Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. The Walking Dead – Zielona Wyspa
The Walking Dead – Zielona Wyspa
silentsuicideS
silentsuicide jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Hugo Diaz
malahajM
malahaj jako
John Crowe
KynikosK
Kynikos jako
Troy "TJ" Mercure
MarikaM
Marika jako
Karen Holloway

The Walking Dead – Zielona Wyspa

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
6 Posty 5 Uczestników 164 Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • silentsuicideS Niedostępny
    silentsuicideS Niedostępny
    silentsuicide jako Mistrz Gry
    napisał(a) ostatnio edytowany przez silentsuicide
    #1

    Wrzesień, Luizjana – Florida Parishes, ok. 35 mil od Nowego Orleanu

    Gorzkie łzy spłynęły po bladej twarzyczce, której dziecięcy szloch poniósł się echem między sosnami. Płytki dół - ledwie wystarczający, by złożyć w nim owinięte w koc ciało; trudno bowiem kopać przy korzeniach w twardej ziemi - stał się miejscem wiecznego spoczynku dla Lily Marsh, która zginęła śmiercią nie tyleż bohaterską, co tragiczną - a jej strata przypominała, że tragedia może nadejść w najmniej oczekiwanym momencie.
    – Lily… Nie pozwoliła nam zapomnieć, że wciąż jesteśmy ludźmi. W pogoni za przetrwaniem niemal wszyscy zatraciliśmy w sobie to, co naprawdę jest ważne: człowieczeństwo. Wszyscy, ale nie ona. Oddała życie, aby nasza Ruth mogła przetrwać - a teraz my oddamy jej hołd, idąc jej śladem i dbając o tę dziewczynkę jak o własne dziecko. – stoicki głos Troya Parkera przełamał ciszę, przerywaną jedynie płaczem kilkorga zebranych. – Tęsknimy za Tobą, Lily. Niech Bóg ma Cię w swojej opiece.
    Marsh nie była częścią waszej grupy od dawna. Gdy ją poznaliście, była w towarzystwie dziesięcioletniej dziewczynki - jak sama twierdziła, sieroty, którą wzięła pod opiekę - i za tę dziewczynkę, oddała własne życie. Podróżowała z Wami ledwie od miesiąca, jednak jej promienista osobowość w bardzo krótkim czasie zjednała sobie większość z Was. Teraz zostało po niej jedynie wspomnienie i powinność, by wziąć małą Ruth w opiekę i nie pozwolić poświęceniu Lily pójść na zmarnowanie.
    Po dłuższej chwili modlitwy i zadumy wróciliście do swoich obowiązków. Rozbiliście obóz na pobliskiej polanie otoczonej zagajnikiem - dość daleko od autostrady, by trudno było Was dostrzec, jednocześnie relatywnie blisko, aby powrót w dalszą drogę zajął nie więcej, niż dwadzieścia minut. Zaparkowane w półkole pojazdy zwrócone ku drodze, z której przybyliście - stary, acz całkiem pojemny kamper stanowiący mobilną bazę wypadową, terenówka i jednoślad typu cruiser - tworzyły naturalne miejsce do rozpalenia ogniska i rozbicia namiotów na względnie bezpieczny, tymczasowy nocleg.
    Wiedzieliście jednak, że obóz w lesie to żadne schronienie - jeśli chcieliście przetrwać, potrzebowaliście twardych czterech ścian z sufitem, których nie zmiecie byle podmuch wiatru. Mało tego - potrzebowaliście zapasów: żywności, leków, amunicji. Coś ciężkiego wisiało bowiem w powietrzu i znaków, przed którymi przestrzegała Was Hannah Collins, dawna pracownica stacji meteorologicznej, nie dało się już ignorować. Zrobiło się duszno, zwierzęta zachowywały się trochę inaczej, ciśnienie na barometrze meteorolożki stopniowo się obniżało - nawet niebo zdawało się tworzyć nieco inne formacje chmur, które kobieta potrafiła bezbłędnie odczytać. Ci, którzy wywodzili się z tych rejonów, wiedzieli, że miała rację - nadciągał olbrzymi huragan, który poniesie za sobą śmierć i zniszczenie. Waszym jedynym ratunkiem było znalezienie bezpiecznego schronu, aby przeczekać najgorsze - na co, w oczach Collins, mieliście dwa, może trzy dni, co obniżało szansę na przetrwanie, oraz i tak niskie po stracie Lily morale.
    Nie mieliście skonkretyzowanego planu. Przedarcie się przez miasto w liczącej kilkanaście osób grupie, z dziećmi, starcami i kobietami w ciąży, brzmiało jak przepis na katastrofę - ale paradoksalnie to właśnie teren zurbanizowany mógłby okazać się teraz jednym z bezpieczniejszych miejsc w całym stanie, jeśli udałoby Wam się bezpiecznie przeprowadzić ocalałych między szwendaczami. W grupie brakowało też ludzi z inicjatywą - mało kto garnął się do rzucania pomysłami, nikt bowiem nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za dalsze straty. Ktoś mógłby się zastanowić, w jaki sposób przetrwaliście tak długo…
    Tymczasem słońce chyliło się ku zachodowi. Roy Kessler - chudy okularnik, główny kierowca Waszego kampera - siedział teraz na krześle przy rozkładanym stoliku, kręcił pokrętłem przenośnego radia wielopasmowego i klął pod nosem w skupieniu. Jesse Boone, dumna właścicielka wspomnianego motocyklu, wyruszyła w las w nadziei na zdobycie pożywienia i rozeznanie terenu. Theresa zajęła się w tym czasie małą Ruth, Caroline planowała przestrzeń na rozbicie obozu, a pozostali członkowie grupy w mniejszym lub większym stopniu angażowali się w prace obozowe. Słabsi zgromadzili się natomiast blisko kampera, czując względne bezpieczeństwo w obecności metalowej puszki na kółkach, gdzie mogli odpocząć i zebrać siły przed kolejną wyprawą.
    Zostało niewiele czasu, by przygotować się przed zmierzchem - i wyjątkowo mało zasobów, aby starczyło dla każdego w grupie, o ile Jesse nie wróci z polowania z jakąś zdobyczą. Zapowiadał się więc pracowity wieczór i całkiem sporo zachodu, by przetrwać jedną noc więcej w świecie, w którym każda minuta może być ostatnią.

