Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. Notturno-09-REM
Stubramie
Janusz PodziemiJ
Janusz Podziemi jako
Bezimienny Król
Mistrz Gry
Dust MephitD
Dust Mephit jako
Jakub „Puchaty”
AgapeA
Agape jako
Pluskwa
NabuchodonozorN
Nabuchodonozor jako
Ystyriaeth
Leszek DyskietkaL
Leszek Dyskietka jako
Notturno-09-REM

Notturno-09-REM

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
soloretrospekcja
5 Posty 2 Uczestników 101 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Janusz PodziemiJ Niedostępny
    Janusz PodziemiJ Niedostępny
    Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
    #1

    Dzień osiemdziesiąty dziewiąty według rachuby Notturno
    Wieczór
    Podmiasto Stubramia
    Aleja Tysiąca Dłoni

    Najpierw idzie tam, gdzie iść nie warto. Jedenaście wilgotnych stopni w dół, a na ich końcu drzwi do sklepu Kirriwima. Zabite deskami przez kogoś, kto nie miał do tego ani serca, ani odpowiednich gwoździ. Trzeci dzień tak samo. Notturno stoi przed nimi dokładnie tyle, ile trzeba, żeby ustalić, że nic się nie zmieniło, po czym wraca na górę i pozwala nogom zrobić to, co robią zawsze, kiedy nie mają nic mądrzejszego do roboty.

    Niosą go pod ocynowaną rynnę.

    To miejsce po przeciwnej stronie ulicy naprzeciwko okutych drzwi z wypolerowaną klamką, gdzie stał dzień po dniu, aż leteańskie osiłki zaczęły go stamtąd wynosić z tą samą znudzoną skutecznością, z jaką wynoszą pijanych i płaczących od cudzych wspomnień. Rynna kapie osiemnaście kropel na minutę, wczoraj dwadzieścia dwa, przedwczoraj dwadzieścia sześć, i to jest jedyna rzecz w całym zaułku, która zachowuje się przewidywalnie, bo nie chodzi o liczbę, tylko o to, że schodzi w dół zawsze o tyle samo.

    Ulica schodzi stąd również w dół, ku kanałowi, gdzie woda odbija światło lamp i rozbija je na drobne, ruchome plamy, których nie da się policzyć, co Notturno uważa za osobistą zniewagę ze strony fizyki. Nad zejściem wisi na łańcuchu latarnia z zielonym szkłem. Mryga. Łańcuch jeszcze się kołysze.

    Ktoś stoi pod nią.

    Sprawny wizjer zwęża się i klika, katalogując; drugi, pęknięty od trzynastu dni, migocze nierówno i zostaje pół kroku w tyle za obrazem. Postać wysoka, kobieca, w płaszczu ze zbyt wysokim kołnierzem jak na tę pogodę. Skóra w kolorze wody spod lodu. Zamiast włosów grube, ciemne sploty, poruszające się powoli, każdy własnym rytmem, i to właśnie one zatrzymują uwagę Notturna najdłużej, bo jest ich dziewiętnaście i każdy porusza się w innej fazie, co oznacza, że nie ma między nimi żadnego wspólnego mechanizmu. Ktoś popełnił przy projektowaniu tego stworzenia błąd, który Notturno chętnie wskaże palcem, gdy tylko nadarzy się okazja. Oczy bez źrenic. Na czole coś, co wygląda jak wprawiony w kość kamień. Przez ramię pas ciężkiej torby.

    4d66e547-5c5c-4311-8024-0f3290960d42-image.jpeg

    Nie odchodzi na jego widok. Nie sięga po nic. Po prostu przestaje patrzeć w wodę i zaczyna patrzeć na niego, i robi to o dwie sekundy dłużej, niż wypada. Potem, przez ułamek chwili, przenosi wzrok na jego cień.

    Cień leży spokojnie. Cień leży nadal spokojnie, kiedy Notturno przestępuje z nogi na nogę, i zaczyna się poruszać dopiero pół sekundy później.

    Kobieta nie komentuje cienia. Odnotowuje za to pewne fakty:

    — Sto siedemnaście kroków od studni pod trzecim łukiem do tego miejsca — mówi, jakby kontynuowała rozmowę zaczętą kiedy indziej, a jego udział w niej był tylko formalnością. Głos ma cichy, mówi bez pośpiechu. — Tyle ci zajmuje. Codziennie tyle samo. Mijaliśmy się cztery razy. Ostatni raz jedenaście dni temu, koło południa. Szedłeś pod górę i liczyłeś na głos coś, co brzmiało jak dachówki.

    Notturno nie pamięta żadnego z tych czterech razy. Zaskakuje go co innego: liczba się zgadza. Sto siedemnaście. Sprawdzał ją wielokrotnie i nikomu nigdy nie podał.

    — Ile stopni prowadzi do sklepu Kirriwima? — pyta kobieta.

    – Przed chwilą było jedenaście – odpowiada bez chwili wahania – Nie wiem, jak teraz. Trzeba by sprawdzić.

    Stan sprzed chwili i stan obecny to w jego rachunku dwie osobne wartości. Liczba bez znacznika czasu jest dla niego bezwartościowa, a Notturno nie podaje bezwartościowych liczb.

    Wizjery mrugnęły trzy razy szybko, urwały się na pół uderzenia, mrugnęły raz krótko, znów urwały się na pół uderzenia, po czym zamigotały w rytmie krótko-długo-krótko, zanim się uspokoiły. Palce wybiły na udzie krótki, nierówny rytm, zanim zdążył go powstrzymać. Sprawdził rachunek jeszcze raz, od tyłu, licząc na to, że gdzieś w środku znajdzie się choć jedna cyfra do poprawienia. Nie znalazł. Przez chwilę nic się nie działo. Nawet tyknięcie w piersi zwolniło, dopasowując się do ciszy, w której czekał na wynik. To był rodzaj irytacji, na którą nie miał gotowej procedury - nie dlatego, że przegrał, tylko dlatego, że nie było czego wygrać, a mimo to czuł, że powinien. Póki nie znajdziemy lepszego określenia, nazwijmy tę emocję numerem 37.

