą jak dramatyczną peleryną i gadać jak w gorączce, ale to nie on podawał wodę. Nie on rozcinał brudną tunikę. Nie on oczyszczał rany. On tylko stał z boku i przeszkadzał.

                                      Mimo że była fizyczką, i w związku z tym chirurgia nie należała do jej specjalności, Lara działała sprawnie, jak zawsze w tych sprawach dowodząc, że jest metodyczna, szybka, zdeterminowana i wysoce wykwalifikowana. Skalpel, bandaż, zioła, ocena, cięcie, diagnoza, szew. Przez cały czas odczuwała pobudzające napięcie związane z uciekającym czasem i walką o życie. Nie była jednak w polowym szpitalu, tylko przy mostku nad rzeką – z jednym nieszczęsnym facetem, z rozbitą głową i masą niesionych szaleństwem ran oraz ugryzień. Splot wydarzeń był niejasny, ale to, co trzeba było zrobić – krystalicznie oczywiste.

                                      A ten Seweryn... podejrzany i osobliwy, ale uważny. Jego spostrzeżenie trafiło w punkt – coś, co mogło jej umknąć. A to już coś znaczyło. Być może miał prawdziwy talent i dzięki niemu zdołał wybić się w swym cyrulickim fachu ponad masę typowych rzeźników.

                                      text alternatywny

                                      Po wszystkim Lara odetchnęła z wyraźną ulgą i poczuła, jak przepełnia ją ekscytacja. Każde zwycięstwo w takiej walce było dla niej niezwykle energetyzujące. Niewiele ustępowało skokom nad przepaściami, unikaniu zabójczych pułapek i pojedynkom z potworami. Kto wie – może właśnie dlatego przetrwała tyle lat żmudnych studiów?

                                      Wolne ręce i umysł pozwoliły blondynce odnieść się do słów kolekcjonera środków odurzających i końskiego wykrawacza.

                                      — Niewiele by się w nas człowieczeństwa ostało, gdybyśmy na podstawie przesądu zgładzili każdego, kto zda nam się podejrzany — zawyrokowała. — Jeszcze mniej, gdybyśmy oddawali ich na eksperymenty magiczne jakimś czarodziejom o niejasnych asumptach.

                                      Poprawiła okulary i ubranie, po czym spojrzała na rannego, a następnie na Migdała.

                                      — Zwiążemy go ostrożnie i udamy się do pobliskich Wrzosin — orzekła, choć jej słowom brakowało liderskiej pewności, jako że była samotniczką, nienawykłą do pracy w grupie, a co dopiero do jej przewodzenia. — Tam będziemy kurować biedaka, aż odzyska zmysły i przytomność. Wtedy wypytamy go o wszystko. To może nie być koincydencja... — widząc oblicza części obstawy, uczona ledwie dokończyła, po czym natychmiast się poprawiła. — To znaczy: przypadek, że coś takiego spotkało go w okolicy opustoszałych dwóch wiosek.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Niedostępny
                                        PaniczP Niedostępny
                                        Panicz
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #75

                                        Odpowiedzialność równała się niekiedy sprawczości i tym samym smakowała niektórym pysznie. Można by opisywać, że wolnością, że chłodno, orzeźwiająco, może pachniała lasem, a może morzem, ale to naprawdę były zupełnie subiektywne rzeczy. Zwykle jednak odpowiedzialność dla ludzi przywoływała wszystkie te niekorzystne skojarzenia z obowiązkami, z robotą, z byciem poganianym i poganianiem, z karbowym i brygadzistą, u niektórych nawet z kijem czy pejczem, a w lepszej sytuacji z surowym odmierzaniem marnych grosików (a nawet jeśli nie były to akurat grosiki, to zawsze co odmierzone i wypłacone malało w oczach).

                                        Tym razem odpowiedzialność spadła na Larę z innej strony. Przyuczała się na lekarkę i to był jej zawód, ale nie wyruszyła na tę wyprawę, aby łatać napotkanych po drodze biedaków. Ruszyła, by zanurzyć się w wybijającą na powierzchnię przeszłość sprzed wieków. Zaczerpnąć zapomnianej wiedzy w prawdziwej przygodzie nim zniknie. Nim ją rozkradną.