    @malahaj @marika @kynikos @arthur-fleck

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    4
    • Arthur FleckA Niedostępny
      Arthur FleckA Niedostępny
      Arthur Fleck jako Hugo Diaz
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #2

      Hugo Diaz

      Archibald pociągnął go za rękaw w środku pogrzebu.

      – Kto umarł, chłopcze?

      – Lily – odpowiedział Hugo.

      Staruszek przechylił głowę i nadstawił ucho.

      – Kto?!

      – Lily Marsh!

      Wyszło za głośno. Ktoś z przodu obejrzał się przez ramię. Troy przerwał na moment i zaraz podjął dalej.

      – Nie znam – stwierdził Archibald.

      Hugo też jej nie znał. Przez miesiąc spali w kamperze półtora metra od siebie, czasem wymienili parę zdań. Raz rano podał jej butelkę z wodą a ona powiedziała dzięki. I tyle. Nie wiedział, skąd przyszła ani co robiła, zanim rozpętało się piekło. Jeśli mu mówiła, wyleciało mu to głowy. Ludzie ulatywali mu z pamięci od zawsze. Imiona, twarze. Za to inne pozbawione znaczenia rzeczy chłonął jak gąbka. Pamiętał, że burmistrz Colorado Springs, Jake Slicker z „Doktor Quinn", był analfabetą, że w ostatnim odcinku „Dynastii Colbych" główną bohaterkę porwało UFO a Alf naprawdę nazywał się Gordon.

      Gordon Shumway, dokończył w myślach.

      Pomodlił się za nią po cichu i zrobił znak krzyża. Zerknął na Ruth. Ktoś teraz będzie musiał zająć się małą.

      text alternatywny

      Wziął Archibalda pod rękę i odprowadził go do obozu. Staruszek usiadł przed kamperem na rozkładanym krześle ogrodowym a Hugo okrył go kocem. Jego nana wyciągała taki sam koc w lipcu gdy kończył się gaz w butli. Amerykanie nigdy nie chcieli uwierzyć, że w Buenos Aires lipiec to środek zimy.

      Stary brzydko odkaszlnął i splunął żółtą flegmą w ziemię.

      Archibald Pendelton nazywał się jak angielski lord ale nie miał w sobie nic z dżentelmena. Wyglądał jak zasuszony sęp i tak samo się zachowywał. Hugo nie wiedział, ile ma lat ale nie zdziwiłby się, gdyby dożył setki.

      Archibald zmierzył go wzrokiem.

      – A ty to kto?

      – Hugo.

      – Jaki Hugo?

      – Hugo Diaz.

      Grali w to codziennie, jak w Dniu Świstaka. Archie zapominał coraz więcej. Na przykład to, że w całym obozie tylko Hugo się nim interesuje a reszta dawno postawiła na starym krzyżyk i czeka aż się przekręci. Pocieszenie było jedno. Nie robił jeszcze pod siebie i nie trzeba było go przewijać.

      – Jesteś Żydem? – Pendelton zmrużył oczy.

      – Argentyńczykiem.

      – A wyglądasz jak Żyd.

      – To komplement?

      – W żadnym wypadku.

      Staruszek poruszył się krześle.

      – Znałem kiedyś takiego jednego. Goldstein mu było. Isaac Goldstein. Wcisnął mi odkurzacz, który zepsuł się po tygodniu. Moja Charlotte tak się wściekła, że przez miesiąc siedziała u swojej matki. Prawie się rozwiedliśmy. Gdyby nie te twoje odstające uszy, przysiągłbym, że jesteś synem tego oszusta.

      – Niemożliwe. Bliżej mi do Niemca. Dziadek wyemigrował do Argentyny w czterdziestym piątym i żyło mu się nieźle, dopóki nie odwiedził go Mosad.

      Archibald patrzył na niego bez zrozumienia.

      – Gówno prawda. Łżesz.

      Ten kawałek o dziadku naziście Hugo opowiadał ze cztery razy i za każdym razem sala się śmiała. Ale tamci ludzie nie mieli po sto lat i Alzheimera.