    Odczekał moment dłużej, niż wymagała odpowiedź

    – Rachunek się zgadza – mówi, tonem, który sugeruje, że to on właśnie postawił ostatnią kropkę w czyimś dowodzie, a nie że ktoś przedstawił mu gotowy wynik. – Choć zauważę, że sama zgodność liczby nie świadczy jeszcze o zrozumieniu metody, którą się do niej doszło. Można trafić poprawnie i wciąż nie wiedzieć, dlaczego trafiło się poprawnie. To dwie zupełnie różne kompetencje, które ludzie notorycznie mylą.

    Nikt go o to nie pytał. Nie żeby musiał.

    – Kim pani jest – mówi, prostując się, tym samym tonem, jakim wskazałby palcem słuchacza, który ośmielił się podnieść rękę w środku wykładu i nie mieć racji – że w ogóle zabiera pani głos w temacie, w którym, jak dotąd, jedynym kompetentnym rachmistrzem w promieniu tego niezbyt przyjaznego dla geniuszy miasta byłem ja?

    Nie cofnął się o krok. Czekał, licząc w duchu, ile sekund minie, zanim odpowie. Ciekawe czy ona też to robi?

    Kobieta nie odpowiada od razu. Najpierw sięga do torby. Notturno rejestruje ruch i przez ćwierć sekundy przelicza, co może z niej wyjąć. Wyjmuje jabłko. Takie, jakie rosną w Parku Hesperyd, choć nikt w mieście nie umie powiedzieć, po której stronie muru ten zaklęty park właściwie leży. Nie nóż, nie odznakę, nie zwitek papieru. Jabłko. Odgryza kęs, przeżuwa, i dopiero wtedy mówi:

    — Nazywają mnie Mnema. Nie ja to wymyśliłam, tylko mieszkańcy Stubramia. — Kolejny kęs. — Nie jestem rachmistrzem. Wynajmują mnie do znajdowania rzeczy, których miasto zgubiło. To zaskakująco pojemna kategoria.

    — Trzy noce temu ktoś wszedł do sklepu Kirriwima i wyszedł z nim. — Mówi to zupełnie tak samo, jak mówiła o krokach. Bez zmiany tempa, bez ostrzeżenia, że idzie zdanie, które ma coś w słuchaczu poruszyć.

    — Nie ograbiono go. Nie podpalono sklepu. Ktoś przyszedł po niego, wyniósł go i zadał sobie trud, żeby zostawić jak najmniejszy bałagan. Deski na drzwiach przybili sąsiedzi, dwa dni później, bo nikt inny się tym nie zajął.

    Rynna kapie. Osiemnaście na minutę.

    — A teraz konkrety, przy których zwykle ktoś zaczyna mi przerywać, więc powiem to od razu w całości i zaoszczędzę nam obojgu czasu. — Odkłada nadgryzione jabłko do torby. — Odpracowałeś u niego trybik, zamiatając po zamknięciu, sam, do zgaszenia światła. Jest jeszcze soczewka, którą ci pożyczył i która wybuchła, a jego warunki mówiły wtedy o podwójnej stawce. Trzynaście dni temu zjawiłeś się pod jego okiennicą o czwartej nad ranem i waliłeś w nią tak długo, że obudziłeś trzy domy powyżej. Wyszedłeś z tą soczewką. O świcie wróciłeś z rozbitą maską — tak, właśnie tą, którą teraz obracasz ode mnie o pół stopnia w lewo — i zażądałeś od niego rekompensaty. Wyrzucił cię za drzwi przy dwóch świadkach. — Pauza. Krótsza, niż potrzebowałaby, gdyby musiała sobie cokolwiek przypomnieć. — I nie sypiasz. Wiem, że nie sypiasz, i wiem, że zamierzasz mi to zaraz wyjaśnić od strony konstrukcyjnej, więc uprzedzę pytanie: to nie jest zarzut. Każdy w tej dzielnicy ma na tamtą noc alibi zbudowane z tego, że spał. Ty jesteś jedyną osobą, o której wiem na pewno, że nie spała.

    Sploty poruszają się, dziewiętnaście, każdy w innej fazie.

    — Osobno żadna z tych rzeczy nic nie znaczy. Razem znaczą tyle, że rozmawiam dziś tutaj z tobą, a nie z kimś innym.

    Podnosi kołnierz wyżej, jakby rozmowa dobiegała końca. A potem, tym samym tonem, którym pytała o stopnie, i patrząc gdzieś obok niego, w stronę zielonej latarni:

    — Zaplecze. Skrzynie, które Kirriwim trzymał za zasłoną. — Pauza. — Ile ich było, kiedy zamiatałeś tam ostatni raz?

    Notturno milczy przez chwilę.

    — To, co pani przed chwilą przedstawiła... proszę wybaczyć szczerość, ale to bezczelna amatorszczyzna. Zbiór faktów, które osobno są prawdziwe, ale ułożono je w kolejność sugerującą związek. Związek, którego nikt nie zadał sobie trudu udowodnić.

    Latarnia kołysze się niezmiennie w tym samym rytmie. Notturno mierzy ją wzrokiem przez moment, licząc odstępy między wychyleniami, i dopiero potem wraca do Mnemy.

    — Trybik: transakcja handlowa opłacona pracą fizyczną, udokumentowana obecnością samego Kirriwima za ladą. Sprzedawca obecny przy wymianie dowodzi wyłącznie swojego stanu w tamtej konkretnej sekundzie. Nie tego, co spotkało go później. Soczewka: kłótnia publiczna, o świcie, w miejscu o wysokiej słyszalności dla przechodniów. Istoty planujące działania wymagające dyskrecji z reguły unikają manifestowania swoich intencji krzykiem pod czyimiś drzwiami. To elementarna logika.

    W optykach Notturno coś cicho kliknęło, gdy przeniósł wzrok bezpośrednio na Mnemę.