                                        Miała jednak tę podwójną słabość, która spowalniała pęd do przygody, gdy tylko po drodze trafiał się ktoś, kogo życie poobijało: dobre serce i umiejętności, by realnie pomagać tym w potrzebie. Choć myślami była przy niezgłębionym notatniku ze Ścieżki, rozłożona na sienniku z węgielkiem do notowania i kubkiem dobrego cydru, kłopoty bliźnich ściągały ją do tu i teraz.

                                        - Ja myślę, że lepiej go nie ruszać – rzucił Seweryn, wyrywając ją ze skupienia nad nierównym oddechem rannego. - W sensie... Jeśli by go teraz przenosić... Bo tak ogólnie, no, to tak, to ma szanse.

                                        Dziewczyna spojrzała na rudego niepewnie, pozytywnie już dziś zaskoczona jego wprawnym okiem chirurga. Wykazał się, więc dawała mu teraz więcej zaufania w kwestiach medycznych. Chwilę świdrowała go wzrokiem, licząc, że kolega po fachu pociągnie wątek, ale milczał. Gotowa działać samemu kiedy trzeba, ale wierząca też w naukową kolegialność, zdobyła się na niezwykły gest i zapytała nawet...

                                        - Tak?

                                        - N-no pewnie tak – odpowiedział jakby z wahaniem, ale mimo zachęcającego spojrzenia nie pociągnął już wątku, wycofując się na bok.

                                        Znów spojrzenia były tylko na niej i tylko na niej ciążyła odpowiedzialność za los rannego. Niechciana, ale niestrącalna z ramion człeka, który raz wkroczy na Zodalową ścieżkę pomocy bliźnim.

                                        - Panowie, pomóżcie go tu związać i wrzucimy pacjenta na nosze – zakomenderowała Lara, odzyskując rezon po nucie wątpliwości. - Raz-raz, proszę.

                                        * * *

                                        We Wrzosinach wszystko się zaczęło. I teraz, dla Grumwida miało się skończyć.

                                        Tak przynajmniej myślał o tym Seweryn, kiedy widział jak niesiony na prowizorycznych noszach z derek traper miota się i rzęzi. Na temat początkowej roli Wrzosin w tym wszystkim, czyli gorączce Ścieżki Slerotina nie miał zdania. Słyszał, że chłopi z wioski pomagali odkrywcom prawie od początku, ale to by było na tyle.

                                        W tym czym nie miał zdania – nie mylił się. Jakże by mógł? W temacie rannego dał się jednak zaskoczyć, bo ledwie może godzinę temu facet był bliski skończenia jak jego kobyła (z której Marius powykrajał już sobie co smakowitsze kąski, ku zdumieniu współpodróżników), a teraz zaczął odzyskiwać przytomność.

                                        Złożony na dębowym stole, na końskich derkach wyłożonych na wiechciach siana, pacjent korzystał z przyjmnego cienia największej wioskowej chałupy. Dom był właściwie kamienno-gliniany, przynoszący w gorące dni chłodną ulgę i jedynie drewniany dach miał pokryty strzechą. Ta na dachu, słoma i siano wokół oraz porozbijane fragmenty glinianych naczyń stanowiły cały ulotny ludzki ślad, który pozostał w wiosce. Ulotny, bo zostały jeszcze same budynki i resztki płotów. Do tych zresztą też się już jednak dobierano i kolejne fragmenty użyteczenego w budowie drewna znikały, przenosząc resztki Wrzosin w cykl życiowy Czarnych Wrót. Wszystko inne, co mogło być praktycznym, albo takim się zdawało – zrabowano.

                                        - Ech... – odezwał się traper pierwszym świadomym westchnięciem. Chciał i musiał pić, więc szybko go napojono. Brakło mu jeszcze sił, by żłopał z bukłaka samemu. No i poza wszystkim, miał związane ręce.