      – To był żart, panie Pendelton. Naprawdę jestem z Argentyny. Urodziłem się w Buenos Aires.

      – To co robisz w Luizjanie?

      Hugo wzruszył ramionami.

      – To samo co pan. Próbuję przeżyć.

      Zadarł głowę i spróbował wyczytać z nieba to samo co Hannah Collins. Zobaczył cumulusy. Wyglądały jak ciasto z kremem albo obwisłe cycki tej starej Polki, która wynajmowała im mieszkanie na Brooklynie. Nie miał pojęcia, w jaki sposób Hannah wyczytała z tego huragan, ale to ona była meteorologiem. On przez większość dorosłego życia sprzątał w nowojorskich barach. Odlepiał gumy spod blatów, zbierał rozbite szkło spod stołków, wynosił wiadra z rzygowinami i szorował pisuary do trzeciej nad ranem wymyślając żarty. Nikomu ich już nie opowie ze sceny. Jego amerykański sen skończył się, zanim na dobre się zaczął.

      Najchętniej zostałby na tej polanie. Ale skoro Hannah mówiła, że nadchodzi apokalipsa, to Hugo nie zamierzał się z nikim spierać.

      Archibald zasnął z otwartymi ustami. Mężczyzna poprawił mu koc. Wzorkiem poszukał Ruth. Siedziała przy Theresie na stopniu kampera. Hugo podszedł bliżej.

      – Jadła coś dzisiaj?

      – Trochę. Ale nie za wiele – odpowiedziała kobieta.

      Dziesięć lat i nikogo swojego. Hugo zastanawiał się, czy były z Lily blisko. Czy mała zdążyła zacząć mówić do niej mamo. Czy gdyby Lily nie przywiązała się do dziecka, wciąż by żyła. Czy gdyby nie tamten wypadek na budowie i wózek inwalidzki, Gabriel byłby teraz tutaj.

      Puta.

      Brat wszedł mu do głowy bez ostrzeżenia. Hugo musiał natychmiast zająć czymś myśli więc podszedł do stolika przy kamperze, gdzie Roy kręcił pokrętłem w tę i z powrotem a z radia leciał biały szum.

      – Złapałeś dzisiaj cokolwiek? – spytał choć chyba znał odpowiedź – Jak masz jakąś sensowną robotę to zgłaszam się na ochotnika.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      3
      • KynikosK Niedostępny
        KynikosK Niedostępny
        Kynikos jako Troy "TJ" Mercure
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Kynikos
        #3

        Troy "TJ" Mercure

        “Przynajmniej ziemia odpowiednia na grób z nazwiskiem Marsh…”

        Troy nigdy nie wiedział, jak zachować się na pogrzebie. Zazwyczaj podążał za wpojonymi mu przez babkę manierami, stojąc cicho z opuszczoną głową i, gdy przychodziła na to odpowiednia chwila, oferując szeptane i wyświechtane słowa “najszczerszych kondolencji” rodzinie oraz przyjaciołom zmarłego. Tutaj próżno było znaleźć tak bliskich kobiecie żałobników, lecz strata pośród grupy była nie mniej odczuwalna. Dwa lata apokalipsy zahartowały wszystkich – inaczej nie staliby teraz na twardej ziemi spękanej miejscami korzeniami – nie zdołały jednak zupełnie pozbawić ich ludzkich odruchów. Troy trwał więc na obrzeżu zgromadzenia, ramię w ramię z Dylanem, uparcie wpatrując się w kawałek gruntu wybrany na samym początku. Karcąc się przy tym za ponurą refleksję, jakkolwiek trafna by nie była, której zapewne nie zaaprobowałby nawet jego partner.

        Bezruch Mercure’a przerywany był tylko sporadycznie. Najczęściej ukradkowymi zerknięciami wokół, gdy dla własnego spokoju upewniał się, nasłuchując, czy koniec świata nie planował aby o sobie przypomnieć. Drgnięciem na zbyt głośną odpowiedź Diaza, przypominającego staremu Pendeltonowi, kogo właściwie chowają. Ucieczką spojrzenia już wyraźnie w bok i nachyleniem się bardziej ku Dylanowi, gdy szloch małej Ruth rozniósł się pośród sosen. Chude palce tym mocniej zaciskały się na przedramieniu, im dłużej trwała przemowa Parkera.

        — Niech Bóg ma Cię w swojej opiece — zakończył wreszcie.

        “Papa Legba, usuń dla niej zaporę, aby mogła wejść do zaświatów,” Troy dodał w myślach.

        Nie wiedział właściwie dlaczego. Nigdy nie praktykował jakiejkolwiek wiary, choć wierzył w… Coś. Bliżej nieokreślone Coś, pewną niezrozumiałą siłę wszechświata, lecz nic, co mógłby nazwać imieniem i do czego mógłby odwoływać się w chwilach potrzeby czy zwątpienia. Opuszki palców jednak bezwiednie, jakby własnowolnie, przesunęły się po łuskach węża wijącego się na skórze, przez chwilę przebiegły nad rytualnymi symbolami i veve. Dawne, tradycyjne słowa zasłyszane na ceremoniach pogrzebowych wychynęły z głębin pamięci. Odkąd przekroczyli granicę stanową, wiele takich wspomnień z młodości walczyło o ujrzenie światła dziennego. Niektóre, najwyraźniej, zbudowaną tamę omijały niepostrzeżenie.