    — A brak snu tamtej nocy? To nie dowód niczego poza tym, że nikt nie widział mnie śpiącego. Braku dowodu nie należy mylić z dowodem czegoś - to rozróżnienie, które w pani zawodzie powinno być podstawą, nie ciekawostką.

    Notturno zerka w stronę zabitych deskami drzwi. Zatrzymuje na nich wzrok o ułamek sekundy dłużej niż na czymkolwiek innym, po czym ucina to spojrzenie i wraca do Mnemy. Splata dłonie za plecami, unosi podbródek i nieruchomieje. Studiuje ją z daleka, napędzany rytmem własnego wywodu.

    — Przedstawiła pani okazję. Trybik, soczewka, noc bez snu. To, w najlepszym razie, odpowiedź na pytanie „czy mógł”. Nikt kompetentny nie marnuje czasu na to pytanie, bo każdy głupiec „mógł” zrobić cokolwiek, gdyby tylko chciał. Prawdziwe pytanie brzmi „po co”. Tego pani nie podała, bo – podejrzewam – to po prostu przerosło pani możliwości. Okazja bez motywu to zbiór niepełnych danych. A niepełnych danych nie nazywam dowodem, tylko obietnicą dowodu, której nie potrafi pani dotrzymać.

    Milknie na moment, żeby poprawić pasek torby badawczej. Ten jeden ruch zamyka temat jej kompetencji. Kiedy mówi dalej, jego głos znów jest suchy i urzędowy:

    — Trzynaście — mówi bez cienia wahania. W jego głosie słychać satysfakcję kogoś, kto od początku czekał dokładnie na to pytanie. — Dziewięć pełnych, cztery napoczęte. W pełnych: trzy skrzynie ze złomem mechanicznym, dwie z komponentami alchemicznymi w słojach, jedna z butami bez pary, jedna z tkaninami, jedna z przedmiotami o niesklasyfikowanym przeznaczeniu i jedna zamknięta na kłódkę. Brak dostępu. W czterech napoczętych: siedemnaście elementów, rozrzuconych bez żadnego systemu. To organizacyjne niedbalstwo. Aczkolwiek nie moje.

    Zawiesza głos, dając jej czas na przyswojenie samej liczby, zanim zapyta o metodologię.

    — Stan sprzed jedenastu dni.

    Nie czeka na jej reakcję.

    — A teraz pani kolej na wyjaśnienia, skoro zeszliśmy już do takich szczegółów. Skąd zna pani liczbę moich kroków od studni, godzinę mojego ostatniego przejścia i treść dźwięków, które wtedy liczyłem? A jednocześnie twierdzi, że nie znaliśmy się wcześniej. I, co ciekawsze: po co w ogóle zawracała sobie tym głowę? Nikt nie prowadzi tak precyzyjnego rejestru cudzych ruchów bez powodu. A pani nie podała jeszcze żadnego, który uznałbym za sensowny.

    Mnema słucha do końca. Nie przerywa, nie prostuje się, nie robi żadnej z tych rzeczy, które robią zwykle śmiertelnicy, gdy czekają na swoją kolej. Po prostu stoi i pozwala, żeby wywód się skończył sam. Notturno odnotowuje, że nie przerwała mu ani razu, i nie potrafi rozstrzygnąć, czy to cierpliwość, czy metoda.

    — Masz rację — mówi. — Miałeś okazję i miałeś powód do urazy, ale to jeszcze nie motyw.

    Sploty poruszają się, dziewiętnaście, każdy w innej fazie.

    — Skąd wiem, ile masz kroków od studni? Bo nie umiem nie wiedzieć. To nie jest metoda, tylko przypadłość.

    Odgarnia z czoła jeden ze splotów. Kamień wprawiony w kość łapie zielone światło i oddaje je z opóźnieniem, jakby przepuszczał je przez coś głębszego.

    Latarnia mryga. Rynna kapie, osiemnaście na minutę.

    — Posłuchaj uważnie, bo powiem to raz i nie będę tego dla ciebie interpretować. — Byłam w tym sklepie. Weszłam drzwiami, bo nikt tam niczego nie wyważał. Naliczyłam szesnaście skrzyń.

    Cisza trwa dokładnie tyle, ile powinna.

    — Kłódka wciąż wisi na tej samej. Nic nie zniknęło.

    Notturno otwiera usta, których nie ma, żeby zażądać znacznika czasu, bo liczba bez niego jest bezwartościowa i mówił to niecałe pięć minut temu. Nie zdąża.

    — Wiem — mówi Mnema, zanim padnie pierwsza głoska. — Nie podałam kiedy. Sprawdzałam, czy się upomnisz. — Poprawia pasek torby. — Upomniałeś się szybciej, niż zakładałam.

    Odwraca się w stronę zejścia ku kanałowi, jakby to był koniec przesłuchania, i mówi już przez ramię:

    — Zaułek Kwitnących Progów. Ostatni dom przed śluzą, drzwi bez klamki. Gdyby przyszło ci do głowy, do czego prowadzą te liczby, i gdzie może być Kirriwim, przyjdź. Dostaniesz też datę.

    Robi dwa kroki i przystaje.