                                        - Miałeś dużo szczęścia człowieku, że trafiłeś na panią doktor – ozwał się Randal, który wcześniej niby w transie czuwał na oknie za rannym. - Mów tedy szybko wszystko, o co zapytamy, a prawdziwie, bo dług wdzięczności jaki masz prawdziwie jest niespłacalny... I może jedynie być umorzony... Jeśli doktor tak zdecyduje.

                                        Chłop z trudem pokiwał głową, krzywiąc się trochę to z bólu, a trochę z niewygody i rozczarowania więzami, które go krępowały, a które teraz prawdziwie poczuł. Próbując z początku podnieść kark, by patrzeć na rozmówców, po chwili syknął i dał za wygraną, składając ciemię na miękkim posłaniu z wzrokiem wlepionym w sufit.

                                        - Jestem Grumwid... I dziękuję Wam wielce za pomoc... Dłużnym Wam jestem prawdziwie – do końca życia – mówił. - I byłoby to już niedługo... Gdyby nie Wy. I gdyby, jak słyszę, nie pani doktor. Pani... Pani zatem najniżej się kłaniam. Albo będę kłaniać, jak już mógł będę.

                                        - Dziekuję – odpowiedziała grzecznie Lara, zadowolona, że pacjent wraca do siebie i zaskakująco szybko odzyskał kontakt z rzeczywistością. - Nie trzeba. Proszę przede wszystkim odpoczywać... Ale i – to prawda – odpowiedzieć na to, o co spytamy. Niebezpieczne to strony...

                                        Grumwid przymknął oczy i wciągnął powietrze.

                                        - Oj tak... Napadli mnie... Napadli mnie...

                                        - No, kto taki? – włączył się Migdał, który nie umiał już powściągnąć ciekawości. Było nie było, wcześniej to on odpowiadał za bezpieczeństwo na szlakach w tych stronach.

                                        - Kto... Kto, kto... Byliśmy... Byli my z Łoskotem i Krutem u Albrechta... – Traper znów przymknął oczy, ale mówił dalej. - Mieliśmy sporo skór na handel. Chcieliśmy sprzedać... Kuny, borsuki, łasice. I rysie... Albrecht ma faktorię, handluje, skupuje... Zbiera, sprzedaje, tak...

                                        - To wiemy – skrócił wątek Randal, który słyszał o działającej na stokach faktorii, gdzie jakiś lokalny odludek prowadził punkt skupu naturalnych zdobyczy. Działał jeszcze zanim zaczęło się całe to wariactwo ze Ścieżką. - Tam was napadli? W drodze, czy z powrotem? Skór to u was nie było... Ale co innego żeśmy znaleźli.

                                        - C-co-co? – zapowietrzył się Grumwid. - N-n-no, napadli... Napadli już po. Jakoś jak już tuśmy... Wracałem.

                                        - To kto napadł... I kogo? – chwycił wątek Bronson.

                                        - Bandyci... Bandyci napadli.

                                        - I bandyci cię tak pogryźli? To już taka bieda, że nawet obucha, kamienia nie mają bandyci i gryźć muszą?

                                        - N-n-no... – Traper gdyby mógł uciekłby pewnie z miejsca fizycznie, ale uciec mógł tylko wzrokiem. Z sufitu bliższego na dalszy. - Ż-żeśmy się zatrzymali po drodze tu-tu... N-no, niedaleko Pogorzeli. Ż-żeśmy no-nocowali... Iśmy trochę popili, no. Trochę popiliśmy się.

                                        - Niech pan zmierza do brzegu – włączyła się ponownie Lara. - Musimy wiedzieć, co się stało.

                                        Och, to musimy! To musimy zabrzmiało z tak gorącym przekonaniem i naturalnością potrzeby, że w Grumwidzie coś prawdziwie zatrzeszczało, odsuwając z gruchotem dostęp do prawdy.