        Zgromadzenie zaczęło powoli się przerzedzać; członkowie grupy rozchodzili się każdy w swoją stronę. Dopiero wtedy Troy jakby zebrał w sobie odwagę, by spojrzeć w stronę Ruth. Przez chwilę – jedną, pozornie długą chwilę – zastanawiał się, czy nie powinien czegoś jej powiedzieć. Sam jednak pamiętał, jak niewiele znaczyły “najszczersze kondolencje”, słowa otuchy i uśmiechy mające uchodzić za współczujące. Był od niej wtedy starszy o cztery lata, lecz wątpił, by wiek miał tutaj czynić jakąkolwiek różnicę.

        Koniec końców, odprowadził ją po prostu spojrzeniem.

        text alternatywny

        — You got to be fuckin’ kiddin’ me…

        Reakcja TJ-a na widok Boone ruszającej w stronę linii drzew była cicha; towarzyszyło jej kręcenie głową i wieloznaczny grymas na twarzy. Południowy akcent przy tej okazji barwiło głównie niedowierzanie, że motocyklistka sama ruszyła na – jak się domyślał – rekonesans okolicy i próbę upolowania kolacji. W prawie że równej mierze jednak irytacja. Przed wykonaniem swych obowiązków miał bowiem w planach szybkie sprawdzenie samopoczucia Dylana, który nie tylko przeżywał śmierć Marsh, ale najpewniej także błądził myślami ku przyszłości Ruth. Jednak tym razem chwila, której potrzebował na podjęcie decyzji, nie dłużyła się wcale.

        Kalifornijczyka znalazł na skraju obozu, wpatrującego się w ciemniejący stopniowo horyzont. Ktoś inny mógł odnieść wrażenie, że robił sobie po prostu krótką przerwę od sprawdzania stanu i zapasu pozostałych im środków medycznych. TJ wiedział lepiej. Wiedział też, by ciężej stawiać kroki przy zbliżaniu się do partnera, żeby przypadkiem znów go nie wystraszyć.

        — Trochę za wcześnie na spiralne — zagaił.

        Troy stanął przy tym przed nim, pozwalając dłoni odnaleźć nadgarstek chłopaka. Palec naturalnym ruchem znalazł rzemienną bransoletę, wkradł się pod plecioną skórę i lekko za nią pociągnął. “Pół głowy” różnicy wzrostu wykluczało zasłonięcie Dylanowi widoku, ale kontakt fizyczny, jakkolwiek nikły, trudniej było mu już zignorować. Przewidywalnie Ortiz opuścił spojrzenie i przestał tak mocno marszczyć brwi. Odpowiedź poprzedziło ciężkie westchnienie.

        — Cisza prze…

        — Nawet nie kończ! — TJ szarpnął za rzemień po raz kolejny, z cieniem uśmiechu na ustach. — Wiesz, to powiedzonko nie wzięło się znikąd. Taka cisza naprawdę istnieje. I jest cholernie dziwna. Jakby powietrze znieruchomiało.

        — Gorsza od bólu głowy przez zmianę ciśnienia? — Dylan odparł. Na poły żartobliwie, na poły z troską.

        Troy tylko prychnął na te słowa i przewrócił oczami. Coraz częstsze migreny tak mu przynajmniej tłumaczył. To białe kłamstwo mogło zresztą nie być do końca kłamstwem wymyślonym jedynie po to, by uspokoić Dylana. Chociaż nigdy wcześniej spadek ciśnienia przed huraganem nie wpływał tak na niego, to trzy lata z dala od Luizjany mogły zrobić swoje. Do wilgoci i gorąca w końcu też musiał się ponownie zaaklimatyzować. Przynajmniej tak próbował przekonać siebie samego. Racjonowanie resztek wody chwilowo nie wydawało mu się powodem do niepokoju.

        W jego opinii. Profesjonalnej opinii Dylana na razie unikał.

        — Jakieś inne ludowe mądrości? — Ortiz szturchnął Kreola pod żebra. — Czy tylko “na spiralne za wcześnie”?

        — Nou va endiré tout lafòs sô kolær — Troy odparł po chwili namysłu.

        — Aaa, jakieś zaklęcie z repertuaru Laveau?

        — Najgorsze z możliwych — zełgał. Zaraz potem pokręcił głową z niemrawym uśmiechem. — Tak jakby rytuał. Babcia lubiła to zawsze mówić przed huraganem. Jak chcesz coś bardziej naukowego, to idź do Collins.

        Dylan nie odpowiedział. Westchnął tylko po raz kolejny, tym razem z rezygnacją, i obdarzył Luizjańczyka wymownym spojrzeniem. Troy wzruszył wymijająco ramionami. Próby przekonania go do mówienia o członkach grupy po imieniu, a nie po nazwisku, nie miały prawa odnieść sukcesu. Pewnie gdyby nie głęboko zakorzenione południowe maniery, nawet w rozmowach z nimi nie kłopotałby się “panami”, “paniami” i “pannami”, “yes, sir” czy “no, ma’am”. Przyzwyczajenia języka były jednak szybsze w tym wypadku od preferencji trzymania dystansu.