    — Deski są przybite byle jak. Ta od lewej odchodzi przy pierwszym szarpnięciu.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    ♥ 👁
    2
    • Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi odniósł się do tego tematu
    • Leszek DyskietkaL Online
      Leszek DyskietkaL Online
      Leszek Dyskietka jako Notturno-09-REM
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #2

      Notturno nie rusza się z miejsca. Pozwala słowom Mnemy zawisnąć w powietrzu, w duchu odhaczając liczbę szesnaście. Trzy nadmiarowe jednostki w inwentarzu, którego nikt nie miał prawa uzupełnić bez jego wiedzy.
      Przenosi wzrok na jej plecy, gdy kobieta zamyka torbę i robi pierwszy krok. Ta postać, z jej ostentacyjnym liczeniem kroków i absurdalną, nachalną wręcz precyzją, budzi w nim opór tak namacalny, że mógłby go zważyć. Ktoś bez formalnych uprawnień rejestruje te same zmienne co on - narusza kompetencję, którą uważał za wyłącznie swoją. Rzuca mu liczby przed twarz z taką swobodą, jakby stan posiadania faktów był czymś, czym wolno się afiszować na środku ulicy.
      Kiedy Mnema przystaje i rzuca uwagę o odchodzącej desce, Notturno odczekuje cztery uderzenia rynny, zanim odpowie.
      – Szesnaście – mówi jednym słowem. – Skrzynia numer dziesięć, jedenaście i dwanaście. Jeśli to, co pani nazywa przypadłością, zarejestrowało na nich ślady konserwacyjnego łoju z plomb, radzę natychmiast zweryfikować tę obserwację. Ja stan magazynu sprawdzałem dwukrotnie.
      Przesuwa ciężar ciała na prawą nogę. Notturno sięga do torby, ignorując ją już całkowicie. Odwraca się bez słowa i rusza w stronę piwnicy Kirriwima.
      Zostawia za sobą budynek Leteańczyków i idzie przed siebie, ignorując tutejszy tłum, każdy krok wymierza z tą samą, uporczywą regularnością liczby, którą właśnie sobie przypomniał.
      Te trzy nadmiarowe skrzynie nie dają mu spokoju. Kirriwim był istotą potwornie chaotyczną, skłonną do zostawiania zębów w słoikach i rzucania mioteł pod nogi, ale ta jego organizacyjna bezradność należała do porządku, który Notturno już zewidencjonował i przypisał do konkretnej rubryki. Ten powolny, wiecznie znużony stwór był elementem stałym tutejszej topografii. Zmiana liczby skrzyń bez wiedzy właściciela oznaczała błąd w strukturze rzeczywistości, a na to Notturno nie mógł pozwolić. Słoń mógł być niekompetentny i drażniący, ale był to jedyny niekompetentny słoń w promieniu trzystu metrów, którego status Notturno osobiście zatwierdził w swoim rejestrze.
      Idzie szybciej, mocniej zaciskając palce na pasku torby badawczej i całkowicie zasłaniając tabliczkę na obojczyku. Skręca w załom muru, odliczając dystans dzielący go od jedenastu wilgotnych stopni, gotów osobiście zweryfikować stan lewej deski.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      👁
      2
      • Janusz PodziemiJ Niedostępny
        Janusz PodziemiJ Niedostępny
        Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
        #3

        31081712-03b4-4ac9-8fab-13045186769b-image.jpeg

        Do jedenastu wilgotnych stopni są stąd dwie drogi. Krótsza prowadzi przewiązką za dawną garbarnią i Notturno nigdy nie przeszedł jej od końca do końca, więc formalnie nie istnieje. Dłuższa wspina się aleją pod studnię i wraca. Notturno idzie dłuższą, bo tylko ta jest policzona.

        Podziemna Aleja Tysiąca Dłoni sprawia wrażenie szczeliny między dwiema ścianami, do której ktoś przez kilkaset lat dobudowywał miasto, aż zabrakło miejsca, a potem dobudowywał dalej, tylko do góry. Dolne łokcie każdego domu to kamień starszy niż wszystko powyżej: bloki dopasowane bez zaprawy tak ściśle, że nie wciśnie się między nie ostrza. Otwory na drzwi wycięto w nich później i widać gdzie, bo krawędzie są poszarpane, a reszta nie. Wyżej idzie już cegła, glina, deska i blacha, a jeszcze wyżej nie idzie nic poza rusztowaniem. Piętra wiszą na belkach wbitych w skałę, pomosty łączą jedną stronę z drugą, drabiny prowadzą do drzwi, pod którymi nie ma nic. Ktoś mieszka w koszu podwieszonym pod mostem i wciąga do siebie wiadro na sznurze.

        Nad kramami rozpięte są płótna. Nie ma tu deszczu. Płótna są mokre od tego, co kapie ze sklepienia, a to nie zawsze jest woda.

        Światło dają lampy z czasów, których nikt nie pamięta. Wiszą na łańcuchach bez systemu: jedna nad wejściem oznakowanym czerwonym graffiti, cztery obok siebie nad niczym, potem dwadzieścia kroków ciemności. Naprawić ich się nie da. Można je tylko zdejmować i przenosić bliżej ulic, na których jeszcze komuś zależy, i ilekroć któraś gaśnie, zamieszkane miasto kurczy się o kawałek. Poniżej albo obok Podmiasta są Cysterny, jeszcze niżej są Zapadliska, których nikt już nie nazywa się dzielnicą. To po prostu podziemia, w których miasto kiedyś było. Niebezpieczne podziemia.

        Na ścianach znaki. Kreda, czerwona glina, sadza. Trójkąt w kółku. Sierp. Gwiazdka o sześciu ramionach, przekreślona. Część oznacza, komu się płaci i za co, część ostrzega przed czymś konkretnym, a część nie znaczy już nic, bo ten, kto je stawiał, dawno nie żyje. Nikt ich jednak nie zmywa, bo nie wiadomo, które są które.

        Przy kramie stary człowiek o zbyt długim nosie waży coś na szalkach aptekarskich, a kupujący ma na sobie kapelusz z opadającym rondem, rogi wychodzące spod ronda i dziób. Środkiem ulicy idzie ktoś wysoki, szary i chudy do granic konstrukcyjnej możliwości, boso, i wszyscy ustępują mu z drogi.

        Pod ścianą, podparta z trzech stron belkami, stoi kamienna twarz wielkości wozu. Wygrzebano ją z gruzu jakieś czterdzieści lat temu i zostawiono, bo nie przeszłaby żadną z tutejszych uliczek. Oczy ma puste. Ktoś postawił jej u podbródka miskę. W misce leży trochę miedziaków i ząb.