                                        - N-no... Ja nie wiem tak do samego końca, ale tam był Łoskot, czyli Łotfryd... Krut z Roscoe. Dalik... To taki jeden, co handluje czasem we faktorii – wyliczał. - I jeszcze... Jeszcze dwóch chyba? Jeden taki ciemny, jak Baklun jaki... No może nie tak aż, ale tak, no o... I jeden taki. Duży, wysoki... Szczurzy jakiś taki był...

                                        - I cóżeście tam robili? – przejął pałeczkę Randal. - W tak zacnym gronie?

                                        - Pili. Piliśmy – mówił traper, ale czując na sobie piekący wzrok paladyna pociągnął jednak dalej. - No i... Iśmy skałodrzwu trochu... Trochu tam próbowali.

                                        - Trochu? Przy tobie, mój dobry handlarzu futer, cały worek znaleźliśmy. Wiesz, że tu głowa za rozprowadzanie tego gówna? Tośmy cię, dzięki pani doktor, wyratowali, a wychodzi, że po to tylko, żebyś nam, chłopie, zawisł.

                                        Ranny milczał chwilę, rozważając co lepiej zrobić. Czy mówić, czy może udać że z sił opada i mówić niezdolny.

                                        - Pomiłujcie panie... To nie... Nie moje było. Ja tylko... T-tylko wziąłem, bo... Bo szkoda było zostawić, nie?

                                        - Gdzie zostawić?

                                        - No... No my wzięli-wzięliśmy troc-troszkę na spróbowanie u Albrechta... Bo tam ktoś miał to-tam... Sprzedawał.

                                        - Kto sprzedawał?

                                        - No ja nie wiem...

                                        - Dobra, rozwiążcie go – zarządził paladyn. - Z tych sznurów zrobimy szubienicę. Szkoda dobry sznur marnować.

                                        - Ale nie, panie! No... No Albrecht tam dał to na spróbowanie... Że nowe jakieś mówił. Ja znałem ten skałodrzew, ale on drogi... A tu tanio było, to wziąłem próbkę. Z chłopakami wzięli-my.

                                        - To nie jest próbka.

                                        - N-no... N-no nie – plątał się traper. - Bo-bo to nie była ta... To ja... Podróżowaliśmy stamtąd tu z tymi dwoma, co mówiłem... Ten... Ten Baklun i ten szczur... To ich było. To oni mieli ten worek cały.

                                        - Ukradłeś im... – paladyn zrobił pauzę, zaryzykował i strzelił. - Zabiłeś ich z kolegami i ukradliście im towar. A potem pożarliście się między sobą i stąd tak skończyłeś... Oj, bratku, mów prawdę i tylko prawdę, to spojrzymy łaskawiej.

                                        Grumwid przestraszony nie na żarty był już wcześniej, ale teraz zrobił się cały blady i na moment spróbował nawet podnieść się na ramieniu.

                                        - Nie-nie-nie! To nie było w ogóle tak, przysięgam... Na Pelora przysięgam!

                                        Seweryn pokiwał głową z niesmakiem.

                                        - Na Pelora nie wypada przysięgać – powiedział surowo. - Nie, jeśli nie mówi się całkiem szczerze.

                                        - Ale... Ale ja szczerze mówię... Ten szczurzy... Biwak, biwak mieliśmy razem, piliśmy... I ten szczurzy, ten duży... On nas poczęstował tym... Tym dziwnym skałodrzewiem... I ja nie wiem... Nie wiem, co to... Co to było, co to się porobiło... Ale chłopy... Chłopy jakby rozum pogubili. Pogłupieli całkiem.

                                        - No?

                                        - Najpierw to... To nic. To tak, tak pobudza, nie? Pobudza, lepiej się człek czuje. Szybciej serce bije – tłumaczył. - Ale tak siedzimy... To było... To było dziś nad ranem jakoś, nad ranem już chyba, nie wiem... Pijemy i oni zaczęli tak dziwnie patrzeć na siebie nawzajem. Tak piana im zaczęła iść w ogóle... Warczeli...

                                        - Którzy?