        Na chwilę zapadła między nimi cisza. Oboje pozwolili spojrzeniom powędrować w stronę krzątających się ludzi, z którymi dzielili drogę. TJ nie zdołał powstrzymać się od zwrócenia wzroku w stronę sosen, gdzie zniknęła Boone. Przeklął w duchu, gdy Dylan kolejnym pytaniem potwierdził, że zdążył przeliczyć obecnych i zauważyć, w którym kierunku patrzył chłopak.

        — Jesse w lesie?

        — Mhm.

        — Leć — Ortiz kiwnął głową w zrozumieniu. — Tylko wróć cały.

        Dłoń Dylana znalazła dłoń Troya, a ich palce splotły się ze sobą. TJ odwrócił się w jego stronę. Pozwolili sobie na krótki uścisk i jeszcze krótszy pocałunek.

        — Yessir.

        Po czym Troy pospiesznie ruszył zebrać swój plecak i karabin myśliwski z kampera. Chociaż spieszno mu było znaleźć Boone, to przecinając obóz ograniczył się tylko do szybszych kroków. Resztki grobowej atmosfery nadal ciążyły nad grupą i nie chciał łamać jej choćby truchtem. Zadowolić musiał się zwyczajnie psioczeniem w myślach na Boone.

        Kobieta powinna poważniej traktować zagrożenia, jakie niosło ze sobą szwendanie.


        Your boos mean nothing, I've seen what makes you cheer.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        2
        • malahajM Niedostępny
          malahajM Niedostępny
          malahaj jako John Crowe
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #4

          Przedmieścia Chicago. Dwa lata wcześniej.

          – Dobra ludzie, zbierać graty i do wozów!

          Długa kolumna wojskowych pojazdów stała wzdłuż ulicy. Ciężarówki, Humvee, nawet kilka Strykerów z półcalówkami na dachu. Żołnierze krążyli dookoła jak mrówki, pakując do pojazdów sprzęt i amunicję. Wokół Johna zebrała się grupka kilku ludzi, przerywając ładowanie starego Hummera. Od razu posypały się pytania, poprzedzone nerwowymi spojrzeniami.
          – Co się dzieje, sierżancie?
          – Gdzie tym razem?
          – Ewakuują nas w końcu?
          John spojrzał na nich zmęczonym wzrokiem. Przez chwilę zacisnął szczękę, zanim odezwał się pewnym, mocnym głosem.
          – Robimy, co do nas należy. Zabezpieczamy cywilów. Mamy rozkaz ewakuacji McCormick Place. Są tam setki ludzi otoczonych przez… przez wroga.
          – McCormick Place? To jest kurwa w centrum! To samobójstwo…
          – Wysłali tam sto siedemdziesiąty ósmy parę dni temu. Nikt nie wrócił…
          – Zamknij ryj Galíndez! – odezwał stojący obok kapral – Moi mogą tam być. Twoja żona też. Już o niej zapomniałeś?
          – Z całym szacunkiem, spierdalaj sir! Martwy sie jej nie przydam.
          – Słuchaj Galíndez. Ty…
          John uniósł głos, ucinając rozmowy.
          – Spokój! To ciągle kurwa jest wojsko! Nikt nie wrócił, bo wciąż tam są. Trzymają budynek i pilnują cywilów. Naszym zadaniem jest ich stamtąd wyciągnąć. Przebijamy się, ładujemy ludzi na ciężarówki i zabieramy do Fort Sheridan. Strzelać tylko na rozkaz. Oszczędzać amunicję. Wjeżdżamy i wyjeżdżamy, szybko i czysto. I żadnego kurwa bohaterstwa. Pytania?
          Tym razem nie było żadnych. – To do wozu!

          Żołnierze zaczęli wsiadać do pojazdów, mrucząc pod nosem przekleństwa. John już miał wsiadać do samochodu, ale odwrócił, słysząc kroki za sobą i zasalutował widząc kto nadchodzi.
          – Sir!
          – Spocznij sierżancie. Gotowi do wymarszu?
          – Tak sir, możemy ruszać.
          – Świetnie. Jedziecie na szpicy. Reszta kolumny rusza dwie minuty za wami. Meldować o wszystkim. Zresztą znasz procedure.
          – Tak sir. Kto jedzie z nami?
          – Nikt. Nie mam już kogo wam przydzielić…
          John starał się nie okazać emocji, ale jego wzrok mówił wszystko.
          – Rozumiem. Wykonamy zadanie…
          – To już nasze ostatnie zadanie tutaj sierżancie. Góra zbiera wszystko co zostało w Fort Sheridan. Baza jest już ufortyfikowana i zbierają zapasy. Sprowadzimy tam wszystkich i zaczniemy oczyszcza okolicę z… z wroga.
          – Tak sir.
          – Jak ludzie? Trzymają się jakoś?
          – Póki co jeszcze tak. Martwią się o rodziny. To gówno jest wszędzie, każdy kogoś gdzieś ma. Radio pracuje cały czas i sam Pan wie co w większość przychodzi…
          – Wiem. Trzymaj ich w ryzach jeszcze trochę. Po tej akcji, jak będziemy już w Fort Sheridan będzie lepiej…
          – Tak sir.
          – A co z wami sierżancie? Sara i Wendy… Są bezpieczne?
          – Tak sir... – John odpowiedział niemal automatycznie, ale potem zamilkł na sekundę zanim dokończył. – Są w Nowym Orleanie…