        Nikt nie mówi, kto to wszystko zbudował. Mówi się „stare", albo „sprzed Króla", albo nie mówi się wcale, bo jedna z nazw, które przychodzą do głowy, jest przy bramach Stubramia zakazana i ludzie nauczyli się nie zaczynać jej wymawiać. Zostały za to proporcje. Łuki za szerokie i za wysokie. Nisze wykute cztery metry nad brukiem, do których nie prowadzą żadne schody, bo ten, kto z nich korzystał, schodów nie potrzebował.

        Aleja wspina się do miejsca, gdzie sklepienie się otwiera. Szyb idzie stąd prosto w górę, przez całą grubość skały, i na samej górze za dnia można dojrzeć słońce. W południe światło schodzi nim jak coś gęstego, zawiesza się w kurzu i kładzie na mokrym bruku białą plamę, w którą wchodzą dzieci, bo to jedyne miejsce w Podmieście, gdzie coś grzeje. Teraz jest po niej tylko mokry kamień, jaśniejszy od reszty bruku, i nikt na nim nie stoi. Ścianami szybu sączy się woda, całą wysokość, cienkimi pasmami, i rozbija się o kamień z dźwiękiem, który słychać z połowy alei. Kiedy gaśnie słup dziennego światła, dźwięk zostaje sam i wtedy słychać, jak bardzo jest głośny.

        Wchodzi się w obręb studni wyłożony w bruku innym kamieniem, odrywa stopy od ziemi i leci w górę, pod wodę. Wychodzi się w Stukramiu, przy kramie z solą, przemoczony. Działa też w drugą stronę. Nikt nie wie, dlaczego. Nikt nie wie, kto to zbudował ani czy w ogóle zbudował to jako studnię, a nie jako coś innego, co przy okazji unosi. Mieszkańcy przed wejściem dotykają dłonią muru. Robią tak wszyscy i nikt nie umie powiedzieć, po co.

        Notturno stoi z boku i patrzy, jak mężczyzna z siatką pełną czegoś zawiniętego w płótno odrywa stopy i idzie w górę. Wiosną doliczał w takich razach do dziewiętnastu. Dziś dochodzi do dwudziestu pięciu. To już nie jest szum pomiarowy.

        Notturno zawraca i schodzi aleją w dół. Po drodze coś się nie zgadza, choć nie od razu wiadomo co. Okiennice zamykane wcześniej, niż zamyka je ktoś, kto chce jeszcze tego dnia zarobić. Kram zwinięty z towarem w środku, byle jak, na węzeł. Dwóch mężczyzn przy wylocie zaułka nie robi nic, a stanie i nierobienie niczego jest w Podmieście zajęciem pełnoetatowym. Kobieta zmywa coś ze ściany szmatą i wiadrem, a spod szmaty i tak wychodzi kreda.

        Sklep Kirriwima jest w piwnicy. Jedenaście wilgotnych stopni, ściek po prawej, na dole sień poniżej poziomu ulicy, w której zbiera się muł z przesiąku. Nad wejściem blaszany szyld bez napisu, z wytłoczoną spiralą. Kirriwim nie widział powodu, żeby pisać cokolwiek dla kogoś, kto i tak nie umie czytać, ani dla kogoś, kto i tak wie.

        Nad drzwiami, po lewej, tkwi w kamieniu mosiężny uchwyt na lampę. Jest w nim pusto.

        Drzwi są zabite deskami. Gwoździe różne, jeden zgięty i zabity na płasko, bo komuś skończyły się proste i nie chciało mu się iść po nowe. Deska z lewej trzyma się na dwóch, z czego jeden nie wszedł w futrynę, tylko obok.

        (OOC: Zatrzymałem odpowiedź przed drzwiami, bo nie byłem pewien, co zamierzasz zdziałać. Co robisz?)

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        👁 ♥
        2
        • Leszek DyskietkaL Online
          Leszek DyskietkaL Online
          Leszek Dyskietka jako Notturno-09-REM
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Leszek Dyskietka
          #4

          Notturno-09-REM miał w zwyczaju wracać myślą do każdej odbytej rozmowy z tym samym odruchem, z jakim urzędnik podatkowy podchodzi do niesparowanego buta w rubryce dochodów: należało to zamknąć, opisać, przypisać do właściwej szuflady i pójść dalej, udając, że świat jest miejscem porządnym. Tym razem jednak, gdy sięgnął do pamięci po odpowiednią przegródkę, zastał tam pustkę. W całym jego rejestrze Stubramia próżno było szukać kategorii dla istot, które ważą cudze kroki z tą samą pedantyczną precyzją, z jaką on traktował każdą złączoną ze sobą część własnego tułowia – i robią to bez złożenia stosownego wniosku o pozwolenie.

          Coś w tym fakcie uderzało w niego z siłą źle wyważonego wahadła. Kobieta, którą poznał zaledwie kwadrans temu, miała czelność insynuować, jakoby liczba szesnaście mogła mu po prostu umknąć. Jakoby stan magazynu Kirriwima, który osobiście sprawdzał i weryfikował, wymagał jeszcze trzeciej, zewnętrznej korekty. Dla kogoś, kto budował swoją obecność w tym mieście na absolutnej niezawodności osądu, była to zniewaga wymierzona w sam fundament egzystencji. Ludzkie słowniki znały wiele słów na ten stan. W jego mosiężnej głowie wszystkie sprowadzały się do jednego, bardzo ludzkiego oburzenia.

          Problem w tym, że u istot z mięsa i kości oburzenie kończyło się na pulsowaniu skroni albo czerwonej twarzy. U Rema miało przebieg mechaniczny, którego aksamit skafandra nie był w stanie zamaskować. Pod maską koła zębate zaczęły zazębiać się z taką siłą, że tarcie groziło zatarciem osi, a w piersi zaczynało się coś, co można by określić stanem przedwybuchowym.