                                        - Łoskot... Dalik, Krut, ten czarny... No wszyscy... – mówił, ale wycofał się za moment. - Nie, nie wszyscy... No ten szczurzy nie, nie on. Ale reszta, tak. Mi też oczy mgłą taką zaszły, w głowie szumy.

                                        - On nie brał?

                                        - Brał... Chyba. Nie wiem... Ja... N-nie wiem dokładnie, kto tam, co tam... Gryźć mi się zachciało tak strasznie... Szarpać. Rwać. Bogowie kochani! – Grumwid ciężko wypuścił powietrze. - Nie wiem, kiedy-jak to się zaczęło... Ale jeden się rzucił na drugiego... I bić, szarpać, walić. Dźgać. I gryźć.

                                        - Zginęli?

                                        - N-n-nie wiem... Ten Baklun... On chyba tak... Krut go... Tak mu się dorwał, przyssał do szyi, Peloreńku!

                                        - A ty coś robił?

                                        - Ja-ja... Ja czmychłem stamtąd, życie ratować.

                                        - Mów – pogroził tonem Randal. - Mów, bo ja kłamstwo czuję jak smród gnojówki. I takoż jak na smród mnie mierzi i go nie znoszę, tak i kłamstwa wobec mnie nie odpuszczam.

                                        - N-n-n... No ja nie wiem... Wszyscy my... W nas wszystkich coś wstąpiło, gryźlimy się, bili... Ten szczur... On był jak szczur prawdziwy, zmienił się? – Pacjent zaczął ciężko oddychać i zbledł jeszcze bardziej. - Nie... No to... To wykrzywiało głowę... W głowie mieszało. Tak nie mógł... Ale tak to pamiętam...

                                        - I jak żeś ten worek zabrał? – Nie dawał za wygraną rycerz. - Jak się wyrwałeś stamtąd? To oni gryźli, bili, a ty sobie odjechałeś? Z workiem skałodrzewu? Pewnieś ich zabił wcześniej, to i pojechałeś.

                                        - Nie-ni... Nie zabiłem, nie zabiłem nikogo! Ni-nie chciałem, bałem się, że mnie tam zabiją... Jak Krut tym nożem wywijał... – Traper pewnie przeżegnałby się na wspomnienie, ale ręce miał skrepowane. - Zabrałem ten worek z drzewa przed nami, z pniaka... I uciekłem, spłoszyłem im konie... Swojego pognałem...

                                        - No?

                                        - Strzelali... Ktoś tam z nich strzelać musiał, bo trafili... Ale to ja już się nie oglądałem – zarzekał się Grumwid. - Ja tylko uciekałem.

                                        Marius przyglądał się skrępowanemu traperowi z zaciekawieniem. Jak błyszczącemu owadowi przewróconemu na plecy, miotającemu się bezwładnie i zdanemu kompletnie na łaskę obojętnego obserwatora. Czy ten człowiek rzeczywiście mógł być zagrożeniem? Może po tym narkotyku faktycznie, może wtedy, niesiony furią byłby groźny. Ale teraz? Może wtedy rzeczywiście coś się w nim zmieniało, może stawał się... Czymś więcej? Wcześniejszy głos z rzeki napełnił Utopca niepokojem i kapłan patrzył na bezbronnego człowieka z mimowolną obawą.

                                        Kai patrzył na niego inaczej. Sam nie wiedział do końca jak nazwać tę mieszankę uczuć, które skłębiły się w jego podatnym na kłębienie się uczuć sercu. Była tam obawa i współczucie, był gniew, zdziwienie, może jakaś doza pogardy... Nie-nie, Kai nie chciał nigdy patrzeć na innych z góry. Od tego szybko uciekał, to nie mogło być to.

                                        Było i śladowe rozczarowanie, ale i pewna ciekawość. On już ostatnio usłyszał o wywarze ze skałodrzewu, który pojawił się w jakiejś nowej wersji i miał wyzwalać w człowieku bestię. Czy też w wersji, w jakiej to słyszał – czynić go potężnym i niewrażliwym na ból. Podobno kolejny szatański wynalazek Bractwa.