          Wrzesień, Luizjana – Florida Parishes, ok. 35 mil od Nowego Orleanu

          John patrzył w skupieniu na grób, który jeszcze kilka godzin temu sam wykopał. W ramionach czuł jeszcze wysiłek i opór, jaki stawiała ziemia, nie chcąc przyjąć kolejnego ciała. Chyba nawet ona miała już dość tego typu „podarunków”. Głos Troya niósł się po polanie, ale John prawie go nie rejestrował. Jego myśli były gdzieś daleko. Chociaż nie, nie "gdzieś". Był w bardzo konkretnym miejscu, wcale nie tak daleko stąd. Czy tam też znajdzie taki grób? Jeden? Dwa? Może nawet trzy… Nie. Za każdym razem, gdy te myśli wracały, odpychał je z uporem, choć inna część niego nie pozwalała o nich zapomnieć.

          Jego spojrzenie na chwilę musnęło Ruth, ale zaraz potem przeniosło się na Elenę, stojącą nieco z boku. Kobieta jedną dłonią mocno przyciskała brzuch, jakby chciała uchronić to, co w nim rosło przed wszystkim wokół. Patrzyła na małą Ruth, która trzymała się spódnicy Theresy. Jej twarz była spięta, usta zaciśnięte, a z oczu płynęły łzy, choć bardzo starała się je zatrzymać. Kiedy reszta zaczęła się powoli rozchodzić, obrócił się do niej.
          – Hej.
          Elena nie spojrzała od razu. Przez chwilę wciąż wpatrywała się w Ruth.
          – Trzymasz się? – zapytał ciszej.
          Skinęła głową, ale ruch był krótki, prawie automatyczny.
          – Ruth… – odezwała się w końcu, ledwie słyszalnie, gdy dziewczynki nie było już w zasięgu jej głosu. – Została sama.
          John przez moment milczał.
          – Nie została – powiedział spokojnie. – Nie zostawimy jej – odparł niemal mechanicznie, jakby to było tak oczywiste. Przecież powinno być, prawda? Po chwili wahania uniósł rękę i objął ją ramieniem. Przyciągnął delikatnie, ale pewnie. Elena spięła się na ułamek sekundy, po czym pozwoliła sobie utonąć w tym uścisku, rozluźniając ciało. Oparła czoło o jego ramię. Jej oddech był nierówny. Przez kilka chwil stali tak w ciszy.
          – Poradzę sobie – mruknęła.
          – Poradzisz sobie. Ale nie musisz być sama. Ani teraz, ani potem…
          Elena uniosła głowę. Spojrzała na niego z bliska. W jej oczach majaczyło coś, czego nie dało się łatwo nazwać. Kiedyś, strasznie dawno temu, mówiło się po prostu, że „to skomplikowane”. Teraz… W sumie, czego innego się spodziewał?
          – Nie sama? Naprawdę? A z kim?
          Odsunęła się z drwiącym uśmiechem na twarzy. Nie gwałtownie, ale zdecydowanie. Wyplątała się z jego ramienia i zrobiła krok w tył, jakby nagle potrzebowała dystansu. Spojrzenie Johna zrobiło się twarde, przez co Elena od razu odwróciła wzrok. Spojrzała na niego jeszcze raz – krótko, ostrożnie.
          – Poradzę sobie – powtórzyła ciszej.
          Odwróciła się i ruszyła sama w stronę obozu, nie oglądając się.

          John został przy mogile. Ręka, którą przed chwilą ją obejmował, opadła powoli wzdłuż ciała. Spoglądał za nią ponurym wzrokiem przez dłuższą chwilę, po czym raz jeszcze spojrzał na świeży grób. Westchnął cicho i poprawił pasek karabinu na ramieniu. Mechanicznie sprawdził stan broni, z ponurym wyrazem twarzy po raz kolejny odnotowując ilość amunicji.
          – Najpopularniejszy rodzaj amunicji w najbardziej uzbrojonym kraju świata… – mruknął do siebie, zirytowany.

          Z oddali widział, że ludzie, jak zawsze, zbierają się przy kamperze, ich małej ostoi w tym parszywym świecie. Nie musiał tam być, żeby wiedzieć, jakie nastroje panują w grupie.
          – Jeszcze tylko kawałek, tylko mały kawałek…
          Westchnął ciężko, przywołał najbardziej zdecydowany i pewny wyraz twarzy, na jaki było go stać i ruszył w ich kierunku.
          – TJ. Zaczekaj chwilę.
          John zatrzymał go, gdy z bronią w ręku wychodził z kampera. Nietrudno było się domyślić, gdzie się wybiera, ale John potrzebował jeszcze przez chwilę jego znajomości lokalnego terenu. W razie czego poprawi go, jeśli coś źle oszacował.
          Potem podniósł głos tak, żeby usłyszeli go wszyscy.
          – Słuchajcie mnie chwilę.
          Kilka osób uniosło głowy. Ktoś odłożył torbę. Roy przestał kręcić pokrętłem. Nawet Archibald się przebudził i spojrzał na niego z zainteresowaniem. Względnie z irytacją albo obrzydzeniem — u niego ciężko było stwierdzić. Staruszek splunął żółtą flegmą przed siebie, brudząc sobie czubek buta. Dobra, teraz już łatwiej...
          – Niedaleko stąd, po północnej stronie jeziora, jest Camp Villere. Baza Gwardii koło Slidell. Byłem tam kiedyś na szkoleniu. Solidne budynki, beton, ogrodzenie, duże warsztaty i garaże, w których spokojnie zmieścimy kamper i terenówkę. To nie namioty. To mury, które mają szansę przetrwać to, co na nas idzie.
          Zrobił przerwę, spoglądając po ich twarzach i oceniając, czy udało mu się choć trochę wyrwać ich z marazmu i nadać jakiś cel. Jakikolwiek…
          – Nie musimy pchać się przez miasto ani przejeżdżać przez centrum… Trasa prowadzi I-12, bokiem. Paliwa nam starczy. Może nawet znajdziemy tam coś więcej. Pewnie już wielu próbowało przed nami, ale byłem w takich miejscach. Wiem, gdzie trepy chowają różne rzeczy, nawet sami przed sobą. Poza tym, jeśli ktoś miałby szukać schronienia w okolicy, to właśnie tam. Przez kilka tygodni jeszcze nadawali. Dostawaliśmy komunikaty z bazy. Mieli robić strefę ewakuacyjną, coś jak Fort Sheridan u nas na północy…
          John zamilkł na chwilę, zdając sobie sprawę, że to nie był do końca udany przykład. Ale to było jeszcze w Chicago, milion lat temu…
          – Wszyscy wiemy, że nie możemy tu zostać. Jak wyruszymy jutro, powinniśmy dotrzeć tam jeszcze za dnia i ocenić sytuację. W razie czego poszukamy czegoś innego. Były jeszcze inne bazy w tej okolicy. Znajdziemy coś.
          John spojrzał na TJ-a, szukając jego poparcia. I zrozumienia, że grupa potrzebuje czegoś realnego, do czego może zmierzać, zostawiając ten grób za sobą…

          – Co myślisz? Uda się nam tam dotrzeć?

          Violence is not the answer. Violence is the question, and the answer is YES!!!

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          3
          • KynikosK Niedostępny
            KynikosK Niedostępny
            Kynikos jako Troy "TJ" Mercure
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Kynikos
            #5

            text alternatywny

            Gdy Crowe poprosił go, by poczekał chwilę, TJ tylko bez słowa przytaknął, marszcząc brwi. Zeskoczył ze stopni kampera i, przewiesiwszy sztucer przez ramię, wysłuchał uważnie słów mężczyzny, ściskając skórzany pas obiema dłońmi. Przy niektórych słowach kiwał niemrawo głową – Camp Villere, Slidell, beton, ogrodzenie, I-12 – jakby potwierdzając te punkty. Nawet jeśli kojarzył bardzo niewiele konkretnych informacji, będąc pewnym głównie samego faktu ich istnienia. Szczerze wątpił bowiem, by nieaktualna już nowoorleańska opinia o Slidell miała kogokolwiek zainteresować. Parsknął tylko w duchu, że tak jak niegdyś było celem wielkiej białej ucieczki z NOLA, teraz mogło stać się celem ich ucieczki przed huraganem. Komikowi jednak co komediowe. Zwłaszcza że jego żarty przyjęte zostałyby jeszcze gorzej od diazowych.

            — Co myślisz? Uda się nam tam dotrzeć?

            Troy otworzył usta. Tylko po to, by zaraz je znowu zamknąć. Wydał z siebie zaledwie przeciągłe "hmmm". Mające być nie tyle sygnałem, że poważnie rozważa odpowiedź, co próbą kupienia sobie paru sekund na podjęcie decyzji, jak szczera powinna być. Potencjalne kierunki dalszej drogi były mocno ograniczone po tej stronie Pontchartrain. Most Davisa w Slidell był nowszy, postawiony po Katrinie. Teoretycznie fabrycznie wręcz nowy. Dłuższa zachodnia trasa, między oboma jeziorami, przeważała stałym lądem. Czy raczej tym, co w Luizjanie nazwać można było "stałym lądem". Causeway nigdy nie lubił. Dwadzieścia kilka mil na względnie wąskiej konstrukcji zawieszonej nad słoną wodą, jakkolwiek solidnej, zawsze wykręcało mu żołądek. Teraz most stawał się dla niego już ostateczną ostatecznością.

            Nawet jeśli jego przeciwległy koniec łączył ten brzeg z Metairie.

            — ...może — odparł w końcu, ściskając mocniej pas karabinu. Przestąpił z nogi na nogę. — Może. Zależy jak przejezdna jest międzystanówka. Off-road odpada. Zbyt duże ryzyko że ugrzęźniemy albo podwozie pójdzie się... sam pan wie, sir.

            Zerknął to w lewo, to w prawo, omiótł spojrzeniem wpatrujące się w niego twarze. Bliższe i dalsze. Zażyczył sobie, żeby przestali tak na niego patrzeć, nim kontynuował. Więcej uwagi przy tym poświęcając pustej przestrzeni między sylwetkami niż im samym.

            — Powinniśmy... przemyśleć. Noc młoda, przed świtem i tak nie ruszymy. Możemy...

            Odchrząknął, w końcu zwracając się już bezpośrednio do Crowe'a.

            — ...możemy zadecydować nieco później. Jak wszyscy trochę odpoczną.


            Your boos mean nothing, I've seen what makes you cheer.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            2
            • MarikaM Niedostępny
              MarikaM Niedostępny
              Marika jako Karen Holloway
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #6

              Słowa śliskiego Troya Parkera, pełne wzniosłych frazesów o utraconym człowieczeństwie, unosiły się nad polaną niczym dym z dogasającego ogniska, by równie szybko rozwiać się na luizjańskim wietrze. Karen Holloway praktycznie go nie słuchała.

              Siedziała na dachu starego kampera, wygodnie zapadnięta w brezentowe, składane krzesełko turystyczne, trzeszczące cicho przy każdym jej ruchu. Pogrążonym w żałobie obozowiczom mogła przypominać łypiącą spode łba, zrzędliwą, grubokościstą ciotkę z prowincji. Jej szczotkowate, siwiejące włosy targał wiatr, zaklejone okulary o grubych szkłach odbijały leniwe promienie zachodzącego słońca, a zmechacony, rozpinany sweter o staromodnym fasonie pamiętał znacznie lepsze czasy. Biła od niej nieporadna staroświeckość. Jedynie klasyczny karabin z zamkiem dźwigniowym i celownikiem optycznym, spoczywający pewnie na jej udach, brutalnie burzył to wyobrażenie.

              Zignorowała rwący ból kolan i pulsowanie w śródstopiu, jednocześnie odcinając się od dramatu rozgrywającego się poniżej. Jej kciuk odruchowo spoczywał tuż przy kurku. Przez butelkowe soczewki z chłodnym profesjonalizmem lustrowała ścianę sosnowego lasu. Kiedy uniosła broń i spojrzała przez lunetę biegową, w jej ruchach nie było nawet śladu starczej ociężałości. Cechowała je wyłącznie płynna, wyćwiczona ekonomia. Powiększenie ustawione na najniższą wartość pozwalało kontrolować szerokie pole widzenia. Karen była gotowa w ułamku sekundy wychwycić każdy nienaturalny kształt kryjący się w leśnej gęstwinie.

              Z dołu dobiegł płacz małej Ruth — tej samej, za którą Lily oddała życie. Karen drgnęła. Jej szczęka zacisnęła się mocno, a knykcie pobielały na kolbie karabinu. Przez ułamek sekundy przed oczami przemknęła jej twarz innej dziewczynki i tamten obóz na bagnach, który opuściła zaledwie na kilka feralnych godzin...

              Nigdy więcej.

              Modlitwy, łzy ani poczucie obowiązku nie powstrzymają szwendaczy. Tym bardziej ludzi znacznie od nich gorszych. Potrafi to zrobić tylko precyzyjny strzał. Nie zamierzała schodzić na dół ani udawać, że wierzy w rzewne słowa o Bogu mającym Lily w swojej opiece. Od dawna jej jedyną religią były żelazne procedury, czysta balistyka i właściwie zabezpieczony perymetr.

              Dlatego musiała pozostać na posterunku.

              Kiedy Troy kończył przemowę, wiatr nagle przybrał na sile. Ciśnienie spadło, potęgując duszność, o której wcześniej wspominała Hannah. Karen zmrużyła oczy. Nadciągający huragan mógł okazać się niezwykle uciążliwy, lecz w jej umyśle stanowił zaledwie kolejną zmienną na niekończącym się polu walki, z którą należało sobie po prostu poradzić. Powoli przesunęła lunetę wzdłuż pni drzew, po raz kolejny upewniając się, że strefa pozostaje czysta. Będzie tkwić na tym dachu w milczeniu, niczym czujny pies pasterski, z góry szczerzący kły na ciemność.

              Dopóki trzymała palec blisko spustu, jej kruche stado miało szansę doczekać kolejnego poranka.

              Przyznanie się do błędu to nie słabość, lecz zwycięstwo prawdy nad ignorancją.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2

              Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

              Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

              Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

              Zarejestruj się Zaloguj się
              Odpowiedz
              • Odpowiedz, zakładając nowy temat
              Zaloguj się, aby odpowiedzieć
              • Najpierw najstarsze
              • Najpierw najnowsze
              • Najwięcej głosów


              • Zaloguj się

              • Nie masz konta? Zarejestruj się

              • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
              Powered by NodeBB Contributors
              • Pierwszy post
                Ostatni post
              0
              • Kategorie
              • Ostatnie
              • Tagi
              • Popularne
              • Świat
              • Użytkownicy
              • Grupy
              • Strona startowa