          Zawór w nosie – zaprojektowany do wypuszczania nitek lawendowego dymu – skapitulował pierwszy. Z czubka dzioba urwała się kropla opalizującej esencji. Notturno, fukając, wytarł ją gwałtownie mankietem, a metalowe zasłony w oczodołach zaczęły uderzać o siebie w szarpanym, nieregularnym rytmie. Gdyby potrafił się wstydzić, pewnie tak by to wyglądało. W tym geście było jednak znacznie więcej zapiekłej złości na kobietę, która ten cały mechaniczny bunt wywołała, niż na własną konstrukcję – ta bowiem po raz kolejny jedynie bezbłędnie zarejestrowała obecność rażącego błędu w otoczeniu.

          „Trzeci kram zamknięty przed czasem w tym tygodniu. Ktoś powinien to formalnie zgłosić, ale tutejsza straż woli gapić się w błoto. Jeśli w tym tempie stałe elementy gospodarcze będą ot tak wyparowywać z rejestru, do piątku cała ta nędzna dzielnica przestanie mieć jakikolwiek merytoryczny sens.”

          Ruch wymagał komendy, więc ruszył przed siebie, choć z każdym krokiem tarcie trybów wewnątrz mosiężnej czaszki wydawało się głośniejsze. Krok. Zatrzymanie. Krok.

          W tym rwanym rytmie marszu bezczelne kłamstwo Mnemy dotyczące szesnastu skrzyń zeszło już na dalszy plan. Pod mosiężną blachą na obojczyku pęczniało coś znacznie bardziej nieznośnego: fakt, że ktoś śmiał uderzyć w jego własną strukturę posiadania. Kirriwim był jego hollyphantem - pojęcie przyjaźni Rem i tak uważał za architektoniczny bełkot istot organicznych, służący głównie do marnowania czasu przy śniadaniu, więc nawet nie przyszłoby mu do głowy sięgnąć po to słowo. Był stałą, którą osobiście wciągnął do swojego prywatnego rejestru Stubramia, jedynym elementem rzeczywistości, który nie wykazywał tendencji do zmieniania kształtu pod nieobecność świadków. To u niego szorował podłogę ruchami zbyt precyzyjnymi jak na zwykłe porządki, to jemu wyliczał dług na dziesięć srebra, to z nim wymieniał te surowe, pożółkłe od papierosowego dymu zdania nad zakurzoną ladą.

          Kirriwim stanowił jego punkt odniesienia. Ta wielka bryła o masie małego cielaka, złocista, zbita w kołtuny sierść, zapach starego wosku i ten jeden pasujący do przegubu trybik, który hollyphant rzucił mu na ladę, wcale nie pytając, skąd Rem się wziął ani dlaczego nie ma ust. W mieście, gdzie nawet ulice bywały nielojalne wobec własnych map, ta gburowata, piwniczna powtarzalność była dla Rema jedyną rzeczą, która nie próbowała go oszukać. I fakt, że ta stała nagle wyparowała z rubryki, budził w nim uciążliwy, głęboko ludzki zgrzyt, którego nie dało się naoliwić żadną prostą korektą danych.

          I teraz to on został z tego rozliczony.

          „Węzeł na plandece kramu zawiązany od niechcenia, bez żadnego szacunku dla geometrii. Jakby nikomu tu już na niczym nie zależało. Najpierw dają sobie wmówić, że szesnaście to trzynaście, a potem pozwalają, by liny gniły od miejskiego kurzu. Absolutnie oburzające.”

          Sama myśl o tym, jak Mnema sformułowała swoje zarzuty, sprawiała, że w drewnianej piersi Rema zegarowa aparatura zaczynała chrobotać na najwyższych obrotach. To jego próbowano postawić w pozycji winowajcy. Jemu insynuowano rażące zaniedbanie, jakby to z jego powodu - z powodu braku pasującej soczewki, z powodu onirycznego kataru czy zwykłej usterki uwagi - ten złocisty kształt przestał istnieć. Błędy były domeną istot z mięsa, które rozlewały się i znikały, kiedy nikt nie patrzył - Notturno do tego katalogu nigdy nie należał. Zrzucenie odpowiedzialności na jego barki było więc błędem nadrzędnym. Ktoś ukradł mu jedyny punkt oparcia w tym mieście, a potem bezczelnie kazał mu płacić za to własną niezawodnością.

          „Ta kobieta ściera napisy z tablicy tak niedbale, że zostawia rozmazany, kredowy ślad na murze. Nawet usuwanie danych robi się tutaj byle jak. Całe to miasto po prostu rozłazi się w szwach, warstwa po warstwie, a ja muszę w tym brodzić.”

          Jedenaście wilgotnych stopni.

          Zawsze było ich dokładnie jedenaście. Notturno zatrzymał się na krawędzi najwyższego z nich, a mosiężne przysłony w jego oczodołach zamarły w bezruchu, skupiając całą optykę na kamiennych blokach schodzących w ciemność sieni. Pytanie Mnemy przestało być zwykłym, ludzkim strzępem rozmowy - stało się bezpośrednim atakiem na jego wewnętrzną architekturę. Jeśli ta kobieta miała czelność sugerować, że liczba ta mogła ulec zmianie, insynuowała tym samym coś znacznie gorszego niż zwykły błąd w jego pamięci: że Stubramie zaczęło cierpieć na najgorszą z możliwych infekcji - płynność topografii, w której schody wykazują bezwstydną tendencję do pączkowania lub kurczenia się, kiedy nikt na nie nie patrzy. Dla kogoś, kto uważał liczby za jedyny ratunek przed wszechobecnym absurdem, była to perspektywa przerażająca. Jeśli schody mogły kłamać, to równie dobrze czerń mogła zacząć smakować jak mandarynki.

          Ruch musiał zostać wykonany z chirurgiczną, bezlitosną dokładnością. Raz to nie liczenie. Ale teraz to była egzekucja praw fizyki na nielojalnym podłożu.

          Pierwszy. Mosiężna stopa opadła na chłodny, oślizgły od mułu kamień z głośnym, metalicznym stukotem, który brzmiał jak ostateczny wyrok. Jeden. Przysłona kliknęła, rejestrując głębokość. Drugi. Dwa. Ciśnienie pod ceramiczną maską zaczęło nieznacznie rosnąć. Trzeci. Czwarty. Piąty. Każde uderzenie metalu o bruk miało zmusić te schody do bezwzględnego posłuszeństwa, do zachowania pionu, do stanięcia w obronie zdrowego rozsądku. Szósty. Siódmy. Ósmy. Na przegubach jego dłoni spirale słojów zapulsowały blednącym, fioletowym światłem, gdy Notturno zniżał się w mrok piwnicy, jak rewident schodzący do najmroczniejszych zakamarków księgowości świata. Dziewiąty. Dziesiąty.

          Został tylko jeden. Ostatni.

          Notturno zamarł z nogą uniesioną nad brukiem sieni, zamrożony w miejscu z dokładnością, jakiej żaden żywy staw nie zdołałby utrzymać. Wewnętrzny zegar w jego piersi odliczał sekundy, tykając miarowo w tej głębokiej, piwnicznej ciszy, podczas gdy on sam autentycznie zwlekał z opuszczeniem podeszwy. Gdyby uderzył o kamień za wcześnie albo za późno - gdyby to miasto postanowiło dopisać do rachunku dwunasty stopień tylko po to, by zrobić mu na złość - cała ta misterna konstrukcja porządku, którą wznosił w swojej głowie przez osiemdziesiąt osiem dni, rozsypałaby się w zwyczajny, jarmarczny bełkot.

          Podeszwa uderzyła o kamień. Czysty, mosiężny stukot rozszedł się po sieni, a wewnętrzny rejestr Notturna natychmiast zamknął pozycję z głośnym, satysfakcjonującym kliknięciem przysłony. Jedenaście. Ani mniej, ani więcej. Rzeczywistość na moment wstrzymała oddech, po czym posłusznie wróciła na swoje twarde, matematyczne osie. Przez ułamek sekundy pod ceramiczną maską rozlała się fala rzadkiej, niemal organicznej ulgi - świat nie oszalał, a Mnema była po prostu nędznym, nieliczącym obserwatorem.

          Ulga trwała jednak dokładnie tyle, ile potrzebowało światło wizjerów, by przesunąć się z podłogi na drzwi piwnicy. A tam całe to kruche zadowolenie momentalnie wyparowało, ustępując miejsca czemuś, co w mosiężnej głowie Rema plasowało się gdzieś pomiędzy furią a głębokim zawodem zawodowym.

          Mnema uprzedzała, że wejście zostało zabite dechami niedbale. Notturno, jako istota z natury logiczna, oczekiwał jednak pewnego minimalnego, choćby i przestępczego profesjonalizmu. Nawet partacz z Podmiasta, przybijając barierę mającą kogoś powstrzymać, powinien wykazać się odrobiną rzemieślniczego zaangażowania. To, co zastał, przekraczało wszelkie granice budowlanego bezwstydu.

          Deski zostały przytwierdzone pod kątami, które obrażały jakąkolwiek znaną podręcznikom geometrię, a gwoździe - ordynarne, krzywe i zardzewiałe – wbito tak leniwie, że młotek musiał zostać porzucony w połowie zamachu, z cichym założeniem, że grawitacja jakoś dokończy robotę. Lewa deska, zamiast stanowić rygorystyczną, fizyczną blokadę, odchodziła od framugi na szerokość dłoni, trzymając się na słowo honoru i jednym, wygiętym skrawku żelaza.

          Każdy normalny włamywacz w Stubramiu wzniósłby w tym momencie cichą modlitwę dziękczynną za tak jawną bezradność materii. Notturno poczuł jednak jedynie irytację. Patrząc na te drzwi, wyglądał jak inspektor nadzoru, któremu majster położył kafelki przy użyciu siekiery. Tolerowanie tego błędu architektonicznego w przestrzeni publicznej było niedopuszczalne.

          Ruch musiał być krótki, precyzyjny i pozbawiony zbędnej dramaturgii. Notturno wyciągnął mosiężną dłoń, chwycił za krawędź lewej, odstającej deski i szarpnął – bez użycia nadmiernej siły, a raczej z chłodną, inżynieryjną kalkulacją dźwigni. Zardzewiały gwóźdź ustąpił z suchym, piskliwym chrupnięciem, które w ciszy sieni brzmiało jak ostateczna kapitulacja tego pseudo-zabezpieczenia. Drewno odskoczyło, odsłaniając szczelinę o szerokości wystarczającej, by jego konstrukcja mogła minąć przeszkodę bez tarcia o futrynę.

          Notturno wszedł do środka.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          👁 😍
          2
          • Janusz PodziemiJ Niedostępny
            Janusz PodziemiJ Niedostępny
            Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
            #5

            Za deskami nie ma sklepu. Za deskami jest ciemność, która zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się blady prostokąt światła z alei, i to jest granica ostra jak cięcie. Prostokąt sięga zaledwie półtora kroku w głąb. Widać w nim kawałek klepiska, nogę lady i kant czegoś, co jest chyba skrzynią. Dalej nie ma nic. Nie ciemny kształt, nie zarys, nie domysł. Nic.

            Wizjery Notturna świecą. Świecą fioletem i świeciły nim przez wszystkie osiemdziesiąt dziewięć dni, i przez ten cały czas nie oświetliły ani jednej rzeczy poza sobą. Brak widzenia w ciemnościach. Konstrukcyjnie rzecz biorąc, to niemal jak lampka sygnalizacyjna zamontowana w miejscu, gdzie powinien być reflektor. Notturno miał w tej sprawie kilka teorii i ani jednej, która by mu się podobała.

            Oczywiście, zna to wnętrze. Szorował tu podłogę, zamiatał za zasłoną, przestawiał słoje, bo Kirriwim przestawiał je z powrotem. Umiałby przejść od progu do lady z zamkniętymi oczami, gdyby miał oczodoły, które da się zamknąć. Problem polega na tym, że pamięć układu pomieszczenia jest użyteczna wyłącznie pod warunkiem, że nic się w nim nie przesunęło. A jedyny powód, dla którego tu stoi, brzmi: coś się przesunęło.

            W torbie ma pochodnie i krzesiwo. Pochodnia w zamkniętej piwnicy da dym, którego nie ma czym odprowadzić, zapach, który zostanie w tym miejscu na tydzień, i łunę idącą przez szparę po oderwanej desce prosto na ulicę. Ma też sztuczkę, którą zapali knot, pod warunkiem, że znajdzie knot, a jedyna lampa, jaką ten sklep miał, wisiała nad wejściem i nie wisi tam już od...

            Notturno przerywa rachunek w połowie. Bo teraz, stojąc pod framugą i patrząc w górę, na pusty mosiężny uchwyt wkręcony w kamień, po raz pierwszy odnotowuje jego stan jako pozycję w inwentarzu, a nie jako element tła. Szkła nie ma na stopniach. Nie ma go w ścieku. Nikt jej nie stłukł. Ktoś odkręcił i zabrał. W Podmieście to przestępstwo.

            Z góry, ze schodów, dobiega szuranie. Ktoś usłyszał Notturno. Ktoś schodzi bokiem, po jednym stopniu, trzymając się ściany, jak schodzi się tam, gdzie wiadomo, że kamień jest oślizgły. Światło pojawia się wcześniej niż postać. Maleńkie, żółte, osłonięte z jednej strony dłonią. Ogarek świecy.

            50c38a3d-6c6b-4b48-819d-ce76e8fdefaf-image.jpeg

            Kobieta zatrzymuje się cztery stopnie wyżej i nie schodzi niżej. Wysoka, chuda tak, że pod skórą szyi widać każde ścięgno z osobna. Skóra szara, z odcieniem popiołu, który jeszcze nie całkiem ostygł, i cętkowana drobniejszymi plamkami na ramionach. Oczy ciemne od krawędzi do krawędzi i głęboko osadzone; ogarek nie odbija się w nich ani trochę, co Notturno rejestruje natychmiast i klasyfikuje jako niemożliwe przy tym kącie padania.

            Włosy ciemne i wilgotne, zgarnięte na bok i potargane, z jednej strony ostrzyżone przy samej skórze. Po tej stronie, wzdłuż skroni i wyżej, biegnie nieregularny szereg drobnych, jaśniejszych blizn, którego nikt nie próbował zakryć. U nasady szyi ciemny tatuaż, cienki i rozgałęziony.

            Suknia jest cienka, śliwkowa, kiedyś droga i dawno temu. Jedno ramiączko zsunięte, dół rozdarty i poplamiony, pończochy podarte w kilkunastu miejscach i nikt tego nie cerował. Na wierzchu męski płaszcz, ciężki i za duży, zsunięty z obu ramion i podtrzymywany łokciami. Buty znoszone do cienkości, ale czyszczone.

            W jednej ręce trzyma wgnieciony cynowy kubek. W drugiej ogarek, który stawia na stopniu i cofa palce.

            — Weź. — Głos ma cichy i zupełnie pozbawiony pośpiechu. — I nie stawiaj go na ladzie. Postaw gdzieś głębiej. Przez szparę po tej desce widać ladę i nic poza nią, a naprzeciwko są trzy okna. Ktoś może siedzieć w każdym z nich i obserwować.

            Nie schodzi niżej. Milknie na moment i patrzy nie na niego, tylko na pusty uchwyt nad jego głową.

            — Kojarzę cię. Stałeś pod rynną, naprzeciw drzwi Leteańczyków. Zapytałeś mnie kiedyś o wagę i o długość fali. Chyba nie tylko mnie... — Przekłada kubek do drugiej ręki. — Nie umiałam odpowiedzieć. Szłam wtedy do domu i myślałam o tym całą drogę, i następnego dnia też. Nikt mnie przy tych drzwiach o nic nie zapytał. Ani razu.

            Wskazuje brodą uchwyt.

            — Ta lampa wisiała tam, odkąd tu mieszkam. Zniknęła pewnego wieczoru. Nikt jej nie stłukł i nikt jej nie szukał, i nikt o niej nie powiedział ani słowa.

            Ogarek stoi na stopniu i dopala się we własnym tempie, obojętny wobec wszystkiego, co się nad nim mówi.

            — A te drzwi nie były nawet zamknięte na klucz. Wyglądały jak nieczynne i tyle. Wystarczyło nacisnąć klamkę. Nikt nie nacisnął. Nie po towar, nie po zemstę, nie po nic. W tej dzielnicy, wyobrażasz to sobie? Sąsiedzi przybili w końcu deski. Nikt tego nie uzgadniał. Mieszkańcy potrafią uzgodnić coś takiego bez jednego słowa, jeśli wystarczająco się boją, i to jest jedyna rzecz, którą ta ulica robi dobrze.

            Fiolet z jego wizjerów kładzie się na jej twarzy i nie jest to dla tej twarzy dobre światło. Schodzi jeszcze o jeden stopień, dokładnie o jeden, i zatrzymuje się. Palce na blaszanym kubku zaciskają się i blacha cicho ustępuje.

            — Myślisz, że Kirriwim jeszcze żyje?

            Nie czeka nawet pół sekundy.

            — I nie mów mi, że za mało wiesz. Wiem, że za mało wiesz. Pytam mimo to.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            👁
            1

            Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

            Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

            Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

            Zarejestruj się Zaloguj się
            Odpowiedz
            • Odpowiedz, zakładając nowy temat
            Zaloguj się, aby odpowiedzieć
            • Najpierw najstarsze
            • Najpierw najnowsze
            • Najwięcej głosów


            • Zaloguj się

            • Nie masz konta? Zarejestruj się

            • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
            Powered by NodeBB Contributors
            • Pierwszy post
              Ostatni post
            0
            • Kategorie
            • Ostatnie
            • Tagi
            • Popularne
            • Świat
            • Użytkownicy
            • Grupy
            • Strona startowa