                                        Kai jako człowiek opowieści wiedział, ile z nich to duby smalone. Tych straszących Szkarłatnymi było bez liku, bo i mnisi naprawdę w ostatnich latach przestraszyli kontynent swoim brutalnym wyjściem z cienia, które kosztowało wolność całe narody. To i na ich konto wpadały wszelkie diabelstwa, prawdziwe i zmyślone. Czy ichnim był ten narkotyk czy nie, tego bard nie wiedział, ale że ta plotka mówi o prawdziwym zjawisku, a nie wielorybach płynących w górę Sheldomar czy Baklunach jedzących koty (bzdura kompletna – to były dla nich święte zwierzęta!), to było jasne.

                                        Seweryn dumał nad słowami rannego i zastanawiał się, czy biedak mówi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, ale po reakcjach organizmu przepytywanego stwierdził, że tak. Że owszem, na początku indagowany może i coś kręcił, a w tym wszystkim chciał się możliwie wybielić, ale generalnie nie oszukiwał. Drachenwulf czuł, że potrafi wyczuć takie rzeczy, bo miał już kiedyś do czynienia z ludźmi na spytkach, gdzie sięgano po silniejsze motywatory odpowiedzi niż podniesiony głos i groźby. Nie, aby tamte doświadczenia znajdował jakoś specjalnie przyjemnymi, ale jak to u niego często bywało, również wobec rzeczy, które innych by prawdziwie strwożyły, znajdował je wielce pouczającymi.

                                        Lara – zawsze głodna przygody i tajemnicy – była wątkiem tajemniczego narkotyku czy też trucizny zaciekawiona, ale męczenie człowieka, który ledwo co i to tylko dzięki jej opiece, uszedł z życiem, uznawała za... Niesmaczne? Wierzyła w to, co mówił, ale jednocześnie czuła, że to sprawa bardziej dla szeryfa Grafta czy Randala, jeśli ten lubuje się w takich kryminalnych zagadkach, a nie dla niej, tęskniącej już do Ścieżkowego mroku, jego adrenaliny, pułapek i zagadek.

                                        Randal, który powiódł przesłuchanie, czuł że wydobył na wierzch prawdę, co zawsze dawało mu satysfakcję. Nie planował rozciągać tu rannego na madejowym łożu, ani naprawdę go wieszać (póki co), ale nie lubił się certolić, kiedy była robota do zrobienia.

                                        I teraz tak, jak i pozostali, zastanawiał się, co dalej robić – zostawić tu trapera by dalej dochodził do siebie, albo odesłać do Czarnych Wrót czy może targać ze sobą? Mógłby wskazać miejsce, gdzie obozował z kompanami, ale mógłby też kopnąć w kalendarz, gdyby jednak podróż okazała się za ciężka (było-nie było, poważnie oberwał).

                                        Z drugiej strony – czy był on w ogóle ich problemem? Nie był to człek prawdziwie niewinny (a któż był!), a raczej drobny kryminalista. Może kłusownik, albo i gorzej?

                                        Tak czy owak, Migdał i miasteczkowa obstawa czekała na sygnał, co dalej – tym razem głównie od strony sir Randala i doktor Lary.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Niedostępny
                                          PaniczP Niedostępny
                                          Panicz
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #76

                                          Randal (Mike)

                                          - Trza go odesłać do Czarnych wrót - powiedział Randal. - Misję mamy, tedy porzucić jej nie możemy. A i sprawa nie jest błaha.

                                          Popatrzył na pomagierów Migdała.

                                          - Wy dwaj, dalibyście go radę odstawić i wrócić do nas? Silne chłopy z was, więc wyrwać to on by wam się nie wyrwał. Pytam czy dla ułatwienia roboty nie ubilibyście go?

                                          Spojrzał na nich uważnie, w twarzach szukając fałszu i krętactwa.

                                          - Prawdę mi tu jeden z drugim rzec. Nie jest grzechem przyznać się do słabości, wtedy człek ma szansę lepszym się stać. Grzechem jest tej słabości ulec.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy